Apteka domowa - Maria Treben

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (28,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Jak dbam o zdrowie

I.

Jak dbam o zdro­wie

Lekarz leczy, natura uzdra­wia.

Hipo­kra­tes

To nie­zwy­kle cie­kawe, co potra­fią wyobra­zić sobie ludzie. Moja wital­ność i ener­gia pomimo pode­szłego wieku wpra­wia ich w zdu­mie­nie. Wielu zdaje się mówić do sie­bie, że to nie w porządku. A ponie­waż nikt nie wie niczego na pewno, ludzie zaczy­nają pusz­czać wodze fan­ta­zji. Nie­któ­rzy uwa­żają, że jestem zaprzy­się­głą zwo­len­niczką suro­wego jedze­nia, która żywi się tylko zbo­żami i świe­żymi warzy­wami. Inni twier­dzą, że jestem wege­ta­rianką, bo nie znaj­dują innego wytłu­ma­cze­nia. Jesz­cze inni robią ze mnie świętą tylko dla­tego, że otwar­cie wyznaję swoją wiarę, a cał­kiem sporo osób uważa mnie po pro­stu za wariatkę, ponie­waż tak zde­cy­do­wa­nie opo­wia­dam się za zio­łami lecz­ni­czymi. Wszy­scy się mylą. Jestem zwy­kłą gospo­dy­nią domową, z nor­malną rodziną, a to, co tak bar­dzo iry­tuje ludzi, to praw­do­po­dob­nie fakt, że piszę książki i pro­wa­dzę wykłady.

Zawsze jestem pytana: "Jak ty to robisz?". A ja zawsze odpo­wia­dam pyta­niem na pyta­nie: "A co wła­ści­wie masz na myśli?". Oczy­wi­ście wiem, że każdy chce poznać "sekret" tego, dla­czego tak dobrze się trzy­mam, dla­czego nie widać mojego pode­szłego wieku, dla­czego wciąż mam tyle ener­gii do pracy i skąd biorę siłę, by wytrzy­mać zwią­zane z tym obcią­że­nia. Moja odpo­wiedź zamknięta w jed­nym zda­niu brzmi: "Wszystko z umia­rem, wtedy nic nie zaszko­dzi". Ale to zado­wala tylko nie­wielu pyta­ją­cych.

Ni­gdy nie prze­staje mnie zadzi­wiać fakt, że rze­czy, które wydają mi się oczy­wi­ste, czę­sto zaska­kują innych. Trudno w to uwie­rzyć, ale wiele osób naj­wy­raź­niej ni­gdy nie zasta­na­wiało się nad wpły­wem świa­tła, powie­trza i wody na nasze samo­po­czu­cie. Warto się jed­nak temu bli­żej przyj­rzeć.

Światło

Jestem zapa­loną miło­śniczką słońca. Cza­sami żałuję, że nie miesz­kam na Połu­dniu, wła­śnie z powodu więk­szej liczby sło­necz­nych dni w roku. Latem czuję się po pro­stu lepiej niż w innych porach roku. Muszę jed­nak przy­znać, że bar­dzo dobrze zno­szę słońce oraz szybko i bez pro­ble­mów się opa­lam.

Zauwa­żamy, jak ważne jest dla nas słońce, dopiero wtedy, gdy ciemna, ponura pogoda wpływa na nasze samo­po­czu­cie. Przy­gnę­bie­nie, apa­tia i smu­tek dopa­dają nas, gdy pro­mie­nie sło­neczne nie mogą prze­bić się przez grubą pokrywę chmur. Jeśli jed­nak czu­jemy roz­grze­wa­jące pro­mie­nie słońca, roz­kwi­tamy, sta­jemy się aktywni, przed­się­bior­czy, rado­śni i bar­dziej zrów­no­wa­żeni. I tak jak ożyw­cze jest słońce dla naszej duszy, rów­nie korzystne jest ono dla naszego orga­ni­zmu. Oczy­wi­ście umiar obo­wią­zuje tu tak samo jak wszę­dzie indziej. Nie każdy tole­ruje najbar­dziej inten­sywne pro­mie­nie sło­neczne rów­nie dobrze i przez tak samo długi czas. Wiemy rów­nież, że osoby o jasnej kar­na­cji muszą być bar­dziej ostrożne, ponie­waż ich skóra jest bar­dziej wraż­liwa niż skóra osób o ciem­niej­szej. Nie­za­leż­nie od tego wszyst­kiego jeśli prze­sa­dzisz, z pew­no­ścią dosta­niesz paskud­nego udaru sło­necznego lub bole­snego opa­rze­nia sło­necznego. W każ­dym razie roz­sąd­nie jest powoli przy­zwy­cza­jać się do opa­la­nia już od początku cie­plej­szego sezonu. Cał­ko­wi­cie bez­sen­sowne i szko­dliwe dla zdro­wia jest spę­dza­nie wielu godzin na słońcu po dłu­gim sezo­nie zimo­wym, tuż po zrzu­ce­niu z sie­bie cie­płej odzieży.

Natu­ralne świa­tło sło­neczne pobu­dza nasz układ ner­wowy, wspo­maga krą­że­nie krwi w skó­rze, działa dezyn­fe­ku­jąco na bak­te­rie skórne (ale tylko wtedy, gdy nie posma­ru­jesz się grubo fil­trem prze­ciw­sło­necz­nym), sty­mu­luje układ krwio­no­śny, wzmac­nia odpor­ność, zwięk­sza radość życia i budzi ener­gię twór­czą. To nie przy­pa­dek, że wio­sną więk­szość ludzi jest szcze­gól­nie podatna na wszel­kiego rodzaju cho­roby zakaźne. Po dłu­giej, bezsło­necznej zimie mecha­ni­zmy obronne orga­ni­zmu są po pro­stu osła­bione. Scho­wa­li­śmy się za cie­płym pie­cem, a na dwo­rze nasze ciała były szczel­nie owi­nięte aż po czu­bek nosa, nic więc dziw­nego, że w lżej­szym ubra­niu lekki powiew wia­tru może wywo­łać prze­zię­bie­nie. Dzięki sta­łemu prze­by­wa­niu w cie­ple, gru­bej odzieży i ogrze­wa­niu nasza skóra nie doświad­czała już podraż­nień. Mówiąc pro­ściej, zapo­mniała, jak reago­wać na zmianę tem­pe­ra­tury.

To typowa bolączka naszych cza­sów. Ciało nie jest zahar­to­wane, co w spo­sób natu­ralny czyni je bar­dziej podat­nym na prze­zię­bie­nia. Jed­nak ci, któ­rzy spę­dzają dużo czasu na słońcu i świe­żym powie­trzu, są bar­dziej wytrzy­mali, bar­dziej odporni i - jak spon­ta­nicz­nie mówimy - wyglą­dają zdro­wiej.

Powietrze

Dla nas, ludzi, świeże powie­trze to coś wię­cej niż tylko to, czym musimy oddy­chać. Nie wytrzy­ma­ła­bym, gdy­bym musiała pra­co­wać w jed­nym z tych kli­ma­ty­zo­wa­nych biur, w któ­rych nie można nawet otwo­rzyć okna. Tak, muszę od czasu do czasu otwie­rać drzwi bal­ko­nowe nawet w mroźne dni, aby wpu­ścić świeże powie­trze, w prze­ciw­nym razie dosta­ła­bym szału. Żadna pogoda nie jest na tyle zła, żebym nie wybrała się cho­ciaż na krótki spa­cer. Można powie­dzieć, że, jestem czci­cielką słońca i fana­tyczką świe­żego powie­trza. Wraz z pierw­szymi powie­wami wio­sny cią­gnie mnie na łono natury. Gdy tylko pogoda na to pozwala, prze­no­szę całą swoją pracę na zewnątrz. Nie­za­leż­nie od tego, czy obie­ram ziem­niaki, czy myję owoce i warzywa, czy zabie­ram do ogrodu maszynę do pisa­nia lub zestaw do szy­cia, praca tam jest zawsze przy­jem­niej­sza i szyb­sza. Do tego docho­dzą zaję­cia ogro­dowe, cza­sem uciąż­liwe, ale wysi­łek na świe­żym powie­trzu jest po pro­stu dobry dla ciała. Takie "tan­ko­wa­nie powie­trza" ma róż­no­rodny wpływ na nasz orga­nizm. Z jed­nej strony płuca są naprawdę dobrze prze­wie­trzone. Ćwi­cze­nia na świe­żym powie­trzu pobu­dzają krą­że­nie krwi w skó­rze, sty­mu­lują meta­bo­lizm, zwięk­szają ape­tyt i har­tują orga­nizm. A każdy, kto posiada wła­sny ogród, zgo­dzi się ze mną: Nie ma nic lep­szego niż sie­dze­nie wie­czo­rem latem pod gwiaz­dami i poga­wędki w gro­nie przy­ja­ciół, z lam­pio­nem posta­wio­nym na ogro­do­wym stole. Żaden pro­gram tele­wi­zyjny nie jest w sta­nie odcią­gnąć mnie od tej idylli.

Woda

Od naj­młod­szych lat bar­dzo pocią­gała mnie woda. Pozo­sta­łam zapa­loną miło­śniczką kąpieli do dziś. W mło­do­ści wyko­rzy­sty­wa­łam każdą wolną chwilę, aby wsko­czyć do wody. Nauczy­łam się pły­wać w wieku dzie­się­ciu lat. Póź­niej, kiedy byłam młodą kobietą miesz­ka­jącą w pobliżu Lasu Cze­skiego, za naszym domem pły­nęła rzeka Malše. Wystar­czyło przejść przez ogród, cichą uliczkę i łąkę, i już się stało na brzegu rzeki. Jeśli ktoś mnie szu­kał, od razu wie­dział, gdzie można mnie zna­leźć.

Ale naj­pięk­niej­sza część rzeki Malše była skryta w lesie. Wyma­gało to krót­kiego spa­ceru od naszego domu. Usu­nę­li­śmy z dna kamie­nie, aby dało się pły­wać w jasnym nur­cie rzeki. A jesz­cze dalej były te cudowne, kry­sta­licz­nie czy­ste jeziora w głębi Lasu Cze­skiego. Szkoda, że teraz nasze jeziora i rzeki są tak strasz­nie zanie­czysz­czone. Jed­nak nawet dziś można zna­leźć czy­ste gór­skie potoki, a wtedy nic mnie nie powstrzyma. Zdej­muję buty i poń­czo­chy, pod­cią­gam spód­nicę i bro­dzę w wodzie. Latem w domu nie ma dla mnie nic lep­szego niż moż­li­wość pole­wa­nia się wężem ogro­do­wym od czasu do czasu. Nie­stety, moż­li­wo­ści pły­wa­nia mam dziś bar­dzo ogra­ni­czone, ponie­waż nie czuję się kom­for­towo w zgiełku zatło­czo­nego odkry­tego lub kry­tego basenu.

Woda ma wiele wła­ści­wo­ści lecz­ni­czych. Pozo­stańmy na razie przy pły­wa­niu. Obok kolar­stwa jest ono uwa­żane za naj­lep­szy sport wytrzy­ma­ło­ściowy. Cała musku­la­tura ciała jest obcią­żana i wzmac­niana, a krę­go­słup odcią­żony dzięki wypo­rowi wody, w dodatku skóra jest maso­wana pod­czas prze­śli­zgi­wa­nia się ciała przez wodę.

Woda jest też ide­alna do har­to­wa­nia. Myję się codzien­nie zimną wodą, nawet w zimie. Pobu­dza to krą­że­nie skóry, a po dokład­nym wytar­ciu się ręcz­ni­kiem ciało szybko się roz­grzewa. Czło­wiek czuje się wtedy znacz­nie śwież­szy i bar­dziej oży­wiony niż po prysz­nicu gorącą wodą. Kiedy ktoś się już do tego przy­zwy­czai, nie może się obejść bez zim­nej wody z rana. Bro­dze­nie w wodzie lub cho­dze­nie po zro­szo­nej tra­wie rów­nież jest dosko­nałe. Jak i kiedy to robić, dowie­cie się w innym miej­scu tej książki, w roz­dziale Skrzy­nia pełna lekarstw z Bożego ogrodu.

Ruch

"Ruch to zdro­wie", mówi stare przy­sło­wie, które wszy­scy znają, a mimo to tylko nie­liczni się do niego sto­sują. Są też i tacy, któ­rzy prze­sa­dzają ze wszyst­kim i wyrzą­dzają sobie wię­cej szkody niż pożytku. Pod poję­ciem ruchu nie chcę rozu­mieć sportu, który oczy­wi­ście - upra­wiany z umia­rem - przy­nosi ciału wiele dobrego. Mam na myśli spa­cery, zbie­ra­nie grzy­bów i wycieczki w poszu­ki­wa­niu ziół. Są to natu­ralne formy ćwi­czeń na świe­żym powie­trzu, ide­alne spo­soby na zaczerp­nię­cie świe­żego powie­trza i zła­pa­nie słońca. Być może brzmi to teraz zbyt pro­sto i nie­skom­pli­ko­wa­nie, podam więc przy­kład.

Moja zna­joma cier­piała na ciężką astmę. Cho­dziła od leka­rza do leka­rza, ale nikt nie potra­fił jej sku­tecz­nie pomóc. Wtedy star­sza kobieta z sąsiedz­twa pora­dziła jej, aby poszła do lasu sosno­wego, głę­boko oddy­chała sosno­wym powie­trzem i pochy­lała się, by zbie­rać szyszki. Z cza­sem objawy astmy ustą­pią. Można sobie wyobra­zić, co moja zna­joma pomy­ślała na początku. W końcu jed­nak zasto­so­wała się do tej porady i po wielu, wielu spa­ce­rach w sosno­wym lesie, pod­czas któ­rych zbie­rała rów­nież szyszki, rze­czy­wi­ście minęła jej astma, która wcze­śniej naprawdę jej mocno doku­czała.

Ale nie musisz być chory, aby ruszyć na łono natury. Ruch jest po pro­stu czę­ścią roz­sąd­nego stylu życia, dosko­na­łym spo­so­bem na zahar­to­wa­nie ciała i dobrym tre­nin­giem. Spa­cer pozwala także oczy­ścić głowę ze wszyst­kich dużych i małych spraw, które iry­tują nas na co dzień. Dla mnie samej wiele spa­ce­rów po lesie wiąże się ze szcze­gól­nymi prze­ży­ciami. Muszę tu krótko opo­wie­dzieć o spo­tka­niu z myszą.

Jako młoda kobieta wiele spraw zała­twia­łam pie­szo, nie stro­niąc nawet od wie­lo­ki­lo­me­tro­wych spa­ce­rów. W pew­nym gospo­dar­stwie chleb był pie­czony w piecu opa­la­nym węglem drzew­nym, a ponie­waż sma­ko­wał tak dobrze, cho­dzi­łam po niego raz w tygo­dniu. Pod­czas odpo­czynku wyję­łam kanapkę, którą zabra­łam ze sobą, gdy nagle poja­wiła się przede mną myszka, która pod­nio­sła okru­chy chleba z ziemi. Nie ucie­kła, więc poroz­ma­wia­łam z nią, dałam jej tro­chę chleba i poże­gna­łam się, gdy wszystko zja­dła. W następ­nym tygo­dniu zatrzy­ma­łam się w tym samym miej­scu i - o dziwo - gdy tylko usia­dłam, myszka już tam była. Zosta­ły­śmy praw­dzi­wymi przy­ja­ciół­kami. Pew­nego razu przy­szła z całym sta­dem dzieci. Pozwo­liła mło­dym przejść jeden raz obok mnie, po czym szybko zapro­wa­dziła je z powro­tem do nory i wró­ciła sama, jakby chciała mi powie­dzieć: "Słu­chaj, mam teraz tyle głod­nych pyszcz­ków do nakar­mie­nia, czy mogła­byś dać mi tro­chę wię­cej jedze­nia?". Oczy­wi­ście nie mogłam odmó­wić jej proś­bie i odtąd pod­czas następ­nych wizyt przy­no­si­łam dla malu­chów dodat­kowy kawa­łek sera. Myszka była zawsze z tego powodu bar­dzo szczę­śliwa.

Zbie­ra­nie ziół i grzy­bów to świetny spo­sób, by zażyć tro­chę ruchu. Dzięki róż­nym porom zbio­rów pozwala to na aktyw­ność na świe­żym powie­trzu przez nie­mal cały rok. Na początku trzeba po pro­stu odkry­wać, szu­kać odpo­wied­nich miejsc wystę­po­wa­nia roślin i nabie­rać pew­no­ści w ich iden­ty­fi­ka­cji. Dopiero póź­niej można zacząć zbie­rać wła­sne, skromne zapasy.

Wycieczki po zioła i grzyby, ofe­ro­wane coraz czę­ściej przez cen­tra edu­ka­cji doro­słych lub kluby tury­styczne, są bar­dzo dobrą pro­po­zy­cją dla laików. Pod okiem eks­perta można nauczyć się odróż­niać rośliny, ponie­waż ist­nieją podob­nie wyglą­da­jące zioła, które są jed­nak cał­ko­wi­cie nie­sku­teczne. Ponadto można się dowie­dzieć, które rośliny są objęte ochroną, przez co nie wolno ich zbie­rać, jak pra­wi­dłowo zbie­rać grzyby, a także poznać podob­nych sobie ludzi, któ­rych łączy miłość do natury.

Zdrowy sen

Zdrowy sen jest dla czło­wieka tak samo nie­zbędny jak oddy­cha­nie. Pod­czas snu nasze ciało rege­ne­ruje się i nabiera sił na następny dzień. Sen przed pół­nocą jest uwa­żany za naj­bar­dziej war­to­ściowy. Mogę się z Wami podzie­lić pew­nym doświad­cze­niem: jeśli kła­dziesz się spać wcze­śnie, potrze­bu­jesz mniej godzin snu, a ranne wsta­wa­nie jest łatwe.

Mój nor­malny dzień zaczyna się o szó­stej rano, a kładę się spać o dzie­sią­tej wie­czo­rem. Po wsta­niu z łóżka i przed pój­ściem spać myję się zimną wodą. Rano, aby pobu­dzić krą­że­nie, wie­czo­rem, aby łatwiej zasnąć (patrz także uwagi pod sło­wem klu­czo­wym: zabu­rze­nia snu).

Nasza sypial­nia jest zawsze przy­jem­nie chłodna; dopóki pogoda na to pozwala, zawsze śpimy przy otwar­tym oknie. Gdy jest bar­dzo zimno, ogrze­wamy ją tylko tro­chę. Jeśli cier­pisz na bez­sen­ność, powi­nie­neś naj­pierw spraw­dzić, czy nie śpisz w prze­grza­nym pomiesz­cze­niu, być może z nie­świe­żym, stę­chłym powie­trzem. Zmniej­sze­nie ogrze­wa­nia i inten­sywne wie­trze­nie zazwy­czaj poma­gają. Oprócz złego snu prze­grzana sypial­nia pro­wa­dzi rów­nież do wysu­sze­nia skóry i nad­mier­nego poce­nia się w nocy.

Popro­si­łam o prze­ska­no­wa­nie naszego łóżka, aby upew­nić się, że nie śpimy nad polem geo­pa­tycz­nym. Coraz wię­cej bowiem naukow­ców podziela pogląd, że ist­nieje zwią­zek mię­dzy nega­tyw­nym pro­mie­nio­wa­niem Ziemi a nie­któ­rymi cho­ro­bami. Radzi­ła­bym więc każ­demu, aby jego dom i miej­sce pracy zostały spraw­dzone przez osobę z waha­deł­kiem lub różdżką.

W stre­su­jące dni, kiedy jestem czymś szcze­gól­nie zaab­sor­bo­wana, przed pój­ściem spać wypi­jam na wszelki wypa­dek fili­żankę mojej her­batki prze­ciwko bez­sen­no­ści. Nawyki żywie­niowe rów­nież są ważne dla zdro­wego snu. Ni­gdy nie jemy gorą­cych posił­ków wie­czo­rem, a jeśli już, to co naj­wy­żej od czasu do czasu tro­chę zupy. Wybie­ramy zimne prze­ką­ski, her­batę, ziem­niaki z twa­ro­giem - posy­pane świe­żym szczy­pior­kiem. Ci, któ­rzy wypeł­niają na wie­czór swoje brzu­chy obfi­tymi, cięż­ko­straw­nymi potra­wami, nie powinni być zasko­czeni płyt­kim i nie­spo­koj­nym snem.

Wszystko z umiarem

Przez całe życie dba­łam o zdro­wie, ale bez prze­sady. Ni­gdy nie żyłam asce­tycz­nie, a powstrzy­my­wa­nie się od pew­nych rze­czy nie było dla mnie trudne. Na przy­kład prze­sta­wie­nie się ze zwy­kłej kawy na bez­ko­fe­inową nie było dla mnie męczar­nią. Wie­dzia­łam, że ta decy­zja jest słuszna i ważna ze względu na moje wyso­kie ciśnie­nie krwi, więc ją pod­ję­łam. Tak po pro­stu. Ale nie wpły­wam na mojego męża, gdy zama­wia w kawiarni podwójne espresso z bitą śmie­taną.

Ni­gdy nie pali­łam. Nie musi­cie sobie niczego wyobra­żać na ten temat. Po pro­stu cie­szę się, że ten nałóg ni­gdy mnie nie pocią­gał. Zawsze byłam tole­ran­cyjna wobec pala­czy, mimo że czę­sto nie mogłam się powstrzy­mać od wska­zy­wa­nia zagro­żeń dla zdro­wia wyni­ka­ją­cych z ich nałogu. Ale jeśli mój mąż od czasu do czasu zapali papie­rosa, nie żałuję mu tej przy­jem­no­ści. Tylko wtedy, gdy goście wypeł­niają mój salon dymem, pozwa­lam sobie otwo­rzyć sze­roko drzwi bal­ko­nowe, aby nie udu­sić się w błę­kit­nych opa­rach.

Lubię wypić kufel piwa do obiadu, wino piję bar­dzo rzadko, a w towa­rzy­stwie cza­sami roz­ko­szuję się kie­lisz­kiem likieru. Ale zawsze pozo­staję wierna zasa­dzie: "Wszystko z umia­rem, wtedy nic nie zaszko­dzi".

Lubię cza­sem coś prze­ką­sić, z zapa­łem piekę świą­teczne cia­steczka, które mi sma­kują, ale bez wysiłku mogę się obejść bez cze­goś słod­kiego. Chcę przez to powie­dzieć, że nie musi­cie rezy­gno­wać ze wszyst­kich uży­wek w tro­sce o swoje zdro­wie. Życie byłoby nudne, gdyby tak było. Powin­ni­ście tylko uwa­żać, aby pobła­ża­nie sobie nie stało się nawy­kiem i nie prze­ro­dziło się w uza­leż­nie­nie.

Mój codzienny plan dnia

Ludzie pra­cu­jący zawo­dowo muszą pod­po­rząd­ko­wać się pew­nemu har­mo­no­gra­mowi. Nie­któ­rzy odczu­wają to jako obcią­że­nie, ale w week­endy i pod­czas waka­cji spo­strze­gają, jak bar­dzo się do tego przy­zwy­cza­ili i wów­czas ten nawyk staje się dla nich pro­ble­mem. Nie wie­dzą, co zro­bić z cza­sem wol­nym, a godziny mijają nie­wy­ko­rzy­stane. Jest to szcze­gól­nie trudne dla osób, które prze­cho­dzą na zasłu­żoną eme­ry­turę. Nagle mają poczu­cie, że nie są już potrzebni, że ich życie nie ma żad­nego sensu, a to może pro­wa­dzić do znacz­nych zabu­rzeń psy­chicz­nych. Nie ma patentu na roz­wią­za­nie tej sytu­acji. Mogę jedy­nie opi­sać, jak ja sama orga­ni­zuję swój dzień.

Naj­cen­niej­sze są dla mnie wcze­sne godziny poranne. Kiedy wscho­dzi słońce, ptaki ćwier­kają w ogro­dzie, a nasza mała osada jesz­cze się nie obu­dziła, zazwy­czaj sia­dam przy maszy­nie do pisa­nia. Kiedy wstaję, już zaczy­nam myśleć o pracy, którą chcę danego dnia wyko­nać, i robię to szybko. Około ósmej jem śnia­da­nie z mężem i sia­dam ponow­nie w moim gabi­ne­cie aż do około dzie­sią­tej. Potem przy­cho­dzi czas na goto­wa­nie. Obiad jest naszym głów­nym posił­kiem i zawsze bar­dzo się o niego sta­ram. Po umy­ciu naczyń czy­tam gazety i pocztę - w ogro­dzie, o ile pozwala na to pogoda. Około trze­ciej po połu­dniu ponow­nie sia­dam przy maszy­nie, gdzie spę­dzam czas aż do około szó­stej wie­czo­rem, kiedy przy­go­to­wuję kola­cję. Przed snem czy­tamy, cza­sami oglą­damy tele­wi­zję lub sie­dzimy razem z dziećmi. Przed pój­ściem spać zawsze ukła­dam plan na kolejny dzień, ale jest on tak ela­styczny, aby dało się go zmie­nić, jeśli na przy­kład pogoda jest na tyle ładna, by zbie­rać zioła.

To nic szcze­gól­nego, nie­któ­rzy powie­dzą, po co ona to pisze w tej książce? Jeśli przyj­rzy­cie się bli­żej, sami się zorien­tu­je­cie. Tylko połowę dnia zaj­muję się gospo­dar­stwem domo­wym, resztę czasu poświę­cam na pracę zwią­zaną z zio­łami. Mam zada­nie, które mnie inte­re­suje i zaj­muje. I to wła­śnie jest powód, dla któ­rego nie czuję się tak stara, jak mogłyby to suge­ro­wać moje lata. Praca inte­lek­tu­alna bar­dzo przy­czy­nia się do utrzy­ma­nia wital­no­ści i ener­gii. Dla­tego mogę tylko dora­dzić star­szym ludziom, by poszu­kali sobie sen­sow­nego i inte­re­su­ją­cego zaję­cia. Powinni zna­leźć hobby, w któ­rym się speł­niają. Oferty są róż­no­rodne, od wszel­kiego rodzaju kur­sów w uni­wer­sy­te­tach trze­ciego wieku po kluby i sto­wa­rzy­sze­nia, w któ­rych łączą się ludzie o podob­nych poglą­dach. W końcu osoby star­sze nie powinny się izo­lo­wać, ale aktyw­nie uczest­ni­czyć w życiu. Wiemy rów­nież, że kon­takty towa­rzy­skie z mło­dymi ludźmi pozwa­lają zacho­wać mło­dość, a samot­ność przy­spie­sza pro­ces sta­rze­nia.

Każdy musi nadać swo­jemu życiu sens, mieć przed sobą jakiś cel, nawet w pode­szłym wieku. Aktywni ludzie, któ­rzy stoją obiema nogami na ziemi, są rów­nież znacz­nie mniej podatni na wszel­kiego rodzaju cho­roby. Z dru­giej strony ci, któ­rzy odczu­wają wewnętrzną pustkę, czę­sto czy­nią cho­robę celem swo­jego życia, dają się jej tak bar­dzo porwać, że nawet nie­groźne scho­rze­nie może stać się zagro­że­niem dla życia. Nie należy dopusz­czać do takiego stanu rze­czy. Jest wiele prawdy w sta­rym powie­dze­niu: "Toczący się kamień nie obra­sta mchem". I jesz­cze jedna wska­zówka: bądź­cie wyro­zu­miali dla mło­dzieży. Musi żyć w innej atmos­fe­rze niż my w naszych cza­sach. Spo­kój, w któ­rym my, starsi ludzie, dora­sta­li­śmy w dzi­siej­szym świe­cie - ze wszyst­kimi jego uro­kami i pośpie­chem - już nie ist­nieje.

II. Świat moich ziół

II.

Świat moich ziół

Czy to wła­ści­ciel ogrodu, czy miło­śnik ziół, czy też kto­kol­wiek inny - po cięż­kiej, mroź­nej zimie każdy z utę­sk­nie­niem czeka na wio­snę, na pierw­sze pro­mie­nie słońca, cie­płe dni, młodą, deli­katną zie­leń i rado­sne głosy pta­ków: zaśpiew kosów, świer­got zięb i siko­rek, a także wszyst­kich innych gatun­ków, które swoim ist­nie­niem pod­kre­ślają piękno natury.

We mnie - ogrod­niczce, a przede wszyst­kim w zie­larce - budzi się wów­czas rado­sne ocze­ki­wa­nie. Tak więc od początku wio­sny aż do ostat­nich dni jesieni roz­po­ście­ram swoje życie przed Wami, moimi dro­gimi Czy­tel­ni­kami, aby zachę­cić Was do roz­bu­dze­nia lub zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia zain­te­re­so­wa­nia zio­łami lecz­ni­czymi i dzie­le­nia ze mną tego entu­zja­zmu.

Pierw­szą rośliną wycią­ga­jącą miło­śnika ziół z domo­wych pie­le­szy jest cie­nio­lubny czo­snek niedź­wie­dzi, rosnący na wil­got­nych bło­niach, który wyściela brzegi stru­mieni jak jasno­zie­lony dywan. Jesz­cze go nie widać, a wiatr już nie­sie jego czosn­kowy zapach. Nie spo­sób pomy­lić go z podob­nymi liśćmi tru­ją­cej kon­wa­lii i zimo­wita jesien­nego. Silny czosn­kowy zapach jest nie­po­wta­rzalny i nie do pomy­le­nia. Do kura­cji oczysz­cza­ją­cych pozy­skuję deli­katne, świeże liście czosnku niedź­wie­dziego (cebulki zbie­ram tylko jesie­nią), które następ­nie wraz z rodziną drobno sie­kamy i kła­dziemy na chleb posma­ro­wany masłem lub dorzu­camy na surowo dla popra­wie­nia smaku do zupy, pie­ro­gów, ziem­nia­ków i innych potraw, które zwy­kle przy­pra­wiamy natką pie­truszki. Ci, któ­rzy z powodu wraż­li­wego żołądka nie tole­rują suro­wych liści, powinni je drobno pokroić, zalać gorą­cym mle­kiem, pozo­sta­wić na dwie do trzech godzin, a następ­nie powoli pić mleko.

Jeśli nato­miast zale­jesz zie­lone liście alko­ho­lem, otrzy­masz nalewkę, którą należy pić od 10 do 12 kro­pli dzien­nie w nie­wiel­kiej ilo­ści wody lub her­baty. Napeł­nij butelkę po szyjkę umy­tymi, pocię­tymi i odsą­czo­nymi liśćmi, zalej wódką zbo­żową o mocy 38-40%, tak by przy­kryła liście, i pozo­staw całość w cie­płym miej­scu na co naj­mniej dwa tygo­dnie. Kro­ple poma­gają zacho­wać dosko­nałą pamięć i zapo­bie­gają miaż­dżycy.

W tym samym cza­sie co czo­snek niedź­wie­dzi zbie­ram pierw­sze rośliny mniszka lekar­skiego na wege­ta­riań­ską kola­cję. Wyci­nam nożem całą rozetę aż do korze­nia. Roz­róż­niam dwa rodzaje mniszka lekar­skiego: liście z żół­ta­wo­zie­loną lub tra­wia­sto­zie­loną nasadą. Te dru­gie są twarde i mniej smaczne, więc szu­kam tych z żół­ta­wo­zie­loną nasadą. Łatwo można zauwa­żyć róż­nicę.

Przy lek­kiej gle­bie wierz­chołki żół­ta­wo­zie­lo­nych liści czę­sto znaj­dują się bar­dzo głę­boko w ziemi. Przy­po­mi­nają smaczną sałatę endy­wię. Czysz­czę rośliny mniszka lekar­skiego już na łące i usu­wam brą­zowe i pokryte pla­mami liście lub ich koń­cówki. Po powro­cie do domu wkła­dam je do zim­nej wody, zosta­wiam na kwa­drans, a następ­nie kilka razy dobrze płu­czę. Ostat­nią wodę lekko solę, a po umy­ciu ponow­nie zosta­wiam rośliny w wodzie na pięć minut. Teraz liście mniszka są ide­al­nie czy­ste. Pod­czas gdy liście ocie­kają na sicie, gotuję jajka na twardo, po jed­nym na osobę. Dla dopeł­nie­nia smaku kroję boczek. Jeśli ktoś jest na die­cie, może zastą­pić boczek ole­jem. Na roz­to­pio­nym boczku krótko gotuję ocet jabł­kowy, któ­rego uży­wam oszczęd­nie. Gorą­cym bocz­kiem z octem pole­wam posło­dzone, poso­lone i drobno posie­kane liście mniszka lekar­skiego. To deli­katne danie wyśmie­ni­cie sma­kuje w połą­cze­niu z prze­kro­jo­nymi na pół jaj­kami i z pew­no­ścią zosta­nie zje­dzone z ape­ty­tem. Można rów­nież dodać cie­płe, drobno pokro­jone ziem­niaki. Nawia­sem mówiąc, mni­szek lekar­ski wspo­maga wypróż­nie­nia.

Wystar­czy jeden bez­śnieżny, sło­neczny dzień, aby wycią­gnąć spod ziemi pierw­sze żółte kie­li­chy pod­biału. O tej porze roku łodygi są bez­listne. Dopiero w maju poja­wiają się pod nimi sre­brzy­sto­białe, omszałe liście. Miej­sce, w któ­rym kwit­nie mój pod­biał, to opusz­czona żwi­row­nia z dala od dróg i osie­dli, gra­ni­cząca z lasami, łąkami i polami. Pora­stają ją czarne sosny i jasne brzozy, któ­rych nasiona przy­wiał wiatr, a jak okiem się­gnąć widać wierz­bowe kotki we wszyst­kich odcie­niach zie­leni. Każ­dego roku jest to nasza pierw­sza wycieczka, z któ­rej przy­no­simy do domu pierw­sze zioła lecz­ni­cze do corocz­nej mie­szanki. Deli­kat­nie aro­ma­tyczny, meli­sowy zapach pod­biału, od któ­rego ręce pachną jesz­cze przez długi czas, jest pod­stawą słyn­nej her­batki Marii Tre­ben. Zry­wam jed­nak kwiaty tylko na potrzeby rodziny, prze­strze­gam przy­ka­za­nia umiar­ko­wa­nego zbie­ra­nia. Z rado­snym ser­cem zry­wamy z mężem żółte główki wśród dono­śnego brzę­cze­nia psz­czół. Hałda jest duża. Ponad połowę kwia­tów zosta­wiamy dla pra­co­wi­tych zapy­la­czy, a już jutro nowe pąki, które dziś jesz­cze są zamknięte, otwo­rzą się dla psz­czół. Zasta­na­wiamy się, skąd nad­le­ciały, ponie­waż wszę­dzie wokół nas sły­chać przy­tulne brzę­cze­nie wielu owa­dów, ale jak okiem się­gnąć nie widać śladu ich domu. Psz­czoły wydają mi się rów­nież zbyt ciemne - są pra­wie czarne i mniej­sze niż psz­czoły domowe. Praw­do­po­dob­nie są to dzi­kie psz­czoły - leśne lub ziemne. Póź­niej, gdy wędru­jemy po hał­dzie, tajem­nica się wyja­śnia: odle­głe, cią­głe brzę­cze­nie roz­lega się nad luźną, dużą kupą ziemi. Trzeba szybko stąd ucie­kać, bo leśne psz­czoły potra­fią mocno użą­dlić.

Jed­nak nie tylko kojące brzę­cze­nie psz­czół towa­rzy­szyło nam pod­czas zbie­ra­nia kwia­tów pod­biału, była jesz­cze jedna istota, któ­rej nie podo­bała się nasza obec­ność. Nie­da­leko nas co chwila roz­le­gały się gul­go­czące okrzyki. Odosob­niona żwi­row­nia zwy­kle pełna ciszy oka­zała się tery­to­rium kolo­ro­wego bażanta. Sły­sze­li­śmy jego powta­rza­jące się w krót­kich odstę­pach czasu zaloty, aż w końcu on sam wyło­nił się w swoim wspa­nia­łym upie­rze­niu. Nieco póź­niej uka­zała się mała i nie­po­zorna samiczka. Prze­cha­dzała się po ścieżce spo­koj­nie i powoli, bez stra­chu przed nami, intru­zami. Takie zda­rze­nia są po pro­stu czę­ścią natury i zbie­ra­nia ziół!

Chcemy też roz­po­cząć czte­ro­ty­go­dniową kura­cję pokrzy­wową, którą robimy wcze­sną wio­sną od lat. Jak co roku, kiedy zbie­ramy pod­biał, mamy ze sobą ręka­wiczki i nożyczki, aby ściąć pierw­sze pokrzywy. Należy to zro­bić jak naj­wcze­śniej. Małe roślinki już wyglą­dają tak dostoj­nie, jakby wyro­sły pod śnie­giem.

W celach lecz­ni­czych ści­nam je dwa razy w tygo­dniu, aby były jak naj­śwież­sze. Oprócz her­baty dodaję je od czasu do czasu do szpi­naku lub robię zupę krem z pokrzywy. Odro­binę zasmażki robio­nej na maśle zale­wam zupą, dorzu­cam łyżkę kwa­śnej i słod­kiej śmie­tany lub mleka, szczyptę miodu, sól, natkę pie­truszki i - jeśli to moż­liwe - jeden lub dwa drobno posie­kane małe liście szał­wii z ogrodu. Drobno posie­kane, świeże liście pokrzyw należy dodać do goto­wej zupy tuż przed poda­niem. Nie wolno ich goto­wać!

Czte­ro­ty­go­dniowa kura­cja pokrzywą - naj­wspa­nial­szą rośliną lecz­ni­czą, jaką posia­damy - ze wszech miar jest warta pole­ce­nia choćby dla­tego, że działa krwio­twór­czo, oczysz­cza krew, wspo­maga pery­stal­tykę jelit i dostar­cza żelaza.

Sie­dząc wie­czo­rem przy pierw­szej fili­żance her­baty z pokrzywy, oma­wiamy wysiew nasion ślazu na kom­po­ście następ­nego dnia. Ostat­nia część trzy­czę­ścio­wej pry­zmy kom­po­sto­wej ma pozo­stać na miej­scu przez kolejny rok, zanim jesie­nią zie­mia zosta­nie wywie­ziona do ogrodu. Worek z tor­fem ogrod­ni­czym roz­siewa się na kom­po­ście. Nasiona ślazu, zebrane z roślin jesie­nią, umiesz­cza się w gle­bie na głę­bo­ko­ści trzech cen­ty­me­trów i przy­krywa nią. Po kilku dniach rośliny wypusz­czają pierw­sze pędy. Z przy­jem­no­ścią cze­kam na pierw­sze listki ślazu, które roz­wi­jają się w słońcu, w luź­nej i żyznej ziemi kom­po­sto­wej, w oka­załe rośliny z dłu­gimi pędami, do któ­rych przy­cze­pio­nych jest wiele różo­wych róży­czek. Póź­niej wyro­sną z nich małe owoce o smaku sera. Kiedy nadej­dzie odpo­wiedni czas, zaczy­nam zbie­rać plony po raz pierw­szy. Ści­nam wszyst­kie pędy nie­mal do korzeni. Pozo­sta­wiam kilka poje­dyn­czych liści na pod­kładce, dzięki czemu roślina odra­sta bar­dzo szybko. Lekko wzru­szam glebę wokół pod­kładki. Plon na pry­zmie kom­po­sto­wej zbie­ram trzy do czte­rech razy. Ścięte pędy myję, roz­kła­dam do wyschnię­cia, po czym łodygi, łodygi, liście i kwiaty tnę na małe kawałki i roz­kła­dam na stry­chu do osta­tecz­nego wysu­sze­nia.

Co za bło­go­sła­wień­stwo mieć takie lekar­stwo w domu! Za jego pomocą można prze­my­wać i pie­lę­gno­wać każdy mały obrzęk, stan zapalny lub ranę. Śluz zawarty w rośli­nie eks­tra­huje się przez zala­nie zimną wodą na 12 godzin. Daję jedną czu­batą łyżeczkę ślazu na fili­żankę wody. Let­nia her­batka pomaga przy zapa­le­niu błony ślu­zo­wej jelit lub żołądka, przy braku śliny w jamie ust­nej lub nosie, a szcze­gól­nie na obrzęki przy wszel­kiego rodzaju zła­ma­niach kości, które w prze­ciw­nym razie po pro­stu nie chcą się cof­nąć. Jakże wielka jest dobroć Boga, że kła­dzie u naszych stóp takie uzdra­wia­jące zioła. Dzię­kuję Mu za to każ­dego dnia!

Ponie­waż jestem w pobliżu sterty kom­po­stu, wycią­gam z piw­nicy łopatę i wyko­puję tro­chę korzeni chrzanu. Naj­smacz­niej­szy jest wio­sną i dla­tego to wła­śnie teraz ten dar nie­bios sta­nie się czę­ścią jutrzej­szego obiadu. Jeśli ni­gdy nie myśle­li­ście o tym, by podać na stół sos chrza­nowy, powin­ni­ście szybko nad­ro­bić to nie­do­pa­trze­nie. Zro­bioną na maśle zasmażkę roz­pro­wadź zro­bio­nym w domu dobrym bulio­nem woło­wym, dodaj odro­binę soli i cukru oraz prze­dłuż odro­biną mleka, aby uzy­skać kre­mowy sos. Przed poda­niem dodaj starty chrzan, któ­rego nie wolno zago­to­wać. Poda­waj z pokro­joną w pla­stry goto­waną woło­winą, kne­dlami z bułki, rów­nież pokro­jo­nymi w pla­stry, i bura­kami jako sałatką. Jestem pewna, że zasko­czy Cię smak sosu chrza­no­wego.

Mniej wię­cej o tej porze zry­wam też posianą jesie­nią rosz­ponkę, by na stole poja­wiła się domowa zie­le­nina. Rosz­ponka, zmie­szana z goto­wa­nymi, cie­płymi ziem­nia­kami i ude­ko­ro­wana jaj­kami na twardo, sta­nowi dobrą wege­ta­riań­ską kola­cję.

Kilka pierw­szych bez­śnież­nych dni spra­wiło, że w mgnie­niu oka poja­wiły się świeże liście babki lan­ce­to­wa­tej, glist­nika jaskół­czego ziela i przy­tu­lii. Umyte i roz­tarte liście babki lan­ce­to­wa­tej nało­żone na wybrzu­sze­nia skóry powstałe zimą zmniej­szają je i w końcu cał­ko­wi­cie likwi­dują.

Zie­lona zupa z wio­sen­nych ziół

Gdy byli­śmy dziećmi, każ­dego roku pierw­sza zie­le­nina na zupie łączyła się z naszym obrzy­dze­niem i jawną nie­chę­cią. Zupę pokry­wała gruba war­stwa drobno posie­ka­nych wio­sen­nych ziół, a my, trzy dziew­czynki, wyda­wa­ły­śmy gło­śne okrzyki pro­te­stu. Mama pozo­sta­wała jed­nak nie­ugięta: "Kto nie zje zupy, nie dosta­nie nic innego". Tym­cza­sem zapach docho­dzący z pie­kar­nika był cudowny. Skwier­czały tam brą­zowe brzegi pysz­nego omletu cesar­skiego z twa­ro­giem albo sma­żyły racu­chy (placki droż­dżowe z Sude­tów), któ­rymi w dzie­ciń­stwie zaja­da­ły­śmy się bez opa­mię­ta­nia. W ten spo­sób nasza sprytna mama skła­niała nas do zje­dze­nia swo­jej wio­sen­nej zupy zio­ło­wej o wyso­kiej zawar­to­ści wita­min. Dziś wio­senne zioła na zupę można kupić na baza­rze, nie trzeba się nawet schy­lać, by je samemu zebrać. Wio­senne zioła obej­mują: pokrzywę, mni­szek lekar­ski, krwaw­nik pospo­lity, przy­wrot­nik pospo­lity, blusz­czyk, liście i płatki sto­krotki, pier­wiosnka i fiołka, koń­cówki liści prze­tacz­nika, babki lan­ce­to­wa­tej i zwy­czaj­nej, zimu­jące liście pie­truszki i koń­cówki szczy­piorku z ogrodu - po tro­chu każ­dego z nich, drobno posie­ka­nych i rzu­co­nych na wio­senną zupę, omasz­czone ziem­niaki, pie­rogi lub dodane do sałatki. Szybko zauwa­żysz moc tych pierw­szych posłań­ców wio­sny, bo to praw­dziwy zastrzyk wita­min! Z każ­dym rokiem coraz czę­ściej będziesz się­gać po tę fon­tannę zdro­wia.

Po dłu­gich zimo­wych dniach oczy tęsk­nią za świe­żym sokiem z glist­nika. Ponie­waż czę­sto rege­ne­ruję je świe­żym sokiem z glist­nika, mogę z czy­stym sumie­niem prze­ka­zać Wam tę poradę. Biorę liść glist­nika, myję go, jed­no­cze­śnie myjąc ręce. Wil­got­nym kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym roz­cie­ram wil­gotną, kru­chą łodyżkę liścia glist­nika, roz­pro­wa­dzam nie­wielką ilość płynu z palca wska­zu­ją­cego na powie­kach, naj­pierw po pra­wej, potem po lewej stro­nie, aż do kącika oka. Natych­miast spływa na nie bło­gie uczu­cie, ponie­waż roz­cień­czony sok oży­wia wzrok. Można rów­nież poło­żyć dwa do trzech dobrze umy­tych liści glist­nika na oczy na noc i zawią­zać je chustką. Natych­miast zauwa­żysz korzystne wzmoc­nie­nie wzroku.

Świeża przy­tu­lia jest uży­wana do płu­ka­nia gar­dła przy wolu i cho­ro­bach tar­czycy. Jeśli cho­roba tar­czycy jest wyni­kiem scho­rze­nia z wątroby, przy­tu­lia nie pomoże. Wio­sną świeże pędy i koń­cówki liści są uży­wane do płu­ka­nia gar­dła w przy­padku chrypki i wszel­kiego rodzaju dole­gli­wo­ści gar­dła, które roz­wi­nęły się w zimie.

Zbie­ra­nie jemioły ozna­cza dla nas szczę­śliwy rodzinny wypad orga­ni­zo­wany co roku. Wybie­rają się wszy­scy, nawet jam­nik Waldi. Wypo­sa­żeni w kijki tele­sko­powe i małą dra­binkę wyru­szamy w piękny wio­senny dzień. Idzie z nami myśliwy, który poka­zuje nam drogę przez swoje tereny łowiec­kie. Prze­mie­rzamy dolinę z wyso­kimi leśnymi zbo­czami, gdzie nagle ścieżka wznosi się stromo pod górę. Pro­wa­dzi nas ona przez piękny kra­jo­braz z łąkami i ład­nie roz­rzu­co­nymi gospo­dar­stwami. Serca zaczy­nają nam rado­śnie bić. Pastwi­ska na wzgó­rzu są pokryte pier­wiosn­kami, które wska­zują, że nasi rol­nicy znów są eko­lo­giczni. Od lat nie widzie­li­śmy takich łąk. Urze­kają nas plamy ciem­no­żół­tych pier­wiosn­ków o wyso­kich łody­gach i fio­le­towo-czer­wone kie­li­chy mio­dunki, czyli Jasia i Mał­gosi, jak się ją potocz­nie nazywa. Z daleka wita nas rząd drzew owo­co­wych poro­śnię­tych jemiołą. Naj­pierw pytamy wła­ści­ciela, czy nie ma nic prze­ciwko zry­wa­niu cze­goś z jego drzew. Jest to ważne rów­nież przy zbie­ra­niu jemioły, bo można tra­fić na nie­wła­ściwą osobę i usły­szeć nagle kilka nie­przy­jem­nych słów.

Mała dra­binka zostaje oparta o drzewo, kijki tele­sko­powe zło­żone, mło­dzież męska wspina się na górę i zrzuca nam łam­liwe gałę­zie jemioły. Zbie­ramy spa­da­jącą jemiołę i wkła­damy ją do wor­ków, które przy­nie­śli­śmy ze sobą. Po raz pierw­szy w tym roku sły­szymy nawo­ły­wa­nie kukułki, które przyj­mu­jemy z rado­ścią. W ciągu godziny jemio­łowe bło­go­sła­wień­stwo jest już bez­piecz­nie scho­wane. Ponow­nie prze­mie­rzamy cudow­nie kwit­nące łąki, a ja z chę­cią pozbie­rał­bym rów­nież pier­wiosnki i mio­dunki. Musimy to jed­nak odło­żyć na jeden z następ­nych dni.

Po powro­cie do domu wycią­gamy w ogro­dzie łupy z wor­ków i łączymy siły, aby pociąć małe łodygi i liście na drobne kawałki. Jest połowa kwiet­nia i gałę­zie jemioły wypu­ściły już bla­do­żółte, deli­kat­nie pach­nące kwiaty, z któ­rych jesie­nią roz­winą się jagody. Grub­sze łodygi odrzu­camy. Pociętą na drobne kawałki jemiołę roz­kła­damy na papie­rze na stry­chu do wyschnię­cia. Część zebra­nej jemioły, po oddzie­le­niu grub­szych łodyg, jest rów­nież ukła­dana do wyschnię­cia, aby póź­niej przy­go­to­wać z niej dobre kąpiele, które mają korzystny wpływ na serce i układ krą­że­nia. To był piękny, rado­sny dzień i dzię­ku­jemy Bogu za to, że pozwo­lił nam prze­żyć go w har­mo­nii.

Jemioła była czczona przez Cel­tów jako święta roślina, ale tak naprawdę można ją nazwać cudowną rośliną, ponie­waż zarówno obniża wyso­kie, jak i pod­nosi niskie ciśnie­nie krwi. Jed­nym sło­wem jest to spraw­dzone lekar­stwo na serce i krą­że­nie.

Jemioła posiada wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze od początku paź­dzier­nika do początku grud­nia oraz od marca do kwiet­nia. My sami jej zbie­ra­nie odkła­damy do kwiet­nia z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, jagody jemioły są zimo­wym pokar­mem chęt­nie poszu­ki­wa­nym przez ptaki wędrowne, które nawie­dzają nasz region, i nie chcemy ich tego pozba­wiać. Po dru­gie, oszczę­dzamy sobie żmud­nego oddzie­la­nia bar­dzo lep­kich jagód. Jemioła jest rośliną paso­żyt­ni­czą i rośnie na drze­wach owo­co­wych i igla­stych, na dębach i topo­lach. Gałę­zie jemioły znaj­du­jące się na tych dwóch ostat­nich gatun­kach mają naj­wię­cej sub­stan­cji lecz­ni­czych, aby jed­nak pozy­skać jemiołę z tych wyso­kich drzew, trzeba być świad­kiem ich wycinki. Od lat zbie­ramy jemiołę z jabłoni i wie­lo­krot­nie oka­zała się dla nas pomocna. Jeśli gałązki jemioły zbie­rane są zimą, lep­kie jagody nie mogą się zna­leźć w mie­szance ziół.

Sto­so­wane zewnętrz­nie jagody jemioły leczą uszko­dze­nia spo­wo­do­wane odmro­że­niami, zwłasz­cza ciem­no­czer­wone plamy na policz­kach i sino­czer­wony nos. W małej por­ce­la­no­wej miseczce lekko pod­grze­wamy sma­lec i mie­szamy go ze świe­żymi jago­dami jemioły. Tę mie­sza­ninę roz­pro­wa­dzamy na lnia­nej ście­reczce, którą nakła­damy na noc na zmie­nione cho­ro­bowo miej­sca; bar­dzo nie­przy­jemne dole­gli­wo­ści ustę­pują bez pro­blemu.

Aby przy­go­to­wać her­batkę, suszoną jemiołę zalej zimną wodą na 12 godzin. Na ćwierć litra wody weź czu­batą łyżeczkę drobno posie­ka­nej jemioły. Następ­nie lekko pod­grzej her­batkę, ale nie gotuj, a potem prze­cedź i pij powoli.

Kilka dni póź­niej jasny, sło­neczny pora­nek wabi nas na nasze fioł­kowe regiony. Za każ­dym razem jest to urze­ka­jący widok, który zachwyca nas wciąż na nowo. Ze względu na che­miczne nawo­że­nie i opry­ski nie­bie­skie fiołki stały się w natu­rze praw­dziwą rzad­ko­ścią, ale pod­czas naszych spa­ce­rów po polach i pastwi­skach spo­tka­li­śmy rol­nika mają­cego gospo­dar­stwo leżące na skraju lasu, który na­dal cie­szy się ciem­no­nie­bie­skimi, pach­ną­cymi fioł­kami rosną­cymi na tra­wie pod drze­wami owo­co­wymi. To praw­dziwe szczę­ście, ponie­waż fiołki należą do mojej mie­szanki ziół. W moim ogro­dzie kwitną bujne poduszki fioł­ków o dłu­gich łody­gach, z któ­rych połowę zbie­ram na her­batkę. Dru­giej poło­wie pozwa­lam doj­rzeć, by powstały nasiona. Zabie­ram ze sobą na spa­cery część nasion zebra­nych poprzed­niego roku. Z pew­no­ścią nie byłoby tylu fioł­ków w lasach i na łąkach, gdy­bym co roku nie wysie­wała nowych nasion. A kiedy zbie­ram fiołki, znaj­duję wiele roślin, któ­rych potrze­buję do mojej her­batki: świeże koń­cówki liści przy­tu­lii (kwiaty są doda­wane póź­nym latem), nie­bie­sko-czer­wone mio­dunki, sto­krotki i pier­wiosnki. Wszę­dzie można odkryć nowy kolo­rowy blask. W Gór­nej Austrii, dzięki Bogu, znów jest wielu rol­ni­ków, któ­rzy odwra­cają się od "che­mi­ka­liów" i wra­cają do eko­lo­gicz­nej uprawy łąk. Widać to w odro­dze­niu łąk w ostat­nich latach, ponie­waż tam, gdzie sto­suje się che­mię, nie rośnie ani jeden kwiat! Obser­wo­wa­li­śmy to przez wiele lat, ale teraz bogate w kwiaty łąki i obrzeża lasów poka­zują, że zmie­rzamy ku lep­szej przy­szło­ści. "Takie rośliny, jak babka zwy­czajna, krwaw­nik pospo­lity itp., któ­rych potrze­buje nasze bydło, znik­nęły. Ale teraz wszystko wró­ciło" - mówią roz­sądni rol­nicy, któ­rzy dystan­sują się od sto­so­wa­nia che­mii.

Jasne głosy pta­ków towa­rzy­szą nam przez cały dzień, jed­nak musi być też i ele­ment stra­chu! W pobliżu skrawka lasu szczeka silny kozioł sarny, myśliwi mówią, że jest prze­ra­żony. Kiedy prze­cho­dzimy przez łąkę, jest bar­dzo bli­sko nas, a potem z daleka sły­chać jego szcze­ka­nie, gdy ucieka. Chwilę póź­niej stoi w zagłę­bie­niu na dru­gim końcu rowu, a szcze­ka­nie roz­lega się bar­dzo bli­sko. Opusz­czamy to miej­sce w pobliżu lasu i dajemy odpo­cząć spło­szo­nemu kozioł­kowi.

Jajka wiel­ka­nocne

Brą­zowe łuski cebuli zbie­ram przez cały rok. W okre­sie poprze­dza­ją­cym Wiel­ka­noc, kiedy przy­cho­dzi czas na malo­wa­nie jajek, uży­wam tylko tych łusek. Umieść skórki cebuli w sze­ro­kim naczy­niu żaro­od­por­nym i połóż na wierz­chu surowe jajka - obok sie­bie, ale tak, aby się nie sty­kały. Ostroż­nie dolej zimną wodę, aby przy­kryła jajka, i gotuj przez trzy minuty. Następ­nie opłucz ugo­to­wane jajka zimną wodą, połóż na suchej ście­reczce i prze­trzyj skórką ze sło­niny. Potrak­to­wane w ten spo­sób sko­rupki robią się pięk­nie brą­zowe i błysz­czące.

Fiołki, czer­wono-nie­bie­skie mio­dunki, żółte pier­wiosnki, białe sto­krotki, biało kwit­nący szcza­wik i czubki przy­tu­lii, które wesoło nie­siemy do domu, to tylko nie­wielka część bogac­twa pora­sta­ją­cego brzegi stru­mieni i łąki. Coś jed­nak nas nie­po­koi: smugi kon­den­sa­cyjne na nie­bie wska­zują, jak wiele samo­lo­tów prze­la­tuje codzien­nie nad tymi cichymi i spo­koj­nymi lasami i łąkami. Nikt nie mówi o tej for­mie zanie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska, jest ona prze­mil­czana, jeste­śmy jed­nak prze­ko­nani, że powo­duje to śmierć lasów w odle­głych miej­scach. Mar­twi mnie to. Zanim zapo­mnę: sto­krotki, pier­wiosnki i fiołki są świetne na pro­blemy z ser­cem i ner­wami.

Tym­cza­sem wyda­rze­nia nakła­dają się na sie­bie, więc naprawdę muszę się pil­no­wać, aby opi­sać Wam wszystko po kolei, dro­dzy Czy­tel­nicy.

Po pierw­sze, wydo­by­łam tro­chę pia­sku z piw­nicy, w któ­rej trzy­mam warzywa przez cały rok. Świet­nie się prze­cho­wują, jeśli tylko od czasu do czasu tro­chę się je zwilży. Kamie­niarz obie­cał mi poro­waty pia­sek gra­ni­towy do odświe­że­nia tego w piw­nicy i dostawa szybko dotarła. Dodaję tro­chę sta­rego pia­sku do grzą­dek w ogro­dzie warzyw­nym, aby je roz­luź­nić. Jakże się cie­szę za każ­dym razem, gdy przed sadze­niem ziem­nia­ków mie­szam pia­sek z zie­mią na grządce wzdłuż ściany, ponie­waż ziem­niaki uwiel­biają piasz­czy­stą glebę. Im jest luź­niej­sza, tym pięk­niej­sze będą ich bulwy, gdy zostaną wyko­pane jesie­nią. Grządka szpa­ra­gów, którą świeżo obsa­dzi­łam nowymi rośli­nami z oko­lic Frank­furtu, rów­nież potrze­buje pia­sku.

W tym miej­scu warto wspo­mnieć, że szpa­ragi są dosko­na­łym warzy­wem dla dia­be­ty­ków, ponie­waż mają wła­ści­wo­ści moczo­pędne, a tym samym oczysz­czają nerki i pęcherz moczowy. Są też warzy­wem bar­dzo lek­ko­straw­nym.

Dla maje­ranku, bazy­lii i pora wybra­łam małe, pro­sto­kątne grządki bar­dzo luź­nej ziemi, nato­miast pod koper prze­zna­czy­łam więk­szy zagon. Wszystko jest luźno wymie­szane z pia­skiem. Nasiona mar­chwi i pie­truszki mie­szam tro­chę z zie­mią, aby nie rosły zbyt bli­sko sie­bie. Nie wszy­scy wie­dzą, że mar­chew dobrze się roz­wija obok cebuli. Bar­dzo się lubią, świet­nie obok sie­bie rosną, a pod­czas zbioru dosta­jemy piękne, grube mar­chewki i duże główki cebuli. Zaczy­nam od posa­dze­nia na grządce rzędu sza­lo­tek (małych cebu­lek), potem sieję rząd mar­chwi i tak trzy razy. Następ­nie sadzę dwa rzędy cebuli, sieję jeden rząd mar­chwi i koń­czę dwoma rzę­dami cebuli. Następ­nie wysie­wam trzy rzędy pie­truszki. Pozo­stała wolna prze­strzeń zosta­nie po zim­nych ogrod­ni­kach obsiana sele­rem. Z cebulą z początku było tro­chę kło­po­tów, bo mimo osłony z siatki dru­cia­nej wró­ble codzien­nie wyry­wały małe cebulki z ziemi i roz­rzu­cały je. Dopiero gdy cebulki się zako­rze­niły i zaczęły wypusz­czać zie­lone pędy, te głu­pie żarty się skoń­czyły.

Po zim­nych ogrod­ni­kach, w poło­wie maja, można rów­nież wysiać w małej skrzynce fasolę. W jej cie­niu z pew­no­ścią dobrze będzie rosło kilka roślin lecz­ni­czych, takich jak: glist­nik, wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa, przy­tu­lia i przy­wrot­nik. Jeśli nie masz wła­snego ogrodu, możesz w ten spo­sób stwo­rzyć mały ogró­dek zio­łowy na bal­ko­nie. Poza wystar­cza­ją­cym pod­le­wa­niem nie potrzeba wiele wię­cej niż kilku nasion i luź­nej, piasz­czy­stej gleby.

Przy­ja­ciele powia­do­mili nas, że ich eko­lo­giczna łąka, z dala od dróg i kurzu, już na nas czeka. Rośnie tam kolo­rowa mie­szanka pięk­nych wio­sen­nych ziół, zwłasz­cza są tam wspa­niale roz­wi­nięte liście babki lan­ce­to­wa­tej, któ­rych pil­nie potrze­buję dla członka rodziny z prze­wle­kłym kasz­lem.

W przy­padku cho­rób dróg odde­cho­wych pomaga babka lan­ce­to­wata w połą­cze­niu z macie­rzanką. Zago­tuj fili­żankę zim­nej wody, łyżeczkę brą­zo­wego cukru kan­dy­zo­wa­nego i pla­ste­rek nie­spry­ska­nej cytryny trzy do czte­rech razy, zdej­mij z ognia, dodaj czu­batą łyżeczkę babki lan­ce­to­wa­tej zmie­sza­nej z macie­rzanką, pozo­staw do zapa­rze­nia na pół minuty, odcedź i pij bar­dzo gorący napar powoli. Przy bar­dzo sil­nym zapa­le­niu oskrzeli, ast­mie oskrze­lo­wej i krztu­ścu napar należy przy­go­to­wy­wać od początku i pić świeży co godzinę.

Z tego raj­skiego kawałka łąki poro­śnię­tego niskimi koni­czy­nami mogę zebrać do mojej mie­szanki zio­ło­wej sto­krotki i trzy rodzaje małych wio­sen­nych prze­tacz­ni­ków. Wio­sną na łąkach można zna­leźć różne gatunki prze­tacz­ni­ków. Mają one małe kło­so­wate wie­chy z jasno- i ciem­no­nie­bie­skimi kwia­tami. Gdy przyj­rzeć się z bli­ska, każda roślina jest małym cudem. Prze­tacz­niki rosną i kwitną w kolo­niach, sto­jąc razem jak małe słupki w dobrej komi­ty­wie. Do tej rodziny należy osiem gatun­ków prze­tacz­ni­ków, wszyst­kie są nie­bie­skie, tylko wysoko w górach przy­bie­rają kolor liliowy.

Mój wzrok wła­śnie przy­kuwa świeżo usy­pany kop­czyk kom­po­stu, na któ­rym zakwitł już tasz­nik pospo­lity. Tasz­nik roz­wija się bar­dzo szybko wio­sną, znika w mie­sią­cach let­nich i poja­wia się ponow­nie dopiero jesie­nią, ale mniej wię­cej w tym cza­sie ata­kuje go poważna cho­roba grzy­bi­cza, więc oczy­wi­ście już się go nie zbiera. Z rado­ścią odci­nam garść tego cen­nego zioła, z któ­rego napar natych­miast pomaga, gdy poja­wia się krwa­wie­nie. Jed­no­cze­śnie tasz­nik obniża i pod­nosi ciśnie­nie krwi, a przede wszyst­kim pomaga we wszel­kich cho­robach mię­śni, takich jak stany zapalne, ale także zanik, który jest uwa­żany za nie­ule­czalny. Zanik mię­śni obej­muje rów­nież osła­bie­nie mię­śni zwią­zane z wie­kiem.

Ponie­waż tasz­nik, który zebra­łam, pocho­dził z ide­al­nie czy­stego sta­no­wi­ska, nie trzeba było go myć. Mój mąż pokroił go na małe kawałki, od dołu łodyg aż po małe kwiaty, i wsy­pał do więk­szej butelki aż po szyjkę. Zalał alko­ho­lem o stę­że­niu 38%, a dokład­niej owo­cową brandy, tak by wszystko zakryć. Umie­ścił butelkę w nasło­necz­nio­nym zachod­nim oknie. Nacie­ra­nie jest ważne przy każ­dej cho­ro­bie mię­śni. Po 12-14 dniach nalewka z tasz­nika jest gotowa do uży­cia. Po tym cza­sie umiesz­czamy ją w piw­nicy, a następ­nie czę­ścią napeł­niamy bute­leczkę sto­jącą w apteczce, a resztę pozo­sta­wiamy w zim­nej piw­nicy. Nalewki z ziół prze­trwają lata, jeśli będą prze­cho­wy­wane w chłod­nym miej­scu.

Na koniec zbie­ram kwiaty mniszka lekar­skiego. W domu zapa­rzam je sze­ścioma litrami wrzą­cej wody i zosta­wiam pod przy­kry­ciem na noc. Następ­nego dnia odce­dzam kwiaty na sicie do maka­ronu, a potem prze­ci­skam je przez pra­skę do ziem­nia­ków. Dodaję sześć kilo­gra­mów suro­wego cukru i trzy pokro­jone w pla­sterki, nie­pry­skane cytryny (wyj­muję pestki) i roz­le­wam wszystko do dwóch ron­dli, po czym zagęsz­czam na wol­nym ogniu. Tak powstaje dosko­nały miód o wspa­nia­łym smaku, na który cze­kamy z nie­cier­pli­wo­ścią. Ten przy­smak zja­damy na buł­kach lub chle­bie posma­ro­wa­nym masłem. Miód nie powi­nien się zago­to­wać, tylko odpa­ro­wać na naj­mniej­szym ogniu.

Prze­pis na miód z kwia­tów mniszka lekar­skiego

Dwie podwójne gar­ście kwia­tów mniszka lekar­skiego zebra­nych na słońcu (łodygi odrzuć) zaparz jed­nym litrem wrzą­cej wody, przy­kryj i pozo­staw na noc w chłod­nym miej­scu. Następ­nego dnia prze­cedź i odci­śnij za pomocą pra­ski. Dodaj 1000 g suro­wego cukru i połowę pokro­jo­nej w pla­sterki, nie­pry­ska­nej cytryny (wyj­mij pestki). Odpa­ruj sok na kuchence na bar­dzo małym ogniu, aż powsta­nie gęsty "miód". Nie może on być zbyt gęsty (bo ina­czej się sku­rzy) ani zbyt rzadki (bo wów­czas skwa­śnieje lub sple­śnieje). Możesz pozo­stawić go do osty­gnię­cia dwa lub trzy razy, aby spraw­dzić, czy ma już odpo­wied­nią kon­sy­sten­cję. Miód ten ma wielu entu­zja­stycz­nych miło­śni­ków.

Byłam tak bar­dzo zajęta mio­dem z mniszka lekar­skiego, że nie wycho­dzi­łam do ogrodu przez dwa dni. W tym krót­kim cza­sie na naszej grządce porze­czek wyda­rzył się praw­dziwy cud. Całą jej dłu­gość pokrył jasno­nie­bie­ski całun z tysięcy małych nie­bie­skich gwiaz­dek. Były to kwiaty prze­tacz­nika: niskiego lub ogro­do­wego. Widok ten zasko­czył mnie i zadzi­wił, ponie­waż ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam tych roślin w ogro­dzie. Przy­po­mniało mi to inny przy­pa­dek, któ­rego byłam świad­kiem kilka lat temu.

Nad naszą osadą, pośród łąk i pól, znaj­duje się kaplica Trójcy Świę­tej. Pew­nego dnia powie­dziano nam, że pola te zostały prze­jęte przez dewe­lo­pera i nie będą już upra­wiane. W czerwcu tego samego roku szli­śmy razem z mężem leśną ścieżką naprze­ciwko leżą­cych odło­giem pól. Po dru­giej stro­nie migo­tała jed­no­li­cie jasna łuna świa­tła. Zatrzy­ma­li­śmy się, zasta­na­wia­jąc się nad tym bla­skiem. Wyda­wało nam się, że pocho­dził od jęcz­mie­nia, który miał wkrótce doj­rzeć. Nie dawało nam to jed­nak spo­koju. Kilka dni póź­niej udało nam się roz­wi­kłać tę tajem­nicę. Przed nami roz­cią­gały się nieupra­wiane pola o powierzchni około 5000 metrów kwa­dra­to­wych, od któ­rych bił blask rumianku: morze głó­wek kwia­tów, pach­ną­cych i koły­szą­cych się na wie­trze. Ale skąd one się wzięły? Każ­dego roku musie­li­śmy wyszu­ki­wać rumia­nek wzdłuż zbo­czy, a teraz widzie­li­śmy łany falu­ją­cych kwia­tów, które trudno było prze­oczyć. Kto roz­sy­pał nasiona tego nie­koń­czą­cego się bla­sku? Czy jakieś boskie istoty, które niosą pomoc czło­wie­kowi? Anioły wysłane przez Boga? Dzi­siaj nikt nie chce wie­rzyć w takie rze­czy, nikt nie chce nawet zaak­cep­to­wać anio­łów stró­żów! Ale ja pra­gnę wie­rzyć w takie cuda, bo mię­dzy nie­bem a zie­mią czę­sto dzieją się rze­czy nie­zro­zu­miałe dla nas, ludzi. Parę razy zebra­łam rumia­nek z tego pola Bożego bło­go­sła­wień­stwa, kilka nie­licz­nych osób zro­biło to samo, ale stół byłby zasta­wiony dla wielu. Rumia­nek poja­wił się i znik­nął. Czy można w to uwie­rzyć w cza­sach, gdy używa się tak dużo nawo­zów sztucz­nych? A tutaj dar Boży poszedł na marne, ponie­waż tak wielu ludzi unika tego, co z pew­no­ścią byłoby dla nich zdro­wym ćwi­cze­niem fizycz­nym. Następ­nego roku pola leżące odło­giem zaro­sły chwa­stami. Cho­ciaż mogło się tam wysiać mnó­stwo rumianku, poja­wiły się tylko jego roz­pro­szone płaty. W kolej­nym roku nie było już rumianku, a obszary te prze­jęła wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa. Zepchnęła na bok chwa­sty i w pełni zazna­czyła swoją obec­ność. Apteka wysłała zbie­ra­czy, któ­rzy pra­co­wali w rzę­dach po cztery osoby, ale nie byli w sta­nie pora­dzić sobie z ogromną ilo­ścią ziół. Tak więc wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa wysiała się w ogrom­nych ilo­ściach, ale w jesz­cze następ­nym roku - poza kil­koma skrom­nymi małymi rośli­nami - nic pozo­stało nic z tego Bożego bło­go­sła­wień­stwa. Czę­sto się nad tym zasta­na­wiam, a jed­nak ni­gdy nie potra­fię dojść do końca. Tak Boska wszech­moc poka­zuje nam swoje tajem­nice. W taki sam spo­sób cud rządka porze­czek z jasno­nie­bie­sko kwit­ną­cym prze­tacz­ni­kiem two­rzą­cym spójną poduszkę kwia­tową pozo­staje dla mnie zagadką.

Przez noc zakwitł glist­nik w ogro­dzie. Biorę nożyczki i odci­nam żółte kwiaty i pąki wraz z małymi liśćmi, które ota­czają kwiaty jak wie­niec. Po wysu­sze­niu będą stop­niowo doda­wane w małych ilo­ściach do naszej poran­nej her­baty. Są one wspa­nia­łym środ­kiem pobu­dza­ją­cym wątrobę i wore­czek żół­ciowy. Po odcię­ciu z łodyg kwia­to­wych kapie poma­rań­czo­wo­żółty sok. Szu­kam brą­zo­wych plam na skó­rze, aby się nim posma­ro­wać.

Jed­nak biada temu, kto prze­oczy torebki z wysy­pu­ją­cymi się nasio­nami na łody­gach glist­nika. W mgnie­niu oka może roz­wi­nąć się trudna do opa­no­wa­nia dzicz. Pewien dzien­ni­karz z Frank­furtu powie­dział mi kie­dyś, patrząc na mój okieł­znany glist­nik w ogro­dzie, że jego ogród to jeden wielki glist­nikowy bała­gan.

Glistnik uratował mi życie.

To było tak dawno temu.

W stycz­niu 1947 r. tra­fi­łam do kli­niki cho­rób skóry, ponie­waż swę­działa mnie plama na ple­cach i moja mama oba­wiała się, że to może być cho­roba grzy­bi­cza. W dro­dze powrot­nej z Weißenburgu nie­da­leko Norym­bergi (miesz­ka­li­śmy Wülzburgu, daw­nym rzym­skim for­cie, jako uchodźcy), ledwo mogłam już cho­dzić. Był to godzinny spa­cer, ale oka­zało się, że to dla mnie za dużo. Wie­czo­rem dosta­łam wyso­kiej gorączki i musia­łam poło­żyć się na łóżku na oddziale medycz­nym. Rano zosta­łam wywo­łana, że mam zostać prze­nie­siona do wio­ski, ale nie nada­wa­łam się już do trans­portu. Co ja bym dała, żeby wydo­stać się z tego obozu, z tej okrop­nej klatki! Przez jakiś czas mia­łam wysoką gorączkę i bar­dzo źle się czu­łam. Nie mogłam nic jeść, czę­sto wymio­to­wa­łam, a każdy dźwięk spra­wiał, że bolała mnie głowa. Do tego czasu w ogóle nie zna­łam bólów głowy, a teraz były tak straszne, że każdy naj­mniej­szy dźwięk odbi­jał się w niej sto razy. Leża­łam na oddziale medycz­nym chyba przez trzy tygo­dnie. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Nagle ktoś powie­dział mi, że jestem cała żółta na twa­rzy, a kilka dni póź­niej przy­je­chał lekarz z naszej sudec­kiej ojczy­zny, który usły­szał od innych, że jestem poważ­nie chora. Już pra­wie nie reago­wa­łam. Zba­dał mnie i oświad­czył leka­rzowi obo­zo­wemu, że muszę natych­miast tra­fić do szpi­tala. Ten jed­nak odmó­wił hospi­ta­li­za­cji. W moim otę­pie­niu wciąż sły­sza­łam, jak mówi: "Jeśli nie oddasz jej do szpi­tala, doniosę na cie­bie. Ta kobieta ma tyfus brzuszny w ostat­nim sta­dium". Mimo wszystko wylą­do­wa­łam w szpi­talu, ale byłam już ledwo przy­tomna. Nie zauwa­ży­łam nawet, że po raz pierw­szy od naszego wypę­dze­nia leżę w zasła­nym na biało łóżku. W tym cza­sie w szpi­talach nie było żad­nych leków. Póź­niej pewna pie­lę­gniarka powie­działa mi, że dr Schne­ider, ordy­na­tor, oświad­czył pie­lę­gniar­kom: "Ta kobieta umrze w naszych rękach". Powie­dział, że ist­nieje lekar­stwo, sok z glist­nika, ale nie ma poję­cia, gdzie go zdo­być. Pie­lę­gniarki jed­nak wie­działy, co trzeba zro­bić. Zebrały liście rosną­cego nie­da­leko glist­nika, wyci­snęły sok i w dniu mojego przy­ję­cia, w porze obiadu, dosta­łam ćwierć fili­żanki. Wie­czo­rem wypi­łam drugą por­cję. Następ­nego dnia już reago­wa­łam i dość szybko poczu­łam się lepiej. Zosta­łam w szpi­talu przez sześć mie­sięcy, ale wysoka gorączka ustą­piła, a obrzęk woreczka żół­cio­wego i żół­taczka prze­mi­nęły.

Epilog

Ci z was, Dro­dzy Czy­tel­nicy, któ­rzy kie­dy­kol­wiek spę­dzili w szpi­talu dłuż­szy czas, wie­dzą, jak z jed­nej strony bar­dzo jeste­śmy wdzięczni za pomoc leka­rzy i pie­lę­gnia­rek, a z dru­giej jak bar­dzo się nudzimy, gdy jeste­śmy cho­rzy. Kiedy pie­lę­gniarki powie­działy mi, że następ­nego dnia ordy­na­tor obcho­dzi uro­dziny, napi­sa­łam ołów­kiem na kamien­nej pły­cie szafki noc­nej wiersz. Kiedy dyżu­ru­jąca w nocy pie­lę­gniarka go prze­czy­tała, szybko zna­la­zła kartkę papieru i ołó­wek - w tam­tych cza­sach bra­ko­wało wszyst­kiego - i mogłam prze­pi­sać swoje słowa.

Dr Schne­ider, ordy­na­tor, był bar­dzo zado­wo­lony z tych rymów, dla­tego nie chcę ukry­wać przed Wami mojego dzieła.

Ordy­na­to­rowi Schne­ide­rowi na 65. uro­dziny

Na wyso­kiej górze w pięk­nej bawar­skiej ziemi, stał zamek Wülzburg, wznie­siony z kamieni.

Zamek był bar­dzo mroczny tak z zewnątrz, jak i od środka, i wszy­scy, któ­rzy w nim żyli pra­gnęli się z niego wydo­stać. Dawno temu w te mury przy­była uchodź­ców armia, zamiesz­kali w Wülzburgu, a mrok ich serca ogar­niał. Los płata ludziom figle, szy­dzi z tych, co upa­dli, nie­któ­rzy z tych bie­da­ków, zżół­kli więc i pobla­dli.

Dresz­cze, gorączka, bie­gunka, bóle głowy, wymioty, ból brzu­cha i jelit prze­mi­nąć nie mają ochoty. I gdy los jest tak ciężki, Niebo swój gniew oddala: wszy­scy cho­rzy tra­fiają do miej­skiego szpi­tala. Do Weißenburga, gdzie dok­tor Schne­ider leczy. Cie­szą się wszy­scy, któ­rzy są w jego pie­czy.

Pod­cho­dzi do łóżek, by roz­po­znać scho­rze­nia, i robi wszystko, co może, dla bólu odda­le­nia.

Leczy głowy i brzu­chy, płuca, ręce i oczy, a wszystko to dzięki dok­tora Rie­manna pomocy. Jest także pie­lę­gniarka, Mar­gret ma na imię. Jej tro­ska i opieka wśród pacjen­tów sły­nie.

Każdy powi­nien chwa­lić sta­ra­nia pana dok­tora, Niech zalśni jego sława, naj­wyż­sza ku temu pora.

Bóg to spra­wił, że pan dok­tor mło­dym i sta­rym służy. Spraw więc, Boże, by dok­tor jesz­cze długo nam żył.

By ten mądry czło­wiek, tak miły, jak pomocny pozo­sta­wał pod­czas pracy cią­gle dzielny, silny, mocny.

Tego życzą z głębi serca, któ­rzy cho­rzy są w tej chwili, i ci, któ­rzy już stąd wyszli, bo do zdro­wia powró­cili.

Maria Tre­ben, wypę­dzona Niemka sudecka, Weißenburg w Bawa­rii

A ponie­waż pierw­szy wiersz był tak zabawny, zaczę­łam spi­sy­wać swoje spo­strze­że­nia wier­szem. Moją pierw­szą "ofiarą" stała się sąsiadka z pokoju.

Samo­po­moc

Pew­nego dnia pod­czas obchodu przy­cho­dzi dok­tor Rie­mann. "Pro­szę otwo­rzyć usta i poka­zać język!" Ale pani Lau­don patrzy na leka­rza z ogrom­nym prze­ra­że­niem. Od ostat­nich zastrzy­ków wap­nia boi się każ­dego.

"To typowe dla duru brzusz­nego", mówi lekarz, po czym dotyka jej gór­nej szczęki, dol­nej szczęki, a w końcu dol­nego kła.

"To mój ostatni", wzdy­cha pani Lau­don, "wszyst­kie inne mają chore korze­nie".

"Jutro przy­niosę szczypce!" Na chorą padł blady strach!!!

Od tam­tej pory pani Lau­don nie ma chwili spo­koju, to otwiera oczy, to znowu je zamyka.

"To straszne! Szczyp­cami (!) lekarz chce mi wyrwać prawy dolny ząb, a w dodatku ten zdrowy!"

W nocy zbiera wszyst­kie swe siły, Sięga odważ­nie w głąb swo­ich ust, a rano na sto­liku leży pani Lau­don ząb!

Weißenburg, 14 lutego 1947 r., Maria Tre­ben

Oczy­wi­ście nie można było pomi­nąć pie­lę­gnia­rek, które z takim poświę­ce­niem opie­ko­wały się nami, pacjen­tami.

Dla dobrej pie­lę­gniarki kuchen­nej Sophie wyrazy wdzięcz­no­ści

Wysoko brzmi głos ludz­ko­ści! Niech zabrzmi także ta pieśń! W tym trud­nym dla mnie cza­sie Chcę tę pochwałę Ci nieść. To w Weißenburgu, w szpi­talu, rośnie ten rzadki kwiat i patrzy na mnie z tro­ską, kojąco każ­dego dnia. Byłam chora, zbo­lała, bo tak posta­no­wił Pan że ja, bez­domna istota, żyć gdzieś z obcymi mam.

Jakże bez­li­to­sne były to dni, Jak mroczny był cały mój świat, Gdy pro­mień świa­tła zaświe­cił. pro­sto z nieba on spadł.

O ludz­ko­ści, zna­la­złam cię tutaj, gdzie biedna, chora i bosa, dozna­łam tro­ski i serca. Chwała niech będzie nie­bio­som!

I Tobie niosę me dzięki, jakże mam Cię chwa­lić? Opie­ko­wa­łaś się mną bez ustanku jak kocha­jąca matka.

W swój pro­sty spo­sób myśla­łaś tylko o innych, pierw­sza budzi­łaś się rano, szłaś spać w godzi­nach noc­nych.

Zna­łaś wszyst­kich cho­rych z cier­pie­nia oraz z imie­nia a dzięki Twej pracy szpi­tal w dom się odmie­niał. Więc weź ode mnie i mojego dziecka, o pra­co­wita Sophie, gorące słowa podzięki za wszyst­kie trudy i znoje.

Niech pomny na Twe sta­ra­nia Od pełni aż do nowiu drogi nas Ojciec w nie­bie zachowa nas w zdro­wiu!

Maria Tre­ben, Weißenburg w Bawa­rii, szpi­tal miej­ski, marzec 1947 r.

Wspól­nie prze­żyte cier­pie­nia zain­spi­ro­wały mnie do napi­sa­nia tych wer­sów, które wywo­łały wiel­kie roz­ba­wie­nie wśród wszyst­kich moich towa­rzy­szy bole­ści i szybko spra­wiły, że zapo­mnieli o dozna­wa­nych tru­dach.

Sło­neczny wio­senny pora­nek zwia­stuje dla nas rów­nie sło­neczny dzień. Rado­śnie przy­go­to­wu­jemy się do wycieczki do lasów poro­śnię­tych widła­kiem i cze­kamy tylko, aż dołą­czą do nas przy­ja­ciele. Wyru­szamy wcze­śnie. Prze­jazd przez wio­senny kra­jo­braz jest cudow­nym doświad­cze­niem! Roz­le­głe łąki pokryte żół­tymi kwia­tami mniszka lekar­skiego, pach­nące brzozy, roz­kwi­tłe w ciągu jed­nej nocy drzewa, biel i róż kwia­tów sto­jące w żywym kon­tra­ście do zie­lo­nej ściany lasu, poje­dyn­cze roz­kwi­tłe drzewa skryte w lesie lub ota­cza­jące gospo­dar­stwo leżące na wzgó­rzu, a także sto­jące samot­nie na środku łąki. Kwie­cie, gwar pta­ków i Boże bło­go­sła­wień­stwo na polach upraw­nych, obrze­żach łąk lub małych zbior­ni­ków wod­nych, a wysoko nad nimi jasne świa­tło słońca. Podróż do kra­iny jasnej wio­sny odczu­wamy jako dar od Boga i chło­niemy go aż do głębi. Około połu­dnia docie­ramy do celu. Wita nas gęsty i wysoki las leżący na wyso­ko­ści około 700 m nad pozio­mem morza. Przed nami wyso­kie poduszki z mchu, w któ­rych można się zato­pić, ale które mogą być zdra­dliwe, ponie­waż pod nimi leżą gałę­zie drzew i spróch­niałe drewno. Każdy krok musi być spraw­dzony, w prze­ciw­nym razie można skoń­czyć z podar­tymi poń­czo­chami i posi­nia­czo­nymi kola­nami.

Idziemy leśną drogą, a wkrótce w wyso­kim lesie błysz­czą jaskra­wo­zie­lone pędy widłaka. Drzewa są wyso­kie, podobne widzia­łam tylko w naszym Lesie Cze­skim. Zbie­ramy w szóstkę. Wycią­gnę­li­śmy nożyczki, aby odci­nać aksa­mitne kosmyki od wąsów. Trzy­mamy się wszy­scy razem w pro­mie­niu około 30 metrów. W mgnie­niu oka osią­gamy wyzna­czony cel. Gdzie­kol­wiek się­gnąć wzro­kiem, wszę­dzie widać widłaki, które rosną pomię­dzy buj­nie roz­ra­sta­ją­cymi się i kwit­ną­cymi borów­kami. Gdy opusz­czamy wysoki las, oglą­dam jesz­cze raz naszą miej­scówkę. Trudno roz­po­znać, że sześć osób ści­nało tu pędy widłaka.

Godzina pierw­sza po połu­dniu. Pośrodku sło­necz­nego skrzy­żo­wa­nia dwóch leśnych ście­żek szczę­śli­wie urzą­dzi­li­śmy miej­sce pik­ni­kowe - ku ucie­sze naszej naj­młod­szej, ośmio­let­niej Marii, która zasłu­żyła na jedze­nie i picie, przy­kła­da­jąc się do zbio­rów. Po powro­cie do domu biorę przy­go­to­wane wcze­śniej białe worki i napeł­niam je po kolei pędami widłaka. Prze­bra­łam je w lesie, aby nie musieć niczego sor­to­wać w domu, żad­nej trawy, liści jagód czy małych gałęzi, które mimo­wol­nie wpa­dają mi w ręce pod­czas zbie­ra­nia. Szybko więc koń­czę z napeł­nia­niem wor­ków. Każdy czło­nek rodziny dostaje jeden u pod­nóża łóżka. W ten spo­sób jest się chro­nio­nym przed wszel­kimi skur­czami. Widłak zacho­wuje wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze przez cały rok. W następ­nym roku, gdy worki są ponow­nie napeł­niane, ten z poprzed­niego roku jest uży­wany jako doda­tek do kąpieli. W natu­rze widłak działa lecz­ni­czo od kwiet­nia do końca paź­dzier­nika. Pomaga na wszyst­kie stany podobne do skur­czów, czy w tej, czy w innej czę­ści ciała. Można go dostać we wszyst­kich dobrych skle­pach zie­lar­skich. Kraje skan­dy­naw­skie, któ­rych wyso­kie lasy kryją nie­sa­mo­wite ilo­ści widłaka, eks­por­tują go na Zachód. Widłak może być sto­so­wany z dużym powo­dze­niem w cho­ro­bach wątroby, nawet w mar­sko­ści lub raku wątroby.

Wresz­cie jest po zim­nych ogrod­ni­kach i zim­nej Zośce. Na przy­go­to­wa­nych grząd­kach sadzę pomi­dory, seler, ogórki (jak zawsze mię­dzy sałatą, która została już posiana i dobrze się roz­wi­nęła, co chroni kieł­ku­jące ogórki przed prze­ciw­no­ściami losu, więc rzadko zda­rza się, aby małe rośliny ogórka zamarły), kala­fior, kala­repę (białą i czer­woną), a także fasolę i gro­szek. Rośliny domowe, takie jak ama­ry­lis, kli­wia, aloes, agawa i ole­an­der, tra­fiają na swoje zwy­kłe let­nie miej­sce w ogro­dzie, czę­ściowo w słońcu, czę­ściowo w pół­cie­niu. W tym samym cza­sie wle­wam wodę do basenu fon­tanny, wydrą­żo­nego z gra­nitu w 1859 r. Cho­ciaż mię­dzy brzo­zami usta­wione jest poidełko dla pta­ków, plusk wody przy­ciąga ptaki jak na komendę. Uwiel­biają fon­tannę, sia­dają na jej brze­gach i piją z niej. Wnę­trze zbior­nika jest co roku malo­wane na nie­bie­sko. Nie­bie­ska woda odbija się w jasnym słońcu, a ptaki wydają się to uwiel­biać. Korzy­stają z poidełka tylko dla przy­jem­no­ści mocze­nia. Kiedy nie ma w nim wody, cza­sami gło­śno nawo­łują, zwłasz­cza kosy. Kąpią się nawet wtedy, gdy tem­pe­ra­tura jest ujemna. Poma­gamy im, dostar­cza­jąc cie­płą wodę, aby mogły cie­szyć się kąpielą. Gdyby rozu­miały wię­cej, mia­no­wa­łyby mojego męża opie­ku­nem kąpią­cych się pta­ków, a tak dzię­kują nam swoją ufno­ścią.

Przetacznik - błękitny kwiat majowy

Zimni ogrod­nicy wpraw­dzie już za nami, ale nocami tem­pe­ra­tury spa­dają poni­żej zera, a w górach wciąż pada śnieg nawet na niskiej wyso­ko­ści, więc u pod­nóża Alp czu­jemy mroźne powie­trze. Z tym więk­szym zdu­mie­niem dostrze­gam w sło­neczne popo­łu­dnie w moim ogro­dzie praw­dziwy, kwit­nący na ciem­no­nie­bie­sko prze­tacz­nik, który roz­wi­nął się w całej oka­za­ło­ści. Słońce świeci z bez­chmur­nego nieba, więc mam wra­że­nie, że na zebra­nych w grona kwia­to­sta­nach każdy poje­dyn­czy kwiat otwiera się tak sze­roko, jak to moż­liwe, aby być jesz­cze bli­żej słońca, aby poka­zać się w całej swo­jej kra­sie. Po bliż­szym przyj­rze­niu się widać, że poza głę­bo­kim błę­ki­tem na brzegu małego płatka widać biały, okrą­gły śro­dek, z któ­rego wyła­niają się trzy maleń­kie, pokryte bia­łym pył­kiem prę­ciki.

Przy­no­szę koszyk i nożyczki, i zaczy­nam przy­ci­nać prze­tacz­nik od naj­niż­szego liścia na połu­dnio­wym zbo­czu ogrodu. Zbie­ram łodygi, liście i kwiaty. Kiedy po trzech godzi­nach koń­czę pracę, zdaję sobie sprawę, że potrze­buję jesz­cze co naj­mniej dwóch sło­necz­nych popo­łu­dni, aby zebrać plony. Prze­tacz­nik roz­ło­żył się jak małe poduszki w róż­nych zakąt­kach ogrodu. Niebo jest na­dal bez­chmurne i mam nadzieję, że jutro też będzie sło­necz­nie, ponie­waż wszystko, co kwit­nie, musi być zbie­rane w słońcu. Kiedy budzę się następ­nego ranka, sły­szę jed­nak już plusk desz­czu, gło­śno pochła­nia­nego przez beczkę na wodę. Ten mono­tonny hałas trwa nie­stety przez trzy dni - nic, tylko chmury, deszcz i zimno.

Z zamknię­tymi oczami, kwia­tami i liśćmi zwró­co­nymi ku ziemi, mój prze­tacz­nik stoi w gęstych rzę­dach jak praw­dziwe kupki nie­szczę­ścia, po któ­rych spły­wają potoki desz­czu. Przy pierw­szych pro­mie­niach słońca rośliny oży­wają ponow­nie, pod­no­sząc liście i otwie­ra­jąc nie­bie­skie kwiaty. W mgnie­niu oka zapo­mi­nają o przy­gnę­bie­niu, a ich błę­kitne oczy błysz­czą w kie­runku słońca.

Teraz zebrany prze­tacz­nik leży roz­ło­żony na stry­chu, który jest dokład­nie czysz­czony wodą cztery razy w roku, aby zapew­nić czy­ste miej­sce dla ziół lecz­ni­czych.

Prze­tacz­nik jest opi­sy­wany w sta­rych książ­kach zie­lar­skich jako "lekar­stwo na wszyst­kie dole­gli­wo­ści". Można go sto­so­wać nie tylko jako śro­dek oczysz­cza­jący krew, ale także przy cho­ro­bach nerek i pęche­rza, przy uszko­dze­niach wątroby i śle­dziony. W szcze­gól­no­ści świet­nie wspo­maga pamięć i w odpo­wied­nim cza­sie powi­nien być sto­so­wany jako zapo­bie­gaw­cza her­batka. Prze­ciw­działa rów­nież zwap­nie­niu tęt­nic.

Nie­wielką część zebra­nego prze­tacz­nika dodaję do mojej mie­szanki zio­ło­wej, reszta będzie prze­cho­wy­wana oddziel­nie.

Przy­wrot­nik kwit­nie w tym samym cza­sie co prze­tacz­nik. Zako­rze­nił się w ogro­dzie i roz­prze­strze­nił. Pod­czas zbio­rów łodygi kwia­towe ści­nam do ostat­niego liścia, póź­niej roślina wypusz­cza liście. Te, cięte w spo­sób cią­gły, można zbie­rać aż do jesieni.

Prak­tyczne porady dla ogrod­ni­ków

Naj­lep­sza bio­lo­giczna gno­jówka: Wrzuć do wia­dra w rów­nych czę­ściach pokrzywę, liście czar­nego bzu i skrzyp i zalej wodą na 24 godziny.

Inwa­zja śli­ma­ków: Pod­le­waj obrzeża ogrodu żywicz­nym wywa­rem z szy­szek świer­ko­wych i jodło­wych.

Mrówki w domu i ogro­dzie: Wbij mie­dziany drut w ogro­dzie w glebę, w któ­rej osie­dlają się mrówki, lub w domu w szcze­liny na szlaku mró­wek.

Czas siewu: Rośliny warzyw korze­nio­wych, np. mar­chew, seler, pie­truszkę, rzod­kiewkę wysiewa się lub sadzi, gdy księ­życa ubywa. Pomi­dory, kala­fiory, bru­kiew, kapu­stę, pory, ogórki i fasolę sadzi się lub pali­kuje, gdy księ­życa przy­bywa.

Przy­wrot­nik jest uni­wer­sal­nym lekar­stwem na wszyst­kie cho­roby kobiece. Nie­za­leż­nie od tego, czy jest to przy­pa­dek zwiot­cze­nia brzu­cha, czy skłon­no­ści do poro­nie­nia, wypad­nię­cia macicy lub prze­pu­kliny, mię­śnia­ków, zabu­rzeń mie­siącz­ko­wa­nia lub bia­łych upła­wów, łagod­nie dzia­ła­jący, prze­ciw­za­palny przy­wrot­nik zawsze pomoże, albo poprzez kąpiele, albo jako her­batka. Można przyj­mo­wać do czte­rech fili­ża­nek dzien­nie. Przy­wrot­nik pobu­dza rów­nież wewnętrzne zabu­rze­nia mię­śniowe, pomaga w okre­sie doj­rze­wa­nia u mło­dych dziew­cząt i jest korzystny w przy­padku dole­gli­wo­ści meno­pau­zal­nych. Ponow­nie dodaję nie­wielką por­cję przy­wrot­nika do mojej mie­szanki ziół, pod­czas gdy reszta jest prze­cho­wy­wana osobno.

W pół­nocno-zachod­nim rogu naszego ogrodu, w pobliżu naszej deli­kat­nie czer­wo­nej, nie­znisz­czal­nej piwo­nii, która jest przy­kła­dem życia i kwit­nie­nia, w zeszłym roku wyro­sła mała przy­tu­lia. Zosta­wi­łam ją pod­czas pie­le­nia, bo tej rośliny bar­dzo mi bra­ko­wało w kąciku zio­ło­wym. W tym roku witam ją już jako silną roślinę, która ener­gicz­nie się roz­wija. Tym razem do mojej mie­szanki zio­ło­wej ści­nam tylko grube łodygi, na któ­rych poja­wiły się pąki, mając nadzieję, że w krót­kim cza­sie łodygi, które teraz są jesz­cze cien­kie i pozba­wione kwia­tów, za kilka dni będą rów­nie silne. Z bie­giem lat doszłam do wnio­sku, że deli­katny zapach kwia­tów łozy przy­ciąga owady, które skła­dają tam jaja, a te nie­stety roz­wijają się póź­niej, gdy ziele suszy się na stry­chu. Z papie­ro­wych tore­bek wypeł­zają larwy, a z puszki po her­ba­cie wyla­tują maleń­kie ćmy. Sły­sza­łam, że w apte­kach też się to czę­sto zda­rza, tam jed­nak uży­wają środ­ków che­micz­nych. Z tego powodu nie powinno się zbie­rać roz­kwi­tłej przy­tu­lii, ale mającą jesz­cze pąki, która nadają szcze­gólny aro­mat her­batce.

Her­bata z przy­tu­lii oczysz­cza wątrobę, nerki, trzustkę i śle­dzionę oraz sty­mu­luje pracę gru­czo­łów lim­fa­tycz­nych, więc jeśli ktoś ma z tym pro­blemy, powi­nien pić napar przez co naj­mniej rok lub dwa lata. W przy­padku nagłego dys­kom­fortu w jamie ust­nej płu­ka­nie gar­dła przy­tu­lią przy­nosi pomoc, nawet jeśli cho­dzi o zło­śliwe wrzody. Podob­nie płu­ka­nie gar­dła przy­tu­lią usuwa wole lub scho­rze­nia tar­czycy. W przy­padku kur­cze­nia się nerek oprócz przy­tu­lii sto­suje się w rów­nych czę­ściach nawłoć oraz i żółtą lub białą jasnotę. Także przy pie­lę­gna­cji skóry twa­rzy nie spo­sób pomi­nąć płu­ka­nek z przy­tu­lii.

Gdy tylko zanio­słam drobno posie­kaną przy­tu­lię na strych do wyschnię­cia i ponow­nie wyrwa­łam żółte kwiaty glist­nika, aby powstrzy­mać roślinę przed roz­sie­wem nasion, mój wzrok padł na melisę, która zaj­mo­wała cały róg ogrodu warzyw­nego. Przyj­rza­łam się rośli­nie z bli­ska. Uro­sła na tyle wysoko, że można już ją po raz pierw­szy zebrać. Jeśli pozwolę jej wyro­snąć jesz­cze wyżej, przy ziemi zaczną się two­rzyć czarne liście, któ­rych usu­nię­cie przed pocię­ciem na drobne kawałki jest bar­dzo pra­co­chłonne. Melisę ścina się do przed­ostat­niego oczka, dzięki czemu można mieć pew­ność, że w krót­kim cza­sie ponow­nie wypu­ści nowe pędy. Myję ją, ponie­waż deszcz bru­dzi spód liści, suszę na ście­reczce, a następ­nie tnę na małe kawałki do mojej her­batki. Deli­katny zapach melisy odpo­wiada za walory sma­kowe mie­szanki zio­ło­wej. Decy­duje o deli­kat­nym aro­ma­cie, któ­rego nie daje żadna inna roślina. Połowa drobno poszat­ko­wa­nej melisy tra­fia do mie­szanki, a druga połowa jest uży­wana głów­nie do kąpieli. Żadne inne ziele nie działa bar­dziej uspo­ka­ja­jąco na pobu­dzony orga­nizm niż cudow­nie pach­nąca kąpiel z melisy.

W tym roku tro­chę za długo zwle­ka­łam z pocię­ciem rabar­baru, bo jed­no­cze­śnie chcia­łam zro­bić tro­chę kom­potu na zimę. Ścię­łam więc wszyst­kie grube, więk­sze łodygi rabar­baru, umy­łam je i pokro­iłam na małe kawałki. W tym cza­sie posta­wi­łam gar­nek z wodą na kuchence, aby się pod­grzała. Rabar­bar bez­względ­nie wymaga zala­nia wrząt­kiem, aby wypłu­kać kwas szcza­wiowy, który nie jest dobry dla nerek. Zago­to­wu­jemy go, w zależ­no­ści od smaku, z brą­zo­wym cukrem i skórką z nie­pry­ska­nych cytryn i poma­rań­czy (ten smak nie powi­nien przy­tła­czać smaku rabar­baru). Rabar­bar na zimę wekuję w pie­kar­niku elek­trycz­nym.

Plaga ślimaków

My, wła­ści­ciele ogro­dów, cier­pimy obec­nie z powodu nowej plagi: od trzech lat ogrody są pełne małych śli­ma­ków w sko­rup­kach i dużych, żół­tych nagich śli­ma­ków. Wszy­scy jeste­śmy prze­ra­żeni! Skąd się biorą te szkod­niki, które wykań­czają wszyst­kie, a zwłasz­cza te dopiero co posa­dzone rośliny? Ponie­waż latem zwy­kle wstaję o pią­tej rano z powodu prac ogrod­ni­czych, które wyko­nuję przed śnia­da­niem, teraz nie mam innego wyj­ścia jak budzić się o czwar­tej - każ­dego dnia latem i jesie­nią, nawet w nie­dziele - i polo­wać na śli­maki ze sta­rym garn­kiem i łyżką. Wyru­szam więc skoro świt, po czwar­tej rano. Prze­cze­sa­nie wszyst­kich zaka­mar­ków ogrodu zaj­muje mi godzinę, ale wie­czo­rem zbie­ram szyb­ciej i w pół godziny jest po wszyst­kim. Pewien wła­ści­ciel ogrodu powie­dział mi, że codzien­nie znaj­duje do tysiąca tłu­stych nagich śli­ma­ków! Jestem w szczę­śliw­szym poło­że­niu i mogę być tylko wdzięczna Stwórcy, że znaj­duję około 90 do 110 rano i tylko około 50 wie­czo­rem. Ale trzeba wziąć pod uwagę czas, który mi to zaj­muje, a w nie­które dni jestem zmę­czona do upa­dłego.

Wkrótce pozna­łam roz­wią­za­nie tej zagadki. Opry­ski che­miczne wraz ze sztucz­nymi nawo­zami na polach i łąkach stop­niowo wyeli­mi­no­wały natu­ral­nych wro­gów śli­ma­ków, w tym duże opa­li­zu­jące chrząsz­cze ziemne, które są ich naj­więk­szymi tępi­cie­lami. Przez dwa lata nie widzia­łam ani jed­nego z tych chrząsz­czy, a to coś mówi, ponie­waż spę­dzam dużo czasu na łonie natury. Już po tym szcze­góle widać, że rów­no­waga bio­lo­giczna jest kom­plet­nie roz­chwiana. Zakła­dam, że plaga śli­ma­ków nie jest jedy­nym złem spo­wo­do­wa­nym przez środki che­miczne. Są ludzie, któ­rzy nie tylko nawożą che­micz­nie swoje ogrody, ale także roz­kła­dają trutkę na śli­maki i w ten spo­sób zabi­jają ostat­nie ptaki śpie­wa­jące w ogro­dach. Postę­pują zgod­nie z ety­kie­tami umiesz­czo­nymi na opa­ko­wa­niach środ­ków śli­ma­ko­bój­czych, które mówią, że zginą tylko śli­maki, ale że przy oka­zji zatruci zostaną wyjąt­kowi eks­ter­mi­na­to­rzy śli­ma­ków, jakimi są jeże i ptaki śpie­wa­jące, to coś, o czym sprytni ludzie nie pomy­ślą. Jakże się cie­szę, że mam w ogro­dzie rodzinę jeży! Od czasu do czasu można je zoba­czyć przy poidełku dla pta­ków. Jesie­nią zosta­wiam dla nich stertę liści za pry­zmą kom­po­stu lub pod czte­rema dużymi jodłami, aby zapew­nić im cie­płe miej­sce do hiber­na­cji. Z rado­ścią witam nawet ich odchody na kamie­niach ogro­do­wych, które szcze­gól­nie lubią tam zosta­wiać. Ci, któ­rzy sto­sują zabi­ja­nie śli­ma­ków zamiast ich zbie­ra­nia, rów­nież nisz­czą śro­do­wi­sko! Niektó­rzy radzą wlać piwo do miski, twier­dząc, że to przy­ciąga śli­maki. Jed­nak choć wiele razy wysta­wia­łam piwo na noc, nie udało mi się zła­pać żad­nego śli­maka. Może jeże lubią piwo? Z samego rana, gdy wyru­szam na tery­to­rium śli­ma­ków, sta­wiam gar­nek z wodą na kuchence, aby się zago­to­wała. Starą łyżką zbie­ram śli­maki do naczy­nia. To litrowy gar­nek, który czę­sto wypeł­nia się po brzegi. Naj­gor­sze dopiero przed nami, biedne śli­maki zostaną zalane wrząt­kiem, ale dzięki Bogu to szybka śmierć. W końcu lądują mar­twe na pry­zmie kom­po­stu, bo gdzie indziej mia­ła­bym je wyrzu­cić?

Nie uwie­rzy­cie, że śli­maki rów­nież posia­dają pewien sto­pień inte­li­gen­cji. W połu­dnio­wej czę­ści ogrodu, od strony drogi, posa­dzi­li­śmy za ogro­dze­niem rząd for­sy­cji. Pod krze­wami zie­leni się nie­wielki zagon bar­winka. Wio­sną nie­opi­sa­nie piękny jest widok nie­bie­skich kwia­tów bar­winka kwit­ną­cych pod żół­tymi krze­wami for­sy­cji. W tym skrawku ogrodu pod gęstym listo­wiem bar­winka zado­mo­wiły się śli­maki w pięk­nie wybar­wio­nych sko­rup­kach, gęsto pokry­wa­jące po desz­czu sąsia­du­jący z for­sy­cjami traw­nik. Cho­dzi­łam tam wcze­śnie rano po desz­czu lub w jego trak­cie i zbie­ra­łam je z traw­nika. Było ich cał­kiem sporo. Robi­łam to po każ­dym desz­czu. Pew­nego ranka, mimo że było bar­dzo mokro, nie zna­la­złam ani jed­nego śli­maka! Dopiero potem odkry­łam je przy­kle­jone do gałęzi for­sy­cji, ukryte pod liśćmi. Dzięki Bogu, że mam bystre oczy, bo zna­la­złam je i tra­fiły do naczy­nia z innymi śli­makami. Po kilku tygo­dniach także te gałę­zie były puste. Śli­maki obsia­dły gęste gałę­zie krze­wów od strony ulicy, do któ­rych trudno było mi dotrzeć, gdy było mokro. Ta histo­ria wyraź­nie poka­zuje, że nawet naj­mniej­sze istoty na tym stwo­rzo­nym przez Boga świe­cie mają pewien sto­pień inte­li­gen­cji.

W naszym ogro­dzie są cztery brzozy

Począt­kowo w połu­dniowo-zachod­nim rogu naszego ogrodu rosło pięć brzóz. Z cza­sem stały się oka­za­łymi drze­wami, które latem zapew­niają wspa­niały cień, a jesie­nią zachwy­cają nas koź­la­rzami. Kiedy cho­dzi­łam na grzyby, zbie­ra­łam w lesie koź­la­rze, a te, które nie nada­wały się już do jedze­nia, wyrzu­ca­łam pod brzo­zami. Podob­nie robię z pie­czar­kami, które wyrzu­cam na pry­zmę kom­po­stową i nawożę odro­biną koń­skiego obor­nika. Prę­dzej czy póź­niej uda mi się zebrać i ten gatu­nek. Pew­nego dnia pod brzo­zami poja­wił się pierw­szy koź­larz czer­wony. Moja radość nie znała wów­czas gra­nic. Teraz brzozy dostar­czają nam do ośmiu koź­larzy rocz­nie, a także mle­czaje weł­nianki, które wpraw­dzie bar­dzo ład­nie wyglą­dają na tle mchu, ale są nie­ja­dalne.

Pew­nego jesien­nego popo­łu­dnia sie­dzie­li­śmy z dziećmi w chłod­nym cie­niu brzóz. Powie­dzia­łam wtedy to, o czym myśla­łam od wielu lat: trzeba posta­wić gdzieś małą szopę, w któ­rej poza sto­łem ogro­do­wym i krze­słami przy złej pogo­dzie i zimą mogła­bym prze­cho­wy­wać różne narzę­dzia ogro­dowe, w tym kosiarkę. Długo zasta­na­wia­łam się nad odpo­wied­nim miej­scem dla szopy.

"Ależ mamo", powie­dział wów­czas mój syn Kurt, "sie­dzimy we wła­ści­wym miej­scu. Miej­sce pod brzo­zami nie zabiera innej prze­strzeni w ogro­dzie". Szybko wezwano cie­ślę i dokład­nie w sześć tygo­dni mie­li­śmy to: zachwy­ca­jący mały domek ogro­dowy. Nie­stety jedno drzewo musiało zostać ścięte. Wtedy padło zda­nie: "Jaka piękna woda brzo­zowa na włosy pły­nę­łaby z tego drzewa na wio­snę". Woda brzo­zowa na włosy! Z dzie­ciń­stwa pamię­tam, jak moja mama codzien­nie maso­wała swoje piękne, dłu­gie włosy wodą brzo­zową Dral­les, dzięki czemu pozo­stały one gęste aż do póź­nej sta­ro­ści.

Test został prze­pro­wa­dzony na wio­snę. Gałąź brzozy musiała ustą­pić miej­sca dom­kowi ogro­do­wemu. Przy­wią­za­li­śmy pod nią dzba­nek, odcię­li­śmy gałąź i byli­śmy zdu­mieni ilo­ścią wody brzo­zo­wej, która wypły­nęła z gałęzi. Naj­pierw każdy czło­nek rodziny musiał wma­so­wać wodę brzo­zową w skórę głowy, następ­nie sok został odmie­rzony i zmie­szany z taką samą ilo­ścią alko­holu o mocy 40% i prze­lany do butelki. Muszę powie­dzieć, że wma­so­wy­wa­łam wodę brzo­zową we włosy codzien­nie przez dokład­nie ćwierć roku. Od teraz będę to robiła co roku. Być może stąd bie­rze się połysk moich wło­sów, o który tak czę­sto pytają mnie słu­cha­cze w trak­cie wykła­dów.

Z innych źró­deł wiem, że wła­ści­ciele brzóz wiercą w pniu mały otwór, a potem uży­wają płyn­nego wosku do drzew, aby ponow­nie wygła­dzić powierzch­nię. My tego nie robimy. Przy czte­rech dużych brzo­zach zawsze znaj­dzie się jakaś gałąź, którą trzeba wyciąć i z któ­rej wycieka wspa­niały sok. Czy bujne owło­sie­nie nie przy­czy­nia się do zdro­wego wyglądu?

Szu­ka­nie śli­ma­ków we wcze­snych godzi­nach poran­nych ma rów­nież swoje piękne strony: towa­rzy­szy mi woła­nie kukułki, od czasu do czasu sły­szę samca bażanta, a śpiew kosów i wielu innych pta­ków poka­zuje, że lubią one bar­dzo wcze­śnie wsta­wać. Jak piękny jest świt! To przy­wra­ca­jące rów­no­wagę doświad­cze­nie, które roz­świe­tla cały dzień.

Jest jesz­cze jedna dobra rzecz: przy oka­zji mogę wyry­wać uciąż­liwe chwa­sty, takie jak osty, koni­czynę i inne, z odsło­nię­tych miejsc w ogro­dzie, aby choć po czę­ści oddać spra­wie­dli­wość wszyst­kim w ogro­dzie i domu.

Rośliny lecz­ni­cze w ogro­dzie wyma­gają ode mnie wiele zachodu. Ponow­nie zaczy­nam po kolei ści­nać odra­sta­jące zioła: przy­wrot­nik, przy­tu­lię i ślaz. Ta ostat­nia roślina zawią­zała już bla­do­ró­żowe kwiaty. Myję je i prze­su­szam, tnę na małe kawałki i roz­kła­dam na stry­chu. W tym samym cza­sie musia­łam ponow­nie zdzie­siąt­ko­wać kwiaty glist­nika, aby chro­nić ogród przed wyjąt­kowo licz­nymi nasio­nami. Glist­nik nie jest myty z powodu żół­to­po­ma­rań­czo­wego soku, nie­po­cięte kwiaty i liście roz­kła­dam na stry­chu. Ze zdzi­wie­niem stwier­dzam, że mam już cał­kiem obfite zbiory.

Wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa jak co roku roz­wi­nęła się obfi­cie we wszyst­kich zakąt­kach ogrodu, rośnie buj­nie zwłasz­cza wśród malin, wypie­ra­jąc rosnące tam krzewy. Nad­szedł czas na dzia­ła­nie. Pędy wierz­bow­nicy wyry­wam z ziemi razem z korze­niami, zanim zakwitną, kłą­cza odci­nam, ziele myję, nieco osu­szam, pozba­wiam gru­bych łodyg, tnę i roz­kła­dam na stry­chu. Mniej­sze rośliny, które jesz­cze nie roz­ro­sły się tak bar­dzo w ogro­dzie, pozo­sta­wiam do czasu kwit­nie­nia, ale gdy poja­wią się pierw­sze kwiaty, wyry­wam je razem z korze­niami, aby zapo­biec dal­szemu roz­sie­wa­niu nasion. Pomimo tych środ­ków ostroż­no­ści ogród jest co roku pełen wierz­bow­nicy drob­no­kwia­to­wej. Wcze­sną wio­sną sadzę wszyst­kie małe roślinki na grządce warzyw­nej, która będzie upra­wiana jako osta­nia. Gdy wraz z upły­wem tygo­dni w ogro­dzie warzyw­nym poja­wia się wiele sie­wek wierz­bow­nicy, które są usu­wane bez lito­ści. Mimo wszystko roślina ta wciąż się roz­ra­sta, a ja wyry­wam ją, zanim zakwit­nie.

Wiele lat temu prze­ży­łam bar­dzo zabawne doświad­cze­nie. Z pomocą zatrud­nio­nych ogrod­ni­ków wyry­wa­łam wszyst­kie siewki wierz­bow­nicy, aby wyrzu­cić je na kom­post. To było mokre lato i nie dało się ich już kon­tro­lo­wać. Zosta­wi­łam tylko te, które rosły na wyzna­czo­nym obsza­rze i które regu­lar­nie zry­wa­łam dwa lub trzy razy w roku. Wtedy, o jede­na­stej rano, ode­bra­łam tele­fon ze Stut­t­gartu. "Gdzie mogę dostać świeże sadzonki wierz­bow­nicy?". "Wła­śnie pozby­li­śmy się tego chwa­stu z ogrodu, wszystko jest na kom­postowniku!". "Na miłość boską, zostaw je tam, zaraz będę!". Szyb­kość, z jaką roz­mówca ze Stut­t­gartu wyru­szył w drogę, była widoczna po tym, że przy­był o dru­giej po połu­dniu. Wło­żył sadzonki wierz­bow­nicy i ich korze­nie do pojem­ni­ków, które przy­wiózł ze sobą. Nie­spo­dzie­wa­nie odzie­dzi­czył działkę, którą chciał obsa­dzić tą rośliną. Czy mu się udało? Chciał­bym wie­dzieć, ale mój gość ni­gdy wię­cej się do mnie nie ode­zwał! Co za nie­pew­ność! Kiedy wycho­dził, poda­ro­wał mi poma­lo­wane w różne kolory pudełko na przy­bory do szy­cia z wkład­kami i prze­gród­kami. To było jego wła­sne dzieło i bar­dzo się z niego ucie­szy­łam. Pudełko poda­ro­wałam mojej wnuczce Eli­sa­beth, wtedy jesz­cze małej uczen­nicy, a teraz doro­słej matu­rzy­stce, która wów­czas z rado­ścią przy­ci­snęła pre­zent do sie­bie i do dziś trak­tuje go z naj­wyż­szą tro­ską i uwagą.

Wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa może być sto­so­wana we wszyst­kich cho­ro­bach pęche­rza moczo­wego i nerek. Ponie­waż jest uży­wana głów­nie przy pro­ble­mach z pro­statą, kobiety trak­tują ją jako męskie zioło, ale pomaga w przy­padku osła­bie­nia pęche­rza zarówno u kobiet, jak i u męż­czyzn.

Ber­liń­ski lekarz dr Dirk Arnt­zen napi­sał kie­dyś do mnie: "Słowa podzię­ko­wa­nia należą się odkryw­czyni tej wcze­śniej pomi­ja­nej rośliny lecz­ni­czej. Należy tutaj pod­kre­ślić, że wierz­bow­nica drob­no­kwia­towa jest pozy­ski­wana głów­nie przez lokal­nych zbie­ra­czy. Wysoka cena, o którą czę­sto jestem pytany, wynika z wyso­kiej jako­ści. Z dzie­się­ciu kilo­gra­mów świe­żej wierz­bow­nicy uzy­skuje się kilo­gram suszu, ponie­waż należy odrzu­cić wil­gotne, grube łodygi".

W dro­dze na poro­śnięte świer­kami szczyty odkry­wam na bło­niach, wśród któ­rych szem­rze sre­brzy­sty potok, jasnotę żółtą (gajo­wiec). Oczy­wi­ście zabie­ram ją ze sobą do domu, bo znam bied­nego sta­ruszka ze scho­rze­niem nerek, któ­remu żółta pokrzywa przy­nosi ulgę w cier­pie­niu. W skle­pie zie­lar­skim w pobliżu kupuje przy­tu­lię i nawłoć, a następ­nie dodaje jasnotę żółtą, by przy­rzą­dzić her­batkę pomocną przy kur­cze­niu się nerek. "O, nie", powie wielu, "mogę pić tylko prze­pi­saną przez uro­loga ilość płynu!". "Oczy­wi­ście", odpo­wia­dam, "ale ten płyn może skła­dać się ze wspo­mnia­nej her­batki. Pomaga ona przy kur­cze­niu się nerek. Wkrótce bada­nia w gabi­ne­cie lekar­skim wykażą poprawę, lekarz zwięk­szy podaż pły­nów i w ten spo­sób pacjent stop­niowo powróci do ich nor­mal­nej ilo­ści!".

Miód z pędów świer­ko­wych

Godną pole­ce­nia rze­czą jest miód świer­kowy. Pocze­kaj, aż młode koń­cówki świerka osią­gną dłu­gość około 4-5 cm, i poszu­kaj drzewa z gałę­ziami zwi­sa­ją­cymi do ziemi. Rabo­wa­nie małych drze­wek byłoby leśnym świę­to­kradz­twem. Umyte pędy świer­ków włóż do pię­cio­li­tro­wego słoja po ogór­kach, gdy są jesz­cze lekko wil­gotne: war­stwa pędów, war­stwa brą­zo­wego cukru itd., i mocno uci­skaj, aż naczy­nie się wypełni. Zawiąż słoik folią i postaw na nasło­necz­nio­nym oknie lub na bal­ko­nie. Następ­nego dnia mie­szanka nieco opad­nie. Dokła­daj pędy przez kolejne trzy dni. Napeł­niony słoik pozo­staw na słońcu na trzy do czte­rech tygo­dni, aż sok świer­kowy spły­nie na dno. Prze­cedź sok do naczy­nia żaro­od­por­nego, pędy świer­ków zalej nie­wielką ilo­ścią gorą­cej wody, doci­śnij dłońmi i odcedź. Do mie­szanki pędów świer­kowych i cukru nie należy doda­wać wię­cej niż ćwierć litra wody. Podob­nie jak w przy­padku miodu z mniszka lekar­skiego sok należy powoli odpa­ro­wać na naj­mniej­szym ogniu, aż uzy­ska się postać gęstego miodu. Roz­lej miód do pół­li­tro­wych bute­lek, gdy jest jesz­cze gorący. Nie musi on zostać zużyty w ciągu jed­nego roku, bo prze­trwa lata.

W dro­dze powrot­nej, w pobliżu gospo­dar­stwa rol­nego, znaj­duję rdest ptasi. Ponie­waż lubię go doda­wać do mojej mie­szanki zio­ło­wej, zabie­ram go ze sobą. Gdy to robię, podzi­wiam zachwy­ca­jące małe jasno­brą­zowe i ciem­no­czer­wone kwiaty, które sie­dzą jak główki szpi­lek u pod­stawy liści. To świetne zioło dzia­ła­jące kojąco na nerki.

Pię­cior­nik gęsi skrada się wzdłuż ogro­dze­nia ogrodu. Liście pokryte są od spodu srebr­no­sza­rymi wło­skami, a pośrodku rozety wyra­sta długa łodyżka z poje­dyn­czym, zło­ci­sto­żół­tym pię­cio­płat­ko­wym kwia­tem. Smak całej rośliny jest nieco gorzki, a w dodatku ślu­zo­waty. Z tego powodu pię­cior­nik gęsi jest zale­cany w przy­padku sil­nego let­niego prze­zię­bie­nia z lep­kim ślu­zem. Zbie­ram pię­cior­nik, ponie­waż w żaden spo­sób nie można prze­wi­dzieć, kiedy u jakie­goś członka rodziny w środku let­nich upa­łów roz­wi­nie się prze­zię­bie­nie. W takim przy­padku ćwierć litra mleka dopro­wa­dzam do wrze­nia i dorzu­cam czu­batą łyżeczkę pię­cior­nika gęsiego. Napój należy pić bar­dzo gorący z odro­biną miodu. Szyb­kość dzia­ła­nia pię­cior­nika potrafi zasko­czyć. Kaszel ustę­puje w ciągu kilku dni.

Po pro­stu nie mogę w to uwie­rzyć: kwiaty czar­nego bzu błysz­czą na sło­necz­nym skraju lasu i roz­sie­wają wszę­dzie swoje bla­do­żółte płatki. Dopiero teraz zda­jemy sobie sprawę, że wokół wciąż jest mnó­stwo krze­wów czar­nego bzu. Stare przy­sło­wie uczy nas, że powin­ni­śmy dzie­więć razy zdjąć kape­lusz z głowy przed krze­wem czar­nego bzu, bo jest on w sta­nie wyle­czyć ponad tuzin cho­rób.

Pierw­szą rze­czą, jaką robię, jest zerwa­nie dwóch dużych bal­da­chów czar­nego bzu na słynny letni napój z ogrodu, wino musu­jące z dzi­kiego bzu.

Wino musu­jące z dzi­kiego bzu

Napeł­nij słój po ogór­kach pię­cioma litrami wody, wsyp 500 g brą­zo­wego cukru, dodaj pokro­joną w pla­sterki połówkę cytryny i dwa duże kwiaty dzi­kiego bzu. Zawiąż per­ga­mi­nem i umieść całość w nasło­necz­nio­nym oknie. W ciągu dwóch do trzech dni zaczną się uno­sić bąbelki, co wska­zuje, że orzeź­wia­jące wino musu­jące jest już gotowe do picia.

Idę do ogrodu, zbie­ram kwiaty dzi­kiego bzu i przy­go­to­wuję na obiad lek­kie cia­sto nale­śni­kowe z trzech jajek, w któ­rym maczam kwiaty i smażę je na patelni na złoty kolor. Zanim je obrócę, odci­nam łodygi nożycz­kami i dopiero potem smażę je z dru­giej strony. Posy­pane cukrem wani­lio­wym sma­żone kwiaty bzu są szcze­gól­nie smaczne z kom­po­tem jabł­ko­wym, grusz­ko­wym lub śliw­ko­wym. Co roku jeste­śmy zachwy­ceni ich deli­kat­nym sma­kiem. Kiedy nie mie­li­śmy w ogro­dzie krzewu dzi­kiego bzu, rok w rok, gdy jagody doj­rze­wały, wno­si­li­śmy ich zdro­wotną moc do naszego domu. Któż nie czuje mocy, która napływa do orga­ni­zmu wraz z musem z czar­nego bzu? Nie wspo­mi­na­jąc już o dobrym tra­wie­niu!

Pew­nego dnia zosta­łam nie­mal magne­tycz­nie przy­cią­gnięta przez poły­sku­jący stru­myk. Każdy miło­śnik przy­rody wie, jakie skarby cze­kają na niego na brze­gach stru­mieni. Moje pierw­sze spoj­rze­nie padło na mały krzak dzi­kiego bzu, któ­rego jaskra­wo­żółte jagody - jak żółte porzeczki - lśniły w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. Na małym krzaku były nie wię­cej niż trzy bal­da­chy, które zabra­łam ze sobą do domu. Jagody były jasne, szkli­ste i sma­ko­wały wyśmie­ni­cie. Posta­no­wi­łam poszu­kać ich w następ­nym roku. Kiedy ponow­nie zna­la­złam krzew - tym razem miał pięć doj­rza­łych kiści - umie­ści­łam sadzonkę na naszej pry­zmie kom­po­stu. W następ­nym roku wyrósł na dorodny krzew, kwit­nący na całego i przy­no­szący obfite plony jesie­nią. Z owo­ców dzi­kiego bia­łego bzu powstaje wspa­niałe wino!

Przy­nio­słam z piw­nicy pię­cio­li­trowy słoik, odło­ży­łam pół­tora litra owo­ców bia­łego bzu (prze­pis doty­czy rów­nież czar­nego bzu), które goto­wa­łam przez trzy minuty z trzema litrami wody i kilo­gra­mem brą­zo­wego cukru. Gdy wywar ostygł, pokru­szy­łam do niego 10 g droż­dży, przy­kry­łam folią i wsta­wi­łam do piw­nicy. Od czasu do czasu mie­sza­łam jagody. Dopóki jagody nie opadną, wino nie jest doj­rzałe. Odce­dzi­łam je, zagoto­wa­łam 500 g brą­zo­wego cukru z pół litra wody, zgod­nie z prze­pisem, i doda­łam ostu­dzony płyn. Spró­bo­wa­łam go z nie­cier­pli­wo­ścią i... byłam prze­ra­żona dziw­nym sma­kiem. Prze­la­łam całość do bute­lek po winie, zakor­ko­wa­łam i posta­wi­łam na dol­nej półce w piw­niczce.

Rok po roku robi­łam wino z ciem­nego czar­nego bzu dla mojej matki według powyż­szego prze­pisu, która je piła w małych ilo­ściach rano przez cały rok, bo dobrze słu­żyło jej sercu i ciśnie­niu krwi.

O bla­dym winie już nawet nie myśla­łam, z pew­no­ścią leżało w piw­nicy sześć lub sie­dem lat i nikt do niego nie zaglą­dał. Tym­cza­sem kosy dostrze­gły dobro­czynne wła­ści­wo­ści jasnych jagód i zbie­rały je co roku. Pew­nego dnia mój syn Kurt wyszedł z piw­nicy i powie­dział: "Jasne wino z dzi­kiego bzu? Nikt o nim nie wie, a sma­kuje jak mało co!". Tak więc przez lata leża­ko­wa­nia oso­bliwy smak zamie­nił się w coś wyśmie­ni­tego. Jeśli w tym roku ura­tuję jasne jagody przed kosami, nasta­wię na nich wino. Oby mi się tylko udało!

W tym samym cza­sie co kwiaty dzi­kiego bzu można zna­leźć rów­nie cenny rumia­nek. Rumia­nek z pól poro­śnię­tych zbo­żem ma naj­więk­szą war­tość lecz­ni­czą. Ze względu na powszechne sto­so­wa­nie nawo­zów sztucz­nych i che­micz­nych środ­ków chwa­sto­bój­czych cenny rumia­nek rosnący wśród zbóż jest coraz rzad­szy. Przez pewien czas domi­no­wał pomimo nawo­że­nia che­micz­nego, ale można zauwa­żyć kur­cze­nie się zaso­bów tej cen­nej rośliny lecz­ni­czej. Jesz­cze kilka lat temu można ją było zoba­czyć rosnącą na polach zbóż, bura­ków i ziem­nia­ków, ale nie­stety staje się coraz rzad­sza. Na­dal można ją spo­tkać na pobo­czach czę­sto uczęsz­cza­nych dróg, gdzie jed­nak nie wolno zbie­rać ziół ze względu na duże zanie­czysz­cze­nie.

Dwa lata temu obser­wo­wa­li­śmy budowę odcinka auto­strady mają­cej połą­czyć nie­miecką Pasawę z pobli­ską Austrią. Prace zostały zakoń­czone, ale odci­nek nie został oddany do użytku przez kolejne dwa lata. Zasta­na­wia­li­śmy się, czy poru­sze­nie ziemi nie ozna­cza szansy na dobre zbiory rumianku. I tak się stało. Przed nami roz­cią­gał się obszar co naj­mniej 6000 metrów kwa­dra­to­wych naj­wspa­nial­szych kwia­tów rumianku. I co nas szcze­gól­nie zadzi­wiło: pomię­dzy rumian­kami znaj­do­wały się wyspy cha­brów - nie­bie­skich cha­brów - które przez lata zni­kły z naszego kra­jo­brazu z powodu sztucz­nego nawo­że­nia lub poja­wiały się tylko nie­śmiało tu i ówdzie - tam, gdzie rol­nicy wró­cili do nawo­że­nia orga­nicz­nego. Poru­sze­nie ziemi bez nawo­że­nia che­micz­nego może zdzia­łać cuda.

Bogo­wie pogody byli nam przy­chylni: przez dwie godziny, które spę­dzi­li­śmy na zbie­ra­niu rumianku, słońce nie zostało zasło­nięte przez ani jedną chmurkę, ale lekki chłodny wie­trzyk przy­jem­nie prze­go­nił połu­dniową dusz­ność i praw­do­po­dob­nie także paskudne muchy koń­skie. Wybra­li­śmy się na zbiory po raz drugi, mamy więc zapew­nione zapasy na zimę.

Moja szał­wia ogro­dowa stała się teraz oka­za­łym krze­wem; zaczy­nam ją ści­nać i zgro­ma­dzi­łam już cztery pełne wia­dra; połowa rodziny jest w nią zaopa­trzona. Moczę ją przez noc w zim­nej wodzie i przy­go­to­wuję z niej jedną z naj­wspa­nial­szych kąpieli w roku.

Kąpiele szał­wiowe mają dzia­ła­nie kojące, czę­sto sto­so­wane leczą egzemę, łago­dzą skur­cze i podraż­nie­nie ner­wowe, szał­wia zale­cana jest rów­nież do prze­my­wa­nia twa­rzy. Szał­wia pita jako her­batka regu­luje poce­nie się; ma zarówno dzia­ła­nie anty­per­spi­ra­cyjne, jak i napo­tne. Współ­cze­sna medy­cyna i jej che­miczne środki lecz­ni­cze w znacz­nym stop­niu wyparły szał­wię, która była bar­dzo sza­no­wana przez wieki. Pozo­staje tylko mieć nadzieję, że ponow­nie zaj­mie uprzy­wi­le­jo­wane miej­sce w przy­do­mo­wych ogro­dach. Stara księga zie­lar­ska z około 1300 r. mówi: "Dla­czego czło­wiek miałby umie­rać, skoro szał­wia rośnie w ogro­dzie?". Wyso­kie mnie­ma­nie o szał­wii utrzy­my­wało się przez wieki, dopiero nasze czasy przy­nio­sły duże zmiany w tej kwe­stii.

Let­nie figle

Wszystko wyni­kło samo z sie­bie: Za każ­dym razem, gdy obcho­dzę ogród po obie­dzie, biorę wąż ogro­dowy i spry­skuję małe rośliny, które zako­rze­niły się mię­dzy pęk­nię­ciami gra­ni­to­wego muru. Został zbu­do­wany z blo­ków gra­nitu spro­wa­dzo­nych z Lasu Cze­skiego i stał się cen­trum ogrodu. Przed murem znaj­duje się obszar o powierzchni 50 metrów kwa­dra­to­wych z płyt chod­ni­ko­wych z kamie­nia Rau­ri­ser, które wyście­łają rów­nież ścieżki wokół domu. Wzdłuż naszej ulu­bio­nej ściany bie­gnie trzy­ipół­me­trowa rusty­kalna dębowa ławka, jest też grill wbu­do­wany w ścianę, o którą opiera się Duch Gór (Liczy­rzepa) wyrzeź­biony z korzeni dębu, obok plu­ska fon­tanna, a całość zamyka kanał odwad­nia­jący teren. Zachod­nia strona domu, gdzie rów­nież stoi rusty­kalna dębowa ławka, chroni przed zim­nymi wschod­nimi wia­trami. Jed­nym sło­wem jest to ulu­bione miej­sce całej rodziny. Kiedy stru­mień zim­nej wody spada na roz­grzane kamie­nie, psz­czoły i smu­kłe paso­żyt­ni­cze osy zla­tują się w mgnie­niu oka. Nie tylko chłoną zimną wodę, ale z przy­jem­no­ścią sia­dają na wil­got­nych kamie­niach, cza­sami roz­ko­szu­jąc się kąpielą w jakimś nie­wiel­kim zagłę­bie­niu. Prak­ty­ko­wa­łam to przez lata, spry­sku­jąc wodą cie­płe kamie­nie, aby spra­wić radość brzę­czą­cym, kocha­ją­cym wodę owa­dom. Nie dziwi mnie więc, że gdy tylko w parne let­nie dni się­gam po wąż, wokół mnie natych­miast zaczyna bzy­kać nie­wielki rój psz­czół i paso­żyt­ni­czych os, które z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią lecą w kie­runku mokrych kamieni. Przez wszyst­kie te lata żadna psz­czoła ani paso­żyt­ni­cza osa mnie nie użą­dliły; każ­dego dnia odczu­wają roz­kosz zanu­rze­nia się w chłod­nej wodzie mimo gorą­cego dnia, a ja odczu­wam ich sym­pa­tię.

Pod naszymi brzo­zami rośnie roz­ło­ży­sta wią­zówka błotna, która co roku obsy­puje się kwia­tami. Począt­kowo nie potra­fi­li­śmy wyja­śnić, skąd się wzięła w naszym ogro­dzie. Pod­czas pew­nej wędrówki wiele lat temu przy­nie­śli­śmy do domu z rów­niny zale­wo­wej w pobliżu jeziora Wol­fgang­see sadzonkę peł­nika euro­pej­skiego, która naj­wy­raź­niej była oto­czona wią­zówką błotną. Nie­wielki korzo­nek musiał się przy­cze­pić do peł­nika, ale dopiero po ponad sze­ściu latach roz­wi­nęła się z niego kwit­nąca wią­zówka. Roz­kwi­tłe pąki wska­zy­wały teraz, że już czas, aby zerwać ich dwie pełne gar­ści, aby je dodać po posie­ka­niu na drobne kawałki do mie­szanki ziół. Stare księgi zie­lar­skie mówią, że wią­zówka błotna jest jedną z naj­wspa­nial­szych roślin lecz­ni­czych o wła­ści­wo­ściach odtru­wa­ją­cych. Ileż osób, które cho­ro­wały przez całe życie, mogłoby zacho­wać zdro­wie, gdyby czę­sto się­gały po wią­zówkę?

Kolejny ważny skład­nik mojej słyn­nej her­batki: płatki róży! Oczy­wi­ście uży­wam wyłącz­nie płat­ków róż nawo­żo­nych orga­nicz­nie. Zioła wcho­dzące w skład her­batki roz­kła­dam na dużej powierzchni stry­chu, poszcze­gólne skład­niki dodaję w spo­sób cią­gły, posy­pu­jąc je czer­wo­nymi, żół­tymi i różo­wymi płat­kami róż. Kiedy całość jest już gotowa, te kolo­rowe plamki koloru uzu­peł­niają mie­szankę. Delek­tu­jemy się nie tylko róż­no­rod­nym aro­ma­tem, ale także atrak­cyj­nymi odcie­niami kolo­rów.

Pną­cza fasoli i pomi­dory na bal­ko­nie

Ist­nieje cała masa kobiet, które z braku ogrodu upra­wiają warzywa w nie­wiel­kich ilo­ściach na bal­ko­nie i oka­zują się w tym praw­dzi­wymi artyst­kami. Nie tylko mają dobrą rękę do kwia­tów, któ­rych kwit­nący blask i prze­pych uprzej­mie pozwa­lają podzi­wiać bliź­nim idą­cym ulicą, ale także upra­wiają w cichym zakątku bal­konu wiele warzyw do użytku kuchen­nego. Pierw­szą rze­czą, jaką przy­no­szą do domu wio­sną z targu, jest szczy­pio­rek w donicz­kach lub drew­nia­nych skrzyn­kach. Choć na stra­ga­nie wyglą­dał tak bied­nie, pod ich czuj­nym okiem szybko prze­kształca się we wspa­niałą zie­loną kępę. Następ­nie pora na posia­nie pie­truszki; upra­wiana na bal­ko­nie spra­wia, że gospo­dyni domowa czuje się jak praw­dziwy ogrod­nik. Gdy księ­życa ubywa, wysiewa się kilka mar­che­wek, a także inne warzywa korze­niowe, takie jak pie­truszka, a gdy słońce stoi już wyżej na nie­bie wyżej i robi się cie­plej, kilka rzod­kie­wek. Tuż przed zim­nymi ogrod­nikami należy wstęp­nie zasiać w tro­ci­nach fasolkę szpa­ra­gową lub pnącą, aby wykieł­ko­wała. Pod­czas przy­by­wa­ją­cego księ­życa można nabyć sadzonki pomi­do­rów od ogrod­nika i posa­dzić je w drew­nia­nych skrzyn­kach. Jak pięk­nie wygląda biała ściana pokryta pną­czami fasoli, które spra­wiają, że cały bal­kon staje się przy­tulny! Krza­czek pomi­dora zyskuje sta­bil­ność, jeśli zosta­nie pod­party pali­kiem z jasnej trzciny. Kiedy fasolka szpa­ra­gowa i pomi­dory stop­niowo zawią­zują owoce, można się nimi delek­to­wać na kola­cję, np. zro­bić z nich sałatkę lub podać fasolkę omasz­czoną śmie­taną albo polaną masłem z przy­ru­mie­nioną bułką tartą. Jakże pyszne są dania z wła­snych bal­konowych plan­ta­cji! W przy­padku zbyt dużych zbio­rów, z któ­rymi nie można sobie na bie­żąco pora­dzić, można z nich zro­bić zapasy na zimę. Czyż życie nie jest pełne małych przy­jem­no­ści, które rekom­pen­sują jego trudy?

Ogromna radość prze­peł­nia mojego męża i mnie, gdy pod­czas wędrówki wcho­dzimy na sło­neczną leśną polanę, a przed naszymi oczami roz­po­ściera się falu­jące poma­rań­czowo-żółte morze kwia­tów. Jakże boska i nie­tknięta jest w swej czy­sto­ści ta łąka pokryta tysią­cami żół­tych kwia­tów arniki! Morze arniki. Wiatr bawi się w ich płat­kach, dookoła brzę­czą psz­czoły, a nas ogar­nia nie­opi­sany zapach. Nasze ręce rów­nież zaczy­nają pach­nieć, gdy zbie­ramy kwiaty na nalewkę z arniki. Potem sie­dzimy przez chwilę wśród tych wspa­nia­ło­ści, radu­jąc się, że świat jest tu tak czy­sty i lekki, a nie znie­kształ­cony i oszpe­cony jak w codzien­nym życiu. Boże tchnie­nie dotyka nas, uwal­niane przez JEGO pach­nący łan arniki.

Poma­rań­czowo-żółte kwiaty arniki na­dal można zna­leźć w zdro­wych regio­nach gór­skich, na leśnych łąkach, tor­fo­wi­skach i wil­got­nych, pod­mo­kłych łąkach. Pod­czas kosze­nia siana rol­nik pozo­sta­wia obszary z arniką, a pasące się zwie­rzęta uni­kają tej rośliny. Tam, gdzie łąki są nawo­żone nawo­zami sztucz­nymi, rośliny obumie­rają. Osoby nie­zna­jące się dobrze na rośli­nach mylą arnikę z kozi­bro­dem łąko­wym ze względu na podobne, ciem­no­żółte kwiaty. Kwiaty arniki są inten­syw­nie żółte, a ich zapach nie­po­rów­ny­wal­nie aro­ma­tyczny.

Arnika powinna być sto­so­wana wyłącz­nie zewnętrz­nie, nie powinna być przyj­mo­wana wewnętrz­nie bez zale­ceń leka­rza. Może wywo­ły­wać silne swę­dze­nie, aler­gie i wysypki skórne przy­po­mi­na­jące pęche­rze. W cięż­kich przy­pad­kach może powo­do­wać nud­no­ści, skur­cze, poce­nie się, a cza­sem nawet para­liż.

Zewnętrz­nie arnika jest sto­so­wana w przy­padku sinia­ków, skrę­ceń, nacią­gnię­cia mię­śni, a także zapa­le­nia kaletki mazio­wej. Sto­suje się ją w postaci nalewki w alko­holu o mocy 38-40%. W przy­padku dłoni szpo­nia­stych (przy­kurcz Dupuy­trena - od fran­cu­skiego leka­rza, który jako pierw­szy opi­sał tę cho­robę w 1832 r.) nalewka z kwia­tów arniki wraz z nalewką z żywo­ko­stu poma­gają jako wcierka na zro­sty i stward­nie­nie dłoni. Jest to powoli roz­wi­ja­jąca się dole­gli­wość, w któ­rej prze­wle­kły stan zapalny pro­wa­dzi do skró­ce­nia ścię­gien zgi­na­czy i powsta­nia tzw. dłoni szpo­nia­stej. Palce zakrzy­wiają się do wewnątrz i można ich w pełni wypro­sto­wać. Jed­no­cze­śnie na powierzchni ścię­gien two­rzą się twarde guzki, które sprzy­jają skur­czom i unie­moż­li­wiają ruch. Oprócz nale­wek z arniki i żywo­ko­stu pomocne są masaże ole­jem z arniki i maścią żywo­ko­stową.

Przy oka­zji tej wędrówki zabra­li­śmy do domu pach­nącą macie­rzankę z gór­skiej łąki. Macie­rzanka jest nie tylko nie­zrów­nana w przy­padku cho­rób dróg odde­cho­wych, ale powinna być rów­nież sto­so­wana do kąpieli po cięż­kiej cho­ro­bie, do 120 g macie­rzanki na kąpiel. Macie­rzanka zmie­szana w rów­nych czę­ściach z babką lan­ce­to­watą jest wypró­bo­wa­nym i sku­tecz­nym lekar­stwem na cho­roby dróg odde­cho­wych, silne zapa­le­nie oskrzeli i astmę oskrze­lową, a nawet na krztu­siec. Na fili­żankę zim­nej wody daj łyżeczkę brą­zo­wych cukru i pla­ste­rek cytryny, zago­tuj cztery lub pięć razy, zdej­mij z ognia i dodaj czu­batą łyżeczkę suszo­nej macie­rzanki i babki lan­ce­to­wa­tej zmie­sza­nych w rów­nych czę­ściach. Pozo­staw do zapa­rze­nia na pół minuty. Her­batę należy pić bar­dzo gorącą, a w cięż­kich przy­pad­kach w miarę moż­li­wo­ści świeżo przy­go­to­waną kilka razy dzien­nie.

Macie­rzanka ratuje życie

Mój sze­ścio­letni wów­czas syn nie doszedł jesz­cze cał­kiem do sie­bie po cięż­kiej cho­ro­bie tyfu­so­wej sprzed dwóch lat. Przez pięć tygo­dni codzien­nie miał gorączkę 40,8 stop­nia i przez sześć i pół mie­siąca prze­by­wał w szpi­talu. Kiedy roz­po­czął naukę w szkole w gór­no­au­striac­kim Mühlviertel, był bla­dym, chu­dym chłop­cem. Lekarz, z któ­rym się kon­sul­to­wa­łam, sam prze­cho­ro­wał tyfus. Powie­dział, że tak poważna cho­roba zakaźna pozo­staje w orga­ni­zmie przez sie­dem lat. Podał zasady postę­po­wa­nia w naj­bliż­szym okre­sie, zwłasz­cza w związku z cho­ro­bliwą utratą ape­tytu. Pomię­dzy kole­gami z klasy, zdro­wymi chłop­cami, sie­dział mój syn, czę­sto blady jak ściana, tak że nauczy­ciel nie­raz pytał go, czy mu coś nie dolega, a on zawsze zaprze­czał. Ponie­waż droga do szkoły pro­wa­dziła przez skra­wek bez­lud­nego lasu, codzien­nie odpro­wa­dza­łam synka do szkoły i odbie­ra­łam po połu­dniu pie­szo. To wła­śnie w tym lesie spo­tka­li­śmy kobietę, która zatrzy­mała się przed nami i ode­zwała się do mnie zasko­czona: "Co za biedny chło­piec!". Opo­wie­dzia­łam jej więc, skąd­inąd nie­chęt­nie, o cięż­kiej cho­ro­bie tyfu­so­wej mojego czte­ro­let­niego dziecka po wypę­dze­niu z sudec­kiej ojczy­zny. "Tylko Kud­del­kraut! Kąpiel w Kud­del­kraut, to pomoże!". Dobry anioł w postaci pro­stej wie­śniaczki miał na myśli macie­rzankę, która w tym cza­sie kwi­tła we wszyst­kich odcie­niach - od jasnego do ciem­no­ró­żo­wego - na zbo­czach łąk i nasy­pów. Gdy tylko wró­ci­łam do domu, wzię­łam dzie­się­cio­li­trowe wia­dro i napeł­ni­łam je po brzegi macie­rzanką. Moja matka dała mi dobrą radę, którą wyczy­tała u księ­dza Kne­ippa, aby moczyć przy­nie­sione do domu zioła w zim­nej wodzie przez noc, dzięki czemu nie stracą swo­ich lecz­ni­czych mocy w trak­cie goto­wa­nia.

Kiedy następ­nego dnia po połu­dniu wró­ci­li­śmy ze szkoły do domu, zioła były już cie­płe. Uklę­kłam z dziec­kiem przed ścianą ze świę­tymi obraz­kami i popro­si­li­śmy Boga o pomoc. Potem zanio­słam synka do pach­ną­cej kąpieli i zosta­wi­łam w niej na dokład­nie dwa­dzie­ścia minut, jak radzi ksiądz Kne­ipp. Równo po dzie­się­ciu minu­tach poja­wiły się czer­wone policzki; kiedy po dwu­dzie­stu minu­tach pod­nio­słam dziecko z wanny, poczu­łam, jakby na czubku głowy został dotknięty jakiś przy­cisk. Inne dziecko, w końcu zdrowe, leżało w moich ramio­nach, dziecko z czer­wo­nymi policz­kami. Wyraź­nie roz­po­zna­łam wszech­moc Boga, JEGO opatrz­ność dzia­ła­jącą poprzez JEGO zioła. Mogę tylko dodać, że rów­nież ape­tyt mojego dziecka powró­cił samo­ist­nie, a jego stan fizyczny popra­wiał się z dnia na dzień.

Kąpiel z macie­rzanką sta­nowi dla ciężko cho­rych ludzi, o ile jesz­cze mogą się kąpać, skok pro­sto w zdro­wie. Na pełną wannę bie­rze się od 100 do 120 g macie­rzanki. Serce musi znaj­do­wać się ponad wodą.

Dzięki desz­czom udało mi się po raz drugi tego lata drugi ściąć i wysu­szyć melisę. Maje­ra­nek zaczął kwit­nąć, musiał zostać ścięty i prze­nie­siony na strych do susze­nia. Jego cudowny zapach dopeł­nia nie­które moje potrawy jako przy­prawa kuchenna. Jako gospo­dyni domowa nie mogę się obyć bez maje­ranku.

Na wszelki wypa­dek sie­kam kilka wiech liści maje­ranku na drobne kawałki, wkła­dam je do butelki, zale­wam oliwą z oli­wek i umiesz­czam w nasło­necz­nio­nym oknie na 12 dni. W dzi­siej­szych cza­sach wiel­kiego zanie­czysz­cze­nia trzeba być przy­go­to­wa­nym na wszystko: Ole­jek maje­ran­kowy spra­wia, że zni­kają - po posma­ro­wa­niu ich w kółko - guzki i obrzęki gru­czo­łów, zarówno łagodne, jak i zło­śliwe. W przy­padku cięż­kich prze­zię­bień i grypy w oko­licy gar­dła i ucha mogą nagle poja­wić się obrzęki gru­czo­łów - naj­le­piej posma­ro­wać je olej­kiem maje­ran­kowym.

Sio­stra zna­jo­mej została skie­ro­wana do szpi­tala z powodu nagłego poja­wie­nia się na jej twa­rzy obrzę­ków gru­czo­ło­wych. Było to pięć do sze­ściu twar­dych guz­ków poni­żej lewego ucha, się­ga­ją­cych do linii szczęki. Było to tuż przed Wigi­lią. W szpi­talu pacjentce zle­cono ope­ra­cję zaraz po świę­tach. Moja zna­joma przy­go­to­wała oliwę maje­ran­kową, wyko­rzy­stu­jąc maje­ra­nek ze swo­jego ogrodu. Guzki jej sio­stry były sma­ro­wane ole­jem maje­ran­ko­wym koli­stym ruchem kilka razy dzien­nie. Znik­nęły w ciągu czte­rech dni, a w szpi­talu nie stwier­dzono obrzęku.

Każ­dego roku ostroż­nie obry­wam łodygi i liście selera korze­nio­wego o wyso­ko­ści od 40 do 80 cen­ty­me­trów, pozo­sta­wia­jąc tylko młode pędy, aby dać rośli­nie szansę na dosto­so­wa­nie się do wzro­stu bulwy. Następ­nie myję łodygi i liście, po czym roz­kła­dam je na ście­reczce. Gdy nie są już wil­gotne, ostroż­nie odry­wam liście od łodyg, tak aby nie pozo­stała na nich naj­mniej­sza nawet łodyżka. Liście suszę na stry­chu, a następ­nie wkła­dam do pie­kar­nika, aby stały się chru­piące i suche. W sze­ro­kiej misce robo­czej kru­szę wysu­szone liście obiema dłońmi, aby uzy­skać zupeł­nie drobną masę (nie uży­wam maszyny ze względu na aro­mat), którą wsy­puję do małych zakrę­ca­nych sło­icz­ków. W ten spo­sób otrzy­muję przy­prawę uży­waną w zimie do zup (z zasady nie mrożę liści selera i pie­truszki), a także do pie­ro­gów, ziem­nia­ków, wszel­kich warzyw, grzy­bów i pra­wie wszyst­kich rodza­jów mięs. Nacie­ram liśćmi selera kur­czaka prze­zna­czo­nego do pie­cze­nia, a także inne mięso na pie­czeń, stek czy natu­ralny szny­cel. Seler dodaje mięsu i warzy­wom smaku, któ­rego nic nie jest w sta­nie zastą­pić.

Łodygi, z któ­rych ode­rwa­łam liście, tnę na małe kawałki i naj­pierw suszę na stry­chu, a następ­nie w pie­kar­niku, po czym prze­kła­dam do więk­szych zakrę­ca­nych sło­ików. Te drobno posie­kane łodygi selera są wspa­nia­łym dodat­kiem do obra­nych ziem­nia­ków, do któ­rych dodaję także odro­binę soli, kminku i nasion kopru (te ostat­nie rów­nież zbie­ram z ogrodu). Ziem­niaki zyskują wspa­niały smak! Co za roz­kosz jeść świeże ziem­niaki, które sama zebra­łam, ugo­to­wane z tymi pikant­nymi dodat­kami, lekko polane masłem i podane z sałatą na kola­cję!

Seler odra­dza się ponow­nie z łody­gami wokół bulwy aż do zbio­rów na początku listo­pada. Powta­rzam więc zbiór liści i łodyg po raz drugi w dal­szej czę­ści sezonu.

Ale teraz wciąż jeste­śmy w środku lata. Nagietki, które w tym roku zostały wysiane nieco póź­niej, stały się już kwit­ną­cymi, wspa­niale wyro­śnię­tymi rośli­nami. Zbie­ram je dwa razy w tygo­dniu, w zależ­no­ści od tempa wzro­stu: kwiaty są zbie­rane razem z łody­gami i liśćmi aż do następ­nego pąka. Do słyn­nej maści z nagietka potrzebne są dwie podwójne gar­ści kwia­tów, liści i łodyg (patrz prze­pis w książce Heilkräuter aus dem Gar­ten Got­tes - Uzdra­wia­jące zioła z ogrodu Boga, Enn­stha­ler Ver­lag), część ścię­tych kwia­tów, liści i łodyg tra­fia do mie­szanki zio­ło­wej, inna część jest suszona osobno na her­batkę.

Her­batka z nagietka jest szcze­gól­nie przy­datna w przy­padku zapa­le­nia jelita gru­bego oraz cho­rób żołądka i jelit. Wybitni leka­rze, tacy jak wielki lekarz Kne­ippa dr Bohn, zale­cali her­batkę z nagietka na pre­dys­po­zy­cje do raka, zło­śliwe wrzody, a maść nagiet­kową na zło­śliwe wrzody piersi. Aby przy­go­to­wać her­batkę, łyżeczkę suszo­nych kwia­tów, liści i łodyg zalej gorącą wodą, odstaw na pół minuty do zapa­rze­nia, prze­cedź i popi­jaj w ciągu dnia powoli. Można pić do czte­rech fili­ża­nek dzien­nie.

Nalewka z nagietka nadaje się do robie­nia okła­dów w przy­padku stłu­czeń, nacią­gnię­tych mię­śni, sinia­ków i ran. Przy­go­to­wuję ją w nastę­pu­jący spo­sób: podwójną garść drobno posie­ka­nych kwia­tów nagietka wsy­puję do pół­li­tro­wej butelki, zale­wam wódką zbo­żową lub owo­cową brandy o mocy 38-40% i odsta­wiam całość w nasło­necz­nione miej­sce na 12 dni. Do apteczki wsta­wiam jedną butelkę, a drugą zano­szę do piw­nicy na czas nie­okre­ślony.

Każ­dego roku, gdy orga­ni­zo­wana jest wycieczka po krwaw­nik lub dziu­ra­wiec z czy­stych miedz i łąk, zawsze myślę o sło­wach księ­dza Seba­stiana Kne­ippa, który wska­zy­wał na wspa­niałe wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze krwaw­nika: "Wielu kobie­tom można by oszczę­dzić wielu szkód, gdyby tylko od czasu do czasu się­gnęły po fili­żankę krwaw­nika!". Tak, myślę o tym, jak nie­wiele kobiet sięga po krwaw­nik, a jak wiele dobrego by im to przy­nio­sło!

Zbie­ram główki krwaw­nika do her­batki, a kwiaty, liście i łodygi do kąpieli.

Znamy nasze miej­sca od lat. Przez nie­całą godzinę zry­wamy krwaw­nik, ja się­gam po różowe kwiaty, które mnie pocią­gają ze względu na swoje piękno, ale mają taką samą war­tość lecz­ni­czą jak biało kwit­nąca roślina. Do kąpieli zbie­ram więk­szą ilość, aby móc ją sobie urzą­dzić co naj­mniej cztery razy w roku.

Dzięki popra­wia­ją­cemu i oczysz­cza­ją­cemu krew dzia­ła­niu krwaw­nik pomaga jako her­batka na poda­grę i reu­ma­tyzm, pobu­dza wytwa­rza­nie krwi w szpiku kost­nym, pomaga przy nie­re­gu­lar­nych mie­siącz­kach kobiet - nie­za­leż­nie od tego, czy są one zbyt lek­kie, czy nad­mierne - łago­dzi migreny i bóle głowy, a w postaci mocze­nia zwal­cza cuch­nące upławy, osła­bie­nie pęche­rza, mocze­nie nocne i uwal­nia od grzy­bicy pochwy.

Osła­bione kości można wzmoc­nić, wcie­ra­jąc nalewkę w skórę. Umieść kwiaty krwaw­nika w butelce o pojem­no­ści ? litra i napeł­nij ją wódką zbo­żową lub owo­cową brandy o mocy 38-40%, tak aby alko­hol zakrył kwiaty. Postaw na słońcu na 12 dni, po czym nalewka jest gotowa do uży­cia.

Na skraju sło­necz­nego lasu odkry­wamy kwit­nące ziele dziu­rawca, które zbie­ramy do przy­go­to­wa­nia napa­rów, nale­wek, oleju i kąpieli. Jest sło­neczny letni dzień, psz­czoły cie­szą się razem z nami, lata­jąc pra­co­wi­cie tam i z powro­tem, aby przy­nieść miód z otwar­tych kwia­tów.

Dziu­rawca wystar­czy i dla nas, i dla psz­czół, ponie­waż z mno­go­ści ziół zabie­ramy do domu ilość wystar­cza­jącą dla naszych celów, a to tylko nie­wielki uła­mek z wiel­kiej obfi­to­ści kwit­nie­nia. Po powro­cie do domu zry­wamy nieco żół­tych kwit­ną­cych gwiaz­dek do przy­go­to­wa­nia nalewki z dziu­rawca i oleju z dziu­rawca. Kwiaty umiesz­cza się w butelce o pojem­no­ści 1 litra i zalewa wódką zbo­żową lub owo­cową brandy o mocy 38-40%, a następ­nie sta­wia w nasło­necz­nio­nym oknie na 12 dni. Nalewkę tę sto­suję w dni, gdy ciało czuje się otę­piałe i apa­tyczne, gdy roz­po­częta praca za nic nie chce ruszyć z miej­sca. Naj­lep­szą rze­czą do zro­bie­nia jest umy­cie ciała zimną wodą i porządne wytar­cie go ręcz­ni­kiem, a następ­nie natar­cie nalewką z dziu­rawca. Nie muszę chyba doda­wać, że samo­po­czu­cie zmie­nia się za jed­nym zama­chem.

Oprócz nalewki z dziu­rawca doda­jemy kwiaty do dobrej oliwy z oli­wek i umiesz­czamy butelkę w nasło­necz­nio­nym oknie. W bar­dzo krót­kim cza­sie olej zaczyna przy­bie­rać czer­wo­nawą barwę i stop­niowo staje się jaskra­wo­czer­wony. Jest to nie tylko naj­lep­szy śro­dek kosme­tyczny dla skóry, na którą sto­suje się tylko kilka kro­pli oleju z dziu­rawca, ale także dla całego ciała.

Ole­jek z dziu­rawca zale­cany jest na łyżeczce dla osób ze skłon­no­ścią do zaparć. W przy­padku wystą­pie­nia kolki, 10 do 15 kro­pli przy­nosi poprawę. Ziele dziu­rawca pite jako her­bata działa uspo­ka­ja­jąco na nerwy. Osoby mające trud­no­ści z zasy­pia­niem powinny pić her­batę przed snem.

Co za szczę­ście, że wymie­nione przeze mnie zio­łowe miej­sca są nie­da­leko naszego domu! Zbie­ra­nie odbywa się - z wyjąt­kiem widłaka, na który poświę­camy cały dzień - mię­dzy śnia­da­niem a obia­dem, w naj­pięk­niej­szej porze dnia. Gotuję z wyprze­dze­niem, zwy­kle tro­chę warzyw z ogrodu na zupę i jakiś doda­tek. Codzien­nie robię kom­pot ze świe­żych owo­ców i mały deser. Cze­kamy na codzienną pocztę, która przy­cho­dzi zde­cy­do­wa­nie za dużo, a potem mię­dzy 9 a 10 wyru­szamy na łono natury, na świeże powie­trze i słońce w poszu­ki­wa­niu ziół. Jak mam dzię­ko­wać Bogu za tę łaskę, że JEGO zioła znaj­du­jemy w naj­bliż­szej oko­licy?! Samo­cho­dem jest to naj­wy­żej 5 lub 10 kilo­me­trów.

Naszym celem dzi­siaj jest ukryta leśna ścieżka poro­śnięta mali­nami i jeży­nami oraz niskim skrzy­pem, a następ­nie pod­mo­kły teren, który jest sie­dli­skiem skrzypu wiel­ko­ści czło­wieka z łody­gami gru­bymi jak kciuk. Od lat zaopa­tru­jemy się w skrzyp na zimę wła­śnie w tych dwóch miej­scach. Nisko rosnący skrzyp służy do przy­rzą­dze­nia her­batki, pod­czas gdy skrzyp wiel­ko­ści czło­wieka z rów­niny zale­wo­wej może być uży­wany tylko do kąpieli.

Mały skrzyp pity razem z krwaw­ni­kiem to naj­lep­sze lekar­stwo na płuca czy to w przy­padku krwo­to­ków płuc­nych, gruź­licy, czy aler­gii powo­du­ją­cych zabu­rze­nia oddy­cha­nia, tej postaci aler­gii, która ostat­nio roz­prze­strze­nia się wszę­dzie z powodu wiel­kiego zanie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska.

Nasia­dówki ze skrzypu sty­mu­lują nie­do­sta­teczną aktyw­ność nerek, a tym samym poma­gają w cho­ro­bach narzą­dów moczo­wych. Rów­no­cze­śnie nastę­puje poprawa w przy­padku cho­rób reu­ma­tycz­nych i dny mocza­no­wej. Szwaj­car­ski ksiądz Künzle suge­ruje, aby wszyst­kie osoby cier­piące na reu­ma­tyzm i poda­grę piły codzien­nie do końca życia fili­żankę naparu ze skrzypu. W ten spo­sób wszyst­kie dole­gli­wo­ści reu­ma­tyczne stop­niowo zni­kają, a pacjent może spę­dzić sta­rość bez bólu.

Pod żad­nym pozo­rem nie należy pić napa­rów z wyso­kiego skrzypu rosną­cego na obsza­rach zale­wo­wych. Jest uwa­żany za tru­jący, gdy jest uży­wany wewnętrz­nie, ale w postaci nasia­dó­wek (100 g na kąpiel, moczyć skrzyp przez całą noc w zim­nej wodzie, pod­grzać, ale nie goto­wać, dopeł­nić gorącą wodą) powo­duje prze­pływ krwi do nerek i jest sku­teczny prze­ciwko zapa­le­niu oraz podraż­nie­niu pęche­rza, cho­ro­bli­wej potrze­bie odda­wa­nia moczu, a także zmniej­sza ciśnie­nie w gałce ocznej w przy­padku jaskry.

Skrzyp polny został wyrwany z zapo­mnie­nia przez księ­dza Seba­stiana Kne­ippa. Prze­ko­nał się on do tej rośliny lecz­ni­czej do tego stop­nia, że sto­so­wał ją do kąpieli i okła­dów u ciężko cho­rych, a nawet umie­ra­ją­cych. W swo­jej książce Lecze­nie wodą, wyda­nej w 1886 r., zale­cał uży­wa­nie skrzypu nawet na gni­jące, nowo­two­rowe rany, wyraź­nie pod­kre­śla­jąc, że "każdy łagodny lub zło­śliwy guz jest zatrzy­my­wany i stop­niowo roz­pusz­czany przez skrzyp". Nie­stety, w dru­gim wyda­niu książki z 1889 r. słowa te musiały zostać usu­nięte z powodu naci­sków ze strony leka­rzy.

Moje roz­wa­ża­nia na temat tego, jak uży­wać skrzypu, aby "każdy łagodny lub zło­śliwy guz został zatrzy­many i stop­niowo roz­pusz­czony przez skrzyp", dopro­wa­dziły mnie do sto­so­wa­nia okła­dów ze skrzypu. O słusz­no­ści tych roz­wa­żań świad­czy moja książka Healing Suc­ces­ses to the Book Healing Herbs from the Gar­den of God (Uzdra­wia­jące suk­cesy z książki Uzdra­wia­jące zioła z ogrodu Boga), wydaw­nic­twa Wil­helm Heyne Ver­lag Mona­chium, w któ­rej na stro­nach 68, 69 i 70 opi­suję cho­robę nowo­two­rową mło­dego księ­dza z Karyn­tii, ope­ro­wa­nego w 1978 r. w wie­deń­skiej kli­nice z powodu guza głowy, który nie­stety powró­cił w 1984 r. Sio­stry z karync­kiego klasz­toru kar­me­li­ta­nek zabrały wów­czas księ­dza do przy­le­ga­ją­cego do klasz­toru ośrodka, roz­po­częły tera­pię zio­łami lecz­ni­czymi z moich ksią­żek i z rado­ścią mogły ode­słać zdro­wego pacjenta do domu po ponad dwóch mie­sią­cach lecze­nia.

Okłady parowe ze skrzypu na nowo­twory: pię­cio­li­trowy gar­nek wypeł­niony war­stwą wody o wyso­ko­ści około 5 cen­ty­me­trów umieść na kuchence. W garnku zawieś sito ze skrzy­pem (dwie czu­bate gar­ście). Dopro­wadź wodę do wrze­nia i odcze­kaj, aż skrzyp będzie miękki i gorący. Za pomocą łopatki umieść gorący skrzyp na przy­go­to­wa­nej ście­reczce i połóż ją na cho­rym miej­scu, gdy jest jesz­cze cie­pły. Skórę należy wcze­śniej natłu­ścić. Chory odczuwa cie­pło jako kojące.

W przy­padku otwar­tych ran, które nie chcą się goić, skrzyp polny ze świeżą babką lan­ce­to­watą lub zwy­czajną może ura­to­wać życie. Po latach roz­pa­czy nie­ule­czalne rany zamy­kają się w krót­kim cza­sie. Skrzyp parzy się i pozo­sta­wia do osty­gnię­cia do tem­pe­ra­tury poko­jo­wej. Ślaz zalewa się zimną wodą na noc. Zimna woda wyciąga z rośliny śluz, który pomaga w goje­niu się ran. Rano należy mace­rat lekko pod­grzać, wymie­szać z let­nim skrzy­pem i dokład­nie prze­my­wać ranę dwa lub trzy razy dzien­nie. Umieść umyte do czy­sta, świeże i zmiaż­dżone liście babki lan­ce­to­wa­tej lub zwy­czaj­nej na ranie i zawiąż. Jeśli liście powo­dują bole­sny ucisk, należy usu­nąć opa­tru­nek, prze­myć ranę i ponow­nie nało­żyć liście babki lan­ce­to­wa­tej. Cza­sami potrzeba od jed­nego do dwóch dni, aby rana przy­zwy­cza­iła się do liści. Od tego momentu goje­nie prze­biega szyb­ciej. Nawet gni­jące rany - jak stwier­dza pastor Kne­ipp w swo­jej książce - zaskle­piają się po takim lecze­niu.

W trak­cie pew­nej wędrówki, która tym razem wyjąt­kowo nie była poświę­cona zbie­ra­niu ziół, pod­czas prze­cho­dze­nia przez ugór znaj­du­jemy mnó­stwo buj­nie roz­ro­śnię­tego przy ziemi rde­stu pta­siego. Rdest ptasi rośnie przede wszyst­kim na ścież­kach i pobo­czach dróg, kryje się mię­dzy kamie­niami, jest nie­este­tyczny i zdep­tany, ponie­waż czuje się jak w domu tam, gdzie ludzie cho­dzą naj­czę­ściej. Chce być pośród nas, ludzi. W austriac­kim folk­lo­rze nazy­wany jest jasiem podróż­ni­kiem. Tutaj, na ugo­rze, wspa­niale się roz­wi­nął; małe brą­zowo-białe i brą­zowo-czer­wo­nawe kwiaty, które gnież­dżą się w kątach liści, przy­po­mi­nają błysz­czące perły.

Nie możemy się powstrzy­mać przed zabra­niem go do domu. Odci­namy łatwo wspi­na­jące się wąsy i doda­jemy, pokro­jone na małe kawałki, do naszej peł­nej już aro­ma­tycz­nych ziół mie­szanki.

Rdest ptasi jest uwa­żany za śro­dek lecz­ni­czy na dole­gli­wo­ści płuc i nerek, ale goto­wany w mleku może być rów­nież sto­so­wany przy zapa­le­niu nerek, krwa­wie­niu z jelit i żół­taczce. Według austriac­kiego bio­loga Richarda Wil­l­forta rdest ptasi był ważną i cenioną rośliną lecz­ni­czą w Chi­nach za cza­sów cesa­rza Shen­nonga, 3700 lat p.n.e. Moczo­pędne dzia­ła­nie i dobro­czynny wpływ rde­stu pta­siego na nerki i poważne dole­gli­wo­ści płuc były znane już w tam­tych cza­sach. Jeśli na pewien okres - twier­dzi Wil­l­fort - rdest ptasi popadł w nie­ła­skę, to dla­tego, że stra­ga­nia­rze przed­sta­wiali go jako uni­wer­salne lekar­stwo na suchoty.

Kiedy zbie­ram rdest, przy­po­mi­nam sobie, że lata temu spę­dzi­li­śmy kilka dni w dol­no­au­striac­kim regio­nie Wal­dvier­tel, w małej miej­sco­wo­ści, w któ­rej wyda­rze­nia dnia były oma­wiane co wie­czór w gospo­dzie. Pew­nego dnia roz­mowa doty­czyła 24-let­niej kobiety, która prze­by­wała w szpi­talu rejo­no­wym z powodu poważ­nej cho­roby nerek. Aby uzy­skać zgodę od rodziny na usu­nię­cie owrzo­dzo­nej nerki, została wypi­sana na dzie­sięć dni. Miej­scowy zie­larz zale­cił jej rdest ptasi goto­wany w mleku, który miała pić po trzy fili­żanki dzien­nie. "W tym cza­sie nie musisz przyj­mo­wać nic wię­cej", powie­dział, "mleko cię odżywi". Po dzie­się­ciu dniach leka­rze w szpi­talu byli zasko­czeni, bo nerka wyzdro­wiała.

Dwa lub trzy lata póź­niej po tym incy­den­cie ode­zwał się u mnie tele­fon. Mojej zło­tej zasady: "żad­nego uzdra­wia­nia, żad­nego dora­dza­nia, trzeba postę­po­wać zgod­nie z książ­kami" naj­wy­raź­niej nie znał pewien zmar­twiony ojciec: "Około godziny temu mój sze­ścio­letni syn został wypi­sany ze szpi­tala. Spę­dził tam ponad pół roku, owrzo­dzona nerka została usu­nięta chi­rur­gicz­nie, teraz waży tylko pięt­na­ście kilo­gra­mów, nie przyj­muje już pokar­mów sta­łych ani płyn­nych. Do dziś ma ropę i krew w moczu. Sio­stra prze­ło­żona szpi­tala dała mi pani numer tele­fonu z uwagą, że chyba tylko pani Tre­ben może jesz­cze pomóc. Nie możemy stra­cić ani godziny!".

"Ale trudno jest pomóc, gdy dziecko odma­wia wszel­kich pokar­mów sta­łych i płyn­nych! Wypró­buj rdest ptasi. Zago­tuj rano trzy fili­żanki mleka, po czu­ba­tej łyżeczce rde­stu pta­siego na fili­żankę, prze­lej do prze­płu­ka­nego gorącą wodą ter­mosu, aby mleko było gorące przez cały dzień. Zgod­nie z zega­rem poda­waj dziecku łyżeczkę mleka co pięt­na­ście minut. Być może śmier­tel­nie chory orga­nizm instynk­tow­nie wyczuje, że mleko z rde­stem pta­sim może ura­to­wać mu życie" - powie­dzia­łam. Czter­na­ście dni póź­niej odbyło się w szpi­talu dzie­cię­cym bada­nie kon­tro­lne. Fakt, że dziecko wciąż żyło, był dla leka­rzy zasko­cze­niem. W dodatku w ciągu tych dwóch tygo­dni przy­brało na wadze 6 kilo­gra­mów i to tylko dzięki mleku z rde­stem pta­sim.

Poduszka z kasz­ta­nów

Dwa lata temu naba­wi­łam się bole­snego ner­wo­bólu w pra­wej pisz­czeli z powodu prze­cią­gów i nic z tego, co robi­łam, poma­gało. Kupi­łam sobie koc z wiel­błą­dziej sier­ści, któ­rym mimo upału owi­ja­łam stopę za każ­dym razem, gdy wsia­da­łam do samo­chodu, a ponie­waż ból był szcze­gól­nie silny wie­czo­rem, bra­łam go ze sobą do łóżka, kiedy kła­dłam się spać, nawet w środku lata - i budzi­łam się rano zlana potem. Wtedy wła­śnie doj­rzały owoce naszego domo­wego kasz­ta­nowca. "Dasz mi te kasz­tany?" - spy­tała mnie pewna krewna, po czym z rado­ścią z nimi odbie­gła. Oka­zało się, że kuzynka - niczym anioł - pozba­wiła kasz­tany brą­zo­wej sko­rupy, roz­drob­niła jasny rdzeń w domo­wym blen­de­rze, wypeł­niła nimi poduszki i roz­dała je zna­jo­mym. W ten spo­sób i ja sta­łam się posia­daczką poduszki z kasz­ta­nów. Auto­ma­tycz­nie poło­ży­łam ją na mojej cho­rej pisz­czeli, która bolała mnie od trzech kwar­ta­łów. Stał się cud! Ból znik­nął w jed­nej chwili! Kła­dłam poduszkę na bolące miej­sce jesz­cze przez kilka nocy, ale ner­wo­ból znik­nął na dobre. Kilka dni póź­niej mogłam się podzie­lić tą wia­do­mo­ścią na semi­na­rium. W czerwcu następ­nego roku zadzwo­niła do mnie pewna kobieta z Mona­chium, która brała udział w tym spo­tka­niu. Chciała przy­je­chać, aby mi oso­bi­ście powie­dzieć coś nie­mal nie­wia­ry­god­nego. Zapa­mię­ta­łam ją jako pomocną, współ­czu­jącą osobę. Byłam zdu­miona tym, co usły­sza­łam. Miesz­kała w Mona­chium w bloku z trzema miesz­ka­niami. Loka­to­rzy pra­wie się nie znają, ale mimo to zauwa­żyła młodą kobietę, która z dnia na dzień wyda­wała się coraz bar­dziej pokrzy­wiona. "Pode­szłam do niej" - opo­wia­dała mona­chijka - "i dowie­dzia­łam się, że naba­wiła się poważ­nego ner­wo­bólu od otwar­tego okna samo­chodu w trak­cie let­niego skwaru. Pomimo codzien­nych zastrzy­ków u leka­rza nic się nie zmie­niło, wręcz prze­ciw­nie, jej postawa pogar­szała się z dnia na dzień". Moja zna­joma pamię­tała kasz­ta­nową poduszkę z semi­na­rium, zadzwo­niła do leśni­czówki i popro­siła o kasz­tany. Ku jej rado­ści przy­wieźli je bez­po­śred­nio do Mona­chium. Kobieta obrała więc 3 kg kasz­ta­nów, zmiaż­dżyła nasiona w domo­wym blen­de­rze, kupiła mate­riał na poduszkę, napeł­niła roz­drob­nio­nymi kasz­ta­nami, zaszyła i zanio­sła zroz­pa­czo­nej mło­dej sąsiadce z pro­stymi sło­wami: "Oto przy­no­szę ci zdro­wie!". I rze­czy­wi­ście, następ­nego dnia chora kobieta poczuła się znacz­nie lepiej, a po kolej­nych dwóch dniach odzy­skała nor­malną postawę ciała. "Musia­łam ci to powie­dzieć oso­bi­ście!" - powie­działa mona­chijka - "Musia­łam zoba­czyć twoją zdu­mioną twarz!". A ja byłam zadzi­wiona tą spon­ta­niczną chę­cią pomocy!

Szef mojego przy­ja­ciela, mło­dego męż­czy­zny, prze­żył to samo. Od dwóch lat cho­ro­wał na ner­wo­ból twa­rzy, który pro­mie­nio­wał w stronę pra­wego ucha i powo­do­wał nie­opi­sane cier­pie­nie. Nie trzeba doda­wać, że pod­dał się lecze­niu. Ból był tak silny, że wszy­scy pra­cow­nicy cier­pieli z powodu kapry­sów szefa. Po tym, jak żadne leki nie poma­gały, lekarz zasu­ge­ro­wał cho­remu ope­ra­cję, aby wyko­nać nacię­cie poni­żej ucha, na szyi, gdzie zbie­gają się nerwy. Szef usły­szał jed­nak o histo­rii z kasz­ta­nami i pew­nej nie­dzieli - był śro­dek wrze­śnia - przy­niósł kasz­tany z gór­skiej leśni­czówki i poło­żył je na cho­rym miej­scu jako poduszkę. Po nie­ca­łych czte­rech dniach nie odczu­wał już bólu.

Nasz orzech

Od cza­sów dzie­ciń­stwa, kiedy po śmierci ojca prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do innego mia­sta, zosta­wia­jąc po sobie wielki i piękny ogród, zawsze marzy­łam o drze­wie orze­cho­wym. W póź­niej­szych latach, gdy życie zawio­dło mnie w inne miej­sca, mie­li­śmy domy i ogrody, a nawet posia­da­li­śmy dom i ogród w Pra­dze na Vinoh­ra­dach, ale marze­nie o orze­chu wło­skim ni­gdy się nie speł­niło. Kiedy w 1968 roku zaczę­li­śmy budo­wać nasz obecny dom, posta­no­wi­li­śmy coś zro­bić w tym kie­runku. Nasze życze­nie speł­niło się szyb­ciej, niż myśle­li­śmy.

Posa­dzi­li­śmy for­sy­cję po połu­dnio­wej stro­nie ogrodu na przy­droż­nym nasy­pie, ale w tym samym cza­sie posa­dzi­li­śmy rów­nież zimo­zie­lony bar­wi­nek pod krze­wami, ponie­waż już widzie­li­śmy oczyma wyobraźni żółto-nie­bie­ski kon­trast kwia­tów. Musie­li­śmy więc zdo­być glebę dla naszych roślin zimo­zie­lonych. Już pierw­szego dnia mój mąż zna­lazł duży, piękny orzech z odro­stem mię­dzy korze­niami drzewa. Zabra­li­śmy go do domu i umie­ści­li­śmy na grządce z obor­ni­kiem. Wie­dzie­li­śmy, że małe drzewko musi być prze­sa­dzane cztery razy, aby stać się dużym drze­wem. Tak więc w następ­nym roku nasz mały orzech został wyjęty z obor­nika i umiesz­czony na grządce warzyw­nej. W następ­nym roku, dru­gim roku szko­le­nia, prze­nie­śli­śmy go mię­dzy różowo kwit­nące hor­ten­sje. W czerwcu 1972 roku prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do nowego domu, prze­sa­dza­jąc przy oka­zji kilka roślin ze sta­rego ogrodu do nowego, w tym mały orzech wło­ski, który tym­cza­sem osią­gnął ponad metr wyso­ko­ści. Ponie­waż prze­pro­wadzka odby­wała się razem z mali­nami, posa­dzi­łam drzewko z dobrymi życze­niami wśród kol­cza­stych krza­ków. Nasz mały orzech naj­wy­raź­niej poczuł się tam jak w domu, ponie­waż zaczął nie tylko piąć się w górę, ale także rosnąć na sze­ro­kość. Od początku przewidzie­li­śmy dla niego miej­sce po wschod­niej stro­nie domu, które zapew­niało dobrą ochronę przed wschod­nimi wia­trami. Doło­ży­li­śmy więc wszel­kich sta­rań, aby nasze małe drzewko orze­chowe, które tak polu­bi­li­śmy, cze­kała dobra przy­szłość pod osłoną domu. Odle­głość od budynku została zmie­rzona kilka razy, zanim zaczę­li­śmy przy­go­to­wy­wać dół dla drzewa. Zanim to jed­nak nastą­piło, zasię­gnę­li­śmy infor­ma­cji na temat sadze­nia i dowie­dzie­li­śmy się, że silny cen­tralny korzeń orze­cha wło­skiego powi­nien zostać ucięty, że tylko małe korze­nie dookoła są potrzebne dla pięk­nego wzro­stu. W dołku umie­ści­li­śmy stare liście, zie­mię leśną i obor­nik z pry­zmy, korze­nie drzewa obsy­pa­li­śmy luźną zie­mią ogro­dową zmie­szaną z pia­skiem, a na wierz­chu roz­sy­pa­li­śmy ciem­no­brą­zowy pył tor­fowy. Na koniec pod­la­li­śmy nowo posa­dzone drzewko nawo­zem z pokrzywy i skrzypu. Czuć było, że wybrane miej­sce jest odpo­wied­nie dla naszego uko­cha­nego orze­cha wło­skiego, bo w mgnie­niu oka stał się oka­za­łym drze­wem, jego liście lśniły rado­ścią, a my nie wyobra­ża­li­śmy sobie już ogrodu, domu i życia bez niego. W czwar­tym roku zasko­czył nas gar­ścią dobrze ufor­mo­wa­nych orze­chów. Pra­gnął dawać nam tylko radość, ponie­waż sko­rupki orze­chów były cien­kie i lek­kie, łatwe do otwar­cia moc­nym uści­skiem dłoni. W dru­gim roku zry­wa­nie orze­chów z drzewa było praw­dzi­wym rodzin­nym świę­tem, a w trze­cim roku zda­li­śmy sobie sprawę, że bło­go­sła­wień­stwa pły­nące z doj­rza­łego drzewa orze­chowego mogą wyży­wić dużą rodzinę w potrze­bie. Prze­by­wa­nie koło naszego orze­cha wło­skiego, który uwa­ża­li­śmy za naj­pięk­niej­szy w oko­licy, spra­wiało nam praw­dziwą roz­kosz. Potem nad­szedł silny mróz zimą 1986 roku. Zaczę­li­śmy już opła­ki­wać drzewo, ponie­waż myśle­li­śmy, że zamar­zło na śmierć. Jed­nak powoli zaczęło zie­le­nieć, a nawet przy­no­sić owoce; było ich wystar­cza­jąco dużo, aby upiec moje świą­teczne cia­steczka. Ale nad­szedł kolejny silny mróz w marcu 1987 roku. "Ojej, nie prze­trwa!" - pomy­śla­łam. Ale prze­trwało; widać było, że po sil­nych mro­zach poprzed­niej zimy trudno mu było nor­mal­nie roz­wi­nąć liście. Dziś stoi tam zie­lony jak daw­niej. Tylko Bóg wie, czy prze­ży­jemy z nim pozo­stałe lata.

Liście orze­cha, które muszą być suszone w czerwcu, dzia­łają jak her­bata oczysz­cza­jąca krew, w sta­nach osła­bie­nia liście dzia­łają pobu­dza­jąco, a szcze­gól­nie poma­gają przy nad­mier­nym poce­niu się stóp i odmro­że­niach. Mycie głowy liśćmi orze­cha zmniej­sza wypa­da­nie wło­sów i łupież. Włosy umyte liśćmi orze­cha zyskują wyjąt­kowo piękny połysk.

Jesień w Tyrolu

Wciąż to widzę przed sobą: kolo­rowe lwie pasz­cze usta­wione wzdłuż ście­żek ogrodu, listki rze­żu­chy gnież­dżące się bli­żej domu, różę, która marzy o słońcu i psz­czo­łach. Och, jak cza­rowne jest to wie­lo­barwne stado kwia­tów pod nie­bem jasnym i bez­chmur­nym!

W lśnią­cym kręgu sło­necz­nika sta­piają się z sobą barwa i blask. Gorzka woń ogro­do­wej gleby spra­wia, że zapo­mi­nasz o resz­cie świata. Pan Bóg przed domem bło­go­sławi, a tym pozdra­wiasz krzyż na wzgó­rzu.

O ciszo, która nie­siesz w sobie oddech nieba, spły­wa­jący welo­nem na dom i ogród, zstę­pu­jący z wyso­kich gór i hal... i uno­szący się z doliny, która otwiera się ku wzgó­rzom. Na wscho­dzie wznosi się Hohe Salve - niby odsu­nięta od świata, lecz spo­gląda w dolinę jak dobra i wierna pani.

Ty odle­gła dolino w cza­sie odda­lo­nym od świata przy­wo­łu­jesz ni­gdy nie­za­po­mniany obraz domu, który zawsze żyć będzie w moim sercu, wypeł­nia­jąc mnie swym głę­bo­kim dźwię­kiem. Roz­mywa się teraź­niej­szość pełna hałasu i kłótni, Myślę o ciszy twego odosob­nie­nia.

Maria Tre­ben

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki