Apokryf Juliana - Krzysztof Bernaś

Reflow text when sidebars are open.
Czy Apokryf Juliana jest rzeczywiście apokryfem, tekstem religijnym ("tajemnym, ukrytym"), uznawanym przez kościół za niekanoniczny i nienatchniony? Z pewnością nie. Czy należy w takim razie do ksiąg gnostyckich, jak Apokryf Jana czy Ewangelia Tomasza, skoro autor poprzez tytuł zdaje się nawiązywać do tych filozoficzno-religijnych, mistycznych, czasem niezwykle poetyckich tekstów z pierwszych wieków naszej ery? Nawet jeśli Julian Żeniewski nawiązuje do gnostycyzmu, nie jest oczywiście gnostykiem w ścisłym sensie, choć niewątpliwie myśl ta, buntownicza, której poznanie wymaga przebudzenia i poznania wiedzy (gnosis), prawdziwego wejrzenia za kulisy rzeczywistości, jest mu bliska.
Apokryf Juliana to powieść - jak dalece jest to jednak nieoczywiste, postaramy się pokrótce przedstawić.
Julian Żeniewski, autor Apokryfu Juliana po raz ostatni widziany był w nocy z 28 na 29 września 2014 roku w Warszawie na Grochowie. Od tego czasu jest uważany za zaginionego i wciąż poszukiwany, mimo iż - jak dał do zrozumienia w swej powieści - "najważniejsze, że ja sam wiem, gdzie jestem". Udało się odnaleźć osoby, które zostały opisane przez niego w książce. Jedynie jego była dziewczyna, występująca w powieści pod imieniem Agnieszka, odmówiła wszelkich komentarzy. Pozostałe osoby potwierdzają prawdziwość lub wysoką zgodność z faktami fragmentów, które tyczą się ich samych w utworze. Jego współlokator i kilka innych osób potwierdziło także, że autor Apokryfu... ostatni raz był widziany z "tajemniczą, egzotyczną, nieznaną nikomu dziewczyną" nad ranem 29 września...
Julian Żeniewski to pseudonim, a nie prawdziwe imię i nazwisko autora. Tym imieniem i nazwiskiem podpisał jednak swój tekst, jako Julian Żeniewski występuje w powieści. Na prośbę jego rodziców, którzy nie wierzą, że to powieść ich syna i całkowicie się od niej odcinają, nie ujawniamy prawdziwych personaliów autora książki. Apokryf... został znaleziony przez współlokatora Żeniewskiego. Plik z dokumentem czekał otwarty w pozostawionym na biurku włączonym laptopie. Była to jedyna rzecz, jaka po nim została w pokoju. Reszta już spakowanych rzeczy (o tym, że były spakowane, wspomina jeszcze w powieści autor) zniknęła. Współlokator Żeniewskiego, nie wiedząc z czym ma do czynienia, skontaktował się natychmiast z Krzysztofem Bernasiem, jedyną osobą jaką znał, która miała jakikolwiek związek ze światem kultury, i przesłał mu utwór. Krzysztof Bernaś, autor tekstów filozoficzno-filmoznawczych (zainspirowanych częściowo Apokryfem Juliana) i scenarzysta, przeczytał tekst i natychmiast skontaktował się ze znajomymi filmowcami, pisarzami i wydawcami, zaznajomił tym samym świat z jego dziełem. Nasze wydawnictwo nie wahało się ani chwili przed opublikowaniem i udostępnieniem wszystkim "przekazu" Juliana Żeniewskiego, dzieła zupełnie wyjątkowego w polskiej kulturze. Czujemy się zaszczyceni, że mogliśmy tym samym spełnić wolę Autora.
Wiele niewyjaśnionych zagadek i tajemnic okrywa biografię pisarza, jak i samą powieść, która zdaje się wykraczać poza samą tylko literaturę. Można z całą pewnością uznać, że Żeniewski skończył pisać swój utwór w ostatnich dniach września, być może pierwszego października 2014 roku, w dzień, w którym jego współlokator powrócił do akademika i odnalazł powieść, a także zauważył brak rzeczy w pokoju. Większa część powieści, opisująca "zwykłe" zdarzenia z życia (z dokładnymi datami), powstawała nocami, w wakacje tego samego roku, w pokoju cichej nauki akademika na warszawskiej Pradze, w którym był zakwaterowany, co wynika także z samego tekstu. Wiadomo, że Żeniewski nie podszedł do egzaminów na filozofii i biologii oraz zrezygnował ze studiów. Jego zaginięcie jest tym bardziej dziwne i tajemnicze, im głębiej wnikamy w jego powieść wiernie rekonstruującą wybrane zdarzenia z ostatnich miesięcy jego życia, a przede wszystkim ostatnią noc, która "zmieniła wszystko". Sam tekst urodzonego w Toruniu młodego, zaledwie dwudziestodwuletniego pisarza, jest transgresyjny w wielu różnych wymiarach.
Objawienie? Epifania? Boskie nawiedzenie? Pierwszy w historii Kontakt?
A może tylko żart? Parodia: religijnego myślenia, tekstów objawionych? Literatury (filmów!) science fiction i przekazów o UFO?
Natchnione przez boskie siły dzieło? Powieść-archetyp, o jakiej marzy każdy pisarz, reaktywacja mitu muz?
Nowe spojrzenie na miejsce Ziemi we wszechświecie, historię religii i powstania ludzkich wierzeń?
Studium rodzącego się szaleństwa, fanatyzmu i zła, które może tlić się w umysłach niezależnie od religii i szerokości geograficznej, gdyby nie poszukiwanie dobra w świecie pełnym podziałów, wyobraźnia i szalony, wyzwalający humor mogące uratować wszystko?
Ocierająca się o psychopatologię wizja zaburzonej psychicznie osoby, zatracającej granicę między snem a jawą w wyniku traumatycznego rozstania?
A może tylko gra między początkującym pisarzem a jego muzą, studentką aktorstwa z odległego kraju? Wizja jak pod wpływem LSD, gdzie dziewczyna dla młodego samotnego chłopaka staje się niczym kosmitka z innego świata; fantazja sięgająca źródła potrzeb, z których biorą się może wszelkie ludzkie tęsknoty będące u korzeni wiary i religii od tysiącleci?
Niezależnie od tego, jak przeczytamy powieść Żeniewskiego, Apokryf Juliana to utwór, który mamy nadzieję zadowoli czytelnika bardziej rozmiłowanego, także w tradycji literatury, i to nie tylko tej buntowniczej i szaleńczej spod znaku poetyckiego rozprzężenia Rimbauda czy modernistycznych eksperymentów Joyce'a. To w końcu również bardzo "zwyczajna" powieść mimo swej oryginalności i jedynego w swoim rodzaju stylu młodego pisarza.
Apokryf Juliana to w dużej mierze powieść romantyczna i psychologiczna, ukazująca złożony świat ludzkich uczuć, poprzez ciekawy portret młodej dziewczyny w skomplikowanej i burzliwej relacji z dwoma mężczyznami (i, dodajmy, mężczyzny z dwoma dziewczynami). Związki i ich rozpad, trudny proces dochodzenia do siebie. Przyjaźnie, nieszczęśliwa miłość, seks, kobiety, sport (dla wszystkich fanów koszykówki powieść Żeniewskiego to pozycja obowiązkowa), Michael Jordan (nie da się nie zauważyć silnego wpływu popkultury amerykańskiej na umysł polskiego pisarza), Bogowie i Boginie, Diabły i Anioły - życie studenckie we współczesnej Warszawie...
Przedstawiamy Państwu nową powieść. Inną. Kontrowersyjną. Bardzo erotyczną, seksualną. Miejscami buntowniczą, bliską szaleństwu i negacji, koniec końców jednak będącą jednym z najwspanialszych hymnów o życiu w historii literatury. Powstałą gdzieś na granicy wyobraźni, w zaświatach umysłu, ale jednak tylko powieść...? Czy może raczej współczesny zwój z Nag Hammadi, rewolucyjny objawiony tekst, który już teraz odkrywa przed nami światy, o jakich istnieniu dowiemy się dopiero za kilkadziesiąt lub kilka tysięcy lat?
Odpowiedzi na te i inne pytania pozostawiamy naszym Czytelnikom.
Czy Ziemia jest ostatnim bastionem cielesnego życia i płciowego rozmnażania we wszechświecie?
Jakie siły starły się ze sobą w centrum Warszawy?
Co zagraża życiu na Ziemi?
Czym jest miłość? Jak bardzo boli zdrada?
Czy Prankster, przeczesujący kosmos w poszukiwaniu śladów płciowego życia, bezpłciowo rozmnażający się Zakonnik, wirus i szpieg Boga-Uzurpatora, przeniknął już na Ziemię?
Jaki jest jego związek z potajemnymi, genetycznymi eksperymentami nad ludzką seksualnością, jakie miały miejsce na polskim wybrzeżu?
Czy akt Ajin (dzieworodnie rozmnażającej się i samoodnawiającej od milionów lat "Bogini", która wciąż może przeobrażać się w płciową kobietę, jaką w rzeczywistości jest) będzie wystarczająco skandaliczny, aby obudzić w Bogu(-Uzurpatorze) dawnego mężczyznę?
Czy uda się zwabić Prankstera, nim ten powróci przez portal kontrolowany przez Lanów i wyjawi tajemnicę istnienia Ziemi, "najseksowniejszego ze światów"?
Dlaczego główny bohater stał się najbardziej poszukiwaną i znienawidzoną osobą w całym wszechświecie?
Czy masturbacja jest szkodliwa?
Z czyją pomocą ludzie wyewoluowali znowu na Ziemi? Kim są przodkowie ludzi żyjący już setki milionów lat temu w odległej galaktyce? Przed czym pragną ostrzec ludzkość "Boginie"?
Czy bohater zdąży spisać cały swój przekaz nim "Boginie" wraz z Lanem i Turjonami powrócą z Syrii, gdzie zaginęła jedna z "boskich" sióstr?
Pełni wiary, że Julian Żeniewski jest tam, gdzie pragnął być, oddajemy w Państwa ręce jego powieść, która ma być w końcu niczym więcej, jak tylko "fikcją, snem" (jak zostało to podyktowane autorowi i co obiecał zapisać) - poszerzającym świadomość "otwarciem", "przygotowaniem umysłów" na nieznane.
Była już druga w nocy. Siedziałem w swoim akademiku w Pokoju Cichej Nauki. Kolejna nieprzespana noc. Chciałem pracować, nie chciałem spać, bałem się swoich ostatnich snów, stale nawracały i męczyły mnie. Podwodny skarb, czarne perły rozsypane na dnie morza... Emanują dziwnym blaskiem... Próbuję je wyłowić... Jacyś dziwni rybi ludzie wchodzą do wody, zanurzają się w niej jak płazy. Kobieta, nieziemsko piękna, stoimy na plaży, łzy ciekną po jej twarzy, trzymamy się za ręce patrząc na ten dziwny, nocny, podwodny pochód. Później, zmiana scenerii. Gdzieś w mieście. Jakaś ucieczka, policja, pościgi, więzienie. Osaczenie, lęk przed zamknięciem, strach przed końcem...
Ostatnia osoba wyszła z pomieszczenia ponad dwie godziny temu. Byłem sam. Tylko ja i mój laptop. Ale frajda. Jak długo jeszcze trzeba będzie tak siedzieć? Chyba nie całe życie? Trochę trzeba posiedzieć na tyłku, spełnia on doskonale swą rolę w czasie seksu, dłuższych posiedzeń na sedesie czy na krześle, umożliwiając rozwój kultury i nauki, tworzenie w całkiem wygodnych warunkach wielu najróżniejszych dzieł architektury, muzyki, filmu, literatury, etc. - powstałych, jak by nie patrzeć, z dupy w pierwszej kolejności, nim do pracy nie włączyły się mózg, serce i palce, i inne części ciała. Bo na czym byśmy siedzieli, gdyby nie tyłek? Gdyby nie wyrosły nam tak miękkie, tłuste poduszki, jak wyglądałyby zebrania zarządu spółek, firm i stowarzyszeń, czy wszyscy leżeliby w garniakach wokół stołu jak jakieś foki, obradując i ustalając szczegóły transakcji? Jak wpłynęłoby to na rozwój naszej cywilizacji, gdybyśmy zamiast siedzieć musieli leżeć (bo stać za długo jednak się nie da przy tej grawitacji). Jak ogarnęlibyśmy to, zorganizowalibyśmy, co by to zmieniło? Czy Chopin grałby na fortepianie z podłogi, na leżąco? Czy byłby w stanie tak cokolwiek zagrać? Czy byłoby wygodnie ludziom siedzieć na tak kościstym zadzie? Czy byłoby przyjemnie kochać się? Czy doggy style sprawiałby nam frajdę czy byłby za bardzo doggy? Za czym faceci oglądaliby się na ulicy? Jak kobiety obeszłyby się bez twerkingu? Czy chciałoby się nam w ogóle rozmnażać? Wiem tylko, że to nie żart, tylko poważne postawienie kwestii z ewolucyjnego punktu widzenia. Mamy szczęście - tyłek był bardzo pomocny w stworzeniu naszej kultury. Nie mówiąc już o tym, jak bardzo jest sexy. JAK BARDZO. Jeśli wszystko, co pisałbym (z dupy) byłoby dobre, mógłbym może wkrótce wstać. Tymczasem pisałem. Próbowałem pisać dalej. Swoją powieść, pierwszą, którą wreszcie uda mi się wydać! Tak, teraz! Spisać te wszystkie historie, dramaty ostatnich miesięcy, dni...
Nie wiem, nie pamiętam jak to wszystko się zaczęło. Boże, co za noc! Kto by pomyślał? Jakim cudem mi się to wszystko przytrafiło? Myślałem, że moje życie nie może być już bardziej absurdalne, nie może być już większym żartem, bezsensem, równią pochyłą, upadkiem, aż tu nagle...
OTWORZYŁ
SIĘ
WSZECHŚWIAT
Wszechświat... Planety... Bóg (bogowie)-Uzurpator i Boginie, my, na ich podobieństwo... Tyle istot, tyle miliardów lat niespisanych historii... Tyle piękna, tyle przeżyć, tyle obłędu... Konflikty, wojny... Wszystko w ciągłej walce, tyle śmiertelnej nienawiści, tyle zżerających się sił, które dążą do swego unicestwienia... Dlaczego?
Prawie umarłem dzisiaj...
Zobaczyć to wszystko, poczuć, odkryć, zwiedzić. Przejść na drugą stronę. Pod samą paszczę władcy i wielkiego, potwornego Boga.
To człowiek dotąd eksplorował kosmos, a nie kosmos człowieka! Od stuleci poznawaliśmy cudowne komety i najpiękniejsze gwiazdy, a nie one nas - dokładnie mnie, w Polsce, w Warszawie, tutaj, w tej dziurze na Pradze? Mnie, serio? To już nie mieli kogoś lepszego?
Ha, okazało się, że nie!
Tyle się zdarzyło, tyle dowiedziałem się jednej nocy o sobie, o wszechświecie i panujących w nim siłach, o pochodzeniu człowieka i życiu na Ziemi, o seksie, płci i miłości, historii ewolucji i kosmosu - jak to wszystko przedstawić, wyrazić, gdy to przechodzi najśmielsze oczekiwanie, a w dodatku, nie bez przesady, rewolucjonizuje całkowicie obraz świata! A najlepsze, że właśnie ma to nikogo nie obejść (przynajmniej przez jakiś czas), że to, co napiszę zrewolucjonizuje całkowicie naszą dotychczasową wiedzę o wszystkim (sens tego dziwnego, paradoksalnego stwierdzenia niedługo wyjaśnię)! Choć urodziłem się w Toruniu, a niektórzy urodzeni w tym mieście własnoręcznie potrafili zatrzymać Słońce, które wcześniej przez tysiąclecia latało sobie wokół Ziemi i poruszyć Ziemię, która wcześniej stała sobie non stop w miejscu tak, jakby cokolwiek w tym świecie tańczących cząsteczek, układów słonecznych i Galaktyk mogło sobie po prostu stać w miejscu i drapać się po tyłku, to jednak nie jestem kolejnym Kopernikiem i to nie ja to wszystko odkryłem, tylko odsłonięto to przede mną - ja tylko postaram się spisać wszystko to, co zobaczyłem i przeżyłem. Zostawić przekaz, świadectwo... największego, najbardziej szalonego zdarzenia w historii Ziemi... Śmieję się demonicznym, pełnym metafizycznego bólu i lęku śmiechem na myśl o tym wszystkim, co zrobiłem, do rangi jakiego diabelskiego monstrum urosłem... Nie ze swojej winy, przez zupełny przypadek, nie robiąc nic takiego przecież. Stałem się najbardziej poszukiwanym kryminalistą, największym kosmicznym skurwielem, potworem, najbardziej znienawidzoną żywą istotą w całym kosmosie, diabłem dla kogoś, kto jest największym zagrożeniem dla całego życia na Ziemi, straszniejszym niż stukilometrowa asteroida pędząca w kierunku naszej planety.
I nie, nie zamierzam na razie zakładać nowej religii (choć każdy prorok przychodził na świat z bestsellerową książką: Jezus, Mahomet, Joseph Smith...), nawet jeśli kusiłaby mnie opcja zostania wielkim guru, ziemskiej sławy, tego całego pajacowania a la Maharishi Yogi, szalonych wyznawczyń, złotych pałaców i patrzenia po śmierci, jak David Lynch pływa w moich prochach wrzuconych do Gangesu. Nawet jeśli miałbym moc wprowadzenia dajmy na to promiskuityzmu i wielożeństwa (co byłoby niewątpliwie bardzo kuszące), to jednak już mnie to nie dotyczy, liczy się tylko to, co przeze mnie zostało spisane. Reszta nie ma żadnego znaczenia... Mnie tu i tak już nie ma, może już nigdy nie będzie. Trzeba się spieszyć, połączyć wszystko z tym, co już jest. Nie zostało wiele czasu...
Skup się, wyostrz swe zmysły, uwolnij swą pamięć, uwolnij wszystko, co usłyszałeś, zobaczyłeś, co rozpoczęło się i czego doznałeś (o tak, przede wszystkim!) Tej Nocy (bo nie sposób zapisać tych słów z małej litery)! Wypróbuj swe palce na klawiaturze, niech zaczną swój taniec stepującej pary pająków, zobaczymy, kim jesteś, czy małpą, której dano maszynę do pisania i która za pierwszym razem (mając na to szansę jeden na miliard miliardów) spontanicznie wystuka arcydzieło, jakiego świat nie widział, czy... małpą, która zacznie swoje: xhie20ru02svndkl;lk;svn;BN;;dnffndsgn;jegweeeeeeeeee i raczej nie znajdę na to wydawcy! Z drugiej strony, jakkolwiek byłbym beznadziejny, nawet jeśli miałoby się okazać, że jestem ostro przynudzającym i wazeliniarskim pisarzem, który z powodzeniem mógłby konkurować o Nagrodę Nike czy jakąś inną, ważną literacką nagrodę, i tak to co się wydarzyło, zmieniło wszystko, więc odepnijcie pasy bezpieczeństwa i bawcie się dobrze.
Nim jednak rozwarł się przede mną nowy i tajemniczy świat, nim przejdę do opisu nocy Nawiedzenia... Tak, Nawiedzenie to właściwe określenie... Wszystko wydaje się tak fantastyczne, nowe, niesłychane... A jednak to rzeczywistość, tylko jeszcze przez nas niepoznana. Kolejny poziom, kolejny krok w przepaść, nowy wymiar jak wrzucenie na głęboką wodę, uczenie się wszystkiego od nowa, rozpoznawanie wszystkiego jak na jakiejś ostrej fazie. Coś, co jest tuż obok... Za kurtyną... a jednak niedostępne, nieodkryte, niewidoczne. Jak halun, który mógłby okazać się rzeczywistością. Już to poznałem, przyjąłem i wchłonąłem, jestem w tej mocy, tej potędze, wciąż oszołomiony, oczarowany, ale wiem już trochę czym ona jest... Oczywistością dla innych, dla nas jeszcze fantazją, jak kiedyś elektromagnetyzm, atomy, promieniowanie, ale też już zapewne niedługo. Nie było czasu na wyjaśnienia, będę używał często naszych sformułowań, metafor i nazw, które mi przyjdą i przychodziły do głowy, często najprostszych, najzwyklejszych. Gdy rzeczywistość zacznie wierzgać i wkraczać w nieznane, gdzie nic nie będzie takie samo, mam nadzieję, że będzie to pomocne w zrozumieniu. Nie wiem, czy mój umysł będzie obejmował całość, czy nie będzie narzucał za dużo swoich form i schematów, ale inaczej nic z tego zapisu by nie wyszło. Postaram się być wierny temu, co zobaczyłem i co zrozumiałem. Przypomnij sobie wszystko po kolei, od początku, tam, gdzie to wszystko się zaczęło, przynajmniej dla mnie. Gdy jeszcze było zwyczajnie... Zaczynała się kolejna polska, złota jesień... a ja wierzyłem, że znowu będę mógł odzyskać siebie.
***
Jest dość ciepło, końcówka września, noc za oknami, żółte światło wielkich lamp oświetlających drugi akademik, który stoi naprzeciwko. Zielono-żółte, wciąż pełne korony drzew wiszą w powietrzu lekko i spokojnie, czasami tylko, gdy zrywa się wiatr, stają się nieważkie i potężne, żywo mienią się jak ocean, jakby chciały coś powiedzieć albo dokądś pójść czy kogoś najść lub po coś sięgnąć, gdy ciężkie dzwonki zeschniętych liści dzwonią jedną masą, szeleszcząc i szumiąc jak fale, wzywając, wyjąc, wołając w przedśmiertnych konwulsjach. Jesień. Sztucznie oświetlone lampami jak w szklarni drzewa, trzepotają drobnymi liśćmi, jak stada ptaków uwiązane na sznurku, niemogące nigdzie wzlecieć, machające skrzydłami w miejscu, jakby się miały zaraz rozsypać puchem opadających w powietrzu piór, które mienią się wielobarwnie w locie nim dotkną mokrej chłodnej tak pachnącej naraz gniciem i świeżością ziemi, i pozostawią upiorne i nagie gałęzie, gotowe na przybycie zimnego i złowrogiego władcy, nienawidzącego życia, radości i ekspresji mordercy... I poznikają wszystkie piękne wieloramienne tancerki, jeszcze przymierzające gorączkowo co rusz nowe, coraz bardziej wymyślne i kolorowe stroje, bawiące się ze sobą na pożegnanie do muzyki wiatru, kołyszące się, potrząsające swoimi szatami, trzymanymi w rozlicznych dłoniach barwnymi wachlarzami, jakby chciały przedłużyć jeszcze karnawał, nie wiedziały, że muszą już zejść ze sceny, sezon się skończył, czas odpocząć, piąta rano, koniec imprezy, ochrona wyrzuca wszystkich z klubu (ostatni obchód po Monciaku, może jeszcze na molo, na plaże?). Piękne i seksowne dziewczyny, przyjaciółki na śmierć i życie, czas wracać! Czas zapaść w sen szybki jak teleportacja, powstrzymać zawroty głowy, na tej planecie, która nigdy nie przestanie się kręcić. Będą siedzieć pod ziemią pół roku, uwięzione jak w piwnicy psychopaty, gwałcone i bez strawy, słońca, ciepła, muzyki i miłości. Uwielbiamy je, ale nie ma już ich i nie będą już tańczyć dla mnie. Ani dla ciebie. Torturowane jak Chrystus na dawnych obrazach lubujących się sadystycznie w cierpieniu, ukazujących wyciskanie wina z ciała Zbawiciela podłączonego do skomplikowanych i straszliwych maszynerii. Z ich pięknych ciał, pociętych i poprzekłuwanych, wśród krzyków i jęków niesłyszanych przez nikogo, on także wyciśnie soki, które wrócą do źródła. Będą pływać we własnych życiodajnych sokach jak dusze w wyciśniętej krwi Zbawcy, roztapiać się w nich, rozpuszczać. Już same stały się nimi. Jednak ukryte głęboko ocaleją, gdyż nie przeżyłyby na zewnątrz nagie, cielesne, piękne i wrażliwe ani chwili. Na szczęście tam pod ziemią nie muszą widzieć jak ich wspaniałe kreacje gniją na powierzchni, zdeptane, zapomniane i w rozkładzie. Gdy spadały z ich ciał, już ich nie było... Już spłynęły głęboko w dół. I czekają...
Kiedyś w końcu wszyscy znudzą się już jazdą na snowboardzie i na sankach, i przypomną sobie o nich. Słońce znów się zbudzi i zacznie świecić, szpanować swą mocą przed innymi gwiazdami i planetami, topić biedne bałwany skondensowanymi wiązkami gorących promieni. W drzewach znów wszystko się zagotuje, wystrzeli żyłami i tunelami do góry, wysoko, jak fontanna, jak gejzery. Nasze dziewczyny, o których śniliśmy całą zimę, przypłyną pod postacią życiodajnych soków, w które się zamieniły, wpłyną w gałęzie do samych koniuszków i wytrysną liśćmi, znów zacznie się strojenie, ubieranie w lekkie, zwiewne szatki, krótkie spodenki i jeszcze krótsze sukienki, te wszystkie szorty, mini, wystające stringi... (a myślałam, że jesteś takim poetą!). Podmuchy wiosenne. One znów tu są i tańczą dla mnie (o Jezu, nie...), łapmy je! Coroczny, wielki, magiczny, radosny, erotyczny pokaz znowu się zacznie! Gałęzie ku uciesze dzieci, jak wprawni magicy, zaczną wyczarowywać liście, te zaczną znowu dokonywać swej świętej transsubstancjacji, wydmuchiwać ożywczy, boski tlen, jak światła, jak lasery, jak dym potrzebne dla tej imprezy. Aparaty szparkowe, roślinne rozwarte buzie, gęsto usiane na nich, jak płaskorzeźby na kościołach romańskich, reliefy świętych, aniołów i demonów - ich twarze, ich usta. Porozwierane jak rany Chrystusa. Jak rozkrzyczany, rozśpiewany tłum, las ludzi tańczących na festiwalach całego świata. Wszystkie drzewa wznoszą swoje ręce do góry, do nieba. I skaczą. Magia, przemiany, atmosfera, Bóg, ciało, komunia, oddech, przenikanie się, rozkosz, wymiana. Kościół ziemski.
Jak dobrze, że już mnie nie będzie w tej cudownej, zwariowanej krainie tej jesieni. Jak tylko skończę to pisać, znajdę się w miejscu ciepłym i bardzo, bardzo słonecznym, gdzie nie trzeba używać liści, nieustannie umierających jesienią i zawsze odradzających się na wiosnę, jako metafory odrodzenia i zmartwychwstania, gdyż drzewa są tam wiecznie zielone i nieśmiertelne. Każdy to widzi i czuje, że i nasze życie jest takie, mimo zmian, mimo śmierci. Trzy Słońca - żółte, pomarańczowe, czerwone. Jej zmieniające się oczy. Niekończące się królestwa, ogrody, dziwni uchodźcy, cieleśni i płciowi z tylu ziem, tylu planet, którzy znaleźli schronienie w ich świecie. Tylko skończyć, tylko skończyć pisać... Zostawić przekaz dla całego świata. A zaczęło się to dzisiaj, 29 września. Na tym cielesnym, płciowym piekle dla jednych, niebie dla innych - Ziemi.
- Nie chcę cię skrzywdzić - Jest taka ładna, wszystko w niej jest bardzo dobre, nie wiem jak to powiedzieć, trochę innej jakości, lepszej niż większości innych osób, które znam, które się widzi. Włosy, skóra, dusza... Poziomkowe usta, śniada cera, rumiane policzki, blond włosy. Z dobrego domu, szkoła muzyczna, etc. Wszystkie harcerki są takie. I bynajmniej nie piszę tego wbrew opisom religijnych ludzi, jakie znam z literatury. Panna Kilman z Pani Dalloway Virginii Woolf czy Maria Bołkońska z Wojny i Pokoju Lwa Tołstoja były bezkrwiste, brzydkie i nieszczęśliwe, przy tym bardzo religijne. W większości pewnie zgoda, taki typ istnieje. Ale ona naprawdę taka jest, więc co ja na to poradzę? - To jest złe. Seks i te sprawy - mówiłem, nie wiedząc samemu na ile żartuję, a na ile jestem poważny.
- Nie tam.
Patrzyła na kościół, który było już widać z parku, ceglany, surowy gmach powstały dla rozrastających się kilkadziesiąt lat temu osiedli na warszawskiej Pradze, wyglądający może nawet bardziej jak jakieś planetarium albo obserwatorium astronomiczne niż świątynia. Ładnie świeciło słońce, było jasno i wciąż letnio, przyjemnie, choć trawniki wyglądały na wyschnięte, wyblakłe. Pomyślałem, że skoro już wpadłem na Martę przed akademikiem, przespaceruję się z nią do kościoła, mimo iż nie byłem religijny, choć zostałem ochrzczony i wychowany w duchu religii katolickiej. Nie byłem ateistą ani jakimś szczególnie zawziętym antyklerykałem, etc., starałem się wychwytywać to, co dobre i cenne w religiach, przede wszystkim w najbliższym mi, chcąc nie chcąc, chrześcijaństwie, choć nie mogłem nie dostrzec wypaczeń i głupot, i absurdów wszystkich światowych religii, ich kapłanów i wyznawców.
- Wszystko jest złe... Tam też.
- Mówisz tak, bo wciąż o niej myślisz.
- Nie wydaje mi się.
- Pomyśl sobie o takim Hiobie, skoro już idziesz ze mną do tego kościoła. Może znajdziesz jakąś perspektywę...
- Najgorsza możliwa historia.
- Najgorsza? Wszystko najgorsze...
- Kompletnie popieprzona. Bóg zakładający się z Szatanem? Aczkolwiek fajny pomysł.
Chwilę milczeliśmy.
- Będziesz tak całe życie to przeżywał.
- Nie wiem. Może? A co innego mam przeżywać. Zaczyna mnie to wszystko przerażać. "Wy mnie zaczynacie przerażać. Czuję się przez was jak kosmita, jakbyście były pierworodnymi, prawowitymi mieszkańcami Ziemi, a wszyscy faceci byli tylko waszymi niewolnikami, zakładnikami. Nie wiem w ogóle, co ja tu robię. Mogłoby nas w ogóle nie być. Chromosom Y nie może się odnawiać, bez rekombinacji, za ileś tysięcy lat w końcu będzie tak zaśmiecony, że nie będzie czego przekazywać. Będą się rodzić tylko XX, dwie niewiadome, tajemnica przy tajemnicy, chuj was wie. Y można jeszcze jakoś pojąć, zrozumieć, każdy patrzy: o... Y, faceci, i od razu wiadomo, o co chodzi, konkretnie, Y to Y. Jak Bóg spojrzał na was to zaznaczył w tabelce X, bo w ogóle nie wiedział, z czym ma do czynienia, patrzył się na kobietę, patrzył, i wciąż nie wiedział nic, to pierdolnął jeszcze jednego na wszelki wypadek. I zostaniecie same, jak jaszczurki. W ostatnich latach wspólnego życia wydatki na przemysł zbrojeniowy zaczną powoli spadać, wyparte przez przemysł zmechanizowanych wibratorów, dildo i seksualnych maszyn. Produkcja dildo i wibratorów zostanie największym przemysłem na Ziemi, i będziecie mogły się już tylko lesbić. I może jakby Ziemia była planetą lesbijek, to może zapanowałby na niej pokój, bo ja przez was niedługo zeświruję!"
Weszliśmy w osiedle, gdzie zaraz przy parku zaczynał się kościół.
- Martwiłam się o ciebie. Dawno się nie odzywałeś.
- Pisałem, próbowałem. Zaczyna wychodzić coś, ja wiem? Masłowską to ja nie jestem. Kolejny powód, żeby nienawidzić kobiet. Próbowałem się zetknąć z tym wszystkim, co się stało, co się dzieje. Ale coś drgnęło chyba we mnie. Zaczynam się budzić, mam nadzieję. Byłem niedawno, w weekend w Sopocie, u kolegi. Przypomniało mi się, że znam w ogóle kogoś. Pierwszy raz gdzieś poza Wawą, poza tą budą od początku tych zjebanych wakacji.
- I co?
- Nic w sumie. Jeszcze było dość ciepło. Chociaż, jedna rzecz. - Zaświeciły mi oczy. Chciałem przecież o tym opowiedzieć - Były tam takie śmieszne samice. Z Poznania czy skądś. Siedzieliśmy tam na tym Monciaku i one chodziły w kółko, ludzi było mało, to była już niedziela. Chyba z osiem takich ekstra dup, ale to mówię ci, takich lasek... To było prawdziwe zjawisko, wyglądały jak jakieś modelki, ponoć tam u siebie są jakimiś hostessami czy striptizerkami, nie wiem. Takie Victoria Secret girls, normalnie. Ale były ekstra, strasznie miłe, widać, że się kochały, po prostu takie... przyjaciółki. Jedna blondynka, druga taka Hiszpanka, inna wyglądała strasznie dziecinnie, niewinnie, jeszcze inna jakoś mądrze, melancholijnie, ale też była ładna, miała coś w sobie. One wszystkie były zarąbiste, całe spektrum urody. Takie, że nic tylko zamknąć je w klatce, postawić w dużym pokoju i mieć na zawsze dla siebie. Szły wokół placu, w stronę mola i z powrotem. Chyba szukały kogoś do zabawy, bo w klubach już było mało ludzi. Chodziły tak sobie w tych miniówach, z tymi długimi nogami, zjawiskowe, i skandowały: Poznań! i różne tego typu bzdury.
- No i? - spytała bardzo niecierpliwie, jakby w ogóle jej nie obchodziło, po co jej o tym wszystkim mówię.
- Kumpel namówił mnie, żeby podejść do nich. Nie czułem się w nastroju, ani na siłach, aczkolwiek jak zobaczyłem je, to poczułem jakby powiew jakiegoś życia, takiej urody, czegoś fantastycznego... Aż mnie zaczarowało na chwilę. Aż żałowałem, że się zrobiłem taki beznadziejny ostatnio... w swej głowie...
- Super, no i? - pytała coraz bardziej czymś zdenerwowana.
- Nic, zagadał z nimi, były nieźle wstawione. Poszliśmy do tego pustego klubu, trochę potańczył, a ja usiadłem i patrzyłem na nie, tak po prostu. Siedziałem i patrzyłem jak tańczą, jak się ruszają, jakie są ładne, żywe. Jak się śmieją, wywracają, podtrzymują. I poczułem się przez chwilę... przypomniałem sobie czym mogłoby być szczęście... czy coś takiego... przypomniałem sobie siebie... przedtem...
- I...?
- Nic! Nigdy nie potrafiłem wyrywać w ten sposób lasek. W ogóle nie potrafię. Laski i tak lecą zawsze na tych wszystkich obrzydliwych, ordynarnych typów. W klubie tym bardziej nie potrafiłbym nikogo wyrwać. To, że się z nią wtedy spiknąłem, to w ogóle jakiś cud. Znów jestem tak nieśmiały i zlękniony, jakbym doznał jakiegoś autyzmu od rozstania z tą głupią...! Po prostu nawet nie widzę sensu zaczynać od nowa, rozglądać się za kimś. Mam jakiś jebany uraz w bańce.
- Na to wygląda... - powiedziała z przekąsem, jakby mi chciała nieco dowalić. Uśmiechnąłem się na to. Kochana Marta.
- Chciałbym mieć taką siostrę jak ty. Zawsze chciałem mieć siostrę. - Unikała mojego wzroku, jakby każde z tych słów bolało ją coraz bardziej. A ja mówiłem serio. Cokolwiek bym nie mówił, nic w życiu mnie bardziej nie kręciło niż żeńskość, kobiecość, dziewczyny. Im bardziej mnie przerażały, tym bardziej ich pragnąłem. Być połączony z kimś więzią brata i siostry musi być zarąbiste, dorastać razem, kąpać się od małego na golasa, obserwować jak dorastamy. Byłoby zupełnie inaczej, może nie byłbym taki samotny i nie miał tylu problemów. Może dzięki siostrze mógłbym prowadzić w chwilach zwątpienia dialog z żeńskością, zamiast zamykać się na nią. Odbijać się w niej jak w lustrze, zrozumieć, że nie tylko kobiety są porąbane, ale my też, i to w sumie niczyja wina. Może mógłbym być luźniejszy, swobodniejszy, nie tak napięty, nie tak wszystko przeżywający. A jak by sama była niezłą dupą, to kto wie... może nawet byśmy jakoś zaświrowali ze sobą i w ogóle... czy coś...
Nie wiem jak odważyłem się to powiedzieć, ale nie mogłem znieść już tego napięcia. Jej troska o mnie. Tyle naszych rozmów wcześniej, tyle jej próśb, wiadomości na Facebooku, telefonów w międzyczasie. Wszystkie bez odpowiedzi.
- Lepiej, żeby to co jest między nami, pozostało... czyste - kontynuowałem przed nią znowu w trybie ministranta. Jak trudno się to mówi, jak ciężko się przechodzi w tę intymną, bolesną sferę. Szczególnie z kimś tak wrażliwym, dobrym, nieco innym.
- Co między nami? Co jest między nami? Mogłoby być czyste - przerwała ciszy, nim ta wybrzmiała, moim myślom, by przedłużyć czas, w którym nie odpowiadam, w którym nie wiemy, gdzie się za chwilę znajdziemy, w jaką trajektorię naszych losów wobec siebie przeskoczymy - bezpowrotnie.
Przybliżyliśmy się na chwilę do siebie. Chciałem ją przytulić. Była smutna, wzruszona. Odepchnęła mnie od siebie.
- Co takiego ci zrobiłam? Jesteś tchórzem!
- Poznasz kogoś, kto będzie dla ciebie tak dobry, jak ty byłaś zawsze dla mnie. Nie umiałbym teraz z kimś być. Nie chciałabyś być ze mną.
Od kiedy zdradziła mnie moja dziewczyna nie mogłem dojść do siebie. Minęło już parę miesięcy, a ja wciąż przypominałem ledwo żywego trupa wykopanego z jakiegoś grobu, pałętającego się bezcelowo po okolicy. Byłem jak na wygnaniu, jak na jakiejś emigracji. Nigdy nie miałem łatwości w podrywaniu dziewczyn. Aga była moją pierwszą i jedyną dziewczyną. To było brutalne.
Gdyby nie Marta, nie wiem jak bym przeżył pierwsze dni. Może bym się wtedy zabił. Dopadła mnie ciężka depresja, rozpacz, czułem się jak w piekle. Przepłakałem dwa dni. Cały ten czas. Nigdy coś takiego mnie nie spotkało. Myślałem, że to się nigdy nie skończy, że nigdy się nie wydostanę z tego piekła. To było straszne.
Nie mogłem umrzeć, ale nie mogłem też póki co żyć. Nie chciałem. Potrzebowałem się odsunąć. Dojść do siebie, bardzo powoli. Wszystko, o czym mogłem pomyśleć, co mogłem sobie przypomnieć, było zbyt bolesne. Dlatego nie myślałem o niczym. W te wakacje poszedłem do pracy. Pracowałem przy przenoszeniu i porządkowaniu mebli i różnych przedmiotów w magazynach radia i telewizji. Znalazłem ją przez organizację dla studentów - bez podatku - więc zarobek nie był jeszcze najniższy. Totalnie bezsensowna praca, nie wiadomo przez kogo wymyślona, która polegała na przenoszeniu ciężkich i topornych przedmiotów z jednego magazynu do drugiego takiego samego.