PROLOG
OGNIE W RUINACH
Nigdy nie zapomnę tej chwili. Właśnie odkładałem książkę i sięgałem do
kontaktu, by zgasić światło, gdy zadzwonił telefon. Spojrzałem na
stojący obok łóżka budzik. Wpół do drugiej w nocy - trochę za późno na
zwykłą rozmowę. Podniosłem słuchawkę, czując narastający niepokój, jak
zazwyczaj w takich sytuacjach. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć,
usłyszałem nieznany mi męski, nosowy głos.
- Czy to doktor Piwowski? - W tonie rozmówcy wyczułem duże napięcie.
- Tak. W czym mogę pomóc? - zapytałem najgrzeczniej, jak umiałem,
wiedząc, że nie jest to zwykły telefon z prośbą o pomoc medyczną. Tego
numeru nie podawałem swoim pacjentom. Dzwonili zazwyczaj na komórkę, o tej porze trafiając na pocztę głosową.
- Mówi podporucznik Adam Jastrzębski ze sztabu Okręgu Dolnośląskiego,
kod Alfa-Alfa. Otrzymał pan kartę mobilizacyjną, proszę natychmiast
zgłosić się w macierzystej jednostce.
- Ale ja... - Szczerze mówiąc, zaskoczył mnie tak bardzo, że nie
wiedziałem, jak zareagować. - Ale...?
- Za kilka minut pod pana dom podjedzie nieoznakowany samochód. Proszę
zabrać zestaw mobilizacyjny i czekać przed bramą.
- Tak jest - wymamrotałem do głuchej słuchawki.
Mój rozmówca rozłączył się natychmiast po wypowiedzeniu ostatniego
słowa. Zapewne miał jeszcze wiele osób do obdzwonienia.
Wstałem z łóżka i przejechałem dłonią po twarzy. Szorstki jednodniowy
zarost nie był problemem. Przy mobilizacji nikt nie zwróci uwagi na taki
szczegół. Włożyłem wytarte dżinsy i wyjąłem z szafy świeżą koszulę. Po
chwili namysłu wybrałem schodzone, i dzięki temu wygodne, wysokie buty.
Na końcu sięgnąłem po stojący w głębi plecak. Każdy z nas, odchodząc ze
służby w jednostkach specjalnych, otrzymał identyczny zestaw narzędzi,
lekarstw i sortów mundurowych na wypadek niespodziewanej mobilizacji.
Sądziłem, że nigdy nie będę musiał go użyć, ale jak widać - myliłem się.
Spojrzałem na zegarek, od odłożenia słuchawki minęły już trzy minuty.
Nie miałem wiele czasu na zastanawianie się. Włożyłem kurtkę,
przygładziłem włosy, przejrzałem się po raz ostatni w lustrze i wyszedłem na korytarz, cicho zamykając drzwi.
Mieszkałem na trzecim piętrze starej poniemieckiej kamienicy, jakich
pełno stoi w śródmieściu Wrocławia. Skrzypiące schody, pamiętające chyba
jeszcze czasy późnego Bismarcka, prowadziły mnie na spotkanie
przeznaczenia. Odruchowo je liczyłem, jakbym chciał zapamiętać, ile ich
jest. Sześć półpięter po dziewięć stopni i pięć dodatkowych przy
wyjściu. Otworzyłem masywne drzwi i delikatnie domknąłem je za sobą,
pamiętając, jak głośno potrafią trzasnąć o futrynę.
Na ulicy panowała zupełna cisza. O tej porze miasto spało, w żadnym z widocznych okien nie paliło się światło. Przeszedłem na chodnik, mijając
niewielkie ogródki przed budynkiem, na ogół niespotykane w naszych
czasach, ale jakże urozmaicające urbanistyczną pustynię.
Zapowiedzianego transportu jeszcze nie było. Stałem, nasłuchując
dźwięków z głównej ulicy, przebiegającej za pobliską szkołą, do której
uczęszczałem przed laty. Starałem się nie snuć na razie żadnych domysłów
co do powodów nocnego alarmu. Oglądając wieczorne wiadomości, nie
zauważyłem, by w Europie czy na świecie wydarzyło się coś groźnego.
Wiedziałem jednak, że to nie zwykłe ćwiczenia, na jakie wzywano mnie od
czasu do czasu, nie pozwalając zgnuśnieć w cywilu. Na manewry nie kazano
nam zabierać zestawu mobilizacyjnego. Nigdy. Ten drobny szczegół
wskazywał, że sytuacja jest poważna. Mimo usilnego przetrząsania pamięci
nie znalazłem jednak niczego, co mogłoby być przyczyną mobilizacji. To
jednak nie problem. Za kilkanaście minut, kiedy tylko dotrę do jednostki
i trafię na odprawę, powinienem poznać odpowiedzi na wszystkie pytania.
Niestety nie zdołałem zagłuszyć niepokoju, kiełkującego już gdzieś na
dnie świadomości. Niepokoju, że ten alarm jest ostatni...
W oddali rozległ się przeciągły zgrzyt kół nocnego tramwaju hamującego
przed przystankiem obok dawnego Browaru Piastowskiego. Znajomy dźwięk
wyrwał mnie z zamyślenia w odpowiedniej chwili. Kilka sekund później zza
rogu wyjechała oliwkowa furgonetka i zwolniwszy tylko lekko, skręciła w moją ulicę. Podniosłem z chodnika plecak, zarzuciłem go na ramię i raz
jeszcze spojrzałem na ciemne okna mieszkania. Potem zdecydowanym ruchem
otworzyłem drzwi i wszedłem do wypełnionego w połowie pojazdu.
- Kapitan Piwowski, Alfa-Alfa - rzuciłem w kierunku kierowcy i nie
czekając na odpowiedź, zająłem pierwsze wolne miejsce.
Mikrobus ruszył, zanim spocząłem na siedzeniu. Chwilę później po raz
ostatni rzuciłem okiem przez zakurzoną szybę w wylot ulicy, na której
spędziłem ponad połowę życia.
Podróż nie trwała długo. Po mnie wsiedli jeszcze tylko dwaj mężczyźni
mieszkający bliżej centrum. Obaj, podobnie jak ja, zameldowali się
kierowcy i bez słowa zajęli puste miejsca. Spojrzałem na tył,
korzystając z chwili zamieszania, jakie wywołał przeciskający się wąskim
przejściem nowy pasażer. Nie znałem nikogo z obecnych, co specjalnie
mnie nie zaskoczyło. Uzmysłowiłem sobie, że w czasie jazdy nie słyszałem
nawet szmeru przyciszonych rozmów. Teraz zrozumiałem dlaczego. Wszyscy
siedzieli przy oknach, wpatrując się w uśpione miasto i ignorując
pozostałych pasażerów. W tym również nie było niczego dziwnego. Sam nie
miałem ochoty na rozmowę z kimkolwiek, wiedziałem jednak, że to minie. W końcu człowiek jest zwierzęciem stadnym i najlepiej czuje się w towarzystwie innych, podobnych mu osobników. A my nie byliśmy wyjątkami,
potrzebowaliśmy tylko czasu, by przystosować się do nowej sytuacji.
Obserwując wnętrze pojazdu, zauważyłem jeszcze, że każdy z moich
współtowarzyszy ma na piersi żółtą nalepkę z numerem identyfikacyjnym.
Skleroza nie boli. Sięgnąłem do bocznej kieszeni plecaka i wyjąłem
identyfikator. Wypisano na nim kod D-26.
Właśnie przejeżdżaliśmy mostem Uniwersyteckim przez Odrę, by po paru
minutach dotrzeć wymarłymi ulicami do dworca, a potem już w konwoju z kilkoma innymi pojazdami przebrnąć rozkopaną niemal na całej długości
ulicę Powstańców Śląskich i sterczącą nad nimi wieżę Sky Tower - tę
samą, którą widywałem tak często z wylotu Żeromskiego.
Naszym celem, jak się wkrótce okazało, był parking przy niewielkim
markecie, postawionym opodal gmachu regionalnej telewizji, w miejscu,
gdzie dawniej mieściła się jednostka wojsk łączności. Wyglądało na to,
że w ciągu ostatnich kilkunastu lat nikt nie aktualizował planów
mobilizacyjnych.
Dwie przecznice wcześniej spędziłem niedawno wieczór, odwiedzając mojego
przyjaciela Andrzeja, który właśnie wybierał się do Holandii na kolejną
serię wykładów. Spojrzałem na zegarek i szybko obliczyłem, że powinien
być już na miejscu od kilku dobrych godzin. Pamiętałem, jak się cieszył,
że tym razem leci z żoną i trójką dzieciaków. Nawet nie wiedział, ile ma
szczęścia.
Wjechaliśmy na parking szybko i sprawnie. Nikt nie sprawdzał dokumentów.
Szczerze mówiąc, nawet nie zauważyłem nigdzie żadnych zasieków ani
wartowników. Mikrobusy ustawiły się w równym szeregu po prawej stronie
placu znajdującego się tuż za niewysokim ogrodzeniem z siatki. Wypluły
swoją zawartość, czyli nas, po czym zniknęły w duszących oparach spalin
z wiekowych silników Diesla, wracając na miasto po kolejną partię
pasażerów.
Wokół marketu trwała krzątanina. Po drugiej stronie placu stały
autobusy, a przed nimi ławy, przy których rejestrowano nowo przybyłych.
Sprawdziłem, który z punktów oznakowano literą D, i ustawiłem się w niezbyt długiej kolejce. Przyglądając się ludziom przede mną,
zauważyłem, że prócz mnie znalazła się tu tylko jedna osoba z mojego
mikrobusu. Była nią wysoka brunetka w luźnej flanelowej koszuli i z gęstymi mocno kręconymi włosami opadającymi do połowy pleców. Stała o cztery miejsca przede mną, ale poznałem ją właśnie po tych włosach, na
które zwróciłem uwagę, gdy przeciskała się do wyjścia. Jak zwykle
wysiadłem ostatni. Takie już mam przyzwyczajenie, sam nie wiem skąd.
Stałem bezczynnie nie dłużej niż pięć minut, jednakże wydawało mi się,
że minęła cała wieczność - stres zaczynał robić swoje. Wreszcie przyszła
moja kolej. Położyłem przed oficerem dyżurnym książeczkę wojskową, a on
- po sprawdzeniu danych i jednym przelotnym spojrzeniu na identyfikator
- odhaczył mnie na liście. Dostałem z powrotem dokumenty, a do tego pas
z pistoletem, amunicję i zalakowaną kopertę noszącą ten sam numer
identyfikacyjny, jaki miałem na piersi.
- Autobus D - poinformował mnie lakonicznie oficer i były to jedyne
słowa, jakie wypowiedział.
Przeszedłem między stolikami i przerzuciwszy broń przez ramię,
skierowałem się do ciemnooliwkowego autokaru. Na tylnej szybie
przyklejono krzywo arkusz papieru z wydrukowaną literą D.
Rozejrzałem się po placu. Właśnie zjawiła się nowa fala pojazdów i kolejna grupa milczących ludzi dołączyła do kolejek. Cisza, porządek,
profesjonalizm. To cechowało ludzi z jednostek specjalnych. W czasie
wojny tylko zdyscyplinowani żołnierze mają szansę na przeżycie, dlatego
uczono nas panować nad emocjami i bezzwłocznie wykonywać polecenia. Stąd
brak paniki tak typowej podczas sytuacji alarmowej w jednostkach służby
zasadniczej.
Pomimo wyszkolenia czułem jednak narastającą nerwowość. Coś się działo,
i to coś dużego, skoro ściągnięto nas tu w takim pośpiechu i w takiej
liczbie. Na placu przebywały już ze dwa plutony żołnierzy, a przecież
byliśmy zaledwie maleńkim ogniwem w długim łańcuchu machiny wojennej.
Nadal też nie domyślałem się, z jakiego powodu ogłoszono mobilizację.
Przecież Polska nie była zaangażowana w żaden konflikt zbrojny - nawet z Afganistanu wycofaliśmy już ostatnie oddziały szkoleniowe - w radiu i telewizji też nikt nie mówił o większym niż zwykle zagrożeniu militarnym
albo terrorystycznym. Naszych dzienników nie byłbym taki pewien, ale
kilka godzin temu oglądałem wiadomości CNN. To był naprawdę spokojny
tydzień. Nie wydarzyło się nic, co by usprawiedliwiało wyrwanie ludzi z domowego zacisza i wcielenie ich bez słowa do armii.
Sierżant przy tylnych drzwiach autobusu sprawdził mój identyfikator,
zaznaczył coś na liście i wskazał głową wejście. Zanim zanurzyłem się w ciemnym wnętrzu starego jelcza, zauważyłem, że sierżant zrywa z szyby
kartkę z literą D. To mogło oznaczać, że jestem ostatni.
Zająłem jedyne wolne miejsce w ostatnim rzędzie pomiędzy komandosem o muskulaturze i twarzy Schwarzeneggera i dziewczyną z mikrobusu. Teraz
mogłem przyjrzeć się nie tylko jej włosom, ale i twarzy. Była ładna,
zaskakująco ładna. W innych okolicznościach na pewno stanowiłaby obiekt
zainteresowania większości pasażerów. Niestety o jej sylwetce niewiele
mogłem powiedzieć. Luźna koszula skrywała wszelkie kształty niczym
najlepszy bojowy kamuflaż. Uśmiechnąłem się do niej, ale nie
odwzajemniła tego gestu. Z jej oczu można było wyczytać tylko strach.
Zapewne należała do personelu medycznego niższego szczebla. Takich ludzi
również powoływano do służby w razie poważniejszego zagrożenia. A skoro
tak, szykowała się niewąska awantura. Pomyślawszy o tym, natychmiast
straciłem ochotę na okazywanie radości.
Autobus ruszył, gdy tylko sierżant wsiadł i zatrzasnął za sobą drzwi.
Przeszedł kołyszącym się krokiem na przód pojazdu i przekazał listę
majorowi, a ten natychmiast poderwał się z fotela za kierowcą. Sprawdził
wzrokiem dokument, a jego podwładny przeliczył w tym czasie obecnych,
złożył krótki meldunek i usiadł, znikając nam z oczu. Major stanął na
schodkach przy pierwszych drzwiach i wziął do ręki mikrofon. Zupełnie
jak przewodnik na wycieczkach zakładowych, na które jeździłem z rodzicami jako dziecko. Nadszedł czas wyjaśnień, przynajmniej taką
miałem nadzieję,
- Czołem, żołnierze! - powitał nas tubalnym głosem starego frontowca,
którym pewnie był, sądząc po liczbie baretek przywiezionych z Bałkanów
albo Bliskiego Wschodu. - Nazywam się major Sawicki i choć nie będę
waszym przełożonym, na czas transportu do jednostki macierzystej
pozostaniecie pod moją komendą...
Zawiesił głos, bardziej chyba dla efektu niż z innych powodów,
wyczuwając napięcie panujące w zatłoczonym autobusie. A może zastanawiał
się po prostu, jak przekazać nam treść rozkazów.
- Moim obowiązkiem jest poinformowanie was, w jakim celu zostaliście
zmobilizowani - powiedział w końcu. - To odrobinę skomplikowane, zatem
przedstawię całą sytuację w skrócie. Jeśli będą jakieś pytania, odpowiem
na nie później. Zrozumiano?!
- Tak jest, panie majorze! - odpowiedział chór głosów, do którego i ja
się dołączyłem.
- Dobrze, zatem zacznę od początku. To nie są ćwiczenia. Zostaliście
zmobilizowani w związku z wydarzeniami, które miały miejsce w kilku
rejonach świata w ciągu ostatnich trzech godzin. Punkt pierwszy, trzy
godziny temu Izrael rozpoczął zakrojone na szeroką skalę przygotowania
do uderzenia nuklearnego na Iran. Nie pytajcie, skąd mamy takie
informacje. Nie odpowiedziałbym wam, nawet gdybym wiedział. W każdym
razie za mniej więcej godzinę wszystkie instalacje, w których trwają
ostatnie prace nad stworzeniem broni atomowej dla ajatollahów, staną się
wspomnieniem, co niewątpliwie doprowadzi do dalszego zaognienia sytuacji
w regionie, a kto wie, czy nie otwartej wojny pomiędzy państwami
arabskimi i Izraelem. Nie wykluczamy także szeregu konfliktów pomiędzy
reżimami sunnickimi i szyickimi. Co ciekawe, wygląda na to, że nie tylko
my mieliśmy oko na naszych przyjaciół z Tel Awiwu. Przed godziną
napłynęły do nas raporty o wybuchu wojny czy raczej wznowieniu działań
zbrojnych na Półwyspie Koreańskim. Z danych wywiadu NATO wynika, że
Ukochany Przywódca Kim Dzong Un zrzucił w końcu maskę umiarkowanego
postępowca i rozkazał przeprowadzenie niespodziewanego, zmasowanego
uderzenia na strefę zdemilitaryzowaną oraz bombardowania największych
miast Południa, z użyciem broni ABC włącznie. Przy okazji oberwało się
także Amerykanom, samoloty, rakiety i łodzie podwodne Północy
zaatakowały okręty VII floty USA stacjonujące w portach półwyspu.
Odpowiedź była natychmiastowa. Jak wygląda sytuacja obecnie, możemy się
tylko domyślać. Na tym jednak nie koniec. Pół godziny później Indie i Pakistan ogłosiły pełną mobilizację i odpaliły rakiety. Mamy wiarygodne
doniesienia o czterdziestu siedmiu eksplozjach o mocy od trzystu kiloton
do jednej megatony. W chwili obecnej mamy potwierdzenie całkowitego
zniszczenia Delhi, Bombaju, Karaczi, Islamabadu i szesnastu innych
ważnych aglomeracji w obu państwach. Liczby ofiar nie znamy, ale
szacujemy, że w tej wymianie ognia śmierć poniosło nie mniej niż pół
miliarda ludzi. Co więcej, wspomniane przeze mnie konflikty zbrojne
wydają się częścią reakcji łańcuchowej. Napływają do nas potwierdzenia
rozpoczęcia operacji o charakterze militarnym także w innych regionach
świata. Przed kwadransem Chiny zaatakowały Tajwan, aczkolwiek tam,
przynajmniej na razie, nie użyto broni masowej zagłady... - Autobusem
zarzuciło na nierównej nawierzchni brukowanej uliczki, Sawicki odsunął
na moment mikrofon od ust. - I tu dochodzimy do sedna sprawy. Punkt
drugi, sprawy polskie. Rząd Rzeczypospolitej od dawna wyczekiwał
odpowiedniej chwili, w której oczy świata zwrócą się w innym kierunku,
by przyłączyć zagarnięte Kresy do macierzy. Od wielu miesięcy nasze siły
zbrojne były rozlokowywane na ścianie wschodniej pod pozorem manewrów i przegrupowań zgodnych z oczekiwaniami sojuszników z NATO. Wszystkie
agencje prasowe zostały poinformowane o naruszeniu granicy Polski przez
zmotoryzowane oddziały ukraińskie. To oczywiście prowokacja i chwyt
propagandowy. W ramach kontrataku za kilkanaście minut nasze doborowe
dywizje przekroczą granicę od Krościenka po Sobibór i rozpoczną operację
wyzwalania świętych miejsc naszej ojczyzny. Ponad sto tysięcy żołnierzy,
tysiąc pięćset czołgów i wozów bojowych, osiemdziesiąt samolotów. Ta
masa sprzętu i wojska powinna zmiażdżyć opór niczego niespodziewającego
się wroga. Polska znów stanie się mocarstwem Europy. Da Bóg, będzie
sięgać od morza do morza! - Major zamilkł i rozejrzał się po autobusie.
Nie tylko ja zdębiałem, słysząc te słowa. Wprawdzie Ukraina po klęsce
Pomarańczowej Rewolucji i postępującym nadal podziale cywilizacyjnym na
wschód i zachód przestała aspirować do udziału w strukturach
zjednoczonej Europy i coraz bardziej skłaniała się ku związkom z dawnym
sojusznikiem, czy raczej okupantem, jak zwano tam powszechnie Rosję, ale
otwarty atak na to państwo nie mieścił mi się w głowie. Spojrzałem na
prawo. Schwarzenegger wyraźnie nie podzielał mojego zaskoczenia. W jego
oczach malował się, widoczny nawet w tych warunkach, zachwyt. Zapewne
już widział siebie jako zdobywcę Lwowa, a kto wie - może i Kijowa. Za to
siedząca po lewej stronie kruczowłosa piękność wpiła się paznokciami w moje przedramię, czego do tej pory nawet nie zauważyłem. I niech ktoś
powie, że kobiety nie mają intuicji.
Uwolniłem się od uścisku dziewczyny i podniosłem rękę, aby zadać
pytanie, zapewne to samo, które rodziło się teraz w wielu głowach.
Sawicki dostrzegł mnie i powiedział:
- Spokojnie, żołnierze, jeszcze nie skończyłem. - Wziął do ręki plik
papierów i oblizał spierzchnięte wargi. - To zaledwie ogólny zarys
sytuacji. Szczegóły operacji "Orlęta" znajdziecie w zalakowanych
kopertach, otrzymanych w punktach zbornych. Zawierają one szczegółowe
rozkazy, które na pewno różnią się, i to diametralnie, w przypadku
każdego z was. Jedno jest tylko wspólne we wszystkich tych dokumentach:
miejsce, w którym przyjdzie wam służyć Ojczyźnie. Nazwaliśmy je
Bastionem, gdyż będzie ono stanowić ostatni bastion polskości, jeśli
plany dowództwa z jakiegoś powodu spalą na panewce. Jak pewnie zauważyła
większość obecnych, opuściliśmy przed chwilą teren miasta i udajemy się
w kierunku góry Ślęży, swego czasu świętego miejsca. Większość z was wie
także, że podczas drugiej wojny światowej niemieckie władze przeniosły
na teren Dolnego Śląska część swojego przemysłu zbrojeniowego. W naturalnych jaskiniach, w jakie obfituje okoliczny górotwór, wykuto
kilometry sztolni i korytarzy, w których niewolnicy produkowali nowe
rodzaje broni dla Trzeciej Rzeszy. Wielu z tych korytarzy nie zbadano do
dzisiaj, przynajmniej oficjalnie. - Sawicki uśmiechnął się zagadkowo, co
nie uszło mojej uwagi. - To znaczy, że przeważająca część naszego
społeczeństwa nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja. I dobrze, gdyż przez
pięć lat wojsko spokojnie pracowało nad rozbudowaniem starych instalacji
i unowocześnieniem ich. Dość powiedzieć, że trzy miesiące temu oddano do
użytku największy kompleks umocnień istniejący w Europie, a może i na
świecie. Dwa tysiące żołnierzy może spędzić w nim ponad trzy lata, nie
wychodząc na powierzchnię. I nie muszę dodawać, że macie zaszczyt być
wśród tych, którzy zostali wybrani do służby w Bastionie. Ku chwale
ojczyzny!
- Ku chwale ojczyzny! - odpowiedzieli pasażerowie autobusu, ale bez
wigoru cechującego majora.
Ponownie podniosłem rękę, by zadać dręczące mnie pytanie. Tym razem
Sawicki skinął głową z aprobatą.
- Kapitan Piwowski - przedstawiłem się. - Jak rozumiem - ostrożnie
ważyłem słowa - generał Piątas wziął pod uwagę, że Ukraina dysponuje
jeszcze kilkoma głowicami nuklearnymi pozostałymi po dawnych siłach
strategicznych ZSRR?
- W rzeczy samej - odparł major. - Dlatego właśnie udajecie się do
Bastionu. Osobiście nie sądzę, by Ukraina miała choć jedną rakietę
zdolną do przenoszenia tych głowic, co potwierdzają zresztą dane naszego
wywiadu, ale sztab generalny zdecydował, że warto zachować wszelkie
środki ostrożności na wypadek ograniczonego ataku jądrowego, który
jednak wydaje się absolutnie niemożliwy w centrum Europy. Skutki byłyby
opłakane dla wszystkich krajów sąsiadujących z Polską, w tym i samej
Ukrainy, ze względu na zachodnie wiatry, jakie wieją w tej części
kontynentu przez ponad trzysta dni w roku. Nie wydaje mi się, by Kijów
był zdolny do akcji odwetowej na taką skalę, i to przeciw krajowi
należącemu do NATO.
- A Rosja? - zapytał ktoś z pierwszych miejsc.
- Ukraina nie podpisała jeszcze żadnych konkretnych paktów ze ZBiR-em,
choć jest już tego bliska. Zresztą przy tak zaognionej sytuacji w Azji
oczy Kremla będą teraz zwrócone wyłącznie na Chiny. Żołnierze, ta wojna
została dokładnie zaplanowana i zakończy się naszym sukcesem w ciągu
najbliższych dni.
- Cztery reformy z końca lat dziewięćdziesiątych też zostały dokładnie
zaplanowane - rzucił ktoś - a jakoś do dzisiaj musimy znosić ich skutki.
I nie widać końca tej udręki.
To miał być pewnie żart, ale nikt się nie roześmiał. Sawicki popatrzył
groźnie na autora tej wypowiedzi.
- Pan...?
W odpowiedzi padło burkliwe:
- Porucznik Zawadzki.
- Pan porucznik zdaje się nie podziela opinii sztabu generalnego -
wycedził złośliwym tonem trepa, który zabiera się do obróbki kotów.
- A nie podziela - odparł łysawy facet siedzący w trzecim rzędzie przy
oknie, teraz widziałem wyraźnie, kto zabrał głos. - Miałem okazję służyć
w wywiadzie i już wcześniej nie zgadzałem się z opiniami rządowych
ekspertów. Zresztą frontalny atak na Ukrainę bez wypowiedzenia wojny to
pogwałcenie wszelkich traktatów i umów, co nie zostanie Polsce
zapomniane. Być może rządowi wydaje się, że w ten sposób odwróci uwagę
społeczeństwa od kolejnych przekrętów albo uratuje kulejący budżet,
niemniej wszyscy wiemy, że ta wojna, podobnie jak setki innych posunięć
naszych władz, zakończy się totalną klapą i chaosem. Założę się, że
członkowie gabinetu premiera wraz z rodzinami pędzą już gremialnie do
bunkrów pod Radzyminem. A to na pewno nie uszło uwagi agentów
rosyjskich, a może nawet ukraińskich, nie wspominając wszystkich innych.
- Może tak, a może nie - odparł enigmatycznie Sawicki. - Ja nie jestem
tu po to, by dyskutować o poglądach politycznych ani o tym, gdzie teraz
jest premier i jego rodzina. Mam was przygotować do służby w Bastionie i tyle. Czy ktoś jeszcze ma jakieś pytania?
Jak na komendę podniósł się las rąk. Sawicki pokręcił głową, nakazując
ich opuszczenie.
- Spokojnie, żołnierze, nie zdążę odpowiedzieć wszystkim. Mamy przed
sobą jeszcze najwyżej pięć minut jazdy. Może w tym czasie przybliżę wam
ideę Bastionu - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Wehrmacht
pozostawił w 1945 roku ponad szesnaście kilometrów tuneli i dwadzieścia
komór służących za magazyny, niektóre są położone bardzo głęboko w masywie Ślęży. Nasi inżynierowie przebudowali wszystkie sztolnie i dokopali się do wielu nowych fragmentów kompleksu, których istnienia
jeszcze dwa, trzy lata temu nikt się nie domyślał. W chwili obecnej
kompleks Bastionu jest całkowicie samowystarczalny. Odkryte przez nas
odizolowane od milionów lat zbiorniki wody podskórnej wystarczą dla
przewidywanej liczby mieszkańców na dziesiątki lat, pozostawione przez
Niemców grawitacyjne systemy wentylacyjne zostały zmodyfikowane w ubiegłym roku, zgodnie z unijnymi normami i należą do najwydajniejszych
na świecie. Zostały zaprojektowane na potrzeby hut i elektrowni atomowej
w Gąskach, ale okazały się idealne dla projektu Bastion. Zabezpieczenia
tuneli wlotowych są równie niezawodne. Śmiem twierdzić, iż nawet
uderzenie w masyw Ślęży kilku głowic penetrujących nie zagrozi całości
kompleksu. Nawet Norad, ten prawdziwy, a nie turystyczna atrakcja pod
górą Cheyenne, nie ma lepszej ochrony. Przygotowaliśmy się też na
ewentualność prowadzenia walki po okresie izolacji. W komorach
najbliższych powierzchni zgromadziliśmy wozy bojowe i kilka
zdemontowanych śmigłowców szturmowych na transporterach, a także
wystarczającą ilość części zamiennych i paliwa, aby móc z nich korzystać
do czasu znalezienia zaopatrzenia na zewnątrz. Z tego, co wiem, jedną ze
sztolni przekształcono ostatnio w podziemny pas startowy dla dwóch
MiG-29, które...
- Ile to kosztowało, do cholery?! - zapytał znów Zawadzki. - Przecież
taki projekt musiał pochłonąć lwią część budżetu Ministerstwa Obrony
Narodowej, a jakoś nie widziałem w nim podobnych pozycji wydatkowych.
- Nie wasza sprawa! - odburknął Sawicki wyraźnie rozeźlony dociekliwymi
pytaniami.
- A czyja, jeśli mogę zapytać? - nie dawał za wygraną porucznik. -
Miliony emerytów nie miały za co wykupić lekarstw, a wy wydaliście
miliardy na jakieś pieprzone podziemne lotnisko? Przecież niedaleko
stąd, w Borach...
- Nie przeginajcie, Zawadzki! - ostrzegł major, brutalnie wchodząc mu w słowo. - To jest wojna i podlegacie rygorom wojennym, a kwestionowanie
rozkazów oznacza jedno. Sąd wojenny. I czapę. Czy wyrażam się
wystarczająco jasno?
- Doskonale pan wie, majorze, że to nie mnie, ale ludzi, którzy
wpakowali nas w ten pasztet, należałoby oddać pod sąd. - Zawadzki mówił
już spokojniejszym głosem. - Przez ostatnie lata nasz kraj stał na
krawędzi załamania gospodarczego, bo mimo trzeciej już fali kryzysu
większość funduszy nadal płynęła na realizację projektów chorej
wyobraźni naszych decydentów. Ukraina odpowie atakiem atomowym na
radosny przemarsz naszych dywizji, to pewne. Choćby dlatego, że nie ma
dzisiaj sprawnej armii zdolnej powstrzymać kogokolwiek w sposób
konwencjonalny. Nawet tak słabo wyszkolonych i uzbrojonych oddziałów jak
nasze. Te głowice to ich zabezpieczenie. Jedyne zabezpieczenie. I dlatego ich użyją, gdy zobaczą, że zostali zaatakowani. Prezydent Rohaty
to tchórz, podobnie jak cała tamtejsza generalicja. Ile czasu trwało
odsuwanie od władzy Janukowycza, i to przy braku jakiejkolwiek liczącej
się opozycji? Gdyby nie Putin... Nasi przeciwnicy są koniunkturalnymi
aparatczykami. W dziesięć minut po tym, jak otrzymają informację, że
nasza armia przekroczyła granicę, każą odpalić przynajmniej część
posiadanych ładunków nuklearnych. Nie będą się wahać, ponieważ nasi
bardziej kolorowi przyjaciele pokazali światu, że można jej użyć.
Powinien pan to wiedzieć, majorze. Nasza komórka przygotowała taką
analizę dla sztabu generalnego ponad trzy lata temu.
- Dość tego, poruczniku! - wrzasnął Sawicki. - Po przybyciu do Bastionu
zostanie pan aresztowany i oddany pod sąd! - Wymierzył ostrzegawczo
palec w niepokornego żołnierza. - Nie będzie żadnego odwetu i już.
Należymy do NATO i nikt, a zwłaszcza tak wyniszczony kraj jak Ukraina,
nie zaryzykuje wojny z całym paktem. A teraz przygotować się do odprawy,
zbliżamy się do Bastionu.
- O ile wiem, atakując Ukrainę, naruszamy parę paragrafów naszej umowy z sojusznikami, a to zmienia postać rzeczy... - dodał niezrażony groźbami
Zawadzki.
- Milczeć! - ryknął Sawicki. - Za kogo wy się uważacie, poruczniku, że
pouczacie ekspertów sztabu generalnego i rządu!
Zawadzki nie odpowiedział. Uśmiechał się jedynie ponuro, nie spuszczając
wzroku z poczerwieniałej twarzy majora. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, że autobus jedzie leśną drogą. Zastanawiałem się nad słowami
oficera wywiadu i doszedłem do wniosku, że w tym, co mówił, było sporo
prawdy. Nie bez powodu odwożono nas przed atakiem do bazy ukrytej we
wnętrzu góry. Zanim zdążyłem dojść do konkretniejszych wniosków,
zatrzymaliśmy się. W autobusie panowało wymowne milczenie, które
ponownie przerwał Zawadzki.
- Nasi chłopcy przekraczają właśnie granicę. - Odłożył rozkazy, które
wydobył z koperty, i spojrzał na zegarek. - A to oznacza, że za dziesięć
do dwunastu minut przekonamy się, czy ja mam rację czy pan, majorze.
I przekonaliśmy się.
Niespełna dziesięć minut później znaleźliśmy się u wylotu tunelu
prowadzącego do Bastionu. Usytuowano go we wnętrzu zrujnowanego budynku
starej, chyba jeszcze poniemieckiej żwirowni. Tak przynajmniej sądziłem,
choć przyznam, iż wiedzę na temat podobnych miejsc miałem mizerną.
Autobus po chwili postoju wjechał do obszernej hali, w której znajdowały
się pordzewiałe taśmociągi i stożkowate pryzmy żwiru - stąd moje
pierwsze skojarzenie. Hala miała tylko trzy ściany murowane, czwartą
stanowiła lita skała. Właśnie w niej zobaczyliśmy okrągły wlot tunelu o średnicy około czterech metrów. Po obu jego stronach zauważyłem masywne
skrzydła metalowych wrót, pokryte warstwą skały lub substancji idealnie
ją imitującej. Gdy autobus zbliżył się do czarnej paszczy prowadzącej w głąb góry, miałem okazję przypatrzeć się z bliska tej dziwnej
konstrukcji. Na ponad czterech metrach stali przymocowano warstwę
prawdziwego kamienia. Sprytnie pomyślany mechanizm hydrauliczny zsuwał
obie połówki wrót, dociągając je i hermetyzując na specjalnym kołnierzu,
skalna nakładka zaś - rozcięta wzdłuż nierównych, acz wyglądających na
naturalne, pęknięć skały - idealnie maskowała wejście. Zapewne, gdyż nie
dane mi było tego zobaczyć.
Wjechaliśmy do tunelu jako ostatni. Gdy autobus zatrzymał się i zaczęliśmy z niego wysiadać, wrota ruszyły z chrzęstem, powoli
przesłaniając wjazd. Przyznam, że poczułem zimny dreszcz, patrząc, jak
widoczny zza nich, znany mi świat zwęża się coraz bardziej. Trwało to
może pół minuty, podczas której - jak zauważyłem - wszyscy zamarli w milczeniu. Dopiero huk zatrzaskiwanych wrót i syk sprężonego powietrza
układów hermetyzujących sztolnię przywróciły nas do rzeczywistości. To
jednak nie był jeszcze koniec przedstawienia. Moment później z wgłębienia w ścianie wytoczyła się kolejna bariera blokująca, równie
gruba, jeśli nie grubsza.
Rozejrzałem się po współpasażerach. Zawadzki stał niedaleko mnie i z uporem maniaka wpatrywał się w zegarek. Majora nie widziałem w pobliżu.
Sam zerknąłem na cyferblat, by sprawdzić, ile czasu minęło od
rozpoczęcia inwazji. W tej samej chwili poczuliśmy, jak skała wokół nas
drży i kołysze się. Porucznik oparł się rękami o autobus, ale ustał
dzięki szeroko rozstawionym nogom. Mnie się to nie udało. Leżąc na
twardym, zimnym podłożu, wsłuchiwałem się w niesamowity zgrzyt
kamiennych ścian i krzyki ludzi uciekających w panice do kolejnych komór
i kryjących się pod autobusami. Z łukowatego sklepienia posypał się pył,
a po nim odłamki skały. Światła zamigotały, ale nie zgasły. To wszystko
trwało najwyżej kilkanaście sekund. Poczułem czyjąś rękę na ramieniu.
- Już po wszystkim, panie kapitanie - powiedział porucznik Zawadzki. -
Wjazd do Bastionu znajduje się po niewidocznej od miasta stronie Ślęży.
Cały masyw góry chroni nas przed skutkami odległej o kilkanaście
kilometrów eksplozji nuklearnej.
- Więc to była... - Z trudem wydobywałem słowa ze ściśniętego gardła.
- A słyszał pan o trzęsieniach ziemi powyżej siedmiu stopni Richtera w tym rejonie Europy? - Zawadzki pomógł mi wstać. - Ci idioci z Warszawy
nigdy nie wierzyli w to, co od nas dostawali. A teraz nie będzie gdzie
wysyłać raportów...
Wszystko to działo się ponad dwa lata temu. Tyle czasu spędziliśmy w przepastnych trzewiach świętej góry Ślęży, czekając na możliwość powrotu
na powierzchnię. Nie wiedzieliśmy, co nastąpiło na zewnątrz. Meldunki i rozkazy, których spodziewało się nasze dowództwo, nie nadeszły żadną z dróg przewidzianych w sytuacji kryzysowej. Analiza sejsmologiczna
wykazała, że w ciągu kilku dni po naszym przybyciu do Bastionu na Ziemi
wiele się wydarzyło. Jeśli wierzyć żołnierzom obsługującym
specjalistyczny sprzęt, zanotowano ponad trzy tysiące osiemset
wstrząsów, których bezpośrednią przyczyną mogły być eksplozje nuklearne
- to zaś oznaczałoby, że znany nam świat przestał istnieć. Jednakże
musieliśmy odczekać ponad dwa lata, by przekonać się o tym naocznie.
Dokładnie po siedmiuset pięćdziesięciu dniach dowództwo uznało, że
poziom radiacji na powierzchni opadł na tyle, że można przeprowadzić
rekonesans bez narażania się na napromieniowanie zagrażające zdrowiu i życiu. Odczekaliśmy jeszcze kilkadziesiąt dni, zanim padł rozkaz
przeprowadzenia pierwszego rekonesansu. Spośród dwóch tysięcy trzystu
mieszkańców Bastionu wybrano trzech straceńców.
Pierwszą osobą był buntownik z autobusu, kapitan Paweł Zawadzki, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić. Pomimo usilnych starań majora
Sawickiego nie postawiono mu żadnych zarzutów. Co więcej, słuszność jego
analiz spowodowała, że awansował i znalazł się wśród zaufanych doradców
generała Wałdocha, dowódcy Bastionu.
Jak sądzę, to właśnie znajomości z Pawłem zawdzięczałem przydział do
pierwszej misji. Wielokrotnie rozmawialiśmy o tym, że chciałbym
uczestniczyć w takim zwiadzie. Byłem lekarzem, ale ostatni rok spędziłem
na przygotowywaniu raportów i analiz o sytuacji radiologicznej na
powierzchni.
Jako trzeci miał nam towarzyszyć bliżej mi nieznany komandos z jednostki
powietrznodesantowej, kierowca i spec od masy sprzętu, jaki mieliśmy
zabrać ze sobą. Nazywał się Tomasz Zachwatowicz i był majorem sił
specjalnych - tyle dowiedzieliśmy się z treści rozkazu. Spotkaliśmy go
dopiero przy samochodzie terenowym, którym mieliśmy udać się na
rekonesans. Był wysoki i barczysty, jak przystało na spadochroniarza.
Sprawdzał z listą w ręce, czy niczego nie brakuje w przydzielonym
wyposażeniu. Gdy podeszliśmy do niego, niedbale odpowiedział na salut.
- Zachwatowicz jestem - mruknął, jakby to wszystko tłumaczyło.
Przedstawiliśmy się równie lakonicznie i ułożyliśmy nasze rzeczy na
tylnych siedzeniach pomalowanego w maskujące barwy humvee. Podobno było
to kiedyś ruchome stanowisko dowodzenia, teraz jednak, po wymontowaniu
większości wyposażenia, wóz został wytypowany na środek transportu dla
pierwszego zwiadu. Słusznie zresztą, był bowiem najlepszą tego typu
maszyną, jaką mieliśmy w Bastionie. Major kończył już sprawdzanie i zniecierpliwiona generalicja, która pojawiła się na przeszklonej
galeryjce śluzy powietrznej - oni nigdy nie podejmowali ryzyka - mogła
wreszcie dać nam rozkaz wyjazdu.
Wsiedliśmy do łazika i Zachwatowicz włączył silnik. Nieużywany od
jakiegoś czasu diesel zakopcił niewielkie pomieszczenie o wiele
szybciej, niż ktokolwiek by pomyślał. Musieliśmy wstrzymywać oddech
przez całe dwadzieścia sekund, zanim turbiny systemu wentylacyjnego
zdołały opanować sytuację. Chwilę później wewnętrzne grodzie z cichym
chrzęstem zamknęły wylot tunelu. Na moment zgasły światła i znaleźliśmy
się w całkowitych ciemnościach.
- Ciemność, widzę ciemność - rzucił Zachwatowicz, po czym roześmiał się
rubasznie. A już myślałem, że to kolejny nadęty dupek, myślący, że jest
słowiańskim wcieleniem Johna Rambo.
- Światła w podłodze? Wszystko tu popieprzone - odpowiedział Paweł
cytatem na cytat.
Nie pozostało mi nic innego, jak dołączyć do dialogu. Myślę, że wybrałem
trafnie.
- Czy jest tu wyjście na miasto? - zapytałem i w tym momencie zewnętrzne
wrota z przeraźliwym trzaskiem ruszyły na boki, zagłuszając nasz śmiech.
Do wnętrza śluzy wpadł promień oślepiającego światła. Na szczęście
fotochromatyczne okulary zniwelowały ten błysk. Szpara poszerzała się
przy akompaniamencie piekielnych dźwięków rozcieranego na miał kamienia.
Chyba z pół minuty trwało, zanim otwór stał się na tyle duży, by
przepuścić łazika. Zachwatowicz przeżegnał się i lekko nacisnął pedał
gazu. Trzytonowy pojazd ruszył powoli w stronę światłości, która objęła
najpierw płaską maskę wozu, a potem przednią szybę. Trochę to
przypominało sceny ze starych dobrych filmów Spielberga.
Wyjechaliśmy na leśną przecinkę. W każdym razie kiedyś musiała to być
przecinka wśród niemal stuletnich sosen, z których teraz pozostały
wypalone kikuty sięgające czasami na kilkanaście metrów w górę. Major
przejechał krótki odcinek i zatrzymał wóz obok pordzewiałej i okopconej
tabliczki, ostrzegającej przed paleniem ognia w lesie. Dozymetr
zamontowany na desce rozdzielczej nie wykazywał zbyt wysokiego poziomu
promieniowania, a kombinezony, jakie nosiliśmy, dzięki hermetycznym
zamknięciom pozwalały na poruszanie się w znacznie bardziej skażonym
terenie.
- Czy może pan, kapitanie, zbadać skład chemiczny powietrza? - zapytał
oficjalnym tonem Zachwatowicz.
Skinąłem głową i otworzyłem torbę z analizatorem. Po minucie ekran
komputera wypełnił się danymi.
- Brak substancji chemicznych i biologicznych, które mogłyby zagrażać
życiu - powiedziałem po przejrzeniu wykresów. - Przynajmniej według tej
maszynki.
- To dobrze - ucieszył się komandos - bo mam zamiar pooddychać bez
pośredników.
Odpiął hełm i wciągnął powietrze nosem. Wypuścił je długim wydechem, po
czym sięgnął do leżącego na siedzeniu obok niego chlebaka i wydobył
paczkę cameli. Z nabożeństwem wyłuskał ją z folii i otworzył. Wsunął do
ust papierosa i zapalił sztormowymi zapałkami z zestawu survivalowego.
Paweł poszedł w jego ślady. Zdjął hermetyczny hełm i poprosił o papierosa. Ja nie paliłem. Nigdy nie rozumiałem, co przyjemnego jest we
wciąganiu dymu do płuc, ale widząc zachwycone miny współtowarzyszy,
domyślałem się, że coś w tym jednak musi być. Cały Bastion był objęty
całkowitym zakazem palenia, nie tylko z powodu aktywnych systemów
przeciwpożarowych, ale i lekkiej niewydolności systemów wentylacyjnych,
które mimo zapewnień Sawickiego oparto w większości na starych,
poniemieckich rozwiązaniach. Z pewnym ociąganiem również pozbyłem się
hełmu i zaczerpnąłem pierwszy haust świeżego powietrza. Prócz
papierosowego dymu nie wyczułem jednak niczego. Spalony las już dawno
przestał pachnieć czymkolwiek.
Przerwa na papierosa trwała ponad pięć minut, podczas których nie
rozmawialiśmy. Oni delektowali się camelami, ja obserwowałem okolicę.
Jak okiem sięgnąć, a nie była to zbyt wielka przestrzeń, nie dostrzegłem
skrawka zieleni. Wypalone drzewa, wypalona ziemia i niezwykłe błękitne
niebo bez jednej chmury. Cisza tak kompletna, że dźwięczała w uszach. To
właśnie ta cisza była w tym wszystkim najgorsza. Zachwatowicz jakby
czytał w moich myślach. Wsunął do odtwarzacza płytę kompaktową i nagle
otoczyła nas muzyka.
"Znowu w życiu mi nie wyszło..." - pamiętałem te słowa. Budka Suflera,
Sen o dolinie. Ruszyliśmy w dół zbocza, słuchając kolejnych taktów
muzyki. Patrzyłem na monotonny obraz spalonego lasu i podobnie jak
bohater piosenki zagłębiłem się w myślach o dolinie, ku której
zmierzaliśmy, a która kiedyś była naszym domem.
Zbliżaliśmy się do Wrocławia. Naszym głównym zadaniem było sprawdzenie,
w jakim stopniu miasto ucierpiało wskutek ataku nuklearnego i czy
możliwe jest ponowne jego zasiedlenie. Mieliśmy dotrzeć jak najbliżej
centrum, do bunkrów pod dawnym Urzędem Wojewódzkim, gdzie usytuowano
Regionalne Centrum Kryzysowe. Tam znajdowały się wyniki i odczyty ze
wszystkich urządzeń pomiarowych zainstalowanych na terenie wokół miasta
na wypadek podobnych zdarzeń. Według sztabowców cała nasza misja powinna
zająć nie więcej niż sześć godzin, aczkolwiek Zachwatowicz od początku
był nastawiony do tego limitu bardzo sceptycznie. Dlatego postanowił
omijać wszystkie miejscowości na trasie, abyśmy mieli jak najwięcej
czasu na odnalezienie szybów prowadzących do Centrum. Nie sposób było
odmówić mu racji. Teraz, w promieniach słońca, martwy krajobraz wydawał
się upiorny, a co będzie po zachodzie, woleliśmy nie myśleć.
Tuż po czternastej zatrzymaliśmy się na skraju szosy, niedaleko centrów
handlowych przy autostradzie. Przestronne parkingi wokół Ikei i pozostałych domów towarowych były kompletnie puste. Same hale zdawały
się nietknięte kataklizmem, przynajmniej z daleka. Obserwacja okolicy
przez lornetki pokazała jednak znacznie smutniejszą rzeczywistość: w wielu miejscach popękane i opalone fasady, a tam, gdzie konstrukcja była
słabsza, kilkumetrowe wyrwy.
W oddali było już widać miasto. Gołym okiem mogliśmy dostrzec tylko
kikuty kominów elektrociepłowni i postrzępioną bryłę wieżowca Sky Tower,
który zamienił się w sterczący na kilkadziesiąt pięter szkielet z betonu
i stali. Fala uderzeniowa odarła go z wszelkich elementów fasady i zdmuchnęła ścianki działowe wewnątrz części biurowej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki