[1] Joel Mokyr, The Lever of Riches, Oxford: Oxford University Press, 1992, s. 304.
[2] Harold J. Berman, Law and Revolution: The Formation of the Western Legal Tradition, Cambridge, MA: Harvard University Press, 1983, wstęp. [Wyd. pol.: Harold J. Berman, Prawo i rewolucja. Kształtowanie się zachodniej tradycji prawnej, przeł. Stefan Amsterdamski, Warszawa: PWN, 1995].
[3] Jack Goldstone, Efflorescences and Economic Growth in World History: Rethinking the "Rise of the West and the Industrial Revolution", "Journal of World History", vol. 13, no. 2 (2002), s. 323-89.
[4] Joel Mokyr, Cardwell's Law and the political economy of technological progress, "Research Policy", vol. 23, no. 5 (1994), s. 561-74.
[5] Kenneth Clarke, Civilisation: A Personal View, New York: Harper & Row, 1969, s. 3f. [Wyd. pol.: Kenneth Clark, Cywilizacja. Własny punkt widzenia, tłum. Anna Arno, Warszawa: Wydawnictwo Próby, 2022, s. 15].
[6] https://twitter.com/DavidDeutschOxf/status/1711754517077758309/.
[7] Charles Freeman, The Greek Achievement, London: Penguin, 2000, s. 6.
[8] Percy Bysshe Shelley, Essays and Letters by Percy Bysshe Shelley, London: Walter Scott, 1886, s. 136.
[9] John Stuart Mill, A System of Logic, Book VI, Indianapolis, IN: Liberty Fund, 2006, s. 938. [Wyd. pol.: John Stuart Mill, System logiki dedukcyjnej i indukcyjnej, przeł. Czesław Znamierowski, Warszawa: PWN, 1962, T. 2, s. 689].
[10] G. W. F. Hegel, Lectures on the Philosophy of History, London: Henry G. Bohn, 1861, s. 268. [Wyd. pol.: G. W. F. Hegel, Wykłady o filozofii dziejów, przeł. Adam Zieleńczyk, Warszawa: De Agostini Polska; Altaya, 2011].
[11] Myke Cole, The Bronze Lie, Oxford: Osprey, 2021.
[12] https://acoup.blog/2019/09/27/collections-this-isnt-sparta-part-vii-spartan-ends/ [oraz] Bret Devereaux, Spartans were Losers, "Foreign Policy", 22 July 2023.
[13] Plutarch, Parallel Lives. Peter Green, The Greco-Persian Wars, Berkeley, CA: University of California Press, 1996, s. 130. [Wyd. pol.: Plutarchus, Żywoty sławnych mężów, przeł. Mieczysław Brożek, Wyd. 3 zm., Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1953].
[14] Myke Cole, The Bronze Lie..., dz. cyt., s. 158.
[15] Plato (Platon), Complete Works, Indianapolis, IN: Hackett, 1997, s. 1168.
[16] Victor Davis Hanson, The Other Greeks: The Family Farms and the Agrarian Roots of Western Civilization, Berkeley, CA: University of California Press, 1995.
[17] Martin Wolf, The Crisis of Democratic Capitalism, London: Allen Lane, 2023.
[18] Euripides, Euripides II, Chicago, IL: University of Chicago Press, 2012, s. 155. [Wyd. pol.: Eurypides, Tragedie, T. 1-2, przeł. Jerzy Łanowski, Wyd. 2 popr., Warszawa: Prószyński i S-ka, 2005].
1 Ateny Demokraci, marzyciele i inni odszczepieńcy
W dziejach człowieka Grecja na zawsze zapisała się jako miejsce, gdzie ludzkość przeżyła najdoskonalszą młodość i piękno w pierwotnej, nieskalanej formie.
Johann Herder[7]
Okres od narodzin Peryklesa [495 r. p.n.e.] do śmierci Arystotelesa [322 r. p.n.e.] jest bez wątpienia [...] najbardziej pamiętny w dziejach świata.
Percy Bysshe Shelley, 1815 r.[8]
[...] gdyby nie było Sokratesa, Platona i Arystotelesa, to nie byłoby filozofii w ciągu następujących dwóch tysięcy lat, a wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i w końcu tego okresu.
John Stuart Mill, 1843 r.[9]
Dla niektórych jest to opowieść o pochodzeniu zachodniej cywilizacji.
W 480 r. p.n.e. potężne i despotyczne imperium perskie najechało Grecję z zamiarem zniszczenia do cna miast-państw. Stało się to, zanim wkroczyły w złoty wiek, który z czasem natchnął najpierw imperium rzymskie, a potem całą Europę. Według Herodota dwa i pół miliona mężczyzn rodem z rozległego kserksesowego imperium perskiego sprawiło, że zatrzęsła się ziemia i wyschło wiele rzek. Armia Kserksesa I, wsparta tysiąc dwustoma okrętami, miała zdusić w zarodku greckie oświecenie. Zdaniem Hegla była to chwila, w której losy świata zawisły na włosku. Naprzeciw siebie stanęli: świat zjednoczony pod jednym berłem i oddzielne państewka wiedzione poczuciem osobistej wolności[10].
I wówczas, jakimś cudem, marsz największej armii w dziejach ówczesnego świata został zatrzymany w Termopilach (gr. thermos - gorący, pylai - wrota) - na wąskim skrawku lądu opodal wybrzeża - przez mniej więcej trzystu Spartan wspartych koalicjantami. Sparta była położonym w południowo-wschodniej części Peloponezu miastem-państwem. Podziwianym, rządzonym hierarchicznie i hołdującym rygorystycznemu stylowi życia, w którego ramach właściciele ziemi nieustannie wprawiali się w wojennym rzemiośle. Nieustraszeni w boju, niemal zawsze zwyciężali. Woleli polec, niż się poddać. Spartanki zwykły mawiać do mężów i synów: wracajcie z tarczą albo na tarczy. Pozbycie się ciężkiej tarczy i ucieczka przed wrogiem było hańbą, czymś gorszym niż śmierć.
Trzystu Spartan pod wodzą króla Leonidasa powstrzymywało w samobójczej misji tysięczne rzesze Persów. Wezwanie do złożenia broni kwitowali słynnym "chodźcie i sobie weźcie". Kserkses wysyłał w bój wyborowe oddziały żołnierzy z trzech kontynentów. Bez rezultatu. Jednak pod koniec drugiego dnia bezpardonowych zmagań Greków zdradzono. Ktoś wskazał Persom górską ścieżkę, którą przedostali się na tyły greckich wojsk. Spartanie nakazali sojusznikom ewakuację, byli zdecydowani samodzielnie walczyć do ostatniego żołnierza. Porzucili redutę i ruszyli na wroga. Nim zginęli, co do jednego, zabrali ze sobą do Hadesu tysiące najeźdźców.
Król Leonidas z rodakami zginął u gorących wrót, ale opóźnił marsz Persów, dając innym czas na mobilizację. Co ważniejsze, złożenie przez spartańskich hoplitów życia w ofierze, mocno podbudowało morale. Grecy się zjednoczyli i wyparli najeźdźców z Attyki. Poświęcenie Leonidasa nie było klęską, lecz początkiem wiktorii, która przyniosła Grekom wolność, umożliwiła okres niebywałego rozkwitu kulturalnego i odkryć naukowych w Atenach i innych miastach. Stało się zaczynem do powstania cywilizacji Zachodu i współczesnego świata.
Wyczyn Leonidasa to niezwykła historia, a zarazem jedno z tych zdarzeń, które wzbudziły we mnie zainteresowanie historią i antykiem. Niestety, niemal w całości jest blagą.
Spartańskie przegrywy
Owszem, inwazja perska była faktem i niemal cała Grecja dostała się pod panowanie Kserksesa I. Ale dwuipółmilionowa armia jest wielką przesadą. Jeśli bliższe prawdy są dzisiejsze szacunki, mówiące o dwustu pięćdziesięciu tysiącach najeźdźców, to i tak była to największa siła, jaką widział ówczesny świat. Spartanie nie pokonali Persów, nie byli obrońcami wolności, nie tylko w Grecji, ale nawet we własnym państwie. Mieli niechlubną opinię niewielkiej oligarchii, która - w przeciwieństwie do innych Greków - ochoczo zniewalała nawet całe populacje ziomków. Spartiaci (pełnoprawni obywatele starożytnej Sparty - przyp. tłum.) utrzymanie i styl życia zawdzięczali pracy helotów przypisanych do ziemi. Sparta wadziła się z innymi polis o hegemonię i po przegranej z Atenami i Koryntem ochoczo poszukała pomocy u Persów, by w roli ich namiestników nadal podporządkowywać sobie inne greckie nacje.
Bodaj jedyne, co można dobrego powiedzieć o Sparcie, to wprowadzenie agoge. Nazwa oznacza system wychowania, który separował i koszarował spartiatów w wieku od siedmiu do trzydziestu lat i poddawał ich ostrym rygorom (rytuał inicjacyjny nie przewidywał upolowania wilka, jak to pokazują filmy, lecz zakradnięcie się i uśmiercenie bezbronnego niewolnika). Jednocześnie dzięki takiej separacji kobiety prowadzące gospodarstwo domowe zyskiwały stosunkowo mocną pozycję społeczną.
Spartanie nie byli tak wyśmienitymi i niezwyciężonymi żołnierzami, jak głosi mit historyczny. Owszem, byli wytrawnymi piechurami, wyćwiczonymi lepiej od innych, ale w zasadzie byli niewiele lepsi od wojska innych polis. Analiza stu dwudziestu sześciu bitew wskazała, że Spartanie wygrali tylko pięćdziesiąt; pięciu nie rozstrzygnięto, siedemdziesiąt jeden przegrali[11]. Po porażce, a nawet wówczas, gdy się tylko na nią zanosiło, salwowali się ucieczką równie często jak inni. Porzucali tarcze, nie zaś - jak głosi przekaz - wracali wyłącznie na nich.
Znawca antyku Brett Devereaux przekonuje, że w wojskowości Spartanie nie wykazywali się pomysłowością i przeważnie korzystali wciąż z tych samych strategii. Nigdy nie udoskonalili logistyki i nie próbowali nowych taktyk, współdziałania różnych formacji ani operacji morskich. Oceniwszy skuteczność osiągania przez Spartę strategicznych celów, Devereaux napisał:
Wojska Sparty to kompletna porażka. Spartiata nie był super żołnierzem, a przygotowanie wojskowe dalekie od doskonałości. W istocie agoge odpowiadała za brak elastyczności, arogancję i oduczała pomysłowości. Konsekwencją tych uchybień był upadek Sparty [...] Koszmar ustroju Sparty: podłość agoge, ucisk helotów, dyscyplina dnia codziennego - wszystko to na nic. Co gorsza, system stworzył klasę przywódczą, która wydawała się niezdolna do rozwiązywania nawet podstawowych problemów[12].
Termopil broniło nie tylko trzystu Spartan, lecz rzesza przypuszczalnie ponad pięciu tysięcy wojowników z państw sprzymierzonych ze Spartą. Ta bowiem zdecydowała nie wysyłać głównych sił poza ojczyste strony. Jako pretekst podano zbliżające się święto, które skłoniło większość ludzi do pozostania w domach. Dołączyli przedstawiciele innych miast-państw, które nie znalazły wymówki od udziału w walce. Po wycofaniu się głównych sił w straceńczej obronie reduty trzystu Spartanom oraz ich niewolnikom towarzyszyli Tespijczycy i Tebańczycy. Łącznie około dwóch tysięcy mężczyzn. Spartański kontyngent był najmniej liczny.
Zjednoczenie Greków do walki z Persami nie wymagało poświęcenia życia w Termopilach. Dokonało się [rok] wcześniej podczas spotkania przedstawicieli miast-państw. W czasie gdy walczono w Termopilach, zjednoczona flota grecka zmagała się opodal z okrętami perskimi, uniemożliwiając desant na tyłach obrońców. Zażądali tego Ateńczycy, gdyż dowodzący grecką armadą Spartanin Eurybiades chciał odpłynąć w kierunku Peloponezu. Uznał, że siły lądowe sobie poradzą, a na morzu Persowie są nie do pokonania. Jak skomentował jeden z historyków: "nie najlepiej świadczyło to o kwalifikacjach greckiego admirała"[13]. Ateńczycy przekupili go, by został.
Bitwa w Termopilach nie była porażką, która okazała się zwycięstwem, jak to z czasem utarło się mówić. Przeciwnie - kompromitacją omalże niweczącą cały wojenny wysiłek. Grecy sprytnie wskazali Termopile jako miejsce nadające się do zniwelowania liczebnej przewagi Persów. W najwęższym miejscu przesmyku mieściły się obok siebie ledwie dwa rydwany. Pięć tysięcy dobrze wyćwiczonych i silnie uzbrojonych żołnierzy uniemożliwiało przejście. Bez względu na to, ile formacji piechoty wysyłał w bój Kserkses. Lekkozbrojni Persowie w starciach jeden na jednego byli bez szans. Liczebność greckich zastępów pozwalała na konieczne wycofywanie z linii rannych i wyczerpanych. Ich miejsce zajmowali wojownicy świeży i wypoczęci.
Wystarczyłaby odrobina uporu. Kserkses zebrał przypuszczalnie ćwierć miliona mężczyzn, którzy przebywali z dala od domów, więc głód i pragnienie zaspokajali tym, to sami zdobywali. Dłuższa o kilka dni obrona Termopil pozbawiłaby najeźdźców środków do życia, tym samym zmusiła do odwrotu. Sto pięćdziesiąt lat później perski oddział, mniejszy niż ten broniący Termopil, przez miesiąc blokował Aleksandrowi Macedońskiemu przejście przez ciasne Wrota Perskie. Grecy mogli zatarasować górską ścieżkę omijającą przesmyk. Persowie bowiem - słynący z wywiadowczych umiejętności - z pewnością by ją odkryli. Król Leonidas popełnił jednak ogromny błąd: powierzył strzeżenie przejścia mniej doświadczonym wojownikom, którzy - zdaniem Herodota - nie zdawali sobie sprawy ze strategicznej rangi posterunku. Elitarne perskie zastępy przemknęły się ścieżką (albo przedarły, eliminując strażników), zaszły obrońców Termopil od tyłu i rozgromiły. Niezdobyta reduta padła w niespełna trzy dni, Kserkses pomaszerował dalej, by w końcu podbić i puścić z dymem Ateny. Zdaniem Myke'a Cole'a, który w opowieści o spartańskich wojownikach szczegółowo zrekonstruował przebieg bitwy, legendarni Spartanie byli "dla perskiej machiny wojennej niewiele większą przeszkodą niż próg zwalniający"[14]. "Przyjdźcie i sobie weźcie" grzmieli spartiaci, wymachując włóczniami i mieczami w kierunku Persów. Ci zaś szybko skorzystali z zaproszenia.
Wojsko Sparty zostało przez historię antyku najbardziej przeszacowane. Najzwyczajniej miało bardzo dobry PR, między innymi dlatego, że Ateńczycy, którzy o tym pisali, byli arystokracją. Ubolewali nad własną plebejską demokracją, fascynował ich totalitaryzm Sparty, który rządy powierzał elitarnej mniejszości.
W szerszym historycznym kontekście tym, co pokonało perskich najeźdźców i ocaliło Grecję, nie był heroizm i siła mięśni Spartan, lecz ateńska inteligencja i wyobraźnia. Otwartość i innowacja wzięły górę nad bezrozumną siłą. Jak się przekonamy, to improwizacja i innowacyjność wsparte podstępami i szachrajstwami pozwoliły Ateńczykom pokonać potężną Persję nie raz, lecz dwa. Niebywały sukces młodej demokracji dał kulturową wiarę konieczną do poszerzania swobód. Zapoczątkował złoty wiek kultury i filozofii, który zmienił bieg historii. Jednak zanim do tego doszło, Ateny doszczętnie spalono, a świątynie obrócono w perzynę.
Ateńskie mącenie
Grecja to zupełnie inna historia. Z helleńskiego cypla Półwyspu Bałkańskiego w południowo-wschodniej Europie było blisko do starszych i bardziej wyrafinowanych cywilizacji, takich jak Egipt oraz miasta Mezopotamii. Miejsc kształtowania rewolucji neolitycznej, w tym uprawy ziemi, gdzie narodziła się sformalizowana gospodarka oparta na umowach i pieniądzu, powstawało pismo, kodeksy, nauki i inne podwaliny ludzkiej cywilizacji.
Grecja była częścią Śródziemnomorza, które kulturowo i gospodarczo zintegrowali feniccy kupcy. Greckie miasta-państwa i tamtejsi mędrcy czerpali z cudzych dokonań. Mniej więcej w VIII w. p.n.e. zaadaptowali fenicki alfabet, potem przejmowali i udoskonalali naukę, sztukę i rzemiosło pochodzące z Mezopotamii i Egiptu. Jednocześnie Grecy, inaczej niż sąsiedzi, podpatrywali też siebie nawzajem, bo nie mieli nad sobą jednej, wspólnej cesarskiej władzy.
Czasem się mówi, że kiedy bóg (prawdopodobnie nie Bóg, lecz jeden z bogów rozległego starożytnego panteonu) stworzył Europę, wszystkie skały zrzucił na Grecję. Rozproszone pośród skalistych wzniesień, izolowane pasmami gór i wodnymi przestworami sadyby opierały się zjednoczeniu. W rezultacie zamiast jednego państwa istniało ponad tysiąc całkowicie samorządnych miast-państw (stgr. póleis, l. poj. pólis; od tych słów wywodzi się polityka). Polis zwykle wyrastała wokół łatwego do obrony akropolu (gr. akros znaczy najwyższy), niedaleko od morza, zatem blisko szlaków handlowych i wędrówek. Owe miasta-państwa zawsze ze sobą rywalizowały, tocząc wojny lub urządzając igrzyska, ale także uważnie się obserwowały i naśladowały. Nigdy nie były sobie zupełnie obce, łączył je język, homeryckie eposy oraz Zeus, Hera i inne bóstwa. Każde graniczyło z tysiącem niewielkich laboratoriów innowacji w dziedzinach prawa, gospodarki i myśli. Supermarket ustrojów, w którym każdy może "wybrać to, co mu się podoba" - jak pisał Platon[15].
Jako żeglarze nieustannie odkrywali i handlowali, więc - chcąc nie chcąc - ocierali się o nowe trendy i metody. Być może doświadczanie różnic oraz dostępność rozmaitych możliwości tłumaczy, dlaczego Grecy nie postrzegali władców jako bogów, a nawet jako byty, z którymi są nadzwyczajnie dobrze związani. Władcy egipscy i mezopotamscy uważali się za istoty boskie lub sprawujące władzę z nadania bogów, a to oznaczało, że sprzeciwiały się im postacie wyjątkowo śmiałe. Greków dziwiło, że tylko perscy kapłani mogli składać ofiary. Każdy bowiem Grek, nie wyłączając kobiet i niewolnych, mógł je składać bóstwom.
Poczucie odrębności, połączone z dążeniem do zachowania niezależności i własnych poglądów, dodatkowo wzmacniała kolejna osobliwość. Wielu Greków uprawiało własną ziemię, nie byli chłopami pańszczyźnianymi ani ludźmi zniewolonymi. Nie wiemy dokładnie, jak do tego doszło. Stało się to w schyłkowym okresie epoki brązu, około 1200 r. p.n.e. To wówczas, w okresie pałacowym (środkowomykeńskim kultury mykeńskiej - przyp. tłum.), żywioły i najazd nowocześniej uzbrojonych Ludów Morza położyły kres ówczesnemu status quo. Nastały ciemne wieki i towarzyszące im zmniejszenie liczby ludności. Rządząca arystokracja musiała zrzec się części władzy i posiadanej ziemi na rzecz ocalałych. Niebawem klasa rolników zapewniła sobie prawo własności do posiadanych gruntów, które mogli przekazywać potomnym. Tym samym wzrosło zainteresowanie rozwojem upraw, hodowlą winorośli, drzew owocowych i oliwnych, które wydawały plon dopiero po dłuższym czasie.
Zdaniem amerykańskiego znawcy antyku Victora Davisa Hansona to ta grupa społeczna zmieniła świat, dzięki posiadanej niezależności oraz udziałowi w konfliktach zbrojnych[16]. Ówczesna ciężkozbrojna piechota grecka (hoplici; od stgr. hoplon - tarcza) walczyła w szyku znanym jako falanga. Chronieni tarczami wojownicy stali w szeregu, ciasno, ramię w ramię. Takich szeregów, stojących jeden za drugim, było co najmniej osiem. Atakowano wroga włóczniami, a po ich złamaniu dobywano krótkich mieczy. Była to niezwykle skuteczna formacja. Do wynalezienia strzemion szarżującą konnicę często zmuszał do odwrotu sam szereg włóczni.
Kto mógł zostać hoplitą? Zbędny był rumak bojowy, zatem nie trzeba było wywodzić się z arystokracji. Ale należało zafundować sobie oręż wyrabiany z brązu, co wykluczało nędzarzy. Zdaniem Hansona hoplitów tworzyła klasa średnia - niezbyt zamożni, ale niezależni rolnicy. Innymi słowy, drobni właściciele ziemscy.
Występowanie w podwójnej roli - rolnika i obrońcy polis - sprawiło, że grupa ta poczuła się w prawie do udziału w rządzeniu. W niektórych polis (poleis) dochodziło do sformalizowanych wysłuchań tego, co rządzący mają do powiedzenia, a w sprawach kluczowych nawet do debat. Nie dziwi więc, że część rolników hoplitów ośmieliła się myśleć o prawie do głośnego wyrażania zdania. Koniec końców w następstwie publicznych nacisków, negocjacji, zamachów, a być może także czegoś w rodzaju pierwszej na świecie rewolucji burżuazyjnej, gdzieniegdzie dorwali się do władzy. Wśród tego, co kultywowali rolnicy hoplici, najważniejsze były obywatelski udział w rządzeniu i ustrój konstytucyjny. Jako pierwsi wpadli na pomysł cywilnej kontroli nad armią.
Także wymiana handlowa osłabiła władzę arystokracji. Po 750 r. p.n.e. następowały kolejne fazy greckiej kolonizacji spowodowane przeludnieniem. Na pierwszy ogień poszła Sycylia i południe Półwyspu Apenińskiego, potem wybrzeża Morza Czarnego. Oba czynniki napędzały handel w całym regionie, stworzyły stosunkowo zamożne kasty kupców, wytwórców i najemników. Jońska nowinka - wprowadzenie systemu monetarnego - usprawniła transakcje i podważyła arystokratyczną sieć wymieniania się darami. Dzięki handlowi Grecy obcowali z innymi kulturami, co zaowocowało innowacjami w metalurgii, malarstwie wazowym i poezji.
Powyższe okoliczności wyjaśniają to, co czasami wymieniano jako cechy helleńskiego charakteru: otwartość, ciekawość świata i elastyczność. Zdaniem samych Greków położone nad Morzem Egejskim Ateny - najbardziej zaludniona polis - najlepiej i najpełniej prezentowały ten charakter. Ateńczycy bowiem musieli stać się szczególnie otwarci na świat, częściowo dlatego, że mieli niewiele możliwości. W Attyce, krainie wokół Aten, dominowały nieurodzajne gleby. Platon porównał je do szkieletu wyniszczonego chorobą. Plony zbóż nie zaspokajały potrzeb, ale ziemia dobrze służyła produkcji oliwy i wina. Zrazu Ateńczycy nawiązali kontakty handlowe po to, by sprowadzać ziarno znad Morza Czarnego w zamian za to, czego mieli w nadmiarze. Coraz bardziej imponująca flota handlowa, budowana z importowanego drewna, naturalnie uzasadniała przemianę w morską potęgę.
Nowe grupy stosunkowo zamożnych rolników i kupców zaczęły podważać dotychczasowe status quo. Równolegle biednieli gospodarze, którym się nie wiodło. Jeśli nie zdołali spłacić długów latyfundystom, popadali w zniewolenie. Inni funkcjonowali w ramach poddaństwa, byli zobowiązani oddawać panu część plonów. Nastał niespokojny czas pełen klanowych waśni i intryg arystokracji, zagrożenia nieposłuszeństwem obywatelskim i rewoltą. Odkrycie fundamentalnej prawdy o przyczynach groźby rozbicia Aten powierzono Solonowi (630-560 r. p.n.e.). W latach 90. VI w. p.n.e. był archontem odpowiedzialnym za naprawę państwa i uspokojenie napięć społecznych.
Jest też przypuszczalnie pierwszym człowiekiem w historii Grecji, o którym dowiadujemy się z tekstów cudzych oraz jego własnych, w tym pieśni i elegii. Z czasem Solon awansował na omalże mitycznego ojca założyciela, męża, któremu przypisywano wszelką legislację i rozmaite opowieści. Wydaje się, że pochodził ze zubożałej arystokracji i dlatego został kupcem i wiele podróżował. Miał więc okazję do porównań społeczeństw i ustrojów. Jego ambicją było stworzenie ujednoliconego systemu, który nie tylko równoważyłby klasy społeczne, ale też każdemu gwarantował partycypację.
Nie próbował wprowadzać demokracji, a jedynie izonomię, rozumianą jako równość wobec prawa. Zarówno biednych, jak i bogatych. Istotą jego zamierzeń była ochrona swobód i własności nawet klas najniższych. Położono kres stosunkom feudalnym na wsi, zakazano zniewalania za długi. Solon nie umorzył ogółu długów, lecz jedynie hipoteczne. Wyzwolił zniewolonych chłopów, podobno nawet poszukiwał Ateńczyków sprzedanych na obczyznę, wykupywał ich i czynił ludźmi wolnymi.
Nie zniósł jednak niewolnictwa. W Atenach, podobnie jak w każdej innej polis, żyła liczna populacja niewolników, zwykle jeńców pojmanych podczas wojen albo ludzi kupionych za granicą. W połowie V w. p.n.e. mogło ich być nawet sto tysięcy. Większość była własnością prywatną, prowadziła gospodarstwa domowe lub pracowała na roli albo w warsztatach rzemieślniczych. Ci, którzy mieli najmniej szczęścia, trafiali do kopalń w Lawrio, gdzie nadzy i napiętnowani wydobywali srebro dla miasta, które szczyciło się swobodami. W świecie starożytnym niewolnictwo brano za rzecz oczywistą. Nie kwestionowali go nawet najwięksi i najradykalniejsi myśliciele. Wyzwoleni lub zbiegli niewolnicy także brali innych w niewolę.
Z pewnością nie znamy szczegółów reform Solona, ale wiemy, że objęły prawną ochroną wszystkich obywateli Aten oraz przyczyniły się do opieki nad klasą drobnych właścicieli ziemi. Dziedziczenie stanowisk zastąpił zestaw niezbędnych wymogów. Wprawdzie najwyższe urzędy nadal pozostały w gestii najbogatszych, ale o inne mógł się ubiegać każdy, z wyjątkiem najbiedniejszych, bezrolnych robotników. Ale nawet oni mieli swoje miejsce w zgromadzeniu, które wybierało urzędników i pociągało ich do odpowiedzialności.
Równocześnie Solon przekonywał do monetyzacji gospodarki i handlu międzynarodowego. Cudzoziemskich kupców zachęcano do osiedlenia się w Atenach, mogli nawet zostać ich obywatelami - w tamtych czasach rzecz niebywała. Promowano eksport dochodowej oliwy, ale ze względu na bezpieczeństwo polis zabraniano wywozu zboża.
Władza jednak pozostała przy rodach arystokratycznych, które - jak dawniej - nadal się ze sobą wadziły. W połowie V w. p.n.e. wyniosło to do władzy Pizystrata. Obwołał się tyranem, tytułem tym tradycyjnie obdarzano uzurpatora, który rządzi nieograniczany prawem. Uważany był za dość łagodnego despotę. Aby zachować pozycję, zabiegał o poparcie klas średniej i niższej. Natomiast rządy jego synów, zwłaszcza Hippiasza [Pizystratyda], przerodziły się w paranoiczną eliminację każdego, kogo uznano za wroga.
Zmagania z tyranią zapoczątkowały narodziny pierwszej w dziejach demokracji. Stało się to w sposób zaskakujący i przy udziale najbardziej nieoczekiwanych orędowników: wygnanych ateńskich arystokratów oraz spartańskich żołnierzy.
Demokratyczna rewolucja
Potężny ród Alkmeonidów czasem kolaborował z despotą Pizystratem, kiedy indziej zaś go zwalczał i w końcu zdradził. Wygnani z Aten Alkmeonidzi w sekrecie planowali powrót. Klejstenes (570-508 r. p.n.e.), jeden z prominentnych członków rodu, zdawał sobie sprawę, że Spartan może zainteresować destabilizacja ateńskiego rywala. Pytanie brzmiało: Jak ich nakłonić do napaści i usunięcia tyrana? Alkmeonida zawsze myślał perspektywicznie i adekwatnie działał. Zaczął wspierać delfickich kapłanów zaangażowanych w kosztowną renowację wyroczni, zniszczonej podczas trzęsienia ziemi. Szczodry patronat sprawił, że ilekroć Spartanie zwracali się do wieszczki o radę, nieodmiennie wyrocznię zaczynała słowami: Najpierw wyzwólcie Ateńczyków.
Wizja przekształcenia Aten w wasala Sparty, w dodatku z boskim błogosławieństwem, skłoniła monarchę Kleomenesa w 510 r. p.n.e. do zaatakowania Aten. Spartan odparto, dopiero powtórny najazd większymi siłami zdołał obalić ateńskiego despotę. Był to jednak drobiazg w porównaniu z późniejszym wypracowaniem kompromisu godzącego spartańską ateńską marionetkę z ambicjami żądnej władzy ateńskiej oligarchii. Najpierw rządy arystokracji próbował przywrócić sprzymierzony ze spartiatami Isagoras. Czasy się jednak zmieniły. Mimo tyranii kwitł handel, nadal powiększała się partycypacja obywateli. W jej ramach rozstrzygano kwestie, którymi nie zajął się władca. Kiedy tyran zniknął, lud uznał, że to on teraz będzie rządził, a nie Spartanie czy oligarchowie.
Klejstenes zdawał sobie sprawę z ewolucji, jaka zaszła w Atenach, i w tym upatrywał szansy. Najwyraźniej pobyt na wygnaniu wraz z grupą pobratymców spędził na poważnych rozważaniach o sposobach uczynienia Aten stabilniejszym miejscem, w którym utrata władzy nie będzie groziła wygnaniem albo śmiercią. Doszli do bezprecedensowego wniosku: należy zwrócić się do demos, czyli ludu, i zaproponować mu zestaw zasad, które dadzą mu kratos, czyli władzę. Zaprosił wszystkich wolnych Ateńczyków do nakreślenia przyszłości państwa, na co lud zareagował wielkim entuzjazmem.
Rozeźleni Spartanie wrócili z zamiarem zlikwidowania demokracji, zanim się na dobre ugruntuje, oraz wygnania Klejstenesa i setek innych wrogich Sparcie rodzin. Król Kleomenes ze swoimi ludźmi oraz Isagorasem zajęli Akropol i zaczęli opracowywać nową oligarchiczną konstytucję. Lud ateński nie pozwolił jednak knuć władcy Sparty i jego pachołkowi w spokoju. Zdarzyła się rzecz niewiarygodna - lud zbuntował się w obronie nowych swobód, ruszył i obległ Akropol. W trzecim dniu oblężenia głodny i brudny Kleomenes poddał się w zamian za umożliwienie ewakuacji do granicy. Spartanie zostali pokonani nie przez wojsko, lecz demokratycznych wichrzycieli, którzy ruszyli masakrować sojuszników Isagorasa.
Triumfujący Klejstenes wrócił, miasto ogarnął rewolucyjny ferwor. Nadeszła pora na stworzenie nowego ustroju, w którym lud weźmie sprawy w swoje ręce. Zmiany były śmiałe i rozległe, a ich wprowadzenie niezwykle pilne. Zdawano sobie sprawę, że poniżeni Spartanie niebawem wrócą, a ponadto inne miasta-państwa zechcą skorzystać z zaistniałej próżni. Należało działać stanowczo i bezzwłocznie. I tak też zrobiono.
Ustanowiono zgromadzenie ludowe, czyli eklezję, w której uczestniczyli wszyscy obywatele (z wyjątkiem niewolników i cudzoziemców); sprawowała zwierzchność nad ogólnymi sprawami państwa. Każdy obywatel miał prawo stawić się w eklezji; zwykle w obradach uczestniczyły tysiące osób. Każde zgromadzenie rozpoczynało się pytaniem: "Kto chce zabrać głos?". Mógł każdy, a po wysłuchaniu argumentów o każdej sprawie decydowała wola większości. Funkcje kierownicze mógł sprawować prawie każdy, jedynie w przypadku najwyższych urzędów nadal obowiązywały pewne kryteria majątkowe.
Zaporą dla tworzenia się klik (koterii) w zgromadzeniu była Rada Pięciuset (bule), która ustalała harmonogram obrad, czasem sama przygotowywała propozycje. Członków Rady wybierano w drodze losowania na rok, a funkcji tej nie można było pełnić w życiu więcej niż dwa razy. Oznaczało to, że zaszczyt ten był udziałem niemal wszystkich Ateńczyków.
Ale to nie wszystko. Klejstenes uznał, że aby demokracja mogła funkcjonować, musi całkowicie i definitywnie przeciąć odwieczne, arystokratyczne więzi plemienne. W tym celu podzielił Ateny na ponad sto demów (demos), samorządne jednostki terytorialne. To one decydowały o obywatelstwie, nie zaś więzy rodzinne. Ku wielkiemu zaskoczeniu Ateńczyków odtąd miały figurować w nazwisku. Zamiast imienia i imienia ojca, będą zapisywać imię oraz nazwę demu.
Z trzech demów (każdy reprezentował inną strefę: miasto, wieś lub wybrzeże) tworzono trytię. Z wszystkich trytii utworzono dziesięć nowych fyl - każda grupowała ludność o odmiennych interesach. Oznaczało to, że każda osoba miała inne pochodzenie plemienne, tym samym powstała mieszanka społeczna i geograficzna. W jednej i tej samej fyli spotkali się wielcy właściciele ziemscy, miejscy rzemieślnicy i ubodzy robotnicy portowi. Każda zobligowana była do wystawienia jednostki hoplitów, konnicy (jazdy) i mianowania dowódcy. Każda fyla delegowała pięćdziesięciu przedstawicieli do Rady. Z tych łącznie pięciuset wybrańców rotacyjnie po pięćdziesiąt osób przez jedną dziesiątą część roku tworzyło kolegium zarządzające posiedzeniami bule.
Utworzono też instytucję, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się dziwna i okrutna zarazem, czyli ostracyzm. Corocznie zgromadzeniu ludowemu Aten zadawano pytanie o to, czy jest ktoś, kto zasługuje na wygnanie z miasta. Odpowiedź twierdząca skutkowała zwołaniem po kilku miesiącach specjalnego zgromadzenia. Wówczas uczestnicy na glinianej skorupie - ostrakonie - wypisywali imię kandydata. Wskazany przez większość z co najmniej sześciu tysięcy zebranych musiał na dziesięć lat udać się na wygnanie. Nie tracił majątku, po powrocie odzyskiwał dawny status. Ostracyzm był w istocie rodzajem wentyla bezpieczeństwa, który pozwalał pozbywać się potencjalnego dyktatora albo tyrana bez rozlewu krwi.
Czy była to demokracja? Według naszych obecnych standardów z pewnością nie. Całkowite odsunięcie kobiet i niewolników od politycznych wpływów oznaczało, że demokracja nie obejmowała większości Ateńczyków. Ale w tamtym czasie grupy te były wykluczone ze wszystkiego. Zachwyt Ateńczyków (i każdego) wynikał z - mimo ograniczeń - wielkiej partycypacji. Nagle nawet nędzarze i prawie kompletni analfabeci mogli wypowiadać się w sprawach wojny, pokoju i administracji publicznej wiążąco dla dowódców i dostojników. Podczas obrad eklezji każdy mógł zabrać głos (jeśli nie brakło mu śmiałości), a podczas głosowania - oddać swój głos.
Także sądownictwo zyskało wymiar ludowy. Miejsce sędziów i adwokatów zajęły strony, które szermowały argumentami. Rozstrzygnięcie wydawało jury złożone z co najmniej pięciuset jeden osób wybranych losowo spośród sześciu tysięcy ochotników.
Gdyby starożytnym Ateńczykom przyszło nas ocenić według ówczesnych standardów, przypuszczalnie by orzekli, że nie mamy demokracji, ponieważ nie decydujemy o wszystkim, kontaktując się ze sobą bezpośrednio. Przyzwolenie na rządy przedstawicieli oraz ich wielokrotną reelekcję przypuszczalnie skojarzyliby z jakąś formą oligarchii. Część z dzisiejszych komentatorów, w tym Martin Wolf, przekonuje, że niektóre starożytne pomysły ateńskie, takie jak zgromadzenia obywatelskie wyłaniane drogą losowania, podniosłyby reprezentatywność naszych demokracji, a zarazem ograniczyłyby wpływ obozów politycznych i logiki nieustannej kampanii[17].
W tragedii Błagalnice Eurypides ideologię demokratyczną włożył w usta legendarnego ateńskiego herosa Tezeusza, który tebańskiemu heroldowi, domagającemu się rozmowy z "panem" miasta odpowiada tak:
Źle rozpocząłeś swą mowę, przybyszu,
szukając tutaj pana, bo tym miastem
jeden nie włada - to miasto jest wolne.
Lud tutaj panem: kolejno co roku
zmiana urzędów, bogacze tu władzy
nie mają większej, równe prawa biednych[18].
(przeł. J. Łanowski)
Skala wprowadzanych zmian zapierała dech w piersiach i trudno wskazać liczącego się ówcześnie myśliciela wierzącego w powodzenie przedsięwzięcia. Innego zdania był ogół obywateli. W szalonym tempie wcielał w życie szeroko zakrojone zmiany. Wszystko zostało dopięte w samą porę, by odeprzeć skoordynowaną ze wszystkich stron napaść na Ateny.
Wstęp do wydania polskiego
"Co jest przyczyną ubóstwa?" - zapytał kiedyś na darmowym portalu X popularny ekonomista Per Bylund. "Nic. To domyślny stan ludzkości. Prawdziwe pytanie brzmi: co jest źródłem dobrobytu?".
Książka, którą otwierasz, podbija stawkę i stawia jeszcze ciekawsze pytania. Dlaczego niektóre społeczeństwa osiągnęły coś więcej niż tylko bogactwo? Dlaczego przez pewien czas zdawały się skupiać na sobie oczy całego znanego świata (a także robiły z nim interesy) i niczym jego grawitacyjne centrum przyciągały kupców, uczonych, odkrywców i artystów z najdalszych jego zakątków globu?
I dlaczego - czasem w ciągu zaledwie jednego pokolenia - ich wielkość przemijała, a oczom podróżników szukających ich dawnego splendoru ukazywał się jedynie "gruz bezkształtny [...] i piaski bielejące w pustyni obszarze"?
Opracowania historyczne, zwłaszcza te opisujące historię ludzkości z wyżyn całej wiedzy, popadają często w pułapkę opisywania jej wyłącznie przez pryzmat wielkich postaci: władców, generałów czy filozofów. Autor tej książki spogląda jednak głębiej. Oczywiście na jej kartach pojawią się dobrze znane sylwetki - wszak nie da się opisać historii ateńskiej demokracji bez nawiązań do Tukidydesa czy Peryklesa; dynastii Song bez przywołania losów jej twórcy cesarza Taizu czy źródeł obecnej dominacji anglosfery bez chociażby wzmianki na temat ojców założycieli. Ich rola jest tu jednak przede wszystkim ilustracyjna.
Tymczasem, jak przekonywał w Strukturach codzienności wybitny teoretyk cywilizacji Fernand Braudel, te wielkie postaci i towarzyszące im wielkie wydarzenia są często jedynie pyłem unoszącym się nad znacznie głębszymi procesami historycznymi. Dlatego bohaterami tej książki nie są wyłącznie wodzowie, władcy i przywódcy. Są nimi również - być może przede wszystkim! - anonimowi kupcy, migranci, rzemieślnicy, uczeni i podróżnicy. Ludzie, którzy każdego dnia tworzyli tkankę swoich cywilizacji.
Jak zauważyła ekonomistka i historyczka Deirdre McCloskey, największą zmianą ostatnich kilku stuleci wcale nie było pojawienie się nowych technologii czy nowych zasobów, ale stopniowe przyznanie godności zwykłym ludziom, zajmującym się handlem, rzemiosłem, wynalazczością i przedsiębiorczością. Autor tej książki, chociaż opowiada historię wcześniejszych epok, również szuka momentów, w których społeczeństwa zaczynały dostrzegać tę wartość twórczej aktywności u zwykłych ludzi, a przynajmniej tolerować ich "dziwactwa".
Właśnie tych bezimiennych ludzi spotkasz na kolejnych stronach tej książki w bardzo różnych miejscach i epokach. Od portu Pireusu, gdzie trwają przygotowania do kolejnej wyprawy handlowej, przez biblioteki abbasydzkiego Bagdadu, gdzie w rękach uczonego kątem oka zauważysz wstydliwie chowany tytuł Cudzołóstwo i jego przyjemności, po pokłady statków Kompanii Wschodnioindyjskiej czy kupieckie domy Amsterdamu, gdzie ze ścian spoglądać będą na ciebie dzieła mistrzów - po raz pierwszy nabywane na komercyjnym rynku sztuki. Dzielą ich język, wyznanie, tysiące kilometrów i setki lat. Łączy przekonanie, że świat poza horyzontem nie jest zagrożeniem, lecz szansą.
Tę szczególną dyspozycję psychiczną - "szczególną kulturę optymizmu" - autor wskazuje jako kluczową cechę każdego złotego wieku. Na kartach tej książki próbuje on uchwycić ów wyjątkowy rodzaj cywilizacyjnej pewności siebie - nie pychę ani przekonanie o własnej nieomylności - lecz wiarę w to, że świat można poznawać, że od obcych można się czegoś nauczyć, a w ich naśladowaniu nie ma niczego wstydliwego. To z tego optymizmu wyrasta fundament każdej opisywanej złotej ery, czyli otwartość na handel, na migracje i na nowe idee.
Jak pokazuje Johan Norberg, powody przyjęcia tej otwartości mogą być różne. W Atenach czy Republice Zjednoczonych Prowincji wynikała z geograficznej konieczności, tam bowiem w obliczu niemożności wyżywienia swojej populacji i w poszukiwaniu "bezpieczeństwa żywnościowego" cywilizacje musiały zwrócić się ku handlowi i importowi. W innych przypadkach była rezultatem geograficznej kontroli: Rzym czy Kalifat Abbasydów z racji samej wielkości tworzyły wewnętrzne strefy "wolnego handlu", przekraczające granice kontynentów. Dla Anglosasów jej utrzymanie stało się wręcz głównym filarem prowadzonej polityki zagranicznej.
Ta otwartość nie ograniczała się jednak wyłącznie do towarów. Szlakami handlowymi nie zawsze przewożono wyłącznie przyprawy, jedwab czy srebro. Przewożono również ludzi. I to nie tylko tych szanowanych, a więc artystów, kupców, rzemieślników poszukujących pracy lub uczonych tropiących niedostępne nigdzie indziej księgi. Miasta będące centrami kolejnych złotych epok stawały się magnesem dla wszystkich przybyszów z najdalszych zakątków świata. Ateny, Bagdad, Florencja, Amsterdam czy stolice dynastii Song, Kaifeng i Hangzhou, nie zamykały się przed światem.
Dobrze obrazuje to przywoływany przez autora mit założycielski Rzymu. Według legendy Romulus po zamordowaniu brata stworzył na Kapitolu azyl dla obcokrajowców, wyrzutków, a nawet przestępców i morderców. Miasto, które miało stać się centrum imperium, od początku definiowało się nie przez pochodzenie swoich mieszkańców, lecz przez gotowość do ich przyjęcia - bez względu na ich przeszłość.
Dlatego historia złotych epok jest również historią ogromnej mobilności. Ludzie, którzy je budowali, przekraczali granice polityczne, językowe i kulturowe w poszukiwaniu lepszego życia, nowych możliwości lub ze zwykłej ciekawości świata. A kwitnące cywilizacje potrafiły z ich talentów, odwagi i pracowitości robić dobry użytek, na przykład gdy chodziło o służbę w legionach (w zamian za obietnicę uzyskania obywatelstwa) albo wtedy, gdy za pośrednictwem przybyszów "pożyczano" lub wręcz wykradano sekrety i wynalazki pozwalające stymulować rozkwit.
Zarówno intensyfikacja wymiany handlowej, jak i migracji podczas opisanych w książce złotych epok nie są przypadkowe. Jak zauważył XX-wieczny ekonomista Ludwig von Mises: "Korzyści płynące z pokojowej współpracy i podziału pracy mają charakter uniwersalny". Ta uniwersalność odnosi się także do czasu historycznego i formy organizacji produkcji. Dlatego kupcy, migranci, rzemieślnicy i uczeni nie tylko przemieszczali towary, lecz także idee oraz własną pracę. Przede wszystkim tworzyli sieć współpracy, która obcych sobie ludzi stopniowo czyniła partnerami, klientami i współobywatelami.
Otwartość sama w sobie nie byłaby jednak wystarczająca do stworzenia dobrobytu i pokoju trwających niekiedy setki lat. Jak mówi greckie przysłowie, społeczeństwo osiąga wielkość, gdy starcy sadzą drzewa, których cienia nigdy nie zaznają. By jednak móc te drzewa zasadzić z nadzieją, że przyniosą pożytek dzieciom i wnukom, obywatele każdej z omawianych cywilizacji potrzebowali instytucji umożliwiających planowanie przyszłości, zawieranie umów i korzystanie z owoców własnej pracy.
Na kolejnych stronach przeczytasz więc o istotnej roli praw własności, rządów prawa oraz decentralizacji władzy. I chociaż przez wieki przyjmowały one różne formy, istotnym wspólnym mianownikiem dla wszystkich opisywanych przez autora społeczeństw były instytucje ograniczające arbitralność władzy.
To wszystko nie oznacza oczywiście, że przedstawione w książce społeczeństwa były utopiami. Większość z nich, co podkreśla autor, pozostawała bardzo daleka od współczesnych nam ideałów wolności. Niewolnictwo było powszechne praktycznie we wszystkich z nich i jest czarną plamą na całej historii ich wielkości. Jego zakwestionowanie i abolicja są osiągnięciami dopiero ostatniej - wciąż trwającej - złotej epoki, a i ona naznaczona jest tą niezmywalną plamą. Podobnie przedstawia się rola kobiet, które przez większą część historii pozostawały poddane woli swoich mężów, braci i ojców. Tak samo wolność i otwartość, o której pisze autor, dotyczyła wyłącznie mężczyzn.
Przypomnienie o tym jest jedną z największych zalet tej książki, autor bowiem nie proponuje czytelnikowi nostalgicznej opowieści o utraconym złotym wieku. Interesuje go raczej pytanie, dlaczego i w jaki sposób nawet niedoskonałe społeczeństwa potrafiły stworzyć warunki do niezwykłego - na tle współczesnych sobie cywilizacji - rozkwitu wolności, otwartości i kreatywności.
Dla osób znających dotychczasowy dorobek Johana Norberga Apogeum ludzkości może mieć charakter naturalnego zakończenia jego wieloletnich poszukiwań intelektualnych. W swoich publikacjach powracał on do tych samych fundamentalnych pytań: skąd bierze się dobrobyt, dlaczego jedne społeczeństwa rozwijają się szybciej niż inne oraz jakie znaczenie dla dobrobytu nas wszystkich mają wolność, handel i otwartość. Dostępny po polsku Manifest kapitalistyczny był obroną instytucji, które umożliwiły nowoczesny wzrost gospodarczy. Wydany w 2019 roku Postęp (oryg.: Progress, London 2016) przypominał, jak niezwykłą drogę przebyła ludzkość w ciągu ostatnich dwóch stuleci.
Niniejsza książka cofa się jeszcze dalej i próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego podobne okresy rozkwitu cywilizacyjnego pojawiały się również wcześniej - na długo przed narodzinami współczesnego świata - i dlaczego za każdym razem nie przetrwały próby czasu.
Dla polskiego czytelnika pytania stawiane przez Johana Norberga mają szczególną wagę. Niewiele społeczeństw w całej historii ludzkości doświadczyło tak spektakularnego awansu gospodarczego i cywilizacyjnego jak Polska po 1989 roku. Jeszcze trzydzieści kilka lat temu byliśmy biedniejsi niż Ukraina. Dziś należymy do grona państw rozwiniętych - pod względem nominalnego PKB jesteśmy 21. gospodarką świata. Pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków jest jednym z niewielu w historii, które w niemal całym swoim życiu, z wyjątkiem jednego roku pandemii, nie doświadczyło recesji gospodarczej. Ten sukces bywa tłumaczony na wiele sposobów, mianowicie przedsiębiorczością Polaków, integracją z Zachodem, członkostwem w UE i transferami wewnątrz wspólnoty czy po prostu... szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Polskiemu czytelnikowi rozważania Johana Norberga mogą przywodzić na myśl Złoty wiek Marcina Piątkowskiego. Nie będzie to przypadek. Opisane tam "5I" (Instytucje, Inwestycje, Innowacje, Imigracja i Inkluzywność), mające wyjaśniać sukces gospodarczy Polski po 1989 roku, będą bardzo dobrze współgrać z tym, co przeczytasz w tej książce. Jej autor prowokuje nas jednak do zadania fundamentalnych pytań o przyczyny właśnie takich procesów. W pewnym sensie Apogeum ludzkości można czytać jako próbę odnalezienia historycznych korzeni zjawisk, które Marcin Piątkowski uznał za źródła współczesnego sukcesu Polski.
Przez ostatnie dziesięć lat miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z Johanem Norbergiem o historii, gospodarce i polityce. Bez względu na temat rozmowy - prędzej czy później - wracaliśmy do tych samych pytań: Dlaczego niektóre społeczeństwa potrafią tworzyć warunki sprzyjające rozwojowi, podczas gdy inne nie? Skąd bierze się społeczny optymizm? Dlaczego ludziom tak trudno zobaczyć i docenić rolę handlu, otwartości i instytucji? Niniejsza książka jest owocem właśnie tej wieloletniej intelektualnej fascynacji autora.
Na kolejnych stronach odwiedzisz miasta, porty i cywilizacje, które przez pewien czas były centrami własnego wszechświata. Po niektórych z nich pozostały jedynie ruiny. Inne nadal żyją w ideach, instytucjach i wynalazkach, które odziedziczyliśmy, choć często nawet nie dostrzegamy ich odległego rodowodu.
Właśnie dlatego pytania stawiane w Apogeum ludzkości są tak aktualne. Także dziś społeczeństwa muszą wybierać pomiędzy otwartością a izolacją, między ciekawością a lękiem przed nieznanym, między sadzeniem drzew, w których cieniu bawić będą się dopiero nasze dzieci i wnuki, a pokusą osiągania natychmiastowych korzyści.
Przedstawiona historia siedmiu wielkich cywilizacji jest zarazem historią wielkiego sporu. Sporu pomiędzy wolnością a przymusem, rozumem a przesądem, wymianą i handlem a protekcjonizmem. Jak przeczytasz we wstępie samego autora, ten spór nie jest zderzeniem cywilizacji, następuje wewnątrz każdej cywilizacji. Johan Norberg nie ukrywa, po której stronie tego sporu stoi.
Jeżeli autor ma rację, to złote epoki nie były dziełem przypadku. Ani nie jest nim obecna złota epoka, z której korzysta dziś znaczna część ludzkości. Jeśli zaś się myli, to podobieństwa między Atenami, Rzymem, Bagdadem, Hangzhou, Amsterdamem czy światem anglosaskim są jedynie historycznym zbiegiem okoliczności.
Tobie pozostawiam ocenę.
Mikołaj Pisarski
Libertarianin. Wieloletni prezes Instytutu Misesa. Aktualnie członek jego Rady Nadzorczej. Doradca zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wstęp
Społeczeństwo, które przestaje interesować się postępami z przeszłości, szybko utraci wiarę w zdolność do rozwijania się w przyszłości.
Joel Mokyr[1]
Każda społeczność ma swój określony czas. I kiedy nadchodzi jego kres, oni nie są w stanie opóźnić go ani przyspieszyć nawet o moment.
Koran, 7:34 (przeł. Musa Çaxarxan Czachorowski)
Tego uczucia zazna wiele osób, które zwiedzają wspaniałe miasta zapisane w dziejach. Mój pierwszy pobyt w Atenach był pielgrzymką do demokratycznej eklezji, Akademii Platońskiej i Arystotelesowego gimnazjonu. I ogarnął mnie dojmujący smutek. W miejscach, które były areną najniezwyklejszych wydarzeń w dziejach ludzkości, zastałem zaśmiecone, upstrzone psimi odchodami gruzy. Zamiast twórczego zgiełku panowała cisza zakłócana przez nietrzeźwego przechodnia.
Doświadczyłem też w Atenach niebywałego piękna, na przykład monumentalnych budowli na Akropolu. Ale nawet one były tylko muzeum świadczącym o dawnej świetności. Miejsce, wokół którego niegdyś kręcił się świat, jest obecnie zestawem kolumn, kamiennych bloków i ułomków opatrzonych tabliczkami informującymi, że znajdowało się tu coś imponującego.
Coś, co natchnęło Shelleya - wyśmienitego admiratora starożytnej Grecji - gdy spoglądał na szczątki Ramesseum, świątyni grobowej Ozymandiasa, króla królów: "Mocarze! / Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą / Gińcie z rozpaczy! Więcej nic już nie zostało... / Gdzie stąpić, gruz bezkształtny oczom się ukaże / I piaski bielejące w pustyni obszarze" (tłum. Adam Asnyk).
Namacalność przemijania wielkich cywilizacji skłoniła mnie do zastanowienia. Co takiego spowodowało, że się wspaniale rozwinęły i dlaczego upadały tak kompletnie, że niewiele po nich pozostało? Zacząłem rozważać, czy przybysze, którzy pewnego dnia zobaczą budowle i centra, z których jesteśmy dumni, będą się zastanawiać, dlaczego nasza cywilizacja się zatraciła, stała niemrawa i popadła w stagnację.
Nie jest to najlepsza pora na pisanie o złotych okresach w dziejach. Żyjemy w erze podnoszenia głowy przez despotów i populistów, gdy zawzięci dyktatorzy próbują tłamsić demokratyczne sąsiedztwa, w okresie, kiedy strach przed nieuchronnym upadkiem wydaje się brać górę nad wiarą w postęp. Ktoś mógłby pomyśleć, że kierują mną motywy zbliżone do tych, które przyświecały amerykańskiemu erudycie prawniczemu Haroldowi Bermanowi, gdy pisał w wielkiej historii kształtowania się zachodniego prawa, że podobno tonący człowiek w mgnieniu oka doznaje retrospekcji całego życia, być może podświadomie szukając w tym, co przeżył, czegoś, co uchroni go przed przeznaczeniem[2].
Nie chciałbym posunąć się aż tak daleko. Jeszcze nie toniemy. Ale czerpanie z historycznych doświadczeń ludzkości może zapobiec kryzysowi; ba, może nawet tę naszą tratwę uczynić zdatniejszą do dalszej żeglugi. Mówi się, że należy badać historię, żeby unikać przeszłych błędów. Wszystko to prawda. Udziałem naszych przodków nie były jednak wyłącznie pomyłki.
Długa lista zgorszeń i okropieństw to nie jedyne, co złożyło się na historię ludzkości. Jest ona także źródłem wiedzy, organizacji i rejestrem sposobów, które większości rodzaju ludzkiego po raz pierwszy pozwoliły uwolnić się od potworności. Zapisy historyczne pokazują, do czego zdolny jest rodzaj ludzki w zakresie eksploracji i innowacji oraz gdy uruchamia wyobraźnię. Już tylko to jest dostatecznie ważkie, by podjąć badania i poszerzać wiedzę o tym, co jest możliwe.
Ta książka traktuje o siedmiu wielkich cywilizacjach: starożytnych Atenach, Rzymie w dobie republiki i okresie wczesnego imperium, kalifacie abbasydzkim, chińskiej okresu dynastii (Południowej) Song, włoskim renesansie, okresie Republiki Zjednoczonych Prowincji i anglosaskiej. Dlaczego akurat je wybrałem? Ponieważ każda egzemplifikuje to, co rozumiem pod pojęciem złoty wiek, czyli okres znacznej liczby innowacji, które w krótkim okresie zdołały zrewolucjonizować wiele dziedzin i sektorów. Złotemu wiekowi towarzyszy kultura optymizmu, która zachęca do zgłębiania nowych dziedzin wiedzy, eksperymentowania z nowymi metodami i technikami, do dzielenia się wynikami z innymi. Charakterystyczne dlań są inwencja, odkrycia naukowe, osiągnięcia technologiczne i gospodarczy wzrost, wyraźnie wyróżniające się na tle tego, co było wcześniej i co nastąpiło potem. A także w porównaniu z innymi ówczesnymi kulturami. Efektem złotego wieku jest wzrost przeciętnego standardu życia, czego zwykle zazdroszczą inni, często także ich spadkobiercy.
Książka byłaby znacznie grubsza, gdyby traktowała o wielu innych kulturach, złoty wiek bowiem nie wiąże się z geografią, pochodzeniem etnicznym czy wyznaniem, lecz z tym, jak wykorzystuje się okoliczności. Prosperity przypada zwykle na okres, w którym dana kultura - z jakiejś przyczyny - zaczyna dostrzegać znaczenie bądź przywiązywać większą wagę do szczególnego fragmentu wierzeń lub obyczajów, który sprzyja otwartości na niespodzianki: nietypowe pomysły i sposoby zapożyczone od kupców albo imigrantów, wymyślone w domowym zaciszu bądź przypadkiem odkryte przez jakiegoś szczęśliwca.
Postęp jest możliwy, jeśli poprzedzony zostanie spełnieniem pewnych warunków. Ich zbiór zamieszczam w każdym kolejnym rozdziale. Surowcem wyjściowym są rozmaite koncepcje i metody, z których należy czerpać lub które trzeba nowatorsko łączyć ze sobą. Zatem postęp wymaga odpowiedniej gęstości zaludnienia; szczególnie kreatywne są obszary zurbanizowane. Otwartość na dokonania innych cywilizacji to najszybszy sposób pobudzania szarych komórek. Właśnie z tego powodu złote wieki często występują w miejscu krzyżowania się kultur. Zawsze czerpały znaczne korzyści z pomysłów towarzyszących międzynarodowemu handlowi, podróżom i migracjom. To promowało nacje morskie, predestynowane do nowych odkryć. "Odległość jest wrogiem numer jeden cywilizacji" - doskonale rozumiał to francuski historyk Fernand Braudel.
Użycie wspomnianych surowców wyjściowych wymaga istnienia względnie zintegrowanego społeczeństwa. Obywatele - wolni od kaprysów feudałów, scentralizowanej władzy i grasujących armii - mogą eksperymentować i wprowadzać innowacje. Żyją w pokoju, pod rządami prawa i w poszanowaniu prawa własności.
I, co najważniejsze, wolni od narzucanych z góry postaw: w co wierzyć, jak myśleć i mówić oraz co czynić. Jeśli ograniczymy dopuszczalność do tego, co poznane i z czym jest nam wygodnie, ugrzęźniemy, nieuchronnie pogrążając się w stagnacji. Zdobywanie wiedzy, majątku i umiejętności technicznych wymaga odrobiny tolerancji dla odmieńców i mącicieli.
Książka uzmysławia, jak tworzone z myślą o odkryciach, innowacjach i wdrożeniach organizacje (instytucje) wywierały doniosły wpływ na naukę, kulturę, gospodarkę i prowadzenie wojen.
Takich tworów nie da się utrzymywać w nieskończoność. Najbardziej przygnębiające w badaniu złotych wieków jest ich przemijanie. Nie trzeba aż dwóch tysięcy trzystu lat, które minęły od tamtych Aten. Nie brak relacji osób, które wracały po kilkudziesięciu latach do tych samych ośrodków, by odkryć, że czasy świetności się skończyły. Niby to samo miejsce, te same zwyczaje i tacy sami ludzie, ale zabrakło owej iskry.
Kalifornijski historyk Jack Goldstone epizody przejściowego wzrostu nazwał "rozkwitami"[3]. To określenie w istocie odpowiada antykryzysowi. Kryzys to nagły i nieoczekiwany spadek wskaźników dobrostanu, rozkwit zaś - nagły i niespodziewany ich wzrost.
Goldstone przekonuje, że większość społeczeństw przeżywa rozkwity, które na wiele pokoleń definiują nowe wzorce myślenia, politycznego zorganizowania i życia gospodarczego. To modyfikacja wszechobecnego przekonania, że pogrążona na długo w stagnacji ludzkość nagle osiąga postęp. Dzieje obfitują w epizody rozwoju i postępu; tyle że zawsze występowały cyklicznie. Charakterem odpowiadały rozkwitom, a nie procesom samopodtrzymującym się i przyspieszającym. Krótko mówiąc, przemijały. To dlatego następujące po sobie epoki srebra, brązu i żelaza tak często mienią się złotymi wiekami. Można by założyć, że historia ma wbudowany społeczny mechanizm utrwalania status quo (blokujący przejście cywilizacji do nowego etapu rozwoju - przyp. tłum.). Byłby to odpowiednik paradoksu Fermiego (nienatknięcie się na kosmitów, mimo wysokiego prawdopodobieństwa istnienia cywilizacji pozaziemskich). Cywilizacje w każdej epoce próbowały pozbyć się jarzma ucisku i niedostatku. Napotykały coraz większy sprzeciw i - prędzej czy później - wracały do utrwalonego porządku. Elity, które swój status zawdzięczały innowacji, starały się palić za sobą mosty; grupy zagrożone zmianami próbowały utrącać wszelkie kulturowe odstępstwa; agresywni sąsiedzi wabieni dostatkiem tych, którzy odnieśli sukces, próbowali zarżnąć kurę znoszącą złote jaja.
Dlaczego elity intelektualne, gospodarcze i polityczne miałyby akceptować układ z mnóstwem niespodzianek i innowacji? Wprawdzie mógłby wzbogacić je o nowe zasoby, ale jednocześnie ryzykowałyby obalenie status quo, któremu zawdzięczają pozycję. Jeśli dochodziło do zmian, często były kwestią przypadku, następstwem rewolucyjnego wzmożenia bądź wymuszały je okoliczności: trudna sytuacja albo potrzeba środków i sposobów do zmagań z konkurentami.
Jednak wcześniej lub później większość elit odzyskiwała panowanie. Przystępowano do przywracania norm i ograniczania nieprzewidywalności. Wybitny badacz stosunków gospodarczych Joel Mokyr nazwał to prawem Cardwella; zajmujący się historią techniki D. S. L. Cardwell zauważył, że w większości społeczeństw techniczny ferwor ma krótki żywot[4].
Egoizm zauważany wśród beneficjentów, którzy mają sporo do stracenia w wyniku zmian, wiele mówi o przyczynach epizodyczności okresów kreatywności i wzrostu. Grupy tym zainteresowane zawsze się znajdą i zawsze są gotowe powstrzymać przyszłość. Pytanie tylko, dlaczego tu i teraz, a nie tam i kiedy indziej? Powodów jest wiele, dadzą o sobie znać na stronach tej książki. Jeden czynnik, mianowicie psychologiczny, zawsze odgrywa niepoślednią rolę.
Historyk sztuki Kenneth Clarke najpierw zapytał, co zagraża cywilizacji, i zaraz sam odpowiedział:
"Po pierwsze, strach - przed wojną, najazdem, epidemią i głodem. W obliczu lęku ludziom wydaje się, że nie ma sensu niczego budować, sadzić drzew, a nawet myśleć o przyszłorocznych zasiewach. Wrogiem cywilizacji jest również strach przed siłami nadprzyrodzonymi, który sprawia, że człowiek nie śmie niczego podważać ani zmieniać"[5] (przeł. Anna Arno).
My, ludzie, funkcjonujemy w dwóch podstawowych trybach: jako uczestnicy wymiany handlowej i jako istoty plemienne. Praludzie rozwijali się (względnie) dobrze, potrafili bowiem i odważali się eksplorować, eksperymentować i wymieniać coś za coś; odkrywali miejsca, partnerów i zyskiwali wiedzę. Czasem uchodzili z życiem tylko dlatego, że zmysłami wykrywali nawet potencjalne zagrożenia i z miejsca reagowali: walczyli albo uciekali do tego co swojskie - jaskini i współplemieńców. Elementami każdej osobowości są odziedziczone po praprzodkach zuchwałość i wrażliwość na zagrożenia. Homo sapiens wyewoluował setki tysięcy lat temu w świecie dalece groźniejszym niż dzisiejszy i tak zwany "szósty zmysł" - nadzwyczajna zdolność do zauważania wiszącego w powietrzu zagrożenia - jest współcześnie nadwrażliwy. W rezultacie często wszczyna fałszywe alarmy i łatwo daje się wykorzystywać tym, którzy chcą dzielić i rządzić.
Jak dowiodłem w książce Open: The Story of Human Progress, ta nadmierna wrażliwość wciąż pozostaje ważną cechą naszej natury, mimo że dawno porzuciliśmy sawanny dla bezpieczniejszego otoczenia. Gdy jako społeczność czujemy zagrożenie, powiedzmy, przez armie sąsiadów, pandemie, recesje albo konflikty, często daje o sobie znać wspólna, instynktowna reakcja "walcz lub uciekaj". Szukamy kozła ofiarnego i zmykamy do fizycznej i intelektualnej bańki, mimo że wielowymiarowe zagrożenia podpowiadają uczenie się i pomysłowość, a nie uniki czy atak.
Stale natykamy się na cywilizacje, które rozkwitają, gdy biorą udział w wymianie (handlu) i nie stronią od eksperymentowania, a zaczynają się staczać wskutek utraty kulturowej wiary w siebie. Zagrożeni często zwracamy się ku stabilności i przewidywalności, nie dopuszczając do siebie tego, co inne i nieprzewidywalne. Niestety, taka postawa powoduje, że często strach przed katastrofą zamienia się w katastrofę. Opory, jakie mamy, redukują liczbę możliwych rozwiązań, ograniczają przystosowanie i innowację, które mogłyby pomóc. Problem z paraliżującym strachem polega na tym, że ma skłonność do paraliżowania.
Nie odważyłbym się twierdzić, że jedynym, czego powinniśmy się bać, jest sam strach. Wyglądałoby to trochę na niedocenianie uzbrojonych napastników czy zarazy morowej. Ale to prawda, że izolowany, paraliżujący lęk pozbawia narzędzi potrzebnych do mierzenia się z problemami. Obcy mogą mordować i niszczyć, ale nie potrafią zabić ciekawości i kreatywności. Tylko my sami zdołamy sobie wyrządzić tę krzywdę.
Historia często się powtarza, ponieważ taka też jest ludzka natura. Wszystkie złote wieki już przeminęły, poza tym, w którym obecnie żyjemy. Zdaniem amerykańskiego dziennikarza Normana Cousinsa, "historia jest ogromnym systemem wczesnego ostrzegania". Gdzie lokuje naszą cywilizację? Niech mi wolno będzie podzielić się przemyśleniami na ten temat dopiero po przyjrzeniu się tym innym, minionym. Tymczasem powiem tylko tyle: potrafimy pływać, ale nie nabywa się tej umiejętności automatycznie - niezbędny jest świadomy wysiłek. To dlatego pomagają lekcje pływania, które serwuje nam od czasu do czasu historia.
Jeśli ktoś chciałby to, co mam do powiedzenia, odnieść do toczonych współcześnie wojen kulturowych, powiem tyle: sprzeciwiam się zarówno relatywistycznemu przekonaniu, iż wszystkie kultury są równe, jak i podziałowi na dwie przeciwstawne, zmagające się ze sobą kultury - ucywilizowaną i barbarzyńską (często przedstawiane jako europejskie judeochrześcijaństwo kontra reszta świata).
Jedne kultury są lepsze niż inne. Zaprzeczanie temu byłoby - jak to ujął fizyk David Deutsch - "negacją, że jakaś forma czyjejś przyszłej kultury może być lepsza niż obecna"[6]. Uznawałoby niewolnictwo oparte na własności (ang. chattel slavery) za równie dobre (złe) jak prawa człowieka. Niektóre kultury są lepsze od innych, gdyż tworzą strategie do gry o sumie dodatniej zamiast o sumie zerowej. Jak przekonuje lektura niniejszej książki, sprzyjają okresom swobód i możliwości, nie zaś ucisku i niszczenia.
Powyższe nie jest tożsame z przyrodzonymi cechami dwóch przeciwstawnych, zmagających się ze sobą kultur. W siedmiu złotych wiekach, którym poświęcona jest książka, zetkniemy się z cywilizacjami: pogańskimi, muzułmańskimi, konfucjańskimi, katolickimi, kalwińskimi, anglikańskimi i świeckimi. Barbarzyńskie w jednych okresach, w innych wybijały się na światowe liderki nauki i techniki. Potem role się odwracały. Wzloty przypadały na czasy kulturowej otwartości na inne cywilizacje, tym samym na więcej tęgich umysłów.
To dlatego zarówno skrajna prawica, jak i radykalna lewica są beznadziejnie ahistoryczne w krucjatach wymierzonych w kulturowy miszmasz. Cywilizacje to nie monolity z raz na zawsze ustalonymi cechami. To złożone systemy, definiowane tym, w co się angażują, co przyjmują od innych lub do czego się dostosowują (albo jak kto woli, co uznają za właściwe). O obliczu cywilizacji decydują zatem relacje i wynikające z nich kombinacje.
Nabranie po lekturze tej książki przeświadczenia, że istniało tylko siedem rzutkich cywilizacji, a resztą dziejów zawładnęli barbarzyńcy, oznaczałoby, że źle wykonałem zadanie. Starcia swobód z przymusem, rozumu z przesądami nie są wojną cywilizacji. To konflikty w obrębie każdej cywilizacji, a także w jakimś stopniu w każdym z nas. Dowolna kultura, kraj i rząd mogą być przyzwoite i twórcze albo kompletnie pogrążone w niewiedzy i oszałamiającym barbarzyństwie. Zatem termin "złoty" definiowany jest nie tylko przez porównanie z innymi, lecz także przez odniesienie do tego, czym nie została. To nie konsekwencja samej woli (uporu); ty i ja bowiem mamy w sobie zakodowane zdolności, by uczynić nasze szczególne miejsce na ziemi przyzwoitym i twórczym, a nie wręcz przeciwnie.
A tak przy okazji... Pragnę podkreślić, że pytanie "czyje złote wieki?" nie jest czczym nawiązywaniem do drażliwych sloganów. Wszystkie opisane w książce cywilizacje hołdowały niewolnictwu, odmawiały kobietom podstawowych praw i z wielką rozkoszą eksterminowały sąsiadów, co do jednej osoby ludzkiej: mężczyzn, kobiety i dzieci. Ilekroć ulegam pokusie przyglądania się tamtym wiekom, marzeniu o życiu w tamtych czasach, uczestniczeniu w filozoficznych dysputach w ateńskim gimnazjonie lub bagdadzkim Bajt al-Hikma (arab. "dom mądrości"), rozmowach z Cyceronem i cesarzem Song o strategiach politycznych, o naocznym kibicowaniu budowie Panteonu, malowaniu Ostatniej wieczerzy lub konstruowaniu prasy drukarskiej, przychodzi otrzeźwienie: nigdy by mi się to nie przytrafiło. Byłbym ubogim wieśniakiem, desperacko starającym się przez kolejną porę roku chronić rodzinę przed głodem i złoczyńcami.
Oczywiście, gdyby dopisało mi szczęście. Filolożka klasyczna Mary Beard bowiem utrzymuje, że admiratorzy imperium rzymskiego zawsze widzą się w roli imperatora bądź senatora (razem to zaledwie kilkaset osób), nigdy wśród kilkumilionowej rzeszy niewolników tyrających w kopalniach, na plantacjach i na służbie.
Spisane dzieje są dziełem piśmiennych elit; w większości wieków gros ludności wiodła żywot nędzny i krótki. To ostatnie dotyczyło też wyższych sfer. Niezależnie od posiadanej władzy narażone były na natychmiastową utratę wszystkiego, jeśli popadły w niełaskę kapryśnego władcy. Także on miał niewielkie szanse w starciu, dajmy na to, z infekcjami bądź hordami barbarzyńców. Przypominam, że każda książka historyczna wspomina o "plądrowaniu" miast. Oznacza to, że tysiącami gwałcono, okaleczano i patroszono ich mieszkańców. Wiele to mówi o tym, do czego jest zdolny rodzaj ludzki.
To, że nasi przodkowie przetrwali mimo wszystko, świadczy o ich geniuszu. Udziałem dziesiątków tysięcy pokoleń były horror i głód. I nagle, w ciągu życia dziesięciu generacji wszystko się odmieniło. Tak bardzo, że wielu z nas zaczęło postrzegać pokój, swobody demokratyczne i pełny brzuch jako normalny stan. Historia nie opowiada wyłącznie o przestępstwach i zbrodniach. Zawiera rozdziały o kiełkowaniu idei, kształtowaniu rozumienia, czym jest zbrodnia lub przestępstwo, o tym, jak się tego wyzbyć. Jeśli wyrzekniemy się dokonań z przeszłości tylko dlatego, że są dziełem ludzi niedostatecznie oświeconych i przyzwoitych (bo tacy byli), utracimy zdolność do rozpoznawania tego, co światłe i porządne. Ponieważ to właśnie z ich zmagań wyłoniły się pojęcia i wrażliwość moralna, którymi dziś się posługujemy.
Czyż zatem nie powinniśmy wstawiać się za czymś, co wyda się nam inspirujące i użyteczne, mimo że wyrosłe na gruzach przeszłości? Czymś, co zapobiegnie dołączeniu naszej cywilizacji do długiej listy Goldstone'a społeczeństw okresowo rozkwitających. Jak to ujął Johann Wolfgang von Goethe: "Kiedy cię los obarczy ojcowizną, / Musisz ją przejąć - mieć ją nie wystarczy"(przeł. Jacek S. Buras).
Johan Norberg