Wstęp
Wstęp
Stres, przygnębienie, wypalenie, stany
lękowe... Każdy człowiek w ciągu swojego życia przechodzi gorsze chwile -
choć z różnym natężeniem i częstotliwością. Stres i związane z nim
choroby to prawdziwa zmora dla milionów ludzi i poważne wyzwanie dla
wszystkich bez względu na wiek czy środowisko. Jako psychiatra (nikt nie
jest doskonały!) mogę tylko potwierdzić lawinowy wzrost zapotrzebowania
na wsparcie emocjonalne. Moi koledzy po fachu nie zaprzeczą: poczekalnie
w naszych gabinetach są przepełnione, a kolejki oczekujących wciąż się
wydłużają.
A gdyby tak istniał szybki sposób na okiełznanie stresu, skuteczna
metoda wymagająca jedynie... przeczytania książki? Metodycznie
skonstruowany podręcznik zdolny wywołać w czytelniku prawdziwy szok
motywacyjny? A gdybyś właśnie trzymał taką książkę w rękach? Proponuję
ci nowatorską technikę opartą na najnowszych odkryciach w dziedzinie
neurologii i solidne doświadczenie kliniczne. Prostą, progresywną i piekielnie skuteczną metodę, dzięki której dowiesz się, jak
powstrzymywać mechanizmy napędzające stres. Pokażę ci, jak za pomocą
kliku łatwych narzędzi zapanować nad nim siłą umysłu.
STRES: KWESTIA DAWKI
Celowo mówię o "panowaniu", a nie "eliminowaniu": bo czy stres na pewno
jest przeciwnikiem, którego musimy zlikwidować za wszelką cenę?
Bynajmniej! Według słownika Le Petit Larousse stres to "stan organizmu
będący reakcją na nagłą agresję". W tym sensie często jest naszym
sprzymierzeńcem, pozwala nam bowiem szybko zareagować, działa motywująco
i stawia nas do pionu. Bez niego bylibyśmy rozleniwionymi, ciepłymi
kluchami. Wyobraź sobie absolutnie wyluzowanego studenta, który
przystępuje do egzaminu z deską surfingową pod pachą: jakie ma szanse
powodzenia? Warto też zauważyć, że stres pomógł nam przetrwać jako
gatunkowi. Powinniśmy być mu za to wdzięczni! Co więcej, przekonanie, że
Świętym Graalem naszych dążeń do szczęścia miałoby być osiągnięcie stanu
permanentnie rozanielonego mnicha buddyjskiego, to ułuda: można być
bardzo szczęśliwym, doświadczając odrobiny stresu, i bardzo
nieszczęśliwym, nie doświadczając go wcale! W rzeczywistości Graalem -?o ile taki istnieje -?nie jest brak stresu, lecz stan flow1, w którym całkowicie skupiamy się na wymagającej, lecz rozwijającej i niosącej sens aktywności intelektualnej, artystycznej czy sportowej. Ja
na przykład doświadczyłem prawdziwych momentów flow, gdy piszę tę
książkę. Stres jest zatem okej, ale pod warunkiem, że mamy flow!
Zbyt duża dawka stresu jednak paraliżuje, przytłaczając nas i odbierając
nam zdolność racjonalnego myślenia i działania -?sprawia, że nasz
student dostaje ataku paniki nad pustą, białą kartką. Jak mawiała jedna
z moich pacjentek, "stres jest jak sól -?potrzebujemy szczypty, nie
więcej!". Chroniczny nadmiar stresu jest nie tylko zbyteczny i uciążliwy, lecz także może powodować przemęczenie, problemy ze snem,
dolegliwości fizyczne, a nawet zaburzenia emocjonalne, między innymi
stany lękowe, depresję czy zaburzenia odżywiania. Zaburzenia te są
często wynikiem nieradzenia sobie ze stresem, czyli stosowania
strategii, które nie dość, że zawodzą, to jeszcze przechodzą w zły
nawyk, jak w przypadku objadania się, sięgania po alkohol albo wpadania
w szał z byle powodu. To tak jak z drapaniem swędzącego miejsca -?z czasem może ono wywołać prawdziwy stan zapalny.
Oczywiście oprócz czynników genetycznych, które wpływają na stabilność
emocjonalną (podatność na stres bywa dziedziczna), istotną rolę
odgrywają także czynniki środowiskowe i przebyte traumy. Już od jakiegoś
czasu socjologowie mówią o zmęczeniu "byciem sobą"2 i ostrzegają
przed toksycznymi formami niektórych form zarządzania, epidemią
samotności, presją ekonomiczną, rosnącym poziomem zestresowania
studentów, lękiem ekologicznym (powodowanym zmianami klimatycznymi),
szkodami psychicznymi wyrządzonymi przez pandemię COVID-19 itd. W efekcie dzisiaj jesteśmy jeszcze bardziej zestresowani niż wczoraj!
Jeśli wydaje się wam, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie płotu,
a kluczem do szczęścia jest rzucenie wszystkiego i przeprowadzka na wieś
zabitą dechami, wiedzcie, że części moich pacjentów, którzy zdecydowali
się na tak radykalną zmianę, szybko zrzedła mina... Po pierwsze, warunki
bytowe i praca na własnej ziemi bywają bardziej stresujące niż te,
których doświadczyli przed wyjazdem. Po drugie, wyrzuć coś drzwiami -
wejdzie oknem! Najlepszym sposobem na zmniejszenie poziomu stresu
niekoniecznie będzie przeprowadzka, lecz nauczenie się, jak sobie z nim
radzić, i to bez względu na miejsce, w którym akurat będziemy. Właśnie
dlatego postanowiłem napisać tę książkę.
NOWE FAKTY, NOWE NARZĘDZIA
Po co pchać się na rynek z nową metodą radzenia sobie ze stresem, skoro
powstało już na ten temat tyle znakomitych książek, podcastów i artykułów, nie mówiąc już o istnieniu całego wachlarza technik
relaksacyjnych, takich jak choćby pozytywne myślenie, autohipnoza,
medytacja czy joga?
Po pierwsze, choć wszystkie wspomniane powyżej praktyki mogą przynosić
niezaprzeczalne korzyści -?wielu osobom pomagają na co dzień -?to nie
działają na każdego. Szczerze mówiąc, w moim przypadku nie sprawdziła
się żadna z nich! Na przykład medytacja, choć teoretycznie jest bardzo
skuteczna, to -?wstyd się przyznać -?w moim przypadku nie przyniosła
żadnych efektów. I nie dlatego, że nie próbowałem: naprawdę się
starałem, ale za każdym razem po trzydziestu sekundach umierałem z nudów! Mogłoby się wydawać, że skoro jestem psychiatrą, to umiejętność
radzenia sobie ze stresem mam w jednym palcu. Przecież od lat przyjmuję
pacjentów zmagających się ze stanami lękowymi i depresyjnymi,
uczestniczyłem w projektach badawczych ze specjalistami w zakresie
neuronauki i miałem zaszczyt przysposabiać się do zawodu w szpitalu
uniwersyteckim Sainte-Anne jako szef rezydentów. Taki punkt widzenia
byłby jednak niekompletny, nie uwzględnia bowiem mojej wewnętrznej
"ścieżki kariery" -?zlęknionego chłopaka, długo poszukującego
najlepszego sposobu, by nie stoczyć się na dno... Przez wiele lat zresztą
łykałem antydepresanty i za każdym razem, gdy próbowałem je odstawić,
lęk niepostrzeżenie wracał. Dokładnie tak, jak śpiewa Pomme3 w jednym z moich ulubionych utworów: "Jestem tym, którego nie widać,
jestem tym, którego nie słychać...".
Na szczęście -?i to drugi powód, dla którego postanowiłem podzielić się
z tobą niniejszą metodą -?nauka posunęła się tak daleko naprzód, że
pozwala nam dużo lepiej rozumieć funkcjonowanie ludzkiego mózgu oraz
zachodzące w nim procesy regulacji i motywacji, a także pułapki
myślenia, w które wszystkim nam zdarza się wpaść. Zmusiło to nas,
psychiatrów, do gruntownej weryfikacji istniejących narzędzi i stworzenia nowych! Takich jak to zaproponowane przeze mnie -?jest ono
nieco inne, prostsze i konkretniejsze, ale, być może, tym samym bardziej
dostosowane do zachodniego trybu życia.
Wreszcie większość aktualnie stosowanych metod moim zdaniem nie
przywiązuje wystarczająco dużej wagi do jednej fundamentalnej kwestii:
chęci zmiany. Ich autorzy przypuszczalnie wychodzą z założenia, że
motywacja, gdy raz już się pojawi, to nie słabnie. Tak jednak nie jest:
wystarczy wspomnieć postanowienia noworoczne, których potem z trudem
dotrzymujemy. Dlaczego? Bo motywacja jest krucha i często topnieje, w miarę jak przytłacza nas rzeczywistość. W gruncie rzeczy żąda się od nas
tak wiele wysiłku na tak wielu płaszczyznach, że trudno jest wykrzesać z siebie więcej. Obudzenie w sobie "woli zmiany" bywa trudniejsze, niż się
wydaje. Właśnie dlatego w tej metodzie skupiam się głównie na
narzędziach motywacyjnych. Uważam, że moją rolą jest nie tyle podać ci
na tacy gotowe rozwiązania, co wzbudzić w tobie ochotę na zmianę swojego
stosunku do stresu!
PROGRESYWNY I ZINDYWIDUALIZOWANY PROGRAM
Dzisiaj mogę z dumą zaprezentować ci metodę Antystres. Składa się ona z siedmiu sesji podzielonych na rozdziały. Dzięki nim rozbroisz pułapki
myślenia (owe kuglarskie sztuczki, przy pomocy których nasz mózg każe
nam wierzyć, że sprawy mają się gorzej niż w rzeczywistości) i uwolnisz
się od tej uprzykrzającej życie tendencji do nieustannego analizowania,
potęgującej stres i zatruwającej życie. Sięgnąłem w niej zarówno do
sprawdzonych naukowo narzędzi, jak i nowych, autorskich sposobów -
opartych na własnym doświadczeniu pracy z pacjentami -?którymi chciałbym
podzielić się z jak najszerszym gronem odbiorców. Jako były naukowiec
byłbym szczęśliwy, gdyby ten program mógł zostać poddany ocenie
niezależnych i kompetentnych ekspertów: młodzi badacze, droga wolna!
W drugiej części książki zamieściłem cztery zindywidualizowane protokoły
służące zapobieganiu niektórym konsekwencjom chronicznego stresu: stanom
lękowym, przygnębieniu, kompulsywnemu podjadaniu oraz natrętnym nawykom,
które sprzyjają rozwinięciu się zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych (OCD).
Każdy znajdzie tam coś dla siebie, w zależności od własnych potrzeb.
Chciałbym podkreślić, że niniejsza metoda kładzie nacisk przede
wszystkim na dogłębne uświadomienie sobie psychicznych mechanizmów,
które są źródłem zaburzeń emocjonalnych, tak aby móc się od nich
uwolnić, mniej zaś na regularne ćwiczenia. Zresztą znakomita większość
osób, które od dziecka czują się szczęśliwe i nie dokuczają im stres,
depresja czy stany lękowe, nie stosuje na co dzień żadnych specyficznych
technik: czują się dobrze, bo intuicyjnie potrafią regulować swój poziom
stresu. Oczywiście utrzymywanie odpowiedniej higieny życia i regularnej
aktywności fizycznej oraz przebywanie w przyjaznym, spokojnym otoczeniu
ma kluczowe znaczenie, toteż wszystkich do tego zachęcam... O ile jest to
możliwe!
Razem z tą książką chciałbym dostarczyć osobom zmagającym się z nadmiernym stresem prostych i skutecznych narzędzi radzenia sobie z nim
oraz zapobiegania powodowanym przezeń zaburzeniom emocjonalnym. Jeżeli
pomogę choć jednemu czytelnikowi, moje wysiłki zostaną wynagrodzone z nawiązką. Jeżeli pomogę wielu -?poczuję się spełniony zawodowo w stopniu
przekraczającym moje najśmielsze oczekiwania!
Przyjemnej lektury! Rozkoszuj się tą podróżą w głąb swojego umysłu;
możliwe, że czeka cię niejedna niespodzianka!
Instrukcja obsługi metody Antystres
Instrukcja obsługi metody Antystres
Metoda jest wybitnie prosta: przeczytaj tę
książkę w całości, uważnie i nie siląc się na zapanowanie nad odczuwanym
stresem.
Podkreślam znaczenie tych trzech elementów:
W całości: to kluczowe dla zrozumienia metody (w przeciwnym razie
będziesz mieć o niej tylko mgliste pojęcie). Jeżeli wydaje ci się, że
nie masz czasu albo nie jesteś wystarczająco zmotywowany, by
przeczytać tę część do końca, radzę już teraz odstawić książkę na
półkę -?sięgniesz po nią później, gdy poczujesz się gotowy. Jej efekty
będą wówczas o wiele bardziej wymierne.
Uważnie: to znaczy tak, jakby od tego zależało twoje życie,
ponieważ, istotnie, od tego być może będzie zależeć jakość twojego
przyszłego życia. Nie masz nic do stracenia, czytając tę książkę. W najgorszym razie dowiesz się co nieco o tajnikach ludzkiej psychiki.
Jeżeli jednak będziesz czytać na wyrywki, oglądając jednocześnie
serial lub myśląc o niebieskich migdałach -?a więc nieuważnie -
szansa, że niniejsza metoda pomoże ci znacząco poprawić kontrolę nad
emocjami, spadnie mniej więcej do zera! Będziesz mieć pewnie poczucie
zmarnowanego czasu i, siłą rzeczy, będziesz rozczarowany. Jeżeli nie
jesteś jeszcze gotowy, żeby przeczytać tę książkę z należytą uwagą,
odłóż ją. Wrócisz do niej, kiedy naprawdę najdzie cię ochota -
wypływająca z autentycznej potrzeby serca -?żeby odkryć jej zawartość.
Inne ważne zastrzeżenie:
radzę nie czytać całej książki za jednym
zamachem, ale tylko jeden seans tygodniowo (maksymalnie dwa) w ciągu
kilku tygodni. Nie należy jednak popadać w skrajność: czytanie trzech
stron co pół roku też nie przyniesie oczekiwanych rezultatów... Tak
naprawdę tempo czytania tej metody powinno być porównywalne z tempem
terapii u prawdziwego psychologa (jedna sesja tygodniowo).
Nie siląc się na zapanowanie nad odczuwanym stresem: to
paradoksalne, przyznaję, ale konieczne. Żeby metoda była skuteczna,
bardzo ważne jest nie tylko uświadomienie sobie ukrytych mechanizmów
stresogennych, lecz także stymulacja motywacji do zmiany. Nie próbuj
kontrolować stresu. W ten sposób zwiększyłbyś tylko ryzyko
okrzepnięcia procesów, które w istocie staramy się uelastycznić.
Byłoby to równie nieskuteczne, jak powtarzanie sobie: "Muszę
koniecznie zasnąć", kiedy dopada nas bezsenność. Jeżeli poczujesz, że
w trakcie lektury coś się w tobie zmienia -?a jest to bardzo
prawdopodobne -?przyjmij to, ale nie na siłę. W dalszej części
zaproponuję ci różne doświadczenia mentalne i rozmaite techniki:
wypróbuj je, nie kierując się niczym innym, jak tylko chęcią lepszego,
autentycznego poznania siebie, i nie siląc się na kontrolowanie
przejawów własnego stresu. Dopóki nie przeczytasz całej książki, każda
próba przejęcia kontroli niosłaby ryzyko unieważnienia pozytywnych
efektów niniejszej metody.
Proces będący osią metody Antystres przebiega dwutorowo. Z jednej strony
ma na celu dogłębne przekształcenie niektórych aspektów funkcjonowania
twojej psychiki, z drugiej zaś -?zmotywowanie cię do zmiany i, przede
wszystkim, ugruntowanie tej zmiany w czasie (czyli na zawsze!). Ten
drugi punkt -?w przypadku metody Antystres opierający się na
nowatorskich i dynamicznych technikach motywacyjnych -?choć kluczowy,
jest często zaniedbywany w większości klasycznych technik
terapeutycznych. Sęk w tym, że zbyt forsowne dążenie do zmiany,
kosztujące wiele trudu i wyrzeczeń, mogłoby zwiększyć poziom stresu i sprawić, że ogranie cię lęk, frustracja lub zniechęcenie, jeszcze zanim
zrozumiesz sens tych działań. W tej metodzie jest inaczej.
KONKRETNIE
Niniejsza metoda i jej harmonogram opierają się na badaniach z dziedziny
neuronauki i odkryciach dotyczących przyswajania wiedzy, które dowiodły
istnienia korzyści płynących z powtarzania i grupowania materiału w krótkie sekwencje oraz pokazały, że nowe treści są utrwalane w trakcie
snu, a w ich pozyskiwaniu kluczowe są uwaga i skupienie. Każda sesja
jest pomyślana w taki sposób, aby jej lektura trwała nie dłużej niż
10-30 minut. Dlatego też:
W celu uzyskania optymalnych efektów, czytaj
jeden rozdział
tygodniowo (maksymalnie dwa).
Najlepszą porą na czytanie jest
wieczór przed pójściem do łóżka
(chyba że jesteś zbyt zmęczony i istnieje ryzyko, że zaśniesz; w takim
wypadku rób to za dnia ze względu na kluczową rolę koncentracji i uważności). Decydując się na sesję przed zaśnięciem, po jej
zakończeniu postaraj się nie używać żadnych ekranów. Jeżeli nie
będziesz mógł zasnąć, zamiast oglądać telewizję lub surfować po
internecie, sięgnij raczej po książkę lub posłuchaj relaksującej
muzyki. No i, na litość boską, wycisz swój smartfon (i nie zaglądaj do
niego do następnego ranka!). Postaraj się także, aby podczas lektury
nikt ci nie przeszkadzał. Niektórych będzie kusiło, żeby przeczytać
wszystkie rozdziały za jednym zamachem albo tylko jeden każdego
wieczoru. Nie jest to jednak rytm, który pozwoli ci na uzyskanie
optymalnych efektów. W ten sposób zaprzepaścisz znaczną część korzyści
płynących z metody, a dynamika zmian nie będzie taka sama.
Staraj się nie spożywać alkoholu ani nie przyjmować leków
uspokajających lub środków przeciwlękowych (benzodiazepinów) w wieczory zarezerwowane na lekturę metody Antystres. Obniżają one
zdolność zapamiętywania i zakres przyswajanej wiedzy. Idealnie byłoby
maksymalnie ograniczyć spożycie alkoholu (a nawet, jeżeli czujesz się
na siłach, całkowicie z niego zrezygnować przez cały okres trwania
programu, co nie tylko dowiodłoby twojej silnej woli, lecz także
zwiększyłoby twoje szanse na powodzenie!), abstynencja sprzyja bowiem
obniżeniu poziomu stresu. To byłby również znakomity test oceniający
twój stopień uzależnienia w przypadku, gdy wychylanie szklaneczki jest
twoim codziennym rytuałem... Generalnie należy pamiętać, że zdrowa i zrównoważona dieta pomaga zapanować nad stresem.
Regularnie uprawiaj sport: liczne badania wskazują na wysoce
korzystny wpływ wysiłku aerobowego (wytrzymałościowego) na poziom
stresu, pod warunkiem że wykonywane są dwa, trzy co najmniej
45-minutowe treningi tygodniowo. Jeżeli chcesz zmaksymalizować swoje
szanse na osiągnięcie jak najlepszych efektów podczas realizacji
niniejszego programu, zachęcam cię do rozpoczęcia lub powrotu do
regularnych treningów (na przykład joggingu, szybkich spacerów itp.).
Na co czekasz? Zakładaj buty!
Kluczowym parametrem, który może zaważyć na powodzeniu tego programu
jest również
jakość snu: człowiek potrzebuje średnio ośmiu godzin
snu, przy czym najważniejsza jest regularność. Z biologicznego punktu
widzenia dla naszego organizmu głównym punktem odniesienia jest pora
pobudki, która powinna być stała -?również w weekendy... Wiem, że wiele
wymagam! O ile to możliwe, w weekendy staraj się wstawać z maksymalnie
półtoragodzinnym opóźnieniem w stosunku do pozostałych dni, w przeciwnym razie z każdym początkiem tygodnia będziesz mieć coś w rodzaju jet lagu! W przypadku poważnych trudności z zaśnięciem przed
pójściem do łóżka możesz zażyć melatoninę (jest dostępna w aptekach
bez recepty), która o wiele lepiej wpisuje się w filozofię tej metody
niż klasyczne środki nasenne. W przypadku trudności z pobudką możesz
zaś -?zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym -?zastosować
fototerapię4.
Podczas lektury
czasem poczujesz, że błądzisz myślami. To dlatego,
że niektóre fragmenty celowo się powtarzają. To absolutnie normalne.
Nie chodzi o zahipnotyzowanie cię, lecz wprowadzenie w nieco odmienny
stan świadomości: przez chwilę pozwól sobie bujać w obłokach, po czym
spokojnie, acz kategorycznie z powrotem nakieruj swoją uwagę na
lekturę. Jeżeli zaśniesz w środku rozdziału, to najpewniej jesteś
zmęczony! W takim przypadku nie walcz ze snem, tylko się połóż.
Zaczniesz czytać ten rozdział od początku, innego wieczoru, kiedy
będziesz w lepszej formie. A jeżeli nie jesteś nocnym markiem i systematycznie przysypiasz nad książką, to trudno, umówmy się, że
będziesz ją czytać za dnia, kiedy najbardziej ci pasuje. Jeżeli w trakcie lektury poczujesz się źle, przerwij sesję. Wrócisz do niej,
gdy poczujesz się lepiej. Jeśli to się powtórzy, najbezpieczniej
będzie całkowicie przerwać ten program i w razie potrzeby zwrócić się
o pomoc do lekarza.
Pierwsze oznaki redukcji poziomu stresu i jego objawów pojawią się
od trzech do pięciu tygodni od rozpoczęcia regularnego stosowania
metody. Wyraźna poprawa następuje zazwyczaj po zastosowaniu protokołów
z sesji 5. oraz 6., a następnie korzystny stan tylko się umacnia.
Efekty nie są natychmiastowe, więc zachowaj cierpliwość. Wprawdzie
czasem pojawiają się szybko i znienacka, ale najczęściej dzieje się to
stopniowo. W całej krasie będą zauważalne -?zarówno dla ciebie, jak i twojego otoczenia -?po dwóch, trzech miesiącach od zakończenia
programu. W przypadku braku poprawy stanu psychoemocjonalnego,
skonsultuj się ze swoim lekarzem.
Pamiętaj, że samo
regularne sprawdzanie swojego poziomu stresu
pomoże ci go obniżyć. "Nie możesz poprawić tego, czego nie możesz
zmierzyć" -?ta zasada, sformułowana przez Williama Edwardsa Deminga,
jednego z wielkich teoretyków zmiany, sprawdza się zarówno w praktyce,
jak i badaniach klinicznych. W sumie to całkiem logiczne, uważne
obserwowanie siebie to pierwszy ważny krok w dobrym kierunku. Od teraz
będziesz więc "monitorować" natężenie stresu za pomocą tabelki na str.
29 (albo za pomocą jednej z niezliczonych aplikacji mobilnych, jeżeli
jesteś fanem nowych technologii), zaznaczając w niej jego uśrednioną
wartość dzienną. Każdego wieczoru będziesz więc wskazywać, czy twój
globalny poziom stresu odczutego w trakcie dnia był zerowy,
nieznaczny, znaczny lub bardzo wysoki. W długiej perspektywie pozwoli
ci to ocenić progres uzyskany dzięki metodzie Antystres.
KIEDY ZACZĄĆ?
Kiedy będziesz gotowy. Naprawdę gotowy.
Natychmiast? Jutro? Za miesiąc? W przyszłe wakacje? Nikt nie może
zdecydować za ciebie.
To tak jak w przypadku palacza, który chce znaleźć najlepszy moment na
rzucenie fajek: tylko on może o tym zdecydować.
Jeżeli masz wątpliwości co do timingu, zadaj sobie następujące pytania:
jakie problemy generuje u mnie stres na co dzień? Czy jego wpływ na
jakość mojego życia jest zauważalny? Jak moi bliscy znoszą jego
konsekwencje? Czy jego skutki mogą odbić się na moim zdrowiu fizycznym
i/lub psychicznym? Jak oddziałuje on na moją pracę i relacje ze
współpracownikami? Jak długo jeszcze będę w stanie to znosić?
A kiedy wreszcie powiesz sobie: "Postanowione, zaczynam!", nie bierz
jeńców. Bądź konsekwentny i dotrwaj do końca programu. Jestem całym
sercem z tobą!
Zaczynasz teraz? Genialnie!
Sesja 1. Nie jesteś sługą swoich zmartwień
Sesja 1.
Nie jesteś sługą swoich zmartwień
Stres, odczuwane przez nas negatywne
emocje, lęk, smutek, wstyd, mroczne myśli i zgryzoty nie spadają na nas
nie wiadomo skąd.
Myśli, niczym ptaki na niebie, codziennie przelatują przez nasz umysł
tysiącami. Skąd się biorą? Dokąd lecą?
Pojawiają się one i znikają jako efekt procesów, o których tutaj sobie
nie opowiemy (tak jak obiecałem, ta książka to nie wykład z neurologii,
chociaż nie ukrywam, że z chęcią podzieliłbym się kilkoma ciekawostkami
na ten temat, bo to jedna z moich pasji!), ale niektóre zostają w naszym
umyśle na dłużej. Wydaje się nam bowiem, że zasługują na szczególną
uwagę. Takie myśli przybierają niekiedy charakter obsesyjny.
Wówczas czepiają się nas jak rzep psiego ogona. Choć zatruwają nam
życie, to nie możemy przestać do nich wracać, tak jak nie możemy
przestać się drapać po ukąszeniu komara, nawet jeśli wiemy, że potem
będzie tylko gorzej. Jak się od nich uwolnić?
Współcześni psychoterapeuci w większości są zgodni co do tego, że
źródłem naszych negatywnych odczuć oraz problemów związanych ze stresem
są nie tyle doświadczane sytuacje, co ich błędne interpretacje, jak
również nasze fałszywe wyobrażenia na ich temat.
To zapętlenie można streścić następująco:
SYTUACJA
(zdarzenie będące źródłem stresu, na przykład trudne spotkanie w pracy)
FAŁSZYWE WYOBRAŻENIE
("Wszyscy myślą, że jestem beznadziejny")
NEGATYWNE EMOCJE
(smutek, lęk, wstyd itd.)
PROBLEMATYCZNE ZACHOWANIE
(na przykład niepójście na następne spotkanie lub przyjęcie na spotkaniu
agresywnej postawy, sięganie po alkohol itd.)
BŁĘDNE KOŁO
Fałszywe wyobrażenia to coś w rodzaju "błędów systemu" wynikających z irracjonalnych przekonań (na przykład: "Nie uda mi się, bo nic nigdy mi
się nie udaje"). Głównym celem klasycznej terapii będzie więc
rozpoznanie i odczarowanie hodowanych przez nas fałszywych wyobrażeń i błędnych przekonań, bez względu na to, czy chodzi o naszą rzekomą
niekompetencję (terapeuta zakwestionuje nasze fałszywe wyobrażenie,
zadając na przykład takie pytanie: "Czy naprawdę nic ci się nie udało w życiu?"), naszego mniej lub bardziej uświadomionego wewnętrznego krytyka
("Czy na pewno wszystko musisz zrobić idealnie, bo w przeciwnym razie to
będzie nic niewarte?"), czy nasz oceniający stosunek do innych i do
świata ("Zatem nikt nigdy cię nie docenia? A gdybym zapytał o to twoich
bliskich, co by powiedzieli?"). Tego rodzaju terapia ma na celu pomóc
pacjentowi samodzielnie zakwestionować swoje błędne przekonania i uzmysłowić sobie, że są one źródłem odczuwanych przez niego negatywnych
emocji.
Takie podejście jest bardzo interesujące, ale zdarza się, że zawodzi,
gdy hodowane latami fałszywe wyobrażenia są zbyt głęboko zakorzenienie w umyśle pacjenta (niekiedy sięgają one nawet dzieciństwa). W ciągu kilku
ostatnich lat naukowcy próbowali ulepszyć ten model terapeutyczny i przyspieszyć jego efekty, opowiadając się za bardziej bezpośrednimi i skutecznymi narzędziami.
Nie wchodząc w szczegóły techniczne, jedna z tych nowych metod5
opiera się na założeniu, że przywiązując więcej wagi do treści naszych
myśli zamiast do mechanizmu regulującego proces myślenia, odwracamy
wzrok od głównego winowajcy! Żeby lepiej zrozumieć to kluczowe
rozróżnienie, wyobraź sobie, że masz za zadanie poprawić brzmienie
orkiestry, która choć składa się z profesjonalnych muzyków,
niemiłosiernie fałszuje. Od czego zaczniesz, żeby jak najszybciej
uzyskać wyniki? Od przejrzenia wszystkich partytur i wysłuchania
wszystkich wykonań orkiestry od dnia jej powstania? Od skrupulatnego
przebadania każdego instrumentu? Od wezwania na dywanik każdego muzyka z osobna? (Na tym mniej więcej polega klasyczny model, próbujący
dekonstruować nasze fałszywe wyobrażenia). Nie, najprawdopodobniej
porozmawiasz z dyrygentem, żeby zrozumieć, skąd bierze się problem.
Dokładnie tak samo postąpimy my. Nie będziemy przejmować się treścią
naszych myśli, które przypominają nieco partyturę. Po co je czytać,
skoro to nie one stanowią sedno problemu? Moglibyśmy wspólnie badać je
miesiącami, a ty i tak wciąż nie wiedziałbyś, co zrobić, żeby lepiej
kontrolować swoje emocje!
W dodatku pastwienie się nad muzykami przyniesie efekt odwrotny do
zamierzonego, bo orkiestra z osłabionym morale będzie grać jeszcze
gorzej. Pójdziemy raczej od razu do dyrygenta, żeby zapoznać się z jego
metodami pracy i nauczyć go zarządzać zespołem w taki sposób, aby
podnieść poziom artystyczny zespołu.
Żeby posłużyć się inną metaforą, wyobraź sobie dom. W każdym
pomieszczeniu znajdują się osoby (twoje przekonania), które rozmawiają
ze sobą (rozmowy to twoje obsesyjne myśli), a także meble (twoje
zmartwienia) i książki (twoja wiedza). Klasyczny model terapeutyczny
interesuje się tym, co mówią osoby, oraz kształtem mebli i zawartością
książek. Jest to bardzo czasochłonne, nie wpływa jednak znacząco na to,
co dzieje się w domu. Moje podejście jest całkowicie odmienne, skupia
się bowiem na procesach psychicznych, czyli na wewnętrznej architekturze
budynku. Może warto byłoby wyburzyć ściany? Wstawić przeszklenia? Lepiej
zorganizować przestrzeń? Jesteś więźniem tego wewnętrznego
rozplanowania, ale jesteś także właścicielem domu i jego architektem.
Równie dobrze moglibyśmy użyć metafory biblioteki: żeby poprawić jej
jakość, trzeba zaznajomić się z treścią całego tworzącego ją zbioru
książek (klasyczny model) czy przeprowadzić audyt z bibliotekarzem?
Ponadto, kładąc nacisk na zawartość myśli, model klasyczny zdaje się nie
zauważać, że szczęśliwi i zrównoważeni ludzie również borykają się z fałszywymi wyobrażeniami, obsesyjnymi myślami czy trudnymi emocjami.
Niewątpliwie doświadczają ich w mniejszym stopniu niż osoby narażone na
nadmierny stres czy zmagające się z zaburzeniami emocjonalnymi, ale
przede wszystkim inaczej sobie z nimi radzą i inaczej na nie reagują.
Obsesyjne myśli czy negatywne emocje, takie jak lęk, smutek, wstyd lub
gniew, same w sobie są uciążliwe, ale całkowicie normalne. Stanowią
warunek konieczny, aczkolwiek niewystarczający, by wpędzić kogoś w chorobę z powodu stresu, tak jak można to zaobserwować u osób
borykających się z depresją lub zaburzeniami lękowymi.
Powtarzam -?ważne, żebyś na tym etapie lektury dobrze to sobie zakodował
-?zaburzenia emocjonalne nie są bezpośrednim skutkiem naszych tak
zwanych negatywnych myśli i emocji, ale sposobu, w jaki sobie z nimi
radzimy, a w szczególności czasu i energii, które poświęcamy, próbując
je zrozumieć lub ich uniknąć.
W rzeczywistości stres nie jest naszym wrogiem. To niezastąpiona siła
napędowa naszych działań. Odpowiednio dozowany i kontrolowany utrzymuje
nas w formie. Bez niego -?wiem, powtarzam się -?stalibyśmy się
rozleniwionymi, ciepłymi kluchami. Wrogiem nie są też nasze rzekomo
negatywne emocje. Wręcz przeciwnie, są one naszymi najcenniejszymi
sprzymierzeńcami. Nie tylko chronią nas, lecz także dostarczają nam
informacji, dlatego powinniśmy nauczyć się lepiej je tolerować i interpretować. Bez lęku, smutku, gniewu i wstydu nie istnielibyśmy jako
gatunek! Nie wierzysz mi? Spójrz! Bez lęku spokojnie dalibyśmy się
pożreć drapieżnikom. Bez smutku -?emocji, która tworzy najsilniejsze
więzi międzyludzkie -?porzucilibyśmy nasze dzieci na pastwę dzikich
bestii, nie roniąc ani jednej łzy (ba, sami byśmy je zjedli, gdyby w oczy zajrzało nam widmo głodu!). Bez gniewu nie ochronilibyśmy naszych
terytoriów i klanów przed nieprzyjacielem. A bez wstydu nie
ustanowilibyśmy zasad moralnych. Zachowywalibyśmy się wobec siebie jak
wredne małpki, bez skrupułów wydzierające kawałek z trudem upolowanego
mięsa, którym matka zamierzała nakarmić swoje młode...
Źródłem naszych zaburzeń emocjonalnych nie są trudne emocje, które
pojawiają się i znikają równie niespodziewanie, jak efemeryczne motyle
wiosną, lecz sposób, w jaki na nie reagujemy. Albo raczej: nadreagujemy.
Prawdziwym winowajcą, naszym dyrygentem jest nieumiejętność regulacji
procesów mentalnych!
Niedługo przejdziemy do pierwszej z fundamentalnych zasad tej metody,
dlatego podkreślę raz jeszcze: twojego cierpienia przeważnie nie
powodują doświadczane przez ciebie myśli, emocje lub sytuacje ani
ludzie, z którymi się stykasz. To tylko muzycy i partytura twojego życia
-?owszem, bardzo ważne elementy, ale nie najważniejsze. Cierpienie
wynika z tego, co z tym wszystkim robisz, czyli ze sposobu, w jaki twój
mózg dyryguje tymi procesami i jak je reguluje.
Nie chcę przez to powiedzieć, że jesteś odpowiedzialny za swoje
cierpienie -?bynajmniej! Możesz jednak nauczyć się dyrygować orkiestrą
swoich wspomnień, myśli i emocji w bardziej pogodny i harmonijny sposób.
Masz wrażenie, że to jakaś abstrakcja? To normalne, więc chodźmy dalej.
Wytęż swoją wyobraźnię. Co by było, gdybyśmy po prostu przestali
reagować na nasze fałszywe wyobrażenia i trudne emocje, a zamiast tego
potrafili zachować otwartość umysłu i ciekawość świata wobec
wszystkiego, co dzieje się wokół nas i w nas, nawet jeżeli byłoby to coś
nieprzyjemnego? Co by się stało, gdybyśmy przestali przejmować się
rodzącymi się w naszej głowie zmartwieniami, jak robimy to zazwyczaj?
Wiesz już, co próbuję ci pokazać? Zaciszne miejsce, schronienie, może
nawet Camusowe niepokonane lato, które możemy odkryć w sobie. Żeby się
tam dostać, potrzebujemy metody, która pozwoli nam uwolnić się od
obsesyjnych myśli karmiących się naszymi troskami. W tym miejscu
dochodzimy do pierwszej zasady niniejszej metody -?najprostszej, a zarazem najważniejszej:
Nie jesteś sługą swoich zmartwień.
To oznacza, że nie masz obowiązku meldować się na każde zawołanie
swoich zmartwień. To ty jesteś panem sytuacji i odtąd to ty
decydujesz, kiedy udzielić im audiencji.
Proponuję ci eksperyment myślowy, który szczególnie lubią moi pacjenci.
Wyobraź sobie, że jesteś wielką królową albo szlachetnym królem (w końcu
wszyscy jesteśmy władczyniami i władcami naszego umysłu!). Podczas gdy
spokojnie spożywasz obiad w towarzystwie swojej drogiej rodziny, z zamkowego dziedzińca dochodzą odgłosy jakichś wyjątkowo swarliwych
kmiotków, robiących raban o rzekomo skradzionego kurczaka. Wreszcie do
komnaty wpada zdyszany szambelan, oświadczając, że wieśniacy żądają
natychmiastowego arbitrażu. Przerywają ci posiłek, ale jako że jesteś
wyczulony na los swoich poddanych, decydujesz się nie zwlekać z rozstrzygnięciem konfliktu. Im szybciej to załatwisz, tym prędzej
wrócisz do ucztowania. Niestety, mimo że odszedłeś od stołu pełen dobrej
woli, mimo że wykazałeś się bezgraniczną cierpliwością i mądrością,
godzinami starając się doprowadzić do ugody, twoja wyrozumiałość jest na
wyczerpaniu. Wieśniacy nie tylko odrzucają wszystkie twoje propozycje,
lecz także na twoich oczach wszczynają bójkę. Kiedy starasz się ich
rozdzielić, sprzymierzają się przeciwko tobie i zaczynają okładać cię
pięściami. Ponieważ nikt nie przychodzi ci z pomocą, uciekasz,
upokorzony i z podkulonym ogonem, szukając wsparcia u bliskich. Ci
jednak są nabzdyczeni, bo porzuciłeś ich, żeby zająć się dwoma
kłótliwymi kmiotkami, którzy teraz, nie dość, że ci wygrażają, to
jeszcze żądają reparacji!
Tak się właśnie dzieje, kiedy pozwalasz swoim problemom włazić ci na
głowę i poświęcasz im uwagę za każdym razem, kiedy dają o sobie znać. Co
mogli zrobić król lub królowa, żeby zapewnić sobie święty spokój? Na
przykład nie przywiązywać tak wielkiej wagi do sprzeczki wieśniaków, a kiedy zjawił się szambelan z żądaniem natychmiastowego arbitrażu,
zaproponować audiencję następnego dnia w dogodnej chwili.
Uwaga, nie chodzi o to, żeby odganiać troski, ale je dyscyplinować.
Pozwól im istnieć. Jeśli spróbujesz je zdusić, wrócą ze zdwojoną siłą.
Strategie unikowe -?niedopuszczanie do siebie myśli, zaprzątanie uwagi
czymś innym, znieczulanie się poprzez jedzenie, alkohol i inne
substancje -?to tylko woda na młyn naszych ruminacji (przypomnij sobie
kmiotków: jeżeli ich zbesztasz lub przepędzisz, wrócą, żeby jeszcze
bardziej ci się naprzykrzać).
Kiedy rodzi się w tobie niepokój dotyczący spraw bieżących lub
przyszłości, rozpoznaj go jako taki, podpisując go mentalnie tagiem "No
to mamy problem". (Możesz też mentalnie otagować często powracające i stanowiące przedmiot twoich obsesyjnych myśli zmartwienia, nadając im
śmieszną nazwę. Przykładowo jedna z moich pacjentek, regularnie
doświadczająca lęków związanych z bezpieczeństwem finansowym, nazwała
swoje zmartwienie "Skąpiec". Wyobraża sobie wówczas Louisa de Fun?sa w filmowej adaptacji sztuki Moliera, zwłaszcza moment, w którym powtarza:
"Moja szkatułka!". To wystarcza, żeby przywrócić uśmiech na jej twarzy,
i pozwala nabrać dystans. Oto kilka innych propozycji autorstwa moich
pacjentów: pokutnica Gudula, stara prukwa, Kaszpirowski, ciotka
Gertruda, Nostradamus, Tomasz Biegunka itp.). Następnie sklasyfikuj
problem jako "istotny" lub "mało istotny". Wyobraź sobie tabelę z dwiema
kolumnami i dwoma wierszami. W kolumnie "istotny" umieść wszystko, co
rzeczywiście może skończyć się potencjalną śmiercią (twoją lub kogoś z twojego otoczenia). W kolumnie "mało istotny" umieść całą resztę. Teraz
wyobraź sobie podział gryzących cię problemów na "pożyteczne" i "niepożyteczne". W wierszu "pożyteczne" powinno znaleźć się wszystko, co
może popchnąć cię do działania umożliwiającego ci choć nieznaczne
zbliżenie się do celów bliskich twoim najgłębszym wartościom, zaś w wierszu "niepożyteczne" -?cała reszta...
Na twoją całkowitą i natychmiastową uwagę zasługuje tak naprawdę tylko
to, co znajduje się w kolumnie "istotne" i/lub wierszu "pożyteczne".
Pozostałe problemy mogą zaczekać, bo czy na pewno musimy nieustannie
zawracać głowę dyrygentowi? Masz prawo zdecydować, kiedy poświęcisz im
swój czas (wyznacz danemu problemowi spotkanie, na przykład "Jutro
między 17.00 a 17.10"). Ważne, żeby spotkanie nie odbywało się tego
samego dnia i zostało wyznaczone na porę umożliwiającą podjęcie
konkretnych działań (trudno ci będzie skutecznie zadziałać o 23.30, gdy
wygodnie leżysz w łóżku, poza tym istnieje wówczas ryzyko, że twoja
próba rozwiązania problemu zamieni się w bezproduktywne zamartwianie
się!). Kiedy już sklasyfikujesz problem i wyznaczysz mu spotkanie,
pozwól mu po prostu istnieć, nie przywiązując do niego nadmiernej wagi.
Wyobraź sobie, że to balon: w każdej chwili możesz go złapać i mocno
ścisnąć (ryzykując, że eksploduje), lepiej jednak zostawić go w spokoju.
Niech sobie lata. Wciąż będzie w zasięgu twojego wzroku, ale daleko,
niczym sunącą po niebie chmurka. Każde zmartwienie możesz wyobrazić
sobie jako taki obłoczek majaczący w tle twojej świadomości.
Ta strategia odraczania i dyscyplinowania naszej tendencji do
roztrząsania problemów jest naprawdę skuteczna, pod warunkiem że stosuje
się ją na co dzień. Kiedy poczujesz, że najwyższy czas wziąć się za bary
z danym zmartwieniem, wyznacz termin spotkania. Powinno ono trwać od
dziesięciu do maksymalnie piętnastu minut (z zegarkiem w ręku) i odbyć
się w najbardziej dogodnej dla ciebie chwili. O skuteczności tej
techniki decyduje fakt, że to ty umawiasz się ze sobą, wybierając
odpowiadający ci dzień i godzinę. Pamiętaj jednak, żeby nie wyznaczać
spotkania na ten sam dzień, lecz nazajutrz, i nie tuż przed snem.
Ten "kwadrans dla zmartwień" powinien być konstruktywny i produktywny,
najlepiej zatem byłoby -?jak podczas spotkań biznesowych -?zrobić kilka
notatek: listę problemów i potencjalnych rozwiązań, propozycję
następnego spotkania ewaluującego poczynione postępy itd. Jeżeli nie
zmieścisz się w piętnastu minutach -?a tak pewnie będzie, problemy nigdy
bowiem się nie kończą, co zresztą dowodzi tylko tego, że wciąż żyjemy! -
wyznacz sobie kolejne spotkanie, tak jakbyś wyznaczał spotkanie
przesadnie zaniepokojonemu i upierdliwemu partnerowi biznesowemu. Ale
nie na następny dzień: to prawdziwa zrzęda, może więc poczekać co
najmniej tydzień, zanim omówicie rezultaty podjętych starań!
Chciałbym podkreślić, że strategia wyznaczania swoim zmartwieniom
spotkań (pamiętaj, żeby udzielać im audiencji dopiero następnego dnia)
nie ma na celu odciągnięcia cię od twoich problemów, ani tym bardziej od
ich rozwiązania (strategie unikowe systematycznie pogłębiają zaburzenia
emocjonalne i skutkują rozmaitymi negatywnymi zachowaniami: nadużywaniem
alkoholu, sięganiem po narkotyki, kompulsywnym objadaniem się albo
bardziej banalnym kompulsywnym oglądaniem złych seriali). Jej celem
jest ich posegregowanie i zdyscyplinowanie: zyskasz na skuteczności, a zwykłe odroczenie zajęcia się problemem o kilka godzin (dzięki czemu
będziesz mógł się z nim "przespać") pozwoli ci nabrać do niego
odpowiedniego dystansu. Być może, potencjalne rozwiązania wydadzą ci się
wówczas bardziej osiągalne. A skoro strategia dyscyplinowania sprawdza
się u wielu osób, dlaczego nie miałaby sprawdzić się również u ciebie?
Nawet jeżeli przekonałem cię o skuteczności takiego podejścia u innych,
to zdaję sobie sprawę, że takie ciągnące się od dawna, mniej lub
bardziej obsesyjne analizowanie swoich problemów najczęściej przeradza
się w głęboko zakorzeniony nawyk. W takiej sytuacji każda próba jego
wykorzenienia może ci się jawić jako odrealniona i bezsensowna. Pamiętaj
jednak, że póki co sugeruję jedynie uważne przeczytanie tej książki do
końca. Nie zniechęcaj się -?to całkiem normalne, że cel wydaje ci się
odległy (w rzeczywistości leży, być może, na wyciągnięcie ręki, ale
jeszcze o tym nie wiesz!). Na tym etapie nie wymagam jednak, żebyś go
osiągnął, ani nawet próbował zapanować nad stresem. Proponuję jedynie,
żebyś kontynuował lekturę tej książki, czytając ją z zaciekawieniem i uwagą (a jeżeli przy okazji sprawi ci to przyjemność, to tym lepiej!). W dalszej części wspólnie odkryjemy narzędzia, które pomogą ci zmotywować
się do zmiany. Zaufaj mi, w mojej torbie majsterkowicza jest ich co
niemiara!
To wszystko, jeżeli chodzi o naszą pierwszą sesję. Teraz proszę cię,
żebyś zamknął książkę i przez krótki czas skupił się na swoich
odczuciach. Za kilka dni spotykamy się na drugiej sesji. Dziękuję za
twoją uwagę i do zobaczenia wkrótce! :)
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki