Antylopa z Podbeskidzia - Artur Andrus

Reflow text when sidebars are open.
Zauważyłem, że mniej więcej w tym czasie zacząłem bardziej stylizować ballady. Używać słów pozornie gwarowych, wplatać celowo błędy językowe, ortograficzne, przenosić akcent w słowach, końcówki "ą" zamieniałem na "om", "ę" na "e" albo na "em". Tak, żeby jeszcze bardziej podkreślić ich dziadowski charakter.
Bywało, że do napisania wystarczył horoskop, zdarzało się, że inspiracji dostarczyły same tytuły artykułów. Sztuka zanęcania tytułem przeniosła się ostatnio do internetu. Na wszelkiego rodzaju portalach roi się od tekstów typu "Czy radna ukradła pół budżetu miasta?". Wystarczy kliknąć w taką wiadomość, żeby się dowiedzieć, że nie. Że radna jest porządna i niczego nie ukradła. W tradycyjnej prasie coraz mniej uwagi poświęca się tytułom, ale są wyjątki.
W "Gazecie Radomszczańskiej" znalazłem reklamę wyjazdów na operacje zaćmy w czeskich klinikach i relację z akcji Młodzi przeciw dopalaczom. W jej ramach "Uczniowie I LO zorganizowali panel dyskusyjny. (...) Po panelu rozpoczęła się część organizacyjno-warsztatowa z zakresu topografii i orientacji w terenie leśnym. Drugi etap to bieg na orientację, który odbył się 16 października (...)". Skojarzenie dopalaczy z biegami na orientację... Hmmm. Może chodzi o to, że jak zażyjesz, to nie trafisz, jak rzucisz, to się od razu zorientujesz, jak bardzo byłeś w lesie. Nie wiem, lepiej nie będę kombinował.
A teraz trzy tytuły bardzo pobudzające wyobraźnię. Podam tylko ogólnie, czego dotyczyły teksty, proszę sobie przyporządkować. Było o młodych, którzy narzekają, że w Radomsku za dużo starości i trudno coś zdziałać, o nieprawdziwych pogłoskach na temat likwidacji oddziału pediatrycznego i trudnej sytuacji osób prowadzących szkolne sklepiki, w związku z nowymi przepisami dietetycznymi. A tytuły: Zgredy i reszta, Pediatra działa po remoncie i W poszukiwaniu drożdżówki. Przecież każdy z nich to gotowy tytuł książki!
Trzeba mieć w życiu marzenia, plany!
Gdy masz w portfelu dwie stówki,
Ruszaj za morza i oceany
W poszukiwaniu drożdżówki!
Niech cie usłyszom, niech cie zobaczom
W sportowych butach i w dresie,
Jak w ramach akcji "Stop dopalaczom"
Biegasz z kompasem po lesie!
Popatrz, kobieto! Jak dumnie kroczy,
Mimo że młodzież go beszta!
Zęby ma nowe, nowe ma oczy,
Jak z filmu Zgredy i reszta.
Oczy mu błyszczom ogniem jak watra,
A z piersi sie wyrywa śmiech,
To po remoncie stary pediatra
Właśnie do pracy wraca z Czech!
"Halloween w Jastrzębiu-Zdroju cieszyło się dużą popularnością" - informuje "Dziennik Zachodni". "Na wyjątkowo upiornej ślizgawce na lodowisku Jastor pojawiły się prawdziwe tłumy mieszkańców. Wampiry, wiedźmy, zombie - do wyboru, do koloru. Jastrzębianie chętnie przebierali się za straszydła".
To z aktualności, ale czytelnik w tym wydaniu gazety mógł też trafić na ciekawe archiwalia i dowiedzieć czegoś z historii miasta: "Wiedzieliście, że 13 lipca 1929 roku odbyły się wybory Miss Jastrzębia-Zdroju? Miało to miejsce w sali kasyna, gdzie zorganizowano wyjątkowy bal. Wśród licznych, pięknych i pomysłowych atrakcji miał też miejsce właśnie wybór miss Jastrzębia-Zdroju. Wybór padł na znaną ze swej urody w katowickich kołach towarzyskich panią porucznikową Marię Stojowską. Zabawa trwała do białego rana". A już sześć lat później...
"Mieszkańcy Moszczenicy fałszowali pieniądze. W czerwcu 1935 roku czeska policja aresztowała braci Dominika i Rafała M. oraz Jana R. (...) Zatrzymanie nastąpiło podczas próby zapłaty fałszywymi monetami w restauracjach i różnych sklepach. Sąd w Morawskiej Ostrawie skazał oskarżonych na 18 miesięcy więzienia". Po odbyciu kary w czeskim więzieniu fałszerze stanęli jeszcze przed polskim wymiarem sprawiedliwości. "Głównym oskarżonym był Dominik M., który zeznał, że jadąc do Czechosłowacji, w rurze kanalizacyjnej, gdzie wcześniej ukrył dzwonek, znalazł paczkę zawierającą 65 złotych oraz różne formy i metale". Jeśli ktoś czegoś nie rozumie - proszę się nie martwić, sąd w Rybniku też w taką absurdalną historię nie uwierzył i skazał oskarżonych na ponowną odsiadkę, tym razem w Polsce. Materiał na klasyczną balladę podwórzową: piękna kobieta, przestępcy, straszydła.
Wnuczka w niedziele poszła na miasto,
Cała ubrana na biało,
Gdzieś w okolicy ślizgawki Jastor
Jakieś jom zombi porwało.
Wnuczka zwierzyła sie babci Gieni,
A babcia biegnie do Mirki:
- To zombi z wnuczkom chce sie ożenić,
Żeby mieć małe wampirki!
Wybiegła babcia z domu w szlafroku,
Babcia ma troszkie krzywy zgryz,
Przez co w dwudziestym dziewiątym roku,
Została drugom Vicemiss.
Każdy tu babcie zna w okolicy,
Nie powie nikt złego słowa,
Jej mąż Dominik był z Moszczenicy
I tam pieniądze fałszował.
Babcia myślała, że dla kobiety
Opuścił jom jej małżonek,
A on po prostu znalazł monety
W rurze, gdzie wcześniej był dzwonek.
Monety, dzwonek i rura trochę mi przypominają pewną towarzyską sytuację, w której sam się znalazłem parę lat temu. Przyszedłem w odwiedziny do przyjaciół. Przyniosłem trunek. Ale Pawła nie było. Ustaliliśmy więc z Beatą, że trunek przyda się na następną okazję, jak już będziemy w komplecie. Postanowiła tylko schować gdzieś butelkę, bo obawialiśmy się, że Paweł może nie zachować się tak szlachetnie jak my i może nie czekać do momentu, kiedy będziemy w komplecie. Na chwilę Beata schowała butelkę do pralki, bo to miejsce, do którego jej mąż na pewno nie zajrzy. Przed pierwszym praniem przełożyła butelkę do biblioteczki. Tutaj już zaglądał częściej, ale wiedziała, po które książki na pewno nie sięga. I oto, pewnego dnia, Paweł wraca z pracy, idzie prosto do biblioteczki i wyjmuje książkę, po którą miał na pewno nie sięgnąć. Za nią zauważa jakiś dziwny przedmiot. Więc pyta:
- Beata, skąd tu się wzięła żubrówka?
- Z pralki.
To miasto odwiedzam bardzo często. Od kilku lat związany jestem z kabaretem Czarny Kot Rudy działającym w Teatrze Polskim. Świetny klimat, znakomici artyści. Chce się tam być. To tutaj zaczęło się pisanie lokalnych wersji piosenki Miała matka syna, syna jedynego. To taki cykl, w którym staram się wychwalać zabytki albo ciekawostki architektoniczne miejsca, do którego przyjechałem. Ta szczecińska brzmiała tak:
Miała matka syna, syna jedynego,
A syn miał dziewczynę jak Wały Chrobrego.
Ciągle by leżała, nigdzie się nie ruszy,
Matka ją restaurowała z unijnych funduszy.
Tym razem z "Kuriera Szczecińskiego" dowiedziałem się, że w mieście zaczęły się już pojawiać bożonarodzeniowe iluminacje. "Zostanie zamontowanych około 340 ozdób nasłupowych, blisko 650 kurtyn świetlnych. Na Rynku Siennym umieszczona zostanie choinka, a na pl. Zwycięstwa i rondzie Giedroycia ażurowe anioły".
Zapowiadano też Weekend ze skrzydłami. "Od garłaczy i motyli warszawskich przez karzełki łapciate po olbrzymy belgijskie, papugi, nawet modliszki i patyczaki - to i jeszcze więcej podczas wielkiej imprezy w halach Międzynarodowych Targów Szczecińskich". Z plakatu wynikało, że impreza pod nazwą Wystawa Krajowa Młodych Gołębi Rasowych, Drobiu Ozdobnego, Królików i Ptaków Egzotycznych organizowana jest przez Szczeciński Związek Gołębi Rasowych, Drobiu Ozdobnego i Królików. Wychodzi mi z tego, że ptaki egzotyczne do związku nie należą. I zastanawia, dlaczego wystawia się młode gołębie? A drób i króliki mogą być już stare?
W "Kurierze" jest też ślad lokalnej afery wyborczej: "Prokurator z Prokuratury Rejonowej w Gryfinie złożył w sądzie akt oskarżenia przeciwko osobom podejrzanym o to, że brały udział w korupcji wyborczej podczas wyborów samorządowych w Trzcińsku-Zdroju. Głównym oskarżonym jest Franciszek K. (...) Oskarżony zaprzeczył, że kupował głosy w zamian za piwo. Trzej inni podejrzani przyznali, że przyjęli alkohol w zamian za głos na wskazanego przez Franciszka K. kandydata".
W ramach porad terapeuty pojawił się artykuł pod tytułem: "Małżeństwo albo śmierć?". Ale nie przeczytałem. Bałem się.
Gazeta zapowiada akcję społeczną: "Pod hasłem "Rzuć palenie razem z nami" na ulicach Łobza będzie dziś manifestować młodzież. Zbiórka uczniów o godz. 10.00 przed Zespołem Szkół im. Tadeusza Kościuszki".
I jest jeszcze wywiad z trenerem Pogoni Szczecin pod jakże intrygującym tytułem: Nowy Zorro w Pogoni. Tajemnica tytułu wyjaśnia się w części rozmowy poświęconej sprawom kadrowym. Na pytanie, czy do treningów wrócił już któryś z zawodników wcześniej kontuzjowanych, trener odpowiada: "Mamy do dyspozycji Danielaka, trenuje z nami Rudol, który ma specjalną maskę ochronną. Dziś to on jest naszym Zorro".
Stasiek miał w nocy sen niecodzienny
I chodzi cały wesoły,
Przyśniły mu się na Rynku Siennym
Dwa ażurowe anioły.
Oba obsiadły miejskie latarnie,
Jeden z nich w ręku trzymał żerdź
I do przechodniów, bardzo wulgarnie,
Krzyczał: - Małżeństwo albo śmierć!
Stasiek się we śnie skulił ze strachu,
Bo kto go teraz obroni?
A anioł mówi: - Nie bój się, Stachu,
Jest nowy Zorro w Pogoni!
Ale nie zazna Stasiek spokoju,
Znosi udrękę prawdziwą,
Ktoś przyuważył, że w Trzcińsku-Zdroju
Kupował głosy za piwo.
Wywołał straszną tym awanturę
I teraz ma przechlapane,
Idąc kupować na drugą turę,
Butelki wziął na wymianę.
A żona Staśka już trzecią dobę
Kaszle i mało ma siły,
- W gazecie piszą, że w gminie Łobez
Dzieci palenie rzuciły.
Żona gołębie lubi i króle,
Stasiek jej zrobił herbaty,
A ona mówi do niego czule:
- Ty mój karzełku łapciaty.
Z pobieżnych obserwacji wnoszę, że mniej więcej do połowy stycznia gazety starają się podawać raczej dobre wiadomości, przedłużając okres noworocznej euforii. Może to nieprawda, może wcale tak nie jest, ale taka teoria, z której mogę się już za chwilę wycofać, jest mi potrzebna do wprowadzenia kolejnej opowieści.
"Głos Wielkopolski" na pierwszej stronie informuje, że "Rząd nie odbierze dzieciom darmowych podręczników". Nie doczytałem, czy im je wcześniej dał, ale przynajmniej dobrze, że nie odbierze. Wyobrażam sobie te dramatyczne akcje pod szkołami - zamaskowani agenci ministerstwa edukacji wyrywający zaskoczonym uczniom darmowe podręczniki. To wiadomość jak na początek stycznia bardzo dobra.
Dalej też optymistycznie: "Klimatyzowane tramwaje i ładowarki do telefonów. Już wiosną na poznańskie tory mogą wyjechać nowe tramwaje. (...) Zgodnie z zapowiedziami cały pojazd ma być klimatyzowany. Oprócz tego zamontowanych zostanie sześć portów USB do ładowania telefonów komórkowych (po dwa w każdym członie tramwaju). Pasażerowie będą mogli śledzić trasę na tablicy LCD".
Gazeta zaprasza też na "Wyjątkowy spacer po Ratajach". "W trakcie turystycznej wyprawy będzie można zobaczyć jeden z ostatnich działających neonów na Ratajach, który znajduje się na osiedlu Jagiellońskim (blok nr 1-2). Przewodnicy odpowiedzą również na takie pytania jak: co w tej części Poznania robił szachinszach Iranu, a co bułgarscy i niemieccy osadnicy?". Z tekstu dowiedziałem się, że poznańskie Rataje były kiedyś wsią. Może to ze względu na moje korzenie (cała rodzina ze wsi), może tęsknota za wiejskim folklorem, w każdym razie nie powstała tym razem miejska ballada podwórzowa, tylko coś zbliżonego do ludowej pieśni. Zresztą od czasu, kiedy w świecie popularność zdobyła Kapela ze Wsi Warszawa, uważam, że należy te dwa światy łączyć w sensie symbolicznym i formalnym. Na przykład każde miasto, w którym zameldowanych jest więcej niż 100 tysięcy mieszkańców, powinno mieć prezydenta, ale już wiceprezydent powinien nosić tytuł "hipersołtysa". Sołtysi z kolei, w zależności od stosunku liczby mieszkańców wsi, którą zarządzają, do liczby zamieszkujących najbliższe miasto powiatowe, nosiliby tytuły "miliburmistrza" czy "mikroprezydenta".
Interesujący jest też motyw ostatnich działających neonów na Ratajach. Przy najbliższej okazji sprawdzę, czy dalej działają. I dlaczego inne już nie? Swoją drogą, jeśli pod blok nr 1-2 przychodzą tłumy turystów, żeby zobaczyć neon, nie zdziwiłbym się, gdyby mieszkańcy bloku i ten swój starali się jakoś wygasić. Samo wyobrażenie tej sytuacji przypomniało mi piosenkę Jacka Kleyffa z czasów Salonu Niezależnych o dziadu Kaczorowskim:
Społeczeństwo obok biegnie,
A dziad siedzi, czyta neon,
Każdy chętnie się pociesza,
Że ten dziad to jeszcze nie on.
I niech to będzie wprowadzenie do mojego Wiersza o tym, że nigdzie nie będzie lepiej niż w Poznaniu na wiosnę, a zwłaszcza w maju.
Hen po świecie jeździć nie trza,
Bo w Poznaniu już od maja
Świeżego powietrza
Powdychasz w tramwajach.
Może to i są namiastki,
Ale taka moja żona
Wsiądzie sobie do "trzynastki",
Podładuje se smartfona,
Jedzie, z koleżanką gada,
O odżywkach, o szamponie,
I ładuje też ajpada3,
Z tym, że w drugim członie.
Jedzie sobie, je kiełbasę,
Bo ostatnio dużo je,
Obserwuje sobie trasę
Na ekranie eLCeDe4.
Nasz kochany wujek Leon,
Też w Poznaniu, w środku maja,
Zwiedzał sobie stary neon,
Który wisi na Ratajach.
Spacer wuja potrwał dwa dni,
Aż przyniosło go dwóch panów:
Bułgarski osadnik
Oraz szachinszach Iranu.
Wuj bełkoce: - Flaszszkom szesiom
Pokonaem szszesiwnikuf!
Y rzont nie obiesze ziesiom
Arowanych podre sznikuf!5
Bałem się, że te moje ballady mogą się okazać monotematyczne. Że będzie ciągle o piciu alkoholu, zdradach, złamanych sercach, tragediach. Że będzie za dużo wątków erotycznych i opowieści o nieudanych małżeństwach. Tak jak w tamtych oryginalnych sprzed kilkudziesięciu lat. Naprawdę się staram. Jeżeli tylko się da, próbuję takie tematy pomijać. Ale teraz się nie da.
Bardzo często na początku roku można znaleźć poradniki, jak nie przesadzić z alkoholem, a jeśli się przesadzi, to jak sobie z tą przesadą poradzić. Zazwyczaj tego typu teksty zamieszczane są w noworocznym numerze. Dlaczego "Gazeta Wrocławska" zajmuje się tą kwestią dopiero dwa tygodnie po sylwestrze? Czy we Wrocławiu później? Czy dłużej?
"Magazyn Rodzinny" ostrzega: "Pić trzeba umieć - najlepiej tak, by na drugi dzień nie bolała nas głowa. Zobaczmy więc, jakie rady ma dla nas profesor Iwona Wawer z Wydziału Farmaceutycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego". Tematowi poświęcona zostaje cała strona. Oprócz pani profesor wypowiadają się: pani doktor psycholog, specjalistka dietetyczka, Paweł - student z Grudziądza i Agnieszka z Włocławka. Co do osób zawodowo zajmujących się badaniem sposobów walki z kacem - rozumiem. Student też stereotypowo może się kojarzyć z tym zjawiskiem. Ale dlaczego Agnieszka z Włocławka? Żeby jeszcze była informacja, że imiona wypowiadających się i nazwy miast zostały zmienione - a tu nic. Przecież taka drobna wzmianka może nadszarpnąć reputację wszystkich Agnieszek z Włocławka! Jak trudno może im być od tej chwili nawiązywać kontakty towarzyskie! A może właśnie łatwiej? Bo jeżeli utrwali się stereotyp, że każda Agnieszka z Włocławka wie, jak sobie radzić z kacem, to będą zapraszane na każdą imprezę w kraju jako konsultantki? A może to efekt współpracy gazet w ramach grupy medialnej? I chodzi o to, żeby nie kalać kobiet z własnego miasta? I we Włocławku na temat walki z kacem wypowiada się Grażyna z Wrocławia? Ale wracając do meritum, obszerny artykuł zawiera kilkanaście pomysłów na "syndrom dnia następnego", wśród nich: "szklanka soku pomidorowego, sucha kromka chleba i do tego herbata z cytryną, prysznic z gorącą i zimną wodą na przemian, szybsze bieganie na świeżym powietrzu, pobyt w saunie". Oczywiście do wyboru, nie wszystko naraz.
Chociaż przedstawiony najobszerniej, nie jest to jedyny temat tego wydania "Gazety Wrocławskiej". Jest również wiadomość o Weekendzie Otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury 2016 opatrzona tytułem: Wrocławianie obudzą Europę dzwonkami. Cztery pochody wyruszające z różnych stron miasta miały się spotkać na Rynku. Organizatorzy prosili o przyniesienie dzwonków i zapowiadali: "Rozgrzejemy się przy płonących instalacjach "Wrocław Rozgrzewa"".
Jak się okazuje, Wrocław był wtedy nie tylko europejską stolicą kultury, ale i medycyny, bo "Kardiolodzy z całej Europy we Wrocławiu uczyli się poszerzania naczyń wieńcowych... wiertarką". Warsztaty (swoją drogą "wiertarka" do "warsztatów" idealnie pasuje) zorganizowali kardiolodzy ze szpitala wojskowego. Od razu wyjaśnię - nie chodzi o domową czy garażową wiertarkę - i proszę nie próbować samodzielnie w ten sposób walczyć ze zmianami miażdżycowymi dziadka czy babci. Przeprowadzić taki zabieg trzeba umieć jeszcze bardziej niż pić, że nawiążę do wcześniejszego tematu.
I jeszcze Cietrzew dusi Świeradów - brzmi jak tytuł powieści kryminalnej. A to opowieść o sporze władz Świeradowa-Zdroju i inwestorów, którzy planowali budowę drugiej nitki nartostrady na Stogu Izerskim, z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska. Dyrekcja stwierdziła, że przebieg planowanej trasy może źle wpływać na cietrzewia i bory świerkowe. Burmistrz i inwestor chcieli się zgodzić na wszelkie propozycje, na przykład: "Zmieniliśmy przebieg nartostrady, by ominąć ostoje cietrzewia", żeby tylko móc budować. Jak to się skończyło? Proszę sprawdzić w Świeradowie-Zdroju. Mam nadzieję, że jakoś udało się pogodzić cietrzewia z narciarzami.
Stefan jest drugim małżonkiem Hanki,
Hanka ma ksywę "Tsunami",
A ich córeczki, dwie wrocławianki,
Europę budzą dzwonkami.
Stefan kolegów ma tylko paru,
Najbardziej ceni Zbigniewa,
Wczoraj wieczorem poszli do baru
Na akcję "Wrocław Rozgrzewa".
Stefan się zawsze wyróżniał w tłumie,
Stefan od innych jest inny,
Stefan powiada: - Pić trzeba umieć!
Czytaj "Magazyn Rodzinny"!
Ale to nie są wyłącznie słowa,
To jego pasja i praca,
Stefan się nawet habilitował
W Katedrze Prawa do Kaca.
Wiedzę zdobywa dzięki praktyce
I zawsze gdy go boli łeb,
Wchodzi pod prysznic i pod prysznicem
Gryzie powoli suchy chleb.
Stefan zdobywa w świecie uznanie,
A w ramach cyklu wykładów
Nauczył Niemców powtarzać zdanie:
"Gdyż cietrzew dusi Świeradów".
Stefan ma siostrę i siostrzenicę,
Siostra ma męża żołnierza,
Gdy mąż zasypia, to mu tętnice
Wiertarką siostra poszerza.
Szkołę kończyła siostra w Belgradzie,
A w Amsterdamie miała staż,
Jak przyłapała męża na zdradzie,
Żelazkiem mu zwęziła twarz.
Zaintrygował mnie ten cietrzew. Zajrzałem do książki Ptaki Europy i dowiedziałem się o nim różnych ciekawych rzeczy. Na przykład, że kiedy tokuje, wydaje z siebie serię "bulgoczących dźwięków, przerywanych nieregularnie nagłym, wybuchowym "czuu - szczszszyyy"". Jednak rację miał "Magazyn Rodzinny". Pić trzeba umieć.
To naprawdę optymistyczny styczeń. Wystarczy spojrzeć na tytuły z "Tygodnika Dzierżoniowskiego". Dobro pokonało zło oraz Miłość. Pokój. Przebaczenie. To relacje z dwóch Orszaków Trzech Króli. Pierwsza z Bielawy, w której "Mimo padającego śniegu przybyło wielu mieszkańców i to całymi rodzinami. Tuż przed placem Wolności Orszak zaatakowała grupa diabłów, która postanowiła rozgonić pochód. Na pomoc zebranym przybyła armia aniołów i oto na oczach widzów rozegrała się walka dobra ze złem. Kto zwyciężył? Nie było wątpliwości, że anielskie miecze będą silniejsze od diabelskich wideł".
Ten drugi tytuł dotyczy opisu Orszaku w Piławie Górnej: "Uformował się pochód: na jego czele ustawiły się przebrane za postacie ewangeliczne dzieci, następnie kroczyli Trzej Królowie, nad którymi powiewały sztandary, kolejno szli księża oraz licznie zgromadzeni mieszkańcy miasta. Nad bezpieczeństwem uczestników uroczystości podczas przejścia głównymi ulicami Piławy Górnej czuwała policja".
Nawet sprawozdania z akcji dzierżoniowskich strażaków, mimo wstępnego niepokoju, kończą się dobrze. Na przykład: "5.01.2016, godz. 13.01 - W Dzierżoniowie przy ulicy Wrocławskiej doszło do zadymienia w mieszkaniu. Przebywająca w mieszkaniu matka z dzieckiem wskazała strażakom kratkę wentylacyjną, z której wydobywał się dym. Po sprawdzeniu okazało się, że przyczyną musi być wada działania przewodu kominowego. Zalecono niekorzystanie z przewodu do czasu jego sprawdzenia. Dziecko otrzymało misia ratownika". "7.01.2016, godz. 7.18 - W Dzierżoniowie przy ul. Krasickiego 2-letnie dziecko zatrzasnęło się w mieszkaniu. Strażacy po przyjeździe na miejsce zastali matkę i babcię dziecka. Po konsultacji z kobietami strażacy weszli przez okno do mieszkania, które znajdowało się na drugim piętrze i otworzyli mieszkanie od środka. Dziecko otrzymało misia ratownika".
Znalazłem też sympatyczną wiadomość o tym, gdzie można kupić tygodnik. Komunikat o treści: "Mieszkańców Pieszyc zapraszamy do kupna "Tygodnika Dzierżoniowskiego" w sklepie Bzyk przy ulicy Zamkowej 12B. Na klientów czeka (...)" - i tutaj pada imię i nazwisko pani ekspedientki, której zdjęcie na tle półek sklepowych uzupełnia informację.
Zmącić nastrój błogiego początku roku mogła właściwie tylko notatka Zimno w autobusach: "Podczas silnych mrozów w naszej redakcji interweniował pan Józef. (...) Poinformował, że autobusy na linii Dzierżoniów-Przerzeczyn-Zdrój jeżdżą nieogrzewane. Jechał na tej trasie tam i z powrotem w sobotę 2 stycznia i w niedzielę 3 stycznia. - Kiedy zwróciłem uwagę panu kierowcy, że w autobusie jest zimno, bardzo niegrzecznie się odezwał, że jemu też zimno - relacjonuje pan Józef".
Ale ogólnie jest bardzo optymistycznie.
W niedzielę była pełnia księżyca
I nocnom cisze rozdarł krzyk,
A w poniedziałek Józek w Pieszycach
Kupił gazete w sklepie Bzyk.
A że na Józka czeka dziewczyna,
Już słychać dźwięk miłosnych tromb,
Wskoczył w autobus do Przerzeczyna,
A w autobusie straszny ziomb.
Nie da sie czytać, nie da sie kimnąć,
Mróz szczypie w uszy, usta, skroń,
Kierowca westchnął: - Mnie też jest zimno,
Więc Józek sie przytulił doń.
Rano sie zbudził w nocnej koszuli,
A obok jego Alicja,
Mówi: - W Piławie Orszak Trzech Króli
Ekskortowała policja!
Ale wiadomość jest jeszcze gorsza! - Alicja kipi ze złości
- W Bielawie diabły napadły orszak
Zaraz przed placem Wolności!
Lecz dzięki księżom i policjantom,
Których w orszaku paru szło,
Anioły diabłom spuściły manto
I dobro pokonało zło.
Józek sie szczyci rodzinom własnom
- Na przykład Krzysio, wnuczek nasz,
Jak sie w mieszkaniu kiedyś zatrzasnął,
To mu pluszaka dała straż.
Krzysio jest sprytny, szybko kojarzy,
Seria zatrzaśnięć, parę spięć,
I takich misiów Krzysio od straży
Wysępił siedemdziesiąt pięć.
Napisałem, że w gazecie znalazły się relacje z dwóch Orszaków Trzech Króli. Nawet liczebniki używane są w celu wywołania zainteresowania czytelnika. W internecie trafiłem na wiadomość z życia pewnego polskiego piosenkarza. Piosenkarz miał kilka żon. To znaczy zawsze miał jedną, teraz też ma, ale wcześniej było jeszcze kilka. Tylko pierwsza była pierwsza, żadna następna już pierwszą nie była. Kiedy w internecie pisano o duchowych przeżyciach jednej z nich, poinformowano świat, że "Trzecia żona dwukrotnie się nawróciła". Pierwsze słyszę.
A może wcale tych optymistycznych nie ma więcej? Może po prostu zwracam uwagę na lepsze wiadomości? W "Nowinach Jeleniogórskich" od razu rzucam się na tekst Szczęście stulatki. Jest duży rysunek starszej pani z dzieckiem na ręku, są statystyki: "W rejonie jeleniogórskim jest dwudziestu stulatków". I przybywa. Jest informacja, że każdy, kto ukończył sto lat, otrzymuje świadczenie honorowe w wysokości 3308,33 zł.
Z dobrych wiadomości znalazłem jeszcze taką, że Piłkarki KPR-u mają przebłyski. To relacja z Superligi kobiet w piłce ręcznej. Wprawdzie oba mecze panie przegrały, ale "kibiców mogą cieszyć momenty dobrej, równej gry z drużynami czołówki". Dziennikarze sportowi mają jakąś magiczną umiejętność używania eufemizmów, które mają dać kibicom nadzieję na przyszłość. Oglądałem w telewizji mecz piłki nożnej. Przegraliśmy. Podsumowanie spotkania komentator zaczął od słów: "Nie dominowaliśmy". Od razu człowiekowi lepiej. Przecież taki zwrot, dla lepszego samopoczucia narodu, należałoby możliwie najszerzej upowszechnić. Polityk, który sromotnie przegrywa wybory, dziękuje ludziom pracującym w sztabie słowami: "Nie zdominowałem". Facet, który wraca po bójce w dyskotece z zakrwawioną twarzą, bez trzech zębów, telefonu komórkowego i portfela, też "nie dominował".
"Nowiny Jeleniogórskie" starały się jednak zachować równowagę. To już po połowie stycznia, więc można wprowadzać akcenty mniej optymistyczne. Dowód? Rubryka "Brawa i gwizdy". Brawa są dla: "Nadleśnictw Ruszów i Pieńsk, gminy Węgliniec, sołectwa Jagodzin i Stowarzyszenia Moja Wieś Jagodzin za finansowy i rzeczowy współudział w wykonaniu dwóch wielkich i efektownych witaczy przy wjeździe do miejscowości. (...) Estetyczne i trwałe witacze oraz ustawiona w 2013 roku tablica informacyjna w centrum wsi, obok przystanku autobusowego, są wizytówką i chlubą Jagodzina położonego w sercu Borów Dolnośląskich". I proszę! Poznałem nowe słowo! Zresztą nie tylko ja. Twórcy Słownika Języka Polskiego PWN też nie znali (przynajmniej w wydaniu z 2006 roku). Znalazłem: wiśniowy, wiśniówka, Wit (święty Wit, męczennik), witać, witać się, witalistyczny... Ale witacza nie ma!
Ale wspomniałem o równowadze. Były brawa, są też gwizdy. Dla: "Listonoszki, która prośbę o potwierdzenie doręczenia listu poleconego uporczywie wyraża w formie: "Niech się tu podpisze!" od mieszkańca ulicy Wojska Polskiego w Jeleniej Górze. - Przepracowałem 40 lat w obu ustrojach, wszędzie mówiono mi na pan, nawet jeśli czasem byłem osobą non grata. Czy doręczycieli poczty nie obowiązuje właściwa forma grzecznościowa? - pyta retorycznie jeleniogórzanin".
Prawnuk niestety po nocach płacze,
Martwi się cała rodzina,
Syn skończył szkołę i jest witaczem
Przy wjeździe do Jagodzina.
Jesteśmy dumni z naszego Stacha,
Czy mróz, czy upał na dworze,
Do samochodów rękami macha
I woła do nich: - Szczęść Boże!
Szczęście stulatki bywa niewdzięczne,
Prawnuczek drze się z kołyski,
Dobrze, że chociaż piłkarki ręczne
Mają czasami przebłyski.
Szczęście stulatki jak kawa gorzka,
Codziennie żyje się w stresie,
Chyba że zjawi się listonoszka
I trzy tysiące przyniesie.
Już do stulatki od progu krzyczy:
- Dzieciaka jej pokołyszę,
A ona niech banknoty przeliczy
I niech się tutaj podpisze!
Warto by przejrzeć witacze umieszczone przy wjazdach do różnych miejscowości w naszym kraju. Coś czuję, że może się znaleźć parę ciekawostek. Witacze i żegnacze - bo chyba tak nazywają się plansze umieszczane przy wyjeździe z miasta czy wsi. Z tego, co kojarzę, większość witaczy bywa zarazem żegnaczami. Mają wypisane na rewersie coś w stylu "Gmina X zaprasza ponownie". Widziałem kiedyś taki z napisem "Szerokiej drogi!". Teoretycznie brzmi jak sympatyczne pożegnanie, ale można też zinterpretować jako "I całe szczęście, że już wyjeżdżacie". Ciekawe, czy na witaczach i żegnaczach nie znajdziemy śladów lokalnych antagonizmów. Na przykład przy wyjeździe z gminy X napis na żegnaczu: "Wjeżdżasz do gminy Y - tu nie ma nic ciekawego i nic się nie dzieje".
Lubię, gdy kwiecień. I ptak unosi się nisko nad krakowskie Planty. Nisko i z dziobem skierowanym w stronę ziemi, bo na chwilę nawet nie chce tracić z oczu tego cudownego widoku. Leci niechętnie, bo przecież nie znajdzie nigdzie dostojniejszych drzew, zieleńszej trawy i smaczniejszych okruszków rwanych z krakowskich obwarzanków i rzucanych ku ptasiej radości przez najżyczliwszych ludzi na świecie. Kraków kwietniem do życia się dobudza... Bo przecież nie budzi... Bo tak naprawdę to on nigdy nie śpi. Co najwyżej lekko przysypia zimą. Pierwsze motyle, nieśmiało wkradające się między stoliki kawiarni na Rynku, przysiadające na rozłożonym przed każdym turystą tomikiem wierszy. Patrzą w białe kartki i barwnymi skrzydłami nawołują inne owady tajemniczym słowem: "Barbakan". I księżyc, który nie może się już doczekać, żeby wreszcie zająć miejsce słońca i móc wymieniać się światłem z latarniami Kazimierza...
Wyobrażam sobie, że tak mógłby kwiecień w Krakowie opisać Żeromski. A może nawet jeszcze ładniej? Mimo że od kilkudziesięciu lat fragment wiosny spędzam w Krakowie, ten opis przyrody trochę zmyśliłem. Nie wiem, czy tak naprawdę wygląda wiosna w Krakowie, bo większość tych moich pobytów ograniczała się do wchodzenia do krakowskiego klubu Rotunda i wychodzenia z niego po paru dniach. Przeglądy Kabaretów PAKA, na które przez wiele lat przyjeżdżałem, to było bardzo intensywne przeżycie. Tłum świetnych, zdolnych, dowcipnych ludzi, dnie i noce twórczego działania.
Kilka dni pobytu w Krakowie pozwalało na poszukiwanie materiału do ballady w kilku wydaniach gazet. Tym razem wybrałem dwa numery "Dziennika Polskiego".
I od razu trafiłem na poważny tekst Melanie Phillips. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pseudonim jakiegoś krakowskiego dziennikarza, ale kiedy znalazłem informację, że ten artykuł to tłumaczenie, sprawdziłem - jego autorką jest brytyjska dziennikarka pisząca m.in. dla "The Guardian". Tytuł mówi wiele: Te okropne tatuaże wskazują, że znów stajemy się poganami. Pani Melanie doszła do wniosku, że "Szaleństwo towarzyszące tatuażom i body art oznacza głęboką zmianę w podejściu do zachodnich wartości. Odchodzimy od szacunku do człowieka i człowieczeństwa". Artykuł zilustrowany jest zdjęciem Davida Beckhama ("Jego ramiona przypominają nie tyle ludzkie kończyny, co artefakty") i jego tatuażom autorka poświęca dużo uwagi. Bardzo poważnie analizuje wymowę poszczególnych "dziar", niepokoi się zjawiskiem "uprzedmiotowienia ciała i przybliżenia do wykorzystania go do czczenia wizerunków", co jest jej zdaniem właściwe pogaństwu. W ostatnim zdaniu Melanie Phillips wprost pisze o Beckhamie: "Jakby stał się pogańskim bogiem dla naszej zdesakralizowanej epoki". Poważne słowa. Dlaczego je tak obszernie cytuję? Bo przecież sam w jednej piosence napisałem:
Znak szczególny mam na ciele,
Wytatuowany jeleń,
On ma rogi, gdzie ja mięśnie,
Jak ja schudnę, to on wklęśnie.
I tę poważną dyskusję o tatuażach Davida Beckhama (na zdjęciu nie wypatrzyłem jelenia) chciałbym wykorzystać do załatwienia pewnej sprawy. Nie wiem, czy bohater piosenki Piłem w Spale, spałem w Pile był poganinem. Nie myślałem o tym, pisząc tekst. Ale spotkałem się z zarzutami, że jeleń nie ma rogów, tylko poroże. Przepraszam za błąd. I po raz pierwszy publikuję suplement do piosenki:
Pomyliłem się być może,
To nie rogi, lecz poroże.
Dziadek Józek ma na nosie
Wytatuowane łosie,
Jak ma katar ojciec taty,
Rozszerzają się łopaty.
Ale wracajmy do wiadomości z "Dziennika Polskiego". "Policja łupi nas mandatami, zamiast obywateli chronić" - skarżą się mieszkańcy. "Krakowscy funkcjonariusze chyba zapomnieli o swoim powołaniu. Zamiast dbać o bezpieczeństwo obywateli i np. zabrać się poważnie za kibolskie gangi z maczetami, wolą polować na ludzi popełniających drobne wykroczenia. Przykład? W godzinach popołudniowych notorycznie parkują radiowóz w pobliżu placu Bohaterów Getta, tak aby był niewidoczny dla pieszych. Po czym łapią pasażerów komunikacji miejskiej, którzy spiesząc się do tramwaju, biegną na przystanek przez jezdnię, a nie tunelem podziemnym. - Śpieszyłam się z walizką na tramwaj. Policjanci podbiegli do mnie zaraz po tym, jak dotarłam na przystanek przez jezdnię. Do funkcjonariuszy nie trafiały żadne argumenty i zamiast pouczenia od razu wlepili mi mandat - relacjonuje nam pani Małgorzata. - Głównie łapią osoby starsze, bo w przeciwieństwie do młodych nie próbują uciekać - dodaje mieszkająca w tej samej okolicy pani Teresa".
Fakt, że osoby starsze nie próbują uciekać, staje się zastanawiający w kontekście kolejnej informacji: "Pierwsza edycja Forum Seniora spotkała się z ogromnym zainteresowaniem naszych Czytelników. Zaproszeni eksperci wzięli udział w debacie o skutecznych sposobach podnoszenia jakości okresu starzenia, który może być prawdziwą złotą jesienią życia. Trzeba tylko chcieć wyjść z domu".
Trafiłem jeszcze na artykuł opisujący sposoby walki ze smogiem w Krakowie i dowiedziałem się, że "Krzewy mają duże zdolności ograniczania zapylenia wtórnego. Wychwytują pył, który osadza się na szorstkiej powierzchni liści, a także na włoskach, znajdujących się na liściach i pędach". "Dziennik" pisze również, że "Rowery miejskie jeszcze długo nie ruszą. Urzędnicy uginają się pod presją firm zainteresowanych prowadzeniem wypożyczalni jednośladów. Prawdopodobnie nie będą one działały w lipcu podczas Światowych Dni Młodzieży. (...) Dlaczego? - Część firm podczas rozmów wstępnych powiedziała, że obawia się o to, co stanie się z ich sprzętem podczas tego wydarzenia. Argumentuje, że przy kilku milionach osób, które przyjadą do Krakowa, może dojść do dewastacji rowerów. Poza tym może być problem z łącznością telefoniczną i internetem. W takim wypadku wypożyczalnie nie mogłyby pracować sprawnie".
Dziadek miał kiedyś punkt skupu złomu,
Wszyscy tu znają dziadka Henia,
A teraz często wychodzi z domu,
Podnosząc jakość starzenia.
Z dziadkiem wychodzi też ciocia Ewa,
Kiedy przyjeżdża z Sieradza,
Ciocia się nocą włóczy po krzewach
I pył się na niej osadza.
Tam gdzie do Rynku dochodzi Bracka,
Dziadek umówił się z bratem,
Ale policjant dziadka znienacka
Bezczelnie złupił mandatem.
Policjant pyta: - Co pan się tułasz
Po mieście o takiej porze?!
A dziadek ma na łydce tatuaż,
Choć nie poganin, broń Boże.
Staruszek cały jest wydziarany,
Ma tatuaże wzdłuż i wszerz,
Na barku napis: "Cracovia Pany!",
Na przedramieniu: "Wisła też!".
Pąki się wkrótce w liście zamienią,
Świat ciepłe gesty zacznie słać,
Ale niestety, nasz dziadek Henio
Jakoś nie może w nocy spać.
Dziadek ma w nocy stany lękowe,
W ludzką szlachetność nie wierzy,
Boi się, że mu zepsują rower
Na Światowych Dniach Młodzieży.
Paradoksalnie najtrudniej napisać warsiawską balladę o Warsiawie. Mimo że odnoszę się do gatunku, który tak bardzo związany jest z historią stolicy, takich osadzonych w tym mieście napisałem najmniej. Po pierwsze - i to potwierdzą wszyscy koledzy występujący na scenie czy estradzie - w mieście, w którym się mieszka, gra się najrzadziej. Mam co prawda od pewnego czasu miejsca, z którymi czuję się związany - regularnie występuję w Teatrze Ateneum, nieregularnie w Kuźni Kulturalnej, raz w roku pojawiam się na scenie Teatru Muzycznego Roma - ale mimo wszystko 90 procent moich spotkań z publicznością odbywa się poza Warszawą. Po drugie - we współczesnej Warszawie jest dużo mniej tajemnicy niż w tamtej sprzed kilkudziesięciu lat. O wszystkim, co się wydarzy w stolicy, natychmiast informują media ogólnopolskie. A ja szukam czegoś bliskiego, wyjątkowego, tutejszego i nie do końca odkrytego. Dlatego próbując pisać ballady warsiawskie, sięgam wyłącznie po lokalne dodatki gazet.
"Gazeta Stołeczna" informuje: "Pasażer się wspina. Chodnika do peronu jak nie było, tak nie ma. Stacja Wilno-Zacisze istnieje już trzy lata. Korzystają z niej mieszkańcy osiedla Wilno. Niestety, z drugiej strony torów osiedla Zacisze na stację nie ma dojścia. Mieszkańcy dochodzą tam dziką ścieżką, potem wspinają się na wyjątkowo wysoki peron". Do tekstu dołączone jest zdjęcie pasażera na peronie z podpisem: "Mieszkańcy Zacisza radzą sobie, jak mogą. Najpierw wdrapują się na peron, a potem z niego skaczą".
Być może jakąś formą pocieszenia dla ryzykujących zdrowie, a nawet życie pasażerów ma być, zamieszczony na stronie obok, tekst: "Szpital Praski po remoncie jak nowy. Nie będzie już metalowych łóżek dla chorych, tylko sterowane pilotem. Na korytarzu skórzane fotele. Na oddziałach aneksy kuchenne. Wszystkie sale mają łazienki. Największe są trzyosobowe, choć dominują dwójki". Czyli można by powiedzieć: skaczta spokojnie!
Przeglądając "Dodatek dla Warszawy" w "Gazecie Polskiej" od razu przeszedłem do wiadomości sportowych. Zachwyciły mnie dwa tytuły: Legia odjeżdża rywalom (to o piłce nożnej) i Sześć tysięcy koniarzy przyszło na Służewiec (o inauguracji sezonu wyścigów konnych). Złośliwym, którzy zapytają: "Dlaczego przyszło, a nie przyjechało?", odpowiem: "Nie każdy koniarz ma własnego konia, tak jak nie każdy kominiarz ma własny komin".
Niebanalnych inspiracji spodziewałem się po stołecznych dodatkach "Super Expressu" i "Faktu". I się nie zawiodłem. "Super Warszawa" ostrzega: Nadciąga inwazja kleszczy. Jest zdjęcie kleszcza i małżeństwa z dzieckiem na spacerze. Kleszcz nic nie mówi, małżeństwo owszem: "Dobrze się ubieramy, kaptury, długie rękawy. Po każdym spacerze uważnie oglądamy swoje ciała". Jest też wiadomość: "Rekord Guinessa pobity! W Nadarzynie stanął największy grill na świecie! Podczas weekendowych targów budowlanych udało się pobić rekord Guinessa. Wymiary największego grilla, który pojawił się w sobotę na pikniku pod Warszawą, to 7 na 5 metrów. (...) Na chwilę przy palenisku stanął też strongman Robert Burneika, znany jako "Hardkorowy Koksu". Siłacz upiekł sobie wielki stek".
"Fakt Warszawa" relacjonuje inną imprezę: "Obkupiliśmy się na demobilu. To była niesamowita sobota dla fanów militariów! W niewielkiej miejscowości Kopana w powiecie piaseczyńskim odbyła się wielka wyprzedaż sprzętu wojskowego. Do kupienia było niemal wszystko: włoskie mundury, manierki, wykrywacze metali, a nawet radziecka rakieta". Jest zdjęcie ("Rozrywka również dla kobiet") dwóch pań obładowanych plecakami, menażkami i manierkami: Maria (27 l.) i Ewelina (33 l.) "Przyjechałyśmy z mężami, ale same znalazłyśmy tu mnóstwo ciekawostek. Ze starej skrzyni na naboje można przecież zrobić klimatyczny stolik". Jest wypowiedź pana Piotra (30 l.): "Chcę kupić jeepa marki UAZ". Wyobraziłem sobie, że pan Piotr, ubrany w jeansy marki Wrangler i adidasy marki Reebok, jeździł nim potem po wertepach marki kamieniołom.
Żona przysparza mnie trochi troski,
Same kłopoty z kobietom,
Przyszła do domu w mundurze włoskim
Oraz z radzieckom rakietom.
Żona rakiete ścisnęła w dłoni,
Rzuca sie na mnie i wrzeszczy:
- Padnij i powstań! Kryj sie, Antoni!
Nadciąga inwazja kleszczy!
Żona potwornie mnie poniewiera,
A jakby było jej mało,
Natychmiast każe mnie sie rozbierać,
Uważnie ogląda ciało.
Niewinnych ludzi potem dopada,
Żona ma wściekłość na twarzy,
W amoku rozebrała sąsiada
I sześć tysięcy koniarzy.
Wreszcie schwyciły odnośne władze
Mojom małżonkie Dorote,
I teraz ma w szpitalu na Pradze
Nowiuśkie łóżko z pilotem.
Lekarze twierdzom, że jej to minie,
Żona dostaje silny lek,
Leży z niom siłacz, co w Nadarzynie
Upiekł na grillu wielki stek.
Słońce na ziemie rzuciło smugi,
Już jedenasta godzina,
A na Zaciszu, na peron drugi
Jakiś pasażer sie wspina.
Przyniósł czekany, raki i liny,
Kask połyskuje mu stalom,
Z tego peronu, za pół godziny,
Legia odjeżdża rywalom.
Niezmiennie dziwi mnie publikowanie przez kolorowe gazety wieku ludzi w nawiasach. Znaczy - wiek jest w nawiasach, nie ludzie. I o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć, kiedy dotyczy to osób powszechnie znanych, takich, których wiek może mieć jakieś znaczenie na przykład ze względu na ich funkcję, np. Królowa Elżbieta II (94 l.), o tyle zupełnie nie wiem, po co publikować takie informacje, kiedy pisze się o przypadkowo spotkanych ludziach - nieznany grzybiarz (34 l.).
I jak takie informacje się zdobywa? Dziennikarz podchodzi do pań na wyprzedaży sprzętu wojskowego, prosi o wypowiedź, a potem pyta, jak mają na imię i ile mają lat? Przecież już na wstępie można przypuszczać, że nie zawsze odpowiedzą szczerze, wiedząc, że potem pół osiedla będzie wytykało je palcami, mówiąc: "Ty wiesz, ile ona ma lat?! W "Fakcie" aż o tym napisali!".
I jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Posłużmy się zacytowanym tekstem. Przy relacji z wyprzedaży gazeta publikuje zdjęcie pań i pisze: Maria (27 l.) i Ewelina (33 l.) kupiły... Proszę sobie wyobrazić, że przez pomyłkę dziennikarz pisze: Maria (33 l.) i Ewelina (27 l.). Dla niego to żadna sprawa, ale dla nich? Koniec wieloletniej (15 l.) znajomości!
Wśród zestawu retorycznych sformułowań poświęconych wiośnie szczególnie często używa się tego o budzeniu się do życia. Zdarza się trafiać na bardzo oryginalne oznaki tego budzenia. Na przykład "Kronika Beskidzka" na stronie tytułowej publikuje zdjęcie pięknej kobiety w błocie. To ilustracja do relacji z imprezy, która odbyła się w Czechowicach-Dziedzicach. Taki bieg, w którym trzeba było nosić opony, skakać po linach i tarzać się w błocie pod drutem kolczastym: Czechowicka ekstrema. Tylko dla twardzieli.
Na pierwszej stronie jest jeszcze jedna fotografia. Burmistrz Żywca w stroju sportowym, w trakcie gimnastyki. I podpis: "Żywiec. Gibki włodarz". To z kolei informacja o tym, że w Żywcu "razem z wiosną na miejskim rynku ruszy cykl porannych ćwiczeń gimnastycznych dla wszystkich zainteresowanych". Ćwiczenia odbyły się o 6.30, zainteresowanych było siedmioro (przynajmniej tylu widać na zdjęciu) i w związku z tym, że lało, przeniesiono zajęcia na korytarz żywieckiego ratusza. Na tej stronie znalazłem jeszcze takie tytuły jak: Jeleśnia: krewka sąsiadka. Koparką w domek i Międzyrzecze. Podtopiony stulatek. Od razu wyjaśnię - w tym ostatnim materiale nie chodziło o porachunki emerytowanych mafiosów. Że dziewięćdziesięciopięcioletni bandzior podtapiał w potoku swojego stuletniego kolegę za to, że ten nie chciał mu oddać pożyczonych siedemdziesiąt lat temu pieniędzy, a sześćdziesiąt trzy lata temu odbił mu kobietę. Historia jest banalna - po prostu woda wlewała się do piwnicy ponadstuletniego, zabytkowego domu.
Z kolei koparka pojawia się w opowieści o sąsiedzkim konflikcie: "Sosnowiczanin chyba żałuje, że postanowił urządzić się obok krewkiego rodzeństwa z Jeleśni. Od członka jego rodziny kupił działkę, na której postawił domek letniskowy. Nie może tam jednak w spokoju wypoczywać, bo rodzeństwo od lat uprzykrza mu życie i dochodzi do ciągłych kłótni. Choć mężczyzna ma akt własności w ręku, rodzeństwo upiera się, że działka nie należy do niego. 59-letnia kobieta postanowiła zadziałać metodą faktów dokonanych. Wykorzystała nieobecność letnika i wynajęła operatora koparko-ładowarki, aby w ramach wiosennych porządków uprzątnął jej działkę. - Operator, myśląc, że sprząta teren należący do zleceniodawczyni, na jej polecenie zrównał z ziemią drewniany domek letniskowy wraz z wyposażeniem - opisuje rzecznik żywieckiej policji". Przecież to brzmi jak opis niskobudżetowej wersji filmu Armagedon! NASA wysyła specjalną misję, która przed zniszczeniem domku ma dotrzeć do wynajętej koparki, przewiercić ją i w ten sposób zapobiec tragedii. Ja tu sobie mogę żartować, ale to, co zacytowałem przed chwilą za "Kroniką Beskidzką", to jeszcze nie koniec. Znalazłem jeszcze taki fragment: "Co w tej sprawie niezwykłe, to fakt, że kobieta zniszczyła domek sąsiada niemal równo rok po tym, gdy ten sam domek letniskowy sosnowiczanina... na części rozebrał jej młodszy brat". Czyli właściwie to nie powinna być wyłącznie nowa wersja amerykańskiego filmu katastroficznego. To mogłoby by być połączenie Armagedonu z wątkami filmów o Kargulu i Pawlaku.
Na kolejnych stronach gazety jest tekst: Pożegnanie z bałwanem. No mówiłem, że świat budzi się do życia! "Ostatniego - chyba - bałwana w Beskidach spotkać można było jeszcze w minioną niedzielę, w górnej części trasy narciarskiej FIS ze Skrzycznego. Jego zimowe królestwo ograniczyło się już do kilku śnieżnych płatów, ale i te topnieją w oczach. Lada chwila ten smutny los spotka i samego bałwana. Kto chce go jeszcze pożegnać, musi się śpieszyć, a przede wszystkim wdrapać się na Skrzyczne, gdyż kolejka z powodu remontu przed letnim sezonem jest do 29 kwietnia nieczynna". I fotografia bałwana, który rzeczywiście wygląda na ostatniego. Może nawet nie tylko w Beskidach.
I jeszcze dwa artykuły, które też mogą być traktowane jako dowód kwietniowego budzenia się do życia. "Dopłynęli do Rzymu. Blisko 600 osób wzięło udział w 3. edycji sztafety Płyniemy do Rzymu, jaka odbyła się w miniony weekend na basenie Troclik w Bielsku-Białej. Po raz drugi imprezę zorganizowano w formule integracyjnego maratonu pływackiego. Po raz pierwszy imprezę zorganizowano przed trzema laty w dniu kanonizacji św. Jana Pawła II. Pomysł był taki, aby wspólnie przepłynąć 1478 długości basenu (to symboliczne 1478 kilometrów dzielących Bielsko-Białą od Rzymu)".
Zupełnie inny charakter miał wyczyn opisany na następnej stronie: "Skopał wiatę i wyraził skruchę. Pewien kawaler z Czechowic-Dziedzic wyładował swą frustrację na wiacie przystankowej. Do zdarzenia doszło 10 stycznia przy ulicy Niepodległości, w samym centrum miasta. 48-letni kawaler, bezrobotny, bez prawa do zasiłku, pozostający na utrzymaniu rodziny, najwyraźniej postanowił wyładować frustrację na wiacie przystankowej. Tak długo kopał w boczną szybę wiaty, aż ta się rozbiła. Sąd Rejonowy w Pszczynie wydał już wyrok w tej sprawie. Mężczyzna przyznał się do winy, wyraził skruchę i wystąpił o dobrowolne poddanie się karze". Chciałbym stanowczo zaprotestować przeciwko pewnej insynuacji! Mianowicie "Kronika Beskidzka" sugeruje, jakoby opisany akt agresji mógł mieć związek z faktem, że 48-latek wciąż jest kawalerem. A może jest odwrotnie? Może to, że nie był żonaty, spowodowało, że pierwszą wiatę skopał dopiero w wieku 48 lat? Nie można tak spojrzeć na to zdarzenie? A nie promować małżeństwo jako instytucję chroniącą przed kopaniem wiat przystankowych?
Zajrzałem jeszcze do części, w której gazeta publikuje listy od czytelników. Jeden zwrócił od razu moją uwagę: "Oblężona fryzjerka. W poniedziałek, 18 kwietnia, niemal na tydzień przed planowaną uroczystością rodzinną, próbowałam umówić się do polecanej przez koleżanki fryzjerki. I co się okazało? Że przed weekendem majowym nie ma szans. Najbliższy wolny termin to 6 maja o 13.00 - w środku dnia, gdy większość osób jest w pracy. W godzinach popołudniowych mogłabym się umówić dopiero w czerwcu" - narzeka bielszczanka dbająca o fryzurę.
W tym wiosennym numerze "Kroniki Beskidzkiej" znalazłem mnóstwo tematów. Dałoby się z nich napisać kilka ballad. Ambitnie postanowiłem wszystkie zmieścić w jednej.
Z ziemi powoli wychodzą grzybki,
Wychodzą także z rabatek:
Krewka sąsiadka, gospodarz gibki
I podtopiony stulatek.
Kotka dość głośno kocha się w kocie,
Śniegu na stokach już nie ma,
Śliczna dziewczyna tapla się w błocie,
To czechowicka ekstrema.
Jej koleżanki - tak samo śliczne -
Wychodzą z domu nad ranem
I się wdrapują jeszcze na Skrzyczne
Na pożegnanie z bałwanem.
Ktoś pod kościołem cichutko załka,
Mówiąc gorliwie pacierze,
Bo co postawi domek na działkach,
Ktoś mu go zaraz rozbierze.
Już zielenieją pola obsiane,
Pszenica wrasta w rzeżuchę,
Stary kawaler kopie przystanek,
A potem wyraża skruchę.
Stryj Zbigniew ziółka zażywa na sen,
Z komina leci szary dym,
Ciotka Hortensja poszła na basen,
Płynie i patrzy... A tu Rzym!
Wiosna to pora uczuć i chuci,
Z pąka się wyrwie świeży liść,
Ciotka Hortensja, jak z Rzymu wróci,
Chciałaby do fryzjera iść.
Droga przed ciotką jeszcze daleka,
Z Rzymu niełatwa to droga,
A na fryzjera w Bielsku się czeka
Dłużej niż na kardiologa.
Wystarczyło poczekać cztery lata, żeby doszło do sytuacji, o której "bielszczance dbającej o fryzurę" nawet się nie śniło. Że dopiero po weekendzie majowym?! W marcu, kwietniu, maju 2020 roku w ogóle można było zapomnieć o wizycie u fryzjera! Walka z epidemią zamknęła na długo wszystkie zakłady w całym kraju. Powstało podziemie fryzjerskie. Strzyżenie, modelowanie i inne tego typu zabiegi odbywały się tylko w prywatnych domach albo na zapleczach zakładów. Gazety publikowały reportaże o pełnej konspiracji, ustalane były hasła - na przykład wysyłało się do fryzjerki wiadomość o treści: "Kiedy mogę wpaść po książkę?" albo "Chciałam się umówić na kawę" (to autentyki z reportażu). Jeden z moich znajomych przyznał się, że zdobył się na odwagę i nałożył farbę żonie na włosy, ale zrobił to, bo wiedział, że i tak następnego dnia wywozi ją z dziećmi na działkę i nikt obcy długo nie będzie jej widział. A dzieci musiały to zaakceptować, bo przecież matkę kochają bezwarunkowo, bez względu na to, jak obciachowe ma włosy. Proszę, jak prosty wirus potrafi zmienić pojęcie "długiego oczekiwania"6.
Czy kiedyś już ktoś zaczynał pisać ze strachu przed kwietniem? Zajrzałem do wyszukiwarki internetowej, bo być może w psychologii jest takie pojęcie. Aprilofobia. I nie chodzi o to, żeby to miał być jakiś specjalny kwiecień (chociaż ten akurat chyba będzie), ale po prostu człowiek budzi się w nocy i myśli: "Jak nie zacznę w marcu, to w ogóle nie zacznę". I nie dlatego, że ma się coś nieprzyjemnego wydarzyć. Taka myśl nie ma żadnego sensownego uzasadnienia. Bo przecież mogłem zacząć w lutym, nic się nie stanie, jak zacznę w maju. Tylko po prostu wiem, bo już siebie trochę znam. Ileż to ja marców przegapiłem i czegoś nie zacząłem! Ile kwietniów, majów, czerwców, lipców. Nie chodzi o konkretny miesiąc. Tylko o przekonanie, że już albo nie już. I już. Albo nie. No to ze strachu przed kwietniem wstaję, zażywam tabletkę na nadciśnienie, robię kawę i piszę.
Ten kwiecień może być jednak specjalny. Po raz pierwszy od ładnych paru lat prawdopodobnie nigdzie się nie ruszę. Nie pojadę, nie wystąpię, a może nawet nie wyjdę z domu. Walka z koronawirusem. Nie mam pojęcia, jak rozważania na temat tego akurat kwietnia będzie się czytało za jakiś czas. Z uczuciem ulgi, zdziwienia, trwogi czy może lekkiego niesmaku? Bo jak można żartobliwie wspominać taki czas? Nieważne. Nie o kwiecień tu chodzi. On jest tylko po to, żeby się go wystraszyć i zacząć pisać jeszcze w marcu. I to nie w ramach walki z koronawirusem. Ale ciekawe, czy kiedyś naukowcy odpowiednich dziedzin wyodrębnią coś w stylu "literatura epidemiczna" albo "poezja kwarantannowa". Ludzie siedzą w domach, to piszą książki. Bo co mają robić?
Przeróżni fachowcy wieszczą koniec prasy drukowanej. Podają różne terminy. Najczęściej pojawia się rok 2040. Nie wiem, jak długo będę pisał tę książkę, ale mam nadzieję, że jak skończę, to jeszcze klasyczne, papierowe gazety znajdę. Ale jeżeli ktoś tu zajrzy w roku 2060? Może nie wiedzieć, o czym piszę. Na szczęście fachowcy czasem się mylą. Twierdzili, że jak się pojawi telewizja, to zniknie kino albo radio. I co? A poza tym, jeśli już nawet dojdzie do takiej sytuacji, że informacje będą się pojawiały tylko w formie elektronicznej, mam nadzieję, że gazety da się zobaczyć w muzeach. Może takie pożółkłe płachty zadrukowanego papieru będą leżały w skansenach, w sekcji "Mieszkanie z przełomu XX i XXI wieku, Europa Środkowa". Obok telefonu stacjonarnego? A może zaistnieją jako atrakcje turystyczne? Na przykład dorożkarz, za dodatkową dopłatą, wręczy gazetę do poczytania podczas przejażdżki po Krakowie.
Na razie są. Ale nie można wykluczyć, że to jedna z ostatnich książek o gazetach.
Od dawna zwożę je do domu. Kupuję po przyjeździe do każdego miasta, miasteczka, wsi, w których mam wystąpić. Kupuję albo dostaję od organizatorów moich występów. Wolę dostawać. Bo teraz, kiedy patrzę na stertę gazet uzbieraną przez te lata, mogę powiedzieć to samo, co kiedyś mama mówiła ojcu, przymuszając do rzucenia palenia: "Za te wszystkie papierosy przez dziesięć lat mógłbyś na samochód odłożyć!". Nie policzyłem dokładnie, ale jak widzę ten stos, myślę, że za te wszystkie gazety mógłbym dużo papierosów kupić, a za te papierosy na kawałek samochodu by się uzbierało. A jeszcze jest kwestia czarnego pudełka. Kiedy postanowiłem odkładać gazety, kupiłem czarne pudełko. I już się w nim nie mieszczą. Mógłbym co prawda dokupić kolejne czarne pudełko, ale boję się, że zacznie się przeliczanie pudełek na gazety, gazet na papierosy, papierosów na samochody. Chyba lepiej zrobić z tym porządek.
Większość tych gazet służyła mi jako materiał wyjściowy do pisania Ballad dziadowskich. Chodziło o takie stylizowane na pieśni podwórzowe. Czyli nawiązanie do folkloru miejskiego sprzed lat. To "dziadostwo" w nazwie było mi potrzebne do uzasadnienia nie najwyższego poziomu ballady. Jak powiem że "dziadowska", to nikomu nie będą przeszkadzały słabe rymy, kiepski rytm.
Działało to tak: przyjeżdżamy na występ, wchodzimy do garderoby, w mojej już czekają najświeższe wydania lokalnych gazet. Jeśli nie czekają, idę do najbliższego kiosku i kupuję. Siadam, przeglądam, wybieram najbardziej intrygujące tytuły, hasła, czytam fragmenty, czasem spojrzę na reklamy i ogłoszenia drobne, a nawet horoskop. Muzycy rozstawiają instrumenty na scenie, zaczynają próbę, ja piszę. Daję sobie na to jakieś pół godziny. Nie dłużej, bo będzie za dobre. A "dziadostwo" zobowiązuje. Poza tym kiedy powiem publiczności, że to powstało dziś (mają dowód w postaci najświeższego wydania gazety), zaledwie w pół godziny - wpadną w zachwyt. Odrobina wazeliny i prosta zasada estradowa: "Nie należy podnosić sobie poprzeczki wymagań, wystarczy obniżyć poziom oczekiwań publiczności" - zawsze działa.
Nie wiem, kiedy i dlaczego zacząłem je systematycznie pisać. Pewnie po sukcesie Ballady o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie, którą zaśpiewałem przy okazji 1500. wydania Listy Przebojów Trójki. Zaśpiewałem to jako żartobliwy prezent dla moich radiowych kolegów, a żart tak się rozwinął, że przez dłuższy czas był na pierwszym miejscu Listy. Zapisałem sobie, z kim wtedy tą balladą wygrywałem: Stingiem, Madonną, Erikiem Claptonem, Philem Collinsem....
Piosenkę zamieściłem też na płycie Myśliwiecka, która była najlepiej sprzedającą się płytą w Polsce w roku 2012. Zapisałem sobie, czyje płyty sprzedawały się wtedy gorzej. Wszystkich. Na przykład: Stinga, Madonny, Erica Claptona, Phila Collinsa.
Czyli początek tej zabawy musiał mieć miejsce gdzieś w roku 2010 (wtedy była ta jubileuszowa Lista). Na pewno takie lokalne ballady dziadowskie pisałem regularnie w roku 2013, bo kilka już zachowałem. Ale dosłownie kilka. Z 2014 też mało zostało. Większość wyrzuciłem, zgubiłem albo zostawiłem na pamiątkę w miejscach, w których powstawały. Dopiero po jakimś czasie wpadłem na pomysł, żeby zbierać je do czarnego pudełka. I teraz, po wyjęciu, okazało się, że mam ich 250. Tych z gazetami, na podstawie których powstały. I znalazłem jeszcze 60 bez gazet. Czyli na pewno powstało ich dużo ponad 300.
Zyskały sobie pewną popularność. Każda była wykonywana tylko raz. Zdarzało się, że udało się je nagrać podczas występu i potem zamieścić w lokalnym portalu informacyjnym albo na stronie internetowej domu kultury. Ale w zdecydowanej większości przypadków słyszeli je tylko ci, którzy byli wtedy na moim występie. Bywało, że w jednym miejscu występowałem kilka razy, ale zawsze ballada była świeża, aktualna, jednorazowa. W pewnym momencie pojawiło się oczekiwanie, że koniecznie napiszę o mieście, w którym występuję. Zdarzało się, że ktoś delikatnie próbował zasugerować, o czym pisać, a o czym nie ("Wie pan, bo burmistrz będzie dzisiaj na widowni", "O tym pan zaśpiewa, należy im się"). Wątki polityki - tak na poziomie lokalnym, jak i ogólnokrajowym - pojawiały się w balladach dziadowskich sporadycznie. Chociaż niewątpliwie nieraz podnosiłyby poziom "dziadostwa" tekstu. Wychodziłem jednak z założenia, że w pół godziny i tak się nie dowiem całej prawdy, nie mam ochoty włączać się w polityczne rozgrywki, a poza tym - płomienne uczucie, które wybuchło między dwojgiem studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku ma dla świata znacznie większe znaczenie niż aktualny układ sił w radzie miasta.
Ale próby wpływania się zdarzały. W pewnym domu kultury dostałem lokalną gazetę. Zobaczyłem, że to numer sprzed miesiąca, a napisane, że tygodnik. Zapytałem, czy nie ma najświeższego. Wyczuwam jakąś niezręczność ("Pani księgowa chyba wzięła do domu. Sprawdzę. Ale może nie być"). Proponuję, że sam podejdę do kiosku i kupię ("Nie! Nie! Kiosk zamknięty! Poszukam"). W końcu dostaję najświeższe wydanie. Przeglądam, ale coś jest nie tak. Brakuje jednej strony. Idę do kiosku (był otwarty), kupuję całość i widzę, że chodzi o opis jakiejś drobnej afery, której bohaterem jest prezes miejskiej spółki oczyszczania miasta. I tak bym o tym nie napisał. Gdyby tą (podobno niezgodnie z przepisami prawa zakupioną) nową limuzyną uciekł z dyrektorką miejscowego przedszkola na Słowację i tam, mieszkając w szałasie, zacząłby pisać piosenki, a ona śpiewałaby je podczas wypasu owiec - to co innego, to jest temat! Ale takie banalne ustawienie przetargu?
A skąd u mnie zamiłowanie do ballad podwórzowych? Nie wiem. Ale pamiętam, że już w dzieciństwie bardzo mnie bawiła zasłyszana w radiu opowieść o tym, że:
Żyli w pałacu hrabia z hrabiną,
On zwał się Rodryg, ona Franczeska,
A w drugiem domu za ich meliną
Mieszkała sobie jedna Wiśniewska...
A szczególnie pozytywnie na rozwój mojej dziecięcej wrażliwości wpływał fragment:
On zaś, będący pod ankoholem,
Czyli - jak mówią - zalany w pestkę,
Wyrżnął hrabinę łbem w antresolę
I dawaj gazu do tej Wiśniewskiej...
Może nie była to piosenka pisana z myślą o dziecięcym odbiorcy, ale działała. Wyobrażenie hrabiny uderzanej łbem w antresolę - prześmieszne. Mimo że na pewno nie wiedziałem wtedy, co to jest antresola. Wystarczył sam fakt wyrżnięcia hrabiną w cokolwiek. Bawiło mnie też określenie "pitigrylił się z tą Wiśniewską". Niewinne dziecko nie mogło sobie wyobrazić, jak akt "pitigrylenia" może wyglądać. A wstydziło się zapytać starszych. Zresztą co by mu mogli odpowiedzieć nawet najbardziej postępowi starsi? Że "pitigrylenie" wzięło się od pseudonimu Pitigrilli, włoskiego autora skandalizujących, a może nawet pornograficznych książek? Musieliby wtedy wytłumaczyć, co to znaczy "pornograficznych". Tak czy inaczej nie rozumiałem. Ale brzmienie mnie bawiło.
Żeby piosenka pojawiła się w radiu, musi ją najpierw ktoś napisać - o tym też nie miałem pojęcia. A nawet gdybym wiedział, że napisał ją Jerzy Jurandot, nie wiedziałbym, kto to. I nawet przez myśl by mi nie przeszło, że wiele lat później poznam Stefanię Grodzieńską, która była żoną Jurandota. Stefania gdzieś opisała początek swojej fascynacji balladami podwórzowymi, kilka razy rozmawialiśmy też o tym. Leżała w szpitalu. W tej samej sali wracała do zdrowia kobieta, która pobyt w lecznicy umilała sobie śpiewaniem właśnie takich prawdziwych warszawskich pieśni. Stefania jedną z nich zapamiętała (przepraszam, jeśli tekst niedokładny, nie mam tego fragmentu w notatkach, to jest moje wspomnienie jednej z naszych rozmów):
Nad brzegiem rzeki matka siedziała
Z maleńkiem synkiem za rękie,
Mały syn płakał, matka płakała,
Żal było patrzeć na mękie.
Przyniosła ją do domu, zachwyciła męża cytatem, a ten napisał potem wiele utrzymanych w podobnym stylu.
Jurandot w wydanej w 1959 roku książce Dzieje śmiechu pisze: "Te ballady, od czasu do czasu spotykane w kabarecie jeszcze i dziś, wywodzą się z autentycznej piosenki podwórzowej. Dziś nie ma już podwórzowych śpiewaków, nawet podwórza "jako takie" zaczynają z wolna zanikać, dziś więc forma podwórzowej ballady jest już tylko formą tradycyjną, przejętą z przedwojennego teatrzyku. Tymczasem wtedy, przed wojną, na każdym podwórzu obok handlarzy starzyzną, blacharzy (Lutuję! Reperuję!) i takich, co ostrzyli noże na wprawianej w ruch nogą osełce, pojawiali się obdarci trubadurzy, produkujący swój dramatyczny repertuar przeważnie z profesjonalną obojętnością. Treścią ballad bywały najczęściej sławne zbrodnie lub głośne romanse, ubrane przez nieznanych wierszokletów w rymy i podłożone pod monotonną, zawszę tę samą melodię. Zdarzały się tu prawdziwe perły niezamierzonego humoru, trafiały się wyrażenia i zwroty, na jakie zawodowy humorysta nie wpadłby nigdy w życiu. Aż do wojny zbierałem te podwórzowe autentyki namiętnie. Niektóre drukowane były w książeczkach sprzedawanych pod Ogrodem Saskim i przed "Cyrkiem" (słynny dom noclegowy), inne za drobną opłatą pozwalali spisać wykonawcy. Chlubą mojej kolekcji była piosenka o Stachu, który zamordował "kochankę swoją Hankę, co na rogu sprzedawała ciało swe". W piosence tej, która stała się swego rodzaju podwórzowym szlagierem, był jeden passus wręcz niezapomniany:
W spelunce tam, gdzie granda wódkę piła,
I Stasiek pił, choć serce z bólu łka,
A gdy dowiedział się, że Hanka go zdradziła,
No to się zaśmiał swym okrutnym ha, ha, ha!
Balladę podwórzową jako formę piosenki pierwszy na scenę kabaretu wprowadził Hemar, ja - śmiem twierdzić - spopularyzowałem ją".
Potwierdza tę opinię (o spopularyzowaniu) i wysoko ocenia jakość ballad Jurandota ("dowcipem i zgrabnością wyróżniały się") badacz gwary warszawskiej - profesor Bronisław Wieczorkiewicz w książce Warszawskie ballady podwórzowe. Cytuje najpopularniejsze z nich, m.in: Balladę o jednej Wiśniewskiej, Balladę o królu Edwardzie i pani Simpson, O Franciszku Pestce i urzędzie skarbowym. Sięga po utwory innych autorów, na przykład Balladę średniowieczną Emanuela Szlechtera:
W wysokiem zamku dawnemy laty,
Gdzieś za siedmioma góramy,
Mieszkał, ach, mieszkał Rodryg bogaty
Z żonom Otyliom i psamy.
Co dzień Otylia w pałacu pustem
Marzy o wielkiej miłości,
Wzdycha, falując obfitem biustem,
Dwadzieścia kilo bez kości...
A przede wszystkim zbiera profesor Wieczorkiewicz te autentyczne, śpiewane na warszawskich podwórkach, mrożące krew w żyłach pieśni:
Nie miała ojca, nie miała matki,
Ciotka ją z łaski zrodziła,
A na wyprawę, a na wyprawę
Jej prześcieradło uszyła.
Zaraz po napisaniu tej książki wrócę do pracy profesora Wieczorkiewicza. Ileż tu spraw do przemyślenia! Na przykład jak ciotka może kogoś z łaski zrodzić? W niektórych balladach trafiłem na kwestie szczególnie mnie interesujące, na przykład:
Czemuś nie wystawiał,
Andrusie ubogi?
Dał ci Pan Bóg ręce,
Dał ci Pan Bóg nogi.
Przyjdzie czas na dogłębną analizę tych tekstów. A na razie ruszam szlakiem moich ballad. Jak to określił Jerzy Jurandot? Jako "obdarty trubadur, produkujący swój dramatyczny repertuar przeważnie z profesjonalną obojętnością"? Wybiorę część z tych ładnych paru lat. Albo w całości, albo fragmentami. Z tych, których nie zgubiłem albo nie rozdałem, ułożę w miarę chronologicznie coś na kształt pamiętniko-przewodniko-albumo-śpiewnika. Dzięki temu każdy z czytelników będzie mógł się dowiedzieć, co się działo na przykład w Wałbrzychu 1 grudnia 2018 roku czy w Cieszynie 25 października roku 2013. Inaczej by się nie dowiedział albo by zapomniał.
Ważne! Wszystkie fragmenty prasowych publikacji cytuję w ich oryginalnym brzmieniu. Niczego nie poprawiałem, nie zmieniałem. Czasem inspirująca była dla mnie jakaś zbitka słów, bawiło zestawienie nazw, czasem jakiś błąd, jakaś literówka wywoływały zachwyt. No to niech zachwycają na zawsze.
I jeszcze jedno - w każdej z ballad pojawiają się imiona bohaterów. Zazwyczaj zmyślone. Raczej klasyczne - Halina, Hanka, Henryk, Tadeusz, Stefan, Staszek, Irena, Barbara. Po prostu staram się nawiązywać do tamtych ballad sprzed lat kilkudziesięciu, a wtedy znacznie mniej było Samant, Wanes, Brajanów i Xavierów. Zatem niech nikt się nie obraża, że jego imię jest zbyt często używane albo że używane nie jest. Tylko względy historyczne i literackie miały tu znaczenie. Do niektórych imion łatwiej się rymowało. Żadne imię nie powinno być kojarzone z cechami charakteru bohatera. Każdy człowiek może być Haliną dobrą albo Haliną złą, nawet tak naprawdę Haliną nie będąc.
Ta data to nie pomyłka. To będzie dygresja na marginesie poprzedniego wpisu. Zajrzałem na stronę internetową krytej pływalni Troclik w Bielsku-Białej. Z zamieszczonych na niej informacji wynika, że posiada "nieckę rekreacyjną" (a w jej ramach na przykład "gejzer powietrzny" czy "tryskacze brzegowe") oraz "nieckę sportową". Domyślam się, że "integracyjny maraton pływacki" odbywał się w tej drugiej. Z danych udostępnionych w internecie wynika, że ma ona wymiary: 25 m na 12,5 m. Jeszcze raz przypomnę, że przepłynięto "1478 długości basenu (to symboliczne 1478 kilometrów dzielących Bielsko-Białą od Rzymu)", z czego mi wychodzi, że 25 prawdziwych metrów to jeden symboliczny kilometr. Mogę zatem stwierdzić, że jeśli chodzi o mój wzrost, to mam 77,2 symbolicznego metra. Proszę sobie obliczyć, ile mam rzeczywiście. Ale do rzeczy. Trzy i pół roku później przekonałem się, że naprawdę zmieniają się funkcje takich miejsc jak baseny.
W Bydgoszczy otwarto basen Piąta Fala mieszczący się przy V Liceum Ogólnokształcącym im. Ignacego Jana Paderewskiego. Radio nadało relację z uroczystego otwarcia. Z zachwytem słuchałem zapowiedzi tego, co się w tym miejscu będzie działo. Gospodarz miejsca, dyrektor V LO powiedział, że: "Na terenie pływalni będziemy organizować wystawy. Wystawy zarówno prac malarskich, jak i prac literackich bydgoskich poetów i pisarzy. Wielu z nich jest już z nami zaprzyjaźnionych. Są to byli rodzice naszych uczniów, są to nasi uczniowie. (...) Na terenie tego basenu będziemy także pamiętać o patronie naszej szkoły, czyli Ignacym Janie Paderewskim. Dlatego zawsze w niedzielę, między godziną 19.00 a 20.00 na płycie basenu będziecie państwo mogli posłuchać tak zwanej muzyki poważnej. Nie tylko tej, którą grał Paderewski, ale także innych twórców, głównie twórców polskich, tych których Paderewski ukochał (...)". Zapowiedziano także organizację pewnej cyklicznej imprezy. Ale nie! Nie będzie to maraton pływacki polegający na pokonaniu 1925 długości basenu dla symbolicznego uczczenia koncertu, który w styczniu 1925 roku Paderewski zagrał w Rzymie dla papieża Piusa XI. Pan dyrektor powiedział: "Liczymy na to, że zaszczepi się w Bydgoszczy pomysł, który funkcjonuje już w bydgoskich i polskich muzeach. A mianowicie zakładamy tworzenie czegoś, co nazywać będziemy Nocą Basenów. Pierwszy taki element zakładamy w nocy z 15 na 16 listopada, z piątku na sobotę. Zapraszamy wszystkich pełnoletnich mieszkańców Bydgoszczy od godziny 19.00 do godziny 2.00. Na następną, jeśli ta inicjatywa się powiedzie, zaprosimy państwa przed Walentynkami".
No i jak tu nie skorzystać z takiej inspiracji? Napisaliśmy z Łukaszem Borowieckim song, który w cyklu "Piosenka z prawdziwego zdarzenia" w radiu RMF Classic zaśpiewała Aga Zaryan.
Niech s?wiat sie? o siebie zatroszczy,
Niech troski odpłyna? daleko,
A na basenie w Bydgoszczy...
Picasso, Van Gogh i El Greco.
I sny niech ta noc odrealni,
Na miasto nanosi sie? mrok,
W Bydgoszczy na krytej pływalni...
Picasso, El Greco, Van Gogh.
Ref.
Zadrz?ała serdeczna struna,
Bo z serca wyrywa sie? blues,
Takie cuda tylko u nas,
Basen Dziewie?ciu Muz.
Ucichły ulice kanciaste,
Na domy rzucaja? sie? cienie,
W niedziele? po dziewie?tnastej
Chopina ktos? gra na basenie.
A woda jest az? przezroczysta,
A w oku pianisty ls?ni łza,
To znany bydgoski pianista
I stylem grzbietowym on gra.
Ref.
Zadrz?ała serdeczna struna,
Bo z serca wyrywa sie? blues,
Takie cuda tylko u nas,
Basen Dziewie?ciu Muz.
Nim sztuka w niebyt uleci,
I s?lad po poezji zaginie,
Piszcie, współczes?ni poeci,
O wodzie i o trampolinie.
Wraz?enia niech sie? uwydatnia?,
Gdy takie wraz?enia sie? ma,
Pomie?dzy prysznicem a szatnia?...
Matejko, Da Vinci, Degas.
Ref.
Zadrz?ała serdeczna struna,
Bo z serca wyrywa sie? blues,
Takie cuda tylko u nas,
Basen Dziewie?ciu Muz.
Na razie zostałem przy klasycznej, mitologicznej liczbie muz. Ale jeśli sytuacja się rozwinie i na basenie będą organizowane seanse filmowe, pokazy programów telewizyjnych czy turnieje gier komputerowych, tytuł pieśni trzeba będzie zmienić na przykład na Basen Dwunastu Muz. Zacznijmy od dziewięciu.
Hasło "Noc Basenów" przypomniało mi pewien przykry moment z mojego życia artystycznego. Kilkanaście lat temu zadzwoniła do mnie pani z jakiegoś warszawskiego domu kultury i zaproponowała występ w ramach Nocy Muzeów. Zareagowałem bolesnym: "Ale, że to już?". Teraz taka propozycja by mnie nie zdziwiła, a i nad występem na Nocy Basenów bym się zastanowił. Oczywiście stawiając pewne warunki. Na przykład, że w czasie mojego recitalu mają być całkowicie wyłączone tryskacze brzegowe i gejzer powietrzny. Trzeba się szanować.
Chyba rzeczywiście coś niedobrego dzieje się z facetami po czterdziestce. W Czechowicach 48-latek kopie w wiatę przystankową, a "Dwutygodnik Suwalski" informuje, że "Policjanci z suwalskiej patrolówki zatrzymali mężczyznę podejrzanego o uszkodzenie audi przejeżdżającego ulicą Kościuszki. Policjantom tłumaczył, że kopiąc w przypadkowe auto, odreagowywał "złe emocje", które spowodowane były kłótnią ze znajomą. Teraz 43-latek za swoje postępowanie odpowie przed sądem". Różnica w tych dwóch przypadkach polega na tym, że ten z Czechowic nie miał żony, ten z Suwałk - nie wiadomo. Ale na pewno miał znajomą. Ten z Suwałk wydaje się też sprawniejszy, bo kopał auto będące w ruchu, tamten z Czechowic - nieruchomą wiatę. No ale pięć lat różnicy robi swoje. Pisząc te słowa, też mam 48 lat i nie wiem, czy byłbym w stanie trafić nogą w jadące auto. A w przystanek jeszcze chyba tak.
A co jeszcze w "Dwutygodniku Suwalskim"? W rubryce "Wydarzyło się" taka oto informacja: "Gorączka związana z grą Pokemon dotarła do Suwałk. Osoby błądzące po mieście ze wzrokiem wbitym w ekran smartfona to bardzo częsty widok. Czego oni tam tak wypatrują? Pokemonów. W Suwałkach Pokemony wyjątkowo sobie upodobały Park Marii Konopnickiej i teren nad Zalewem Arkadia".
Sąsiednią szpaltę zajmuje relacja z tygodnia misyjnego, w ramach którego w Suwałkach przebywało ponad dwustu gości z Ukrainy, Włoch i Angoli: "Przy siedzibie Wigierskiego Parku Narodowego w Krzywem przy ognisku pieczono kiełbaski, tańczono i śpiewano". Informacja uzupełniona jest zdjęciami. Na jednym mężczyzna w kowbojskim kapeluszu gra na akordeonie ("Na akordeonie przy ognisku przygrywał ksiądz Tomasz Sikorski"), na drugim dwóch mężczyzn coś je ("Gościom z Afryki smakowała polska grochówka").
A jeśli jesteśmy już przy siedzibie Wigierskiego Parku Narodowego, to z innej notatki dowiadujemy się, że właśnie ta instytucja "i Suwalski Park Krajobrazowy zapraszają do udziału w grze terenowej Wśród lasów, pól i jezior, czyli co nie tylko Żwirek i Muchomorek wiedzieć powinni o krajobrazie Suwalszczyzny".
Przywołane w nazwie imprezy imiona bohaterów kreskówki z czasów mojego dzieciństwa uruchomiły lawinę wspomnień i burzę rozmyślań. Po pierwsze, przypomniałem sobie, że Żwirek z Muchomorkiem mieszkali w Czechosłowacji, i przypuszczam, że niewiele wiedzieli o krajobrazie Suwalszczyzny. A jeżeli, to mniej więcej tyle, ile Reksio wiedział o Rzaholeckim Lesie, w którym mieszkał Rumcajs. W tamtych czasach, mimo pozorów przyjaźni krajów socjalistycznych, niewiele o sobie wiedzieliśmy. A dowiadywaliśmy się - my, socjalistyczne dzieci - tylko przypadkiem, odczytując coś między wierszami publikowanych bajek. Dzięki Żwirkowi i Muchomorkowi wiedziałem na przykład, że w lasach czechosłowackich dużo było mchu i paproci. Wiedziony tym nagle wywołanym sentymentem, zacząłem szukać w internecie wiadomości na temat tej bajki. Przejrzałem tytuły odcinków i przy jednym z nich wpadłem w stan totalnego rozmarzenia: Jak Żwirek i Muchomorek uczesali rusałkę. Wiem, co chciałbym robić przez resztę życia! Czesać rusałki! Już widzę uśmieszki na twarzach osób, którym wszystko się kojarzy głupio lub nieprzyzwoicie. W czesaniu rusałek nie ma nic głupiego ani nieprzyzwoitego! To jest po prostu piękne! Ale parę osób na pewno zrozumie to po swojemu. My, ludzie inteligentni i obdarzeni abstrakcyjnym poczuciem humoru, musimy być gotowi na niezrozumienie. Dowód? Prawdziwa historia z życia mojej ulubionej autorki - Marii Czubaszek. Wiele lat temu pracowała w zespole scenariuszowym pewnego serialu telewizyjnego. Na zebraniach trzeba było podrzucać pomysły na nowe wątki i sceny. Kilka dni przed takim zebraniem Marysia przeczytała w jakiejś kolorowej gazecie wywiad z kontrowersyjnym amerykańskim gwiazdorem, który na pytanie o to, co lubi najbardziej robić w wolnym czasie, odpowiedział: "Dręczyć krasnala". Maria Czubaszek wpadła w zachwyt nad tak absurdalnym pomysłem i podczas zebrania zgłosiła pomysł włączenia wątku "dręczenia krasnala" do scenariusza. Podobno zapadła absolutna cisza, nikt z zespołu (poza Marysią byli w nim sami faceci) nie odpowiedział, kilku z nich, dyskretnie tłumiąc śmiech, wyszło z pokoju, natychmiast zmieniono temat rozmowy i wątku w serialu nie uwzględniono. Brak abstrakcyjnego poczucia humoru! Ale, ale... Gdzie Suwałki, a gdzie... Zaraz, przecież w Suwałkach urodziła się Maria Konopnicka, która o krasnalach... Nie! Zbyt głęboko wszedłem w dygresje. Wróćmy do "Dwutygodnika Suwalskiego".
Na stronie czwartej znalazłem dwie informacje o wakacyjnych akcjach. Jedna polega na organizacji zajęć edukacyjnych dla dzieci przebywających na oddziale pediatrycznym w szpitalu. Druga o możliwości zgłoszenia się do suwalskich szkół ponadgimnazjalnych w ramach dodatkowej rekrutacji. Te dwa teksty nie mają ze sobą nic wspólnego, ale na stronie ich tytuły zostały graficznie umieszczone obok siebie i w ten sposób stworzył się taki jeden: Wakacje w szpitalu. Są wolne miejsca.
I jeszcze jedna wiadomość warta uwagi: "Akcja Krzyś po raz 13. To już po raz 13. tłumy zmotoryzowanych stawiły się przed kościołem św. Kazimierza Królewicza, by uczestniczyć w "Akcji Krzyś". Tym razem akcja przebiegała pod hasłem "dbam o stan techniczny swojego pojazdu". A jest o co dbać, bowiem w Suwałkach - o czym przypomniał obecny na nabożeństwie prezydent Czesław Renkiewicz - zarejestrowanych jest 41 tysięcy samochodów. Ponad połowa z nich to samochody leciwe".
Sierpniowe niebo grom czasem przetnie,
Chmury od rana wiszom dziś,
Janusz ma deu7 czternastoletnie,
Bierze nim udział w "Akcji Krzyś".
Janusz na księdza spojrzał w popłochu
I swojom żone przyzywa,
- Ksiądz jom poświęci tak jak samochód,
Żona jest równie leciwa.
Ledwo co Janusz wspomniał o żonie,
Dostał od żony po pysku,
Tymczasem ksiądz na akordeonie
Przygrywa coś przy ognisku.
Z akordeonu dźwięki muzyki,
Zaczyna sie potańcówka,
Mówiom, że bardzo gościom z Afryki
Smakuje polska grochówka.
Szwagier Janusza w sadzie ma gruszki
I przeżył traume okropnom,
Bo gdy przejeżdżał kiedyś Kościuszki,
Nagle ktoś w audi go kopnął.
Szwagier miał w sierpniu lecieć na Bali,
Ale namówił żone swom
Na olinkluziw8 do dwóch szpitali,
Na neurologii miejsca som.
Wczoraj sie Janusz dowiedział z radia,
Że do kobiety, która szła,
Znienacka, nad Zalewem Arkadia,
Podeszły Pokemony dwa.
Ta babka to jest znajoma szwagra,
Znana w Suwałkach aktorka,
Co równocześnie potrafi zagrać
I Żwirka, i Muchomorka.
I poszli razem, dumni i skromni,
Ona i Pokemonów dwu,
Do Konopnickiej Marii pod pomnik,
Złożyć paproci oraz mchu.
Wiadomo, że jak się przyjedzie w wakacje nad morze i się kupi "Dziennik Bałtycki", to będzie można przeczytać o wakacjach, turystach i morzu. Proszę bardzo: "Macie ochotę na chińszczyznę? Wystarczy odwiedzić Hel. Niestety nie mówimy tutaj o kuchni chińskiej (choć jej amatorzy pewnie na Helu znajdą jakiś lokal serwujący chińskie dania), ale o straganach pełnych tanich pamiątek. Dużo ich, kolorowe, ale naszym turystom niespecjalnie się podobają... W sumie trudno się dziwić. - Brakuje lokalnego rzemiosła - mówią zgodnie turyści wypoczywający w Helu. - Pistolet na plastikowe kulki to chyba nie jest odpowiednia pamiątka znad morza". Nie zgadzam się. Jeśli ma to być symbol atmosfery, jaka panowała podczas dwutygodniowego wypoczynku z rodziną - pistolet może być idealną pamiątką.
W kolejnym tekście gazeta informuje, że turyści marudzą: "Z badań ABC Rynek i Opinia wynika, że na wakacjach najczęściej ludzie skarżą się na zakwaterowanie (daleko od morza, winda nie działa, a budynek ostatni remont przeszedł jeszcze za Gierka) i jedzenie (zepsute, monotonne albo po prostu niesmaczne czy podawane na brudnych talerzach)".
Ale żeby nie popadać w totalne malkontenctwo, gazeta publikuje też wypowiedź kogoś, komu coś się jednak podoba: "Mnie zachwyciły osiołki bliźniaki w Jantarze - mówi 6-letnia Lena, córka pani Karoliny. - Są słodziutkie. Chciałabym je wyściskać. W zoo było też dużo innych zwierząt. Na wakacjach było bardzo fajnie. Szkoda tylko, że woda w morzu była taka zimna. Nie mogłam się kąpać". A jednak! Narzekanie!
Oczywiście nie tylko turystami i wakacjami żyje "Dziennik Bałtycki" latem. Jest też informacja: "Szpitalne disco polo robi furorę w internecie. To miał być tylko sposób na promocję Szpitala Specjalistycznego w Kościerzynie podczas Jarmarku św. Dominika w Gdańsku. Tymczasem popularność przerosła oczekiwania twórców. "Promo Lato 2016" ma już prawie 65 tys. wyświetleń na YouTube. Za mikrofonem stanął ks. Wiesław Badaszek, kapelan kościerskiego szpitala. Na klawiszach zagrał Tomasz Miłosławski, dyrektor ds. administracyjno-eksploatacyjnych Szpitala Specjalistycznego w Kościerzynie. On również zajął się aranżacją, a tekst napisała Aleksandra Graczyk. Miały to być proste dźwięki, wpadające w ucho, i tak powstał utwór po trosze biesiadny, po trosze disco polo. Możemy w nim usłyszeć o tym, jak wspaniale leczą w Kościerzynie. Autorzy nie zapomnieli też pochwalić prezesa szpitalnej spółki". Zresztą pan prezes wypowiada się o tej akcji pozytywnie, chociaż zastrzega, że "sam może nie jest zwolennikiem disco polo". Pojawiają się komentarze innych osób, większość życzliwych dla oryginalnego pomysłu.
I na koniec zupełnie inny temat - rozmowa z trenerką i psycholożką zwierząt na temat szkolenia psów. A dokładnie nagradzania jedzeniem. Tytuł: Pani wyskakuje z parówki.
Wokół sukienki w kolorach wielu
I różnobarwne koszulki,
Teść za trzy złote kupił na Helu
Chiński pistolet na kulki.
Teściowa sobie nakupowała
Stos reprodukcji El Greco,
Narzeka, że znów winda nie działa
I że do morza daleko.
Teściowa, pijąc mrożoną kawę,
Na ratownika zerka,
Mówi do teścia: - Ty to tak nawet
Nie wyglądałeś za Gierka.
Tłumy turystów niosą na plaże
Koce, ręczniki, leżaki,
Henio podobno w lipcu w Jantarze
Spotkał osiołki bliźniaki.
Kiedy spokojnie kończył śniadanie,
Czytał w gazecie nagłówki,
Nagle podeszli tacy dwaj dranie:
- Pan wyskakuje z parówki!
I uderzyli Henia po głowie,
Krwawe zaczęły się czyny,
Ktoś wezwał pomoc i pogotowie
Wzięło go do Kościerzyny.
Mieli już wczoraj wypuścić Henia,
Bo Henio szybko się goi,
Ale niestety wskutek leczenia
Henio szpitali się boi.
Jedna się w Heniu nie goi rana,
Bo słyszał, pod kroplówką śpiąc,
Jak mu dyrektor gra na organach
I disco polo śpiewa ksiądz.
Trochę się naoglądałem różnych widowisk i znam pewne mechanizmy. Kiedy widzę, że akcja dzieje się na dworcu albo w barze - wiem od razu, że to akt desperacji reżyserskiej. Poza nielicznymi przypadkami bar albo poczekalnia dworcowa służą do powiązania ze sobą rzeczy, których teoretycznie powiązać się nie da. Bo przez takie miejsca przetaczają się wszyscy, a że każdy człowiek jest inny, więc można wszystko. Może się w poczekalni pojawić ułan śpiewający Rotę, a zaraz po nim przy kasie stanie dziewczyna, która zaśpiewa o tym, że nie jest przy kasie, bo wydała wszystkie pieniądze. W barze może się znaleźć profesor filozofii, który tęskni za dawną miłością, nucąc Dancing Queen zespołu ABBA, i drag queen śpiewająca Wsiąść do pociągu byle jakiego... Z kolei w filmach, a zwłaszcza serialach, ulubionym miejscem akcji jest szpital. Bo tam też każdy się może znaleźć. Na przykład ten profesor, który po wyjściu z baru został potrącony konno przez ułana, który jednak nie odjechał pociągiem. Przywołana przeze mnie wyżej historia z piosenką promującą szpital jest dowodem na to, że może to być miejsce inspirujące artystycznie.
Kolejne przykłady znalazłem w "Nowościach Dzienniku Toruńskim", w tekście: Bracia lekarze, brawo Wy!: "Studiowali ten sam kierunek, w tej samej uczelni, mają identyczne gesty, podobają im się te same dziewczyny. Trojaczki Stanisław, Krzysztof i Jan właśnie rozpoczęli staż lekarski w szpitalu na Bielanach. W tej placówce 25 lat temu przyszli na świat. Pracuje w niej lekarz, który dokonywał cesarskiego cięcia, i pielęgniarki, które ich przebierały i karmiły. Wybór studiów był dla braci oczywisty - mama jest stomatologiem". To już kolejny tekst poświęcony trojaczkom - lekarzom w toruńskim szpitalu. Gazeta przedstawia reakcje czytelników: "Jacy przystojni" - komentują internautki na Facebooku pod artykułem "Nowości". "Chcemy trafić do nich na oddział" - piszą Michalina, Ania i Klaudia, a inna dodaje: "Normalnie chyba się rozchoruję". Internauci głowią się i żartują, dopytując, jak pacjenci radzą sobie z takim niecodziennym zespołem. "Gdybym po wypadku trafiła na SOR i zobaczyła tych trzech panów razem, to uznałabym, że chyba nieźle mnie pierdyknęło, bo widzę potrójnie" - zapowiada Beata. Dziennikarze zajrzeli też do szpitala i podpytali personel medyczny o nowych współpracowników: "Czasem ktoś komentował, że raz pan wysoki, a innym razem z brzuszkiem - śmieją się lekarze i zapewniają, że braci można odróżnić. - Stanisław jest najwyższy, Krzysztof ma bliznę na czole, a Jan jest bez skazy - opisują".
Na tej samej stronie "Nowości" publikują interwencyjny tekst Nerwy kibiców piłkarskich na oddziałach Szpitala Obserwacyjno-Zakaźnego. Sprawa jest poważna - właśnie trwały eliminacje do piłkarskich mistrzostw świata, a tu tymczasem: "W niektórych salach od kilku dni nie działają telewizory lub automaty pobierające opłaty. Nie pomagają liczne telefony do serwisantów. - Pomóżcie, przecież w sobotę gra Polska - denerwują się pacjenci. - Jest wizja, ale nie ma fonii - relacjonuje nasz rozmówca. (...) Zależy nam na jak najszybszej naprawie, bo w sobotę gra reprezentacja, a proszę sobie wyobrazić, jak się będziemy czuli tutaj my, chłopy, bez meczu. Siedzimy i gapimy się w ekran jak w Matkę Boską z nadzieją, że może zacznie działać". Mam nadzieję, że interwencja gazety (a może i wyższych czynników) poskutkowała, bo mecz, który tak bardzo chcieli obejrzeć kibice, to ten z Danią, wygrany dla Polski 3:2 (wszystkie trzy gole dla naszej reprezentacji strzelił Robert Lewandowski).
Te dwa materiały wydały mi się najważniejsze, ale zwróciłem uwagę jeszcze na tytuły tekstu poświęconego życiu prywatnemu pewnej popularnej polskiej artystki (Piosenkarka nie zdradza imienia męża) i artykułu o awanturnikach z kamienicy przy ulicy Mickiewicza (Ich sposób na życie? Pić, szaleć i nie płacić).
Wszystkie chodzimy w smutku i żalu,
Bo stała sie potworna rzecz,
Henio sie wczoraj znalazł w szpitalu,
Gdyż chciał obejrzeć sobie mecz.
Henio jest jeszcze w życia rozkwicie,
Chęci do życia nie traci,
Ma bardzo prosty sposób na życie:
Pije, szaleje, nie płaci.
Henio po różnych takich zalotach
Trafił na oddział zakaźny,
Wczoraj wieczorem bierze pilota,
A obraz cuś niewyraźny.
Inni pacjenci czekajom z troskom,
Histeria sie rozpętała
I patrzom w ekran jak w Matkie Boskom,
Z nadziejom, że cuś zadziała.
Henio jest mężem Rudej Irenki,
A kiedy szuka go władza,
Irenka nagle śpiewa piosenki,
Imienia męża nie zdradza.
Irka w akwarium hoduje węża,
Irka ma na pośladku znak,
Nigdy nie zdradza imienia męża,
Samego męża - czasem tak.
Henio chciał telewizor rozwalić,
Rzucał wulgarne wyrazy,
Nagle trojaczki weszli do sali,
W tem jeden całkiem bez skazy.
I telewizor naprawił anioł,
Heniowi aż zaparło dech,
Bo wyszło na to, że w meczu z Daniom
I Lewandowskich było trzech.
Na podstawie doniesień prasowych można przygotować listę najniebezpieczniejszych zawodów. Na pierwszych miejscach wcale nie znaleźliby się policjanci czy strażacy. Tylko rzemieślnicy. Przypomnę właściciela serwisu AGD pogryzionego przez 81-latka w Zamościu. Po kilku miesiącach na gazetowe łamy wraca też sprawa usług fryzjerskich w Bielsku-Białej. W kwietniu jakaś pani się uskarżała, że bardzo długo trzeba czekać na wykonanie takiej usługi, z dużym wyprzedzeniem trzeba się zapisywać. Tymczasem w grudniu "Dziennik Zachodni" donosi: "Awantura u fryzjera. Poszło o fryzurę. W jednym z salonów fryzjerskich w Bielsku-Białej pojawiła się niezadowolona klientka. - Kobieta zaczęła awanturę z personelem. W czasie kłótni żądała zwrotu pieniędzy za niewłaściwie, jej zdaniem, wykonaną usługę fryzjerską. Podczas szamotaniny zniszczyła telefon komórkowy jednej ze stylistek. O zdarzeniu poinformowano policjantów, którzy zatrzymali 44-letnią kobietę. Badanie alkomatem wykazało, że miała w organizmie blisko 1,5 promila alkoholu". A na trzeźwo jej się podobało? Być może to napoje wyskokowe spowodowały, że w klientce obudziło się dzikie zwierzę.
A propos, na drugiej stronie "Dziennika" trafiłem na zdjęcie urodziwego lwa, a obok notatkę: "Do Śląskiego Ogrodu Zoologicznego w Chorzowie przyjechał przedwczoraj młody lew z ogrodu zoologicznego w Gdańsku. Bolek urodził się 14 lipca 2015 roku. Obecnie waży 107 kg. Na razie przyzwyczaja się do nowych warunków. Jest w innym pomieszczeniu niż dwie samice, bliźniaczki Kasai i Lingala. (...) Lwice urodziły się w 2011 roku, więc są starsze niż Bolek. (...) Bolek, chociaż dużo młodszy, ma tę przewagę, że samce lwów szybciej się rozwijają i są większe od samic. Kasai i Lingala ważą 130-140 kilogramów. Mały Bolek wkrótce będzie od nich cięższy. Goście ogrodu mogą zobaczyć lwy z wewnętrznej ekspozycji przez szybę. Dopiero wiosną lwy zostaną wypuszczone na jeden zewnętrzny wybieg. Jeżeli samice zaakceptują Bolka jako partnera, to w przyszłości w zoo mogą pojawić się małe lwiątka".
Żona pracuje na dworcu w kiosku
Na zmiane z kuzynkom Lidkom,
Kuzynka wczoraj doszła do wniosku,
Że ostrzyżono jom brzydko.
Że tył za długi, a przód za krótki,
Że włosy ma jak mokry kot,
Lidka wypiła pół litra wódki
I poszła po pieniędzy zwrot.
Wściekła rozbiła cztery lusterka,
Zrobiła totalnom czystkie
I chociaż zawiniła fryzjerka,
To uderzyła stylistkie.
Szwagier narzeka troche na zdrowie,
Bolom go nogi i nerki,
Mówi, że ponoć w zoo w Chorzowie
Lew dostał starsze partnerki.
I chociaż spieszno mu do żeniaczki,
Lew musi poczekać jeszcze,
Na razie tylko słyszy bliźniaczki
Z różnych sąsiednich pomieszczeń.
Bolek z pragnienia po nocach wyje,
Lwie oczy w rozpaczy łzawiom,
Jeżeli Bolek troche przytyje,
Może sie lwiątka pojawiom.
A w dzień na ludzi przez kraty zerka,
Leży i nabiera ciała,
Grzywe Bolkowi czesze fryzjerka,
Ta, która Lidke czesała.
Uspokajam - wszystko, co tutaj opisuję, to jednak incydenty. Nie przesadzajmy, nie dopuszczajmy do sytuacji, w których dziecko oznajmiające rodzicom, że chce zostać fryzjerką, stylistką czy serwisantem AGD, usłyszy w odpowiedzi: "To już lepiej opiekunem lwów!".
Czasem aż korci, żeby zapytać: i co dalej? Zapytałem. Zadzwoniłem do ogrodu zoologicznego w Chorzowie. Dostałem kontakt do opiekuna lwów, napisałem krótki list z prośbą o informacje:
Czy Bolek nadal przebywa w zoo w Chorzowie?
Wtedy Bolek ważył około 107 kilogramów i był odizolowany od lwic Kasai i Lingali. Ile waży teraz?
Czy już przebywają w jednym pomieszczeniu?
Czy został zaakceptowany przez lwice Kasai i Lingalę jako partner (albo przynajmniej jedną z nich, nie wiem, jakie są lwie zwyczaje w tej kwestii)? A jeżeli tak, to czy doczekał się potomstwa?
I co w ogóle u Bolka? :)
Pan Wojciech, który opiekuje się lwami w chorzowskim zoo, odpowiedział szybko: Bolek jest w Chorzowie, został połączony z samicami w połowie 2017 roku (oj, naczekał się chłopak), proces łączenia trwał jakieś dwa miesiące (ludzie jakoś szybciej sobie z tym radzą). Ale opłacało się poczekać, bo został w pełni zaakceptowany przez lwice. Jest w związku z Kasai, ale lwiątek nie mają. Pan Wojciech podesłał mi kilka zdjęć Bolka i jego narzeczonej - ależ uroda! A, i ważony był ostatnio w połowie roku 2017 - wyszło 149,2 kg. Ponad czterdzieści kilo w pół roku, niezły gość! Ale podobno teraz już trzyma wagę.
Gazety włączają się w przygotowania do świąt Bożego Narodzenia w przeróżny sposób. Na przykład "Super Nowości" zapowiadają: "22 grudnia w "Super Nowościach" znajdą Państwo sianko wigilijne".
Równocześnie starają się ostrzec przed zakupowym szaleństwem. Na stronie tytułowej wielkimi literami: "Oszuści sprzedają ludziom "CUDOWNE" urządzenie medyczne". W obszernym artykule czytamy m.in: "Rzeszów. Urządzenie diagnozuje choroby i jednocześnie je leczy. Jest tak niesamowicie "skuteczne", że u kobiety wykryło rozrost... prostaty". I dalej opis pokazowego "badania", prowadzonego w jednym z rzeszowskich hoteli przez panią Ilonę. Wzięła w nim udział, nie ujawniając się oczywiście, dziennikarka gazety. A oto jej reakcja na diagnozę: "Oprócz rzeczy, których się co prawda nie spodziewałam, ale nie mogłam wykluczyć, zobaczyłam, że mam... łagodny (na szczęście) rozrost gruczołu krokowego. Na moje zdziwione pytanie o ten "szczególny przypadek" pani Ilona niezmieszana odpowiedziała, że "przecież komputer nie rozróżnia płci"". Są też informacje o cenie (6999 złotych, ale firma zaproponowała specjalną ofertę - 4000 złotych) i wypowiedzi niektórych uczestników prezentacji: "Za półtora tysiąca bym kupiła, ale nie lubię rat, a tyle pieniędzy na wydanie od ręki nie mam - mówiła Barbara z Rzeszowa, rozczarowana wysoką ceną urządzenia". Rozczarowany wydawał się też lekarz zapytany przez gazetę, co o tym wszystkim sądzi. Nie tylko ceną, ale i medyczną wartością takiego badania.
Służba zdrowia, ale już ujmowana w nieco bardziej konwencjonalny sposób, gości na kolejnej stronie "Super Nowości": Stawiają na porodówkę. To korespondencja z Mielca, z której dowiadujemy się, że "Po tym, jak radni powiatowi w Kolbuszowej zdecydowali o likwidacji oddziałów położniczo-ginekologicznego i noworodkowego, pacjentki z tego regionu Podkarpacia chce przejąć szpital w Mielcu. (...) Przypomnijmy, że kolbuszowska porodówka ma zostać wygaszona do końca tego roku. Powód? Zbyt mała liczba porodów, czego efektem są ogromne straty finansowe".
Zajrzałem też do horoskopów. Nieprzypadkowo używam liczby mnogiej. Postanowiłem sprawdzić, na ile się pokrywają wróżby przedstawione w dwóch gazetach dla tego samego znaku, w tym samym czasie i na tym samym terenie. I okazuje się, że "Super Nowości" ostrzegają Skorpiona, że: "Natłok obowiązków sprawi, że Twój nastrój się pogorszy", a "Nowiny" zapewniają go, że: "Weekend spędzisz w miłej atmosferze". Jak widać nasz los zależy nie tylko od tego, kiedy się urodziliśmy, ale i jaką gazetę czytamy.
Córce się w życiu nawet powodzi,
Raczej nie grozi jej bieda,
W styczniu do Mielca pojedzie rodzić,
Bo w Kolbuszowej się nie da.
Córka jest pełną wegetarianką,
Namawia też moją żonę,
Jak raz w gazecie znalazły sianko,
Bardzo mnie zaintrygowało to określenie, że porodówka w Kolbuszowej ma być "wygaszana". Być może to kwestia mojego wieku i nieusuwalnych śladów socrealizmu w umyśle, ale od razu pomyślałem, że kilkadziesiąt lat temu jakiś wybitny poeta opisałby to wydarzenie, utrzymując swój wiersz w podniosłym tonie. Taki Poemat o wygaszaniu porodówki:
Dymami miasto osnute
O przyszłość martwi się naszą:
- Wrogowie zniszczą wam hutę!
I porodówkę wygaszą!
Więc krzycz, podkarpacka ulico!
I zwołaj na siebie wiec!
Bo gdzie się urodzą ci, co
Rozpalą w tej hucie piec?!
I w pięść zaciśnijmy dłonie,
Zewrzyjmy mocarne kości,
A porodówka niech płonie
Żarem uczciwej płodności!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
"Głos Ziemi Cieszyńskiej" na pierwszej stronie ostrzega: Nowy intruz z Czech. Żarłoczny kornik. I następuje opis dramatycznej sytuacji: "Leśnicy robią, co mogą, by uratować świerki przed całkowitą zagładą. Jest to ciężka walka, bo żarłoczność szkodników dosłownie nie zna granic. Niedawno zagościł w ustrońskich lasach nowy przybysz z Czech, którego nie tak łatwo wykurzyć. Świerki atakowane przez korniki i grzyby w dramatycznym tempie znikają z górskich zboczy".
Zdjęcia kornika nie ma, ale obok jest inny artykuł, a przy nim fotografia wiaduktu. Pod wiaduktem stoi grupka ludzi. To mieszkańcy ulicy Ładnej, którzy skarżą się na uciążliwości życia niedaleko drogi ekspresowej: "Przeklęty wiadukt. Wstrząsy i huk dają w kość!".
Na stronie tytułowej "Głosu" jest jeszcze zapowiedź artykułu o kontrolach przewodów kominowych: "Weź protokół od kominiarza, bo ubezpieczenie pójdzie z dymem. Czyt. Czas na kominiarza str. 12".
Na stronie piątej czytelnik dowiaduje się, że nie tylko mieszkańcy ulicy Ładnej mają w Cieszynie niełatwo. "Spór o przejazd. Mieszkańcy ulicy Lipowej i Zaleskiego w Cieszynie mają żal do dyrekcji Szpitala Śląskiego o to, w jaki sposób zarządza parkingiem. Narzekają na problemy z przejechaniem i przejściem przez jego teren". Artykuł ze zdjęciem, a pod zdjęciem podpis: "Mieszkańcy złorzeczą na wiecznie zastawiony chodnik".
Od czasu do czasu w poszukiwaniu inspiracji do tekstu ballady przeglądam nawet reklamy i ogłoszenia. Poniżej informacji o pretensjach do dyrekcji szpitala trafiłem na reklamę zniczy z kuponem rabatowym na pięć procent zniżki. Każdy znicz podpisany jest właściwie kryptonimem: LA 58 po 1,98 zł, LA 212 SAT po 2,98 zł, najdroższe są LA 127 - po 2,99 zł. Nazwy jak z filmów szpiegowskich: "J23 zapalił LA36P na mogile W46".
Ale nie wydaje mi się, żeby w Cieszynie w najbliższym czasie miała rosnąć sprzedaż zniczy, bo oto na następnej stronie: Pierwsza pomoc w małym palcu. Małym, bo zasady udzielania pierwszej pomocy poznawali uczniowie Szkoły Podstawowej nr 4 w Cieszynie: "Włączyli się w obchody Europejskiego Dnia Przywracania Czynności Serca. Bili rekord w prowadzeniu resuscytacji krążeniowo-oddechowej. (...) Sala gimnastyczna szczelnie wypełniła się uczniami. Czterdzieścioro z nich podzieliło się na dwa zespoły, by przez pół godziny na zmianę prowadzić resuscytację. Jeden uczeń miał za zadanie wykonać na fantomie dwa wdechy, a drugi 30 uciśnięć".
Uwielbiam długie nazwy różnych akcji. Gdybym to ja miał wymyślić jakąś dla tej opisanej w artykule, zaproponowałbym "Europejski Dzień Przywracania Prawidłowych Czynności Serca, To Znaczy Przedsionków, Zastawek, Komór i Przegrody Międzykomorowej". Nie dane mi było wpłynąć na kształt tej nazwy, natomiast ballada wyszła tak:
Porządny jestem, nie klnę, nie kradnę,
Mówią, że zacny ze mnie gość,
Mieszkam na skraju ulicy Ładnej,
Wstrząsy i huk mi dają w kość.
Mam dwie córeczki - Madzię i Lidzię,
Ostatnio nie widuję Madzi,
Bo Madzia w szkole już drugi tydzień
Resuscytację prowadzi.
A żona ma na imię Barbara,
Pochodzi aż ze Skoczowa
I choć pod samym domem ma garaż,
Jeździ pod szpital parkować.
Mój teść miał wykształcenie prawnicze,
Zmarł temu osiemnaście lat,
Teraz teściowa kupuje znicze
LA 212 SAT.
Jakżem w sobotę z małżonką leżał
Na łóżku ze świerkowych dech,
To mi to łóżko bezczelnie zeżarł
Żarłoczny kornik, intruz z Czech.
Małżonka wniosła powód sądowy,
Błagam: - Spróbujmy jeszcze raz!
A ona na to, że: - Nie ma mowy!
Teraz na kominiarza czas!
I jak tu budować dobrosąsiedzkie kontakty z różnymi krajami, jeśli atmosferę konfliktu potrafimy podgrzać nawet na poziomie kornika? A skąd wiadomo, że to czeski kornik? Bo jak żre drzewo, to słychać takie: "Hrrradec Králové, Hrrradec Králové, Hrrradec Králové?".
A może do Czech też skądś przyszedł? Przez Austrię z Węgier. Po co te oskarżenia?
A tak na marginesie: naprawdę imponuje mi poziom wykształcenia młodego pokolenia. Gdybym, czterdzieści lat temu, ja - uczeń trzeciej czy czwartej klasy szkoły podstawowej w Bóbrce, wrócił po lekcjach do domu i powiedział: "Babciu, dzisiaj z kolegami prowadziliśmy resuscytację", babcia natychmiast pobiegłaby po księdza, a ksiądz wezwałby egzorcystę. Dziadek zareagowałby inaczej. Przyciszyłby na chwilę Radio Wolna Europa i powiedział: "Dziecko, resuscytację to oni prowadzą u nas od czasu tej cholernej konferencji w Jałcie. Ale to się niedługo skończy".
W Pałacyku Zielińskiego w Kielcach odbywa się Festiwal Kąśliwości. Prowadzę tę imprezę od lat, zastanawiając się, dlaczego do roli konferansjera zatrudniono najłagodniejszego człowieka świata, jakiego znam, czyli mnie? Doszedłem do wniosku, że tytułowa "kąśliwość" to jednak pewna forma życzliwości. Taka złośliwość, ale w dobrej wierze. Na każdej edycji festiwalu śpiewam balladę zainspirowaną najświeższymi wiadomościami.
Tym razem "Kieleckie Echo Dnia" informuje o Nocy płonących samochodów: "Najpierw na ulicy Świerczyńskiej ktoś prawdopodobnie podpalił dwa auta, a kilka godzin później na przyblokowym parkingu przy ulicy Dąbrowskiej w Kielcach ogień doszczętnie strawił jeden samochód i uszkodził kolejny. Policjanci na razie nie łączą tych dwóch spraw".
Nie łączą też z trzecią, na którą trafiłem w kronice policyjnej: "38-latek z kilkunastodniowym opóźnieniem zgłosił policjantom, że został okradziony na szkolnym boisku w centrum Kielc. Jak relacjonował, ktoś wyciągnął mu z kieszeni spodni komórkę wartą 700 złotych". Siedem lat temu 38-latek przez kilkanaście dni nie zauważył, że nie ma telefonu komórkowego! Dzisiejsi 38-latkowie tygodnia bez smartfonu nie wytrzymają... Znaczy dnia... Czy godziny?
Jest jeszcze relacja z wojewódzkiego finału Przeglądu Małych Form Teatralnych o charakterze satyrycznym Jestem zdrowy - odrzucam dym papierosowy. To konkurs zorganizowany przez świętokrzyskiego inspektora sanitarnego. Pod zdjęciem, na którym dzieci przy papierowej choince trzymają transparent z napisem "A papieros to nasz wróg", informacja: "Czerwony Kapturek inaczej, czyli bajka o babci-palaczce w wykonaniu uczniów ze Szkoły Podstawowej w Kłucku koło Smykowa". Obszerna relacja nosi tytuł Śmiechem w nikotynowy dym. I co się działo? "Papierosy to jest ściema - rapowały diabełki i aniołki ze Skarżyska-Kamiennej. (...) Szczególnie barwną kreację stworzyła 9-letnia Oliwia w roli diabełka Smolimordy, który kaszlał, chrypiał. (...) Natalia nauczyła się bronić, kiedy dorośli palą w jej towarzystwie: - Ja kiedyś do jednej pani powiedziałam: proszę pani, palenie powoduje raka płuc, oddech ogra, astmę. I uwierzyła. (...) Laureaci drugiego miejsca - uczniowie Szkoły Podstawowej nr 2 w Sędziszowie w "Bajce o Nikotynie" przedstawili królewnę, której nikt nie chciał za żonę, bo od palenia papierosów wyglądała tak okropnie jakby "skończyła się jej data ważności". Mimo że królewna (9-letnia Kinga) zapewniała, że jest jeszcze na gwarancji". Przewodnicząca jury z kieleckiego sanepidu stwierdziła, że poziom był wysoki i "to zachwyca, że dzieci pokazują to, co byśmy chcieli, czyli że nie warto palić".
Idziemy sobie z małżonką Alą
W nocnym sklepie kupić mleko,
A na Świerczyńskiej auta się palą,
Choć do sylwestra daleko.
Z podziwem patrzy moja Alicja,
Ludzie strażakom nie szczędzą braw,
W miejscu pożaru stoi policja,
Ale nie łączy tych dwóch spraw.
W stronę osiedla idzie Andrzejek,
Brat mojej matki Brygidki,
Andrzejek jest z zawodu złodziejem,
Któren okrada zabytki.
Koszul nie zmienia, nie zmienia spodni,
(Choć na kolanie ma dziurkę),
Nie zauważył od trzech tygodni,
Że mu ukradli komórkę.
Kupiłem mleka dwa sześciopaki,
Chipsy i karton paluszków,
Przed snem poczytam bajkę o takim
Kopciuszku, co palił w łóżku.
Nauczył tego się od macochy,
Co też paliła niestety,
I jednej nocy, przez papierochy,
Zjarała cztery karety.
Muszę sprawdzić, czy konkurs Jestem zdrowy - odrzucam dym papierosowy jeszcze się odbywa. Jeśli tak, mam pomysł na bajkę Mam zdrowe płuca, bo mnie dym odrzuca. Jej bohaterem będzie 38-latek, który aż tak bardzo rzucił palenie, że za zaoszczędzone 700 złotych kupił sobie nową komórkę, ale mu ją ukradli razem z samochodem, kupionym za pieniądze niewydane wcześniej na papierosy. Kradzież samochodu z komórką też zauważył z dużym opóźnieniem.
W "Tygodniku Sąsiadów PASSA" duże zdjęcie z podpisem "Turniej nadziei". Uśmiechnięci młodzi ludzie z transparentem "KS SEMP WARSZAWA". To promocja wydarzenia sportowego: "Arcyciekawie zapowiada się międzynarodowy turniej dziecięcego futbolu organizowany przez SEMP-a na Ursynowie".
Na stronie tytułowej zwracam uwagę na dwie reklamy: "Fryzjer. Najtaniej na Ursynowie. Piątki: studenci 17 zł, studentki 32 zł" i "Zajęcia edukacyjne dla niemowląt od 6 miesiąca. Fitness dla mam z maluchami. Fitness dla dzieci od 3 do 6 lat. Zabawy z pomponami" (to propozycja domu kultury).
Jest informacja o tym, że "Burmistrz Ursynowa walczy z lotniskiem o ograniczenie hałasu". Gospodarz dzielnicy opisał skargi mieszkańców w liście do szefa przedsiębiorstwa Porty Lotnicze i zaapelował o ograniczenie ruchu powietrznego w godzinach nocnych. "W odpowiedzi od P.P. Porty Lotnicze dyrektor Michał Marzec poinformował, że "Oddziaływanie hałasu lotniczego na terenie Ursynowa związane jest przede wszystkim z wykonywaniem operacji lądowań na progu 29 oraz startów z progu 11 drogi startowej nr 1. (...) Operacje startów i lądowań na ww. kierunku wykonywane są w ostatniej kolejności"". I już. Myślę, że sama świadomość, że chodzi o lądowania na progu 29 i starty z progu 11 drogi startowej numer jeden, wpłynęła na uspokojenie sytuacji i znacznie zmniejszyła się liczba skarg na hałas. Wypadałoby jednak, żeby burmistrz Ursynowa podziękował za rozwiązanie problemu chociażby krótkim: "A, no chyba że tak. Jeżeli z progów 29. i 11, to całkowicie zmienia postać rzeczy". Informacji o jakiejkolwiek odpowiedzi na odpowiedź już nie znalazłem.
I jeszcze informacja kryminalna: "Strzelali na ulicy Rosoła! Na Ursynowie przy skrzyżowaniu ul. Rosoła i Gandhi było słychać odgłosy strzałów. Do zdarzenia doszło ok. godz. 13.00 przy skrzyżowaniu Rosoła i Gandhi. W trakcie zdarzenia zatrzymane zostały trzy osoby. Policjanci prawdopodobnie ścigali mężczyzn podejrzanych o włamanie do mieszkań. Dwukrotnie strzelano do samochodu audi, który prawdopodobnie został skradziony".
Żeby nie było żadnych wątpliwości, przypomnę tylko, że wszystko działo się przy skrzyżowaniu Rosoła i Gandhi. A skrzyżowanie Rosoła i Gandhi jest prawdopodobnie jakieś 500 metrów od Multikina Ursynów, które 3 grudnia zapraszało na "Kino na obcasach". Jest miniaturka plakatu filmu Ani słowa więcej, informacja "Seans tylko dla Pań!", ale najbardziej rzuca się w oczy zdjęcie trzech przystojnych młodych mężczyzn, rozebranych do połowy. To BadBoys Polish Chippendales. Wystąpią w ramach seansu kinowego? Często na tego typu propozycje trafia się w okolicy Dnia Kobiet. Ale dlaczego 3 grudnia? I jak to wygląda? Zamiast reklam? Walki półnagich mężczyzn w świeżo wyprażonym popcornie? I w rytm słynnego sygnału Polskiej Kroniki Filmowej?
Ja mam rodzinę raczej ciekawą,
Dwie córki: Basię i Hanię,
Hania dlatego studiuje prawo,
Że u fryzjera ma taniej.
Martwię się z moją małżonką Wiesią,
Bo wnuk się ledwo urodził,
Jeszcze nie stuknął mu szósty miesiąc,
A na angielski już chodzi.
Jeszcze nie minął wiek niemowlęcy,
A to dopiero męki wstęp,
Bo jak mu stuknie osiem miesięcy,
Zapiszą go do klubu SEMP.
Od urodzenia wnuk ma kłopoty,
Niełatwe życie ma nasz wnuk,
Bo w nocy budzą go samoloty,
A zwłaszcza jedenasty próg.
Spaliśmy długo, bo to niedziela,
W niedzielę taka tradycja,
Prawdopodobnie zaczęła strzelać
Prawdopodobnie policja.
Więc córka Basia kołysze syna,
Chociaż powoli traci chęć,
Idzie wieczorem do Multikina,
Gdzie striptizerem jest nasz zięć.
Zięć jak najlepiej tańczyć się stara,
Zięć ma smykałkę do tego,
Pradziadek zięcia tańczył za cara
W epoce kina niemego.
Mam dylemat. Czy w tekście, który w założeniu ma być lekki, zabawny i przyjemny, może się pojawić coś o śmierci? Właściwie nie o śmierci, tylko o czymś, co jej często towarzyszy. O patosie. Zazwyczaj trudno nad nim zapanować. I jeżeli jest autentyczny - wzrusza mnie. Natomiast nie robi na mnie wrażenia patos w słowach wypowiadanych przez polityków. Czuję jakieś wyrachowanie. Ale, w sytuacjach pozapolitycznych, zdarza się patos szczery. W tym wydaniu gazety znalazłem na przykład wspomnienie o zmarłym niedawno prezesie spółdzielni mieszkaniowej. Ślad autentycznego patosu pojawił się już w tytule - Zastał wielką płytę, zostawił cegłę - i wrócił na końcu: "Na mszy świętej w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego zgromadziło się liczne grono przyjaciół, całkowicie pewnych, że śp. Krzysztof również wstąpił prosto do Nieba". To emocje. Na pogrzebie mojego kolegi Bogusia, żegnający go komendant Ochotniczej Straży Pożarnej (Boguś był strażakiem) z przejęcia złożył rodzinie gratulacje zamiast kondolencji. No więc można o takich sprawach? Odwołuję się przecież do ballad podwórzowych, a przynajmniej co druga z nich opierała się na schemacie: miłość - balanga - awantura - zgon. Autentyczne przykłady:
Bo na libacji raz
Gdy bawił się wesoło,
Otoczono go wkoło
I nadszedł śmierci czas.
W kochanki wpadł ramiona
Bez życia zimny trup,
A ręka okrwawiona
Tuliła się do stóp.
Równocześnie twórcy tych pieśni przekazywali słuchaczom jedynie słuszne podejście do śmierci - za bardzo się nią nie przejmować:
Młoda Felusiowa już w grobie spoczywa,
A my na to konto gruchniem sobie piwa!
albo
Na Czerniakowskiej, Górnej, na Woli,
Pośród spelunek dziś cicho tam.
Hej, czyj to pogrzeb sunie powoli?
To Czarnej Mańki, jednej z tych "dam".
Wśród kwiatów leży blada i cicha,
I płynie z wolna tam, gdzie nasz kres...
Psiakrew! To życia historia licha.
Ach, cóż tam! - zresztą nie trzeba łez1.
Wynika z tego, że taka tematyka nie tylko może, ale nawet powinna się pojawiać w opowieściach o prawdziwym życiu. To dobrze, bo...
Jedną z ważniejszych wiadomości ze strony tytułowej "Tygodnika Zamojskiego" jest: "Cmentarny deweloper. Jeden z tomaszowskich zakładów pogrzebowych chciał kupić miejsca na cmentarzu. Zakład Usług Komunalnych, zarządzający nim, odmówił. Bo miejsce może kupić tylko prywatny obywatel. Na pochówek, nie na handel". I dalej: "Na cmentarzach - zwłaszcza tam, gdzie jest ciasno - toczą się boje o każdą piędź ziemi. (...) Prosiliśmy o komentarz współwłaściciela firmy starającej się o wykup miejsc na cmentarzu. Odmówił, być może w myśl znanego powiedzenia: ciszej nad tą trumną".
To na szczęście niejedyny temat w tym wydaniu tygodnika. Jest jeszcze taka wiadomość: "Zamość. Niecodzienny przebieg reklamacji. Groził bronią i gryzł. 81-letni zamościanin, klient serwisu AGD, miał grozić przedsiębiorcy śmiercią. Gdy mężczyzna się z nim szarpał, dziarski staruszek podobno ugryzł go w rękę". Starszy pan (Ryszard H.) przyszedł do punktu AGD i stwierdził, że pracownik zakładu wziął od niego 40 zł za naprawę, której nie dokonał. Akcja jak z filmu sensacyjnego rozegrała się przed zakładem: "Na dworze klient ponoć znów zaczął ubliżać właścicielowi, mówiąc do niego: "Ty, ch... napraw mi lodówkę", po czym wyjął pistolet gazowy i zaczął z niego mierzyć, a potem ugryzł broniącego się mężczyznę. Starszy pan wszystkiemu zaprzeczył. Sprawa trafiła do sądu, 81-latkowi grozi od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności".
Znalazłem jeszcze artykuł ze zdjęciem - "Tramwaj w Zamościu. Mieszkańcy, którzy 9 grudnia przejeżdżali ulicą Piłsudskiego, przecierali oczy ze zdumienia. W mieście pojawił się... tramwaj. Niebieski, z żółtymi pasami wagonik, przegubowiec, podróżował na naczepie... Tych, którzy oczyma wyobraźni widzieli już tramwaje sunące po szynach zamojskich ulic, uspokajamy. Wagonik przyjechał do Zamościa tranzytem, zatrzymał się w jednej z baz transportowych na dwa dni w drodze do stolicy Bułgarii - Sofii".
W tym wydaniu gazety znalazłem aż dziewięć reklam punktów skupu fasoli.
W każdą niedzielę małżonka jedzie
Do swojej siostry Marioli,
Mariola ze swym kochankiem Edziem
Prowadzą skupy fasoli.
Edek to bardzo w porządku gościu,
Choć czasem szajby dostaje,
I po pijaku, nawet w Zamościu,
Edek widuje tramwaje.
W domu ma flintę, sztucer i kuszę,
Chodzi na dziki i sarny,
Na polowania jeździ z Januszem,
Deweloperem cmentarnym.
A dziadek Rysiek miał dwie rozprawy,
Ponieważ wyszło na jaw, że
Chodzi po mieście i dla zabawy
Gryzie w serwisach AGieDe2.
A że go nie stać na adwokata,
To pewnie pójdzie w niewolę
I będzie dziadek przez cztery lata
Za karę łuskał fasolę.
Kino nigdy nie prześcignie życia. Najzdolniejszy scenarzysta czy autor dialogów nie wymyśli czegoś takiego, co zdarza się naprawdę. Proszę sobie wyobrazić, jaką moc miałaby słynna scena z drugiej części Terminatora, gdyby Arnold Schwarzenegger zamiast subtelnego "Hasta la vista, baby" powiedział: "Ty, ch... Napraw mi lodówkę".
9 lutego 2014, ŁOWICZ 18 października 2014, ŻARY 9 września 2019, WARSZAWA
Pomysły na scenariusze filmowe pojawiają się w gazetach nierzadko. Tylko potem, oglądając coś takiego na kinowym ekranie, ludzie mówiliby, że przekombinowane, że scenarzystę za bardzo poniosła fantazja, że to niemożliwe. A jednak. Scenariusz w dwóch odcinkach trafił mi się na początku i pod koniec roku 2014.
"Nowy Łowiczanin" z 30 stycznia na stronie 14, w prawym górnym rogu informuje: "Zwierzęta. Nie odleciał do Afryki. Uratowali bociana, bo zrobiło im się go żal". I poniżej relacja jednego z bohaterów zdarzenia: "Jechaliśmy z kolegą przez Bobrowniki i nagle mijamy stojącego w śniegu bociana. Kolega cofnął się, złapaliśmy go i wnieśliśmy do samochodu, aby się ogrzał. Żal nam się go zrobiło, bo przecież gdyby nikt mu nie pomógł, to pewnie by zginął na mrozie - opowiada nam pan P., mieszkaniec Bełchowa, który chce zachować anonimowość. Ptak został znaleziony w środę 22 stycznia około godz. 13.00. Po zabraniu go siedział z mężczyznami w szoferce samochodu dostawczego, którym jechali, ogrzał się, zjadł bułkę (...)". Szybko uspokoję czytelników: wszystko skończyło się dobrze, bocian trafił do schroniska dla zwierząt, gdzie się nim zaopiekowano. Czytelników może uspokoiłem, ale sam siebie długo nie mogłem uspokoić. Bo wyobraziłem sobie, co by było, gdybym był przypadkowym świadkiem tego zdarzenia? Co bym o sobie pomyślał, gdybym jadąc, zauważył ciężarówkę, w której siedzi dwóch mężczyzn i bocian jedzący bułkę? Co by pomyślała o mnie rodzina, której bym to opowiedział? Jak widać, nie tylko ja miałem tego typu obawy. Bo niby dlaczego "pan P., mieszkaniec Bełchowa", chciał pozostać anonimowy? Na pewno ma rodzinę, jest poważanym obywatelem, a tu nagle zaczyna się go łączyć z bocianem jedzącym bułki w szoferkach samochodów dostawczych. Zniszczona reputacja!
Mija kilka miesięcy. Jestem w Żarach, przeglądam "Gazetę Regionalną" z 17 października. Na stronie 38 bogato ilustrowany zdjęciami artykuł pod tytułem Uratowali dzika. Matko! Może to ci sami?! Czyli pan P. i jego kolega? To co prawda ponad 400 kilometrów od Bełchowa, ale może musieli się przenieść? Może nie mieli już spokojnego życia? Poinformowane przez bociana ptaki chmarami zlatywały się do ich szoferki, kłapiąc dziobami: "Buuułkęęę! Chcę buuułkęęę!".
Czytam artykuł z Żar: "Mały dzik wpadł do dołu po wapnie. Ludzie dobrego serca, zamiast zrobić z niego kiełbasę, uratowali mu życie". To zapowiedź tekstu, a dalej rozwinięcie: "Mały dzik wpadł do dołu po wapnie na terenie dawnego zakładu budowlanego w Mielnie. - Prowadzimy prace nad zabezpieczeniem tego obiektu przed kradzieżami. Dzisiaj poszedłem na mały spacer do pobliskiego lasu i w dole zobaczyłem małego dzika. Widać, że jakiś czas tu był (...)". Swoją drogą - po czym można rozpoznać, że dzik jakiś czas już tu był? Miał sierść z czwartku? Ale to dygresja, czytam dalej: "Próbował wyskoczyć, ale prawie dwumetrowe ściany silosu po wapnie to dla niego za wysoko - relacjonuje właściciel żarskiej firmy montującej alarmy, Andrzej Chicheł. Na miejscu pojawili się ochotnicy z OSP w Piotrowie. Pierwszy pomysł polegał na wstawieniu starych drzwi do silosu. Dzik nawet się nimi zainteresował. Kolejny pomysł to złapanie dzika na lasso utworzone ze strażackiej liny. Zwierzak znalazł się na powierzchni. Wypłoszony dzik wyrwał do przodu na tyle pechowo, że wpadł do kolejnego dołu. Z drugiej pułapki też został wyciągnięty na linie. Przed ratownikami stanęło kolejne zadanie. Jak bezpiecznie zdjąć pętlę z dzika, nie narażając się przy tym na kontakt z ostrymi kłami. Odwagą wykazał się druh Dariusz Kokosza, który nie bał się trzymać dzika za ryj. Po zdjęciu pętli, zwierzę wróciło do lasu". Koniec tekstu. Ale są jeszcze ciekawe zdjęcia. Na jednym pięciu strażaków przytrzymujących drzwi, jeden trzyma lasso. Podpis: "Do ratowania dzika używano starych drzwi i grubej liny". A na drugim uwieczniono moment zdejmowania liny z twarzy dzika. Podpis: "Druh Dariusz Kokosza nie bał się dzika trzymać za ryj". I czy to nie wystarczy na film, a nawet kilka? Nie umiem pisać scenariuszy, postanowiłem utrwalić ten dramat tak, jak umiem. Ale tym razem nie jakąś dziadowską balladą. Napisałem patetyczny wiersz wprowadzający i tekst wzruszającej pieśni do bardzo znanej melodii.
Wiersz:
Kiedy z gardła wyrywa się kwik,
Kiedy ktoś kopnie, kiedy coś drapnie,
I czujesz się jak mały dzik
W dużym silosie po wapnie,
Zanim pochłonie cię jesień
I duszy zabraknie karmy,
Może wyjdzie na spacer po lesie
Ktoś, kto zakłada alarmy?!
Nim sponiewiera ci serce
Jakaś śmiertelna choroba,
Może ktoś jeszcze w szoferce
Włoży ci bułkę do dzioba?!
A jeśli smutki nie miną
I nie odejdzie strach,
Zrób sobie zdjęcie ze starą liną
Przy równie starych drzwiach.
Kiedy kolejny trudny egzamin
Zły los ci znowu zgotował,
Pamiętaj, że tymi drzwiami
Dzik się interesował!
Pieśń (na melodię We Are The Champions zespołu Queen):
Gdy łut szczęścia masz,
Pojawi się straż,
I choć trudne są czasy,
Ludzie dobrego serca nie zrobią z ciebie kiełbasy...
Wielki strach szybko znika,
Bóg powie ci: - Żyj!
I nie bój się małego dzika
Brać za ryyyyj!
Wyrwać się ciężko, my friends!
Bo z losu silosu, z jego pęt,
Wyrwać się ciężko!
Wyrwać się ciężko!
I nie ciesz się, no bo
Już czeka tuż obok...
Drugi dół.
Myślałem, że to koniec. Że więcej się wydarzyć nie może. Tymczasem 9 września 2019 roku stacje radiowe, portale internetowe i telewizje podały wiadomość (cytuję za RMF24.pl): "Niezwykły gos?c? w warszawskim mieszkaniu. Papuga z noga? w gipsie wleciała przez okno. Do jednego z mieszkan? stołecznego Mokotowa przez otwarte okno wleciała zielona papuga. Włas?cicielka mieszkania zauwaz?yła, z?e papuga ma jedna? nóz?ke? w gipsie. Kobieta zawiadomiła Ekopatrol warszawskiej straz?y miejskiej. Funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce, delikatnie umies?cili papuge? w specjalistycznym transporterze i odwiez?li do Ptasiego Azylu w warszawskim zoo". I jak tu nie zareagować na taką wiadomość? Szczęśliwie był to moment, w którym dla stacji RMF Classic, razem z kompozytorem Łukaszem Borowieckim, pisaliśmy "Piosenki z prawdziwego zdarzenia". Ta stała się jedną z popularniejszych. Piosenkę Zwłaszcza jesień wrzesień spłaszcza zaśpiewały artystki Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze".
Udeszczona i zamglona
Krąży ziemia po elipsie,
Ej, przeleciał dzisiaj do nas
Ptaszek z nóżką w gipsie.
Jak się coś takiego zdarza,
Trzeba wiedzieć wtedy,
Czy iść do weterynarza,
Czy do ortopedy?
Ref.:
Słońca dużo, wiatru mało,
Zwłaszcza wrzesień jesień spłaszcza,
Powiedzże nam, co się stało,
Papużko hulaszcza.
Czy wypadek to czy napad?
Ptaszek zdrową nóżką grzebie,
Czy to jakaś cwana gapa
Nie pobiła ciebie?
Czy cię jeszcze nóżka boli
I czy do przychodni
Masz się zgłosić do kontroli
Za kilka tygodni?
Ref.:
Słońca dużo, wiatru mało,
Zwłaszcza wrzesień jesień spłaszcza,
Powiedzże nam, co się stało,
Papużko hulaszcza.
Jarzębina mokra cała,
Płyną z nieba deszczu strużki,
Gdyby kózka nie skakała...
Wróćmy do papużki.
Wyjaśniło się, oj dana,
Oj di ri di dina,
Że to jest papużka znana
Z filmów Tarantina.
Sprawdzam, co robi konkurencja. Kto i gdzie gra, czy przypadkiem nie ma w pobliżu za dużo atrakcji. Bo to może mieć bezpośredni wpływ na liczbę widzów na moim występie. A jeszcze jak się zdarzy nieuczciwa konkurencja?
Prowadziłem kiedyś koncert plenerowy w jakimś niedużym mieście. Kilkadziesiąt metrów od sceny było wesołe miasteczko. To, że do słuchaczy koncertu piosenki poetyckiej docierały reakcje z pobliskiej komnaty strachu, to nic. Reakcje publiczności na niektóre piosenki były zresztą podobne. Wiedziałem, że mam dłuższą przerwę w zapowiedziach, więc dyskretnie przeszedłem się do wesołego miasteczka. Na kasie wisiała kartka, która była dowodem nieuczciwej konkurencji i bezlitosnych zasad obowiązujących w show-biznesie: "W czasie występu artystów karuzela gratis". Nie wspomniałem o tym kolegom, którzy przygotowywali się do występu. Lepiej, żeby myśleli, że ktoś odchodzi w czasie ich recitalu, bo wezwano go do pożaru albo musi zażyć tabletki.
W Poznaniu zawsze jest konkurencja. Tam się zawsze coś dzieje. 10 lutego 2014, w poniedziałek, "Głos Wielkopolski" relacjonował imprezy, które odbyły się w weekend:
"Prawdziwe pierzaste piękności na MTP. Ponad 1400 gołębi należących do kilkudziesięciu różnych ras, 140 królików i drób ozdobny. Takie cuda natury można było oglądać w miniony weekend na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich".
A jak ktoś już obejrzał gołębie i króliki na wystawie, mógł się inaczej zabawić, bo "Disco polo kiedyś i dziś, czyli tysiące fanów gatunku w Arenie. Wczoraj wieczorem w poznańskiej Arenie setki miłośników muzyki disco bawiło się przy największych przebojach zespołów Weekend, Boys i Akcent". Ciekawe, że w tytule "fanów" było tysiące, a w treści notatki - "miłośników" już tylko setki. Wiem, ktoś powie, że się czepiam, bo przecież jak było dwadzieścia setek, to przecież były tysiące. Ale czepiam się, bo to poznańska gazeta. A w Poznaniu zawsze precyzyjnie wszystko policzone. Porządnie. No, chyba że "fani" to kto inny niż "miłośnicy"? Mam nadzieję, że przynajmniej liczba gołębi i królików na Międzynarodowych Targach Poznańskich nie pozostawia żadnych wątpliwości.
Jeszcze jedna relacja: "Wikingowie, Fenicjanie i barwne kramy, czyli weekend kupiecki w Muzeum Archeologicznym. W sobotę, na dziedzińcu Pałacu Górków bawiły się całe rodziny. Wszystko za sprawą jarmarku, jaki zorganizowało Muzeum Archeologiczne. Były wykłady, pokaz rzemiosła i rękodzieła, koncert na lirze korbowej i kramy ze słodkościami, biżuterią, świecami, serami i przetworami".
To nie ostatnia atrakcja, bo w piątek odbył się w Poznaniu Bal Sportowca: "Futbolową gwiazdą wieczoru był piłkarz stulecia w naszym regionie, czyli Mirosław Okoński. Zdjęcie z "Okoniem" to bezcenna pamiątka. W piątek marzenie wielu osób zostało spełnione...".
Przy takiej masie propozycji trudno było się przebić z czymś jeszcze. Myślę, że wielu organizatorów weekendowych imprez w Poznaniu odetchnęło przynajmniej na wieść, że zamknięta jest biblioteka uniwersytecka. To znaczy, że jest w remoncie. O czym informowała "Gazeta Wyborcza": "Mikrofala w bibliotece. Biblioteka Uniwersytecka się zmienia. W miejscu dawnej czytelni niemieckiej powstanie pokój spotkań, w którym studenci będą mogli odpocząć od nauki i podgrzać sobie posiłek. W przyszłości w podziemiach mogłyby powstać kawiarnie, a na dziedzińcu czytelnia letnia".
Jeszcze na wargach zimowa skarga,
Bo jeszcze luty nad miastem,
A tu tymczasem w weekend na targach
Same piękności pierzaste.
Wiatr na ulicach przechodniów ziębi,
A tu atrakcji bez liku:
Tysiąc czterysta z górą gołębi
I sto czterdzieści królików.
Poszliśmy na tę wystawę z Jolą
I choć robiła wrażenie,
Wyszliśmy szybko, bo disco polo
Grało w poznańskiej Arenie.
Potem w muzeum kupiłem szklanki,
Na imieniny zaś żonie:
Brodę Wikinga, strój Fenicjanki
I zdjęcie szwagra z Okoniem.
Kupiłem piwo, schab i koperek,
Wszystko dla syna Kamila,
Syn idzie w piątek na uniwerek,
Do biblioteki na grilla.
Kiedyśmy z Jolą wracali rano
I koło targów żeśmy szli,
Zauważyliśmy, że ktoś na noc
Zostawił uchylone drzwi.
Jola stwierdziła, wchodząc na hale,
Że zwierz z okazji zawsze skorzysta:
Gołębi w halach nie było wcale,
Królików było już trzysta.
Ależ się czasy zmieniają! Gdybym ja, będąc studentem, przyszedł do biblioteki uniwersyteckiej i powiedział: "Dzień dobry, chciałbym wypożyczyć Wstęp do badań historycznych Benona Miśkiewicza i proszę mi podgrzać bigos", wyleciałbym na zbity pysk z czerwoną kartą biblioteczną (zakaz wypożyczania na wynos, zbliżania się do kserokopiarki i brak miejsca siedzącego w czytelni do końca semestru).
Dzień Kobiet zawsze będzie mi się kojarzył z akademiami II Liceum Ogólnokształcącego w Sanoku. Kilka razy prowadziłem te uroczystości jako dyżurny szkolny konferansjer. Została mi w pamięci fraza wymyślona przez polonistę, profesora Pawliszewskiego, autora tekstu konferansjerki: "Przyjmijcie, drogie Panie, bukiet najserdeczniejszych życzeń, przewiązanych czerwoną wstążeczką naszej męskiej wdzięczności". Na akademii z okazji Dnia Nauczyciela mówiłem: "Przyjmijcie, drodzy Nauczyciele, bukiet najserdeczniejszych życzeń, przewiązanych czerwoną wstążeczką naszej uczniowskiej wdzięczności". Profesor miał poczucie humoru i zmysł niemarnowania dobrych życzeń. Nie pamiętam, czy odbywały się akademie z okazji Dnia Matki, ale jeśli, to wiem, jaki bukiet i czym przewiązany miały przyjąć drogie Mamy jako dowód naszej dziecięcej wdzięczności. A babcie i dziadkowie? Czerwoną wstążeczką naszej wnuczej?... wnukowej? wdzięczności. A żołnierze - naszej cywilnej? Czerwona wstążeczka wdzięczności nie pojawiała się jedynie na akademiach z okazji rocznicy wybuchu Rewolucji Październikowej. Bo to mogłoby być uznane za polityczną prowokację.
Zapowiedź mojego występu z okazji Dnia Kobiet w Gminnym Ośrodku Kultury w Kleszczowie pojawiła się na łamach "Informatora Kleszczowskiego" obok informacji o przenosinach gniazda bocianiego, sprawozdaniu z działań Ochotniczej Straży Pożarnej i reklamy firmy budowlanej oferującej m.in. kompleksowe wykończenia poddaszy. Materiału do ballady poszukiwałem również w tygodniku regionalnym "Fakty" z 4 marca. Być może charakter uroczystości, w czasie której miałem piosenkę zaśpiewać, spowodował, że w ogóle nie zainteresowały mnie sensacje, wypadki i polityczne zawiłości. Po raz pierwszy w przypadku tej zabawy sięgnąłem po horoskop. Postanowiłem napisać balladę, inspirując się tym, co różnym znakom zodiaku przepowiadają gwiazdy - przynajmniej te na niebie nad Kleszczowem. Oto wybrane fragmenty:
"Lew - Zamężne Lwy nie pozwolą partnerowi się nudzić".
"Panna - Jeśli w Twój związek wtargnęła nuda, to najwyższy czas porobić coś razem, nawet wyjść na spacer z psem. To zbliża".
"Skorpion - Samotne Skorpiony będą zajęte rozwijaniem kariery, ale też odczują potrzebę bezpieczeństwa i czułości".
"Koziorożec - Jeśli na Twojej drodze stanie energiczna Ryba albo namiętny Rak, daj się porwać na randkę".
"Baran - Będziesz się podobać, ale zamiast namiętnych randek wybierzesz drzemkę na kanapie. Partner zacznie narzekać, że nie masz dla niego czasu albo w ogóle go nie słuchasz. Single też na początku tygodnia będą wybredne i nieufne".
"Byk - Pod koniec tygodnia samotne Byki zapragną przeżyć przygodę, a pewien Skorpion zechce im w tym towarzyszyć. Niekiedy trzeba zaryzykować".
"Bliźnięta - Flirt z Baranem lub Strzelcem poprawi Ci humor. Rozmowy przez internet też przyniosą wiele radości, poczujesz się seksowny".
"Rak - Single także dopiero od soboty będą miały najlepszy czas na randki i flirty. Możesz poznać kogoś w kinie albo na siłowni".
Siódmego marca w wiosennem deszczu,
Dwuosobowem rowerem,
Jechali sobie przez gmine Kleszczów
Ryba ze swojem partnerem.
I nagle zbiegło sie mnóstwo ludzi,
I wkrótce sie polała krew,
Bo partnerowi nie dał sie nudzić
Dwukrotnie już zamężny Lew.
Z OSP Kleszczów wyszli strażacy,
W mundurach jakby z Paryża,
A Panna z pieskiem wyszła na spacer,
Bo taki spacer to zbliża.
Panna Bliźnięta ma podchowane,
W sumie ma dzieci ósemke,
Bliźnięta liczą na flirt z Baranem,
A Baran wybiera drzemke.
Baran jest dość przystojnem chłopakiem,
Niegłupi jest i niebiedny,
Wpierw bronił sie przed namiętnym Rakiem,
W środe już nie był wybredny.
Panna, choć starsza - dobrze zrobiona,
Ma bardzo zadbanom cere,
Od lat przystawia sie do Skorpiona,
A ten rozwija kariere.
Pannie nie tylko nie brak urody,
Dobrze też widzi i słyszy,
Z samotnem Bykiem miewa przygody,
A Skorpion im towarzyszy.
Ten Lew to łajdak i pijaczyna,
Każda kobieta tu zna go,
Prosto z siłowni chodzi do kina
I tam pracuje nad Wagom.
Wódki spożywa tylko koszerne,
Prowadzi sklep i hurtownie,
A w nocy włącza sobie internet,
Żeby sie poczuć seksownie.