Antykomunizm, czyli upadek Polski. Publicystyka lat 1998-2019 - Andrzej Romanowski

Kup ebooka

31.00 zł
21.84 zł (21,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Od autora
Słowo "upadek" ma w języku polskim dwa odcienie znaczeniowe. Może chodzić o upadek, który już się dokonał, lecz może też chodzić o stan w trakcie upadku, chylenie się do upadku, zmierzch. Używam tego słowa oczywiście w drugim sensie.
Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych, sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy antykomunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska.
Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania - podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja wydarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć.
Karol Irzykowski mawiał: "Ja pierwszy....". Trudno, bym frazę tę powtórzył wobec siebie, zwłaszcza że Dudy przecież nie przewidziałem. Przeczuwałem jednak, do czego dojdzie, do czego może dojść. Toteż nie będzie chyba przejawem zadufania, gdy powiem, że z grupki alarmistów byłem w minionym dwudziestoleciu może najbardziej radykalny. Lub może najbardziej histeryczny. Dlatego, jak pisał Antoni Słonimski, "bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw".
CZĘŚĆ I

W STRONĘ DESTRUKCJI

1791, 1918, 1989

Dokładniej: 3 maja 1791, 11 listopada 1918 i 12 września 1989. Co łączy wszystkie te daty? Polskie "wybicie się" na niepodległość.
Oczywiście, można tu przywoływać także inne wydarzenia. Na przykład wybuch powstania listopadowego, który także umożliwił zaistnienie niepodległego państwa - choć tylko na okres dziewięciu miesięcy. Można też uwzględniać daty proklamowania surogatów polskiej państwowości: Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego, ale czy należy uwzględniać pół-niepodległość? Trudno też przytaczać datę powstania PRL: cokolwiek mówić o zasadniczej ewolucji tego państwa i nierzadkim działaniu w zgodzie z polską racją stanu - zostało ono powołane do życia przez Stalina, a jego pierwszym czynem było zniszczenie II Rzeczypospolitej. Dlatego, gdy myślimy o polskiej suwerenności ostatnich trzech stuleci, możemy wskazać tylko te trzy daty: 1791, 1918 i 1989.
Są to oczywiście - jak zawsze w procesie dziejowym - daty umowne. 3 maja 1791 jedynie przypieczętowywał niepodległość, faktycznie odzyskaną już dwa lata wcześniej. Jak wiadomo, z początkiem XVIII wieku Rzeczpospolita utraciła swą - jak wówczas mówiono - "independencję" (w roku 1702 stało się tak z Wielkim Księstwem Litewskim, w 1704 - z Koroną). Państwo Obojga Narodów, mimo przejściowych prób samostanowienia, było odtąd faktycznym rosyjskim protektoratem, w którym stacjonowały carskie wojska i w którym nic (w tym także wybór monarchy, a bywało, że i uchwały parlamentu) nie działo się bez woli Petersburga. Dopiero w roku 1789, a więc w 85 lat po popadnięciu w rosyjską zależność, Sejm Czteroletni przeprowadził dzieło zasadniczej narodowej emancypacji (oczywiście, tylko na tym terytorium, które mu podlegało, bowiem - na mocy pierwszego rozbioru - pokaźne części Rzeczypospolitej wchodziły już wtedy w skład Rosji, Prus i Austrii). Korzystając z trwającej właśnie wojny rosyjsko-tureckiej, a chroniony parasolem stworzonym przez Królestwo Prus, Sejm Czteroletni zlikwidował ustrojowe instytucje rosyjskie (w tym pierwszy polski rząd - Radę Nieustającą...) i doprowadził do ewakuacji z kraju rosyjskich wojsk. Konstytucja 3 Maja była ukoronowaniem tego procesu: najbardziej spektakularnym przejawem suwerennej woli narodu. Rzecz w tym, że w wyniku rosyjskiego najazdu 1792 roku została unieważniona. Kraj znalazł się ponownie pod protektoratem carycy, następnie zaś uległ kolejnemu rozbiorowi. Insurekcja Tadeusza Kościuszki, która w rok później wybuchła na ostatnim już skrawku państwowości - w Krakowie, Warszawie i Wilnie - zdołała utrzymać narodową władzę przez okres najwyżej ośmiu miesięcy. Tak więc data 3 maja 1791 symbolizuje - oprócz oczywistego faktu uchwalenia Konstytucji - także niepodległość. Choć trwała ona niewiele ponad trzy lata, była i tak najdłuższa w całym XVIII wieku.
Datą umowną jest też 11 listopada 1918. Jedynie dla państw Zachodu ma on znaczenie istotne: w wagonie kolejowym na stacji Compi?gne podpisano wtedy zawieszenie broni, kończące I wojnę światową. Ale w Polsce działo się w tym dniu niewiele. Akcję rozbrajania Austriaków i Niemców w Galicji i w Kongresówce rozpoczęła Polska Organizacja Wojskowa już dwa tygodnie wcześniej. Owszem, 11 listopada rozbrojono Niemców w Warszawie, ale tysiące okupacyjnych żołnierzy przebywało tu nadal, zamknięte w swych koszarach. Władzę w Warszawie i byłej Kongresówce wciąż jeszcze sprawowała - powołana przez okupanta - Rada Regencyjna; rządził - powołany przez Radę i uzależniony od Berlina - polski rząd. Choć i ten rząd podejmował coraz odważniejsze próby emancypacji. Co zatem zmieniło się 11 listopada? Zwierzchnictwo nad tworzącym się polskim wojskiem otrzymał generał Józef Piłsudski. Ale dopiero w trzy dni później, 14 listopada, został on Tymczasowym Naczelnikiem Państwa.
Czyżby więc Święto Niepodległości należało przenieść na 14 listopada? A może nawet na 16 listopada, kiedy "depesza iskrowa" notyfikowała światu powstanie państwa polskiego? Lecz przecież przez cały tamten listopad jakże iluzoryczna i krucha była ta niepodległość! Jurysdykcja Piłsudskiego obejmowała jedynie skrawek dawnej Rzeczypospolitej: z Warszawą, Krakowem i Lublinem, ale bez Lwowa, Poznania i Wilna. A zwycięska Ententa ani myślała uznawać fakty dokonane, zachodzące w Warszawie pod cichym protektoratem pokonanych Niemiec. Może więc Święto Niepodległości powinniśmy przesunąć na czas jeszcze późniejszy: moment mianowania premierem Ignacego Paderewskiego, otwarcia Sejmu, zjednoczenia armii? Czujemy intuicyjnie, że nie miałoby to sensu. Bo przecież to dzień 11 listopada 1918 uruchomił proces, w którym możliwe stały się wszelkie późniejsze wydarzenia.
Taką właśnie symboliczną, umowną datą jest też 12 września 1989. Gdyby do tego dnia odnieść dawne słowa Piłsudskiego, można by rzec: "stał się wypadek bynajmniej nie historyczny, ale taki sobie zwykły". Jaki to bowiem był wypadek? Rzeczywiście najzwyczajniejszy: w PRL powstał nowy rząd. A przecież w PRL rząd wprawdzie rządził, ale kierowała zawsze Partia. Jednak polskie społeczeństwo nie miało wątpliwości. Właśnie przy tym nowym rządzie skupiła się nie tylko cała, przez lata prześladowana, solidarnościowa opozycja, ale i najszersze kręgi ludzi, których polityka nie dotknęła nigdy dotąd, nawet w stanie wojennym. "Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż". Tak wtedy mówiono. Niemal każdego dnia.
12 września - tak jak 3 maja i 11 listopada - był jednak rezultatem procesu: krótszego niż w przypadku pierwszym, dłuższego niż w przypadku drugim. Jeżeli bowiem nie będziemy sięgać aż do sierpnia 1980 (stanowiącego jednak zaledwie manifestację woli zmian), początkiem politycznych reform był dzień 6 lutego 1989: inauguracja Okrągłego Stołu. Potem nadszedł 4 czerwca i wyborczy triumf Solidarności. Ale kolejne dni, tygodnie i miesiące nie przynosiły jeszcze upragnionej zmiany i nawet okrzyk Joanny Szczepkowskiej o "końcu komunizmu" miano usłyszeć dopiero w pięć miesięcy później. Lato 1989 wydawało się kolejnym triumfem nie tylko nawet ancien régime'u, ale wręcz - twórców stanu wojennego: prezydentem PRL został przecież generał Wojciech Jaruzelski, premierem - generał Czesław Kiszczak. I dopiero 24 sierpnia, po fiasku misji sformowania gabinetu przez Kiszczaka, Jaruzelski powołał na premiera człowieka Solidarności: Tadeusza Mazowieckiego.
A więc przełom 24 sierpnia? Chyba wciąż jeszcze nie! Nawet tego niezwykłego dnia istniały przecież dla społeczeństwa przynajmniej trzy ważne pytania. Pierwsze: czy Mazowieckiemu uda się sformować gabinet w Sejmie zdominowanym przez tzw. komunistów? Drugie: czy skład osobowy jego rządu rzeczywiście będzie mógł świadczyć o nowej politycznej jakości? Trzecie, najważniejsze: czy rząd ten - przy wciąż trwających uwarunkowaniach wewnętrznych i zewnętrznych - będzie w ogóle zdolny do działania?
Dopiero więc dzień 12 września 1989 odpowiedział twierdząco na pierwsze dwa pytania. A następujące po nim tygodnie i miesiące odpowiedziały twierdząco na pytanie trzecie. Zjawisko niezwykłe! Tak samo jak 11 listopada 1918 został uruchomiony proces budowania państwa - kształtowania jego ustroju i wyznaczania granic - tak 12 września 1989 został uruchomiony proces odzyskiwania państwa.Oba procesy były jednak skomplikowane i żmudne. Pierwszy trwałdo roku 1922, a więc niemal cztery lata.Drugi przedłużył się do ponad siedmiu lat: od wolnych wyborów prezydenta w roku 1990, przez wolne wybory parlamentarne w 1991, wyjście ostatnich oddziałów armii rosyjskiej w symbolicznym dniu 17 września 1993, aż po zastąpienie konstytucji o rodowodzie stalinowskim nową konstytucją, "wielkanocną", na wiosnę roku 1997.
A przecież już znacznie wcześniej, zaledwie po kilku tygodniach 1989 roku, polska "zaraza wolnościowa" przekroczyła nasze granice. Czy bez Wałęsy i Mazowieckiego byłaby do pomyślenia Jesień Ludów? Niegdyś przykładu zmian nie mogła dać Europie Konstytucja 3 Maja, niemal natychmiast obalona przez rosyjską przemoc. Przykładu takiego nie mógł też dać polski "Jedenasty Listopada"; Europa leczyła powojenne rany i z osłupieniem patrzyła na rosyjski eksperyment "dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem"... Dopiero po latach przełomem dla Europy - pewnie nie całej, ale na pewno środkowej - okazał się nasz Dwunasty Września.
1791, 1918, 1989. Oprócz faktu zdobycia niepodległości wszystkie te daty łączy wybór orientacji. Za każdym przecież razem Polska odchodziła od Rosji: od protektoratu Katarzyny II, od niewoli carskiej czy bolszewickiej, od ZSRR i Paktu Warszawskiego. Jednak takie odejście przynosiło zwykle w odwecie najazd rosyjski - tak działo się w latach: 1792, 1830, 1920, 1939... Po raz pierwszy nie stało się tak w roku 1989. Kiedy Mazowiecki złożył wizytę w Moskwie, usłyszał od Michaiła Gorbaczowa: "Może to wyda się dziwne, ale życzę wam powodzenia". Nie był to bluff. Takiej polityki trzymała się Moskwa - zarówno Gorbaczowowska, jak Jelcynowska - przez całe następne dziesięciolecie. Jedyna rosyjska ingerencja w polskie sprawy dotyczyła w tym okresie naszego akcesu do NATO. Zważywszy na przeszłość, było to jednak bardzo mało.
Odchodząc od Rosji, w każdym z trzech omawianych przypadków Polska "wracała do Europy". Tym samym wracała też do najbliższego zachodniego sąsiada: krajów niemieckich. W latach 1789-1790 Rzeczpospolita Obojga Narodów schroniła się za ochronny parawan Prus. W roku 1918 Druga Rzeczpospolita odradzała się za cichym przyzwoleniem Niemiec, choć zaraz potem zyskała otwarte już poparcie zwycięskiej Ententy, zwłaszcza Francji. Przełom roku 1989 dokonał się ponownie przy poparciu niemieckim (wizyta kanclerza Helmuta Kohla złączona w czasie z upadkiem muru berlińskiego), potem - niemiecko-francuskim ("trójkąt weimarski"), może zaś przede wszystkim - amerykańskim. Tak czy inaczej, wkraczaliśmy zawsze na szlak, na którym już w X wieku przywędrowała do nas cywilizacja łacińska i chrześcijaństwo. Niepodległość przywracała nas samym sobie.
Ale daty 1791, 1918 i 1989 łączy coś daleko jeszcze istotniejszego: sposób dochodzenia do niepodległości. Jest rzeczą oczywistą, że we wszystkich trzech przypadkach stało się tak w wyniku korzystnej koniunktury międzynarodowej. Ale bezpośrednim rezultatem tej koniunktury stało się zjawisko przedtem nieoczekiwane i niewyobrażalne: porozumienie z wrogiem.Wrogiem był przecież dla polskich patriotów Stanisław August - król-"Ciołek", który władzę w Polsce zdobył przez łoże Katarzyny w Petersburgu, który stłumił pierwsze powstanie narodowe - konfederację barską, który podpisał rozbiór własnego państwa. Wrogiem była Rada Regencyjna, powołana przez okupanta we wrześniu 1917 (czyli wtedy, gdy Piłsudski był już więziony w Magdeburgu), kolaborująca z Niemcami nawet po pokoju brzeskim, blokująca - mimo swego orędzia z 7 października 1918 - sprawę polską wobec zwycięskiej Ententy. Tym większym wrogiem był generał armii Wojciech Jaruzelski - I sekretarz KC PZPR, twórca stanu wojennego i pogromca Solidarności. A jednak z nimi wszystkimi - ze Stanisławem Augustem, z regentami, z Jaruzelskim - porozumienie okazało się możliwe, ba! nadspodziewanie łatwe. Choć przecież im wszystkim (najmniej może regentom, którzy w roku 1918 znaleźli się rzeczywiście w sytuacji przymusowej) innych dróg wyjścia nie brakowało. Tak jakby fakt "bycia Polakiem" automatycznie spychał na plan dalszy wszelkie inne uwarunkowania.
W rezultacie, we wszystkich trzech omawianych przypadkach, polska niepodległość została odbudowana niemal bez przelewu krwi. W dniu 3 maja 1791 jedynym aktem przemocy stało się poturbowanie - niechby nawet podeptanie w tłoku - krewkiego posła Suchorzewskiego. 11 listopada 1918, podczas uwalniania stolicy, zginęło tylko pięć przypadkowych osób (choć już w parę dni później liczba ofiar urosła w skali kraju do kilkudziesięciu). A 12 września 1989? Ten dzień mamy świeżo w pamięci: nie rozbito wtedy żadnej szyby.
We wszystkich też trzech przypadkach polska niepodległość stała się rezultatem polskiej solidarności. Można powiedzieć jeszcze konkretniej: stała się rezultatem "grubej kreski"... Już bowiem podczas Sejmu Czteroletniego nastąpiło "unarodowienie" obozu królewskiego, a dawni konfederaci barscy (ci sami, którzy przed dwudziestu laty organizowali porwanie rosyjskiego agenta - króla-"Ciołka"), teraz stali się liderami Stronnictwa Patriotycznego, orientującego się właśnie na króla. Nie bez powodu śpiewano wtedy o "królu kochanym" i "zgodzie wszystkich stanów". Całkiem podobnie w roku 1918 działał Józef Piłsudski. Zamiast wziąć władzę od zrewoltowanej ulicy (od swego "dziecięcia" - Polskiej Organizacji Wojskowej, czy od rządu lubelskiego, w którym ministrem wojny był Edward Rydz-Śmigły), wolał się porozumieć z tymi, którzy byli mu dotąd wrogami, lecz którzy mieli w ręku atut podstawowy: wznosili - choćby tylko szczątkowe i kalekie - formy polskiej państwowości. Ostatecznie niepodległościowiec Piłsudski postawił na stronniczkę Niemiec - Radę Regencyjną (od której przejął wszystkie atrybuty władzy - od zwierzchnictwa nad wojskiem po zwierzchnictwo nad państwem) oraz na stronnika Francji i Anglii - Komitet Narodowy Polski Romana Dmowskiego (od którego już po dwóch miesiącach dostał nowego premiera - Paderewskiego). A przecież Rada Regencyjna współdziałała z Niemcami, którym Komendant energicznie się przeciwstawiał. A Dmowski współdziałał z Rosjanami, podczas gdy "towarzysz Ziuk" walczył z nimi zbrojnie - w Organizacji Bojowej PPS. Wartością nadrzędną okazała się w roku 1918 zgoda narodowa. Oraz niezaglądanie ludziom w życiorysy.
Czy Mazowiecki, realizując swą "grubą kreskę", był świadom tamtych wzorów? W każdym razie, wciągając do współpracy nad naprawą państwa także ludzi dawnego systemu, wszedł na "stary szlak" ojców i dziadów, na szlak polskiej "łagodnej rewolucji". Postawa ta okazała się przy tym nader pragmatyczna: PZPR, odsunięta na boczny tor, nie tylko nie wezwała na pomoc "bratnich krajów", lecz udzieliła Mazowieckiemu poparcia, ba! głosowała za planem Balcerowicza. Jeżeli nawet dali wtedy "komuniści" przykład swej zdolności do błyskawicznej i biegunowej zmiany orientacji - to przecież miało to dla kraju skutki błogosławione. Tak czy inaczej zaś, we wszystkich trzech omawianych przypadkach, zwyciężała solidarność nad odmiennością orientacji, "gruba kreska" nad zemstą i odwetem. Rzeczpospolita - o ile tylko była naprawdę wolna i naprawdę niepodległa - dawała zawsze szansę każdemu obywatelowi.
Dzień 12 września nie stał się nigdy świętem państwowym. A przecież jest nie mniej ważny niż 3 maja i 11 listopada. Czas pokaże, czy stanie się od nich ważniejszy.
wrzesień 1999

Solidarność czy "obóz posierpniowy"?

Związek "Solidarność" tworzą dziś ludzie nowi. Odpłynęły miliony działaczy. Odeszły elity: zdecydowana ich większość znajduje się w Unii Wolności, niewielka część - w partiach wchodzących w skład Akcji Wyborczej Solidarność (AWS), poszczególni liderzy są w Unii Pracy, bądź nawet w SLD czy kancelarii Prezydenta, osobno jest Lech Wałęsa. I tylko w najsilniejszym ugrupowaniu AWS - w Ruchu Społecznym Jerzego Buzka - z historycznych przywódców nie pozostał (poza samym szefem) już bodaj nikt.
To prawda, że przeciwnik cementował niegdyś jedność Solidarności, wymuszał jej "samoograniczanie". Ale to może właśnie dlatego ruch ten stanowił nie tylko negację systemu, lecz także jego konsekwencję. Dwadzieścia jeden sierpniowych postulatów było - jak pisał ostatnio Wiesław Władyka - "wpisane w PRL-owską istotę", Solidarność "w większym stopniu przynależała do przeszłości niż do przyszłości". Wbrew uparcie uprawianej mitologii, w sierpniu 1980 chodziło nie tyle o zmianę ustroju (ten wydawał się nienaruszalny, choćby przez "socjalistyczne otoczenie"), ile o realizację obietnic PZPR. Hasło wywieszone w Stoczni Gdańskiej "socjalizm tak, wypaczenia nie" dla jednych było kamuflażem, dla drugich jednak (i chyba dla większości) - autentycznym przekonaniem. Od Partii bowiem należało wprawdzie żądać (instrumentem miał być niezależny związek zawodowy), należało ją kontrolować (instrumentem miała być wolna prasa), ale nie należało - w imię realizmu - pozbawiać jej władzy. Inna sprawa, że ustrój z wmontowanym weń systemem wolnych związków siłą rzeczy przestawał być autorytarny. To akurat dobrze rozumiano - po obu stronach barykady.
Ale było w dawnej Solidarności coś więcej jeszcze: był sformułowany przez księdza Józefa Tischnera jej etos. "Gdyby trzeba było jakoś bliżej określić znaczenie słowa "solidarność" - mówił Tischner już we wrześniu 1980 - to należałoby chyba sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Sens tego słowa określa Chrystus: "Jeden drugiego ciężary noście". Solidarność, ta zrodzona z kart i ducha Ewangelii, nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, aby się umocnić i rozwijać. Ona się zwraca do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek". W czasie obu swych pielgrzymek do "Polski Jaruzelskiego" dokładnie to samo mówił Jan Paweł II:"Miłość jest większa od sprawiedliwości. I miłość społeczna jest większa od sprawiedliwości społecznej! [...] Solidarność - to znaczy: jeden i drugi [...] brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie, bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności".
Oczywiście, były to raczej idealne postulaty niż rzeczywistość. Solidarność, będąca ruchem protestu, nie mogła obyć się bez nienawiści - nawet wtedy, gdy deklarowała (poniekąd z konieczności) walkę non violence. Mimo to, właśnie ów czyn bez przemocy, z nałożonym kagańcem samoograniczenia, stanowił siłę atrakcyjną Związku. To ów ideał chrześcijański przesądzał o moralnej wyższości w starciu ze zmurszałą ideologią leninowskiej walki klas. Solidarność, właśnie dlatego, że była tak polska i tak chrześcijańska, mogła przyjąć w swe szeregi każdego - także członka Partii, z najwyższymi jej władzami włącznie. Każdemu bowiem rodakowi, każdemu bliźniemu, Solidarność dawała szansę. I bynajmniej nie wymagała ekspiacji.

"Polska posierpniowa"

Powtórzmy: inne były uwarunkowania. Ten "etos" był przecież także "taktyką", stanowił bowiem zaraźliwy przykład, wobec którego propaganda partyjna była bezsilna. Jakkolwiek jednak patrzyć, jest rzeczą przygnębiającą, że w dzisiejszym AWS-ie wszystko to wyparowało. To, co dawniej było przejawem "cywilizacji miłości", dziś stało się ideologią nienawiści. To, co było dawaniem świadectwa, dziś stało się politycznym szantażem. Miejsce księdza Tischnera już u progu lat dziewięćdziesiątych zajął ksiądz Tadeusz Rydzyk. Jednolity obóz uległ podziałowi, co było w warunkach demokracji nieuchronne, ale co mogło przecież dokonać się w sposób naturalny i organiczny, w oparciu o różnice programowe, a nie o głoszone przez braci Kaczyńskich "przyspieszenie". Bojownicy wspólnej sprawy znaleźli się po różnych stronach kolejno wznoszonych barykad, a to zaowocowało walką polityczną nieprzebierającą w środkach. Do wzajemnego zwalczania zaprzęgnięto przy tym rozwiązaną już wcześniej Służbę Bezpieczeństwa - tak pojawiła się ideologia lustracji. A żadne ugrupowanie solidarnościowe od niej się nie odżegnało.
Kiedy więc w roku 1993 Solidarność obaliła rząd solidarnościowy, kiedy do władzy doszedł - niewpuszczany dotąd na solidarnościowe salony - SLD, trudno się było nawet dziwić, że wstrząs przeżyty przez przegranych był już wybitnie destrukcyjny. Czy bowiem sporządzono bilans błędów, zaniedbań i win? Rozpoczęto pracę programową? Postawiono na służebność wobec społeczeństwa? Nic z tych rzeczy: zamiast autokrytycznej refleksji zrodziła się żądza odwetu, za całą myśl polityczną starczył program odebrania władzy "czerwonemu". I tak jak nikt nie odżegnał się od lustracji, tak nikt już nie miał ochoty na "samoograniczenie".
A przecież - zdawałoby się - polityka w kraju demokratycznym, polityka w kraju papieża i Solidarności, nie powinna być postrzegana inaczej niż służba. Rozumiał to Józef Tischner, przestrzegający na progu polskiej niepodległości: "Rola ruchu Solidarności nie może polegać na tym, by do istniejących podziałów dodać nowe podziały, lecz na tym, by stworzyć możliwość ich przezwyciężenia. Tylko w ten sposób można kłaść fundamenty rzetelnej demokracji". Tymczasem właśnie po przegranych wyborach pojawiło się pojęcie "obozu posierpniowego" ("sił posierpniowych", "Polski posierpniowej"). Cóż ono znaczyło? Było prostą odwrotnością pojęcia "Solidarność". Bo wynikało z niego, że istnieje inny rodzaj Polaków: skażonych PZPR-owską biografią. Zgoda: komunizm był złem, ale nie o komunizmie mówimy. Pytamy tylko, czy koalicja SLD-PSL, kontynuująca przecież polskie reformy (choć można dyskutować o ich tempie), musiała być traktowana jak "PRL-bis"? Czy musiano ostrzegać przed prezydenturą Aleksandra Kwaśniewskiego jako najgorszym złem? I czy musiano potem wyrokować, że nowy prezydent ma wprawdzie legitymację demokratyczną, ale nie ma legitymacji... moralnej? Nie sądzę, by takie ideowe łamańce były możliwe w Pierwszej Solidarności. Pewien natomiast jestem, że były one nie do pogodzenia z porządkiem demokratycznym, uznającym za nadrzędną wolę ludu. Jak też z nauczaniem Jana Pawła II, twierdzącego - nawet wobec przemocy stanu wojennego! - że walka nigdy "nie może być silniejsza od solidarności".

Kłamstwo

Jednak nawet jeżeli z "Polski posierpniowej" wyłączymy 60% rodaków (tych, co pragną dziś głosować na Kwaśniewskiego), lub 40% (tych, co pragną głosować na SLD) - to i tak pozostaje pytanie: na jakiej zasadzie pojęcie to zawężono do prawicy? Jakoś nie słyszałem, by w "obozie posierpniowym" mogła się zmieścić Unia Pracy - i to nawet nie ta obecna, kierowana przez Marka Pola, ale poprzednia, przewodzona przez weteranów walki z komunizmem: Ryszarda Bugaja i Karola Modzelewskiego. Jakoś też nie pamiętam, by przed pięciu laty, w swej walce o prezydenturę, powszechne poparcie "obozu posierpniowego" otrzymał Jacek Kuroń. A kiedy dodamy do tego jeszcze i ten fakt, że Pierwsza Solidarność nie była wcale prawicowa, lecz akurat chrześcijańsko-socjalistyczno-lewicowa, wówczas zrozumiemy, że termin "Polska posierpniowa" jest pusty.
Zważmy: Okrągły Stół - jedno z najdonioślejszych wydarzeń w historii Polski - przedstawiany jest jako "zdrada elit". Dwudziestolecie Solidarności świętowane jest przy nieobecności nikogo (z wyjątkiem Tadeusza Fiszbacha) z ówczesnej strony "partyjno-rządowej" - tak jakby porozumienia sierpniowe były podpisywane ze ścianą. Dla AWS-owskich ideologów to wszystko, co jest wzorem realizmu i rozumu politycznego, myśli obywatelskiej i szacunku dla wspólnego dobra - staje się natychmiast podejrzane. Nawet polski Sierpień domaga się "doheroizowania". Przed dwoma laty, w Brukseli, premier Buzek najspokojniej oświadczył: "w sierpniu 1980 Solidarność rzuciła hasło: Polska do NATO!". A przecież gdyby ktoś wysunął taki program w czasach Leonida Breżniewa, mógłby być tylko prowokatorem.
Dychotomiczny podział społeczeństwa na "czystych" i "zbrukanych" ma dodatkowo jeszcze uwiarygadniać lustracja. No, ale przed dociekliwością sędziego Bogusława Nizieńskiego, czy przed ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej nie uszliby dziś ani Tadeusz Kościuszko, ani Adam Mickiewicz, ani Józef Piłsudski... Tym samym jednak czarno-biała wizja dziejów owocuje nie tylko banalnym kłamstwem, ale także pogardą dla polskiej historii (którą usiłuje się upiększać) oraz dla polskiego społeczeństwa (które jest traktowane jak dzieci).
Absolutyzowanie terminu "obóz posierpniowy" przynosi także spustoszenie w dziedzinie języka. Zasoby ubeckie i esbeckie awansują do szumnej nazwy "Instytutu Pamięci Narodowej", prokurator lustracyjny nosi dumne miano "rzecznika interesu publicznego". Terminy "komunizm", "totalitaryzm", "Targowica", którymi tak lubi szafować Marian Krzaklewski, ulegają nieuchronnej banalizacji. No bo jeżeli Targowicą było uchwalenie ostatniej Konstytucji, a przejawem totalitaryzmu są działania telewizji publicznej?... Zaczynamy obserwować procesy podobne jak w PRL: język przestaje służyć komunikacji społecznej, przestaje znaczyć, zamienia się w partyjną, propagandową nowomowę. Przy tym to, co niewygodne, jest jak dawniej "białą plamą". Kiedy bowiem AWS-owski ostracyzm dotyka Mariana Jurczyka, Andrzeja Celińskiego czy Adama Michnika, kiedy nawet ci ludzie - współautorzy sierpniowego triumfu! - okazują się niegodni, by uczestniczyć w jego obchodach, wówczas czujemy się jak przy lekturze Krótkiego kursu WKP(b). Z kolejnych wydań tej książki także znikały niewygodne nazwiska.

Gra państwem

Skoro akceptuje się nieprawdziwą wizję rzeczywistości i przeszłości, musi się pojawić pokusa "równych i równiejszych". A w rezultacie musi też wystąpić podważanie zasad państwa prawa. "W przypadku jednego typu przestępstwa, jakim jest złożenie fałszywych zeznań w jednej tylko sprawie, powołuje się odrębny urząd specjalnego prokuratora i wprowadza się nadzwyczajny tryb postępowania, łamiąc ogólny porządek prawny" - pisał o ustawie lustracyjnej Ernest Skalski (Żerowisko władzy, "Gazeta Wyborcza", 17 II 1999). Najdalej pod tym względem zaszedł AWS-owski projekt dekomunizacji: zakładał on wyłączenie z życia politycznego na lat dziesięć byłych funkcjonariuszy PZPR.
Podważanie zasad państwa prawa - to także nieprzejrzysty system rządzenia. AWS forsuje powołanie instytucji o niejasnych kompetencjach, jak Prokuratoria Generalna, nieprzewidziana w Konstytucji, a mająca sprawować nadzór nad... Ministerstwem Skarbu i NIK-iem. To samo ugrupowanie tworzy ponad głowami rządu niekonstytucyjny ośrodek kierowniczy ("partia kieruje, rząd rządzi"?). Wszak przez cały czas swego istnienia gabinet Buzka był sterowany "z tylnego siedzenia". Bowiem nie wola rządu, lecz wola jego politycznego zaplecza okazywała się decydująca.
Pod władzą AWS racja stanu przestaje być priorytetem. Pamiętamy, jak z powodu samego tylko oskarżenia przez rzecznika interesu pub­licznego, bez wyroku Sądu Lustracyjnego (specjalnie do tych celów ­powołanego), premier zdejmował ze stanowisk ludzi, którzy - jak wiceminister obrony narodowej Robert Mroziewicz - przeszli już i tak międzynarodowe procedury clearingu. (Vacat na stanowisku wiceministra trwał wtedy wiele miesięcy: w rezultacie wykryto później zaniedbania w dostosowaniu polskiej armii do wymogów NATO). Pamiętamy, jak ferowano publiczne oskarżenia wobec ambasadora RP w Izraelu, czyniąc tym oczywiste szkody polskiej polityce zagranicznej. Pamiętamy, jak żądano lustracji służb specjalnych - bez troski o to, jakie to będzie mieć konsekwencje dla bezpieczeństwa państwa. Jak domagano się (z uporem czynił to Marian Krzaklewski) lustracji dyplomatów. A czy trzeba przypominać wakacyjne zawirowania wobec wyborów, w których UOP - powołany ponoć do ochrony państwa - dozował dokumenty lustracyjne "niesłusznych" kandydatów? I czy trzeba przypominać kolejne skandale wywoływane przez ministra Janusza Pałubickiego? Za określenie Kwaśniewskiego mianem "prezydent wszystkich ubeków" doczekał się on tytułu "człowieka roku" i wyrazów solidarności ze strony premiera.

Gra człowiekiem

A teraz mamy jeszcze "powszechne uwłaszczenie"! Nie dość, że rujnuje ono porządek prawny (dysponując nie swoją - na przykład spółdzielczą czy gminną - własnością i wchodząc w konflikt z toczącymi się procesami reprywatyzacyjnymi), to jeszcze rujnuje budżet (który musi dać milionom obywateli bony "nie mniejsze niż 300 zł") i wręcz grozi załamaniem gospodarki. Co najważniejsze jednak: "powszechne uwłaszczenie" prędzej czy później zrujnuje także ludzi, którzy nie będą przecież w stanie utrzymać - a zwłaszcza wyremontować - mieszkań przekazanych im teraz za darmo. Rozumiem: po nas choćby potop. Ale czy to prawicowe doktrynerstwo nie przypomina bolszewickiego "grabit' nagrablennoje"?
Idea "Polski posierpniowej" (to jest "Polski dla swoich") zdaje się wreszcie kłaść cieniem na "czterech wielkich reformach". Pamiętamy, jak były one wdrażane: "na hurra", bez niezbędnej kalkulacji, przy sprzeciwie opozycji. Widzimy, jak obecnie funkcjonują. Obywatel ma więc prawo pytać: czy tu szło naprawdę o jego dobro? Przecież po "reformie służby zdrowia" opieka zdrowotna wyraźnie się pogorszyła, a "na swoje" wyszli głównie urzędnicy Kas Chorych. Obywatel nie wie, czy celem władzy były reformy dla wszystkich, czy tylko dla wybranych? Czy przypadkiem nie chodziło o propagandę sukcesu "Polski posierpniowej"? I czy bez znaczenia była konieczność zapewnienia intratnych stanowisk "krewnym i znajomym królika"?
Oto więc hierarchia wartości, którą zdaje się przyjął AWS. Niewątpliwie najwyżej stoi ideologia antykomunizmu, bądź doktrynersko rozumianej prawicy (obie są wyznawane przez elektorat AWS i ROP, czyli zaledwie 16-20% społeczeństwa). Niemal równie wysoko ceni się dobro "swoich": lokuje się ich na najbardziej lukratywnych posadach i nie daje się zrobić im krzywdy. Dopiero w trzeciej kolejności idzie interes państwa. Redakcja "Kultury" (a więc Jerzy Giedroyc) pisała już przed dwoma laty:
Wszyscy ci politycy i dziennikarze polscy, którzy potępiają w czambuł Jałtę i Poczdam, którzy wypowiadają się tak, jak gdyby chcieli retrospektywnie wyprowadzić Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, którzy zapominają, albo nie wiedzą, że udział w tej koalicji jest jedynym tytułem Polski do jej obecnych granic, którzy podważają ciągłość istnienia państwa polskiego w różnych formach ustrojowych i z różnym zakresem suwerenności i którzy w antykomunistycznym ferworze gotowi są oskarżać "władzę ludową" również o zbrodnie, jakich nie popełniła [...] wszyscy oni działają na szkodę Polski, gdyż tworzą wrażenie, że nie uznają powojennego porządku europejskiego. To oni, z ustami pełnymi "narodowych" frazesów, są dziś jedyną siłą prawdziwie antypolską (Polska, Niemcy: co dalej?, "Kultura" 1998 nr 9).
A gdzieś tam dalej za interesem państwa lokuje się interes "szarego człowieka". Nie widać tego jeszcze przy "powszechnym uwłaszczeniu", ale widać było całkiem wyraźnie przy niedawnych strajkach pielęgniarek... Ten rząd (solidarnościowy) jest silny tylko wobec słabych.

Kto kogo?

Jeżeli więc dziś Marian Krzaklewski przyprawia mnie - jak Jarosława Kurskiego - o "skurcz żołądka", to dlatego właśnie, że wiem, co jest grzechem głównym jego formacji. Wiem, co uniemożliwia realizację wspólnych narodowych celów. Co jest w swych konsekwencjach wymierzone w powagę państwa, w sprawność jego służb, w efektywność jego administracji. Co niszczy społeczną komunikację i deformuje nasz język. Co bije w przeciętnego obywatela. Grzechem głównym jest zmitologizowany podział społeczeństwa na dwa wrogie obozy, między którymi wykluczona jest perspektywa porozumienia. Bowiem to tylko Solidarność Wałęsy potrafiła - i w roku 1980, i w roku 1989 - dogadywać się z "komunistami". Wtedy chodziło o dobro społeczeństwa i o polską rację stanu. O co chodzi dzisiejszej Solidarności, gdy zakazuje współpracy z SLD w samorządach? O co jej chodzi, gdy woli stracić szansę zjazdu przywódców państw w Gdańsku, niż zgodzić się, by w rocznicy Sierpnia wziął udział "niesłuszny" Prezydent?
Chodzi o siebie. Zawsze i wszędzie o siebie i tylko o siebie. O "Polskę posierpniową", ale już nie o Polskę. O "obóz posierpniowy", ale już nie o Solidarność. O upartyjnienie wszystkiego, co się rusza. Pod względem darcia Rzeczypospolitej na strzępy "czerwonego sukna" nie ma różnicy między AWS-owskimi "radykałami" a AWS-owskimi "umiarkowanymi". Myśl polityczna, sprowadzona do walki z "komuchem", uległa dalszej redukcji w kierunku zasady "kto kogo" lub "teraz, k..., my". Oraz w kierunku politycznej maskarady, w której RS AWS określa się ni stąd ni zowąd mianem partii chadeckiej, a niedawny ideolog partii mieszczańskiej staje się liderem partii ludowej. W AWS-ie bowiem - tak głośno gardłującym o zasadach, tak bardzo potępiającym SLD-owski "nihilizm" - nie ma zasad. I nie ma nawet granic śmieszności.
wrzesień 2000

Burzliwa dojrzałość Trzeciej Rzeczypospolitej

Koniec tego państwa odtrąbiono kilka lat temu. Urządzono o nim seanse nienawiści. Obrzucono obelgami typu "Rywinland", "Ubekistan", "postkomunistyczne monstrum". Ale Trzecia Rzeczpospolita nie przestała istnieć. Nie uległa rozbiorom, jak Rzeczpospolita Pierwsza i Druga. Nie zmieniła Konstytucji, w której nazwie nadal figuruje. Trwa już niemal tak długo jak Polska międzywojenna.

Wielkie Porozumienie

Do ukonstytuowania Trzeciej Rzeczypospolitej doszło przez porozumienie. Komuniści oddali władzę - i było to wydarzenie bez precedensu w skali światowej. Zapewne dopiero w przyszłości dowiemy się, jak bardzo potrzebny był parasol ochronny, jaki nad rządem Mazowieckiego rozciągnął - obrany w międzyczasie prezydentem - generał Wojciech Jaruzelski.
Jednak równie ważne (choć w porządku odmiennym - symbolicznym) było coś zupełnie innego. Mimo narzucającego się jako oczywistość oparcia państwowości III RP na tradycji PRL, nawiązano wcale nie do niej, lecz do - nieuznawanej przez świat - Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Zabieg taki był nowością: Druga Rzeczpospolita, wyłaniająca się z pożaru I wojny światowej, nie miała do czego nawiązywać. Po abdykacji Stanisława Augusta w roku 1795 przestały istnieć atrybuty niepodległości, a trudno było, rzecz jasna, ożywiać tradycję Królestwa Kongresowego. Dlatego przekazanie Lechowi Wałęsie przez Ryszarda Kaczorowskiego insygniów prezydenta RP na Uchodźstwie (22 XII 1990) stało się znakiem polskiej ciągłości państwowej wiodącej od roku 1918 i mającej wymiar niepodległościowy. Było także znakiem antykomunizmu, czy szerzej: antytotalitaryzmu. Natomiast mądrości politycznej Polaków należy zawdzięczać, że zatrzymano się na granicy symbolicznej: nawiązując do II RP, nie pomyślano o restytucji jej kształtu terytorialnego. Nie przeszkadzało nam, że polską granicę wschodnią ustalił w Jałcie Józef Stalin.
Dziś wydaje się to zaskakujące, lecz to dopiero Trzecia Rzeczpospolita miała społeczny mandat do rezygnacji z "polskiego Wilna" i "polskiego Lwowa". Tym samym trwająca od czasów Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełły polska przygoda na wschodzie dopiero na naszych oczach dobiegła kresu. Pierwszy minister spraw zagranicznych III RP, Krzysztof Skubiszewski, od początku, a więc jeszcze w czasach istnienia ZSRR, postawił na dwutorowość polskiej polityki. Dogadywał się więc nie tylko z centralą w Moskwie, ale i z emancypującymi się republikami: Ukrainą i Białorusią, także - choć na innych zasadach - z Litwą. Dawał tym samym dowód samodzielności i odwagi, lecz wykazywał się też powściągliwością i zdolnością do samoograniczania (była to dobrze odrobiona lekcja Solidarności). W rezultacie, gdy w roku 1991 ZSRR faktycznie, a potem też formalnie, się rozpadł, Polska do nowej sytuacji geopolitycznej była przygotowana: jako pierwsze państwo na świecie uznała niepodległość Ukrainy, a stosunków z Rosją bynajmniej sobie przez to nie popsuła.
Nowością roku 1989 był jednak przede wszystkim fakt, że nasze państwo, położone między Bugiem a Odrą, a więc także na ziemiach, będących od średniowiecza częścią przestrzeni niemieckiej, udowodniło, że nie jest skazane na podległość Rosji. Nie od razu było to oczywiste i jeszcze w początkach rządu Mazowieckiego Warszawa obawiała się stanąć sam na sam - bez Moskwy - z jednoczącym się państwem niemieckim. Gdy jednak niepodległość stała się faktem, III RP zbudowała szybko przyjacielskie stosunki ze wszystkimi sąsiadami i przede wszystkim dokonała dzieła pojednania z Niemcami, bez rezygnacji z najmniejszego nawet atrybutu naszej racji stanu (jakże inny był sojusz polsko-pruski z roku 1790, akceptujący ustalenia I rozbioru!). Upór dyplomacji III RP w sprawie dopuszczenia Polski do części "konferencji 2 + 4" (w sprawach niemieckich) stanowił dowód nie tylko pryncypialności, lecz i racjonalności. Ale nawet polsko-niemiecki traktat graniczny z listopada 1990, gdy uzyskano maksimum tego, co było do osiągnięcia (Niemcy przypieczętowały wynik II wojny światowej), nie stał się apogeum polsko-niemieckiego zbliżenia. Bo to dopiero w jakiś czas potem zostały Niemcy najwierniejszym ambasadorem przyjęcia Polski do NATO i Unii Europejskiej.
Wszystko to odbiegało swym charakterem od wydarzeń z naszej historii. W minionych stuleciach (pomińmy okres niesuwerennej PRL) Polskę niemal zawsze otaczali wrogowie. W XVII wieku Rzeczpospolita była "obozem warownym" broniącym się na wszystkich szańcach (notabene, z wyjątkiem szańca zachodniego: niemieckiego). W XVIII wieku rozbiory zgotowali Polsce wszyscy jej sąsiedzi: ze wschodu, zachodu, północy i południa. A czy trzeba przypominać przedwojenne stosunki polsko-litewskie, będące (do 1938 r.) formalnym stanem wojny? Albo "ducha Rapallo", który kładł się cieniem na II RP, by w roku 1939 przynieść rezultat w postaci paktu Ribbentrop-Mołotow?
Byt Polski międzywojennej zabezpieczały sojusze z największymi potęgami Europy: Francją i Anglią. Przymierza te nie zapobiegły jednak rozbiorowi naszego państwa w roku 1939, a następnie faktycznemu wchłonięciu go w roku 1945 przez imperium sowieckie. Natomiast polityka III RP zakotwiczyła nas w systemie zbiorowego bezpieczeństwa na skalę dotąd nad Wisłą nieznaną. Czy skutecznie? Dwa przeświadczenia - że niczego więcej nie można już zrobić oraz że Polska nie ma na granicach wrogów - dały obywatelom III RP poczucie niewyobrażalnej wcześniej pewności.

Kraj umiaru

Zauważmy zaś jeszcze jedno: żadna polska niepodległość nie była połączona z odbudowywaniem gospodarki. Ani 3 Maja, ani 11 Listopada nie musiały zmieniać samych fundamentów ekonomiki (choć w tym drugim przypadku likwidowano zniszczenia wojenne). To tylko Trzecia Rzeczpospolita, załatwiając tak wiele spraw na tak różnych odcinkach, dokonała równocześnie przejścia od socjalistycznej "ekonomii księżycowej" do ekonomii wolnorynkowej. Było to tym bardziej godne podziwu, że gospodarka PRL znajdowała się w stanie zapaści o wiele jeszcze głębszym niż na przykład gospodarka czechosłowacka czy węgierska (o NRD-owskiej już nie wspominając). "Szok kontrolowany" Leszka Balcerowicza stał się w rezultacie jedynym programem radykalnym III RP. Przeraził wielu Polaków, lecz z ich niepodległego państwa uczynił "tygrysa" regionu.
Poza tym jedynym programem radykalnym nowe polskie państwo było krajem umiaru. Łącząc w sobie tyle sprzeczności, zostało niejako "skazane" na pójście drogą środka. Więc powiedzmy jeszcze i to: również pokój społeczny wewnątrz państwa był nowością. Jeżeli nawet pozostawimy poza obrębem rozważań prawie dwustuletni konflikt polsko-ukraiński w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej (choć nie wiadomo, dlaczego mielibyśmy go pomijać), to przecież i w łonie polskiej szlachty zdarzały się wojny domowe i bratobójcze rzezie (w 1666 r., w czasie rokoszu Lubomirskiego, poległo w bitwie pod Mątwami 3 tysiące ludzi). Z kolei krótkie, dwudziestoletnie dzieje polskiego państwa przedwojennego były rozdzierane nie tylko dalszą fazą konfliktu polsko-ukraińskiego (a także polsko-białoruskiego, polsko-litewskiego, polsko-niemieckiego...), ale i używaniem przez władzę broni przeciw obywatelom również na terenach Polski etnicznej (jak w Krakowie w listopadzie 1923 - ponad 30 poległych), a wreszcie i zbrojnym zamachem stanu w maju 1926 (379 poległych). A przy tym (jak piszą autorzy syntezy historycznej tego okresu, Czesław Brzoza i Andrzej Leon Sowa) w ciągu dwu i pół roku (1931-1934) sądy doraźne wydały 270 wyroków śmierci, z których 167 wykonano. Z której więc strony nie spojrzeć, III RP jest w polskich dziejach zjawiskiem wyjątkowym.
W konsekwencji nasuwają się dwa, poniekąd wykluczające się, pytania. Pierwsze: czy potrafiliśmy państwo to docenić? Drugie: jeżeli było w nim tak dobrze, to czemu w nim było tak źle? Bo jeżeli nawet nie potrafiliśmy Trzeciej Rzeczypospolitej docenić, to skądś przecież się wzięła społeczna nośność hasła Czwartej Rzeczypospolitej. Trzecia Rzeczpospolita została - choćby tylko chwilowo - odrzucona.

Brak wroga

Dlaczego tak się stało? Oczywiście, nie wolno negować trudu i kosztów transformacji. Nie wolno lekceważyć ludzkich dramatów, biedy i osamotnienia. Zawsze też warto powiedzieć: można było zrobić więcej. Rzecz w tym jednak, że w takim rozumowaniu kryje się pewien kłopot. Bo kiedy przychodzi do faktów, nie bardzo wiadomo, co mogłoby znaczyć to "więcej". I trudno też nie zgodzić się z diagnozą, wysuniętą niegdyś przez Janusza A. Majcherka: że w III RP media eksponowały przede wszystkim ludzkie biedy, a nie sukcesy. Jasne, iż dla dziennikarza newsem jest, że "człowiek ugryzł psa". Jednak, choć do lat 2004-2005 polskie dziennikarstwo, przejęte ideałem służby społecznej, wykazywało wiele odpowiedzialności za "dobro wspólne", to przecież rzeczywiście mało kto mówił, jak wielkim sukcesem jest polska praca "na swoim", swoboda działalności gospodarczej, wolność słowa, otwarcie granic. Tym bardziej zaś nikogo nie interesowało, jakie w istocie jest miejsce III RP w polskich dziejach. W piśmiennictwie lat dziewięćdziesiątych nie pojawiło się zjawisko porównywalne z publicystyką Stefana Żeromskiego u progu II RP. Pochłonięci doraźną walką polityczną, nie przeżyliśmy "radości z odzy­skanego śmietnika".
Czy jednak rzeczywiście, już w kilkanaście lat po antykomunistycznym przełomie, państwo polskie zaczęło "wymagać remontu"? Czy konieczne było jego "oczyszczenie" z resztek dawnego systemu, złamanie korupcji, wzmocnienie władzy wykonawczej? Druga Rzeczpospolita sanację taką przeprowadziła szybciej - już po ośmiu latach istnienia. Ba! ale wtedy Europa Środkowa była terenem systemów autorytarnych i faszystowskich: Polska, zagrożona z zachodu i wschodu, musiała jakoś odpowiedzieć na te wyzwania. Czy dziś, w celu naprawy III RP, trzeba było zachwiać całą nawą państwową? Walczyć z niezależnymi instytucjami? Budować dyspozycyjną prokuraturę, oddane media, nowe służby specjalne? Tupać nogą na Niemcy i na Europę? Ośmieszać nas wobec świata, a w rezultacie wskrzeszać w świecie wszystkie antypolskie stereotypy? Poniewierać Trzecią Rzeczpospolitą?
Gdy na dzieje III RP staramy się spojrzeć z lotu ptaka, gdy chcemy coś z nich zrozumieć, wyczytać znaki mijającego czasu, wydaje się, że to nie trud transformacji i nie niewydolność państwa były największymi polskimi bolączkami. I nie mogło też chodzić o przywrócenie "prawa obywatelstwa" milionom skrzywdzonych, bo nie czemu innemu była niegdyś poświęcona działalność Jacka Kuronia, i nie co innego realizowała triumfatorka wyborów roku 1997, Akcja Wyborcza "Solidarność". Podstawowym problemem III RP było zjawisko, które określiłbym jako irracjonalny niedosyt wroga.
Jak widzieliśmy, brak wroga był dla Polaków okolicznością nową. A nałożyła się na tę sytuację trauma wcześniejszych przeżyć, bowiem energia nagromadzona w stanie wojennym, szczególnie w pokoleniu ówczesnych dwudziestolatków, nie mogła znaleźć ujścia. W III RP nie było przecież rozbrajania żołnierzy Jaruzelskiego, zdobywania czołgów, zajmowania koszar... Nie walczono też z sowiecką interwencją, zabrakło cudu nad Wisłą... Tak, w roku 1989 wszystko było tak samo, choć też wszystko było inaczej. Ostatecznie jesienią 1990 zaczęto walczyć z pierwszym rządem wolnej Polski - i w znacznej mierze czyniono to już tylko dla samej walki.
Hasła, jakie wtedy wysuwano, były bowiem mgliste i trudno przypuścić, by już wówczas, w czasach Kuronia, tak znaczna część społeczeństwa zdążyła poczuć się "wykluczona". O ile jednak w ocenie "wojny na górze" każdy może pozostać przy swym zdaniu, to inaczej ma się rzecz z jej rezultatem. Bo był on przecież narodową katastrofą. Wymuszone przez Wałęsę (i braci Kaczyńskich na zapleczu) zerwanie z "monopolem Solidarności", podział jednolitego dotąd obozu - ukształtowały scenę polityczną III RP nie na zasadzie programowej, lecz sytuacyjnej. Rywalizacja merytoryczna została unicestwiona, a obywatel w swych politycznych wyborach został skazany nie tylko na historię (za czy przeciw PRL?), lecz i na przypadkowość (liberał z obozu Wałęsy czy Mazowieckiego?). Trudno więc było się dziwić, że Polacy zaczęli tak często zmieniać swe polityczne sympatie.

Bakcyl autodestrukcji

Czy po tylu latach powinna nas jeszcze roznamiętniać "wojna na górze"? Niestety tak, bo stała się ona szkołą irracjonalnej nienawiści, a stygmatyzowanie przeciwnika zaczęło wtedy właśnie być ulubionym chwytem. Zwróćmy uwagę: SLD - zwłaszcza po jego dojściu do władzy w roku 1993 - atakowano nie za to, co robi, lecz za jego PZPR-owską przeszłość. Co z tego, że ugrupowanie to, choćby tylko werbalnie, zdążyło już przyjąć system wartości obozu solidarnościowego? Co z tego, że "uwłaszczona nomenklatura" coraz rzadziej tęskniła za PRL, coraz częściej zaś stawała się orędownikiem III RP? (Raniło to poczucie sprawiedliwości, ale było ceną pokoju społecznego). Co z tego wreszcie, że partia Aleksandra Kwaśniewskiego ograniczyła swe apetyty na władzę i nawet stanowisko premiera oddała ludowcowi, Waldemarowi Pawlakowi (nie mówiąc już o trzech ministrach "prezydenckich", podległych faktycznie Lechowi Wałęsie)? Niemal nikogo z obozu postsolidarnościowego nie przekonało, że poprzedniczka SLD, Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, opowiedziała się za prokapitalistycznym planem Balcerowicza. Ani że sam SLD, choć miał w swych szeregach Związek Komunistów RP "Proletariat", zgodził się z czasem, by propaganda komunistyczna, tak jak faszystowska, była w Polsce zakazana.
Użycie do walki z SLD oręża antykomunizmu okazało się zabójcze nie tylko dla pamięci narodowej (posłużyło do banalizacji obalonego ustroju), ale i dla samych partii solidarnościowych (porzuciły one niedawne "samoograniczenie"). Jednak przede wszystkim stało się ono zagrożeniem dla państwa. Ileż to razy mogliśmy w III RP obserwować, że ideologia - zwłaszcza coraz bardziej popularna lustracja - jest w praktyce ugrupowań solidarnościowych stawiana ponad racją stanu. Sytuacja stała się dramatyczna w roku 1997, gdy poddano pod społeczną dyskusję projekt Konstytucji Rzeczypospolitej. Ponieważ w przygotowaniu Konstytucji miał udział także SLD (choć uczestniczył w tym również Tadeusz Mazowiecki...), nie cofnięto się przed najbardziej demagogicznymi atakami. Niesławny prymat dzierżą tu ludzie Kościoła, rzucający obelgi typu "konstytucja masońska", oraz ludzie Solidarności, deklamujący obraźliwe hasła typu "Bantustan" czy "Targowica".
Tymczasem zasadnicza linia podziału przebiegała w III RP nie między zwolennikami Wałęsy a Mazowieckiego, ani nie między "komuchami" a "solidaruchami": przebiegała ona między modernizatorami a antymodernizatorami. Owszem, tych drugich trzeba było przekonywać i niewątpliwie warto było wciągać w rydwan liberalny czy to ZChN­-owców (jak w rządzie Hanny Suchockiej), czy to radykałów z AWS (jak w rządzie Jerzego Buzka). Jednak granice kompromisu były wyraźne: wyznaczała je racja stanu i tendencja proeuropejska. Kiedy więc na podział merytoryczny nałożył się podział historyczny, sił promodernizacyjnych zaczęło nie starczać. Z biegiem czasu zresztą, w obliczu kolejnych kryzysów, ucywilizowani radykałowie dołączali i tak do rzeszy "oszukanych". Pytanie o cenę stawało się coraz bardziej zasadne.

Zdrada centrum

Dziś więc warto pytać: czy to nie w stronę PiS szliśmy wszyscy przez całą Trzecią Rzeczpospolitą? Przecież my, ludzie Solidarności, nie potrafiliśmy odciąć się od politycznego dziedzictwa czasów niewoli, nie umieliśmy zrozumieć, że Polska Niepodległa wymaga wyzwań zupełnie nowych. W sytuacji, gdy - mówiąc słowami Jacka Żakowskiego - "coś w Polsce pękło, coś się skończyło", nie byliśmy w stanie wznieść się ponad własne kombatanctwo, poszukać nowych źródeł polskiej solidarności, zerwać z taryfą ulgową wobec niedawnych towarzyszy. Najwięksi solidarnościowi "państwowcy" odrzucali - w imię anachronicznego antykomunizmu - taktyczne nawet sojusze z postkomunistami. Choć i dziecko wie, że gdy ciężko, to każdy pomocnik jest na wagę złota.
Kiedy więc na minione lata spoglądamy z lotu ptaka, widzimy, że drogę do IV RP wyznaczyli w tym samym bodaj stopniu solidarnościowi radykałowie, co umiarkowani. Owszem, to radykałowie skandowali "Bolek do Moskwy" i palili kukły Wałęsy, ale w tym samym czasie Aleksander Hall ukuł pojęcie "obozu posierpniowego". Owszem, to Antoni Macierewicz sporządził "listę agentów" (czy też - jak potem tłumaczył - "wyciąg z archiwów"), ale w parę lat później wszystkie ugrupowania solidarnościowe zagłosowały za ustawą lustracyjną, stanowiącą w istocie otwarcie puszki Pandory. Nie było mowy o najostrzejszej choćby, lecz merytorycznej dyskusji. Ani o wezwaniach do pokoju społecznego, pojednania i solidarności. Ani nawet o apelach o miłosierdzie. Kościół hierarchiczny - choć niegdyś uwikłany w PRL, bo jak mógł inaczej? - stanął w pierwszym szeregu politycznie nieskazitelnych, a wkrótce potem nawet w pierwszym szeregu rozliczających (i rozliczanych). A wszystkie bez wyjątku czasopisma katolickie, nawet te wydawane niegdyś legalnie w PRL, uznały za stosowne odciąć się od własnej przeszłości, współdziałać w wypłukiwaniu formacji katolicyzmu otwartego, uwiarygadniać się radykalizmem, przyczyniać się do niszczenia politycznego centrum.
Uważam, że komunizm, który przyznaje się otwarcie do swojej tożsamości i genezy, jest czymś skazanym na słabość i postępującą marginalizację. Natomiast cały ów potencjał nietolerancji, agresji i skłonności autorytarnych, jaki tkwił w komunizmie, odradza się w innym języku, w innym rytuale i pod innymi sztandarami.
Tak pisał, już w roku 1991, Adam Michnik. Niestety, nie umieliśmy odczytać na czas tego odmiennego rytuału. Mit "Polski posierpniowej" zwalniał z myślenia. W rezultacie dzieje III RP potoczyły się nie po tej jedynej propaństwowej linii, jaką wyznaczał Michnik z zespołem "Gazety Wyborczej". Szczuto, gdy trzeba było szukać sojuszników - milczano, gdy zło czaiło się naprawdę.

Popęd samobójczy

Charakteryzując politykę polskiej szlachty w drugiej połowie XVII wie­ku, wielki historyk, Tadeusz Korzon, orzekł niegdyś, że widzi w niej "popęd samobójczy". W istocie, działania ówczesnych elit bywały czasem kierowane przeciw racji stanu. A przecież tamto społeczeństwo, choć wyczerpane dziesięcioleciami wojen, nie znało jeszcze zjawiska niewoli. To dopiero nasze generacje mają od stuleci opresję narodową w genach. Czy popęd samobójczy znów rujnuje Rzeczpospolitą?
Bakcyl autodestrukcji jest niewątpliwie wmontowany w nasze państwo. Można rzec nawet: to, co było siłą III RP - antykomunizm i katolicyzm - stało się z czasem jej słabością i przekleństwem. Bo przecież antykomunizm wyrodził się w programy dekomunizacji, dezubekizacji i lustracji, natomiast katolicyzm uległ bądź to infantylizacji spod znaku ojca Rydzyka, bądź polityzacji spod znaku księdza Isakowicza-Zaleskiego. Dziś w enuncjacjach PiS słychać nie tylko dawne szlacheckie pieniactwo. Słychać kalki, czasem wręcz cytaty mowy PRL-owskiej, nawet te w rodzaju "odrąbywania rąk". I słychać też ton nihilizmu, a wreszcie i ślepy kult władzy, najlepiej silnej. Jakby dopiero teraz, po stuleciach niewoli, uwidocznił się w nas naprawdę stygmat wschodu.
"Polsce nikt z zewnątrz nie zagraża - powtarzał w ostatnich latach życia Jan Nowak-Jeziorański. - Zagrażają jej sami Polacy". Dziś chciałoby się dodać: Polsce niepodległej, Polsce w Europie, zagraża PiS-owska (czy tylko PiS-owska?) "Polska posierpniowa". Irracjonalny popęd samobójczy dotyka nas - w przeciwieństwie do sytuacji z XVII wieku - akurat wtedy, gdy osiągnęliśmy wszystkie narodowe cele.
wrzesień 2007

Czy moja partia ma jeszcze sens?

Poniższy tekst jest w tym zbiorze jedynym, który - dwadzieścia lat po jego napisaniu - muszę opatrzyć komentarzem. Unia Wolności - partia polskiej niepod­ległości, ugrupowanie, którego dawno już nie ma - z pewnością nie zasługuje na taki atak. Nie zasługuje zwłaszcza pod piórem niżej podpisanego, wchodzącego od początku w skład władz krajowych zarówno Unii Wolności, jak i jej poprzedniczki, Unii Demokratycznej, a wcześniej Ruchu Obywatelskiego Akcji Demokratycznej (ROAD). A jednak musiałem w niniejszej książce artykuł ten przedrukować, bo współudział Unii Wolności w utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej był jednym z pierwszych sygnałów zjawiska, które nazwałem "zdradą centrum". Był to też mój pierwszy "ostrzał twierdzy IPN". I chyba drugi w polskiej przestrzeni publicznej - po Profesorze Janie Widackim.
Konsekwentne opowiadanie się posłów Unii Wolności za ustawą lustracyjną i ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej jest sprawą na tyle poważną, że domaga się publicznego zabrania głosu - nawet kosztem złamania lojalności wobec własnego ugrupowania. Milczeć jednak nie sposób. Lustracja - zwłaszcza ta spod znaku Instytutu Pamięci Narodowej - jest niebezpieczna dla państwa i jego porządku prawnego, zagraża demokracji. Wbrew bowiem tylu złudzeniom, nie ma lustracji cywilizowanej.

Nie będzie sprawiedliwości

Ostatnie 200 lat dziejów Polski - to dzieje martyrologiczno-więzienne. Nie złamano narodu, ale łamano jednostki. Nawet wiek XIX - choć ucisk carski nie mógł się równać z bolszewickim - obfitował w przykłady zdrad i agentur, i to wśród Polaków największej miary. Pamiętajmy o dwóch tylko przykładach: z historii literatury i z historii politycznej. Pierwszy - to zobowiązanie do współpracy z policją rosyjską, złożone na piśmie w wileńskim więzieniu przez Adama Mickiewicza. Drugi - to życie Waleriana Łukasińskiego: początkiem jego działalności było wykonywanie zleceń tajnej policji. Pytam: kogo i co wykryją obecne poczynania lustracyjne? Jak wielka będzie cena, którą przyjdzie zapłacić? U progu naszego stulecia jedna tylko "sprawa Stanisława Brzozowskiego" ciągnęła się lat kilkadziesiąt - i do dziś nie została definitywnie wyjaśniona. Jak długo będziemy wyjaśniać setki i tysiące zawiłych spraw i sprawek PRL-owskich? Czy rzeczywiście - jak sądzi arcybiskup Józef Życiński - dokonamy w ten sposób zbiorowego oczyszczenia? Czy też raczej wywołamy uczucie wstydu z własnej historii? Nie chodzi o to, by nie ujawniać prawdy. Chodzi o to, by prawda nie była ustalana tylko na podstawie policyjnych kartotek. Bo byłaby to czynność jałowa i prowadząca do wniosków jednostronnych. Bo otwieralibyśmy w ten sposób drogę nihilizmowi.
Nie oczekujmy od lustracji sprawiedliwości. Skoro Bogdan Borusewicz w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (2 XII 1998) twierdzi, że jego teczka "została zniszczona", skoro prof. Andrzej Zoll rozkłada bezradnie ręce, mówiąc, że "jak teczki nie ma, to nie ma" ("GW" 8 XII 1998) - to jaka to będzie sprawiedliwość? Jak Borusewicz w jednym i tym samym wywiadzie może mówić o własnej zniszczonej teczce i o tym, że SB-ckie archiwa "są wiarygodne"? I co to w ogóle znaczy, że "są wiarygodne"? Czy zasób archiwalny = lista agentów? Indagowany niegdyś o to Antoni Macierewicz zaprzeczał: jego słynna "lista" miała być tylko wyciągiem z archiwów. Dziś na żądanie pokrzywdzonego Instytut Pamięci Narodowej będzie udostępniał te właśnie zasoby. Ale i tego mało. Co bowiem z ustnymi zobowiązaniami współpracy? Co z zakładaniem fikcyjnych teczek - na przykład rozmówcom agenta? Wiadomo, że praktykę tę stosowała Stasi - czyżby nie robiła tego SB? A nieprzypadkowo w Niem­czech - po pierwszych lustracyjnych "olśnieniach" - stosunek do wiarygodności teczek jest dziś bardzo sceptyczny. I na koniec pytanie zasadnicze: czy lustracja bez dekomunizacji (karanie wykonawców, nie sprawców) może mieć jakikolwiek sens?

Nie będzie państwa prawa

Trzeba to powtarzać bez końca: ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadza nierówność obywateli wobec prawa. Dzieli bowiem ludzi na dwie kategorie: tych, którzy mogą się zapoznać z materiałami na samych siebie (bo są pokrzywdzonymi) oraz tych, którzy tego prawa nie mają (bo są krzywdzicielami). Mniejsza już nawet o arbitralność (a czasem i absurdalność) takiego podziału. Bo przecież najbardziej pokrzywdzonymi byliby w takim razie członkowie Biura Politycznego PZPR, na których UB/SB bez przerwy zbierała materiały (tylko I sekretarz miał teczkę w Moskwie). Mniejsza także o fakt, że zarówno w Niemczech, jak w Czechach dostęp do swoich teczek mają wszyscy. Ważne jest co innego: dawny agent, który - podając się za pokrzywdzonego - zażąda wglądu w swe akta, ma zapewnioną karę więzienia od pół roku do trzech lat.
Prawda: zawsze można najpierw zapytać, "czy jest się pokrzywdzonym w rozumieniu ustawy". Ale przecież prośba, skierowana przez osobę uważającą się za pokrzywdzoną, jest również dopuszczalna. Co będzie, jeśli teczka zawyrokuje, że osoba ta była agentem? Jakie będą możliwości obrony? Czy niefortunny ciekawski zostanie skazany na trzy, czy może tylko na dwa lata?
Albo inna sytuacja: szantażowany i torturowany oficer AK podpisuje w latach czterdziestych deklarację współpracy. Dziś, w myśl ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, nie jest on już pokrzywdzonym: jest tajnym współpracownikiem. Czy o nim również Borusewicz wypowie swoje "trzeba było nie donosić"? Czy wypowie te słowa nawet wtedy, kiedy ów oficer, choć podpisał, to jednak nie wydał nikogo? A gdyby ów AK-owiec chciał się dowiadywać, kto go torturował - zostanie ukarany trzema latami, czy może tylko (ze względu na wiek) pół rokiem?
Moim kolegom z Unii Wolności, którzy głosowali za Instytutem Pamięci Narodowej, gratuluję spokoju sumienia. Bo gdybyż to rzeczywiście można było założyć, że UB-ckie archiwa zawierają 100% prawdę. Ale przecież to jest loteria, i przyznaje to sam Borusewicz, gdy mówi o swej zniszczonej teczce. I gdybyż to pokrzywdzony mógł krzywdzicielowi wytoczyć tylko sprawę z powództwa cywilnego albo rzecz całą zachować w tajemnicy. Ale nie: pokrzywdzony ze swą, zaczerpniętą z Instytutu, wiedzą (niepewną wiedzą!), może zrobić wszystko. Ma on bowiem prawo otrzymać nazwiska, a nawet dalsze dane osobowe "swoich" funkcjonariuszy i "swoich" agentów, może wyrazić zgodę na upublicznienie swych akt. (W Czechach nazwiska agentów są w aktach zaczernione, w Niem­czech można je wprawdzie poznać, ale nie na wynoszonych kopiach dokumentów). Człowiek niesłusznie pomówiony (przecież nie możemy wykluczyć takiej sytuacji!) nie ma szans obrony, może nawet nie wiedzieć, że ktoś go o coś oskarża. Nie wprowadzajmy w błąd - jak z uporem czyni to premier Jerzy Buzek - opinii publicznej. Polska nie jest jednym z ostatnich, lecz jednym z trzech pierwszychkrajów postkomunistycznych, które chcą się lustrować. I to jedynie w Polsce będzie istniała prawna możliwość zaszczucia i zniszczenia człowieka niewinnego. Albo też - zaszczucia i zniszczenia człowieka, który bardziej niż na potępieniezasługujena współczucie.
Co to wszystko ma wspólnego ze sprawiedliwością? A przecież i na tym nie koniec. Zapis, że szefowie MON i UOP mają prawo utajnić określone teczki, jest słusznym zabezpieczeniem interesów państwa. Czy jednak ten ogólnikowy zapis nie otwiera furtki do nadużyć, do kolejnej fali manipulacji teczkami? Przy najlepszej nawet wierze w dobre intencje ustawodawców, ludzie są tylko ludźmi. Po drugie: warto zauważyć, że idea lustracji - mająca być podobno moralnym sprzeciwem wobec donosicielstwa - inauguruje donosicielstwo nowe, tyle że... "nasze" i "słuszne". Artykuł 18 b ustawy lustracyjnej stanowi, że każdy parlamentarzysta może donieść do rzecznika interesu publicznego na obywatela X. Z kolei według ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej prokurator może zrezygnować z wszczęcia postępowania lub umorzyć je wobec sprawcy zbrodni, który "wsypał" innych sprawców.
Zastanówmy się nad tym wszystkim, zanim będziemy głosować taką czy inną nowelizację. Nie przyjmujmy filozofii Mariana Krzaklewskiego, głoszącego z rozbrajającą szczerością, że "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą". Nie przyjmujmy tej filozofii: jest ona bolszewicka. Kto jak kto, ale Unia Wolności musi mieć świadomość, że dopóki istnieje cień obawy, że lustracja może prowadzić do naruszenia równości obywatelskiej, do manipulacji prawem, do skrzywdzenia choćby jednego człowieka - to przeprowadzać jej nie wolno. Bo między innymi na tym właśnie - na szacunku dla demokracji, dla prawa i dla jednostki ludzkiej - powinna polegać różnica między PRL a Trzecią Rzecząpospolitą.

Ideologia czy racja stanu?

Nie uważam wszelkich form lustracji za bezzasadne: zdaję sobie sprawę, że ograniczone formy clearingu ludzi na konkretnych stanowiskach bywają konieczne ze względu na bezpieczeństwo państwa; że premier ma wręcz obowiązek "prześwietlenia" kandydatów na ministrów. Jednak różnica między tymi działaniami a naszą ustawą lustracyjną jest oczywista i zasadnicza. Tam - stanowisko państwowe może zostać przed kandydatem zamknięte, ale rezultat "prześwietlenia" jest tajny. Tu - jest się publicznie napiętnowanym.
Sens naszej lustracji jest więc jedynie moralny. I może nawet byłoby to słuszne, gdyby teczki zawierały 100% prawdy (o czym wyżej). Oraz: gdyby nie istniała możliwość woluntaryzmu. Jednak rzecznik interesu publicznego, sędzia Bogusław Nizieński (powołany przez prezesa Adama Strzembosza rzutem na taśmę, w ostatnim dniu jego urzędowania...) będzie sprawdzał oświadczenia lustracyjne według sobie tylko znanej kolejności, stanie się więc "panem życia i śmierci" dwudziestu tysięcy obywateli. (Nawet święty by się w tych warunkach zdemoralizował, choć oczywiście zakładam, że Nizieński się nie zdemoralizuje). Ale istnieje też druga wątpliwość: jest nią możliwość niezłożenia przez obywatela oświadczenia lustracyjnego, bowiem kary nie ma za to żadnej. Zakładam - wbrew powszechnie znanym faktom ("tym gorzej dla faktów!") - że oświadczenia złożyli wszyscy. Dopiero jednak trzecia okoliczność jest naprawdę "zabójcza" - i to zwłaszcza dla morale Unii Wolności.
"Gazeta Wyborcza" z 2 XII 1998 opublikowała wywiad z sędzią Wojciechem Borodziukiem. Zgłosił się on do pracy w kontrwywiadzie w pierwszej połowie 1990 r. (tj. w czasach rządu Tadeusza Mazowieckiego); teraz ujrzy swe nazwisko wydrukowane w "Monitorze" (wraz z datą urodzenia, adresem i numerem PESEL) - obok nazwisk agentów bezpieki. Powód? Do 10 maja 1990 istniała jeszcze Służba Bezpieczeństwa... A jak na przypadek Borodziuka reaguje Jan Lityński? "Myślę, że uniewinnienie go przez ten sąd [lustracyjny] powinno być dla niego satysfakcjonujące" ("Gazeta Wyborcza" 2 XII 1998). Tylko tyle? Nieważna jednostka, ważna sprawiedliwość dziejowa?
"Coś w Unii pękło, coś się skończyło" - by strawestować artykuł Jacka Żakowskiego. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego moja partia, opowiadająca się zawsze za "demokratycznym państwem prawa", broni teraz ustaw albo nieprecyzyjnych, albo niedemokratycznych, albo niemoralnych. Cóż można powiedzieć na obronę Unii? Nie chciała mieć stanowiska zbieżnego z opozycyjnym SLD? Ależ mogła stanąć murem przy Radzie Legislacyjnej przy Premierze, oświadczającej, że projekt ustawy "nie został dostatecznie zharmonizowany z obowiązującym porządkiem prawnym". Nie chciała być przeciw AWS? Ależ mogła wstrzymać się od głosu. Musiała - w imię jakichś niejasnych "racji wyższych" - opowiedzieć się za koalicjantem? Ależ mogła - to już naprawdę wymaganie ­minimalne - nie wykazywać aż takiej gorliwości. Doprawdy, czy w tych kolejnych głosowaniach chodziło w ogóle o jakąś sprawę, czy o parlamentarne gry: "kto kogo"?
Tymczasem konsekwencje lustracji mogą być poważne. Wobec otwarcia furtki do wybiórczego traktowania teczek - to, co miało załatwić problem, może spowodować jego odżycie i to w formie, jaka nie śniła się Macierewiczowi. Czy naprawdę jest nieprawdopodobna wizja Polski, w której każdy donosi na każdego, a dobro i zło jest dokładnie wymieszane? W każdym jednak razie, jeżeli mamy raz jeszcze przeżyć "polskie piekło", to pamiętajmy przynajmniej o kontekście międzynarodowym. Bo choć nasz akces do NATO jest raczej przesądzony, to nie jest już przesądzona atmosfera, w jakiej on się odbędzie. A już zupełnie nie jest przesądzony akces do Unii Europejskiej.
Ideologizacja polityki: za to oskarżaliśmy kiedyś PZPR. Dziś dokładnie to samo robi AWS: ideologię antykomunizmu jest gotowa stawiać ponad racją stanu. W imię czego przykłada do tego rękę Unia - partia polskiej niepodległości?

Unia Wolności wybrała

Wiem, że koalicja AWS-UW jest w tym parlamencie jedynie możliwa (nie z powodu "Polski posierpniowej", w którą nie wierzę, lecz z powodu arytmetyki). Ale od jakiegoś czasu Unia potrafi w tej koalicji bronić już tylko dwóch rzeczy: finansów publicznych i stołków. Wiem, że w tej koalicji Unia niewiele może, bowiem jest stroną słabszą. Ale nie znaczy to, że powinna godzić się na naruszenie prawa, demokracji i racji stanu. Oraz jeszcze opluwać samą siebie, swą dekomunizacyjną drogę roku 1990. Wiem też, że Unia miała cel zbożny: chciała raz na zawsze przeciąć lustracyjny wrzód. Ale (by utrzymać się w kręgu metaforyki lekarskiej) nie jest obojętne, czy wrzód się przecina skalpelem, czy siekierą. I nie jest też obojętna kwestia wierności. Bo jeżeli nawet nie jest złamaniem wierności nasza obecna zgoda na odosobniony (?) przykład sędziego Borodziuka, jeżeli nie jest nim kolektywistyczna dziś  filozofia dawnych bohaterów KOR - to nie da się już zaprzeczyć, że w sprawie lustracji Unia zmieniła stanowisko o 180 stopni.
I tu kryje się ostatnia moja pretensja. Bowiem przed pięciu laty zwolenników lustracji było w społeczeństwie znacznie mniej niż przeciwników. I w dodatku wszyscy widzieli, czym się skończyła lustracja Macierewicza. Niech nikt nie mówi, że Unia "musiała". Unia wcale nie musiała - Unia wybrała. Skoro bowiem postawiła na histerię anty-SLD­-owską oraz na kultywowanie mitu "Polski posierpniowej" - to i SLD­-ow­com musiała ustąpić politycznego pola, i własne zasady musiała wyrzucić za burtę. Unia Wolności nie uczyniła nic, by wytłumaczyć społeczeństwu bezsens powszechnej lustracji, przeciwnie, zrobiła wiele, by ją - w cywilizowanej (?) formie - wprowadzić w życie. Ciężko to wyznać: w sprawie Instytutu Pamięci Narodowej to nie Unia, lecz SLD jest dziś partią ludzi przyzwoitych.
Piszę to wszystko nie po to, by ranić i jątrzyć. Ani nie po to, by relatywizować. Unia Wolności (a przedtem Unia Demokratyczna) jest partią olbrzymich zasług dla Polski, bez niej nie byłoby Trzeciej Rzeczypospolitej. Ale innych możliwości oddziaływania na linię partii nie mam, skoro (skądinąd z własnej decyzji) nie sprawuję już żadnych funkcji "w centrali". Jest w każdym razie pewną otuchą, że dwaj "ojcowie-założyciele" Unii, Tadeusz Mazowiecki i Jacek Kuroń, nie wzięli udziału w głosowaniu nad prezydenckim wetem w sprawie ustawy o IPN, że z takich czy innych przyczyn nie oddali głosu ani Janusz Onyszkiewicz, ani Grażyna Staniszewska. Co więcej: Unia (mądra po szkodzie?) zdecydowała - ustami przewodniczącego klubu Jerzego Wierchowicza - zgłosić własny projekt nowelizacji ustawy. Pojawiła się więc szansa - cień szansy - na jakąś zmianę. A przy tym podarowany nam został czas. Przyznaję: jeszcze wczoraj, obserwując lustracyjne szaleństwo, chciałem z Unii wystąpić. Dziś - choć to może naiwność, a może oportunizm - postanowiłem trwać. Z zaciśniętymi zębami. I czekać co najwyżej na sąd koleżeński za głoszenie poglądów, będących jeszcze przed paru laty poglądami całej partii.
Jednak przede wszystkim czekam na coś bez porównania ważniejszego: na jasne i wyraźne opowiedzenie się Unii Wolności za wartościami, którym dotąd służyła. Rozumiem, że "przede wszystkim gospodarka". Ale jest jeszcze prawo, porządek demokratyczny i racja stanu. Naszymi głosami przeszła zarówno ustawa lustracyjna, jak i ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej. To już naprawdę dość. Nie możemy deptać zasad, jeżeli istnienie naszej partii ma mieć jakikolwiek sens.
grudzień 1998

Bezprawie i absurd

Miało być inaczej. Po doświadczeniach "listy Macierewicza" z roku 1992 miało już nie być lustracji "dzikiej". W roku 1997, przyjmując ustawę lustracyjną, dopracowaliśmy się ponoć lustracji cywilizowanej. Albo przynajmniej lustracji "na naszą miarę". Podobno wszystko ujęliśmy w normy prawne. Czy rzeczywiście?
Nie będę tu pisał o lustracji dokonywanej przez rzecznika interesu publicznego; przeznaczona dla parlamentarzystów i innych VIP-ów, rządzi się swymi procedurami, a prawo do procesu sądowego, a więc i do obrony, zostało w niej zagwarantowane (jaka jest praktyka - to sprawa inna, wystarczy przypomnieć lato 2000 roku, gdy w obliczu wyborów prezydenckich raz jeszcze zagrały "teczki"). Chcę napisać o drugim rodzaju polskiej lustracji: znacznie bardziej niebezpiecznej, bo nieujętej w żadne normy. Taka lustracja - faktycznie bezprawna, a na pewno powszechna i "dzika" - istnieje. "Czy naprawdę jest nieprawdopodobna wizja Polski, w której każdy donosi na każdego?" - zapytywałem przed paru laty. Nie sprawia mi satysfakcji, że wizja ta stała się właśnie rzeczywistością.

Powtórka z Macierewicza

Źródłem zła jest ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej. Uchwalona przez Sejm 18 XII 1998, znowelizowana 9 IV 1999, powiada w artykule 32: 
Jeżeli w istniejących i dostępnych dokumentach, w które pokrzywdzony miał wgląd lub otrzymał ich kopie, znajdują się nazwiska funkcjonariuszy, pracowników lub kryptonimy współpracowników organów bezpieczeństwa państwa, którzy zbierali lub oceniali dane o nim, lub tych, którzy prowadzili tych współpracowników, to - na żądanie pokrzywdzonego - należy mu podać nazwiska oraz dalsze dane osobowe tych funkcjonariuszy, pracowników i współpracowników.
Brzmi to tak niewinnie, że budzi wręcz odruch aprobaty - jako realizacja zasady sprawiedliwości. Faktycznie jednak znaczy tyle, że NIC NIE JEST TAJNE. Że każdy, kto niegdyś został skrzywdzony przez UB bądź SB, może dziś sobie czytać akta w IPN, wyciągać wnioski, poznawać wszelkie nazwiska. I bynajmniej nie ma zakazu przekazywania dalej tych nazwisk - artykuł 54 ustawy (jak jeszcze dalej zobaczymy) mówi wprost, że dane osobowe obywatela mogą być ujawniane bez jego zgody. A jeżeli tak - to jesteśmy w konflikcie z aż dwoma naraz aktami prawnymi: z ustawą z dn. 29 VIII 1997 o ochronie danych osobowych oraz z ustawą z dn. 22 I 1999 o ochronie informacji niejawnych. Co więcej: wnioski, jakie osoba z zewnątrz wyciągnie z esbeckich kartotek, wcale nie muszą być prawdziwe. Bo gdyby orientacja w tych materiałach była tak prosta - to skąd tyle błędów znalazło się niegdyś na "liście Macierewicza"? I dlaczego musiano się potem zabezpieczać urzędem Rzecznika Interesu Publicznego, który - mimo fachowego przygotowania - sam nie ma prawa do wydawania wyroków i jedyne, co może, to skierować sprawę do Sądu?
Od kilku tygodni czytam, że współpracownikiem SB był Henryk Karkosza. Nie dziwię się: skoro kiedyś za agenta "Bolka" uznano Lecha Wałęsę - to dlaczego Karkoszy, jednego z najbardziej zasłużonych wydawców "drugiego obiegu", nie można by identyfikować z agentem "Moniką"? A przecież tym razem sytuacja jest inna: źródłem informacji są dokumenty zgromadzone w IPN. Jakie to dokumenty? Esbeckie. Co w nich się znajduje? Wiadomość, że Karkosza był agentem. Kto oskarża? Ci, co widzieli swe "teczki". Czy Karkosza się przyznał? Nie, wszystkiemu zaprzecza. Czy dziennikarskie śledztwo (Wojciecha Czuchnowskiego w "Gazecie Wyborczej") przyniosło jakieś rozstrzygnięcia? Tylko takie, że na nic nie ma dowodu.
Nie ma faktów, nie ma konkretów, nie ma dowodów. Jest natomiast SPRAWA. Oraz brak wątpliwości. Nie liczą się zasługi Karkoszy: jego antykomunistyczna, nie wydumana przecież, działalność. Nie liczą się żadne (o ile są, bo tego też nie wiemy) okoliczności łagodzące. Jest oskarżyciel, sędzia i kat - zadający śmierć cywilną. Ośrodek "Karta" natychmiast chce usunąć Karkoszę ze swego słownika opozycji. Bronisław Wild­stein wyrokuje: "agent SB Karkosza" ("Rzeczpospolita" 28-29 VIII 2004). Zabawne: ten sam publicysta uważa, że tekst Czuchnowskiego jest "jak na GW nieomal obiektywny" - czy zrozumiał to, co przeczytał? Ale co tam: Wildstein WIE. Ja natomiast nie wiem, bo nie mam dowodów. Wiem tylko, że w życiu społecznym, tak jak w postępowaniu sądowym, obowiązuje domniemanie niewinności. No i jak odpierać dowody, których się nie zna?

Kto jest pokrzywdzonym

Na ludzki rozum Henryk Karkosza jest dziś człowiekiem pokrzywdzonym. Ale ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej pojęcie pokrzywdzonego rozumie inaczej. Według artykułu 6 pokrzywdzonym jest "osoba, o której organy bezpieczeństwa państwa zbierały informacje na podstawie celowo gromadzonych danych, w tym w sposób tajny". Natomiast nie jest pokrzywdzonym "osoba, która została następnie funkcjonariuszem, pracownikiem, lub współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa". "Nawet jeśli była wcześniej represjonowana" - dopowiada w "Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej" (2002 nr 4) dyrektor Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Bernadetta Gronek. Tak więc fakt represjonowania Karkoszy przez SB bynajmniej nie czyni zeń pokrzywdzonego. A tylko pokrzywdzeni mają prawo żądać sporządzenia z esbeckich materiałów swej "teczki".
Realizacja zasady sprawiedliwości? Wybiórczy dostęp do dokumentów już sam z siebie wprowadza społeczną niesprawiedliwość. Przyjmuje przecież nierówność obywateli wobec prawa, kwestionując zresztą tym samym porządek demokratyczny i naruszając Konstytucję. Co z tego, że odmawianie komukolwiek prawa zajrzenia do "teczki", to represja mało dolegliwa? Czy ma nas uspokajać fakt, że ograniczenie to dotyczy tylko byłych ubeków bądź agentów? Przecież zarówno Niemcy, jak Czesi - ich praktyki lustracyjne tak często stawiamy za wzór - zapewnili dostęp do "teczek" wszystkim obywatelom. Czy i naszymi, polskimi współobywatelami nie są wszyscy? Czy mamy prawo (bez wyroku sądowego) traktować kogokolwiek odmiennie niż innych? Stosować odpowiedzialność zbiorową? Czy nie jest sprawą dla demokracji fundamentalną zapewnienie wszystkim obywatelom równości szans i obowiązków? Czy nawet wobec ubeków nie powinniśmy się kierować chrześcijańskim przeświadczeniem, że człowiek może (i ma prawo) się zmienić?
Ba! ale czy chodzi tylko o ubeków? Przecież ludzie, którzy nie byli agentami i nie byli obiektem zainteresowania bezpieki, są w ustawie - jako nie-pokrzywdzeni - wrzuceni z ubekami do jednego worka. Nie-pokrzywdzonymi okazują się na przykład polscy emigranci polityczni - o ile tylko bezpieka nie zbierała o nich informacji "w tym w sposób tajny". Pisał ostatnio Piotr Pytlakowski:
Każdemu, komu nie nadano kategorii "pokrzywdzony", IPN odmawia wglądu w dokumenty, nie informując w dodatku, czy powodem jest fakt, że nie ma w swoich zbiorach materiałów jego dotyczących, czy też dlatego, że w materiałach widnieje jako współpracownik służb PRL. "Niepokrzywdzony" zatem jest automatycznie trochę podejrzany, niepewny. Lepiej już w ogóle nie starać się zaglądać do akt, niż dostać taki wstydliwy status ("Polityka" 4 IX 2004).
Artykuł 54 ustawy o IPN stanowi przy tym, że "kto w celu uzyskania informacji udzielanych pokrzywdzonemu na podstawie przepisów ustawy podaje nieprawdę lub zataja prawdę, wiedząc [...] że jego dane osobowe mogą zostać ujawnione na podstawie ustawy bez jego zgody, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 3". Gdy się myśli o wszelkich możliwych realizacjach ustawy o IPN, naprawdę ogarnia groza.
Pisałem kiedyś o złamanym torturami AK-owcu, który w świetle tej ustawy nie tylko nie miałby prawa poznać prawdy o swych donosicielach, ale jeszcze - gdyby chciał się czegoś dowiedzieć - ryzykowałby trzyletnim więzieniem. Pisałem też, że w myśl tej ustawy nawet Adam Mickiewicz byłby dziś uznany za agenta. Teraz przychodzi mi na myśl los Stanisława Dydo, mojego wuja ("przyszywanego", pochodzącego z rodziny zaprzyjaźnionej z moją od czterech pokoleń), żołnierza AK i WiN, straconego w roku 1948. Ponieważ podpisał on w krakowskim UB zobowiązanie współpracy - której nigdy nie podjął! - doprawdy nie wiem, czy nie miałby kłopotów z IPN-owską lustracją. Znawca życia wuja, Tomasz Balbus, dobrze wie, że przez całe swe krótkie, 26-letnie życie był on bohaterem najwyższej próby. Ale Balbus to profesjonalista, o fachowym doświadczeniu historyka i archiwisty, umiejący dokonać krytyki dokumentu. Co by jednak było, gdyby akta Stanisława Dydo ujrzał "pokrzywdzony w rozumieniu ustawy"?
I tak oto wracamy do sprawy Henryka Karkoszy. Do jego anonimowego oskarżyciela i do nieznanych dokumentów. Do procesu, który jest tajny i w którym brak adwokata. Do niemożności obrony przez samego oskarżonego, który przecież nie wykaże swej niewinności nie mając dostępu do akt IPN, a dostępu do akt IPN mieć nie będzie, bo nie wykaże, że jest pokrzywdzonym.

Ziarna nihilizmu

Sprawa Karkoszy każe przyjrzeć się na nowo Instytutowi Pamięci Narodowej. Zarówno ustawie, która go powołała, jak i codziennej praktyce działania jego urzędników. Zarówno realizowanym tu normom prawnym, jak i szerzonej wiedzy historycznej. Jakie jest miejsce Instytutu w przestrzeni życia publicznego?
Pisałem już wyżej o niezgodności ustawy o IPN z ustawami o ochronie danych osobowych i o ochronie informacji niejawnych. Sprawa wydaje się fundamentalna: co to bowiem znaczy, że - jak głosi cytowany wyżej artykuł 54 - dane osobowe obywatela mogą być ujawniane "bez jego zgody"? Ba! bez czyjejkolwiek zgody? Jakim prawem ktoś w ogóle coś "ujawnia"? Kto rości sobie do tego prawo i na jakiej podstawie? I czy można działać w ten sposób bez wyroku sądowego? Więc tak ma to wyglądać: przychodzi pokrzywdzony do IPN-u - i już?
Drugi przypadek IPN-owskiego bezprawia - to pojęcie "zbrodni komunistycznej". Są nią - wyjaśnia artykuł 2 ustawy - "czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od dnia 17 września 1939 r. do dnia 31 grudnia 1989 r., polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności". Zwróćmy uwagę: data końcowa owego "państwa komunistycznego" oznacza już czas rządu Tadeusza Mazowieckiego. Dlaczego ustawodawcy postanowili napluć w twarz wszystkim, którzy w roku 1989 budowali fundamenty niepodległego państwa - pozostanie ich tajemnicą. Dla nas najważniejszy jest jednak taki prawny potworek: wykroczenie bądź występek może być zbrodnią - o ile tylko popełnia go komunista. Rzecz dla prawnika niewiarygodna, lecz przecież rzeczywista: po niedawnym skazaniu gen. Kiszczaka na dwa lata więzienia w zawieszeniu Ewa Koj, katowicki prokurator IPN, oświadczyła: "Mam niedosyt z jednego powodu: sąd nie uznał tej sprawy za "zbrodnię komunistyczną". [...] Jako prokuratorowi IPN ciężko mi się z tym zgodzić" (cyt. za: "Gość Niedzielny" 28 III 2004). Jeśli więc dobrze rozumiem Panią Prokurator, wyrok na Kiszczaka jest sprawiedliwy. Ponieważ jednak Kiszczak jest komunistą, wyrok sprawiedliwy nie jest.
Jak widać, na wielu płaszczyznach i na każdym kroku, istnienie IPN wprowadza ustawową nierówność obywateli wobec prawa. Tegośmy nie mieli nawet w ustawodawstwie PRL. Ale orędownicy IPN odpowiadają: taką cenę trzeba było zapłacić, by szybciej sądzić PRL-owskie przestępstwa. Sprecyzujmy więc: chcąc zwiększyć tempo osądzeń, trzeba dokonywać gwałtu na zasadach demokracji i prawa. Czyli: trzeba uruchomić logikę quasi-rewolucyjną - bardzo proszę, by to powiedzieć uczciwie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: czy rzeczywiście coś przyspieszyliśmy? Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, działająca jako jeden z trzech pionów Instytutu, obwieszczała w minionych latach kolejne zamiary uzyskania ekstradycji (najwcześniej wobec sędziego podporucznika Stefana Michnika), wytaczała oskarżenia wobec członków ukraińskiej SS Galizien, zajmowała się sprawą uwięzienia prymasa Wyszyńskiego... Nic tu się nie powiodło - i to zwykle nie z powodu "niemocy wymiaru sprawiedliwości", co tak często lubi się podkreślać, lecz ze splotu najróżniejszych okoliczności, z których najczęstsza jest ta, że sprawcy już nie żyją. I nie odbiega od tej reguły także śledztwo w sprawie Jedwabnego, bo - przy całej uczciwości dokonywanego rozrachunku - niewiele ono wyjaśniło ponad to, co już i tak wiedziano: jak nie z powojennych procesów, to z książki Jana Tomasza Grossa (co innego rozpoczęte przez IPN badania historyczne w tej sprawie).
Chaos: to słowo dobrze charakteryzuje postępowanie IPN na każdym polu. Może najbardziej - na styku prawa karnego i historii. Oto na przykład przez minione lata raz po raz słyszeliśmy o planach wszczęcia przez Instytut "odrębnego polskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej". Byłoby to działanie czysto symboliczne, bo do czegóż jesteśmy w stanie dojść bez współpracy z prokuraturą rosyjską, bez dostępu do rosyjskich archiwów? Jednak sierpniowa wizyta prezesa IPN, prof. Leona Kieresa w Moskwie przyniosła nową jakość: ustalono termin zakończenia rosyjskiego śledztwa na koniec bieżącego roku, polscy prokuratorzy uzyskali wgląd w zebrane przez Rosjan akta, zwrócono się o dodatkowe informacje do prokuratury ukraińskiej. Dziś jednak znowu okazuje się, że wszystko jest raz jeszcze inaczej: na żądanie rodzin katyńskich "odrębne śledztwo polskie" zapewne IPN podejmie. Ale nowością stały się niechętne komentarze prezesa Kieresa oraz szefa pionu śledczego IPN, prof. Witolda Kuleszy. Ciekawe: czy dopiero teraz zauważyli, że w takim przypadku zostanie uniemożliwiony udział w śledztwie rosyjskim polskiego prokuratora, że spowolnią się wszelkie działania, że droga ta w żaden sposób nie doprowadzi do korzystnego finału? Tyle razy deklamowali o "polskim śledztwie", aż wreszcie ktoś im uwierzył.
Przypadek inny znajdujemy w cytowanym wyżej numerze "Biuletynu IPN" (2002 nr 4). Dziennikarze (skądinąd niezmiernie Instytutowi przychylni) pytają, co będzie, gdy "ktoś najpierw był pracownikiem czy współpracownikiem organów bezpieczeństwa, a potem stał się opozycjonistą. Czy ci ludzie są objęci mianem pokrzywdzonych w myśl ustawy? I co państwo zrobią, jeśli ktoś taki się zgłosi?". "Wyślemy sprawę do biura prawnego z prośbą o opinię - brzmi odpowiedź Bernadetty Gronek. - Do tej pory nikt taki nie zgłosił się do nas". Co było tu niejasnego dla Pani Dyrektor - dalibóg nie wiem. Przecież gdyby ów "ubek­-Wallenrod" nie został wykryty, to i nie byłby śledzony - dlaczegóż więc miałaby go uważać za "pokrzywdzonego w rozumieniu ustawy"? Gdyby zaś SB człowieka takiego zdemaskowała, to przecież drogą "zbierania materiałów, w tym w sposób tajny" - więc po co "biuro prawne" do stwierdzenia faktu tak oczywistego? Skoro jednak sprawa oczywista była tak nieoczywista - to rodzą się pytania dalsze: o całą już filozofię IPN-u, nie tylko nawet w zakresie obywatelskiej nierówności, ale i poznawczego schematyzmu, wiodącego prosto do absurdu. Bo w jakiej właściwie kategorii zmieściłby się w IPN kapitan SB Adam Hodysz - solidarnościowa "wtyczka" w bezpiece? I co IPN zrobi z członkami najwyższych władz PZPR, o których bezpieka też zbierała informacje - "w tym w sposób tajny"? Jak zareagowałby IPN, gdyby sporządzenia "teczki" zażądał były członek Biura Politycznego?
Les extr?mes se touchent - skrajności się stykają: IPN-owska tęsknota za sprawiedliwością przerodziła się w niesprawiedliwość. Czyż nie jest to jedno ze źródeł nihilizmu, toczącego nasze życie społeczne? Profesor Jan Widacki, opiniując przed laty projekt ustawy, napisał: "Ustawa, która z Hilarego Minca czyni pokrzywdzonego przez komunizm, a z Tadeusza Mazowieckiego funkcjonariusza komunistycznego państwa, nie jest chyba dobrą ustawą".

Jak prokurator z historykiem

Instytut Pamięci Narodowej to złączenie prokuratury z placówką historyczną. A przecież cele obu porządków są jakże odmienne! Prokurator zmierza do osądzenia, historyk - do zrozumienia mechanizmów. Prokurator nie szuka okoliczności łagodzących, nad tym może zastanawiać się adwokat, i to przecież nie w IPN, bo go tu nie ma, lecz na rozprawie sądowej. Historyk inaczej: nie interesuje go kwestia winy czy kary, lecz analiza procesu dziejowego. Pisał przed rokiem Paweł Smoleński:
Po konferencji IPN wiem, dlaczego lepiej jest, gdy zagmatwaną, mroczną i krwawą historią zajmują się naukowcy, a nie prokuratorzy. Rolą prokuratora jest wskazanie winnego. Prokuratorzy odmieniają słowo "ludobójstwo" przez wszystkie przypadki. Historycy unikają go, gdyż wiedzą, że tylko zaciemnia dyskusję. I choć nie ma zbrodni bez winy, koncentrowanie się tylko na winie sprawia, że umyka splątany historyczny kontekst ("Gazeta Wyborcza" 2 VII 2003).
Połączenie sprzecznych porządków każe więc zadać kolejne pytanie: o zasady, na jakich opiera się uprawiana w IPN nauka historyczna. Pierwszą odpowiedź znajdujemy w zawsze niezawodnej ustawie. Artykuł 53 informuje, że Instytut "prowadzi badania naukowe nad zbrodniami i zdarzeniami, o których mowa w art. 1 [chodzi o zbrodnie nazistowskie i komunistyczne] oraz informuje społeczeństwo o strukturach i metodach działania instytucji, w ramach których zostały popełnione [te] zbrodnie". Wspaniale, tyle że historia to nie tylko dzieje aparatu represji. Czy mówiąc o III Rzeszy mamy mówić jedynie o Gestapo? Czy polska pamięć narodowa ma zostać sprowadzona do dokumentów UB i SB? Pamięci bywają różne, lecz źródłem prawdy nigdy przecież nie były akta tajnej policji. Ale oto mamy artykuł 55: "Kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom [nazistowskim i komunistycznym] podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości". I znowu: zbrodni nazizmu i komunizmu nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie negować (a jeżeli nawet ktoś to czyni - to nie powinniśmy go zwalczać za pomocą kodeksu karnego). Jednak najciekawsze jest to, że z artykułu 55 zdążyli już wyciągnąć wnioski politycy (nawet ci nie najbardziej skrajni). "Doceniam wkład Wojciecha Jaruzelskiego w pokojowe odejście od systemu - mówił w "Tygodniku Powszechnym" (2001 nr 50) Jan Lityński. - Ale zarazem ten stary człowiek mówi o Grudniu 1970, o mordowaniu robotników, takie rzeczy, które na mocy ustawy o IPN są przestępstwem. Jaruzelski zaprzecza bowiem zbrodniom totalitarnym". W tej sytuacji uzasadnione staje się już nie tylko pytanie o zasady uprawianej w IPN nauki historycznej, ale i pytanie o intencje. Bo czy taki miał być cel Instytutu? Czy chodziło o zakneblowanie ust ludziom głoszącym - choćby w obronie własnej - poglądy, które inni uznają za niesłuszne?
Biuro Edukacji Publicznej IPN ma niezaprzeczalne zasługi jako wydawca książek: o polskim ruchu oporu wobec komunizmu, o "żołnierzach wyklętych", zapomnianych spiskowcach, ostatnich partyzantach, "nielegalnych" opozycjonistach, ludziach usuniętych przez ówczesne władze na margines życia społecznego. Dobór tematyki bywa jednak dość przypadkowy, wykonanie pozostaje nierówne, a w bibliografii uderzają (zawsze te same) luki. Ostatecznie mamy z jednej strony fundamentalną, 1500-stronicową edycję Wokół Jedwabnego, imponującą na­ukową dociekliwością i bezstronnością, bądź rewelacyjną pracę zbiorową Ostatni leśni, ukazującą zamieranie resztek partyzantki antykomunistycznej jeszcze w latach pięćdziesiątych; mamy też różne zbiory dokumentów oraz niezwykle cenne słowniki biograficzne w rodzaju Konspiracji i oporu społecznego w Polsce 1944-1956. Z drugiej jednak strony publikuje się w Instytucie relacje rozmaitej wartości dokumentarnej, w dodatku bez aparatu bibliograficznego i nawet bez datowania poszczególnych tekstów (Świadectwa stanu wojennego), lub uprawia się w "Biuletynie IPN" dydaktyczną, czasem natrętną publicystykę - najczęściej w charakterze wywiadów, co samo w sobie jest już dziwactwem. Zasługi historyków Instytutu w ocalaniu pamięci o antykomunistycznym podziemiu (Pawła Machcewicza, Tomasza Łabuszewskiego, Krzysztofa Szwagrzyka, Tomasza Balbusa i tylu innych) są nie do przecenienia, lecz w kręgu tych badaczy budzą wątpliwość ujęcia jednostronne (np. każde działanie zbrojne po roku 1945 jest tu automatycznie waloryzowane dodatnio, nadużywa się pojęcia "podziemie niepodległościowe" itd.). "Nie chciałbym - zauważał w "Przeglądzie Politycznym" (nr 66) prof. Jerzy W. Borejsza - porównywać Instytutu Pamięci Narodowej z Wydziałem Historii Partii przy KC PZPR, jednak łączy je polityzacja, ideologizacja i status szczególnych uprawnień".
Pisanie historii opartej tylko na archiwach ubeckich jest z pewnością pomysłem ryzykownym: rzeczywistość widziana spoza "teczek" bywa zafałszowana - jeżeli nie przez zmyślane dane, to przez lipne analizy, a choćby tylko przez język (i może nawet przez język przede wszystkim). Co więcej: prawda "jedynie słuszna" w zderzeniu z ludzką pamięcią (z reguły idealizującą przeszłość), może zaowocować nieufnością do wszelkich prawd, a w rezultacie kolejnym wcieleniem nihilizmu. Przestrogi prof. Jerzego Wiatra nie straciły w każdym razie aktualności. Pisał on o IPN:
Wolno mieć wątpliwość, czy edukacja prowadzona przez ten instytut będzie bezstronna i wolna od politycznej tendencyjności i czy w ogóle zadanie prowadzenia edukacji historycznej powinno być realizowane przez instytucję państwową powoływaną w trybie politycznym. Łatwo przecież wyobrazić sobie, jak taki upolityczniony instytut forsować może jednostronną wizję historii najnowszej, zgodną z politycznym obstalunkiem. Byłoby znacznie lepiej, gdyby IPN - jeśli ma pozostać - był jedynie placówką badawczą i by obsada jego kierownictwa gwarantowała pluralizm polityczny, bez którego nie ma warunków do obiektywnego badania przeszłości (Spory o historię najnowszą, "Gazeta Wyborcza" 18-19 VIII 2001).
Trochę wstyd, że prawdy tak oczywiste musi przypominać uczony o PZPR-owskiej przeszłości. Jednak nawet w przypadku, gdyby obiektywizm historyków IPN nie pozostawiał nic do życzenia, istnieje i tak to jedno, fundamentalne pytanie: czy chodzi o poznanie przeszłości, czy o wszczęcie procesu karnego?

Biedni archiwiści

Atakując Instytut, nie krytykowano na ogół Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów: dzięki tej agendzie (trzeciemu po Komisji Ścigania i Biurze Edukacji pionowi IPN) zasoby służb specjalnych miały zostać odpolitycznione. Istotnie, artykuł 25 ustawy nałożył na Ministrów Sprawiedliwości, Spraw Wewnętrznych i Obrony Narodowej obowiązek przekazania Instytutowi dokumentów wytworzonych odpowiednio do 31 XII 1989, 6 V 1990 i 31 XII 1990 (także i tym razem ustawodawca uznał za czas komunistycznych represji okres rządu Mazowieckiego). Obowiązek przekazania dokumentów ciąży również na prezesach sądów powszechnych i wojskowych, na prokuratorach, a wreszcie i - uwaga - na dyrektorze Archiwum Akt Nowych (AAN) oraz na dyrektorach innych archiwów państwowych. O przejmowaniu archiwów ustawa mówi zresztą kilkakrotnie, z wyjątkową wręcz natarczywością, a w artykule 54 wprost grozi: "Tej samej karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8 podlega ten, kto będąc w posiadaniu dokumentów lub zapisu informacji podlegających przekazaniu Instytutowi Pamięci [...] uchyla się od ich przekazania, utrudnia przekazanie, lub je udaremnia".
Czy bez artykułów 25 i 54 ustawy o IPN archiwa PRL-owskich służb byłyby niedostępne? Czy groziłoby im zniszczenie? Teza ta, często powtarzana, nie wytrzymuje krytyki: jeżeli nie spalono akt w ostatnich miesiącach starego systemu, nie było już tego niebezpieczeństwa w Trzeciej Rzeczypospolitej. Czyżby bowiem po roku 1989, a przed powstaniem IPN-u, historycy nie korzystali z tajnych akt? Ależ korzystali jak najbardziej! Uwzględniali procedury, zwracali się z oficjalną prośbą o odtajnienie, otrzymywali zgodę - i pracowali. Komu przeszkadzał ten trwający parę lat stan, jakie właściwie utrudnienia rodził? Rozumiem, że chciano mieć dokumenty w jednym miejscu, lecz przecież istniało Archiwum Akt Nowych. I gdyby wszystkie akta, bez dokonywania ich specyfikacji, trafiały w to miejsce, sytuacja tylko na krótką metę byłaby gorsza. Bo owszem, przygotowanie do udostępnienia trwałoby zapewne dłużej, powstałaby też niewątpliwie konieczność wprowadzenia karencji, jednak ostatecznie udostępnianie akt następowałoby na ogólnych zasadach, wiedzielibyśmy też, że otrzymujemy materiał kompletny i - co równie ważne - komplementarny wobec innych (tematycznie różnorodnych) zespołów. Natomiast dzisiejsza sytuacja urąga logice: zamiast przekazywać dokumenty do archiwów, powierza się je placówce historyczno­-edukacyjno-śledczo-politycznej. A tym samym dokonuje się nie tylko (fatalne dla badacza) rozproszenie archiwaliów, ale ich swoiste "zamrożenie", bowiem na 75 km dokumentów (przejętych tylko do roku ubiegłego) brakuje w IPN pomieszczeń. I gdybyż tylko na tym się skończyło! Ale nie: z Archiwum Akt Nowych odbiera się dokumenty - także te już opracowane. "Polityka" z 10 V 2003 donosiła, że Instytut planuje przejąć z AAN kolejne 20 km dokumentów...
W ustawie o IPN nastąpiło złamanie fundamentalnej, obowiązującej od stuleci, zasady archiwistyki: że zbiorów nie dzieli się pod kątem ideowym czy politycznym, że nie przenosi się ich na nowe miejsce, nie rujnuje istniejących zasobów, nie niszczy tego, co już jest. Quieta non movere - nie ruszać tego, co spokojne, lecz w Instytucie Pamięci Narodowej dzieje się dokładnie na odwrót. IPN stworzył bowiem zjawisko groźne i nieznane nawet w PRL: upolitycznienie archiwów.

Biedni historycy

Jeżeli Instytut przejmuje jakieś dokumenty, to znaczy, że je porządkuje. Czy jednak wystarcza czasu na to porządkowanie, skoro nieustannie dla kolejnych "pokrzywdzonych w rozumieniu ustawy" trzeba przygotowywać ich "teczki"? "Dotychczas zrealizowano ponad 2,5 tys. wniosków - donosiła w "Polityce" 10 V 2003 Agnieszka Zagner. - Do swoich akt zajrzało ponad 1,2 tys. osób, a kolejne 9 tys. czeka na taką możliwość. Prezes IPN prof. Leon Kieres szacuje, że chętnych mogą być jeszcze setki tysięcy". Z kolei Bernadetta Gronek informuje, że choć udostępnianie dokumentów historykom rozpoczął IPN już w listopadzie 2000, to "wiele przejętych materiałów jest zapakowanych i nie możemy ich od razu otworzyć. [...] Szukanie odbywało się "na piechotę". Tak jest właściwie ze wszystkimi dokumentami". W rezultacie historyk spoza IPN-u często nie wie, gdzie czego szukać, i czy to coś mu w ogóle udostępnią. IPN jest bowiem dla historyka z jednej strony wielką szansą (znika znana z archiwów całego świata karencja), z drugiej zaś strony jest nieszczęściem (priorytetem stał się nie interes naukowca, lecz pokrzywdzonego). W dodatku kadra archiwistów była w IPN dobierana raczej na zasadach politycznych lub towarzyskich i nie wydaje się, by dysponowała wystarczającym doświadczeniem. "Większość z nich to są ludzie młodzi - wyznaje dyrektorka Gronek - absolwenci historii i archiwistyki i podyplomowego Studium Informacji Archiwizacji i Księgarstwa, czyli technicy archiwiści. Bardzo popieram ich starania, by dalej się dokształcać na studiach zaocznych i wieczorowych". Gdyby tych młodych ludzi zatrudniono wśród elity archiwistów w AAN, czegoś by się pewnie nauczyli. Czego nauczą się w IPN? A czy nie można tu było przyjmować magistrów - choćby nawet po studiach zaocznych i wieczorowych?
Dyrektor Gronek informuje:
Zgodnie z zapisami ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej osoba zainteresowana musi osobiście złożyć u nas wniosek. Ten wniosek jest rejestrowany, analizowany, sporządza się notatkę. Jednocześnie przygotowuje się zapytanie do wydziału lub referatu ewidencji o przeprowadzenie kwerendy w kartotece i we wszelkich innych pomocach ewidencyjnych. Informacje z ewidencji trafiają do Wydziału Udostępniania. Jeśli znajdą się jakieś materiały dotyczące danej osoby, to cała jednostka archiwalna jest przekazywana z magazynu do Wydziału Udostępniania. [...] Sporządzane są kserokopie, na których anonimizuje się [...] dane innych pokrzywdzonych i osób trzecich. Tworzymy teczkę, osoba jest informowana, że materiały są dla niej przygotowane. [...] Uzgadniamy termin spotkania, bo nasza czytelnia ma tylko osiem miejsc.
Uff, dużo roboty - czy w Archiwum Akt Nowych byłoby gorzej? I gdzież tu troska o pamięć narodową - przy tej czytelni, która ma osiem miejsc?
I tak oto historyk jest w IPN zawsze najbiedniejszy: polityzacja zbiorów archiwalnych jest dla jego pracy zabójcza. Co bowiem ma zrobić badacz, gdy interesujące go akta przejmie prokurator i opatrzy je (na jak długo?) klauzulą tajności? Gdyby pion śledczy i pion historyczny działały jako instytucje odrębne - wszystko byłoby jasne: najpierw odbywają się procesy karne, potem (po upływie karencji) badania historyczne. A co ma zrobić historyk, gdy któryś z pokrzywdzonych powoła się na artykuł 34 ustawy? "Pokrzywdzony - głosi ów zapis - ma prawo żądać, po upływie 7 lat od wejścia w życie ustawy, anonimizacji dotyczących go danych". Rozumiem, że nie chodzi tu o anonimizację dla pokrzywdzonego - ta dokonuje się przecież rutynowo - ale że na żądanie pokrzywdzonego dane mają zniknąć raz na zawsze! To prawda, że przepisu tego nie stosuje się, jeżeli "dane te są niezbędne do badań naukowych", lecz przecież archiwum nie powinno stosować takiej selekcji a priori. Czy Archiwum Akt Nowych godziłoby się na taką ustawową możliwość fałszowania swych zasobów? A co ma zrobić historyk wobec żądania wynikającego z artykułu 37? "Pokrzywdzony może zastrzec, że dotyczące go dane osobowe nie podlegające anonimizacji [...] nie będą udostępniane w celach badawczych przez określony czas, jednakże nie dłużej niż przez 90 lat od daty ich wytworzenia". Czy więc naprawdę (zbyt pochopnie napisałem to wyżej) zniknęła w IPN karencja? Ależ ona może się nawet wydłużyć! Względna dostępność zasobów ubeckich nie może zrównoważyć zbrodni, jaka rękami IPN dokonuje się dziś na polskiej historiografii i archiwistyce.

Inne rozkosze

Już 8 października 1998 Rada Legislacyjna przy Premierze wydała o ustawie IPN-owskiej miażdżącą opinię prawną. Opinii tej nie powtórzono jednak przy nowelizacji ustawy, choć istota nie została przecież zmieniona, przeciwnie: raczej zaostrzona - na przykład z roty ślubowania prezesa IPN skreślono wymóg "strzeżenia praworządności". Skoro więc ostatecznie zabrakło zastrzeżeń i skoro nie chodzi nam już o praworządność - to nie dziwmy się, że skutki zakodowanego w ustawie lekceważenia prawa są dalekosiężne. Dziś pracownicy IPN, ujawniając w swych publikacjach samowolnie - bez procedury odtajnienia - kolejne wykryte przez siebie nazwiska i pseudonimy, funkcje i dokumenty, nieustannie łamią ustawę o ochronie danych osobowych i ustawę o ochronie informacji niejawnych. Prezes Kieres, w odpowiedzi na zarzut bezprawnego ujawnienia danych z IPN, ma do powiedzenia tylko tyle: "Publikacja materiałów dotyczących pokrzywdzonego powinna zawierać wyraźną informację, która wykluczałaby możliwość błędnego rozumienia przez czytelników roli, jaką odgrywała wskazana w publikacji z nazwiska osoba" ("Polityka" 22 V 2004). Dyrektor krakowskiego Biura Dokumentacji i Archiwizacji, prof. Ryszard Terlecki, ogłasza tekst o nieżyjącym ojcu, który - jak się okazało - był agentem UB ("Rzeczpospolita" 6-7 IX 2003). Można rzec: sprawa rodzinna Terleckiego i nawet przyjąć to ujawnienie z uznaniem. Ale nie sposób pogodzić się z faktem, że pracownicy IPN nie tylko nie zauważają złamania prawa, ale jeszcze piszą:
Jesteśmy dumni, że pośród wielu Polaków, którzy poznali w ostatnich miesiącach ponurą prawdę o swoich bliskich, właśnie pracownik Instytutu Pamięci Narodowej jako pierwszy odważył się w tej sprawie publicznie zabrać głos. [...] Wyznaczył on wzór zachowania w tak trudnej i bolesnej sprawie. [...] Czujemy się zaszczyceni, mogąc współpracować w jednej instytucji z człowiekiem, który ten właśnie nakaz przedłożył ponad pokusę ukrycia osobistej tragedii ("Rzeczpospolita" 9 IX 2003).
Cóż, tak właśnie wygląda IPN-owska praworządność oraz IPN-ow­ska mentalność. Nikt przecież nie zwrócił uwagi na to, co w tekście Terleckiego było rzeczywiście przejmujące: na próbę zrozumienia ojca, rekonstrukcji jego motywów, wczucia się w jego sytuację. "Ach, jaka piękna denuncjacja!" - zdają się wołać pracownicy IPN. Czy ich list sprawił Terleckiemu przyjemność - tego nie jestem pewien.
Bo przecież, przy całym złu ustawy o IPN, psują ją jeszcze dodatkowo pracownicy Instytutu. I tak, chociaż artykuł 33 stanowi, że "pokrzywdzony ma prawo załączyć do zbioru dotyczących go dokumentów własne uzupełnienia, sprostowania, uaktualnienia, wyjaśnienia oraz dokumenty lub ich kopie", Leszek Postołowicz, zastępca dyrektora Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów, uważa, że wykorzystywanie wiedzy pokrzywdzonych o ich donosicielach "nie należy do zadań IPN" ("Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej" 2002 nr 4). Czyli: gdy jeden "pokrzywdzony w rozumieniu ustawy" stwierdza, że agent "Monika" to Karkosza, to drugi "pokrzywdzony w rozumieniu ustawy" nie może napisać, że to nieprawda. Najgorzej jest jednak wtedy, gdy ustawy w ogóle nie sposób zrozumieć. "Informacje uzyskane do celów naukowych i publicystycznych na podstawie dokumentów Instytutu Pamięci - głosi artykuł 44 - nie mogą być wykorzystywane do innych celów ani przekazywane innym instytucjom". Czyli: dokumentów, które zobaczyłem w IPN, nie mogę "przekazywać innym instytucjom", ale - proszę bardzo - mogę je opublikować, choćby w wysokonakładowej gazecie!
A powiedzmy jeszcze i to, że Instytut wkracza czasem w kompetencje innych organów państwa, że w gruncie rzeczy niszczy Monteskiuszowski podział władz. Oto, w jaki sposób zastępuje się władzę sądowniczą: "Prezes Instytutu Pamięci, po zasięgnięciu opinii Dyrektora Głównej Komisji, może ujawnić opinii publicznej, a także innym osobom [...] dane osobowe sprawcy zbrodni [... nazistowskich i komunistycznych], jeżeli postępowanie karne nie zakończyło się wydaniem prawomocnego wyroku skazującego [...] albo zostało zawieszone" (art. 46). A oto, w jaki sposób zastępuje się władzę wykonawczą: "Prezes Instytutu Pamięci może, w szczególnie uzasadnionych wypadkach, zezwolić na ujawnienie wiadomości stanowiącej tajemnicę państwową lub służbową oraz na udostępnienie dokumentów lub materiałów objętych tajemnicą państwową określonej osobie lub instytucji, jeżeli zachowanie tajemnicy uniemożliwiałoby wykonanie wskazanych w ustawie zadań Instytutu Pamięci" (art. 22). Tu już naprawdę świat staje na głowie, skoro racja Instytutu jest ustawowo postawiona ponad racją stanu, ponad państwem. I nie jest to sytuacja teoretyczna: IPN, obwieszczając plan "odrębnego śledztwa katyńskiego", nie zechciał zwrócić się o opinię do polskiego MSZ... "Nie mogę nie zgodzić się z poglądem, że IPN może doprowadzić do sytuacji dramatycznych z punktu widzenia interesów Polski". Tak mówi nie zapiekły krytyk Instytutu, ale sam jego prezes, prof. Leon Kieres ("Gazeta Wyborcza" 2-3 VIII 2003). IPN usytuowany ponad państwem? Jeżeli tak - to czy nie jest antypaństwowy?
Kiedy na temat IPN rozmawiałem ze znajomymi, słyszałem często opinię, że przesadzam, bo Instytut działa od kilku lat, a nieszczęścia jak dotąd nie było. Odpowiadałem, że skoro ustawa jest zła, to nieszczęście może się zdarzyć w każdej chwili. Oraz że złą ustawę ucywilizował prezes Kieres, który - choć ponosi odpowiedzialność za łamanie przez IPN prawa - to przecież nie dopuszcza do jaskrawych nadużyć i przynajmniej miewa wątpliwości. Tymczasem jednak doszło właśnie do sytuacji dramatycznej - wprawdzie nie z punktu widzenia interesów Polski, lecz z punktu widzenia interesów jednostki ludzkiej, obywatela. Kto będzie następnym Henrykiem Karkoszą?

Trzeba głośno mówić

Przed laty, w reakcji na weto Prezydenta w sprawie Instytutu Pamięci Narodowej, Janusz Pałubicki, ówczesny minister koordynator służb specjalnych, stwierdził: "Kwaśniewski został prezydentem wszystkich ubeków". I to może właśnie ta obelga, z lubością przez jakiś czas powtarzana, stworzyła klimat, w którym wszelka rozmowa o IPN stała się szybko niemożliwa. W kwestii tej zapanował typowo polski "terroryzm nierozumu": daliśmy sobie coś wmówić, pozwoliliśmy - w imię szlachetnej idei rozrachunku z komunizmem - na przyjęcie filozofii pogardy wobec prawa i praworządności, aprobaty dla obywatelskiej nierówności, przyzwolenia dla rujnowania zasobów archiwalnych i dla historiografii tendencyjnej. Jakże wielu ludzi, obdarzonych niewątpliwym autorytetem moralnym, wobec problemu IPN zachowało milczenie. Historycy odreagowują czasy PRL-owskie i często nie zauważają ani nieuchronnej jednostronności, w którą pod presją Instytutu popadają, ani instrumentalnego traktowania ich pracy przez Instytutowy pion śledczy. Archiwiści nawet nie mają złudzeń, że ich głos będzie słuchany. Prawnicy mają na głowie ważniejsze sprawy: prof. Zoll w swych rozważaniach na temat "czy Polska jest państwem prawa" ("Tygodnik Powszechny" 25 I 2004) o problemie IPN-u nawet się nie zająknął (dopiero w sierpniu zechciał zauważyć, że ustawa o IPN wprowadza nierówność obywateli wobec prawa). Dziennikarze ograniczają się do podania faktów: gdzieżby chcieli psuć swój obiektywizm natrętnym komentarzem. A politycy robią swoje. Czy krytykami IPN-u mają być tylko ekskomuniści? Ale i oni - zdaje się - machnęli już ręką.
Jak dalece opinia publiczna dała się w sprawie Instytutu zahipnotyzować - o tym świadczy przykład "Tygodnika Powszechnego". Czytaliśmy w nim niedawno:
Kolejna już skandaliczna afera z Instytutem Pamięci Narodowej skłania do tego, by zastanowić się, kto w Polsce naprawdę chce pamiętać, kto chce, żeby przypomniano zbrodnie i występki, kto rozumie sens państwa prawa i komu bliskie jest poczucie narodowego honoru. [...] Kto ich nie rozumie, jak autorzy projektów ograniczenia zadań Instytutu Pamięci Narodowej, ten po prostu wybiera niepamięć, czyli odrzuca ideę narodu. Czy stać nas na niebycie narodem? (Marcin Król: Kto chce pamiętać?, "Tygodnik Powszechny" 2 II 2003).
Darujmy sobie inne cytaty z dzisiejszej "Tygodnikowej" publicystyki.
Tymczasem IPN wymaga uczciwej, ogólnonarodowej debaty. Trzeba mówić o nim jak najgłośniej - bez przemilczania faktów niewygodnych, bez lojalności politycznych czy towarzyskich. Co jest oczywiste? To, że musi istnieć placówka naukowa, będąca czymś w rodzaju przedwojennego (dalekiego od ideału, lecz przynajmniej niewyposażonego w pion śledczy) Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski. Że powinna działać Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Że archiwa powinny możliwie szybko udostępniać akta zarówno historykom, jak osobom zainteresowanym. Czy jednak wolno godzić się na instytucję, która łącząc rozmaite porządki, tworzy prawnego i naukowego potworka?
Tylko decyzje radykalne mogą zabiec drogę dalszemu bezprawiu. A także - odbudować pamięć zbiorową, na której brak tak stale narzekamy. "Wojna - mawiał Georges Clemenceau - jest sprawą zbyt poważ­ną, by powierzać ją wojskowym". Wydaje się, że i pamięć narodowa jest sprawą zbyt poważną, by powierzać ją Instytutowi Pamięci Narodowej.
wrzesień 2004

Życie z IPN-em

Od publikacji powyższego artykułu minęło zaledwie parę tygodni, gdy zostaliśmy zaatakowani informacją, że na liście tajnych współpracowników SB znajduje się jeden z największych polskich historyków, prof. Jerzy Kłoczowski. Tak więc ujawnił się w przestrzeni publicznej drugi - po Henryku Karkoszy - przypadek, w którym źródłem oskarżenia jest IPN. A mówiąc ściślej, źródłem tym musi być jakiś pokrzywdzony, któremu archiwiści Instytutu w ten właśnie sposób rozszyfrowali pseudonim któregoś z donosicieli.
W grudniu 2004 obserwowaliśmy sprawę Małgorzaty Niezabitowskiej. Ponieważ IPN odmówił jej statusu pokrzywdzonej, z jej teczką zapoznali się tylko dziennikarze (a za ich pośrednictwem społeczeństwo), ona zaś mogła jedynie wysłuchać umoralniającej (bezprawnej!) uwagi prezesa Kieresa, by "rozliczyła się z własnym życiem" (ale jak tu się rozliczyć? - bez teczki?). A przecież Niezabitowska i tak nie miała najgorzej: jako były członek rządu uzyskała prawo do procesu lustracyjnego, którego tzw. zwykły człowiek byłby pozbawiony. W tym samym czasie uznano za "kłamcę lustracyjnego" Józefa Oleksego. Ten wyrok (w Sądzie) zapadł po pięciu latach; tamten (w IPN) - po pięciu dniach.
Niebawem ujrzeliśmy zaś "pokrzywdzonych w rozumieniu ustawy": Ryszarda Bendera i Macieja Giertycha. Pierwszy był posłem na Sejm PRL w czasach gen. Jaruzelskiego, drugi - członkiem Rady Konsultacyjnej przy gen. Jaruzelskim. Zjawisko to mnie nie zdziwiło: pisałem przecież, że w myśl ustawy o IPN pokrzywdzonymi mogliby być nawet zbrodniarze stalinowscy. Wyśmiał wtedy tę tezę Stefan Niesiołowski ("Gazeta Wyborcza" 30 X - 1 XI 2004), ale ostatnio potwierdził ją, cytowany przez "Gazetę" (21 II 2005), "Biuletyn IPN". Tak, pokrzywdzonymi w rozumieniu ustawy o IPN mogą być nawet najwyżsi funkcjonariusze stalinowskiego UB (albo ich żyjący członkowie rodziny - dla IPN pozostaje nadzieja, że nikt taki się nie zgłosi). Natomiast pewne było zawsze jedno: pokrzywdzoną nie może być Niezabitowska. Nie mogła być nią tym bardziej, że zwracając się o teczkę (czyli - w myśl wiedzy wyniesionej z IPN - zatajając prawdę o swej współpracy, bo zwracać się o teczkę mogą tylko pokrzywdzeni), popełniła przestępstwo z artykułu 54 ustawy o IPN. Czy Instytut, na mocy swej ustawy, wytoczy jej proces, zaprowadzi ją do więzienia na pół roku lub trzy lata?

Pożar teczkowy

Nie jest to sytuacja teoretyczna: według "Rzeczpospolitej" (8-9 I 2005) już rok temu rozpoczęły się procesy o "testowanie IPN", czyli "sprawy byłych agentów, którzy złożyli wnioski o sprawdzenie, czy są pokrzywdzonymi w rozumieniu ustawy o IPN. [...] Dyrektor oddziału Instytutu w Katowicach w lipcu 2003 skierował do prokuratury osiem zawiadomień o popełnieniu przestępstwa". Problem polega jednak na tym, że "o tym, kto był agentem, decyduję ja" (czyli Instytut), a w dodatku ustawa o IPN "zrównuje długoletniego, gorliwego, sowicie wynagradzanego donosiciela z osobą złamaną groźbą, szantażem, a nawet torturami, która podpisała zobowiązanie, lecz potem się z niego nie wywiązywała lub wywikłała" (Janusz A. Majcherek, "Gazeta Wyborcza" 11 I 2005). Bowiem - już wtedy podkreślał ten fakt publicysta - "udostępnienie dokumentów osobom uznanym za pokrzywdzone zrównuje sytuację skrzywdzonych i krzywdzących".
Głównym celem lustracji - także tej mimowolnie (?) prowadzonej przez IPN - miało być zapobieżenie ewentualnym szantażom. Jednakże - pisał dalej Majcherek - "do dziś przez kilkanaście lat nie ujawniono przypadku szantażowania jakiejkolwiek osoby publicznej. [...] Pojawiają się natomiast przypadki szantażowania zacnych osobistości przy użyciu teczek". Powiedzmy od razu, że takiego właśnie przykładu dostarczył prof. Bender szantażujący arcybiskupa Józefa Życińskiego ujawnieniem agentów SB w jego otoczeniu. Ale problem jest głębszy, bowiem "żadne procedury nie zostaną naruszone, jeśli nawet ostatnia szuja, byle tylko niegdyś twardo antykomunistyczna i harda wobec bezpieki albo nie dość mocno przez nią naciskana, publicznie ogłosi konfidentami i kapusiami osoby choćby najbardziej zasłużone [...] Nie można takiego postępowania prawnie zabronić" (Majcherek proponuje "osąd moralny"). I tak oto IPN, mający zapobiegać szantażowi, sam go szerzy: wyprowadzona ze wspomnianego artykułu 54 niezgoda na "testowanie Instytutu" zdaje się mówić obywatelowi "zgaduj zgadula" i nie pozwala mu być pewnym dnia ani godziny.
Równocześnie ze sprawą Niezabitowskiej nabierała też rozgłosu Fundacja Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, kierowana w Krakowie przez prof. Tomasza Gąsowskiego. W zespole planującym ujawnienie donosicieli na UJ został zatrudniony Zbigniew Fijak - człowiek bez wykształcenia historycznego (za to posiadający, według Gąsowskiego, "wykształcenie uniwersyteckie, w czasie którego odbył kurs historii zakończony egzaminem"; "Dziennik Polski" 5 XI 2004). Co jednak najważniejsze, Fijak jest czynnym politykiem, przewodniczącym krakowskiej Platformy Obywatelskiej, prawą ręką wysuwanego na stanowisko premiera Jana Rokity. Jednak ani Gąsowskiemu, ani krakowskiemu IPN-owi okoliczności te nie przeszkadzały; dopiero gdy sprawa zyskała rozgłos, interweniował prezes Kieres (jego akcję uznał Gąsowski za "ruch polityczny"). "Polityka" (15 I 2005) pisała wtedy o Kieresie: "Chociaż zgadza się, że takie ujawnianie donosicieli to konsekwencja ustawy o IPN, wciąż walczy o dobre imię kierowanej przez siebie instytucji [...] Krąży po kraju. [...] Gasi emocje wywołane wybuchającymi tu i ówdzie aferami teczkowymi".

Agent jak mason

Mimo tylu alarmistycznych zjawisk prowadzona w minionych miesiącach (zwłaszcza w "Rzeczpospolitej", "Wprost" i "Newsweeku-Polska") publicystyczna kampania poparcia dla Instytutu uderzała wciąż swą bezmyślnością. Powtarzano na przykład tezę o obcinaniu budżetu IPN przez SLD. Co z tego, że Janina Paradowska pisała: "nie ma dowodów na niszczenie IPN akurat przez lewicę. Największe cięcia budżetowe (15 mln zł) dotknęły tę instytucję już na starcie, za rządów AWS, potem cięcia były mniejsze" ("Polityka" 19 II 2005). W parę dni później Krzysztof Gottesman ("Rzeczpospolita" 19-20 II 2005) najspokojniej znowu oskarżał "postkomunistyczną lewicę, która próbowała w przeszłości ograniczać możliwości pracy Instytutu poprzez zmniejszanie jego budżetu". Jednak mistrzem takiego szumu komunikacyjnego był Bronisław Wildstein. Jego strategia była prosta: mówić "dużo, byle jak i prędko", powtarzać te same tezy i te same cytaty bez końca (i od lat), zawsze w ten sam bałaganiarsko-szyderczy i pełen pogardy dla rozmówcy sposób, grać na emocjach słabo poddanych rygorom intelektu (w różnych publicznych dyskusjach, jakie z nim wiodłem, nieustannie mylił ustawę o IPN z ustawą lustracyjną, ale na czynione sobie uwagi nie reagował), powtarzać te same dowcipy. Może więc nieprzypadkowo Wildstein tak lubi cytować Lenina i jego określenie "użyteczni idioci"? Tak czy inaczej, dyskusja z tym "pierwszym piórem Rzeczypospolitej" okazała się niemożliwa.
Ale w ogóle dyskusja o IPN okazywała się niemożliwa. "To zastanawiające, że każda próba dyskusji bądź krytyki odnośnie prac IPN wywołuje reakcje w najwyższym stopniu emocjonalne i pełne podejrzliwości" - dziwiła się Józefa Hennelowa ("Gazeta Wyborcza" 7 I 2005). Jednak redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego", ks. Adam Boniecki, pisał w swym piśmie 26 XII 2004: "Czas na taką dyskusję minął, mleko zostało rozlane. IPN istnieje, sąd lustracyjny też. Co więcej: wiadomo, że budzące zgrozę przewidywania się nie sprawdziły [? - A.R.], a Instytut wielokrotnie spełnił niezmiernie pożyteczną rolę. [...] Praca IPN-u jest u nas czymś nowym. Jej metody będą, ufam, coraz doskonalsze, jednak podważanie sensu tej pracy jest dziś ewidentnym anachronizmem". A red. Wojciech Pięciak, przestrzegając 23 I 2005 przed lustracyjnymi złudzeniami i dając za przykład doświadczenia niemieckie, pospiesznie wyznawał: "Nie chodzi o kwestionowanie potrzeby istnienia IPN. To "Tygodnik" nadał jego prezesowi Medal św. Jerzego za walkę ze "smokiem zapomnienia" i to "Tygodnik" wielokrotnie publikował materiały z archiwów IPN. Zawsze występowaliśmy w obronie Instytutu, gdy SLD próbował podważać sens jego istnienia i ograniczać jego budżet". Niestety, to nie redaktorzy "starego" "Tygodnika" - Hennelowa czy likwidator SB Krzysztof Kozłowski - kształtowali obecne oblicze pisma... Jednak nikt, nawet Wildstein, nie przebił Kazimierza Orłosia ("Rzeczpospolita" 15-16 I 2005), który relację z miałkiej zawartości swej teczki zakończył peanem na cześć IPN-u; jego "roli i znaczenia" - wyrokował - "nie doceniliśmy jeszcze należycie".
I tak to właśnie szło. W Krakowie zażądano lustracji samorządowców i zaproponowano lustrację kandydatów na rektorów. W skali ogólnopolskiej Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło obowiązkową lustrację dla członków tej partii i podchwyciło wysunięty przez prof. Andrzeja Rzeplińskiego program lustracji 220 tysięcy obywateli (nie martwiąc się zresztą o jego wykonalność). Liga Polskich Rodzin zapragnęła pełnej listy agentów, Samoobrona - ujawnienia agentów spośród parlamentarzystów, sędziów i udziałowców spółek z udziałem Skarbu Państwa, Platforma Obywatelska - teczek osób publicznych dla wszystkich. Przy tym Jan Rokita, cedując opracowanie projektu nowelizacji na Instytut, sprzyjał umocnieniu jego i tak szczególnej pozycji w polskim systemie politycznym i abdykował z uprawnień władzy ustawodawczej. Pismem najbardziej wojowniczym i najbardziej antykomunistycznym stał się, redagowany przez byłego sekretarza KC PZPR, tygodnik "Wprost"; zażądał on między innymi lustracji dziennikarzy (nic dziwnego, że do tej właśnie redakcji przeszedł, wyrzucony z "Rzeczpospolitej", Wildstein; dziwne - że poparł w ten sposób ideę "grubej kreski"). "TW - pisał Jacek Żakowski ("Polityka" 29 I 2005) - to wróg idealny i wieczny. Jak mason. Do końca świata można będzie tych agentów tropić i wszystkie problemy można na nich zwalić".
Tymczasem jednak zapadły dwie decyzje sądowe. Pierwsza, z jesieni, była wszczęciem postępowania lustracyjnego wobec Henryka Karkoszy. Druga, ze stycznia, była wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie Karola Głogowskiego, który wobec odmowy przyznania mu statusu pokrzywdzonego złożył skargę na IPN za łamanie prawa. W "Gazecie Wyborczej" (16-17 X 2004) podtrzymali tezy niżej podpisanego profesorowie prawa: Zbigniew Hołda i Jan Widacki (ten ostatni - jak wyżej wspominałem - już w 1998 r. zwracał uwagę na kuriozalny charakter ustawy o IPN). W "Polityce" (16 X 2004) Piotr Pytlakowski opisał "krzywdę niepokrzywdzonych". W świetle wszystkich tych głosów i wydarzeń moja podstawowa teza - że Instytut narusza równość obywateli wobec prawa - zaczęła stopniowo się upowszechniać. Przyznał to nawet Wildstein, dodając wszakże, że "nierówność owa wymuszona była przez przeciwników lustracji" ("Rzeczpospolita" 14 I 2005). Także prof. Andrzej Rzepliński, współtwórca ustawy, napisał ("Gazeta Wyborcza" 4-5 XII 2004): "Ustawa o IPN rzeczywiście dyskryminuje ludzi związanych z tajnymi policjami PRL. Dyskryminuje świadomie". A potem, niezrażony, szedł w zaparte ("Gazeta Wyborcza" 7 II 2005): "Ustawa była pisana z myślą o pokrzywdzonych. Dostali pewne wyjątkowe prawa".
W każdym jednak razie zaczęto wreszcie coś sobie uświadamiać, wyciągać wnioski. Zaczęto też domagać się nowelizacji ustawy. Prezes Kieres mówił "Polityce" (15 I 2005):
Po pierwsze: Jeśli IPN udostępnia pokrzywdzonemu dane osobowe TW, to TW (jeśli jest znany Instytutowi) zostanie o tym w miarę możliwości powiadomiony. Po drugie: Zaproponujemy szybką ścieżkę lustracyjną, czyli weryfikację przed Sądem. [...] Po trzecie: Zmieniona zostanie formuła pisma odmawiającego dostępu do akt. Podane zostaną przyczyny, dla których składający wniosek nie został rozpatrzony pozytywnie. W ten sposób rozróżni się wnioskodawców konfidentów od wnioskodawców, którzy nie mogą uzyskać statusu pokrzywdzonego ze względu na brak dokumentu.
Jednak - jak zwykle - prezes swoje, rzeczywistość swoje. Bo właśnie wtedy spadła na nas LISTA WILDSTEINA.

Polować na czarownice

"Pokazałem, że to jawne - chlubił się Wildstein. - Wyniosłem ów indeks, działając na własną rękę, aby pokazać go swoim kolegom dziennikarzom, aby mogli zwrócić się do IPN w celu odtajnienia istotnych dla nich materiałów dotyczących konkretnych osób" ("Rzeczpospolita" 31 I 2005). Zaczął się akt drugi IPN-owskiego widowiska. Profesor Jadwiga Staniszkis, najpierw przerażona posądzeniem o współpracę z bezpieką, gdy tylko na oczach telewidzów uzyskała z IPN (bezprawne!) świadectwo moralności, pospieszyła z... podziękowaniem dla Wildsteina. Profesor Rzepliński, wykazujący niezmiennie dobre samopoczucie, zaproponował wspomnianą lustrację 220 tysięcy. Ale rekordy znów pobił IPN.
Bo najpierw IPN-owski historyk oznajmiał, że jedno zero przed nazwiskiem oznacza funkcjonariusza SB, a dwa zera - tajnego współpracownika lub kandydata na tajnego współpracownika. Potem inny IPN­-owski historyk tłumaczył, że jedno zero oznacza informacje tajne, a dwa zera - informacje ściśle tajne. Na koniec prezes oświadczył, że te zera w ogóle nic nie oznaczają. Najpierw słyszeliśmy od IPN-owskiego historyka, że osławiona lista znalazła się w czytelni na mocy decyzji kolegium IPN. Potem dowiedzieliśmy się od IPN-owskiego prawnika, że decyzja kolegium była naruszeniem ustawy o IPN. Co więcej: cały czas mówiono, że lista nie jest tajna, czyli że dostęp do niej może mieć każdy (w domyśle chyba: każdy pokrzywdzony, bo z innymi IPN nie ma do czynienia z samej definicji - ci mogą otrzymać tylko świadectwo pracy). No ale jeżeli tak - to czemu niemożliwe było umieszczenie autoryzowanej przez IPN listy w Internecie? (Argument, że na niej też można skreślać i dopisywać, jest niepoważny). Co więcej: jeżeli lista była jawna, to czemu - powtórzę - sprawę jej wycieku oddał IPN w ręce prokuratury? A jeżeli lista była tajna - to czemu była w ogólnodostępnej (dla pokrzywdzonych) czytelni? Więc jak ma to wszystko rozumieć obywatel: że lista jest dla wszystkich, czyli nie dla wszystkich? Jawna, czyli tajna? Pies, czyli kot?
I ani się spostrzegliśmy, a przestało chodzić o lustrację! Bo przecież - pisał Żakowski - "agenci dłużej pozostaną nieznani, a proces poznawania prawdy o PRL został zamulony. Jednak Wildstein jest zadowolony, a zwolennicy totalnej lustracji wciąż go popierają. O co w istocie tu chodzi?" ("Polityka" 19 II 2005). Że była to (jak pisała Paradowska) intryga przeciw Kieresowi usiłującemu skierować IPN na tory większej zgodności z prawem - to nie ulega wątpliwości; nie są tajemnicą te wewnątrzinstytutowe napięcia. Ale najważniejsze było kolejne - po Macierewiczu - ośmieszenie samej idei. "Każdy w tym wykazie jest jednakowo winien i niewinien. Przecież to jakiś moralny absurd" - zdumiewał się Jerzy Baczyński, skądinąd powtarzając wcześniejszą diagnozę Majcherka. To, co się stało - kontynuował - "kompromituje zapisaną w ustawie o IPN ideę udostępniania materiałów nie tylko samym pokrzywdzonym, ale również historykom i dziennikarzom. [...] chodzi o to, aby korzystając z furtki w ustawie [podkr. - A.R.] rozpocząć polowania na konkretne wybrane osoby" ("Polityka" 5 II 2005). Współtwórca ustawy, Krzysztof Piesiewicz, nie szedł tak daleko, ale i on alarmował: "To co się dzieje, narusza równość wobec prawa. [...] Należy się zastanowić, co dalej z IPN" ("Rzeczpospolita" 1 II 2005). Władysław Frasyniuk już wcześniej zauważał: "Niewątpliwie UW [Unia Wolności] jest współodpowiedzialna za ustawę o IPN. Pamiętam, że przekonał nas do niej dzisiejszy wiceszef Unii Jan Lityński. Twierdził, że ma wmontowane wszystkie możliwe bezpieczniki i lustracja na pewno będzie się odbywać w cywilizowany sposób. Praktyka pokazała, że jest inaczej" ("Gazeta Wyborcza" 25 I 2005). Na łamach tejże "Gazety" (17 II 2005) Krzysztof Burnetko opublikował artykuł Grzeszny IPN, podobno odrzucony wcześniej przez redakcję "Tygodnika Powszechnego". Ale "po Wildsteinie" nawet "Tygodnik" się przebudził: 20 lutego 2005 można tam było przeczytać taką opinię prof. Jacka Bomby: "Każdy, kto umiał mówić i pisać między 1945 a 1989 r. jest podejrzany. Każdy może być czarownicą. I każdy może być czarownicą polującą na czarownice". Czy jednak w "Tygodniku" (i "Znaku") były to zmiany trwałe? Dyskusja środowiskowa ("Znak" 2005 nr 3) ukazała nie tylko myślową odwagę Haliny Bortnowskiej, Józefy Hennelowej, Henryka Woźniakowskiego i Stefana Wilkanowicza, ale i aprobatę większości rozmówców dla haseł lustracyjnych - wraz z nieuchronnym przy takiej postawie wybiórczym traktowaniem faktów.
Dokonujące się tu i ówdzie, bardzo jeszcze nieśmiałe, otrzeźwienie nie tylko jednak cieszy, lecz i martwi. Bo jak to: dopiero teraz? Ustawa o IPN została uchwalona sześć lat temu, IPN działa od pięciu lat, sekwencja niepokojących sygnałów rozpoczęła się latem ubiegłego roku. Dlaczego dziejące się krzywdy nie wpłynęły na rewizję oceny IPN? ­Dlaczego na tylokrotne enuncjacje Wildsteina i Antoniego Dudka, że UB-ckie archiwa nie kłamią, dopiero dziś mnożą się argumenty o przypadkach odwrotnych, i padają one z ust nie tylko już dawnych SB-ków, ale prawników, historyków i - może przede wszystkim - osób represjonowanych? (np. Krzysztofa Łozińskiego w "Gazecie Wyborczej" 8 II 2005). Więc aby zobaczyć to, czym jest ustawa, trzeba było dopiero Wildsteina? Dopiero owych 16 tysięcy niewinnych wrzuconych do SB-ckiego kotła podziałało nam na wyobraźnię?

Zawsze wbrew prawu

Profesor Rzepliński uważa jednak, że sprawa listy Wildsteina to nie wynik ustawy, lecz odwrotnie: rezultat jej nieprzestrzegania. Przecież - twierdzi - IPN mógł ujawniać nazwiska tylko wtedy, gdy miał całkowitą pewność identyfikacji. Ponadto ustawa nigdzie nie zezwala na ujawnianie kandydatów na TW. Argumentacja ta, logicznie poprawna, nie wytrzymuje jednak krytyki. Przecież ustawa o IPN została zbudowana - przyznaje to sam Rzepliński - w interesie pokrzywdzonego, a tym samym oparta na filozofii nierówności wobec prawa, swoistego ustawodawstwa nadzwyczajnego. Dla pokrzywdzonych NIC NIE JEST TAJNE - wybijałem niegdyś wersalikami ten fundament IPN-owskiej filozofii, co przecież nie znaczyło, bym nie wiedział o istnieniu w IPN zbiorów zastrzeżonych. Chodziło mi o to, że pokrzywdzony ma w IPN dostęp do wszystkiego, co bezpieka zebrała na jego temat, i że może z tą wiedzą zrobić wszystko, a za to już Instytut nie odpowiada. I że to samo - tylko na większą skalę - może zrobić historyk i dziennikarz. Nieprzypadkowo zarówno Fijak, jak Wildstein tak mocno zawsze podkreślali legalność swych działań. I nieprzypadkowo władze IPN nigdy nie uznały ich akcji za bezprawne (choć - co paradoksalne - wezwały na pomoc prokuraturę). Lista Wildsteina mogła się pojawić - mówi Piesiewicz - "ponieważ nie opisano procedur, nie zabezpieczono mechanizmów. Nie określono do końca, co wolno, a czego nie, a więc nie wiadomo, czy pan Wildstein, czy mechanizmy są winne".
Profesor Rzepliński może być zadowolony z ustawy o IPN, bo wciąż nie wydaje się jasna filozofia stanowionego w Polsce prawa. Niedawno Sąd w Łodzi uznał, że Jerzy Kropiwnicki miał prawo ujawnić agenturalną przeszłość człowieka zmarłego, bowiem domagała się tego "prawda historyczna". Rzecznik praw obywatelskich, prof. Andrzej Zoll, piętnujący z takim zdecydowaniem sprawę listy Wildsteina, na pytanie, czy pokrzywdzeni powinni mieć prawo ujawniania donosicieli, odpowiada bez namysłu: "Powinni. Sam niedawno dostałem od przyjaciela list z informacją, że otrzymał właśnie z IPN swoją teczkę oraz dane osoby, która na niego donosiła. [...] Kolega postanowił rozesłać tę wiadomość, łącznie z nazwiskiem agenta. Ofiary donosów mają prawo ukarać w ten sposób tych, którzy im wyrządzili krzywdę" ("Tygodnik Powszechny" 27 II 2005). Dziwne to jednak stanowiska. Jeżeli je przyjmiemy, udzielimy aprobaty dla faktu ujawnienia "agenturalności" Karkoszy. Czyli pośrednio uznamy, że decyzja Sądu Lustracyjnego, który tę sprawę postanowił jednak zbadać, była bezsensowna (Sąd przecież mógł orzec, że "IPN z definicji ma rację"). "Choć osoba wskazana jako agent może wytoczyć im proces cywilny - mówi dalej Zoll - opinia IPN-u jest mocnym argumentem". Otóż to: "mocnym argumentem". Bo Sąd - o ile nie jest sądem lustracyjnym - nie będzie przecież wiedzy IPN-owskiej weryfikował (nie uczynił też tego Sąd łódzki). A prawo do lustracji przysługuje tylko wybranym. Koło się zamyka: jeżeli ktoś zostanie oskarżony niesłusznie, nie obroni już nigdy swej czci.
Zauważmy: rzecznik interesu publicznego, wykwalifikowany sędzia Bogusław Nizieński, stwierdził, że zarejestrowanych jako TW było 600 osób, które się do tego nie przyznały, ale podlegały ustawowej lustracji. Jednak w ciągu sześciu lat urzędowania rzecznik mógł znaleźć dowody tylko wobec 148 osób (niespełna 25% przypadków), więc pozostałych 452 spraw nawet nie próbował wszczynać. Natomiast z tych 148 przegrał - jak dotąd - co trzecią sprawę (21 z 63 - podaję za "Newsweek Polska" z 9 I 2005). Innymi słowy: z 600 podejrzanych udowodniono dotąd winę 63 osobom - niewiele ponad 10%. I tak oto powstaje fundamentalne pytanie: czy archiwista IPN - anonimowy, przed nikim nieodpowiedzialny, działający w pojedynkę i podejmujący decyzję w ciągu najwyżej paru dni - jest ostrożniejszy? Czy Wildsteinowi oraz eurodeputowanemu Bogusławowi Sonikowi, czerpiącym wiedzę z takich bezdyskusyjnych wyroków, mamy przyznać rację, gdy deklarują, że orzeczenie IPN-u jest bardziej miarodajne niż wyrok Sądu? I wreszcie - co właściwie jest groźniejsze: lista Wildsteina, o której stale się mówi, że nie jest to spis agentów, i którą (wzorem Jerzego Pilcha) można mieć w... wielkim poważaniu - czy raczej werdykty IPN-u (Instytutu Prawd Niepodważalnych, jak ironizuje Waldemar Kuczyński), od których - jeżeli ktoś nie jest osobą publiczną - nie ma odwołania?
Oburzano się, gdy pisałem, że IPN narusza ustawę o ochronie danych osobowych. Dziś Ewa Kulesza, główny inspektor ochrony tych danych, mówi: "IPN tworzył katalogi wbrew prawu. Instytut nie dopełnił podstawowych obowiązków wynikających z ustawy o ochronie danych osobowych: nie zgłosił zbiorów danych do GIODO i nie zabezpieczył ich przed dostępem osób nieuprawnionych" (cytuję za "Rzeczpospolitą" 19-20 II 2005). Prezes Kieres odpowiadał wprawdzie Kuleszy, że "ustawa o IPN uregulowała problematykę danych osobowych kompleksowo. W stosunku do ustawy o ochronie danych osobowych ustawa o IPN jest regulacją odrębną (lex specialis)" - ale czy rzeczywiście to prawda, niech rozstrzygają prawnicy. "Gdyby było tak, jak mówi Ewa Kulesza - kontynuował Kieres - IPN nie mógłby w ogóle działać. Nie mógłby nawet przejąć zbiorów". Z tym stanowiskiem w pełni się zgadzam: działalność IPN-u uznałem przecież za "bezprawie i absurd"... 24 marca minister Kulesza zapowiedziała złożenie do prokuratury doniesienia o popełnieniu przez IPN przestępstwa.
Wydaje się też, że miałem rację, alarmując o nieprzestrzeganiu przez Instytut ustawy o ochronie informacji niejawnych. "Polityka" z 19 II 2005 donosiła, że "listę zasobów inwentarzowych IPN sporządzono i zabezpieczono w sposób urągający zasadom ochrony państwowych tajemnic. Do katalogu będącego przewodnikiem po tajnych zbiorach, dostęp powinien być ograniczony (tylko do uprawnionych archiwistów), system informatyczny IPN powinien odnotować każdorazowe wejście w strefę chronionych danych, autoryzować osobę pobierającą te dane, uniemożliwić kopiowanie całej bazy itd. Te zasady ochrony danych zignorowano". Ale cóż się dziwić: w myśl artykułu 22 ustawy Instytut ma nawet prawo ujawnić tajemnicę państwową.
A przecież można było działać tak, jak dziś nawołuje ks. biskup Edward Materski. Według niego, jeśli donosiciel "wyrządził nam szkodę - mamy prawo domagać się wynagrodzenia na drodze rozmowy z winowajcą lub na drodze sądowej", natomiast "nie mamy prawa jego złego postępowania ogłosić publicznie" (podaję za "Gazetą Wyborczą" 2 III 2005). Cóż jednak czynić, skoro ustawa o IPN otwarła wrota lustracji powszechnej, skoro lista Wildsteina rozdęła tę ideę do granic ostatecznych i skoro czai się w Internecie lista "Głosu", zawierająca dalsze konkrety? Jeżeli w państwie demokratycznym wprowadza się ustawodawstwo nadzwyczajne i twierdzi się, że nadal jesteśmy w państwie demokratycznym, nie dziwmy się, że mamy te 160 tysięcy nazwisk, spośród których około 10% to "figuranci" - osoby przez bezpiekę jedynie ROZPRACOWYWANE. 10% - czyli 16 tysięcy. "Gdyby tylko co dziesiąty umieszczony na liście miał być obsłużony w dotychczasowym trybie, ostatnia osoba z tej grupy dostałaby odpowiedź po 20 latach" - obliczył Żakowski ("Polityka" 19 II 2005). Po uchwalonej przez Sejm 3 III 2005 tzw. małej nowelizacji ustawy o IPN, osoby z listy Wildsteina mogą wprawdzie w ciągu 14 dni dostać informację, czy to o nie chodzi, ale nie mogą - bo jest to w istocie niewykonalne - dowiedzieć się, w jakim charakterze zostały zarejestrowane przez komunistyczną bezpiekę. "Doprowadzono do sytuacji jak ze świata Orwella - pisał Waldemar Kuczyński. - Żeby być niewinnym, nie wystarcza nim być, trzeba udać się do "Wielkiego Brata", czyli do INSTYTUTU, by dał certyfikat niewinności. Czegoś takiego nie zafundował sobie żaden kraj pokomunistyczny. Owszem, publikowano sprawdzone listy agentów, ale nie agentów i niewinnych wymieszanych razem. To najbardziej dzikie z dających się wyobrazić dzikich ujawnień materiałów komunistycznej bezpieki. To powiększona wiele tysięcy razy operacja Macierewicza z roku 1992" ("Gazeta Wyborcza" 8 II 2005). Skromnie przypomnę, że kilkakrotnie porównywałem ustawę o IPN do operacji Macierewicza.

Historia według IPN

Równie wiele krytycznych uwag padło w ostatnim czasie na temat uprawianej w IPN historiografii. "Mitem założycielskim III Rzeczypospolitej - pisał Janusz A. Majcherek, nie odwołując się zresztą wprost do IPN-u - jest legenda "Solidarności", która przetrwała najcięższe próby stanu wojennego i przy Okrągłym Stole wymogła na władzach PRL ustępstwa otwierające drogę do wolności i niepodległości [...] Zwolennicy zlustrowania i prześwietlenia dawnej "Solidarności" twierdzą, że prawda nie może zaszkodzić prawdziwej wielkości. [...] To żałosna naiwność" ("Rzeczpospolita" 25 I 2005). Tego samego dnia w "Gazecie Wyborczej" Władysław Frasyniuk ostrzegał już wprost, że lustratorzy "chcą zabić Solidarność". "Teraz ten wspaniały ruch - pisał Jan Lityński ("Rzeczpospolita" 25 II 2005) - mamy oglądać przez teczki i raporty bezpieki. To tak jakbyśmy Polskie Państwo Podziemne i Armię Krajową oglądali, studiując archiwa gestapo i twierdząc, że w nich zawarta jest prawda o Polsce".
Przeciw takim głosom oponował szef pionu badawczo-edukacyjnego IPN dr hab. Paweł Machcewicz ("Rzeczpospolita" 4 III 2005). Ale jego polemika nie przekonuje - i to z kilku względów. Po pierwsze, z powodu jawnie demonstrowanych poglądów politycznych i osobistych sympatii autora. Po drugie, z powodu zbytniej oczywistości głoszonych przez niego tez. Nic mi nie wiadomo, by ktokolwiek wzywał do uprawiania historiografii kombatanckiej, bądź a priori kwestionował przydatność źródeł z SB. Ja sam uważam te źródła za bardzo przydatne, i to z tej właśnie przyczyny, o której pisze Machcewicz: że w PRL nie było normalnego obiegu informacji. Mimo to sądzę, że - na przykład - warto rozważyć wprowadzenie karencji archiwalnej. Istnieje ona na całym świecie po to, by chronić ludzką prywatność i by nie narażać na szwank interesów społeczeństwa i państwa. Niech nikt nie szermuje argumentem, że przyjęcie karencji uniemożliwi ludziom oczyszczenie się za życia. Jeżeli archiwista IPN jest w stanie wydać certyfikat niewinności osobie żyjącej, to potrafi go wydać także osobie nieżyjącej - choćby w pół wieku po jej zgonie. Przecież - powiada Wildstein - archiwa nie płoną... A przypadek Jana Nowaka-Jeziorańskiego, którego - jak chwalił się Kieres, a za nim Machcewicz - dopiero IPN oczyścił z zarzutów? Mój Boże, czy człowiek tej miary w ogóle wymagał takiego świadectwa?
Jednak przede wszystkim chodzi o umiejętność oceny. Historykiem nie jest każdy. Nie wszyscy są w stanie zrozumieć skomplikowane motywacje ludzkich działań. Prawda na temat esbeckich początków Klubu Krzywego Koła podana we "Wprost" (23 I 2005) jest zupełnie inną prawdą niż ta, którą znajdziemy w opracowaniach naukowych. Historyk bowiem nie szuka sensacji: omawia proces rodzenia się opozycji w łonie systemu komunistycznego i przedstawia splot różnorodnych uwarunkowań, z których zależności ubeckie będą tylko jednymi z wielu. Tymczasem historyk IPN-owski jest, jak się zdaje, zbyt zanurzony w teczkach i polityce, by móc sobie pozwolić na luksus obiektywizmu (kolegium Instytutu tworzą - przypomnę - osoby desygnowane przez partie polityczne). Kiedy w trakcie audycji w krakowskiej telewizji (24 I 2005) wyraziłem sprzeciw wobec szerzenia uproszczonej wizji Klubu Krzywego Koła, mój dyskutant - IPN-owski historyk z tytułem profesora - wykrzyknął z entuzjazmem: "Ależ tak! był! był inicjatywą ubecką!" Ba! - pomyślałem - jak to wykrzyknienie zrozumie człowiek, który z historią nie ma nic wspólnego?
Aleksander Hall, choć tak jeszcze niedawno domagał się "historii dla dorosłych" ("Rzeczpospolita" 5 I 2005), opublikował ostatnio dwie miażdżące polemiki ze Sławomirem Cenckiewiczem, historykiem z gdańskiego IPN. Hall (sam doktor historii) wierzy historykom IPN­-owskim mówiącym, że SB samej siebie nie oszukiwała (w tę tezę ja również - na ogół - wierzę, problem tkwi jednak w szczegółach, np. we wspomnianym liście Krzysztofa Łozińskiego). Mimo to hipotezy snute w jednostronnym oparciu o źródła esbeckie uważa Hall za fałszywe (podzielam tę opinię), co więcej: protestuje on przeciw uznawaniu historyków IPN-owskich za "święte krowy" - wyjęte spod krytyki. Faktem jest, że nawet członek Kolegium IPN, dr Andrzej Grajewski, mówi: "W pracach historyków IPN dostrzegam pewien problem metodologiczny: oto młodzi nieraz ludzie uzyskali dostęp do niezwykle interesującej kategorii źródeł. Zafascynowani, zapominają czasem o ich rzetelnej krytyce i konieczności sięgnięcia do innych archiwów" ("Tygodnik Powszechny" 27 II 2005).
Przykładem niebezpieczeństw czyhających na historyka IPN-ow­skiego jest opublikowany w "Gazecie Wyborczej" (8-9 I 2005) artykuł Bogusława Kopki Gra Katyniem. Autor, przeciwstawiając się tezie wysuwanej niekiedy przez propagandę rosyjską o "wymordowaniu" przez Polaków po 1920 roku 83,5 tysiąca jeńców sowieckich, sięga po książkę Zbigniewa Karpusa Jeńcy i internowani rosyjscy i ukraińscy na terenie Polski w latach 1918-1924 i pisze: "Realia obozowe były bardzo przejmujące, ale trzeba podkreślić, że nie stanowiły wówczas niczego nadzwyczajnego, przeciwnie - były normą czasu powojennego. Warto pamiętać, że pandemia grypy pochłonęła wtedy w całej Europie co najmniej 20 mln ofiar" (sic!). Niestety, nie ma tu miejsca, by przypomnieć wstrząsające fakty opisane przez Karpusa, ale owa "norma" to wprawdzie nie 83,5 tysiąca, tylko 16-18 tysięcy zmarłych w ciągu dwóch i pół roku jeńców sowieckich. Czyli więcej niż ofiary Katynia, Charkowa i Miednoje razem wzięte! Oczywiście, nikt tych ludzi nie mordował: stworzono im tylko (z konieczności, z braku możliwości przetrzymania takiej liczby jeńców) nieludzkie warunki bytowania. Ale opinię taką wyda historyk - nazwijmy go tak - tradycyjny. Historyk IPN-owski natomiast uwzględni kontekst, jakim jest wszczęte przez IPN w listopadzie odrębne polskie śledztwo w sprawie Katynia i poczuje się zobowiązany dać Rosjanom odpór. Czy trzeba się dziwić, że wtedy tym chętniej dają odpór Rosjanie? Już słychać, że powstaje... rosyjski Instytut Pamięci Naro­dowej!
W działalności edukacyjno-naukowej IPN występują dwa rozbieżne wektory. Pierwszy - to "historia dla dorosłych": rozdrapywanie ran, wykorzystujące na przykład teczki esbeckie. Drugi - to akcentowanie elementów martyrologicznych, ukazywanych na ogół w tonacji czarno-białej. Sądzę, że oba wektory są w jakimś stopniu nieprawdziwe, a trudno by też było poszukiwać prawdy pośrodku. Gorszący Machcewicza apel Janusza Andermana ("Gazeta Wyborcza" 25 II 2005) o "odłączenie się od kroplówki z IPN", wydaje się trafiać w sedno, choć przecież Lech Mażewski (skądinąd wywodzący się również z obozu "posierpniowego") poszedł jeszcze dalej: "Celem działalności tej instytucji [IPN-u] - pisał - jest skodyfikowanie, a następnie obrona solidarnościowej "pamięci oficjalnej", co oczywiście nie ma nic wspólnego z rzetelnymi badaniami historycznymi" ("Przegląd" 17 X 2004). Gdy w dodatku będziemy pamiętać, że pionowi historycznemu towarzyszy zawsze w IPN pion prokuratorski, zrozumiemy, jak był możliwy wniosek krakowskich historyków, by tytuł Kustosza Pamięci Narodowej przyznać... Wildsteinowi.
Marc Bloch, wielki historyk francuski, pisał w swej rozprawie Pochwała historii, czyli o zawodzie historyka: "Istnieją dwa rodzaje bezstronności: bezstronność uczonego i bezstronność sędziego. Wyrastają one ze wspólnego pnia [...] w pewnym jednak punkcie rozchodzą się ich drogi. Zadanie uczonego kończy się z chwilą, gdy zebrał materiał i wyjaśnił go. Sędzia natomiast musi jeszcze wydać wyrok". "Mania wydawania wyroków" - dodaje Bloch - to "szatański wróg prawdziwej historii".

Brońmy praworządności

Tymczasem w sprawie IPN-u nastąpił przełom. Naczelny Sąd Administracyjny wydał 23 II 2005 wyrok (ostateczny), w myśl którego wszyscy, którym IPN odmówił statusu osoby pokrzywdzonej, mogą żądać pisemnego uzasadnienia, a następnie - jeżeli z werdyktem się nie zgadzają - skarżyć Instytut do sądu. Tym samym nawet ów wspomniany przez prof. Zolla donosiciel będzie mógł teraz zażądać swej lustracji (inna rzecz, w jakim stopniu wykonalnej, zwłaszcza wobec istnienia 162-tysięcznej listy Wildsteina) i - jak rozumiem - dopiero po wydaniu wyroku sądowego podawanie jego nazwiska do wiadomości publicznej będzie usprawiedliwione. Nie znam reakcji rzecznika praw obywatelskich, choć przecież - co może paradoksalne - orzeczenie zapadło na jego wniosek. Znam natomiast reakcję prezesa Kieresa, który uznał, że decyzja NSA "całkowicie zmienia filozofię naszego działania" i że IPN "musiałby w przypadku każdego wniosku przeprowadzać pełne postępowanie administracyjne ze wszystkimi środkami dowodowymi, na przykład przesłuchiwaniem świadków i analizą grafologiczną materiałów służb PRL". Tak oto z ust najwyższej władzy Instytutu dowiedzieliśmy się, że dotychczasowe werdykty były przyjmowane na niepełnej dokumentacji dowodowej...
Zdaje się nie ulegać już wątpliwości nie tylko potrzeba nowelizacji ustawy o IPN, ale i przeświadczenie, że musi ona iść znacznie głębiej niż wszystkie zgłoszone dotąd projekty (z projektem autorstwa kolegium Instytutu na czele). Podstawowym problemem jest bowiem to, że ustawa została oparta na zasadach niedemokratycznych, na obywatelskiej nierówności, na swego rodzaju prawodawstwie nadzwyczajnym. IPN nie może - jak maniakalnie powtarzają jego przedstawiciele - stać "po stronie pokrzywdzonych", ale po prostu - po stronie obywatela. Oczywiście, najlepiej byłoby teczki z powrotem utajnić (nie mówię jak Jerzy Giedroyc, by je spalić), ale zdaję sobie sprawę, że to już dziś niemożliwe. Lecz w takim razie powinny one być udostępniane wyłącznie osobie zainteresowanej - w myśl jedynego chyba logicznego projektu, który zgłosiła w "Gazecie Wyborczej" (7 II 2005) Zofia Radzikowska. Przy tym nie powinno być nawet mowy o ujawnianiu teczek osób publicznych: one przecież już zostały zlustrowane, na mocy zupełnie innej ustawy. W przypadku zaś gdyby nastąpiła identyfikacja agenta, powinien on być o tym natychmiast powiadomiony i w dalszej procedurze uzyskać status strony - tak jak w "Gazecie Wyborczej" pisali profesorowie Hołda i Widacki. Nie wyobrażam też sobie, by w nowej ustawie mogły utrzymać się wszystkie kwestionowane przeze mnie artykuły - nigdy przecież nie usłyszałem ich merytorycznej obrony. Przede wszystkim jednak powinno się znieść unię pionu historycznego z prokuratorskim.
Bowiem - trzeba to wreszcie powiedzieć - IPN nie jest Polsce potrzebny. Ani do szerzenia prawdy historycznej - od czego są normalne instytuty naukowe. Ani do ścigania zbrodniarzy wojennych i komunistycznych - do czego wystarczy prokuratura powszechna. Nie jest też potrzebne IPN-owskie archiwum, które w swym obecnym kształcie ustawowo zagraża (sankcjami karnymi!) innym polskim zespołom archiwalnym. Powtarzam: przed powstaniem Instytutu również ścigano zbrodniarzy i również korzystano z akt PRL-owskich służb specjalnych. Zdumiewa mnie, jak łatwo zapomniano o działalności Centralnego Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, chociaż między innymi jego nakładem ukazały się książki takie, jak Obozy koncentracyjne OGPU w ZSRR, Polska podziemna 1939-1941, Śladami zbrodni katyńskiej, Obchody milenijne 1966 roku, Spod Monte Cassino na Sybir i inne. Współredaktorami tych opracowań były często te same osoby, które dziś sprawują kierownicze funkcje w IPN, na przykład Bernadetta Gronek czy Antoni Dudek.
Sądzę, że w miejsce IPN powinny powstać dwie współpracujące ze sobą instytucje: instytut naukowy (pod nazwą np. Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski) oraz archiwum (pod nazwą np. Archiwum Bezpieki - z jakąś formą karencji i z proponowaną dziś przez prof. Andrzeja Friszkego reglamentacją zbiorów). Ponadto powinna istnieć Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu, która - jak przed laty - wróciłaby do działalności samodzielnej. Konkrety powinni opracować prawnicy. Pewne jest jedno: IPN - w wersji takiej, jaką nadała mu ustawa, czyli instytucji usytuowanej ponad państwem i ponad prawem - jest nie do utrzymania.
marzec 2005

Instytut Polowania Narodowego

Od jakiegoś czasu IPN przysyła mi swoje książki. Otrzymałem tegoroczny hit, dzieło Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka SB a Lech Wałęsa, wcześniej - olbrzymi Atlas polskiego podziemia niepodleg­łościowego, kiedy indziej - album Jacka Pawłowicza Rotmistrz Witold Pilecki, po drodze szereg mniejszych lub większych pozycji. Instytut zdaje się do mnie przemawiać: "Wciąż mnie krytykujesz, a patrz, ile dobrego robię. Ile spraw przypominam, które powinny ci być bliskie".
Rzeczywiście - powinny być bliskie. Książkę o Wałęsie otwiera wstęp prezesa Janusza Kurtyki, a w nim passus poświęcony pamięci ppor. Stanisława Dydo - "Steinerta". Ten działacz WiN, stracony we Wrocławiu w roku 1948, był moim wujem - wprawdzie "przyszywanym", ale pochodzącym z rodziny przyjaźniącej się z moją przez kolejne pokolenia, od połowy XIX wieku. O pamięć wuja upomina się IPN od lat - czy mam przejść wobec tego obojętnie? A czy nie powinienem zwracać uwagi na takie osiągnięcia Instytutu, jak wydany przed dwoma laty Polski rok 1968 Jerzego Eislera, lub praca zbiorowa Wokół Jedwabnego? I czyż nie warto pamiętać o niezliczonych materiałach konferencyjnych, ukazujących zjawiska, które były białymi plamami tak dalece, że nie zdawano sobie nawet sprawy z ich istnienia? I czy nie trzeba docenić pracy dydaktycznej, popularyzującej dążenie niepodległościowe Polaków?

Kto był za niepodległością?

Osiągnięć naukowych IPN nigdy jednak nie dezawuowałem - oczywiście o ile były to naprawdę osiągnięcia. Miałem jedynie wątpliwości, czy w prowadzonych tu badaniach nie występuje nadreprezentatywność jednego tylko nurtu polskiego oporu. IPN określa ten nurt mianem "niepodległościowego" - i już ta nazwa brzmi fałszywie. Bo przecież to nie jest tak, że każdy partyzant walczący z bronią w ręku przeciw władzy ludowej zasługuje na automatyczne i bezwarunkowe uznanie. Ruch zbrojny pozbawiony (także przez działanie aparatu terroru) szerszego zaplecza, musiał nieuchronnie wyrodnieć, przeradzać się w bandytyzm. Tendencja ta była wyraźna w bezkrytycznie przez IPN gloryfikowanej biografii Józefa Kurasia -"Ognia" - cóż zaś dopiero w przypadku "ostatnich leśnych", działających tu i ówdzie jeszcze w latach pięćdziesiątych. Po drugie, za uznaniem kogoś za niepodległościowca musi przemawiać jakaś, choćby szczątkowa, koncepcja polityczna. Wszak gdybyśmy konsekwentnie poszli tropem rozumowania, które dziś proponuje IPN, naród jako całość powinien iść do lasu i jako całość wyginąć w walce. Czy rzeczywiście byłoby to działanie niepodległościowe?
Dzieje najnowsze są w IPN-owskiej historiografii podciągnięte pod jeden - daleki od obiektywizmu - strychulec. Nie łudźmy się: "podziemie niepodległościowe" zrobiło dla sprawy niepodległości mało. Nie potępiam tego podziemia, przeciwnie: podobnie jak dla powstańców styczniowych, zachowuję dla jego zamordowanych żołnierzy najwyższy szacunek. O tyle jeszcze większy, że od dzieciństwa kojarzony z postacią Stanisława Dydo. Ale - tak jak w przypadku powstania lat 1863-1864 - tak i tutaj nie mogę zaaprobować walki straceńczej, podejmowanej w myśl zasady "triumf albo zgon" (Roman Dmowski powiadał, że kto głosi taką zasadę, jest wobec narodu przestępcą). Nie mogę być ślepy ani na tamte, postyczniowe represje, przynoszące zagładę resztek polskiej państwowości i wydające Królestwo Polskie na łup rusyfikacji, ani też na konsekwencje "podziemia niepodległościowego" po II wojnie światowej. Wszak oba te działania znaczyły jedno: upływ polskiej krwi. I to daremny.
Natomiast znacznie więcej od "leśnych" uczynili dla sprawy niepod­ległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły w (nielicznych wprawdzie) czasopismach. Pamiętam z dzieciństwa i młodości wielu takich ludzi - to oni kształtowali moje pokolenie, to oni zostawili w Polsce posiew ideowy, który z czasem rozwinął się w Solidarność. Bo czy naprawdę trzeba przypominać, że Solidarność świadomie z walki zbrojnej rezygnowała? Wszak narodziła się ona z inicjatyw legalnych i półlegalnych, z Klubów Inteligencji Katolickiej i z rewizjonistów PZPR... jednak na pewno nie z "podziemia niepodległościowego", nie z walki zbrojnej! Ale ta PRL-owska "praca organiczna" już IPN-u nie interesuje.

Na jedno kopyto

Podobny brak zainteresowania bywa też w IPN-ie programowy. Na pytanie dziennikarzy, "czy jest jakieś pole polskiej historii najnowszej, którym Instytut się nie zajmuje", prezes Kurtyka odpowiada: "Jesteśmy instytucją niepodległego państwa polskiego, [...] więc nie interesujemy się tradycją komunistyczną, choć mechanizmy komunistycznej dyktatury jak najbardziej są obszarem naszych badań" ("Tygodnik Powszechny" 16 XI 2008). Ciekawe, ile jesteśmy w stanie zrozumieć z "mechanizmów komunistycznej dyktatury", skoro nie interesujemy się tradycją komunistyczną. A ile możemy pojąć z uwodzicielskiej mocy, jaką komunizm miał dla intelektualistów XX wieku?
Tymczasem na pytanie, skąd ten brak zainteresowania komunizmem, Kurtyka odpowiada: "Ponieważ jest to tradycja zdrady narodowej. Poza tym była ona przedmiotem intensywnych badań w czasach PRL-u". Spiętrzenie absurdów jest tu wyjątkowe - nawet jak na prezesa IPN. Po pierwsze, nigdy bym nie sądził, że ceni on historiografię PRL-owską aż tak wysoko, że nawet nie widzi potrzeby wzbogacania jej o nowe badania. Po drugie, niechęć do wykorzystania archiwaliów ruchu komunistycznego w sytuacji, gdy dostęp do nich jest mimo wszystko łatwiejszy niż w czasach PRL i ZSRR, wydaje się wręcz zbrodnią na narodowej pamięci - a przecież właśnie do kultywowania pamięci Instytut został powołany. Po trzecie, teza o "zdradzie narodowej" jest co najmniej dyskusyjna choćby w świetle Polskiego Października 1956, gdy dotychczasowi stalinowcy, w rodzaju I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR Stefana Staszewskiego, stanęli - w gotowości zbrojnej! - przeciw ZSRR pod hasłem obrony polskiej suwerenności. Po czwarte wreszcie - polscy komuniści byli w latach 1937-1938 pierwszymi ofiarami komunizmu. Ściślej mówiąc: drugimi, po mordowanych na wschodzie w latach 1918-1919 peowiakach, ale - razem z ludnością Polskich Okręgów Autonomicznych - pierwszymi na tak masową skalę. Innymi słowy: zagłada polskich komunistów w ZSRR miała miejsce dwa - trzy lata przed mordem katyńskim. "Czemuż to o tym pisać nie chcecie, panowie?"
Ale IPN, oficjalnie odżegnując się od historiografii "czarno-białej", faktycznie jest jej żarliwym wyznawcą. Dla Instytutu nie może po stronie komunistycznej istnieć żadna racja, żadna ofiara, żaden okruch dobra (ciekawe: dla katolika okruch dobra istnieje - z definicji - w każdym człowieku). IPN, owszem, dostrzega i docenia różne nurty tradycji niepodległościowej, ale najpierw musi je zakwalifikować... jako niepodleg­łościowe właśnie. Biada bowiem tym, którzy niegdyś - powodowani realizmem - nie wciągnęli niepodległości na sztandary. Czy Stanisław Stomma był za niepodległością? Ależ to tylko "pożyteczny idiota": nie można być za niepodległością i zasiadać w Sejmie PRL. Czy Jacek Kuroń był za niepodległością? Ależ on był tylko za "finlandyzacją", "wspierał frakcje w PZPR" i jeszcze "negocjował z SB". Obie te opinie o twórcach polskiej opozycji demokratycznej nie są moim wymysłem: wysnuwam je albo bezpośrednio z prac IPN-owskich, albo z tekstów w prasie z IPN-em sympatyzującej. Ale pożywkę zbiorowemu ogłupieniu daje za każdym razem Instytut.
Dlatego jest to coś więcej, niż wspomniane wyżej podciąganie dziejów najnowszych pod jeden strychulec. Jest to społeczna indoktrynacja. A mówiąc inaczej: niszczenie narodowej tradycji. Bo jeśli historycy IPN­-owscy widzą w PRL tylko alternatywę "niepodległość lub zdrada", to znaczy, że z PRL-u niczego nie rozumieją. Gdyby zaś w PRL rozumowano w ten co IPN sposób, fenomen Solidarności - "samoograniczającej się rewolucji" - byłby po prostu niemożliwy.

Słówko o metodzie

Ale w poczynaniach IPN-u zbyt często chodzi nie o prawdę, tylko o sensację. Co właściwie chciano osiągnąć przez ekshumację gen. Władysława Sikorskiego? Czego będzie się chciało dowieść przez wizyty IPN-owskich prokuratorów w zagranicznych archiwach? A czy ta materia archiwalna - to w ogóle robota dla prokuratorów? Bo może jednak dla historyków - doświadczonych w obcowaniu ze źródłami? Jak na razie, IPN nie zadbał nawet o zgromadzenie materiału dowodowego i nie dał ekspertom medycyny sądowej wystarczającego czasu. Natomiast po ekshumacji zdążyła się wypowiedzieć (z triumfem) jedna tylko osoba: IPN-owski prokurator Ewa Koj. Jakie jednak były jej kompetencje?
IPN-owscy historycy pracują przede wszystkim na materiale ubecko-esbeckim (nb. w ich enuncjacjach oba te terminy zwykle się zlewają, co urąga historycznej rzetelności). Nikt nie przeczy, że wobec braku innych źródeł dokumenty tajnej policji mają dla historyka dziejów PRL znaczenie podstawowe. Wbrew jednak temu, co prezes Kurtyka mówi o "abecadle historycznego warsztatu", jakim jest sięganie do wielu źródeł - IPN-owscy historycy biorą nader często to tylko, co w IPN-owskim archiwum samo leży im na nosie. Problem ten widzą dziś nawet dziennikarze "Tygodnika Powszechnego", ale - słabo do rozmowy przygotowani - nie potrafią nań podać żadnego przykładu. Tymczasem przykład taki poszedł przed paru laty w świat akurat przy aktywnym udziale "Tygodnika". Była to sprawa dominikanina, ojca Konrada Hejmo.
Z wpadki tej IPN wyciągnął wnioski. Cenckiewicz i Gontarczyk przeprowadzili już wszechstronną kwerendę źródłową, a dokumenty esbeckie skonfrontowali z innymi przekazami. Cóż jednak się okazało? Ano to, że - wbrew informacji autorów - kluczowy dla sprawy Wałęsy esbek żyje. Dlaczego autorzy nim się nie zainteresowali? Czyżby dlatego, że jego zeznania kłócą się z ich tezą? Podejrzenie, że IPN manipuluje źródłami, staje się tym bardziej zasadne, że na konferencjach naukowych o Kurasiu  - "Ogniu" dwukrotnie (10 III 2007 i 25 XI 2008) uniemożliwiono wystąpienie Ludomirowi Molitorisowi. Człowiek ten, sekretarz generalny Towarzystwa Słowaków w Polsce, utrzymuje, że IPN - szerzący oficjalnie kult "Ognia" - dysponuje dokumentacją jego zbrodni. Tyle że jej nie ujawnia.
Tymczasem w książce Cenckiewicza i Gontarczyka widoczne też są skazy inne. Pierwsza - to zgromadzenie relacji, które dokumentują przyjęte założenie w sposób taki, by nie pozostały żadne już wątpliwości. Jest to wyraźne pisanie "pod tezę", układające się wręcz w rodzaj wyroku. Druga - to wnioski natury publicystycznej. W Epilogu książki czytamy: "Poznanie dziejów sprawy Wałęsy pozwala lepiej zrozumieć jego stosunek do postkomunizmu [co to jest postkomunizm? co przezeń rozumieją autorzy? - A.R.], rozliczeń przeszłości, dekomunizacji i lustracji, a także prezentowane dziś przezeń poglądy i ostre sądy" (s. 285). Dalej zaś dowiadujemy się, że sprawa Wałęsy "ukazuje cały kompleks problemów symbolizowanych przez sprawę opisaną w tej książce, problemów związanych z ciągłością prawną i personalną z Polską Ludową, a także braku rozliczeń z komunistycznym dziedzictwem" (s. 288). Czy więc autorzy służą prawdzie, czy partyjnej rozgrywce politycznej?

Słówko o celu

No dobrze - powie ktoś - ale to, co w książce tej najważniejsze, to i tak publikacja źródeł. Ktoś inny doda, że edycja wszelkich źródeł, do niedawna przecież niedostępnych, pozostaje największym osiągnięciem Instytutu. Z niedostępnością źródeł przed powstaniem IPN-u wprawdzie bym nie przesadzał, ale zgoda - pozycje edytorskie Instytutu są nieraz bardzo cenne. Nieraz - bo jednak znacznie częściej mają one znaczenie marginalne.
Nie wydaje się, by historycy IPN-owscy zachowywali ów profesjonalny instynkt, który historykowi "bezprzymiotnikowemu" natychmiast podpowie, że wszystkich źródeł i tak się nie wyda - one pozostaną w archiwach. Tymczasem IPN publikuje źródła bez umiaru i bez założonego planu, z rozrzutnością podobną jak w książce Cenckiewicza i Gontarczyka, gdzie dokumenty sfotografowano na kolorowych planszach. Ale jakiż to pożytek z owego "przyczynku do biografii"? I jaki pożytek z książek o powtarzających się tytułach "X w oczach bezpieki"? Sfotografowanie, bądź odpisanie, kilkuset stron maszynopisu, lub nawet rękopisu, rozmaitych meldunków i donosów jest zadaniem łatwym. Publikowanie kwestii tak monotematycznych jest zadaniem jałowym. Czy warto wydawać kolejne tomy dla pogrążenia kolejnych (żyjących i nieżyjących) agentów? Czy w celu lepszego uzasadnienia takich zabiegów trzeba zapowiadać (jak w rzeszowskim opracowaniu Aparat represji w Polsce Ludowej 1944 -1989, 1/2/2005) wydanie "krytycznej edycji zebranych donosów"?
Owszem, jest w tym szaleństwie "racjonalne jądro". Pisze Jerzy Eisler:
Tak jak dzisiaj funkcjonują w środowisku naukowym (i nikogo to nie dziwi) historycy wojskowości, badacze dziejów gospodarczych czy historii społecznej [...] tak, być może, wyodrębnią się badacze aparatu bezpieczeństwa, zajmujący się jego strukturami, technikami pracy, funkcjonowaniem, obsadą personalną, tworzeniem i wykorzystywaniem agentury itd. (Polski rok 1968,Warszawa 2006, s. 755).
Wolno więc mieć nadzieję, że historycy bezpieki będą rzeczywiście badać tę problematykę sine ira et studio. Na razie jednak, preferując wycinkowość, idą po linii najmniejszego oporu. Ale co więcej: nikogo w IPN nie interesują studia porównawcze - na przykład na temat UB/SB i carskiej Ochrany. To prawda, że ustawową działalność Instytutu ogranicza data początkowa: 1939. Ale może to właśnie jest nieszczęście? Może trzeba było zawczasu pomyśleć o badaniach szerszych, bardziej kompleksowych? Karmimy dziś społeczeństwo rzewnymi opowieściami o rodakach zesłanych przez Sowietów w latach trzydziestych, jeszcze przed II wojną światową, do Kazachstanu - ale czy to nie IPN jest predestynowany do kultywowania pamięci o ich losach?
Tymczasem, obserwując zmagania Instytutu z materią historyczną, przypomina się historiografia i historyczne edytorstwo czasów stalinowskich. Wszak tam również historyk był prokuratorem: oskarżał "klasy posiadające" o wyzysk chłopa i robotnika. Tam również wydawano źródła dotyczące drobnego wycinka rzeczywistości - na przykład dokumenty o danej wsi. Jednak z postawy natrętnie oceniającej, bądź z wycinkowego trudu edytora, wynikało niewiele. Obecnie, jakkolwiek by IPN epatował swą naukowością, cokolwiek by mówił o międzynarodowym uznaniu dla swych prac, kiedykolwiek by przedstawiał swe rozwiązania jako "wzorcowe w regionie" - cel przyświecający tym badaniom jest głównie pozanaukowy. A więc i nauka ma z tego pożytek skromny.

Historyk czy policjant?

"W historiografii najnowszej - mówił prof. Karol Modzelewski - nieszczęście polega dziś na tym, że historycy - nie tylko ci zatrudnieni w IPN - bardzo często mylą profesje. Coraz częściej mam wrażenie, że zwłaszcza historycy młodego pokolenia kilka, kilkanaście lat temu źle wybrali kierunek studiów. Powinni byli iść na prawo karne, zostać prokuratorami albo sędziami. A może policjantami, ale na pewno nie historykami" ("Gazeta Wyborcza" 13-15 VIII 2005). Jeżeli skaza ta dotknęła także historyków spoza IPN - cóż mówić o historykach Instytutu, który takie postawy ustawowo stymuluje?
Istota problemu IPN nie tkwi bowiem - jak uważają niektórzy - w zamianie powściągliwego Kieresa na radykalnego Kurtykę (ten drugi jest zresztą wybitnym historykiem, tyle że dziejów Polski średniowiecznej i wczesnonowożytnej). Istota problemu IPN tkwi w ustawie o IPN. Piszę o tym od dawna - trudno bez końca powtarzać własne argumenty. Tak czy inaczej, po dziesięciu latach obowiązywania ustawy i po ośmiu latach od faktycznego powstania IPN-u, widać już gołym okiem: unia, jaką w Instytucie zawarły prawo karne i nauka historyczna, okazała się katastrofą.
Unia ta bowiem działa deprawatorsko w obie strony. Skoro IPN-ow­ska prokuratura operuje na materiałach ubecko-esbeckich, to musi (wszak powinna na czymś się oprzeć) przyjmować za dogmat ich wiarygodność. A skoro w ten sposób działa IPN-owska prokuratura, to i IPN-owscy historycy nader często muszą albo wprost rezygnować z krytyki źródła, albo przynajmniej przyjmować jego optykę. Co więcej jednak: IPN-owscy historycy negują de facto zjawisko, o którym mówią dziś byli esbecy i które zaświadcza instrukcja gen. Kiszczaka: że informacje włożone w usta rzekomego agenta zostały zdobyte techniką operacyjną.
Cóż jednak się dziwić: historyk IPN-owski ma być czymś więcej niż historykiem. Ma być kreatorem. Przecież wynajmuje się on do celów pozahistorycznych i pozanaukowych, a więc niezgodnych z jego zawodowym etosem. Staje się ekspertem w akcie oskarżenia, człowiekiem wypożyczonym przez prokuraturę dla jej celu: zamiany płynnej materii dziejów na twardą materię procesową. Porzucając de facto swą profesję, staje się wspomnianym prokuratorem bądź sędzią. I - jak straszni mieszczanie w wierszu Tuwima - widzi wszystko oddzielnie.
"Oddzielność" tę ukazał niechcący Andrzej Grajewski. Ten były członek Kolegium IPN mówi ("Gazeta Wyborcza" 25 XI 2008): "Różnimy się [z abp. Józefem Życińskim] w podejściu do dokumentów [esbeckich]. Arcybiskup kwestionuje ich wiarygodność, ja nie" [podkr. - A.R.]. Dalej natomiast, w tym samym wywiadzie, powiada Grajewski: "Z zachowanej karty ewidencji wynika, że arcybiskup został zarejestrowany jako TW Filozof. Nie był to werbunek fikcyjny. I tu zgadzam się z ks. Zaleskim. Oni go naprawdę zarejestrowali, choć on mógł o tym nie wiedzieć" [podkr. - A.R.]. Czym więc jest wiara Grajewskiego w autentyczność dokumentów esbeckich? Wszak na podstawie archiwów IPN - bez próby konfrontacji z innymi przekazami, a więc i odpowiedzi na fundamentalne pytanie "wiedział, czy nie wiedział" - skazuje się dziś na śmierć cywilną dziesiątki osób. Grajewski przyznaje, że wobec arcybiskupa Życińskiego ma "empatię". Nie miał jednak tej empatii, gdy demaskował ojca Hejmo (choć za swe emocjonalne wystąpienie przynajmniej potem przeprosił). Tak czy inaczej - cóż warta jest lustracja? I gdzie ta prawda, która ma nas wyzwolić?

Polowanie

Nie miejmy jednak złudzeń: sensem istnienia IPN-u nie jest poszukiwanie prawdy. Sensem tym jest POLOWANIE. I jest to polowanie z nagonką, przy akompaniamencie usłużnych mediów (które z pracy IPN-u same korzystają - tak przecież było w sprawie Małgorzaty Niezabitowskiej). Instytut udostępnia swe zbiory tysiącom pokrzywdzonych, którzy potem z tą - niepewną - wiedzą o bliźnich mogą zrobić, co im się podoba. Jeżeli pokrzywdzony jest osobą prywatną, może założyć komitet parafialny "Ujawnić prawdę". Jeżeli jest dziennikarzem - może zrobić w gazecie lub telewizji dobrego newsa. Gorzej jednak ma obywatel, na którego padło pomówienie: swego dobrego imienia może dochodzić tylko w sądzie. I to przez długie lata, bez gwarancji sukcesu (bo "skoro tak stoi w dokumentach, to jak to kwestionować?"). Natomiast IPN, od którego taki ludzki dramat się zaczął, albo "rżnie głupa" ("my tylko udostępniliśmy to, co jest w naszych zbiorach, żadnej odpowiedzialności nie ponosimy"), albo ściga raz złowione ofiary do upadłego (wystarczy przypomnieć zawziętość, jaką powziął do Niezabitowskiej).
Operując pojęciem "zbrodni komunistycznej", wprowadzając nierówność obywateli wobec prawa, stawał się IPN zbrojnym ramieniem jednej, rządzącej partii. Gdy rozpalał się konflikt między Wałęsą a braćmi Kaczyńskimi, służył IPN książką Cenckiewicza i Gontarczyka. Gdy ważyły się losy ustawy lustracyjnej, znajdował kwity na dwóch sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Gdy prezydent Lech Kaczyński (prawidłowo, lecz omyłkowo - oto dialektyka IV RP) przyznał Krzyż Syberyjski Jaruzelskiemu, IPN oskarżył generała o "zbrodnię komunistyczną". Gdy rektor Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Andrzej Ceynowa, wynalazł fortel dla obejścia ustawy lustracyjnej, IPN odkrył, że coś on kiedyś podpisał...
Na pytanie, "jak długo powinien istnieć IPN", odpowiada Kurtyka w "Tygodniku Powszechnym": "Do czasu, gdy kwestia interpretacji i oceny znaczenia dyktatury komunistycznej dla losu narodu polskiego przestanie być aktualna. [...] nie powinno to trwać dłużej niż jedno pokolenie, czyli 20-30 lat." I dalej: "IPN dostał do ręki instrumenty, które pozwalają dostarczać argumentów do dyskusji publicznej i monitorować bieżące życie publiczne przez pion lustracyjny. O tym, kiedy misja IPN wygaśnie, nie zadecyduje jeden czynnik, lecz ich kombinacja. Wtedy archiwum IPN stanie się częścią archiwów państwowych".
Otóż to. Gdyby IPN-owi przyświecały cele naukowe - co by szkodziło już teraz wcielić jego zbiory do archiwów państwowych? Ale nie. Przez 20-30 lat (kto zresztą zaręczy, że nie dłużej?) ma trwać w moim kraju POLOWANIE. A społeczeństwo ma stać się obiektem IPN-owskiej pierekowki świadomości.

Rozwiązać IPN

Jak głęboka to pierekowka - mogliśmy wyżej zobaczyć. I trudno już mieć wątpliwości. IPN - to instytucja antypaństwowa, antynarodowa i antychrześcijańska. Antypaństwowa - bo nie da się jej pogodzić z demokratycznym państwem prawa, bo niszczy Monteskiuszowski podział władz, bo jej prezes dostał prawo ujawniania tajemnicy państwowej. Antynarodowa - bo lansuje wizję historii straceńczej, w której rzuca się na szalę samo istnienie narodu. Antychrześcijańska - bo "nie ma przebacz": dawne winy nigdy nie mogą zostać odkupione (Lech Wałęsa nie ma prawa znaleźć się na liście pokrzywdzonych). Tego doczekaliśmy w wolnej Polsce. I to ma trwać przez następne 20-30 lat.
IPN - jak twierdzi sam prezes Kurtyka - kiedyś przeminie. Ale nie przeminie pamięć o instytucji, która historię stawiała przed trybunałem sprawiedliwości. Gdy uświadomimy sobie, że IPN gotów kiedyś zająć miejsce obok Wydziału Historii Partii przy KC PZPR i Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu, zrozumiemy, że rozwiązanie go leży w interesie przede wszystkim jego pracowników.
grudzień 2008

Odbezpieczony granat

"Gazeta Wyborcza" opublikowała w roku 2009 dwa artykuły o Instytucie Pamięci Narodowej: 7 kwietnia tekst prof. Andrzeja Friszkego Jak hartował się radykalizm Kurtyki, a 16 kwietnia tekst red. Mirosława Czecha Profesjonalna klęska IPN. Diagnozy obu autorów są podobne, w znacznej też mierze je podzielam. A jednak gdybym, z pewnym przymrużeniem oka, miał ująć własne stanowisko, powiedziałbym tak: był sobie prezes zły, Leon Kieres, nastąpił po nim prezes gorszy, Janusz Kurtyka, ale najgorsza była cały czas ustawa, która niegdyś IPN powołała do istnienia.

Ustawa

Napisana w roku 1998 przez dwóch profesorów prawa - Andrzeja Rzeplińskiego i Witolda Kuleszę - oraz jednego profesora historii - Andrzeja Paczkowskiego, uchwalona przez Sejm 18 grudnia 1998 i odtąd kilkakrotnie nowelizowana, ustawa ta, w swym zasadniczym kształcie, pozo­staje do dziś niezmieniona. Jej istotą jest złączenie historii z prawem ­karnym, a więc unia dwóch nauk, mających całkowicie odmienne instrumentaria badawcze i zupełnie odmienne cele. Friszke uważa, że "intencją ustawodawcy było doprowadzenie do harmonijnej współpracy", w której na przykład "prokuratorzy powinni korzystać z wiedzy historyków". Lecz przecież historyk ma poznać źródła, dokonać ich krytyki oraz właściwie je zinterpretować, prawnik natomiast, postawiony wobec zgromadzonego materiału, musi wobec niego zająć stanowisko jednoznaczne, a sędzia w dodatku - wydać jeszcze wyrok. Czy to nie z powodu tej unii historycy IPN-owscy mają taką skłonność do łatwych wartościowań i ocen? A gdy nakłada się na to jednorodność ideowo-polityczna, mamy rzeczywiście katastrofę. Historia sprowadzona do służki procesu karnego musi budzić najgłębszy sprzeciw.
Drugim grzechem pierworodnym ustawy było wprowadzenie nierówności obywateli wobec prawa. Pisze Friszke: "Ustawa o IPN miała przynieść zadośćuczynienie ofiarom systemu PRL [...] miała też służyć napiętnowaniu Urzędu Bezpieczeństwa i SB". Ale znów: "zadośćuczynienie i napiętnowanie" - to nie są cele, pod którymi powinien się podpisywać historyk (IPN to podobno historyczna placówka badawcza?). Argument, że zadania te realizuje w IPN nie historyk, lecz prokurator, byłby niepoważny, bo czemu w takim razie nie można było ich powierzyć prokuraturze powszechnej? Tak czy inaczej, szerzone przez orędowników IPN przekonanie, że obywatele mają prawo do wiedzy zgromadzonej przez SB na ich temat, zderza się nieustannie ze "skrzeczącą rzeczywistością" ustawy. A ustawa ta głosi, że dostęp taki mają w rzeczywistości jedynie wybrani: ci, którzy - według dokumentacji zgromadzonej przez SB - są "czyści".
Dziś wprawdzie skasowano kategorię pokrzywdzonych, która takie prawo zawierała expressis verbis, ale zakaz udostępniania wszystkim obywatelom materiałów na ich temat obowiązuje nadal. Kiedyś przekonała się o tym Małgorzata Niezabitowska, przez lata walcząca z IPN-em o swe dobre imię (oczyścił ją Sąd Lustracyjny - IPN od wyroku się odwołał). Obecnie przekonuje się o tym prof. Jan Stanek z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zabiegający o oczyszczenie z win, według niego nigdy niepopełnionych. Jest rzeczą niesłychaną, że w obu tych przypadkach dojście do niedostępnych dla zainteresowanych esbeckich materiałów otrzymali natychmiast dziennikarze: to oni stali się panami życia i śmierci (moralnej) ludzi, którzy nawet nie mogli się bronić.
Kolejnym przejawem nierówności jest w ustawie o IPN kategoria "zbrodni komunistycznej". Uznaje ona, że wykroczenie lub występek może być zbrodnią - o ile tylko popełnił go komunista (czytaj: funkcjonariusz PRL). Profesor Rzepliński wprost szczycił się niegdyś, że w ustawie "pokrzywdzeni dostali pewne specjalne prawa". Wyznanie to osobliwe w demokratycznym państwie prawa, a szczególnie smakowite w ustach obrońcy praw człowieka (no i obecnego prezesa Trybunału Konstytucyjnego...). Ale jeżeli tak - to znaczy jedno: Polska od 10 lat żyje w stanie wyjątkowym.

Lustracja permanentna

Powstanie IPN - pisze Friszke - "miało [...] wyeliminować pokusę posługiwania się "teczkami" w grach politycznych". Jak to się skończyło - wiemy, i autor słusznie nie szczędzi obecnej sytuacji gorzkich słów. Czy jednak nie była ona do przewidzenia? Czyżby ustawodawcy wierzyli w anielską naturę człowieka? Wszak otworzono poesbeckie archiwa dla każdego pokrzywdzonego! Wszak z otrzymanymi materiałami mógł on zrobić, co mu się podoba! Ustawodawcy nie mogli nie wiedzieć, że w momencie powstania IPN-u "teczki" zaczną żyć własnym życiem, że nie tylko dostaną się do rąk polityków (to by jeszcze było pół biedy), ale że zatrują życie społeczne w każdym jego zakątku.
Jaką bowiem satysfakcję dawał IPN pokrzywdzonym? Tylko jedną: odwet. IPN-owski archiwista wręczał pokrzywdzonemu kwit, stając się tym samym milczącym prokuratorem. Na podstawie tego kwitu pokrzywdzony wyrokował o winie współobywatela, stając się (najczęściej już nie milczącym) sędzią. Przed laty Friszke pytał retorycznie: "Czy od tych ludzi [pokrzywdzonych - A.R.] mamy żądać, aby uzyskaną wiedzę potraktowali jako tajemnicę? Na jakiej podstawie?" ("Gazeta Wyborcza" 9-10 X 2004). Nie, nie mamy tego żądać. Ja od lat żądam tylko jednego: by państwo nie dawało obywatelom odbezpieczonego granatu.
Bo nie jest prawdą także to, że IPN w czasach Leona Kieresa nie zajmował się lustracją. Ależ zajmował się jak najbardziej, sporządzał bowiem certyfikaty niewinności (pokrzywdzonych), lub zakazywał wglądu w materiały ("agentom" i "nie pokrzywdzonym"). Można nawet rzec: zajmował się lustracją o tyle jeszcze bardziej niż obecnie, że tworzył drugą procedurę lustracyjną - obok tej, zastrzeżonej dla ludzi "na świeczniku", a ucieleśnionej w urzędzie tzw. rzecznika interesu publicznego. Lustracja IPN-owska była wtedy wyższym, surowszym szczeblem, kolejnym sitem, nastawionym w dodatku na masowość, a w konsekwencji na żywioł, którego rezultatem musiała prędzej czy później stać się "lista Wildsteina".
Dziś przynajmniej nie ma dwóch rodzajów lustracji. Trzeba to przyjąć z uznaniem, jakkolwiek gorzka byłaby taka satysfakcja. Ale istota IPN-owskiego pomysłu została i tym razem nienaruszona. To, co przed kilku jeszcze laty było przedmiotem długiego, żmudnego dochodzenia (najpierw tzw. rzecznika interesu publicznego, potem Sądu Lustracyjnego), dziś nadal znajduje się w ręku anonimowego archiwisty, którego wynik kwerendy wykorzystuje dowolnie każdy pokrzywdzony czy dziennikarz, a niechby nawet obywatel, zgłaszający projekt badawczy w rodzaju "SB w latach 1985-1986 wobec szkoły podstawowej nr 2 w Pacanowie". Ustawa o IPN niegdyś wpuściła lustrację tylnymi drzwiami - teraz wpuszcza ją od frontu. No i - jak się rzekło - czyni to zawsze na skalę masową, przy której (elitarna było nie było) "noc teczek" Antoniego Macierewicza była tylko dziecinną igraszką.
Oczywiście, ani prof. Friszke, ani nawet prof. Kieres, nie ponoszą za ten stan bezpośredniej odpowiedzialności. Obaj włożyli wiele starań, by żywiołowy proces wtłoczyć w cywilizowane koryto. Kieres, jak pamiętamy, mówił nawet: "Nie mogę nie zgodzić się z poglądem, że IPN może doprowadzić do sytuacji dramatycznych z punktu widzenia interesów Polski". Rzecz jednak w tym, że cywilizowanie IPN-u było niemożliwe, bo nie po to on powstał, by cokolwiek ucywilizować, lecz by wszystko "ubarbarzyńszczyć". Los Andrzeja Przewoźnika, utrąconego w wyborach na prezesa, jest najlepszym dowodem, że od jakiegoś czasu IPN rozwija się już samoczynnie, zgodnie z logiką i wymaganiami swej własnej struktury.

Deprawacja

W sprawie klęski w IPN historycznego profesjonalizmu trudno dorzucić nowe argumenty po artykule Mirosława Czecha. Skoro jednak Andrzej Friszke nadmienił wcześniej o lustracji dominikanina, ojca Konrada Hejmo, to warto przypomnieć, jak tryby mielące historyków działały w IPN także w czasach Leona Kieresa. Bo przypadek z Hejmą to nie był, jak chce Friszke, jedynie "błąd"! Lustrujący zakonnika Andrzej Grajewski, Paweł Machcewicz i Jan Żaryn nie zadali sobie trudu ani nawiązania kontaktu z "oskarżonym", ani przeprowadzenia rozmowy z prowadzącym go esbekiem, ani nawet przeczytania artykułów z pisma "W drodze", mogących świadczyć o stopniu szkodliwości podjętej przez Hejmę współpracy. Za emocjonalizm oskarżeń Grajewski przynajmniej przeprosił, natomiast Machcewicz - skądinąd jeden z najwybitniejszych historyków swego pokolenia - na pytanie, czy skonfrontuje materiały esbeckie z funkcjonariuszem "prowadzącym" ojca Hejmę odpowiadał: "Mam wątpliwość natury etycznej. Traktowanie funkcjonariusza SB, którego zadaniem było osaczanie ludzi, łamanie ludzi, jako pełnoprawnego źródła - to dla mnie nieetyczne" ("Gazeta Wyborcza" 14 VI 2005).
Powstaje więc pytanie: czy historyk może być takim wrażliwcem? Czy ma on klasyfikować źródła pod względem postawy moralnej ludzi je wytwarzających? Czy taka selekcja nie jest przejawem założonej z góry tendencji? I czy w ogóle można mieć taki stosunek do badania przeszłości? Minęło jednak parę lat i w wystąpieniach Machcewicza przestałem słyszeć dawną zajadłość. Co się zmieniło? Tylko jedno: nie pracuje on już w IPN.
I tu właśnie tkwi problem. Profesor Paczkowski bezpodstawnie insynuuje "Gazecie Wyborczej" ukucie terminu "historyk IPN-owski": termin taki funkcjonuje od dawna w środowisku historycznym, a dokumentuje to Friszke, piszący o "izolowaniu się historyków IPN od życia naukowego uniwersytetów czy struktur PAN". Na uprawianie historiografii tendencyjnej historyk IPN-owski jest bowiem po prostu "skazany", co oczywiście nie znaczy, by fachowcy o twardym kręgosłupie nie byli w stanie temu się oprzeć, ani że nie powstają w IPN również książki ważne i cenne, bywa że i rewelacyjne. Jednak pokusa wartościowania (osądzania, piętnowania etc.) uwidacznia się w Instytucie raz za razem, poczynając właśnie od sprawy ojca Hejmo, gdy materiał historyczny musiał być w ekspresowym tempie przygotowany pod z góry założoną tezę, po oskarżenie przez prezesa Kurtykę Aleksandra Kwaśniewskiego - akurat wtedy, gdy były prezydent zaryzykował krytykę Instytutu. A dołącza się do tego "przyjmowanie optyki źródeł", w tym przypadku źródeł służb specjalnych - w dodatku komunistycznych służb specjalnych - a to już wymaga niezwykłej ostrożności i precyzji, nieznanych IPN-owskim "wilczkom", choćby tylko z racji ich tak często młodego wieku.
Ale nieszczęściem jest też ustawowe ograniczenie obszaru badawczego IPN: ma on zajmować się wyłącznie okresem 1939-1990. Pomińmy już datę końcową, choć - gdy trzeba było uderzyć w Lecha Wałęsę - badania bez problemu dochodziły do roku 1995. Lecz jak może być poważną instytucja, która nie tylko ma ustawowo ograniczone pole badań, ale nawet na tym polu (jak świadczy cytowany w poprzednim rozdziale Janusz Kurtyka) dokonuje zawężeń dalszych, dokonywanych w dodatku z przyczyn nie merytorycznych, lecz ideologicznych? IPN, jak się wydaje, powstał nie po to, by ocalać narodową pamięć, lecz by amputować całe obszary narodowej pamięci.

Manipulacja

Przyjęcie głębokich wartościowań nie może przy tym nie rzutować na epoki jeszcze wcześniejsze. Wszak gdyby przez IPN-owskie sito prze­puścić bojowników o niepodległość z czasu zaborów, niewielu cnotliwych by się ostało. W każdym razie nie uchroniłby się ani Kościuszko, biorący od cara grube pieniądze w zamian za obietnicę niepodniesie­nia już oręża, ani Mickiewicz, przyrzekający donosić na kolegów, ani Łukasiński, zakładający konspirację z podszeptu tajnej policji, ani Traugutt - oficer rosyjski, tłumiący węgierską Wiosnę Ludów ... A cóż powiedzieć o bohaterach powstania styczniowego, którzy w zeznaniach złożonych w śledztwie byli tak niepowściągliwi? I cóż rzec o bohaterach innych XIX-wiecznych powstań? Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł, by również tamtą historię napisać "na nowo": na bazie papierów policyjnych?
Ale spoko. Prędzej czy później, ktoś na to wpadnie. Sygnały już zresztą się pojawiły - na razie w postaci oskarżeń pod adresem wielkiego badacza historii XIX wieku, prof. Stefana Kieniewicza. Choć przy okazji warto odnotować, że akurat w tej konkretnej sprawie wyważone i powściągliwe stanowisko zajął, tak zwykle radykalny, prof. Andrzej Nowak - vide wywiad z nim w "Dzienniku" z 4-5 IV 2009. Nie zmienia to faktu (można rzec: tym bardziej nie zmienia to faktu, który widzi nawet Nowak), że pisanie "na nowo" historii Polski XIX wieku jest niebezpieczeństwem realnym. I nie trzeba tłumaczyć, że byłoby to dla polskiej pamięci zbiorowej - ba! dla polskiej tożsamości - zabójcze.
Na razie wszakże niebezpieczeństwo mamy jedno: IPN-owską kodyfikację polskiej pamięci, dotyczącej czasu niedawno minionego: drugiej połowy XX wieku. Przeorania tożsamości na tę skalę nie dokonywano u nas od czasu stalinizmu i trudno do takich działań nie czuć obrzydzenia, skoro wyraża się w nich nie tylko światopoglądowo-partyjna tendencyjność historyka, ale też jego pogarda dla zdrowego rozsądku obywatela. Można się cieszyć, że - jak się zdaje - zabiegi te poniosły klęskę. Ale nie sposób się cieszyć, że dla najmłodszych pokoleń historia ostatnich lat dwudziestu jest świństwem. Czy taki ma być rezultat "edukacji" IPN?
Kolejnym rezultatem jest zaś stan polskich archiwów. Wielokrotnie alarmowałem, że IPN, tak na mocy konkretnych paragrafów ustawy, jak w swej codziennej praktyce, przenosi i faktycznie rujnuje zespoły archiwalne, że dokonywane w ten sposób ich upolitycznienie jest zjawiskiem niespotykanym w najczarniejszych czasach PRL. Przed paru laty (w "Polityce" z 9 VI 2007) mówił o tym wiceprezes Stowarzyszenia Archiwistów Polskich, Zbigniew Pustuła: "Żadne względy racjonalne, wynikające z wielu lat doświadczeń państw demokratycznych, nie uzasadniają wyjęcia fragmentów zasobów archiwalnych z mnóstwa instytucji - bo do IPN ściągnięto akta z ok. 150! - i skoncentrowania tego w jednym miejscu". Gniewną polemikę z Pustułą wszczął wtedy natychmiast prof. Andrzej Paczkowski - czy można się temu dziwić? Tymczasem straty w polskich archiwaliach są już nie do odrobienia, bo nikt po raz drugi nie będzie zbiorów przetasowywał i przenosił z IPN na miejsce im właściwe. I jest to może najwyższa cena, jaką zapłaciliśmy za istnienie IPN-u. Nie widzi jej tylko naczelny dyrektor Archiwów Państwowych, dr Sławomir Radoń; za to (w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" z 11-13 IV 2009) staje się on po raz kolejny demagogiczną tubą IPN.

Krzywda

Ale i tak najgorszy jest w IPN los obywatela: w każdej chwili może on stać się przedmiotem ataku. Wynoszenia z poesbeckich archiwów nazwisk zarejestrowanych tam ludzi nie byłbym w stanie zaakceptować nawet w przypadku kapusiów (od wymierzania sprawiedliwości jest z jednej strony sąd, z drugiej - konfesjonał), tym bardziej więc nie mogę tego przyjąć w przypadku osób niewinnych. Bo przecież są tu też ludzie niewinni! I choć Bronisław Wildstein ma zapewne rację, że "bezpieka nigdy siebie nie oszukiwała", to równocześnie nie ma racji, bo nie uwzględnia zwykłego w PRL bałaganiarstwa i nacisków "statystycznych", owego "wielkiego picu", o którym pisze Mirosław Czech, czy zwykłych w rodzaju ludzkim barier intelektualnych i szumu komunikacyjnego, a wreszcie i rozmaitych kategorii współpracy oraz różnych technik pozyskiwania informacji, w rodzaju słynnej instrukcji gen. Kiszczaka nakazującej kamuflowanie źródeł. Przytoczmy dwa tylko nazwiska: Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Ten pierwszy, po ujrzeniu swej teczki, rzekł, że odzwierciedla ona "ubecką wizję świata". Ten drugi jest kojarzony z "lojalką" - w rzeczywistości fałszywką wyprodukowaną w latach dziewięćdziesiątych. A skoro takie oszustwo popełniły służby III RP - jak możliwa jest pełna wiarygodność dokumentów wytworzonych przez SB w PRL?
Tymczasem IPN zdaje się mówić obywatelowi: to, co od nas otrzymujesz, to wszystko prawda. Od dziś jesteś depozytariuszem wiedzy dostępnej nielicznym. I teraz wiesz: nie ma ludzi niewinnych. Są ci, na których już coś znaleziono, i ci, na których jeszcze nic nie znaleziono. Bo wszystko jest ubrudzone, ale ty sam - ty jeden - jesteś czysty: nie na darmo otrzymałeś dostęp do świątyni prawdy. A równocześnie, z samej IPN-owskiej "góry", sączą się kolejne "rewelacje": a to książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie, a to przypis Żaryna o ks. Jankowskim...
I tak oto, hipnotyzując, żeruje IPN na ludzkich słabościach. Wiem, co mówię, bo przed laty, na wieść o agenturalnym uwikłaniu ojca Hejmo, złapałem się na odruchu satysfakcji: "a to dostało się temu stronnikowi Radia Maryja"! I gdy po paru minutach nadeszła refleksja, pomyślałem, że przecież bardzo dobrze rozumiem lustratorów. My, ludzie, lubimy łapać bliźniego na złym uczynku. Wyrastamy wtedy w swoich oczach, napawamy się dumą, że nie jesteśmy "tacy, jak ten oto celnik". Przed paru laty moi koledzy z Uniwersytetu Jagiellońskiego napisali w kontekście ustawy lustracyjnej: "Informujemy publicznie, że złożyliśmy takie oświadczenia [lustracyjne - A.R.], nie czując żadnej niedogodności z tym związanej. A uczyniliśmy tak nie tylko z tego powodu, że nie mamy się czego wstydzić, ale przede wszystkim dlatego, iż uważamy, że tak pracodawca, jak młodsi koledzy i studenci, mają prawo wiedzieć, jak postępowaliśmy niegdyś" [wszystkie podkr. - A.R.]. Umiemy więc zadbać o certyfikat własnej moralności... Zwłaszcza że to tak proste: udać się po zaświadczenie do IPN. Stawka jest wysoka: w IPN grzechy nie będą nigdy odkupione, cnota lśni tutaj blaskiem najmocniejszym z możliwych. A najważniejszy pozostaje i tak odwet.

Co robić?

Oczywiście, IPN jest tyleż sprawcą naszych konfuzji, co ich wyrazicielem. Jacek Żakowski słusznie zwraca uwagę, że obecnie historiografia "stała się narzędziem emancypacji, buntu i rozliczania elit", że weszła do kultury popularnej i zyskała walor "narzędzia walki politycznej" ("Polityka" 11 IV 2009). Smutny to znak naszych czasów, choć prędzej czy później będziemy musieli sobie z nim poradzić, jeśli nie chcemy wejść w stadium intelektualnego barbarzyństwa. W każdym jednak razie jest IPN także rodzajem kozła ofiarnego, na który zlewamy winy nas wszystkich, winy własne. Ale nie zmienia to faktu, że w dziele tabloidyzacji i komiksyzacji historii ta właśnie instytucja jest w Polsce najbardziej wyrazista: wszak pamiętamy ekshumację gen. Sikorskiego.
"Dziś - pisze Friszke w zakończeniu swego artykułu - padają głosy zarówno za likwidacją IPN, jak i za utrzymaniem go w nie zmienionej postaci. Oba te stanowiska uważam za skrajne. Likwidacja IPN oznaczałaby postawienie zarazem wielu nowych pytań - co zrobić z archiwami, kto ma nimi administrować i wedle jakich zasad? Kto będzie je udostępniał badaczom, ale też dla potrzeb procedur lustracyjnych, wreszcie wydawał zaświadczenia potrzebne byłym pracownikom służb, np. dla ZUS". Mirosław Czech jest w swej diagnozie ostrzejszy, ale i on zatrzymuje się na poziomie apelu o "proces naprawczy w IPN".
Rozumiem ich obu. Przez powstrzymanie się od wniosków radykalnych będą w stanie silniej niż ja wpływać na bieg wydarzeń. Mogą być skuteczni, nie grozi im znalezienie się na jałowym biegu. Cóż ważniejszego dla publicysty i obywatela? A jednak trudno się pogodzić z sytuacją, w której głos za likwidacją IPN rozlega się tylko z szeregów SLD. Rozumiem partykularny interes tego ugrupowania, ale - by trzymać się tej insynuacyjnej poetyki - równie dobrze rozumiałbym głos tych, którzy nie chcą być "karpiami głosującymi za przyspieszeniem świąt Bożego Narodzenia". Likwidacja IPN - to nie jest interes ani "komuchów", ani "solidaruchów"; to interes całego, wolnego społeczeństwa.
Bo IPN musi zniknąć. Instytucja ta będzie nas wciąż łudziła kolejnymi książkami i udowadniała, jak bardzo jest potrzebna. Nie, nie jest. Jest nie do utrzymania w państwie demokratycznym. Jest nie do pogodzenia z porządkiem chrześcijańskim. Badanie historii najnowszej trzeba zacząć w Polsce od nowa.
lipiec 2009

Informacja o pierwodrukach

1791, 1918, 1989 - "Tygodnik Powszechny" 19 IX 1999 nr 38
Solidarność, czy "obóz posierpniowy"? - "Tygodnik Powszechny" 1 X 2000 nr 40
Polemiki: Aleksander Hall, Przeciw karykaturze Solidarności, "Tygodnik Powszechny" 8 X 2000 nr 41; Bronisław Wildstein, Polityka ma przeszłość, "Tygodnik Powszechny" 15 X 2000 nr 42.
Burzliwa dojrzałość Trzeciej Rzeczypospolitej - "Gazeta Wyborcza" 22-23 IX 2007
Czy moja partia ma jeszcze sens? - "Gazeta Wyborcza" 2-3 I 1999 (pt. Czy Unia ma jeszcze sens?)
Polemiki: Alina Witkowska, Mickiewicz nie współpracował z policją, "Gazeta Wyborcza" 23-24 I 1999 (replika autora Jednak zlustrujmy Mickiewicza, tamże), Bronisław Wildstein, Antylustracyjne strategie, "Rzeczpospolita" 23-24 I 1999; Teresa Kuczyńska, Niebezpieczna frustracja, "Tygodnik Solidarność" 5 II 1999 nr 6; Marian Sienkiewicz, "Przekrój" 14 II 1999 (dalsze polemiki: "Przekrój" 28 III 1999).
Bezprawie i absurd - "Gazeta Wyborcza" 25-26 IX 2004 (pt. IPN - bezprawie i absurd)
Przedruk i przekład angielski w: Na okrągło. 1989-2009, red. Aneta Szyłak, Jan Sowa, Kraków-Wrocław 2009, s. 297-316.
Polemiki: Maciej Rybiński, Bękart kompromisu politycznego, "Rzeczpospolita" 27 IX 2004 nr 227; W obronie IPN; IPN na celowniku, "Rzeczpospolita" 30 IX 2004 nr 230; Alina Grabowska, Sól w oku, "Dziennik Polski 1 X 2004 nr 231; Bronisław Wildstein, Pamięć i jej wrogowie, "Rzeczpospolita" 2-3 X 2004 nr 232; Andrzej Friszke, IPN - uznany i potrzebny, "Gazeta Wyborcza" 9-10 X 2004 (odpowiedź autora Niestety, bezprawie i absurd, tamże); Ryszard Terlecki, Archiwa bezpieki, "Rzeczpospolita" 13 X 2004; Liliana Sonik, Danuta Skóra, Małgorzata Kotarba, Gdy słowa tracą sens..., "Dziennik Polski" 18 X 2004 nr 45; Jan Żaryn, Słuszna pamięć, "Gość Niedzielony" 17 X 2004; Bogusław Sonik, Lustracja jest potrzebna, "Gazeta Wyborcza" 27 X 2004 (odpowiedź autora Tak nie warto rozmawiać, tamże 30 X-1 XI 2004); Roman Graczyk, Dla kogo teczki bezpieki, "Gazeta Wyborcza. Gazeta w Krakowie" 29 X 2004; Stefan Niesiołowski, Zła wola i demagogia, "Gazeta Wyborcza" 30 X - 1 XI 2004; Jan Lityński, IPN: boli, ale potrzebny, "Gazeta Wyborcza" 6-7 XI 2004 (odpowiedź autora tamże 15 XI 2004); Andrzej Rzepliński, Ostrzał twierdzy IPN, "Gazeta Wyborcza" 4-5 XII 2004; Marcin Kula, "Karta" 2004 nr 3; Liliana Sonik, Lustracja i pogarda, "Rzeczpospolita" 13 IV 2005 (odpowiedź autora tamże 22 IV 2005).
Życie z IPN-em - "Kraków" 2005 nr 4 (pt. IPN jest nagi)
Instytut Polowania Narodowego - "Przegląd" 4 I 2009
Odbezpieczony granat - "Gazeta Wyborcza" 18-19 VII 2009 (pt. Powtarzam: IPN musi być zburzony)
Z wolnością źle, z godnością dramat - wykład wygłoszony 22 IX 2009 w Trybunale Konstytucyjnym [w:] Preambuła Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 2009 (pt. Idealizm konstytucjonalistów i skrzecząca rzeczywistość)
Polemiki: Roman Graczyk, TW "Targowska", czyli zawiść i pieniądze, "Rzeczpospolita" 22 I 2010; Jan Pieszczachowicz, Pani Sabina i jej sędziowie, "Kraków" 2010 nr 2-3.
Z pamięcią katastrofa - "Gazeta Wyborcza" 24-25 VII 2010
Przekład czeski: Katastrofa paměti, "Listy" [Olomouc] 2010 nr 4.
Nie ma miłosierdzia - "Gazeta Wyborcza" 11 V 2007 (pt. Nie widzę w Polsce miłosierdzia)
Skłamana historia, nierówna miara - "Gazeta Wyborcza" 21 XII 2011
Omówienie: Marian Stala, Ach, marzenia, "Tygodnik Powszechny" 1 I 2012 nr 1.
Moje wnioski prywatne - "Gazeta Wyborcza" 3 VI 2014
Przekład czeski: Konfrontace a smíření, "Listy" [Olomouc] 2014 nr 24.
Tajemnica Witolda Pileckiego - "Polityka" 15-21 V 2013 nr 20
Polemiki: Wojciech Mucha, Zrównali Pileckiego z konfidentami; Dorota Kania, Zohydzanie bohaterów, "Gazeta Polska" 16 V 2013; Wiesław Jan Wysocki, Romanowski bardzo chwali bezpiekę; Andrzej Paczkowski, O Pileckim i o Wałęsie trzeba mówić wszystko, "Superexpress" 17 V 2013; Maciej Pietrzyk, Bohaterski rotmistrz sam broni się przed wszystkimi oskarżeniami, "Dziennik Polski" 18-19 V 2013; Tadeusz Płużański, Czy święty może być kapusiem, "Do Rzeczy" 20-26 V 2013; Jan Żaryn, Pilecki na celowniku, "Sieci" 20-26 V 2013; Antoni Dudek, Kto podważa legendę rotmistrza, "Rzeczpospolita" 20 V 2013; Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN, "Polityka" 22-26 V 2013 nr 21 (tu też odpowiedź autora); Tomasz Łabuszewski, Kulą w płot. Kto podważa legendę rotmistrza Pileckiego, "Polityka" 27 V - 4 VI 2013, nr 22 (tu też odpowiedź autora pt. Rozprawka o metodzie); Filip Memches, Wszyscy jesteśmy świniami, "Rzeczpospolita" 24 V 2013; Beata Zubowicz, Pilecki pod strzechy, "Rzeczpospolita" 25-26 V 2013 (tu też odpowiedź autora); Henryk Markiewicz, Konfabulacje i irytacje, "Przegląd" 27 V - 2 VI 2013; Zuzanna Kurtyka, Rotmistrz Pilecki raz jeszcze, "Sieci" 27 V - 2 VI 2013; Piotr Gontarczyk, Profesor, który wiedzy się nie kłania, "Do Rzeczy" 27 V - 2 VI 2013; Mariusz Janicki, Wiesław Władyka, Pomniki z krwi i kości, "Polityka" 5-11 VI 2013; Adam Cyra, Co kryją akta rotmistrza, "Przegląd" 17-23 VI 2013.
Tu nie chodzi o lustrację - "Gazeta Wyborcza" 14 III 2007
Wyjść z polskiego piekła - [w:] Andrzej Romanowski, Rozkosze lustracji, Kraków 2007
Erynie czy Eumenidy? - "Kraków" 2012 nr 4-5
Poligon historia - "Gazeta Wyborcza" 14-15 XII 2013 (pt. Historia wybiórcza)
Kłamstwo i banał polityki historycznej - "Gazeta Wyborcza" 15-16 VII 2006 (pt. Historia, kłamstwo i banał)
Majsterkowicze naszej pamięci - wykład wygłoszony 14 XII 2007 w Instytucie Historii PAN, "Gazeta Wyborcza" 1-2 i 15-16 III 2008
Polemika: Paweł Ukielski, III RP zapomniała o historii, "Gazeta Wyborcza" 4 VI 2008.
Niszczą naszą pamięć - "Gazeta Wyborcza"6-7 I 2007
Niech układ lustruje - "Gazeta Wyborcza" 13-14 I 2007
Papież z brązu - "Gazeta Wyborcza" 24 X 2008
Wiedza niepewna - "Kraków" 2014 nr 11 (pt. "Tu pod tą gruszką...", czyli o tablicach)
Nowi Wyklęci - "Gazeta Wyborcza". Dodatek krakowski 31 VII 2017
PiS odzyskało Wawel - "Przegląd" 25 IV 2010 nr 16
Wawel w sznurach - "Gazeta Wyborcza". Dodatek krakowski 21 VIII 2017 (pt. Wawel omotany sznurami, z gejzerami pychy)
Kościół, lewica, wojna - "Znak" 2012 nr 2
Omówienie: Katarzyna Wiśniewska, Kościół, lewica, pustka, "Gazeta Wyborcza" 8 III 2012.
Dziedzictwo świętego - "Przegląd" 2016 nr 48
Otwartość i wileńskość - "Znak" 2015 nr 4
Wierność i wściekłość - "Gazeta Wyborcza" 24-26 XII 2005 (pt. Wierność i wściekłość Adama Michnika)
Wreszcie inaczej - "Gazeta Wyborcza" 1 XII 2011 (pt. Nie tak prosto z tym PRL-em)
Biografistyka solidarnościowa - "Kraków" 2015 nr 9
Nad Pismami wybranymi Jerzego Turowicza - "Znak" 2014 nr 7-8
Polemika z polemiką - "Znak" 2015 nr 1
Mądrość i uprzedzenie - "Kraków" 2014 nr 12 (pt. Mój problem z Łagowskim)
Replika Bronisława Łagowskiego, Odpowiadam Romanowskiemu i innym, "Kraków" 2015 nr 1.
Mistrz - "Znak" 2018 nr 6  (pt. Nieznany Stanisław Stomma)
Polska, Ruś i racja stanu - "Gazeta Wyborcza" 26 VIII 2014
Polemiki: Wojciech Stanisławski, Krymska latarnia morska, "Rzeczpospolita" 27 VIII 2014; Wojciech Maziarski, Czy sprzeciw wobec agresji Kremla to antyrosyjskość, "Gazeta Wyborcza" 28 VIII 2014; Mirosław Czech, Pomieszanie z poplątaniem, "Gazeta Wyborcza" 29 VIII 2014; Daniel Passent, Koniec belle époque, "Polityka" 2014 nr 36 (3-9 IX); Ludwik Stomma, Czecha cecha, "Polityka" 2014 nr 39 (24-30 IX); Marek Barański, Furia, "Tak po prostu" wrzesień 2014; Bogumiła Berdychowska, Chórzyści Putina, "Więź" wiosna 2015; Jacek Syski, Czy myślenie ma przyszłość, "Res Humana" 2014 nr 5; I nam nie jest wszystko jedno. W obronie godności Andrzeja Romanowskiego i Andrzeja Walickiego, "Przegląd" 5-11 X 2015 nr 41.
Przekład czeski: Polsko, Rusko, a státní zájem, "Listy" [Olomouc] 2014 nr 6.
Geopolityka, głupcze! - "Nowa Europa Wschodnia" 2015 nr 3-4
W Brukseli wygrał Kaczyński - tekst nie doczekał się publikacji
Wszyscy jesteśmy z PiS - tekst nie doczekał się publikacji
Nie jesteśmy narodem logików - "Gazeta Wyborcza" 8-9 IX 2018 (pt. Jak zepsuliśmy polski zegarek).
Na potrzeby niniejszej książki powyższe artykuły uległy przeredagowaniu, idącemu zwłaszcza w kierunku eliminacji zarówno powtórzeń, jak i odwołań do zapomnianych dziś wydarzeń. W kilku przypadkach powrócono do wcześniejszej wersji autorskiej. Strona merytoryczna pozostała bez zmian.