Miałem dziesięć lat, kiedy razem z ojcem zniszczyliśmy moją kolekcję modeli samolotów. Nie wiem, ile ich było, ale chyba sporo, pewnie kilkanaście. To nie ja je skleiłem. Przynosił mi już złożone i pomalowane kolega taty z uniwersytetu, gdzie pracowali na jednym wydziale. Kolega, tak jak my, mieszkał na osiedlu Rusa, nawet w tym samym bloku, ale my pośrodku. Klatka 133, na piątym piętrze, a on na początku, klatka 123, w kawalerce na dziesiątym. Przychodził do nas co piątek, najpierw grali w karty, w tysiąca - on, tata i mama, potem mama kładła mnie spać, a mężczyźni grali w szachy. Podczas gry w tysiąca siedziałem z nimi. Pamiętam, że bardzo się emocjonowałem wynikami. Mamie przeważnie dobrze szło w kartach, a ja się wkurzałem i kibicowałem wiecznie przegrywającemu tacie albo jego koledze. Dobrze pamiętam, jak mama kiedyś się na mnie o to obraziła, chyba nawet obrażała się na mnie o to kilka razy.
Tego, jak zniszczyliśmy samoloty, nie pamiętam ani trochę, nawet przez mgłę. Musieliśmy je zniszczyć, bo potem już ich w moim pokoju nie było. To był 1986 rok, lato. Niedługo potem, jesienią, rodzice się rozwiedli, a mama zamieszkała na początku bloku, u kolegi taty. Przestaliśmy na nią mówić mama, czy Danka, a zaczęliśmy Kramerowa, bo akurat w telewizji puścili wtedy Sprawę Kramerów, film, w którym Meryl Streep odchodzi od Dustina Hoffmana i zostawia go samego z synem. To przezwisko, Kramerowa, pamiętam doskonale, świetnie pamiętam ton, jakim je wymawialiśmy.
Niszczenia modeli samolotów nie potrafię sobie przypomnieć, ale potrafię je sobie wyobrazić. Na pewno nie płakaliśmy. Tata płakał w taksówce, na samym początku tego wszystkiego. Wróciliśmy z odwiedzin u babci, a mamy nie było w mieszkaniu, zostawiła tylko list. Tata przeczytał go, wziął mnie i wsiedliśmy do taksówki, żeby jej szukać. Wtedy płakał. Ale podczas niszczenia samolotów na sto procent byliśmy twardzi. Wtedy nie było plastikowych worków na śmieci, ale były plastikowe reklamówki, najlepiej z logo niemieckiego sklepu albo z napisem "Rifle". Samolotów było tak dużo, że do jednej reklamówki się nie zmieściły, myślę, że to były trzy torby. Chciałem je łamać, ale tata powiedział: "Bez łamania, bo możesz się jeszcze skaleczyć. Wystarczająco już mi ciebie skrzywdziły". Gdybyśmy je łamali, może zmieściłyby się do dwóch reklamówek? Stały na szafie i na półce. Tata sięgał po nie, podawał mi je, a ja je pakowałem. Krótko to trwało, tak z minutę. Tata powiedział, że je wyniesie, ale ja nie pozwoliłem mu iść samemu do śmietnika. Uparłem się i poszliśmy razem. Śmietnik był na parterze, z osobnym wejściem od strony dworu. Nie musieliśmy nic na siebie zakładać, żadnych kurtek, tylko buty, ale z zakładaniem butów to za długo by trwało, więc wyszliśmy w kapciach. W windzie spotkaliśmy sąsiada z szóstego piętra, też jechał z synem. Chłopiec był o rok ode mnie młodszy, ale większy, wyrośnięty. Zauważył, co mamy w reklamówkach, spoglądał na moje samoloty z zazdrością.
- Wyrzucamy je na śmietnik - poinformowałem go.
- Można je wziąć? - zapytał.
- Nie można - odpowiedziałem hardo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki