Antygona w Nowym Jorku - Janusz Głowacki

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Akt pierwszy

Scena pierwsza

Nowojorski park zamieszkany przez bezdomnych. Krzaki, drzewka. Metalowy kubeł na śmieci. Resztki tekturowych pudeł. Plastikowe torby powiewają na wieczornym, zimnym wietrze. Centralnie położona ławka, oparta o przemarznięte drzewo, zajęta jest przez sporą kupę łachmanów i gazet. Wchodzi Policjant. Ujmująco uśmiecha się do publiczności.

Policjant

Dobry wieczór. Nazywam się James Murphy, sierżant James Murphy. Chciałem od razu powiedzieć, że nie mam nic przeciwko bezdomnym. To są tacy sami ludzie jak my, tyle że nie mają domów. Osobiście spotkałem bardzo wielu kulturalnych bezdomnych, często z wyższym wykształceniem, i mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że są to tak samo dobrzy Amerykanie jak wy i ja. Żeby nie było gadania, mówię od razu, że to się tyczy nie tylko Amerykanów. Tak samo jest z bezdomnymi przedstawicielami innych mniejszości, co to szukając wolności albo chcąc lepiej żyć i więcej zarabiać, osiedlili się na nowojorskich dworcach autobusowych, ulicach i w parkach. Oni też kochają swoją przybraną matkę Amerykę i wdzięczni są za wszystko, co dla nich zrobiła. Coś ze dwa lata temu, na przykład, patrolowałem Lower East Side, no i szła demonstracja radykałów protestujących przeciwko polityce rządu. Szli Pierwszą Aleją, potem skręcili w Siódmą Ulicę w stronę parku, no i jak zawsze palili amerykańską flagę. Z tych większych. No i zaczęli być wobec mnie agresywni. Bardzo agresywni. Ale wtedy z Tompkins Square Park wyszli nowojorscy bezdomni. Głodni, brudni, ale przepełnieni entuzjazmem. Chorzy na AIDS, gruźlicę, syfilis, jaką chorobę wymienicie, to oni ją mają. Ale mają też w sobie patriotycznego ducha. Naskoczyli na radykałów, odebrali im gwiaździsty sztandar. Ugasili to, co z niego zostało, rękami, szmatami, czym mogli, tym gasili i powiesili nad parkiem. I choćby za to ja ich szanuję. I inni policjanci ich szanują. To znaczy olbrzymia większość policjantów... Większość w każdym razie... Całkiem sporo policjantów ich szanuje.

Ja nie mówię, że między bezdomnymi a nami nie ma nieporozumień. Nie mogę powiedzieć, że nie ma, bo są. No bo ci ludzie mają popieprzone poczucie czasu. My myślimy, co będzie za dziesięć lat, tak? A oni, co będzie za godzinę. My, na przykład, śpimy w nocy. Bo to normalne. Nie? A oni śpią w dzień, bo to bezpieczniej. No i potem nawet jak nie są schizo, to słabo kontaktują. No dobrze, ale o co mi się rozchodzi. Rozchodzi mi się o to, że wielu uczciwych ludzi, takich jak wy albo ja, stara się jakoś tych bezdomnych postawić na nogi. Zachęcić do pracy. Ja nie mówię, że to się zawsze udaje. Szczerze mówiąc, to się prawie nigdy nie udaje. Ale jak się uda, to człowiek ma satysfakcję.

Był taki jeden bezdomny na Columbus Circle. Leżał na chodniku, śmierdział i do nikogo się nie odzywał. Ja do niego mówię, a on nic. Aż tu jednego dnia on się na mnie dziwnie spojrzał, otrząsnął się i zaczął handlować używanymi książkami, przy Central Parku. Tam zawsze paru homlesów handluje wyrzuconymi książkami. Ale ten facet miał pomysły. On miał amerykańskie wyczucie biznesu w jajach. Wszyscy inni bezdomni rozkładali te książki na ziemi, na gazetach albo plastikowych torbach, a on zorganizował sobie krzesło, zbił budę z desek. I sprzedawał nie tylko "Screw Magazine", "Playboya" czy pedalskie poradniki. Ale książki. Prawdziwą literaturę. Sam kupiłem u niego "Psy wojny" Forsytha. Takie grube. (pokazuje) I chciałem wam powiedzieć, że gdyby reszta tych zazdrosnych skurwysynów nie udusiła go i nie wrzuciła jego trupa do rzeki, to on już w tej chwili by miał mieszkanie.

Ja się staram namówić bezdomnych, żeby się wprowadzili do schronisk. Jest od cholery schronisk dookoła. Jak się mówi, że miasto nic nie robi dla bezdomnych, to ja odpowiadam - a schroniska? A bezdomni nie chcą. Mówią, że się boją... A niby czego się do kurwy nędzy bać. Tłumaczę takiemu, że ilość gwałtów, morderstw i kradzieży w schroniskach wcale nie jest dużo większa niż na ulicach. A będzie siedział pod dachem. A on mi odpowiada: "A na co mi to? A dlaczego?". Dlaczego? Dlatego, mówię mu, żebyś był cywilizowanym człowiekiem, korzystał ze zdobyczy kultury, większość schronisk ma telewizję. A on znowu mówi: "A dlaczego?". Dlatego, że życie jest krótkie. Żebyś sobie mógł powiedzieć, kiedy będziesz umierał, no bo wszyscy musimy umrzeć... A on się znowu pyta: "A dlaczego?".

Co on sobie do kurwy nędzy myśli, że co to jest, kurs egzystencjalizmu? Ja nie wiem dlaczego. Ja nie jestem filozofem, ja pracuję w policji.

Walkie-talkie Policjanta zaczyna coś mamrotać.

Policjant

Przepraszam...

Słucha z wysiłkiem bełkotliwego mamrotania. Tymczasem kupa łachmanów na ławce zaczyna się poruszać. Najpierw wysuwają się spod niej nogi, potem reszta. Czyli Sasza. Mężczyzna między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Trudno powiedzieć. Z powodu zimna ubrany jest ochronnie: płaszcz, kilka warstw swetrów, marynarka. Na głowę ma naciągniętą narciarską, bawełnianą czapeczkę. Na rękach rękawiczki - wszystko w stanie rozpadu. Siada na ławce i zaczyna grzebać pod płaszczem. Po chwili wyławia mały magnetofon. Naciska klawisz i z satysfakcją słucha swojego ulubionego i jedynego nagranego kawałka. Jest to "Strangers in the Night".

Policjant

(rozmawia przez radiotelefon, starając się przekrzyczeć muzykę) Tak, tak. Tutaj Murphy, tak rozumiem. (do widowni)Ja tu jeszcze wrócę.

Policjant wychodzi. "Strangers in the Night" opanowuje scenę.

Scena druga

Słuchając Franka Sinatry, Sasza wywraca na wierzch puste kieszenie płaszcza, spod obcasa wyjmuje żyletkę i zaczyna starannie obcinać lewą kieszeń. Wchodzi Anita. Przeżyła trzydzieści pięć lat i wygląda, że nie przyszło jej to łatwo. Ma na głowie trochę za małą czapkę z nausznikami. Ubrana jest w długi kolorowy płaszcz, męskie buty i rękawiczki bez palców. Pcha przed sobą metalowy wózek delikatesowy zawierający cały jej dobytek. Plastikowe torby wypchane ubraniami, itd. Na szczycie leży różowy telefon. W ręku trzyma plastikowy kubek z kawą. Podchodzi blisko Saszy, rzuca mu krótkie spojrzenie i wychodzi. Sasza odprowadza ją wzrokiem. W chwili, gdy Anita znika ze sceny, magnetofon zacina się. Sasza potrząsa nim kilka razy, bez skutku. Anita wraca na scenę i magnetofon zaczyna grać. Sasza patrzy na nią i na magnetofon z namysłem. Anita wychodzi i magnetofon znów dławi się i przestaje działać. Sasza znów potrząsa nim bez skutku. Anita wchodzi po raz trzeci, Sasza patrzy na nią, a potem na magnetofon z nadzieją. Ale tym razem nic się nie dzieje. Sasza jest rozczarowany.

Sasza

(wzdycha ponuro)

A pies by to jebał.

Odkłada magnetofon i zabiera się do obcinania prawej kieszeni. Anita zatrzymuje się przy ławce.

Anita

Nie widziałeś gdzieś Johna?

Sasza patrzy na nią, potem z nadzieją na magnetofon, potrząsa nim kilka razy. Zniekształcony śpiew Sinatry powraca na parę sekund i cichnie. Zniechęcony Sasza wraca do obcinania kieszeni. Anita mówi bardzo szybko, trochę mechanicznie, bardziej do siebie niż do Saszy.

Anita

Co się tak na mnie patrzysz? Nie patrz się tak na mnie. Ja wiem, że to, że go nie ma, to w tym nie ma nic dziwnego. Ja nie jestem wariatka. On jest mężczyzną i ma prawo iść tam, gdzie mu się podoba. Tyle że on nigdy nigdzie nie chodzi... Jestem pewna, że to ta ruda kurwa Mindi... Znasz ją, nie? Ta z nogą w gipsie... Ona lata za każdym facetem, którego zobaczy samego... Ja do niej nic nie mam, ale ci mówię, jak ją kiedy zobaczę koło Johna! Jak ją złapię za te farbowane kudły, to ta szprycha zobaczy wszystkie gwiazdy i wszystkich facetów, o których jej się nawet nie śniło... Gdybym ja tutaj była, to on by nawet na nią nie splunął. Ale zmarzłam w nocy i poszłam spać do kotłowni... I teraz go nigdzie nie mogę znaleźć... Ja go chciałam wziąć do kotłowni. Powiedziałam, że za niego zapłacę dwa dolary, ale on nie chciał... A teraz tak sobie myślę, że może on ma żal, że ja tam poszłam. Co? No nie wiem. Co? A co ty myślisz? Jesteś mężczyzną. Miałbyś żal? Ale strasznie mi było zimno. Co?

Sasza potrząsa magnetofonem.

Anita

Ej, co ty nienormalny jesteś? To nie zegarek, odłóż to.

Sasza odkłada magnetofon na ławkę. Magnetofon działa.

Anita

No widzisz.

Sasza jest wstrząśnięty, ale za chwilę magnetofon znów się zacina.

Anita

Przyniosłam mu kawę, ale go nie ma. Cały dzień go szukam. Wczoraj w nocy jak odchodziłam, dałam mu sweter. Kaszmir, niebieski. Dostałam z kościoła. Kaszmirowe są najcieplejsze. Grzeją jak kaloryfer. (pociąga łyk kawy) Ta kawa już wystygła. To co, widziałeś go? Możesz mi powiedzieć, był z tą rudą zdzirą, czy nie? Nic się nie bój. Nawet jak był, to ja nie będę miała do ciebie żalu, ja nie jestem taka. No był z nią, czy nie?

Sasza nie reaguje.

Anita

Nie? To ta ruda lampucera jest w czepku urodzona. Czyli że go widziałeś. Gdzie on jest?

Sasza

Zabrali go.

Anita

Kto? Policja?

Sasza

Pogotowie.

Anita

Pogotowie. O, Boże. Ale dlaczego? Co się stało?

Sasza

(zniecierpliwiony)

Bo umarł.

Anita

Umarł?

Sasza

Umarł.

Anita siada koło Saszy na ławce. Przez chwilę oboje milczą. Sasza kończy obcinać kieszenie i przygląda się z zadowoleniem sterczącym na zewnątrz resztkom płótna. Chowa żyletkę w obcasie. Anita kołysze się miarowo na ławce, jakby odmawiała modlitwę. Po chwili wyjaśnia.

Anita

Wiesz. Ja się za niego modlę. Mogę się o coś zapytać? Ty jesteś pewien, że on umarł? Bo wiesz, tu się różne rzeczy dzieją. On mógł zemdleć albo zasnąć, albo się upić... Jesteś całkiem pewien, że on umarł? Bo wiesz, ludzie są ostatnio tacy skołowani, że myślą, że coś widzą, a to co widzą, to jest w ogóle coś innego. Tak że wiesz, musisz być pewien na sto procent.

Sasza

Policja powiedziała, że umarł.

Anita

Indianin mi to samo dwa razy powiedział, to znaczy o karetce. Ale ja Indianinowi nie wierzę. On zawsze kłamie.

Sasza

Jak go zabrała karetka, to znaczy, że umarł, żywego by nie zabrali.

Anita

(pociągając nosem, bardzo szybko)

Ja to wiedziałam, to przez ten sweter. Wiedziałam, że kaszmir wciąga nieszczęście jak gąbka. Ale się skusiłam. To był sweter jakiegoś nieszczęśnika. Szczęśliwi rzadko noszą swetry. Nieszczęśnicy albo marzną, albo się pocą i zamiast leczyć nieszczęście, kupują kaszmir. Nieszczęśnik wkłada kaszmir i się poci. Pot spływa z czoła prosto na kaszmir. I wsiąka, a z nim nieszczęście i złe prądy. Można prać, prasować, ale nieszczęście w kaszmirze wszystko przetrzyma. A najgorsze są poduszki. (demonstruje) To to już jest po prostu gniazdo nieszczęścia. Ja to czułam, a się skusiłam. I teraz jest już za późno.

Anita płacze przez chwilę, potem rozpina płaszcz.

Anita

Widzisz.

Sasza

Co?

Anita

(pokazuje sweter)

To jest akrylik. Z akrylikiem nie ma problemu. Wystarczy go zdjąć i parę razy strzepnąć. (demonstruje) I nieszczęście się strzepuje. (znów modli się przez chwilę) To co ja mam robić?

Sasza

Napić się pershinga. Dałbym ci pociągnąć... Ale wszystko wypiłem.

Anita

A on coś powiedział przed śmiercią?

Sasza

Nie słyszałem.

Anita

Wiesz, ja się pytam, bo mógł coś powiedzieć o mnie. Bo wiesz, on mnie kochał...

Sasza

(obojętnie)

Aha.

Anita

Wszyscy o tym wiedzą.

Sasza

Aha.

Anita

Widziałeś nas razem, nie?

Sasza

Aha.

Anita

A czy ktoś może był przy nim, kiedy umarł? No bo Johnny mógł powiedzieć coś do kogoś.

Sasza

Johnny nigdy nie mówił.

Anita

Ale to dopiero przez ostatnie pięć lat. Przedtem mówił, bardzo dużo mówił. Opowiadał kawały... Myśmy razem mieli ubaw. (uśmiecha się) Na przykład, taki kawał mi opowiedział... (próbuje sobie przypomnieć) Ja się z tego zaśmiewałam. (znów próbuje sobie przypomnieć, ale to na nic. Macha ręką) Nie pamiętam... Ale to było strasznie śmieszne... Indianin powiedział, że on umarł o ósmej rano... Powiedział, że zamarzł.

Sasza

Nie wiem. Ja się dowiedziałem, kiedy przyszła policja.

Anita

A gdzie go zabrali?

Sasza

Na Hart Island.

Anita

Indianin powiedział, że na Potter's Field.

Sasza

To jedno i to samo. Potter's Field jest na Hart Island. Na samej wyspie.

Anita

Ale dlaczego? Tam grzebią tylko przestępców, odrzutków, nędzarzy bez nazwiska i dokumentów. A Johnny był Amerykaninem i pochodził z dobrej rodziny. Był arystokratą z Bostonu. Ty jesteś arystokratą?

Sasza

Nie, Rosjaninem.

Anita

Jesteś katolikiem czy protestantem?

Sasza

Żydem.

Anita

Ano widzisz, to z tobą jest zupełnie inna historia. Ale Johnny był z Bostonu i miał obywatelstwo. To tak nie może być, żeby jego tam zabrali. To jest omyłka.

Anita podnosi się i bardzo podekscytowana, mamrocząc coś do siebie i pchając wózek, schodzi ze sceny. Sasza patrzy z nadzieją na magnetofon. Ale nic się nie dzieje.

Scena trzecia

Sasza siedzi na ławce i pokasłuje. Wchodzi Pchełka. Ma może czterdzieści, może pięćdziesiąt lat. Jest porządnie zniszczony przez życie. Porusza się szybko. Jego rozlatane oczka patrzą niepewnie na Saszę. Wygląda, że ma nieczyste sumienie. Sasza rzuca mu pogardliwe spojrzenie i spluwa. Pchełka siada na ławce w pewnej odległości i próbuje nawiązać rozmowę.

PCHEŁKA

Zimno... Zimno dzisiaj... Pieprzone zimno.

Sasza nie zwraca na niego uwagi.

PCHEŁKA

Dziś jest środa, czyli że można parkować po obu stronach ulicy...

Rozpina płaszcz, wyciąga spod niego gazety, które służą jako ocieplacze. Patrzy na Saszę. Z jednej z gazet robi sobie wojskową czapkę. I zaczyna maszerować przed Saszą tam i z powrotem.

PCHEŁKA

Sasza, zobacz, zobacz, to ja, Stalin... Popatrz się.

Sasza nie reaguje. Pchełka wyciąga z kieszeni połamany grzebyk i imitując nim wąsik, drepcze przed Saszą.

PCHEŁKA

Sasza, popatrz się, Hitler. Sasza...

Pchełka maszeruje tam i z powrotem, śpiewając niemiecki marsz i salutując a la Hitler. Sasza przygląda mu się z kamienną twarzą. Pchełka nie rezygnuje. Zmienia repertuar, śpiewa i tańczy kozaka, wzbogacając go o wymyślone dla przyjaciela przytupy i przysiady. Sasza przygląda mu się przez dłuższą chwilę, potem znów spluwa i zaczyna dłubać przy magnetofonie. Pchełka, trochę zniechęcony, opada na ławkę i przez dłuższą chwilę ciężko łapie oddech. Po chwili zmienia taktykę. Zdejmuje z głowy hełm zrobiony z "New York Timesa", rozkłada go i przegląda z miną dżentelmena.

PCHEŁKA

No, no, no... (sprawdza reakcję Saszy) Ciekawe...

Ale Sasza wyławia tylko gdzieś spod płaszcza peta. Zapala go i zaciąga się z satysfakcją.

PCHEŁKA

(zachłannie wciąga powietrze i ręką stara się napędzić sobie trochę dymu)

To niesamowite. Taki biskup w Chile został arcybiskupem... Wiesz, jak się nazywa... Salvatore Mancini... Co ty o tym myślisz, Sasza? Na pewno jakiś cwaniak, nie? Inaczej by się nie wybił. Ciekawe, jak to sobie załatwił? Jakbym takiego skurwysyna dostał w ręce...

Zdejmuje but, wyrzuca z niego stare gazety służące jako ocieplacze, wkłada do środka artykuł z Mancinim, sznuruje but i patrzy na Saszę z nadzieją na jakąś reakcję. Ale Sasza obojętnie pali. Pchełka ciężko wzdycha, po czym wyciąga spod płaszcza kolejną gazetę i przegląda ją, zerkając od czasu do czasu na Saszę.

PCHEŁKA

Wiesz co, Sasza. Jeden facet pisze, że całe życie na Ziemi powstało w wyniku błędu. Wiesz, co to znaczy? To znaczy, że to wszystko tutaj (pokazuje ręką dookoła) nie ma w ogóle żadnego sensu. Tak on uważa... Kretyn. (śmieje się pogardliwie) I takie idiotyzmy na pół strony drukują. O, o, a tutaj jest zdjęcie tego chujowiny.

Zdejmuje drugi but. Wyrzuca stare gazety. Owija nogę artykułem. Znów próbuje nagonić sobie trochę dymu z papierosa. Patrzy prosto na Saszę, ale ten odwraca się do niego tyłem i wydmuchuje dym tak, że Pchełka nie ma żadnej szansy.

PCHEŁKA

(z goryczą)

Ty naprawdę umiesz zrobić tak, żeby uczciwy człowiek poczuł się przy tobie jak najgorszy popapraniec. Potem dziwisz się, że ludzie nie lubią Żydów.

Pchełka podnosi się. Montuje na dnie żelaznego kosza na śmieci piramidkę z łachmanów, gałęzi, wyrzuconych z butów starych gazet itd. Patrzy na Saszę.

PCHEŁKA

No o co ci się rozchodzi? O co? Jak masz żal, to mów... Ja to wytrzymam...

Sasza patrzy na niego przez chwilę ze wstrętem. Zaciąga się i znów wypuszcza dym daleko poza zasięgiem Pchełki.

PCHEŁKA

Może masz żal o te siedem dolców, coś mi wczoraj dał? Jeżeli o to, to ja to mogę wyjaśnić. (błagalnie) Daj się sztachnąć... No, jeden raz...

Pchełka rozpala ogień i prostuje się.

PCHEŁKA

Saszeńka, no raz.

Sasza patrzy na niego i wrzuca resztę peta w buzujący w kuble ogień. Pchełka próbuje go wyciągnąć, ale rezygnuje. Rzuca Saszy spojrzenie okrutnie skrzywdzonej niewinności. Tymczasem Sasza z lekkim obrzydzeniem odsuwa się od ognia.

PCHEŁKA

Śmierdzi? To te dzieciaki, co się tu bawiły, znowu wrzuciły w ogień żywego gołębia. Zatrzepotał i łup. (demonstruje trzepotanie) Ale co można zrobić... dzieci.

Uśmiecha się dobrotliwie i siada na ławce blisko Saszy.

PCHEŁKA

No dobrze, dobrze, zaraz wszystko ci powiem. No więc szedłem do Lali kupić dla nas flaszkę. No żebyśmy się razem mogli napić. I nagle... Jak mi się nie zacznie ściemniać przed oczami... Jak mi nie zacznie szumieć w głowie... Pół metra nad ziemią mnie rzucało.

Rzuca krótkie spojrzenie, sprawdzając, czy jego opowieść zrobiła wrażenie. Ale Sasza, grzejąc ręce nad ogniem, uśmiecha się sceptycznie. Nie ma żadnych wątpliwości, że Pchełka łże.

PCHEŁKA

(kontynuuje dramatycznie)

I wiesz, co się potem stało? Otwieram oczy w karetce. Wiozą mnie do szpitala. Wzięliśmy FDR - ten highway nad East River. Wyglądam sobie przez okno, a tu widok dokładnie taki sam, jak u nas na wsi nad Wisłą. Z tym, że u nas jest ładniej, bo są drzewa, góry i nie ma drapaczy. Czyli wiozą mnie karetką i taki młody lekarz z kolczykiem w uchu ściska mnie za rękę z szacunkiem. I wiesz, co mówi? Mówi, że takiego ataku epilepsji w życiu nie widział. Aaaaa? Słyszysz, Sasza. Nigdy w życiu... Co ty na to? Aaaa?

Sasza nie jest wstrząśnięty.

PCHEŁKA

A mnie coś nagle tknęło. Wsadzam rękę lewą do kieszeni, bo doktor ściskał mnie za prawą, i nic. Więc podaję mu lewą, zabieram prawą i wsadzam do drugiej kieszeni. Nic. Kamień w wodę. Siedem dolców ukradzione w całości... Może mi się wyślizgnęło, jak w parku miałem atak? Każdy, kto się przyglądał, jak skakałem do góry, mógł zobaczyć i ukraść. Co? Jak myślisz? Zwłaszcza po tym, jak w "Timesie" wydrukowali artykuł o Jenny. Pamiętasz? Tej, co mieszkała dwie ławki stąd. Napisali, że jak umarła, znaleźli przy niej dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. No i teraz w parku strasznie kradną. Cały tłum przyjeżdża w nocy z góry Manhattanu do parku i nas przeszukuje. Recesja. Raz byłem obmacywany przez całą rodzinę. Udawałem, że śpię, bo co miałem robić. Matka, babka, dwóch synów, od początku byli wkurwieni, bo nie znaleźli parkingu i bali się, że dostaną mandat. Więc się spieszyli i mało mnie nie rozszarpali. Zabrali mi dwa papierosy i scyzoryk. Tyżeś dobrze zrobił, żeś sobie obciął te kieszenie. Jak oni to widzą, to na ogół zostawiają człowieka w spokoju. Chociaż czasem nic ich nie powstrzyma.

Sasza nie słucha. Dłubie w magnetofonie zardzewiałą agrafką.

PCHEŁKA

Tak, masz rację. Ja też myślę, że te pieniądze ukradli, jak miałem atak. Zapytałem się tego lekarza, czy ich nie widział, ale się tylko zdrowo uśmiał.

Sasza chichocze.

PCHEŁKA

Co się śmiejesz. Epilepsja to jest bardzo poważna choroba.

Sasza

Indianin. Ty paskudo.

PCHEŁKA

Ale ma tę dobrą stronę, że jak się ma epilepsję, to nie można dostać schizofrenii. Co Indianin?

Sasza

Widział cię.

PCHEŁKA

Co mnie widział?

Sasza

Widział, jak kupiłeś trzy flaszki pershinga.

PCHEŁKA

Ja? Ja kupiłem trzy flaszki?

Sasza

Wysłałem cię, żebyś kupił dla nas trzy flaszki pershinga, i wszystko wypiłeś sam. Indianin prosił cię, żebyś mu dał pociągnąć.

PCHEŁKA

A to skurwysyn.

Sasza

Ty jesteś skurwysyn. Przepiłeś moje siedem dolarów i nie dałeś mu nawet pociągnąć.

PCHEŁKA

I ty mu wierzysz?

Sasza potakuje głową.

PCHEŁKA

Indianinowi?

Sasza

Tak.

PCHEŁKA

To jest alkoholik.

Sasza

Indianin powiedział, że kupiłeś trzy flaszki za pięć dolarów, a za dwa, co ci zostały, poszedłeś spać do kotłowni.

PCHEŁKA

Ja?

Sasza

Tak.

PCHEŁKA

Do kotłowni?

Sasza

Tak.

PCHEŁKA

Jak na razie, to ja miałem atak. I wypuścili mnie ze szpitala dwie godziny temu. Doświadczony lekarz, ten z kolczykiem w uchu, ten co mnie okradł, powiedział, że takiego ataku nie widział na oczy. Idź się go spytaj, jak mi nie wierzysz.

Sasza

Indianin powiedział...

PCHEŁKA

Odpieprz się z tym Indianinem. Zobacz, jak on wygląda. Złamany nos, powybijane zęby, a spójrz na mnie. (uśmiecha się jak model) Jak ja mam atak, to fruwam jak ptak. A on leci na pysk i się tylko tłucze po ziemi. (imituje niezdarny atak Indianina) On mi zazdrości, bo mam lepszy atak. Wiesz co? Ja myślę, że to on ukradł mi twoje pieniądze. On mi zazdrości, bo ja jestem dziecko szczęścia, a on jest pierdolony Indianin.

Sasza

(z niechęcią)

Eeee.

PCHEŁKA

Co, eee. Jak tylko się urodziłem, matka od razu podkarmiła mnie i zaniosła nad rzekę. Stanęła sobie na środku mostu i zaczęła mnie huśtać. Właśnie miała mnie wrzucić do wody, kiedy Bóg zesłał moją babkę. Babka ją łap za rękę i przekonała, że utopić to prawie taki sam grzech, jak urodzić nieślubne.

Sasza

Twoja matka musiała być religijna.

PCHEŁKA

Nigdy mszy nie opuściła.

Sasza

A dlaczego ty nie chodzisz do kościoła?

PCHEŁKA

Chodziłem. Ale pięć lat temu, jak pracowałem przy azbestach, poszedłem do polskiego kościoła na mszę wielkanocną. I ktoś mi wyciągnął portfel z całą tygodniówką. Z tylnej kieszeni spodni... Jak się modliłem.

Sasza

Indianin powiedział...

PCHEŁKA

Odpieprz się!

Sasza

Indianin powiedział, że targowałeś się z tym Pijawką, co wpuszcza do kotłowni. On chciał dwa dolary za wejście, a ty mu chciałeś dać jednego. On jest jeszcze większy złodziej od ciebie... No, może nie.

PCHEŁKA

Pijawka jest w porządku. Tak samo jak ja. Ty się czepiasz nas obu, bo wy, ruscy Żydzi, nienawidzicie Polaków. Poza tym mnie tam nie było. Co ty myślisz, że ja głupi jestem, żeby płacić dwa dolary za przenocowanie w kotłowni?

Sasza

W tej kotłowni nikt nie wytrzyma dłużej niż trzy godziny, bo Pijawka tak kurki podkręca, że ludzie się gotują. On jest taki sam łobuz jak ty. Chciwy i zawistny.

PCHEŁKA

Jak na razie, to ja niczego nikomu nie zazdroszczę.

Sasza

A temu biskupowi?

PCHEŁKA

Z Chile?

Sasza

Z Chile.

PCHEŁKA

Salvatore Mancini?

Sasza

Salvatore Mancini. Co ci szkodzi, że on został arcybiskupem, no wytłumacz mi. Ty pewnie nawet nie wiesz, gdzie jest Chile.

PCHEŁKA

Wiem, że gdzieś jest. A po drugie, to nie żadna zawiść, tylko oburzenie. Bo on na pewno jakiegoś uczciwego biskupa przechytrzył. Nienawidzę oszustwa, szczególnie w Kościele. Jakby Mancini był uczciwy, toby nie awansował.

Sasza

Eeee, zamknij się.

PCHEŁKA

Pijawka to porządny człowiek i dobry katolik. Jak przyjechał z Polski, to zaczął od zera, a teraz jest dozorcą.

Sasza

A widziałeś kiedyś u niego w kotłowni szczura?

PCHEŁKA

A co ma do tego szczur?

Sasza

On tam robi taki upał, że szczury nie mogą wytrzymać.

PCHEŁKA

Kotłownia jest dla ludzi. Ja jestem człowiek, a nie szczur.

Wchodzi Anita, pchając przed sobą wózek.

Anita

Indianin powiedział...

PCHEŁKA

(odwraca się do niej wściekły)

Co? No co Indianin ci powiedział? Ty pieprzony Portoryku! No co?

Anita nie reaguje i siada na końcu ławki. Kołysząc się, mamrocze coś do siebie.

Sasza

Zostaw ją.

PCHEŁKA

Co znaczy zostaw ją. A co ja jej robię?

Sasza

Johnny umarł. Zabrali go na Potter's Field.

PCHEŁKA

Johnny - biedny frajer. (żegna się) No, ale czego ona tutaj krąży? Ej ty, spieprzaj stąd.

Sasza

Ten Pijawka odkręca kurki, robi siedemdziesiąt stopni, żeby ludzie nie mogli wytrzymać, a jak wyskoczą na chwilę, żeby złapać oddech, każe im płacić drugi raz. Połowy na to nie stać. Wyskakują spoceni na mróz. Łapią zapalenie płuc i umierają.

PCHEŁKA

On zbiera na wycieczkę do Watykanu. Chce zobaczyć papieża.

Sasza chichocze.

PCHEŁKA

Nic w tym nie ma śmiesznego, że ktoś jest religijny.

Sasza

On nigdy nie dojedzie do Watykanu.

PCHEŁKA

Bo co?

Sasza

Bo jak tak będzie robił dalej, to mu wszyscy klienci wymrą, zanim uzbiera na dojazd na lotnisko. Dopiero trzeci tydzień zimy, a już dwunastu w parku umarło.

PCHEŁKA

Ja nic o tym nie wiem. Mnie tam nie było. Ja się obudziłem w szpitalu. Dali mi kawkę, kanapkę z kurczakiem i posypali mnie DDT. Widziałeś, żebym się dzisiaj drapał? Proszę bardzo. Nie mam ani jednej mendy.

Podnosi się, staje tyłem do widowni. Odpina spodnie i demonstruje Saszy i Anicie dowód swej prawdomówności.

Anita

(pokazując Pchełkę)

On tam był. Byłeś w kotłowni do rana. Ja cię widziałam. Widziałam go. On wyciągnął takiego starego dziada z kąta, wywlókł go na środek i sam zajął najlepsze miejsce. Najdalej od kotła.

PCHEŁKA

Co? Coś ty powiedziała?

Anita

On mądrze usiadł. Tylko buty zdjął. Ci wszyscy, co wchodzą, pocą się i od razu wszystko zdejmują, po półgodzinie zaczynają płakać, zgrzytać zębami, a po godzinie są usmażeni. Ale on do rana wysiedział.

Sasza chichocze.

PCHEŁKA

Ty mi nie powiedz, że jej wierzysz.

Sasza

Wierzę.

PCHEŁKA

Ty wierzysz tej piranii? (do Anity) Ty pieprzona kłamczucho! (do Saszy, z oburzeniem) Przez pięć lat siedzimy na jednej ławce i ty wierzysz jej, a nie mnie.

Pchełka podrywa cię. Łapie wózek Anity i pcha go mocno na drugą stronę sceny.

PCHEŁKA

Zmywaj się stąd, ty larwo, wampiro...

Anita

(podnosi się, sycząc przez zęby z furią)

Łapy od mojego wózka.

Pchełka cofa się trochę speszony. Zwłaszcza że Anita, szepcząc jakieś magiczne wyrazy i wykonując rytualne gesty, wyraźnie rzuca na niego urok. Pchełka spluwa trzy razy i szybko kreśli znak krzyża, żeby obronić się przed złą siłą.

PCHEŁKA

(czując się pewniej)

Donosicielka. Wiesz, co myśmy robili z takimi jak ty w czasie wojny w Polsce?

Sasza

Której wojny w Polsce?

PCHEŁKA

Drugiej. Zamknij się, nie przerywaj. (do Anity) Łeb byśmy ci ogolili. Pieprzona konfidentka. Ja wiem, że ty nienawidzisz Polaków. A ty w ogóle wiesz, kto to był Szopen?

Sasza

To był Polak.

PCHEŁKA

Zamknij się. Ja się ciebie nie pytam. Ja się jej pytam. Szopen to był Polak. A kto ty jesteś?

Anita kreśli wokół Pchełki magiczny krąg i najwyraźniej przywołuje coraz potężniejsze nieczyste siły. Pchełka, wyraźnie przestraszony, chowa się za Saszę.

PCHEŁKA

(do Anity, coraz bardziej przestraszony)

Ja się ciebie nie boję. Nie zastraszysz mnie. Jezus, Maria i Józef mnie obronią. (do Saszy płaczliwie) Ty widzisz, co ona robi? Ona rzuca na mnie urok. Sasza, jak mi się coś stanie, podaj ją do sądu.

Sasza

(znudzony)

Och, zamknij się, Pchełka. Przestań jazgotać.

PCHEŁKA

(do Anity)

Ty... Ty... gestapowski materacu.

Anita

Zamknij się, ty polski brudasie.

PCHEŁKA

(triumfalnie)

Aha, dyskryminacja. (do Saszy) Słyszałeś, będziesz świadkiem. Wszyscy wiedzą, co to za numer. Nikt w parku się do niej nie odzywa.

Anita

Johnny się do mnie odzywał.

PCHEŁKA

Ha, ha, Johnny się w ogóle do nikogo nie odzywał. Masz nas za głupich, czy jak? Już widzę, jak on z tobą rozmawiał. On umarł, żeby się od ciebie odczepić.

Anita

Zamknij się. Ty w ogóle nie masz prawa wymieniać jego imienia. On był dżentelmen i arystokrata. Na ciebie on by się nawet nie chciał odlać.

PCHEŁKA

Przyssałaś się do niego jak kleszcz albo pijawka. (wydaje mlaszczące odgłosy ssania) Życie z niego wyssałaś.

Mlaszcze znowu.

Anita

On mnie kochał.

PCHEŁKA

Ale cię już nie kocha. Co, Sasza, mam rację? Ha, ha, ha!

Słychać dzwony kościelne. Anita pospiesznie podbiega do wózka.

Anita

O mój Boże. Spóźniłam się.

Wybiega, popychając przed sobą wózek. Już znikając ze sceny, odwraca się i krzyczy.

Anita

Byłeś w kotłowni! Byłeś!

PCHEŁKA

Może myślisz, że ona leci się modlić, co? W życiu. Dzisiaj środa, czyli baptyści rozdają ciuchy. Ona jest "business woman"... No to Saszka, ale tak z ręką na sercu... Między nami dwoma. Komu ty wierzysz? Tej kurwie czy mnie?

Sasza

Z ręką na sercu?

PCHEŁKA

Tak.

Sasza

Tej kurwie.

PCHEŁKA

Znaczy nie mnie?

Sasza

Nie.

PCHEŁKA

Tylko jej?

Sasza

Tak.

PCHEŁKA

Dobrze. Dam ci jeszcze jedną szansę. Zastanów się jeszcze raz.

Sasza

Nie, dziękuję.

PCHEŁKA

Jak tak, to koniec... Ja odchodzę. To by było na tyle... Słyszysz, odchodzę.

Sasza nie wygląda na przestraszonego tą perspektywą.

PCHEŁKA

Czyś ty słyszał, co ja mówię? Ja odchodzę! Rozumiesz mnie? Więcej mnie nie zobaczysz. Chciałem ci powiedzieć, że właśnie w tej chwili straciłeś jedynego przyjaciela, jakiego w ogóle w swoim życiu miałeś.

Wychodzi.