Antychryst. Opowieść z ostatnich dni świata - Jan Łada

Kup ebooka

12.50 zł
9.40 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III.

 

W nocy poczuła Edyta po raz pierwszy przenikliwy ból. Ból ten przeszedł, ale był ostrzeżeniem. Zrozumiała, że musi uprzedzić brata i uczyniła to niezwłocznie z czułością matki, zmuszonej zapuszczać nóż w ciało dziecka dla powstrzymania gangreny. Ale cios był straszny i mocna dusza Strafforda ugięta się pod nim. W wykwintnem gniazdku, jakie zajmowało rodzeństwo u wylotu Wolskiej na Planty, począł się długi szereg dni szarych jak jesienią, choć właśnie ku ludziom szła wiosna, niosąc do wnętrza miasta pęki kwiatów i ożywcze wonie. Ale dla tych dwojga zgasło słońce, znikł czar życia. Swobodny uśmiech i weselsze słowo zamierały na ustach Edyty, gdy spojrzała na pobladłą twarz Henryka i odczytała niemą rozpacz w jego oczach. Kasztany okryły się kwieciem, lipy poczęły pachnąć miodem, a u Straffordów było coraz duszniej i ciemniej, bo ataki wracały, coraz dłuższe i cięższe. Henryk przynosił codzień do pokoju siostry całe naręcza wiosennych kwiatów, zapełniając niemi wszystkie kąty, ale z poza ich barwnych kielichów wyglądało białe, zimne oblicze śmierci...

Jednego wieczora siedzieli oboje w milczeniu na balkonie, z którego widać było świeżą zieleń drzew i rojny tłum, zapełniający ulicę. Edyta wpatrywała się chciwie w ten obraz, pełen życia. Miała ona serce mężne, ale chwytała ją chwilami obawa przed ciszą i pustką grobu. Brakło jej sił do wmieszania się pomiędzy tych zdrowych i wesołych ludzi: chciała być przynajmniej blisko od nich. Strafford pogrążony był w mrocznej zadumie.

- Powiedz mi, rzekł nagle, podnosząc na nią oczy. Dlaczego porzuciłaś zamiar udania się do tego człowieka?

Nie było między nimi tajemnic, choć o swym stosunku do chrześcijan Edyta mówiła niewiele z obawy niedostatecznego oddźwięku. Spytana jednak nie ukryłaby się z niczem. I teraz opowiedziała bratu o wewnętrznych przejściach, poprzedzających jej decyzję, i o tem, co jej ksiądz mówił. Strafford słuchał uważnie; gdy skończyła, zamyślił się głęboko.

- Słuchaj! rzekł wreszcie. O diagnozie profesora nie mam powodu wątpić, skoro ją poparło zwołane przeze mnie konsyljum. Oboje jesteśmy ludzie silni i dla siebie byliśmy zawsze szczerzy. Żadnego z nas nie przerazi słowo: "Niema nadziei!" Słowo to zostało wypowiedziane i przyjęliśmy je spokojnie, jak należało. Ale skoro tak, cóż szkodzi próbować pomocy, poza fakultetem? Powiadają że ziemia kryje w sobie skarby, o których nie śni się ludziom; kto wie, czy dusza ludzka nie zawiera sił, o których nie śni się oficjalnej nauce? Szarlatan jest naturalnem uzupełnieniem patentowanego lekarza, ale od czasu, gdy poczęliśmy zaznajamiać się z hipnozą i medjumizmem, nie śmiejemy się już z szarlatanów. A ten Żyd może nawet nie jest szarlatanem, napewno zaś jest silnym i wolą ujarzmia otoczenie. O sugestji zaś sama wiesz, czego dokazuje w naszych czasach!

Edyta zgadzała się na wywody brata. Dlaczegóż opierała się? Wszak nie było już nic do stracenia, a do zyskania mogło być wiele! Dostanie się do Judy Gesnareha nie przedstawia trudności: Roztocki ofiarowuje swój błyskawiczny samolot i rządowego sternika. Więc czego się ociągać, skoro każdy dzień przybliża katastrofę? Ach, tak, to to dziwaczne żądanie wyparcia się Chrystusa! Szczególny typ z tego Judy! Nienawidzi Chrystusa tak namiętnie, że z nienawiści tej czyni sobie sztandar, a naśladuje swego wroga do drobiazgów i chciałby go cnotami i miłością ludzi prześcignąć! Poprostu mistyk z niego i jak wszyscy podobnego pokroju, niedomagający na umyśle. Ale właśnie dlatego - czyż można mieć skrupuły w szukaniu u niego pomocy? Owo zaparcie się? Ależ to dzieciństwo i psychopatja! Naprzód nie można odrzekać się czegoś, czego się nie posiada, a ona przecie nie ma tej wiary, której każą się jej zaprzeć. A gdyby nawet była, jak nie jest, uczestniczką tej sekty - to i cóż? Byłożby w tem coś zdrożnego ustąpić kaprysowi szaleńca w rzeczy, nie mogącej nikomu przynieść ujmy i nato, by nazajutrz wrócić do pełnej swobody ruchów, i do nabożeństw, jeśli one sprawiają jej przyjemność!

Edyta nie odpowiadała nic. Czuła, że brat nie zrozumie jej skrupułów i weźmie za egzaltację jej wstręt do uczynienia zadość wymaganiu żydowskiego Proroka. Ona to rozumiała jednak, że po dokonaniu takiego czynu nie mogłaby już więcej przekroczyć podwoi kapliczki w pobliżu ich mieszkania, że nie mogłaby zwracać się do Ukrzyżowanego, w poczuciu tego, że ją słyszy, że gotów ją przygarnąć i ukoić. Mogłaż jednak odmówić Straffordowi, mogłaż łamać mu życie teraz zwłaszcza, gdy nie będzie dlań oparciem miłość Kaliny Roztockiej? Postanowiła udać się do Rabbiego, ale zaparciu się odmówić.

Nazajutrz płynęli oboje powietrzem do Budapesztu.

Dzień był pogodny i cichy. Koło Gaensendorfu napotkali krążownik powietrzny pod banderą węgierską i drugi z floty południowo-niemieckiej. Oba pełniły straż graniczną i zażądały legitymacyj. Dzięki Roztockiemu papiery podróżnych były w porządku i po kilku minutach mogli ruszyć dalej. Czy ich koło Presburga nie zawrócą strażnicze statki Proroka? zauważył na pożegnanie urzędnik celny. Często się to zdarza, inni jednak dostają się tam, a potem niesposób już wrócić, bo Rabbi zazdrośnie strzeże tych, których dostanie w swoje ręce! Przepowiednia spełniła się o tyle, że istotnie napotkali koło Komarna krążownik palestyńskiej armji, który przyczepił polski samolot do swej łodzi i zatrzymał przy sobie przez czas trwania dłuższy, poczem wraz z nim powrócił do stolicy, gdy go zluzował inny strażniczy statek.

Dzięki temu opóźnieniu Straffordowie przybyli do Budapesztu o porannej godzinie. Dzień był cudny. Szare fale Dunaju złociły się i srebrzyły w słońcu. Wspaniała góra Zamkowa wznosiła się na tle bujnej zieleni swych ogrodów, uwieńczona pałacem niegdyś królewskim i tumem koronacyjnym, dziś pinakoteką. Z drugiej strony piętrzył się nad rzeką pyszny gmach parlamentu, zamieniony na giełdę i szereg wspaniałych pałaców, z kościołów przerobionych na teatry, tworzył jedną z najpiękniejszych perspektyw świata, odbudowywującą się po zniszczeniu rewolucyjnem na większą jeszcze skalę, niż przedtem. W dali wynurzała się z wód wyspa Małgorzaty, jak kosz zaczarowanego kwiecia. Wszystko to wyglądało pełne zwykłego ruchu i życia.

Miasto wstało już ze snu. Tramwaje i autobusy przebiegały we wszystkich kierunkach, współzawodnicząc z niezliczonemi samochodami różnych systemów. W powietrzu krzyżowały się, niby chmury jaskółek, aeroplany najrozmaitszych rozmiarów i kształtów.

Palestyński balon, wiodący na uwięzi statek krakowski, nie zatrzymał się jednak ani w królewskiej Budzie, ani w olśniewającym wspaniałością Peszcie. Wysoko ponad aeroplanami, obsługującemi miasto, przerzynał powietrze cicho jak łódź, prująca fale jeziora, i wreszcie zostawił za sobą stolicę republikańskich Węgier, przelatując znów ponad zielenią traw i zbóż.

- Dokąd on nas wiezie? - zagadnął niecierpliwie Strafford.

Edyta chciała mu rzucić odpowiedź, ale słowa zamarły jej na ustach. Pochyliła się nad parapetem wpatrzona chciwie na dól.

- Patrz tutaj! - zawołała, - Widzisz to morze namiotów i baraków? Co za ogrom! Ależ to daleko większe od Budapesztu, od wszystkich miast świata! Pół Europy zbiegło się chyba tutaj!

Strafford, mniej wrażliwy od siostry, zdumiał się z nią narówni. Istotnie było coś żywiołowego i coś urągającego wszystkim pojęciom mózgu i wszystkim przyzwyczajeniom oka w tym niesłychanym obrazie, jaki rozścielał się u ich stóp. Były to setki tysięcy mieszkań tymczasowych, skleconych naprędce, ale w takiej ilości i z takim ładem, że urządzenie ich mogło przynieść zaszczyt budowniczemu, któryby nakreślił plan takiej siedziby dla miljonów.

Straffordowie mieli wnet sposobność lepiej jeszcze przekonać się o niepospolitym zmyśle organizacyjnym kierowników tego olbrzymiego miasta-obozu i o żelaznej karności, dzięki której jedynie mógł w takim tłumie panować doskonały spokój i porządek. Statek strażniczy spuścił się przy jednej z licznych przystani powietrznych i po zapisaniu nazwisk podróżnych w biurze wskazano im w najbliższem sąsiedztwie gospodę.

- Nie bawimy się w biurokrację, - zauważył z uśmiechem urzędnik, w którego ręce oddał ich po wylądowaniu sternik krążownika. - Drobna formalność, jakiej musieliście się poddać, ma na celu jedynie zapewnienie przybywającym odpowiedniego ich potrzebom mieszkania, i informacji oraz ochronę od oszustów, których i tu nie braknie. O policyjny nadzór nam nie idzie: szpiedzy nie są dla nas straszni, ani agitatorowie.

Gospoda, w której stanęli, zbudowana była z cienkich desek i płótna jak wszystkie budowy obozu. Wnętrze niewielkich pokoików powleczone było materją, nie przepuszczającą powietrza, chroniąc od zimna. Po posiłku zarząd gospody, stosując się do przepisu, dał im przewodnika, który miał ich oprowadzić po obozie.

Środek obozu zajmował plac ogromny, zabudowany w czworobok. Bliżej jednej z jego ścian wznosiła się estrada, osłonięta w głębi konchą, jak w pawilonach dla muzyki. Dokoła placu ustawione były szeregi mniejszych konch metalowych, przeznaczonych na skupianie fal powietrza. Wynalazek ten pozwalał z bardzo znacznej odległości słuchać dokładnie mowę lub śpiew.

- Tu Rabbi przemawia do ludu, - zauważył z przejęciem przewodnik, młody chłopiec o marzycielskiej twarzy i oczach, jakby mgłą zaszłych.

- Czy wszyscy mogą słuchać go, czy tylko adepci? - spytał Strafford.

Chłopiec uśmiechnął się, ruszając ramionami. Był on wiedeńczykiem, a zwano go w spieszczeniu Poldi. Od paru tygodni dopiero tu bawił, ale już oddany był Rabbiemu całą duszą.

- Jakażby mogła być kontrola nad takim tłumem? Zobaczycie sami! Zresztą poco? Prorok nie ma tajemnic, mówi i czyni wszystko w słońcu, które jest jego obrazem. Przymusu tu niema dla nikogo.

Strafford chciał w odpowiedzi zagadnąć go o stosunek Rabbiego do chrześcijan i o zatrzymywanie przybyłych, o którem mu wspominano w Gaensendorfie, ale powstrzymało go spojrzenie Edyty. Zrozumiał, że z temi pytaniami należało poczekać, ograniczając się narazie do własnych spostrzeżeń. Szli więc dalej, a podziw ich rósł z każdym krokiem.

Całą połać budynków poza estradą zajmowały urzędy, o których Strafford miał wnet sposobność przekonać się, że przeznaczone były dla olbrzymiej machiny państwowej przy niezmiernej oszczędności miejsca i sił roboczych, a pomimo tego funkcjonowały nadzwyczaj sprawnie i szybko. Pozostałe trzy boki ogromnego kwadratu zajmowały namioty i baraki, zamieszkałe przez przybyłych ze wszystkich stron świata adeptów i ciekawych. Była to szachownica, budowana pod sznur podług jednolitego planu, w którym nie było względu na estetykę, ale tem więcej dbałości o wygodę i higjenę. Ulice wysypane żwirem, nie dopuszczały błota. Słońca elektryczne, rozmieszczone w niewielkich odstępach, zmieniały noc w dzień, a prowizoryczna kanalizacja zabezpieczała czystość. Najnowsze wynalazki, gdzie indziej poczynające dopiero wchodzić w życie, zastosowane tu były do powszechnego użytku. Porządku i czystości pilnowała znaczna ilość konstablów, którzy, nie podnosząc głosu i prawie nie otwierając ust, kierowali tłumem. Uderzała cisza, spokój i uprzejmość, z jaką odnosiły się do siebie te fale ludzi, płynące we wszystkich kierunkach pieszo, samochodami i powietrzem. Zdawało się, patrząc na te tłumy, że to wojsko, ćwiczone długo, by przybrało ściśle jednolity szablon, stosując do niego każdy ruch i każde słowo.

- Przed trzema miesiącami na tem miejscu były takie same łąki jak te, które dzielą obóz od Budapesztu! - chełpił się Leopold.

Strafford wypytywał go o szczegóły tego dziwnego obrazu. Chłopak był inteligentny i odpowiadał jasno i ze zrozumieniem rzeczy. Każda odpowiedź skupiała się dokoła jednego wyrazu. On obmyślał, on nakazał, on ustanowił... Wszystko nosiło na sobie piętno lwiego pazura, wszystkiego źródłem i celem był on.

To samo, co od Poldiego, słyszeli Straffordowie od wszystkich. W tem ogromnem mrowisku ludzkiem władał jeden mózg, istniała jedna wola. Straffordowie wpatrywali się z zajęciem w ten tłum wielojęzyczny i wszechnarodowy, mieszali się chętnie pomiędzy różne grupy i korzystając z używanej przez wszystkich prawie ogólnoludzkiej gwary, wsłuchiwali się w rozmowy. Szło im o to, by wyczuć panujące nastroje, ale nie wyczuli nic, prócz bezmiernego podziwu i lęku.

Podziw był słuszny. Z mieszkania Rabbiego, nie różniącego się niczem od sąsiednich baraków, a umieszczonego w pośrodku estradowej ściany czworoboku, rozchodziły się nici tej zdumiewającej organizacji, której podlegała już dotychczas setka miljonów ludzi, a jak organizacja ta funkcjonowała, widać było choćby z niesłychanej łatwości w zaopatrywaniu miasta-obozu w żywność. Uderzało szczególniej, jak niewielką ilością urzędników dokonać można było z taką sprawnością zadań, którymby nie podołała z pewnością żadna z istniejących biurokracyj państwowych.

Henrykowi i Edycie dzień cały zszedł na zapoznaniu się z tym światem nowym, wyczarowanym przez jego władcę. Z upragnieniem oczekiwali wieczornej godziny, o której codziennie ludom swoim ukazywał się Rabbi. W ciągu dnia zajęty sprawami państwa, w poobiednich godzinach schodził między tłumy, usychające z żądzy ucałowania kraju jego szaty i przedłożenia mu próśb i żalów.

Następnie wchodził na estradę, by przemawiać do zawieszonych u jego ust zastępów. O przemowach tych opowiadano Straffordom cuda. Strafford zaczepiał pytaniami różnych ludzi: wszyscy odpowiadali zgodnie w słowach pełnych zapału, że Rabbi przyszedł dla wyzwolenia biednego ludu z rąk przygniatających go bogaczy i dla przyniesienia potrzebującym wszystkich łask i dobrodziejstw, o jakie tylko zechcą go prosić; każdy z zapytanych jednak kończył, odsyłając Strafforda do tego, co sam obaczy i posłyszy.

- Poczekajcie jeno, niech on się pojawi i niech przemówi, wtedy zrozumiecie wszystko, i nie będzie już dla was innej prawdy i innego celu, prócz niego!

Edytę wszystko co widziała przejmowało coraz większym podziwem, dochodzącym chwilami do entuzjazmu. Henryk chłodniejszy i bardziej zrównoważony, bronił się przeciw sugestji tego, co widział, i przekładał siostrze, że nie przeniknęli jeszcze do dna tego człowieka i jego ostatecznych celów. Hasła wyzwoleńcze, rzucane przezeń, mogą być jedynie środkiem jednania sobie mas, znużonych tyranią kapitalistów, a ten człowiek może dążyć do nieznanych nikomu celów, a może kieruje nim ambicja i żądza władzy, a w takim razie należy podziwiać jego geniusz, ale nie można dawać mu się naoślep pociągać.

Ale Edyta patrzała na to inaczej. Napotkała ona kobietę z dzieckiem na ręku, która jej pokazała ogromną zagojoną bliznę na twarzy chłopczyka.

- Przedwczoraj tu przybyłam, - opowiadała głosem, przerywanym przez łzy. - Nie miałam nadziei, przyznaję. Ot, poprostu dlatego, że chłopak i tak skazany był na śmierć. Pomyśl pani, ta blizna była otwartą raną, która mu zjadała twarzyczkę, zasłaniała oczy, rzucała się już na oddech! Wczoraj udało mi się docisnąć do pierwszego rzędu. Podniosłam dziecko do góry i jęłam wołać: "Rabbi, ratuj!" A on posłyszał i zbliżył się. Nie potrzebował pytać: rana mówiła więcej niż mogły słowa. On położył mi ręce na głowie, a potem oparł je na twarzyczce mego Isztwana. "Wierzysz we mnie? - spytał, a głos jego brzmiał jak muzyka. - "Wierzę, panie! - odrzekłam", - "Wierzysz całą duszą? - pytał jeszcze. - "Całą duszą!" - powtórzyłam. A on dodał jeszcze: - "I we mnie jednego chcesz wierzyć?" - "W ciebie jednego, panie, i to maleństwo wychowam w wierze w ciebie, byleś mi je uratował od śmierci!" On wówczas tchnął na Isztwana i ręką przesunął mu po twarzy, a potem poszedł dalej, bo tam czekały na niego tysiące. Ja przeraziłam się, że mnie opuszcza i chciałam biec za nim, gdy wtem, patrzę na mego robaczka, aż rana jakby przyschła na nim. Zrana była już tylko blizna, jako widzicie!

I promienna szczęściem, pokazywała wszystkim dzieciaka, który śmiał się, jadł i paplał, jak czynią dzieci zupełnie zdrowe. Edyta wskazała bratu na tych dwoje.

- A to, czy to tylko pozór i środek? - spytała.

Uścisnął zlekka jej dłoń.

- Może i to nawet, - odparł, uśmiechając się do niej tkliwie; ale wolę być wierzącym niż sceptykiem. Niech mi tylko ciebie zachowa, a gotów jestem pójść za nim! Cóż? Czyś ze mnie zadowolona?

Ona potrząsła głową.

- Jeśli on jest prawdą, - rzekła z namysłem, - to za mały motyw i nazbyt osobisty.

- Ależ bo uleczenie jest procesem mechanicznym, a w Salpétri?re w Paryżu przed pięćdziesięciu laty już Charcot dokonywał takich cudów, po nim zaś dokonywali inni.

Ona jednak obstawała przy swojem.

- Tamto co innego, a to co innego. Tamto medycyna i hipnotyzm, a tu...

- A tu?

- Siła Boża! - szepnęła bardzo cicho, raczej do siebie niż do niego.

 

Rozdział II.

 

Senator Roztocki miał w pobliżu Woli willę, okoloną parkiem i zawierającą wszystko, na co tylko mógł zdobyć się najbardziej wyrafinowany przepych. W tej epoce, gdy powstawały nieprawdopodobnej wielkości fortuny, wielu zdobywało je dla rozkoszy posiadania: Roztocki zgromadził bogactwa, by mu się stały narzędziem użycia. Używał też rozkoszy życia w całej pełni umiejętnie i subtelnie. Wśród tłumu nowych ludzi, rozsypujących bezmyślnie złoto, miljarder zmieniał je w wonne kwiecie, kupując piękno. Ponieważ zaś lubił nie tylko estetyczne formy przeszłych wieków, ale i ich wiedzę, obcował też chętnie ze znawcami przeszłości i ze smakoszami tej resztki jej skarbów, której nie zniweczyła zawierucha światowej komuny, a oni, by mu zrobić przyjemność, zwali go Mecenasem i Petronjuszem.

Tego dnia - a było to kilka tygodni po owych odwiedzinach Kaliny u Straffordów - zebrało się w poobiedniej porze dość liczne towarzystwo na tarasie willi Roztockich. Pan domu promieniał dobrze strawionem śniadaniem i zadowoleniem z życia. Otaczał go kwiat stołecznej inteligencji i śmietanka rządzących oligarchów. Rój młodych kobiet barwił wczesną zieleń trawników i krzewów jak rozsypaną wiązanką kwiatów. Edyta nie poszła towarzyszyć im do parku, wymawiając się znużeniem i niezdrowiem. Od pewnego czasu wymówka ta powtarzała się z jej strony coraz częściej, twarz stawała się coraz bledszą i zwracano na jej stan coraz ogólniej uwagę: jak często zdarza się w podobnych razach, brat tylko nie dostrzegał tego, co widzieli wszyscy. I teraz przekomarzał się z nią o to, że pieści się i że pozuje na starą pannę przez nadmiar kokieterii. Ona słuchając go, uśmiechała się smutnie, żartując przytem, że musi go pilnować, by wśród najstarszych i najdostojniejszych nie skompromitował się jakimś niewcześnie opozycyjnym wyskokiem.

Rozmowa toczyła się jak zwykle w ostatnich czasach o Proroku z Palestyny. Jakże dalekim zdawał się czas, tak przecie niedawny, gdy cenzura prewencyjna wykreślała skrupulatnie imię jego, jeśli przypadkiem wkradło się do radjotelegramu! Teraz daremną stała się ówczesna polityka ukrywania głowy w piasku. Imię Judy Gesnareh powtarzał przez cały dzień fonograf, telefonujący informacje polityczne w miarę, jak nadchodziły; dokoła niego krążyły myśli i rozmowy, dusze pełne były ciężkiej troski lub nadziei, gdy wymawiały je usta, i jakże mogło być inaczej? Nie byłoż imię to sztandarem, jutrzenką dla jednych, płomieniem zaguby dla innych? Nie okazałże się człowiek ten genialnym i potężnym nad wszelką ludzką miarę? Oto w ciągu paru miesięcy usadowił się w Jerozolimie, nagromadził tam moc amunicji i prowjantu, i zebrał potężną ochotniczą armję, którą w początku wprawdzie agencje urzędowe nazywały armją bosaków i obszarpańców, wnet pokazało się jednak, że była ona więcej warta od świetnie umundurowanych i drogo płatnych milicyj państwowych. Istotnie Juda Gesnareh opanował Syrię i Anatolię, przeszedł Dardanele, pobił zjednoczone wojska Stanów Bałkańskich w walnej bitwie pod Niszem, przeprawił się przez Dunaj, zawładnął bogatemi dzierżawami węgierskiemi i z Budapesztu groził z jednej strony Wiedniowi i Stanom Niemieckim, z drugiej Krakowowi. A Kraków, to była stolica Polski, odkąd rządy plutokratyczne, zwyciężywszy z trudnością opór komunistów, zdecydowały przekształcenie Warszawy na miasto wyłącznie przemysłowe i robotnicze, przenosząc stolicę do Krakowa.

Stary gród królewski stał się czemś w rodzaju polskiego Waszyngtonu, siedzibą władz, muz i miljarderów, miastem wytwornych uciech i największego zbytku. Osiedlano się tu, by w spokoju używać zarobionych na paskarstwie i monopolu setek miljonów i miljardów, i żyli tu sobie ci wybrańcy losu wśród równych lub padających przed sobą na twarz czcicieli złotego cielca tak dobrze, i zdawało się, żyć tak będzie się wiecznie, bo przecie proletariat, skompromitowany okropnościami i barbarzyństwem komuny, leżał powalony na obydwie łopatki, i powrotu tych nienawistnych rządów bały się masy robotnicze niewiele mniej od kapitalistów. Złoty cielec cieszył się i uznawał, że wszystko dzieje się jak najlepiej, że życie jest nader piękną rzeczą, i że ten błogi stan będzie zapewne trwał wiecznie, a teraz nagle urwało się to wszystko. Granitowe podstawy zarysowały się, gmach wiecznotrwały zachwiał się; chwila jeszcze - runie.

Nie dziw, że pogoda umysłów była zmącona. Dopytywano się o Proroka, powtarzano najdrobniejsze szczegóły i incydenty, odnoszące się do niego, słuchano z zapartym oddechem.

Baron Neuhardt, patentowany narrator, dostarczyciel nowinek i totumfacki wielkiego świata, opowiadał, jak oryginalnym typem był Gesnareh.

- Jest to człowiek, nie mający, jak się zdaje, żadnych potrzeb i żadnych osobistych widoków. Jest wegetarjaninem, przypominającym pitagorejczyków i essenajków, albo też mnichów średniowiecza. Pociąga tłumy z nieprzepartą siłą. Nikt, słysząc go, nie jest w stanie mu się oprzeć. Zwłaszcza na kobiety i dzieci wywiera urok niesłychany.

Kilka kobiet przybliżyło się, słuchając.

- Czy młody? - zagadnęła jedna z nich.

- A czy... czy ładny? - dorzuciła nieśmiało druga, młodziutka.

Baron zwrócił się ku pytającym.

- Nie ma podobno więcej nad trzydzieści lat, a typem i postawą przypomina wizerunki Chrystusa. Tylko że Chrystusowi legenda przypisuje aureolę długich, złocistych włosów, podczas kiedy u niego krucze kędziory wiją się malowniczo dokoła mocarnej głowy jak języki ognia lub wężowe sploty.

- Ach, jak to musi być śliczne! - zawołała panienka, interesująca się tak żywo powierzchownością Proroka.

- No, nie wiem, - zauważył senator Finkelbaum, wielki znawca i protektor sztuki - głowa Gorgony, nie uchodziła dotąd za szczyt piękności!

- Mnie jednak zdaje się, że my temu włóczędze za wiele wyrządzamy zaszczytu, zajmując się nim tak gruntownie, - zauważył gospodarz, którego optymizm opierał się zwycięsko ogólnemu nastrojowi. - Cóż u licha? Do desperacji niema jeszcze powodu! Naprzód ta przegrana pod Niszem niczego nie dowodzi. W siłę wojskową i sprawność Stanów Bałkańskich nikt chyba na serio nie wierzył, a dostanie się do Budapesztu jest zapewne sukcesem poważnym i faktem dla nas niedogodnym, ale to przecie sprawy nie rozstrzyga i o wyniku całej tej sprawy nie przesądza zgoła. Potęga militarna Stanów Zjednoczonych Europy koncentruje się na Zachodzie i Północy, i ten wojowniczy jegomość z głową Meduzy jeszcze się z nią nie zetknął. Wióry polecą z jego adeptów, gdy to nastąpi!

- Niechże to Jowisz olimpijski sprawi! - westchnął, pochylając głowę senator Finkelbaum.

- Aa, jeszcze na jedno pozwolę sobie zwrócić waszą uwagę, - mówił dalej Roztocki, zachęcony korzystnem wrażeniem, jakie wywołały jego słowa. - Wszyscy u nas są przerażeni, a nikt nie wie, czy jest dostateczny powód do przerażania się. Bo właściwie, kto to jest ten Juda Gesnareh i czego chce? Niewiadomo! Że jest mocnym sugestjonerem, że motłoch za nim idzie, i że on motłochem tym rzucił przeciw opierającym mu się Bałkanom i Węgrom, to fakt, a drugi fakt, to niepojęte wprost niedołęstwo i zacietrzewienie władz krajów, w jakich się pojawia, w stosunku do niego. Czy z tego wynika jednak, że inne rządy, począwszy od naszego, będą dalej postępowały równie idiotycznie? Mam uzasadnione powody mniemać, że nie. Cały ten ruch stoi jednym człowiekiem - to fakt stwierdzony niezbicie, przez naszych wywiadowców. Człowiek ten jest mocny, bardzo mocny nawet, ale jest sam jeden. A z takim tylko niedołężni głupcy nie poradzą sobie: my poradzimy!

Szmer ogólnego uznania i szacunku przebiega po tarasie. Senator od lat wielu sterując sprawom publicznym, przywykł do hołdów, składanych jego politycznemu rozumowi, robiły mu one jednak zawsze przyjemność. Z większym też jeszcze animuszem wiódł rzecz swą dalej.

- Mówiłem tedy, że jest to człowiek wyjątkowo silny, ale samotny. Napoleon miał swoich marszałków, ale Napoleon szedł do władzy przez szereg lat, on władzę osiągnął w ciągu paru miesięcy, ale nikt z nim władzy tej nie dzieli i nie może jej dziedziczyć. A to ułatwia dojście z nim do porozumienia lub do... końca. Musi być ambitny, okrywa się bowiem płaszczem bezinteresowności i chce uchodzić za człowieka niedostępnego dla niższych poruszeń: dobrze! My posiadamy skarby i zaszczyty, o jakich nie śniło się dawnym mocarzom ziemi. Otrzyma więcej niż zażąda, niż zamarzy! My chorujemy dziś na brak ludzi silnych: będzie nam potrzebny: nie oglądniemy się na cenę! A nie da się kupić? Ha! Największego z ludzi ima się śmierć nieoczekiwana...

Edytę wstrząsnął dreszcz nagły. Rzuciła ukradkiem spojrzenie na brata. Siedział bez ruchu z czołem opartem na dłoni i opuszczonemi w dół oczyma.

A Roztocki dochodził do konkluzji.

- Pomijając jednak to wszystko, należy jedno jeszcze zauważyć. Mieliśmy dotąd przed oczyma dwa rozwiązania: owładnięcie tym człowiekiem i usunięcie go z drogi. Ale może być i trzecie. On może być dla nas obojętnym, a i cały ruch wszczęty przezeń także. Hasła jego mają charakter idealistyczny i doktrynerski i nic dotąd nie zdradza, by je chciał stosować do polityki. A skoro raz przekonamy się o tem, przestanie być dla nas niebezpieczeństwem i będziemy go traktowali, jak indyjskich jogów i genjalnych maniaków.

Z poza kosza kwiatów, zasłaniającego róg tarasu, ozwał się głos nabrzmiały szyderstwem.

- Strzeż się, dostojny, bo z tym programem indyferentyzmu i tolerancji dla doktrynerów rządy wasze doczekają się jeszcze przykrych niespodzianek!

- Oho! Już Kwaśniewski wsiadł na swego konika! - szepnął baron.

- Delenda est Carthago! - dorzucił ktoś inny.

A Kwaśniewski mówił dalej, tnąc swym przenikliwym głosem jak brzytwą i wysuwając naprzód z pomiędzy kościstych ramion wiewiórczą swą twarz żółtą i wyschłą jak pergamin.

- Komuniści mieli w jednem rozum: wytępili, nie do szczętu niestety, najniebezpieczniejszego z wrogów państwowości i kultury, jakim jest chrystianizm. Wy teraz zamiast dalej iść tą samą drogą i chwast ten wykorzenić ostatecznie, bawicie się w liberalizm i dajecie zatrutemu zielsku odrastać. Poczekajcie trochę, a zje was rdza owa od podstaw, jak zjadła państwo rzymskie!

Tak byli wszyscy przyzwyczajeni do antychrześcijańskich filipik profesora Kwaśniewskiego, że wnet rozpoczął się pogwar coraz głośniejszej rozmowy. Wtem z przeciwnego kąta tarasu ozwał się głos przenikliwy i niemal dziecięcy, na którego dźwięk wszystko uciszyło się, a grupy rozmawiających podeszły bliżej przysłuchując się.

- Sam należąc do owej rdzy, która przejmuje taką trwogą szanownego profesora, mam niejaką kompetencję do zabierania głosu w tej materji! - mówił maleńki garbusek o żółciowej cerze, zmiętych rysach i kolących oczkach.

Był to szwagier gospodarza, Zdzisław Poratyński, człowiek miernej fortuny, nie zajmujący żadnego stanowiska w hierarchji społecznej, a jednak przyjmowany wszędzie, owszem fetowany i odznaczany w całym wyższym świecie, który teroryzował swoim złośliwym dowcipem i szyderstwem. Sam on mówił nieraz, że szwagier jego zawdzięcza stanowisko i popularność podniebieniom swych gości, kiedy on stoi w towarzystwie dzięki językowi, którego ludzie się boją i dlatego bakę mu świecą. Istotnie jednak nie tylko bali się go ludzie, ale słuchali chętnie, umysł jego bowiem ironiczny i paradoksalny odcinał się od ogólnej szarzyzny i zaciekawiał.

- Dajmy jednak na to, że jesteśmy ową rdzą, i że zjadamy społeczeństwo współczesne, choć nie mamy dział ani mocy. Cóż jednak w takim razie powiedzieć o was, panowie senatorowie, panowie miljarderowie, panowie monopoliści, którzy ściągacie tak skrzętnie do swych portfelów wszystkie soki żywotne tej ziemi, wszystką zarobkową pracę i całą wytwórczość ludzkości, o was, którzy świat wzięliście w bezpłatną dzierżawę i sami używacie rozkoszy życia, kiedy ludzkość pracuje dla was w jarzmie, jak niegdyś pracowały bydlęta? Czy ta rdza nie jest od chrześcijańskiej szkodliwszą? I czy pan profesor Kwaśniewski, snujący jedwabny swój żywot na intratnej posadzie archiwarjusza senatu, nie jest przypadkiem czemś gorszem od rdzy, bo rdza przegryza żelazo, ale nie zatruwa ducha, a wy, nie jesteścież podobni do trujących grzybów, które niosą w sobie śmierć?

- To nie tylko obrona chrześcijańskiego zabobonu, to księżowskie kazanie! - wtrącił z irytacją Kwaśniewski.

Ale Poratyński nie zważał już na Kwaśniewskiego. W gruncie nie szło mu o chrześcijan, do których należał, z samego imienia tylko: korzystał jednak ze sposobności, by wyładować swą żółć przeciw mężom złotego cielca. Nienawidził tych ludzi nienawiścią ułomnego ku prostym, człowieka, którego mienie i zdrowie zmusza do odmawiania sobie używań, im dostępnych. O lud roboczy chodziło mu w gruncie mało: był on jednak taranem, którym łatwo było wyłamywać otwory we wrogiej fortecy.

- Udało się wam zmienić ludzkość w bydło robocze, nie potrafiliście jednak bydłu temu wydrzeć pamięci i jadem waszym zniweczyć nienawiść ku wam. Jesteście jako struś, któremu się zdaje, że przestano go ścigać, bo głowę ukrył w piasku i nie słyszy pogoni. Założyliście knebel i obrożę i cieszycie się! "Jak te brudasy słuchają nas! Jak przykładnie milczą!" Ale najsilniejszy knebel zużywa się i obrożę też przegryźć można, a wtedy źle będzie! I nie tylko będzie, ale jest!

Odchrząknął i usta umoczył w kieliszku likieru, poczem znów jął poruszać swem żądłem.

- Pan Jakub, szanowny nasz gospodarz, zapewniał uroczyście, że wojska zachodnich stanów zabiegną rychło drogę temu żydowskiemu Prorokowi, do którego nasi rządcy winniby mieć więcej sympatji, bo są przecie z nim przeważnie wspólnoplemieńcami. Jeżeli do tej wspólności odwołają się dla znalezienia u niego łaski, może im to się uda, bo Żydzi podobno są bardzo solidarni między sobą, o czem mógłby nam coś powiedzieć pan senator Finkelbaum i mój szwagier, tak samo jak i inni dostojni tu obecni, ale jeśli liczą na wytrzymałość swych wojsk, mylą się gruntownie. Wojsko nie pójdzie za nimi w przyszłości, jak nie poszło dotychczas, a nie pójdzie dlatego, że wojsko, to lud roboczy, a lud roboczy pójdzie za tym - kto mu ulży jarzma, a choćby tylko obieca wyzwolenie. Wybyście chcieli, żeby was piersią własną zasłaniał i ginął nato, by wam nie brakło trufli i szampana: wiem o tem! Ale to trudno - robotnik nie jest jeszcze zupełnem bydlęciem, choć staracie się o to tak sumiennie: jest człowiekiem i pójdzie za tym, który do niego po ludzku przemówi!

- Możeby już dosyć tego było! - ozwał się z niezadowoleniem gospodarz, któremu nie tyle dokuczyły napaści na kapitalistów, ile przypomnienie jego semickiego pochodzenia, jakkolwiek bowiem żydzi w czasach tych byli istotnymi panami świata, chętniej zawsze udawali aryjczyków.

Ale Poratyński nie wypróżnił jeszcze swego worka.

- I dlatego nie pociesza mnie i nie uspakaja zapewnienie kochanego szwagra, że wszystko to doskonale się skończy, bo albo Proroka pobijemy, albo okiełznamy, albo pozbędziemy się go trucizną czy kulą. Jest jeszcze czwarta alternatywa i ta zdaje mi się najprawdopodobniejszą. Oto okiełzna on nas, pobiwszy nasze wojska lub ściągnąwszy je na swoją stronę. A wtedy pan archiwarjusz senatu ucieszy się zapewne ze skuteczniejszego niż dotąd tępienia rdzy chrześcijańskiej, ale poza tem nie będzie dla nikogo z nas powodu do radości, chyba dla tych, którym gruntownie uprzykrzyło się życie.

Nazwałem was, moi panowie, zatrutemi grzybami, ale śpieszę wyrażenie to zmodyfikować. Macie wprawdzie w sobie jad, ale zatruwacie się nim między sobą tylko. Nie przynosi on szkody masom, dla tego właśnie żeście od mas tych oddzielili się istnie chińskim murem.

 

* * *

 

Edyta wracała sama. Wymówiła się bratu, który chciał ją odprowadzić: potrzebowała przetrawić z własnem sumieniem to wszystko, co w ostatnich dniach obito się o nią: rozwiane marzenie, Prorok, śmierć...

Bo musiała umrzeć. Wiedziała o tem. Radziła się najznakomitszego specjalisty: powiedział jej, że można katastrofę oddalić, niepodobna jej zapobiec. Wynaleziono wprawdzie bakcyl raka, ale w niektórych wypadkach środek nie działał i choroba powstała tak samo beznadziejną, jak nią była w początkach XX wieku. I teraz oto trzeba było powiedzieć o tem Henrykowi, rozedrzeć straszliwym tym ciosem serce, któremu zwykła była dotychczas nieść samo tylko światło i szczęście...

Edyta zatrzymała się. Myśl jakaś uderzyła ją nagle, rozświetlając wszystko, jak błyskawica. Prorok! On przecie leczy chorych i śmierci nawet wydziera jej państwo... On może, a że jest dobry, więc skoro może, zechce.

Edyta przypomniała sobie to wszystko, co doszło dotąd do niej o Judzie Gesnareh. Nie było tego wiele: jej wystarczało aż nadto. Prorok uzdrawiał z nieuleczalnych chorób i znajdował się o kilka godzin pośpiesznego aerostatu. Komunikacię utrudniały wprawdzie najnowsze wypadki, nie przerywając jej jednak bezwzględnie, jak czasu wolny, nie było bowiem wojny między hufcami Judy a Zjednoczonemi Stanami Europy, jakkolwiek stoczono bitwy, gdy hufcom tym zaszły drogę bałkańskie wojska. Można tedy było dostać się do tych tłumów, wywierających na masy ludności europejskiej nieprzepartą atrakcję i zwiększanych dzięki temu jak lawina. Można było, więc trzeba to uczynić, trzeba koniecznie! Winna to Straffordowi, winna przywiązaniu, jakie napełniało jej duszę! Niech ten najdroższy nie powie jej, że mogła uratować się, a zaniedbała tego, niech jej nie zarzuci, że zataiła przed nim nieszczęście, gdy on mógłby je odwrócić, a teraz zapóźno... Nie! Ona pójdzie do tego człowieka, ona przezwycięży wszystkie trudności, a jeśli potrzeba, wytrzyma wszystkie próby i zachowa siebie dla Strafforda!

Dlaczegoby nie miała tego uczynić? Była zupełnie wolną, nie wiązało ją nic z żadnym prądem i zrzeszeniem wkoło niej. Światem jej był Strafford! Chrystjanizm? Czemże dla niej był chrystjanizm? Źródłem kilku przelotnych wrażeń i nastrojów, jak koncert w Filharmonji, tylko że koncert oddziaływał na nią silniej i że wrażeń muzycznych szukała częściej. Więc cóż dla niej znaczyło wyrzec się czegoś, co było tak nierealnym drobiazgiem w jej życiu?

Przechodziła właśnie ulicą Wolską w tem miejscu, w którem przed laty na wiosnę toczyła żółte fale Rudawa. Zwysoka ponad głową doleciał ją przytłumiony śpiew. Podniosła oczy: śpiewano gdzieś na piątem czy szóstem piętrze wielkiej kamienicy w nowoczesnym stylu. Tam znajdowała się kaplica katolicka, do której młoda kobieta zachodziła czasem w ciągu lat ostatnich.

Edyta zatrzymała się na chwilę, słuchając. Na ulicy jechało mniej niż zawsze samochodów, i zwykły turkot i świst nie zagłuszał poważnej i wdzięcznej melodji. Płynęła z góry, jak rosa rzeźwiąca i jak woń kwiatów. Edyta słuchała jej chciwie. Myśl, w której była pogrążona, odleciała od niej. Zrobiło jej się słodko i jasno w duszy.

Wejdę: powiedziała sobie.

W windzie spotkała kilka osób, zapóźnionych jak ona. Kaplica utworzona z wyjęcia ścian w czterech pokojach, pełna była pobożnych. Ołtarz zalewał potok światła, reszta salki pogrążona była w mroku. Kilka dobranych głosów przewodniczyło chóralnemu śpiewowi; w przestankach rozbrzmiewał niski baryton celebrującego kapłana. W powietrzu unosiła się woń kadzidła i świec woskowych, palących się na ołtarzu. Gdy śpiew milkł, ze słowami kapłańskiej modlitwy mieszał się głucho szept, wyrywający się z ust pobożnym.

Edyta opadła się o klęcznik, najbliżej drzwi stojący i, zakrywszy twarz rękami, pogrążyła się w myślach. Stanął jej naraz przed oczyma ten Chrystus, przeciw któremu niewiadomo dlaczego zwracała się tak gwałtownie wczoraj jeszcze nienawiść ludu ubogiego, jako On był niegdyś, a dziś z również nieznanych pobudek - nienawiść Proroka. Czemże dziś był Chrystus i czem stało się Jego dzieło? Najdalsze głębie Afryki i Azji były jedynemi schroniskami, w których ostały się chrześcijańskie gminy podczas ćwierćwiekowego ucisku: w reszcie świata wyrok śmierci dotykał każdego, kogo przekonano o popełnienie tego występku przeciw ludzkości. I teraz oto gdy profesor Kwaśniewski oskarżał tak niezmordowanie rządy obecne o grzeszną tolerancję dla wychylających się z ukrycia resztek niedobitków - jakże wyglądał ów nieprzyjaciel, przeciw któremu wspólna nienawiść łączyła zgodnie i masy proletarjatu, i znaczną część kapitalistów, i epigonów wolnomularskiego doktryneryzmu w rodzaju Kwaśniewskiego, i owego tajemniczego Judę Gesnareh, o którym powiadano, że tak był do Chrystusa podobny, i który głosił hasła, tak do Chrystusowych zbliżone? Oto w tem mieście świętem, szczycącem się niegdyś najwspanialszemi w Polsce świątyniami, ani jedna z tych świątyń nie pozostała we władaniu Kościoła, który wycisnął swe piętno tak dobitnie na dziejach i kulturze polskiego narodu. I z krociowej ludności stolicy niewiele już tylko setek przychodziło ukradkiem do kilku takich jak ta kapliczek, jedynych miejsc, w których uznawano jeszcze Mistrza z Nazaretu Panem i Zbawcą świata.

I młodej kobiecie, którą prócz chrztu w niemowlęctwie nic nie wiązało z wiarą jej polskich przodków, zdało się nagle, że ogarnia ją jakaś wielka litość i żal. Żal jej było tego świata, zapadającego w mrok minionych dziejów, żal tej wiary, która umiała wprząc w swą służbę tyle geniuszów, przynieść ludzkości tyle poświęceń i tyle ukojeń nato tylko, by dziś podzielić los greckiej mitologji. I ten Chrystus, który niedawno władał krociami miljonów dusz, a dziś zachował tylko tak drobną i wciąż topniejącą garstkę czcicieli, ten Chrystus, stający się dla ludzkości coraz to bardziej dźwiękiem, odbitym od dalekiej przeszłości i nie mającym dla chwili obecnej realnego znaczenia, wydał się jej sercu bliskim i drogim...

Tymczasem jednak śpiew, zmilkły przed chwilą, podniósł się z nową siłą, napełniając ciasną przestrzeń, hucząc jak grom, łkając jak skrzywdzone dziecię. Akcent błagalny potężniał, stawał się coraz natarczywszy. Po powtarzanych przedtem wezwaniach: "Zmiłuj się!" i "Módl się!" modlitwa przypominała Matce Zbawiciela podwójne macierzyństwo: istotne, dające Jej moc przeważną u Syna; przybrane, wiążące Ją nierozerwalnym łańcuchem litości i pomocy z ludzkością. "Nadziejo wygnanych synów Ewy!" zaklinał śpiew. "Do Ciebie wołamy, płacząc i jęcząc na tym łez padole!" Śpiew podniósł się do najwyższego napięcia, stał się niemal rozkazujący i ucichł w ostatnim potężnym akordzie. Nastała cisza, dzwonek rozebrzmiał srebrzysty, dym kadzideł podniósł się w górę, siną mgłą zasnuwając ołtarz. Głowy pochyliły się nad klęcznikami. Rozległy się majestatyczne tony "Tantum ergo".

Edyta słuchała z czołem ukrytem w dłoniach. Ten śpiew roztęskniony i przejmujący do głębi, to był ostatni hołd, jaki Jezus z Nazaretu odbierał na ziemi. Tych trochę serc, które przetrwały burze dotychczasowe, potrafiąż przetrwać to, co czeka jeszcze ostatnich wiernych? A skoro usta ich zawrą się na zawsze, czy pozostanie kto na ziemi, by je zastąpić i dalej chwalić Pana? Edyta obrzuciła zebranych pytającem spojrzeniem. I oczy odpowiedziały na pytanie. W kaplicy były same prawie kobiety, wszystkie w wieku dojrzałym lub podeszłym, obok kilku starszych mężczyzn, młodzieży obojga płci brakło całkiem. Przymus i monopol szkoły państwowej, zaprowadzony przez komunę, a zatrzymany przez rządy kapitalistyczne. tłumaczył to zjawisko, nie zmniejszając jego tragizmu. Bez jutra! powtarzała sobie Edyta, patrząc na konanie wielkiej idei.

A że była to natura szlachetna i w spadku po przodkach macierzystych odziedziczyła rycerskość, zdało się jej, że uchodzić z pod sztandaru, opuszczonego przez wszystkich niemal, miało w sobie coś wstrętnego, coś, coby ją poniżyło we własnych jej oczach. Sztandar ten wprawdzie nie był jej sztandarem: więź jej z chrystjanizmem była tak wątła! Ale przecież nie! Nie chciała tej nikłej nici zrywać pod przymusem, nie chciała zapierać się ani odrzekać niczego, choćby to była jeno garść przelotnych wrażeń... Ale w takim razie...

W takim razie trzeba było wybrać - śmierć.

Edyta powstała i wraz z innymi skierowała się do wyjścia. Czekając w przedsionku na windę, otarła się o księdza, który, zrzuciwszy kościelne szaty, wychodził z kaplicy. Był to ten sam, który jej pierwszy opowiadał o Proroku.

Przywitał ją uprzejmie, pytając czy zawsze interesuje się tym człowiekiem. Potwierdziła to, wyznając jednak, że postanowiła zaniechać zamiaru udania się do niego po ratunek.

Ksiądz cofnął się o krok w pusty kąt pokoju i spojrzał na nią uważnie.

- "Dlaczego", jeżeli wolno spytać?

Opowiedziała mu otwarcie, to wszystko, co przeszło jej przez duszę w tej godzinie. Gdy skończyła, ksiądz stał przez chwilę zamyślony, nic nie mówiąc.

- Czy pani stanowczo nie decyduje się przyjść do nas i korzystać z tego, co dać może Kościół? - Spytał wreszcie.

Popatrzała na niego z odcieniem smutku.

- Nie, rzekła. Wiary nie można ani narzucić, ani wmówić. Ja jej nie mam!

Ksiądz spuścił głowę.

- Szkoda! westchnął. Spodziewałem się... Nie mówmy o tem! W każdym razie winszuję pani decyzji w tej sprawie: jest ona godną tak szlachetnej duszy. Ale strzeż się sideł tego fałszywego proroka! To mocarz równie zły jak wielki.

Edyta zdziwiła się.

- O mocy jego słyszę, ale słyszę i o dobroci. Opowiadają o nim świadkowie, że do Chrystusa podobny twarzą i miłosierdziem.

- Skoro tak, dlaczegóż nienawidzi Chrystusa i każe Go się wyrzekać?

Edytę zastanowiły te słowa.

- Przychodziło to mi już na myśl i nie umiałam rozwiązać tej zagadki, przyznała.

- A widzi pani! Dobry nie kazałby dobra się wyrzekać, a on każe!

- Tego ja też nie uczynię. Dlaczego jednak on Chrystusa nienawidzi?

- Bo jest jego przeciwieństwem, bo złe nie znosi dobra. I dlatego kto miłuje Jezusa, musi być przeciwnikiem tego człowieka.

- Ja miłuję Chrystusa, bo dobry jest i świat Go opuścił, czuję jednak, że pociąga mnie i tamten. Pociąga i zaciekawia. O ratunek go nie poproszę, między adeptów nie wejdę, ale jeśli śmierć da mi na to czas, chciałabym go poznać!

Ksiądz ręce wyciągnął, jakby chciał czemuś niewidzialnemu bronić przystępu.

- Niechże Bóg strzeże! Czy słyszałaś pani o fałszywym proroku, który ma przyjść w ostatnich czasach, przeciwstawiąc się Chrystusowi?

- Owszem, słyszałam. Rzeczy takie zajmują mnie oddawna. Tym fałszywym prorokiem?

- Jest właśnie on! On niewątpliwie. Wszystkie znamiona zgadzają się. To Antychryst!

 

Rozdział V.

 

Przemowa Rabbiego wywarta na rodzeństwie wrażenie zgoła odmienne. Straffordowi przyniosła jedynie zawód i niesmak. Edytą wstrząsnęła do głębi, wypisując się w jej umyśle płomiennemi zgłoskami.

- Spodziewałem się czegoś oryginalnego, a przynajmniej subjektywnie przemyślanego - mówił niechętnie profesor - tymczasem Rabbi okazuje się najzwyczajniejszym manichejczykiem z przymieszką tak modnego w końcu XIX wieku lucyferjanizmu, o którym dziś świat zapomniał już gruntownie. I może dlatego, że o głupstwie tem zapomniano, wskrzesza je ten żyd wraz z rozwichrzonemi majaczeniami o dwu bogach gnozy żydowskiej i kacerzy średniowiecza. Nie, doprawdy zawiodłem się na nim! Lepszy z niego hipnotyzer niż myśliciel!

Ale Edyta patrzała na to inaczej. I cóż stąd, że jakieś twierdzenie, powiedzmy wyraźnie: jakaś prawda wpleciona została w wyznanie wiary, odrzucone i zapomniane przez ludzkość? Czy dlatego stała się ona fałszem? Ależ w wiekach średnich bunty wolnego ducha przeciw skuwającemu jego skrzydła dogmatowi, to złota nić nieśmiertelnej prawdy, torującej sobie drogę do światła przez rumowisko zabobonu i wstecznictwa. Cóż stąd, że ogólna ciemnota spowiła prawdę ową w dziwaczne lub dziecinnie naiwne osłony? A gdy z osłon tych wyzwala je genjusz, innych czasów i stawia na ołtarzu - mamyż mu czynić zarzut, że bezcenny diament wydobył z odwiecznego śmietniska?

- A cóż się stanie z Chrystusem? - spytał z uśmiechem Strafford. - Bo przecie podług Rabbiego Chrystus jest wcieleniem zła, jako wcielenie czarnego boga, jest gasicielem światła i szczęścia i największym wrogiem ludzkości. A ty tegoż samego Chrystusa ukochałaś mistyczną miłością! Jakże to pogodzić?

- Ten Chrystus, którego ja kocham, jest kimś innym, niż ten zły bóg, o którym mówił Prorok.

Strafford zaśmiał się.

- O logiko kobieca! W takim razie łatwo ci pójdzie odprzysiąc się?

Ona poruszyła energicznie głową.

- Tego nie uczynię! Musiałabym oszukiwać jego lub siebie, a tem brzydzę się.

Szli czas jakiś w milczeniu, rozglądając się po tłumie, falującym jak morze.

- Wiesz, Henryku - rzekła Edyta przyciszonym głosem i jakby wstydząc się tego, co mówi. - Ja mam dobrą otuchę, że on mnie uzdrowi!

Strafford ścisnął jej rękę.

- To dobrze, droga! Trzeba wierzyć: to pomaga!

- Tak! Ja wierzę! - rzekła z mocą.

Po południu Poldi ustawił ich na miejscu, przez które miał niechybnie podług jego obrachowań przechodzić Rabbi. Przewidywania nie zawiodły. Mistrz zwrócił się istotnie w tym kierunku. Idąc ogarniał przenikliwym wzrokiem oczekujących na niego. Zdaleka już zauważył rodzeństwo, odróżniające się wydatnie powierzchownością od sąsiednich tłumów. Podszedłszy dał Straffordom znak, przywołując ich ku sobie.

Wysunęli się z szeregu, a Edyta zbladła tak, że brat musiał ją podtrzymywać i nieledwie unosić na ręku. Wzrok Rabbiego spoczął na obojgu płomienny.

- Jesteście z poza gór, z północy, więc z Polski! - rzekł stanowczym głosem. - Czy z Krakowa?

Strafford zauważył już wczoraj, że Prorok czyta w myśli, jak w księdze. Zdziwiła go jednak ta zdolność odgadywania, której dowód miał przed sobą.

- Z Krakowa - odparł.

- Nie przychodzisz tu jako adept, widzę to. Towarzyszysz tej kobiecie, która nie jest twą żoną, ale podobne ma rysy i wyraz, jest więc siostrą. Przywiodłeś ją do mnie, bym jej wrócił zdrowie, wszak prawda? A zdrowia ona potrzebuje, trawi ją bowiem wewnętrzne cierpienie jak czerw, i cierpienie to jest nieuleczalne! Ale ja wszystko mogę! Ja ją uzdrowię!

Wzrok jego położył się na niej, palący, groźny, a pieszczotliwy zarazem.

- Słyszysz, siostro moja? Odleci od ciebie śmierć i staniesz się znów jako kwiat wiosny! Chciej jeno!

I postąpiwszy krok naprzód, oparł dłoń na jej białem czole.

- Wierzysz li we mnie?

- Wierzę, panie, o, wierzę!

- I we mnie jednego tylko?

Zawahała się.

- Co przez to rozumiesz, panie?

- Rozumiem, że nie wierzysz w nikogo, prócz we mnie!

Zastanowiła się przez chwilę, poczem odrzekła wolno z namysłem:

- Ja, panie, nie wierzę w nikogo, prócz w ciebie, ale miłuję i nie przestanę miłować!

Wpatrzył się w nią uporczywie, starając się przeniknąć do głębi jej istoty.

- To nie przywiązanie do brata, i nie miłość dla żywego człowieka! - rzekł powoli, ujmując jej rękę. - Puls uderzyłby ci silniej, na licu rozkwitłyby róże!

Puścił rękę i cofnął się o krok, nie spuszczając z niej oczu.

- Ty tamtego miłujesz i nie chcesz go wyrzec się dla mnie! - wybuchnął wreszcie. - Zaprzecz, jeśli możesz!

Kobieta wyprostowała się, usuwając podtrzymujące ją ramię brata i śmiało w oczy spojrzała Prorokowi.

- Nie zaprzeczę! - rzekła. - W ciebie, panie, wierzę, bo mądrość i prawda z ust ci płyną, ale tamtego nie zaprę się, bo zaparli Go się wszyscy prawie, i ja miłuję Go, bo opuszczony jest i cierpiący!

Nastało milczenie. Ludzie stali bez oddechu, nieme świadki tej dziwnej sceny. Rabbi i Edyta patrzyli na siebie jak szermierze, gotujący się do rozstrzygających zapasów.

Czy wiesz - zaczął - że to, czem myśl zaprzątasz, to cień złudny, to oszukaństwo, którem zgraja przewrotnych tumani od wieków naiwne, obałamucone rzesze? Czy wiesz, że prawdą istotną, jedyną ja jestem, a on to wytwór fantazji, zupełnie sprzeczny z tem, co istniało? Ten, ku któremu zwraca się chora myśl twoja i troska?

Ona głową potrząsła.

- Nie wiem nic o Nim, prócz tego, com przeczytała w księdze, opisującej Jego żywot. Ale tego mi dość, by Go miłować i pamięć Jego zachować we czci.

- Ależ, kobieto, czyż nie wiesz, że ja jestem Jego przeciwieństwem i zaprzeczeniem? Jakże możesz zarazem wierzyć we mnie i w Niego?!

- Wiem, panie, że z twego punktu widzenia masz słuszność, i że należałoby spełnić twe żądanie. Ale ja go nie spełnię. I choć wierzę mocno w ciebie, i pewną jestem, że będąc posłuszną, odzyskałabym zdrowie, ja ci posłuszną nie będę. Nie sprzeniewierzę się tamtemu! Wolę śmierć!

On patrzał na nią posępnie, poruszając cicho wargami.

- Winnaś umrzeć za karę niewierności twojej! - wyrzekł głucho.

- Wiem, że umrę! - rzekła z prostotą.

- A jesteś najcudniejszym z kwiatów ziemi, perłą, nieśmiertelne szczęście przynoszącą i godną władcy świata!

Ona cofnęła się i chciała wcisnąć się w tłum. Wyciągnął rękę, powstrzymując ją.

- Czekaj jeszcze! - zawołał. - Nie będzie powiedziano, że oczom moim zaświecił najcenniejszy ze skarbów tej ziemi, a jam dał go rozgnieść w prochu. Nie chcesz mi oddać duszy twojej? Uzdrowię cię i tak!

Ale ona znów uczyniła gest przeczący.

- Wiem, panie, coś wczoraj uczynił z dziewczyną, nie chcącą odrzec się krzyża. Ja nie pójdę za jej przykładem. Pamiętaj o tem!

Gniew bladym wichrem przeleciał mu po twarzy, zaświecając posępne błyski w oczach. Wnet jednak zapanował nad sobą i stał jak przedtem pogodny i pełen powagi.

- Krzywdzisz mnie! - rzekł łagodnie. - Nie przewidywałem tego, co stanie się z ową uleczoną i nie zależało mi na tem. Patrz! - dodał, ogarniając przestrzeń szerokim ruchem ręki. - To wszystko moje dziś, a jutro moim będzie świat! I ty mniemasz, że mogłoby mi zależeć na jednej nikczemnej duszy z gminu, że mógłbym spekulować na zmianach w nastroju pierwszej lepszej dziewczyny, zjedzonej gruźlicą? Powtarzam ci: krzywdzisz mnie! A krzywdzisz dlatego, że mnie nie rozumiesz...

Zbliżył się do niej i nachylił nad jej głową tak, że czuła parzący jego oddech na twarzy.

- Słuchaj! Samotny jestem wśród tego tłumu niedorastającego mi do kolan. Mam miljony dusz ludzkich, posiądę ich miljard, tyle ile mieszkańców liczy ziemia. I cóż stąd? Z tych dusz maluczkich, powszednich żadna nie jest warta trudu zdobywania! Ale gdy napotkam na mej drodze jedną, wybraną, podnoszącą się ku mnie i dlatego właśnie nie chcącą czołgać się u stóp moich, wówczas jam gotów ze światem całym podjąć o nią bój i z samym wrogiem odwiecznym wejść w zapasy byle ją zdobyć. Ale wobec niej samej moc moja musi ustać i ściele się u jej nóg. I musi ona sama, od wszelkich wpływów wolna, przechylić się ku mnie i oddać się bez zastrzeżeń. A wtedy wyniosę ją ponad gwiazdy i uwieńczę własną mą koroną...

Mówił to, tak cicho, że nawet najbliżej stojący Stafford nie mógł słów jego dosłyszeć. Edytę przejmowały one nieznanem dotychczas wzruszeniem. Zdawało się, że czar jakiś słodki płynie ku niej, i że ją ogarnia płomień, przepalający całe jej jestestwo, a jednak rozkoszny nad wszelką miarę. Nie mogła oderwać wzroku od tych dwojga oczu, płonących jak gwiazdy; czuła, że staje się jego i że niech on da znak, a nie potrafi mu się oprzeć w niczem, w niczem...

Ale on odstąpił od niej, odrywając z wysiłkiem spojrzenie od jej oblicza, i zwrócił się do Strafforda.

- Przywiedź mi wieczorem siostrę swoją. W samotności łacniej mi będzie rozmówić się z wami i dojść z nią do porozumienia.

Oddalił się, przechodząc do innych, czekających na jego wejrzenie i słowo. Wzrok tłumu pobiegł za nim, wiele oczu jednak zatrzymało się na bladej, przedziwnie pięknej kobiecie, która tak długo przykuła do siebie uwagę Rabbiego, śmiała mu oprzeć się i mimo to pozostała w promieniu jego łaski. Edyta odczuła boleśnie to zainteresowanie się nią.

- Chodźmy stąd! - szepnęła do brata.

- Chodźmy! - odrzekł Strafford, opanowany tem samem uczuciem.

Przedzierali się przez zbite masy ludzi, gdy nagle młoda kobieta poczuła znaczące dotknięcie czyjejś ręki.

Odwróciła głowę. Obok niej, przytykając palec do ust, stał jej krakowski znajomy, ojciec Wincenty.

- Ani słowa tu! - szepnął, pochylając się do jej ucha. Gdzie pani mieszkasz?

Wymieniła adres.

- Mogę pójść za wami? Ale jakbyśmy się nie znali!

- Proszę!

Gdy wydostali się z tłumu, Edyta pocichu objaśniła brata, a równocześnie rzuciła ukradkiem spojrzenie na ojca Wincentego. Był w przebraniu, co jej nie zdziwiło, bo od czasu wielkich prześladowań duchowni mieli zwyczaj przebierać się dla uniknięcia denuncjacji i schwytania. Zdziwiło ją jednak, że ksiądz miał na sobie uniform sternika granicznego aeroplanu, taki sam, jaki widziała u załogi krążownika koło Gaensendorfu. Znalazłszy się w ich mieszkaniu, ks. Wincenty wyjaśnił im całą sprawę.

Znał on ze słyszenia Strafforda i wiedział, że może mu bezwzględnie zaufać. Opowiedział więc, co go tu sprowadziło. Były to rzeczy wielkiej wagi, a dla obojga Straffordów nowe i zdumiewające.

Papieżem był podówczas Paweł VI, starzec już zgrzybiały i sterany chorobą, ale niespożytego ducha. Przy boku jego stał, podtrzymując słabnące jego siły, "śpiżowy kardynał", jak zwano powszechnie ostatniego potomka zlanych w jedno największych rodów rzymskich, Romola Colonna Orsini, który twórczym genjuszem i darem organizacji potrafił w latach ostatnich wyprowadzić Kościół katolicki z mroków zapomnienia i w pewnych przynajmniej krajach, przedewszystkiem zaś w Stanach Italskich, wytworzyć zeń na nowo potęgę, której świat przyglądał się z coraz rosnącem zdumieniem.

Istotnie od szeregu lat chrystjanizm zdawał się starty z oblicza ziemi. Wielu ludzi, nie wykluczając i takich, którzy stali u steru, miało przekonanie, że papiestwo przestało zupełnie istnieć. Stało się tak zwłaszcza od czasu, gdy krwawe prześladowanie zmusiło papieża Wiatora I do opuszczenia Rzymu. Papież ten, oznaczony w Malachjaszowej przepowiedni mianem "Pastor et nauta", przebył istotnie morze Śródziemne w rybackiej łodzi z jednym tylko towarzyszem i schronił się do Jerozolimy, gdzie w przebraniu i ukryciu dożył kresu apostolskich trudów, pracą ręczną zarabiając na życie. Tak o nim jak o jego następcach nie wiedziała większość nielicznej garstki wiernych, kryjących się przed uciskiem jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa: rządy Kościołem jednak trwały nieprzerwane przy pomocy kilkunastu kardynałów, mieszkających jak papież w Jerozolimie.

Ale i tu nie danem było papiestwu zaznać trwałego schronienia. Utworzenie państwa palestyńskiego rozpętało stary fanatyzm, zwłaszcza u chassydów do tego stopnia, że pod ich naciskiem okres zwolnionego ucisku na całym świecie przyniósł chrześcijaństwu w ziemi świętej sroższe niż kiedykolwiek dawniej prześladowania. Były już za komuny światowej dekrety, grożące śmiercią przekonanym o zbrodnię antyspołecznego zabobonu, ale nie wykonywano ich zbyt ściśle, bo groziły wyludnieniem. Giełdowa oligarchia w Palestynie wydobyła je z pomiędzy starych rupieci i zaczęła wykonywać z gorliwością, jaką daje fanatyzm i wiekowa nienawiść. Rozwinęło się na wielką skalę szpiegostwo i tropienie chrześcijan. Paweł VI wraz z kardynałami musiał uciekać od Chrystusowego Grobu. Szczęściem okoliczności zmieniły się tymczasem na półwyspie Apenińskim. Komuna tameczna popełniła tyle czynów gwałtu i dzikości, że wywołała przeciw sobie powszechną reakcję, i reakcja ta poczęła skłaniać się, jeśli nie do katolicyzmu, to do szerokiej tolerancji względem chrześcijan i względem papiestwa, którego usunięcie z Włoch poczęto uważać powszechnie za ujmę krajowi i pozbawienie go znacznego czynnika wpływów. Zwrot ten jeszcze przed powrotem Pawła VI do Rzymu przygotował i podniecił potężnie kardynał Colonna Orsini, wikarjusz papieski w Rzymie. Niezmordowanym jego zabiegom udało się stworzyć w Rzymie silne ognisko organizacji katolików i stopniowo podobnemi organizacjami zasiać cały obszar ziem italskich. Co więcej, zdołał wyrobić u sprzyjających mu władz zwrot pewnej ilości kościołów i najcenniejszych dla katolików bazylik Lateranu i św. Piotra z pewną, niewielką zresztą częścią Watykanu. Watykan wysadzony został w powietrze wskutek dekretu rzymskiej komuny wraz z kolumnadą Berniniego i frontonem bazyliki; resztę świątyni i część pałacu przytykającego do niej oszczędziły cudem jakimś wybuchy dynamitowe: przypuszczano, że wykonawcy, którym powierzono dzieło zniszczenia, starali się w części przynajmniej je udaremnić. Ze składek katolików całego świata odbudowano ściśle według pierwowzoru zniszczoną część bazyliki z masy papierowej, i najwspanialszy z gmachów, wzniesionych przez kulturę chrześcijańską, górował dalej nad Wiecznem Miastem, choć z królewskich ram wyzuty.

Działo się to wszystko jeszcze przed powrotem papieża do Rzymu.

Powrót ten, choć był ucieczką przed uciskiem palestyńskich magnatów, przybrał nad Tybrem charakter triumfu. Papież zamieszkał znów na Watykanie, a powaga jego przybrała rychło w całych Włoszech charakter, daleki wprawdzie od kultu, jakim otaczano niegdyś "światło w niebiesiech", wielkiego Leona, i papieża rozjemcę ludów, Benedykta XV, ale przecie odbijała żywo od indyferentyzmu innych krajów. Ale ruch powrotny ku chrześcijanizmowi poczynał już kiełkować i za Alpami. Szereg reform, przedsięwziętych przez kardynała Colonna Orsini, uprościł i praktycznie zmodernizował główne arterie kościelnego życia, nadając ich funkcjonowaniu niebywałą od wieków sprawność. Z drugiej strony dawała się widzieć zewsząd gorącość serc i gotowość do poświęceń, przypominająca najświetniejsze czasy Kościoła.

W takich to względnie pomyślnych warunkach zastał papiestwo pojawiający się Prorok. Początek jego działalności na Wschodzie nie zetknął go z wyznawcami Chrystusa, wszyscy oni bowiem padli już ofiarą ostatniego prześladowania, albo jak papież uszli przed niem z granic Palestyny. Jeszcze przed Dardanelami jednak skutki nienawiści szerzonej przez Rabbiego, dały się odczuć gminom chrześcijańskim w Syrji i w Małej Azji, które przeważnie uległy zniszczeniu przez sfanatyzowanych zwolenników mistrza. W szerszych rozmiarach powtórzyło się to w krajach bałkańskich i węgierskich. Chrześcijanie ginęli tysiącami; tych, którzy uchodzili z życiem, dziesiątkowały zakaźne choroby, morzył głód. Chrystjanizm stawał wobec nowego kryzysu nieustępującego krwawemu prześladowaniu komuny. A Prorok szedł naprzód, zmiatając z oblicza ziemi to wszystko, co mu stawało na drodze, i było już zupełnie jasne, że dąży do władzy nad światem i że władzę tę zdobędzie, jeśli nie powstrzyma go coś nieprzewidzianego.

W Watykanie śledzono od pierwszych chwil działalność Rabbiego z niepokojem i uwagą. Ale wieści o nim przychodziły ogólnikowe i bezładne. Pisali biskupi Wschodu, ale pisali z kryjówek, do których schronili się przed zbliżającym się zaklętym wrogiem. Nie było nikogo, ktoby oko w oko mu się przyjrzał i zdał o jego działaniach sprawę jako świadek. Śpiżowy kardynał postanowił wysłać pewnych ludzi, którzyby przypatrzyli się Prorokowi zbliska i pośpieszyli do Rzymu dla zdania mu bezpośrednich wyjaśnień. Kilku wybitnych duchownych z różnych miejsc otrzymało rozkaz udania się do Budapesztu niezależnie jeden od drugiego w tej myśli, że jeden przynajmniej wyjdzie cało z tak trudnej przeprawy i pożądane wieści zawiezie do Rzymu. Jednym z tych mężów był ojciec Wincenty.

- I oto dlaczego spotykacie mnie tutaj! - skończył swe tłumaczenie ksiądz.

- Ależ pan narażasz się poprostu na śmierć! - zawołał ze współczuciem Strafford.

Ksiądz uśmiechnął się.

- Życie tyle ma wartości, ile z niego można poświęcić - zauważył spokojnie.

Ale Edytę dotknęły przykro słowa brata.

- Sądzę, że tu mniej niż gdziekolwiek grozi księdzu niebezpieczeństwo. Mordy i zbrodnie, popełniane przez motłoch, zdarzać się muszą tam tylko, gdzie wpływ Rabbiego nie sięga!

Ksiądz spojrzał na nią uważnie.

- Pani widziałaś go już?

- Tak. Mówił z nami.

- Za chwilę mamy przyjść do niego - dodał Strafford.

- Do jego mieszkania? - zdziwił się ksiądz, który bawił tu od dni kilku i obeznany był z panującemi zwyczajami. To bardzo wyjątkowe wyróżnienie!

- Tak! Okazał się wyjątkowo uprzejmym dla mojej siostry - wyjaśniał Strafford.

Ojciec Wincenty zwrócił się do Edyty.

- Tem bardziej powtarzam pani, com jej już mówił w Krakowie: strzeż się!

Strafford, który w gruncie niedaleko odbiegał od niechęci, jaką dla Rabbiego zdawał się czuć ksiądz, począł go rozpytywać, na czem opierała się ta niechęć. Zastrzegał jednak, żeby mu nie mówił o fałszywych prorokach bo to w końcu XX wieku trąci nadto myszką. Ksiądz skłonił głowę uśmiechając się.

- Nie będę mówił o prorokach fałszywych czy innych, choć ten człowiek sam mianuje się Prorokiem. Powiem tylko to, co dzieje się wkoło nas, w mieście - obozie Rabbiego, za jego wiedzą i wolą. Nie wiecież o tem, że codzień stąd rozchodzą się patrole po bliższych wsiach i miastach, a oddziały śledcze po dalszych okolicach kraju, by śledzić, więzić i śmiercią karać podejrzanych o chrystjanizm? Nie wiecie, że w ten sposób zginęło już wiele tysięcy naszych nieszczęsnych współwyznawców, a reszcie grozi zagłada?

Edyta próbowała opierać się, tłumaczyć. Myśl jej, przepełniona wrażeniem, jakie na niej uczynił mistrz, nie chciała widzieć nic z tego, co mogło rzucić cień na tę świetlaną postać. Pospieszyła też zwrócić rozmowę w inną stronę i nie dopuściła księdza do zrobienia uwagi co do zamierzonej audjencji. Pożegnali się chłodno, nie wspominając o ponownem spotkaniu. W oczach ojca Wincentego, utkwionych w młodą kobietę, malował się smutek.

Ale Edyta nie chciała myśleć o ojcu Wincentym ani o tem, co odeń słyszała. Dusza jej była przy mistrzu, pełna trwożnego oczekiwania. Bo nadeszła wyznaczona przezeń godzina.

Kazano im wejść do poczekalni. Była to obszerna izba, prawie pusta. Kilka bardzo prostych niewyściełanych sprzętów stało pod ścianami. Ściany pokrywał szary pokost, nie przepuszczający powietrza. Izba przypominała rozmównice klasztorne. Jedyną jej ozdobą była bronzowa płaskorzeźba, zawieszona naprzeciw wejścia. Przedstawiała ona postać ludzką o niezmiernie szlachetnych linjach ciała i o przejmującym wyrazie bólu i rozpaczy w obliczu. Postać ta przykuwała do siebie uwagę wchodzącego i niesposób było oderwać od niej oczu.

Strafford wpatrzył się w rzeźbę ciekawie.

- Pyszna rzecz! - zauważył. - Zapewne to postać owego zwyciężonego tytana, o którym tyle wczoraj prawił Rabbi.

Ale Edyta nie miała oczu dla dzieł sztuki, a wielki Odtrącony nie przedstawiał dla niej żadnego interesu. Cała jej dusza skupiona była w jednym wyrazie: On! I on stanął przed nią, nie każąc ani chwili na siebie czekać. Okrywał go jak zawsze biały płaszcz arabski, w miękkich fałdach opuszczający się ku ziemi dokoła jego wyniosłej i potężnej postaci. Skinął im ręką łaskawie, dając Edycie znak, by podeszła bliżej.

- Nie chciałem dłużej narażać cię na drażniącą ciekawość tłumu, - rzekł niskim swym melodyjnym głosem. Nie chciałem też, by obcy świadkami byli wyjątku, który chcę uczynić dla ciebie, pani. Posłany jestem na ten świat, by go wyzwolić z niewoli i zabobonu. Posłannictwo takie, to walka na życie i śmierć, walka, w której litość musi umrzeć, bo inaczej ginie ten, komu zmiękło serce. I dlatego muszę od mas wymagać, by wybierały między wolnością a niewolą, między mną a Nim! Wyjątek, jaki czynię winna osłonić tajemnica.

Zatrzymał się i patrzył na nią, jakby oczekując od niej potwierdzenia. Ona skinęła głową, dając znak, że go rozumie i że z nim się zgadza.

- Chciałem też, pani, mieć czasem kogoś przy sobie, z kim mógłbym zamienić myśl swobodnie. Otacza mnie moc wielbicieli: nie mam między nimi ani jednego przyjaciela. Czy pozostając tu na czas, chcielibyście być przyjaciółmi mymi, przystępując do mnie nie jak do władcy, ale jak do brata? chcielibyście przynieść mi nieoceniony skarb, jakim jest wolna myśl i dłoń podana szczerze?

Mówił do obojga, ale patrzał w nią jedną, ogarniając pieszczotą i słodkim jak pieszczota rozkazem jej oczy, wpatrzone weń, jakby je czar niewidzialny wiązał.

Oczy te wymownie przytakiwały słowom Rabbiego. Strafford odpowiedział na nie chłodnym, choć uprzejmym ogólnikiem.

- Więc umowa zawarta! - uśmiechnął się mistrz. - Przychodźcie do mnie codziennie o tej godzinie i mówcie ze mną jak z bratem. Poza temi drzwiami pozostanie Prorok i władca ludów: tu zdejmę ze skroni ciernisty diadem, jakim uwieńczyło mnie przeznaczenie, tu przy was stanę się tem, czem byłem dotąd tak krótko - człowiekiem!

- O tak! Tak! - mówiły oczy Edyty, świecące jak gwiazdy.

- Jeszcze jedno słowo! Czy pani nie odczuwasz zmiany w swoim stanie?

Młoda kobieta spojrzała na Rabbiego zdziwiona i zastanowiła się.

- To prawda, - rzekła powoli. - Doświadczam codzień po południu bólów, których dziś nie czuję.

- Czy czujesz pani rzeźwość i siłę, jakich ci przedtem brakło?

- Tak... O, tak!

- Bądź więc pani spokojną! Ból już nie wróci! Zarazek twej choroby zniknął. Jesteś zdrowa!

I z dumnym uśmiechem spojrzał kolejno na nią i na Strafforda. Profesor zbladł i rzucił się ku siostrze z twarzą drgającą wzruszeniem, ona jednak stała nieporuszona, nie odrywając oczu od mistrza.

- Wielki jesteś, panie, wielki i dobry! Wielbię cię!

On ręce przed siebie wyciągnął.

- Nie! - zawołał. - Nie tak! Bądź mi jeno siostrą dobrą i niech duch mój spocznie czasem w ożywczym cieniu twej przyjaźni!

 

Rozdział IV.

 

Tego dnia spotkał ich przykry zawód. Trąby, obwieszczające nadejście Proroka, nie odezwały się. Rabbi nie przybył. Zdarzało się czasem, że nawał prac państwowych albo niezdrowie wstrzymywało go w mieszkaniu, w którem nie przyjmował nikogo, prócz podwładnych urzędników, ale nikt nie śmiał pytać o powody ani o nich opowiadać niepowołanym. Pocieszano się tem, że nieobecność Proroka nie trwała nigdy długo.

Straffordowie poświęcili dzień ten dalszemu rozglądaniu się i rozpytywaniu. Wrażenia, odbierane przez nich, potwierdzały przeżycia wczorajsze. Rozmawiali z kilku uleczonymi. Jednym z nich był paralityk, którego przywieziono tu na wózku. Chodził teraz swobodnie, sławiąc cudotwórcę i zapewniając, że do końca życia nie opuści go i nie przestanie jednać mu zwolenników. Strafford zauważył jednak, że ilość uleczonych jest stosunkowo nieznaczną wobec mnóstwa chorych, rojami przeciągających przez ulice. Dotknął w rozmowie z nimi tego drażliwego punktu i ku niemałemu zdziwieniu spotkał się z tą samą zawsze odpowiedzią. To trudno! Wszystkich nie mógł Rabbi uleczyć! Trzebaby pozamykać szpitale i dać lekarzom inny kawałek chleba, gdyby cud zastąpił miejsce leczenia. A przecie tuż pod bokiem Proroka w Budapeszcie funkcjonują po dawnemu kliniki i ordynują specjaliści od różnych chorób, i tak będzie zawsze. Ale komu przeznaczono jest doznać cudu, na tego pada wzrok i łaska Rabbiego, i ten odrzuca szczudła i idzie!

Edytę bardziej jeszcze od uzdrowienia chorych zajmował stosunek mistrza do chrześcijan, do których wciąż wracała myśl jej tem uparciej, im chętniej wolałaby o nich zapomnieć. Zdziwiło ją, że przedmiotu tego dotykano niechętnie i wykręcano się od dawania odpowiedzi. Stało to w dziwnej sprzeczności z rezygnacją, z jaką mówiono jej o kilkomiesięcznych daremnych staraniach, by zwrócić na siebie uwagę mistrza i otrzymać odeń zdrowie... O chrześcijaństwie nie chciano zgoła wspominać, jakby go nie było. Na pytania odpowiadano ruszaniem ramionami, zagadywaniem o czem innem lub uwagą, że to całkiem przestarzałe i szkoda czasu na zajmowanie się tak nieistotnemi sprawami. Niektórzy oglądali się trwożliwie, a nawet umykali.

- Po co to w złą godzinę o takich niebezpiecznych rzeczach mówić? - odpowiedziała z wyrzutem jakaś starsza kobieta, zbaczając szybko w boczną ulicę, by uniknąć dalszej indagacji.

Tego popołudnia zabrzmiały przeciągle i uroczyście trąby. Na kwadratowym placu tłum falował jak morze. Rabbi miał w obyczaju przechodzić każdego dnia jedną z połaci czworoboku, rozsypując pomiędzy napotkanych tam niemocnych słowa, pełne ukojeń i upragnione dobrodziejstwa. Nie było wiadomo w jaką zwróci się stronę: odgadując, ludzie nieraz mylili się, i przez długie tygodnie i miesiące mijali się z cudotwórcą. Straffordowie postanowili narazie nie cisnąć się do niego, ale popatrzeć zdaleka i posłuchać przemowy. Poradzono im, by stanęli w pobliżu wzniesienia. Ten sam ład, jaki zauważyli od pierwszej chwili w całej organizacji, panował i tutaj. Teraz jednak mogli się przekonać, że ład ten opierał się nietyle na własnej woli, ile na roztropnie zastosowanym przymusie. Wśród publiczności, zgromadzonej na placu, uwijały się tysiące konstablów: jeden znak z ich strony wystarczał dla kierowania całym tłumem, który odnosił się do tych ludzi nie tylko z zupełną uległością, ale i z widocznym lękiem.

Strafforda zdziwił ten, nie po raz pierwszy już spotykany objaw: zwrócił się też do jednego z najpoważniejszych sąsiadów swych na placu po objaśnienie. Zagadnięty wpatrzył się weń szeroko rozwartemi oczyma.

- Pan tu chyba dopiero co przybyłeś? - spytał.

- Tak jest, ale...

- Ano, właśnie: rozumiem.

I nie dodając ani słówka objaśnienia, odwrócił się i odszedł o parę kroków.

Strafford zaciekawiony zwrócił się do kogoś innego: w odmiennej formie skutek był ten sam. O milicji i o chrześcijanach nikt z nim nie chciał rozmawiać. Niedługo przekonał się, że wogóle co do spraw, tyczących się władzy, panował wśród tego miljonowego zbiorowiska ludzkiego ten sam bezwzględny wstręt do wyjawienia myśli z wyjątkiem powtarzanych ze wszystkich stron ogólnikowych hymnów pochwalnych na cześć Rabbiego.

- Tu jednak nie jest wszystko tak prostem, jak mi się z początku zdawało! - przyznał profesor.

I począł dawać większe jeszcze baczenie na to, co działo się koło niego.

Tymczasem jednak trąby zagrały drugi raz na znak, że Prorok wyszedł z mieszkania i znajduje się na placu. Istotnie, poza estradą tłum rozstąpił się szeroko i równo jak pod sznur, i na utworzonej w ten sposób ulicy pojawił się człowiek, będący miljonów tych panem.

Ujrzeli go i mogli przypatrzeć mu się dokładnie. Łatwo go było poznać, powierzchowność jego bowiem odpowiadała opisom. Był wysoki, silny w ramionach, smukły i imponujący. Długie krucze włosy spadały mu dokoła ściągłej twarzy o ostrych, regularnych rysach: włosy te były zwichrzone i kręciły się naturalnie grubemi kosmykami. Oczy czarne, wyraziste wrzynały się głęboko w twarz, na którą spoglądał: blasku ich trudno było wytrzymać, tak samo, jak niesposób było oprzeć się słodyczy jego uśmiechu. To jednak, co w postaci tej uderzało przedewszystkiem, to była jej moc i władztwo. Czuło się odrazu, spojrzawszy nań, że człowiek ten stworzony jest dla sterowania innymi i przygniatania swą wielkością. Ale był w nim też i bezmierny spokój, równolegle z opanowaniem innych opanowanie siebie. Szedł bez orszaku, sam jeden, zatrzymując się co krok dla wysłuchania proszących, broniąc im zewnętrznych oznak czci i wdzięczności nakazującem wejrzeniem. Z miejsca, w którem się umieścili Straffordowie, nie tylko mogli go dostrzec, ale dzięki akustycznym muszlom, rozstawionym dokoła placu, słyszeli każde jego słowo. Wnet też dane im było ujrzeć to, dla czego przybyli tutaj: cudowne uzdrowienie.

Kobieta jakaś, oparta na ręku drugiej, wysunęła się nagle z szeregu ku nadchodzącemu mistrzowi, i wyciągnęła ku niemu ręce, osuwając się na kolana. On zwrócił się ku niej powoli.

- Powstań, siostro moja, - rzekł metalicznym, tłumionym nieco głosem, który dźwięczał jak srebro. - Chcesz mnie uczcić, to uczyń to w sercu swojem, bo w zewnętrznych hołdach nie kocham się. Nie mów nic: czytam w twej duszy, czego chcesz. Wierzyszli we mnie?

- Wierzę, o panie mój! - jęknęła ślepa.

- I nikomu prócz mnie nie chcesz więcej służyć?

- Nie chcę, panie!

- Niechże ci się stanie podług wiary twojej! Rozkazuję: niech spadną zawiązki z oczu twoich!

Mówiąc te ostatnie słowa podniesionym głosem, przyłożył obie dłonie do jej czoła, potem zaś odstąpił, przechodząc do innych. Kobieta zerwała się z klęczek i krzyknęła głosem wielkim:

- Boże! Dzięki Ci! Widzę!

On odwrócił się ku niej szybkim ruchem, a brwi ściągnęły mu się na czole.

- Pamiętaj, komuś winna wdzięczność i komu przyrzekłaś dopiero niezachwiane służby! - rzekł surowo. - Do błędnych ścieżek dawnego życia nie wolno ci wracać!

Kobieta spuściła głowę, podnosząc do ust kraj jego szaty.

- Bo inaczej wzrok wrócony ci, znów utracisz! - dodał Rabbi.

- Będę pamiętać, o panie! - odrzekła pokornie.

Audiencje trwały dalej. - Strafford jednak zauważył, że Rabbi cały szereg osób słuchał zawsze z równą uwagą, nie zbliżając się jednak do nich i odpowiadając jedynie ogólnikowemi słowami pociechy na ich skargi i błagania. Dopiero znacznie dalej kazał podejść do siebie matce, podnoszącej ku niemu dziecię. Zdawało się w agonji, tak było sine i drżące. Dotknięte dłonią mistrza dziecię uspokoiło się, a na zsiniałych usteczkach pojawił się uśmiech. Matka tuliła je do piersi, oczom własnym nie wierząc.

- Panie, czy to możliwe? On będzie żył?

- Będzie tak długo, póki ty mnie nie odstąpisz! - dorzucił jej twardym nieco głosem, przeszywając ją spojrzeniem. - W dniu, w którym ty mnie odstąpisz, zginie!

Kobieta rękę swobodną od dźwigania dziecka podniosła w górę.

- O, przysięgam...

- Nie przysięgaj, ale pamiętaj, - zakończył mistrz, zwracając się do innej kobiety w pobliżu. Była ona młoda jeszcze, ale wychudła i wynędzniała, z widocznem piętnem bliskiego końca na twarzy, okrytej ceglastemi wypiekami. Przed nią natłoczyło się wiele osób i nie miała widocznie nadziei wydostania się naprzód, bo i sił brakło, i konstabl nie puszczał. Zdarzało to się pewnie nie pierwszy raz, i twarz chorej nosiła na sobie ślady śmiertelnego znużenia. Patrzała przed siebie tępym wzrokiem, straciwszy widocznie nadzieję pozyskania dla swej nędznej postaci miłościwego wejrzenia Proroka. I oto nagle Prorok utkwił w niej swój orli wzrok, dając jej znak, by wystąpiła z tłumu.

Nie zrozumiała w pierwszej chwili że o nią idzie, potem zmieszała się i zalękła, pochylając się przed nim w niskim pokłonie, wkońcu jednak uspokoiła się i z ufnością podniosła nań oczy. Ale spojrzenie to znów napełniło ją trwogą. Ten, w którego ufała, który stał przed nią jako ostatnia deska ratunku w jej niedoli, on patrzał na nią strasznym, nienawiści pełnym wzrokiem. Wzrok ten ją zmiażdżył. Osunęła się na kolana i splotła błagalnie dłonie.

- Panie, ratuj! - szepnęła zdławionym głosem.

Ale on zmarszczył się jeszcze bardziej, a w oczach błysnęły mu żagwie.

- Jak ty śmiałaś! - syknął przez zaciśnięte zęby. - Jak śmiałaś!

Kobieta zdawała się nieprzytomną z przerażenia.

- Panie, łaski! Ja nic nie wiem...

On nie słuchając postąpił ku niej o krok bliżej i pochylił się nad nią jak dziki zwierz, gotujący się do skoku.

- Do mnie przychodzisz, nieszczęsna, do mnie, i z tem! - ryknął nie hamując wściekłości i pochwycił ją za gardło. Kobieta nie opierała się. Brakło jej sił i zmartwiała ze strachu. Rabbi wydobył z pod rozerwanej koszuli srebrny łańcuszek z krzyżykiem, zerwał ogniwa i rzuciwszy krzyżyk na ziemię, uderzył weń nogą.

- Pluń na ten zabobonny amulet! - krzyknął, odskakując i odsłaniając leżącą w prochu pasyjkę. - Pluń i zdepcz, jak ja zdeptałem, albo giń!

Kobieta nie ruszała się z miejsca, osłupiałym wzrokiem wodząc od Rabbiego do krzyża. Najbliżsi jednak poczęli ją trącać i namawiać szeptem.

- Uczyń że to! Uczyń prędzej!

- On tak każe!

- To konieczne!

- Bez tego nie będzie ratunku!

- Ale będzie gorsza męka przed końcem!

Chora pozostawała na klęczkach, nie spełniając rozkazu. Słyszała to, co jej szeptano, i twarz jej mieniła się szeregiem sprzecznych uczuć. Raz już pochyliła się nad pasyjką i wtedy znów ktoś ją ztyłu zachęcił do usłuchania rozkazu, ona jednak głową potrząsła i usta zacisnęły się jej z wyrazem postanowienia.

- Czyś mnie słyszała? - zapytał znów Rabbi. Jesteś nad przepaścią: za niewiele dni pochwyci cię śmierć. Możesz uniknąć nieszczęścia, mogę ci wrócić zdrowie, ale potrzeba wolę twą ugiąć przed moją i zerwać z zabobonem. Cóż?

Kobieta powstała z trudnością z klęczek.

- Nie, panie! - odparła cichym, ale stanowczym głosem. Jam chrześcijanka i chrześcijanką umrę. Gdybym wiedziała, czego ode mnie będziesz żądał, nie przyszłabym. Nie!

Chciała cofnąć się w tłum, ale tłum nie rozstąpił się przed nią.

Lud wzburzył się. Rozległy się okrzyki zemsty. Sto zaciśniętych rąk podniosło się przeciw niej.

- Proroka pohańbiła!

- Przeciw mistrzowi czyni!

- Świętokradztwo!

- Kara! Kara!

- Śmierć jej!

Zaciśnięte ręce opadły z głuchym łoskotem i znów się podniosły. Zniknęła w tem morzu ludzi. Za chwilę ujrzano ją znów. Okrytą potokami krwi podniosła z ziemi, ratując od pomsty rozjuszonego motłochu, silna dłoń Proroka. Równocześnie jego głos rozebrzmiał potężnie na plac cały:

- Uspokójcie się, dzieci moje! Zabraniam jej dotykać! Mnie zostawcie pomstę!

Uciszyło się wszystko. Wzburzone bałwany legły posłusznie u stóp swego pana. Wszystkie oczy zawisły u jego ust. A on mówił, trzymając wciąż zwisłą mu na ramię kobietę:

- Ta kobieta przyszła do mnie po ratunek i zhańbiła mnie. Ohydny zabobon zamierzchłych wieków przeciwstawiła mocy mej i własnemu ratunkowi. Was uniosło słuszne oburzenie, ale uniosło za daleko. Czemże ona jest, a czem ja! I czyż godzi się złem za złe płacić? Wszak tego zabrania i ów za zbrodnię przeciw państwu ukrzyżowany uwodziciel żydowski! Ale ja chcę więcej uczynić od uwodziciela!

Zamilkł i powiódł okiem po słuchających z zapartym oddechem.

- Dlaczegóż żądałem od niej, by odrzuciła precz ten fetysz wstrętny oku, a hańbiący ducha? Chciałem ją ocalić od zabobonu, uzdrowić zarazem ciało i duszę! Odepchnęła mnie? Dobrze! Sądzicie, że winna jest kary? Ukarzę ją!

Pochylił się nad zemdloną, kładąc jej rękę na głowie i tchnął jej w usta. Zbudziła się i powiodła dokoła zdziwionem okiem.

- Idź! Jesteś uleczona! - rozbrzmiał głos mistrza.

I popchnął ją lekko w szeroką ulicę, jaką uczyniły dla niego rozstępujące się tłumy. Ona jednak nie ruszała się z miejsca, przyciskając ręce do piersi. Nagle krzyk wydarł się jej z ust.

- Jam naprawdę zdrowa! Oddycham! Żyję!

I upadła znów do nóg Prorokowi. On jednak odsunął ją od siebie łagodnie, ale stanowczo.

- Nie masz nic wspólnego między mną a tobą, niewiasto! Otrzymałaś, czegoś żądała: teraz odejdź!

Ale ona przypadła do jego stóp i nie chciała oderwać się odeń.

- Nie, zbawco! Nie odejdę! Uczynię, co każesz! Wszystkom ci winna, będę wdzięczną!

I chwyciwszy z ziemi pasyjkę, namiętnym ruchem uderzyła nią o ziemię.

- Niech przepada! - krzyknęła w histerycznem uniesieniu.

Oblicze Rabbiego rozjaśniło się słonecznym wyrazem. Położył dłoń na jej głowie i rzekł jej słodko:

- Pójdź za mną, córko i nie opuszczaj mnie nigdy!

- Nigdy! - krzyknęła, łkając uleczona, a on szedł dalej, rzucając po drodze słowa pociechy i pokrzepienia, zatrzymując się czasem dla cudownych uleczeń, których kilka jeszcze obwołały dalszym tłumom radosne okrzyki stojących bliżej. Wreszcie Rabbi zawrócił i wstąpił na estradę.

Widok, jaki mu przedstawiał się z podwyższenia, był istotnie jedyny w swoim rodzaju. Miał przed sobą morze głów ludzkich, miljony wpatrzone w niego, zaniemiałe w podziwie, czci, oczekiwaniu. Była to niesłychana mozaika barw i typów. Wszystkie narody świata miały tu mnogich przedstawicieli, a choć narodowe stroje zostały przeważnie wyrugowane przez kurtę i bluzę, było jednak malowniczych wyjątków sporo, zwłaszcza, że jądro wiernych pochodziło z Syrji i Azji Mniejszej, gdzie dawny strój i obyczaj zachowały się przeważnie bez zmiany. Bieliły się też szeregiem jasnych plam arabskie burnusy i beduińskie haiki obok cylindrycznych czapek barankowych, znamionujących Persów, olbrzymich turbanów kurdyjskich i dziwacznych mitr na głowach Indusów, a tuż obok błyszczały dzikie oczy i szerokie rękawy u koszul czikosów z puszt węgierskich, czerwieniały jak maki spódnice morawskich dziewcząt i żupany huculskich gazdów. Cały ten tłum wielojęzyczny porozumiewał się między sobą rodzajem niedawno wynalezionego volapüku, który był zarówno łatwy jak niezbędny wobec międzynarodowego charakteru rządów świata, ale gwarę tę dopiero Rabbi podniósł do godności języka, uszlachetniając ją i wzbogacając całą potęgą genialnej wyobraźni w codziennych przemówieniach, z których każde przydawało jakieś nowe formy, wnet naśladowane przez ogół.

Teraz jednak żaden, choćby najlżejszy szept nie przerywał ciszy, gdy na trybunie, zajmującej przód wzniesienia, pojawił się mistrz w zwykłym swym białym płaszczu, którym niezmiennie okrywał europejską odzież. Głowę miał odkrytą, czarne włosy unosiły się dokoła jak wicher, z oczu padały błyskawice.

Mówił z początku cicho, ale tak wyraźnie, że go słychać było nawet na krańcach czworoboku: stopniowo głos mu tężał, i rozbrzmiewał coraz potężniej, aż wreszcie runął piorunem, rozlał się ognistą lawą.

Mówił o posłannictwie swojem. Czemże jest świat obecny? Domem krzywdy i niedoli! Garść bogaczów opanowała go i ssie mu krew, jak wężowisko pijawek, obróciwszy ludy w niewolę gorszą od murzyńskiej. Ale i ludy są winne! Przez długi ciąg wieków znosiły tego potwora, jakim była wojna, i tego drugiego, straszniejszego, jakim był zabobon, a gdy dorwały się władzy, nie zaprzestały przelewu krwi, owszem zhańbiły się najgorszemi okrucieństwami. Chciały wszystko przeistoczyć i wszystkiem zawładnąć, dały się unieść podmowom najgorszych i najgłupszych, wysuwając ich na przodujące stanowiska, z których strącono uczciwych i mądrych, i oto nadszedł moment, gdy ludzkość obróciła się przeciw nim i stali się sami sobie obrzydliwością. Ale kara przeszła o wiele winę. Czemże jest dziś los warstw pracujących? Głód, nędza, poniewierka, zbydlęcenie. Chcieli mieć ośmiogodzinny dzień roboczy, potem sześciogodzinny, potem monopol dostatku i używania, a teraz idą od świtu do nocy przygnieceni brzemieniem trudu ponad siłę, deptani stopą dzisiejszych panów świata, odrzuceni od wszystkiego, co szlachetniejsze i lepsze, co ludzkie...

Zaprawdę, gdy ich, tu widzi w łachmanach dawnej świetności, przybiegających ze wszystkich stron świata z błaganiem o ratunek w swej nędzy, serce jego oblewa się goryczą i gotów bluźnić wyższym mocom, które dopuściły taką otchłań biedy i rozpaczy! Ale wyższe moce wiedzą, co czynią, i wyroki ich są zawsze sprawiedliwe, a losy ludzkie na ziemi są zasłużonem odbiciem tego, co było przedtem. A cóż to było przedtem na ziemi? Co stało się przyczyną niedoli, jaka świat ten opanowała?

Słuchajcie!

- Na początku wszechrzeczy władał światem duch wielki, mocny i łaskawy, bóg słońca i kwiatów i wesela. Słało mu się ochotnie pod nogi wszystko, co żyło, radosne dobremu panu służyć, i rozkosz władała światem. Mądrość Egiptu, poznanie tajników przyrody w Indjach, piękno i pogodny czar życia Hellady - wszystko to były owoce tego ducha światłości, którego śladem szła radość życia. I zdawało się, że tak trwać będzie wiecznie, i że ludzkość wciąż iść będzie tą kwiecistą drogą, słoneczną. Stało się jednak inaczej...

Był w bezmiarze wszechświata duch potężny, śmiertelnie dobremu władcy wrogi, o jego moc i piękność zawistny. Przed wiekami już między dwoma mocarzami toczył się bój straszliwy, którego pioruny zapaliły niebiosa i otchłanie. Darmo wytężył biały bóg całą moc, darmo wsparły go silnemi barki tytany i wspaniałe duchy podwładne, stanowiące podnóżek jego tronu: posępny wróg okazał się mocniejszym... I oto od wieków kryje swój majestat w otchłani wielki Zwyciężony, chowając na nowy bój mądrość swą i nieskruszoną potęgę. Bo bój ten odnowi się, gdy wybije wyroczna godzina, a wtedy zwyciężony stanie się zwycięzcą, i strąci w proch swego przeciwnika, i zasiądzie na jego majestacie i królestwu jego nie będzie końca...

Zwyciężony w przestworach niebieskich dobry władca przez szereg wieków zachował moc swą nad ziemią i rozkwitała mu ona w twórczych dłoniach, jak wonny kwiat. Tego jednak ścierpieć nie mógł wróg, nienawistny światłu i kwiatom. Więc zstąpił na tę ziemię, która żyła dotąd chwalą swego pana, by na nią nałożyć ponure swe jarzmo. Przyszedł do uwieńczonej różami i rozszalałej w bachicznym korowodzie, przyszedł do córy Afrodyty i kochanki Dionizosa, przyszedł i narzucił jej czarną zasłonę, i posadził na worku z popiołem i kazał zaprzeć się wesela i światła i rozkoszy... Zmilkły fletnie, rozbrzmiewające chwalą piękna i miłości i uwiędły róże. Nie w cienistych gajach, kędy chadzali mędrce, ale w zatęchłych wilgocią podziemiach katakumb krzewić się odtąd miała myśl ludzka, krwi ofiarnej żądną, rzucając anatemy wszystkiemu, co chciało żyć i czuć.

Ziemia stała się odtąd łez padołem. Godła męki i śmierci utworzyły podstawę i oś środkową nowej, smutnej wiary, a szubienica starożytnych, krzyż, najwyższym jej symbolem. Świat zastygł i zamarł w tem pieszczeniu się ze śmiercią i zagasły sterujące mu światła.

Ale samobójczy obłęd wiecznie trwać nie może. Zmęczona długo ciążącą jej zmorą ludzkość ocknęła się wreszcie. Krzyż przestał pociągać ku sobie narody, duch ludzki rwać począł narzucone pęta, ujarzmione zmysły wielkim głosem wołać jęły o swe prawa. Ludzkość odwróciła się od fałszywego Proroka z Nazaretu, odrzucając od siebie ze wstrętem tak długo cierpiany zabobon. A na zegarze Przeznaczenia wskazówka stanęła już na wyrocznej godzinie, w której Zwyciężony ma zerwać swe pęta, uwalniając siebie i wszechświat!

I oto dobra nowina, z którą przychodzę do was! Czekały na nią mnogie pokolenia, tęskniły ku niej wszystkie duchy szlachetne i wolne: wam dane zostało dożyć tej szczęsnej chwili. Uwierzyliście mi i poszliście za mną: jesteście więc godni stać się zawiązkiem tego wojska, które godło zwyciężonego boga weźmie sobie za sztandar i pójdzie w bój zwycięski dla przywrócenia królestwa jego na ziemi!

Tyle na dziś, wierni moi! Odsłoniłem wam rąbek zasłony, niedługo już może odkryję przed wami całą tajemnicę, wskażę posłannictwo, jakie wybranym przypadło w udziale, wyjawię imię, którego znak wypisany wam będzie na czołach i wypalony w sercach, jako cudowny szibolet, który zapewni wam nieomylne zwycięstwo.

Tymczasem idźcie przetrawić w myślach waszych, coście tu słyszeli i wydrzeć z ducha waszego wszystko, co jest resztką zabobonu, nicią ostatnią, wiążącą was z tym światem, który musi zginąć bez śladu. Hasło moje na dziś: Bądźcie gotowi i wierni! Precz z więzami kapitalizmu, precz ze wszystkiem, co krępuje waszą wolność, ale nadewszystko precz z ohydnym zabobonem, który więzi wasze serca i panu waszemu zamyka powrót do dziedzictwa jego!

 

Rozdział I.

 

Henryk Strafford siedział przy biurku w swej pracowni z ręką opartą o klawisze maszyny do pisania, ale ręka nie poruszała się, a myśl błądziła daleko. Godzina była późna, ale gabinet zdawał się oświetlony dziennem światłem, płynęło ono bowiem równomiernie z ukrytych gzemsami otworów. Umeblowanie cechowała prostota i powaga. Kilka starych, cennych płócien, popiersi i grup z iwoaryny, coraz bardziej wycieśniającej niemiły dla oka marmur; parę szaf z książkami, parę innych z fonografami zastępującemi przeważnie druk i pismo; podłoga okryta płytami niedawno wynalezionego metalowego aljażu, mającego miękkość i puszystość wschodniego kobierca bez jego właściwości, szkodliwych dla zdrowia. Wszystkie sprzęty i drobiazgi podręczne miłe były dla oka, łatwe w ujęciu i niespożycie trwałe, a za materjał dla wszystkich służyły zamiast tkanin i drzewa rozmaite inne mniej lub więcej nowo wynalezione aljaże.

Była to bowiem epoka wynalazków praktycznych, udogodnień życiowych i zbytku. Po wszechświatowej wojnie 1914 r. i przewrotach, które stały się jej następstwem, powtórzyło się w całym świecie to, co przeżyła Francja po upadku Teroru. Reakcja była tem powszechniejszą i bardziej gwałtowną, im cięższym był demagogiczny ucisk i nieznośniejszem panowanie proletarjatu. Miejsce nienawistnych dogmatów społecznego i politycznego radykalizmu zajęły hasła ładu, rychło przeistoczonego w reakcję. Kapitalizm mścił się, zakuwając pracujące masy w twardsze, niż kiedykolwiek przedtem kajdany, krwawemi represjami i głodem zmuszając opornych do milczenia. Trusty i monopole zawładnęły światem, zastępując parlamentaryzm dyktaturą.

A równocześnie z tem rozpoczęła się niesłychana orgja bogactw i użycia. Kult złotego cielca i rozkoszy wygniótł wszelką religję i etykę. Zniknął wstyd, zamarła litość. Pracujące tłumy poddane zostały specjalnym rygorom i zamknięte w osobnych dzielnicach i miastach, by biedą i niechlujstwem nie razić wyrafinowanego wykwintu bogaczów. Po wszystkich krajach świata surowe ustawy przykuwały robotnika do jego warsztatu, jak niegdyś chłopa do gleby. Niewolnictwo zmartwychwstawało, cynicznie odrzucając osłaniające je dotąd pozory.

Strafford myślał o tem i przenikliwy ból ściskał mu serce. Wszak własne jego życie związane było z faktami temi tak ściśle. Jeszcze był chłopięciem, gdy ojca jego na śmierć skazał trybunał rewolucyjny za to, że bronił praw własności prywatnej na katedrze uniwersytetu w Cambridge. Wówczas to matka, Polka, wywiozła go do ojczyzny swojej wraz z malutką siostrzyczką, gdzie po latach objął w Krakowie taką samą katedrę, jaka ojcu jego dała sławę pierwszego ekonomisty w Anglii. Lecz teraz oto staje przeszkoda nie tak krwawa jak owa, która odebrała życie Sydnejowi Straffordowi, ale może jeszcze boleśniejsza. Wstępując w ślady ojca, zyskał już sobie rozgłos i uznanie. Młodzież tłoczyła się na jego wykładach, podnosząc jego imię jak sztandar; świat naukowy mimo młodego wieku liczył się z nim jak z pierwszorzędną powagą, i oto nagle padł grom. Zapatrywania jego były ściśle te same, za które komuniści ojca jego zawiedli na szafot: obecnie warstwy kierujące uznały zapatrywania te za niebezpieczne dla spokoju publicznego, bo zatrącające o socjalizm i rewolucję i postarały się o suspendowanie go. Henryk Strafford mówił sobie w tej chwili, że komuniści angielscy łaskawsi byli dla jego ojca, niż polscy zachowawcy dla niego.

Lekkie pukanie do drzwi rozbudziło go z zadumy. Obejrzał się: na progu stała jego siostra ze zwykłym swym łagodnym, napół macierzyńskim uśmiechem na ustach.

- Dobry wieczór, droga! Tak wcześnie wracasz z koncertu?

- Wcale nie tak wcześnie - odpada swym dźwięcznym, kontraltowym głosem. - Już po jedenastej!...

- Doprawdy? Nie przypuszczałem. I cóż jeszcze, siostrzyczko?

- Kalina Roztocka odwiozła mnie, i jest w salonie...

Białe czoło profesora zachmurzyło się zlekka.

- Czy mam iść do niej? - zapytał z nieco przymuszonym uśmiechem, podnosząc się z krzesła.

- Przeszkadza ci to?

- Tak dalece nie, ale...

- Ale przecież przeszkadza! Nie kłopocz się! Wymówię cię przed nią.

- Tak! Ta nieoceniona migrena...

Ona głową potrząsła.

- Nie! To byłby wykręt! Powiem poprostu, żeś zajęty.

- Kiedy ja właściwie nie jestem zajęty...

Panienka zaśmiała się wesoło, chwytając brata za rękę.

- A, jeśli tak, to zabieram cię bez ceremonii. Gdybyś pracował to co innego, ale jeśli idzie o oderwanie cię od próżnych myśli, któremi się zagryzasz, gotowam użyć siły!

I pociągnęła go za sobą przez parę pokoi do jasno oświetlonego saloniku, w którym pomiędzy gąszczem palm i bukietami kwiatów syczał srebrny samowar, a poza nim różowiała koronkami oszyta sukienka.

- Patrz, Kalinko, jaką zdobycz ci przyprowadzam. Niczem borsuk w jamie i niedźwiedź, kryjący się przed ogarami w najdalsze ostępy boru.

- To więc ja tak przestraszyłam profesora, że aż trzeba go było dostawiać tutaj przy pomocy domowej żandarmerji? - zaśmiała się panienka w różowej sukni.

- Przyzna pani, że jest to w duchu czasu - zauważył Strafford, ściskając jej rękę.

Parma Kalina zatrzepotała rączkami, sypiąc iskry z brylantowych pierścionków.

- Ani słowa o polityce! Nie zasnęłabym tej nocy! Śniłyby mi się okropne baby z dziećmi na ręku i głodni robotnicy w brudnych bluzach!

- Tak się pani brzydzi ubogimi i głodnymi?

Panienka zwróciła się do swej towarzyszki z miną rozkapryszonego dziecka.

- Powiedz mu, Edyto, żeby mnie nie kłuł tymi ohydnymi, biednymi i głodnymi! Papa mówi, że w najbliższej sesji senatu wniesie projekt zakazu dla tych brudasów włóczenia się po naszych dzielnicach i wstępu do publicznych parków!

Edyta Strafford poruszyła się gwałtownie.

- Sama nie wiesz, co pleciesz, Kalinko - zawołała, rzucając niespokojnym wzrokiem na brata. Nie zrozumiałaś pewnie ojca i robisz się gorszą niż jesteś, któż śmiałby do tylu udręczeń, jakie dziś znoszą biedacy, dodawać jeszcze niewolę, pozbawiać ich odrobiny świeżego powietrza po pracy?

Ale Kalinka upierała się przy swojem. Przykro jej zasmucać przyjaciółkę i spadać z czwartego piętra w opinii Strafforda, ale trudno! W cudze piórka stroić się nie będzie! Ma antypatje, których nie myśli ukrywać, ale ma też i zasady. Proletariat trzeba znosić, trzeba też o niego troszczyć się i jego potrzebom czynić zadość, jak troszczymy się o bydło robocze, ale trzeba równocześnie oddzielić się od niego nieprzebytym wałem. Czy Edyta zapomniała, czem były rządy proletariatu, począwszy od paryskiej komuny i rosyjskich sowietów, stanowiących dopiero przegrywkę, a kończąc na tej przeklętej zmorze, jaką były dwadzieścia kilka lat komuny wszechświatowej? Nie, nie! Niech jej nie mówią o robotnikach, o głodnych, wydziedziczonych! To dzika horda, którą trzymać należy na żelaznem wędzidle i tyle właśnie dawać jej praw, co brytanowi, uwięzionemu na łańcuchu.

Mówiąc w ten sposób panna Roztocka trzymała główkę wysoko podniesioną i nozdrza miała rozwarte jak koń rasowy. Była to piękna dziewczyna, stanowiąca zupełne przeciwieństwo typu i charakteru z Edytą. Maleńka, niezwykle zgrabna, z główką obramowaną puklami jasnozłotych włosów przypominała całkiem dziecięce główki Greuza. Rysy nie były regularne, tworzyły jednak całość nad wyraz ponętną i uroczą, czarne aksamitne oczy paliły jak węgielki, a cała ta miniaturowa figurka zdawała się ulepioną z saskiej porcelany i aż prosiła się, by ją schować za witrynę z obawy potłuczenia.

Edyta Strafford była przedewszystkiem o dziesiątek lat starszą od swej bardzo jeszcze młodziutkiej przyjaciółki i jeśli w tej ostatniej było coś z przekornego chochlika, ją można było porównać trochę do wysmukłej lilji, a trochę do anioła, rozpościerającego śnieżne skrzydła nad duszą zwierzoną jego pieczy. Była przedziwnie piękną tą idealną pięknością angielskich dziewic, której tak trudno sprostać kobietom z kontynentu, ale to, co przeważało w czynionem przez nią wrażeniu, to była wprost bezgraniczna dobroć, i ona to nadawała tej kobiecie, zbliżającej się do południa życia, tę promienną jasność, która szła od niej jak od postaci świętych u starych bizantyjskich mistrzów.

Strafford porównywał w myśli te dwie kobiety, tak piękne obie, a tak odmienne od siebie, i uczuł wielki smutek. Czemu to dziewczę, mające wdzięk kwiatu, nie miało duszy?

Edyta, jak zwykle, odczuła to, co się działo w sercu brata i utkwiła w nim oczy, błagające o wyrozumiałość. On zrozumiał i skinął jej zlekka głową, rzucając jakieś obojętne słowo dla odwrócenia rozmowy, ale Kalina zauważyła gest i tem energiczniej trzymała się drażliwego tematu.

Edyta kilkakrotnie próbowała powstrzymać potok jej wymowy. Piękna jej twarz przybierała coraz bardziej wyraz przykrości i zakłopotania, a oczy wciąż biegły do brata z tą samą niemą prośbą. Ale panna Roztocka uznała wreszcie, że dość już uczyniła dla zapewnienia sobie zwycięstwa. Uśmiechnęła się też w sposób zdolny zawrócić głowę całemu kolegium profesorów i szepnęła do ucha Edycie, tak jednak, by Strafford mógł słyszeć, że ona ta wszystko mówi jedynie z przyjaźni i troski o niego, że nie chce patrzeć na to, jak ten genialny człowiek marnuje całą swą przyszłość dla teoryjek, które, jeśli są prawdą, znajdą dla siebie drogę i narzucą się światu, teraz jednak nie przyszedł na to czas i bronić ich znaczy tyle, co głową w mur uderzać. I któż to popełnia podobne szaleństwo? Ten, który za lat kilka, gdy dojdzie do pełni wpływów i władzy, będzie mógł dyktować ogółowi swe poglądy, swoją wolę...

Panienka mówiła w ten sposób przez chwilę, nie wywołując już jak przedtem rozpaczliwych protestów przyjaciółki, kiedy nagle urwała, jakby przypominając coś sobie i zalała się naraz srebrnym śmiechem.

- Wiecie, byłabym zapomniała, a noszę się z tem przez cały dzień! To takie paradne!

- Cóż takiego! - spytała Edyta, obejmując młodą dziewczynę i zaglądając jej w oczy z macierzyńską czułością.

- Wyobraźcie sobie, że pan Henryk ma rywala!

W oczach panny Strafford mignął cień zaniepokojenia.

- Rywala? w czem?

Panienka śmiała się dalej ubawiona.

- Ach, bo wyobraźcie sobie tylko, było u nas jak zawsze kilku panów z giełdy na śniadaniu i opowiadali, że pojawił się prorok, słyszycie? prorok w naszych czasach!

- Prorok? - zagadnęła Edyta. - To bardzo ciekawe!

- Tem ciekawsze, że prorok ten głosi identycznie te same piękne rzeczy, z powodu których próbowano pana wyrzucić z siodła, na szczęście daremnie.

- Jakto - daremnie? - zapytali równocześnie Strafford i Edyta.

- Ano tak, bo przecie to wszystko, co było rozumnego w senacie wpłynęło na Radę Dziesięciu, która zdecydowała, że do człowieka tej miary, co Strafford, - kłaniajże się pan! nie można stosować takiej cenzury, jakiej podlega pierwszy lepszy gryzipiórek i bakałarz, i że na pewnych bardzo wysokich stanowiskach umiarkowana fronda jest tem samem, czem sól w potrawach.

- To musiał ojciec pani powiedzieć, - uśmiechnął się młody profesor - a i to rozumiem, że on to wielkim swoim wpływem przeprowadził zwrot ten tak w dzisiejszych czasach niezwykły.

- Papa mówił istotnie, że nie przyszło mu to łatwo z tem zwolnieniem od cenzury. Papa mówi, że między tymi panami są takie zakute głowy!

- Ale koncept z solą pomógł pewnie? - uśmiechnęła się Edyta.

- Pomógł istotnie. Ci panowie z giełdy lubią to wszystko, co ma łączność z kuchnią.

- W każdym razie winienem ojcu pani wielką wdzięczność, nie po raz pierwszy zresztą, - wtrącił Stratford nieco zduszonym głosem. Nie mógł odpychać pomocy, która go chroniła przed złamaniem życia, ale pomoc ta przychodziła z rąk człowieka, którego poglądy i osoba nie były mu zgoła sympatyczne i wobec którego obowiązek wdzięczności był mu ciężarem. Czy ciężarem mu była i wdzięczność wobec Kaliny, która z ojcem czyniła, co chciała i wpływu swego używała tylekroć na jego korzyść? Nie miał czasu odpowiedzieć na to pytanie, bo Edyta przypomniała mu, że nie podziękował pannie Roztockiej.

Zmieszany ujął za rękę młodą dziewczynę i chciał ją podnieść do ust, jakkolwiek nie było to oddawna w zwyczaju, ona jednak usunęła dłoń, nadstawiając czoło.

- I beze mnieby się to stało! - szepnęła. - Takiego człowieka, jak Henryk Strafford, nie wyrzuca się z katedry dlatego, że jakiś miljarder czy jakiś trust znalazł w jego wykładach kilka zdań niemiłych.

- A to dlaczegóż kłóciłaś się z nim tak zawzięcie o te same zdania? - zauważyła uśmiechając się Edyta.

- Bo nie chciał przyjść do nas, a przyszedłszy tak wyglądał, jakby dokonał największego poświęcenia! - zaśmiała się panienka, wymykając się do przedpokoju.

- Złoto nie dziewczyna! - westchnęła panna Strafford. - Zal, że nie wszyscy ją oceniają.

- Do mnie pijesz? - uśmiechnął się brat. - Może i słusznie! Ale co na to poradzić? Dla ciebie Kalinka jest zawsze jeszcze tą dziewczynką, którą przygarnęłaś do kochającego serca po śmierci matki i dla której zrobiłaś tyle dobrego, że ją za to kochać będziesz do końca życia, zamykając oczy na to wszystko, co mogłoby miłości tej przynieść ujmę. Dla mnie niestety, jest ona córką swego ojca, przesyconą wpływami tego świata, który nie tylko nie jest moim, ale jest przeciwieństwem mojego i budzi we mnie nieprzezwyciężoną odrazę. Pomimo cały jej urok i pomimo całą sympatję moją dla niej wpływy te odczuwam w niej co chwila, a jeden taki zgrzyt wystarcza, by odrzucić mnie od Kaliny, bodaj na chwilę, za chwilę zaś przychodzi zgrzyt nowy... Jakże chcesz, Edyto, żebym w tych warunkach myślał o połączeniu się z nią nawet, gdyby to było skądinąd możliwe i zgodne z zamiarami papy Roztockiego? A przytem znasz moje zapatrywania na nierozerwalność małżeństwa. Nawet u chrześcijanina byłyby one w naszej epoce bardzo zacofane, tem bardziej u mnie, który nie jestem chrześcijaninem, ale bądź co bądź przekonania te są niezłomne, a cały klan Roztockich przyznaje się wprawdzie do chrześcijaństwa, bo to zaczyna być w modzie, a stary giełdziarz lubi się nawet chełpić z tego, że dał Kalinę ochrzcić, choć nie jest pewny w jakiem wyznaniu, ale zasady jego i córki nie wykraczają poza panujący w ich świecie szablon krótkoterminowego kontraktu małżeńskiego. Nie jeden raz przecie musiałaś słyszeć Kalinę, zastrzegającą się nie tylko przeciw dożywotnim, ale i przeciw długoletnim małżeństwom.

- Mężczyzna może łatwo urobić sobie żonę, - zauważyła Edyta.

- Rozczytujesz się wciąż w starych romansach i pamiętnikach, a prócz Kaliny nikogo prawie nie widujesz i dlatego zdaje ci się, że stare formułki stosować można do naszych czasów. Panowanie komunizmu zachowało wprawdzie cień małżeństwa, ale zniszczyło życie rodzinne, a tem samem i oddziaływanie wzajemne. Małżeństwo jadające w różnych jadłodajniach, należące do różnych stronnictw i dzieci chowające w państwowym przytułku, bo tego wymaga i obyczaj, i konieczność, nie ma nic wspólnego z temi, o jakich opowiadają twoje książki.

- Przypuśćmy! Ale w takim razie cóż ryzykujesz, wiążąc się na czas jakiś z kobietą czarującą, o której wiesz dobrze, że cię kocha?

Strafford potrząsł głową.

- Naprzód tego niedosyć, że ona mnie kocha: trzeba jeszcze kochać ją samemu...

- A ty?

- A ja nie wiem... Chwilami zdaje mi się, że ją uwielbiam, a nieraz bywa i tak, że czuję wstręt do niej.

- Henryku!

- Cóż chcesz, droga? Oszukiwać cię nie mogę, choć wiem, jaką wagę przywiązujesz do tego związku. I wiesz: gdyby Kalina była taką sobie nic nieznacząca panienką ani złą, ani dobrą, ani piękną, ani brzydką, jakich tyle kręci się po świecie, możebym ją poślubił - ot, wprost dla dogodzenia tobie, która jesteś światłem mego życia. Ale właśnie dlatego, że jest taką, i właśnie dlatego, że działa i na mój mózg, i na moje zmysły jak haszysz, że śnię o niej i myślę w bezsennych nocach, właśnie dlatego, że ona i ja, to światy odmienne i że związek z nią, to związanie się i z tym jej światem także - nie, Edyto, ja tej kobiety nazwać moją nie mogę!

Nastało długie milczenie. Edyta pochyliła się nisko nad filiżanką herbaty, starając się ukryć przed bratem głębokie wzruszenie i łzy, gwałtem powstrzymywane. Cały gmach wymarzonej przez nią przyszłości rozpadał się w jej oczach. Poświęciwszy Kalinie kilka lat życia, kochała ją tak, jakby mogła kochać córkę i związek jej z bratem stanowił najdroższe z jej marzeń, a teraz oto z marzeniem tem trzeba było się pożegnać, bo Strafford nie był człowiekiem, zmieniającym swe postanowienia. A że znała dokładnie stan jego serca i wiedziała, jak silne było uczucie, wiążące go z jej wychowanką, zrozumiała i to jeszcze, że odrzucając miłość i rękę panny Roztockiej, zamykał on równocześnie drzwi do swego serca i domu dla każdej innej kobiety. Edyta, która nie wyszła zamąż, chcąc poświęcić się wyłącznie bratu, nie miała w przywiązaniu swem egoizmu i czuła, że sama nie wypełni życia Henrykowi i że bez umiłowanej kobiety życie to pozostanie pustem i smutnem. Był przytem i specjalny powód, dla którego szło jej wielce o jak najrychlejsze zabezpieczenie Straffordowi ciepłego domowego ogniska. Powód ten taiła dotąd przed nim troskliwie, ale niedługo już musiał odkryć jej tajemnicę... A wtedy jakżeby mu przydało się mieć przy sobie, jako trwale ukojenie i ostoję, dziewczynę złotowłosą, ale nie było rady. Poczęła mówić o czem innem.

- Powiedz mi, - zagadnął ją naraz brat - co ty myślisz o owym proroku?

- O jakim proroku? - zagadnęła nie orjentując się, myśl jej bowiem zajęta była wyłącznie Kaliną i rozwianem marzeniem.

Strafford nie zauważył pytania.

- Bo, widzisz, tak mi się zdaje, że doszliśmy do przełomowego momentu w dziejach świata, a w takich momentach zjawiają się zawsze ludzie nadzwyczajni, pociągający za sobą ogół na nowe tory.

- Czy przypuszczasz, że człowiek, o którym mówiła Kalina, mógłby być takim?

Strafford ruszył ramionami.

- Nie wiem o nim nic: jakże mogę wnioskować, czy on jest takim? Mówię tylko, że prędzej czy później człowiek podobny musi się pojawić. A może nie jeden człowiek, może myśl, która stanie się sztandarem i pociągnie za sobą ludzkość... Nie wiem wreszcie, jak to się stanie, to mi jednak jest jasne, że to, w czem żyjemy, trwać długo nie może. W deptaniu wszelkiego prawa i dobra w zaparciu się wszystkich ludzkich uczuć i w orgiach użycia doszliśmy do absurdu, i teraz musi przyjść coś, co rozpędzi trujące nas gazy, człowiek czy kataklizm, może jedno i drugie razem...

Edyta wpatrzyła się w brata zamyślona.

- Ja o tym człowieku słyszałam już - rzekła cicho.

- I nie powiedziałaś mi nic?

- Nie przypuszczałam, byś sprawę tę brał na serio.

On znowu ruszył ramionami.

- Ja go jeszcze nie biorę na serjo, bo nic o nim nie wiem. Mówię tylko, że nadszedł czas na pojawienie się męża chwili, a kto tym mężem będzie, ten czy inny, zobaczymy później.

- Gdyby to była prawda, co o tym człowieku opowiadają... - zaczęła młoda kobieta i urwała.

- Cóż opowiadają?

Edyta ociągała się z odpowiedzią.

- Dziwne rzeczy, - rzekła wreszcie. - Mówią, że głosi panowanie sprawiedliwości, pociechę cierpiącym i triumf maluczkim. Wielkie rzesze idą za nim, gotowe na jego skinienie w ogień pójść i w śmierć. On je trzyma na wodzy, broniąc czynów gwałtu i nakazując cierpliwość, przebaczenie krzywd, miłość...

- Dziwne rzeczy istotnie. Jakże to stać się mogło, że o nich nie doniosły dotąd nic agencje radjotelegraficzne?

- Czyż nie wiesz, jak ścisła jest cenzura? Hasła, rzucane przez tego człowieka, są zbyt sprzeczne z programem giełdowej autokracji, rządzącej dziś światem, a ruch przezeń wszczęty, zbyt łatwo mógłby stać się groźnym pożarem. Nim go zgniotą bomby, trzeba go zlokalizować milczeniem.

- Rozumiem! Gdzież on jest?

Pojawił się w Palestynie i z pochodzenia ma być Żydem, ale działa przeciw Żydom. Wiesz, jak bezwzględną i nielitościwą jest oligarchja żydowska, sprawująca rządy w Palestynie, dla ludności arabskiej, a nawet i dla własnych uboższych współplemieńców. Przeciw temu despotyzmowi podniósł ów człowiek sztandar oporu i słychać, że bez rozlewu krwi wygnał dotychczasowych władców z Jerozolimy i sam w niej dziś włada, choć inni powiadają, że tak nie jest.

- I rzeczach tej wagi nie wiemy nic, bo każe o tem milczeć radjotelegramom cenzura! - zaśmiał się gorzko Strafford. - Cóż dalej jednak?

- Powiadają też o nim, że wielkie dziwy i cuda czyni, uzdrawiając chorych, wracając wzrok ślepym, słuch głuchym. Żyje jak najbiedniejszy z jego słuchaczy, rozdając, co ma, ujmując się za krzywdzonymi i kojąc strapionych. Dobrym jest dla wszystkich prócz chrześcijan, dla tych bowiem czuje nienawiść, i każe im zapierać się Chrystusa, zanim przypuści ich do swych adeptów.

- W każdym razie musi to być nietuzinkowy człowiek, a jego wyjątkowa siła hipnotyczna przedstawiałaby zajmujące studium dla lekarzy, - zauważył Strafford.

- Więc ty to tłumaczysz hipnotyzmem i sugestją?

Spojrzał na nią zdziwiony.

- A czemże innem mógłbym to tłumaczyć?

Edyta przykryła oczy długiemi rzęsami.

- Bo mi się zdawało... Czy nie sądzisz, że mogą być wyższe siły ponad tem co ziemskie?

Położył jej rękę na ramieniu i wpatrzył się w bladą twarz, zaróżowioną w tej chwili lekkim rumieńcem.

- Skąd ty to wszystko wiesz? - spytał.

Ona zmieszała się jeszcze mocniej i przez chwilę nie mogła zdobyć się na odpowiedź.

- Jeśli jestem niedyskretny, nie mów nic! - uspakajał ją łagodnie.

- Owszem, powiem ci! Właściwie chciałam oddawna... Ale bądź pobłażliwym dla mnie.

Wiesz, że mnie ochrzczono w dzieciństwie.

Ojciec jako teozof chciał mieć w tobie spadkobiercę swych przekonań i dlatego nie pozwolił ciebie chrzcić: mnie pozwolił. Stąd łącznik mój z wyznawcami macierzyńskiej wiary.

- Wiem o tem, nie wiedziałem tylko, że masz z tymi ludźmi stosunki.

- Matka doradzała mi przed śmiercią, bym poznała jej wiarę, ale wówczas byłam młoda, szczęśliwa i tak to leżało daleko ode mnie... Dziś...

- Czy dziś nie czujesz się szczęśliwą?

- Jak możesz pytać? Skoro mam ciebie... Ale, widzisz, przychodzą takie chwile, w których potrzebuje się oparcia...

- Czy go nie miałaś dotąd?

- Nie rozumiesz mnie! Widzisz, u tych współwyznawców naszej matki słyszałam od znanego mi i wiarogodnego duchownego, że oni oczekują zjawienia się proroka w ostatnich dniach świata. I ojciec Wincenty (tak właśnie zwie się ten duchowny) twierdził, że będzie to fałszywy prorok i że ów człowiek właśnie jest tym fałszywym prorokiem.

Inni jednak nie wierzyli temu, gdyż on jest dobry... I mnie też tak się zdaje.

Strafford poruszył obojętnie ramionami.

- Właściwie, co to nas może obchodzić? Ale widzę, żeś dalej zaszła w stosunkach z tymi sekciarzami, niż przypuszczałem. Wy kobiety macie zawsze słabość do wszelkiego rodzaju magów i sykofantów, ale jeśli ci to dać może jakiś jaśniejszy moment w życiu...