Spis treści
Strona tytułowa
Dedykacja
Początki i końce
Kosmologia
Pierwsze szkice
Życie codzienne
My w przyszłości
Zasady pokrewieństwa
Sposoby na życie
Perspektywy
Miasto
Miejscowi
Obcokrajowcy
Strona redakcyjna
Lista stron
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
198
Punkty orientacyjne
Okładka
Strona tytułowa
Dedykacja
Prawa autorskie
Zasady pokrewieństwa
Z Ravim poznaliśmy się w pierwszym roku po naszym przyjeździe do miasta. Dostrzegliśmy w nim coś takiego, co dostrzegaliśmy też w sobie nawzajem: pewną mieszankę otwartości i podejrzliwości; pragnienie ustalenia jakichś życiowych reguł, a przy tym jedynie niewyraźne pojęcie o tym, jak te reguły powinny wyglądać.
Przez pewien czas Ravi był naszym jedynym znajomym w mieście i całkiem nam to odpowiadało. Spotykaliśmy się co kilka dni i godzinami prawie nic nie robiliśmy. Szliśmy nad rzekę i zajadaliśmy tam orzeszki. Chodziliśmy po różnych dzielnicach, wybierając miejsca, w których chcielibyśmy zamieszkać. Siadaliśmy sobie na takim czy innym skwerze z butelką wina. Ravi i Manu lubili wymyślać razem skecze komediowe. Ja z kolei rozmawiałam z Ravim o tym, co czyni daną osobę pociągającą i jak znaleźć sobie pracę w dziedzinie, która człowieka interesuje. To wcale nie takie łatwe - mówiliśmy - odkryć swoją prawdziwą pasję. Wiele rzeczy z pozoru wydaje się atrakcyjnych, ale po pewnym czasie można się poczuć przytłoczonym.
Ravi utrzymywał się z udzielania korepetycji licealistom, a poza tym zajmował się prowadzeniem marketingu internetowego dla jakiegoś sklepu na drugim końcu świata. Dopiero po wielu miesiącach zdołaliśmy się dowiedzieć, z czego żyje, bo zawsze obchodził ten temat szerokim łukiem - może się krępował, że jego praca nie polega na czymś, co autentycznie kocha. Ludzie z naszego pokolenia często stawiali znak równości pomiędzy ciekawym zawodem a ciekawą osobowością.
Za każdym razem, gdy wpadaliśmy z Manu do kawalerki Raviego, przeglądaliśmy jego kolekcję zdjęć, plakatów, starych poradników, magazynów i podręczników. Wyszukiwał to wszystko na pchlich targach i na ulicy i zawsze miał pomysł, jak chce to wykorzystać, tylko że nigdy go nie realizował. Jego prawdziwą pasją było kolekcjonerstwo, akumulacja przedmiotów, które się przedawniły, ich mglista poetyka.
Ale ty masz fajne rzeczy, powtarzaliśmy mu nieustannie. Naprawdę powinieneś coś z nimi zrobić.
Tak, obiecywał Ravi, zrobię.
No właśnie, druga kwestia: to było tak, jakby nasze zainteresowania miały rację bytu wyłącznie, jeśli coś z nimi zrobimy - napiszemy książkę, urządzimy wystawę. Często powtarzaliśmy, jaka to szkoda - przecież artystów z minionych dekad otaczaliśmy romantycznym nimbem właśnie dlatego, że tworzyli dzieła tryskające radością i pomysłowością, nie zmieniając ich w produkt.
Sami jednak byliśmy dziećmi własnych czasów.
Miejscowi
Moją jedyną miejscową przyjaciółką w mieście była Lena. Manu i ja trochę się wstydziliśmy, że wszyscy nasi znajomi pochodzą z zagranicy, tak jakby jakoś to o nas świadczyło. Kiedy zachodziliśmy na różne pełne życia skwery, mieliśmy poczucie wypełnionego radością świata, który nam umyka. Ale to przecież nie tak, że wszyscy na tych skwerach się znali - ludzie zbierali się w dwu- czy trzyosobowych grupkach. Mimo to odnosiło się wrażenie, że przebywają tam na mocy jakiegoś większego autorytetu.
Lenę poznałam na pikniku urodzinowym pewnej kobiety o imieniu Sharon. Ona i jej mąż Paul organizowali comiesięczne spotkania dla ekspatriantów, na które przeważnie chodziłam bez Manu, bo on był przeciwny takiej oficjalnej pogoni za przyjaźnią. Sharon często dzieliła się swoimi krytycznymi uwagami na temat miasta, jego snobizmu, nieprzyjaznego podejścia do obcokrajowców. A jednocześnie lubiła gratulować sobie swojej decyzji o przeprowadzce za granicę; wielkiej odwagi, jakiej to wymagało, i licznych korzyści, jakie z tego wyniosła.
Dotarłam na przyjęcie z butelką wina, dużym kawałem sera i tłumaczeniem powieści pewnego pisarza, którego książki widywałam na witrynach sklepowych. W mieście było tyle księgarń, pięknych i pełnych nietypowego asortymentu. Trudno mi było zmóc całe powieści w języku tego miasta, a te księgarnie, podobnie jak widok gwarnych skwerów, wprawiały mnie w bolesne poczucie, że coś mnie omija. Manu źle się czuł i chętnie wykorzystał to jako pretekst, żeby wywinąć się od imprezy. A skoro on się nie wybierał, Ravi także spasował. Ja jednak miałam wrażenie, że powinniśmy się wysilić, nawet jeśli tak do końca tych ludzi nie lubiliśmy.
Położyłam prezent na stercie upominków, która zaczynała rosnąć obok Sharon, siedzącej na kocu niczym królowa. Była ubrana w długą koralową sukienkę. Jej najbliższe przyjaciółki - trzy kobiety, które prowadziły klub degustacji win - także ubrały się na kolorowo, jak druhny. Jedna z nich biegała właśnie za córką Sharon Izzy.
Koniecznie musimy pogadać!, powiedziała do mnie Sharon, po czym jej uwaga natychmiast przeniosła się na kolejne osoby czekające, żeby się z nią przywitać. Podeszłam do stołu, żeby odłożyć wino i ser. Jedzenia było w bród: czereśnie piętrzące się w koszyku, ciastka w pastelowych kolorach, taca z ostrygami. Cieszyłam się, że nie ma tu Manu i Raviego, bo zaraz by się nabzdyczyli albo zaczęli rzucać sarkastyczne uwagi. Twierdziliby, że to wszystko jest nieszczere, że to ostentacyjne obnoszenie się z bogactwem i gustem.
Przy stole stała Lena, z rękami w kieszeniach, i przyglądała się poczęstunkowi. Była wysoka i spektakularnie cool. Jej ubrania wydawały się odrobinę za duże. Właśnie jej się przyglądałam, gdy odwróciła się w moją stronę i mnie zagadnęła.
Martwa natura z ostrygami i ciastem, rzekła.
Rytualne zgromadzenie homo sapiens, odrzuciłam.
Lena nie przeszła na angielski, jak to często robili miejscowi, gdy słyszeli mój akcent albo wyłapali jakiś błąd w odmianie czasownika.
Przegadałyśmy cały piknik, z ulgą unikając rozmowy z resztą towarzystwa i jednocześnie usiłując rozszyfrować relacje łączące pozostałe osoby. Lena oświadczyła, że czuje się speszona: wylądowała na imprezie urządzonej przez kogoś, kogo nawet nie znała - przyszła tu z jednym z innych gości, który zostawił ją i przyłączył się do przyjaciół. Powiedziała to jednak bardzo pogodnym tonem, a mnie urzekła jej otwartość.
Kiedy piknik się skończył, podała mi telefon, a ja wstukałam swój numer. Nawet nie zdążyłam dotrzeć do domu, kiedy dostałam od niej wiadomość z propozycją spotkania za kilka dni. Z radością pomyślałam, że nasze życie w tym mieście wreszcie zaczyna nabierać kształtu. Minął jednak ponad rok od czasu tamtego pikniku, a Lena pozostała moją jedyną miejscową przyjaciółką.
Życie codzienne
Z rana Manu wychodził do pracy w swojej organizacji non profit po drugiej stronie miasta. Gdy on szykował śniadanie, ja nastawiałam kawę w dzbanku i nadal w piżamie siadałam razem z nim do stołu. To był taki nasz rytuał - siadanie naprzeciwko siebie, twarzą w twarz. W naszym życiu niewiele było rytuałów, a już na pewno nie takich, które niosły ze sobą jakąś historię, w każdym razie nie historię tradycji, narodowości czy wyznań religijnych. Dlatego takie drobiazgi miały znaczenie. Bardzo więc pilnowałam tego siadania z nim do stołu.
Przed jego wyjściem całowaliśmy się w przedpokoju.
No dobra, mówił Manu, i znowu buty na nogi.
Później kładłam się na kanapie i czytałam. Kiedy dzbanek z kawą był już pusty, parzyłam sobie herbatę.
Właśnie przyznano mi grant na realizację filmu dokumentalnego, ale zasady były na tyle elastyczne, że mogłam przeznaczać te fundusze na wiele różnych rzeczy. Przez najbliższy rok nie musieliśmy się martwić o czynsz. Odłożone w ten sposób pieniądze miały nam pomóc w zebraniu wkładu własnego na niewielkie mieszkanie. Mieliśmy jeszcze trochę dodatkowych oszczędności - prezent ślubny od rodziców Manu i moich, choć jedni i drudzy zarabiali skromnie, a waluty naszych rodzinnych krajów ustawicznie traciły na wartości. Oni jednak uważali to za swój obowiązek i było im przykro - mówili - że nie stać ich na to, żeby dać nam więcej.
Zawsze gdy przedstawiałam się jako dokumentalistka, moi rozmówcy zakładali, że jestem jakiegoś rodzaju reporterką i że interesuje mnie dziennikarstwo śledcze. Ale nie taka była moja motywacja, kiedy przed laty zaczęłam kręcić filmy, nagrywać rodziców i dziadków, spacery po naszej okolicy, wieczorne rozmowy. Wtedy jeszcze to była tylko taka zachcianka - robiłam to, niespecjalnie się nad tym zastanawiając. Nie przejmowałam się rezultatem, nie roztrząsałam, co zrobię z tymi godzinami zgromadzonego materiału, nie musiałam nadawać niczemu kształtu. Składałam różne kawałki tylko po to, żeby pokazać je Manu, zszywałam drobne scenki, kierując się naszym szczególnym poczuciem humoru, naszą wspólną logiką. Był na przykład jeden filmik o mojej matce, czy może raczej o garderobie mojej matki. I taki o pewnym warzywniaku w sąsiedztwie, gdzie się wychowałam, nakręcony z punktu widzenia ojca sklepikarza, który całymi dniami przesiadywał w tym sklepiku. Teraz, kiedy to wszystko zaczęło sprawiać na mnie wrażenie czegoś stworzonego przez inną osobę, mogłam stwierdzić, że to były dobre filmy, radosne i naiwne. Podczas późniejszych projektów jeździłam do krajów, o których niewiele wiedziałam. Nakręciłam coś o pewnej szkole dla dzieci uchodźców, o grupce migrantek prowadzących w autobusie kuchnię dla ubogich. Czasami byłam przekonana, że kręcenie dokumentu to proces zasadzający się na empatii, rodzaj edukacji. Kiedy indziej myślałam rozgoryczona, że dokumentaliści tylko chcieliby w to wierzyć, choć w momencie, gdy zgromadzą potrzebny materiał, porzucają tych, których on dotyczy. Niemniej w ogólnym rozrachunku z tych filmów przebijała pewna krytyka społeczna i właśnie dzięki temu otrzymałam grant, który po raz pierwszy w karierze zapewnił mi swobodę działania.
Jak na razie nie miałam żadnego pomysłu poza tym, że chcę nakręcić coś o życiu codziennym, stworzyć pochwałę jego prozaicznego uroku. Nie zamierzałam nigdzie wyjeżdżać, wdawać się w zgłębianie cudzych obyczajów - wolałam pozostać w mieście i sama ustalić tu jakieś zasady.
Perspektywy
Babcia spytała przez telefon, czy posadziłam coś w doniczkach pod oknem. Zawsze dzwoniła za wcześnie, kiedy dopiero co wstałam z łóżka, bo zapominała o różnicy czasu. I każdą rozmowę zaczynała od czegoś, co przyszło jej nocą do głowy.
Gdybyś miała ochotę, powiedziała, to mogę ci odłożyć trochę nasion i matka prześle ci je pocztą.
Babcia miała nawyk mylenia w rozmowach różnych perspektyw: małego z dużym, odległego z pobliskim. Mogła nie wiedzieć o najnowszych wydarzeniach z naszego życia - o tym, że przyznano mi grant czy że szukaliśmy mieszkania na zakup - za to nigdy nie omieszkała wypytać, co jedliśmy wczoraj na kolację i czy wyciągnęłam już zimowe ubrania, bo zaczyna się robić chłodniej.
Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby posadzić coś pod oknami. Czasami kupowałam kwiaty w donicach, ale po kilku tygodniach więdły. I potem zastępowałam je kolejnymi o kwitnących pąkach i zdrowych liściach, za każdym razem łudząc się płonną nadzieją, że takie już pozostaną.
Spytałam babcię, co powinnam posadzić. Ona wytężyła spojrzenie i wbiła je w ekran. Niedawno dostała własnego smartfona, żeby też mogła dzwonić do mnie z kamerką, a nie tylko wciskać głowę w kadr, gdy rozmawiałam z mamą. Spodziewałam się, że wyliczy mi geranium i róże. Ona jednak oświadczyła, że natkę pietruszki, oregano i szczypior.
Następnie zaczęła wymieniać kombinacje pokarmów, do których mogłabym dodawać te zioła: szczypiorek i ser, pietruszka i orzechy włoskie, oregano i pomidory, pomidory ze szczypiorkiem i z serem.
Mano też by się z nich ucieszył, zapewniła. Często myliła jego imię, a ja jej nie poprawiałam.
I co tam jeszcze u ciebie słychać?, zapytała. Opowiedziałam jej o tym, że próbuję dopracować swój nowy projekt, i o naszym pikniku w parku w ostatni weekend. O życiu codziennym - stwierdziłam - trudno się opowiada.
A tam, życie codzienne, odparła babcia. Kogo to obchodzi.
I tak w ogóle, dodała, to zawsze dawaj jakieś historyczne wzmianki, na przykład o czasach rzymskich, bo wtedy można się czegoś nauczyć.
A co, gdybyś nauczyła się czegoś nowego, ale tak w sensie emocji?
Asya, powiedziała babcia, nie komplikuj. Daliśmy ci imię po całym kontynencie, a ty mi tu chcesz filmować byle park.
Mruknęłam coś na zgodę, bo nie chciałam, żeby wzięła mnie za dziwaczkę. To była jedna z moich obaw: że moja rodzina uzna, że zaczynam się robić obca.
Zamiast tego powiedziałam babci, że trzymam na biurku jej zdjęcie. To, na którym czyta pod drzewem.
Miałam wtedy szesnaście lat, rozmarzyła się babcia. Pisałam najlepiej w całej klasie. Nikt nie umiał napisać takiego wypracowania jak ja. I jeszcze dostałam nagrodę za śpiew.
Westchnęła, co miało oznaczać, że zmarnowała sobie życie.
My w przyszłości
W pierwszych tygodniach poszukiwań oglądaliśmy pewne mieszkanko, które było jeszcze mniejsze od naszego, za to nieskazitelnie odrestaurowane, z gustownie i pomysłowo urządzoną kuchnią na planie otwartym i łazienką, w której można się było poczuć jak w jakichś luksusach.
Zawsze gdy oglądaliśmy lokal na sprzedaż, intrygowały nas te przeróżne żywoty toczące się w mieście, sposoby aranżacji przestrzeni roboczej i wypoczynkowej, to, co chowano, a co eksponowano - priorytety obcych ludzi, tak bardzo różniące się od naszych.
Właścicielem był ekstrawagancko ubrany mężczyzna po pięćdziesiątce, a wszystkie przepiękne drobiazgi, którymi się otoczył, sprawiały wrażenie kupionych jak na wymiar pod regały w jego domu. Kiedy nas oprowadził, usiadł w skórzanym fotelu i pozwolił nam pochodzić po pomieszczeniach samopas - wiedział, że nic tam nie wymaga żadnych objaśnień. Później usiedliśmy w kawiarence przy tej samej ulicy, takiej o czerwonej fasadzie z lakierowanego drewna, z marmurowymi stolikami. Gdybyśmy tutaj mieszkali - mówiliśmy sobie - przychodzilibyśmy tu na lancz i wieczorem na drinka, znalibyśmy obsługę z imienia. To była przyjemna, choć nieco obca myśl, tak jakbyśmy przymierzyli bardzo kosztowne ubranie, które do nas nie należało.
Kilka dni po tym, jak obejrzeliśmy tamto mieszkanie, spotkaliśmy się z naszym przyjacielem Ravim w barze niedaleko od nas. Zawsze się tam umawialiśmy, gdy planowaliśmy jedynie szybkiego drinka, i prawie za każdym razem kończyło się to zamówieniem półmiska smażonej cebulki, słodkich ziemniaków i panierowanych paluszków z mozzarelli, po których kilka godzin później robiło nam się niedobrze.
Siedzieliśmy z jasnym piwem przy barze i pokazywaliśmy Raviemu zdjęcia tamtego mieszkanka na stronie agencji nieruchomości. Na fotografiach wyglądało jeszcze bardziej jak muzeum.
Ravi wyjął telefon z ręki Manu. Zrobił zbliżenie na okrągłe okienko nad kącikiem do czytania.
Kurde, skomentował. Fajne te granatowe ściany.
Potem stwierdził, że to wygląda na idealne mieszkanie dla pary, która nigdy nie zaprasza gości i nie planuje dzieci. Ale co do tego ostatniego - dodał - to już sami musicie podjąć decyzję.
Czyli ci się podoba?, zapytałam.
Jasne, przytaknął, jest super. Znaczy, jakie jest, każdy widzi.
Ravi zawsze rzucał takie ogólnikowe uwagi, jakby nie do końca chciał się pod nimi podpisać, nie do końca chciał nam powiedzieć, co tak naprawdę uważa.