Antosia - Jan Nowak
12.30 zł
9.84 zł
(12,30 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wstawał świt. Ponad łąkami i polami ukazały się zwiastuny nadchodzącego dnia. Barwne zorze przenikały noc, rozpraszając mrok.
Trawy i zboża pokrywały się ranną rosą. Wolno opadała poranna mgła. W pobliskiej zagrodzie zaszczekał zbudzony pies. Pomiędzy łanami zbóż, na szerokich miedzach, stały stare, przygarbione wiekiem grusze otulone resztkami porannej mgły.
Wzdłuż pobliskiej rzeczułki rosły wierzby i osiki. Na wierzbach wyrastały jednoroczne cienkie gałązki. Te zwisały ku ziemi z liśćmi pokrytymi kroplami rosy. Teraz, przebarwione kolorem jutrzenki, lśniły, jakby ozdobione drogocennymi klejnotami.
Po barwnych zorzach jako po swych herodach, co najpierw obwieściły światu nadchodzący dzień. Niczym podniebny rydwan złote słońce wytaczało swe oblicze i rzuciło pierwsze blaski na mokre od rosy łąki i pola. Dzień zapowiadał się pogodny. Bo rosa, która osiadła na trawie białym deseniem, była tego znakiem nieomylnym.
Łąki, poprzegradzane ogrodzeniem z żerdzi, tworzyły większe i mniejsze zagrody. W każdej z nich stały owce. Stare owce. Nie skubały jeszcze trawy, gdy małe jagnięta przylgnęły do ich wymion i piły mleko, te stały spokojnie. Co raz to któreś z jagniąt szturchało małą mordką swą matkę w wymię, z zadowolenia merdając ogonkiem. Lecz te stały cierpliwie, aby ich młode się najadły. Tylko tryki i młode owce, które jeszcze swych małych nie miały, poczęły powoli skubać trawę.
Przez łąkę, pomiędzy stojącymi tam owcami, biegła dziewczyna. Zwierzęta podnosiły swe łby, aby popatrzeć, zdziwione tym niecodziennym widokiem.
Dziewczyna biegła po mokrej od rosy trawie, zostawiała za sobą ciemne ślady bosych stóp. Ręką podkasała długą spódnicę, aby jej w rosie nie zamoczyć. Jej długie jasne włosy rozrzucone w nieładzie omiatały gołą szyję i raz po raz zakrywały jej jędrne piersi, które niesfornie wychodziły spod rozchełstanej białej bluzki. Dziewczyna biegła do wzgórza. Zwinnie przeskakiwała przez ogrodzenie z żerdzi. Gdy była już na wzgórzu, zwolniła, zziajana cała i czerwona na buzi. Przystanęła. Oparła się ręką o drzewo. Odpoczywała w zagajniku, który porastał wzniesienie.
Rosły tam młode brzozy i kilka starych sosen. Stała tak oparta o drzewo i patrzyła na nędzne lepianki, które widniały w dole, nad rzeką. Nędzne, licho sklecone, stały, jakby chciały jej przypomnieć o tym, kim jest i gdzie jest jej miejsce.
Ku rzece biegła ze wzgórza polna droga. Potem nikła pomiędzy małymi chatkami, aby za nimi skręcić do drewnianego mostka i dalej piąć się na wysoki brzeg ku widocznej z dala wiosce.
Chatki były małe, gliniane. Kryte trzciną, która rosła nad rzeką. Były ustawione wzdłuż drogi. Przy każdej z nich stała mała szopa sklecona z grubych gałęzi. Kryta trzciną, tak jak i chatki. Przy każdej chatce widać było małe poletko, na którym rosła kapusta i ziemniaki.
Zamule było miejscem niczyim. Bo rzeka naniosła tu muł. Tu więc, na tym niczyim miejscu, zbudowali swe chaty ci, co nie mieli nic. Zbudowali je z tego, co było pod ręką i za darmo, z rzecznego mułu, którym oblepiano plecione z wierzbowych gałęzi ściany. Tak powstały małe domki, w których belek było tyle, żeby można było dach na czymś podeprzeć. Dachy kryto trzciną, która rosła nad rzeką.
Przy ścianie każdego domku stał gruby komin z gliny i kamieni. Domki te ogrodzone były płotkami z gałęzi wierzbowych. Stały w rzędzie tak, jakby tu kto tak zaplanował.
Dziewczyna spojrzała na te nędzne domki stojące tam w dole, otulone teraz poranną mgłą, i mruknęła ze złością:
– Niedoczekanie, abym tu, w Zamulu, swe życie spędziła – mruczała pod nosem. – Jakem Zośka, Kuca córka, tu, w tym Zamulu, żyć nie będę. Nie będę klepała biedy. Nie będę już głodna. Nie będę mieszkała w tych norach. Nie będę żyła w tym przeklętym przez Boga miejscu. Bo tu żyją ci, co mają tylko siebie do sprzedania. Tylko ci, co tyrają za nędzne grosze od rana do nocy.
Ze złości tupnęła bosą nogą.
– Czy ja musiałam się akurat tu urodzić? Czy mój los musi być taki sam jak los mej matki?
Odwróciła się ku polom, które niczym morze ciągnęły się hen daleko.
– Jak okiem sięgnąć, tylko zboża. A ja nawet jednej morgi nie mam. A tam, we wsiach, żyją bogaci gospodarze. Ich zboża poczęły się już złocić, ja też muszę mieć morgi. Muszę mieć swoje zboże. Niech ludzie gadają o mnie, co tylko chcą. Ja muszę się wyrwać z Zamula – mruknęła. – Muszę.
I ruszyła polną dróżką ku widocznym w dole lepiankom. Wbiegła pomiędzy trzciny i nadrzeczne trawy. Minęła pierwszą chatkę ogrodzoną płotem z plecionych wiklin i patyków. Obok niej stała szopa na drwa. Za nią spory zagon kapusty i ziemniaków.
– Tu mieszka Antosia, stara suka – szepnęła dziewczyna z drwiną, spoglądając na chatkę. – Stara, wredna suka. Myśli, że jak jej Jaś nauczył się stolarki, a ona przekopała kawał tego mułu, to będzie już żyła jak jaka pani. Stara, głupia suka. Swe morgi chce tu mieć. A ma już ze trzydzieści lat, a jej Jaś pod czterdziestkę podchodzi. Jak będzie na swego Jasia czekać, to jej chyba najęty parobek dziecko zrobi. Bo ten jej Jaś to do tego czasu chyba tylko wylać się będzie mógł – roześmiała się ze swych myśli i pobiegła dalej.
Nie wybiegła na drogę, która szła wzdłuż stojących tu chat. Choć nikt tej drogi nie wytyczał, nikt nie kazał nikomu, jak i gdzie ma stawiać swą chatę, to był tu porządek. Bo droga szła prosto pomiędzy chatami. Tak, że można było do każdej wozem dojechać.
Dziewczyna pobiegła ścieżką, która szła tuż za chatami. Wiedziała, że nikt z sąsiadów jej tu nie dojrzy.
Tutaj, w trzeciej chacie, mieszkała z matką.
– Żeby tylko stara rabanu znów nie robiła – mruknęła pod nosem – bo jak nic odwinie mi się dziś ręka i dam jej po mordzie.
Stała chwilę w trzcinie, która tu rosła pod samym domem. Stała i słuchała. W chacie nic się nie działo, nikt się nie poruszył.
Ale dym z komina idzie, pomyślała, to stara już chyba wstała. Może poszła narwać szczawiu na zupę, bo kartofle to jej wczoraj przyniosłam ze wsi.
Pchnęła drzwi. Niezaparte.
– Czyżby stara była w domu?
Weszła do maleńkiej izdebki. W palenisku tlił się ogień.
– Gdzie jesteś, stara?! – zawołała.
W kącie ciemnej małej izdebki szurnęło.
– Co tam tak siedzisz, jakbyś ślepa była! – krzyknęła dziewczyna.
– Nie krzycz, Zosiu. – Usłyszała łagodny głos swej matki. – Nie krzycz, modlę się – dobiegło z ciemnego kąta.
– Modlę się, modlę się – przedrzeźniała ją dziewczyna. – I co ci ta modlitwa dała, stara głupia babo?
– Zosiu, nie mów tak – usłyszała głos matki.
– Gówno ciebie obchodzi, co gadam i co robię, stara głupia babo! – krzyknęła Zośka.
W izbie nastała cisza, tylko z kąta słychać było szept modlitwy. Zośka usiadła na zydlu i podniosła mokre zziębnięte stopy do paleniska. Podciągnęła przy tym spódnicę. Zasznurowała troczki rozchełstanej bluzki. Wzięła w rękę grzebień, który przedtem położyła na kolanach, i poczęła czesać swe długie jasne włosy. Gdy ciepło z paleniska rozgrzało już nieco jej stopy i nogi, zaczęła się przeciągać i poruszać udami, oddychając przy tym szybko.
– Och, ten Tomek – szepnęła cicho.
– Zosiu, źle robisz, bardzo źle robisz. Ten twój Tomek nie weźmie ciebie, Zosiu, nie weźmie – usłyszała głos matki z ciemnego kąta.
– Nie kracz, stara – zawołała Zośka. – Lepiej byś poszła szczawiu narwać – dodała już spokojnym głosem. – Przyniosłam kawał słoniny. To się zupę okrasi.
– Miałaś iść dzisiaj do starego Endera – odparła jej matka. – Antosia już tu dwa razy była po ciebie. Ona za ciebie poręczyła, dziewczyno. U aptekarza będziesz miała stałą robotę. A i jadła stary żyd daje do syta. Tam nie będziesz głodna, Zosiu. Tam nie będziesz co rano jadła zupy ze szczawiu.
– Wiesz co, stara? W dupie mam robotę u tego starego żyda! – krzyknęła Zośka.
Na te słowa z ciemnego kąta wyszła starsza już, ale postawna kobieta. W jej oczach widać było gniew.
– Marsz mi do Antosi, ty głupia smarkulo! – krzyknęła kobieta. – I nie biegaj boso, masz laćki, to je załóż. Bo już rano ziąb idzie od ziemi.
– Kiedy ja buty będę miała?!
– Jak sobie na nie zapracujesz, smarkulo – odparła kobieta. – A tymi amorami po nocach na buty nie zarobisz. Tym to tylko jakie nieszczęście lub wstyd do chaty przyniesiesz. Bo latasz jak jaka kocica w marcu. Pamiętaj, żeś ty jest córka Kuca. Człeka, co całe swe życie był uczciwy. Pamiętaj, smarkulo! – krzyczała kobieta. – Gdy splamisz jego nazwisko, to ja ciebie przeklnę. Z chaty wyrzucę na zbity pysk. Bo twój ojciec był dobrym człowiekiem i nie zasłużył sobie na to, abyś jego nazwisko hańbiła.
– A co mu z tej uczciwości przyszło, stara – mruknęła Zośka, zakładając na nogi laćki. – A do tego żyda pójdę, bo zima idzie, to mi tam ciepło chociaż będzie.
– W naszej chacie też zimna nie ma – odparła kobieta. – Jaś Antosi sporo nam drwa przywiózł. A i obiecał, że jak braknie, to dowiezie. Bo to stolarz przecie i znajomości ma, to drwa tanio kupić umie. Ma dziewczyna szczęście. Żeby tobie takie szczęście dopisało – dodała.
– Za nic mam takie szczęście, stara – odparła Zośka. – Ja morgi muszę mieć. Morgi! Rozumiesz, stara. Wtedy nie szczaw, nie lebiodę, ale chleb z masłem jadać będę. A mlekiem od krowy popijać.
– Ty nie morgi, ale wstyd mieć będziesz, Zośka! – krzyknęła kobieta. – Ale nie gadaj już, tylko leć do Antosi.
Zośka chciała jeszcze coś rzec matce, ale machnęła tylko ręką i wybiegła z chaty.
– Stara ona i głupia – mruknęła już za drzwiami.
Przed chatą usłyszała wołanie:
– Zośka, Zośka!
– No, ta mnie już dojrzała – mruknęła do siebie, a do Antosi rzekła:
– Już idę, Antosiu, już idę.
Pomiędzy trzciną na wąskiej ścieżce stała dziewczyna. Niższa od Zośki, szczuplejsza, z ciemnymi włosami. Jej drobną ładną buzię zdobił uśmiech. Podcięte krótko włosy zawiązała do tyłu barwną chustą. Tak, aby kłopotu nie było. Wesołe oczy patrzyły z wyrozumieniem na Zośkę.
– No, Zosiu, coś ciebie ostatnio zastać w chacie nie mogę – zawołała.
– Bo chyba przychodzisz tylko wtedy, gdy mnie w chacie nie ma – burknęła Zośka.
– Nie gadaj, Zośka, głupot – odparła Antosia. – Jam też dziewczyna i wiem, co to miłość. Tylko pamiętaj, abyś się za szybko nie dała ponieść. Bo się wtedy chłop znudzi i pójdzie sobie. Z nimi trza powolutku, delikatnie. Tak, co by już myślał, że następnym razem będziesz jego. A ty, gdy znów do ciebie przyjdzie, innej maści na niego użyj. A to się chmurz, a to bądź wesoła. Ale trzymaj chłopa daleko od spódnicy. No, tymi na górze to się może czasami pobawić – roześmiała się na te słowa. – To i tobie przyjemność zrobi.
– A ty z Jasiem to jak robicie? – zapytała Zośka. – Tak tylko siedzicie sobie i nic więcej?
– No, Zosiu – rzekła poważnie Antosia – mój Jaś to nie z tych, co tylko za spódnicą goni. On teraz każdy grosz zbiera, bo chce chatę kupić i warsztat swój założyć. A przy tym kilka morgów też kupi. Tak mi obiecał.
– Przecie mógłby tu, w Zamulu, u ciebie warsztat założyć – powiedziała Zośka, zła na Antosię za to, że ta o morgach myśli.
– Myślał o tym – odparła Antosia – ale mu to jego majster odradził. Bo kto u takiego, co w Zamulu mieszka, coś ze stolarki zamówi. On musi we wsi albo i w samym Połcinie warsztat założyć. Wtedy ludzie do niego będą przychodzić. Bo dla niego zbudowanie warsztatu to żadna sprawa. Toć on niejedno okno w niejednym domu już zakładał. Nawet i szklić okna potrafi. A jakie drzwi potrafi zrobić. Nawet ołtarz w kościele w Starej Wsi odnawiał – dodała chełpliwie.
– Lubisz go, Antosiu – szepnęła Zośka.
– Tak, bardzo go lubię – odparła Antosia i jej policzki zapłonęły.
– Widzę, że go lubisz, a ja tylko z tym Tomkiem ze Starej Wsi na schadzki chodzę. Całe noce razem spędzamy.
Antosia przystanęła, spojrzała na Zośkę i rzekła:
– Powiem ci coś, Zosiu, ale nie mów nikomu, że to ja ci to mówiłam.
– Gadaj, co tam masz do powiedzenia – odparła Zośka i zwolniła kroku.
– Słyszałam, jak byłam u młynarza po krupy – poczęła opowiadać Antosia – jak jego matka, to znaczy tego Tomka, która wtedy też była u młynarza, akurat na ten czas, powozem przyjechała. Na koźle parobek siedział. A ona dumna taka, wystrojona. Młynarz i młynarzowa zaraz do niej wybiegli. Nawet nie miałam komu za krupy zapłacić. A jak się ściskali, jak się witali! A że było wtedy gorąco, to siedli pod gruszą i tam gadali. A ja nie powiem, ciekawa byłam, o czym gadać będą. Bo ta przyjechała do młynarza tak wystrojona, jakby ich chciała na wesela prosić czy co. Tak to wtedy wyglądało. Więc siadłam sobie przy ścianie, głowę ku słońcu wystawiłam i słucham, o czym te gady gadają. Bo parobek mi krupy już zważył. A wtedy akurat ta paniusia nadjechała, to mi parobek powiedział, że młynarz i młynarzowa bardzo się z Wojnicką lubią. Bo kuzyni i młynarz jest kumem Wojnickiej. Bo Tomka do chrztu trzymał. A i jego żona też lubi matkę Tomka. Wtedy to Wojnicka poczęła gadać a gadać. Gdy tak pod tą gruszą siedzieli, gadała do młynarza, że ci oczy węglem wypali za to, że tak Tomka bałamucisz. Za to, że całymi nocami znika i dopiero nad ranem przychodzi. Opowiadała, jak pewnego razu chciała was najść, jak jesteście razem. Szła za Tomkiem, ale ten jest sprytny i zgubił ją nocą.
– Wiem, Antosiu – odparła Zośka – Tomek opowiadał mi o tym. On mówi mi o wszystkim, co jego matka na mnie gada. Ale on mnie kocha, Antosiu, kocha mnie, to wiem i wierzę mu – dodała.
– A czy ty kochasz tego kulawego chłopca, Zosiu? – zapytała Antosia.
– On nie kuleje, Antosiu – szepnęła Zośka. – On tylko tak utyka.
– Ale czy ty go kochasz? – ponowiła pytanie kobieta.
Zośka stanęła wtedy przed Antosią i rzekła z ogniem w oczach:
– Wiesz co, gówno mnie obchodzi jakaś tam miłość. Ty możesz sobie kochać tego Jasia, boś głupia i naiwna. Ale ja kocham tylko morgi, tylko morgi. A tych Tomek ma wiele. Mówię ci to, bo wiem, że ty nikomu nie powiesz – dodała i ruszyła szybkim krokiem.
– Nie będzie takiej potrzeby – odparła Antosia. – Powiem ci coś jeszcze, Zośka. Wtedy, we młynie, matka Tomka przyjechała prosić młynarza, jako kuma i jego żonę, aby ci, razem z nią i Tomkiem, w swaty pojechali – rzekła poważnym głosem.
Zośka stanęła pośrodku drogi, jakby ją kto w słup soli zamienił. Twarz jej pobladła, zachwiała się, jednak nie upadła, tylko powiedziała cicho:
– To niemożliwe, niemożliwe, nie wierzę ci, nie wierzę.
– To prawda – powiedziała spokojnie Antosia.
– To moja matka kazała ci tak mówić, żebym po nocach nie latała do Tomka! – krzyknęła Zosia.
– Tak – odparła Antosia – twoja matka mnie o to bardzo prosiła. Prosiła mnie, abym to ja ci to powiedziała o Tomku. Żebyś wiedziała, jaki on jest, że tu spotyka się z tobą, a dwa tygodnie temu był ze swą matką i młynarzem w konkurach u starej baby. Na dodatek ta baba to wdowa i ma trójkę dzieci. Twa matka prosiła mnie, abym to ja ci powiedziała. Mówiła: "Powiedz jej to ty, Antosiu. Tobie, Antosiu, Zosia uwierzy, mnie nie".
Zośka stała jak wryta. To, co usłyszała, było dla niej straszne. Wiedziała, że Antosia by jej nie okłamała. Każdy by to zrobił, tylko nie ona. Jej wierzyła, zawsze jej wierzyła. Nawet swej matce by nie uwierzyła, ale Antosi wierzyła. Stała tak i patrzyła na nią.
– Jesteś starą, wredna suką! – krzyknęła. – Rozumiesz? Jesteś starą, wredną suką!
Po tych słowach zastygła w bezruchu. Antosia podeszła do niej i rzekła:
– Chodźmy, Zosiu – szepnęła i ujęła ją za rękę. – Chodźmy.
– Gówno! – krzyknęła Zośka. – Gówno i jeszcze raz gówno!
Pchnęła Antosię i pobiegła drogą w stronę Zamula.
– Zabiję starą sukę, zabiję! – krzyczała na cały głos. – Odrąbie tej parszywej suce ten głupi łeb. Zabiję sukę, zabiję!
Antosia pobiegła za nią, wołając:
– Zosiu, to nic nie da, nic na to nie poradzisz. Tomek to syn gospodarza, i to bogatego. A ty kim jesteś?
Widząc, co zamierza Zośka, Antosia pobiegła za nią. Dopędziła ją i, pomimo że wydawała się być drobną dziewczyną, silnie złapała Zośkę za spódnicę. Ta zatrzymała się, ale wciąż krzyczała:
– Nie jestem gównem! Nie jestem gównem, które się wyrzuca jak jakie łajno. Gówno, gówno, gówno.
Antosia chwyciła ją mocno za ręce. Nie puszczała jej, mimo że Zośka szarpała się i podskakiwała, wściekła na cały świat. Szamotała się, ale jej próby były daremne, bo w wątłym ciele Antosi drzemały wielkie siły. Antosia, nie mogąc już dłużej utrzymać szalonej dziewczyny, krzyknęła:
– To powiedz to matce Tomka. I jemu samemu też to powiedz, głupia dziwko! Gdyby cię ten twój Tomek kochał, tak jak to mówisz, to by za nic do starej baby w swaty nie jechał. Starej i na dodatek z dziećmi. Ale ta stara baba ma też wiele morgów. Nawet więcej ma tych morgów od twego Tomka. Więc widzisz, że on zrobił z ciebie dziwkę. Gówno, tak jak ty to mówisz. Łajno, zwykłe łajno i gówno.
Zośka przestała krzyczeć, przestała się szarpać i patrzyła tylko na Antosię wielkimi oczami, po czym rzekła cichym głosem:
– A ja myślałam, że ten kuternoga mnie kocha.
– On lubi babom pod spódnice zaglądać, Zośka, tylko tyle i nic więcej.
– No, nic się nie stało – mruknęła Zośka pod nosem. – Ale na pewno się coś stanie. Mówię ci, Antosiu, na pewno się coś stanie – wypowiedziała te słowa złowieszczym głosem i ruszyła ku miastu.
– Dobrze, dobrze, Zośka – rzekła Antosia. – Chodźmy już do tego aptekarza, bo tak to do nocy do Połcina nie dojdziemy.
Szły w milczeniu, mijały zagajnik, w którym kiedyś wypoczywały. Antosia już nic nie mówiła. Nie chciała Zośki znów doprowadzać do szału.
– Wiesz co, Antosiu – rzekła Zośka, gdy wchodziły w pierwsze domy miasteczka – ja go spalę. Tak, ja go spalę. Zrobię to zimą, gdy śniegi będą wielkie i mróz ściśnie tęgi. Niech gad poczuje, jak to jest, gdy się własnego kąta nie ma.
– Nie gadaj głupot – odparła Antosia. – Przejdzie ci, zobaczysz. A chłopców jest wielu. Zawsze znajdzie się jakiś dla ciebie. Tylko bądź ostrożna, Zosiu, teraz bądź ostrożna. Jesteś ładna, młoda, więc wielu będzie za tobą latać. Ale teraz bądź ostrożna. Nie daj się zwieść słówkom. Patrz na to, co który jest wart. Jaś zna takiego, który parę morgów ma i rad by ciebie za gospodynię u siebie widział. Zeszłego roku na odpuście cię zobaczył. Bardzo mu się spodobałaś. Ale on nieśmiały, jednego oka nie ma. Bo mu je w lesie żerdzią wybili.
– Oko to nic przy kuternodze – roześmiała się Zośka. – Tylko że ja, na razie, nie chcę nikogo.
– Rozumiem, Zośka, rozumiem – odparła Antosia. – Zresztą tobie nie jakiś tam kulawy czy ślepy. Ty znajdziesz sobie dorodnego chłopa.
Zamilkły, bo szły wąskimi uliczkami miasteczka. W wielu sklepikach poczęto zdejmować z wystaw okiennice. Piekarnia była już otwarta, a przed nią jak zawsze rano stała spora grupa kobiet. Dziewczyny szły szybkim krokiem. Poranny chłód ostudził zamysły Zośki, ale Antosia wiedziała, że Zośka tego Tomkowi nie daruje. Znała dobrze Zośkę – to dumna, ambitna i zawzięta dziewczyna, takiej nie wolno poniżać.
Stały obydwie przed apteką. Antosia kilka razy zakołatała do drzwi. Wreszcie rozwarły się szeroko. Stanął w nich stary zgarbiony człowiek. Dziewczyny ujrzały okulary z małymi okrągłymi szkiełkami, wąsik i brodę, na głowie czapeczkę.
– Ot, cały żyd – mruknęła Zośka.
– Ja miałam przyprowadzić tę tu Zośkę do pracy w domu – rzekła do niego Antosia.
– Wejdźcie. Tam, do kuchni na prawo – kierował mężczyzna.
Gdy weszły do kuchni, Zośka ujrzała tu tyle dziwów, że dech jej w piersiach zaparło. Spojrzała na Antosię, ale ta nie zwracała wcale uwagi na piec kaflowy z blachami, na talerze z kolorowymi kwiatami malowane złotem. Rozglądała się dobrze, ale nie ujrzała tu nawet jednej miski. Takiej, z jakich jadało się w Zamulu.
Antosia stała pośrodku kuchni i czekała na aptekarza. Ten dopiero po chwili przyszedł z grubą kobietą w fartuchu w paski. Gdy ujrzała Antosię, wyciągnęła ręce i objęła ją czule, jakby ta była jej córką.
– Witaj, Antosiu – powiedziała miłym, słodkim głosem.
Ta przywitała się z kobietą raczej chłodno.
– Przyprowadziłam ci moją kuzynkę Zosię – rzekła poważnym głosem. – Dbaj o nią, Marto.
Mężczyzna stał z boku i gdy Antosia skończyła mówić, zwrócił się do Zośki:
– Będziesz dostawała cztery złote na tydzień, jadło i spanie. Marta pokaże ci, gdzie będziesz spać. Reszta będzie od niej zależeć – dodał i wyszedł z kuchni.
– Antosiu, nie gniewaj się już na mnie – rzekła Marta, gdy aptekarz wyszedł z kuchni.
– Ja się nie gniewam – odparła Antosia – tylko już ci wierzyć nie mogę tak jak dawniej.
– Wybacz starej – rzekła Marta. – Nie gniewaj się. Bo ja z namowy innych tak zrobiłam. Nie ze swej chęci.
– Gdybym tego nie wiedziała – odparła Antosia – to bym się do ciebie za nic nie odezwała.
– Dobrze już, dobrze, Antosiu – rzekła po chwili Marta. – Ale wiedz, że ja tej suce, co mnie do tego namówiła, kłaki ze łba wyrwałam – dodała i wyszła z kuchni.
– O co idzie? – zapytała Zośka.
– A do Jaśka nagadała, że ja za innymi się oglądam – odparła Antosia.
– A co na to Jaś?
– Roześmiał się jej w twarz i powiedział, że za drugim razem to za takie gadanie łeb jej do łajna wsadzi – roześmiała się Antosia.
– Wiesz, lubię tego twojego Jasia! – zawołała Zośka.
– Jak takiego nie lubić, Zosiu – odparła Antosia. – Ale ja już muszę iść, Zosiu. Tu ci będzie dobrze. A Marta jest dobra, tylko naiwna. Słucha innych ślepo. Dbaj o nią, Zosiu. Przegoń każdą, która będzie chciała ją do czegoś namówić.
– Znasz mnie i wiesz, że to dla mnie żaden kłopot – odparła Zośka, całując Antosię.
– Pójdę już – rzekła kobieta i zarzuciła chustę na głowę. – Koniec lipca dopiero, a rano zimno już i od rzeki ciągnie.
– No dobrze – mruknęła Zośka, gdy za Antosią zamknęły się drzwi. – Co tu mamy? Przygłupią Martę i tego starego, co się do spraw w kuchni nie wtrąca, dobrze będzie, Zośka – burknęła do siebie dziewczyna.
Antosia szła tymczasem na plebanię.
– Muszę się pośpieszyć – powiedziała na głos do siebie. – Już chyba proboszcz mszę odprawił. Ale mam pasztet zrobiony i pierogi z serem. To jest co podać na stół. Tylko żeby proboszcz nie wrócił za szybko z kościoła. Bo nie zdążę pierogów podgrzać. A on lubi takie podgrzane na maśle. No, ale jak go znam, to zawsze jakaś baba albo i chłop z okolicy będzie miał po mszy do niego sprawę. Zawsze tak jest.
Przeszła przez łąkę do tylnej furty w murze. Zawsze nosiła przy sobie klucz do niej. Nawet proboszcz i wikary mieli swoje – przez furtę było krócej na plebanię niż drogą obchodzić w koło. Gdy weszła do kuchni, wikary kładł masło na patelnię.
– Już jestem, proszę księdza – zawołała Antosia.
– A, to dobrze – rzekł z ulgą wikary – bo ty, Antosiu, to pierogi tak w tym maśle wypieścisz, że smakują niczym jaki kapłon pieczony na brytfance.
– Oj, ale mi ksiądz słodzi – zawołała Antosia, przewracając pierogi drewnianą łychą.
– O, to nie ja, to nie ja tak powiedziałem, Antosiu – odparł wikary, siadając przy stole.
– Ale od księdza to przecież usłyszałam – odparła.
– Ale ja tylko powtórzyłem słowa proboszcza – zaśmiał się mężczyzna.
– A co tu tak o mnie gadacie? – usłyszeli głos proboszcza. Stał w drzwiach i pociągał nosem.
– Pierogi z serem – szepnął i zasiadł do stołu.
W izbie parafialnej zapadła cisza, wszyscy jedli pierogi. W sieni dało się słyszeć szuranie. Wtem drzwi rozwarły się szeroko i w progu stanął Jaś. Był to człowiek pod czterdziestkę, szczupły, niezbyt wysoki, ale w barach szeroki. Oczy niebieskie, osadzone głęboko. Wysokie czoło, włosy jasne, lekki garb na nosie dodawał mu powagi. Ubrany prosto, koszula i spodnie z szerokim wojskowym pasem.
– Niech będzie pochwalony – rzekł, wchodząc do izby.
– A, pan stolarz zawitał do nas – rzekł wikary.
– Antosiu, daj no swemu chłopu pierogów – dodał proboszcz.
– Ja nie w odwiedziny, proszę księży – rzekł Jaś i spojrzał na Antosię.
– A ja do ciebie, kawalerze, się wybieram – powiedział proboszcz, połykając pieroga.
– A w jakiej sprawie?
– A w zakrystii okno się nie domyka – wtrącił wikary.
– Jutro, gdy będę z roboty wracał, to narzędzia zabiorę ze sobą – odparł Jaś, cały czas patrząc na Antosię.
Ta wstała szybko od stołu, mówiąc:
– Już idę, tylko pozmywam.
– To ci nie ucieknie, dziecko – powstrzymał ją proboszcz. – Idź już, idź.
Gdy Antosia z Jasiem wyszli z plebanii, mężczyzna rzekł do niej:
– Jest, Tosiu, dom. Zdrowy, niezbyt stary i dwie morgi przy nim. Za mało tego, ale na razie nam wystarczy. Chciałbym, abyś ty go zobaczyła.
– Przecie ja się na tym nie znam – odparła Antosia. – Ty jesteś chłop i ty wiesz, czy dom jest dobry.
Jaś stanął przed nią, spojrzał jej w oczy i rzekł poważnym głosem:
– Bez ciebie, Tosiu, nie kupię.
Ta patrzyła w jego niebieskie oczy i uważnie słuchała. Lubiła, gdy zdrabniał w ten sposób jej imię. Nieważna dla niej była ta chata czy morgi, ważny był tylko on, Jaś. Więc jeśli chciał kupić chatę z morgami, to i ona tego chciała.
Stała przed Jasiem i patrzyła mu w oczy. Wiedziała, że teraz ją pocałuje. Zawsze, gdy chciał to zrobić, stawał przed nią, ujmował jej głowę w swe dłonie i całował. Namiętnie, długo i tak delikatnie, a gorąco zarazem. Tak, że czuła bicie jego serca. Czuła wtedy, jak jego ręce sięgają niżej. Jak delikatnie głaszczą ją tam, a ona wtedy czuła to gorąco. Rozchodziło się po całym jej ciele i wtedy była bezwolna wobec Jasia. Ale wiedziała również to, że nigdy nie posunie się za daleko. Nigdy, nawet jeśli ona była już przekonana, że to stanie się właśnie teraz. Jaś jednak potrafił delikatnie i z czułością zakończyć pieszczoty, a ona była mu za to wdzięczna, ale chyba dlatego tym bardziej tego pragnęła. Tym bardziej czekała na te chwile, gdy znów zacznie ją całować, pieścić i szeptać jej te cudowne słowa. Tym bardziej pragnęła swego Jasia. Tym bardziej pragnęła jego pieszczot i pocałunków. Lecz teraz, gdy stali tak samotni na polnej drodze, otoczeni tylko łanami zbóż, Jaś pocałował ją kilka razy w szyję i szepnął jej do ucha:
– Musimy iść, Tosiu.
– Więc chodźmy obejrzeć tę chatę – szepnęła zawiedziona.
Przytuliła się do niego. On objął ją ramieniem i szli tak przytuleni pośród dojrzewających zbóż. Jaś ręką potrącał duże, kołysane wiatrem kłosy. Co chwilę całował jej czoło i włosy. Delikatnie i z czułością miętosił jej rękę i szeptał do ucha:
– Za kilka lat takie kłosy będą rosły i dojrzewały na naszych morgach, Tosiu.
Szli na skróty, przez pola, bo do Starej Wsi był jeszcze kawał drogi. A do wieczora musieli zdążyć. Gdy doszli do pierwszych zabudowań, Jaś wskazał jej spory dom z oborą, małym chlewem i stodołą stojący z dala od wsi, na niewielkim pagórku.
– To ten, Tosiu – rzekł poważnym głosem. – A tam, na tamtym wzgórzu, mieszka gospodarz, który chce go sprzedać.
– Chodźmy do niego, niech nam go pokaże! – zawołała Antosia podniecona myślą o tym, że ona i Jaś mieliby swój własny dom. Nie taki, jak na Zamulu, lichą lepiankę z rzecznego mułu, w którym krokwie to nieociosane żerdzie, lecz taki z belek toporem obrobionych, układanych jedna na drugiej. Tak dokładnie, że gdy przyjdzie mchami dziury w ścianie upychać, to nie ma gdzie tego mchu wetknąć. A dom, który widziała, właśnie taki jej się wydał. Solidny, mocny. Taki, co to i wiele lat stać może. Taki, co to wiele pokoleń z niego w świat pójdzie. Taki, który będzie tym miejscem, jakie będzie im zawsze matkę i ojca, i ciepło przypominało, gdy już dorosną i w świat pójdą. Taki, w którym człowiek pierwszy raz w swym życiu ujrzy piękno świąt i poczuje zapach świeżego chleba. Takiego prosto z pieca. Po raz pierwszy ujrzy świąteczną choinkę. Bo dom musi być taki, żeby ten widok i ten zapach szedł za nim przez całe życie.
Taki, że gdy będą już swe domy mieli, będą wiedzieć, jaki zapach i jaki obyczaj ma być w ich domach.
Bo ona sama czuła ten zapach, ten obyczaj.
Choć u niej, w domu rodzinnym, był tylko Bóg i bieda. Nie zawsze starczało na dobre jadło. Nie mówiąc o odziewku i butach. To Bóg zawsze był w ich domu na pierwszym miejscu. Jak mawiał jej ojciec, Bóg wskazuje nam drogę. A gdy człek jest biedny, tym bardziej powinien tej drogi szukać, bo zło i pokusa, co czyhają na niego wszędzie, zwiodą go na manowce. Gdy tej drogi szukał nie będzie, to nawet się nie rozezna w tym, co czyni, a już będzie w sidłach szatana. Spojrzała na Jasia i zrozumiała – jest taki jak jej ojciec, dlatego tak mu ufa.
To już jest ich dom. Tego była pewna. Jaś wie, co to za miejsce, pomyślała, ona nie powie nic, niech Jaś sam mówi, niech jej Jaś decyduje – kupno domu to przecież chłopska sprawa.
Gdy doszli do chaty, wyszedł z niej śpiesznie gospodarz. Spojrzał na nich i krzyknął na ujadającego psa. Skrzywił się, jakby coś kwaśnego miał w ustach. Stał przy swej chacie i czekał. Antosia, pchana swym wewnętrznym impulsem, chciała podejść. Już zrobiła krok, gdy Jaś ją zatrzymał.
– Poczekajmy tu, Tosiu – szepnął jej do ucha. – Wiem, że to opój, hulaka i żarłok, i że potrzebuje pieniędzy.
Stali więc i czekali, a gospodarz patrzył na nich swymi malutkimi, świdrującymi oczkami. Wtedy z domu wyszła kobieta. Starsza już, przygarbiona.
– Co jest, Michał? – zawołała.
– Nic, matko – odparł gospodarz – tylko przyszedł ten, co chce kupić naszą chatę.
– No, nie naszą, synu, tylko moją! – krzyknęła kobieta.
– Jak tak, to sama sobie z nimi gadaj – warknął tylko i do chaty wszedł.
Ta stała naprzeciw Jasia i Antosi. Patrzyła na nich chwilę.
– Ja ciebie znam – rzekła kobieta, wskazując palcem na Antosię. – Ty na plebanii gotujesz.
– Tak – odparła Antosia – chodzę tam i gotuję.
– A ty jesteś tym stolarzem, który ołtarz robi w naszym kościele – wskazała na Jasia palcem.
– Tak, robię w waszym kościele ołtarz – potwierdził Jaś. – Miał go robić jakiś spec z Warszawy, ale nie przyjechał. Więc wasz proboszcz mnie do tego wziął. A ołtarz stary i mocno przez robactwo zjedzony, więc roboty jest moc przy nim. Ale już nie za długo go skończę – dodał.
– Masz ty tyle pieniędzy, żeby ten dom kupić? – zapytała kobieta.
– Tyle to nie mam – odparł Jaś – ale gdy skończę ten ołtarz, to mi niewiele zabraknie.
– Chcielibyście chyba obejrzeć ten dom – rzekła po chwili.
Ruszyła ku chacie.
– Michał, daj mi klucz od chaty! – zawołała.
Mężczyzna wyszedł i podał jej wielki klucz. Spojrzał na Antosię i Jasia i wszedł z powrotem do chaty.
Dom oglądali w milczeniu. Antosia nic się nie odzywała. Jaś też milczał. Ostukiwał tylko belki. Tupał nogą w podłogę. Zaglądał do pieca.
– Wiecie co – rzekła kobieta po namyśle, patrząc na nich – polubiłam was. Podobacie mi się. Zróbmy tak. Ty będziesz płacił mi co rok za dzierżawę, a gdy będziesz miał pieniądze, to ci ten dom i te dwie morgi sprzedam. Tak będzie nawet i lepiej, bo Michał to by te pieniądze szybko przepuścił. Ot, ten mój syn jedynak to taka moja zakała i tyle – mruknęła – ale lubię go bardzo, bo tylko jego mam. A ten nicpoń wie o tym i robi ze mną co chce.
– To kiedy umowę spiszemy? – zapytał Jaś.
– Przyjdź za dwa miesiące – odparła kobieta, idąc do chaty – bo jutro do swej siostry jadę i nieprędko wrócę.
– Dobrze – odparł Jaś – przyjdziemy tu za dwa miesiące.
– Ale możecie już obsiać te dwie morgi – dodała. Po czym odwróciła się i ruszyła do chaty. Usłyszeli jeszcze głos jej syna.
– Matko – krzyczał – toż za tę chatę można dobry grosz wziąć! A ty tym oberwańcom chcesz morgi i chatę w dzierżawę puścić?!
– Moja jest – dobiegł ich jeszcze stanowczy głos kobiety.
– Nie wiem, Jasiu – zaczęła niepewnie Antosia – czy to dobrze, że my tę chatę w dzierżawę bierzemy.
– Ja też nie wiem – odparł Jaś – ale gdybym zarobił dobry grosz, to za rok lub dwa kupiłbym tę chatę i te morgi.
Antosia wróciła do Zamula, do swej lepianki. Spojrzała na izbę, w której się wychowała. Na powałę, gdzie tylko żerdzie widać było. Na piec ulepiony z gliny i kamienia. Na okap zrobiony z desek, malowany wapnem dla ochrony przed iskrami.
Przecież tu nawet nie ma blach w tym piecu. A komin stoi obok lepianki, aby się od niego ściana nie zapaliła. Od zawsze był spękany. Zawsze trzeba było przed zimą i na wiosnę szpary gliną zamazywać i bielić wapnem. Robiło się to nie dla ozdoby, ale żeby szpary było widać od razu. Bo na wapnie szybko powstawały ciemnie smugi od dymu, który przez pęknięcia uchodził i komin smolił. Ten, kto tego nie robił szybko, tracił lepiankę, bo ta z dymem szła zaraz.
Usiadła na pryczy zbitej z drągów, wyścielonej trzciną i trawą po wierzchu dla miękkości. W izbie zamiast podłogi było klepisko ubite z gliny. Wiedziała, że nie we wszystkich lepiankach na Zamulu było klepisko.
Przed oczyma stanęła jej izba, którą tam w chacie widziała. Z oknami, piecem, na którym blachy całe leżały. Takie, w których fajerki były. A podłoga z desek szerokich, mocnych. Jaś tupał po nich, aby sprawdzić, czy nie zgniłe i czy przez robaka nie zżarte. Toż ta chata to dla niej jak jaki pałac.
Antosia była bardzo zmęczona drogą, którą przeszli, i przeżyciem, jakim było dla niej oglądanie ich przyszłego domu. Ułożyła się na pryczy, okryła pościelą i tak leżała.
Toż to czary jakie czy cud się jaki ma ziścić, myślała dziewczyna, jak ja będę tam żyła w tym domu. Toż tam taka wielka izba. A za nią komora z piwniczką. Za sienią są drzwi do drugiej, mniejszej izdebki. Tam można mleko trzymać, bo okno małe i na północ wychodzi, i na pewno tam chłód jest. Sery w niej też można robić. A zimą, gdy w wielkiej izbie w piecu się napali, to chyba tam gorąc taki, że trudno go wytrzymać. Jak ja tam będę żyła, myślała dziewczyna, aż sen ją zmorzył.
Wtedy poczęła śnić, że mieszka w ziemiance, że je kartofle pieczone w popiele. Sen ten był dla niej ciężki. Jedno, co z niego dobrze pamiętała, gdy zlana potem zbudziła się w środku nocy, to ogromna tęsknota. Tęsknota tak wielka, tak ciężka... Trudno jej było uwierzyć, że człowiek może tak tęsknić. Przerażona tym uczuciem, którego we śnie doświadczyła, nie zmrużyła oka do samego świtu.
– Jutro muszę się widzieć z Jasiem – rzekła do siebie.
Lecz los tak sprawił, że Jaś do niej nie przyszedł. Gdy kazała przekazać dla niego wiadomość, dostała na drugi dzień odpowiedź, że Jaś pojechał do Rycina, bo tam nowa robota mu się trafiła. Antosia czekała dwa tygodnie, aż któregoś dnia sama ruszyła do Starej Wsi. Gdy była na miejscu, ujrzała Michała, syna gospodyni, jak pijany szedł do chaty.
– Ja do was – zawołała Antosia.
– A, do matki – odparł Michał, chwiejąc się na nogach. – Chodź, dziewczyno, do chaty. Matka jest już w domu. Wróciła zaraz na drugi dzień, gdy się dowiedziała, że ma być mobilizacja. Bo wojna się nam szykuje, dziewczyno. Wojenko, wojenko... – począł śpiewać przepitym głosem.
Wieść o wojnie spadła na Antosię jak grom z jasnego nieba. Stanęła na środku drogi i patrzyła na pijanego Michała.
– Michał, Michał – usłyszała głos gospodyni – a chodźże tu do chaty, a nie drzyj się po drogach. A, ty przyszłaś – rzekła, ujrzawszy Antosię.
– Przyszłam, bo żniwa się skończyły i czas na orkę. A jak mamy dzierżawić te dwie morgi, to trzeba by je zaorać i obsiać – powiedziała Antosia gardłowym głosem.
– Ot, widzisz, Michał, jaka to gospodyni – zawołała kobieta. – A gdzie ten twój Jaś?
– Jaś robotę złapał w Rycinie.
– Michał, ty pijanico – zawołała kobieta – idź, pokaż jej gdzie ma orać, bo na orkę czas najwyższy.
– Zaraz, matko – odpowiedział Michał i ruszył za oborę. – Daj mi, matko, jeszcze ze dwa złote – poprosił, podciągając portki – bo nie wiadomo, czy na wojnę nie pójdę. To kiedy się znów napiję?
Kobieta widać słabość miała do niego, bo wysupłała monetę i dała ją synowi.
– A niech się bidok napije – rzekła do Antosi, jakby chciała się przed nią wytłumaczyć. – Tyle jego – dodała.
– Chodź, piękna dziewczyno – zawołał do Antosi uradowany Michał i ruszył przodem.
– Tylko, Michał, nie marudź – ponagliła go Antosia – bo ja muszę szybko na plebanię iść. A to kawał drogi.
– To jest niedaleko, a mnie też się spieszy do karczmy. Pędzili my bimber w ziemiance, to nam matka wszystkie kotły wywaliła i widłami je podziurawiła. Teraz mi tylko karczma została. A tam trzeba złotówkami płacić... – mruczał Michał pod nosem. – O tu, od tej miedzy do tamtej, są te dwie morgi. Ta grusza, co w polu stoi, jest też na naszym. To za nią, do samej rzeczki, a tu to do samej drogi. Za drogą jest taki klin. O widzisz, między tymi kartoflami. To też do tych mórg należy.
– Dzięki ci, Michał – zawołała Antosia i ruszyła w powrotną drogę.
– Hej – usłyszała przepity głos Michała – powiedz Jasiowi, że ma szczęście, że taką dziewkę dostał.
– Idź do karczmy, bałamuto – krzyknęła Antosia, śmiejąc się ze słów Michała. – Pijanica – mruknęła. – Ale dobry człowiek z ciebie.
Gdy weszła na plebanię, stanęła zdziwiona na widok wikarego ubranego w mundur i przeglądającego się w lustrze.
– Co też ksiądz wyrabia! – zawołała przerażona tym obrazkiem.
– Taki czas, Antosiu – usłyszała spokojny głos wikarego. – Muszę iść tam, gdzie żołnierz słowa bożego będzie chciał posłuchać. Ale przedtem musimy, Antosiu, ukryć pewne rzeczy. Bo widzisz, są w tym kościele bardzo stare kielichy mszalne i ornaty bogate, a stare. Z czasów króla Sasa. Jest też obraz bardzo cenny. A wojna jak to wojna, różnie na niej być może. Zostaw więc, Antosiu, te gary i chodź ze mną.
– Ale proszę księdza – zawołał Antosia – jam prosta dziewczyna i gdzie mi tam takie rzeczy robić, mnie do garów i sprzątania, a nie do ukrywania kielichów złotych.
– Nie masz racji, dziewczyno – odparł wikary – ty jesteś uczciwa i za nic byś tych świętych rzeczy nikomu nie oddała ani nie zdradziła, gdzie one są. Więc kto, jak nie ty, ma o tym wiedzieć. Bo ja nie wiem, czy z tej wojny wrócę, a musi być ktoś, ktoś uczciwy, kto o tych ukrytych rzeczach wiedzieć będzie. Ciebie jako gosposię, i to dochodzącą, nikt o to posądzał nie będzie. Chodź ze mną, bo ja za dużo czasu nie mam.
– A ksiądz proboszcz? – zapytała Antosia.
– Proboszcz dzięki Bogu do biskupa pojechał – odparł wikary. – Nawet to i lepiej, żeby proboszcz o tym nie wiedział.
Antosia zmęczona tym długim dniem została na plebanii na noc. Nie miała sił wracać na Zamule.
W nocy zbudziło ją stukanie w okno. Zerwała się i podbiegła do okna. Tam, w blasku księżyca, ujrzała Jasia. Przerażona tym widokiem zarzuciła na siebie bluzkę i wybiegła do niego.
– Jasiu, ty idziesz na wojnę... – powiedziała jakby nie swoim głosem.
– Tak, Antosiu – odparł Jaś i mocno ją przytulił. – Rano idziemy do pułku.
– Poczekaj chwilę – zawołała i po chwili, już ubrana, szła z Jasiem do Zamula.
Idąc, nic do siebie nie mówili. Tu nie były potrzebne słowa. Tu nie trzeba było nic mówić. Oni wiedzieli, co mają robić i jak się zachować.
Gdy weszli do izby, Jaś, ujął jej ręce i szepnął:
– Tosiu, miłości moja. Ty jesteś dla mnie jak to słońce na niebie. Ja zacząłem żyć dopiero wtedy, gdy ciebie po raz pierwszy ujrzałem. Tosiu – rzekł uroczystym głosem – ja, Jan, biorę sobie ciebie, moja kochana Tosiu, za żonę. I przysięgam ci, że będę cię kochał do śmierci. Przysięgam ci, najdroższa Tosiu, że będę cię wielbił tak mocno, jak wielbię samego Boga. Niechaj ten księżyc będzie naszym świadkiem, a sam Bóg niechaj nam nasz związek błogosławi.
Antosia stała tak przed Jasiem i łzy płynęły jej po policzkach.
– Ty płaczesz, moja kochana – szepnął Jaś i począł całować jej policzki tak, żeby żadna jej łza nie upadła. Tak, jakby to nie łzy były, tylko skarby największe. Po czym uniósł ją swymi silnymi ramionami i ułożył na pryczy. Ta noc była ich pożegnaniem. Ta noc była tym, co miało im wystarczyć na wiele, wiele lat. Ale oni nie myśleli o tym. To była ich noc.
Gdy naszedł świt, leżeli wtuleni w siebie.
– Już czas, Tosiu – rzekł Jaś. – Już czas na mnie, kochana.
– Pójdę z tobą – odparła Antosia. – Chcę widzieć, jak będziecie wychodzić z miasteczka.
Gdy wracali na plebanię, usłyszeli w miasteczku lament i płacz niewiast. Ujrzeli, jak wikary wyszedł na drogę i obserwował kobiety biegnące na rynek i wycierające chustami łzy. Obok niego stał proboszcz, staruszek z siwą głową. Widzieli, jak objął wikarego. Ten nagle ruszył w stronę rynku. Obejrzał się jeszcze i zobaczył Jasia.
– No chodźmy, Jasiu – rzekł. – Chodźmy.
– Odprowadzę ich – powiedziała Antosia do stojącego na drodze proboszcza.
– A idź, dziecko, odprowadź, odprowadź – rzekł staruszek i ręką otarł łzy.
Na rynku ujrzeli tłum ludzi. Pośrodku stali młodzi mężczyźni. Ci robili ważne miny. Niektórzy z nich podśpiewywali sobie żołnierską piosenkę. Ale kobiety i dzieci, które stały wokół nich, miały oczy pełne łez. Poczęto formować plutony. Co raz słychać było głosy próbujące przekrzyczeć wrzawę.
Antosia poczuła na ramieniu czyjąś rękę. Odwróciła się szybko i ujrzała Michała.
– Zajrzyj od czasu do czasu do mej matki – rzekł proszącym głosem – bo ja chyba z tej wojny już nie wrócę. Więc zajrzyj do niej czasem. To dobra kobieta.
– Obiecuję, Michał – odparła Antosia i objęła Michała na pożegnanie, mówiąc:
– Wrócisz, Michał, wrócisz i weźmiesz sobie żonę piękną jak łania.
– Jak Jasia zostawisz i za mnie wyjdziesz, to wrócę – zaśmiał się Michał i ruszył do szeregu, bo jego właśnie wyczytano. Pomachał jej jeszcze ręką i zniknął w tłumie innych młodych chłopców.
Gdy wezwano Jasia, ten tylko ujął głowę Antosi w dłonie i szepnął:
– Czekaj Antosiu, czekaj i wierz w to, że wrócę. Bo ja do ciebie wrócę nawet i z piekła! – zawołał i pocałował ją na pożegnanie.
Antosia stała bez ruchu, jakby ją kto w kamień zamienił. To, co się działo na rynku, było dla niej czymś nierealnym. Czymś, co działo się jakby w bajce, w innym świecie. Nie chciała pogodzić się z rzeczywistością. Bo tam jest dom, stoi i czeka na nich. Tam są morgi, na których mieli posiać zboże. Proboszcz dał jej dwa worki ziarna na siew. Dał jej konia do orki i nawet parobka jej wypożyczył. A to, co tu się teraz działo, nie było tym, czego oczekiwała. A ona, biedna dziewczyna, nie chciała przecież wiele od życia. Nie pragnęła bogactw ani zaszczytów. Pragnęła tylko mieć swój kąt na tym świecie i swego Jasia przy boku. Do końca, do starości, do śmierci. Mieć z nim dzieci i patrzeć, jak one rosną, jak dojrzewają.
Stała tak i patrzyła, jak jej Jaś staje w szeregu razem z innymi. Jak szeregi te czwórkami szły równym krokiem w kierunku traktu. A ona w swym sercu czuła pustkę i niemoc wobec tego, co się działo. Czuła, że oszukał ją cały świat. Słyszała jeszcze, jak młodzi chłopcy poczęli śpiewać. Antosia stała tak i słuchała, z jej oczu płynęły łzy, a ponad dachami domów unosiła się pieśń:
– O mój rozmarynie, rozwijaj się...
Została na rynku sama. Stała tam jakby w letargu. Jakby ktoś rzucił na nią urok. Jakby ją ktoś zaczarował. Stała tak i nic do niej nie docierało z tego, co działo się obok niej. Płacz kobiet wołających za swoimi mężami, narzeczonymi, braćmi i synami, po których już tylko niosło się echo marszu.
Ci zaś, nie chcąc słyszeć krzyków i lamentów kobiet, śpiewali coraz głośniej. Tak, aby zagłuszyć ten krzyk, aby zagłuszyć tę rozpacz. Aby zagłuszyć własny smutek. Aby zagłuszyć swe rozterki i obawy o to, czy jeszcze dane im będzie ujrzeć swe żony, dzieci, siostry, matki i narzeczone, czy też gdzieś tam w okopie śmierć – nieodłączna siostra żołnierza – nie przerwie nici ich życia, więc teraz każdy z nich śpiewał znane słowa piosenki żołnierskiej, aby zagłuszyć lęki i tę wszechogarniającą każdego z nich rozpacz i bezradność wobec tego, co ich nieuchronnie czeka. Każdy z nich miał plany i marzenia. Każdy z nich pozostawił tu najbliższych. Każdy z nich, gdyby to od niego zależało, natychmiast rozkazałby, aby zapanował pokój. A ludzie niech zajmą się swymi drobnymi sprawami. Na wielu twarzach widać było wielkie poruszenie. Wielu z nich miało oczy pełne łez. Ale oni tych łez nie czuli, oni maszerowali, oni śpiewali. Śpiewali głośno, bo tylko śpiewem mogli odepchnąć od siebie to uczucie bezradności wobec losu, własnego i najbliższych. Śpiewali, aż całe ich ciało poczuło dreszcz, który zagłuszył krzyk matek, żon, narzeczonych.
Na rynku nie było już nikogo, tylko Antosia wciąż stała tam w bezruchu.
Nagle ktoś jej dotknął. Czuła, jak ktoś ją obejmuje. Słyszała swe imię. Powoli poczęła wracać do realnego świata. Nie wiedziała, że kobiety poszły za żołnierzami aż do traktu. Przed nią stała tylko Zośka. Obejmowała ją i mówiła coś do niej.
– Gdzie wszyscy? – zapytała zdziwiona Antosia.
– Poszły odprowadzić swoich – odparła Zośka. – Widziałam Jasia.
– Co mi teraz robić... – powiedziała smutno Antosia, patrząc błędnym wzrokiem na Zośkę.
– A co byś robiła, gdyby tu był twój Jaś?
– Zaorałabym morgi – szepnęła Antosia.
– Więc to zrób – odparła Zośka, po czym ujęła Antosię pod ramię. Ruszyły na plebanię.
– Wiesz, co ci powiem – zaczęła Zośka – aptekarz gdzieś zniknął. Już ponad dwa tygodnie, jak go nie ma w mieście. Kazał mi nic nie mówić. Najpierw zwolnił kucharkę, a potem tak do mnie powiedział: "Gdy nie wrócę, apteka jest twoja, Zośka". Dał mi nawet taki papier. Potem, gdy bryczką wyjeżdżał, to dał mi jeszcze dwieście złotych. Wiesz, całe dwieście złotych, Antosiu!
– A czemu wyjechał? – zapytała Antosia.
– Nic mi nie mówił – odparła Zośka – tylko miesiąc temu, zaraz po tym, jak do niego przyszłam, otrzymał list z zagranicy. Gdy mu go zaniosłam, on tylko na niego spojrzał i powiedział: "Zostaw sprzątanie, Zośka, idź do kuchni". Więc ja wyszłam, ale zostawiłam uchylone drzwi. Stałam tam pod drzwiami i słuchałam. Ale on czytał list nie po naszemu. Nic nie rozumiałam, więc poszłam do kuchni. Po godzinie mnie zawołał, dał pięć złotych za to, abym nic nikomu nie mówiła, i kazał iść do piekarza i do rzeźnika. Chciał ich natychmiast zobaczyć, prosił też, aby po drodze zabrali Rebe. Gdy tylko wróciłam, zaraz mnie zawołał i zapytał, czy umiem gotować. Powiedziałam mu, że umiem, bo mnie matka sporo nauczyła. A i u Marty dużo podpatrzyłam. Wtedy kazał ją zawołać, dał jej dwieście złotych i wyprawił do domu. Gdy tylko Marta wyszła, przyszedł rzeźnik. Pamiętam, że stanął w drzwiach w zabłoconych butach i czekał, aż mu szmatę podam do otarcia. Wtedy aptekarz zawołał: "wchodź, wchodź!".
Byłam tym bardzo zdziwiona, bo, jak mi mówiła Marta, nie do pomyślenia było, aby do jego domu wchodzić w zabłoconych butach. Bardzo tego pilnował. Po niedługim czasie, nim zdążyłam zaparzyć herbatę dla gości, przyszedł piekarz i ich Rebe. Wtedy mocno padało i byli całkiem przemoczeni. Zamknęli drzwi i gadali chyba z godzinę. Nic mi się nie udało podsłuchać. Gadali nie po naszemu. Ale na drugi dzień, skoro świt, aptekarz, rzeźnik i piekarz wyjechali swymi powozami z miasteczka. A co najdziwniejsze, wyjechali ze swymi rodzinami. Pamiętam, że aptekarz obudził mnie w nocy, dał mi te dwieście złotych i papier.
Zośka, tłumaczył mi, ty jesteś mądra i dasz sobie radę z apteką. Daję ci ją, dziewczyno. Wtedy dał mi ten papier. Najmij, mówił, jakiegoś farmaca czy fermumaca, i dasz sobie radę. Zapytałam go wtedy, czemu zostawia aptekę, powiedział, że za miesiąc zrozumiem i poprosił mnie tylko, żebym o jego wyjeździe nic nikomu nie mówiła. A jeśli kto będzie do apteki przychodził, mam powiedzieć, że się strasznie przeziębił i leży. I że może za dwa tygodnie wstanie... Antosiu – zapytała po chwili Zośka – czy ty coś z tego rozumiesz?
Antosia bezwiednie słuchała jej gadaniny.
– Zośka – rzekła, aby przerwać w końcu ten potok słów – ja też nic nie rozumiem. Ale zapytamy o to księdza proboszcza. Wiesz, Zośka – dodała po chwili milczenia – cały czas mam przed oczyma Jasia i cały czas słyszę ostatnie słowa, jakie do mnie powiedział. Ja nie wiem, Zosiu, czy ja go jeszcze kiedyś zobaczę...
Wyrzuciła to wszystko jednym tchem i poczęła łkać. W słowach tych wybrzmiał żal do losu. Żal za to, że jej, ich marzenia w jednym dniu runęły i prysły jak bańka mydlana.
Dziewczyny stały tak na drodze tuż przed plebanią.
– Płacz, Antosiu, płacz – szeptała Zośka, przytulając dziewczynę. – Płacz zawsze pomaga, przynosi ulgę – szeptała.
Gdy Antosia trochę się uspokoiła i uniosła swe zapłakane oczy, szepnęła:
– Muszę zaorać nasze morgi, muszę je obsiać. Gdy Jaś wróci, zobaczy, że ja tu nie próżnowałam. Nie czekałam na niego bez żadnego zajęcia. Bo ten dom, te dwie morgi są nasze, Zosiu, nasze – dodała mocnym głosem.
– Antosiu – szepnęła Zośka – mam do ciebie prośbę, wielką prośbę.
– Mów, Zosiu – odparła Antosia, ocierając twarz z resztek łez.
– Będę miała dziecko – rzekła Zośka, spuszczając głowę.
– O Boże, Zosiu... – szepnęła Antosia – ty będziesz matką. Nic się nie martw – dodała – gdy przyjdzie rozwiązanie, zamieszkasz ze mną w naszej chacie w Starej Wsi. Powiemy, że twój chłop poszedł na wojnę i tyle. Tam cię nie znają.
– Nie o mnie mi chodzi, Antosiu, tylko o matkę, ona stara i zdrowia już nie ma. Będę mieszkała w domu aptekarza. Pieniądze mam na jedzenie. Tylko proszę cię, abyś matce nic o tym nie mówiła.
– Ależ Zosiu – zawołała Antosia – nie bój się o to, nic jej o tym nie powiem, tylko powiedz mi, kto jest ojcem twego dziecka – szepnęła.
– A któż by, jak nie ten kuternoga – odparła Zośka – za głupotę drogo się płaci, Antosiu.
– Tylko nie rób żadnych głupstw. Bo to grzech śmiertelny.
– Myślałam o tym – odparła beznamiętnie Zośka. – Ale ja tego nie zrobię. No, może nie czekam na to dziecko, tak jak normalna kobieta czeka na poród swego pierwszego dziecka, ale nie zabiję się, obiecuję ci to, Antosiu.
– Nie martw się o nic. Ty się teraz oszczędzaj. Ja wszystkiego dopatrzę i zadbam o ciebie.
– Jesteś bardzo dobra, Antosiu – szepnęła Zośka – nie taka jak ja...
– Nie mów tak. To nie twoja wina, że ten kulawy głupek wolał starą z morgami. Zamiast brać dziewczynę młodą i ładną. Ale on tego jeszcze będzie żałował, zobaczysz, Zosiu.
– Wiesz co, Antosiu – szepnęła Zośka – gdyby teraz chciał mnie brać, to bym go już nie chciała. Wolałabym nawet iść do baby jakiej, aby mi tego bękarta wyjęła z mego brzucha, niż się za niego wydawać. Ale nie bój się, nie zrobię tego, bo tak sobie przyrzekłam. Dał mu Bóg życie, to niech po tym bożym świecie chodzi. A ludzie niech gadają, co tylko chcą.