Antologia z dreszczykiem - Wielu autorów

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (45,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Co­py­ri­ght ? Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2025

e-ISBN: 978-83-68498-19-6

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce / Gra­fi­ki na stro­nach ty­tu­ło­wych roz­dzia­łów

Fre­epik

Re­dak­cja

Mo­ni­ka Cał­ka | Krop­ka i Spół­ka

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Kon­wer­sja do epub:

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Piotr Ży­meł­ka

Uro­dzo­ny w la­tach osiem­dzie­sią­tych, ukoń­czył in­for­ma­ty­kę na Po­li­tech­ni­ce Ślą­skiej w Gli­wi­cach i pra­cu­je ja­ko pro­gra­mi­sta. Pry­wat­nie mąż i oj­ciec. En­tu­zja­sta do­brej ka­wy oraz kul­tu­ry fran­ko­foń­skiej. Pi­sze w cza­sie wol­nym i w tak zwa­nym "mię­dzy­cza­sie". Od za­wsze roz­ko­cha­ny we wszyst­kich nie­mal­że ga­łę­ziach po­pkul­tu­ry. Wiel­ki mi­ło­śnik Ki­na No­wej Przy­go­dy, przy­go­dó­wek po­int and click, zło­te­go wie­ku pi­ra­tów, a tak­że za­pa­lo­ny czy­tel­nik li­te­ra­tu­ry pra­wie wsze­la­kiej i ko­mik­sów. Je­go tek­sty uka­zy­wa­ły się na ła­mach cza­so­pi­sma "Pi­xel". Re­gu­lar­nie pu­bli­ku­je re­cen­zje fil­mów na por­ta­lu film.org.pl.

Za­de­biu­to­wał w 2021 ro­ku po­wie­ścią sen­sa­cyj­no-przy­go­do­wą Cień Tem­pla­riu­szy. Książ­ka zo­sta­ła do­brze przy­ję­ta i sta­no­wi­ła hołd dla przy­gód In­dia­ny Jo­ne­sa oraz twór­czo­ści Cli­ve'a Cus­sle­ra. W 2024 ro­ku uka­zał się kry­mi­nał Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy łak­ną spra­wie­dli­wo­ści. Ak­cja po­wie­ści to­czy się w Ka­to­wi­cach na dwóch płasz­czy­znach cza­so­wych. W 2025 ro­ku au­tor wy­dał trze­cią książ­kę - po­wieść awan­tur­ni­czą Car­ska afe­ra. Jej bo­ha­te­ro­wie to dwaj męż­czyź­ni o zu­peł­nie od­mien­nych cha­rak­te­rach. Tra­fia­ją na spra­wę, któ­ra mo­że wstrzą­snąć ca­łą Eu­ro­pą. Z bie­giem cza­su los rzu­ca ich do róż­nych kra­jów, a wza­jem­na nie­chęć za­mie­nia się w szorst­ką mę­ską przy­jaźń.

Fa­ce­bo­ok: piotr.zy­mel­ka.pi­sarz

Piotr Ży­meł­ka

Od­le­gła stro­na nie­ba

- Nie, pro­szę, nie! Mam już dość! Bła­gam...! Zo­staw! - wrzesz­cza­ła ko­bie­ta.

Otwo­rzy­łem oczy i gwał­tow­nie wcią­gną­łem po­wie­trze. Zno­wu ten sen.

Chwi­lę trwa­ło, nim zo­rien­to­wa­łem się w sy­tu­acji. Le­ża­łem w mięk­kim, wy­god­nym łóżku. Ota­czała mnie ciem­ność. Ale nie ta­ka zwy­kła, któ­ra po­ja­wia się no­cą po zga­sze­niu ża­rów­ki. Nie - to był zły, tłu­sty, wszech­ogar­nia­ją­cy mrok, wy­peł­za­ją­cy z kątów i szcze­lin oraz wci­ska­ją­cy się w każdą, naj­mniej­szą na­wet szpa­rę. Cięż­ki i ole­isty. Na­ma­cal­ny, wchła­nia­ją­cy światło i od­bie­ra­ją­cy na­dzie­ję. Za­cho­wu­ją­cy się nie­mal­że jak ży­wa isto­ta i wy­cią­ga­ją­cy po mnie swo­je czar­ne jak smo­ła zło­wro­gie wy­pust­ki.

Źró­dło tej ciem­no­ści le­ża­ło bli­sko, to z je­go po­wo­du tu przy­je­cha­łem. Wy­czu­wa­łem ta­kie miej­sca z da­le­ka. Wie­cie, je­śli ży­je się od­po­wied­nio dłu­go, czło­wiek uczy się ufać in­stynk­to­wi. W prze­ciw­nym wy­pad­ku... no cóż, gro­by roz­sia­ne po świe­cie są naj­lep­szym do­wo­dem na to, do­kąd pro­wa­dzi nie­wie­dza tych, któ­rzy nie słu­cha­li pod­szep­tów in­tu­icji.

Usia­dłem i się­gną­łem do włącz­ni­ka lam­py. Pstryk­ną­łem, a po­kój za­la­ło żół­te, przy­jem­ne świa­tło. Ciem­ność cof­nę­ła się po­za je­go za­sięg, ale jak­by nie­chęt­nie, z ocią­ga­niem.

Ubra­łem się i pod­sze­dłem do drzwi wyj­ścio­wych. Do świ­tu zo­sta­ły co naj­mniej dwie go­dzi­ny. Nie cier­pię tych pe­ere­low­skich, sza­rych, pa­skud­nych blo­ków, kry­tych azbe­sto­wy­mi pły­ta­mi. Ale miesz­ka­łem już w znacz­nie gor­szych wa­run­kach i znacz­nie mniej przy­jem­nych czę­ściach świa­ta niż Eu­ro­pa Środ­ko­wa, więc w za­sa­dzie nie mia­łem po­wo­dów do na­rze­kań. Prze­krę­ci­łem klucz w zam­ku i wy­sze­dłem na klat­kę scho­do­wą.

Pa­no­wa­ła na niej ci­sza. Do­pie­ro gdy mach­ną­łem rę­ką, czuj­nik na pod­czer­wień za­pa­lił umiesz­czo­ną pod su­fi­tem lam­pę, roz­pra­sza­jąc nie­co mrok. Zer­k­ną­łem w gó­rę. To stam­tąd wy­peł­za­ła ciem­ność. Kry­ła się te­raz w za­ka­mar­kach pię­ter, przy­cza­jo­na i prze­ra­ża­ją­ca. Zda­wa­ła się fa­lo­wać i wa­bić ni­cze­go nie­po­dej­rze­wa­ją­ce ofia­ry. Ru­szy­łem po scho­dach, echo mo­ich kro­ków roz­brzmie­wa­ło w pu­stej prze­strze­ni, jak­by kiep­ski per­ku­si­sta nie­udol­nie wy­gry­wał marsz po­grze­bo­wy.

Wspią­łem się na ostat­nią kon­dy­gna­cję. Znaj­do­wa­ły się tu drzwi do trzech miesz­kań. Jed­ne z nich rzu­ca­ły się w oczy bar­dziej niż po­zo­sta­łe - far­ba od­cho­dzą­ca z fra­mu­gi pła­ta­mi, za­nie­dba­na wy­cie­racz­ka i war­stwy ku­rzu na klam­ce ozna­cza­ły, że od ja­kie­goś cza­su nikt ich nie otwie­rał.

To wła­śnie stąd pro­mie­nio­wał mrok. Wy­peł­zał wol­no i roz­le­wał się na świat. Miesz­ka­ło tu pra­daw­ne zło.

I ja mu­sia­łem się nim za­jąć. To zna­czy, nie mu­sia­łem, ale po­wi­nie­nem.

Oczy­wi­ście nie od ra­zu. Tyl­ko idio­ta rzu­ca się w afe­rę bez przy­go­to­wa­nia. A ja nie je­stem idio­tą. No, przy­naj­mniej nie aż tak du­żym.

***

Pierw­szą rze­czą, któ­rą na­le­ża­ło zro­bić, by­ło ze­bra­nie in­for­ma­cji. A nikt nie wie­dział wię­cej o miesz­kań­cach bloków niż sa­mi miesz­kań­cy. Szcze­gól­nie ci spę­dza­ją­cy ca­łe dnie na ob­ser­wo­wa­niu są­sia­dów, na­rze­ka­niu na współ­cze­sną mło­dzież oraz ob­ga­dy­wa­niu in­nych lo­ka­to­rów. W ży­ciu spo­tka­łem już ty­sią­ce ta­kich osób i za­zwy­czaj uni­ka­łem ich jak dia­beł wo­dy świę­co­nej. Tym ra­zem jed­nak mu­sia­łem przy­wo­łać na twarz przy­ja­zny wy­raz i stać się na mo­ment mi­łym go­ściem. Nie przy­szło mi to ła­two. Praw­dę mó­wiąc, by­ło cho­ler­nie trud­ne.

Mo­ja, z bra­ku lep­sze­go okre­śle­nia, ofia­ra - pa­ni Bo­że­na - miesz­ka­ła na pierw­szym pię­trze. Wie­czo­rem, gdy słoń­ce już za­szło, ale noc nie ob­ję­ła jesz­cze świa­ta we wła­da­nie, za­pu­ka­łem do jej drzwi. Otwo­rzy­ła po chwi­li i ob­rzu­ci­ła mnie nie­chęt­nym spoj­rze­niem. Le­d­wo się po­wstrzy­ma­łem, że­by nie od­pła­cić jej po­dob­nym. Za­miast te­go uśmiech­ną­łem się i po­wie­dzia­łem:

- Do­bry wie­czór, pa­ni Bo­że­no. Na­zy­wam się Maks Bi­lew­ski - po­da­łem imię i na­zwi­sko, któ­re­go wte­dy uży­wa­łem. - Miesz­kam tu od nie­daw­na i kom­plet­nie nie orien­tu­ję się w spra­wach ad­mi­ni­stra­cyj­nych. Czy pa­ni mo­że wie, gdzie po­wi­nie­nem się udać w spra­wie opłat za wy­wóz śmie­ci?

Buj­ne lo­ki w pa­pi­lo­tach, ota­cza­ją­ce na­la­ną twarz pa­ni Bo­że­ny, za­trzę­sły się, gdy wy­ściu­bi­ła gło­wę przez szpa­rę w drzwiach.

- Pa­nie! W tej spół­dziel­ni to zło­dzie­je pra­cu­ją! Ino pi­nią­dze bio­rą, a sa­mi nic nie ro­bią!

Wes­tchną­łem. To bę­dzie trud­niej­sze, niż my­śla­łem.

- Bar­dzo pro­szę, kom­plet­nie nie wiem, jak to za­ła­twić. Przy­je­cha­łem zza gra­ni­cy...

Naj­wy­raź­niej ar­gu­ment ten prze­mó­wił do reszt­ki czło­wie­czeń­stwa, kry­ją­cej się w tym ludz­kim od­po­wied­ni­ku drza­zgi w pal­cu, bo ba­ba uchy­li­ła sze­rzej drzwi.

- Her­ba­tę za­pa­rzę - wy­mam­ro­ta­ła i ru­szy­ła do kuch­ni.

Wciąż sta­łem na klat­ce scho­do­wej. Mu­sia­łem za­cze­kać na za­pro­sze­nie.

- Mo­gę wejść?

- Pro­szę! - wrza­snę­ła.

Prze­kro­czy­łem próg. W przed­po­ko­ju wi­sia­ło du­że lu­stro, więc szyb­ko prze­sze­dłem da­lej, że­by go­spo­dy­ni nie za­uwa­ży­ła w nim bra­ku mo­je­go od­bi­cia.

W sa­lo­nie uno­sił się za­pach go­to­wa­nej ka­pu­sty, zmie­sza­ny ze smro­dem kiep­skiej ja­ko­ści pa­pie­ro­sów. Cen­tral­ne miej­sce zaj­mo­wał te­le­wi­zor. A w wiel­kiej, czę­ścio­wo prze­szklo­nej me­blo­ścian­ce, pa­mięta­ją­cej jesz­cze cza­sy słusz­nie mi­nio­ne, pię­trzy­ły się ta­le­rze, kub­ki i ja­kieś in­ne bi­be­lo­ty. Na środ­ku stał okrą­gły sto­lik ka­wo­wy i dwa fo­te­le. W jed­nym za­uwa­ży­łem kil­ka wy­pa­lo­nych pa­pie­ro­sem dziur. Nad wej­ściem wi­siał nie­wiel­ki krzy­żyk. Nie ro­bił na mnie wra­że­nia, zna­łem Je­zu­sa oso­bi­ście - faj­ny był z nie­go gość, ale zdzi­wił­by się, gdy­by zo­ba­czył, co nie­któ­rzy wy­pra­wia­ją w je­go imie­niu i jak roz­ro­sło się za­ło­żo­ne przez nie­go kół­ko ry­bac­kie.

- Pan se klap­nie - po­wie­dzia­ła pa­ni Bo­że­na, wkra­cza­jąc do po­ko­ju z fał­szy­wym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

Nio­sła dwa pa­ru­ją­ce kub­ki moc­nej jak pie­kło her­ba­ty. Za­ją­łem miej­sce w jed­nym z fo­te­li.

- Dzię­kuję, że po­święca mi pani czas. Na­praw­dę po­trze­bu­ję po­mo­cy z ty­mi śmie­cia­mi...

Ko­bie­ta usia­dła na­prze­ciw­ko mnie, sior­biąc, po­cią­gnę­ła łyk na­po­ju i za­pa­li­ła pa­skud­ne­go pa­pie­ro­sa.

- A nie ma pro­ble­mu! Mu­sisz pan iść do spół­dziel­ni i zna­leźć po­kój z nu­me­rem sto dwa­dzie­ścia je­den. Tam pra­cu­je ta­ka wred­na ję­dza z tle­nio­ną fry­zu­rą, któ­ra się tym zaj­mu­je - po­wie­dzia­ła, na­da­jąc gło­so­wi ja­do­wity ton.

Nad­ludz­kim wy­sił­kiem wo­li po­wstrzy­ma­łem się od zna­czą­ce­go spoj­rze­nia na jej pa­pi­lo­ty. Nie mi­nę­ło na­wet pięć mi­nut, a już mia­łem dość tej ko­bie­ty. Na szczę­ście bab­sko spra­wia­ło wra­że­nie wścib­skie­go i ga­da­tli­we­go. Do­kład­nie ta­kie­go, ja­kie­go po­trze­bo­wa­łem. Nad­szedł czas, by przejść do sed­na.

- A wie pa­ni, że do­pie­ro jak już ku­pi­łem miesz­ka­nie, do­wie­dzia­łem się o jesz­cze jed­nym lo­ka­lu na sprze­daż, ale po­dej­rza­nie ta­nim... Chy­ba na ostat­nim pię­trze... - za­rzu­ci­łem ha­czyk.

Ko­bie­ta wy­pro­sto­wa­ła się tak gwał­tow­nie, że pa­pi­lo­ty na mo­ment zna­la­zły się w sta­nie nie­waż­ko­ści. Nim od­po­wie­dzia­ła, moc­no za­cią­gnę­ła się pa­pie­ro­sem.

- Do­brze, żeś pan te­go nie ku­pił - za­czę­ła.

Po­chy­li­łem się do przo­du.

- Dla­cze­go?

- Bo to prze­klę­te miej­sce - wy­ja­śni­ła szep­tem, wy­pusz­cza­jąc mi dym pro­sto w twarz.

Lu­dzie za­wsze, je­śli cze­goś nie ro­zu­mie­ją, przy­pi­su­ją to dzia­ła­niu sił nad­przy­ro­dzo­nych. I cza­sem na­wet ma­ją ra­cję.

- Prze­klę­te? - za­gad­ną­łem, rów­nież szep­tem, bio­rąc łyk her­ba­ty.

Ro­zej­rza­ła się i szep­nę­ła kon­fi­den­cjo­nal­nie, jak­by chcia­ła zdra­dzić, któ­ra są­siad­ka uwo­dzi li­sto­no­sza.

- Kil­ka lat te­mu miesz­ka­ło tam ta­kie mło­de mał­żeń­stwo. On przy­li­za­ny in­te­li­gen­ciak, ale ona, pa­nie, to ta­ka pa­niu­sia by­ła: su­kie­necz­ki, szpi­lecz­ki, tip­sy, ta­tu­aż. Ta­kie, wiesz pan, kur­wisz­cze.

Le­d­wo po­wstrzy­ma­łem się od ko­men­ta­rza, niech ga­da.

- Ten in­te­li­gen­ciak ko­chał ją do sza­leń­stwa. La­tał za nią jak pies z wy­wa­lo­nym ję­zo­rem i speł­niał każ­dą jej za­chcian­kę.

- A ona?

Ba­ba przez chwi­lę się za­sta­na­wia­ła.

- Też go ko­cha­ła... - po­wie­dzia­ła nie­pa­su­ją­cym do niej gło­sem, w któ­rym wy­raź­nie po­brzmie­wa­ła nut­ka sen­ty­men­ta­li­zmu. - I chy­ba by­li szczę­śli­wi.

Otwo­rzy­łem usta, chcąc osta­tecz­nie usta­lić, ja­ki mia­ła sto­su­nek do tej ko­bie­ty, ale roz­wia­ła mo­je wąt­pli­wo­ści, mó­wiąc:

- Choć to kur­wisz­cze by­ło. - Za­mil­kła na kil­ka se­kund, moc­no za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem, aż koń­ców­ka roz­ja­rzy­ła się po­ma­rań­czo­wym bla­skiem. - Ale póź­niej to się sta­ło...

Nad­cho­dzi­ła kul­mi­na­cja.

- Wy­da­rzy­ła się tra­ge­dia - cią­gnęła. - Dziew­czy­na wpa­dła pod sa­mo­chód. Zgi­nę­ła na miej­scu. A on roz­pa­czał przez kil­ka mie­się­cy. Strasz­ny wy­pa­dek, wszy­scy by­li­śmy wstrzą­śnię­ci.

Zdu­si­ła pe­ta w po­piel­nicz­ce i od ra­zu za­pa­li­ła ko­lej­ne­go. Chy­ba mó­wi­ła szcze­rze.

- Po­tem za­czę­ły dziać się dziw­ne rze­czy - pod­ję­ła opo­wieść. - Lu­dzie mie­li pro­ble­my ze snem, zwie­rzę­ta ba­ły się wy­cho­dzić z do­mów, cho­wa­ły się po ką­tach. Przed blo­kiem znaj­do­wa­no mar­twe pta­ki. Nie­któ­rzy sły­sze­li gło­sy. A Ma­cie­ja­ko­wie z ostat­nie­go pię­tra, żeby przejść obok prze­klę­tych drzwi, mu­szą prze­no­sić psa na rę­kach, bo skam­le i pisz­czy. Ale to nie wszyst­ko...

Zro­bi­ła te­atral­ną pau­zę, po czym do­da­ła:

- Pew­ne­go dnia, kil­ka mie­się­cy te­mu, ten in­te­li­gen­ciak znik­nął.

Zmarsz­czy­łem czo­ło.

- Jak to znik­nął?

- No znik­nął. Wie­czo­rem wszedł do swo­je­go miesz­ka­nia i za­mknął się w środ­ku. Po­tem in­ni sły­sze­li stam­tąd ja­kieś dziw­ne ha­ła­sy, krzy­ki i za­wo­dze­nie. Nikt wię­cej już chło­pa nie wi­dział.

- Mo­że wy­je­chał? - za­su­ge­ro­wa­łem.

Spoj­rza­ła na mnie tak, jak­bym jej za­pro­po­no­wał wspól­ną le­wa­ty­wę.

- Po dwóch ty­go­dniach we­szła tam po­li­cja. Drzwi by­ły za­mknię­te od środ­ka, okna rów­nież. Zna­leź­li tyl­ko osma­lo­ny frag­ment ściany. I nic wię­cej.

- Czy za­nim znik­nął, ten męż­czy­zna za­cho­wy­wał się dziw­nie?

Po­cią­gnę­ła no­sem i za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę.

- Ow­szem - po­ki­wa­ła gło­wą. - Książ­ki czy­tał.

Po­krę­ci­łem gło­wą. W tym kra­ju, jak ktoś ro­bi coś po­za oglą­da­niem te­le­wi­zji i pi­ciem pi­wa, au­to­ma­tycz­nie do­sta­je ety­kiet­kę z na­pi­sem "wa­riat".

- I to ma być dziw­ne? - po­pchną­łem kon­wer­sa­cję da­lej.

- On je dzie­siąt­ka­mi zno­sił! Za każ­dym ra­zem, jak go wi­dzia­łam, ta­chał ja­kieś książ­ki!

- W po­rząd­ku. A o czym by­ły?

Ko­lej­ne wy­mow­ne spoj­rze­nie.

- Pa­nie, a czy ja wy­glą­dam na li­te­ra­ta?

Nie, co naj­wy­żej czę­sto za­glą­dasz do li­te­rat­ki... - prze­mknę­ło mi przez myśl.

- A dziw­ne rze­czy? Usta­ły po je­go znik­nię­ciu? - Tak­tycz­nie zmie­ni­łem te­mat.

- Gdzie tam! Dzie­ją się jesz­cze czę­ściej! Urzą­dze­nia cią­gle się psu­ją, już czte­ry ra­zy wy­mie­nia­łam pral­kę, psia jej mać! Na klat­ce za­wsze jest chłod­no. A jak zga­sną świa­tła... to le­piej nie wy­cho­dzić na ko­ry­tarz. Mie­li­śmy też pla­gę szczu­rów, choć ostat­nio gdzieś się po­cho­wa­ły...

Aku­rat ta za­gad­ka mia­ła in­ne roz­wią­za­nie, ale nie za­mie­rza­łem się nim z nią dzie­lić. Zresz­tą i tak by nie uwie­rzy­ła.

Ko­bie­ta mil­cza­ła przez chwi­lę, po czym wy­szep­ta­ła:

- Pa­nie, tam miesz­ka zło.

Wy­dą­łem usta. Mniej wię­cej te­go się spo­dzie­wa­łem.

- Za­raz za­czy­na się mój se­rial - rze­kła, zmie­nia­jąc wą­tek. - To je­dy­na ra­dość, ja­ka mi zo­sta­ła, od­kąd Jó­ziek, zna­czy się mój świę­tej pa­mię­ci mąż, umarł...

Za­pa­trzy­ła się w prze­strzeń nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty na jej wspo­min­ki, więc po­sta­no­wi­łem uciąć tę roz­mo­wę, za­nim się za­czę­ły.

- W ta­kim ra­zie pój­dę już.

Wsta­łem i ru­szy­łem ku drzwiom. Od­pro­wa­dzi­ła mnie, mil­cząc. Na szczę­ście nie spoj­rza­ła w lu­stro.

Na klat­ce po­czu­łem chłód. Ciem­ność cza­iła się gdzieś na gra­ni­cy rzu­ca­ne­go przez ża­rów­kę świa­tła. Zło­wro­ga i nie­na­wist­na.

***

Roz­mo­wa z kil­ko­ma in­ny­mi sąsiada­mi po­twier­dzi­ła re­we­la­cje pa­ni Bo­że­ny. Do­dat­ko­wo je­den z nich po­dzie­lił się ze mną in­for­ma­cją, że Ma­te­usz, bo tak nie­szczę­śnik miał na imię, nie­zwy­kle in­ten­syw­nie ko­rzy­stał w ostat­nim cza­sie ze zbio­rów bi­blio­tek i an­ty­kwa­ria­tów. Po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, w ja­kich ty­tu­łach gu­sto­wał wła­ści­ciel fe­ral­ne­go miesz­ka­nia.

Do naj­bliż­szej bi­blio­te­ki po­sze­dłem na­stęp­ne­go dnia po po­łu­dniu. Mu­sia­łem się moc­no za­wi­nąć w płaszcz, by nie wy­sta­wiać skó­ry na słoń­ce. Wpraw­dzie nie gro­ził mi ża­den trwa­ły uszczer­bek na zdro­wiu, w koń­cu pły­wa­łem kie­dyś na Ka­ra­ibach u bo­ku Czar­no­bro­de­go, ale po­pa­rze­nia dru­gie­go stop­nia to też nie w kij dmu­chał. Gdy tyl­ko prze­kro­czy­łem próg sza­cow­nej in­sty­tu­cji, od ra­zu za­uwa­ży­łem mło­dą dziew­czy­nę sie­dzą­cą za biur­kiem, przed kom­pu­te­rem i stu­ka­ją­cą w kla­wi­sze. Wy­ostrza­jąc wzrok, prze­czy­ta­łem treść iden­ty­fi­ka­to­ra wid­nie­ją­ce­go na jej pier­si. Mia­ła na imię Ka­sia i pra­co­wa­ła tu­taj ja­ko ar­chi­wist­ka. Do­sko­na­le.

Zbli­ży­łem się do niej, przy­wo­łu­jąc mi­nę, któ­rej na­uczył mnie swe­go cza­su sam Gia­co­mo Ca­sa­no­va.

- Dzień do­bry, w czym mo­gę po­móc? - spy­ta­ła, za­uwa­ża­jąc mnie.

- Dzień do­bry - od­po­wie­dzia­łem, pa­trząc jej głę­bo­ko w oczy.

Mo­głem na­rzu­cać swo­ją wo­lę sła­bym umy­słom. Na szczę­ście dziew­czy­na by­ła jesz­cze mło­da i dość na­iw­na, więc za­wład­nię­cie nią nie na­strę­czy­ło mi więk­szych trud­no­ści. Od ra­zu prze­sze­dłem do rze­czy:

- Ka­siu, po­trze­bu­ję, że­byś spraw­dzi­ła pew­ne in­for­ma­cje w sys­te­mie.

Na dźwięk mo­je­go gło­su za­mru­ga­ła. Za­cho­wy­wa­ła się jak w tran­sie, ale uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej i od­po­wie­dzia­ła:

- Oczy­wi­ście, cze­go pan po­trze­bu­je?

Po­da­łem imię i na­zwi­sko in­te­re­su­ją­ce­go mnie męż­czy­zny i po­pro­si­łem, by wy­świe­tli­ła li­stę ty­tu­łów, któ­re wy­po­ży­czał.

Jej smu­kłe pal­ce za­tań­czy­ły nad kla­wia­tu­rą. Po chwi­li na ekra­nie po­ja­wił się wy­nik za­py­ta­nia do ba­zy da­nych. Prze­bie­głem go wzro­kiem. By­ło tak, jak się spo­dzie­wa­łem. A na­wet go­rzej.

- Dzię­ku­ję.

Po­że­gna­łem się i ru­szy­łem do wyj­ścia. Przed opusz­cze­niem gma­chu bi­blio­te­ki upew­ni­łem się, że dziew­czy­na nic nie za­pa­mię­ta z te­go spo­tka­nia. Nikt nie dał­by wia­ry jej sło­wom, a mo­gła­by mieć nie­po­trzeb­ne pro­ble­my.

Na­stęp­nie ru­szy­łem z po­wro­tem do do­mu. Mia­łem spo­ro do prze­my­śle­nia.

***

Unio­słem sza­mo­czą­ce­go się szczu­ra do ust. Ob­na­ży­łem kły, któ­re wy­dłu­ży­ły się, go­to­we za­dać zwie­rzę­ciu śmier­tel­ny cios. Już pra­wie czu­łem na ję­zy­ku je­go słod­ką krew, gdy za­brzmiał dzwo­nek do drzwi. Chcia­łem zi­gno­ro­wać dźwięk, ale po chwi­li roz­le­gło się ło­mo­ta­nie. Wes­tchną­łem, wrzu­ci­łem gry­zo­nia do klat­ki, za­mkną­łem ją i ru­szy­łem do wej­ścia.

Zer­k­ną­łem przez wi­zjer. Na ko­ry­ta­rzu stał bar­czy­sty, krót­ko ostrzy­żo­ny chłop o nie­przy­jem­nym wy­ra­zie twa­rzy i bli­zna­mi po ospie na po­licz­kach. Otwo­rzy­łem.

- Sier­żant Grze­gorz Ma­ja­kow­ski - przed­sta­wił się, ma­cha­jąc le­gi­ty­ma­cją. Je­go ochry­pły głos brzmiał, jak­by ktoś szu­rał me­ta­lo­wą rurą po as­fal­cie. - Mam do pa­na kil­ka py­tań.

Za­mru­ga­łem.

- Py­tań?

- Ow­szem. Po­dob­no in­te­re­su­je się pan za­gi­nię­ciem Ma­te­usza Mar­kow­skie­go...? - za­wie­sił głos, ocze­ku­jąc na po­twier­dze­nie.

- No pew­nie, prze­cież tu miesz­kam i chciał­bym wie­dzieć, czy to spo­koj­na oko­li­ca - wy­ja­śni­łem.

Za­ło­żył rę­ce na pier­si.

- A to nie po­py­tał pan przed za­ku­pem miesz­ka­nia?

Cho­le­ra, nie prze­my­śla­łem te­go.

- Spie­szy­ło mi się... - od­par­łem nie­zbyt prze­ko­nu­ją­co.

Pró­bo­wał zaj­rzeć do miesz­ka­nia, ale sta­ną­łem tak, by za­sło­nić wnę­trze.

- Czym się pan zaj­mu­je, pa­nie...?

- Maks Bi­lew­ski.

- ...pa­nie Bi­lew­ski?

- Je­stem tłu­ma­czem. - To aku­rat by­ło zgod­ne z praw­dą. Gdy ktoś ży­je po­nad dwa ty­sią­ce lat, z ko­niecz­no­ści uczy się po­słu­gi­wać wie­lo­ma ję­zy­ka­mi. Rów­nież ta­kimi, które za­gi­nęły w po­mroce dzie­jów.

Po­ki­wał gło­wą. Nie wie­rzył mi.

- Tłu­ma­czem... A co pan tłu­ma­czy?

- Głów­nie... - spoj­rza­łem na nie­go har­do - ...mar­twe ję­zyki.

Wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze przez nos. Na­stęp­nie się­gnął do kie­sze­ni, wy­do­był z niej wi­zy­tów­kę i po­dał mi ją.

- Gdy­by do­wie­dział się pan cze­goś cie­ka­we­go, pro­szę się ze mną skon­tak­to­wać.

Wzią­łem kar­tecz­kę, nie od­ry­wa­jąc od nie­go wzro­ku.

- Nie omiesz­kam - od­par­łem chłod­no.

Po­ki­wał gło­wą, a na je­go usta wy­pły­nął de­li­kat­ny, ale przez to wca­le nie mniej wred­ny uśmie­szek.

- Będę w po­bliżu, więc za­pewne jesz­cze się spo­tkamy.

- Cze­kam z utę­sk­nie­niem.

Za­mkną­łem drzwi. Wi­zy­tów­kę od ra­zu wy­rzu­ci­łem do ko­sza. Cie­ka­we, któ­ry są­siad do­niósł po­li­cji o mo­im za­in­te­re­so­wa­niu tym fe­ral­nym miesz­ka­niem? A zresz­tą, co za róż­ni­ca? Prze­czu­wa­łem, że z tym gli­nia­rzem bę­dą kło­po­ty. Ta­cy jak on nie od­pusz­cza­ją, szcze­gól­nie je­śli się na ko­goś uprą. A na­wet Ste­vie Won­der za­uwa­żył­by, że nie przy­pa­dłem mu do gu­stu. Tym bar­dziej mu­sia­łem szyb­ko za­ła­twić spra­wy i wy­nieść się stąd by­le da­lej.

Pew­nie w tym mo­men­cie za­sta­na­wia­cie się, po co w ogóle za­mie­rzałem igrać z mrocz­ny­mi mo­ca­mi, za­miast czym prę­dzej spie­przać w ja­kieś mi­łe miej­sce. Ni­g­dy nie pre­ten­do­wa­łem do ro­li bo­ha­te­ra, ale wi­dzi­cie, je­śli gdzieś po­ja­wia się ciem­ność, rów­no­cze­śnie w świe­cie za­czy­na­ją na­ra­stać na­pię­cia. I prę­dzej czy póź­niej mu­si nastąpić ich roz­ła­do­wa­nie, co dzie­je się za­zwy­czaj w dra­ma­tyczny spo­sób - mrok za­le­wa świat i wy­bu­cha ko­lej­na woj­na, zda­rza się ja­kaś tra­ge­dia al­bo ka­ta­stro­fa. Ko­ja­rzy­cie wy­buch Hin­den­bur­ga? Pre­mie­rę Ti­ta­ni­ca Ja­me­sa Ca­me­ro­na? Epi­de­mię czar­nej śmier­ci w śre­dnio­wie­czu? Je­de­na­sty wrze­śnia 2001? No wła­śnie. Więc ktoś mu­siał za­jąć się ta­jem­ni­czym miesz­ka­niem i tym, co tam się sta­ło. Ina­czej mo­gli­by­śmy mieć na­praw­dę prze­je­ba­ne. A ja lu­bię świę­ty spo­kój i nie lu­bię mieć prze­je­ba­ne. Kon­flik­ty zbroj­ne i in­ne ta­kie to nie dla mnie. Zresz­tą przez wie­ki na­oglą­da­łem się wy­star­cza­ją­co du­żo nie­go­dzi­wo­ści i okru­cień­stwa. I na­uczy­łem się jed­ne­go: je­śli nie zdu­si się zła w za­rod­ku, to ono po­tem cię od­naj­dzie i ugry­zie w du­pę tak moc­no, że bę­dziesz prze­kli­nał dzień swo­ich na­ro­dzin.

Cze­ka­ło mnie trud­ne za­da­nie. Ale naj­pierw po­si­łek. Z tą my­ślą skie­ro­wa­łem się do klat­ki ze szczu­ra­mi.

Co? Że obrzy­dli­we? Cóż, jeść trze­ba. A lu­dzi nie ty­kam. Chy­ba że wy­jąt­ko­wych skur­wie­li, ale ich krew szyb­ko fer­men­tu­je, więc to żad­na przy­jem­ność. Po­za tym trze­ba się moc­no na­tru­dzić z upo­lo­wa­niem ta­kiej ofia­ry, na co nie mia­łem te­raz ani cza­su, ani ocho­ty.

***

Jed­ną z za­let bar­dzo dłu­giego ży­cia by­ło to, że po­sia­dłem wie­le umie­jęt­no­ści, któ­rych nor­mal­nie bym się nie na­uczył. Na przy­kład otwie­ra­nia róż­ne­go ro­dza­ju zam­ków al­bo wła­że­nia w trud­no do­stęp­ne miej­sca. Wpraw­dzie fe­ral­ne­go miesz­ka­nia nie chro­ni­ły ja­kieś wy­myśl­ne za­bez­pie­cze­nia, ale też by­le gno­jek nie po­tra­fił­by z mar­szu sfor­so­wać drzwi. Mnie za­ję­ło to kil­ka mi­nut. Oczy­wi­ście mo­głem po pro­stu we­drzeć się do środ­ka si­łą, ale za­le­ża­ło mi na dys­kre­cji. Przy­naj­mniej jesz­cze przez ja­kiś czas.

Gdy za­pad­ki w zam­ku szczęk­nę­ły, pchną­łem drzwi. Otwo­rzy­ły się wol­no, skrzy­piąc prze­raź­li­wie, jak­by ktoś otwie­rał wie­ko sta­rej trum­ny. Skrzy­wi­łem się, na szczę­ście o dru­giej nad ra­nem są­sie­dzi spali.

Wśli­zgną­łem się do miesz­ka­nia. Pa­nu­ją­cy w środ­ku mrok na­tych­miast mnie otu­lił. Nie­mal­że czu­łem je­go mu­śnię­cia na skó­rze. W po­wie­trzu wi­siał rów­nież strach. Pa­nicz­ny, od­bie­ra­ją­cy ro­zum strach. Ro­zej­rza­łem się po przed­po­ko­ju. Nie­źle wi­dzia­łem w ciem­no­ściach,więc do­strze­ga­łem kon­tu­ry me­bli oraz pro­sto­ką­ty drzwi pro­wa­dzą­cych do po­koi. Zwy­kłe ele­men­ty wy­po­sa­że­nia wnętrz, jak szaf­ka na bu­ty czy wie­szak, spra­wia­ły wra­że­nie ży­wych i zło­wro­gich istot, cza­ją­cych się na śmiał­ka, któ­ry za­kłó­cił ich spo­kój. Wy­ob­raź­nia pod­su­wa­ła mi nie­sa­mo­wi­te wi­zje przed­mio­tów, zbu­do­wa­nych rę­ką nie­po­cho­dzą­cą z te­go świa­ta. I choć wie­dzia­łem, że to tyl­ko fan­ta­zje, na skó­rze po­ja­wi­ła mi się gęsia skór­ka.

Wie­dzio­ny in­stynk­tem ru­szy­łem wzdłuż kil­ku­me­tro­we­go przed­po­ko­ju. Po chwi­li zna­la­złem się w sa­lo­nie. To wła­śnie stąd pro­mie­nio­wał mrok. Po­miesz­cze­nie wy­glą­da­ło pra­wie nor­mal­nie. Na środ­ku sta­ły stół i sześć krze­seł, te­le­wi­zor umiesz­czo­no na­prze­ciw­ko wy­god­ne­go na oko ze­sta­wu wy­po­czyn­ko­we­go, skła­da­ją­ce­go się z ka­na­py i dwóch fo­te­li, wy­raź­nie prze­su­nię­tych w stro­nę ekra­nu. Na jed­nej ze ścian wi­siał ob­raz przed­sta­wia­ją­cy ja­kiś le­śny kra­jo­braz. A dru­ga ścia­na... by­ła pu­sta. Nie li­cząc wid­nie­ją­cej na środ­ku du­żej pla­my, ema­nu­ją­cej czer­nią tak głę­bo­ką, że zda­wa­ła się po­chła­niać ca­łe świa­tło w pro­mie­niu kil­ku me­trów.

Pod­sze­dłem do niej. Za­pach już zwie­trzał, ale w po­wie­trzu wciąż uno­si­ła się de­li­kat­na woń spa­le­ni­zny. Do­tkną­łem pla­my. Nie od­zna­cza­ła się od ścia­ny, by­ła za­ska­ku­ją­co gład­ka.

Wtem roz­legł się krzyk. Do­cho­dzą­cy z bar­dzo da­le­ka, przy­tłu­mio­ny i le­d­wo sły­szal­ny. Gdy­by nie mój wy­czu­lo­ny słuch, zlał­by się z tłem. Do­bie­gał z wnę­trza pla­my. Nie z miesz­ka­nia obok ani na do­le, tyl­ko z głę­bi tej obez­wład­nia­ją­cej czer­ni. Aż pod­sko­czy­łem.

Prze­nio­słem wzrok na ścianę wo­kół osma­lo­nego miej­sca. Przyj­rza­łem się jej do­kład­niej. I wte­dy to zo­ba­czy­łem. Ktoś ob­ry­so­wał pla­mę, wpi­su­jąc ją w pen­ta­gram. Krwią.

Fakt, że po­li­cja nie zna­la­zła tu te­go zna­ku, a ża­den z są­sia­dów o tym nie wspo­mniał, mógł ozna­czać tyl­ko jed­no - koń­czył mi się czas.

***

Wie­dzia­łem już mniej wię­cej, co się sta­ło w tym miesz­ka­niu. Te­raz mu­sia­łem wy­my­ślić spo­sób, jak te­mu za­ra­dzić. I to szyb­ko, bo sy­tu­acja po­gar­sza­ła się z każ­dą go­dzi­ną. Po­trze­bo­wa­łem jed­nak kil­ku rze­czy, co ozna­cza­ło, że czas wy­brać się na za­ku­py.

Po­nie­waż słoń­ce do­pie­ro chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, a ja nie mia­łem za­mia­ru wy­sta­wiać się na je­go dzia­ła­nie i ry­zy­ko­wać opa­rze­nia, opa­tu­li­łem się jak w póź­ną je­sień, choć na ze­wnątrz pa­no­wa­ło la­to. W dłu­gim płasz­czu z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem, ka­pe­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem i przy­ciem­nia­nych oku­la­rach, rzu­ca­łem się w oczy jak ksiądz w bur­de­lu. Nie po­do­ba­ło mi się to, ale cza­sa­mi trze­ba zno­sić nie­do­god­no­ści. Ży­cie.

Wy­sze­dłem z klat­ki i ru­szy­łem chod­ni­kiem w stro­nę sa­mo­cho­du. Od ra­zu za­uwa­ży­łem sier­żan­ta Ma­ja­kow­skie­go. Stał pod po­ma­za­ną spray­em ścia­ną i wpa­try­wał się we mnie, pa­ląc pa­pie­ro­sa. Po­ma­cha­łem mu. Je­go obec­ność sta­no­wi­ła spo­rą nie­do­god­ność, ale wzią­łem ją pod uwa­gę pod­czas pla­no­wa­nia wy­pra­wy na za­ku­py.

Wsia­dłem do sa­mo­cho­du i włą­czy­łem się do ru­chu. Ma­ja­kow­ski nie zwle­kał i w nie­ozna­ko­wa­nym ra­dio­wo­zie ru­szył za mną. Na­wet nie pró­bo­wał uda­wać, że nie siadł mi na ogo­nie. Na szczę­ście już w cza­sach kru­cjat na­uczy­łem się ra­dzić so­bie z ta­ki­mi sztucz­ka­mi.

Na­wia­sem mó­wiąc, był to bar­dzo barw­ny okres (głów­nie we wszyst­kie od­cie­nie czer­wie­ni), mo­że kie­dyś wam o nim opo­wiem.

Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach nie­spiesz­nej jaz­dy, z krót­kim przy­stan­kiem w jed­nym pu­stym za­uł­ku, do­tar­łem pod ho­tel zna­nej na świe­cie sie­ci. Za­par­ko­wa­łem, wy­sia­dłem i uśmiech­ną­łem się do Ma­ja­kow­skie­go, któ­ry za­trzy­mał się przed szla­ba­nem pro­wa­dzą­cym na par­king. Do­strze­głem je­go nie­na­wist­ne spoj­rze­nie. Na­stęp­nie przez ob­ro­to­we drzwi wsze­dłem do środ­ka.

Lob­by naj­wy­raź­niej urzą­dza­ła oso­ba nie­po­zba­wio­na do­bre­go sma­ku i gu­stu, o co wbrew po­zo­rom nie­ła­two, na­wet w naj­bar­dziej luk­su­so­wych przy­byt­kach. W jed­nym z ką­tów ob­szer­ne­go po­miesz­cze­nia trzy­oso­bo­wy ze­spół umi­lał go­ściom czas, ofe­ru­jąc jaz­zo­wy re­per­tu­ar. Od ra­zu pod­sze­dłem do re­cep­cji, gdzie pra­co­wał wy­so­ki, za­dba­ny męż­czy­zna imie­niem Bo­rys. Za­mel­do­wa­łem się, po­da­jąc da­ne, któ­ry­mi się ak­tu­al­nie po­słu­gi­wa­łem, i po­ka­zu­jąc do­wód oso­bi­sty na nie wy­ro­bio­ny. Po chwi­li dzier­ży­łem już kar­tę sta­no­wią­cą elek­tro­nicz­ny klucz do po­ko­ju.

Sta­nąłem w win­dzie i nim za­su­nę­ły się jej drzwi, po­now­nie uśmiech­ną­łem się do Ma­ja­kow­skie­go, wła­śnie idą­ce­go w kie­run­ku re­cep­cji. Niech my­śli, że wy­na­ją­łem so­bie pa­nien­kę, w czym zresz­tą utwier­dzi go Bo­rys, w któ­re­go kie­sze­ni znaj­do­wał się te­raz bank­not o du­żym no­mi­na­le. Po­li­cjant i tak miał mnie za po­dej­rza­ne­go ty­pa, więc nie bę­dę wy­pro­wa­dzał go z błę­du.

W po­ko­ju umie­ści­łem na klam­ce za­wieszkę z na­pi­sem "Nie prze­szka­dzać" i od ra­zu pod­sze­dłem do okna. Nie za­mie­rza­łem spę­dzać tu wie­le cza­su. Wi­dok z dzie­sią­te­go pię­tra na oświe­tlo­ne uli­ce i do­my w pe­wien spo­sób uspo­ka­jał. Gdy­by tyl­ko gdzieś tam nie cza­iła się ciem­ność, któ­ra cze­ka­ła, by roz­lać się po świe­cie i wy­cią­gnąć z lu­dzi wszyst­ko, co naj­gor­sze, a za­pew­ne wie­cie, że jest spo­ro do wy­cią­ga­nia...

Otwo­rzy­łem okno i ode­tchną­łem rześ­kim po­wie­trzem. Chęt­nie po­po­dzi­wiał­bym jesz­cze ten nie­co in­du­strial­ny kra­jo­braz, ale ro­bo­ta cze­ka­ła. Za­mkną­łem oczy i sku­pi­łem się, re­gu­lu­jąc od­dech.

Świat za­wi­ro­wał, gdy gwał­tow­nie się skur­czyłem, mo­je rę­ce za­mie­ni­ły się w czar­ne, bło­nia­ste skrzy­dła, a oto­cze­nie za­czę­ło skła­dać się głów­nie z dźwię­ków. Już po kil­ku se­kun­dach szy­bo­wa­łem na ze­wnątrz, wście­kle ma­cha­jąc skrzy­dła­mi. Nie cier­pię zmie­niać się w nie­to­pe­rza, bo na­stęp­ne­go dnia cho­ler­nie bo­li mnie łeb, ale nie mia­łem wyj­ścia. Tylko w ten spo­sób mo­głem po­zbyć się Ma­ja­kow­skie­go.

Dość do­brze zna­łem to­po­gra­fię mia­sta. Sta­ry na­wyk. W no­wym miej­scu za­wsze sta­ram się szyb­ko zro­bi­ćroz­po­zna­nie. I nie zli­czę, ile ra­zy ura­to­wa­ło mi to ty­łek. Skie­ro­wa­łem się więc we wła­ści­wą stro­nę i szyb­ko zna­la­złem za­ułek, w któ­rym wcze­śniej na chwi­lę się za­trzy­ma­łem. Tam na po­wrót przy­bra­łem swo­ją zwy­kłą po­stać. I za­czą­łem grze­bać w le­żą­cych na zie­mi wor­kach na śmie­ci.

W nie­to­pe­rza zmie­nia się bo­wiem tyl­ko cia­ło, a nie ubra­nie, więc sta­łem te­raz na uli­cy go­ły i nie­zbyt we­so­ły. Na szczę­ście nikt nie po­ła­ko­mił się na brud­ny wo­rek z uży­wa­ny­mi ciu­cha­mi, któ­ry pod­rzu­ci­łem do za­uł­ka, ja­dąc do ho­te­lu. Dwie mi­nu­ty póź­niej prze­stał gro­zić mi man­dat za nie­oby­czaj­ne za­cho­wa­nie.

Te­raz cze­ka­ła mnie wy­ciecz­ka do od­da­lo­ne­go o sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów mia­sta.

***

Są na świe­cie rze­czy, któ­re się fi­lo­zo­fom nie śni­ły - po­wie­dział kie­dyś Wil­liam Szek­spir. Zna­łem go oso­bi­ście, nie­jed­ną szkla­ni­cę wi­na ra­zem wy­pi­li­śmy. Był strasz­nie nie­śmia­ły, ale jak już wy­chy­lił kil­ka kie­li­chów, to miał ta­kie ga­da­ne, że po­tra­fił wy­rwać każ­dą ko­bie­tę. I każ­de­go fa­ce­ta też.

Ale na­wet on nie zda­wał so­bie spra­wy, że na na­szym glo­bie ży­ją wszel­kiej ma­ści isto­ty, zna­ne z ba­śni, le­gend, mi­tów, po­dań i tym po­dob­nych (w koń­cu skądś się wzię­ły te wszyst­kie opo­wie­ści...). Kie­dyś też my­śla­łem,że ich nie ma, ale pew­na dłu­go­zę­ba krwio­pij­czy­ni z Lu­te­cji udo­wod­ni­ła mi, jak bar­dzo się my­lę. To jed­nak te­mat na in­ną opo­wieść.

W każ­dym ra­zie wszyst­kie te stwo­rze­nia po­trze­bu­ją cza­sem przed­mio­tów nie­zbęd­nych do roz­wią­za­nia ich nie­ty­po­wych pro­ble­mów. I mo­gą je zna­leźć w skle­pach ofe­ru­ją­cych nie tyl­ko wła­ści­wy asor­ty­ment, ale tak­że usłu­gi spe­cjal­nie prze­szko­lo­ne­go per­so­ne­lu. Wła­śnie do jed­ne­go z nich się te­raz uda­wa­łem.

Szyld "Szwarc, my­dło i po­wi­dło" su­ge­ro­wał, że w środ­ku sprze­da­wa­ne są tan­det­ne pa­miąt­ki dla tu­ry­stów, któ­rzy chcą so­bie z wy­ciecz­ki przy­wieźć bre­lo­czek, dłu­go­pis al­bo ma­gnes na lo­dów­kę. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, że prze­past­ne ma­ga­zy­ny skle­pu kry­ją praw­dzi­we mo­rze przed­mio­tów prze­zna­czo­nych dla istot ofi­cjal­nie nie­ist­nie­ją­cych. Da­ło się tam zna­leźć wszyst­ko, od Pier­ście­ni Wła­dzy i ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­ne­go, po­przez pi­sto­le­ty na wil­ko­ła­ki i kar­mę dla zom­bie, aż po ta­kie dro­bia­zgi jak lu­ster­ka dla wam­pi­rów i pe­eling dla mu­mii.

Za la­dą stał Chiń­czyk. Na mój wi­dok roz­cią­gnął twarz w uśmie­chu, co nada­ło mu jesz­cze ła­god­niej­szy wy­gląd niż za­zwy­czaj. Je­go si­we wło­sy lek­ko za­fa­lo­wa­ły, gdy wstał.

- Cześć, Chen. Do­brze cię wi­dzieć - przy­wi­ta­łem się we­so­ło.

- Cie­bie też, Maks - od­parł Chiń­czyk do­sko­na­łą pol­sz­czy­zną.

Żwa­wym kro­kiem wy­szedł zza la­dy i uści­skał mnie ser­decz­nie. Przy­był do Pol­ski po­nad dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej i szyb­ko się za­sy­mi­lo­wał. Ja­ko że dość czę­sto zda­rza­ło mi się od­wie­dzać "Szwarc, my­dło i po­wi­dło", zna­li­śmy się cał­kiem nie­źle.

- Cze­go ci dzi­siaj po­trze­ba? Ubra­nie, któ­re do­pa­so­wu­je się do cie­bie, gdy zmie­niasz się w nie­to­pe­rza? - spy­tał, kry­tycz­nie przy­glą­da­jąc się mo­je­mu stro­jo­wi.

By­ło to nie­zwy­kle ku­szą­ce, ale nie mia­łem cza­su na re­wię mo­dy. Po­krót­ce wy­ja­śni­łem, o co mi cho­dzi.

Chen zmarsz­czył czo­ło i skrzy­wił usta, jak­by zjadł coś nie­świe­że­go.

- Nie­do­brze. Mo­że war­to we­zwać Mrocz­ną Gil­dię?

Zde­cy­do­wa­nie po­krę­ci­łem gło­wą. Ta or­ga­ni­za­cja, o na­zwie ro­dem z ta­nie­go fan­ta­sy, od­po­wia­da­ła za trzy­ma­nie w ry­zach wszel­kie­go po­nadna­tu­ral­ne­go ta­ła­taj­stwa, pró­bu­ją­ce­go na­mie­szać na świe­cie. Pro­blem w tym, że sku­tecz­ność Gil­dii do­rów­ny­wa­ła wy­łącz­nie jej bez­względ­no­ści, więc człon­ków sto­wa­rzy­sze­nia wzy­wa­no je­dy­nie, gdy spra­wy przy­bie­ra­ły na­praw­dę pa­skud­ny ob­rót. Go­rzej, je­śli po­sta­na­wia­li się sa­mi wmie­szać, wte­dy po­ja­wia­ły się płacz, zgrzy­ta­nie zę­bów i smród pa­lo­nych ciał. Nie bez po­wo­du mó­wio­no, że wszyst­ko u nich by­ło mrocz­ne, włącz­nie z po­czu­ciem hu­mo­ru.

- My­ślę, że dam ra­dę sa­me­mu - od­par­łem z prze­ko­na­niem.

Chen nie za­sta­na­wiał się dłu­go i szyb­ko skom­ple­to­wał mo­je za­mó­wie­nie. Już go­dzi­nę póź­niej je­cha­łem po­cią­giem po­wrot­nym, pod pa­chą dzier­żąc re­kla­mów­kę z tan­det­nym lo­go "Szwarc, my­dło i po­wi­dło".

W ho­te­lu prze­bra­łem się w mo­je ory­gi­nal­ne ciu­chy i wy­sze­dłem głów­nym wej­ściem, upew­nia­jąc się, że Ma­ja­kow­ski to za­uwa­żył. Nad ra­nem wró­ci­łem do mo­je­go lo­kum. Zo­sta­ło mi kil­ka­na­ście go­dzin do, jak mia­łem na­dzie­ję, osta­tecz­ne­go za­koń­cze­nia tej spra­wy.

***

Wie­czo­rem po­now­nie wła­ma­łem się do fe­ral­ne­go miesz­ka­nia. Pen­ta­gram na ścia­nie był znacz­nie wy­raź­niej­szy, a krew, któ­rą go na­ma­lo­wa­no, wy­glą­da­ła na świe­żą. Osma­lo­na pla­ma przy­bra­ła za to, co wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, jesz­cze mrocz­niej­szy od­cień czer­ni.

Ple­cak z za­ku­pio­ny­mi w "Szwarc, my­dło i po­wi­dło" przed­mio­ta­mi po­ło­ży­łem na zie­mi. Za­pa­li­łem wszyst­kie świa­tła. Chwi­lę się pa­li­ły, ale w pew­nym mo­men­cie za­mi­go­ta­ły i zga­sły. Ciem­ność za­czy­na­ła wy­gry­wać.

Się­gną­łem do ple­ca­ka i wy­do­by­łem z nie­go gru­bą i ciężką świeczkę. Po­sta­wi­łem ją na pod­ło­dze i przy­tkną­łem do kno­ta ogień z za­pal­nicz­ki. Jak się za­pew­ne do­my­śla­cie, nie by­ła to ja­kaś zwy­kła świe­ca. Zo­sta­ła spe­cjal­nie spre­pa­ro­wa­na przez per­so­nel skle­pu. Pło­myk nie­mal­że ra­do­śnie prze­sko­czył na oto­czo­ną wo­skiem nić. Na­gle zro­bi­ło się ja­śniej. Mrok zo­stał chwi­lo­wo ze­pchnię­ty do de­fen­sy­wy. Ale wie­dzia­łem, że nie na dłu­go.

Wy­cią­gną­łem z ple­ca­ka gru­bą księ­gę opra­wio­ną w skó­rę jed­no­roż­ca (a przy­naj­mniej tak gło­si­ły plot­ki). Teo­ria i prak­ty­ka de­mo­no­lo­gii Asha Wil­liam­sa to dość cięż­ka po­zy­cja, tak pod wzglę­dem ga­ba­ry­tów, jak i tre­ści, lecz bar­dzo przy­dat­na w za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

Za­pew­ne do­my­śli­li­ście się już, co tu za­szło, acz­kol­wiek dla po­rząd­ku wy­ja­śnię: Ma­te­usz bar­dzo ko­chał swo­ją dziew­czy­nę. Tak bar­dzo, że nie mógł się po­go­dzić z jej odej­ściem. I w ja­kiś spo­sób do­wie­dział się, że ist­nie­ją spo­so­by spro­wa­dze­nia zmar­łych z po­wro­tem. Pro­blem w tym, że otwo­rzyć przej­ście do świa­ta nie­ży­wych jest cho­ler­nie trud­no. Ścią­gnąć stam­tąd ko­goś - jesz­cze trud­niej. Co wię­cej, trze­ba wie­dzieć, co się ro­bi - tro­chę jak w przy­pad­ku chi­rur­ga, któ­ry na­ci­na klat­kę pier­sio­wą pa­cjen­ta. Nie mo­że po­ru­szać się po omac­ku, bo ra­czej za­szko­dzi, niż po­mo­że.

Nie­szczę­sny ob­lu­bie­niec umy­ślił so­bie, by spro­wa­dzić swo­ją uko­cha­ną z za­świa­tów. Kiep­ski po­mysł. Jak coś umar­ło, po­win­no zo­stać mar­twe. Zna­ne są wpraw­dzie po­je­dyn­cze przy­pad­ki po­wro­tu z Kra­iny Wiecz­nych Ło­wów, ale oży­wień­cy kom­plet­nie wa­rio­wa­li al­bo za­kła­da­li no­we re­li­gie, co chy­ba jest jesz­cze gor­sze.

Ma­te­usz otwo­rzył drzwi do mrocz­nej kra­iny, prze­lazł na dru­gą stro­nę i naj­wy­raź­niej tam utknął, a róż­ne mrocz­ne by­ty po­sta­no­wi­ły sko­rzy­stać z oka­zji i zro­bić so­bie im­pre­zę w na­szym świe­cie. Sło­wem - było na­prawdę kiep­sko.

Upew­niw­szy się, że znaj­du­ję się w krę­gu świa­tła rzu­ca­nym przez pło­mień świe­cy, sta­ną­łem przed pla­mą,otwo­rzy­łem księ­gę i za­czą­łem re­cy­to­wać spi­sa­ne na jej stro­nach wer­sy. Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło, ale wtem na po­wierzch­ni osma­lo­ne­go miej­sca po­ja­wi­ły się nie­wiel­kie, pul­su­ją­ce punk­ty. Roz­sze­rza­ły się w mia­rę, jak czy­ta­łem ko­lej­ne sło­wa, by w koń­cu po­łą­czyć się w je­den okrą­gły otwór o śred­ni­cy mniej wię­cej pół­to­ra me­tra. Przez nie­go da­ło się do­strzec roz­le­głe po­le, na któ­rym sta­ły dziw­ne bu­dow­le, ja­kich nie wzniósł­by ża­den czło­wiek. Prze­czy­ły pra­wom gra­wi­ta­cji, a ich kształ­ty zmie­nia­ły się, fa­lo­wa­ły i prze­cho­dzi­ły w in­ne. Gro­za opa­dła na mnie jak zie­mia po wy­bu­chu mi­ny.

Nie prze­sta­wa­łem czy­tać. Kosz­mar­ny świat zza pla­my prze­su­wał się, jak­by ja­kiś od­waż­ny ka­me­rzy­sta po­dró­żo­wał po tej upior­nej kra­inie. W tle prze­cha­dza­ły się chu­de po­sta­cie, ubra­ne w po­strzę­pio­ne, czar­ne sza­ty. Wy­da­wa­ły z sie­bie nie­okre­ślo­ne ję­ki. Nad­sta­wi­łem ucha, po­szu­ku­jąc w tej ka­ko­fo­nii kon­kret­ne­go dźwię­ku.

W pew­nym mo­men­cie zda­wa­ło mi się, że go usły­sza­łem. Wciąż re­cy­tu­jąc wer­sy, skie­ro­wa­łem się w stro­nę, skąd do­bie­gał dźwięk. Nie zwra­ca­łem uwa­gi na oto­cze­nie, kon­cen­tru­jąc się tyl­ko na nim. Stał się gło­śniej­szy i wy­raź­niej­szy. Zbli­ża­łem się i wkrót­ce, nie po­tra­fię po­wie­dzieć po ja­kim cza­sie, zo­ba­czy­łem ją.

A ra­czej to, co z niej zo­sta­ło. La­men­tu­ją­ca po­stać tyl­ko w ogól­nych za­ry­sach przy­po­mi­na­ła pięk­ną nie­gdyś dziew­czy­nę. Te­raz jej cia­ło sta­no­wi­ło jed­ną wiel­ką ra­nę. Ale naj­gor­sze by­ły oczy. Pu­ste, wy­ra­ża­ją­ce cał­ko­wi­te zwąt­pie­nie i nie­skoń­czo­ną udrę­kę.

Do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łem, że za dłoń moc­no trzy­ma ją męż­czy­zna. On wy­glą­dał w mia­rę nor­mal­nie, je­śli nie li­czyć po­strzę­pio­ne­go ubra­nia, bru­du oraz wie­lu za­dra­pań. Roz­pacz bi­ła z je­go ru­chów.

Prze­sta­łem re­cy­to­wać i zwró­ci­łem się do nie­go:

- Ma­te­uszu, mu­sisz ją pu­ścić.

Drgnął na dźwięk gło­su i ob­ró­cił gło­wę w mo­ją stro­nę. Ten wi­dok go nie zdzi­wił, co sta­no­wi­ło naj­lep­szą wi­zy­tów­kę te­go, w ja­kim sta­nie psy­chicz­nym się znaj­do­wał.

- Nie... nie mo­gę... Mu­szę ją spro­wa­dzić z po­wro­tem!

- Ona już nie na­le­ży do na­sze­go świa­ta - na­ci­ska­łem. - Ode­szła... - Ro­zej­rza­łem się po tej me­fi­sto­fe­licz­nej kra­inie i do­da­łem: - ...na od­le­głą stro­nę nie­ba.

Za­mru­gał.

- Ale... ja ją ko­cham! Nie mo­gę bez niej żyć!

- Mo­żesz. Ona na­to­miast nie mo­że do nas wró­cić. Nie jest już tą samą osobą. Mu­si odejść tam, gdzie jej miej­sce. Za­trzy­mu­jąc ją w tej kra­inie, spra­wiasz, że cier­pi.

Za­wa­hał się, ale nie pu­ścił.

- Nie­waż­ne! Ko­cham ją i zro­bię dla niej wszyst­ko!

Wtem do­strze­głem, że jed­na z czar­nych po­sta­ci nas za­uwa­ży­ła. Za­czę­ła su­nąć w na­szą stro­nę.

Pod­ją­łem de­cy­zję w mgnie­niu oka. Od­rzu­ci­łem księ­gę, zro­bi­łem dwa su­sy w kie­run­ku pla­my. Wsko­czy­łem w nią i zna­la­złem się ko­ło Ma­te­usza.

Czar­na zja­wa by­ła co­raz bli­żej. Jej twarz wy­krzy­wia­ła pier­wot­na nie­na­wiść.

Zła­pa­łem Ma­te­usza za rę­kę, któ­rą trzy­mał swo­ją dziew­czy­nę. Na­ci­sną­łem w od­po­wied­nim miej­scu i je­go pal­ce się roz­war­ły.

- Nie! - wrza­snął.

Mrocz­na po­stać wciąż szyb­ko się zbli­ża­ła.

Po­pchną­łem Ma­te­usza przed so­bą w kie­run­ku pla­my, któ­ra od tej stro­ny po­ka­zy­wa­ła wnę­trze miesz­ka­nia. Wy­pchną­łem go przez nią. Sam sko­czy­łem je­go śla­dem.

Zja­wa wy­cią­gnę­ła przed sie­bie coś na kształt dło­ni za­koń­czo­nej szpo­na­mi. Zdo­ła­ła mnie mu­snąć w ple­cy. Po­czu­łem lo­do­wa­te, ark­tycz­ne zim­no i...

...zna­la­złem się w miesz­ka­niu. Nie­ste­ty Ma­te­usz wpadł na świecz­kę, przy­gniótł ją i zga­sił.

Po­miesz­cze­nie za­la­ła ciem­ność. Zja­wa wy­sta­wi­ła przez pla­mę szpo­ny i gło­wę, wy­jąc po­tę­pień­czo.

Rzu­ci­łem się do ple­ca­ka. Wy­do­by­łem z nie­go okrą­gły przed­miot. Świę­ty Gra­nat Ręcz­ny z An­tio­chii. Tak, nie­któ­re fil­my ma­ją wię­cej re­ali­stycz­nych ele­men­tów, niż my­śli­cie. Uśmiech­ną­łem się wred­nie, wy­ją­łem za­wlecz­kę, po­li­czy­łem do trzech i rzu­ci­łem pro­sto w pla­mę. Tra­fio­na w... twarz? pysk?... zja­wa ryk­nę­ła tak, że włos zje­żył mi się na gło­wie.

Ła­du­nek eksplo­do­wał nie­bie­skim, ośle­pia­ją­cym świa­tłem, któ­re za­la­ło po­miesz­cze­nie. Pa­dłem na pod­ło­gę. Le­ża­łem, cięż­ko dy­sząc i przez chwi­lę nic nie wi­dzia­łem. Gdy od­zy­ska­łem wzrok, oka­za­ło się, że w miesz­ka­niu znów za­pa­li­ły się ża­rów­ki, a pla­ma na ścia­nie by­ła już tyl­ko osma­lo­nym miej­scem. Krwa­wy pen­ta­gram znik­nął. Po­dob­nie jak księ­ga.

- Mu­szę tam wró­cić! - krzyk­nął Ma­te­usz.

Zła­pa­łem go za rę­kę. Za­czął się wy­ry­wać, więc unie­ru­cho­mi­łem nie­szczę­śni­ka w sta­lo­wym chwy­cie.

- Mu­sisz się uspo­ko­ić - po­wie­dzia­łem ła­god­nie.

Na­gle w po­miesz­cze­niu roz­legł się no­wy głos.

- Puść go!

W drzwiach sta­nął Ma­ja­kow­ski. Mie­rzył do mnie z bro­ni.

- Ale...

- Puść go, gno­ju, bo strze­lam!

Po­krę­ci­łem gło­wą.

- Nie mo...

Po­cią­gnął za spust. Dwa ra­zy. Do­sta­łem w tors, od­rzu­ci­ło mnie na stół. Po­ła­ma­łem me­bel i znie­ru­cho­mia­łem na pod­ło­dze, mar­twy.

***

Nie że­bym wcze­śniej był ży­wy. Wam­pir przyj­mie na kla­tę na­wet po­cisk z gra­nat­ni­ka. Ale Ma­ja­kow­ski o tym nie wie­dział, więc ro­bił wszyst­ko zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi. We­zwał le­ka­rza, któ­ry stwier­dził zgon (to nie pierw­szy­zna - ser­ce mi nie bi­je, a skórę mam zim­ną jak wnę­trze kryp­ty, więc kil­ku ko­no­wa­łów już się po­my­li­ło) i ka­ret­ka za­bra­ła mnie do pro­sek­to­rium na póź­niej­szą sek­cję.

Tam spo­koj­nie od­cze­ka­łem, aż per­so­nel so­bie pój­dzie i czmych­ną­łem z umie­ral­ni w świat. Szyb­ko wmie­sza­łem się w tłum i roz­pły­ną­łem w nim jak mle­ko na śnie­gu.

Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że Ma­te­usz, po dłu­giej ku­ra­cji, do­szedł mniej wię­cej do sie­bie. Zdo­ła­li mu wmó­wić, że wszyst­ko, co zo­ba­czył, by­ło efek­tem dzia­ła­nia nar­ko­ty­ków.

Ja zaś wy­ru­szy­łem w dal­szą dro­gę. Cie­ka­we, do­kąd te­raz mnie za­pro­wa­dzi.

Elż­bie­ta Bar­czyk

Pi­sar­ka, po­et­ka, blo­ger­ka, bu­ja­ją­ca w ob­ło­kach ma­rzy­ciel­ka, któ­ra pierw­sze pró­by pro­za­tor­skie po­dej­mo­wa­ła już w szko­le śred­niej. Au­tor­ka ksią­żek fan­ta­sy: Idis. Na prze­kór cza­som i Prze­wod­nik dusz oraz ko­me­dii kry­mi­nal­nych: Śledz­twa na czwór­kę z plu­sem oraz Ktoś tu ściem­nia.

In­tro­wer­tycz­ka, ce­nią­ca so­bie spo­kój i dłu­gie spa­ce­ry, pod­czas któ­rych przy­cho­dzą jej do gło­wy nie­zwy­kłe hi­sto­rie.

Fa­ce­bo­ok: Elż­bie­ta Bar­czyk- w kra­inie słów In­sta­gram: @el­la­bar­czyk

Elż­bie­ta Bar­czyk

Ma­larz dusz

Ten dom jest prze­siąk­nię­ty złem. Oso­by, któ­re zmar­ły w je­go ską­pa­nych we krwi mu­rach, zaj­mu­ją więk­szość kwa­ter na miej­sco­wym cmen­ta­rzu.

Już pod­czas bu­do­wy, po­nad czter­dzie­ści lat te­mu, do­szło do tra­gicz­nych wy­pad­ków, w wy­ni­ku któ­rych śmierć po­nio­sło trzech męż­czyzn.

W nie­ca­ły rok po wpro­wa­dze­niu się do nie­go pierw­sze­go wła­ści­cie­la i je­go ro­dzi­ny wy­da­rzy­ła się tra­ge­dia. W Wi­gi­lię pan do­mu chwy­cił za nóż i za­dał swo­jej żo­nie kil­ka­dzie­siąt cio­sów, po czym udał się do po­koi trzech có­rek. Po ko­lei po­de­rżnął im gar­dła, a na­stęp­nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, pod­ci­na­jąc so­bie ży­ły.

Po­li­cjan­ci, któ­rzy przy­by­li na miej­sce zbrod­ni, od­kry­li na­pi­sa­ne krwią na ścia­nach ob­raź­li­we sło­wa i sa­ta­ni­stycz­ne sym­bo­le, co zmro­zi­ło oko­licz­nych miesz­kań­ców. Nie chcąc mieć do czy­nie­nia z tą ja­ski­nią zła, trzy­ma­li się jak naj­da­lej od te­go prze­klę­te­go miej­sca. To nie zmie­ni­ło się do dziś.

W ja­kiś czas po tra­ge­dii do do­mu wpro­wa­dził się krew­ny po­przed­nie­go wła­ści­cie­la. Nie wie­rzył w prze­są­dy zwią­za­ne z tym miej­scem ani w to, co cza­iło się pod je­go da­chem.

Mie­siąc póź­niej w je­go sy­pial­ni wy­buchł po­żar, któ­ry stra­wił do­szczęt­nie ca­łe wnę­trze. Co dziw­ne, in­ne po­miesz­cze­nia nie ucier­pia­ły.

Gdy stra­ża­cy do­tar­li na miej­sce, ogień już wy­gasł. Zna­leź­li na łóż­ku zwę­glo­ne zwło­ki czło­wie­ka, któ­ry miał od­wa­gę rzu­cić wy­zwa­nie gnież­dżą­ce­mu się tu­taj złu.

Od tam­tej po­ry dom jesz­cze wie­lo­krot­nie zmie­niał wła­ści­cie­li. Przez chwi­lę stał się na­wet sie­dzi­bą krwa­we­go kul­tu, ale wszy­scy skoń­czy­li tak jak ich po­przed­ni­cy - w ma­ho­nio­wej trum­nie.

Przez dwa­dzie­ścia lat bu­dy­nek stał pu­sty, ale ten stan rze­czy zmie­nił się osiem mie­się­cy te­mu. Wte­dy to do mia­sta przy­był pe­wien eks­cen­trycz­ny ma­larz, któ­ry od pierw­sze­go wej­rze­nia za­ko­chał się w tej prze­klę­tej bu­dow­li i ku­pił ją za bez­cen. Wy­ło­żył spo­ro gro­sza, aby nada­wa­ła się do za­miesz­ka­nia.

Na po­cząt­ku są­sie­dzi pró­bo­wa­li od­wieść go od tej de­cy­zji. Nie chcie­li pa­trzeć, jak ten prze­klę­ty obiekt po­chła­nia ko­lej­ne ży­cie, ale męż­czy­zna nie zmie­nił zda­nia. Po­wie­dział, że od daw­na po­szu­ki­wał miej­sca prze­siąk­nię­te­go złą au­rą krwi i roz­pa­du, a ten dom dał mu mnó­stwo in­spi­ra­cji. Od­mó­wił wy­jaz­du i od tej po­ry miesz­ka tam ra­zem ze star­cem, któ­ry jest kimś mię­dzy lo­ka­jem a go­spo­sią.

Ma­larz jest wi­dy­wa­ny od cza­su do cza­su, gdy prze­cha­dza się po ogro­dzie i nic nie wska­zu­je na to, aby w naj­bliż­szym cza­sie miał się wy­pro­wa­dzić.

Lu­dzie mó­wią, że to dla­te­go, iż dom go za­ak­cep­to­wał.

***

Ni­g­dy nie wi­dzia­łem żad­ne­go z je­go ob­ra­zów, ale w ga­ze­cie na­pi­sa­li, że je­den z nich zo­stał ostat­nio sprze­da­ny za pięt­na­ście mi­lio­nów.

Ty­le for­sy, a on wziął dla sie­bie tyl­ko część. Resz­tę prze­ka­zał na ce­le cha­ry­ta­tyw­ne.

Py­ta pan, czy uwa­żam go za do­bre­go czło­wie­ka, bo zro­bił coś ta­kie­go? Sam nie wiem, ale ktoś o do­brym ser­cu nie miesz­kał­by w ta­kim miej­scu.

Trzy­ma się na ubo­czu, dla­te­go nikt nie wie, co tak na­praw­dę my­śli, ani dla­cze­go przy­je­chał do tej za­bi­tej de­ska­mi dziu­ry.

Chce pan, aby pa­na na­ma­lo­wał? To mu­si się pan usta­wić w ko­lej­ce.

On ma­lu­je tyl­ko pej­za­że i mar­twą na­tu­rę, i rzad­ko wy­ko­nu­je por­tre­ty, ale mi­mo to licz­ba osób, któ­re ma­rzą, aby uwiecz­nił ich wi­ze­ru­nek na płót­nie, sta­le ro­śnie.

Py­ta pan dla­cze­go jest na­zy­wa­ny ma­la­rzem dusz? Nie wiem, co to do­kład­nie ozna­cza, ale okre­śla­ny jest tak po­dob­no dla­te­go, że nie two­rzy zwy­kłych por­tre­tów. On uwiecz­nia na płót­nie du­szę czło­wie­ka.

Nie wiem, czy to praw­da, czy tyl­ko ta­kie głu­pie ga­da­nie, ale je­den z je­go klien­tów po zo­ba­cze­niu swo­je­go por­tre­tu osza­lał i rzu­cił się z mo­stu.

A mo­że to po pro­stu wi­na te­go do­mu...

Po tym wszyst­kim, co pa­nu po­wie­dzia­łem, na­dal chce pan tam pójść? Do­brze, za­pro­wa­dzę pa­na.

Mam na­dzie­ję, że sza­leń­stwo nie jest za­raź­li­we.

***

Mal­colm był ba­da­czem zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych. Przy­je­chał do te­go nie­wiel­kie­go mia­stecz­ka sku­szo­ny opo­wie­ścią o do­mu, w któ­rym na prze­strze­ni lat do­szło do wie­lu ta­jem­ni­czych zgo­nów.

Spe­cja­li­zo­wał się w od­wie­dza­niu na­wie­dzo­nych miejsc i oba­la­niu ich mrocz­nych le­gend. Jak do tej po­ry za­wsze uda­wa­ło mu się zna­leźć ra­cjo­nal­ne wy­tłu­ma­cze­nie za­cho­dzą­cych tam zja­wisk.

I wła­śnie tu­taj za­mie­rzał zro­bić to sa­mo. Je­go ce­lem by­ło udo­wod­nie­nie, że w tym do­mu nie za­gnieź­dzi­ła się zło­wro­ga obec­ność, a tra­ge­die, któ­re wy­da­rzy­ły się w je­go ścia­nach - cho­ciaż nie­zwy­kle krwa­we - by­ły tyl­ko wy­ni­kiem splo­tu nie­ocze­ki­wa­nych oko­licz­no­ści, pe­cha i na­pom­po­wa­nia at­mos­fe­ry przez krą­żą­ce po mie­ście plot­ki.

Gdy jed­nak do­tarł na miej­sce i po­roz­ma­wiał z miesz­kań­ca­mi, zmie­nił zda­nie, bo za­fa­scy­no­wa­ła go nie­zwy­kła po­stać ma­la­rza, któ­ry za­miesz­ki­wał te prze­klę­te mu­ry.

Sa­mo to, że miesz­kał w do­mu okry­tym złą sła­wą, by­ło dość za­sta­na­wia­ją­ce. Tchórz­li­wa ludz­ka na­tu­ra i in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy oraz plot­ki po­win­ny sku­tecz­nie go znie­chę­cić. In­for­ma­cja o tym, że męż­czy­zna jest ociem­nia­ły, po­bu­dzi­ła jesz­cze bar­dziej pra­gnie­nie zba­da­nia te­go fe­no­me­nu.

Ni­g­dy nie sły­szał o nie­wi­do­mym ma­la­rzu, dla­te­go nie mógł się do­cze­kać spo­tka­nia.

Pier­wot­nie przy­je­chał tu­taj, aby zba­dać "dom zła", ale to już prze­sta­ło się dla nie­go li­czyć. Te­raz sku­piał się na oso­bie okre­śla­nej mia­nem "ma­la­rza dusz".

Za­dzwo­nił do drzwi i przy­wo­łał na twarz uprzej­my uśmiech. Był sam. Prze­wod­nik, któ­ry zgo­dził się go za­pro­wa­dzić, uciekł, gdy tyl­ko po­de­szli do bu­dyn­ku. Wy­mi­gał się waż­ny­mi obo­wiąz­ka­mi, ale trzę­są­ce się ze stra­chu cia­ło go zdra­dzi­ło. Nie chciał zbli­żać się do te­go za­ka­za­ne­go miej­sca.

Ba­dacz po­wo­li ro­zej­rzał się do­oko­ła. Na pierw­szy rzut oka gmach nie spra­wiał wra­że­nia prze­klę­te­go, a je­śli wie­rzyć plot­kom, je­go ścia­ny by­ły ską­pa­ne we krwi.

Przy­szło mu do gło­wy, że być mo­że by­ła to za­słu­ga miesz­ka­ją­cych w nim osób. Za­nim jed­nak zdą­żył­ro­zwi­nąć tę myśl, drzwi otwo­rzy­ły się sze­ro­ko, a oczom Mal­col­ma uka­zał się ciem­ny ko­ry­tarz. Za­in­try­go­wa­ny wszedł do środ­ka i kie­dy uważ­nie przy­glą­dał się wnę­trzu do­mu, za­sta­na­wia­jąc się co zro­bić da­lej, z bo­ku do­bie­gły go sło­wa:

- Mistrz jest w pra­cow­ni. Za­pra­szam.

Ba­dacz wzdry­gnął się. Spoj­rzał w stro­nę, z któ­rej do­cho­dził głos i do­strzegł męż­czy­znę w trud­nym do okre­śle­nia wie­ku, ubra­ne­go w do­brze skro­jo­ny gar­ni­tur.

W ko­ry­ta­rzu pa­no­wał pół­mrok. Na­gle wy­da­ło mu się dziw­ne, że nie za­uwa­żył te­go czło­wie­ka wcze­śniej. Dla­cze­go miał wra­że­nie, że po­ja­wił się zni­kąd? Ode­gnał od sie­bie nie­przy­jem­ne my­śli i ru­szył za nim. Miał wie­le py­tań do za­da­nia, ale gdy otwie­rał usta, nie mógł wy­krztu­sić sło­wa. Każ­dy ko­lej­ny krok w głąb do­mu po­tę­go­wał wra­że­nie gęst­nie­ją­cej, zło­wro­giej at­mos­fe­ry. Mal­colm zwie­dził kil­ka­dzie­siąt po­dob­nych miejsc, ale po raz pierw­szy po­czuł strach. Na­ra­sta­ła w nim chęć jak naj­szyb­sze­go wzię­cia nóg za pas, ale ja­kaś ta­jem­ni­cza si­ła na­ka­zy­wa­ła mu iść na­przód.

Lo­kaj otwo­rzył drzwi na koń­cu ko­ry­ta­rza i ge­stem za­pro­sił go do środ­ka. To by­ła pra­cow­nia ma­lar­ska. Peł­na farb i nie­do­koń­czo­nych ob­ra­zów.

Przy szta­lu­dze sie­dział mło­dy męż­czy­zna z ocza­mi prze­wią­za­ny­mi bia­łym pa­skiem ma­te­ria­łu, któ­ry wstał na dźwięk kro­ków.

- Wi­taj, Mal­col­mie - przy­wi­tał go uprzej­mie.

- Skąd... - wy­ją­kał wstrzą­śnię­ty ba­dacz.

- Skąd wiem, jak się na­zy­wasz? Wszyst­ko w swo­im cza­sie - od­po­wie­dział wy­kręt­nie. - Je­śli chcesz zwie­dzić dom, Ja­cob cię opro­wa­dzi.

Ma­larz wy­glą­dał nie­groź­nie. Miał de­li­kat­ne ry­sy twa­rzy i szczu­płą syl­wet­kę, ale w je­go po­sta­wie i za­cho­wa­niu by­ło coś, cze­go ba­dacz nie po­tra­fił na­zwać, a co wy­wo­ły­wa­ło ciar­ki na ple­cach.

Mal­colm nie słu­chał te­go, co mó­wił ar­ty­sta. My­ślał tyl­ko o tym, aby jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z te­go bu­dyn­ku. Ni­g­dy coś ta­kie­go mu się nie przy­da­rzy­ło. Miał wra­że­nie, że się du­si. Czuł, że je­śli stąd nie wyj­dzie, to wy­da­rzy się coś strasz­ne­go.

- A mo­że je­steś tu­taj, abym na­ma­lo­wał twój por­tret? - za­py­tał ma­larz.

- Nie chciał­bym się na­rzu­cać, bo po­dob­no rzad­ko ma­lu­je pan lu­dzi.

- Nie wiem, od ko­go to usły­sza­łeś, ale nie na­le­ży wie­rzyć plot­kom. Nie ma się cze­go oba­wiać - do­dał spo­koj­nym to­nem. - To nie po­trwa dłu­go. Zdą­żysz wró­cić do do­mu, aby zjeść ko­la­cję z żo­ną i sy­nem.

- W po­rząd­ku - wy­mam­ro­tał gość.

Ba­dacz nie py­tał o to, skąd męż­czy­zna znał fak­ty z je­go ży­cia. To nie by­ło te­raz waż­ne. Przy­był tu­taj, aby na wła­sne oczy prze­ko­nać się, co po­tra­fi nie­wi­do­my ma­larz.

Usiadł w wy­god­nym fo­te­lu i nie spusz­czał wzro­ku z męż­czy­zny za szta­lu­gą. Z uwa­gą śle­dził ru­chy pędz­la, po­wo­li su­ną­ce­go po płót­nie.

Każ­de po­cią­gnię­cie po­tę­go­wa­ło ból w klat­ce pier­sio­wej, tak jak­by coś roz­ry­wa­ło go od środ­ka, usil­nie pró­bu­jąc wy­do­stać się na ze­wnątrz.

Ni­g­dy nie prze­żył cze­goś tak do­tkli­we­go, a przy tym za­ska­ku­ją­co ko­ją­ce­go. Cier­pie­nie, któ­re­go do­świad­czył, otwo­rzy­ło mu oczy na zu­peł­nie no­wy świat. Wy­zwo­li­ło w nim emo­cje, któ­re ukry­wał w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach du­szy.

- Go­to­we. - De­li­kat­ny głos spro­wa­dził go na zie­mię. - Jak ci się po­do­ba?

Ja­cob od­wró­cił szta­lu­gę i oczom Mal­col­ma uka­zał się ob­raz, ja­kie­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dział.

To był on. To był zde­cy­do­wa­nie je­go por­tret, ale wy­glą­dał na nim zu­peł­nie ina­czej. Jak kom­plet­nie in­na oso­ba.

Na ob­ra­zie trzy­mał nóż, uśmie­chał się szy­der­czo, a z je­go oczu wy­zie­ra­ło sza­leń­stwo.

- Tak wy­glą­da two­ja du­sza - wy­ja­śnił ma­larz. - Co o tym my­ślisz? Do­brze uchwy­ci­łem po­do­bień­stwo? - za­py­tał nie­śmia­ło.

Ba­dacz ze­rwał się na rów­ne no­gi. Nie mógł tu dłu­żej zo­stać. Mu­siał jak naj­szyb­ciej wró­cić do do­mu.

- Mu­szę iść! - wy­krzyk­nął i rzu­cił się do wyj­ścia.

- Jesz­cze tu wró­cisz - wy­szep­tał ma­larz, a na je­go twa­rzy po­ja­wił się prze­ra­ża­ją­cy uśmiech.

***

Mal­colm wie­dział, że mu­si to zro­bić. Nie­zna­ny głos w je­go gło­wie ca­ły czas mó­wił mu, że do­pie­ro gdy wy­zwo­li swój gniew, po­zbę­dzie się zże­ra­ją­cej go od środ­ka nie­na­wi­ści i wy­ła­du­je zbyt dłu­go skry­wa­ne fru­stra­cje, bę­dzie na­praw­dę wol­ny.

Nie są­dził, że gdy doj­dzie do ła­du ze swo­imi emo­cja­mi, bę­dzie od­prę­żo­ny. Nie spo­dzie­wał się, że po­dej­mu­jąc de­cy­zję, któ­ra za­wa­ży na je­go ży­ciu, bę­dzie czuł ta­ki spo­kój.

To mu­sia­ło stać się prę­dzej czy póź­niej. Był za­sko­czo­ny, że do­pie­ro te­raz o tym po­my­ślał.

Aby od­zy­skać kon­tro­lę nad wła­snym ży­ciem i mieć moż­li­wość de­cy­do­wa­nia o so­bie, mu­si po­zbyć się prze­szkód sto­ją­cych mu na dro­dze.

To by­ło ta­kie pro­ste. Dla­cze­go wcze­śniej nie wpa­dło mu to do gło­wy? Cze­mu zno­sił to wszyst­ko i to­le­ro­wał oso­by za­tru­wa­ją­ce mu ży­cie? Już daw­no po­wi­nien wziąć spra­wy we wła­sne rę­ce i po­zbyć się ich ze swo­je­go oto­cze­nia.

Ba­dacz wszedł do do­mu i już od pro­gu ude­rzył go zrzę­dli­wy głos je­go żo­ny. By­ła w kuch­ni, gło­śno roz­ma­wia­ła przez te­le­fon z jed­ną ze swo­ich licz­nych przy­ja­ció­łek.

Ko­bie­ta, za­ję­ta wy­le­wa­niem swo­ich ża­li, nie za­uwa­ży­ła po­wro­tu mę­ża, któ­ry z nie­po­ko­ją­cym bły­skiem w oku przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie.

- Nie ma go. Zno­wu po­je­chał ba­dać ja­kiś na­wie­dzo­ny dom. Do te­go na ja­kimś za­du­piu. I jesz­cze chciał, abym z nim po­je­cha­ła. Jak ko­goś mo­że coś ta­kie­go krę­cić. Nie śmiej się. Ty nie masz ta­kich pro­ble­mów. Twój mąż przy­naj­mniej do­brze za­ra­bia i lu­dzie go sza­nu­ją. Mam dość tych uśmiesz­ków i spoj­rzeń. Gdy­by nie Max, już daw­no bym go zo­sta­wi­ła. Tak, wiem, ale dziec­ko po­win­no mieć oj­ca. Po­za tym, gdzie znaj­dę in­ne­go na­iw­nia­ka, któ­ry bez sło­wa sprze­ci­wu bę­dzie wy­cho­wy­wał nie swo­je­go ba­cho­ra? Też my­ślę, że bra­ku­je mu kil­ku kle­pek. In­ny na je­go miej­scu już daw­no by się zo­rien­to­wał...

Mal­colm słu­chał te­go ze spo­ko­jem w ser­cu. Daw­niej dał­by się po­nieść emo­cjom i do­szło­by do kar­czem­nej awan­tu­ry, ale te­raz nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia. Od kie­dy pod­jął de­cy­zję, nic in­ne­go się nie li­czy­ło.

Wszedł do kuch­ni i z szu­fla­dy wy­jął dłu­gi nóż. Ten ruch spra­wił, że ko­bie­ta w koń­cu do­strze­gła je­go obec­ność, ale jej za­cho­wa­nie się nie zmie­ni­ło. Na­wet nie ści­szy­ła gło­su, kie­dy in­for­mo­wa­ła ko­le­żan­kę, że ten ba­dacz od sied­miu bo­le­ści, z któ­re­go śmie­ją się wszy­scy są­sie­dzi, ra­czył wcze­śniej wró­cić do do­mu.

- Je­śli je­steś głod­ny, za­mów so­bie piz­zę. Nie mam cza­su stać przy ga­rach. Wy­cho­dzę - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, ale za­nim zdą­ży­ła zro­bić choć­by je­den krok, padł cios.

A po­tem dru­gi i trze­ci. Za­sko­czo­na upa­dła na pod­ło­gę, krzy­cząc i bła­ga­jąc mę­ża, aby się opa­mię­tał i zo­sta­wił ją w spo­ko­ju.

Jej krzy­ki tyl­ko pod­sy­ci­ły gniew Mal­col­ma. Za­da­wał co­raz szyb­sze i bar­dziej pre­cy­zyj­ne dźgnię­cia, nie prze­sta­jąc na­wet wte­dy, gdy usta­ły. Do­pie­ro gdy ko­bie­ta prze­sta­ła się ru­szać, wy­pro­sto­wał się, aby z gó­ry po­pa­trzeć na swo­je dzie­ło.

Czuł ogrom­ną sa­tys­fak­cję. Miał ra­cję. To był naj­lep­szy spo­sób na roz­wią­za­nie pro­ble­mów. Do tej po­ry nie miał od­wa­gi, aby po­zbyć się tej su­ki, któ­ra po­ni­ża­ła go, zdra­dza­ła i trak­to­wa­ła jak ma­szyn­kę do za­ra­bia­nia pie­nię­dzy. Do­syć te­go. Od dziś roz­po­czy­na no­wy roz­dział swo­je­go ży­cia, ale za­nim to na­stą­pi, mu­siał wy­eli­mi­no­wać jesz­cze je­den ele­ment.

Po­szedł do po­ko­ju sy­na i bez pu­ka­nia wszedł do środ­ka. Max sie­dział przy biur­ku ze słu­chaw­ka­mi na uszach i grał w jed­ną z tych swo­ich dur­nych, peł­nych prze­mo­cy gier kom­pu­te­ro­wych. Wcze­śniej Mal­colm wściekł­by się, że chło­pak mar­nu­je swój czas na gry, za­miast za­jąć się czymś kon­struk­tyw­nym, ale te­raz już mu to nie prze­szka­dza­ło.

Pod­niósł za­krwa­wio­ny nóż i za­mach­nął się na sy­na. Cios tra­fił w ra­mię ni­cze­go nie­spo­dzie­wa­ją­ce­go się na­sto­lat­ka, któ­ry ze­rwał się z fo­te­la. Był wyż­szy i sil­niej­szy niż je­go mat­ka, ale dla owład­nię­te­go sza­łem za­bi­ja­nia męż­czy­zny nie sta­no­wi­ło to prze­szko­dy.

- Na­uczę cię sza­cun­ku, gów­nia­rzu! - wy­krzyk­nął i ko­lej­ny raz dźgnął chło­pa­ka.

- Ta­to, dla­cze­go to ro­bisz?!

- Nie je­stem two­im cho­ler­nym oj­cem... - wy­sy­czał.

Grad cio­sów spa­dał na chłop­ca ze wszyst­kich stron. Ba­dacz zu­peł­nie stra­cił ha­mul­ce, bez opa­mię­ta­nia dźga­jąc dziec­ko, któ­re wy­cho­wy­wał i trak­to­wał jak sy­na przez sie­dem­na­ście lat. Po­cząt­ko­wo dzie­ciak pró­bo­wał się bro­nić, ale był bez szans. Mógł tyl­ko bła­gać i prze­pra­szać oj­ca. Je­go sło­wa nie przy­nio­sły żad­ne­go efek­tu. Po chwi­li osu­nął się na pod­ło­gę. Prze­ra­żo­ny, wpa­try­wał się w męż­czy­znę, któ­ry spo­glą­dał na nie­go z sza­leń­stwem w oczach.

Mal­colm spoj­rzał na to, cze­go do­ko­nał, z szy­der­czym uśmie­chem na ustach, a kie­dy na­sto­la­tek wy­dał ostat­nie tchnie­nie, z je­go ust wy­rwał się obłą­kań­czy śmiech.

***

Je­stem przed do­mem, gdzie kil­ka go­dzin te­mu ro­ze­grał się dra­mat. Zna­ny i sza­no­wa­ny ba­dacz zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych, au­tor kil­ku po­czyt­nych ksią­żek, wiel­ki znaw­ca folk­lo­ru i ję­zy­ko­znaw­ca, Mal­colm M., zo­stał aresz­to­wa­ny w związ­ku z po­dej­rze­niem o za­bój­stwo żony i syna. Za mo­imi ple­ca­mi, jak sa­mi pań­stwo wi­dzi­cie, na­dal pra­cu­je eki­pa do­cho­dze­nio­wo-śled­cza. Z nie­ofi­cjal­nych usta­leń wy­nika, że męż­czy­zna naj­pierw za­bił żonę, za­da­jąc jej kil­ka­dzie­siąt cio­sów no­żem, a po­tem, w rów­nie bru­tal­ny spo­sób, po­zba­wił ży­cia na­sto­let­nie­go sy­na. Jak na ra­zie mo­ty­wy dzia­ła­nia spraw­cy nie są zna­ne...

- Mi­strzu, ob­raz - dźwięk te­le­wi­zo­ra za­głu­szył głos Ja­co­ba.

Ma­larz od­wró­cił gło­wę w kie­run­ku na­ma­lo­wa­ne­go przed za­le­d­wie kil­ko­ma go­dzi­na­mi por­tre­tu Mal­col­ma, któ­ry wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej niż tuż po ukoń­cze­niu.

Na­dal przed­sta­wiał je­go dzi­siej­sze­go go­ścia, ale usta, po­przed­nio uśmie­cha­ją­ce się szy­der­czo, te­raz by­ły sze­ro­ko otwar­te w nie­mym krzy­ku. Z oczu, wy­peł­nio­nych sza­leń­stwem, pły­nę­ły krwa­we łzy, żło­biąc głę­bo­kie bruz­dy w za­pad­nię­tych po­licz­kach. Z trzy­ma­ne­go w rę­ku no­ża ka­pa­ła krew.

- Mó­wi­łem, że do mnie wró­cisz - wy­szep­tał ma­larz.

Był "ma­la­rzem dusz". Uwiecz­niał na płót­nie ludz­kie du­sze. Te nie­ska­zi­tel­nie czy­ste i te prze­siąk­nię­te złem. A dzię­ki pra­daw­ne­mu złu za­miesz­ku­ją­ce­mu ten dom, mógł wy­do­być z por­tre­to­wa­nych osób ich naj­gor­sze ce­chy i ujaw­nić ich praw­dzi­wą na­tu­rę.

A kie­dy far­ba za­schła, du­sza spor­tre­to­wa­ne­go czło­wie­ka zo­sta­wa­ła z nim na za­wsze.

- Odłóż go do po­zo­sta­łych - po­pro­sił.

Ja­cob ostroż­nie pod­niósł ob­raz i za­niósł do są­sia­du­ją­ce­go z pra­cow­nią po­ko­ju. Oparł go o ścia­nę obok kil­ku­dzie­się­ciu in­nych ob­ra­zów przed­sta­wia­ją­cych wy­krzy­wio­ne w bó­lu twa­rze.