Antologia - Adrian Zawadzki

Reflow text when sidebars are open.
Trwało to sekundy. Tysiące książek wyskoczyło w jego stronę. Poczuł się, jakby został obrzucony kamieniami. Stracił równowagę i upadł na zimną podłogę. Zamknął na moment oczy. Kiedy je otworzył, był w jednym ze zniszczonych pomieszczeń. Podniósł się gwałtownie i zaczął uciekać. Korytarzem w lewo, prawo, znów w lewo, aż dobiegł do jakiejś sali - dość długiej i wysokiej. Na jej końcu brakowało ściany, więc pomyślał, że tamtędy wyjdzie. Biegł. W połowie drogi stanął, bo za plecami usłyszał potężny huk. Sufit za nim zaczął się zapadać. Sparaliżowało go na chwilę, ale odwrócił się i zaczął uciekać najszybciej, jak mógł.
Upadł na trawę dygocąc. Był bezpieczny. Odwrócił się i myślał, że zobaczy gruzy ruin. Mylił się bardzo. Ruiny wznosiły się przed nim groźnie. Nie wiedział, co o tym myśleć. Przebudził się. Gorący odbiornik telewizyjny syczał niepokojąco, a ekran iskrzył szarymi igiełkami.
Ranek był chłodny, na trawie przed domkiem pojawiła się rosa, a słońce przysłoniła chmara małych, czarnych ptaków, żerujących w sadzie pełnym czereśni, obok łąki i lasku.
Gdyby ktoś zastał go przed telewizorem i porannymi wiadomościami z dwoma gorącymi kubkami, pierwszym z kawą, drugim z herbatą, z pewnością spytałby, gdzie ukrywa się jego gość. Czy poszedł do toalety, a może zachwyca się bogatą biblioteczką z powojenną literaturą (wartą psie pieniądze)? Wiedzcie, że ten pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna rzadko przyjmował gości w swoim małym domku, nieczęsto też rozmawiał z kimkolwiek, kto mieszkał tutaj, w Villon Pray. Jednakże przechadzał się po wiosce każdego dnia. Robił to właśnie wtedy, gdy wypił już oba kubki. Wypełniał tym samym swój codzienny rytuał.
Wśród tych, którzy zastanawiają się, co pan Maggot pił najpierw, pewnie znajdą się liczni zwolennicy tak kawy, jak i herbaty. Otóż pogodzę obie grupy. Oba wypijał prawie jednocześnie, a jeśli nie zdążył przed wystygnięciem... wylewał zawartości kubków do białego, zardzewiałego w kilku miejscach zlewu. W napojach tych jest pewna niezwykłość, tylko spójrzcie na reklamy, a odkryjecie w swoich kubkach i filiżankach niemal erotyczne właściwości.
Był w Villon Pray chłopiec, który zapewne nigdy nie poznał smaku herbaty. Na kawę był za mały. No chyba, że zbożową, w co jednak mężczyzna szczerze powątpiewał. Chłopiec mieszkał w domku niewiele większym od tego, w którym mieszkał pan Maggot, przy Villon Pray 9, za kościołem. Wszystkie domki w wiosce są podobne. Chłopczyka poznał, gdy szerokim chodnikiem przechodził między nimi.
Szedł chodnikiem szerokim i tak samo szarym, jak szare są wszystkie inne chodniki, które w życiu widział. Nigdy jednak, a pewnie wyda się wam to całkiem zabawne, nie doszedł do jego końca. Mimo to, nigdy też nie zniechęcił się do spacerów. Domek chłopczyka był niebywale zaniedbany. Nie interesował się wprawdzie cudzymi sprawami, i choć chłopca wcześniej nie widywał, to wiedział nie więcej, niż tyle, że żył sobie ktoś taki pod Villon Pray 9. Z czasem dowiedział się kilku plotek od ludzi z wioski, kiedy zaczął ich słuchać (uznawszy to za przydatne). Otóż, chłopczyk mieszkał tylko z ojcem, który w dodatku był pijakiem.
Pewnie, gdyby miał mamę, byłby, mimo wszystko, szczęśliwym dzieckiem. Mama nie pozwoliłaby mu głodować czy patrzeć, jak pijany ojciec ją unieszczęśliwia. Pewnie dbałaby o dom, jak tylko by mogła. Stare okno, z którego ram schodziła farba, wpuszczałoby pewnie więcej słońca, gdyby szyby były umyte. W zasadzie pan Maggot niczego więcej się od ludzi nie dowiedział, choć wiele godzin dziennie poświęcał słuchaniu. Nie był w stanie przyswajać bzdur. Odbijały się od niego i nie miał głowy do ich zapamiętywania.
Nie myślcie, że trzymają się mnie żarty, ani że domek rozpadł się na drobne kawałki, ponieważ aż tak lichy nie był. Brudne szyby, wszystkie, oraz drzwi, wyskoczyły ze swoich miejsc, porywając się w kierunku pana Maggota. Upadł, gdy doszło do eksplozji, a stał wcale nie tak daleko. Pojawił się ogień. Mężczyzna wstał i otrzepał się. Podszedł bliżej. Czarny płaszcz i tak już miał w pyle. Na chodniku, naprzeciwko domu chłopca zauważył fotografię. Uśmiechał się z niej chłopiec, o którym słyszał, trzymany na rękach przez mamę. Ona się nie uśmiechała. Musiała mieć pracowity dzień, a może znów walczyła z pijanym mężem.
Po huku, od którego dzwoniło mu w uszach, słyszał już tylko syczący ogień. Do czasu, kiedy dźwięk wskazał na kroki, powolne i chwiejne. W rozerwanej futrynie, płonącej gdzieniegdzie, stanął chłopczyk z fotografii. Wtedy widział go po raz pierwszy naprawdę. Miał czerwoną, poparzoną skórę twarzy. Podszedł do mężczyzny, a ten spojrzał mu głęboko w małe oczka.
- Muszę coś zrobić. Pomoże mi pan?
Zaczął strzepywać pył z płaszcza i uważniej obserwować to, co działo się wokół. Zmarszczył czoło, bo chłopczyk nie wyglądał przyjemnie. Na jego twarzy pojawiły się pęcherze, na prawej ręce częściowa martwica naskórka.
- Co musimy zrobić? - spytał mężczyzna. - Moje nazwisko Maggot.
- Larwa?
- To nieładnie naśmiewać się z nazwiska, tym bardziej, kiedy prosi się o przysługę.
- Proszę nie mieć mi tego za złe.
Okolica była smutna i senna, był to wyjątkowo nijaki dzień. Poza zimnem, chodnik był pusty. Mieszkańcy wioski siedzieli w swoich domkach. Przed eksplozją mężczyzna czuł się, jakby był sam na świecie. Ani żywej duszy! Nawet firanki w oknach pozostawały nieruchome, co się tutaj rzadko zdarzało.
- Czy ty wiesz, ile miałeś szczęścia? - dodał po chwili, patrząc w spokojne, niebieskie oczy, wielkie i kontrastujące z zakrwawioną twarzą.
Chłopczyk był bardzo wychudzony. Jego rączki były tak drobne. Pan Maggot rozpłakał się, bo wystarczyłoby je delikatnie szturchnąć, a połamałyby się jak patyki. Przeraziła go ta myśl. Kto na to pozwolił? Pewnie, gdyby go kiedyś spotkał podczas swego spaceru, zaprosiłby na obiad. Podzieliłby się tym, co ma, choć ma niewiele. Ale dopiero dziś go poznał.
- Obiecałem coś komuś przed śmiercią - powiedział.
- Nie, nie! Ty żyjesz. Rozmawiasz ze mną - poprawił go. Chłopiec uśmiechnął się.
- Ale tamta osoba już nie żyje, proszę pana.
- Ach... - zmarszczył czoło.
- Obiecałem mojej mamie dwie rzeczy.
Pierwszą z nich było pragnienie chłopca, by jego ojciec zapłacił za krzywdy wyrządzone jemu i mamie. Z pewnością zapłacił, ginąc w wyniku eksplozji. Drugą rzeczą, jaką obiecał mamie, było zrobienie czegoś, co zmaże ten straszny czyn z jego młodziutkiego sumienia. Tyle powiedział nieznajomemu. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy. Ta chwila trwała kilka godzin. Zrobiło się ciemno. Na niebie rozbłysło milion gwiazd. Zrobiło się jeszcze zimniej, ale wioska zaczęła żyć. Wokół zapaliło się sporo świateł. Okna domów poświadczyły, że nie byli na tym świecie sami.
- Powiedz mi, czy on tam na pewno nie żyje? - spytał mężczyzna.
- Tak, tego jestem pewien, proszę pana.
- Nie pytaj mnie proszę, co o tym myślę. Jest mi zimno. I tak bardzo, jak cię rozumiem i ci współczuję, tak wiem, że coś jednak złego w twojej duszy zasiałeś.
- Chce pan powiedzieć, że nie pozbędę się tego z sumienia?
Cofnął się nieco, wydarł mu z rąk zdjęcie i zaczął płakać. Nigdy wcześniej nie słyszał takiego płaczu, tak mocnego, jak wycie syren.
- Sam z pewnością nie usuniesz. Ale mnie poprosiłeś o pomoc, nieprawdaż?
Chłopczyk uspokoił się i otarł gile w rękaw.
Przejdźmy się z wiatrem, pomyślał pan Maggot. I poszli, chłopczyk, ściskając fotografię w swojej małej rączce. Mężczyzna spytał, czy lubi herbatę, ale mały uznał, że w tej sytuacji, pytanie jest nieco nie na miejscu. Miał rację, nieznajomego po prostu poniosło w nieodpowiednim kierunku. O kawę już nie zapytał.
Nie spytał także o imię, bywa, że zapominał o takich drobiazgach. Chłopczyk nie miał ochoty na jedzenie. Nie skarżył się na zimno. Jego ciało błyszczało w świetle księżyca czerwienią, poprzerastaną pęcherzykami czerni. Pojawiły się strupy.
- Czy mogę spytać pana, czym się zajmuje na co dzień?
- Możesz.
- Czy chciałby pan zajmować się tym do końca pana dni?
Zastanowił się.
- Wiesz, wydaje mi się, że za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat, nadal będę to robił.
- Więc lubi pan żyć?
- Tak myślę. A wiesz czemu?
- Wydaje mi się, że wiem - odparł.
- Ciekaw jestem, co mi się jeszcze przydarzy w życiu. Nie po to się urodziłem, by myśleć o odejściu. Ono jest oczywiste i ma swój czas. Wszystko ma swój czas.
- Co takiego? - zapytał wyrwany z chłopięcej zadumy.
- Umieranie. Każdemu zapisane inaczej.
- Pan w to wierzy?
Szliśmy dalej. Drogi Villon Pray są szerokie i ciągną się naprawdę daleko. Pewnie płyną tak do kolejnych miejscowości, może wpadają do morza, albo rozbijają się o klify.
- Nie przestaję myśleć, czym odkupić swój grzech - zastanowił się chłopiec na poważnie.
Mężczyzna zastanawiał się, dlaczego niektórzy mieszkańcy w tak nieciekawą pogodę rozwieszają pranie. Wiatr, który je suszy zostawia naprawdę nieprzyjemny zapach. Ale chłopiec z fotografii pachniał jeszcze gorzej. Nie jak kaczka z piekarnika, ani nie jak przypalony drożdżowiec. Pachniały jego spalone włosy, chyba najgorszy z zapachów, ale i paznokcie. Pachniały nieprzyjemnie jego stare i dawno nieprane ubrania. Miał koszulkę i spodenki w paski.
- Musimy tylko pomyśleć. To nie będzie takie trudne - tak mu się przynajmniej wydawało.
- Myślę, że tak się panu tylko wydaje - odparł gubiąc kawałek koszulki i oblewając rozszarpane nogawki krwią.
- Zastanawiam się, czy wiesz dla kogo to zrobiłeś?
- Przede wszystkim chciałbym się pozbyć myśli, że tylko dla siebie.
- Z tym będzie ciężko...
- Tak, wiem. Ale nikogo już nie mam. A skoro jest się samym, czy można zrobić coś dla kogoś innego?
- Nie można.
- Nie chciałem, by to zabrzmiało, jak tłumaczenie się z grzechu, czy szukanie usprawiedliwienia.
- Tak, wiem, że nie to chciałeś mi przekazać. Musisz zrozumieć.
- Miał pan mi pomóc.
- Pomogę.
- Więc zacznijmy od czegoś...
- Zaczęliśmy. Wyruszyliśmy w drogę.
- I oddalamy się od problemu - powiedział stanowczo. - Niech pan tylko spojrzy!
- Spraw zatem, by było inaczej...
- Nie dam rady.
- Ale sam na to wpadłeś.
- Więc idźmy dalej! - poruszył się i rozweselił. Wpuścił w płuca więcej powietrza, jakby nagle przyszła wiosna. - I przyspieszmy. Nie chcę zwalniać. Będę starał się intensywniej nad tym myśleć i zmażę swój grzech, jak obiecałem. Najpierw karzę, potem zmażę.
W zależności od tego, jakie domy mijali, różne pojawiały się wiatry. Były pachnące smażonymi plackami ziemniaczanymi, były zimne i cieplejsze, pachniały palonymi gazetami, kotami (te nie płonęły, ale sikały gdzie popadnie) i żółtymi zasłonami.
- Chcę ci coś pokazać. Jeśli chcesz zobaczyć?
Weszli do drewnianej komórki za domem i po schodach zeszli do piwnicy. Minęli pomarańczowe drzwi, mijali wiele drzwi, aż wreszcie na samym końcu mężczyzna otworzył fioletowe drzwiczki, znacznie mniejsze od pozostałych. Chłopczyk nie spodziewał się zobaczyć przed sobą ściany z czarnej ziemi i gruzu, która obsunęła się trochę po otwarciu drzwi.
- Znalazłem te drzwi, kiedy biegłem tym tunelem nad jezioro Pray - poinformował chłopca. - Teraz, jak widzisz, sekretny korytarz został zasypany i nie mówiłem tego nikomu, ale nie chcę nawet myśleć o tym, czemu połączony jest z moją piwnicą.
- Niezwykłe! - powiedział chłopczyk. - Chyba pan się tym nie przejmuje za bardzo?
- Nie. Chyba nie. Jeszcze jedno chcę ci pokazać.
Tym razem udali się na drugi koniec korytarza, gdzie po lewo zobaczyli stare mahoniowe drzwi. Za nimi były podobne tyle, że dwa skrzydła w futrynach, na środku ciemnego pomieszczenia.
- Tych nie mogłem otworzyć - powiedział pan Maggot, wskazując drzwi znajdujące się po jego lewej stronie. Otworzył za to drzwi po prawej.
Tego chłopczyk też się nie spodziewał. Za drzwiami była ściana z książek. Nie zauważył, że poukładane są w pewnej odległości od drzwi, by można było wejść i skręcić albo w prawo, albo w lewo. Wszedł za mężczyzną. Ten kazał mu iść prawą stroną. Przeciskał się, przylegając do zimnej ściany pomieszczenia i starając się nie zburzyć tej z książek, która była ustawiona na planie kwadratu. Sprawiało to wrażenie pokoiku w pokoju.
Kiedy obeszli książkowe ściany, spotkali się przy drzwiach, a właściwie prostokątnym przejściu, którego konstrukcja zdumiała chłopczyka, jako że ściany się przez ten otwór nie zawaliły. Po przejściu przez dziurę znaleźli się w pokoiku, którego podłoga była wyłożona większymi księgami w twardej oprawie, większość książek budujących ściany była obłożona w zielony papier, tworząc tym samym tapetę pokoiku, a na środku każdej ściany kilka ksiąg obłożonych było niebieskim papierem, co wyglądało na okienka. Sufit był normalny, zimny i szary. Niemniej, w pokoiku z książek, niczego więcej już nie było.
- Pora wracać, pora zapomnieć. Tak będzie lepiej.
- Czyje to wszystko?
- Twoje, moje i niczyje. Jak każde pomieszczenie w tym tajemniczym tunelu.
Postanowili zawrócić. Myśleli, że dojdą do końca tej drogi.
- Musi mi pan wybaczyć, ale oprócz słuchania, zajmowałem się czymś jeszcze. Wymyśliłem wiersz - powiedział chłopczyk z fotografii, ściskający ją mocno przy piersi.
Po raz pierwszy od tak dawna pan Maggot był zadowolony, żeby nie powiedzieć - dumny. Tak można oczyścić sumienie i chłopczyk sam do tego doszedł. Skąd ten młodziutki chłopiec wiedział? Zanim rozpoczął swój wiersz, poczekał, by wrócili pod jego zniszczony dom. Już nie płonął. Śmierdziało i było ciemno.
- Czy na pewno chcesz mi go wyrecytować? - spytał, gdy chłopczyk posmutniał.
Pewnie nie chciał.
- Czy to teraz ma jakieś znaczenie?
Zaczął swój wiersz.
Mężczyzna drżał, był zły, chciał płakać. Dziecko recytowało historyjkę o mamie, która dała mu życie, urodziła go tutaj, w Villon Pray, po kolejnej kłótni z pijanym mężem. Wiersz był długi. Zajął chłopczykowi resztę fikcyjnego życia. Cały miesiąc go recytował. Tyle to trwało! Opowiadał, jak mama zmarła, bo była chora, a kiedy żyła, on miał zawsze co jeść, choć dla niej niekiedy nie wystarczało. Potem już ojciec pił i pił. A chłopiec nie wychodził z domu, bo wstydził się szepczących sąsiadów i skaczących firanek w oknach. Pilnował kuchenki gazowej, by pijany ojciec nie zrobił sobie krzywdy, ani jemu i temu domowi, bowiem było to jedyne ich schronienie.
Wierszyk ciągnął się jednak dalej. Bo chłopczyk z wierszyka poznał pana sąsiada. Poznał w drodze po kankę mleka. Pan sąsiad zaprosił go na herbatę, a sam pił kawę, bo miał w domu tylko dwa kubki. Potem chłopczyk poinformował pana Maggota, że dalej wierszyk będzie bardziej smutny. Ale on chciał słuchać dalej, choć bał się. Strasznie się bał. A chłopczyk mówił, bo wiedział już, że ten się boi.
Pan sąsiad zobaczył pewnego razu chłopca (brudnego, z szarym popiołem na ramionach), gdy szedł po mleko. Po herbacie sąsiad wyszedł z kuchni, zamknął drzwi, wrócił i zasłonił okna. Podszedł do chłopca i zrobił mu zdjęcie. Potem, w wierszyku, który słuchał pan Maggot, doszło do najgorszego. Zaczął chłopca dotykać. Chłopiec nie przerwał wiersza, mimo wściekłości wymalowanej na twarzy swojego słuchacza... sprawcy. Bohater liryczny uciekł od sąsiada zapłakany. Dobiegł do domu, spojrzał na ojca i podszedł do gazowej kuchenki. Na tym wiersz się skończył.
Pod względem literackim 2014 rok może należeć do Adriana Zawadzkiego. Dwudziestotrzyletni student filologii polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego zadebiutował właśnie powieścią pod tytułem Krwawy umysł. Jest to thriller psychologiczny przedstawiający życie członków stowarzyszenia eXst eXiste. Zdaje się, że w trakcie obmyślania struktur grupy, autora zainspirowały legendy o Zakonie Iluminatów. Sekta eXst eXiste hołduje potędze ludzkiego umysłu. Według Realitów ma on siłę twórczą - korzystając z bogactwa nauk humanistycznych, potrafi projektować życie w otaczającym ich świecie.
Stowarzyszenie to uczy zwykłej, codziennej egzystencji, którą ma kontrolować swoiste credo - zbiór zasad funkcjonowania w obrębie grupy. Dzięki spotkaniom dyskusyjnym organizowanym przez Głównego Przewodniczącego sekty - Oliwiera Micalego, każdy Realita ma szansę dokonać korekty w swym światopoglądzie. Na podstawie refleksji o życiu ziemskim, a także o bytowaniu ludzkiej duszy po śmierci fizycznej, członkowie eXst eXiste są zobowiązani do dodania nowych zasad funkcjonowania grupy - elity wybrańców, którzy uważają się, bądź zostali uznani za jednostki wybitne.
Trudno jednoznacznie wskazać, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem powieści Zawadzkiego. Czy jest to nieformalny związek młodych, bogatych, sławnych i zepsutych ludzi, czy raczej konkretna jednostka ze swoimi problemami emocjonalnymi, psychologicznymi i egzystencjalnymi? eXst eXiste oznacza w języku angielskim seksegzystencję, jednakże uzależnienie od seksu jest tutaj jednym z wielu problemów, z jakimi borykają się snobistyczni bywalcy Klubu R. Trzeba wziąć również pod uwagę to, że jeden z bohaterów powieści - pisarz Tristan Roance, uważa seks za naturalne dobro. Ciągłe kontakty płciowe z różnymi partnerami, organizowanie orgii, uzależnienie od masturbacji, skłonności do podglądactwa i zwielokrotnianie swych doznań poprzez regularne oglądanie pornografii, traktuje w kategoriach rozkoszy oraz jako szybki sposób rozładowania napięcia nerwowego. Niestety łączy się to z zamiłowaniem do takich używek jak alkohol i narkotyki. Co najistotniejsze, dla pisarza jest to zwykła proza życia, a nie poważny problem natury psychicznej.
Oczywiście nie każdy członek eXst eXiste jest chory umysłowo, uzależniony od seksu i środków odurzających. Jednakże każdy z nich ma jakiś problem natury osobistej. Weźmy choćby pod uwagę samego Głównego Przewodniczącego, który jest przytłoczony ciężarem spadających na niego obowiązków. Przede wszystkim musi dbać o rozwój rodzinnego przedsiębiorstwa ?DQ. W końcu firma ta wywiera wpływ na gospodarkę, politykę i kulturę całego świata. Dodatkowo Micali ma obowiązek dbać o dobro sekty poprzez werbowanie jednostek, mogących swymi talentami oddziaływać na szare społeczeństwo. Gdy dodamy do tego trudne relacje z bratem - niedoszłym samobójcą - i postępującą chorobę psychiczną, naszym oczom ukaże się człowiek zatracony, dążący do zniszczenia własnej osobowości i osobowości osób mu najbliższych.
Ciekawą postacią jest również Gregory Yard - model współtworzący czasopismo "MASHTIE", które stanowi schedę po jego zmarłej, uzależnionej od narkotyków matce. Co prawda chłopak stroni od wszelkich używek, lecz jego problemem jest ciągła walka z zaszufladkowaniem go do kategorii "laleczki" i homoseksualisty. Przystąpienie do eXeX staje się dla niego inspiracją do tworzenia na łamach czasopisma nowej jakości zdjęć - propagowania pewnego rodzaju artyzmu, mającego wyzwalać w czytelnikach emocje. Wydaje się, że jest to najbardziej niewinna postać stworzona przez autora - chłopak szukający miłości i akceptacji.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Adrian Zawadzki balansuje na granicy kultury popularnej i kultury wysokiej. Porusza tematy kontrowersyjne trzymając czytelnika w napięciu, zmuszając go do analitycznego myślenia i refleksji nad tym, dokąd zmierza współczesny świat. Niekiedy w swej narracji posuwa się do gry psychologicznej z odbiorcą, co jest znane i charakterystyczne na przykład dla Stephena Kinga. Zawadzki ma niesamowitą zdolność łączenia tematów ważnych i trudnych z perspektywy życia społecznego z obrazami, mającymi swą genezę w snach. Taki synkretyzm tworzy świat nieoczywisty, regulowany interpretacją bodźców wewnętrznych z głębi serca i umysłu oraz impulsów zewnętrznych, które są niekiedy zafałszowane, zmanipulowane i bardziej niezrozumiałe niż sny. Wątki oniryczne uwypuklają zawarte w powieści studium zagubienia, strachu, poszukiwania, pychy i brutalności.
Nie rozumiem, dlaczego Krwawy umysł zalicza się niekiedy do nurtu fantasy. Co prawda opisy snów noszą znamiona świata nadrealnionego w swej powierzchowności, ale wiąże się to z dużymi ładunkami emocjonalnymi, zawartymi w postrzeganiu siebie i otoczenia konkretnego bohatera. Świat snów wydaje się obcy, gdyż bardzo często nasączony jest grozą - równaniem osobistych lęków, niewiedzy, zwątpienia, a nawet zaburzeń psychicznych. I choć ten świat ma charakter ponadwymiarowy, to nadal jest ludzki. Osobowość człowieka to czasami źródło sprzeczności i skrajności, które popychają go do samounicestwienia lub motywują do poszukiwania swojego prawdziwego "ja". Być może tą drogą doszło do wyemancypowania się nieprzewidywalnego, nieznajomego i niepohamowanego w swym gniewie zła - krwawego umysłu, który w ostatecznym rozrachunku dokonuje masowej rzezi. Być może darując życie jednemu z członków eXeX, uważa się za "anioła sprawiedliwości". Pojawiają się tutaj pytania bez odpowiedzi: dlaczego przeżył akurat ten Realita? I czy jest to część jakiegoś lepszego, większego planu?
Adrianowi Zawadzkiemu nie można odmówić inteligencji, wyobraźni, umiejętności tworzenia psychodelicznej atmosfery, a także surrealistycznych obrazów świata. Młody twórca próbował pojąć złożoność ludzkiej psychiki. Jest również wrażliwy na problemy społeczne. Weźmy tu chociaż pod uwagę fragmenty traktujące o kryzysie w Kościele Katolickim. Autor próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego duchowieństwo traci wiernych. Dlaczego nie trafia ze swoją nauką do ludzi, zwłaszcza tych młodych? Czy wynika to z założenia, że Kościół nie chce wprowadzać zmian do przestarzałej ideologii? Zawadzki zastanawia się, czy skostniała instytucja jest w stanie podążyć za współczesnością i dopasować się do nowych realiów życia?
Autor nie boi się zasugerować czytelnikowi, że duchowni to zwykli ludzie walczący z własnymi demonami. Często nie rozumieją własnych pragnień bądź negują je z obawy przed popełnieniem grzechu. Kapłan, którego obserwujemy w wiejskiej kapliczce, przeniesiony zostaje do nowego otoczenia - Klubu R. Staje się przez to personifikacją zwątpienia, zagubienia i poszukiwania własnej tożsamości. Zostaje odarty przez Zawadzkiego z aury przyzwoitości i "świętości" po to, by ukazać w pełni jego człowieczeństwo. Nasuwa się tu wniosek, że żadna instytucja, czy to Kościół czy nieformalna grupa, która działa według określonych zasad, nie ma takiej siły sprawczej, mogącej odsunąć człowieka od rozrywki, szaleństwa, wypróbowania używek czy korzystania z niezobowiązującego seksu. Nie może też narzucić ślepego, posłusznego przestrzegania ustanowionych przez siebie praw.
Adrian Zawadzki porusza w swej powieści różne wątki, których zestawienie ostatecznie pomaga określić, kim jest człowiek należący do młodego pokolenia wybrańców i co go ukształtowało. Czytamy tutaj o skomplikowanych relacjach na linii ojciec-syn, kobieta-mężczyzna, kochanek-kochanka. Nie brakuje tu intymnych, bogatych i odważnych opisów erotyki. Autor zawarł w Krwawym umyśle motyw fascynacji, pragnień i miłości, nie tylko w sferze heteroseksualnej, ale również homo- i biseksulanej. Cielesność i jej piękno stanowi tutaj pole dla bezpośrednich opisów kopulacji, ale również stwarza możliwość nawiązania do tekstów kultury wysokiej. Na przykład uroda modela Gregory'ego Yarda została opisana według schematu zawartego w szesnastowiecznym tekście staropolskim - Kazaniu o Maryi Pannie Czystej. Zawadzki konstruując obraz świata rozpasania erotycznego, parafrazuje piętnastowieczny, niemiecki tekst Das Narrenschiff Sebastiana Brandta. Są to bardzo interesujące nawiązania, które znakomicie wkomponowały się w tekst tworząc spójną, zaskakującą całość.
Autor odwołuje się również do swoich ulubionych filmów. Jednym z nich jest Zło w reżyserii Mikaela H?fströma. Chce w ten sposób opisać otoczenie, w jakim funkcjonują bohaterowie, przejmując elementy znanego z kinematografii świata, na przykład nazwy miejscowości, jezior, umeblowanie mieszkań. Nie brakuje tu także nawiązań do współczesnej muzyki popularnej. Zdaje się, że opis twórczości muzyka Daniela Rossera inspirowany jest postacią królowej popu - Madonny, i charakterystycznej piosenkarki Lady Gagi. Niektórzy nazywali Rossera Antychrystem ze względu na kontrowersyjne, antykatolickie motywy w tekstach piosenek i teledyskach, więc naturalne jest tu porównanie do skandalistki Madonny. Jeśli zaś chodzi o opis produkcji teledysków, które z założenia miały wzbudzać skrajne emocje, szokować i niepokoić odbiorcę, to właśnie w tym miejscu autor prezentuje środki przekazu stosowane przez Lady Gagę. A zatem Adrian Zawadzki czerpie pełnymi garściami z tworów kultury popularnej oraz kultury wysokiej, umiejętnie budując charakterystykę świata i ludzi. Zawarte w powieści opisy są spójne, ciekawe, pobudzają wyobraźnię i wymagają skupienia.
Książka ta stanowi przestrogę przed niszczycielską siłą używek i nadmiernym umiłowaniem rozkoszy. Wskazuje, jak niszczycielski może być wpływ grupy na jednostkę i jednostki na grupę. Próbuje też ukazać, jak mylące mogą być bodźce pochodzące z podświadomości. Niejednoznaczny świat eXst eXiste intryguje czytelnika i wciąga go w psychologiczną grę, pełną napięcia i domysłów. Autor pozostawia wiele niewyjaśnionych wątków i otwartych pytań, by zachęcić odbiorcę do rozwikłania tajemnicy - poznania celu grupowego morderstwa. Być może nastąpi to w kolejnych planowanych tomach powieści.
Krwawy umysł jest bardzo dobrym thrillerem psychologicznym. Jego treść jest przemyślana, a elementy zawartej tam rzeczywistości dopracowane w najmniejszych szczegółach. Pozostaje mieć nadzieję, że debiut szczecińskiego studenta polonistyki zostanie pozytywnie odebrany zarówno przez krytyków, jak i czytelników.
Katarzyna Kalicka
Twój jedyny dom, jaki masz w kosmosie, płonie, i każdy z nas jest jednakowo odpowiedzialny za zapalenie zapałki i odwrócenie się plecami, by nie widzieć tego, co się dzieje.
John Hogue
Opowiada Daniel Rosser.
Ściany, ciągnące się dookoła wielkiego basenu, były nieotynkowane, z czerwonej, pokrytej grzybem cegły. Z niewidocznego ginącego w cieniu sufitu zwisały cztery łańcuchy. Nie łączyły się jednak ciężko z czarną taflą wody w basenie... Na zimnych sznurach perfekcyjnie zawisły cztery ciała młodych mężczyzn w wieku od dwudziestu do dwudziestu dwóch lat. Ich nagie ciała, wiszące w bezruchu za nogi, zaledwie głowami sięgały pod wodę... Chłód, który bił od basenu, wydawał się pełzać po moim ciele. Choć zachowywałem spokój, nie mogłem w pełni pojąć obrazu, jaki obserwowałem.
Stałem w pomieszczeniu, w którym panował okropny smród rozkładających się ciał. Głów ofiar nie byłem w stanie ujrzeć; znajdowały się w tym bagnie. Tylko poszarzałe klatki piersiowe i skrępowane ręce, połączone łańcuchem ciągnącym się do stóp, pozostawały widoczne. Wyciągnąłem z kieszeni swój telefon. Nie mogłem jednak nic zrobić, palce rąk ledwo się poruszały, było mi zimno. Stałem się świadkiem morderstwa czterech mężczyzn, których powieszono za nogi tak, aby tylko głowy spoczęły pod wodą. Zwymiotowałem. Zdałem sobie sprawę z tego, jaki koszmar przeszli, dusząc się, zaledwie cal od powietrza, którego pragnęli, zapewne jak niczego innego dotąd. Który z nich pierwszy stracił siły, miotając się, próbując ratować życie? Nie spostrzegłem jednak śladów świadczących o walce, którą stoczyli na łańcuchach. Być może nie żyli już, kiedy ktoś im to zrobił.
Usłyszałem ciche syczenie. Odgłos, jaki wydaje dogasające ognisko, lecz ten był nieco cichszy. Skierowałem się w głąb cienia po prawej stronie pomieszczenia z diabelskim basenem. Wąski korytarzyk doprowadził mnie do nowego miejsca. Przy wejściu znajdował się połyskujący złotem napis, potężne: eXeX.
W powietrzu unosiła się paskudna, zimna woń gnijących ciał. Niepewnym krokiem przeszedłem przez brudne pomieszczenie do znajdującej się na końcu okrągłej dziury. Wszedłem na korytarz, który rozdzielał się na dwa. Skręciłem w prawo. W oświetlonej blaskiem gasnących świec sali dostrzegłem ciało mężczyzny wiszące na grubym sznurze. Podbiegłem do niego po mokrej od wody i krwi posadzce. Zasłoniłem usta, a oczy zaszły mi łzami. Nie potrafiłem znieść tego widoku. Miejsce, w którym się znajdowałem, to położony za salą pokój Głównego Przewodniczącego. Był nim Oliwer wiszący teraz nade mną. Spostrzegłem błoto na marmurowej posadzce i ślady krwi. To jednak nic w porównaniu ze ścianami, na których rdzawymi gwoździami powbijane były ciała nagich mężczyzn w czarnych kapturach na głowach. Na środku wiszące ciało, którego twarz, zdarta kwasem, pozostała czarno-czerwoną czaszką. Zacząłem krzyczeć. Czułem na sobie dziesiątki spojrzeń. Gdy spoglądasz na martwe ciało, wzrok płata ci figle. Oczekując poruszenia, szarość wydaje się drgać. W pewnej chwili nawet usłyszałem trzask. Obróciłem się w stronę wejścia. Byłem zalany łzami, jednakże zdołałem dostrzec czarną plamę, zakapturzoną postać. Straciłem przytomność.
Wiem, że koniec już dawno miał swój czas.
Dziecko czerwone zatrzymuje nas.
By spytać o drogę.
Drogę o świcie,
Co usłana jeszcze zimą jest...
Tego dnia ujrzałem piekło czarne, czerwone; zobaczyłem dzieło diabła, z którym miałem spotkać się wkrótce osobiście. Ja... przeżyłem. Dlatego właśnie musiałem się z nim spotkać i spytać... Człowiek, który zabił swoich najbliższych, darował mi życie. Nie uwzględnił mnie w swoim makabrycznym planie. Chciałem zrozumieć...
1
Styczeń 1999.
Oślepił mnie blask świateł. Śmiałem się całą noc. Tego właśnie potrzebowałem. Piliśmy jakieś drinki, paliliśmy coś od Batty'ego. Muzyka wierciła mi w głowie. Mój ulubiony klub. Byliśmy jak zawsze w R. Wspaniały, wielki klub z najlepszymi didżejami w tym rejonie. Tutaj zaczyna się i kończy życie... życie błogie, beztroskie. Dzikie utwory w bajecznych remiksach porywały mnie na parkiet, zostawiając resztę zajętą paleniem. Zbliżała się wiosna i nasze zimowe zabawy miały dobiec końca. To z pewnością ostatnia tak spokojna, o ile można ją nazwać spokojną, noc w klubie R. Na początku stycznia Oliwer wraca z Nowego Jorku, aby otworzyć kolejny rok z...
Oblał mnie drinkiem albo i piwem... następnego dnia nie będę pamiętał, kto czym mnie oblał. Marco tylko się uśmiechnął i rzucił się w tłum spoconych, tańczących bestii. Śmiałem się. Przed północą zdołałem odczytać wiadomość od Oliwera. Wiedział, że nie próżnujemy i ostatnią wolną sobotę spędzamy w R. Oliwer jest wysoki. Mówił, że zawsze był najwyższy w klasie. Jego pozycja stale rosła, jednak nie za sprawą bogatych rodziców czy bogatszego dziadka, którego zawsze był ulubieńcem. Nie, Oliwer Micali to wspaniały młody człowiek. Nie ma drugiego takiego, nie znam nikogo o takim charakterze, usposobieniu i podejściu do drugiego człowieka. Dlatego jest on naszym...
Tego było już za wiele! Marco zwymiotował na jakąś piękną nieznajomą. A zaraz potem Sergiusz złapał go swoimi potężnymi rękoma i zawlókł do męskiej toalety. Poleciałem za nimi. Zauważyłem, że i Sergiusz ma już nieźle. Jednak taki jak on jest nie do zdarcia. Nie był wcale wysoki, nawet nieco niższy ode mnie. Ale za to częściej odwiedzał siłownię i albo to zasługa sterydów, albo faktycznie ciężkiej pracy; Sergiusz był potężny. Znał Oliwera dłużej ode mnie. Znali się z piaskownicy. Marco z kolei urodził się jako pierwszy z dwóch synów pewnego bankowca ze Stanów. Studiował tutaj. Klub R był jednym z tych, do których chodzą wschodzące gwiazdki, dzieci bogatych rodziców, ale i celebryci z każdej dziedziny sztuki. Niektórzy naturalnie tutaj się nie pojawiają, ale są i tacy, z którymi spokojnie da się wypić.
Ktoś coś do mnie mówił, nie kontaktowałem. Kończyłem kolejną szklankę.
- Kochasz to! - krzyknął Batty.
- Co takiego? - Spojrzałem na niego. Był czerwony na policzkach, pijany i śmiał się do siebie.
- Ciała! Kochasz te ciała!
- Tak, tak... Kocham je wszystkie.
Wszystkie ciała w światłach, pocie i muzyce zlewały mi się. Tutaj nikt nikogo nie zna, przynajmniej tak to ma wyglądać... Jedynie muzyka jest w stanie połączyć. Ale tylko na te kilka klubowych godzin. Potem każdy jest sobą. Osobą medialną. Poza Sergiuszem. On jest tylko przyjacielem Oliwera. Przychodzę tu świetnie się bawić. Tym bardziej dziś. Bawimy się w rytmach naszych największych gwiazd. Kilka osób na sali wie, że następnego dnia na lotnisku wyląduje samolot Oliwera, wrócimy do jaskini, do La For?t de Colin w miejscowości Loley. Wrócimy tam, jak co roku, aby przywitać nowego członka eXst eXiste...
Nazywam się Tristan Roance. Jestem pisarzem. W zasadzie jestem w klubie nocnym R razem z wyjątkowymi celebrytami i Sergiuszem, który jako jedyny zarabia na życie, pracując w warsztacie naprawczym dla tirów. Zaczęło się po godzinie dwudziestej pierwszej. Przyszliśmy do prawie pustego klubu. Zaczęliśmy jednak starterem u mnie, gdzie opróżniliśmy dwie butelki wódki. Na wejście dostaliśmy darmowe drinki od najseksowniejszej kobiety, jaką znam - sześćdziesięcioletniej właścicielki klubu, która traktowała nas zawsze jak swoich przyjaciół. Ubrana w czarne wdzianko, o nienagannej figurze i jak mawiała: "wciąż swoich długich, ciemnych włosach". Była cudowna.
Wszyscy ją uwielbialiśmy. Przede wszystkim za jej humor, często uszczypliwy i rubaszny. Nikomu nigdy nie zrobiła krzywdy, a my często odwiedzaliśmy właśnie R. Marco żartował z nią pół godziny, zanim dołączył do nas i do tłumu tańczących bestii, które zdążyły już nadejść. Klub słynął także z zeszłorocznych odwiedzin gwiazdy muzycznej światowego formatu, która pojawiła się w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny i didżejki.
Mowa oczywiście o Danielu Rosserze.
Niektórzy są tak pijani, że nie są w stanie podjąć rozmowy. Czas zbierać się do domów i zacząć trzeźwieć. Humor Oliwera w okresie przedwiosennym bywa bardzo zmienny. Dlatego lepiej nie narażać się Głównemu Przewodniczącemu naszego stowarzyszenia.
Spoglądam na kilku ludzi przede mną, dwie aktorki i jakiegoś biznesmena. Patrzą na wulkan energii wybuchający na parkiecie. Marco. Jest dość pijany. Wrócił z toalety i wiedział, że nie usiedzi spokojnie. Puszczam oko do Sergiusza. Ten przebija się przez tłum i odprowadza Marca do wyjścia. Trzeba umieć powiedzieć sobie dość.
Wychodzimy: Ja, Sergiusz, którego imienia nie używamy, ponieważ Oliwer zwraca się do niego Agamemnon. To taka ksywka z piaskownicy. Za młodu był rozrabiaką. Więc tak też się przyjęło. Pomaga "iść" koledze.
Był też z nami Batty, który załatwił jak zawsze towar z najlepszej półki, ale opuścił nas nieco po pierwszej.
Nie, nie, nie! Zatrzymuję się, daję telefon Agamemnonowi, aby załatwił taksówkę. Zostaję jeszcze dla jednej piosenki. Didżej puścił I Need Jesus In My Disco, nowy singiel promocyjny z nadchodzącego albumu wielkiego Daniela Rossera. Mój ulubiony artysta, kontrowersyjny zresztą. Słucham do końca, potem wychodzę i odpalam już zwykłego papierosa. Agamemnon klnie i woła, abym się pospieszył. Wracamy do swoich domów. Zostało kilka godzin. Czas, aby dojść do siebie. Sergiusz najpierw się uśmiecha, a potem grozi Marcowi, żeby ten wziął zimny prysznic i był gotowy na spotkanie z Oliwerem.
Najbardziej zapomnieć o nocy będzie chciał z nas wszystkich Marco. Bez alkoholu jest bardzo sztywnym człowiekiem.
Jestem mieszkańcem Aparash Ballar Roance. Tak, to nie zbieg okoliczności, że moje nazwisko jest identyczne, jak fragment nazwy kolonii, w której mieszkam, ale to zbyt długa historia. Z pewnością nie na dzisiejszą noc. Sam muszę do siebie dojść. Chociaż myślę, że i tak jestem z nich najbardziej trzeźwy.
Klub znajduje się w mieście Mirror. Dlatego też najpierw odwieźliśmy Agamemnona i Marca do Loley. Ta wieś jest miejscem, w którym jak już wspomniałem, znajduje się siedziba eXst eXiste oraz domy Oliwera, Sergiusza i Marca. Zostaję ja i taksówkarz. Jedziemy z Loley do Aparash Ballar, by za niewielkim wzgórzem znaleźć się w kolonii Aparash Ballar Roance. Mam wielki, piękny dom... ale o tym także nie czas.
Rano wybieram się na zakupy. Zaproszę znajomych na obiad. Oliwer jest punktualny. Z nim nawet samolot nie ma prawa się spóźnić. Tak jak zapowiadał, wylądował w Mirror o czwartej po południu. Odczytał ode mnie e-mail o spotkaniu w moim domu. Kazał zaprosić Agamemnona i Marca, co uczyniłem jeszcze przed wejściem do R. Z pewnością miał dla nas kolejne nazwisko. Kolejnego wybrańca do stowarzyszenia eXst eXiste. Czułem to podniecenie jak za każdym razem, kiedy przyjmowaliśmy kogoś nowego. Ostatni był Julian Bert, najmłodszy zresztą, bo mający lat osiemnaście. Było to w zeszłym roku.
Z rana obejrzałem swój ulubiony serial, zjadłem śniadanie około szóstej. Nie spałem. Wziąłem zimny prysznic, zrobiłem zakupy w markecie. Dla porównania ze zdjęciami z wczorajszej imprezy jakiś paparazzi pstryknął mi kilka nowych. Nie wydaje mi się, abym wyglądał źle. Nie wydaje mi się także, abym się tym zbytnio przejmował. Uśmiechnąłem się pogardliwie. Wróciłem do domu. Jeśli można to nazwać zwykłym domem. Wielki, trzypoziomowy budynek, który odkupiłem od starego lorda. Za co? Wspominałem, że jestem pisarzem.
Zaczęło się jakieś cztery lata temu, kiedy świat zwariował na punkcie mojego pierwszego dzieła. Dalej, jak to już w tym materialnym świecie bywa - komercja pożarła moją książkę, adaptacja filmowa, gadżety, wpływ na muzykę i temu podobne. Wiem, że stworzyłem coś niezwykle dobrego, coś, co sprawiło, że nie dbam o wartości, które utrzymywały mnie kiedyś przy życiu. Dziś mam za co imprezować, za co mieszkać. Czego chcieć więcej w tym materialnym świecie? Brzydzę się nim, choć, jestem jego elementem.
Mamy koniec ciężkiej zimy roku 1999. Za pewien czas wejdziemy w zupełnie nowe tysiąclecie. Musiałem ogłosić kontynuację mojej książki. Wydawca błagał o kilka tomów, więc po otrzymaniu zadowalającego kontraktu... zgodziłem się. Nie miałem tego w planach. I tak się zestarzeję, i tak umrę... zostawię po sobie ślad. Niech każdy wie, co znaczy Tristan Roance.
Śnieg zniknął około czwartej po południu. Goście pojawili się po siódmej, wieczór był przyjemny. Przyjechali każdy swoim samochodem, ale o tej samej porze. Nie mogłem tego zobaczyć. Wprowadziła ich moja pokojówka, oznajmiając, że nie jestem w stanie się z nimi widzieć, mimo to zapraszam na obiad do salonu i pozdrawiam. Oliwer musiał być wściekły. Ja? Leżałem pijany w swoim pokoju. Zrobiłem to po powrocie z zakupów. Przecież nikt nie śmiałby mi tego zabronić. Cała moja pracowita i kochana obsługa krzątała się po rezydencji, dbając o ten ład, który ja zawsze niszczyłem. Zarabiam na to.
Otworzyłem oczy, powoli. Czułem się okropnie. Było już ciemno. Nie wytrzeźwiałem od dwóch dobrych dób. Za oknami, na niebie, było kilka gwiazd. Resztę ukryły chmury. Nieco później zorientowałem się, że to mgła. Mgła kojarzy mi się zawsze z niewiadomą, poczuciem zagrożenia, ale i beznadziejną niewiedzą. Pojawia się i snuje niepokój, ale co z nim robić, skoro nie wiem, co nadejdzie. No i przywiodła zdenerwowanego Oliwera, który został przeze mnie źle potraktowany.
Oliwer stał przy moim oknie. Jedyne co z siebie wydusiłem, to ciche: "Cześć". Nie odezwał się. Zaśmiałem się głośniej, niż przewidywałem. Odwrócił się i zrobił tę standardową obrażoną minę z dodatkiem wyłupiastych, niedowierzających oczu. Zabawny był w tym momencie jak nigdy. Spytałem, czy podróż minęła spokojnie. Głupie pytanie. Jak mogła minąć podróż prywatnym, luksusowym odrzutowcem? Pokręcił głową i wyszedł, a kiedy zamykał drzwi, powiedział, że jutro chce mnie widzieć u siebie w idealnym stanie.
Nie jestem głupcem. Zdaję sobie z tego sprawę. Może i zawiodłem go nieco, ale nie dbam o to, zadbałem przecież, aby koledzy nieźle się wybawili w ostatnią wolną noc przed powrotem na spotkania eXst eXiste oraz o obiad dla nich po powrocie Oliwera. Czy aż tak byłem im w salonie potrzebny? Wątpliwe. Obróciłem się na drugi bok i zasnąłem.
2
Najcięższa walka z korzeniem, który z nas głęboko w ziemię wrasta...
Zbliżała się północ. Srebrzysty księżyc oświetlał znużone snem uliczki miasta. Ona kładła się spać po pracowitym dniu. Wciąż dokuczał jej ból w dłoniach tu i ówdzie pokaleczonych. To, co stało się w chwilę potem, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. W jej małej izbie pojawiło się czyste, białe światło, które rozjaśniło najdrobniejszy kąt pomieszczenia, wypływając okienkami na zewnątrz. Niewiele zauważyła, ale co do jednego miała pewność. Postać, która pojawiła się przed nią, na pewno miała skrzydła.
Twarz anioła była bez wyrazu, jakby znajdował się za mgielną osłonką. Dopiero po pewnym czasie spojrzał jej prosto w oczy, a ta upadła na kolana, drżąc na całym ciele. W oczach miała łzy. "Nie bój się" - usłyszała cichutki szept przy uchu, mimo że anioł nie poruszał ustami. "Twój Bóg pragnie, abyś porodziła Jego Syna. Duch Święty zstąpi na ciebie. Czy spróbujesz tego błogosławieństwa?". Poczuła ogarniające ją ciepło. Anioł złapał ją za ręce, z których zniknęły rany. "Czy jesteś gotowa? Dziecię twe będzie wielkie, królestwo niebieskie będzie Jego. Jednak oboje doznacie wielu cierpień". Nic nie odpowiedziała. Zamknęła oczy i pokornie skinęła głową. Błyskawica przecięła niebo, na pustej uliczce pojawił się otulony aksamitną szatą czerwonoskóry mężczyzna i spoglądał w stronę drzwi domu.
Anioł jednak spojrzał za okno, a ciemna postać zniknęła.
Wkrótce potem w wietrzny wieczór Maryja wraz z Józefem szukali schronienia, bo nastał dzień narodzin. Na bezgwiezdnym niebie eksplodowało złociste ciało, którego warkocz prowadził trzech mędrców ze Wschodu do stajenki, gdzie w sianku, okryty kawałkiem maryjnego sukna, przyszedł na świat Jezusek. Z krwi wyjęty na kawałek sukienki. Boże! Niech nie brudzi się biedaczek! Niech nie klei do ziemi, nie oblepia piaskiem. Połóż go na sukni, wytrzyj. Co zrobisz z pępowiną? Spokój ogarnął matkę. Chór aniołów zagrał najpiękniejsze pieśni... zbierali się wokoło chłopi...
Sen pierwszy.
Budzik zaczął rozdzierać ciszę. Czerwone światełka na choince zaczęły wbijać mi w oczy swoje igiełki. Poczułem nieprzyjemne ciepło w tyle głowy... Pierwszy sen traktuje o narodzinach Najwyższego. W dziele sny pełnią kluczową rolę, zatem otwarte zostały narodzinami samego pojęcia snu. Nie chcę odczytywać go jako proroczego, nie na tym polega badanie snu. Rodzina stanowi kontrast dla świata, który reprezentuję, obojętnego na święta. Ani ja, ani ludzie, o których opowiem, nie tworzą pełnych rodzin. Nawet nie chciałbym używać słowa "szczęśliwych". Święta zatem są dla wielu niepotrzebnym obowiązkiem.
Możliwe, że ten sen tylko zmyśliłem. Możliwe, że nigdy nie zaskoczył mnie nocą. Chcę jednak byście uważali go za sen, który stał się narodzinami innych.
Spisana w domu głupich.
Mówiłam mu tyle razy, że ma złożyć jaja, ale nie słuchał. To ważne i on o tym doskonale wie. Ma to naturalnie podtrzymać nasz gatunek. Będzie jednak dobrze, jak i ta zdzira da nam w końcu spokój! Musimy ich męczyć o jaja, czekać nie trzeba zbyt długo. Wyklucie odbywa się prędko, przed pojawieniem się gwiazd, a i na to trzeba być gotowym. Nie wolno nam podchodzić zbyt blisko. Niemowlaki plują straszliwą trucizną, należy się przed nimi nieustannie chronić. Dlatego zakładamy gumowe palta. Czasem dwa. I uciekamy ranieni kulami z trucizną, które roztrzaskują się na naszych paltach, a jak któreś z nas ma mniej szczęścia, roztrzaskują nam łby. Dzieciaczki z reguły mają tak, że zanim wejdą w świat zasad utworzony przez starszych, psocą, nie zdając sobie z tego sprawy.
Męczę go już trzeci tydzień, by złożył jaja. A on do mnie, że boli. Boli, boli, boli... przedrzeźniam go i wystawiam język, zawijam go wokół głowy i drapię się nim po skroni. Jak mu to wytłumaczyć? My nie składamy jaj. To ich rola. Dlatego nie mogę wczuć się i znaleźć odpowiedniego argumentu. Mam jeszcze sporo czasu. Nie ma jeszcze śniegu. Więc nie mogę liczyć na odwilż. Małe lubią lody ze śniegu, który zamienia się w błotko. A sam śnieg, biały i gęsty, pomaga tym, których trafi trucizna skonać w chłodku.
On ma trzy metry wysokości i jest grubasem. Tyle razy mu mówiłam, by złożył jaja, a on tak się nadmuchał, że ciężko z nim teraz cokolwiek zrobić. Ciężko z nim dyskutować. Podejrzewam, że wydęło go tak, bo w środku w nim jest teraz pełno jaj. Jaja te powstały z pewnością od mojego gadania o nich. No bo jakże inaczej? Jaja są wielkie, strusie się chowają. Mają turkusowy kolor, jego są zielone. Stary, gruby cap!
"No i co cwaniaczku? Będą jajca czy nie będzie?" - warczę w końcu zdenerwowana, a czerwony płyn, tryska mi z uszu. "Boli, boli, nie będzie jaj, bo ty chcesz. Chcesz to sobie narób jaj" - odparł. "To tępa masa" - pomyślałam. Idiota i kretyn, widzę przecież, że jajca wydęły mu brzuchal. Ale znajdzie się sposób. Idę do Szefowej. Szefowa to stara pizda. Wyschnięta i pochmurna. Siedzi w swoim gabinecie i dłubie w długim spiczastym nochalu. Ale franca zna się na tym najlepiej i każde z nas wam to powie. Idę naskarżyć. Jaj nie ma, jak nie było. Ona zrozumie.
No i czekam w kolejce. Spokojnie siedzę na jakimś łapciuchu, co dawno już jajek mieć nie może, leży półżywy i skomli. Dostaje po łbie, gdy za mocno mną rzuca. Wychodzi Szefowa i kopniakiem żegna się z kimś tam. Nie znam, ale na jajcarza też mi nie wygląda. Szefowa, jak to ona, zauważa mnie prędko. I prosi, bym weszła. Kwiczą dziwki jak świnie, biadolą, że bez kolejki wchodzę. To i wchodzę, zerkając na nie pogardliwie. Głupie, bo jajka już dawno dostały.
Szefowa wie, o co chodzi. Wie, bo prowadzi spis jajek. Wie też, że będzie ich sporo, bo ona wie wszystko, co się na tym pieprzonym świecie dzieje. Od progu dostaję drgawek i rzucam się w płacz, leje się nosem i okiem, i uchem. Leje czerwona maź. Ta tylko poprawia okulary, naciąga halkę na piersi, które wiszą jej, jak zużyte prezerwatywy po pępek i spogląda na mnie z żalem. "Głupia ty, durna baba" - pociesza. "Chciałabym ci powiedzieć coś więcej, ale nie wiem, po coś tu przylazła". To ja jej mówię, że jaj nie ma i nie będzie, ale ona to wie i nadal zastanawia się, po co przylazłam. A że sama tego nie wiem, uciekam do chaty, by ominąć kopniaka Szefowej.
Po powrocie do chaty czuję odór niemiłosierny. Pachnie nieprzyjemnym smrodem. I kląć zaczynam na starego i wyzywać, i pluć, póki nie zauważam na stoliku czterech jaj. Jeszcze trochę wyklinam, jeszcze raz go po głowie patelką okładam i spokojniejsza pytam, skąd to ma.
Jaja są turkusowe. Nie oszuka mnie, że to jego. Głupi stary cap. Płaczę. Pada śnieg. Całe szczęście. Przyjdzie może umrzeć w chłodku. Czekamy, bo kluć się będą przed gwiazdami. "Ale to nie dzisiaj, idiotko" - poucza mnie małżonek. "Mówisz?". Jestem przekonana, że można mu zaufać, jeszcze tylko się dowiem skąd te jaja, komu je zabrał. Nadal gruby siedzi na tapczanie. Nie drgnął na pewno, odkąd go tak zostawiłam. Zastanawiam się, może zamówił jaja przez Internet. To jest możliwe, choć mam ku temu kilka wątpliwości, przecież nikt nie zna naszego adresu. Kurier raczej nie przychodzi, odkąd Szefowa go zjadła.
Młode są ładne, nie są tak oślizgłe, nie śmierdzą. Ale wyją przeraźliwie do trzeciej w nocy. Trucizną plują tylko przez pierwszą godzinę po wykluciu. Wtedy to (ze starym już mamy metodę) biegamy niedaleko, robiąc ósemki. To ich myli, a my mamy paskudztwa na oku. Tak też zrobimy i dziś. Szefowa pochwali.
Nazajutrz słońce wstało, jakby wcale nie miało ochoty świecić nam na nasze brzydkie pyski. Stary się ogolił. "Gdzie masz nosek? Gdzie ty, debilu, nosek odciąłeś przy goleniu? Ty głupku, ty! Czym teraz powąchasz małe, kretynie? Co, ja za ciebie wąchać będę?". To debil, nos sobie odciął. No mówię wam, jak tu leżę. Bo jeszcze leżałam. Ale żywa, dzieciaczek mnie kulką nie trafił żaden. "Zamknij mordę" - odparł. Cały on i te jego riposty.
Postanowiłam któregoś dnia zrobić mu niespodziankę i w podziękowaniu za jaja ubrałam się seksownie i zażądałam jaj więcej. I zaczęło się od początku. Ale dość już o jednym. Szefowa zadowolona. Poszłam na spacer. Sama. Nie będę pchać fotela ze starym. Bo nie ma kółek.
Mam ładny ogon. Długi i śmierdzący, ale ładny. Niektóre mają skrzydła, ale po co mi skrzydła. Zawsze szanowałam to, co miałam. Te skrzydlate są bardzo zadufane. Latają ci nad głową, czasem która coś na ciebie spuści, gdy tak spacerujesz. Takie są. Staram się je zrozumieć, bo jakbym miała skrzydła, a nie ogon, też byłabym suką. Do szczęścia potrzeba mi już tylko jaj.
Chmury się zbierają nad wiochą. Będzie gradobicie. Szefowa się zna, ale to nie jest tak, że to jakaś moja przyjaciółka, z którą mogę wypić wódkę i zagryźć kurierem. To nie taka sztuka. Szefowa lubi, jak mówi się do niej Szefowa. Chociaż na imię ma tak samo. Patrzę nagle, że market już otwarty. O tej porze, co jest? Wchodzę i są tam wszystkie. Skrzydlate france. Podchodzę po kilo starej ryby. Małe są po narodzinach wyjątkowo wybredne. Tylko świszczą i skwierczą, że chcą ryby. A przynieś im świeżą, to rękę odgryzą.
Starego niedługo pożrą na tym jego fotelu. Razem z fotelem. Ja szybko biegam, ale i rybę przyniosę. Dzieci mają pamięć i doceniają.
Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość GÓRNĄ i...
Adam Mickiewicz
1
1999.
To, co się stało, nie było do końca zrozumiałe dla żadnego z nas. Jednak było oczywiste, że młody mężczyzna stojący na dachu wielkiej rezydencji, kurczowo ściskający gargulca, to nie kto inny jak brat Oliwera Micalego - Hector. To właśnie od naszego Głównego Przewodniczącego i mojego przyjaciela otrzymałem telefon, że właśnie siedzi w prywatnym samolocie, który zmierza w kierunku Walii - tam, gdzie mieszka rodzina Oliwera. Jego jedyny brat chciał się zabić? Wszystko na to wskazywało.
Cztery śmigłowce największych w kraju stacji telewizyjnych latały wokół rezydencji rodziny Micalich. Ulice przedzierały rozpędzone ambulanse. Dwudziestodwuletni chłopak stał oparty o gargulca na dachu swojej posiadłości. Wokoło pełno było policjantów i strażaków. Zza bramy piorunowały flesze aparatów reporterskich.
Oliwer nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chodził po pomieszczeniu odrzutowca, spoglądając na ekran telewizora. "Co ty wyprawiasz?!".
- Nic nie możemy zrobić? - spytał Sergiusz z kwaśną miną. Wiedział, że Oliwer jest wściekły.
- On stoi na dachu. Kilkaset kilometrów stąd. Jak możemy mu pomóc?! - burczał Oliwer przez zaciśnięte zęby.
Szum silnego wiatru bez wiatru.
Znad rezydencji Micalich wyłoniła się gęsta biała mgła, która pożerała każdy cal widoczności. Śmigłowce jak muchy porozlatywały się w przeciwnym do niej kierunku. Reporter stojący przed bramą posiadłości przeżegnał się, a jego koleżanka upuściła aparat. Ludzie zaczęli uciekać...
Hector, brat Oliwera, nie skoczył.
Następnego dnia na biurku Oliwera w walijskim apartamencie wylądowała sterta gazet, które podnosił drżącą dłonią. Nagłówki okładek piszczały:
"SKANDAL W WILLI MICALICH"
"JEDEN Z BRACI MICALICH CHCIAŁ ODEBRAĆ SOBIE ŻYCIE. RODZINA MILCZY"
"SPADKOBIERCA CHCIAŁ SKOCZYĆ Z DACHU"
"SEKRETY RODZINY MICALI"
"ODSUNIĘTY OD TRONU BRAT DAJE O SOBIE ZNAĆ!"
Oliwer nie zdążył zapobiec wydrukom... Dziadek także był wściekły.
2
Książka to największy skarb człowieka. Słowo zapisane to słowo najrozkoszniejsze, a ja jestem w posiadaniu wyjątkowych słów. Pamiętnik Hectora. Oliwer musiał go bratu zabrać, znaleźć w Ondskan. Nie był szczególnie stary, ale wszystko mi wyjaśnił. Postanowiłem słowa przebadać, w tym celu musiałem je mieć u siebie. Oliwer na pewno do nich nie wróci.
Nie jest ładnym zwyczajem grzebać w czyimś życiu, na pewno nie miałem do tego prawa. Oliwer jest moim przyjacielem, zrozumiałby. Poznając ich korespondencję, nauczyłem się rozumieć jego racje i decyzje. To ważne. Hector był niedyskretny. Mogę się domyślać, że sam w pewnym momencie dopuścił brata do swoich wspomnień. Cieszę się niekiedy, że jestem jedynakiem. Musicie jednak wiedzieć, że czytając Hectora, tęskniłem tak jak on za ich życiem, jakby było moim. To też siła słowa.
Spisał Hector Micali.
I
Wakacje miały rozlać falę upałów po całej wiosce. Do południa nie można było wytrzymać w żarze, który gęsto wypełniał pokoje. Wieczorem niebo rozcinały biało-błękitne pioruny. Oliwer lubił na nie patrzeć. Ja także.
To był ostatni dzień szkoły. Zakończenie gimnazjum. Cieszyliśmy się wszyscy. Oliwer musiał pojawić się w Ondskan. Przebywał w swoim pokoju, rzadziej wychodził na powietrze. Chodził naburmuszony, a babcia kazała mi być wyrozumiałym, miał na głowie inne sprawy. Powiedzmy, że rozumiałem. Wybrałem się z Audrey nad jezioro. Agamemnon rozpoczął pracę w warsztacie ojca. Naprawiali tiry. Zawsze miał do tego głowę.
Droga do jeziora była długa, tym bardziej piesza. Szliśmy dwie godziny. Nie do końca wiem, skąd zawsze miałem z Audrey tematy do rozmów. Śmialiśmy się całą drogę, o Oliwerze nie wspominaliśmy. Nad jeziorem usiedliśmy blisko. To była i zawsze jest najbardziej krępująca chwila w życiu każdego nastolatka. Wiedzieliśmy, co chcemy. Spytałem, czy chciałaby popływać nago. Woda była zimna. Nie musieliśmy pływać. Chciałem tylko zobaczyć, jak wygląda nago. Zgodziła się, pewnie też nie miała ochoty pływać. Ustaliliśmy, że wcześniej musimy zobaczyć swoje ciała. Nigdy wcześniej nie robiłem czegoś podobnego. Miała na sobie błękitny biustonosz i czarne figi. Nie chciała zrobić pierwszego kroku.
Zastrzegłem, że muszę mieć wzwód. Chciałem, by ten widok utkwił jej w pamięci. Nie wstydzę się swojego penisa, ale jeśli miałbym go komuś pokazać, niech będzie w pełni radosny. Zgodziła się i paluszkami przejechała delikatnie po moich bokserkach. Byłem gorący. Przez chwilę wszystko inne przestało dla mnie istnieć, nie widziałem, gdzie jestem i czy ktoś nas nie podgląda. To już się przestało liczyć. Byłem sztywny. Zsunąłem bokserki. Bez słów zdjęła swoją bieliznę. Przejechałem ręką po jej sromie. Była tak mięciutka i ciepła. Nie podejrzewałem nawet, że to takie przyjemne. Ona złapała mnie i lekko osunęła napletek. Żołądź stała się purpurowa jak biskupia szata. Prącie drżało, a jądra jeździły w dół i w górę, niczym radosny wagonik na kolejce górskiej.
Weszliśmy do wody po kolana, wiedziałem, że tego dnia już na nic się więcej nie zgodzi. Byłem szczęśliwy. Zaczęliśmy się wygłupiać, musnęła mój nos. Poleciała mi krew. Nazwałem ją suką. Miałem na twarzy uśmiech, ale drżałem, byłem zły i zdenerwowany. Nie wiem dlaczego. Wiedziałem dobrze.
II
Agamemnon ma większy członek ode mnie. Jest wielgachny jak u słonia. Może to z tego powodu Sergiusza Vesto nazywa się właśnie Agamemnonem. Skąd to wiem? Oczywiście chłopcy w pewnym wieku lubią się sobie pokazać. Są bardzo ciekawi swoich ciał. Boją się, że mogą mieć tego mniejszego. Mnie było to obojętne. Nie obawiałem się, bo zawsze byłem z siebie dumny. Nie pamiętam także, by w przyszłości ktoś narzekał na nas. Zaczęło się w wakacje, kiedy Agamemnon zapraszał mnie i Oliwera do siebie. Jego rodziców nigdy nie było w domu, zawsze do późnych godzin zajęci byli pracą. Oliwer nie zna się na żartach.
W przyszłości Agamemnon wytrze sobie te sceny z pamięci. To pewne. Oczywiście pamięta każdy wspólnie obejrzany ze mną niemiecki film pornograficzny na kasecie VHS. Film, którego "aktorzy" nie byli wcale tak atrakcyjni, jak powinni być. Obserwowałem, co się z nim działo, a on zerkał na mnie. Na jego olbrzymiej żołędzi pojawiał się krystaliczny śluz, zwany preejakulatem. Nie rozumiał wtedy tego. Mój członek wcale nie wydzielał takiego płynu. Wytłumaczyłem mu, dlaczego tak jest. Na tyle, na ile sam wiedziałem. Śmiał się piętnaście minut, gdy poinformowałem go, czym jest naturalny lubrykant i lubrykant w ogóle. Stwierdził, że jestem bardzo pedalski i śmiał się dalej. Potem przeprosił. Nigdy więcej... już nigdy nie użył tego słowa.
Wspominam te chwile jako doświadczenie. Nic złego nie robiliśmy, chyba że wspólny onanizm to grzech śmiertelny (za który warto...). Nigdy się nie dotknęliśmy, nie czułem takiej potrzeby. On tym bardziej. Za to kochałem go jak brata. A mój brat by tego nie zrozumiał. Cierpi na homofobię, którą stara się kryć przed niektórymi członkami eXst eXiste.
III
Audrey stała się moją obsesją. Potrzebowałem jej dotyku, jej ciała. Spotykaliśmy się częściej. Unikałem Agamemnona, choć był zapracowany. Szybko poznał dziewczynę na którymś z letnich ognisk w parku. Chwalił się godzinami, co razem robią. Z początku uważnie słuchałem, potem zacząłem usychać z zazdrości. Co by to było, gdyby Oliwer wiedział. W wakacje bywał już częściej w Barry, u dziadka Alexandra, niż z nami. Gdy go nie było, prawie wcale nie widywałem Agamemnona i In?s. Biedna, była zakochana w Oliwerze, który zawsze traktował ją jak przyjaciółkę. A tak naprawdę bardzo podrzędnie. Ale w tym wszystkim przecież nie o nich chodziło.
W połowie lipca na jej podwórzu rozbiliśmy namiot. Przeszliśmy złote pole, gęste, duszące i wielkie, prowadzące do parku. Tam spuściłem niewielkie drzewko i chcąc jej zaimponować przyciągnąłem pod namiot. Rozpaliłem ognisko. Miało nas ogrzewać w nocy. Wybraliśmy się nad staw. To mały zbiornik wodny znajdujący się bliżej niż jezioro. Woda jest w nim czerwona, zapewne za sprawą jakichś roślin, choć wmawiałem Audrey, że na dnie leżą rozszarpane krowy. W połowie drogi coś się stało. Dziś też się dotykaliśmy w namiocie. Opróżniliśmy dużą butelkę wina własnej roboty. Ale nagle zaczęła kłótnię. Byłem tak pijany, że nie odgadłem jej powodu. Wróciliśmy się do namiotu. Obróciła się i zasnęła. Ja nie spałem tej nocy.
IV
Następnego wieczoru była inna. Znów uśmiechnięta, znów pijana i chętna. Znalazła nawet na strychu wymiętą koszulkę ze złotym trójkątem i napisem "HORNY". Tej nocy spacerowaliśmy nadzy ulicami wioski. Szliśmy kawałek w samych butach, potem biegliśmy. Jej piersi podskakiwały tak, jak migotały gwiazdy na niebie. Mój fallus dzwonił, uderzając o biodra i uda.
Potem leżeliśmy wtuleni na dachu garażu. Na gryzącym kocyku. Patrzyliśmy na miliardy gwiazd. Rozmawialiśmy o przyszłości. Stek bzdur. Wiedziałem, że pewnych spraw nie mogę samodzielnie rozważać. Niekiedy kto inny sprawuje władzę nad życiem. Nie mogliśmy ogarnąć tego, co było nad nami. Niebo nocą tak cudne. Cud.
Leżałem na dachu garażu jej ojca, jakbym stał twardo na jonosferze. Rozmawiałem z nią o planach na przyszłość, o dzieciach, seksie, szkole... jakbym mógł bożym ołówkiem notować i rozpisywać jej i sobie co dalej... łzy w oczach. Nic nie powiedziałem więcej.
V
W zasadzie już nie jestem zorientowany, kiedy Oliwer przebywa w Ondskan, a kiedy go nie ma. Nie widuję brata tak, jak nie widuję Agamemnona. Czy In?s żyje? Dobre pytanie. Nawet Audrey nie mówi o swojej siostrze. Żyjemy sobą. Którejś nocy decyduje się, by zrobić mi fellatio. Jest delikatna, choć ma język jak papier ścierny. Sprawia mi lekki ból. Czuję jej zęby i mam obawy, że w ramach protestu lub kolejnego focha odgryzie mi prącie. W zasadzie nic nie stresuje mnie bardziej. Liże go powoli, jest tak wielki, że opiera się mu nawet jej głębokie gardło.
Bardzo chciałaby, abym skończył w jej ustach. Męczę ją prawie kwadrans, ponieważ cała sytuacja przerasta mnie nieco, ale bardzo mi się podoba. Za dużo o tym myślę, zamiast po prostu oddać się przyjemności. Kończę. Ona podnosi się i całuje mnie. Nie połknęła, przelała to w moje usta. Jestem zaskoczony, ale nic nie mówię. Nie mówi się z pełnymi ustami.
VI
Zakochiwałem się, a może to zwykłe silne zauroczenie... Tych wakacji żadne z nas nie zapomni nigdy. Będę miał w głowie każdy szczegół. Ten pierwszy raz, kiedy moje wargi musnęły jej wargi. Gdy nie mogłem oderwać języka od jej warg sromowych. Kiedy była już tak wilgotna, że nie wiedziałem, co tak intensywnie spływa mi po brodzie, szyi. Pamiętam dokładnie ten smak. Niektórzy potrafią doskonale zapamiętać smak, odtworzyć go sobie w myślach. To fenomenalne. Mówiła, że mam długi jęzor. Nie byłem plotkarzem. Nie to miała na myśli, a ja jak pazerne dziecko ssałem jej łechtaczkę i wbijałem się w jej wnętrze po brodę. Musiało to sprawiać Audrey wiele radości, miała łzy w oczach, była uśmiechnięta i pojękiwała.
Kiedy skończyłem tańczyć językiem, ona zabierała się ponownie za mnie. Byłem już wtedy bardzo rozpalony. Mój penis był tak purpurowy, jakby miał eksplodować krwią.
VII
Festyn był w sobotę. Rankiem wymiotowałem, pewnie z powodu przemówienia pani wicedyrektor w szkole, którą w końcu skończyliśmy. Wspomniała w swój wyuczony, sztuczny i oficjalny sposób, że szkoła była naszym drugim domem i jakby dalej chcąc szerzyć swą propagandę, dodała, że pamiętać będziemy to, co było dobre.
Otóż niekoniecznie. Szkoła ta będzie mi się kojarzyć najmniej przyjemnie. Nie będę się nad tym rozpisywał. Zrobił to pewnie Oliwer. Może kiedyś z nim na ten temat porozmawiam. Pojawił się w tę sobotę w Ondskan i zaskoczył mnie nieco. Zaprosiłem go na zabawę wieczorną podczas kolacji przygotowanej przez babcię. Z początku stwierdził, że jest zajęty, ale postara się przyjść i zatańczyć z In?s, jak obiecywał jej w liście. Było to kłamstwo. Nie obiecywał niczego.
In?s odpisał tylko dwa razy. Na festynie pojawił się, ale w roli obserwatora, nie bawił się, nie ujawnił. Tańczyłem z kilkoma dziewczynami, z Audrey bardziej odważnie. Ona zawsze miała w sobie coś prowokującego. Jej siostra była troszkę naburmuszona. Zaczęła wykonywać dziwne ruchy. W ostateczności pajacowała. Było mi przykro, ale uśmiechałem się pocieszająco. Naprawdę nie zasługiwała na takie traktowanie. Była śliczna, ale to nie był ten typ dziewczyny co Audrey.
Orkiestra grała dobrze. To, co kochałem tam, w Ondskan, zostało tylko podkreślone muzyką. Zamknąłem oczy, wirowałem. Zacząłem całować Audrey, topiłem się w jej ustach. Zrobiło się gęsto, pełno ludzi, zimne powietrze. Noc... noc... muzyka. Dostałem butelką po piwie. Uderzyła w moją głowę i roztrzaskała się na parkiecie. Kilka osób zwróciło na to uwagę, po czym wróciło do zabawy.
Przecież nic się nie stało. Nic mi nie jest. Uspokajałem Audrey. Była pijana, chwilę potem śmiała się z małego rozcięcia. Wracałem do domu. Zostawiłem je na parkiecie otoczonym trawą, przed krytą scenką, na której stała pijana i zmęczona orkiestra.
Wszyscy mieli być tego dnia szczęśliwi. Z pewnością nie każdy był. Oliwera zauważyłem przy szopce ojca Audrey. Siedział oparty o ścianę. Obok niego była cegła. Wyznał mi potem, że uderzał się nią w głowę kilka razy. Nie rozumiałem, ale byłem pewien, że to nie on rzucił we mnie butelką. Też był pijany.
Razem wróciliśmy do domu. Babcia zostawiła drzwi otwarte. Chrapała głośno, gdy weszliśmy. Staraliśmy się być cicho. Oliwer nie powiedział mi, dlaczego chciał się wtedy skaleczyć. Na pewno było mu źle z jakiegoś powodu. Nigdy nie dopytywałem, uznałem, że sam może nie wiedzieć, o co mu wtedy chodziło.
VIII
Od festynu minął prawie tydzień. Brat nadal był w Ondskan. Cieszyłem się, spotykaliśmy się z Agamemnonem. Znajdował trochę wolnego czasu i dla nas. Audrey zawiodła. Postanowiła przenieść się, by kolejny etap nauki podjąć w innym mieście. Nasze pożegnanie nie było wyjątkowe. Przez jakiś czas byłem na nią bardzo zły. W ostateczności uznałem, że tak jest lepiej. Oliwer zachowywał spokój i nie komentował tego. W takiej chwili człowiek myśli, że ten drugi myśli: "A NIE MÓWIŁEM". Nie wierzę jednakże, by go to cieszyło.
Dla jasności, nie wierzę także, że to on rzucił we mnie butelką po piwie. To przypadek.
W piątek powiedział, że chciałby ze mną pojechać do wielkiego i sławnego klubu nocnego R. W sobotę miał wrócić do Barry. Jak się okazało, miałem go znów zobaczyć dopiero po roku. Zgodziłem się bez zastanowienia. Czytałem o R. Gmach, w którym klub się znajduje, zbudowany jest w centrum Mirror na planie X. Mieści się tam także siłownia i centrum handlowe, największe w tym rejonie. Dyskoteka składa się z trzech pięter, na których grają różną muzykę. Jedno z pięter było dla dorosłych. My mieliśmy i tak wejść bez problemów.
Zaskoczyło mnie, jak prędko Oliwer stał się popularnym, znanym, ważnym. To zasługa dziadka, ale ponoć mój brat sam angażował się w projekty, dzięki którym był zauważony w mediach. Nagle okazało się, że ma coś w sobie i jego urok przyciągał ludzi. Nigdy nie zastanawiałem się, czy był przystojny. Nie byliśmy do siebie bardzo podobni. Nie w tym rzecz.
Muzyka była eteryczna. Cudowna, nie miałem pojęcia, kogo słuchamy, ale był to ktoś znajomy. Głos ciął przestrzeń jak żyleta. Ona na kogoś czekała, czekała na coś, tak nam śpiewała. Tańczyłem sam, było sporo ludzi, Oliwer także. Podeszła do niego jakaś dziewczyna, na chwilę. Potem zauważyła mnie. Trwało to jakieś pół godziny. Spostrzegłem, że Oliwer podchodzi i zaczyna tańczyć przy mnie. Jakby chciał mi coś powiedzieć. Nic jednak nie zrobił.
Czułem, że coś go gryzie, ale w żaden sposób nie chciałem mu w tym pomóc. Wiedziałem, że wkrótce wścieknie się kolejny raz z mojego powodu. Czułem się źle, taniec robił się coraz bardziej żałosny. W pewnym momencie podszedł do baru, potem już go nie widziałem. Wróciłem sam.
Myślę sobie jedno. Oliwer, mój brat, chciałby cofnąć wszystko, chciałby jakby inaczej zarządzić swoim... naszym życiem. Wiedział, że dzieciństwo się skończyło. Nie wiem, skąd pojawiła się w jego głowie myśl... że i ja musiałem się dla niego skończyć. Dopóki byłem silny, było mi to naprawdę obojętne.
Potem usłyszałem o ?DQ, o jego wpływach. O powrocie do Ondskan, by zaprosić Agamemnona do eXst eXiste. W naszej rodzinie wszyscy wiedzieli o stowarzyszeniu. Nigdy nie pokazałem, że się tym przejąłem.
Musiałem sprawić mu wielki ból, bawiąc się w tamte wakacje wyśmienicie.
Redaktor Adrian Zawadzki
Projektant okładki Adrian Zawadzki
Ilustrator Bob Satterfield
Fotograf Adrian Zawadzki
Korektor YAG
Tłumacz Edyta Rycerz
? Adrian Zawadzki, 2021
? Adrian Zawadzki, projekt okładki, 2021
? Bob Satterfield, ilustracje, 2021
? Adrian Zawadzki, fotografie, 2021
? Edyta Rycerz, tłumaczenie, 2021
Kolekcja z uniwersum eXst eXiste w jednym tomie!
? eXeX I Krwawy umysł, debiut z 2014, tu w poprawionej i wzbogaconej nowymi tekstami edycji z 2021 roku.
? eXeX II Imię Kruka, wyd. 2021.
? opowiadanie Chłopczyk z fotografii z 2017 roku.
Wejdź do świata marzeń sennych, narkotycznych urojeń i koszmarów. Sięgnij po opowieści zanurzone w ludzkich mrokach - w psychologii i seksualności.
ISBN 978-83-8273-154-5
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero