Antologia 100/XX. Tom III - Praca zbiorowa

-
Proszę czekać

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Rada programowa: Hanna Krall, Elżbieta Sawicka, Małgorzata Szejnert, prof. dr hab. Kazimierz Wolny-Zmorzyński

Wybór tekstów, układ i wstępy ? by Mariusz Szczygieł, 2015 Prawa autorskie do tekstów zamieszczonych w antologii przysługują ich autorom, następcom prawnym lub wydawcom pierwodruku.

Dołożono wszelkich starań, by odszukać wszystkich właścicieli praw autorskich tekstów wykorzystanych w książce. W przypadku ewentualnych niejasności wydawca zapewnia, że prawa wszystkich właścicieli będą respektowane.

Projekt okładki: Fajne Chłopaki Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Współpraca, archiwa i materiały: Julianna Jonek Redaktor prowadzący: Magdalena Budzińska Redaktor techniczny: Robert Oleś / d2d.pl Koordynacja pracy: Małgorzata Uzarowicz, Elżbieta Totoń / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl Korekta: Agata Czerwińska / d2d.pl, Magdalena Mrożek / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl Skład: Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-196-0 (tom 3)

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o. www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa, e­-mail: redakcja@czarne.com.pl Skład: d2d.pl, ul. H. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52, e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2015 Wydanie I

Wstęp

Pracę nad drugim tomem antologii kończyliśmy z poczuciem niedosytu. Zostało ponad stu reporterów, którzy powinni byli się w niej znaleźć, ale z różnych względów ich zabrakło. Myślałem o grzechu zaniechania, który był nie do zmycia. Niestety, sto lat to sto tekstów i nie dało się więcej. Oba tomy antologii ważyły razem 3 kilo i 32 deko. (Zdarzało się - mówili potem księgarze - że jeśli ktoś kupował je dla siebie i dodatkowo na prezent, przychodził z wózkiem lub walizką na kółkach).

Jednak Czytelnicy zdecydowali, że powstała część trzecia: ciąg dalszy, uzupełnienie.

Od marca 2014 roku, gdy antologia pojawiła się na rynku, do sierpnia 2015, kiedy piszę ten wstęp, dostaliśmy od Państwa wiele podobnych opinii: "Większość tekstów świetna, jedynie dwa strasznie nudne". I tu padały tytuły dwóch nudnych. Zapisywałem je. Potem przychodził mail: "Większość tekstów świetna, a dwa wręcz zachwycające" - po czym padały tytuły dwóch zachwycających. Te same. Okazuje się, że właściwie każdy ze stu tekstów był dla kogoś nieciekawy, a dla kogoś innego wspaniały. "Kazimierz Laskowski z 1903 roku o powodzi to jednak straszna ramota i nudziarstwo" i "Ten o powodzi sprzed stu lat - cudo! Jaki język i wdzięk!".

Co mam z tym zrobić, drodzy Państwo, w trzecim tomie?

Wiem: będę się nadal trzymał swojego gustu.

W pracy nad tym tomem nie pomagała mi już bezpośrednio rada programowa antologii (Hanna Krall, Elżbieta Sawicka, Małgorzata Szejnert, Kazimierz Wolny-Zmorzyński). Do poprzednich części wytypowali taką liczbę tekstów, że starczyło i na tom trzeci. Na spotkaniach autorskich czytelnicy domagali się pewnych nazwisk (na przykład Stefanii Zahorskiej czy Józefa Kisielewskiego). Ja zaś rozszalałem się na Allegro i wykupiłem chyba wszystko z kategorii reportaż.

Pojawiło się więc pięćdziesiąt nowych nazwisk.

Zależało mi na wielu tekstach przedwojennych, do których udało mi się dotrzeć dopiero teraz. O wielu wcześniej w ogóle nie wiedziałem. Chciałem umieścić w tym zbiorze także kilka znanych reporterskich nazwisk z lat siedemdziesiątych (Siedlec­ką, Kowalik, Karasia, Kopcia), z których musiałem zrezygnować w drugim tomie, jako że mieliśmy tam już nadreprezentację tego złotego okresu w polskim reportażu.

Z niektórych zdobyczy jestem szczególnie dumny.

Mało kto wie, że w drugiej połowie lat trzydziestych polscy dziennikarze pisali relacje z niemieckich obozów koncentracyjnych. Polska literatura łagrowa nie zaczyna się od Tadeusza Borowskiego. Jerzy Rogowicz i Stanisław Nogaj (na tego ostatniego zwróciła mi uwagę Lidia Ostałowska, która pracowała nad antologią ­reportaży o Śląsku) są autorami zupełnie dziś zapomnianych relacji obozowych.

Mało kto wie, że w latach 1936-1937 ośmiu polskich korespondentów wojennych wydało książki o wojnie domowej w Hiszpanii. Do trzeciego tomu trafił fragment reportażu Romana Fajansa. To chyba jedyny polski dziennikarz, który przeprowadził wywiad z Mussolinim.

Mało kto wie, że znany przedwojenny sprawozdawca sejmowy Bernard Singer wybrał się w latach trzydziestych do Birobidżanu - żydowskiej "ziemi obiecanej", którą sztucznie, z marnym zresztą skutkiem, stworzył dla przesiedleńców Związek Radziecki - i przywiózł stamtąd ciekawe sprawozdanie.

Mało kto wie, że świetne książki z podróży morskich (typ: kontemplacja reporterska) pisała Ewa Szumańska. Oczywiście cały czas będąc młodą lekarką.

Mało kto wie, że na początku swojej publicznej kariery reporterką (określenie, którego nie znosi Wojtek Tochman, a które uwielbiają reporterzy starszej daty) zajmowali się profesor Wiktor Osiatyński i Radosław Sikorski, polityk. Zamieszczamy ich najlepsze teksty.

Wielu czytelników zgłaszało, że brakuje im w antologii Szczygła. Wychodzimy im naprzeciw. Jest Szczygieł! Choć nie Mariusz. To reporter, którego podziwiam, a jego żonę znam od lat. Podejrzewamy nawet, że jesteśmy spokrewnieni. Julianna Jonek, która czytała i skracała teksty, a czasem kwestionowała moje wybory, potwierdziła: "Przeczytałam Szczygła i zgadzam się, żeby był twoim wujkiem!".

Chciałem, żeby w trzecim tomie znalazło się także kilka tekstów kontrowersyjnych. Reportaż nie zawsze był przyzwoity. Czasem, zwłaszcza po Marcu 1968 i w stanie wojennym, służył propagandzie. Był narzędziem w rękach władzy, używanym do szerzenia agresji i piętnowania. Także jego autorzy byli narzędziem systemu, choć prawdopodobnie uważali, że wynajmują mu talent z własnego wyboru. O reportażu Andrzeja Brychta z Republiki Federalnej Niemiec współcześni mówili, że został zmyślony dla władzy. Maria Osiadacz pisała podłe relacje z procesów politycznych, a jej teksty do dziś są doskonałym przykładem retoryki umysłu zamkniętego.

Jestem przekonany, że ta część naszej antologii jest pełna cymesów, z których wielbiciele literatury faktu będą bardzo zadowoleni.

Oczywiście znów nie obyło się bez trudnych wyborów. Przykład: po zakończeniu drugiej wojny światowej pojawiły się bardzo szybko dwie książki reporterskie o powstaniu warszawskim: Zygmunta Zaremby i Jerzego Pytlakowskiego. Od obu nie mogłem się oderwać. Którą wybrać? Po naradzie ze współpracownicami wybrałem Pytlakowskiego. Zadecydował fakt, że w trzeciej odsłonie naszego zbioru znalazł się także tekst jego syna Piotra. Wydało mi się to piękne, że w jednej książce będziemy mieć reportaże ich obu.

W tym tomie, tak jak w poprzednich, również nie grała roli proweniencja polityczna ani światopoglądowa. Wybrałem teksty autorów od lewa do prawa. Trudno o większą odległość niż ta między Joanną Siedlecką a Stanisławem Stanuchem. A jednak znaleźli się pod tym samym dachem, choć lepiej byłoby powiedzieć: między tymi samymi okładkami.

Każdy reporter wie, że nie może być obiektywny. Przedstawia swoją wizję, swoją prawdę (historia Jezusa była jedna, a wersje opowieści cztery!) i jako autor antologii uznałem, że tę subiektywną prawdę muszę uszanować, choćby była za bardzo "lewa" albo za bardzo "prawa". Muszę, jeśli ta praca rzeczywiście ma być kroniką, festiwalem, pomnikiem, przeglądem (określenia z recenzji 100/XX) polskiego reportażu.

Czytelnicy poprzednich tomów na pewno zauważą, że moje szkice o reporterach są tym razem nieco dłuższe. Bibliografia też zawiera więcej pozycji. Drodzy Państwo, wciągnąłem się! Otrzymałem dużo sygnałów, że szczegółów biograficzno-­warsztatowych było jeszcze za mało i że ze wstępów mogłaby nawet powstać oddzielna książka. Postanowiliśmy zatem poświęcić sylwetkom reporterów więcej miejsca.

W wielu przypadkach ustalenie informacji było trudne. Mogą zdarzyć się więc niezamierzone błędy, choć redaktorka tej książki Magdalena Budzińska była jak podążający w ślad za mną literacki sędzia śledczy. Weryfikowała każdą informację, jeśli tylko dało się ją zweryfikować.

Pracy nad trzecim tomem - tak samo jak nad poprzednimi - nie kończę z poczuciem spełnienia. Uważam jednak, że musi to być tom ostatni.

Chcę go zadedykować mojemu największemu przyjacielowi.

Leonard zmarł nagle kilka miesięcy temu w wieku dwudziestu dziewięciu lat. Był współtwórcą pierwszej i jak dotąd jedynej w Polsce księgarni z literaturą faktu Wrzenie świata. To on kupił mi antologię polskiego eseju XX wieku i powiedział: "Reportaż nie ma swojej antologii i tylko ty możesz taką zrobić".

Był świetnym recenzentem reportaży do obu poprzednich tomów.

Mam nadzieję, że i Państwu, i Jemu praca moja oraz Magdaleny Budzińskiej­ i Julian­ny Jonek przypadnie do gustu.

Mariusz Szczygieł

13 sierpnia 2015

Obsługiwać społeczeństwo

Z Prusem się bawię.

Łapię tom jego Kronik, otwieram na chybił trafił i przebiegam stronę wzrokiem, aż trafię na akapit, który mógłbym jako aktualny wydrukować jutro w gazecie. W jego tekstach sprzed stu czy stu trzydziestu lat co chwilę znajduję myśli z dzisiaj. Proszę bardzo:

Najmodniejsze dziś prądy umysłowe wyglądają tak, jakby ludzkość w dziejowym pochodzie - nagle straciła drogę. Tłum nie wie, gdzie ma iść, a nerwowe jednostki biegną na oślep przed siebie, szerzą zamęt i powiększają ogólną niepewność.

"Kurier Codzienny", 1894

Sztuka nie jest cackiem, które bawi, ani niańką, która opowiada wzruszające historie.

"Kurier Warszawski", 1885

Prus był mistrzem w tropieniu powierzchownego oglądu świata. "Zdradzał głęboką pracę myśli" - komplementował go Jan Parandowski. Mój ulubiony fragment, w którym Prus podkpiwa sobie z mentalności drobnomieszczańskiej, dotyczy wystawy Aleksandra Gierymskiego w Zachęcie. Nie miała wielkiego powodzenia, ale jak wytłumaczył to pisarzowi znawca sztuki: w obrazach Gierymskiego nie ma idei, a jeśli nie ma idei, nie zainteresuje to prasy, a tym samym publiczności.

Co w warszawskiej terminologii znaczy wyraz "idea"? - pyta Prus. - Chodziłem tedy od obrazu do obrazu i głośno formułowałem sobie jego treść, pilnie zważając: którym z nich prasa przyznaje lub odmawia idei.

"Jagiełło pobił Krzyżaków pod Grunwaldem" (jest idea).

"Urlopnik pobił chłopów pod karczmą" (nie ma idei).

"Zamoyski bierze do niewoli Maksymiliana pod Byczyną" (idea jest).

"Karbowy zajmuje bydło w polu" (nie ma idei).

"Oswobodzicielka Francji Joanna d'Arc wprowadza króla do Reims" (jest idea).

"Wyrobnica Joanna prowadzi męża swojego Szymona Króla z karczmy do domu" (nie ma idei).

I tak dalej, i tak dalej.

Na czym więc polega "idea" w rozumieniu warszawskim?

Oto na tym, ażeby:

Do zdania formułującego treść obrazu wchodziły wyrazy wspaniałe, samym brzmieniem robiące wrażenie. "Król" - "Krzyżacy" - "Joanna d'Arc" - "matka bolejąca nad śmiercią syna" - "Aleksander Macedoński przebywający wpław Ocean Spokojny" [...]. Ale "pastuch" - "Żyd" - "Wisła" - to są wyrazy tak płaskie, żeby gdyby podpisano je pod Madonną Rafaela, upadłaby jej sława, przynajmniej u nas.

Frazes, frazes, frazes. Szukamy frazesu w obrazie, poezji, w powieści, w życiu codziennym, w programie politycznym, w samej naturze. Gdyby Gierymski pod swoim obrazem napisał: "Wielkie trzęsienie ziemi, które zwaliło 200 miast", ściany budynku nie wytrzymałyby naporu widzów [...]. Ale że tylko napisał: "Żydzi modlący się nad brzegiem Wisły", więc ma technikę, tylko brakuje mu "idei".

"Kurier Codzienny", 1888

Po czym autor felietonu tłumaczy, że Gierymski maluje światło - ono właśnie jest "ideą" jego obrazów. I jest to idea wyższa niż ta dotycząca historii.

Na pewno jest nas dwóch - psychofanów Kronik. Drugi to Krzysztof Varga:

[...] pisał w zasadzie o wszystkim, społecznikostwo jego masochistyczne wręcz było, czytam felieton Prusa o tramwajach w Warszawie i natychmiast zaangażowany jestem całym sercem w sprawę tramwajów stołecznych sprzed stulecia, czytam o rabanie wokół dyrektorstwa warszawskiego teatru - już sobie niezłomne zdanie własne wyrabiam, już do dzisiejszych swarów wokół dyrekcji teatrów stołecznych przykładam. O czymkolwiek by Prus napisał - ja to od razu na naszą współczesność przekładam.

Kroniki były niespotykanym projektem dziennikarskim. Bolesław Prus, równolegle ze swoją pracą nad większymi formami, pisał teksty, które dziś nazywamy Kronikami tygodniowymi, ale które zależnie od pisma nosiły czasem przymiotnik "miesięczne" lub zupełnie inny tytuł, na przykład Sprawy bieżące, Felieton warszawski czy też W miejsce kroniki. Teksty te stały się - jak celnie nazwał to profesor Jerzy Myśliński - nieoficjalną historią epoki. Dla ludzi ówczesnych czasów były "instytucją kulturalną".

Ukazywały się od 1875 roku, a przestały na kilka tygodni przed śmiercią pisarza w maju 1912 roku. Prus przez trzydzieści siedem lat napisał ich około tysiąca stu. Przebił go tylko Stefan Kisielewski, który w "Tygodniku Powszechnym" drukował felietony przez czterdzieści pięć lat. Kroniki Prusa, zebrane po wojnie przez Zygmunta Szweykowskiego, były wydawane przez siedemnaście lat i wyszły w dwudziestu tomach. (Całość jest praktycznie nie do zdobycia. Mam tylko trzy tomy i jeśli ktoś chciałby mi pozostałe siedemnaście sprzedać lub zapisać w testamencie, będę dozgonnie wdzięczny).

Nazywa się je felietonami, bo to utwory niedługie, błyskotliwe i prezentujące osobisty pogląd na świat. Z tym że u Prusa w felieton wcielały się i rozprawa, i list, i dialog, i gawęda, i humoreska. Czasem wymyślał sobie rozmówców, na przykład udawał, że spotkał zagranicznych turystów w Warszawie, czasem cytował "wywiady mniemane" czy wymyślone listy.

[...] z całym naciskiem trzeba jeszcze raz podkreślić - pisał Szweykowski - że literackie opracowanie kronik, ta "przyprawa do zupy" - to najwybitniejszy sukces Prusa kronikarza. Już sam fakt, że umiał on, nie wyczerpując się artystycznie - obsługiwać społeczeństwo przez czterdzieści niemal lat kronikami tygodniowymi - jest pewnego rodzaju fenomenem w dziennikarstwie europejskim, fenomenem, dla którego trudno znaleźć jakieś odpowiedniki. Czterdzieści lat literackiego ujmowania zmiennej fali zjawisk codzienności, czterdzieści lat konstruowania - co tydzień z bieżących, drobnych najczęściej przejawów życia - utworów, które by miały jakieś swe oblicze artystyczne, stanowiły jakieś jednolite całostki! Ileż tu wysiłku kompozycyjnego musiał Prus włożyć: budować przecież jednakowych schematów nie można było stale, bo znudziłyby się rychło!

Czasem jednak jego felieton bywał prawdziwym reportażem. Prus przytaczał sceny i dialogi, które rejestrował w trakcie spacerów po Warszawie, niekiedy dał relację z podróży, jak z tej na Wołyń, która trafiła do naszej antologii.

Niestety nie mamy zbyt wielu podróżniczych relacji Prusa. Najbardziej znane i najczęściej wydawane są kroniki nałęczowskie, bo "do wód" pisarz jeździł kilka razy. Jednak niechętnie opuszczał Warszawę. Cierpiał na lęk przed przestrzenią. Jego lekarz zapisał, że od najmłodszych lat Aleksander Głowacki był "osobnikiem nerwowym, niezrównoważonym i pełnym sprzecznych uczuć". Przyczyną tego stanu było sieroce dzieciństwo i kontuzja odniesiona podczas powstania styczniowego. Neurastenia przerodziła się w agorafobię, która pogłębiła się, kiedy grupa studentów zaatakowała go na ulicy za to, że złośliwie opisał ich w Kronikach. Kiedy po dwudziestu latach jeden z winowajców chciał go przeprosić i usiłował się z nim spotkać, pisarz odmówił. "Życie całe mi złamali" - skomentował.

Gdy razem z żoną i swoim wychowankiem Emilem Trembińskim w czerwcu 1900 roku wyjechał do Wisły, tak relacjonował ostatni etap drogi:

[...] całą podróż z Ustronia do Wisły odbyłem z zamkniętymi oczyma, a obecną moją turystowską działalność zamykam w granicach jednego kilo­metra, niewiele zatem mogę powiedzieć o wszystkich tutejszych pięknościach. W każdym razie jest to okolica niepospolicie ładna i łagodna, nasycona powietrzem czystym i miękkim... [...] Żona jest uszczęśliwiona.

Można tylko sobie wyobrazić, jak wspaniałe byłyby reportaże Prusa, gdyby droga nie budziła w nim obawy.

W opowieści podróżnej z Wołynia natkną się Państwo na frapujący wątek: Żydzi. Stosunek Prusa do Żydów w Polsce był niejednoznaczny. Zależał od momentu jego życia i od momentu w dziejach. W 1877 roku pisał, że najuroczyściej protestuje przeciw nazywaniu Żydów narodem, ponieważ "oni, a raczej ich ciemne masy nie są żadną narodowością, lecz kastą i materiałem dla tego lub owego społeczeństwa". Musimy tę kastę, twierdził, rozłożyć, przemieszać z ogółem społeczeństwa i znarodowić. W 1889 roku zapatrywał się na sprawę inaczej: "Czujecie się narodem - owszem bądźcie nim, macie prawo. Bóg tworzy i zachowuje narody i przeciw temu nie myślimy oponować".

Agnieszka Friedrich z Uniwersytetu Gdańskiego, która przeanalizowała wszystkie teksty Prusa, żeby przekonać się, czy był konsekwentnym obrońcą Żydów, czy ich niesprawiedliwym krytykiem, wyliczyła, że w swojej publicystyce (najczęściej w Kronikach) pisarz trzysta razy przywołał tematy czy wątki żydowskie. Średnio pisał o Żydach co półtora miesiąca.

Chwalił ich za wspieranie się, solidarność, samokształcenie, dyscyplinę, wyobraźnię, jednocześnie widząc brak tych cech u Polaków. Ale przestrzegał przed oddawaniem Żydom pola.

Kiedy to czytam, mam wrażenie, że uznanie dla Żydów przemieszało się u Prusa z lękiem. Co akurat było bardzo typowe dla jego epoki. I nie tylko dla jego.

Notatki wołyńskie

I

Po całej kuli ziemskiej rozsypali się bracia nasi, Polacy. Spotkać ich można w Moskwie i Berlinie, w Irkucku i Nowym Jorku, nad Renem i Amurem, nie mówiąc o takich rdzennie rosyjskich okolicach, jak: Wołyń, Podole, Ukraina i Litwa. Wszyscy oni tę posiadają wspólność wobec naszego serca i pamięci, że - prawie ich nie znamy, bardzo niewiele o nich wiemy i nader mało interesujemy się nimi. Syto im czy głodno, zimno czy gorąco, żyją i rozwijają się czy też giną bez ratunku - nas to nie obchodzi, zapewne dlatego, że i oni nie zwracają się do nas.

A jednak - może i nieźle byłoby nie tylko od czasu do czasu usłyszeć coś od nich, ale - utrzymywać z nimi ciągłe zetknięcie i starać się, ażeby między nami i nimi wytworzył się duchowy prąd myśli i uczuć. My przypominalibyśmy im daleką ojczyznę, za którą każdy Polak tęskni, oni opowiadaliby nam o krajach, ludach i stosunkach, wśród których żyją; my ogrzewalibyśmy ich, oni wzbogacaliby naszą wiedzę. Znajomość obcych ludów jest źródłem bodaj czy nie największej mądrości praktycznej.

Oto dlaczegom postanowił napisać kilka słów o Wołyniu, na który spojrzałem jakby przez dziurkę od klucza. Rozumie się, będzie to szkic bardzo niezupełny; w każdym razie lepszy od dzisiejszej niewiadomości, dzięki której wyobrażamy sobie, że poza placem Teatralnym i Alejami Ujazdowskimi nie ma już nic na świecie.

Będę więc opowiadał o rzeczach drobnych i osobistych, które jednak może trochę światła rzucą na tamtejszych ludzi i stosunki.

Jechałem na Wołyń nie jako turysta, ale - za interesem. Miałem mikroskopijną sprawę pieniężną, która ugrzęzła w bagnach poleskich więcej niż na ćwierć wieku, gdyż nie potrafiłem i nie śmiałem doprowadzać jej do końca. Dlaczego?... Pewien mój znajomy odziedziczył w Turcji dwieście tysięcy franków. Naturalnie pojechał tam co rychlej, bawił kilka lat i... umarł ze zgryzoty, nie ujrzawszy ani jednego para[1]... Inny mój znajomy (działo się to bardzo dawno) miał odebrać paręset rubli na Wołyniu, co w krajach ucywilizowanych załatwia się w ciągu kilku godzin. Otóż wpadł nieborak (z rekomendacji miejscowego ziemianina) pomiędzy rozmaitych koleżeńskich registratorów i sekretarzów, podpisał kilkanaście aktów, siedział ze trzy tygodnie, odebrał tylko połowę należnej sumy, a i tym jeszcze musiał podzielić się z sekretarzami i registratorami. W rezultacie zachorował na serce, potem na cholerę (był to rok epidemiczny) i wrócił z Wołynia chudy jak wykałaczka, przysięgając, że po miliony już by tam drugi raz nie pojechał. Samo słówko "Wołyń" doprowadzało go do wściekłości.

Po tym wyjaśnieniu tkliwy czytelnik zrozumie, dlaczego nie kwapiłem się na Wołyń choćby po odzyskanie kilkuset uwięzionych rubli.

Los jednak wyrządza niespodzianki. Pewnego razu zapoznałem się z Wołyniakiem panem Władysławem Osuchowskim (do Osuchowskich mam specjalne szczęście), który bez długich wstępów powiedział:

- Daj mi pan plenipotencję, a ja pańskie interesy pozałatwiam.

Pan Osuchowski ukończył instytut rolniczy w Puławach, skąd mnie wypędzili[2], co stanowi jedno nasze koleżeństwo; jego małżonka pani Wiktoria Osuchowska jest autorką kilku tomików bardzo miłych nowelek, to znowu drugie koleżeństwo. Nic zatem dziwnego, iż spadłemu z nieba koledze dałem jak najszerszą plenipotencję, ciesząc się w duchu, że to nie ja, tylko on będzie się bawił z sekretarzami i registratorami, nie ja, tylko on przyzna, że na Wołyniu trudno odzyskać swoje choćby najwłaśniejsze pieniądze.

Po paru latach już począłem zapominać o dostatkach wołyńskich, gdy nagle mój kochany opiekun daje mi znać, żebym przyjechał - aż do Łucka! Tam zaś, jeżeli nie wszystko, to przynajmniej część "sukcesji" zostanie odzyskana.

Kupić - nie kupić... Zebrawszy tedy odwagę, siadłem na maszynę i - dalej do kraju koleżeńskich registratorów!

Kto chce przekonać się, w jaki sposób polityka wpływa na krajobrazy, niech przejedzie Koleją Nadwiślańską od Lublina do Kowla. Za Lublinem aż do Buga, na prawo i na lewo, co kilka minut widać wsie, folwarki, fabryki, wielkie sterty zboża, pola starannie uprawne. Zaś od Buga - widok wsi staje się osobliwością, fabryk ani folwarków nie spostrzega się, obok pól uprawnych - wielkie przestrzenie jakby nieużytków czy bagien. Jednocześnie możesz usłyszeć urywek rozmowy.

- Ona chce sprzedać grunta leżące przy samej kolei po osiemdziesiąt rubli dziesięcinę i nie znajduje kupca.

Słowa te charakteryzują rdzennie rosyjski Wołyń, gdzie Polakom z Królestwa nie wolno kupować ziemi. Z lewej strony Buga w guberni lubelskiej morga gruntu kosztuje sto i dwieście rubli, czasem więcej; z prawej zaś strony, w guberni wołyńskiej, nie chcą dać i czterdziestu rubli za morgę, nawet przy kolei. Toż samo w Galicji: ziemia jest cztery razy droższa aniżeli na Wołyniu. Wystarczy przejść kilkanaście kroków, minąć tylko słupy graniczne, ażeby człowiek znalazł się jak na innej planecie!

Przyczyna bardzo prosta: na Wołyniu jedną wiorstę kwadratową zamieszkuje pięćdziesiąt sześć osób, gdy w guberni lubelskiej na tej samej przestrzeni mieszka dziewięćdziesięciu sześciu ludzi, bez mała dwa razy więcej. Że zaś gdzie mniej ludzi, tam i mniej pracy, nic zatem dziwnego, że Wołyń ma jeszcze mnóstwo nieużytków i ziemię o wiele tańszą. Ale Polakom pracować tam nie wolno.

Już z tej strony Buga widzieć można ludność małoruską[3]: mężczyźni w kierpcach czy sandałach, przypasanych do nogi w sposób starorzymski w kaszkietach z daszkami, w burych sukmanach do kolan. Szczególna rzecz te ulubione barwy odzieży. Chłop lubelski nosi sukmanę ciemnokasztanowatą koloru końskiego; biłgorajak odziewa się w białą parciankę, więc ma barwę owcy; inteligencja i wielu Żydów noszą się czarno niby krety; inni Żydzi, w chałatach wypłowiałych, przypominają szczury wędrowne, a Małorusin w swojej burej świtce[4] wygląda na wilka. Wilczych jednak instynktów nie posiada, pomimo że w guberni wołyńskiej ogień co roku wyrządza strat za dwa i pół miliona rubli, stosunkowo do ludności trzy razy więcej niż w Królestwie, z których piąta część pochodzi z podpaleń. A może i więcej niż piąta, albowiem w połowie wypadków przyczyny pożaru nie są znane.

Chłopi, których widziałem z okna wagonu, wydawali się mizernymi. Na uwagę, że muszą się źle karmić, odpowiedziano mi:

- W północnej części guberni wołyńskiej, gdzie ziemia gorsza, lud istotnie karmi się gorzej, przeważnie kartoflami; ale w południowej części jest co innego. Tam na obiad o ósmej rano człowiek jada barszcz z fasolą, kartoflami, kapustą i kaszą; w południe - chleb i słoninę; na wieczerzę - krupnik i kluski. W każdym razie dla Małorusina podstawą pokarmu jest chleb, gdy w Królestwie chłop na kartoflach opiera swoją kuchnię.

Ściemniło się, kiedy pociąg dojechał do Kowla. Na stacji krzyki, bieganina; ktoś wsiada, ktoś wysiada, wielu idzie do bufetu, ale tragarza nie dojrzałbyś przez mikroskop. Wtem słyszę głosy znajome; ktoś chwyta mnie za rękę, ktoś porywa ciężką walizkę... Otóż i znaleźli się przyjaciele: oboje państwo Osuchowscy, a nawet córka ich, panna Marta.

- Przyjechaliśmy tu wszyscy, ażeby się pan nie nudził.

Istotnie przyjechali o kilkanaście wiorst ze wsi. W parę minut jestem porwany, sprowadzony ze schodów, wpakowany w dorożkę. Pędzimy jak wicher i po przejechaniu dość długiej a nierównej drogi zatrzymujemy się przed Hotelem Krakowskim. Jest to dom parterowy, zwrócony do ulicy bokiem węższym; przez całą długość biegnie korytarz, po jednej i drugiej stronie numery. Państwo Osuchowscy pokazują mi mój pokój; właściciel hotelu, który jest zarazem kelnerem, przynosi wodę... Wnet dowiaduję się, że pochodzi on z Piotrkowa, że płaci rocznie siedemset rubli dzierżawy za hotel, że wiadro wody kosztuje grosz i że na ogół jest bieda.

Tymczasem pani wzywa na kolację. Są wędliny z Zadybów i kurczęta z Zadybów, i masło stamtąd; tylko chleb i ogórki kowelskie, a śliwki z Łucka. Wszystko doskonałe, nie wyłączając pieczywa, które podobno wyrabia piekarz warszawski. Byłoby ciekawe dowiedzieć się, czy nie przyjechał tutaj na skutek strajków[5]?

- Pan musi być zmęczony, radzimy iść spać - mówią kochani gospodarze.

Przed zaśnięciem słyszę huki i łoskoty fajerwerków i bodaj czy nie muzykę w najbliższym kinematografie; ile zaś razy przebudzę się, dolatują mnie gwizdania i ryki syren na stacji kolejowej.

Wstaję wcześnie, aby rozejrzeć się w nieznanej miejscowości. Nasz hotel znajduje się na nowym mieście czy przedmieściu; stare miasto leży na wyspie, za rzeką Turią. Na przedmieściu chodniki są z desek, a na niektórych ulicach w piasku można buty zostawić. Przed sobą widzę pusty, brzydki plac, a na nim pomnik w postaci czworościennej piramidy. Co oznacza ten pomnik, w mieście nikt nie wie. Jedni mówią, że jest to pamiątka po cholerze, inni, że w tym miejscu była potyczka Rosjan z Francuzami. Najnowsza zaś wersja opiewa, że jest to pamiątka na cześć męczenników prawosławnych, których... zamordowali Polacy!... Tak się robią dzieje metodą Iłowajskich[6].

Obchodząc piramidę, na jednej ze ścian przeczytałem niezgrabny napis kredą: "Zdies' pokoitsia polskij korol, wiecznyj jemu pokoj". (Tu leży król polski, wieczny mu odpoczynek). I otóż w kraju, gdzie chciano by zatrzeć imię Polski, ta sama nienawiść wywołuje cień - nawet króla polskiego! Dziwne są ścieżki Pańskie.

Wlokę się ku staremu miastu. Wszędzie szyldy rosyjsko-żydowskie, z wyjątkiem sklepu Towarzystwa Spożywczego, apteki Fridrichsona i jak już wspomniałem - Hotelu Krakowskiego, gdzie obok napisów urzędowych widnieją polskie. Czy Żydzi więcej aniżeli Polacy dbają o swoje szyldy?... Czy może litery hebrajskie mniej rażą wzrok aniżeli łacińskie?

W chwili gdy zastanawiam się, dlaczego tu istnieje tak wiele składów aptecznych i "salonów" fryzjerskich, wymija mnie Żyd ogromny, otyły, z grubym nosem, grubymi wargami, grubymi uszyma, sapiący, nadęty. Jeżeli ten jegomość jest prawdziwym Semitą, ja będę prawdziwym Chińczykiem!

Przed mostem, w otwartej bramie ogrodu kilkunastoletnia Żydóweczka sprzedaje owoce. Wziąłem parę sztuk, zapłaciłem i idę dalej. Wtem słyszę głos dziecięcy:

- Pastojtie!... Proszu pana!...

To Żydóweczka goni mnie, oświadcza, żem się omylił w zapłacie, i zwraca trzy kopiejki.

W Kowlu mieszka dwadzieścia sześć tysięcy ludności, wśród której Małorusini tworzą czterdzieści pięć procent zaludnienia, Żydzi czterdzieści trzy procent, Polacy dziesięć procent. Jest to więc miasto małorusko-żydowskie. W ogóle w guberni wołyńskiej na półczwarta miliona ludności żyje: siedemdziesiąt procent Małorusinów, czternaście procent Żydów, niecałe dziewięć procent Polaków i cztery procent Niemców. Wielkorosjanie według źródeł urzędowych tworzą zaledwie cztery dziesiąte procentu ludności, są więc trzydzieści pięć razy mniej liczni aniżeli Żydzi, a sto trzydzieści pięć razy mniej od Małorusinów.

Oto rezultat półwiekowej walki z dziesięcioma procentami Polaków. Kraj jak był, tak jest i będzie małoruskim; liczba Żydów nieco wzrosła, a liczba Wielkorosjan dosięgnęła bajecznej cyfry... piętnastu tysięcy osób! Było też o co tyle robić hałasu, tyle pisać zakazów i tyle praktykować prześladowań. Jeżeli projektowana gubernia chełmska tyleż zdobyczy przyniesie "prawdziwej" rosyjskości, to, zaiste, szkoda nie tylko pieniędzy na jej ufundowanie, ale nawet czasu na obrady. [...]

Wróćmy do podróży. Są ludzie-ptaki i ludzie-drzewa. Ja na przykład lubię kwitnąć na miejscu, a gdy puszczam się w dalszą drogę, choćby do Nałęczowa, już w Jabłonnie miałbym ochotę popasać. A tymczasem jeden z moich przyjaciół dziś jest w Warszawie, jutro w Lublinie, pojutrze pędzi do Petersburga, za miesiąc płynie do Nowego Jorku, wdrapuje się na wierzch trzydziestopiętrowej kamienicy, znowu za miesiąc wpada do Zakopanego, ażeby skoczyć na Zawrat... Jezus Maria, co ten człowiek dokazuje!...

Otóż, kiedy po "słabości" w Warszawie powlokłem się do Nałęczowa, zastałem tam profesora Radlińskiego, znanego historyka, który nie tylko urodził się i ożenił na Wołyniu, lecz wiele po tamtych stronach podróżował. Był w Kowlu, Włodzimierzu, Żytomierzu, Krzemieńcu, Łucku, Dubnie... Boże, gdzie on nie był! Zawrotu w głowie dostawałem na samą myśl o podobnych ekstrawagancjach.

Naturalnie, wybierając się do Kowla i Łucka, musiałem takiego człowieka wypytać o drogę i stosunki wołyńskie. Szanowny profesor udzielił mi jak najdokładniejszych objaśnień. Naprzód opowiedział, jak podróżować i którędy, a następnie dał wskazówki dotyczące ludzi.

- W Łucku - mówił, pisząc ołówkiem - uda się pan do tych oto osób. Do adwokata Karola Roguskiego, jest to mój szwagier... Niedaleko niego mieszka Romuald Jakubowski, również adwokat, a trochę dalej, za mostem także adwokat Ignacy Rzążewski... O, piszę to panu... Do nich pójdzie pan, opowie swoją sprawę, a już co będzie do zrobienia, oni zrobią z pewnością. Tęgie głowy i porządni ludzie... Innym nie uchybiam, ale tych znam.

Uściskałem i wybłogosławiłem szanownego profesora, a nawet miałem zamiar do każdego z tych panów ułożyć inną mowę, tak piękną, ażeby zapaliła całą palestrę łucką do popierania moich trzygroszowych interesów. Lecz gdym wylądował w Kowlu, o czym wyłuszczono w pieśni pierwszej, mowy okazały się niepotrzebne, gdyż państwo Osuchowscy wzięli mnie pod wszechstronną opiekę.

Wyjazd z Kowla odbył się z przeszkodami. Przyjechaliśmy na stację, potem, nie znalazłszy jednego z naszych współpodróżników, wróciliśmy do miasta, ażeby w minutę później na łeb na szyję znowu popędzić na stację, gdyż współpodróżny znalazł się, a nawet podobno wcale nie zginął.

Gdy wsiedliśmy do wagonu, uwagę naszą zwrócił - niby kamień młyński oparty na dwu ławkach: po chwili dopiero najbystrzejszy z nas odgadł, że jest to pudełko, a raczej pudło... pudlisko... mieszczące w sobie kapelusz damski tego kształtu i wielkości, który już przestał być modnym w Paryżu.

Dzięki miłemu towarzystwu droga do Łucka wydała mi się mniej brzydką aniżeli do Kowla. Przy tym słuchałem rozmowy toczącej się między dwoma Rosjanami. Urzędnik sądowy dowodził inspektorowi szkół, że gimnazja nic nie są warte; inspektor starał się przekonać sądownika, że sądy wcale nie zabezpieczają większej własności ziemskiej przed liberalizmem włościan, którzy mogą cudze lasy wycinać, łąki wypasać, nawet snopy z pola zabierać, jeżeli im się tak podoba. Przemknęło mi przez myśl, że jednak w Prusach albo Austrii podobne stosunki nie byłyby możliwymi, gdyż tam każdy wyrębuje tylko swoje drzewa i kosi tylko swoje siano. Co kraj, to obyczaj.

Przez okno widziałem ładne lasy, nawet dębowe, rozległe łąki, kilka wsi. O jednej z nich powiedziano mi, że właściciel posiada trzysta dziesięcin ziemi (około sześciuset morgów) w stu kawałkach!... Proszę sobie wyobrazić, jak łatwe musi być przenoszenie roboty z jednego kawałka na drugi, z drugiego na trzeci, z dziewięćdziesiątego na dziewięćdziesiąty pierwszy!... a każdy w innej stronie, może o parę wiorst oddalony od reszty!

Takie pokawałkowanie i pomieszanie gruntów swoich z cudzymi, najczęściej włościańskimi, nazywa się "szachownicą" i stanowi klęskę nie tylko Wołynia, ale i Królestwa Polskiego. Ale o tym później.

W drodze oświadcza mi pan Osuchowski, że nie będę rezydował w hotelu, ponieważ chce mnie wziąć "na garnuszek" mecenas Roguski, którego rodzina bawi jeszcze na wsi, a on mieszka sam jak pustelnik. Okropnie nie lubię być gościem; gdym jednak pomyślał, jak daleko znajduję się od Warszawy i Nałęczowa, ogarnęła mnie taka tęsknota do serc życzliwych i taka trwoga przed zagadkową przyszłością, że milcząc, zgodziłem się na wszystko.

Ledwiem wysiadł na stacji, ujrzałem przed sobą człowieka z niezwykle mądrą twarzą, na widok którego chciałem zawołać:

- Wiem!... Jesteś pan nieboszczykiem Anczycem[7], autorem Pieśni ­Tyrteusza...

Ale tajemniczy nieznajomy uprzedził mnie.

- Jestem Roguski - rzekł - i pozwoli pan...

Nie tylko pozwoliłem, ale, cichy jak jagnię, wsiadłem do dorożki. Mój nowy opiekun miał tak łatwe obejście, iż w półtorej minuty zdawało mi się, że znam go przynajmniej od stu tysięcy lat. O czym rozmawialiśmy, nie pamiętam; przez całą bowiem drogę torturowała mnie myśl: skąd pan Roguski, szwagier profesora Radlińskiego, dowiedział się o moim przyjeździe do Łucka i na zasadzie jakich telepatycznych kombinacji odgadł, że ja będę zdrowszy i śmielszy w jego domu, aniżeli gdybym stanął w hotelu?...

Skąd?... Jest to jedna z zagadek, wobec których człowiek pochyla głowę i mówi sobie: ignoramus et ignorabimus[8].

Nieskończenie długą ulicą jechaliśmy do najstarszej dzielnicy Łucka. Minęliśmy most, potem trochę pod górę między dwoma rzędami sklepów, potem skręciliśmy i nagle - ujrzałem obraz niecodzienny. Na prawo ogromny biały kościół, przy nim wielki plac; na lewo, gdzieś w głębi wysoka czerwona baszta i mury zamku, w którym niegdyś Witold przyjmował Jagiełłę, cesarza Zygmunta, wielkiego księcia moskiewskiego i króla duńskiego. A nareszcie między zamkiem i placem kościelnym gromada ładnych dworków parterowych z ogrodami. Słowem, na niewielkiej przestrzeni - dramat, sielanka i modlitwa.

W jednym z tych dworków mieszka pan Roguski; tu dostałem wygodny pokój z widokiem na basztę. Jej chorobliwie czerwony kolor i szczątki okien, przypominających trupią głowę, pobudzały mnie do marzeń smutnych i dziwacznych. [...]

III

Plan Łucka, jeżeli nie zawodzi mnie wyobraźnia, przypomina liść z długim i pogiętym ogonkiem. Ogonek tworzy ulica, łącząca dworzec kolejowy z miastem; zaś funkcję liścia spełnia Stare Miasto zbudowane na wzgórzu i oblane rzeką Styrem.

Stare Miasto, gdzie wznosi się kościół katolicki, szkoła rządowa, poczta, szczątki zamku, więzienie i grupa dworków, posiada nie najgorszy bruk, chodniki, zdaje się, betonowe i wygląda dosyć czysto. Świeżego powietrza nie powinno by tu braknąć ze względu na obfitość ogrodów przeważnie owocowych. Ten prowincjonalny wygląd nie przeszkadza Łuckowi posiadać oświetlenia elektrycznego; choć nie wiem, czy gazowe nie byłoby korzystniejsze.

Łuck nie jest drogi. Na przykład dom, posiadający ogródek, przedpokój, kuchnię, pięć sporych komnat, a wśród nich salon, gdzie zbierało się po siedemdziesiąt do stu osób, dom ten, jeżeli mnie pamięć nie myli, wypuszcza się za siedemset rubli rocznie. Biuro Towarzystwa Wzajemnego Kredytu zajmuje pierwsze piętro przy głównej ulicy, a płaci tysiąc rubli rocznie. Dalej: funt mięsa wołowego kosztuje dziesięć kopiejek, polędwicy - piętnaście kopiejek, chleba - trzy kopiejki. Kartofle sprzedaje się po pięć kopiejek garniec, funt masła dobrego w zimie za czterdzieści dwie kopiejki, w lecie można mieć i za dwadzieścia pięć kopiejek, sążeń sześcienny drzewa po dwadzieścia pięć rubli, tysiąc sztuk cegieł po dwanaście rubli. Trzeba dodać, że pieczywo jest zupełnie dobre, a kiełbasa znakomita; nie pamiętam, ażebym kiedy jadł lepszą.

Ale - nie ma róży bez cierniów! Miasto, położone w pięknej okolicy, posiadające ruiny zamku, elektryczność i "taką" kiełbasę... to miasto poi się wodą ze Styru, którą każdy ostrożniejszy człowiek musi przegotowywać. Wodę rozwożą beczkami; za rubla miesięcznie można mieć kilka wiader dziennie. Na wypadek cholery Łuckowi grożą ciężkie czasy, więc zasługuje na wzmiankę czyn pana Rzążewskiego, który przy swoim domu kazał wywiercić studnię abisyńską[9]. Wprawdzie jest głęboka na trzydzieści siedem sążni, ale wydaje dobrą wodę i kosztuje zaledwie kilkaset rubli.

Latem łuckowianie i nadobne towarzyszki ich życia kąpią się w Styrze, zimą w mieszkaniach, o ile kto ma ochotę; łaźnia ciepła tylko jedna upiększa miasto. Bracia nasi, jak długa i szeroka jest dawna Polska, nie przepadają za schludnością, co w smętny sposób wyróżnia ich od Rosjan, a szczególniej od Prusaków.

Łuck liczy dwadzieścia dwa tysiące mieszkańców, a wśród nich Małorusinów dziesięć procent, Polaków pięć procent, Żydów osiemdziesiąt pięć procent!... Jest to więc gród w pełnym znaczeniu wyrazu - żydowski; prawie wszystkie sklepy należą do nich, cały handel znajduje się w ich rękach... Przepraszam, są też i polskie sklepy: skład apteczny pana Kabzińskiego, apteka pana Złocińskiego, Hotel Starowołyński i sklep spożywczy. Jest nawet i sklep, zdaje się, że Rusina, a jego właściciel, pan Walentij Dziegieć, przyozdobił go takim szyldem:

"Prodaża ikon, kartin i drugich swiaszczennych priedmietow"[10]. W liczbie owych - "i drugich świaszczennych predmietow" zauważyłem szpagat, beczkę węgli, kilka brenerów[11] i knotów do lamp, słoik sucharków, podwiązki i żelazko do włosów.

W innym sklepie, zapowiadającym "bakalie i galanterie", widzieć można: nici, igły, bibułę i śledzie; jeszcze w innym zauważyłem "obuwie warszawskie" wyrabiane - w Sokołowie siedleckim... Te sklepy należą już do starozakonnych.

Osiemdziesiąt pięć procent Żydów w mieście, leżącym na ziemi małorus­kiej, czy to nie obraz dysharmonii i dysproporcji społecznej?

Znamy ludzi, którzy mają sztuczne oczy, sztuczne zęby, sztuczne nogi. Prawda, że dorobiony organ jest na pozór lepszy od żadnego; niemniej prawdą jest, że takie sztuczne organa nie spełniają należycie swej roli i nie są bezpieczne; owszem, mogą narazić posiadacza na stratę drugiej, całej nogi albo na chroniczne zapalenie zdrowego oka.

Handel jest sercem ekonomicznego życia narodów, a ponieważ Żydzi za wszelką cenę pragną handlować, a w żaden sposób nie chcą nawet złagodzić swego separatyzmu, cóż stąd wynika? Że my, społeczeństwo polskie czy rus­kie, mamy sztuczne serce, nie nasze! Innymi słowy - jesteśmy narażeni na wszelkie klęski, wszelkie nieszczęścia, połączone z posiadaniem cudzego, a tak ważnego organu.

I niechże się dziwią Żydzi, że obecnie najważniejszą sprawą dla nas jest wytworzenie naszego handlu, czyli naszego serca, bez którego tym ciężej, tym trudniej nam żyć, im bardziej zagęszcza się ludność, im większych doznaje ograniczeń.

Nam nie przeszkadza ani Zakon Mojżeszowy, ani Talmud, ani język hebrajski czy zepsuty niemiecki. Ale groźnym dla nas jest to, iż posiadamy cudzy system krwioobiegowy, który w dodatku tak się wzmocnił, że już zaczyna wymyślać nam i grozić.

Otóż Żydzi, duszący siebie i nas w Królestwie Polskim, na ziemiach litewskich i ruskich, gdyby mogli rozlać się po całym państwie rosyjskim, tworzyliby niecałe cztery procent ogółu ludności. Wówczas przestaliby być niebezpiecznymi i może staliby się pod niejednym względem korzystnymi. Słyszałem kiedyś od Rosjan i Polaków, mieszkających w głębokiej Rosji, że na przykład wielkorosyjskie "kułaki" są bez porównania gorszymi lichwiarzami od Żydów i że tam, gdzie Żyd wejdzie, zniża się stopa procentowa od pożyczek.

Żydzi też zupełnie inaczej traktują Wielkorosjan aniżeli nas i Rusinów. Pomimo zabaw kiszyniowskich[12] i im podobnych Żydzi po prostu - kochają Wielkorosjan, niby młoda oblubienica namiętnego małżonka, choć zrobił jej nieprzyjemność.

Wielkorosjan, którzy są zdobywcami, panami i władcami tego kraju i jemu przyległych, Wielkorosjan, wobec których wszystko powinno się giąć, jeżeli nie padać na twarz, ani w Łucku, ani w łuckim powiecie - nie ma z wyjątkiem urzędników. Tak twierdzą źródła urzędowe. I znowu człowiek wpada w zamyślenie i nie może powstrzymać się od uwagi: jakiż to dziwny naród pomimo niewątpliwego geniuszu!... Z wielkim trudem i po wiele razy zabierali terytoria, ażeby - wśród nich nie mieszkać; z wielkim gniewem niby to wypędzają Żydów, a Żydów jest osiemdziesiąt pięć procent, w tym samym Łucku, w którym nie ma Wielkorosjan!... Pastwią się nad Polakami, uważają ich za najstraszniejszych nieprzyjaciół, a tymczasem Polaków w Łucku jest pięć procent, a dziewięć procent w powiecie, zatem mniej aniżeli Żydów, a prawie tyleż co Niemców.

Wielkorosjanie są niewątpliwie gorliwymi chrześcijanami i Słowianami, gdyż za chrześcijan i Słowian niejednokrotnie krew przelewali, a mimo to - robią wszystko, co można, ażeby chrześcijańską i słowiańską ludność polską oddać w niewolę Żydom. Żydzi zwalczają Polaków naprzód tym, że każdy z nich umie czytać, pisać i rachować, a następnie, że posiadają mnóstwo stowarzyszeń. Tymczasem Polakom ciągle zamykają się jakieś stowarzyszenia (choćby na przykład oficjalistów rolnych) i zakazano im uczyć się w rodowitym języku. W czasach "wolnościowych" z niemałym trudem założono w Łucku trzy szkółki polskie, a oto nie ma z nich dzisiaj ani śladu i nawet ochron dla czuwania nad małymi dziećmi nie wolno zakładać Polakom...

Kiedy Mickiewiczowski Farys, upojony bezmiarem pustyni, woła: "Wytężyło się me oko tak daleko, tak szeroko, że więcej świata zasięga, niż jest w kole widnokręga", albo: "Wyciągnąłem ku światu ramiona uprzejme, zda się, że go ze wschodu na zachód obejmę" - to w tych i tamtych słowach streszcza jakieś niezmierne dążenie duszy wielkorosyjskiej, o której my wcale nie mamy pojęcia. W tej duszy tkwi coś niby głód przestrzeni: jak najwięcej przestrzeni, jak najwięcej miejsca, jak najwięcej ziemi! I nawet nie po to, ażeby z niej ciągnąć zyski, lecz - aby ją posiadać, obejmować "ze wschodu na zachód", wyciągać ręce poza wszelki istniejący horyzont.

Przypomnijmy opanowanie Syberii, a choćby tylko dobrowolne przejście tych tysięcy wiorst od Uralu do Oceanu Spokojnego, od Chin do Oceanu Lodowatego. A zbudowanie kolei syberyjskiej, przeszło siedem tysięcy wiorst, wśród przerażającej pustki?... A wznoszenie mostów na rzekach, których czasem drugiego brzegu nie widać?... Przecież to są nadzwyczajne dzieła, godne piramid egipskich. I kto wie, czy gdyby te wysiłki twórczego geniuszu, trudów ręcznych i te masy kapitałów skierowano na przykład do pracy rolnej w guberniach wielkorosyjskich, czy kraje te nie opływałyby w dostatki, jak dziś w razie nieurodzaju są ojczyzną nędzy?

"Daremnie - mówi Farys - palma zielona z cieniem i owocem czeka: ja się wydzieram z jej łona". Tę Farysowską żądzę przestrzeni obok pogardy pracy i jej owoców doskonale charakteryzują dwa przykłady.

Miałem przyjemność poznać w Łucku pana Skorupskiego, adwokata, który przed kilkoma laty był rejentem i bodaj czy nie sędzią śledczym aż w Aleksandrowsku. Jest to miejscowość guberni archangielskiej, leżąca nad Oceanem Lodowatym, już w granicach koła biegunowego północnego, miejscowość, kędy najdłuższa noc i najdłuższy dzień trwają po kilka tygodni, gdzie ziemia jest absolutnie pozbawiona trawy, gdzie "parkiem miejskim" nazywa się pięć brzózek, z trudem zasadzonych na zimnym i skalistym gruncie, i gdzie nareszcie cała ludność składa się z sześciu czy siedmiu urzędników i dwóch kolonistów!... Jużci utrzymanie takiej osady coś kosztuje państwo, a jaki pożytek?... Chyba ten, że Rosja aż tu dosięgła ręką.

Prawie współcześnie zdarzył się inny wypadek. W Krzemieńcu (gubernia wołyńska) istnieje materiał opałowy: lignit[13], doskonały kamień wapienny i tak wyborny piasek, że można by z niego wyrabiać szkło dorównywające czeskim. Otóż przed laty zgłosiła się tam kompania francuska z propozycją, że będzie kopać lignit, wypalać wapno i wyrabiać szkło, wszystko na dużą miarę. Jakoż przeprowadzili Francuzi badania wstępne, wydali ze sto tysięcy franków, lecz generał-gubernator Drenteln nie zgodził się na dalsze prace z powodu bliskości granicy.

Na Krzemieńcu Rosja już trzyma rękę, ziemia jest, zatem - niczego nie trzeba.

Jak wygląda ostateczny rezultat tego rozmachu, który nacjonaliści nazywają "polityką skupiania ziemi", a ja ośmielam się uważać za farysowski głód przestrzeni? Tak, że gdy w całej Europie skupia się ludność i jej praca, Wielkorosjanie - ludność swoją rozpraszają. W Belgii na przykład mieszka dwieście pięćdziesiąt osób na kilometrze kwadratowym, w Saksonii trzysta osób, zaś w Rosji europejskiej tylko dwadzieścia trzy, a w całym państwie siedem osób na kilometrze. Innymi słowy: jaką może być praca w Rosji, jaką wydajność ziemi, jeżeli na tej samej przestrzeni jest trzydzieści pięć razy mniej sił pracujących aniżeli w Belgii, a czterdzieści trzy razy mniej aniżeli w Saksonii?...

Pomimo to Wielkorosja wciąż i wciąż wysyła swoich ludzi na północ i południe, wschód i zachód, nie tylko jako rolników, ale jako inżynierów i nauczycieli. Emigracja, ciągły upust najzdrowszej krwi, co my uważamy za nieszczęście narodowe, tam dokonywa się dla przyjemności, pod hasłem: Niczego![14]

Toteż nawet w rzadko zaludnionej guberni wołyńskiej i pomimo naganki przeciw Polakom ludność wielkorosyjska tworzy zaledwie pół procent ogółu mieszkańców, dziesięć razy mniej aniżeli Niemcy!

IV

W ciągu kilkudniowego pobytu niewiele mogłem porobić znajomości w Łuc­ku; mimo to zastanowił mnie duży stosunkowo procent fizjognomii, które - już gdzieś znałem. Widziałem czy zdawało mi się, że widzę podobieństwa: do Władysław Anczyca, profesora Chrzanowskiego, Juliana Wieniawskiego, dziekana Brodowskiego, Gawalewicza, a nareszcie do jednej z figur przedstawionych w Unii Matejki. Owo podobieństwo nie tyle polega na rysach, ile na grze fizjognomii. Skłonny byłbym przypuszczać, że u członków tego samego narodu, pod wpływem jednakowych uczuć, muskuły twarzy kurczą się mniej więcej w podobny sposób.

"Rysy" i "gra fizjognomii" to dwie rzeczy zupełnie różne. W Berlinie na przykład widywałem twarze junkrów pruskich, przypominające rysami szlachtę polską, lecz różniące się "wyrazem". Rysy - to rasa, wyraz - to narodowość.

Cóż więc znaczy podobieństwo niektórych mieszkańców Łucka do niektórych warszawiaków?... Chyba to, że i jedni, i drudzy są niewątpliwymi Polakami. Na Wołyniu istnieje polskość nie tylko językowa, ale - że tak powiem - anatomiczna, może dokładniej: mimiczna.

Uspokoiwszy się w ten sposób co do egzystencji Polaków, zobaczmy, w jaki sposób oni tu żyją, jakimi są... Rozumie się, że będzie to szkic bardzo niedokładny i pobieżny.

W Łucku mieszka Polaków przeszło tysiąc dwustu, w powiecie prawie dwadzieścia cztery tysiące; jest więc ich za mało, ażeby okolice te można było nazywać polskimi, lecz jest tylu, że mogliby żyć wygodnie, doskonalić się i zdobywać szacunek u obcych.

Podstawą osobistego i narodowego bytu jest - praca, praca umiejętna, twórcza, ciągle potęgująca się. Dzisiejszy Europejczyk w każdym kierunku pracuje więcej, dokładniej i mądrzej aniżeli jego przodek choćby sprzed stu lat.

Otóż polska praca w Łuckiem stoi niezbyt świetnie. Handlem zajmują się Żydzi, rękodziełami też Żydzi, zaś Polacy, jeżeli odznaczają się, to chyba w produkowaniu materiałów pokarmowych (pieczywo, wędliny). Już na przykład zduństwo jest fuszerskie, tak dalece, że pan R. do nowo budowanego domu musiał sprowadzić zduna z Warszawy i - jest z roboty zadowolony.

Już chciałem wyśpiewać hymn na cześć pracowników warszawskich, gdy opowiedział mi pan J., że pewnego razu, wysławszy celem naprawienia powóz do Warszawy, otrzymał koła z niewysuszonego drzewa, które wnet rozleciały się. Zrobiła to jedna z firm pierwszorzędnych.

W rolnictwie także nie Polacy są najlepszymi pracownikami, ale Niemcy i Czesi. Włościanin czy drobny eksszlachcic polski gospodaruje nieco lepiej od włościanina małoruskiego, który, biedaczysko, nie ma się czym chwalić, chociaż według opinii pana B. Felińskiego Małorusin jest zdolny, pracowity i ma popęd do ulepszeń.

Ważną dźwignią pracy tutejszej jest Towarzystwo Wzajemnego Kredytu, które przemysłowcom, rękodzielnikom, handlowcom i rolnikom udziela kredytu. Towarzystwo działalność swoją zaczęło bardzo skromnie, od jednego pokoiku; dziś zajmuje okazały apartament i ma obrotu około szesnastu milionów rubli rocznie. Założycielem instytucji był świętej pamięci Kuczyński, jednym z kierowników jest pan Kabziński, królewiak, odznaczający się zdolnościami finansowymi.

Na moje pytanie, czy Polacy nie dadzą się Żydom i czy kiedy nauczą się handlu - pan Kabziński odpowiedział: "Już się uczą i już się nie dają".

A oto nazwiska pozostałych członków zarządu: panowie Roguski, Jakubowski, Feliński, Zajkowski, Rzążewski, Omieciński, Czekmarew. Buchalterem jest pan Godlewski, kasjerem - autentyczny hrabia Iliński i dobrze spełnia obowiązki.

Nie umiem opowiedzieć, jak mnie cieszą nazwiska Polaków, zajmujących się działalnością praktyczną, i jak pragnąłbym każde z nich wymienić. Na nieszczęście dla mnie, a na szczęście dla tamtejszego społeczeństwa jest jeszcze czterdzieści pięć osób "upołnomoczennych"[15], dla których już nie mam miejsca! W każdym razie coś zaczynają robić te "Polaki".

Niedaleko Towarzystwa Wzajemnego Kredytu mieści się klub: Dom Polski, który ma prawo, przynajmniej teoretyczne, urządzać zabawy, odczyty, koncerty, widowiska dramatyczne. Instytucja ta podobno nie odznacza się ruchliwością już z powodu utrudnień natury administracyjnej, już z winy pewnych grup inteligencji polskiej mieszkającej na wsiach. Bale nie udają się jakoby z powodu niechęci nadobnych ziemianek, wśród których krąży aforyzm, że "nie można się bawić z takimi, co pracują".

Bracie Polaku! Na miłość Boską, nie wygłaszaj tego rodzaju aforyzmów, wyprzysięgnij się ich, gdyż nawet pracowity zamiatacz ulic jest miliony razy więcej wart od próżnującego arcyksięcia. Ród zaś, który lekceważyłby pracę, ma przed sobą w drugim, a najdalej w trzecim pokoleniu te oto kresy: samobójstwo, szpital obłąkanych, kryminał. Czcij zatem i przykładaj się do niej całym sercem, całym rozumem, gdyż tylko ona daje godność jednostkom i może dźwignąć naród jak nasz ze wszystkich stron atakowany.

Bolesław Prus, Kroniki, oprac. Zygmunt Szweykowski, t. 20, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970, s. 293-298, 306-318

Przyjrzeć się żołnierzowi

Odkąd wygasły prawa autorskie do jego twórczości, wiersze, powieści i opowiadania Słońskiego można kupić w wersji elektronicznej nawet za złotówkę. Nie mam pojęcia, czy cieszą się powodzeniem, ale na pewno miały jednego czytelnika.

Edward Słoński najbardziej zaskoczył mnie swoimi pomysłami na bohaterów. W opowiadaniu Pajac (1907) bohater sklejony z papieru wisi za szybą wystawową sklepu z zabawkami. Przez rok poznał życie ulicy, a patrząc na słup ogłoszeniowy, nauczył się czytać w dwóch językach (w domyśle: rosyjskim i polskim). Wciąż nie mógł jednak pojąć, dlaczego o tej samej rzeczy ludzie piszą dwa razy. Pewnego dnia dzieci przestały do niego przychodzić, wszystkie sklepy zamknięto, a na drzwiach naklejono jakieś kartki. Ulicami defilowali żołnierze. Ale któregoś razu pajac znów zobaczył dzieci - szły w pochodzie prowadzonym przez sześcioletniego chłopca. Na ich widok z bram wybiegli uzbrojeni ludzie i... pajac stracił przytomność. Ocknął się wśród kawałków rozbitej szyby, przygnieciony ciepłym, miękkim ciężarem. Leżał na nim chłopiec, a z jego piersi na twarz pajaca spływała krew.

W opowiadaniu Drewniany człowiek (też 1907) bohater w szarej pelerynie i kapeluszu nasuniętym na oczy irytuje gości baru mlecznego, do którego codziennie przychodzi na kawę. Nogi stawia ciężko, a ręce chodzą mu jak zegarowe wahadła. Twarz nigdy niczego nie wyraża. Narrator go nie znosi, ale pewnego razu spoglądają sobie w oczy i odtąd szklane spojrzenie nieznajomego zaczyna go prześladować. Przez przypadek nawiązują rozmowę, ale nieodgad­niony człowiek "zawsze ma ze sobą kamienną obojętność". Aż do ­momentu, gdy bierze do ręki setny numer "Robotnika".

Widzi pan, nie należę do żadnej partii... ale... niech pan mnie zechce zrozumieć... ta mała, niechlujnie zadrukowana szmata papieru - to ofiara, to poświęcenie... te litery - to krew i głód ludzi...

Zapał ujawniony nagle przez człowieka w pelerynie sprawia, że rozmówcy zbliżają się do siebie. O zmroku nieznajomy wyjawia narratorowi swoją tajemnicę:

[...] nie jestem człowiekiem żywym, jestem tylko genialnie zrobioną imitacją człowieka, maszyną z drzewa i żelaza... Nie wiem, kto i po co mnie zrobił, wiem tylko, że zrobił dobrze. [...] Niech pan mnie samego zostawi... dorożką wrócę do domu - jestem wzruszony i rozbity, a boję się, żeby rosa wieczorna nie zepsuła mojej politury.

W następnych dniach spotykają się jak dawniej, ale już nie rozmawiają. Pewnego razu do lokalu wpada kilku chłopców z gazetami, wykrzykują: "Socjalistyczne pismo "Robotnik"!". Tuż obok siedzi elegancki pan w cylindrze i z fajką w ustach. Chwyta jednego z chłopaków za ucho i kopniakiem wyrzuca go za drzwi. Wtedy z drewnianym człowiekiem zaczyna dziać się coś dziwnego: brzęczą ukryte mechanizmy, ślepe oczy buchają płomieniem, a drewniane usta kłapią głośno. Mężczyzna sunie prosto na pana w cylindrze, roztrąca siedzących, przewraca krzesła. Upada na niego całym ciężarem. Słychać tylko cienki głos napadniętego i dzwonienie pękających sprężyn.

Za chwilę ujrzałem porozrzucane w nieładzie pod stołami i krzesłami kawałki mojego drewnianego przyjaciela. A nazajutrz w jednej z najpoczytniejszych gazet wyczytałem te słowa: "Zbrodnicza działalność skrajnych żywiołów. [...] Dziś znowu z oburzeniem najwyższym notujemy ohydny zamach na życie ogólnie szanowanego mecenasa X".

Jak pisał o Słońskim Jarosław Iwaszkiewicz, był to "stary warszawski nacjonalistyczny socjał z PPS". I dodawał: "Miał malutką bródkę, okulary czy pince-nez i był zawsze w dobrym humorze". "W 1905 pachniała mu jak czerwony gwoździk niedoszła rewolucja rosyjska" - wspominał go kolega dziennikarz Czesław Jankowski.

Edward Słoński, dziś literat zapomniany, w Słowniku literatury polskiej XX wieku pojawia się w zaskakująco wielu hasłach, na przykład:

GROTESKA, bo występują u niego motywy poczwar, widm, obłędu, szaleństwa, halucynacji;

LITERATURA DLA DZIECI I MŁODZIEŻY, bo napisał dla nich cykl powieści fantastycznych z pierwszą wojną światową w tle;

MŁODA POLSKA, bo jego utwory poetyckie były przejawem ostatniej fazy tego okresu;

REWOLUCJA A LITERATURA, bo jego powieść Partia (1911) zawiera motyw upadku i klęski moralnej ucznia pochłoniętego przez wypadki rewolucyjne, którego sąd partyjny skazuje na śmierć;

TOPIKA CHRZEŚCIJAŃSKA, bo w jego wierszach pojawia się obraz Matki Boskiej;

TOPIKA TRADYCJI NARODOWYCH, bo w jego poezji dominuje motyw powstania i ofiary;

"ŚWIAT", "SFINKS", bo były to pisma, w których drukował;

WOJNA ŚWIATOWA A LITERATURA W KRAJU, bo pisał wiersze wojenne.

Między wrześniem 1914 a wrześniem 1918 - przypominał po śmierci Słońskiego krakowski "Czas" - nie było w Polsce popularniejszego poety nad Edwarda Słońskiego. Każdy jego wiersz chwytano momentalnie - na pocztówki! I któż go nie czytał?

Wiele stało się pieśniami wojskowymi. Najbardziej znany - Ta, co nie zginęła..., wydrukowany w 1914 roku w "Tygodniku Ilustrowanym" - obiegł całą Polskę pod zaborami. Dotarł do Polaków walczących pod niemieckim, rosyjskim i austriackim sztandarem. Najlepiej wyrażał dramat podzielonego narodu zmuszonego do bratobójczej walki:

Rozdzielił nas, mój bracie,

zły los i trzyma straż -

w dwóch wrogich sobie szańcach

patrzymy śmierci w twarz.

W okopach pełnych jęku,

wsłuchani w armat huk,

stoimy na wprost siebie -

ja - wróg twój, ty - mój wróg!

[...]

wciąż na jawie widzę

i co noc mi się śni,

że Ta, co nie zginęła,

wyrośnie z naszej krwi.

Ojciec poety był drobnym właścicielem ziemskim w Zapasiszkach koło Dyneburga. Edward skończył gimnazjum w Wilnie, a potem szkołę dentystyczną w Warszawie. Za udział w manifestacji ku czci Kościuszki w 1894 roku trafił do więzienia i został skazany na zesłanie. Kiedy wrócił do Warszawy w 1900 roku, ponownie aresztowano go za działalność konspiracyjną i udział w demonstracjach. W Warszawie osiadł znów dopiero w 1906 roku. I to wtedy - jak pisze w szkicu o Słońskim Paweł Mielczarek - zaczęła się jego kariera bywalca kawiarnianego, którą z osobliwą zręcznością łączył z praktyką dentystyczną, działalnością konspiracyjną oraz pisarstwem.

Był dentystą, ale nazywano go "dekadentystą".

Wacław Grupiński wspominał, że Słoński był "nieformalnym założycielem i beztytularnym prezesem bezstatutowego klubu" zwanego Akademią Literatury, dla którego "jako siedzibę ustanowił przechodni pokój w cukierni warszawskiej nijakiego Mücka, w narożnym domu przy ulicy Nowy Świat. [...] wszyscy lgnęli do pana Edwarda. Na jego skinienie kelner Bolesław, chudy, anemiczny człeczyna, roznosił pączki, faworki, ciastka".

W czasie pierwszej wojny Edward Słoński walczył w Legionach, do 1921 roku służył w wojsku w wydziale propagandy. Jesienią 1919 roku wyjechał jako reporter na niedawny front rosyjsko-niemiecki niedaleko Baranowicz oraz do zdobytego w wojnie polsko-bolszewickiej Mińska, skąd pisał dla "Tygodnika Ilustrowanego". W sierpniu 1919 roku Mińsk, przez kilka miesięcy stolica Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, został odbity przez wojsko polskie. 17 września utworzono tam okręg miński Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich. Słoński wybrał się w drogę do Baranowicz i Mińska kilka dni później.

Miasto nie należało do Polski długo, bowiem na mocy traktatu ryskiego zostało oddane Białoruskiej SSR, a w 1922 roku weszło w skład nowo pow­stałego ZSRR.

Oto dwa fragmenty reporterskiej wyprawy poety na niedawne fronty. A przy okazji opowieść o zachwianej tożsamości polskiego żołnierza, który musiał walczyć u boku wroga. Kontynuacja słów z wiersza: "ja - wróg twój, ty - mój wróg!"...

Polska wojna (Z wycieczki na front)

Jest pomiędzy Kosowem, małą stacyjką kolei żelaznej łączącą Brześć z Mińskiem, a Baranowiczami zielona pustynia, pełna polnego zielska i jakichś kwiatów lichych, jakby od słońca spłowiałych, pustynia rowami strzeleckimi poryta i drutami kolczastymi najeżona. Siedzą tam tu i ówdzie na mogiłach bezimiennych, jak grusze na miedzach, białe krzyże żołnierskie, nieociosane, prowizoryczne. Są tam, zamiast siedzib ludzkich, ledwie widoczne dla oka, zamaskowane nierównością gruntu, długie korytarze podziemne, krecie jakieś czarne przejścia, do których tak niedawno jeszcze pod gradem kul świszczących zaglądała tylko śmierć.

Ta pustynia to rosyjsko-niemiecki front sprzed paru lat.

Tu stały na wprost siebie pod osłoną ciężkich dział, najeżone karabinami maszynowymi dwie wrogie sobie chwilowo, a nam zawsze potęgi, dwa wielomilionowe kolosy, niszczące z perfidną umiejętnością z obu stron poza sobą nasz dobytek i naszą kulturę.

Wolno, wolniutko sunie nasz pociąg w różowej zorzy wschodzącego słońca przez te zielska wybujałe nad miarę i dotąd kosą nietknięte. Zdezelowana, stara maszyna sapie jak człowiek zmęczony.

Szary jakiś ptaszek zerwał się spod kół i poszybował w błękity.

Patrzymy przez okno - ja i porucznik artylerii.

Porucznik, jeszcze młody chłopak, ma śniadą twarz i czarne jak węgiel oczy. Czarnymi jak węgiel oczyma goni ptaszka po niebie. Jeszcze go widać, poruczniku, jest nad tym białym krzyżem, drży w czerwonym słońcu jak mała, czarna muszka.

- Tak jest, teraz go widzę... - woła porucznik.

Wolno, wolniutko posuwamy się naprzód. Nagle na wzgórku wyrasta rzadki i niski zagajnik - karłowate drzewka, oskubane, nierówne.

- Tu stały nasze armaty - mówi porucznik.

- Nasze? - pytam zdumiony. - Przecież tu był front niemiecko-rosyjski.

- Tak jest, niemiecko-rosyjski - powtarza za mną porucznik i rumieni się jak panna. - Tu stały armaty rosyjskie.

Ach tak - rosyjskie! Robi mi się smutno i nie umiem nic powiedzieć. Widzę go w rosyjskim mundurze oficerskim i z carskim bączkiem na czapce. Strasznie nie lubiłem oficerów rosyjskich.

A jednak nic dziwnego, że te armaty były "nasze", wszakżeśmy przy nich ginęli - i te rosyjskie, i tamte niemieckie.

Gdy tak rozmyślam, mały ptaszek ginie mi z oczu, zatraca się w czerwonej zorzy słońca. Już go nie widać, poruczniku.

Ale porucznik jest zajęty czym innym. Rozgląda się po okolicy uważnie i zaczyna mi wykładać topografię frontu. Tu, gdzie się zaczyna ten rzadki zagajnik, stała rosyjska artyleria, tam na dole, za tym krzyżem były okopy, tam dalej - druty kolczaste. Była to pierwszorzędna pozycja. Sam car, zwiedzając front, był w tym zagajniku.

Znak zapytania osiadł mi na twarzy.

- Sam car! - powtórzyłem zdumiony.

Ale turkot pociągu głuszy ton mojego głosu.

- Tak jest, sam car był w tym zagajniku - mówi porucznik zupełnie poważnie.

A tymczasem rzadki zagajnik za oknem urósł w las i sunie coraz prędzej białymi pniami brzóz przed naszymi oczyma. Lecz białe pnie zaczynają rzednąć i oddalać się od frontu, i maleć, i nagle giną gdzieś za polem, falującym płowym złotem żyta. A po chwili wyrasta przed naszymi oczyma białoruska wieś niespalona, niezrównana z ziemią. Nastroszyły się strzechy słomiane, wysunął się żuraw studzienny, pobiegły wzdłuż dróżki małej krzywe płoty, położyły się garbate mostki i kładki.

- Ach, poruczniku, wieś! - wołam wzruszony do głębi.

Dalekie dzieciństwo moje chodziło po takich garbatych mostkach, koło takich krzywych płotów. Więc patrzę na wieś białoruską i myślę, jak to było przed laty, a porucznik, który brał udział w tej wielkiej wojnie, tłumaczy mi:

- Tu już zaczynają się pola uprawne. Odchodząc, nie zdążyliśmy tych wsi zniszczyć ani uprowadzić z nich chłopów, odchodziliśmy bowiem w nieładzie.

Ach, jak mi się ten nieład w odchodzeniu podoba!

"Nasze armaty" nie zdążyły tych wsi rozstrzelać, "nasze wojska" nie zdążyły ich spalić! Ale to oni nie zdążyli, a nie porucznik, więc skąd się to "my" wzięło?

Ale i chłop białoruski nie zdążył przed odejściem bolszewików sprzątnąć z pola, a może nie chciał, bo jest już koniec sierpnia, a dotąd wszystko zboże stoi na polach nietknięte sierpem ani kosą... Może nie chciał, poruczniku? Wszakże jeszcze przed paru tygodniami tu byli bolszewicy.

- Tak jest - mówi porucznik - przed dziesięciu dniami tu byli bolszewicy i chłop się ociągał ze sprzętem. Tu był nasz front i toczyła się wojna, ale to była nasza polska wojna, zupełnie niepodobna do tej europejskiej, którą likwidują obecnie w Paryżu[16], bo tak prowadzić wojnę tylko my potrafimy.

My... Jak ładnie brzmi to "my" w jego ustach! Oczy mu się świecą i śmieją się białe zęby. Od razu zrobił się podobnym do tych żołnierzy z trzydziestego roku[17]... Widziałem ich na obrazkach i portretach.

- Tak jest! - mówi z dumą. - Pan widział ten pusty pas ziemi, gdzie stali na wprost siebie Moskale i Niemcy. Jak krety wkopali się w ziemię, odrutowali i strzelali do pozycji tak samo zakopanych w ziemi i odrutowanych. Mieli dużo amunicji i dużo ludzi - i gdyby nie głód i idąca za nim rewolucja, kto wie? Może by dotąd tak na wprost siebie stali i strzelali do celu bez celu. Front nie rozstrzygał wojny, największe bohaterstwa nie mogły w tych warunkach przechylić szali zwycięstwa. Ludzie ginęli od kul zabłąkanych nad okopem, od tyfusu i innych chorób i ginęli na próżno. Wojna rozstrzygała się gdzieś wewnątrz kraju. Oczywiście wieści z frontu, komunikaty wojenne odgrywały pewną rolę w sytuacji wewnętrznej, ale te fabrykowano w Berlinie albo w Petersburgu najzupełniej dowolnie. Czy kto sprawdzał kiedy liczbę jeńców wziętych do niewoli, czy liczył zabrane wrogom działa? A tymczasem żołnierze przekonali się, że ich bohaterstwa idą na marne, i nauczyli się siedzieć całe lata w okopach i strzelać, i strzelać bez końca.

Jedziemy wolno, bardzo wolno. Prawdopodobnie mijamy jakiś prowizoryczny most, sklecony naprędce przez naszych saperów, lokomotywa gwiżdże raz po raz, hamulce zgrzytają nieprzyjemnie.

Porucznik wychyla się oknem. Nie - to nie most. Saperzy naprawiają tor, więc zjeżdżamy na tymczasową bocznicę.

- Tak jest! - mówi po chwili, siadając na miejscu. - Żołnierze nauczyli się siedzieć w okopach i czekać bez końca. Sam brałem czynny udział w tej kampanii. Strzelaliśmy w przestrzeń, bo amunicji mieliśmy pod dostatkiem. W jakże odmiennych warunkach toczy się wojna dzisiejsza! Ludzi za mało i amunicji za mało... Brak ludzi i brak amunicji musimy zastąpić bohaterstwem. Niech pan przeczyta Kadena Wyprawę wileńską, ten barwny opis zdobycia Lidy i Wilna. Żołnierz-poeta pisał tę książkę, żołnierska brawura wzięła muzę pod rękę i prowadzi ją napoleońskim traktem do Giedyminowego grodu. Z tej książki dowie się pan, co to jest ta nasza polska wojna, ta książka to dokument historyczny.

Słucham i milczę... Wyprawę wileńską Kadena-Bandrowskiego czytałem jednym tchem, tak jak ją pan Juliusz pisał, nie zdradzam się jednak z tym przed porucznikiem - niech mówi... Taki jest ładny, gdy mówi o tej polskiej wojnie.

Wyprawa wileńska... Szedłem wraz z autorem, czytając tę książkę, na Wilno, zmagałem się pod Lidą z przeważającymi siłami wroga, jechałem z panem Beliną, którego koniom zabrakło owsa, lidzkim traktem, wielką aleją płaczących brzóz i myślałem, czyby się nie dało gdziekolwiek zarekwirować trochę owsa, i na małej stacyjce położonej w lesie samotnym widziałem w czerwonych łunach gasnącego słońca Naczelnego Wodza, otoczonego plutonem młodych żołnierzy. "Wielki lew, za którym, niby gromadka bujnych szczeniąt, bieży i zagania pluton skautów..."

Obraz ten dotąd stoi mi przed oczyma... Widzę ich czarne sylwety w lesie samotnym, w zorzy pachnącej ziemią świeżo odmarzłą i szumiącej gdzieś blisko wezbranymi wodami strumieni.

I potem wraz z Wodzem Naczelnym wchodzę w mury Pierwoj Wilenskoj Gimnazji[18], w której i nad moim polskim dzieciństwem znęcał się drapieżny inspektor-żandarm i podstępny nauczyciel-policjant, i ksiądz bez sumienia, wykładający nam religię po rosyjsku i posyłający nas w dni galowe do soboru na "molebien"[19].

- Tak jest - mówi porucznik, jakby czytając moje myśli, ale mówi o czymś innym... o polskiej wojnie. Nie kończy jednak zaczętego zdania, bo właśnie pociąg zwalnia biegu przed stacją.

Na stacji wychodzimy z wagonu.

Sierpniowe słoneczne rano śmieje się do nas z bladego nieba. Tuż przy torze kolejowym dojrzewa owies.

Przydałby się panu Belinie ten owies... - myślę, spacerując po peronie.

Na peronie ludno i gwarno. Ludzie stłoczyli się koło samej stacji i nad czymś radzą. Jacyś urzędnicy w czapkach rosyjskich rozmawiają z naszymi żołnierzami po rosyjsku.

Dlaczego polscy żołnierze mówią po rosyjsku?

Naczelnik dystansu Mińsk-Baranowicze, młody porucznik, zamieszcza na gmachu stacyjnym nowy szyld... Ta stacja odtąd będzie się nazywała: Świerżeń.

- Jak to pan robi, panie poruczniku? Skąd pan wziął tę nazwę?

Porucznik patrzy na mnie i uśmiecha się.

Skąd? Ze starej mapy polskiej, na której są nazwy okolicznych dworów i wsi... Świerżeń... a Pogorele będzie Horodziej... ze starej mapy polskiej...

- A co robią tu ci urzędnicy moskiewscy?

- Moskiewscy! A niechże pana nie znam! To są patrioci polscy... Cała służba kolejowa została ta sama.

Znowu uśmiechnął się wesoło pan porucznik i patrzy na szyld.

- Świerżeń... Świerżeń... - mruczy pod nosem zadowolony, że wynalazł taką prawdziwie polską nazwę.

Jeszcze chwilę stoimy na stacji Świerżeń. Pociąg odchodzi bez gwizdka i dzwonka, tylko ktoś gdzieś daleko koło dojrzewającego owsa krzyczy:

- Jedziemy!...

W wagonie mój towarzysz podróży nawiązuje przerwaną rozmowę:

- Tak jest, proszę pana, osobliwą prowadzimy dziś wojnę, niesamowitą zupełnie. Żołnierz nasz nigdy nie umiał siedzieć w okopie. Podobno brygadier Piłsudski z laseczką w ręku spacerował na linii strzałów, jenerał Roja[20] na białym koniku wyjeżdżał przed okopy. Tak jest, proszę pana. I żołnierz nasz dziś nie okopał się nigdzie, nie odrutował drutem kolczastym. Front nasz kolumnami idzie naprzód, ułańskie koniki zapuszczają się daleko, hen!, pomiędzy zastępy bolszewickie i straszą ich z tyłu. Nieraz w nocy po cichu naprawiamy tor i puszczamy naładowany wojskiem pociąg w głąb kraju zajętego przez wroga. Ekspedycja może się udać, może się nie udać, najczęściej jednak jakoś się udaje. Przed paru dniami kolega mój zapuścił się we dwadzieścia koni aż pod Połock. Myślał, że Połock zdobędzie, a tymczasem wrócił z przestrzeloną ręką, ale wywiad zrobił.

Dziwną, jakąś rycerską brawurę słyszę w głosie młodego porucznika. Jego kolega chciał we dwadzieścia koni zdobyć Połock. Przychodzi mi na myśl Kmicic.

- Pod Uszaczem go postrzelili - komentuje porucznik.

Pod Uszaczem...

W Wyprawie wileńskiej jest taki żart Kadena: "Nie mogą się przecież przyzwoite bitwy odbywać pod Biniakoniami, Żyrmunami, Krupką lub innemi Kiszkami..."

A jego postrzelili pod Uszaczem.

Pociąg zatrzymuje się w Konotopach. Jeszcze jedna stacja dzieli nas od Mińska.

- Dość krwawą stoczyliśmy tu bitwę - mówi porucznik.

Na stacji ani śladu tej niedawnej bitwy! Słoneczną ciszą leży na peronie sierpniowe południe. Pola się złocą dokoła i drzewa stoją od słońca przywiędłe.

- Jedziemy! - ktoś woła na końcu peronu i pociąg rusza...

Innymi oczyma patrzę teraz na porucznika, który przed paru godzinami mówił, że "nasza" artyleria stała przed dwoma laty w tym rzadkim zagajniku pod Baranowiczami, do którego przyjeżdżał "sam car". Niedawno oficer rosyjski, teraz Polak najprawszy! I twarz ma dziwnie polską ten polski żołnierz, tylko oczy jak węgiel czarne mówią o jego pochodzeniu kresowym.

Bodajby się tacy rodzili na kamieniu!

A za oknem na polach w to południe sierpniowe wre praca.

Białe, zgrzebne koszule, czerwone chustki na głowach.

Boże, dopomóż! - myślę i szepczę wiersz Bronisławy Ostrowskiej, piękny wiersz, który mi ugrzązł w pamięci:

Z oddali pól niebieskiej

Pieśń żeńców ucho chwyta -

Powraca niespożyta

Baśń Polski czarnoleskiej...

O słodkie piękno stare,

Jak ciężko cię pogrzebać!

Ach, to oni, to nasi żołnierze przynieśli na te białoruskie łany, pod te słomiane strzechy baśń Polski czarnoleskiej.

- Stacja Mińsk!

- Dworzec Aleksandrowski - mówi mi porucznik - bo jest i drugi: Wileński.

Pożal się Boże... Brudny, odrapany budyneczek... Nikt nigdy chyba czegoś podobnego dworcem nie nazywał.

Ale mniejsza o to. Wychodzimy na peron. Żegnam się z porucznikiem, który dziś jeszcze jedzie w stronę Bobrujska.

- Szczęśliwej podróży, poruczniku! - wołam za odchodzącym.

Tłum ludzi tłoczy się u wyjścia.

Jeszcze dziesięć dni temu toczyła się tu wojna - dziś wojna na konikach ułańskich odjechała stąd aż pod Bobrujsk nad Berezynę - i cicho tu, tak cicho, jakby jej nigdy nie było.

Po rewizji biletów i przepustek wychodzę na zabrukowany plac przed stacją. Żyd chałaciarz siedzący na odrapanym koźle niemożliwie brudnej dorożki żąda za odwiezienie do hotelu trzydziestu pięciu rubli.

- Dlaczego aż tyle? - pytam.

- Owies drogi, panoczku... - mówi i uśmiecha się chytrze.

Chuda jego szkapina od pięciu już lat nie widziała owsa... ale owies drogi. I za trzysta rubli dostać nie można.

Więc ponieważ owies drogi, idę pieszo.

Długa, bardzo długa ta ulica Zacharzewska. Niskie domki parterowe, krzywe parkany z desek, małe cerkiewki z zielonymi kopułami i znowu parkany i parkany, i niskie domki... Pod niskimi domkami, pod małymi cerkiewkami o zielonych kopułach czai się jeszcze dotąd i żołnierzom polskim trwożnie w oczy zagląda wdeptany w ziemię duch najazdu bolszewickiego, ten sam, który tu był przed wojną, tylko ubrany w inny mundur, ale tak samo nam wrogi i tej ziemi obcy.

Umęczony, zagłodzony prawie na śmierć Mińsk oddycha jeszcze bolszewizmem.

To, co panowało tu i rozpierało się w pałacu gubernatorskim w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy, uciekło teraz przed żołnierzem polskim za Bobrujsk, za Berezynę i Dniepr. Mała cząstka tego, która nie zdążyła uciec, weszła do swoich nor i patrzy na przechodniów spode łba. "Dziś wasze święto, a jutro nasze! Jeszcze my wam wasze białe ręce powalamy!" - mruczy i przemalowuje szyldy na polski język.

Potwornie wygląda ten polski język na szyldach mińskich. Nie można tego przeczytać, nie można zrozumieć.

Po co oni to robią? - myślę, idąc w stronę śródmieścia.

Byłem tu przed laty... dawno. Jechałem wówczas na wygnanie do guberni tambowskiej.

Mińsk był na drodze mojej ostatnim miastem polskim. Nie wolno mi się było tu zatrzymać, więc przebiegłem go tylko wszerz i wzdłuż i ledwie zdążyłem na pociąg następny. Paliła mi się wówczas ziemia pod nogami i mało co z oglądanego Mińska pozostało mi w pamięci. Tylko kościół i plac przed kościołem, i część tej nad miarę długiej ulicy Zacharzewskiej - i nic więcej. Ale to jedno pamiętam, że wówczas Mińsk wydał mi się bardziej polskim niż teraz, pomimo tych przemalowanych szyldów i polskich wojsk. Okupantem był wówczas Moskal, tępiący z bezrozumną zaciętością wszystko, co polskie, i być może to nadawało wówczas ziemi mińskiej pewien wyraz przynależności do Polski. Dziś Żydzi mińscy, rodzeni bracia albo bliscy kuzynowie tych, co tu przed kilku zaledwie dniami rządzili, przemalowując ostentacyjnie szyldy i szwargocząc polskim żargonem, robią z nas okupantów. I to nadaje Mińskowi charakter niepolski.

W połowie ulicy Zacharzewskiej jeden z tych świeżo spolszczonych obywateli mojżeszowego wyznania zastępuje mi drogę.

- Może hotel? - pyta, a widząc, że milczę, po chwili dodaje: - Nu co?

- Nie trzeba - mówię i wcale nie widzę obywatela w chałacie.

Ale obywatel w chałacie myśli, że się mylę - przecie każdy przyjezdny zatrzymuje się w hotelu.

- Pan z Warszawy? - pyta.

Potakuję głową.

- Ot, my tu ledwie nie izdochli - mówi obywatel w chałacie, hotelowy totumfacki, faktor i stręczyciel, i tak jakoś dziwnie patrzy na mnie, tak patrzy, że zaczynam żałować, że się to nie stało.

Zatrzymuję się na chwilę przed księgarnią żydowską.

Pan księgarz zaprasza mię łamaną polszczyzną, żebym wszedł do środka. Ma różne ciekawe druki i książki. Takich książek na pewno w Warszawie nie ma. Rozkłada na ladzie wydawnictwa bolszewickie... Patrzę - klasycy rosyjscy: Kolcow, Puszkin... Zaglądam do środka... Jak dziwnie Puszkinowi nie do twarzy ta bolszewicka pisownia! Mam wrażenie, że ktoś był analfabetą. Ten pan księgarz na pewno jest analfabetą.

Ale pan księgarz chce gwałtem sprzedać mi coś na pamiątkę.

- To nic, pan, że rubl napisany - mówi, widząc, że sprawdzam cenę na okładce - to całych piętnaście rublów.

- Daj mi pan spokój, szkoda piętnastu rubli.

Pan księgarz otwiera jedną z książek i zwraca moją uwagę na pisownię.

- Pan mówi szkoda, a to wcale nie szkoda. Jak to pisane! Czy pan widzi, jak to pisane?

- Mniejsza o pisownię - mówię - nie kupię tej książki.

- Pan nie kupi! - dziwi się księgarz. - Niech pan zobaczy, jak to pisane. Uni wszystko tak robili jak te książki. I wojsko u nich było takie. Bywało, maniewry na Sobornym placu robią. Stoją sołdaty, a przed nimi chodzi rotny kamandir. Chodzi rotny kamandir w łapciach i krzyczy: "Stoj!" - i zaraz wszystkie sołdaty krzyczą: "Stoj!". Czy pan słyszał kiedy, żeby wszystkie sołdaty krzyczeli? Tak i książki oni tak pisali... Czy panu zawinąć?

- Dziękuję.

- Nie ma za co - mówi księgarz i patrzy na mnie z politowaniem. - W Warszawie takich pan nie znajdzie - mruczy pod nosem.

Wychodzę na ulicę i po chwili mam już pokój w Hotelu Europejskim na czwartym piętrze, bo pierwsze i drugie zniszczyli bolszewicy. Pokój obszerny z balkonem na plac Katedralny. Szeroka panorama miasta leży przede mną. Na wprost wyniosłych wież kościoła katedralnego przykucnął sobór prawosławny. Tuż przy nim wielki gmach malinowy, koszarowy z przełamanym szyldem na szczycie.

Przełamany szyld głosi: "Dworiec truda"...

Czytam i myślę, że się ten gmach ładnie nazywał... Pałac Pracy... Tylko praca coś warta.

Z balkonu mego widzę dalekie przedmieścia i liliowe lasy na widnokręgu.

Ta ziemia w roku 1067 nazywała się ziemią Krywiczów i Mińsk należał do księstwa połockiego. W początku XII wieku był stolicą państwa udzielnego, w końcu zaś XII wieku uległ Litwie.

Na sejmie horodelskim utworzono województwo mińskie, a w roku 1581 stał się Mińsk grodem trybunalskim.

A w trakcie tego łupił go i grabił, kto mógł i chciał. A więc kilkakrotnie palili go Tatarzy, rabowali Wołosi i Kałmucy, oblegał bezskutecznie Michał Gliński.

Ale nikt go tak nie złupił gracko jak bolszewicy. Wywieźli wszystko, co było do jedzenia, i zjedli wszystko, czego nie zdążyli wywieźć.

I czerwony terror rzucili na miasto. Nierozumne i graniczące z obłędem były ich rządy. Mogłeś być rozstrzelanym za to, że wyszedłeś na miasto w porządnym krawacie, i za to, że wyszedłeś bez krawata, i za to, że ukrywasz żołnierzy polskich, i za to, że handlujesz kokainą albo sacharyną.

To wszystko nazywało się walką z burżuazją.

W niskich promieniach sierpniowego popołudnia leży przede mną w okolu lasów liliowych to ciche, zmęczone wojną miasto bez ruchu i bez głosu. Tylko na bulwarze przed soborem jakiś inwalida gra na bałałajce.

Schodzę na dół i wlokę się do najbardziej uczęszczanej kawiarni na ulicy Zacharzewskiej. Kawiarnia mała, ale schludna. Najtańsze danie kosztuje trzydzieści pięć rubli, a kawa czarna pięć rubli.

Piję kawę i rozmawiam z sąsiadem. Ma siwe oczy i zwiędłą twarz. Opowiada mi swoje i nieswoje przeżycia, mówi o tym, co było, i pyta mnie, co będzie. Ale ani on, ani ja nie wiemy, co będzie.

- Przed wojną - mówi - żywioł polski tu na Kresach był tępiony radykalnie. Znosiliśmy ucisk nadmierny i czekaliśmy wojny światowej. Urzędnicza samowola, wspierana ukazami carskimi, trojką jeździła po tej oto ulicy Zacharzewskiej i tratowała przechodniów, i gnała za rogatki, hen!, do dworów polskich z popem i żandarmem na czele. Skupiliśmy się wówczas wszyscy my tak zwani inteligenci w cieniu kościoła, do którego garnęła się polska półinteligencja i chłopi katoliccy. Aliści wybuchła ta czekana wojna, która dla nas zakończyła się sowieckimi rządami. Te rządy, godząc we wszystko, co polskie, i identyfikując polskość z burżuazją, rozbiły nasz szczupły obóz, zabierając nam półinteligencję i chłopów. Polacy, źle mówiący po polsku, stali się od razu Białorusinami.

Słucham i rośnie mi w oczach straszny obraz krwawych rządów obłąkanego chamstwa pod batutą kapitalistów żydowskich, którzy w ten sposób ratowali mienie swoje przed zatratą.

W kawiarni pełno mundurów. Wszyscy mówią po polsku, tylko przy sąsiednim stoliku jakieś towarzystwo żydowskie rozmawia po rosyjsku.

- Gowori potisze![21] - szepcze jakaś kędzierzawa głowa z haczykowatym nosem i wygoloną twarzą.

A mój sąsiad, odbiegłszy od przedmiotu, mówi mi, że tu była jadłodajnia sowiecka.

- Co to jest jadłodajnia sowiecka? - pytam.

- Tu wydawano obiady wszystkim z wyjątkiem burżujów. Stąd oto od środkowego stolika zaczynał się ogon czekających na swoją kolej i ciągnął się nieraz aż hen, do ulicy Gubernatorskiej. Jedli tu tragarze, robotnicy, chłopcy od gazet, dorożkarze, żebracy. Obiad kosztował pięć rubli pięćdziesiąt kopiejek i składał się z talerza gorącej zupy i garści prażonego owsa.

Nigdy nie jadłem prażonego owsa, jak chuda szkapina dorożkarza, który żądał ode mnie na dworcu trzydziestu pięciu rubli. Nie mam jednak czasu zastanawiać się nad tym, czy dobry jest owies prażony, bo śpieszę do redakcji "Gońca Mińskiego".

Ze zdziwieniem dowiaduję się, że mieści się ona w tym Pałacu Pracy, w tym dużym malinowym budynku, który oglądałem ze swojego balkonu na placu Katedralnym. Tu mieściła się drukarnia sowiecka i redakcja rosyjskiej "Zwiez­dy" i polskiego "Młota" - dwóch urzędówek bolszewickich. Dziś gmach ten zajął porucznik Świdwiński i redaguje do współki ze znanym poetą, mińszczaninem Bogusławem Adamowiczem, "Goniec Miński".

Drukarnia duża, świetnie zaopatrzona. Maszyny rotacyjne, własna stacja elektryczna.

Oprowadza mię porucznik Świdwiński.

- Tu bolszewicy drukowali swoje "prikazy", broszury i pisma. Jest to jeden z ich wojennych warsztatów. Ich wynalazkiem w tej wojnie jest ta nowa broń, która się propagandą zowie. Te zadrukowane świstki papieru są niczym proch w ładunku. Mam czasem wrażenie, że oparzą mi ręce lub zdemolują cały gmach. Na druki te wydawali miliony. Do Mińska przyjeżdżał z Moskwy specjalny komisarz w specjalnie na ten cel wymalowanym pociągu. Na zwyk­łe wozy osobowe rzucił jakiś zdolny artysta całą symfonię barw żywych, na martwych płaszczyznach obudził ruch i życie. Otóż z tego pociągu sowiecki komisarz przemawiał do białoruskiego chłopa wielkorosyjskim narzeczem. Białoruski chłop z pewnością tych przemów nie rozumiał, ale ten pociąg utkwił mu w pamięci i dotąd wkłada on w usta komisarza to, o czym przez całe swoje bezbarwne życie marzył, a o czym komisarz z pewnością mu nie mówił.

Porucznik Świdwiński jest malarzem futurystą. Oczy mu się palą, kiedy mówi o tym malowanym pociągu.

Ale porucznik Świdwiński jest przede wszystkim żołnierzem polskim i patriotą. Wyczytałem to z jego płonących oczu, kiedy późnym wieczorem dnia tego przyszedł do mnie porozmawiać o Polsce.

Na tle ostatnich rozbłysków gasnącej na zachodzie łuny rysowały się przede mną wieże starodawnej katedry i w niskim mroku ginęły ciężkie banie soboru prawosławnego, kiedy zapukał do mojego pokoju.

Usiedliśmy w szarym półmroku i rzuciliśmy pytanie:

- Co będzie?

Czy ostanie się tu Polska, czy przyjdzie kto inny?

Milczały wyniosłe wieże starodawnej katedry, milczały ginące w mroku ciężkie banie prawosławnego soboru.

A pod nami daleko, w okolu lasów liliowych leżała Białoruś - biała karta, na której pisać będzie Polska albo Rosja.

Więc Polska czy Rosja?

I wydało się nam, że tam gdzieś daleko pod lasem stoi w zgrzebnej koszuli i w szarej parcianej siermiędze, z wewnątrz i z zewnątrz do ziemi podobny obywatel białoruski, małorolny albo bezrolny chłop - stoi i czeka końca tej polskiej wojny.

"Tygodnik Ilustrowany" 1919, nr 39, 42-44

Egzaltować się światem

Była wszechstronną reporterką (oprócz tego, że była też pisarką i poetką), gwiazdą pisma "Bluszcz".

Szpyrkówna przeprowadzała wywiady:

- Ileż ludzi liczebnie należy do okręgu męża pani? - interesuję się na wstępie.

Pamiętajmy, że ludzie ci to Murzyni, i jak trudy wojny liczą się na lata podwójnie, tak rządy murzyńskie muszą być co najmniej poczwórnie kłopotliwe.

- Sto dwadzieścia pięć tysięcy, a z tego kilkanaście tysięcy ludożerców. Jeździmy z mężem na objazd dwa razy miesięcznie i zawsze proszę, żeby zabierał mnie ze sobą.

Sapristi! Osobiście nie czuję zapału do takich wycieczek. Jeżeli już być zjedzoną, to przynajmniej przez znawców.

- I nigdy pani nie zjedli?

- Nie, już nie! Ale zdarzają się jeszcze wypadki i wtedy mąż mój musi odbywać sądy. Kary śmierci Anglicy nie stosują. Ale wygania się wtedy wioskę z ich osiedli i pali ich chaty. Zdarzyło się, że jednego z urzędników takich jak mój mąż zabito i...

- Wyobrażam sobie, znając charakter angielski, że musieli za to gorzko zapłacić. Wielu Murzynów zginęło za jednego urzędnika i to, ba!, zastępcy rządu?

Moja interlokutorka z zapałem macha ręką.

- Nie! Nie! Anglia jest na to za szlachetna, takich rzeczy robić nie wolno. Wtedy otacza się zbuntowany szczep i trzyma w zasadzce póty, aż się nie poddadzą, ale broni palnej używać nie wolno, chyba że w obronie własnej. Rząd bardzo, bardzo przestrzega zgody z krajowcami i tego, żeby wierzyli istotnie w sprawiedliwość państwową Anglii. Mój mąż ma nieraz z tego powodu wiele kłopotu, ale oręż, nigdy!

Przypuszczam, że moja informatorka mówi w dobrej wierze, zwłaszcza że nie jestem pewna, o ile angielscy zastępcy polityczni wtajemniczają kogo bądź - nawet własne żony - we wszystkie arkana swoich pełnomocnictw. Porzucamy więc ten temat.

Była to rozmowa z "kobietką, Polką, którą wojna rzuciła na międzynarodowym terenie", ale "ostrożnie doprowadziła do pewnej przystani", czyli małżeństwa z Anglikiem - dyplomatą w Afryce. Szpyrkówna przeprowadziła ją dla "Bluszczu" w 1928 roku.

Pisała także reporterskie kryminały.

Zbrodnia tak jak chrzan ma korzeń długi i gorzki, który wyciskając łzy jednym, jest dla innych tylko ostrą przyprawą powszedniości. I poprzez lata i lat dziesiątki wraca zza grobu, aby niepokoić potomnych dręczącą zagadką: czy słusznie?...

A zwłaszcza jeśli bohaterką procesu jest kobieta! A zwłaszcza jeśli ta kobieta jest młoda, urocza i skoligacona! A zwłaszcza jeśli te koligacje sięgają aż do tronu! Takim kęsem, łakomym ze względu na sensacyjność, jest słynny proces "świętej trucicielki" i "brylantowej oszustki" Marii Capelle-­Lafarge. Zajmują się nim do dziś dnia francuscy badacze przedziwnych zagadek kryminologii [...].

Tak zaczęła książeczkę Brylantowa oszustka. Proces Capelle-Lafarge, którą oficyna Rój wydała w serii "Wielkie Procesy" w 1926 roku. Oskarżona, znana w Paryżu dama, okradła przyjaciółkę z kolekcji brylantów, otruła arszenikiem swojego męża i rozkochała w sobie adwokata, który bronił jej w tym procesie do upadłego. Szpyrkówna napisała rzecz wręcz brawurową: z biglem, nieprzegadaną, dobrze udokumentowaną. Nie mogłem się oderwać od lektury.

Relacjonowała też wydarzenia bieżące.

- Matko Boska, a cóż to się porobiło...? - biada zażywna jejmość z przedmieścia, z plecionką prowiantów w ręce. - Tylko żem sobie weszła do sklepu kupić masła i jajów, że to tu lepsze, a tu jak się nie rzuci naród, jak nie poleci w Chmielną, ledwie żem wydychała. A ludu tego na ulicy, ludu!... Pochód jaki albo co?...

- A jakże pochód! Wspomniała baba dziewic wieczór. Był, ale 1 maja.

- Nieś pani to masło i jajka, jak niesiesz, a zaglądaj do kosza, bo jak armata wystrzeli, to ci od razu gotową jajecznicę usmaży!

- Mamusiu, mamusiu, prędko, bo to ostatni tramwaj! Od mostu już nie idą! Piłsudski podobno już na moście!...

- Ty, Heniek!... Słyszałeś?... Dziadek z legunami wali na Warszawę. Będzie granda, co?

- Panno Ireno! Proszę za mną, odprowadzę panią do Alej, tam luźniej. Panowie, proszę dać przejść! Proszę się cofnąć!...

- A cofaj się pan sam, kiedy masz takie delikatne zdrowie! Jak takiemu żeberko uszkodzą, to zaraz by wołał pogotowia!

- Wynajmij se pan karetę, kiedyś taki hrabia!

- Policja! Policja! O Jezu, duszą!...

W tłum wpada regularny czworobok policjantów i najeża bagnety. [...]

Pamiętam i długo pamiętać będę młodą kobietę, z wyglądu inteligentkę z rozwianymi włosami zlepionymi na skroni krwią, której męża trafiła jedna z pierwszych kul, gdy wchodził niemal w bramę domu przy Miodowej. Grupa osób usiłowała ją odciągnąć spod obstrzału, a ona siedziała na bruku, na skraju chodnika, z potrzaskaną głową zabitego na kolanach i błędnie patrząc przed siebie, powtarzała ochrypłym martwym głosem, wciąż tylko jedno zdanie:

- Wy, Polacy!... Ach, wy, Polacy!... Ach... wy.

Nie była cudzoziemką, była Polką, mąż jej był ciężko ranny podczas najścia bolszewików jako ochotnik. Mały syn jest skautem.

I oto -

- Wy, Polacy!...

Jak policzek, jak obelga, jak wyzwisko i jak piętno hańby.

Jakże niedawno przelewaliśmy krew za to, żeby móc nosić przed całym światem to imię.

W maju 1926 roku Melchior Wańkowicz (patrz t. 1, s. 391) wysłał troje reporterów na ulice Warszawy. Każdy - Maria Szpyrkówna, Stanisław Strumph­-Wojtkiewicz (patrz t. 1, s. 223) i Wanda Melcer (patrz t. 1, s. 589) - na swój sposób opisał polityczne wrzenie. Oficyna Rój złożyła z tego książeczkę Warszawa w ogniu, wydaną w serii "Momenty Zwrotne".

Szpyrkówna była córką ziemianina i adwokata z Witebska. Po śmierci ojca wraz z matką i rodzeństwem wyjechała do Petersburga, gdzie ukończyła Instytut Szlachetnie Urodzonych Dziewic, po czym w Warszawie uczęszczała na pensję Cecylii Plater-Zyberkówny. Debiutowała wcześnie - w wieku szesnastu lat - artykułem Poznaj swój kraj! w miesięczniku "Prąd". Szybko zaistniała jako poetka i powieściopisarka. W powieści Grzech (1925) piętnowała młodzież, która porzuca ziemiańskie majątki, w powieści Wielki cham (1921) opisywała emigra­cję ziemian w obliczu rewolucji bolszewickiej. W 1925 roku w warszawskim miesięczniku "Ameryka-Polska" była zapowiadana jako nowa gwiazda literatury. Pisała dużo, głównie dzieła sentymentalno-melodramatyczne. Praktycznie co dwa lata wydawała nową powieść, jednocześnie (od 1923 roku) cały czas dużo drukując jako dziennikarka.

W czasie okupacji żyła ze sprzedaży nici, w trakcie powstania warszawskiego była sekretarką Komitetu Pomocy Społecznej. Po wojnie publikowała mniej. W 1952 roku, kiedy zaczęła tracić wzrok, zamieszkała w domu literatów w Oborach, a potem w domu pomocy społecznej. Nie założyła rodziny.

Główną areną jej wspaniałych popisów dziennikarstwa - profesjonalnego, atrakcyjnego, choć czasem egzaltowanego - był tygodnik "Bluszcz". Wychodził z małymi przerwami od roku 1865 do wybuchu drugiej wojny światowej. Był najdłużej ukazującym się pismem kobiecym w Polsce. Większość jego współpracowników stanowiły kobiety, wśród nich takie sławy jak Dąbrowska (patrz t. 1, s. 643), Kuncewiczowa, Gojawiczyńska, Szelburg-Zarembina (patrz t. 1, s. 323) czy Iłłakowiczówna (patrz t. 1, s. 299). "Bluszcz" - jak podaje jego monografistka Jolanta Chwastyk-Kowalczyk - w okresie dwudziestolecia międzywojennego był wyraźnie skierowany do publiczności ziemiańskiej, inteligenckiej i mieszczańskiej. Kształtował ambicje kobiet, zachęcał je do podejmowania studiów, przyczyniał się do rozszerzenia horyzontów i dlatego tak wiele w nim sprawozdań z podróży. Praktycznie na całym świecie "Bluszcz" miał swoje korespondentki oraz korespondentów.

Maria Szpyrkówna w 1920 roku wyjechała do USA i Kanady, w 1922 była jedną ze współzałożycielek konsulatu polskiego w Chicago. Napisała wtedy do "Bluszczu" swoją pierwszą relację z podróży i tak zaczęła się jej współpraca z tym pismem.

Reportaże z wypraw do Ameryki to niemal osobny rozdział w polskim piśmiennictwie reporterskim, czego przykłady znajdą Państwo we wszystkich tomach naszej antologii.

Gwiazdy i dolary

Przerzucając w holu jednego z olbrzymich hotelów w Chicago amerykańskie tygodniki, natrafiłam na słowa, które mię zastanowiły. Mianowicie jeden z aktorów noweli mówił mniej więcej tak:

- Co wita u progów Ameryki wychodźcę, który przybywa? Posąg Wolności w swym triumfalnym wieńcu. To źle. To błąd, który kosztuje życie tysięcy. Po stokroć, nie wolność jest dla emigranta symbolem tej ziemi! Gdybym był rzeźbiarzem, u wejścia tej olbrzymiej rozmównicy świata - New Yorku - dźwignąłbym inny pomnik. Posąg pielgrzyma. Taką schyloną znojem życia postać o kiju i w sukmanie szarej od prochów ciężko przebytych dni. Postać, w której zarysy trzeba włożyć cały ciężar pielgrzymki, jaką przez obcą ziemię zamierzył, by z głębin tej ziemi kilofem i młotem, toporem i pługiem wykuć, wyorać, wykarczować twardy chleb sobie i swoim... Postać, która by do całej tej różnoplemiennej, różnojęzycznej i różnowierczej rzeszy, przybyłej na wspólnym pokładzie nędzy po lepszą dolę, rzekła potężną, niemą wymową spiżu: "Dojdzie, kto wytrwa".

Zaiste dolary amerykańskie pieszo nie chodzą. I Europejczyk, który się żywi jakąś różową, aczkolwiek bliżej nieokreśloną nadzieją, że w Ameryce już jakoś to się zrobi, byleby tam trafić, ulega słodkiemu złudzeniu. Zostaje po nim natomiast gorzkie doświadczenie, no i czasem - książka ku pouczeniu bliźnich o tym, jak to... nie należy jechać do Ameryki.

Niemniej pisać morały jest łatwiej, niż przyjmować je do wiadomości praktycznej. Mogę to stwierdzić z własnego doświadczenia, bo nie powiem, żeby mię ktokolwiek do wyjazdu jednym słowem zachęcał. Przeciwnie. Ostatni impuls dodatni w tym kierunku miałam w wieku lat ośmiu, kiedy czytywałam zachłannie i pazernie powieści Mayne Reida i Verne'a, wierząc z całym zaufaniem temu wiekowi właściwym, że istotnie ci dżentelmeni objechali świat i że im się ta podróż bardzo właściwie nieźle udała. Można zatem widzieć dokoła siebie tyle skalpów zdejmowanych z europejskich głów, a samemu wrócić bezpiecznie z uwłosieniem tak obfitym, jak reklama na porost i jeszcze napisać tomy książek. Dlaczegóż by wobec tego nie można wyjechać do Ameryki, chociaż chodzą wieści o najprzeróżniejszych szykanach, jakie tam czekają lekkomyślnego Europejczyka, o ile przybywa do kraju dolarów ze swoimi jakimiś markami[22], dobrymi do wylepiania pudełek, ale nie do życia. Najostrzejsza szykana jest jednak lepsza od najłagodniejszego zdjęcia skalpu. O ten więc szczegół mniejsza. Tylko co by też można robić w tej Ameryce?

Z tego właśnie punktu wyjazd do Ameryki jest niezmiernie pedagogiczny. Mianowicie człowiek się przekonywa o znikomości cech, którymi się przedtem pysznił. Bo i proszę. Oczywiście zamierzywszy wyjazd, zaczynamy napastować tych szczęśliwców, którzy już byli w tak zwanym Nowym Świecie. (Jest to zresztą licencja poetycka, bo świat jest cały, jak wiadomo, obrzydliwie stary). Dotarłszy do takiego, indywiduum zaczyna wychwalać swoje atuty. Jak to to a to, i jak to potrafi rzeczy takie i jeszcze inne, a wszystkie nadzwyczajne i średniemu poziomowi zgoła niedostępne.

Ale Amerykanin jest dziwnie chytry. Słucha, zmrużywszy jedno oko, podczas gdy drugim się obojętnie przygląda swoim nogom. Jest to tym łatwiej, że nogi Amerykanina znajdują się przynajmniej tyle czasu na stole lub krześle, co na poziomie innym nogom zwykłym. Ściślej, na podłodze są, kiedy idzie lub stoi, na krześle zaś lub stole - we wszystkich innych okolicznościach życia z drobnymi jedynie wyjątkami. Stąd zapewne pochodzi dziwne skądinąd zjawisko, że wyplatane krzesła należą tam do najdroższych, ile że niszczą się widocznie najprędzej. I najbardziej stylowa kawiarnia w Montrealu w Kanadzie ma skutkiem tego obok cichostępnych kobierców i niezwykle japońskich parawanów z ibisami i gejszami zupełnie bogobojne zielone wyplatane foteliki. U nas takie sprzęty mieszkają na werandzie, czują się skrępowane już nawet w poczekalni, a wprost spaliłyby się (jako że słoma jest łatwopalną) ze wstydu w tak wytwornym wnętrzu jak ów przybytek [...].

Wracamy tedy do Amerykanina, pomijając wzmiankowane nogi. Amerykanin wysłuchuje przedstawianych mu atutów z uwagą, po czym otwiera zmrużone oko na istotę badaną i mówi:

- All right, tak, bardzo dobrze. A czy może pani napisać na maszynie na sekundę sto milionów słów?

Istota milczy zaskoczona, gdyż maszynę w ogóle uważa za narzędzie obrzydłe i upokarzające dla wyższej jaźni, na równi z gumowymi obcasami lub czymś podobnym. Zawiadamia tedy oschle, że w ogóle nie pisze na maszynie, nie może więc tym samem wypisać na sekundę stu milionów słów. Wówczas Amerykanin zmruża inne oko, zdejmuje nogi ze stołu na znak, że kwestię uważa za wyczerpaną, i mówi, że wobec tego nie ma po co jechać do Ameryki, gdyż w Ameryce potrzebne są tylko osoby piszące na sekundę sto milionów słów. Po czym trzęsie delikwenta z wyczuciem za rękę i wyraża nadzieję, że się takiego drobiazgu z pewnością nauczy. Delikwent życzy mu w duszy kilku bardzo przykrych rzeczy, po czym szuka innych źródeł. Spotyka kolejno takiego, który się dziwi, że ktoś nie robi drucianych form na kapelusze, takiego, który chce, żeby się znać na fałszowaniu perfum, i takiego, który ma natychmiast do objęcia posadę "operowania" (także słówko) jakiejś piekielnej maszyny do krajania korków czy stemplowania gwiazdek na butelkach. Delikwent zaczyna się obawiać, że pierwszą ostemplowaną butelkę rozbiłby na głowie swego chlebodawcy wraz z jej wszystkimi gwiazdkami, po czym gorzko wyrzeka na braki naszych uniwersytetów, gdzie nie można się nawet nauczyć głupiego fałszowania perfum, nie mówiąc o bardziej wyrafinowanych, jak druciane kapelusze, wymysłach. W ten sposób miota się jeszcze czas jakiś tu i tam, pozyskuje nadzieję, traci nadzieję ostatecznie i wówczas dowiaduje się nagle, że jedzie. Co robić? Życie, jak scena, lubi niespodzianki.

Tak było ze mną. W chwili gdy właśnie ową nadzieję straciłam, ostatecznie dowiaduję się, że, zdaje się, jadę. Pogrążam się w niesamowitą radość, która jest tym intensywniejsza, że do ewentualnego wyjazdu zostaje zaledwie tydzień. Za trzy dni dowiaduję się, że jadę na pewno, przez cztery następne dni jestem rozdarta na małe strzępki pomiędzy paszportami, wizami obcymi, dygnitarzami, kupowaniem kufrów i segregowaniem dobrych rad, które mi są w dużych ilościach udzielane przez życzliwych. Nie brać stąd żadnych ubrań, prócz tego, co na sobie, bo tam się ubierają inaczej. Brać ze sobą stąd wszystko z ubrania, bo tam się z pensji ubrać nie można. Nie zabierać z sobą broń Boże ręcznych paczek, tylko wszystko na bagaż, bo kłopot. Nie zdawać nic na bagaż, tylko mieć przy sobie, bo zginie, kupić pigułek, mikstury, proszków etc. na morską chorobę. Nie kupować nic, bo i tak nie pomoże. Brać futro, bo na morzu zimno. Nie brać futra, bo Angielki i Amerykanki jeżdżą tylko w swetrach. Bać się burzy, nie bać się burzy. Mieć zawsze słownik na wierzchu. Mieć na wierzchu również płaszcz gumowy, płaszcz jedwabny, wełniany, garnitur pod spód, parę wieczorowych toalet, bo na statku się stroją, kilka par obuwia, bo morska woda niszczy (-?- kąpać się, zwłaszcza w obuwiu, nie zamierzam, ale mniejsza), książki, poduszkę, pledy, szale wełniane, szale gazowe etc., etc., etc.; przyznaję, że warto by mieć na wierzchu również składany namiot, obozowe łóżko i mały aeroplan na wypadek zatonięcia, ale że pewnie nie zdążę już tych niezbędnych zresztą przedmiotów nabyć. Po czym likwiduję jakieś niezmiernie obszerne sumy w markach, uzyskuję jakieś niezmiernie nikłe wartości w walucie państw sprzymierzonych, oblekam się w strój skombinowany podług rad zbiorowych wszystkich osób dobrej woli, patrzę na Ogród Saski po raz ostatni z niekłamanym politowaniem, ważę się na automacie przy bramie, gubię paczki, znajduję paczki, spotykam się na dworcu z gronem osób, z którymi razem mam jechać do tej owej Ameryki, witam się, żegnam się, tłok, ścisk, łzy, przypomnienia, czułości, żałości, rozmaitości - jedziemy!

[...] Bagaże! Jest to dla podróżnika słowo tak posępne, że może zaćmić najbardziej różowe horyzonty. Jest to po prostu ciemna plama na egzotycznym niebie. Po pierwsze, bagaże lubią ginąć, i to jest jeszcze odmiana najmniej kłopotliwa. Zginęły i już. Nie ma, rozstąp się, ziemio, nie ma bagaży i koniec. Za to nie ma i kłopotów. Jest to rozwiązanie wprawdzie trochę negatywne, tak jak ustąpienie choroby dlatego, że choremu się umarło. Ale zawsze rozwiązanie. Człowiek się pomartwi troszkę i zrezygnuje: zginęły, to i zginęły. W każdym razie nie ma już z tym do czynienia, jak z wyrwanym zębem. Bolesne, ale radykalne.

Dużo gorzej, jeśli wszystko się odbywa szczęśliwie i bagaż towarzyszy podróżnikowi od miejsca nadania do miejsca przeznaczenia. Łączy się z tym tyle wstrząsających i przygnębiających zjawisk, że słabe nerwy nie wytrzymują i z płaczem przysięgają wyrzec się na zawsze wszelkiej podróży. Pomija się już pakowanie, przewożenie, ważenie, nadanie itd. Najgorsze następuje na okręcie, tu przy ładowaniu ciężarów nadchodzi moment szczytowy. Żądna sensacji publiczność wiesza się w malowniczych floresach dokoła bariery pokładu i obserwuje. Na dole stoi statek, który dowozi ładunki do dużego okrętu. Na dużym okręcie natomiast w miejscu po temu przeznaczonym sterczy wysoko, wysoko w górę piekielna maszyna dziwnego nabożeństwa, a przypominająca daleką krewną zwykłego studziennego żurawia, który ma na końcu haczyk. Haczyk jest tych wymiarów, że gdyby gdzie w kuli ziemskiej zrobić odpowiednio trwałą pętelkę do zaczepienia - uniósłby Ziemię z całym spokojem w górę i cisnął w czeluście piekielne jak piłkę. Haczyk obracający się na skomplikowanych blokach i kołach wykonywa ruch monotonny: spuszcza się na pokład własnego okrętu, zakręca sznur, w którym są uwiązane partiami paki i kufry, unosi je w powietrze i zataczając nad otchłaniami morskimi łuk w górze, w sposób, który zamraża krew w żyłach obserwatora, spuszcza je z wdziękiem na pokład tulącego się gdzieś pod kołami kolosa - okrętu Szczeniak. Podróż jest tak zawrotna, kufry tak luźno chwycone sznurami, a woda na dole tak łapczywie głęboka, że widowisko jest sensacyjne. Toteż wszystko, co żyje, wylega na brzeg pokładu i wisi, obserwując podróż haka tam i z powrotem z zapartym tchem, milknąc jak na komendę z chwilą, gdy blok z piekielnym skrzybotem winduje kufry w powietrze, i wybuchając gamą wykrzykników po szczęśliwym ich złożeniu na miejscu wskazanym. Miejscem tym jest mianowicie kolosalna dziura czworokątna w części maszynowej statku, którą po naładowaniu bagażu zasłaniają drewnianą pokrywą, służącą do werandowania lub siedzenia amatorów przez cały czas podróży. Istnieje zresztą to udogodnienie, że dla kufrów, w podróży potrzebnych, jest osobny pokój, strzeżony przez straszliwie czarne i plugawe Murzynisko, które szczerzy zęby, stworzone do obgryzania ludzkich kości, z wdziękiem starego krokodyla skazanego na wegetarianizm. Murzyni, Murzynki i Murzyniątka są w ogóle częścią tak wybitną wrażeń amerykańskich, że należeć im się będzie słusznie poczytne, jakkolwiek czarne miejsce w dalszych epopejach.

W Anglii przeszliśmy szczęśliwie pierwszą krucjatę bagażową, z tym że zginęły nam na kilka osób zaledwie dwie walizki, które i tak się w końcu uparcie odnalazły. Oczywiście, że kazano nam rzeczy na dworcach i na granicach otwierać, zamykać, znaczyć literami, nalepkami, sygnałami i innymi siedmioma boleściami podróżującymi. Lepiliśmy, znaczyliśmy, czekaliśmy, zbieraliśmy się, gubiliśmy się oraz męczyliśmy się na wszelki inny sposób, spiesząc się przy tym na dworzec, ile że musieliśmy przeciąć ląd angielski i wsiąść na okręt do Ameryki dopiero w Liverpoolu.

Podróż pociągiem stanowiła dystrakcję więcej przyjemną, bo chociaż statystyka się upiera, że wypadki na morzu nie dorównują ani w jednej malusieńkiej części zderzeniom pociągów, to jednak stworzenie dwunożne a lądowe pewniej się czuje na ziemi.

Oczywiście wypatrujemy oczy na wagony i na widoki. Nic nadzwyczajnego - wagony jak wagony, a widoki malownicze, ale nie tak znów frapujące, aby nie warto było poniechać ich dla przekąszenia czegoś pożywnego. Mamy wszyscy, sposobem polskim, skarby kulinarne wywiezione z ojczyzny na wypadek głodu lub rozbicia okrętu u stóp bezludnej (najgorzej!) wyspy. Mają nadto niektórzy i jaką taką alkoholię. Urządzamy się tedy w przedziale jak najwygodniej, rozkładamy stolik, dostawiamy walizkę, nakrywamy serwetką richelieu, dobywamy mięsa, sardynki, babki, czekoladę, wino i robimy orgię. Drzwi dla pewności zamykamy, bo drzwi są, jak wiadomo, po to, aby przez nie mógł wchodzić konduktor w chwilach najmniej upragnionych. Otóż nie wejdzie.

Ale angielski konduktor jest strasznie chytry. Słyszymy maleńki zgrzycik i pomiędzy oknami przedziału rozsuwa się dziura, a w dziurze zjawia się konduktor. Stoi sobie na wąskim stopniu, który ciągnie się wzdłuż wagonów z drugiej strony, i łagodnie uśmiechając się, otwiera usta, żeby zażądać biletów. Nie żąda jednak nic, tylko zamyka usta, które mu się składają w słodkie "o", a natomiast wytrzeszcza oczy i wpiera je w sardynki z taką lubością, że sardynki kręcą ogonkami i czują się przyjemnie pochlebione. Mieszamy się strasznie i w zmieszaniu mamy jedną tylko myśl przytomną, że przede wszystkim nie należy się dać przeciwnikowi opamiętać. Nalewamy do szklanki koniaku i na migi pokazujemy, że to nic, że to się pije. Kto ich tam wie tych Anglików? Może taki nawet nie zna koniaku? Ale konduktor zna, kiwa porozumiewawczo głową, mówi jakiś anglosaski dowcip, z którego się sam ogromnie cieszy, i połyka koniak jak wieloryb, mlaskając angielskim językiem. Po czym robi mu się nadzwyczaj przyjemnie i nie pytając już o bilety, znika w dziurze, która się chytrze zasuwa. Rozważamy w duchu zgodnie z teorią prawdopodobieństwa, ile jest szans na to, że wywali się ze swojej deseczki na jakim zakręcie na tor, a ile, że już się wprawił na grogu i byle szklanka wojennego koniaku nie wytrąci go z równowagi. W ogóle jednak doświadczenie to pokrzepia nas ogromnie w niepewnościach podróżnych, gdyż dowodzi, że nawet Anglikowi nic, co ludzkie, obce nie jest. Wobec tego już dużo śmielej częstujemy czekoladkami ładnego chłopczyka, który wsiada do nas wraz z papą w kratkę i strasznie się nami interesuje. Papa pozwala, ale widzi tylko gazetę i stąpa jak lokomotywa, która wyraźnie zaznacza, że z drogi nikomu zejść nie myśli. Angielski chłopczyk natomiast poczuwa się do uprzejmości za czekoladę i zawiadamia w zamian, że jedzie do ciotki na plum pudding, bo jego siostrze urodziło się małe bebi. Serdecznie się z tego cieszymy i dojeżdżamy do Liverpoolu, gdzie gubimy rzeczy, przechodzimy szereg nieporozumień technicznych i nareszcie jesteśmy w hotelu, w którym mamy znów czekać parę dni na zdobycie okrętu.

Czytelnicy i czytelniczki, których los nigdy nie wypchnął poza rubieże ojczyste, czy wiecie, co uderza człowieka wchodzącego do numeru w hotelu lub zresztą i prywatnego pokoju do odnajęcia? Łóżko. Nie! Łoże, łożyszcze, konstrukcja do łóżka podobna, potwór na niskich łapach, który się rozsiadł na samym środku pokoju i wypycha wszystko inne. Jest szerokie jak Atlantyk i z tym wszystkim ma dwie małe poduszeczki u wezgłowia. Pewien nasz oszczędny widocznie z natury rodak zawsze się martwił, po co ludzie robili tak duże poduszki, kiedy głowa właściwie jest taka mała? Anglicy widocznie wykombinowali sobie to samo i zrobili poduszki wąskie a podłużne, tak jakby ktoś nasze przeciął na pół. Poza tym zaś łoże jest bajeczne, z wyjątkiem żeby się nie budzić znienacka w nocy. Wtedy bowiem człowiek nie pamięta, gdzie jest, i bardzo się boi, czując, że ze wszystkich stron jest miękko i nigdzie nie sięga brzegu. Na poprzek łóżka można się dla rozmaitości położyć również. I gdyby, broń Boże, takie łóżka wprowadzili u nas w Pińczowie czy Kielcach, żadna rodzina z rodu Izraela nie splamiłaby się wynajęciem dwu numerów, gdyż, licząc poprzecznie, jedno średnie łóżko jedną średnią rodzinę pomieścić może z komfortem.

Zasadniczą różnicą hotelu zagranicznego a naszego jest tryb towarzyski.

U nas człowiek w numerze mieszka. U nich - tylko sypia. Numer - to pokój snu i toalety. Stąd to imponujące królowanie łóżka i stąd brak tak cenionych u nas kącików z kanapką, kwiatkiem lub fotelikiem. Od tego są numery apartamentowe - salonik, sypialnia i łazienka, bynajmniej nie dużo droższe od pojedynczego. Jeżeli numer pojedynczy nie ma specjalnie towarzyskich urządzeń, mają je za to na szeroką skalę salony po temu przeznaczone. Hole, czytelnie, palarnie, salony dla pań, herbaciarnie itd. Tam ludzie schodzą się, rozmawiają i spędzają czas. Siedzenie w numerze poza snem jest niepraktykowane, zaś przyjmowanie w numerze zgoła niedopuszczalne. Do tego europejskie samotnicze zwierzę przyzwyczaja się z pewną fatygą, później jednak uważa słusznie, że jest to tryb wskazany.

Urządzenie wewnętrzne jest komfortowe w tym sensie, jak go rozumie brzmienie angielskie: comfortable jest równoznacznikiem wygody, nie zbytku. A więc wygodne łóżko, lampa tuż przy łóżku, lampa przy lustrze, żyrandol u góry, umywalnia zaopatrzona w wodę ciepłą i zimną, codziennie zmieniane ręczniki zwykłe i włochate, łazienka zaopatrzona we wszelkie gatunki prześcieradeł i mydło co dzień świeże i nierozpieczętowane, co, nawiasem, jest bardzo pożądane. Niektóre hotele nadto w łazienkach posiadają automaty toaletowe. W małej szafce za szkłem stoją rozmaite kremy, proszki, szczoteczki, pasty, pudry itd., które za wrzuceniem jakichś drobnych centów do maszynki wypadają na tackę i są do użytku. Jest to udogodnienie ogromnie pożądane dla ludzi podróżujących, którzy się śpieszą lub nie chcą obarczać rzeczami, gdyż hotel zaopatruje ich dosłownie we wszystko, plus wzorowa czystość łazienek, umywalni itd., gdzie wszystko jest białe, kaflowe i lśniące.

W Liverpoolu nie mieliśmy czasu zbytnio się wtajemniczać w tryb hotelowy z powodu, iż pochłonęła nas sprawa zdobycia lub niezdobycia okrętu, utrudniona strajkiem, jaki wówczas trwał. Przedstawiało się tak, że albo musimy czekać jakieś niezmierne ilości czasu na odpowiedni okręt, albo jechać na straszliwym gruchocie omal nie trzecią klasą i z rozmaitymi innymi komplikacjami. Z tego powodu liverpoolskie dziwy obserwowaliśmy tylko jednym okiem. Wystarczało to jednak, aby spostrzec, że miasto jest duże, ładne i ruchliwe, ma ozdobne trawniki i ciekawe monumenty, a nadto publiczność przedstawia się dobrze, mimo że niskie obcasy deptały w sposób zdecydowany nasze pojęcia estetyczne. Wystawy sklepowe oczywiście dla oczu kobiecych przedstawiały największą atrakcję, zwłaszcza że prezentowały one tak cenione w Polsce prawdziwe "angielskie" artykuły - płaszcze, suknie, materiały i walizy. Mimo to późniejsze wrażenia amerykańskie prześcignęły angielszczyznę bezkonkurencyjnie.

Olbrzymie muzeum przyrodnicze przy pobieżnym zwiedzaniu pozostawiło jedynie to skromne w swym pogłębieniu wrażenie, że jest olbrzymie i że było w Liverpoolu. Gabloty ze szkła i dziwotwory w gablotach, ot, jak w każdym innym muzeum, wyjąwszy, że gmaszysko było potężne i że gablot było niezwykle dużo. Poza tym najbardziej wybitną rzeczą był port, jak to się samo przez się w portowym mieście rozumie, ale że widok portu jest rzeczą zbyt znaną, można go bezboleśnie pominąć. Kieruję się w tym wypadku indywidualną antypatią, gdyż osobiście uważam, że kłopoty z bagażami i widoki portowe są dwoma najbardziej przygnębiającymi składnikami podróży, jeśli pominąć pluskwy. Pluskwy jednak muszą być albo nie być, port zaś zdarza się nieuchronnie. Jest to miejsce z natury rzeczy mokre, o wodzie, po której pływają tłuste oka smarów maszynowych, o masie czarnych kadłubów okrętowych moknących melancholijnie w czarnej również wodzie, z szeregiem kominów, które na przemian dymią lub ryczą, ze stosami desek, smolnych sznurów, beczek, pali, węgla i innych obrzydliwości i z ponurymi budowlami bez okien i ścian, gdzie się odbywają tortury celne, paszportowe, bagażowe i wiele innych. Pomiędzy tym wszystkim tłucze się gromada ludzi pragnących się stamtąd ratować, a przed którymi coraz to wyrasta jakaś urzędowa figura i zawiadamia, że tędy wychodzić nie wolno. Mam głębokie przeświadczenie, że po porcie bardziej przygnębiającym miejscem są tylko miejskie rzeźnie, i nigdy nie mogę zrozumieć niezdrowych zachwytów Robinsona Crusoe nad portami i miastami portowymi, które go skusiły do podróży. Jest to po prostu, mówiąc między nami, nabieranie gościa, który nigdy tej rozkoszy nie spróbował, a więc i sprawdzić, co to za ananas, nie może.

Paf! Jak rakieta spada na nas wieść, że jutro rano wyruszamy, i to najwspanialszym okrętem, jaki wymarzyć było można. Jakoś tam się zrobiło, przedstawiło, omówiło i miejsca się znalazły. Popłoch i zamieszanie! Ostatni dzień w starej Europie, no bo to zawsze jeszcze Europa. Załatwiamy na gwałt sprawunki, wysyłamy całe wyraje pocztówek do Polski, sprawiamy ogromną dywersję wśród personelu pocztowego naszą egzotyczną aparycją i pronuncjacją, mylimy się w markach, wymieniamy pieniądze, usiłujemy wytłumaczyć przestraszonej panience w cukierni, że chcemy lodów, nie lodu, który nam radzi zakupić w aptece, pakujemy walizy i kładziemy się spać po raz ostatni na bogobojne lądowe łóżka. Rano mamy się ładować na okręt do Ameryki. [...]

- Wygląda, jak gdyby miała być burza - robi spostrzeżenie jakiś on, spoglądając na morze.

Obraca się przy tym do jakiejś onej, która stoi najbliżej, uwieczniając kodakiem senne morze, i uśmiecha się. Spojrzał na wodę i wydało mu się, że burza będzie, pragnie się podzielić tym spostrzeżeniem z kimś innym; dzieli się z tym, kto jest najbliżej. Ona z kodakiem wcale się też temu nie dziwi, tylko również uśmiecha i wyraża swoje przypuszczenia w tym względzie. Potem mówią o kodaku, potem o trzęsieniu ziemi w Afryce, potem spacerują razem, potem są dobrymi znajomymi i spędzają najmilej w świecie czas. Tyle wspólnych godzin łączy na okręcie ludzi, którzy by z sobą przestawać chcieli! Pokład i spacery, leżaki, salony i saloniki, czytelnie i muzyka, oranżerie i nieuchronne tańce po kolacji... Tylko dobrych chęci! A że Amerykanie są bardzo towarzyscy, więc na chęciach nie zbywa. I postronny widz może obserwować arcyciekawe przymierza, sojusze, koalicje i ententy, duże, średnie lub małe, jakie się tworzą, trzymają czas jakiś i rozluźniają się, niczym w konstelacjach dyplomatycznych. Nie brak oczywiście i podkładu sentymentowego - i to wówczas już jest miłość tak sezonowa, że nawet Zapolskiej by zaimponowała. W najdłuższym wypadku trwa tygodnie, w najkrótszym zaś - osiem dni. Z New Yorku do samego Gdańska.

Zbyt zaawansowanych wyników to nie sprowadza, bo bardzo młode panienki, które by bezkrytycznie podlegały czarowi flirtu na tle kosmicznym jak ocean i niebo ze wszystkimi jego gwiazdami, podróżują przeważnie z rodziną. O ile zaś nawet nie, są częściowo zabezpieczone przez zrzeszenia kobiece, dbałe o cnotę i bezpieczeństwo młodych podróżniczek. Z tego powodu mieliśmy sposobność obserwować bardzo pouczający, choć coś niecoś humorystyczny wypadek.

W Gdańsku jeszcze przy naszym stole posadzono młodą osóbkę, bardzo podróżnie i angielsko wyglądającą i o wcale nie brzydkiej stylizowanej na Londyn buzi. Okazuje się - rodaczka. Mniejszość narodowa z Kielc, z Przasnysza czy zresztą z innej okolicy, znakomicie przy tym mówiąca po angielsku i prawie bez akcentu po polsku. Rozmawiamy, bo nie zna nikogo i chce jechać w polskim towarzystwie. Nie boi się jechać sama? Nie boi się, o, ani troszkę! Jedzie zresztą tylko do Londynu, a Londyn tuż. Nadto jedzie, ażeby wyjść za mąż. Czy tak? Osoba, która jedzie do Londynu, aby wyjść za mąż, zwłaszcza spod Kielc czy też Przasnysza, zawsze wzbudza pewne zainteresowanie. Grupuje się więc większa ilość osób gwoli szczegółów. Bardzo jej przyjemnie, owszem. Dlaczego jedzie sama? Bo papa jest zajęty, a mama się boi morza, o, mama się wszystkiego strasznie boi! Narzeczony? O, to bardzo szykowny człowiek, prawdziwy Anglik! Przyjechał w lecie do swego wujka do Kielc czy Przasnysza, bo jego wujek tam ma wielki interes ze zbożem, no a ona tam była u swojej cioci i poznali się. On jest bardzo dobry i nawet chce, żeby ona całą wyprawę zrobiła za jego pieniądze, on nic nie jest oszczędny, aż fe! Za to ona ma rozum. Po co wydać, kiedy można oszczędzić? Teraz ona także robi oszczędność z tą podróżą. Bo po co ona ma płacić za drogę w polskich markach, kiedy to taki duży koszt? Ona pomówiła z panem kapitanem okrętu, że jej narzeczony jest wielki kupiec i że on ją spotka w Hull, to on za nią koszta wszystkie zapłaci. Takie pieniądze - albo to małe pieniądze? Pan kapitan to grzeczny człowiek, on się nie potrzebował z nią wiele targować. On zapisał sobie adres jej rodziców i jej narzeczonego, i powiedział: "All right". To ona ­jedzie spokojna. Dlaczego ona nie ma spokojnie jechać? A nazajutrz po przyjeździe to oni zaraz będą brali ślub, bo on już taki jest, że wszystko ma być zaraz.

Ha, no! Bywają większe ryzyka. Nie dziwimy się zresztą zbytnio szykownemu narzeczonemu, którego wujek w Przasnyszu potrzebuje mieć wielki interes ze zbożem, bo panna jest także szykowna, i to cała w stylu angielskim, od sportowego kapelusika do podróżnych waliz włącznie. Nie narzuca się przy tym zgoła za dużo nikomu, ot - trzyma się bliżej grupy rodaków. Daje się fotografować w sportowych strojach naszym panom bardzo mile i załatwia niedomagania angielszczyźniane naszych pań z gotowością. Ogólne zdanie, że jest wcale "niczego".

Jednakowoż nie uchodzi naszej uwagi spostrzeżenie, że w miarę zbliżania się do Anglii nasza Angielka staje się coraz mniej spokojna. Ogarniają ją nieprzewidziane wątpliwości. Ale to nic, to tylko ot, tak sobie. Czego ma się bać? Narzeczony ją spotka w porcie i już. Depeszowała do niego, że jedzie. A czy dostała odpowiedź? Nie, odpowiedzi nie dostała. No a jeśli nie spotka? O, spotka z pewnością, on w niej jest bardzo nawet zakochany. No a jeśli mimo to nie spotka? No to i zresztą cóż wielkiego? Można pojechać do hotelu i zaczekać. Pieniądze? No nie, pieniędzy ona nie ma, bo przecież jechała brać ślub. Ale ona zrobi tak - ona zostawi na okręcie swoje rzeczy, żeby pan kapitan był spokojny, a sama, no, ona sama nie wie, co wtedy będzie robić. Narzeczony właśnie zmienił adres.

My też nie wiemy i trwamy w nieświadomości aż do chwili, gdy okręt przybija do lądu. Tu jest oczywiście ogólny popłoch i zamieszanie i nie mamy czasu na zajmowanie się losami Angieleczki. Widzimy jednakowoż to tu, to tam jej bardzo podróżny woal, powiewający w tłumie na bardzo sportowym kapelusiku, i tęskne oczy - naprawdę ładne! - nadaremnie poszukujące w tłumie szykownego narzeczonego. Narzeczonego nie ma, rozstąp się, ziemio, nie ma. Ładne oczka mają wielką chęć do płaczu i rozmawiając z zakłopotanym również kapitanem, są dużo mniej zalotne niż zazwyczaj. Nawet woal zwisa raczej żałośnie. Potem wszystko gdzieś ginie, a potem wpadamy na siebie przy walizach, gdzie nasza podróżniczka londyńska siedzi i płacze. Narzeczonego nie ma, adresu nie ma, pieniędzy nie ma - rozpacz.

Poczuwamy się do pewnego obowiązku solidarności. Nawet mniejszość narodowa ze Słonimia czy Konina ma swoje przywileje sentymentowe. Składamy szybką naradę i właśnie jesteśmy w trakcie tejże, gdy Deus ex machina zjawia się, jak zawsze w krytycznej chwili, na scenie i czyni cud. Na ten raz ma postać suchej, małej i nagłej w ruchach osóbki w dziwnej mantyli sprzed dwudziestu lat, a którą kapitan triumfalnie prowadzi ku Angielce. Z całej postaci można wnosić, że jest to istota zawodu społecznego, nadto zaś dźwiga na tejże pelerynie jakieś godła kolorowo-wstążeczkowe, znamionujące nieomylnie, że należy do jakiejś angielskiej duszzbawiennej instytucji. Kapitan zresztą stwierdza triumfalnie to samo. Jest szczęśliwy, że może pomyślnie załatwić przykre nieporozumienie z miss... Ukłon w stronę zapłakanych oczek. Ma przyjemność zawiadomić ją, że zaopiekuje się nią szanowna pani Igrek z filii YWCA (Stowarzyszenie Młodzieży Chrześcijańskiej) - ukłon w stronę peleryny. Miss zechce się udać bezpiecznie wraz z nią na ląd, gdzie stowarzyszenie da jej schronienie i poczyni wszelkie kroki telegraficzne i kablowe, na koszt własny, celem odszukania bądź narzeczonego w Londynie, bądź papy w Słonimiu, gdyby zaszła potrzeba powrotu. O, nie warto mówić. Uważa za swój miły obowiązek załatwić sprawy pasażerów w sposób zadowalający - ukłon ogólny, i kapitan bardzo spiesznie odbiega do swoich czynności, których ma tłok.

Czujemy wszyscy wielką ulgę, największą zaś - Angielka, która już śpiewa i zbiera eleganckie neseserki. My tymczasem - raczej ci spośród nas, którzy angielskim władają z odpowiednią wprawą - nawiązujemy konwersację z peleryną. Dowiadujemy się, że urzęduje stale w porcie, bo to jest właśnie jej dział. Po przyjściu statku wchodzi w tłum i rozgląda się, czy kto nie potrzebuje pomocy. Ale nie zna przecież języka emigrantów. O tak, zapewne, ale ma wyrobione oko. Nie pyta o nic, tylko patrzy. Tę miłą panienkę wypatrzyła także. O, nic nadzwyczajnego; trochę wprawy społecznej. Czyż tak trudno odróżnić kogoś, kto ma w oczach łzy, niepokój lub rozpacz? Ona już tyle widziała różnych ludzkich oczu! Zna ich wymowę bardziej wyraźną niż jakikolwiek język na świecie. Zresztą stowarzyszenie ma tłumaczki. O tak, robi to bezinteresownie, służba społeczna. Oczywiście o ile klientka może potem zapłacić, płaci. Ale przygotowane są zawsze na bezzwrotne koszta. Tyle dziewcząt przyjeżdża na obczyznę i zmuszone są iść wprost na bruk!

Prawa emigracyjne mają dużo do uzupełnienia, aby mogły stanowić naprawdę ochronę jadących. Tymczasem ludzie dobrej woli dopomagają ich niedomaganiom, uzupełniając ich braki, jak się da. A może życzymy sobie mieć adres jej stowarzyszenia? Proszę bardzo, oto jest! Malutka kartka, miejsca nie zabierze, a w podróży zawsze się taka informacja przydać może. Albo gdyby nam mogła być w czymś użyteczną? Ona najchętniej! Może adres pensjonatu? Kościoła? Szpitala? Muzeum? Okręty? Pociągi? Może coś innego, czego na razie przewidzieć nie umie?

Nie potrzebujemy jednak nic i pelerynka odchodzi, uprowadzając ze sobą błędną owieczkę emigracyjną. Kiwa nam długo i przyjaźnie głową i suchą, małą rączką wiewa na do widzenia. Wyglądają zabawnie razem - nasza sportowa i szykowna Angieleczka, smukła jak topólka, z żółtym neseserem w ręce, a przy niej sucha figurka, na której wyszarzana peleryna wisi jak skrzydła nietoperza nad prunelowymi[23] schodzonymi bucikami skrzętnie drepcących nóg. [...]

Około czwartej na okręcie ma miejsce słynne five o'clock tea, herbatka popołudniowa. Miejsce nie obowiązuje: roznoszą ją wszędzie, po salonach, pokładach, czytelniach, bilardach i leżakach. Natomiast szanujący się pasażerowie schodzą się na herbatkę do ogrodu zimowego. Jest to miejsce na najwyższym piętrze, oszklone, słoneczne od masy światła i promieni, a cieniste od masy krzewów i roślin, które nadają oszklonej sali miano ogrodu. Po tym rozrzucone są zaciszne kąciki fotelikowe i kanapkowe ze stolikami, parawanikami, lampkami i innymi rozkoszami oraz niezgłębionej objętości i miękkości biedermajery dla samotników, polujących na stanowisko odrębne a wygodne. W głębi gra orkiestra, przez oszklone ściany błękitnieje morze, fotele są wymarzone, herbata ("Black or yellow?", "Czarna czy żółta?" - stałe pytanie w Ameryce) dobra, keksy znakomite - siedzi się, je się, pije się, rozmawia się, patrzy się... Co za amalgamat ras, twarzy i narodowości! Okręt to istne cudowne panoptikum świata.

A propos ras, spostrzegamy, że jadą z nami Japończycy, i to nie byle jacy, tylko grube ryby dyplomatyczne! Nie noszą bynajmniej kimona, ale widzi się ich jakoś mimo to po japońsku. Milczą, trzymają się osobno od wszystkich, są poważni i mają to do siebie, że z chwilą, kiedy się przyłapie ich na patrzeniu, robią oczy szklane, tak jakby patrzyli w przestrzeń. Interesują nas szalenie i część niewieścia naszej grupy manewruje póty, aż panowie się wreszcie jakoś zapoznają z synami Słońca i zaczynają się sobie wzajemnie kłaniać. Szczytem naszych marzeń jest sfotografować się z Japończykami. Fotografia z prawdziwymi japońskimi Japończykami. To fascynujące. Ale jak to zrobić? I czy Japończyk w ogóle wie, co to jest aparat fotograficzny?

Okazuje się jednak, że wie, i nawet sam ma aparat. Ogarnia nas szał radości. Tłumaczymy na migi, żeby się zdjąć razem. Japończycy się strasznie cieszą i biegną po resztę swoich towarzyszy, my to samo. Schodzimy się wszyscy w oranżerii i wciąż na migi namiętnie dyskutujemy pozy i miejsce. W końcu siadamy wszyscy na fotelach po europejsku i Japończyk nas zdejmuje, potem zaś kucamy na dywan po japońsku i zdejmuje nas jeden z naszych panów. Wszyscy jesteśmy strasznie zadowoleni. Japończycy nadto dają nam japońskie pocztówki z kwiatami wiśni i wulkanem Fudżi-jama oraz japońskie monety ze smokiem. Rewanżujemy się im narodowymi Marysiami przy studni i krakowskim weselem, oświadczamy sobie masę uprzejmości, zapraszamy się wzajemnie do Japonii i do Polski, i to tak wyczerpuje nasze zasoby konwersacyjne, że mamy siebie zupełnie dosyć, aż do zobaczenia się w oznaczonych krajach ojczystych. Japończycy, uwiecznieni na kartach, zatracają urok niedoścignionego egzotyzmu, toteż rzucamy się zachłannie na nieznane jeszcze typy.

[...] Cichą udręką pasażerów, małym a kąśliwym insektem, którego nadto niepodobna przysypać perskim proszkiem[24], było pewne rozkoszne dziecko amerykańskie, które oby już pozostało w swojej ojczyźnie, nim dorośnie. Ach, cóż to było za niezdrowe zadowolenie patrzeć, jak pastwi się nad kimś innym, i co za skryta panika, by się nie stać samemu ofiarą! Rozkoszne dzidzi miało przetrąconą na razie nogę, bo chciało koniecznie zaraz w porcie skakać z mostku, zamiast schodzić, i dokonało swego. Skutkiem tego było na czas jakiś unieszkodliwione, natomiast jednak matka kazała je wynosić codziennie na pokład, i to w różnych porach dnia na różne pokłady, tak że niepodobna było przewidzieć, gdzie się w szpony małego potwora wpadnie. Baliśmy się go wszyscy strasznie, ale przyznawaliśmy, że rola bezstronnego słuchacza była dość interesująca.

Dziecko - był to chłopaczek - przede wszystkim długo i uważnie wypatrywało ofiarę, kierując się nieomylnie w stronę najsłabszych. Znalazłszy, wydawało radosny wykrzyknik, głosem młodego, lecz wrzaskliwego pawiana, i zaczynało dialog prowadzony na pozór z matką, lecz w którego ogniu nieszczęsna ofiara piekła się jak kurczę na rożnie.

- Mamusiu!... - wrzeszczało chłopiątko, wybijając zdrową nogą takt po głowie Murzyna, który mu lokował obandażowaną kończynę w sposób odpowiedni. - Mamusiu, czy ta pani w liliowym to ma także perukę jak ty, czy jej rośnie na własnym? Co, mamusiu?

Biedna matka gubiła w zmieszaniu kłębki od swojej roboty i cichym głosem błagała jedynaka, by mówił mniej głośno, zaś pani w lila czerwieniła się z gniewu jak ćwikła, z czym jej było niezmiernie malowniczo. Rozkoszna dziecina tymczasem upatrywała sobie nową ofiarę.

- Żółty sweterek, hallo! Hallo! Żółty sweterek! Jak pani ma na imię? Kunegunda?

Dziewica z żółtą twarzyczką i w swetrze widocznie pod kolor uśmiecha się tym dziwnym sposobem, co to z jednej strony jest trochę jak uśmiech, a z drugiej - trochę jak fluksja[25], i mówi najsłodszym głosem, ile że audytorium werandujących jest liczne i ciekawe.

- Kunegunda? Cóż znowu, mój chłopczyku! Dlaczego tak myślisz?

- Bo myśmy mieli taką służącą przedtem, jak wyjechaliśmy z domu! Była podobną do pani i żółta jak szafranowa bułka. Czy pani lubi szafranowe bułki?

Dziewica pewno w tej chwili lubi małe dzieci na surowo w musztardowym sosie, ale bardzo się śmieje i prawie aż się krztusi. Szczęściem chłopczyk zdążył wykraść z koszyka matce duży kłębek bawełny i rzucić go w wodę przez siatkę pokładu, z czego ogromnie się cieszy, bo nitkę trzyma w ręce. [...]

New York.

A więc jesteśmy! Jeszcze nie Chicago, dokąd właściwie jedziemy, ale już Ameryka. Ten nowy, inny, młody świat. Oczywiście jeszcze daleko przed portem jesteśmy zemocjowani, jak to będzie. Szalejemy z ciekawości, aby wreszcie raz już ujrzeć na własne oczy posąg Wolności, znany tylko z opisów, zobaczyć gwiazdy na modrym niebie amerykańskiego sztandaru. Czy sama myśl takiego sztandaru mogła powstać w innym kraju niż ten, gdzie kolonista-emigrant, leżąc obok krytego płótnem wozu, przygodnego domu jego kobiety i dzieci, patrzył na te gwiazdy swojej nowej ojczyzny, dokąd przybył po dolę, i wróżył w duchu, jaką ta dola będzie? I czy wśród gwiazd drgających wysoko ponad nim jest ta, co mu będzie przewodnią w kraju, gdzie jego siekiera pierwsza zadzwoni o wielowieczny, nieustępliwy, głuchy bór?

W każdym razie byliśmy grubo rozczarowani, bo okręt z całą prostotą wszedł do portu w nocy i wszelka reprezentacja narodowa nas ominęła ze szczętem. Obudziliśmy się w dokach, wśród czarnych budowli i raz już omówionych poprzednio portowych (brr!) obrzydliwości, i niezasileni żadnym wzruszeniem z tej dziedziny, musieliśmy przebywać przygnębiający istotę ludzką ceremoniał lądowniczy, który oby już się więcej nie powtarzał. Boże, Boże, Boże! Czego to ludzie dla udręki innych ludzi nie wymyślą! W Chinach istnieje podobno ogród udręczeń. Czemu by nie miał istnieć w Europie lub Ameryce okręt udręczeń? I to jeszcze po angielsku. Aż przykro.

A propos ceremoniału - uderzył nas niezmiernie ciekawy i charakterystyczny dla kraju wolności szczegół lądowania. Mianowicie w pewnej chwili, kiedy już wszystkie formalności na okręcie z pasażerami załatwiono i między tłumem w porcie a tłumem na okręcie już nawet przerzucono mostek, policja obsadziła oba jego krańce i przepuściła na okręt szereg indywiduów w cywilu, około dwudziestu, którzy szybko weszli na pokład i rozsypali się bez słowa wśród pasażerów. Charakterystyczne było, że mieli coś wspólnego, jakby wewnętrzny uniform, chociaż ubrani byli każdy różnie, i że nie byli jednak urzędnikami ani czymś podobnym. Poinformowaliśmy się, kto to jest. I dowiedzieliśmy się, że są to ni mniej, ni więcej, tylko - detektywi, którzy są wpuszczani na okręt, gdzie nie wolno wejść nikomu z portu przed wylądowaniem pasażerów, a którzy mają każdy swoją funkcję i przeznaczenie. Może to bardzo rozsądnie. Niemniej... detektyw był dosłownie i literalnie tą pierwszą gołębicą wysłaną przez wolną ziemię na naszą europejską arkę. Ha! Czasy się zmieniły. Ale bądź co bądź ten szczególik policyjny oblał zimną wodą nasze egzaltacje wolnościowe. Idziemy i podejrzliwie się boczymy na każdego, kto się na nas spojrzy. A może to detektyw?

Umęczeni i udręczeni wielorako, siedzimy nareszcie już w jakiejś poczekalni, zanim ruszymy do miasta. Demokratycznie! Olbrzymia hala, ale żadnych odznaczeń dla publiczności lepszej czy gorszej. Solidne kanapy z drzewa - ale niewyściełane.

Wszędzie bardzo czysto - ale posadzka z flizów[26] bez dywanu. Kolosalne łukowe okna, w które by mogła wjechać lokomotywa, od posadzki do sufitu. Pod oknami małe biureczka, papier listowy, koperty, depesze, kable. Publiczność różnoraka, ale trudno odróżnić sferę po ubraniu; wszyscy ubrani dostatnio i przeciętnie, przyzwoicie. Dobrze, ale gdzie czeka na pociąg miliarder, który jedzie? I gdzie pluje tytoniem i śmieci papierem po kiełbasie robotnik? Gdzie pachnie śledziem Żyd?

Zastanawiamy się nad tym, skupieni przy jednym z biureczek, gdy staje przed nami istota żeńska w rodzaju uniformu, w białym fartuszku i w białym czepeczku, z oschłą twarzą pod tymi anielskimi skądinąd dodatkami.

- Państwo zechcą usiąść na ławkach. Przy biurkach wolno tylko pisać.

I dodaje, widząc, że wyglądamy zaskoczeni:

- Rozmowa przeszkadza piszącym.

Takie proste! Nieprawdaż? Ławki są do siedzenia, biurka do pisania, a rozmowa piszącego drażni! Wycofujemy się na ławki i rozmyślamy, czyśmy o tych złotych prawdach nie wiedzieli. Ależ... i owszem! Któż by nie wiedział? Tylko że...

Sformułowanie nasunęło się, ale dużo później: że Amerykanie zasadę uznaną za dobrą wprowadzają ściśle w życie, u nas życie chodzi sobie, a zasady - sobie. Stąd wiemy, że rozmowa piszącemu obok panu pewno nie dopomagała, ale żeby zaraz dlatego przestać mówić?... I przy tym zdawało nam się, że w tym kraju wolności wolno przynajmniej usiąść przy biurku, które jest wolne, nawet jeżeli się nie pisze?...

Siedzimy w medytacjach. Coś antyeuropejskiego, coś nieznanego już nas muska skrzydłem. Jedna z pań wzdycha i zapaliwszy papierosa, patrzy na smużki dymu z melancholijnym rozczarowaniem, które mówi:

- Ależ ta Ameryka!...

Istota w uniformie, wynikająca bezszelestnie z jakichś tajników, wyrasta nagle przed nami znowu jak memento mori i suchym palcem ukazuje jakąś tablicę na ścianie.

- No smoke, nie wolno palić!... - objaśnia obojętnie. - Wśród większej ilości osób mogą się zawsze znaleźć takie, którym dym szkodzi.

Spłoszona nikotynistka jest tak zaskoczona, a w istocie uniformowej jest tyle nieodwołalnej bezapelacyjności, że ciska w tejże chwili niedopałek na ziemię. Na istotę ten mały zwitek dymiący na podłodze - jest na niej niestety jedyny! - czyni wrażenie dynamitu. który zaraz wybuchnie. Depce go i odrzuca końcem bucika w kierunku jednego z koszy, który oczywiście do tego jest przeznaczony. Mierzy przy tym naszą towarzyszkę wzrokiem tak pełnym nieukrywanej pogardy pomieszanej z obrzydzeniem i ciekawością, że na ten raz buntujemy się wszystkie.

- Co ta mumia sobie myśli? Dlaczego wyprawia takie miny? O tego papierosa na podłodze? Także coś!

Objaśnia nas dopiero jeden z panów, który nadchodzi na koniec zajścia. Pokazuje się, że mumia miała rację, bo - proszę bardzo! - w Ameryce kobietom palić nie wolno, jak u nas, powiedzmy, wyjść na ulicę w spodniach (czego, nawiasem, w Ameryce ma się dosyć na każdym kroku). Palą publicznie tylko kobiety... publiczne. Taką wolno zaczepić i w ogóle potraktować odpowiednio. Zapalić w restauracji, w poczekalni, w kawiarni to wydać na siebie wyrok i narazić się nieraz zupełnie poważnie. Zresztą często nie wolno palić i mężczyznom, są do tego specjalne pokoje, specjalne wagony - tak jak u nas wagon dla niepalących. No smoke! Ostrzeżenie to się widzi powszechnie. I, mój Boże!... Jak się przypomni jaki pociąg między granicą a Krakowem czy inne takie rajskie ustronie, gdzie żydowskie chałaty pachną sobie, wiktuały podróżne - sobie, a nad wszystkim się unoszą obłoki, chmury, niebiosa brudnego dymu, w którego kłębach nadaremno błaga jakiś kobiecy, rozpaczliwy głos:

- Otwórzcie, państwo, okno, dziecko się dusi! Na miłość boską, otwórzcie przecież okno!

Patrzymy w zamyśleniu na salę. Tak! Nie ma dywanów, ale i niedopałków ani śmieci także nie ma. Nie ma wyściełanych mebli, ale są biurka do pisania ze wszystkim, co potrzebne, i nie wolno tam rozmawiać, bo to przeszkadza piszącym. A na ścianie tablica: No smoke. Nowa, nieznana Polsce sala. Patrzymy na nią. I usiłujemy zgadnąć jej ducha. Tak! Amerykanie otworzyli okno.

"Bluszcz" 1922, nr 31-35, 38-39, 41-42

Z fantazją o podróży

W świecie współczesnym życie literackie stało się zbyt przeludnione i hałaśliwe. Nikt już nie panuje nad tym, co czyta.

Tak Jan Parandowski diagnozował swoją epokę w Alchemii słowa. (A był dopiero rok 1951!). Ten bodaj największy polski erudyta (któremu zdarzało się także pisać reportaże, patrz t. 1, s. 247) w swoim dziele o tajemnicach literackiego rzemiosła zmierzył się też z popularnością książek Antoniego Ossendowskiego. Właśnie jego oskarżał o ów literacki hałas:

Przekłady [...] idą drogą fantastycznych nieporozumień, niedorzecznych kaprysów, raz rządzi nimi spryt księgarski, to znów obrotność autorów lub koniunktura. Niepodobna żadną wyższą myślą uzasadnić takich sukcesów między­narodowych jak Axel Munthe lub Ossendowski.

Owe sukcesy Ossendowskiego to:

między rokiem 1923 a 1947, czyli za jego życia i dwa lata po śmierci, ukazało się w Polsce siedemdziesiąt siedem jego premierowych książek; w swoim najlepszym okresie pisał średnio trzy, cztery książki rocznie; już w 1933 roku, czyli dziesięć lat po polskim debiucie, był drugim najchętniej tłumaczonym polskim pisarzem: sto czterdzieści dwa przekłady na dziewiętnaście języków. Zdystansował go tylko Henryk Sienkiewicz: pięćset sześćdziesiąt cztery przekłady na dwadzieścia siedem języków.

Życiorys Ossendowskiego jest niemożliwy do zamknięcia w kilkunastu zdaniach. Był chemikiem, podróżnikiem i pisarzem. Urodził się w Witebsku. W prasie debiutował jako dwunastolatek, po rosyjsku. Studiował nauki ścisłe w Petersburgu i na Sorbonie. Zajmował się m.in. chemią w służbie kolejnictwa, na przykład wykorzystaniem oleju sojowego jako smaru. Prowadził laboratorium w Tomsku. Rok 1905 zastał go w Mandżurii, dokąd pojechał na wyprawę badawczą. Za udział w rewolucji skazano go na dwa lata twierdzy, co opisał potem po rosyjsku w powieści W ludskoj pyli (1911). Po zwolnieniu z więzienia został dyrektorem fabryki asfaltu oraz prezesem Związku Przemysłowców Złota i Platyny. W 1918 roku brał udział w spreparowaniu dokumentów mających skompromitować przywódców bolszewickich. Uciekł z tego powodu na Syberię, skąd armia białych dowodzona przez Kołczaka (admirała, ale i badacza polarnego) na krótki czas wyparła czerwonych. Został - jak twierdził - jego doradcą. To za tę działalność wydano na Ossendowskiego wyrok śmierci. Po straceniu Kołczaka bolszewicy urządzili na zajmowanych przez niego terenach polowanie na ludzi o polsko brzmiących nazwiskach. Czterdziestoczteroletni Ossendowski postanowił uciekać przez Mongolię i Chiny, by potem przez Pacyfik dopłynąć do Europy. W drodze przez tajgę spotkał Polaka, z którym odtąd podróżował konno, kryjąc się przed pościgiem.

Z tej wędrówki, już po powrocie i osiedleniu się w wolnej Polsce w 1922 roku, Antoni Ossendowski napisał jedną z najpoczytniejszych na świecie książek pierwszej połowy XX wieku. Wyszła w 1923 roku niemal równocześnie w Stanach Zjednoczonych i Polsce. Tam pod tytułem Beasts, Men and Gods, u nas - Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. "Kraj nieznany, nawet nieimaginowany staje przed nami w autentycznej relacji" - zachwycał się recenzent "Rzeczpospolitej".

"New York Times" szybko zaczął zestawiać powstające jak grzyby po deszczu utwory Ossendowskiego z dziełami Karola Maya. Londyński "Times" - z książkami Kiplinga i Londona. Ossendowski został autorem światowych bestsellerów, ale natychmiast zarzucono mu zmyślenia, błędy i nieprawdopodobieństwo opisywanych sytuacji. Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów było nawet przedmiotem literackiego sądu: w Paryżu znęcało się nad nim w publicznej dyskusji dwudziestu dwóch sławnych literatów i naukowców. Współcześni badacze też załamują ręce i wyliczają pomyłki Ossendowskiego, utyskując na jego niezasłużoną popularność. Nie traktujmy więc tekstu wybranego do antologii jako źródła informacji.

Polski pisarz bronił się twierdzeniem, że jego książka "nie jest utworem nau­kowym, lecz tylko romantyczną opowieścią o podróży". Powiedział, że równie dobrze mogłaby mieć inne zakończenie: "Nagle się obudziłem i spostrzegłem, żem zasnął przy biurku".

Melchior Wańkowicz zaniepokoił się, kiedy przeczytał, że Ossendowski widział przemieszczające się lądem szczupaki. Blaga w reportażu ma się - pisał - dobrze, a im temat odleglejszy, tym łatwiej blagować. Jednak "jeśli jest blaga, pytajcie zawsze siebie, czy nie ma w niej ziarenka prawdy" - radzi i wyjaśnia:

To ziarnko wykryłem dopiero w Abadanie nad Zatoką Perską, gdzie goszczący mnie Anglik pokazywał w swoich zbiorach okaz małego szczupaczka, nie dłuższego nad cztery cale, tak zwany climbing pike (Anabas testudineus), który żyje w Indiach i ma zwyczaj prześlizgiwać się z jeziora do jeziora.

Janusz Domaniewski, zaprzysięgły przeciwnik Ossendowskiego, pisał, że Antoni Ferdynand powinien wydać jeszcze jedną książkę: Przez kraj wydawców, banknotów i idiotów. Bernard Shaw po przeczytaniu Niewolników słońca (1927) - że polski autor wprowadził do literatury świeży powiew.

Ja najbardziej lubię początek Szanchaju (1937). Już sama budowa zdań i akapitów oddaje dynamizm i nieokiełznanie chińskiej metropolii:

Przeklęte, znienawidzone miasto.

Jedno z tych, gdzie długo nie gasła łuna minionej wojny ludów, gdzie płonie ona dotychczas na skłębionych obłokach.

Niektóre z nich szeroko rozsławiły po świecie okrutne swoje nazwy.

To jednak najstraszniejsze było na pewno, bo przerażająco obce, beznadziejnie dalekie.

Nazywało się Szanchaj.

Anglicy wymawiają to słowo inaczej - Szanghaj.

Jest w tym coś z uderzenia topora, spadającego na chudy kark chińskiego bandyty, coś z drapieżnego chrząknięcia kata przy zamachu. Nasz język nadaje tej nazwie brzmienie beztroskiej obojętności, a może - lekkiego podrażnienia: "Zejdź z drogi!".

Kto lub co ma zejść z drogi? Przedmiot, który można odrzucić kopnięciem nogi? Pies lub kot bezpański? Czy też człowiek głodny, chory, zrozpaczony?

Tak, tak - wszystko razem ogarnia to straszne słowo - Szanchaj.

Zdaniem Witolda S. Michałowskiego, biografa Ossendowskiego, wielomiesięczne ukrywanie się w tajdze i stepie, konna podróż przez Azję i świadomość, że każdy napotkany oddział może przynieść śmierć, musiały wpłynąć na stosunek pisarza do bolszewików. Jego na pół biograficzna, na pół fikcyjna powieść ­Lenin (wyd. polskie 1936) była paszkwilem na rewolucję i stała się światowym hitem. Od początku lat pięćdziesiątych do 1989 roku książki Ossendowskiego nie miały prawa ukazywać się w Polsce Ludowej.

A zasłużył sobie na to na przykład passusami w takim stylu:

Nikomu nie pokazał odjeżdżający z Rosji Lenin swego oblicza.

Było ono straszne.

Gdy siedział sam w wagonie i patrzał na sunące przed oknami smętne kraj­obrazy, oblicze jego stało się tragiczną maską nienawiści.

Nienawidził teraz wszystko i wszystkich.

Kiedy Lenin wyszedł we Włoszech, ambasada rosyjska doprowadziła do konfiskaty całego nakładu. Grabarz z cmentarza w Milanówku, gdzie pisarz został pochowany, wspominał ponoć, że po wkroczeniu Armii Czerwonej oficerowie NKWD nakazali mu wydobycie trumny z ciałem Ossendowskiego i przemocą sprowadzili jego dentystę, żeby stwierdził, czy to na pewno zwłoki autora Lenina. Podejrzewali, że sfingował swoją śmierć, żeby uniknąć odpowiedzialności.

Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (konno przez Azję Centralną)

Trzy dni nad przepaścią

Zaopatrzeni w fałszywe dokumenty, posuwaliśmy się brzegiem Tuby. Co piętnaście, dwadzieścia kilometrów natrafialiśmy na duże, po sto, czterysta domów liczące sioła, rządzone przez miejscowe sowiety[27], kierowane rozkazami sowietu i czeki[28] z Minusińska. Wszędzie spotykaliśmy sowieckich wywiadowców i szpiegów, lecz ratowały nas dotychczas nasze dobrze sfabrykowane paszporty techników delegowanych do robót budowlanych.

Ominąć tych siół niepodobna było z dwóch przyczyn. Najpierw nasze usiłowania, by ominąć siedziby ludzkie, przy ciągłych spotkaniach z chłopami w drodze, wzbudziłyby całkiem zrozumiałe podejrzenie i bylibyśmy niezawodnie bardzo prędko aresztowani przez jakiś najbliższy sowiet i odstawieni do minusińskiej czeki, która by naturalnie znalazła dla nas miejsce w Jeniseju; po wtóre - dokument mego towarzysza dawał prawo na wóz i dwa rządowe konie dla celów służbowych. Wobec tego musieliśmy odwiedzać miejscowe sowiety i zmieniać konie. Swoje konie oddaliśmy Kozakowi, który przewiózł nas przez Jenisej, a później odstawił do najbliższego sioła, gdzie dostaliśmy pierwsze rządowe pocztowe konie.

Wspominając drogę po Tubie, muszę zaznaczyć, że z małymi wyjątkami wszyscy chłopi byli bardzo wrogo usposobieni do bolszewików i słysząc od nas zimne lub krytyczne uwagi o sowietach, starannie nam dopomagali; szczególnie dawało się to odczuwać w domach sektantów[29] i Kozaków. My odpłacaliśmy za gościnność leczeniem chorych i radami gospodarczymi. Spotkaliśmy kilka komunistycznych wsi, których ludność była jednak nie­syberyjskiego pochodzenia. Byli to nowi osadnicy, przysłani jeszcze za czasów imperium z Ukrainy - pijani, leniwi, tępi i mściwi chłopi, których rdzenni Sybiracy nienawidzą, nazywając ich "szpana", co znaczy: szumowiny, brudy.

Bardzo prędko nauczyliśmy się odróżniać wsie komunistyczne od niekomunistycznych.

Gdy wjeżdżaliśmy do wsi, pobrzękując dzwoneczkami uprzęży końskiej, a siedzący przed domostwami starcy powoli wstawali i kryli się za wrotami, mrucząc: "Znowu jakichś diabłów "towarzyszy" przyniosło licho!" - wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy śród prawdziwych, uczciwych, wolnych Sybiraków. Lecz gdy w innej wsi chłopi obstępowali nas, zarzucając pytaniami: "Skąd, towarzysze? Po co, towarzysze? Czy to wypadkiem nie towarzysz komisarz?" - wtedy mieliśmy się na baczności i byliśmy bardzo oględni w słowach i w czynach.

Spotykaliśmy również wsie i sioła, których ludność prawie zupełnie wymarła na tyfus plamisty. Zresztą wszędzie ta straszliwa epidemia, która dotarła aż pod grzbiet Sajanów, zdziesiątkowała ludność syberyjskich wsi wzdłuż całego systemu rzeki Jenisej. Żyzne łany czarnoziemu leżały odłogiem, bo nie było komu pracować na roli, zresztą nie było już koni i bydła, gdyż komuniści zarekwirowali całą chudobę konserwatywnego i bogatego syberyjskiego chłopstwa, oszczędzając tylko leniwych i występnych osadników z Rosji europejskiej lub z Ukrainy.

Bardzo przykre chwile przeżyliśmy w wielkim siole Karatuz. Jest to raczej miasto niż sioło. Tu przed czasami bolszewickimi istniały dwa gimnazja, a ludność dosięgała dwudziestu pięciu tysięcy mieszkańców. Karatuz - stolica jenisejskich Kozaków, miasto bogate i wesołe. Obecnie było ono nie do poznania. Chłopi z Rosji i Ukrainy, uzbrojeni i rozagitowani przez bolszewickich agentów, wycięli ludność kozaczą, rozgromili wszystkie domy, które stały teraz popalone, z wybitymi drzwiami i oknami, ze śladami kul w murach i dachach.

Gdy podjechaliśmy do sowietu, aby zmienić konie, otoczyła nas gromada jakichś bardzo podejrzanych drabów. Okazało się, że trafiliśmy na posiedzenie wysokich komisarzy, przybyłych tu dla jakiejś sprawy z minusińskiej czeki.

Draby zaczęli nas indagować i żądać pokazania naszych dokumentów. Nie byliśmy bynajmniej przekonani, że nasze papiery wywrą pożądane wrażenie, więc staraliśmy się uniknąć rewizji dokumentów. Mój towarzysz agronom powiedział mi później:

- Co za szczęście, że u bolszewików wczorajszy nieudolny szewc piastuje urząd gubernatora, a uczeni ludzie tymczasem zamiatają ulice lub czyszczą stajnie czerwonej kawalerii! Z bolszewikami, bądź co bądź, można się dogadać, ponieważ oni nie odróżniają "dezynfekcji" od "influency" i "antracytu" od "apendicitu". W nich można wszystko wmówić, dopóki nie wypuszczą kuli z rewolweru...

Nam się rzeczywiście udało wmówić w komisarzy czeki wszystko, co dla nas było potrzebne. A więc kreśliliśmy im wspaniały obraz przyszłego rozwoju kraju, gdy my wybudujemy szosy i mosty, które dadzą możność eksportować las, wełnę, skóry z Urianchaju, rudy, naftę i złoto z Sajanów, bydło z Mongolii, drogie futra z lasów rosnących u źródeł Jeniseju...

Nasza "oda" trwała około godziny, lecz triumf po niej był zupełny, gdyż czekiści, zapomniawszy już o dokumentach, sami przenosili nasze rzeczy na nowy wóz i życzyli nam powodzenia na chwałę rządu Sowietów.

To było ostatnie nasze zajście w granicach Rosji.

Po przebyciu doliny rzeki Amył szczęście nam sprzyjało. Spotkaliśmy na promie za Karatuzem starszego dozorcę milicji, który wiózł ze sobą kilka karabinów i magazynowych rewolwerów Mauzera dla oczekiwanej ekspedycji milicji w głąb Urianchaju dla pościgu za jakimś kozackim oficerem, "katem wolnego, rewolucyjnego ludu", jak go nazywał nasz nowy znajomy. Nowina ta była bardzo dla nas ważna, gdyż łatwo moglibyśmy się spotkać z tym oddziałem, a nie mieliśmy pewności, czy oda o szosach i mostach po raz drugi będzie miała magiczny wpływ na tych bandytów. Ostrożnie wybadawszy dozorcę, ustaliliśmy drogę, którą miała wyruszyć ekspedycja. W ostatniej rosyjskiej wsi na pograniczu Urianchaju zatrzymaliśmy się w jednym domu z dozorcą, czekając, aż dla nas zmienią konie. Podczas przekładania swoich rzeczy zauważyłem nagle zachwycony, wniebowzięty wzrok dozorcy, zwrócony w stronę mojego tobołka.

- Co się wam tak podobało? - spytałem.

- Spodnie... - wyszeptał przedstawiciel milicji sowieckiej - spodnie!

W samej rzeczy otrzymałem od swoich przyjaciół zupełnie nowe spodnie z czarnego, grubego sukna, bardzo dobre do konnej jazdy. Na tę właśnie część mojej garderoby były skierowane oczy dozorcy milicyjnego.

- A czyż wy nie macie zapasowych spodni? - spytałem go, planując moralny atak na zachwyconego dozorcę.

- Nie! - ze smutkiem w głosie odparł. - Sowiety nie dają. Sami, powiadają, bez spodni chodzimy. A moje tymczasem zupełnie się zniszczyły. Spójrzcie no sami!

Mówiąc to, odchylił połę swego kożucha i ukazał mi spodnie, które raczej przypominały sieć na grube ryby. Dziwiłem się, jakim sposobem biedaczysko mógł się w nich utrzymać.

- Sprzedajcie... - z prośbą w głosie odezwał się po chwili dozorca.

- Nie mogę, sam potrzebuję! - stanowczo odparłem.

Namyśliwszy się trochę, dozorca zbliżył się do mnie i szepnął:

- Pójdźmy na dwór, pomówimy! To niedogodne miejsce do tego...

Wyszliśmy.

- Słuchajcie! - zaczął dozorca. - Wy jedziecie do Urianchaju. Tam nasze sowieckie pieniądze nic niewarte, nic za nie nie potraficie kupić. A jest tam co kupić! Sobole, lisy, gronostaje, złoto również można tanio nabyć w zamian za jakąś bagatelę. Tam wszystko to można dostać za karabiny i naboje. Wy macie ze sobą tylko jeden karabin. Ja wam dam jeszcze jeden i sto naboi do niego, a wy mnie... spodnie. Co? Dobrze?

- My nie potrzebujemy oręża, gdyż nas chronią nasze dokumenty! - niby nie rozumiejąc, o co chodzi, odpowiedziałem spokojnie.

- Ależ nie! - żywo odezwał się dozorca. - Wy w Urianchaju zamienicie karabin na futra czy też złoto. Ja oddam wam karabin na zawsze, na wieczną własność. Rozumiecie?

- A! Teraz rozumiem - rzekłem. - Ależ w takim razie tego mało za spodnie. Spodni, i do tego takich wspaniałych, wy nigdzie w Rosji nie znajdziecie. Cała Rosja chodzi obecnie bez spodni. A za karabin dadzą mi jedną skórkę sobola. Co ja będę z nią robił?

Słowo po słowie dopiąłem swego. Dozorca otrzymał moje spodnie, a ja karabin ze stu nabojami i dwa mauzerowskie pistolety z osiemdziesięcioma nabojami. Od tej chwili byliśmy uzbrojeni i mogliśmy stawiać poważny opór w razie przygody. Oprócz tego szczęśliwy posiadacz nowych spodni wydał nam rządowe poświadczenie na prawo noszenia broni ze sobą.

W ten sposób prawo i siła były po naszej stronie.

Dozorca dopomógł nam nabyć we wsi u bogatego chłopa trzy konie, dwa pod siodło i jednego pod toboły, wynająć przewodnika, który był prawnukiem zesłańca Polaka hrabiego Przeździeckiego, kupić suchary, mięso, sól i masło. Wypocząwszy jeden dzień, ruszyliśmy w stronę źródeł Amyła, kierując się ku Sajanom, za którymi już nie mogliśmy spotkać czerwonych, ani głupich, ani mądrych...

Trzy dni zabrała nam droga od ujścia Tuby do tej ostatniej, granicznej rosyjskiej wsi. Trzy dni ciągłego uczucia bezprawia, bezpośredniego niebezpieczeństwa i bliskiej, głupiej śmierci z rąk oszalałej dziczy.

Wielka siła woli, panowanie nad wrażeniami, zimna krew i upór w dopięciu obranego celu dopomogły nam szczęśliwie ominąć niebezpieczeństwa i nie stoczyć się w przepaść, na dnie której leżały już setki ludzi, którzy projektowali dokonać tego, co się nam udało. Czy naszym nieszczęśliwym poprzednikom nie starczyło wytrwałości i pomysłowości, czy, być może, nie umieli oni układać ody na cześć przyszłych mostów, szos i kopalń, czy też po prostu nie mieli z sobą... dobrych zbywających spodni?

Nie można ominąć jednego bardzo ciekawego zjawiska historycznego, które rzuciło się nam w oczy podczas podróży brzegami Jeniseju, Tuby i Amyłu. Prawym brzegiem Jeniseju, a zatem brzegami Tuby i Amyłu, czając się w gęstych krzakach i leśnych zaroślach, ciągnie się nieskończenie długi szlak nieznanych mogił. Chłopi syberyjscy nazywali je "czudzkimi mogiłami", czyli mogiłami nieznanych ludzi. Szlak ten dochodzi aż do Krasnojarska, a niektórzy badacze znaleźli te same mogiły aż na brzegach Oceanu Lodowatego. Same drogi, którymi ciągną się te mogiły, topografia miejscowości, a później poczynione przez archeologów badania dowiodły, że jakieś plemię mongolskie szło od południa ku północy lewym brzegiem Jeniseju, kryjąc się w lasach w obawie przed napadami tubylców koczowników i pozostawiając po sobie mogiły. Umierali ci przybysze z ręki Tatarów, koczujących w stepach minusińskich i czułymskich, umierali z głodu i chorób, umierali z wyczerpania, od zbyt surowego dla nich klimatu stepów. Z resztek sprzętów i ubrań znalezionych w mogiłach można było sądzić, że to nie było plemię wojownicze, lecz plemię myśliwych i hodowców bydła.

Skąd wędrowało to plemię i dokąd? Na to pytanie uczeni rosyjscy odpowiedzi nie dawali, gdyż badali mogiły, położone od Minusińska do Krasnojarska, nie troszcząc się o poznanie geografii tego zjawiska. A tymczasem geografia i legendy mongolskie rzucają jaskrawe światło na pochodzenie "czudzkich mogił".

Wielki Mongoł Dżyngis-chan ruszył na czele azjatyckich hord do Europy. Droga jednej części jego konnej armii przechodziła przez Urianchaj. Czy sam Dżyngis szedł tu, czy któryś z jego wodzów - nie wiadomo, i różnie o tym mówią legendy i księgi mongolskie. Jednakże wiadomo, że mongolscy wodzowie, zwabieni celnością łuczników urianchajskich oraz niezwykłą wytrwałością tych niezrównanych jeźdźców, postanowili zaciągnąć ich w swoje szeregi. Lecz Urianchajowie odmówili posłuszeństwa, oświadczywszy, że ich kraj jest "krajem odwiecznego pokoju" i że ich wiara broni przelewu krwi "ptasiej, rybiej i ludzkiej". Groźby i surowe kary, podczas których na rzece Dżabartaszu zginęło trzystu wybitniejszych ze starszyzny tubylczej, nie pomogły. Pod naciskiem hord dżyngischanowych Urianchajowie zaczęli porzucać ojczyznę, wyruszywszy na wygnanie dwiema drogami: Kemczykiem na południe, gdzie weszli do obecnego obwodu kobdoskiego, zatraciwszy mowę i wiarę przodków, i Amyłem i Tubą na Jenisej, i dalej na północ. Rzece Tubie nadali swoje stare historyczne imię "Tubów", szczepu, który pochodził od Tatarów-Ujgurów, twórców największego na świecie imperium koczującego. Z tych północnych wygnańców nikt już nigdy nie powrócił do pięknego Urianchaju, a ich kości leżą w tajemniczych "czudzkich mogiłach", w tych śladach wielkiej tragedii dziejowej, która miała miejsce w XIII wieku.

Obecni mieszkańcy Urianchaju, Sojoci, przechowali pamięć o przodkach, którzy uchodzili przed "demonem wojny" - Dżyngisem, wierni przepisom starej wiary i moralności, kwitnącej w "kraju odwiecznego pokoju". [...]

W "kraju krajów"

Gdym przyszedł do przytomności, tajemniczy Tybet - "kraj krajów" - już otaczał nas swymi niebotycznymi szczytami, bagnistą równiną Gajdam i pełną zmiennych krajobrazów kotliną Koko-Nor.

Dość szeroka droga ze śladami kół okutych żelaznymi klamrami daleko szła górami; na piąty dzień weszliśmy do kotliny, pośrodku której leżał Koko-Nor.

Jeżeli Finlandię nazywają podróżnicy "krajem tysiąca jezior", to północną część obwodu Koko-Nor należałoby nazwać "krainą miliona jezior". Przeszliśmy na zachód od Koko-Noru pomiędzy Dułan-Kitt i jeziorem, lawirując pośród bagien, trzęsawisk, jezior i rzeczek głębokich, a grząskich. Woda tu nie zamarzała, dopiero na szczytach górskich przejść odczuwaliśmy wpływ mroźnych i silnych wiatrów północnych.

Tubylców spotykaliśmy rzadko i z wielkim trudem musieliśmy odszukiwać pastuchów tybetańskich, od których nasz Kałmuk kupował barany i otrzymywał wskazówki co do dalszej drogi. Okrążywszy od wschodu jezioro Tassun, spostrzegliśmy niewielki klasztor, w którym zatrzymaliśmy się.

W klasztorze oprócz nas popasała jeszcze jakaś grupa podróżnych. Byli to Tybetańczycy. Zachowywali się względem nas bardzo wyzywająco, na wszystkie pytania Kałmuka odpowiadali szyderczym milczeniem. Wszyscy byli uzbrojeni w rosyjskie lub niemieckie karabiny i przewiązani pasami z ładunkami i rewolwerami. Zauważyłem, że bardzo uważnie badali nas, oceniając widocznie nasze siły.

Tegoż dnia Tybetańczycy opuścili klasztor. Rozkazałem Kałmukowi wybadać przeora klasztoru co do tych podejrzanych gości. Mnich dawał wymijające odpowiedzi, lecz gdym mu pokazał pismo hutuhty[30] z Narabanczi-Kure i duży żółty "chatyk"[31], podarowany mi przez niego, stał się więcej szczerym i rozmownym.

- To byli źli ludzie - szeptał. - Strzeżcie się ich.

Lecz nie chciał powiedzieć imienia ich przywódcy, tłumacząc się przepisami lamaizmu[32], zabraniającego wymieniać imię ojca, nauczyciela i naczelnika. Dużo później dowiedziałem się, że w Tybecie, jak również w Chinach, istnieje jednakowa społeczna instytucja bandytyzmu. I tu, i tam jakiś bandyta organizuje własny zbrojny oddział i staje się postrachem dla ludności danego okręgu. Wódz bandytów po pewnym czasie zjawia się w handlowych firmach, klasztorach, wsiach i osadach bogatych mieszkańców, żądając określonej płacy, i od tej chwili staje się obrońcą i opiekunem tych, którzy przystali na jego żądania.

Przypuszczam, że przeor klasztoru na Tassunie w wodzu spotkanego przez nas oddziału tybetańskich bandytów, czyli "mtudzry" (po tybetańsku) i "chuchudzy" (po chińsku), miał właśnie takiego obrońcę na wypadek napadów innych znów instytucji bandyckich, mających prawa obywatelstwa we wszystkich oprócz Mongolii krajach, które wchodziły niegdyś lub wchodzą obecnie w skład starych Chin.

Niedaleko jeziora Tassun istnieje kilka stałych osad. Gdy zwiedzałem je w daremnym poszukiwaniu przewodnika, zwróciłem uwagę na niezwykłe zjawisko. Podczas mojej podróży przez Mongolię zapomniałem o istnieniu ludzi o złotych włosach. Tymczasem, o dziwo, osadnicy tassuńskich wsi przeważnie mieli blond lub rude jak mosiądz włosy. Zacząłem badania o pochodzeniu tych dziwnych typów o mongolskich twarzach i jasnych włosach, tak dziwnie nieharmonizujących z czarnobrunatną cerą, wystającymi policzkami i czarnymi skośnymi oczami, i dowiedziałem się o nadzwyczajnej historii osadników. Przodkowie ich przybyli do Tybetu w XIII stuleciu z Wenecji i Genui, zwabieni opowiadaniami sekretarza Dżyngis-chana genueńczyka Marco Polo, który szereg lat spędził w Mongolii, Tybecie i Chinach, podróżując z cesarzem i chanem Kubilajem, władcami Azji i połowy Europy. To są jedyni w Tybecie mieszkańcy trudniący się rolnictwem i zagrodową hodowlą bydła na wzór europejski. Pamięć o swych przedsiębiorczych przodkach przechowało wiernie wiele pokoleń razem z opowieściami o ich życiu i czynach, przekazując stare weneckie zbroje, hełmy i genueńskie miecze. Nie pamiętając imion przodków i nie będąc z pewnością w stanie wymówić cudzoziemskich nazwisk, przechowali jednak przydomki: "Bystry", "Walczący", "Strzelec", "Pogromca strasznego śnieżnego lamparta" (Leoparda śnieżnego - felis nivica). Pośród tych potomków mieszkańców pięknej Italii spotkałem dwie kobiety o niebieskich oczach i prześlicznie wykrojonych ustach. Te tybetańskie "signoriny" były jednak nie mniej brudne i dzikie od innych Tybetanek, których pochodzenie ginie w mroku przeszłości.

Istnieje co prawda mit, że jakiś żądny wrażeń samiec-małpa dotarł przez straszliwe Himalaje do Tybetu, gdzie pojął za żonę córkę "ducha gór" i z tej pary małżonków powstał lud tybetański. Stąd kult małpy przedostał się do Chin, gdzie w architekturze i w malarstwie w wiekach XIII, XIV i XV figuruje ona bardzo często w przeróżnych motywach. Gdy znów wyruszyliśmy w drogę, od razu spostrzegliśmy, że jesteśmy śledzeni. Jacyś pojedynczy jeźdźcy często wyłaniali się z lasów i spoza skał i obserwowali każdy nasz ruch, a wszystkie próby, aby zbliżyć się do nich i rozmówić, spełzły na niczym. Znikali jak cienie na swych małych, śmigłych konikach. Przebrnęliśmy w śniegu ciężkie do przebycia górskie przejścia Hamszan, idąc śladami jakichś wozów i jeźdźców, i już mieliśmy stanąć na popas, gdy nagle około czterdziestu jeźdźców nadjechało na białych koniach i oddało do nas kilka salw. Dwóch moich oficerów z krzykiem spadło z koni. Jeden był zabity, drugi żył jeszcze kilka minut. Nie pozwoliłem swoim ludziom strzelać i wywiesiwszy białą flagę, zawołałem na Kałmuka i pojechałem w stronę jeźdźców w celu zawarcia pokojowej umowy.

Tybetańczycy dali do nas jeszcze dwa strzały, lecz po chwili strzelanina umilkła i grupa jeźdźców zaczęła zjeżdżać ku nam z jednej z gór.

Po milczącym powitaniu zaczęliśmy pertraktować. Tybetańczycy oznajmili, że na Hamszanie, jako na miejscu poświęconym bogom, nie wolno palić ogniska i popasać, i radzili nam jechać dalej, gdzie będziemy bezpieczniejsi.

Wybadawszy nas, skąd i dokąd jedziemy, jeden z Tybetańczyków w przykry sposób zadziwił nas powiedzeniem, że oni znają bolszewików i mają ich za dobrych ludzi, dążących do oswobodzenia ludów Azji od jarzma białych ras. Nie chciałem prowadzić z rozbójnikiem politycznego sporu i pożegnawszy ich, odjechałem. Przez cały czas jadąc z góry do naszego oddziału, oczekiwaliśmy kulki w plecy, lecz Tybetańczycy widocznie uszanowali białą flagę.

Ze smutkiem pozostawiliśmy ciała dwóch naszych przyjaciół wśród kamieni i powoli ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez całą noc, usiłując wyjść z gór, przez szczyty których prowadził Hamszan. Konie nasze zatrzymywały się i kładły zmęczone, lecz zmuszaliśmy je iść dalej. Stanęliśmy dopiero, gdy słońce było wysoko. Na wszelki wypadek koni nie rozkulbaczaliśmy, daliśmy im tylko możność położyć się i wypocząć. Przed nami leżała szeroka bagnista równina. W tym miejscu bierze początek rzeka Ma-Chu, która jest niczym innym, tylko źródłem jednej z największych rzek Azji - Żółtej Rzeki, czyli Huang-He. W oddali połyskiwało wielkie jezioro Arung-Nor.

Rozpaliliśmy ogień z "argyłu" (suchego nawozu), o który w Mongolii i Tybecie nietrudno, i zaczęliśmy przyrządzać herbatę, gdy naraz ze wszech stron zaczęto nas ostrzeliwać zupełnie sprawnym, biegłym ogniem. Pochowaliśmy się pomiędzy kamienie i oczekiwaliśmy dalszych wypadków. Strzelanina stawała się coraz gęstszą. Wszędzie z okolicznych wyżyn błyskały ogniki karabinowych wystrzałów, kule gwizdały we wszystkich kierunkach.

Zrozumieliśmy, że trafiliśmy do zasadzki, gdyż byliśmy otoczeni i musieliśmy zginąć. Spróbowałem znowu wywiesić białą flagę, lecz gdym tylko się podniósł, gęsta strzelanina zmusiła mnie znowu do ukrycia się za skałą. Jedna kula, odbiwszy się od kamienia, wpiła mi się w lewą nogę. Jeden z moich ludzi padł trupem. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko przyjąć walkę. Rozpoczęliśmy ogień. Potyczka trwała około dwóch godzin. Oprócz mnie jeszcze trzech moich towarzyszy dostało lekkie rany. Trzymaliśmy się, dopóki mogliśmy, lecz bandyci zbliżali się, coraz celniej strzelając. Sytuacja nasza stawała się rozpaczliwa.

- Dość tego! - rzekł stary pułkownik. - Siadać na koń! Musimy skierować się dokądkolwiek, gdyż tu nas wystrzelają.

"Dokądkolwiek"... Było to straszliwe słowo! Naradzaliśmy się niedługo. Było jasne, że im więcej będziemy się zagłębiać do Tybetu, mając za sobą zgraję tych bandytów, tym mniej nadziei, aby ujść z życiem. Postanowiliśmy więc powracać do Mongolii. Ale w jaki sposób? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy...

Poczęliśmy się cofać. Nie przerywając ognia karabinowego, pędziliśmy, ile starczało sił naszym biednym koniom, na północ.

Jeden po drugim padali moi towarzysze. Padł Tatarzyn z przestrzeloną szyją, za nim, głośno klnąc, potoczył się ze spadku góry pułkownik Ostrowski, ugodzony w brzuch dwiema kulami. Gdy podbiegliśmy do niego, już nie żył. Leżał z siwą, długą brodą, powichrzonymi włosami, spokojnie patrząc otwartymi oczami w szare niebo Tybetu, a pięść prawej ręki miał groźnie zaciśniętą. Cofając się, zostawiliśmy trzech zabitych przyjaciół. Powodzenie pobudzało napastników. Stawali się coraz bardziej zuchwali, nie kryli się już i strzelali z odkrytych miejsc.

Kulka wbiła mi sprzączkę od buta w kostkę prawej stopy. Mój najstarszy towarzysz, agronom, jęknął, złapawszy się za ramię. Dzielny Kałmuk obwiązywał sobie jakąś szmatą skrwawione czoło.

Naraz około piętnastu Tybetańczyków ruszyło do ataku. Przypuściliśmy ich bardzo blisko i daliśmy salwę. Sześciu pozostało na miejscu, a dwóch, straciwszy konie, które leżały śmiertelnie ranne, uciekło co tchu w stronę skał. Reszta jeźdźców rozproszyła się w różne strony.

Strzelanina nagle się urwała.

Za chwilę spostrzegliśmy białą flagę, powiewającą nad skałami, gdzie byli ukryci napastnicy. Dwaj jeźdźcy wkrótce zbliżyli się do nas. Okazało się, że herszt bandytów był ciężko ranny i teraz proszono nas o pomoc lekarską, wiedząc, iż "Europejczycy zawsze wożą ze sobą lekarza".

Od razu błysnął mi promyk nadziei. Pomimo rannej nogi czym prędzej zabrałem z sobą apteczkę i wyruszyłem ku nim wraz z Kałmukiem, chociaż moi towarzysze obawiali się podstępu ze strony rozbójników.

- Dajcie temu szatanowi cyjanku potasu! - wołali za mną.

Lecz ja planowałem coś innego.

Dopuszczono nas do rannego. Na terlicy[33] wśród kamieni leżał wódz bandytów. Byłem przekonany, że nie jest on Tybetańczykiem, lecz raczej mieszkańcem południowego Turkiestanu - mieszaniec Sarta, Turkmena i Afgańczyka. Patrzył na mnie błagającym spojrzeniem i widocznie bardzo cierpiał. Opatrzyłem go. Kula przeszyła mu pierś na wylot z lewej strony. Ranny stracił dużo krwi. Rana była stanowczo niebezpieczna. Uczyniłem sumiennie wszystko, co mogłem dla niego uczynić. Przypaliłem ranę jodyną i zasypałem jodoformem, po czym przewiązałem watą i kawałkiem bandażu. Po tej operacji dałem mu dużą dawkę aspiryny, gdyż gorączkował, otrzymawszy ranę jeszcze w południe.

Nauczyłem jednego z Tybetańczyków, jak ma zmieniać bandaż, zostawiwszy mu trochę waty, jodoformu i parę pastylek aspiryny.

Po tej czynności zwróciłem się za pomocą tłumacza Kałmuka do rozbójników z taką mową:

- Rana niebezpieczna, lecz dałem mocne i cudowne leki waszemu wodzowi. Wiem, że będzie zdrów i wkrótce wsiądzie na konia. Lecz musicie spełnić jeden warunek... Słuchajcie! Złe duchy śmierci są przy chorym i natychmiast uśmiercą go, jeśli po przyjęciu moich leków rozlegnie się choć jeden wystrzał. Nie wolno nawet nabijać broni! Pamiętajcie o tym! Jedenaście dni i nocy nie wolno wam będzie opuścić tego miejsca i włożyć naboju do lufy. Inaczej duchy śmierci zemszczą się na wodzu...

Z tymi słowami kazałem Kałmukowi wyjąć naboje z jego karabinu i sam wysypałem kule z magazynu mausera. Bandyci natychmiast uczynili to samo, ze strachem patrząc na mnie.

Gdym powrócił do swoich, uspokoiłem ich, że jesteśmy na pewien czas bezpieczni, musimy tylko dobrnąć jak najprędzej do granicy Mongolii. Tymczasem konie nasze były zupełnie wyczerpane, musieliśmy więc zostać i wypoczywać na miejscu przez całe dwie doby. Odwiedzałem rannego, który czuł się niedobrze. Opatrzyliśmy też tymczasem swoje, na szczęście lekkie rany i trochę wypoczęliśmy.

Dowiedziawszy się od Tybetańczyków o najbliższej drodze karawanowej, skierowaliśmy się tam i wkrótce bardzo szczęśliwie spotkaliśmy dużą karawanę młodego mongolskiego księcia Puncyga, który odbywał pielgrzymkę z Urgi do Lhasy z pismem "Żywego Buddy"[34] do Dalajlamy.

Książę bardzo dopomógł nam w uciążliwej podróży i razem z nami odbył drogę do Narabanczi-Kure, gdzie hutuhtu Dżełyb przyjął nas z serdeczną radością i rzekł mi na powitanie:

- Wiedziałem, że pan powróci do nas. Wróżby odkryły mi losy pana. Wiem, że jeszcze raz będzie pan gościem naszego klasztoru... lecz w innych warunkach, w innych.

W Narabanczi spędziliśmy dwa tygodnie, po czym los i wypadki rozproszyły nas po świecie. Oficerowie rosyjscy wstąpili do formujących się partyzanckich oddziałów do walki z bolszewikami, ja zaś wraz z agronomem podróżowałem w dalszym ciągu przez Mongolię, przechodząc nowe, niebezpieczne i tajemnicze dla Europejczyka przygody, dążąc wytrwale do ojczyzny.

Antoni Ferdynand Ossendowski, Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów (konno przez Azję Centralną), Łomianki: Wydawnictwo LTW, 2007, s. 32-38, 85-93

Ujawnić cud?

Tekst Wandy Mazanowskiej wyszukali Ewa Sabelanka i Kazimierz Koźniewski (patrz s. 375) do swojej antologii reportażu międzywojennego 7599 dni drugiej Rzeczypospolitej (1983).

Autorka napisała ważne sprawozdanie, ale najprawdopodobniej nie przyszło jej do głowy, że ktoś kiedyś uzna je za reportaż. Zresztą kiedy się ukazało, słowo "reportaż" nie było jeszcze w Polsce tak rozpowszechnione. Rozsławić je miały dopiero lata trzydzieste.

W 1926 roku nakładem Straży Mogił Polskich Bohaterów w księdze Obrona Lwowa i Kresów ukazał się spis poległych w walkach polsko-ukraińskich o Lwów (listopad 1918-czerwiec 1919). Po nim - tekst Wandy Mazanowskiej z przemówieniami, dokumentami i informacjami na temat przewiezienia ze Lwowa do Warszawy zwłok anonimowego żołnierza, mających spocząć pod kolumnadą Pałacu Saskiego. Dzięki tej relacji dowiadujemy się też, że szczątki do powstałego właśnie Grobu Nieznanego Żołnierza wybrano przez losowanie. Brano pod uwagę tylko pola bitew, na których zginęło szczególnie wielu żołnierzy, a walka tam stoczona musiała być zaszczytna dla całości walczącego wojska. Wyeliminowane zostały pobojowiska leżące na terenie wroga, czyli - w 1926 roku - Związku Radzieckiego.

Gdy ze sprawozdania tego odcedziliśmy cały balast oficjalnych przemówień i dokumentów, ową celebracyjną nudę, pozostał nagi tekst - reportaż ukazujący wydarzenie i dookolne nastroje - pisał Koźniewski.

Sceptycznie odnosił się jednak do faktu, że wylosowano akurat szczątki obrońcy Lwowa.

Reportaż budzi wzruszenie i dzisiaj jeszcze - pisał autor antologii - choć rozum sceptyka cum grano salis każe odczytywać ów naiwny zachwyt reporterski nad mądrością niby ślepego losu, jaki w publicznym losowaniu ukrytych w urnie kartek z bezbłędną precyzją wskazał na to akurat pole bitwy, z którego ekshumacja zwłok żołnierskich była dla ówczesnego rządu najbardziej przydatna politycznie. Reporterka winna domyślić się, że jest świadkiem "cudu nad urną" - jednego z wielu takich. Powinna cud ten ujawnić, nawet gdyby go miała zaaprobować. W polityce tylko głupcy zdają się na ślepe wyroki przypadków, mądrzejsi te przypadki starannie inscenizują. Niestety, rozumienie mechanizmów polityki było ponad siły pani Mazanowskiej - potrafiła tylko przekazać klimat podniosłej uroczystości. Ale to też jest reportaż.

Jego zdanie nie powinno jednak dziwić. W stanie wojennym, kiedy antologia się ukazała, Kazimierz Koźniewski - kapłan propagandy PRL-u - musiał się jakoś zdystansować od faktu, że w Grobie Nieznanego Żołnierza znalazł się obrońca polskiego Lwowa.

O Wandzie z Rogali-Lewickich Mazanowskiej urodzonej właśnie we Lwowie wiemy, że w walkach o to miasto straciła dziewiętnastoletniego syna Józefa Mariana. Myślę, że nawet gdyby losowanie było z góry przesądzone i nawet gdyby o tym wiedziała, cieszyłaby się z tego wyboru.

Po zakończeniu walk o Lwów Wanda Mazanowska włączyła się do pracy lwowskiego towarzystwa Straż Mogił Polskich Bohaterów, które niezwłocznie przystąpiło do budowy nekropolii i ekshumacji rozproszonych w mieście i okolicy zwłok poległych obrońców.

Po drugiej wojnie światowej Mazanowska przeniosła się do Krakowa. Żyła tam jeszcze sześć lat, została pochowana na cmentarzu Rakowickim. Jej skromny, prawie zapadnięty grób odnalazła po latach dzisiejsza fundacja Straż Mogił Polskich, a w 2006 roku Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ufundowała Mazanowskiej nową płytę nagrobną.

Tekst, porównany z oryginałem, drukujemy z takimi skrótami jak w antologii Koźniewskiego.

Geneza symbolu i przewiezienie zwłok Nieznanego Żołnierza

Nieznany Żołnierz jako symbol ofiarnego męstwa i wszelkich cnót żołnierskich stał się przedmiotem kultu po wielkiej światowej wojnie najpierw we Francji. W Paryżu pod Łukiem Triumfalnym przed kilku laty złożono zwłoki poległego w wojnie światowej nieznanego z nazwiska żołnierza i zaopatrzono mogiłę napisem: "Tu leży Nieznany Żołnierz".

Mogiła ta stała się przedmiotem kultu nie tylko Francuzów, lecz i cudzoziemców, którzy zwiedzając Łuk Triumfalny, uważają za swój obowiązek złożyć hołd dla cichego poświęcenia, bezinteresownej ofiary krwi i życia dla dobra ojczyzny. W Polsce, gdzie po uspokojeniu się całej Europy trwały walki o wolność i niepodległość narodu jeszcze prawie trzy lata, gdzie granice państwa zostały najpóźniej ustalone, kult Nieznanego Żołnierza powstał formalnie i urzędowo dopiero w 1925 roku.

Dnia 4 kwietnia 1925 w Warszawie, w gmachu Ministerstwa Spraw Wojskowych, w sali Rady Wojennej przy gabinecie ministra odbyła się uroczystość wylosowania pobojowiska, z którego miały być ekshumowane zwłoki Nieznanego Żołnierza i złożone w mogile pod arkadami Pałacu Saskiego.

Wielka sala Rady Wojennej przybrała w tym dniu niezwykły wygląd. Dokoła stołu, na którym stała czarna urna, zasiedli najwyżsi dygnitarze cywilni i wojskowi, za nimi stali przywódcy oddziałów stacjonowanych w stolicy, w drugim rzędzie szeregowi jako deputacje.

Uroczystość losowania rozpoczął minister, generał dywizji Władysław Sikorski, przemawiając, jak następuje:

- Zebrani tu dziś przedstawiciele rządu, wojska i społeczeństwa mają ten wysoki zaszczyt, że będą świadkami losowania pobojowiska, które uznamy za symbol wielu naszych pobojowisk. Z całej ziemi mogił i krzyżów wybranym zostanie jedno miejsce jako krwawe znamię walk kilku pokoleń o wolność, całość i niepodległość narodu. W pokorze i czci chyląc czoło przed dostojeństwem męki narodowej z ubiegłych lat, dumni jesteśmy, że tym razem nad grobem Nieznanego Żołnierza, który poległ za Ojczyznę, rozbrzmi zwycięska fanfara polska i majestat prochów Jego czczony będzie przez rodaków jawnie i dumnie. Wiele bowiem krwi przelaliśmy na pobojowiskach Europy i całego świata. Ale najwięcej na własnej ziemi i w ostatniej wojnie zwycięskiej - przeto naszym nieznanym żołnierzem będzie jeden z tych, co polegli w okresie starcia się mocy całego narodu polskiego z mocą wroga. Proszę pana szefa sztabu generalnego, żeby wymienił te pobojowiska, które w czasie wojen z lat 1918 do 1920 były dość krwawe.

Następnie przemówił szef sztabu generalnego generał dywizji Stanisław Haller:

- Wybór jest trudny, armia bowiem nasza organizowała się w ogniu walk, każdy możliwie gotowy batalion z potrzeby bojowej rzucano na front. Dlatego wszystkie granice Rzeczypospolitej znaczy nić serdeczna krwi żołnierskiej, na każdym szlaku marsowym znajdują się pojedyncze i zbiorowe mogiły. Jednak w niektórych bitwach i starciach ponieśliśmy straty bardzo poważne, a nawet masowe.

Po tych słowach generał dywizji Stanisław Haller wręczył piętnaście kartek księdzu biskupowi polowemu, który je pomieszał i włożył do urny, po czym szef sztabu generalnego wezwał najmłodszego z obecnych kawalera orderu Virtuti Militari, by wystąpił celem dokonania losowania.

Zameldował się ogniomistrz 14. Pułku Artylerii Polowej Józef Buczkowski, instruktor szkoły podchorążych, i wśród uroczystej ciszy wyciągnął z urny kartkę; odniósł ją do ministra spraw wojskowych generała dywizji Władysława Sikorskiego, który odczytał z niej na głos:

- Pobojowisko lwowskie z roku 1918-1919, łącznie z pobojowiskiem nad Wereszycą, to jest Gródka Jagiellońskiego, na którym krwawo i ofiarnie biła się z Ukraińcami 5. Dywizja Piechoty. Długotrwałość, zaciętość walk, moment poświęcenia występuje tutaj w całej pełni. Za zgodność - szef Biura Historycznego Kukiel, generał brygady.

Z kolei minister generał dywizji Sikorski zwrócił się do obecnych z prośbą o podpisanie protokołu uroczystości w dwóch egzemplarzach. Jeden z tych egzemplarzy został złożony w Muzeum Wojska, drugi wmurowano w dniu 2 listopada 1925 w grób Nieznanego Żołnierza.

[...] Nie mógł lepiej paść wybór pobojowiska. Ślepy los oddał hołd krwi najbardziej ofiarnej [...].

Po ustaleniu przez ministra spraw wojskowych terminu ekshumacji zwłok Nieznanego Żołnierza z pobojowiska lwowskiego do Warszawy odbyło się 12 października 1925 w ognisku oficerów we Lwowie zebranie pełnego komitetu wykonawczego pod przewodnictwem generała dywizji Jana Thulliego, które na podstawie nadesłanego z Ministerstwa SW ceremoniału uchwaliło, że dnia 30 października 1925 o godzinie piętnastej odbędzie się przeniesienie zwłok Nieznanego Żołnierza z kaplicy Obrońców Lwowa do katedry, w dniu zaś 31 października o 8.30 przeniesienie zwłok na dworzec kolejowy, skąd 1 listopada o godzinie dziewiątej odjadą specjalnym pociągiem do Warszawy [...].

29 października o godzinie wpół do trzeciej po południu odbyła się ekshumacja i wybór zwłok Nieznanego Żołnierza. Już przed godziną oznaczoną, gdy grono wyższych oficerów było zebrane na cmentarzu Obrońców Lwowa, przybyła komisja, wobec której odbyła się uroczystość ekshumacji. [...] Po wejściu tego grona dostojnych przedstawicieli władz duchownych, wojskowych i cywilnych kordony policji, które od rana otaczały cmentarz Obrońców Lwowa, zwarły się ściśle i nie przepuszczały nikogo. Ponadto wewnątrz cmentarza pełniła służbę żandarmeria wojskowa.

Na długo przed aktem ekshumacji oczekiwał dostojnych gości zarządca cmentarza pan Maciejewski wraz z grabarzami oraz przybyły z Warszawy właściciel zakładu pogrzebowego pan Łopacki, który w darze społeczeństwu ofiarował piękną trumnę dębową wraz z dwoma należącymi do niej trumnami wewnętrznymi: zwykłą, żołnierską sosnową i metalową. Pan Łopacki kierował robotami ekshumacji.

O godzinie wpół do trzeciej na rozkaz generała Malczewskiego grabarze przystąpili do rozkopywania jednocześnie trzech mogił, rozrzuconych w różnych punktach cmentarza, orientując się według planu Towarzystwa Straży Mogił Polskich Bohaterów. Nad rozkopanymi mogiłami rozpościerają swe ramiona dębowe krzyże z napisami: "Nieznany Obrońca Lwowa". Głucho uderzają łopaty w ugniecioną ziemię i mimo woli cofamy się myślą wstecz lat prawie siedem, gdy Lwów, spowity w mgle listopadowej, wśród szarugi i zamieci śnieżnej rozbrzmiewał trzaskiem karabinów maszynowych, wyciem granatów, hukiem pękających szrapneli, niosących śmierć i zniszczenie. Młodzież, dzieci nieletnie, kobiety i starcy łączą się, zdobywają broń, opanowują krok za krokiem ulice [...].

Oto rydel grabarza uderzył w wieko trumny, które głuchym, podziemnym odezwało się echem. Na sznurach podnoszą ją w górę. Szczątki człowieka patrzą pustymi oczodołami... Garść prochu, trochę szmat ubogich, kości, piszczele i nic więcej. To samo druga i trzecia trumna... A komisja żąda dowodu, że to był żołnierz.

Za to trzy dalsze trumny nieznanych były wszystkie zwłokami żołnierzy: liniowego, sierżanta i kaprala. Przepisowy mundur, metalowe guziki z orłami polskimi, czapki maciejówki pod pachą lub na kolanach, u dwóch epolety sierżanta i kaprala - stanowczo stwierdzały, że owe trzy trumny zawierają szczątki żołnierzy liniowych. Po stwierdzeniu tego przez komisję i sfotografowaniu zwłok wszystkie trzy trumny ustawiono przed starą, drewnianą kaplicą. Wtedy z głębi cmentarza, spod nowej kaplicy Obrońców Lwowa nadeszła pani Jadwiga Zarugiewiczowa, jedna z tych, które na polach Zadwórza straciły syna i jego mogiły nie odnalazły, i ta, kładąc na jednej trumnie drżącą ze wzruszenia dłoń - wybrała zwłoki, które mają być symbolem ofiarnego poświęcenia za Ojczyznę.

Los padł na tego, który żadnej szarży nie miał, a tulił u boku swego starą maciejówkę z białym orłem sczerniałym od wilgoci. Zginął on na polu walki, o czym świadczyła czaszka przedziurawiona przez kule i noga od strzału złamana. Maciejówka wskazywałaby na to, że był to ochotnik, którego serce powołało na pole walki, by spełnić swój obowiązek względem Ojczyzny.

Szczątki trumny wraz ze zwłokami złożono w pierwszej sosnowej, a następnie wstawiono do drugiej, wielkiej trumny dębowej, w której znajdowała się wewnętrzna powłoka metalowa.

Po zalutowaniu trumny i złożeniu pieczęci wobec komisji na czele z panami: generałem Malczewskim, Jego Eminencją arcybiskupem Twardowskim, wojewodą Garapichem i prezydentem miasta Neumannem dziesięciu podoficerów wzięło trumnę na ramiona i o zmroku rozpraszanym płomieniami potężnych zniczów przed kaplicą Obrońców Lwowa pomaszerowali ku kaplicy, przed którą na katafalku ustawiwszy trumnę, rzucili jej do stóp sztandar amarantowo-biały, po bokach stanęło dwóch kolegów w pełnym rynsztunku bojowym w postawie na baczność.

Z okazji złożenia do grobu Nieznanego Żołnierza minister spraw wojskowych, generał dywizji Władysław Sikorski wydał rozkaz do armii polskiej, który był odczytany przed frontem wszystkich oddziałów:

[...] W chwili, gdy Bezimiennemu Bohaterowi hołd składać będzie Rzeczpospolita z prezydentem swym na czele, gdy przed trumną jego pochylą się orły chorągwiane, niech zwróci się, żołnierze, myśl wasza ku Niemu. Umiłujcie ten grób! Pamiętajcie, że dla narodu świętą jest ofiara życia żołnierskiego dla Ojczyzny! Bądźcie gotowi złożyć w potrzebie tę ofiarę Ojczyźnie!

Przeniesienie zwłok Nieznanego Żołnierza z cmentarza Obrońców Lwowa do bazyliki archikatedralnej odbyło się dnia 30 października. Dekoracja miasta wypadła wspaniale [...]. Zwisające z olbrzymich masztów festony zieleni przybrane w barwy narodowe w wielu miejscach przecinały ulice Lwowa; gmachy przepięknie ustrojone w zieleń, niektóre oświetlone różnobarwnymi lampami. Tysiące nalepek ozdabiały okna gmachów.

Już o godzinie drugiej w kierunku ulicy Piekarskiej ku bazylice płyną nieprzejrzane fale publiczności i młodzieży. Młodzież szkolna stanowiła szpalery. Ulicę Piekarską zajmują szkoły powszechne, po jednej stronie męskie, po drugiej żeńskie. [...] Od bramy cmentarnej do placu Katedralnego stanęły nieprzejrzane zastępy młodzieży, odcinając się od publiczności zwartą linią ruchliwych biało-czerwonych chorągiewek i budząc swym wzorowym zachowaniem się ogólne uznanie. O godzinie trzeciej ksiądz infułat Zajchowski w asyście [...] licznego duchowieństwa odprawił modły, po czym ośmiu podoficerów odznaczonych krzyżem Virtuti Militari wzięło trumnę na ramiona i zniosło po stopniach terasy. Po obu stronach trumny kroczyli żołnierze z płonącymi pochodniami. Przed trumną stanęły delegacje szkół, żołnierz z krzyżem i duchowieństwo, za trumną dwie matki, pani Bronisława Widtowa i Jadwiga Zarugiewiczowa, których polegli synowie spoczywają gdzieś w bezimiennych mogiłach, dwie wdowy po poległych nieznanych, Maria Bilewiczowa i Franciszka Stysiowa, dwie sieroty, Stefania Chowańcówna i Jan Radzki z Rodziny Sierocej[35], w końcu dwaj inwalidzi, Grzegorz Strzelecki i Adam Gryglewski, [...] następnie generalicja, dowódcy pułków, przedstawiciele władz rządowych i miejskich i członkowie komitetu obywatelskiego.

Gdy pochód stanął przed lawetą, na której złożono dostojne zwłoki, zabrzmiały dźwięki kantaty, [...] kompania honorowa i szwadron kawalerii sprezentowały broń, a orkiestra 40. Pułku Piechoty odegrała hymn narodowy.

Po przejściu orszaku przez bramę cmentarną przyłączyły się doń honorowe oddziały piechoty i kawalerii, przy dźwiękach orkiestry konnej ułanów jazłowieckich kondukt przeszedł przez udekorowane i oświetlone latarniami owiniętymi kirem ulice: Piekarską, plac Bernardyński, Halicki, Mariacki, ku bazylice. Bazylika zgotowała królewskie przyjęcie. Główny portal katedry przystroił się w monarszą purpurę, która z bielą gronostajów, białych opon i bogatych złoceń tworzyła wspaniały baldachim. Katafalk ogrodzony płotem karabinów i szabel ułańskich; w czterech rogach spoczywały zbroje husarskie. Na bieli i purpurze złote emblematy rycerskie. Po obu stronach katafalku straż dzierży honorową dwóch oficerów, podoficerów i szeregowców.

Trumnę z łoża działowego[36] podjęli oficerowie, orkiestra odegrała hymn narodowy, po czym trumna wstąpiła do wnętrza katedry [...]. Z pomocą specjalnie urządzonej maszynerii dźwignięto ciężką trumnę na szczyt katafalku [...]. Aż do ósmej wieczorem niezliczone zastępy publiczności, delegacje stowarzyszeń i organizacji społecznych składały hołd Nieznanemu Żołnierzowi.

Przepiękny, rozświetlony blaskami jesiennego słońca, powstał nad Lwowem wielki, uroczysty dzień 31 października, w którym Lwów odprowadził Bezimiennego Bohatera ze swoich pobojowisk i z bazyliki na dworzec kolejowy.

Już od wczesnego ranka tłumy publiczności odbywały pielgrzymkę do trumny, aż do godziny ósmej, gdy dostęp do bazyliki został zamknięty, a zaczęły się gromadzić delegacje stowarzyszeń oraz dostojnicy wojskowi i cywilni [...]. Przed katafalkiem asysta zwłok: dwie matki, dwie wdowy, dwie sieroty, dwóch inwalidów.

W bocznych nawach - delegacje stowarzyszeń, związków i instytucji. Delegacja Żydowskiego Klubu Mieszczańskiego [...] złożyła u stóp katafalku wieniec [...].

Ośmiu podoficerów zdjęło trumnę z katafalku i przez szpaler pochylonych sztandarów wojskowych oraz cywilnych przeszło ze zwłokami do łoża działowego, oczekującego przed katedrą. Z chwilą gdy trumna ukazała się przed wejściem do katedry, odezwał się z cytadeli wystrzał armatni, a na to hasło rozległ się dźwięk uroczysty dzwonów wszystkich kościołów lwowskich; zahuczały syreny parowozów kolejowych i fabryk lwowskich i całe miasto wstrzymało swe życie, zaniemiało. Na dwie minuty ustał wszelki ruch kołowy, wszelka praca, skupioną ciszą Lwów oddał hołd Nieznanemu Żołnierzowi. Po upływie uroczystego momentu milczenia pochód ruszył ku placowi Mariackiemu, gdzie ze stopni pomnika Mickiewicza pożegnali Bezimiennego Bohatera imieniem wojska komendant okręgu korpuśnego generał Malczewski, imieniem Lwowa prezydent Neumann, imieniem rządu polskiego wojewoda Garapich [...].

[...] Pożegnanie zwłok na dworcu odbyło się z taką samą podniosłością ducha i okazałością, jaka cechowała przebieg uroczystości lwowskich. O godzinie siódmej minut czterdzieści pięć zebrali się w salonach recepcyjnych dworca, zamienionych na kaplicę, przed trumną Nieznanego Żołnierza reprezentanci wojskowości, członkowie delegacji odwożącej zwłoki do Warszawy z komendantem pociągu generałem Mariańskim na czele, reprezentanci rządu, miasta, Komitetu Obywatelskiego, Czerwonego Krzyża, Policji Państwowej, konsulowie obcych państw i reprezentanci władz.

Ustawiono już na peronie nadzwyczajny pociąg, strojny w festony z choin i róż, złożony z lokomotywy w kwietnej dekoracji oraz z przybranych emblematami państwowymi wagonów dla delegacji i eskorty, z dwóch wagonów na wieńce oraz z wagonu przeznaczonego dla zwłok i warty honorowej. Wagon ten, którym powróciły z obczyzny do kraju zwłoki Sienkiewicza, bogato przystrojony choiną i kwiatami, był wewnątrz zamieniony na wspaniałą kaplicę. Ściany obciągnięte draperią białą były udekorowane festonami z pąsowego materiału i emblematami narodowymi. U wezgłowia katafalku ubranego w kwiaty był zawieszony wizerunek Matki Boskiej. Przed pociągiem ustawiła się kompania 26. Pułku Piechoty ze sztandarem i orkiestrą. [...] Drzwi wagonu przewożącego zwłoki pozostały otwarte na zewnątrz, tak że przez całą drogę zwłoki Nieznanego Żołnierza były wystawione na widok publiczny.

[...] Delegacja, która odwiozła zwłoki Nieznanego Żołnierza ze Lwowa do Warszawy, składała się z pięćdziesięciu pięciu osób [...].

Opuściwszy przestrzeń lwowskich dworców, pociąg w szybkim tempie zdążał ku najbliższemu postojowi w Żółkwi. Stacje, przez które przejeżdżał, przybrane w zieleń i flagi o barwach narodowych, a na peronach dziatwa szkolna i tłumy włościaństwa. Wszyscy w głębokim skupieniu oddają hołd prochom Nieznanego Żołnierza.

Rzęsa Polska i Brzuchowice wystąpiły z orkiestrami.

Na dworzec w Żółkwi zajechał pociąg witany odgłosem syren kolejowych przy dźwiękach orkiestry 6. Pułku Strzelców Konnych. Honory wojskowe oddał spieszony szwadron tego pułku. Obok władz rządowych ze starostą na czele zjawiły się na dworcu delegacje stowarzyszeń i dziatwa szkolna, która złożywszy wieniec, defilowała przed trumną.

Następny postój w Rawie Ruskiej. Tłumy publiczności i młodzieży zaległy stację. Garnizon z orkiestrą oddaje honory, delegacje składają wieńce. Minąwszy Bełżec, pociąg wjechał w ziemię zamojską.

I tu stacje przystrojone w zieleń, wszędzie tłumy ludzi. W Topolczycy i w Zawadzie zgromadzone delegacje złożyły wieńce, tysiączne rzesze młodzieży i publiczności wraz z garnizonem oczekiwały nadejścia pociągu. Duchowieństwo katolickie i prawosławne odprawiło krótkie egzekwie, po czym stos wieńców odebrał komendant pociągu.

W Krasnymstawie imponująca manifestacja.

Rejowiec był miejscem, gdzie olbrzymią manifestację urządziła ziemia chełmska. Wyrazem uczuć obywateli tej ziemi był wieniec srebrny z liści dębowych z pozłacanymi szarfami, który delegacja ze starostą chełmskim na czele odwiozła do Warszawy.

Na małej stacji Trawniki rozrzewniający obraz: wzdłuż toru oświetlonego rzęsiście pochodniami klęczała dziatwa szkolna. Pociąg zwalnia biegu i powoli przejeżdża przez stację.

I tak od stacji do stacji, wśród tłumów, w triumfalnym pochodzie szedł Nieznany, budząc swym przybyciem wspomnienia przebytych chwil. W niejednej matce na widok tego orszaku otwierała się dawna rana, w piersi budził żal po synach, którzy padli na polach walki.

Zapadający mrok potęgował podniosły nastrój. Wzdłuż torów rozbłysły smolne łuczywa lub stosy drzewa. Na stacjach, które pociąg mijał i gdzie się zatrzymywał, orkiestry grały pieśni żałobne i śpiewały chóry włościańskie. Późna godzina nie położyła kresu tym manifestacjom. A gdy przed wschodem słońca pociąg zbliżał się do Warszawy, na stacjach znowu dziatwa, pochodnie, wieńce, orkiestry. Droga Nieznanego Żołnierza ze Lwowa do Warszawy to naprawdę więcej niż królewski pochód triumfalny.

O szóstej rano zajechał na Dworzec Główny pociąg wiozący szczątki Bezimiennego Bohatera. Lokomotywa przyozdobiona w barwy narodowe i emblematy żałobne z wielką tarczą z Orłem Białym na przedzie. Ksiądz generał Niewiarowski poświęcił trumnę, po czym ośmiu kawalerów krzyża Virtuti Militari wniosło ją na barkach, składając na łożu armatnim zaprzężonym w sześć koni. Trumnę przykryto szkarłatnym całunem atłasowym z wyhaftowanym godłem państwowym.

Przed konduktem szła orkiestra, za nią oddziały piechoty, duchowieństwo, trumna ze zwłokami, dwie matki, dwie wdowy, dwie sieroty i dwóch inwalidów. Za nimi generał Sikorski w otoczeniu generalicji, delegacje ze sztandarami, hallerczycy, strzelcy, dowborczycy, powstańcy, harcerze, kluby sportowe, straż ogniowa. Wszystkie domy na trasie pochodu były ozdobione sztandarami o barwach narodowych.

U wrót katedry Świętego Jana przyjął zwłoki Jego Eminencja ksiądz biskup polowy Gall. Trumnę ci sami oficerowie wnieśli do świątyni i zaciągnęli przy niej wartę, a równocześnie przyniesiono sztandary ze wszystkich Dowództw Okręgów Korpusu przybyłych na uroczystość. Wśród sztandarów były sztandary historyczne, przechowane w muzeum na Podwalu oraz sztandary pułków warszawskich. Po godzinie jedenastej zaczęło się żałobne nabożeństwo, odprawione przez Jego Eminencję księdza kardynała Kakowskiego w obecności dygnitarzy stolicy. Byli obecni: prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski, premier Władysław Grabski, marszałkowie Sejmu i Senatu, generał Władysław Sikorski, generałowie: Józef Haller, Dreszer, Majewski, Żeligowski, Rozwadowski, Konarzewski, Osiński, Suszyński, Szpakowski, Pogorzelski, Jacyna, prezes Jabłoński, senator Braliński, attaché wojskowi Francji, Anglii, Belgii, Włoch, Stanów Zjednoczonych, Rumunii, Japonii, Finlandii, Czechosłowacji, Łotwy i Estonii.

Po nabożeństwie przemówił natchniony kaznodzieja ksiądz prałat profesor Szlagowski. [...]

Wzruszył wszystkich słuchaczy. Zwrot do matek, których synowie polegli w bojach i spoczywają jako nieznani, wywołał łzy i łkania.

Po przemówieniach duchowieństwo odśpiewało egzekwie. Pochyliły się sztandary, rozbrzmiały dzwony, pochód ruszył w stronę placu Saskiego. [...]

Dookoła pomnika księcia Józefa Poniatowskiego na placu Saskim stało czterech żołnierzy w historycznych mundurach wojsk polskich, z czasów Księstwa Warszawskiego. Punktualnie o godzinie pierwszej rozległ się strzał armatni, wzywający stolicę, a z nią naród cały, do jednej minuty ciszy i skupienia. Odkryły się głowy, zamarł ruch... Tylko w górze rozległ się głuchy warkot krążących samolotów i łopot chorągwi poruszanych podmuchem wiatru.

Gdy zawarła się płyta nad szczątkami Nieznanego Żołnierza, pan prezydent Wojciechowski zapalił na niej jeden z pięciu zniczów, wiecznych ogni. Rozpoczęło się składanie wieńców.

[...] Ze Lwowa przywiozła delegacja sto dwadzieścia pięć wieńców. Wnętrze grobowca pokryło się kwieciem. Szarfy o barwach prawie wszystkich państw.

Grobowiec, miejsce spoczynku Nieznanego Żołnierza, mieści się pod arkadami gmachu Sztabu Generalnego, oddzielającymi plac Saski od Ogrodu Saskiego. Arkady te (byłego pałacu Szwarcowa) mają jedenaście przęseł[37]. Z tych trzy środkowe przeznaczono na grobowiec, pozostałe służą za przejście do powszechnego użytku. [...]

Gdy ośmiu żołnierzy kawalerów Virtuti Militari składało wśród szpaleru sztandarów zwłoki do mauzoleum, zbliżył się minister spraw wojskowych generał Władysław Sikorski i włożył do grobowca akt erekcyjny, a lwowscy delegaci wysypali na trumnę ziemię, przywiezioną ze Lwowa, z grobu Nieznanego Żołnierza.

Akt erekcyjny złożony w grobowcu Nieznanego Żołnierza polskiego brzmi, jak następuje:

Na wieczną chwałę imienia polskiego i dla bohaterstwa, które nie potrzebuje nazwiska, aby być najwyższej czci godnym. W siódmą rocznicę podjęcia walki o całość granic zmartwychwstałej Rzeczpospolitej i siódmego roku odzyskania przez naród polski niepodległości, roku pańskiego 1925, w dniu Zadusznym 2 listopada o godzinie trzynastej.

Naród i Rząd Najjaśniejszej Rzeczpospolitej z jej prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na czele, przy udziale przedstawicieli izb ustawodawczych, duchowieństwa trzech wyznań, wojska, władz państwowych i samorządowych, stowarzyszeń społecznych i licznych tłumów narodu, złożył w grobowcu, na placu Saskim w stołecznym mieście Warszawie wzniesionym, wydobyte ze wskazanego losem pobojowiska lwowskiego zwłoki żołnierza polskiego, który poległ za ojczyznę, składając w ten sposób wspólny hołd tysiącom bohaterów, którzy w ciągu stutrzydziestoletniej walki o wolność legli na polu chwały za sprawę narodu. W tymże grobowcu, będącym dziełem artysty rzeźbiarza Stanisława Ostrowskiego, spoczęło czternaście urn, zawierających ziemię z pobojowisk polskich.

Chwilę złożenia zwłok Żołnierza Polskiego do grobowca uczciła cała Polska uroczystym milczeniem, trwającym jedną minutę.

Wzniósłszy w stolicy, jako sercu Rzeczpospolitej Polskiej, grobowiec Żołnierza Polskiego, który poległ za ojczyznę, złożywszy doń żołnierskie szczątki - rząd Rzeczpospolitej polskiej w składzie:

Władysława Grabskiego, prezesa Rady Ministrów i ministra skarbu, Władysława Raczkiewicza, ministra spraw wewnętrznych, Aleksandra Skrzyńskiego, ministra spraw zagranicznych, Władysława Sikorskiego, ministra spraw wojskowych, Antoniego Żychlińskiego, ministra sprawiedliwości, Stanisława Grabskiego, ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, Stanisława Janickiego, ministra rolnictwa i dóbr państwowych, Czesława Klarnera, ministra przemysłu i handlu, Kazimierza Tyszki, ministra kolei, Mieczysława Rybczyńskiego, kierownika Ministerstwa Robót Publicznych, Franciszka Sokoła, ministra pracy i opieki społecznej, Józefa Radwana, kierownika Ministerstwa Robót Rolnych, przekazuje ten grobowiec i spoczywające w nim relikwie stołecznemu miastu Warszawie w osobach przedstawicieli władz samorządu miejskiego na wieczne czasy, zalecając, aby stolica, jako przedstawicielka innych miast i wsi polskich, opieką należytą i czcią otoczyła ten najpiękniejszy pomnik zwycięskiej walki o wolność i niepodległość narodu.

7599 dni Drugiej Rzeczypospolitej, wybór i oprac. Ewa Sabelanka, Kazimierz Koźniewski, Warszawa: Iskry, 1983, s. 112-121

Mieć piekielną łatwość pisania

11 lipca 1919 roku poszedł do fryzjera i kazał się ostrzyc do samej skóry. Fryzjer nie krył zdumienia.

- Po co? - pyta.

- Idę do wojska.

- Pan dobrodziej?

Długo nie mógł się uspokoić. Miał gębę rozżaloną i pokrzywdzoną. Po bezskutecznej polemice oświadczył, że mnie oszpeci, ale na mój wyraźny rozkaz, że żadnej odpowiedzialności za konsekwencje tego obrzydliwego czynu na siebie nie bierze, że mnie uprzedza, iż wbrew powszechnemu mniemaniu, wbrew utartemu przekonaniu takie ostrzyżenie fatalnie wpływa na porost włosów [...].

Oczywiście uskarżał się na los, który Polskę prześladuje, bo nie dość, że nie wiadomo, co będzie z wkładami oszczędnościowymi, złożonymi przed laty w kasach pocztowych, ale nam jeszcze teraz granice najeżdżają. Potem udowadniał, że to jest podłość ze strony bolszewików i skandal [...].

W dzień swoich urodzin Zdzisław Kleszczyński - późniejszy redaktor naczelny miesięcznika "Radio", felietonista Sęk w "Kurierze Warszawskim", autor komedii scenicznych - zaciągnął się do pułku szwoleżerów i wyruszył na wojnę. Jego zapiski o tym, jak się do niej przygotowywano, są przednie. Ochotnicy - tacy jak Kleszczyński, z dziewięcioma dioptriami w oczach - kłamią, że widzą świetnie, a okulista przyjmuje to na wiarę, "bo bolszewicy podchodzą już pod Białystok".

Były chwile bardzo osobliwe - wspominał Kleszczyński. - Zapisał mi się w pamięci pewien starozakonny obywatel, który chciał koniecznie do kawalerii. Pokraczny, niski, z zapadniętą piersią, niesamowicie owłosiony, starszawy jakiś człeczyna, może krawiec? [...] I zamyśliłem się mimo woli nad dziwnym fenomenem, któremu na imię: Polska. Pomyślałem, że tysiące głupców wyłażą ze skóry, żeby fenomen ten wszystkim doszczętnie obrzydzić, zohydzić [...] a przecież znajdują się jeszcze czasem tacy biedacy z nalewkowskiego getta, którzy chcą za wszelką cenę iść do polskiej kawalerii...

Niewyćwiczeni ochotnicy zderzają się z nędzną rzeczywistością. Biegną kłusem do stajen, a tam piekło, z talentem opisane przez Kleszczyńskiego:

Lance nam kazano brać, a nie było przy strzemionach tulejek...

Trzech ludzi w plutonie w ogóle jeszcze nie miało karabinów...

Dwu nie miało szabel...

A znalazł się nawet taki egzemplarz, który też nie miał, jak się okazało, ani siodła, ani lancy, ani karabinu - tylko pozwolenie rodziców na wstąpienie do wojska, wydane z uwagi na to, że srogi ten szwoleżer liczył sobie dopiero szesnaście lat...

Sodoma! Gomora!

Po drodze na front starsi ludzie zatrzymują żołnierzy i proszą, żeby zabrali ze sobą ich wnuki. Kleszczyński w pamiętniku z wojny (Czerwony teatr, 1925) daje też portret ochotnika: adwokata, chłopa, studenta czy literata, który rzucił wszystko i wyruszył walczyć, ale nie ma za grosz żołnierskiego ducha.

Martwi się jak stara panna, że nie został wymieniony w rozkazie dziennym. Oficerów słucha się ślepo, choć na pierwszym postoju wie wszystko zawsze lepiej.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Para - dawna drobna jednostka rozliczeniowa funta tureckiego (liry tureckiej).

[2] Prus był w 1870 roku uczniem Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnic­twa w Puławach, ale został usunięty ze szkoły po konflikcie z nauczycielem języka rosyjskiego.

[3] Małorusinami nazywano wówczas Ukraińców, Wielkorosjanami - Rosjan.

[4] Świtka - wierzchnia odzież chłopów lub drobnej szlachty, sukmana.

[5] Prus ma na myśli strajki lat 1905-1907, które dotknęły także piekarzy. Porwani rewolucyjnymi hasłami czeladnicy i niżsi pracownicy fizyczni niszczyli mienie pracodawców i odmawiali pracy. W 1905 roku dwóch warszawskich piekarzy zostało nawet zamordowanych, kilku napadnięto.

[6] Dmitrij Iwanowicz Iłowajski (1832-1920) - rosyjski historyk, autor podręczników obowiązujących w Królestwie Polskim, które fałszowały historię Polski i służyły rusyfikacji.

[7] Władysław Ludwik Anczyc (1823-1883) - autor popularnych sztuk ludowo-patriotycznych i utworów poetyckich, właściciel znanej krakowskiej drukarni.

[8] Ignoramus et ignorabimus (łac.) - nie znamy i nie poznamy.

[9] Płytka studnia z ręczną pompą.

[10] Prodaża ikon, kartin... (ros.) - Sprzedaż ikon, obrazów i innych świętych przedmiotów.

[11] Brener (daw.) - palnik.

[12] Mowa o pogromie w Kiszyniowie w 1903 roku, do którego doszło w wyniku oskarżenia miejscowych Żydów o mord rytualny. Zginęło 49 osób, kilkaset zostało rannych.

[13] Lignit - odmiana węgla brunatnego.

[14] Niczego! (ros.) - tu: Czemu nie!

[15] Upołnomoczennyj (ros.) - upoważniony.

[16] Mowa o kończącym pierwszą wojnę światową traktacie wersalskim podpisanym 28 czerwca 1919 roku przez zwycięskie państwa ententy i pokonane Niemcy.

[17] Słoński ma na myśli podchorążych walczących w powstaniu listopadowym.

[18] W ostatniej scenie Wyprawy wileńskiej Piłsudski wchodzi z adiutantami do gmachu swojej dawnej szkoły i wspomina surowość nauczycieli oraz kary wymierzane uczniom za mówienie po polsku.

[19] Molebien (ros.) - nabożeństwo.

[20] Bolesław Roja (1876-1940) - podczas pierwszej wojny światowej dowódca 4. Pułku Piechoty Legionów, od roku 1917 - III Brygady.

[21] Gowori potisze! (ros.) - Mów ciszej!

[22] Marka polska obowiązywała od 1916 roku na okupowanych przez Cesarstwo Niemieckie terenach Królestwa Polskiego, a następnie w Rzeczypospolitej do kwietnia 1924 roku.

[23] Prunela - cienka, mocna tkanina jedwabna.

[24] Proszek perski - środek owadobójczy uzyskiwany ze sproszkowanych suszonych kwiatów złocieni.

[25] Fluksja (daw.) - obrzęk spowodowany zapaleniem zębów.

[26] Fliz - płyta z kamienia lub terakoty do wykładania ścian i podłóg.

[27] Sowiet (ros.) - rada.

[28] Czeka - Ogólnorosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, policja polityczna w Rosji sowieckiej, powołana w 1917 roku na polecenie Lenina do ochrony władzy bolszewickiej. Zajmowała się sprawami bezpieczeństwa państwowego, prowadziła wywiad, kontrwywiad, sabotaż oraz prowokacje polityczne.

[29] Autor ma tu prawdopodobnie na myśli mieszkających w Kotlinie Minusińskiej Chakasów, znanych także jako Tatarzy abakańscy, którzy formalnie wyznawali prawosławie, zachowując jednak wiele elementów szamanizmu i kultów animistycznych.

[30] Hutuhta (właśc. chutuchta) - mongolski tytuł nadawany mistrzom buddyjskim.

[31] Chatyk (właśc. chadak) - szarfa ofiarna wręczana na znak szacunku przez buddystów, Tybetańczyków i Mongołów.

[32] Lamaizm - inaczej buddyzm tybetański; religia panująca głównie w Tybecie i wśród ludów mongolskich, powstała w XVI wieku, łącząca elementy buddyzmu z kultem lokalnych bóstw i demonów.

[33] Terlica - sztywna część siodła.

[34] "Żywy Budda" - reinkarnacja buddyjska (tu prawdopodobnie VIII Dżecundampa, inaczej Bogdo Gegen).

[35] Stowarzyszenie Rodzina Sieroca we Lwowie opiekowało się około pięćdziesięciorgiem dzieci zmarłych obrońców Lwowa.

[36] Laweta służąca do umocowania lufy działa.

[37] Pałac Saski został wysadzony w powietrze przez Niemców w grudniu 1944 roku. Po wojnie władze nie zdecydowały się na jego odbudowę, odnowiono jedynie pozostałą po zniszczeniach część środkową, w której ponownie urządzono Grób Nieznanego Żołnierza.