Antologia 100/XX. Tom 2 - Praca zbiorowa

Reflow text when sidebars are open.
"Jak się pracuje w dziale reportażu?" - spytała mnie znienacka w stołówce redakcji "Gazety Wyborczej" w 1991 roku. Okazało się, że już trzy miesiące pracuje w dziale zagranicznym, a chciałaby pisać reportaże. Miała tylko jeden problem: "Wasze reportaże w ogóle nie przypominają tekstów z francuskiej prasy".
Właśnie wróciła z Paryża, gdzie spędziła siedem lat. Urodziła się w Puszczy Kozienickiej, skończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, w stanie wojennym założyła własne pismo podziemne, w 1984 roku wyjechała na wakacje do Francji i została. Pracowała tam w osiemnastu zawodach w dwudziestu jeden miejscach; najkrócej - dwa dni - jako cenzor obyczajowy w minitelu (przodek internetu). Publikowała w emigracyjnym paryskim "Kontakcie".
"Tekst z francuskiej prasy", którego była zwolenniczką - według tego, co nam opowiadała - składał się z jednostkowego typowego przykładu, czyli krótkiej opowieści o tym, co się przydarzyło jakiemuś człowiekowi, i z publicystyczno-dziennikarskiej analizy uzupełnionej wypowiedziami specjalistów na temat, którego jednostkowa historia była egzemplifikacją. Gdy zorientowała się, jakiego typu tekstów "Gazeta" oczekuje od swoich reporterów, gdy poznała bliżej naszą grupę, zakochała się w reportażu. Kiedy w 1993 roku pisałem notki o reporterach do pierwszej naszej antologii Kraj raj. Piszą reporterzy "Gazety", Beata w punkcie "Zainteresowania" podała: "Izrael i fundamentalizm muzułmański", chociaż jeszcze nie pisała na ten temat. Zajmowała się jak my wszyscy tematami krajowymi, ponieważ na opisanie czekała nowa Polska. A w Polsce dziwiło ją wszystko: "Mariuszu, dlaczego tramwaje w Warszawie są w różnych kolorach?", "Jak sądzisz, czemu każde drzwi w moim bloku są w innym kolorze?", "Dlaczego dozorczyni się obraziła, kiedy jej powiedziałam, że nie może mnie budzić o siódmej rano stukaniem do drzwi?".
Czasem nas śmieszyło, a czasem trochę denerwowało, że Beata wciąż jest cudzoziemką.
W 1992 roku Małgorzata Szejnert zorganizowała w naszym dziale spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim, który uchylił się od oceny naszych reportaży, ale powiedział, że nie możemy być prowincjonalną gazetą, nie możemy pisać prowincjonalnych reportaży. Co znaczyło: nie możecie zajmować się tylko Polską. Na Beacie zrobiło to ogromne wrażenie. Rwała się do świata. Reportaż z Kalkuty, który zamieszczamy w antologii, jest jednym z jej pierwszych większych tekstów zagranicznych. Beata pojechała tam, żeby pracować dla biednych u boku Matki Teresy.
Mieliśmy wrażenie, że wszystkie swoje reportaże z Polski napisała, bo musiała, choć wiele z nich było docenionych i nagrodzonych. W 1999 roku na przykład aż dwa jej krajowe reportaże zostały wybrane przez czytelników i słuchaczy radiowej Trójki na reportaże miesiąca - w lutym Uniosło nas w powietrze (w dwadzieścia lat po wybuchu w warszawskiej Rotundzie PKO), w kwietniu 117 dni Klaudii. Zapis walki (o wcześniaku nieważącym nawet pół kilograma, którego ratował zespół lekarzy). Ten drugi napisała wspólnie ze Sławomirem Zagórskim, dziennikarzem działu nauki. Ukazał się w antologii Nietykalni (2000), a w notkach biograficznych napisano, że gdy Beata ze Sławkiem spotykają się na schodach redakcji, oboje wzdychają do Algierii. On uważa ten kraj za swoją drugą ojczyznę, ona napisała o Algierii czterdzieści tekstów, w tym korespondencje z wojny domowej.
Dokumentacja, zbieranie wycinków z prasy zagranicznej, sprowadzanie książek trwało miesiącami. Potrzebowała wnikliwej wiedzy, żeby móc jechać i opowiadać o zwykłych ludziach. Była pilna i pracowita. Jej reportaże o świecie islamu: z Algierii, Francji, Bośni, Gazy, Izraela, Libanu, Iraku, Kurdystanu, Egiptu, Turcji zostały po jej śmierci zebrane w tomie Piekło jest gdzie indziej (2003).
Beata pisała o islamie i o terroryzmie, ale nigdy między tymi słowami nie postawiła znaku równości.
Pisała reportaże o tym, w co ludzie wierzą, jak myślą, czego pragną, czego i kogo nienawidzą. Opowiadała o tych, którzy z Bogiem na ustach zabijają innych. [...] Stroniła od łatwych wniosków, burzyła się przeciw stereotypom. Dociekliwa, uparta. I w terroryście widziała człowieka. Zginęła z rąk tych, których próbowała zrozumieć
- napisał Wojciech Tochman (patrz tu), który w 2002 roku poszukiwał Beaty po zamachu 12 października 2002 roku na indonezyjskiej wyspie Bali. (Potem zainspirowany jej losem napisał książkę Córeńka, 2005).
Razem z Beatą na Bali zginęło dwieście osób. Zamachu na nocny klub w turystycznym miasteczku Kuta dokonali islamscy fundamentaliści. Beata znała Bali, była tam wcześniej.
To ostatni raj na ziemi - pisała - wyspa bogów, tak mówią. Wiecznie zielona, bo ziemia tu wulkaniczna, żyzna. Palmy. Bananowce. Tarasy ryżu. Sielskość.
Miał zastrzeżenia do Buszu po polsku. I to fundamentalne.
Nigdy nie byłem entuzjastą reportażu impresyjnego, lubującego się w drobnych incydentach, nic nieznaczących wydarzeniach i wypadkach - a gdzie coraz częściej reporterzy szukają schronienia przed ważnymi problemami. Zaczęło się to od słynnego Buszu po polsku Ryszarda Kapuścińskiego. Książki naprawdę pięknej i wzruszającej, ale składającej się jedynie ze świetnie napisanych impresji. A tymczasem przy impresyjnym ukazywaniu problemu reporter wymiguje się od jednoznacznego osądu i wzięcia zań odpowiedzialności.
A więc reporter ma osądzać. (Patrz: Zbigniew Kwiatkowski, też, jak Lovell, z Krakowa, też z "Życia Literackiego", bardzo przez Lovella podziwiany). Do tego: reporter ma wyciągać dla czytelnika wnioski, podpowiadać mu ewentualne rozwiązania opisanych problemów.
Sam Lovell mówił, że reporter ma "animować społeczeństwo", "wpływać na stan umysłów", "orientować ludzi w labiryntach życia". Zresztą "mnóstwo osób przychodzi na moje spotkania autorskie. I ciągle pytają mnie: jak żyć? Ciągle żądają nowego dekalogu". Nawet jedna z jego reporterskich książek ma tytuł Jak żyć? (1972).
W przeciwieństwie do innych reporterów Jerzego Lovella nie interesowały pojedyncze zdarzenia i jednostkowe historie.
Nigdy bowiem nie opisuję incydentów - deklarował. - Nie interesuje mnie, że panią X bije mąż czy - że pan Y ma dwie żony. Wkraczam dopiero wówczas, gdy takie wypadki układają się w zjawisko o pewnej powtarzalności. Gdy stają się problemem w odczuciu społecznym, problemem tak ważkim, iż dla uzyskania jako takiego pojęcia o naszym świecie konieczne jest postawienie dlań diagnozy.
Zwróćmy uwagę na słowa "wkraczam" i "diagnoza", a otrzymamy opis postawy reporterskiej Jerzego Lovella.
"Diagnozował" więc macierzyństwo nastolatek (Reportaż o smarkatych matkach), egoizm kobiet (Zabójstwo miłości), trudne życie mężów histeryczek (Piekło mężczyzn), słabość współczesnych mężczyzn (Koncert na trąbkę), zbyt wcześnie rozpoczęte życie seksualne młodzieży (Traktat o życiu seksualnym) i mnóstwo innych "współczesnych problemów". Szukał zawsze wielu przypadków typowych (jednostkowych, ale typowych), które ułożą się w obraz możliwy do umieszczenia w szerszym kontekście obyczajowym. Gdy już je zebrał i zsyntetyzował, zaczynał swoją świecką homilię. Na przykład tak:
Młodzież rozpoczyna życie płciowe [...] często po prostu już od dzieciństwa [...]. Stosunki płciowe, uprawiane bez umiarkowania niemal od najwcześniejszej chwili, od chwili poznania, powodują szybki przesyt [...]. Żałujmy pięknych, powabnych dziewcząt, upitych tanim winem, barłożących się z byle kim i byle jak, goniących za chwilą rozkoszy, której się nazajutrz nie pamięta, a pozostaje tylko jałowość i wstręt; żałujmy mężatek, chutliwych i zarazem biernych, umęczonych; żałujmy mężczyzn, po pijanemu obłapujących przygodne kobiety, niezdolnych już nawet do rozkoszy, nienasyconych i zarazem przesyconych. Produkują bezsens, zaprzeczają swemu ludzkiemu powołaniu.
Wstępy do reportaży Jerzego Lovella, nim przemówili ich bohaterowie, miały czasem po kilka stron. Specyfika jego tekstów - autora kilkudziesięciu książek reporterskich, wydającego czasem po dwie, a nawet trzy rocznie - polegała jeszcze na tym, że ciągle zdradzał czytelnikom kulisy swojej pracy. Relacjonował myśli towarzyszące mu przy zbieraniu materiału, dylematy i wybory.
"Mimo wszystko właśnie im, kobietom, należy pierwszym oddać głos" - napisał w Piekle mężczyzn, po tym jak stwierdził, że dotychczas (jest 1977 rok) bardzo dużo mówiło się o piekle kobiet, lecz teraz należy mówić o piekle mężczyzn, skazanych na swoje kobiety. Mimo wszystko właśnie kobietom należy oddać głos (rad nierad reporter oddaje), ale stwarza to nowe problemy:
Oddać głos - ale którym? Z jakiej generacji? Z jakiego środowiska? Raczej nie nastolatkom, to osobny problem. Ani kobietom zdecydowanie starszym; należą do innej epoki. Więc może tym około czterdziestki: jeszcze w pełni aktywnym, lecz już sumującym pewne doświadczenia...
Podobnie w reportażu Dlaczego się nie żenią?:
Więc mam się popytać chłopców, porozmawiać z pannami? Nie tędy chyba droga. Rocznik statystyczny też mi nic nie powie. Już raczej poprzestać na własnym doświadczeniu, na obserwacjach z bliskiego kręgu.
Potrafił też informować czytelnika, że pani psycholog, która konsultuje dla niego różne tematy, właśnie wyjechała do ministerstwa do Warszawy i wróci za kilka dni, więc trzeba na nią poczekać.
Można się zastanawiać, dlaczego Lovell w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych odniósł tak duży sukces. Co było fascynującego w tym prowadzeniu czytelnika za rękę? Zostawiam to Państwu.
Zastanawiano się, czy teksty Jerzego Lovella w ogóle są reportażami. W 1960 roku Tomasz Łubieński zamieścił w "Twórczości" nieprzychylną recenzję tomu Cud się zdarzył (1959), której nadał tytuł Antyreportaż. To określenie dowodziło wyraźnej odmienności tekstów Lovella od klasycznego wzorca. W 1974 roku Wiesława Grochola w recenzji innej książki nazwała jego pisarstwo "publicystyką opisującą". W 1976 roku Jan Kurowicki w "Kontrastach" nadał im miano "reportaży moralno-światopoglądowych". Zarzucał im patetyczność - na przykład demonizowanie opisów życia codziennego. A przede wszystkim uleganie stereotypom. Jerzy Lovell "wybiera się w wędrówkę po koleinach społecznych stereotypów, grzmiąc gromko i doniośle", pisał. Na koniec Kurowicki życzył ironicznie: "Wszystkiego najlepszego dla wszystkich, którzy chcą tak samo przez świat podążać".
Źródła pragnienia świata uporządkowanego (a przecież reporter Lovell cały czas relacjonuje właśnie swoje poszukiwania jakiegoś porządku) widziałbym w jego młodości. Był synem inżyniera leśnika, urodził się w Drohobyczu. Prapradziadek był Anglikiem. Sprowadził go do Polski książę Sanguszko, by opiekował się jego stadniną. Wiosną 1940 roku, kiedy w Drohobyczu zaczęły się pierwsze masowe wywózki, ojciec zmobilizowany w kampanii wrześniowej dał znać matce, żeby z córką i synem przedostała się na Węgry, gdzie będą mogli znaleźć schronienie. Tam Jerzy Lovell, bez matki, którą, jak mówił, zgubił po drodze, i bez ojca, który pozostał w kraju, chodził do polskiego gimnazjum w Balatonboglár. Po wojnie trafił do Krakowa, skończył szkołę dziennikarską przy KC PZPR, zaczął od reportażu socrealistycznego w krakowskiej prasie codziennej, a potem osiadł na stałe w "Życiu Literackim". Zadebiutował jako siedemnastoletni poeta w gazetce szkolnej. Mówił, że wiersze te wynikały z jego szczególnej sytuacji życiowej, z zagubienia i przerażenia światem.
Musiałem szybko dojrzeć, zaprowadzić w tym świecie jakiś ład, porządek i poezja bardzo mi w tym pomogła.
Powtarzanie na głos własnych myśli albo powtarzanie, co się w danej chwili robi - a to praktykuje Jerzy Lovell w swoich reportażach - jest też sposobem porządkowania świata.
1
Informacja z "Echa Krakowa", rubryka Kronika wypadków z dnia 25 maja 1970 roku:
"Ofiarą makabrycznej zabawy padł dziewięcioletni Robert S. zamieszkały przy ulicy Wielickiej. Został on przez grupę kolegów owinięty workiem z folii i podpalony. Ciężko poparzonego chłopca przewieziono do kliniki".
(Uwaga: ulica Wielicka mieści się w Płaszowie, prawobrzeżnej w stosunku do Wisły części Krakowa).
Wstęp, wariant I
Pierwszą wiadomość przyniosła moja żona - od kosmetyczki. Miła pani Ewa, przyjazna i rozmowna wobec stałych klientek, ma córkę studiującą na krakowskiej Akademii Medycznej i odbywającą okresowe praktyki w Instytucie Pediatrii w Prokocimiu (bezpośrednie pobliże Płaszowa). Opowiadała, że córka poprzedniego dnia wróciła zupełnie roztrzęsiona: na jej oczach w Dziecięcej Klinice Chirurgicznej (to część Instytutu Pediatrii) lekarze przejmowali z rąk pogotowia małego chłopca na pół zwęglonego, przytomnego przy tym, nieustannie charczącego przez oparzone usta i gardło: "Puśćcie mnie" i "Ratunku". Dusił się, natychmiast trzeba było przeciąć w szyi otwór do tchawicy. Oszalałe oczy. Potworna męczarnia. Z opowiadań pielęgniarzy z pogotowia wynikało, że chłopca przywiózł taksówkarz, który przejeżdżając gdzieś w okolicach ulicy Płaszowskiej, w pustkowiu, obok wysypiska śmieci, zauważył uciekającą bandę wyrostków oraz biegnącą w przeciwnym kierunku, ku szosie, dziwną figurkę otoczoną czymś, co falowało, świeciło i dymiło. Przyhamował i dopiero wtedy pojął, że ma przed sobą c h ł o p c a , k t ó r y p ł o n i e. Żywą pochodnię. Chwycił koc, wybiegł, przydusił dziecko do ziemi, ugasił, zdarł z niego resztki topniejącej folii. Odwiózł na sygnale do pogotowia. Czy chłopak wyżyje? Poparzone, na pół zwęglone dłonie, uda, plecy, głowa. Słaba nadzieja, prawie jej nie ma. Lekarze robią, co mogą. Córka pani Ewy nie spała całą noc... Ciągle majaczyła się jej płonąca figurynka biegnąca skrajem pustkowia i rozpaczliwie charcząca: "Ratunku!" i "Puśćcie mnie!". A potem nagie, czerwono-czarne ciałko, skręcane konwulsjami bólu, z białymi, oszalałymi oczami pośród spalonych brwi i powiek.
Relacji żony wysłuchałem nie ja jeden tylko: to był wczesny wieczór, akurat wpadło do mnie kilku przyjaciół. Dziennikarz. Lekarz. Plastyk. Pierwszy odezwał się lekarz:
- Potworne. I chyba beznadziejna sprawa. Jeśli oparzeniu uległo powyżej czterdziestu procent powierzchni ciała, to właściwie nie ma prawie żadnych szans.
Długo milczeliśmy, po czym odezwał się plastyk:
- Hasior: te jego płonące kompozycje. Zawsze pojmowałem to jako artystyczną przenośnię, a tu nagle... Słuchajcie, ludzie, czy nigdy na tej ziemi nie pojawi się jakiś poczciwy anioł z lilią w dłoni, z gałązką oliwną, z balsamem miłości i dobroci, którym namaści nasze oczy, do jasnej cholery?!
- I z tęgą lagą w drugiej dłoni - zaperzył się dziennikarz. - Żeby lać nią drani i skurwysynów, lać i tylko patrzeć, czy jeszcze dyszą. O Boże, żebym ja dostał w ręce tych hyclów, tych młodych, dobrze się zapowiadających oprawców, tych malutkich katów... Och, żebym ja ich dostał w swoje ręce!
- Chcesz sam zostać katem? - wtrąciłem się. - Zresztą nie przesadzajmy, dzieci zawsze były okrutne.
- Ale nie tak, nie tak - zaprotestowała żona. - Ty nie słyszałeś tych kobiet, tych klientek pani Ewy, które tego słuchały... To są matki, których dzieci też ktoś może spalić.
- Właśnie - dopowiedziałem. - Oni, ci, jak mówicie, mali oprawcy, również mają swoje matki. A te matki żyją w społeczeństwie, w którym my też żyjemy. Może jesteśmy współodpowiedzialni?
- Chcesz powiedzieć, że to Hasior winien, bo podpala swoje rzeźby? - szydził plastyk.
- Nic nie chcę powiedzieć, przynajmniej na razie, za mało wiem. Ostatecznie relacja z zakładu kosmetycznego to jeszcze nie pełnia wiedzy. Może będę wiedział więcej, wtedy powiem. Na razie wiem tylko jedno: że nie pomoże ani cudowny balsam, ani okuta laga. Do zobaczenia niebawem, panowie.
Wstęp, wariant II
Ostatnia sesja Rady Narodowej miasta Krakowa była poświęcona problemom wychowania. Przyznam się, że udawałem się na nią z mieszanymi uczuciami. Uczestniczyłem już kiedyś w podobnej imprezie, co prawda zorganizowanej przez inną instancję, i wyszedłem z niej z przekonaniem, że niczego nie załatwiła, chociaż usiłowała właśnie z a ł a t w i ć. Na mównicy defilowali starsi panowie, na ogół niewiele mający wspólnego z młodzieżą, i przelicytowywali się w wymyślaniu rygorów i haseł, które młodzież miały natychmiast i bezapelacyjnie uzdrowić i zbawić. Nie wierzę, aby hasła i rygory mogły kogokolwiek zbawić, to po pierwsze; po drugie, na owym konwentyklu zabrakło rzetelnej i nieszablonowej analizy środowisk młodzieżowych, co winno być podstawą jakichkolwiek poczynań i dyskusji; po trzecie wreszcie, każdy, kto zdaje sobie sprawę, jak dziwne i niejednoznaczne zjawiska zachodzą współcześnie szczególnie na styku dzieci-rodzice, ten przyzna, że dyskutowaniu tego tematu musi towarzyszyć atmosfera nieskrępowania, intymności, prawa do własnych przemyśleń, a więc i błędów - od tej zaś atmosfery ów konwentykiel był jak najdalszy. Słowem obawiałem się, że w krakowskim magistracie spotkam się z czymś podobnym, i z góry nastawiałem się na jałowość i nudę...
A było jednak inaczej. Ojcowie miasta są także ojcami własnych dzieci; zabrali się więc do roboty z pasją i po ludzku, ze zrozumieniem istoty rzeczy. Zaczęli od tego, że główny referat na sesji powierzyli tym, którzy się na tym najlepiej znają: wychowawcom, nauczycielom, ściślej - Kuratorium Okręgu Szkolnego. Ci zaś okazali się na tyle mądrzy i niezadufani, iż nie ograniczyli się do własnych tylko doświadczeń, lecz skorzystali z wiedzy wszelkich innych instytucji, mających coś wspólnego z wychowywaniem: organizacji młodzieżowych, milicji, Ligi Kobiet, Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej itd. Zaproszono także ich przedstawicieli na salę obrad. Obracam się tu pośród samych znajomych...
Tytuł referatu (powiedziano skromniej: informacji) brzmiał: Działalność szkoły, rodziny i środowiska w tworzeniu jednolitego systemu wychowania dzieci i młodzieży na terenie miasta Krakowa. Ta j e d n o l i t o ś ć , powiązanie wszelkich funkcji wychowawczych, to postulat wojewódzkiej organizacji partyjnej egzekwowany już od roku. Właśnie: szkoła, rodzina i środowisko. Żeby nie było żadnego wymigiwania się, spychania obowiązków i odpowiedzialności. Żeby dziecko stało się najbardziej w s p ó l n ą sprawą. Gra już ten system? Zaczyna. Dociera się. Referat analizuje to punkt po punkcie.
Jest jednak i inny problem, który tu nagle wychynął, który ogniskuje uwagę. Usłyszano, przeczytano i teraz komentuje się na sali i w kuluarach takie na przykład stwierdzenia:
...wysiłki instytucji partycypujących w procesie wychowania, a przede wszystkim szkoły, przyniosły duże rezultaty; ten optymistyczny stan nie może jednak przesłonić faktu istnienia niepowodzeń wychowawczych...
...jednym z podstawowych objawów trudności wychowawczych jest przestępczość nieletnich, której źródłem są czynniki społeczne, środowiskowe i biologiczne...
...szczególny niepokój budzi fakt, że zwiększa się liczba nieletnich dokonujących najcięższych kategorii przestępstw, takich jak rozboje i włamania...
...spośród nieletnich sprawców dziewięćdziesiąt procent to chłopcy, ponad sześćdziesiąt procent przestępstw dokonywanych jest grupowo, aż osiemdziesiąt trzy procent przestępców posiada oboje rodziców...
...z przytoczonych danych wynika bezpodstawność przekonania, jakoby na drogę przestępstwa szła głównie młodzież pozbawiona rodziny i nieucząca się...
...badania przeprowadzone przez Instytut Pedagogiki WSP wykazują, że na przykład spośród społecznie wykolejonych dziewcząt około siedemdziesięciu procent charakteryzuje ociężałość umysłowa...
...w grudniu 1968 roku wydziały oświaty miasta Krakowa ustaliły ponad osiemset dzieci ze znacznymi wadami wymowy i sześć procent uczniów ze skazą nerwicową charakterologiczną lub psychopatyczną...
My - dyskutujący w kuluarach - stwierdzamy: oto istotne novum w analizie, chyba po raz pierwszy dostrzeżone w takiej jaskrawości: mimo naszej dobrej woli i niejako poza jej zasięgiem proces z w y r o d n i e n i a wśród części ludzi młodych nie cofa się, lecz zdaje się przybierać na sile... I to nieprawda, że dotyczy tylko jakiegoś marginesu społecznego, środowisk zdegenerowanych, rodzin rozbitych czy łajdackich: nie, dotyczy wszystkich, także naszych własnych dzieci... Aby zaś nasz niepokój się dopełnił, do repertuaru przyczyn i skutków włączył się czynnik najmniej przez nas brany pod uwagę, niezawiniony, ale - okazuje się - przerażająco obecny: czynnik b i o l o g i c z n y. Może jeszcze inaczej: biologiczno-genetyczny. Czyżbyśmy, nie wiedząc o tym, płodzili potencjalne potworki z ukrytymi skazami psychicznymi, gotowymi nagle a niespodziewanie wybuchnąć zbrodnią lub szaleństwem?
- Cóż, to jest cena, jaką w całym świecie płaci się za szybki postęp i cywilizację - mówi znajomy lekarz, radny.
- Straszna to cena - mówi dziennikarz, też radny - jeśli jest nią na przykład fakt, o którym słyszeliśmy niedawno: kilkunastoletni chłopcy stąd, z Krakowa, chcieli spalić żywcem swego dziewięcioletniego kolegę... Czy musimy płacić taką cenę? Chodźcie na salę, panowie: przecież po to zebraliśmy się tutaj i obradujemy, żeby do tego nie dopuścić, prawda?
Nie wróciłem na salę, ponieważ byłem umówiony właśnie w sprawie owego chłopca, który płonął żywcem jak pochodnia. Przebywa w Instytucie Pediatrii; wciąż trwa batalia o jego życie, wciąż chwieją się nad nim języki płomieni, pożerające ciało i duszę.
Materiały z sesji będę miał do wglądu, powrócę jeszcze do nich.
Wstęp, wariant III
Chłopak, dziecko dziewięcioletnie, spalony żywcem przez kolegów? W jednym z pism krakowskich ukazała się taka notatka: czyście jej uwierzyli? Czy nie wywołała ona waszego oburzenia i protestu? Nieodpowiedzialny redaktor dyżurny machnął sobie taką wiadomostkę, posłyszaną zapewne wśród plotkujących bab w tramwaju. Czy zastanowił się, jaką czyni szkodę społeczną? Jaką etykietkę przylepia naszemu młodemu pokoleniu? Szczególnie, że po sprawdzeniu okazała się ona n i e p r a w d z i w a , czy też raczej - niezupełnie prawdziwa, a więc myląca, tym szkodliwsza.
Otóż wasz reporter poszedł śladami tej notatki i dotarł do następujących faktów:
Istotnie, w dniu 23 maja, w sobotę po południu, na wysypisku przy ulicy Płaszowskiej, nieopodal stawów zwanych Bagry, uległ poważnemu poparzeniu chłopak nazwiskiem Robert S., bawiący się tu wraz z kilkoma kolegami. Jak wynika jednak z dochodzeń prowadzonych przez kompetentne organy, mowa tu o nieszczęśliwym p r z y p a d k u , a nie o zamierzonym czynie: chłopak po prostu wpadł do dołu, w którym spalały się różne odpadki, zrzucane tu przez okoliczne zakłady.
Wersję tę zdaje się potwierdzać również sąd dla nieletnich, w którego gestii znajduje się ta sprawa; piszę to w trybie warunkowym, ponieważ dochodzenia jeszcze nie zamknięto, sąd oficjalnie nie wyraził swojego zdania.
Wasz reporter będzie towarzyszył tokowi sprawy i we właściwym czasie powiadomi o jej wynikach. Jedno jednakże już dziś wydaje się pewne: nie pomniejszając tragizmu tego wydarzenia, nieszczęścia dziecka i jego rodziny - trzeba je jednak umieścić w sferze niezawinionych przypadków losu. A jako takie nie podlega społecznej ocenie.
2
Mam do czynienia z jednym faktem s z c z e g ó l n y m oraz z zespołem komentarzy przez ten fakt implikowanych. Istnieje ścisła zależność między tymi dwoma członami: jeśli fakt okaże się nieprawdziwy, komentarze siłą rzeczy staną się zbędne; gdybym zaś mimo wszystko utrzymał je w mocy, rozminą się z prawdą, a więc i celem. Pytanie podstawowe, na które muszę odpowiedzieć, brzmi zatem: czy Robert S. płonął żywcem na skutek własnej nieostrożności, czy też został przez kogoś podpalony - a jeśli tak, to czy stało się to przypadkiem, w sposób niezawiniony, czy też czyn został spełniony z rozmysłem, z premedytacją?
Znalazłem się jako reporter w trudnej sytuacji, ponieważ dochodzenia, prowadzone przez Komendę Dzielnicową MO Kraków-Podgórze oraz sąd dla nieletnich, nie zostały jeszcze ukończone, a nawet powiedziałbym: daleko im do ukończenia. Energiczne z początku, w pewnym momencie jakby straciły rozpęd. To nie jest zarzut pryncypialny: każdy rozumie, że śledztwo w sprawach nieletnich jest szczególnie utrudnione, zeznania dzieci plączą się i zaprzeczają sobie wzajem, stopień prawdomówności bywa względny. A poza tym... mój Boże, niczego nikomu nie wmawiam ani nie insynuuję, ale chyba każdy z nas zawahałby się na moment, zatrzymał tuż przed granicą, za którą rozciąga się prawda potworniejąca, prawda nieludzka; nie chce się z nią pogodzić nasze sumienie, oskarża ono także nas samych... Tak czy inaczej, wypadało mi śledztwo przeprowadzać niejako na własną rękę i na własną odpowiedzialność. Właśnie przed chwilą je zamknąłem. Trwam w przerażeniu.
Umówiłem się na dzisiaj z sędzią sądu dla nieletnich prowadzącą sprawę. Odwołam to spotkanie. Musiałbym sugerować własne wnioski, a nie zamierzam wszak wchodzić w kompetencje ani sądu, ani organów dochodzeniowych. W swoim czasie ustalą one prawdę obiektywną w sposób sobie właściwy. Nie taję: wciąż mam łut nadziei, że pomimo wszystko będzie to prawda inna od mojej. I że będę mógł w nią uwierzyć... Póki co jednak muszę się trzymać własnej ścieżki. Wypisać swój własny
Akt oskarżenia
przeciwko:
Maciejowi B., lat 16, uczniowi zasadniczej szkoły zawodowej
Jerzemu M., lat 14, uczniowi szkoły podstawowej
Krzysztofowi W., lat 9, uczniowi szkoły podstawowej
Adamowi G., lat 10, uczniowi szkoły podstawowej
oskarżonym o to, że działając wspólnie i w porozumieniu w dniu 23 maja 1970 r. około godziny 16.00 z poduszczenia Macieja B., podpalili celowo i z premedytacją Roberta S., lat 9, po to, aby zadać mu śmierć.
Motywacja
W rzeczonym dniu Robert S., powróciwszy ze szkoły do domu, zjadł obiad, po czym, korzystając z nieobecności rodziców będących w pracy (ojciec na delegacji poza Krakowem), udał się wraz z dwoma mieszkającymi w pobliżu kolegami ze szkoły, Krzysztofem W. i Adamem G., na wysypisko makulatury przy ulicy Płaszowskiej w celu wspólnej zabawy oraz, jak oświadczyli w śledztwie, "zbierania złotka", to jest skrawków srebrzystej folii aluminiowej, po drugiej stronie powlekanej natłuszczonym papierem, które to skrawki są tutaj wywożone przez Zakłady "Telpod". Zajechała właśnie ciężarówka i zrzuciła duże bele tej makulatury. Chłopcy zaczęli w niej grzebać i przebierać. W trakcie tej czynności, traktowanej jako zabawa, dołączyli do nich przebywający w pobliżu Maciej B. oraz Jerzy M; Robert S. był im nieznany, natomiast dobrze się znali z pozostałymi dziećmi, to jest Krzysztofem W. i Adamem G.; Maciej B., jako najstarszy, musiał zapewne przejąć przewodnictwo tych igraszek. "Dla śmiechu" okręcono Roberta S. dokładnie folią i wepchnięto w dół pełen innych, także łatwopalnych odpadków. W pewnej chwili chłopak zaczął odczuwać brak powietrza, wystawił więc głowę na zewnątrz i wołał, aby go oswobodzili, wtedy ktoś zatkał mu usta dłonią i równocześnie usłyszał okrzyk Krzysztofa W.: "On się pali, co będzie?". Odpowiedział Maciej B.: "Niech się spali żywcem". Folię, w której znajdował się Robert S., podpalił tenże Maciej B. posiadaną przez siebie zapalniczką; sam przyznał się do tego w śledztwie, jakkolwiek zastrzegając się, że jakoby nie wiedział, iż w środku znajduje się Robert S. Naiwne to tłumaczenie tym bardziej nie zasługuje na wiarę, iż zaprzeczyło mu dalsze postępowanie oskarżonego: nie rzucił się na pomoc płonącemu, mimo iż był najstarszy w tej grupie, lecz stał spokojnie obok, potem zaś uciekł wraz z innymi chłopcami. Jedynie Jerzy M. usiłował w pierwszej chwili ratować Roberta S., częściowo wyciągnął go za nogi z ognia, ale niebawem też uciekł.
Tymczasem Robert S. zdołał się jakoś wyswobodzić z płonącego dołu; krzyczał: "Ratunku!" i dłońmi zrywał z siebie folię, która miejscami wtopiła się w ciało. W pewnej chwili dopomógł mu w tym zbierający w pobliżu makulaturę starszy człowiek, obywatel Józef Małek. Poradził też chłopcu, aby pobiegł do portierni znajdującego się niedaleko zakładu. Chłopak istotnie pobiegł tam i przede wszystkim wylał na siebie wiadro wody. Portier zaczął dzwonić po taksówkę, ale nie mógł się dodzwonić; tymczasem Robert S., nie wytrzymując bólu (folia dalej się tliła), wybiegł na drogę, skąd zabrała go na pogotowie przejeżdżająca taksówka.
Pozostali chłopcy w tym czasie oddalili się do domów, nie mówiąc nic o zaistniałym wypadku swoim rodzicom...
Nie, nie potrafię utrzymać się w tym beznamiętnym tonie oskarżyciela; zbyt mocno to wszystko przeżyłem, zbyt mocno wbiły mi się w pamięć szczegóły, obrazy, słowa... Z drugiej strony chciałbym się ustrzec przed sądami zbyt pochopnymi, podyktowanymi pasją, zgrozą i oburzeniem. Cóż więc robić? Nie znajduję innego wyjścia, jak sięgnąć do moich reporterskich notatek, gdzie dzień po dniu, rozmowa po rozmowie, urasta ze szczegółów ów makabryczny p r z e w ó d d o w o d o w y ...
Z notatnika reportera
Poniedziałek w czerwcu. Zadzwoniłem rano do docenta doktora Jana Grochowskiego, kierownika Kliniki Chirurgicznej w Instytucie Pediatrii, prosząc o rozmowę oraz możność odwiedzenia leżącego tu Roberta S. Jest dzisiaj bardzo zajęty, ale zgodził się, abym zgłosił się do niego około godziny jedenastej.
Wpadł do gabinetu prosto z zabiegu, jeszcze w gumowych rękawicach i białym kitlu. Od razu, jeszcze przed rozmową, zaprowadził mnie do separatki, gdzie leży Robert.
Zapamiętałem tylko twarz - częściowo odsłoniętą już z bandaży; żywe mięso z zaciekami i strupami, rozbiegane białe oczy bez rzęs i brwi; nie domykają się ponoć nawet w czasie snu. W szyi rurka prowadząca do tchawicy. Na nasz widok płacze, rzuca się.
- Może pan z nim porozmawiać, on już artykułuje słowa - mówi doktor.
Cóż tu mówić? Pocieszam chłopaka, że pewno niedługo, jeszcze tylko troszkę, a pojedzie na wakacje. Przestaje płakać, oczy ożywiają się. Okropnym charkotliwym głosem pyta:
- Kiedy... kiedy ja stąd wyjdę?
Lekarze odsłaniają jego ciało: rozlane rany na udach, w kroczu, na ramionach, obandażowane dłonie i stopy. Odwracam oczy, nie wytrzymuję.
Rozmowa w gabinecie. Mówi doktor Grochowski: początkowo prawie żadnej nadziei. Czterdzieści dwa procent powierzchni ciała oparzone. Zmiany w naczyniach miąższowych (nerki, wątroba) i w mózgu. Lewa dłoń tak zwęglona, że należałoby ją amputować. W tej chwili najcięższy kryzys minął, lecz zawsze jeszcze możliwe są niespodzianki. Pytam, czy nie mówił czegoś w pierwszym okresie, w malignie.
- Owszem - odpowiada doktor - wykrzykiwał: "Puśćcie mnie!", "Zostawcie mnie!" oraz "Ratunku!". W sposób widoczny odnosiło się to do jego niedawnych przeżyć (notuję tę wypowiedź specjalnie dokładnie i podkreślam, ponieważ wydaje mi się szczególnie znacząca jako d o w ó d ).
Pytam, czy w jego praktyce w tutejszej klinice zdarzały się podobne - co do okoliczności - przypadki. Pamięta doskonale: wrzesień 1967 roku - sześcioletni chłopak, Piotr Długi z Nowego Targu, przywieziony helikopterem. W czasie zabawy przy ognisku koledzy wrzucili go do ognia i siłą przytrzymywali. Dwa lata pozostawał w leczeniu, również cudem wybroniony od śmierci. Czy są inne przykłady, może mniej drastyczne, okrucieństwa dzieci? Owszem, dosyć częste, choć trudno określić częstotliwość. Pobicia, okaleczenia. Czy pozostawia to - poza urazami fizycznymi, kalectwem itp. - również jakieś urazy psychiczne? Oczywiście, na przykład ten chłopak z Nowego Targu musiał być leczony także psychicznie. Klinika dysponuje fachowcami: psychiatrami i psychologami. Zamawiam się na rozmowę z panią psycholog, na jutro.
Później pojechałem na Wielicką 82, do rodziców Roberta. Nie zastałem ich w domu. Zlustrowałem okolicę. Mieszkają na drugim piętrze nowoczesnego bloku, jednego z pięciu wznoszących się tuż przy dworcu płaszowskim. Obok, w ogrodach, małe pokraczne domki typowego przedmieścia. Ta dzielnica miała złą sławę. Agresywny, pazerny ludek, ni to półproletariat, ni to półposiadacze. Jak w małym miasteczku. Poza tym alkoholizm, złodziejstwo i w ogóle wszystkie grzechy główne...
Zaczepiłem grupkę chłopców w wieku mniej więcej ośmiu, dwunastu lat, bawiących się przed blokiem. Zapytałem, czy wiedzą o tragedii Roberta. Oczywiście wiedzieli, odpowiadali z przejęciem. Jeden z nich powiedział:
- To taki starszy chłopak, może siedemnastoletni, pchnął Roberta w ogień, my go znamy, ciągle chodzi po Krzemionkach...
Wtorek. Starałem się przez Komendę Wojewódzką MO o możliwość wglądu do akt dochodzeniowych Komendy Dzielnicowej MO Podgórze w sprawie Roberta; pozwolono mi na to w drodze wyjątkowej uprzejmości, bo tego normalnie się nie praktykuje. W KD zostałem przyjęty przez porucznika M. prowadzącego sprawę. Trzymał się trochę w rezerwie, czemu się nie dziwię. W każdym razie dowiedziałem się wielu istotnych szczegółów, takich jak choćby personalia chłopców uczestniczących w zajściu oraz ich adresy.
Z protokołów przesłuchania chłopców wynika - tak przynajmniej referował mi je porucznik - że solidarnie wypierają się jakiegokolwiek współudziału w wypadku. Ot, po prostu bawili się; wszędzie walają się tu odpadki, które się palą, ktoś je podpala - i Robert nieszczęśliwie wpadł do takiego palącego się dołu... a oni przestraszyli się i uciekli.
- Pan temu wierzy? - pytam porucznika obcesowo.
Nie odpowiada wprost.
- Widzi pan, to są dzieci, do ich zeznań zawsze trzeba odnosić się z pewną dozą krytycyzmu...
Zastanawia mnie jeden szczegół - mówię o tym, raczej myślę głośno: niewątpliwie wmieszany był w to wszystko ów najstarszy chłopak, prawie siedemnastoletni Maciej B. Jak to - taki stary koń, a bawi się z dziewięcioletnimi mikrusami? Z przesłuchania wynika, że owszem, miał przy sobie zapalniczkę i podpalał to i owo. Wymknęło się także porucznikowi - widocznie jego też to zafrapowało - że matka Macieja B. zeznała, że on tak zawsze lubi bawić się z młodszymi od siebie. Infantylizm? Nie, porucznik przeczy: zupełnie normalny chłopak, uczy się w szkole zawodowej, przyzakładowej, wygląda i zachowuje się normalnie, nie był notowany w kartotekach milicyjnych... A więc? Może chęć przewodzenia, podporządkowywania sobie tych maluchów? Może diabli wiedzą jakie skazy charakteru albo i zboczenia?
Takie głośne myślenie nic nie wniesie. Porucznik daje do zrozumienia, że też ma rozmaite wątpliwości, ale przezornie nie wychyla się w osądach ani na włos. Dowiaduję się w końcu jednego ważnego szczegółu: Maciej B. został bezpośrednio po zajściu zatrzymany jako podejrzany, wkrótce jednak zwolniono go na podstawie decyzji sądu dla nieletnich (który w tym wypadku, kiedy chodzi o dzieci, spełnia funkcję prokuratury), ponieważ nie dopatrzono się na razie niezbitych dowodów winy ani dostatecznie umotywowanych poszlak.
Patrzę ze współczuciem na porucznika: czasem rola jego instytucji jest zaiste niełatwa. Mamy się niebawem spotkać w sądzie dla nieletnich.
Środa. Oglądnąłem sobie teren tego wysypiska przy ulicy Płaszowskiej. Bagniste rozlewiska Bagrów, a dalej doły, jamy, góry odpadków, z których niektóre tlą się, żarzą, dymią. Kilku starych ludzi, śmieciarzy, żyjących ze zbierania makulatury, i watahy dokazujących chłopaków, którzy mają tu swój "Dziki Zachód". Na miły Bóg, kto pozwolił na usytuowanie takiego niebezpiecznego wysypiska tuż przy obrzeżu półmilionowego miasta, wśród domostw, o krok od linii tramwajowej?! A skoro już do tego dopuszczono, to dlaczego nie jest to teren kontrolowany przez strażników, jakoś zabezpieczony? Za każdą śmierć i każde kalectwo, które się tu zdarzy, czyniłbym odpowiedzialną przede wszystkim Radę Narodową Podgórza, gospodarza tych terenów.
Dzisiaj także doszło do spotkania z doktorem Zofią Kordyl, psychologiem Instytutu Pediatrii. Jako hasło wywoławcze rozmowy poddałem temat agresywności wieku dziecięcego. Pani psycholog ma i olbrzymie doświadczenie, i interesujące spostrzeżenia. Współczesne cechy tej agresywności wywodzi przede wszystkim z niedowładu życia rodzinnego. Z braku troski rodziców o życie uczuciowe dziecka, o kształtowanie jego wrażliwości w sensie o t w a r c i a wobec innych ludzi. Dziecko na ogół jest przyuczone do tego, aby pamiętać wyłącznie o sobie, o własnych przyjemnościach i wygodach. Rodzi się z tego zjawisko bezmyślności, braku hamulców, żywiołowego stosunku do przedmiotów, zwierząt, ludzi... Właśnie w tej hierarchii: zaczyna się od bezkarnego niszczenia przedmiotów, potem maltretowania i zabijania zwierząt, a potem... no nie, nie zawsze stopniowanie jest pełne, nie przesadzajmy. Jest i drugi aspekt tej agresywności, z zasady w wieku nieco późniejszym, wśród nastolatków, kiedy bywa sposobem reagowania na bodźce środowiskowe.
Niestety, musiałem szybciej zakończyć tę rozmowę, niżbym chciał, ponieważ od owej psychologii teoretycznej oderwała mnie p s y c h o l o g i a s t o s o w a n a. Mam iść do mieszkania Macieja B.
Nie zastałem go w domu. Była tylko jego matka. W kącie pokoju stoją wędki: tak, mąż jest zapalonym wędkarzem i właśnie wtedy, w tę nieszczęsną sobotę, Maciek poszedł na Bagry, aby nałowić ojcu żywca... Co za nieszczęście, panie, co za nieszczęście! No tak, bywał tam i częściej, w Płaszowie mieszka teściowa, jego babcia, to często ją odwiedzał... Nawet znał dwóch chłopców spośród tych trzech, ale Roberta nie, w ogóle go nigdy nie widział... Czy lubi się bawić z młodszymi? A owszem, jakoś do niego lgną - może dlatego że on sam jest jeszcze trochę dziecinny, taki, no, jak panienka... Dobrze, jak pan sobie życzy, to może się pan z nim zobaczyć niechby jutro, tak o tej porze - może trochę później, jak przyjdzie z pracy, i mąż wtedy będzie...
Czwartek. Zastanę go czy nie zastanę? Przywiązuję dużą wagę do tego spotkania. Przeglądnąłem notatki, zastanowiłem się, przypomniałem sobie jeszcze niektóre pominięte tu szczególiki - no, nie uprzedzajmy wypadków.
Za pierwszym razem - cisza za drzwiami. Poczekałem, potem zszedłem na ulicę, zjadłem lody, powłóczyłem się. Po półgodzinie - znowu dzwonię, dwa razy, jak zwykle dzwonią domownicy. Ktoś się poruszył, drzwi się otwierają. Chłopak może dwudziestoletni, starszy brat? Czy ojciec jest? Nie, nie ma, jeszcze nie wrócił z pracy. Ale ja się przecież umawiałem wczoraj z pana matką, że przyjdę. Czy jest Maciej? A jest, proszę, niech pan wejdzie.
Zostawił mnie samego w pokoju, a za chwilę wszedł on, Maciej. Drobny, szczupły, ładna pociągła twarz, duże oczy - spokojne, ale z wyrazem napięcia. Blondyn. Zagadałem - o tych wędkach, stojących w kącie, o rybach. Że sam też jestem wędkarzem.
- Gdzie ojciec łowi?
- Przeważnie na Dunajcu - odpowiedział nieomal basem, jakże kontrastującym z tą jego szczupłością, chłopaczkowatością...
Ech, mocny i zwinny młody chłopak, żadna tam "panienka". Ale ma w sobie jednak coś dziwnego... Co? Nie wiem. Czuję.
Proszę, aby opowiedział swoją wersję wypadków. Początkowe szczegóły nieważne. Zapisuję, co najważniejsze:
- Tam zwalano z ciężarówki takie bele, szukaliśmy w nich piłeczek gumowych, czasem są takie z "Semperitu"1. Kręcili się jacyś chłopcy. Tak, to prawda, miałem przy sobie zapalniczkę i podpaliłem taką jedną kupę odpadków, ale nie wiedziałem, że tam w środku ktoś jest, dopiero, jak zaczął ruszać się i krzyczeć... Tak, to prawda, że nie poszedłem mu na pomoc. Przestraszyłem się. Uciekłem.
Zapaliłem papierosa, odczekałem chwilę. Maciej B. zapytał:
- A czy on żyje?
- Jak to, nie zainteresowałeś się tym przedtem? Owszem żyje. Może w y ż y j e.
Spodziewałem się ulgi w tych dużych, spokojnych, napiętych oczach. Przeciwnie. Jakby jeszcze bardziej skamieniały.
Zapytałem:
- Czy czujesz się winny?
- Tak, czuję się winny tego, że podpaliłem kupę śmieci.
- A czy nie czujesz się winny, że nie udzieliłeś pomocy, że uciekłeś, mimo że to ty właśnie podpaliłeś i że ty byłeś z tych chłopaków najstarszy, więc powinieneś za nich odpowiadać?
Przedłużająca się chwila milczenia, wreszcie, jakby z wahaniem:
- Tak, za to też czuję się winny.
Odszedłem. Czegóż więcej mogłem oczekiwać? I tak dokonało się wiele. Zyskałem nieomal pewność.
Sumuję tę rozmowę:
a) przyznał się, że zapalił;
b) twierdzi, że nie wiedział, że ktoś tam jest; to przecież nie była jakaś monstrualna góra śmieci, tylko niegłęboki dół; zresztą wokół, jak mówi, kręcili się ci znajomi chłopcy, z którymi był Robert, więc by go uprzedzili, ostrzegli; może to zresztą zarazem dowodzić, że był z nimi w zmowie;
c) wiadomość o tym, że Robert żyje, przyjął bez ulgi, lecz jakby z niepokojem; o co? że Robert po przyjściu do siebie coś opisze, coś w y g a d a ?
d) nie wykazał jakiejkolwiek skruchy - to jego przyznanie się do winy było niejako wymuszone;
e) wrażenie ogólne: ten chłopak ma w sobie coś nienaturalnego; coś, co się tylko wyczuwa, co się kryje w tych kontrastach między dorosłością a chłopaczkowatością, między buzią cherubina a kamiennym spokojem oczu... Mój Boże, oczywiście, że to wszystko jest niepewne i niewymierne, opisuję tylko w r a ż e n i a. Aby stwierdzić jego rzeczywisty stan psychiczny, trzeba by było długich i fachowych badań psychiatrycznych.
(przerwa w notatkach)
Wtorek. Byłem dzisiaj znowu u rodziców Roberta i wreszcie ich zastałem. Dowiedziałem się czegoś, czego jeszcze nie wie ani milicja, ani nikt w ogóle. Pani S. powiedziała mi, że wczoraj, to jest w poniedziałek 30 czerwca, po południu, około godziny siedemnastej, kiedy przebywała jak co dzień o tej porze w separatce Roberta, ten poczuł się szczególnie dobrze, zelżał jakoś strach, leżący dotąd na nim kamieniem, i w długim monologu (wyobrażam sobie te chrypiące, wyrywane z krtani słowa...) opowiedział jej, jak było naprawdę.
Cytuję prawie dosłownie:
- Głaskałam go, był dzisiaj ożywiony i nie płakał, i w pewnej chwili zapytałam go: "Robuś, jak to się z tobą stało? Bawiliście się czy co?". On chwilę myślał i powiedział: "Tak, mamusiu, bawiliśmy się i oni owijali mnie tą folią, i wepchnęli do dołu, a jak zacząłem krzyczeć, to mi ręką zatykali usta, a potem podskoczył ten starszy chłopak i podpalił, ja strasznie krzyczałem...".
A oto uzupełniająca relacja ojca Roberta:
Wiadomość o wypadku syna zastała go poza Krakowem, był na delegacji służbowej. Wkrótce po przyjeździe odszukał Krzysztofa W., nie w domu, lecz na ulicy, i zapytał go: "Krzysztof, powiedz, jak było naprawdę". Wtedy podszedł do nich jakiś starszy chłopak i oświadczył: "Proszę pana, Krzysztof na milicji wszystko skłamał, bo bał się bicia od ojca; mówił choćby, że nie wie, jak się nazywał ten ich prowodyr, a w gruncie rzeczy wie i ja też wiem, on się nazywał Maciej B. I to ten właśnie chłopak podpalił Roberta, a jak Krzysztof krzyknął, to tamten powiedział: "Niech się spali żywcem"". Pan S. zapytał Krzysztofa, dlaczego kłamał, a ten odpowiedział: "Bo mi B. groził". Ojciec Roberta zaprowadził go natychmiast na milicję, aby zmienił zeznania. Jak Krzysztof W. zeznawał po raz drugi - nie wie, nie był przy tym obecny, bo był zbyt wzburzony i został wyproszony z lokalu MO...
Na koniec obydwoje rodzice podsuwają mi dwie fotografie Roberta: z niedawnej Komunii Świętej oraz z karty tramwajowej. Ładniutkie, wychuchane dziecko. Na tę uśmiechniętą twarzyczkę nakłada mi się obraz tej drugiej, w strupach, zaciekach i nadżerkach, widzianej w separatce kliniki. Te dwie twarze nigdy już nie będą takie same.
Epilog
Spotkali się znowu u mnie: lekarz, dziennikarz, plastyk. Był jeszcze na dokładkę prawnik.
Zreferowałem wynik swego prywatnego śledztwa.
- Czy jesteś pewny ostatecznej konkluzji? - zapytał prawnik. - Ostrzegam cię przed odpowiedzialnością.
- Nie. Nie wyręczam wszak milicji ani sądu. Uznaję tę konkluzję tylko za wysoce prawdopodobną; na tyle prawdopodobną, że mogę na jej podstawie budować dalsze przesłanki rozumowe. Czy też inaczej: komentarze i wnioski.
- A jeśli strona przez ciebie obwiniona - upewniał się - zostanie w toku normalnego przewodu sądowego oczyszczona z zarzutów? Czy odwołasz publicznie swoje oskarżenie?
- Jeśli zostanę przekonany argumentacją i faktami, to tak, oczywiście. Tutaj występuję przecież tylko jako rzecznik własnych przekonań. A także, w jakimś sensie, rzecznik opinii publicznej.
- No to dobra, wal już swoje wnioski i komentarze - zawyrokował prawnik.
- Co z moim balsamem? - wpadł w słowo plastyk.
- Co z moją lagą? - przypomniał sobie dziennikarz.
- Panowie, tylko bez ogólników - skarcił lekarz. - Jerzy zebrał dane bardzo konkretne, a poza tym wszyscy uczestniczyliśmy w sesji rady również bardzo konkretnej; mówmy w dalszym ciągu konkretnie.
- Zgoda zacznijmy od wniosków z sesji - powiedziałem. - Przypomnę z arcyciekawej analizy kuratora Nowaka fakt, który może uszedł waszej uwagi: co dziewiąta, dziesiąta rodzina w środowiskach przemysłowych jest, jak on to określił, m o r a l n i e z a g r o ż o n a. Wśród przyczyn - i ta niebagatelna, którą zacytuję dosłownie: "Rodzina w Krakowie, podobnie jak w innych wielkich miastach, ulega dezintegracji. Typowa dziś jest rodzina mała, na którą w minimalnym stopniu oddziaływa nacisk opinii bliższych i dalszych krewnych: coraz powszechniejsze stają się zjawiska aktywności zawodowej obojga rodziców, indywidualizacji zainteresowań, krzyżowania licznych modeli wzorców osobowych i kulturowych - co nie sprzyja wykształceniu silnego poczucia więzi rodzinnej. Sytuację utrudnia fakt, że współczesne wychowanie, zarówno to rodzinne jak i instytucjonalne, w zasadzie nie przygotowuje młodzieży do przyszłej roli małżonków, ojców i matek. Tymczasem coraz większa liczba rodziców to ludzie młodzi...". Nic dodać, panowie, ani ująć. Ja tutaj odnajduję odpowiedź na pytanie, dlaczego Robert S. stał się żywą pochodnią i dlaczego, być może, w najbliższych latach takich pochodni spotkamy więcej. Pani psycholog, której zdanie tutaj wam przytoczyłem, ujęła rzecz zwięźlej: "Niedowład rodziny". Ale wydawała się przy tym zwolenniczką owego cudownego balsamu: że coś przyjdzie z zewnątrz i namaści nasze oczy, oczy matek, ojców i dzieci, miłością i dobrocią. Chrystianizm wierzył w taką magiczną formułę - i z jakim skutkiem? (Na marginesie stwierdzę, że wszyscy chłopcy z kręgu Roberta łącznie z Maciejem B. byli wychowywani jak najbardziej religijnie). Kurator Nowak proponuje coś innego - skoro punktem wyjścia są małe odosobnione rodziny, absolutnie nieprzygotowane do mądrego i odpowiedzialnego wychowywania dzieci... Powiada mianowicie: trzeba w sposób rygorystyczny, obowiązkowy uczyć rodziców funkcji wychowawczych. Konkretnie: zacząć od rodziców dzieci z przedszkoli, a potem rodziców dzieci z klas pierwszych, piątych i ósmych szkół podstawowych oraz pierwszych i ostatnich klas szkół zawodowych i średnich. To znaczy w okresach, kiedy dziecko przechodzi najważniejsze fazy rozwojowe. I to ma być w Krakowie realizowane z całą sumiennością. Aby w dalszych latach nie było już więcej żywych pochodni...
- I ty to uważasz za jedyne skuteczne panaceum? - powątpiewał dziennikarz. - Też balsam, tylko że inny, mniej poetyczny.
- Od czegoś trzeba zacząć - powiedziałem. - Nie można stać bezczynnie, k i e d y c z ł o w i e k p ł o n i e.
- Może i masz rację - powiedział plastyk. - Hasior ci się kłania.
- Obiecałem wam dalsze informacje o toku sprawy Roberta S. Moje obserwacje wzbogaciły się tymczasem o wyniki ostatniej sesji rady miasta Krakowa, poświęconej, jak wiadomo, wychowaniu. Czy zwróciliście uwagę na fakt, podkreślony w sprawozdaniach, że coraz większa liczba dzieci ma najrozmaitsze skazy i odchylenia psychiczne? Dojrzeliśmy do tego, aby spojrzeć prawdzie w oczy. To są uboczne skutki cywilizacji - przede wszystkim postępu higieny i medycyny, która utrzymuje przy życiu dzieci dawniej skazane na nieuchronną śmierć, eliminowane przez naturalną selekcję. A jesteśmy wszak dumni, że stajemy się społeczeństwem wysoce cywilizowanym. W sprawie Roberta S. wychodzą na jaw coraz nowe szczegóły. Nawet gdyby przyjąć, że jego tragiczny wypadek wynikł z okrutnej zmowy grupy dzieci - to niewątpliwie dzieci te należą właśnie do owego marginesu "odpadów cywilizacyjnych". Trzon społeczeństwa pozostaje zdrowy. A o to przecież chodzi...
Jerzy Lovell, Jak żyć? Zbiór reportaży, Warszawa: Iskry, 1972, s. 5-34
Z sierpniowego strajku stoczniowcy wyszli z gotowym projektem Pomnika Poległych w 1970 roku. Wybrali miejsce, w którym ma stanąć, oraz dzień na jego odsłonięcie. Zatwierdzono to wszystko uchwałą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego 24 sierpnia. Stoczniowcy załatwili swe sprawy między sobą i w tym przekonaniu wrócili do pracy.
3 września zaczęły wyłaniać się nieprzewidziane trudności. Na naradzie w Urzędzie Wojewódzkim okazało się, że choć pomysł wszyscy z całego serca popierają, to zarówno wygląd pomnika, jego lokalizacja, jak i termin postawienia zostały fatalnie wybrane: całość została zaakceptowana jak najbardziej, nie sposób było tylko zaakceptować żadnej z jej części.
Na szczęście znalazła się już grupa osób, która wyręczy stoczniowców w trudnej myślowej pracy, zadba, żeby właściwy projekt stanął na właściwym miejscu i we właściwym czasie, no, po prostu weźmie wszystko na siebie. Wypowiedział się w tej sprawie wojewódzki konserwator zabytków w Gdańsku magister Mirosław Zeidler, który poinformował zebranych, że jest kompetentnym w temacie przedstawicielem resortu kultury i sztuki i pragnie nadać sprawie rangę dyskusji ogólnopolskiej. Zanim zdołano zebrać myśli, dlaczego nieistniejącym jeszcze pomnikiem zająć się ma konserwator zabytków oraz dlaczego ma temu pomnikowi coś nadawać albo odbierać, magister Zeidler zgłosił propozycję.
- Ogłosi się konkurs ogólnopolski na projekt pomnika - poinformował zebranych. - W tej sytuacji oczywiście niemożliwością będzie odsłonięcie go w tym roku, ale - zasugerował mówca - pójdzie się na to, że w rocznicę wydarzeń położony zostanie kamień węgielny.
Gorąco poparł go docent Sitek ze Związku Polskich Artystów Plastyków, pełniący w oddziale gdańskim funkcję drugiego sekretarza.
- Najlepsze rezultaty artystyczne osiąga się w budowie pomników drogą organizowania otwartych konkursów - powiedział.
Pomniki projektowane na zamówienie, jak to określił, nie dają w przekonaniu docenta Sitka oczekiwanych efektów. Wyraził też przekonanie, że autor projektu, pan Pietruszka, nie może być całkowicie usatysfakcjonowany, ponieważ jego projekt nie miał konkurencji.
Architekt miejski i wojewódzki znaleźli inny problem. Dotyczył on miejsca, w którym stoczniowcy proponują postawić pomnik - to jest placu przed drugą bramą stoczni, gdzie w grudniu 1970 roku zginęło trzech robotników. Otóż w planach rozwoju Gdańska plac ten znajduje się pod projektowanym przedłużeniem ulicy Wałowej, przy czym terminu i technicznych szczegółów dotyczących budowy planowanej ulicy Wałowej aktualnie podać nie można. Jest możliwe, że Pomnik Poległych nie będzie kolidować z trasą szybkiego ruchu, istnieje w tym względzie jednak zbyt duże prawdopodobieństwo.
Argumenty te w ogóle nie trafiły do przedstawiciela Społecznego Komitetu Budowy Pomnika. Ogłoszenie konkursu na pomnik nie wchodzi, jego zdaniem, w grę, gdyż termin jest nakazem nadrzędnym. Komitet obstawał przy tym, aby pomnik był dziełem stoczniowców od początku do końca, oraz wyraził życzenie, aby innych pomników w tej sprawie nie stawiano.
Takie nieprzejednane stanowisko spowodowało, że na następne spotkanie w sprawie pomnika, które odbyło się 13 września w Stowarzyszeniu Architektów, stoczniowców nie zaproszono. Było to jedyne wyjście, ponieważ Społeczny Komitet Budowy Pomnika odbył już dwa zebrania, na których nie tylko nie ustosunkował się do rejestru przeszkód, ale zdążył podzielić prace pomiędzy swych członków. Technologią montażu zajmować się mieli pracownicy Mostostalu, palowaniem Energopol, do wykonywania elementów pomnika przygotowywali się stoczniowcy. Geoprojekt zadeklarował nadzór geodezyjny, Gazoprojekt wykonanie palnika do znicza, gdański Polam zgłosił chęć oświetlenia całości. Policzono też wytrzymałość konstrukcji, która okazała się trwała.
Na koniec zaprotokołowano: "Należy zwrócić uwagę, że zostały już przesądzone poniższe sprawy: koncepcja i lokalizacja pomnika oraz utworzenie Społecznego Komitetu Budowy". Przypomniano przy tym, że dyrekcja stoczni przyrzekła robotnikom wybudowanie pomnika już w 1970 roku, natomiast potem zabroniła nawet powieszenia tablicy pamiątkowej. "Uroczystości obchodów rocznicy Grudnia były tłumione. W czasie zgromadzeń uczestnicy byli zatrzymywani i osadzani w aresztach. Pomnik ten ma być symbolem naszego bezpieczeństwa".
W odpowiedzi na to spotkanie w Stowarzyszeniu Architektów zgromadziło nie osoby przypadkowe, jak pierwsze, ale Radę Artystyczną. Była to Rada Artystyczna pomnika stoczniowców, a powołał ją magister Zeidler, wojewódzki konserwator zabytków. W zagajeniu poinformował radę, że zdaniem służb konserwatorskich i architektoniczno-urbanistycznych województwa pomnik powinien być efektem konkursu artystycznego.
Rektor Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku profesor Jackiewicz zgłosił przytomną uwagę, że jest za późno, aby powoływać radę. Poprosił jednocześnie, aby zwolnić go z ingerencji w sprawę, która w swej treści nie może ulec zmianie. Profesor Jackiewicz nie widzi mianowicie możliwości tchnięcia artystycznego ducha w to, co jest. Mimo to ma sugestię, aby symbolika pomnika nawiązywała raczej do krzyża żołnierskiego. Dlaczego zastrzelonych stoczniowców upamiętnić ma krzyż żołnierski, tego profesor Jackiewicz nie powiedział. W każdym razie pomysł, aby pomnik składał się z symboli morskich: wysokich masztów z poprzecznymi kotwicami, które według autora B. Pietruszki "mogą być przez wierzących uznawane za krzyże", a także druga interpretacja, że są to trzy kolejne w Polsce Ludowej ukrzyżowane nadzieje, napawał mówcę głębokim niepokojem.
Architekt miejski, inżynier Wszelaki, był zdania, że debata powinna się zacząć od ustalenia miejsca. W jego przekonaniu nie byłoby możliwe usytuowanie pomnika w środku projektowanej jezdni, która przecież będzie kilkupoziomowa. W związku z tym inżynier Wszelaki ma propozycję: jeśliby pomnik stanął rok później, widziałby jego lokalizację w narożniku koło stacji benzynowej.
Docent Sitek ze Związku Polskich Artystów Plastyków miał dokładnie takie samo zdanie co do terminu odsłonięcia, tyle że oparte na zupełnie innych przesłankach myślowych. Zapytał bowiem na wstępie:
- Czy jesteśmy na etapie rewolucji kulturalnej?
Po czym wyraził przekonanie, że pomniki są własnością narodu, a nie jakiejś grupy. U podstawy tego stwierdzenia leżało przekonanie, że naród reprezentuje Rada Artystyczna, zaś jakąś grupę - stoczniowcy. Na zakończenie docent Sitek powiedział, czego nie można zrobić. Nie można mianowicie stawiać rzeczy bez wartości artystycznej dlatego, że musi być dotrzymany termin tego roku.
Architekci, panowie Jagodziński i Szczepański, zgłosili ostry protest wobec tej wypowiedzi.
Magistra inżyniera Tomasza Partekę z Biura Planowania Przestrzennego obrusza najbardziej czterdziestometrowa wysokość pomnika, czemu dał wyraz w sposób dobitny.
- Pomnik i jego skala - powiedział - powinny być adekwatne do skali czynu: zginęło trzech ludzi i oddanie honoru powinno być odpowiednie do tego.
Magister inżynier Parteka zaprezentował też pogląd, że plan zagospodarowania przestrzennego jest własnością społeczną i nie wolno go złamać. Przez własność społeczną magister inżynier Parteka rozumie taki rodzaj posiadania, że społeczeństwo coś od władzy dostaje i nic nie może z tym zrobić: ani zamienić, ani oddać, ani wyrzucić; trwa to do czasu, aż społeczeństwu odbierze się poprzednią własność i daruje inną, równie nieodwołalną.
Na koniec magister inżynier Parteka oświadczył, że nie uważa, aby do 16 grudnia pomnik musiał stanąć.
- Może kamień węgielny to za mało, ale jakaś tablica na przykład? - rozważał sobie specjalista z Biura Planowania Przestrzennego.
Nie to co prezes Stowarzyszenia Architektów inżynier Hordyński, który miał trzy gotowe kontrpropozycje. Tak więc po kolei: można by powierzyć rozwiązanie pomnika największemu rzeźbiarzowi w kraju (nazwisko nie padło) albo powierzyć opracowanie kilku wariantów jakiemuś rzeźbiarzowi z Gdańska, wreszcie zadać taki temat rzeźbiarzom na całym świecie. W wypowiedzi prezesa SARP-u1 imponował rozmach.
Generalny projektant miasta Gdańska, inżynier Jabłoński, doszedł do wniosku po dyskusjach, że realne są dwie lokalizacje. Jedna na osi ulicy dojazdowej z dworca - może w ogrodzeniu z lewej strony bramy, druga - koło ogólniaka numer jeden, na placyku, wewnątrz ogrodzenia szkoły. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że inżynierowi Jabłońskiemu zależy na tym, aby pomnik jak najbardziej wtopić w zabudowę, a najlepiej go za nią schować.
W tym miejscu zabrał głos docent Pełczyński z Towarzystwa Urbanistów Polskich. Powiedział, że nie przypomina sobie, aby widział któregoś z dyskutantów w trakcie strajku w stoczni, i tym tłumaczy, że prowadzi się tu dzisiaj takie rozmowy.
Architekci Szczepański i Jagodziński zdołali wtrącić, że należałoby przyjąć lokalizację stoczniowców, bo oni mają prawo nie mieć zaufania do władzy miejskiej, oraz że jest możliwość postawienia pomnika przed bramą numer 2, jak tego sobie życzą, ze względu na dużą przestrzeń.
Profesor Duszeńko ze związku plastyków powrócił jednak do konkursu, którego rozpisanie uznał za wskazane.
- Nie powinno się powierzać jednemu takiego zadania. Nie można ulec presji nieufności i czasu - powiedział.
W dziesiątą rocznicę Wydarzeń zaproponował ustawienie akcentu tymczasowego.
Prezes Hordyński z SARP-u zrozumiał to w ten sposób, żeby postawić zastępczy pomnik w tym roku, a następny w wyniku konkursu, i poparł profesora Duszeńkę. Przypomniał także propozycję profesora Jackiewicza, aby zamiast innych symboli wykorzystać symbolikę krzyża wojskowego, która to zamiana wydała mu się przednia.
Docenta Kruszelnickiego z Instytutu Sztuki PAN zniecierpliwiła dyskusja i zaapelował o podjęcie decyzji.
- Czy idziemy na konkurs, czy przyjmujemy tę propozycję oraz czy lokalizację decydujemy wstępnie, czy też dajemy pod konkurs?
Nie wiadomo, dokąd by jeszcze zaszedł docent Kruszelnicki, gdyby nie magister Zeidler, który przypomniał sobie, że jeśliby nawet rada podjęła jakieś decyzje, nie byłyby one wiążące, niestety. Nie przeszkodziło mu to zakomunikować, że odbył już w sprawie pomnika rozmowy z biskupem, od którego dowiedział się, że symbolika projektu nie jest również teologicznie jasna i klarowna.
- W pojęciu chrześcijańskim ukrzyżowanie nadziei - relacjonował magister Zeidler - jest zagadką przy ogniu, symbolu życia.
W Stowarzyszeniu Architektów powiało grozą. Zaczęło się wydawać, że jakieś fatum zawisło nad stoczniowcami: po prostu nie ma punktu widzenia, z którego nie można by ich napiętnować, a którego magister Zeidler by nie znał.
Ze zrozumieniem wysłuchano więc opinii inżyniera Wciorki ze Stowarzyszenia Architektów, że przed ustaleniem innej koncepcji spotkanie z komitetem budowy pomnika nie będzie sensowne.
Obrady Rady Artystycznej dobiegały końca. W podsumowaniu wojewódzki konserwator zabytków magister Zeidler zapowiedział rozesłanie odezwy do architektów i plastyków w sprawie wzięcia udziału w konkursie na założenia urbanistyczno-plastyczne pomnika. Wskazane jest, jego zdaniem, aby określić ideę literacką pomnika i tutaj magister Zeidler zaproponował takie ujęcie: "Pomnik czynu robotniczego".
Tak tedy okazało się, że pomnik, jaki zamierza wystawić rada, nie tylko inaczej ma wyglądać, gdzie indziej i kiedy indziej stanąć, ale ma być zupełnie czemu innemu poświęcony - niepostrzeżenie z jednego pomnika zrobiły się dwa różne.
Następne posiedzenie Rady Artystycznej nie odbyło się. Wojewódzki konserwator zabytków magister Zeidler został zawieszony w czynnościach.
Na zebraniu w dniu 16 września stoczniowcy oświadczyli, że opieka nad pomnikiem pozostawać będzie w wyłącznej gestii pracowników Stoczni Gdańskiej.
17 września architekt miejski wydał decyzję co do lokalizacji pomnika przed drugą bramą stoczni.
10 października wiceminister kultury i sztuki profesor Zin zatwierdził pod względem plastycznym projekt Pomnika Poległych autorstwa B. Pietruszki, technika budowy okrętów. Przed zatwierdzeniem prosił, aby przedstawić mu powiększone rysunki płaskorzeźb, obrazujące sceny z życia stoczniowców. Chciał im się przyjrzeć bliżej.
Michał Ogórek, Wydostać się spod Piły, Warszawa: Iskry, 1985, s. 81-89
Posępny sikh budzi mnie głośnym waleniem w drzwi. 4 maja, piąta rano. Hotel Astoria przy Sudder Street. Kalkuta.
Sudder Street, rankiem
Uliczka ma sto metrów długości, nie więcej. Rząd sklepów, kramy, herbaciarnie uliczne. Pod ścianami gnijące odpadki. Banalna kalkucka ulica, którą znają wszyscy rykszarze w mieście.
Tutaj za dolara można się przespać w którymś z kilku małych hoteli: wieloosobowy pokój, zimny prysznic na korytarzu, ściany zżarte wilgocią, w materacach - pluskwy. Za dolara można zjeść obiad i wypić bananowe lassi (jogurt) w dziurze o nazwie Błękitne Niebo.
W hotelach przy Sudder Street zatrzymują się wolontariusze Matki Teresy. Przyjechali tu na miesiąc, na pół roku, czasem na jeden dzień. Sami płacą za hotel i utrzymanie. Pracują w którymś z dziesięciu domów Matki Teresy rozrzuconych po całej Kalkucie.
Monika, dwudziestopięcioletnia Niemka, opiekowała się starcami w Poczdamie.
Potężny Szwed, informatyk, spędzał wakacje w Indiach, gdy ktoś powiedział mu o umieralni Matki Teresy.
Z Francji przyjechała grupa pielęgniarek.
Z Izraela - sześćdziesięcioletnia Włoszka, scenograf teatralny.
- Chciałam pracować z ludźmi, nie z dekoracjami.
Z Polski w maju byłam tylko ja.
W drodze do Domu-Matki
Idę ulicą przecinającą dzielnicę muzułmańską. Wpół do szóstej. O tej porze ludzie wstają ze swoich prycz ułożonych na chodnikach, z metalowych łóżek, z worków rozciągniętych pod ścianami.
Przy pompie polewają się wodą śniadzi mężczyźni. Jeden z nich szoruje palcem zęby. Inny, siedząc w kucki, siusia do rynsztoka.
(Poranne dźwięki Kalkuty: parskanie, chrząkanie, plucie, charczenie, głośne smarkanie).
Dom-Matka
Dom przy Bose Road zwany Domem-Matką (Mother House), główne kalkuckie centrum misjonarek miłości. Obszerny dziedziniec. Na parterze przy drzwiach zostawiamy buty, boso idziemy do kościoła. Na półpiętrze napis kredą na tablicy:
Głodny miłościPatrzy na ciebieSpragniony dobrociŻebrze u ciebieOdarty ze wsparciaW tobie ma nadziejęDawaj,Aż do bólu
Podpisane: Matka
Matka Teresa wyjechała właśnie do Rzymu, ale jej obecność odczuwa się na każdym kroku.
Kościół - duża pusta sala. Tu siada się wprost na podłodze: z lewej - siostry w białych sari z niebieską obwódką i nowicjuszki (w sari bez obwódki), z prawej wolontariusze. Tu oddaje się Bogu cześć, składając ręce na wysokości czoła w hinduskim pozdrowieniu. Słowa mówionego po angielsku kazania (angielski jest wspólnym językiem wszystkich misjonarek) mieszają się z jazgotem ulicy.
Matka Teresa nakazała, żeby w czasie nabożeństwa okna kościoła były zawsze otwarte: misjonarki miłości nie powinny kryć się ze swoją modlitwą w ciszy.
Po mszy śniadanie w niewielkiej sali na parterze. Herbata z mlekiem i banany. Na podwórzu, w ostrych promieniach słońca nowicjuszki piorą w wiadrach białe sari.
- Wstajemy za dwadzieścia piąta. Od piątej do siódmej jest modlitwa. Potem śniadanie. Po ósmej każda z nas idzie do swojego ośrodka - opowiada siostra Fryderyka z Malty, prawa ręka Matki Teresy.
Żyją jak ubodzy. Mają po dwa sari, trzecie na szczególną okoliczność, śpią w wieloosobowych salach, na podłodze. Zanim złożą śluby wieczyste, w zgromadzeniu muszą spędzić dziesięć lat.
Większość sióstr to Induski. Kilka przyjechało z zagranicy. Jak Catherine z wyspy Mauritius.
- Zawsze lubiłam pomagać ubogim. Ale nigdy nie myślałam, że wstąpię do zakonu. Pracowałam w biurze, trochę w marketingu. Potem przyjechałam do Kalkuty i zostałam wolontariuszką. Postanowiłam zrobić coś więcej.
Autobusem do Nirmal Hriday
Pokracznym, odrapanym autobusem jadę z innymi wolontariuszami do Kalighat - dzielnicy, w której leży Nirmal Hriday - przytułek dla umierających. Miasto żyje już dniem codziennym.
Kalkuta. Moloch. Nazywana miastem szalonym, przeklętym. Tłum cię pcha, potrąca, zaczepia, ścieli się pod nogami. Samochody pędzą wprost na przechodnia. Odchody w rynsztokach. Smród odpadków. Gorąca wilgoć oblepia ciało.
Kalectwo na sprzedaż. Na niebieskiej ceracie leży człowiek bez rąk i bębni metalowymi talerzami, które zręcznie uchwycił palcami stóp. Pyzaty mężczyzna bez nóg szybko przesuwa kadłub ciała na desce z kółkami. Na skraju chodnika siedzi na piętach naga, może dwunastoletnia dziewczynka z wysoko wzniesionymi kolanami, obojętna na wszystko, nieruchoma jak ptak.
Kalkuta. Mówią, że mieszka tu trzynaście, a może piętnaście milionów ludzi.
Dwa miliony osób wypluwają codziennie dwa kolejowe dworce kalkuckie. Każdego dnia dwa tysiące ludzi przybywa tu na stałe. Z pobliskiego Bangladeszu uciekają do Kalkuty przed muzułmanami hindusi, ale również, przed nędzą, muzułmanie. Ciągną tu wieśniacy, gdy słońce spali plony i opóźni się monsun.
Oblicza się, że na ulicach Kalkuty koczuje milion ludzi, pięć milionów żyje w slumsach.
- Pod moim domem mieszka rodzina - opowiada wolontariusz z Francji. - Dzieci codziennie idą do szkoły. Po szkole mówią: "Idziemy do domu". A ich dom to skrawek chodnika.
- Na dworcu w Howrah ludzie mieszkają kilka, nawet kilkanaście lat. Niektórzy nawet tu się żenią - mówi Michael, Indus pracujący charytatywnie na stacji.
Kalkuta. Ostatnie miasto na świecie, w którym ludzie zaprzęgają się jak zwierzęta między dyszle rykszy. Wszyscy rykszarze wyglądają podobnie. Są żylaści, bosonodzy. Niektórzy plują krwią. Zwykle nie przeżywają czterdziestego roku życia. Biegną truchtem, wioząc jakiegoś tłustego urzędnika czy uczniów w granatowych spodenkach - zwykle ciągną ponad dwieście kilogramów. Być rykszarzem w Kalkucie - marzenie indyjskich chłopów.
Bezdomni handlują na ulicy herbatą i gazetami albo sprzedają girlandy z jaśminu, którymi upiększa się posągi hinduskich bogów. Kobiety z niemowlętami w ramionach żebrzą. Dzieci wygrzebują ze śmieci zbutwiałe warzywa.
Ci, którzy lepiej się urządzili, śpią w przylepionych do ścian budkach z tektury. Jak ta rodzina - on ma sto dwa lata, ona osiemdziesiąt. W swojej budzie mieszkają od trzydziestu lat, od kiedy on stracił pracę w hotelu. Zarabiają, sprzedając na wpół spalone bryłki węgla, które wygrzebują ze śmietnisk.
Kalkuta. Gdy pada deszcz, ulice przemieniają się w potoki.
Świątynia Kali
Świątynia bogini Kali nieopodal Nirmal Hriday. Na niewielkim dziedzińcu stoi wychudzony kozioł przywiązany postronkiem do kraty. Drżą mu nogi, beczy, pewnie ze strachu. Wokół placu tłum gapiów. Bije bęben.
Nadchodzi pora ofiary. Mężczyzna bierze kozła w ramiona, modli się do wizerunku bogini. Potem chwyta zwierzę, sprawnie wykręca przednie nogi na grzbiet, fachowym gestem napręża tylne nogi, układa głowę kozła na podpórce, unosi nóż o półmetrowym ostrzu, tnie. Odcięta głowa jeszcze beczy, turlając się po ziemi.
To w pewnej mierze dzięki kapłanowi ze świątyni Kali umieralnia Nirmal Hriday Matki Teresy istnieje.
Zaczęło się pewnego dnia w 1952 roku. Matka Teresa, która właśnie założyła własne zgromadzenie, natknęła się na ulicy na umierającą kobietę. Zaniosła ją do najbliższego szpitala. Kobieta była w tak złym stanie, że nie chcieli jej przyjąć. Zanim Matka Teresa dotarła do następnego szpitala, kobieta umarła jej na rękach. W tamtej chwili Matka Teresa postanowiła założyć dom dla najuboższych umierających na ulicach Kalkuty.
Władze miasta oddały jej dawne schronisko pielgrzymów przy świątyni Kali. Hindusi jednak protestowali przeciwko obecności katolickich zakonnic w dzielnicy. Aż do dnia, gdy zachorował sam kapłan świątynny i żaden szpital nie chciał go przyjąć. Zajęła się nim Matka Teresa. Kapłan wyzdrowiał i od tej pory Hindusi pogodzili się z obecnością sióstr i umieralni.
Nirmal Hriday, umieralnia
W środku wielkiego bazaru żółtawy budynek z dwiema kopułami - Nirmal Hriday (co znaczy: "czyste serce"). Matka Boska za szkłem. Przy wejściu tablica. Dziś leży tu czterdziestu czterech mężczyzn i trzydzieści siedem kobiet. Dwie osoby zmarły w nocy. Nikogo nowego nie przyjęto. W ciągu czterdziestu lat było tu czterdzieści pięć tysięcy osób, połowa umarła, połowa wróciła do zdrowia.
- Siostro, chcę tu pracować - zaczepiam postawną kobietę w sari.
Nie zadaje mi żadnych pytań. Woła wolontariuszkę, która pracuje w Nirmal Hriday od sześciu miesięcy.
- Ona ci wszystko pokaże.
Są dwie sale - dla mężczyzn i dla kobiet. Łóżka ustawione w trzech rzędach. W akwarium rybki. Papugi w klatce.
Po gwarze ulicy - spokój. Tylko wentylatory szumią w górze.
Kobiety w biało-zielonych koszulach nocnych leżą skulone na łóżkach albo przysiadły na podłodze z wysoko uniesionymi kolanami. Tylko trzy czy cztery są młode. Wszystkie są niemiłosiernie wychudzone.
- Przywożą je do nas nieznajomi, wolontariusze albo same znajdujemy je na ulicy. Przywożą je też miejskie karetki pogotowia, szpitale często odmawiają przyjęcia umierających - opowiada siostra Ludmilla, Włoszka. - Są zawsze brudne, w podartych ubraniach, często zawszone. Myjemy je, przebieramy, potem badamy. Jeśli potrzebna jest pomoc lekarska, wzywamy doktora.
Pierwsze zadanie: mam podać lekarstwa kobiecie, która leży na łóżku numer czterdzieści dwa. Ogolona głowa. Wielkie, czarne, cierpiące oczy w czaszce. Cienkie kości obciągnięte skórą z ciemnymi plamami leżą nieruchomo wzdłuż ciała. Długie palce zesztywniały w jakimś geście. Skrawek materiału narzucony na piersi prawie się nie unosi.
Na widok lekarstw kobieta krzywi się. Gładzę ją po ramieniu, mówię: Acza, acza, "Dobrze, dobrze", aż wreszcie rozchyla wargi, wsuwam tabletkę między wysadzone zęby. Połknęła.
Zmieniam pościel. Z Moniką, sąsiadką z Sudder Street, prowadzimy kobiety do łazienki. Podaję baseny. Zatrzymuję się chwilę przy Sylvie, pielęgniarce z Francji. Pochyla się nad nogą młodej dziewczyny. Dziewczyna miała wypadek, w szpitalu zaniedbali ranę. Teraz jej stopa to krwawe mięso, jakby ktoś odciął podeszwę nożem. Sylvie ostrożnie obcina nożyczkami martwą skórę na obrzeżach.
Nirmal Hriday, obiad
Wszystkie kobiety są niedożywione. Większość choruje na gruźlicę. Niektóre przywieziono po wypadkach. Jedna z nich nie ma nogi, ale sprawnie porusza się przy pomocy rąk. Sporo jest wpół sparaliżowanych. Jak ta kobieta o wygolonej głowie, po Heinego-Medina, którą z łatwością mogę wziąć na ręce - ma trzydzieści osiem lat, w ośrodkach Matki Teresy przebywa od jedenastego roku życia.
Podajemy wczesny obiad. Karmię kobietę z łóżka numer czterdzieści dwa. Wymiotuje ryżem. Proponuję jej słodki deser. Kręci głową. Pokazuję jej liczi, śliwkę chińską. Uśmiecha się. Obieram owoc, dzielę na kawałki, wsuwam do ust.
Kobieta z końca sali przywołuje mnie ręką. Siadam obok. Opowiada mi o czymś. Nieważne, że nie rozumiem słów. Głaszczę jej pomarszczoną skórę na rękach, pod którą nie wyczuwam mięśni. Dotyka mnie czołem, śmieje się. Tyle szczęścia w tym uśmiechu. Wczoraj pewna żebraczka z Sudder Street zapytała mnie: "Czy jesteś szczęśliwa?". Dziś myślę, że ta stara kobieta umierająca w hospicjum Matki Teresy jeszcze może mnie uczyć radości życia.
- Początkowo nie podobało mi się tutaj - zwierzy mi się później Monika. - Widziałam ludzi na wpół sparaliżowanych, którzy w Niemczech mieliby lepszą opiekę lekarską. A później zrozumiałam, że to Matka Teresa ma rację. Tu twoja obecność liczy się bardziej niż lekarstwa. W Niemczech w domach spokojnej starości pacjenci są ciągle niezadowoleni. Tutaj jeden twój uśmiech sprawia, że ci ludzie czują się szczęśliwi. Im przede wszystkim potrzebna jest miłość.
Nirmal Hriday, koncert
Przed południem na salę wchodzą dziewczyny w granatowych spódniczkach i chłopcy w białych koszulach. To studenci przyszli śpiewać pacjentom Matki Teresy. Cóż za dziwaczny pomysł - myślę, gdy w korytarzu rozkładają instrumenty.
Podchodzi studentka.
- Ta lady - wskazuje na staruszkę o siwych włosach - pyta, czy może iść posłuchać muzyki.
Przywołuje mnie kobieta bez nogi. Przygładza swoją koszulkę, o coś pyta, chyba o to, czy ładnie wygląda. Poprawiam jej rękaw.
- W porządku. Możesz iść.
Dziewczyna z krwawą miazgą zamiast stopy też chce słuchać muzyki.
Na korytarz idzie żona trędowatego, wesoła dziewczyna - jeszcze miesiąc temu umierała na ulicy.
Monika zanosi na rękach wpół sparaliżowaną kobietę po Heinego-Medina. Na środku korytarza przy dźwiękach głośnej muzyki samotnie tańczy drobny mężczyzna w piżamie.
- Myślę, że my, Europejczycy, wciąż żyjemy albo przeszłością, albo marzeniami - mówi Karine, dwudziestosiedmioletnia wysmukła Szwajcarka, wolontariuszka, która przed przyjazdem do Indii przeczytała wszystkie książki o Matce Teresie. - Robię tu bardzo proste rzeczy. Podaję jedzenie, myję kobiety, karmię. I w tych prostych rzeczach jest szczęście. Oni nas tutaj uczą żyć.
Karine mówi, że Matka Teresa nauczyła ją dwóch rzeczy.
- Przede wszystkim, by w każdy gest wkładać miłość.
I jeszcze - że Kalkuta zaczyna się na progu twojego domu.
Bo źle jest, jeśli potrafisz okazać uczucie starej, brzydkiej Indusce, a nie potrafisz tego zrobić we własnej rodzinie.
Błękitne Niebo, rozmowa z Philippe'em
Po południu idziemy z Philippe'em na obiad do Błękitnego Nieba. Philippe jest informatykiem. Ma trzydzieści lat. Pracuje w wielkiej firmie ubezpieczeniowej w La Défense pod Paryżem. Od trzech lat spędza każde wakacje, pracując w umieralni Matki Teresy.
- Tak naprawdę my, wolontariusze, nie przyjeżdżamy tu dla nich. Przyjeżdżamy dla siebie samych. Żeby wyleczyć się z własnego cierpienia.
My mówimy, że ludzie w Kalkucie są nieszczęśliwi. Przykładamy własne wartości do nie naszego świata. Znam tu rodzinę uchodźców z Bangladeszu, bez pracy, bez domu, która wzięła na wychowanie porzucone niemowlę. Czy myślisz, że oni są bardziej nieszczęśliwi niż mężczyzna, który ma mieszkanie, dwa samochody, żonę, konkubinę i wciąż czegoś szuka? Tak naprawdę wszyscy cierpimy, bo nie jesteśmy kochani. Przyjeżdżamy tutaj, żeby się wyciszyć. To schronisko to szkoła akceptowania życia, jakim jest. Również śmierci. W Europie śmierć jest zawsze porażką. Tutaj jest częścią życia.
Jest u nas na sali mężczyzna chory na raka. Ma zupełnie zniekształconą twarz. Ja się go brzydzę. Ale zadaję sobie pytanie: czego tak naprawdę się boję? Jego zniekształconej twarzy czy własnej starości? Śmierci?
Trzy lata temu myślałem: co ja robię w tym obozie koncentracyjnym! Dla białego kolesia, który przyjeżdża z Paryża, umieralnia to wstrząs. Wcale nie miałem ochoty tam chodzić. Swoją pracę traktowałem trochę jak posłanie. Teraz wstaję o siódmej rano i cieszę się, że tam idę. Daję innym coś z siebie, ale w zamian dostaję o wiele więcej. Siostry od Matki Teresy świetnie poradziłyby sobie bez nas. To nie my pomagamy Matce Teresie. To ona robi nam wielki prezent, że pozwala nam być tutaj.
Ośrodek za rzeką Hugli
9 maja. Niedziela. Dzień, w którym wolontariusze jadą za rzekę Hugli (odnoga Gangesu) do jednego z ośrodków Matki Teresy, gdzie raz w tygodniu zaprasza się bezdomne dzieci.
Siadam w cieniu z igłą w ręce. Przy pompie wolontariusze szorują dzieci. Pielęgniarki opatrują skaleczenia.
Co chwila podbiegają do mnie malcy z rozdartymi ubrankami - sprane do ostatniej nitki, pozszywane wszystkimi kolorami, dziury jak pięści, materiał pęka w palcach.
- Anti, tutaj - rozczochrany malec odwraca się, wypina pupę, żebym lepiej zobaczyła rozdarcie na spodenkach.
Kalkuckie bezdomne dzieci mają jedną parę spodenek, czasem koszulkę, przeważnie nie mają butów. Koczują na ulicach, pod mostem. Tylko na peronach dworca Howrah żyje tysiąc dzieci, trzy tysiące innych przychodzi tu co rano zarobić - sprzątają, żebrzą. Są śmiałe, bez kompleksów. Nie umieją czytać, ale umieją liczyć.
W innej dzielnicy misjonarki miłości otworzyły szkołę. Rano dzieci ulicy uczą się w niej hindi i bengalskiego, po południu angielskiego. Niekiedy przychodzą tu dzieci dawnych uczniów szkoły.
- Chcemy im dać miłość poprzez działanie, poprzez to, że je umyjemy, nakarmimy, nauczymy. Nasza miłość to podarunek dla najbiedniejszych z biednych - mówi siostra Francesca, Induska. Jak wszystkie siostry od Matki Teresy - wesoło uśmiechnięta.
Titagarth, dom dla trędowatych
Matka Teresa prowadzi w Kalkucie kilka innych domów: sierociniec, dom dla osób opóźnionych umysłowo, dla sparaliżowanych. W Titagarth pod Kalkutą - dom dla trędowatych.
Jadę tam któregoś dnia pociągiem. Chorzy leżą w baraku. Wyleczeni mieszkają w lepiankach, pracują w warsztatach, gdzie tkają sari i bandaże. Sami robią sobie protezy.
- Chcemy ich adaptować do normalnego życia - mówi jeden z braci misjonarzy miłości zajmujących się trędowatymi.
W leprozorium mieszkają całe rodziny. Dzieci chodzą do szkoły do miasteczka. Córki wydaje się za sąsiada.
Sześćdziesięciopięcioletni człowiek bez palców u rąk i nóg mieszka w ośrodku od szesnastu lat. Na wsi zostawił syna, cztery córki i żonę. Gdy zapadł na trąd, wyrzucono go z domu. Od szesnastu lat nie widział nikogo ze swoich bliskich.
Zaczepia mnie inny trędowaty. Chce, żebym mu zrobiła zdjęcie. Wyjmuję aparat. Mężczyzna pozuje. Poprawia włosy. Kieruje wprost w obiektyw twarz ze zniekształconym nosem i oczami na wpół pokrytymi bielmem i mówi:
- Nie zapomnij przysłać zdjęcia!
Nie tylko Matka Teresa
Gdy ponad czterdzieści lat temu Matka Teresa zaczynała swoją misję w Kalkucie, pracowała w pustce. Dziś sporo innych osób zajmuje się pracą charytatywną. Jest doktor Jack, Anglik, i jego uliczne kliniki: daszek z zielonego płótna na palach montowany co rano, składany co wieczór, na chodniku pod daszkiem lekarze i pielęgniarki. I kolejka pacjentów, którzy często przyjeżdżają tu z odległych wsi.
Jest Michael, trzydziestoletni Anglo-Indus, który rzucił pracę w banku i na dworcu w Howrah założył punkt pomocy medycznej dla bezdomnych dzieci. Jego pogotowie medyczne to rozłożony na peronie kawałek plastiku i kilka karafek z lekarstwami.
Siostra Fryderyka, główna asystentka Matki Teresy, podkreśla jednak, że praca misjonarek miłości jest nie tylko pracą charytatywną.
- Ja nie myślę: "Chcę pracować dla ludzi". Kocham Boga, dlatego to robię. Nasza praca to dzieło wiary i miłości.
Sudder Street, nocą
Ulicę przemierza kudłaty masażysta z taboretem pod pachą. Za trzydzieści centów kupuję dziesięciominutowy masaż: na środku ulicy pałeczkami z dzwonkami bije mnie po głowie, wciera w skórę olejek kokosowy, wreszcie wyciąga palce ze stawów. Swoje usługi proponuje przemywacz oczu.
Młody Indus podaje haszysz.
- Nie? To może heroinę?
Na ławkę z prostej deski wdrapuje się mężczyzna bez nóg.
- Szukał cię wczoraj twój friend, ten kulawy - mówi.
Na Sudder Street szybko stajesz się tutejszym.
Noc. W hospicjum Matki Teresy pewnie znów ktoś umrze. Jeśli chrześcijanin albo muzułmanin, umyją go i zakopią w ziemi. Jeśli hindus, zawiną go w białe płótno i ambulans sióstr powiezie go do krematorium nad kanałem, gdzie pali się ubogich.
Wracam do hotelu. Na parapetach, chodniku, skrzyniach, oponach, na workach, na drewnianych łóżkach, pod ciężarówką śpią ludzie. Trzeba uważać, żeby nie nastąpić na zdechłego szczura, nie przeciąć drogi karalucha wielkiego jak pięść, nie nadepnąć na psa śpiącego na środku chodnika, nie pomylić człowieka z kupą odpadków.
"Gazeta Wyborcza", 29.05.1993
Czytelnicy długo nie dawali wiary, że nazywa się Ogórek. Do redakcji przychodziły listy zaczynające się od słów: "Ten facet, co się podpisuje Ogórek...". Ma poczucie, że nazwisko przesądziło o tym, czym się zajmuje: przecież pod poważną analizą polityczną nie może się podpisać "jakiś Ogórek".
Dziś znamy dobrze styl jego felietonów. Już na początku lat osiemdziesiątych reportaże Michała Ogórka (wyszły w książce Wydostać się spod Piły, 1985) przesycone były przewrotnym, kpiarskim i szyderczym tonem. Tytułowy tekst opowiada o pragnieniu mieszkańców Wronek, by się wydostać z województwa pilskiego, w którym Wronki znalazły się wskutek nowego podziału administracyjnego kraju w 1975 roku. Wronczanie chcieliby wrócić do Poznańskiego. Piła jest poniżej godności Wronek, okrada Wronki, w dodatku ma bardzo niewygodne położenie. Reportaż zaczyna się tak:
Sekretarz Wełniak potwierdza, że nikt nigdy nie pytał mieszkańców Wronek, w jakim województwie chcieliby się znaleźć w wyniku reformy, i uważa ten pomysł za absurdalny. "Konsultacja wprowadziłaby taki chaos, że do tej pory byśmy z tego nie wyszli" - mówi i jest w tym dużo racji. Gdyby bowiem postawić na pełną anarchię i przepytać ludzi we Wronkach, to nigdy nie udałoby się ich włączyć do województwa pilskiego - a tak już pięć lat temu tego dokonano.
Gdyby spojrzeć na mapę, Wronki nie są wcale od Piły tak daleko i w tym streszcza się ich nieszczęście: ci, co je tu przydzielili, też zapewne spojrzeli na mapę. Na mapie najlepiej widać Poznań i Piłę, pomiędzy nimi Puszczę Nadnotecką znacznie gorzej, a już tego, że przez nią prowadzi tylko jedna droga, nie można dostrzec, bo droga jest drugorzędna. Wronki idealnie nadawałby się do województwa pilskiego, gdyby nie to, że oddzielone są od niego puszczą.
Reportaż o błędzie administracyjnym wciągał jak powieść ironisty Vonneguta. Narracja Ogórka była literaturą inspirowaną przaśnymi faktami z życia PRL-u. Ważniejsze od cytowania słów spotykanych ludzi było to, jak reporter łączył fakty i kojarzył rzeczy czasem bardzo od siebie odległe.
Urodził się - jak sam podaje - w Stalinogrodzie. Tak nazywały się wtedy Katowice. Wychowywał się w Warszawie - jego ojciec został tu przeniesiony na stanowisko dyrektora technicznego Huty Warszawa podczas jej budowy. Potem wrócili na Śląsk, Ogórek tam zaczął studia, jest absolwentem Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Śląskiego. Powtarza, że skończył ten wydział z głupoty. ("Bo nie wiedziałem, że to najbardziej upolityczniony wydział w kraju, ale nie mogłem wiedzieć, bo to był nowy kierunek, a ja byłem pierwszym rokiem"). Uważa, że tam narodził się jako felietonista. ("Bo ukończenie tego kierunku miało dobrą stronę: już nigdy nie traktowałem niczego, co do mnie mówiono, poważnie. Tam kształcono samych felietonistów").
Po studiach w 1979 roku związał się z "Kulturą", w okresie kiedy pracowali tam Kapuściński, Torańska, Głowacki, Snopkiewicz, Wierzyński. Większość jego kpiarskich reportaży z książki Wydostać się spod Piły ukazała się pierwotnie w "Kulturze". Tygodnik zamknięto na zawsze po 13 grudnia 1981 roku. Ogórek znalazł się wtedy w "Przeglądzie Technicznym", a potem w miesięczniku "Zdanie". W 1989 roku związał się z "Gazetą Wyborczą", gdzie publikuje do dziś.
Spytałem go, czy reportaż był jego celem, czy znalazł się w tym fachu przypadkiem.
Wtedy wszyscy pisali reportaże, głównie ze względów cenzuralnych - odpowiedział. - Można było napisać, że w miejscowości N. coś się działo, a wszyscy wiedzieli, że to tylko taka alegoria. Rzecz jasna nie można było napisać, że tak jest w całej Polsce. To było takie dziennikarstwo incydentów. Ale mnie już ciągnęło do syntezy. Uważam, niestety, że mam lepszy rozum niż serce. A przy reportażu trzeba mieć choć pół na pół. Zabiło mnie coś, co zabija wielu reporterów: rutyna. Zanim wyjechałem z Warszawy, już wiedziałem, co na miejscu zastanę. Felieton był jakąś naturalną konsekwencją rozwoju. Zresztą ostatnie moje reportaże to już były właściwie duże felietony.
Taki właśnie był reportaż Wyjście z sierpnia 1981 roku o proteście mieszkańców szczecińskiego osiedla. Władzy ich manifestacja jest nie na rękę, co dla Ogórka staje się pretekstem do prześmiewczego opisu życia w tej części miasta. Prześmiewczego wobec stworzonych przez władzę warunków życia, nie wobec mieszkańców. Reportaż zaczyna się tak:
Marsz protestacyjny, jaki postanowili zorganizować mieszkańcy Osiedla Słonecznego w Szczecinie, został wyznaczony na 1 sierpnia o godzinie 9.00.
Wychodzenie na ulicę, jak pouczały mieszkańców władze osiedla, a potem miasta, jest czymś najgorszym, co można było wymyślić, ponieważ grozi nieobliczalnymi skutkami, jest niewłaściwą, a nawet niedopuszczalną formą protestu.
Jeśli jednak dobrze się zastanowić, to mieszkańcy osiedla wychodzą już na ulicę od dawna [...]. Na Osiedlu Słonecznym trudno jest właściwie mieszkańcom robić wiele rzeczy nie na ulicy, ponieważ zaś tylu ich tu zgrupowano, robią to gromadnie.
Ogromne tłumy wystają codziennie od rana do wieczora przed sklepikiem mięsnym za torami, przy czym demonstracji ulicznych unikają jedynie trzy pierwsze osoby, które mieszczą się w środku. Marsze odbywają się nieprzerwanie na trzykilometrowej trasie od osiedla do sklepu spożywczego i z powrotem; ich uczestnicy noszą ze sobą w pochodzie wypchane wielkie torby, niektórzy zaś przystają i przekładają bagaże z ręki do ręki. Dziesiątki pikietujących zbierają się bez przerwy na przystanku autobusowym, i to nie w jednym miejscu: początkowo na pętli, żeby potem rzucić się do ustawiania powtórnie przy Basenie Górniczym. Żadnemu z mieszkańców nie wystarcza, że autobus podwozi go do Basenu Górniczego, ponieważ tam w istocie nic nie ma. Wszyscy od razu tworzą na ulicy następne zgromadzenie, czekając na tramwaj.
Razem z żoną Iloną Morżoł pod koniec lat osiemdziesiątych pracował nad szczególnym reportażem - opowieścią o Polakach, ale bez rozmów z nimi. Polska między wierszami (1991) to próba odtworzenia naszego życia codziennego w PRL-u na podstawie m.in. poradników małżeńskich, tematów prac maturalnych, wytycznych dla bibliotek, planów Warszawy, książek telefonicznych czy nekrologów. Zbieranie materiału trwało kilka lat, zaczęło się jeszcze w Polsce socjalistycznej. Poszczególne rozdziały drukował "Przegląd Tygodniowy", a jeśli były zbyt prześmiewcze jak na oficjalną prasę, publikowała je podziemna jeszcze wtedy "Res Publica".
Sceny pomnikowe, które znalazły się w tej antologii, to reportaż o sporach wokół Pomnika Poległych Stoczniowców 1970. Dziś mało kto pamięta, że forma, jaką miał przybrać, wcale nie była oczywista. Spór, czy przy projektowaniu pomnika naród reprezentuje rada artystyczna, czy stoczniowcy, nie miał końca.