Antologia 100/XX. Tom 2 - Praca zbiorowa

-
Proszę czekać

W ter­ro­ryście wi­dzieć człowie­ka

"Jak się pra­cu­je w dzia­le re­por­tażu?" - spy­tała mnie znie­nac­ka w stołówce re­dak­cji "Ga­ze­ty Wy­bor­czej" w 1991 roku. Oka­zało się, że już trzy mie­siące pra­cu­je w dzia­le za­gra­nicz­nym, a chciałaby pisać re­por­taże. Miała tyl­ko je­den pro­blem: "Wa­sze re­por­taże w ogóle nie przy­po­mi­nają tekstów z fran­cu­skiej pra­sy".

Właśnie wróciła z Paryża, gdzie spędziła sie­dem lat. Uro­dziła się w Pusz­czy Ko­zie­nic­kiej, skończyła po­lo­ni­stykę na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, w sta­nie wo­jen­nym założyła własne pi­smo pod­ziem­ne, w 1984 roku wy­je­chała na wa­ka­cje do Fran­cji i zo­stała. Pra­co­wała tam w osiem­na­stu za­wo­dach w dwu­dzie­stu je­den miej­scach; najkrócej - dwa dni - jako cen­zor oby­cza­jo­wy w mi­ni­te­lu (przo­dek in­ter­ne­tu). Pu­bli­ko­wała w emi­gra­cyj­nym pa­ry­skim "Kon­tak­cie".

"Tekst z fran­cu­skiej pra­sy", którego była zwo­len­niczką - według tego, co nam opo­wia­dała - składał się z jed­nost­ko­we­go ty­po­we­go przykładu, czy­li krótkiej opo­wieści o tym, co się przy­da­rzyło ja­kie­muś człowie­ko­wi, i z pu­bli­cy­stycz­no-­dzien­ni­kar­skiej ana­li­zy uzu­pełnio­nej wy­po­wie­dzia­mi spe­cja­listów na te­mat, którego jed­nost­ko­wa hi­sto­ria była eg­zem­pli­fi­kacją. Gdy zo­rien­to­wała się, ja­kie­go typu tekstów "Ga­ze­ta" ocze­ku­je od swo­ich re­por­terów, gdy po­znała bliżej naszą grupę, za­ko­chała się w re­por­tażu. Kie­dy w 1993 roku pisałem not­ki o re­por­terach do pierw­szej na­szej an­to­lo­gii Kraj raj. Piszą re­por­te­rzy "Ga­ze­ty", Be­ata w punk­cie "Za­in­te­re­so­wa­nia" podała: "Izra­el i fun­da­men­ta­lizm muzułmański", cho­ciaż jesz­cze nie pisała na ten te­mat. Zaj­mo­wała się jak my wszy­scy te­matami kra­jo­wy­mi, po­nie­waż na opi­sa­nie cze­kała nowa Pol­ska. A w Pol­sce dzi­wiło ją wszyst­ko: "Ma­riu­szu, dla­cze­go tram­wa­je w War­sza­wie są w różnych ko­lo­rach?", "Jak sądzisz, cze­mu każde drzwi w moim blo­ku są w in­nym ko­lo­rze?", "Dla­cze­go do­zor­czy­ni się ob­ra­ziła, kie­dy jej po­wie­działam, że nie może mnie bu­dzić o siódmej rano stu­ka­niem do drzwi?".

Cza­sem nas śmie­szyło, a cza­sem trochę de­ner­wo­wało, że Be­ata wciąż jest cu­dzo­ziemką.

W 1992 roku Małgo­rza­ta Szej­nert zor­ga­ni­zo­wała w na­szym dzia­le spo­tka­nie z Ry­szar­dem Kapuścińskim, który uchy­lił się od oce­ny na­szych re­por­taży, ale po­wie­dział, że nie możemy być pro­win­cjo­nalną ga­zetą, nie możemy pisać pro­win­cjo­nalnych re­por­taży. Co zna­czyło: nie możecie zaj­mo­wać się tyl­ko Polską. Na Be­acie zro­biło to ogrom­ne wrażenie. Rwała się do świa­ta. Re­por­taż z Kal­ku­ty, który za­miesz­cza­my w an­to­lo­gii, jest jed­nym z jej pierw­szych większych tekstów za­gra­nicz­nych. Be­ata po­je­chała tam, żeby pra­co­wać dla bied­nych u boku Mat­ki Te­re­sy.

Mie­liśmy wrażenie, że wszyst­kie swo­je re­por­taże z Pol­ski na­pi­sała, bo mu­siała, choć wie­le z nich było do­ce­nio­nych i na­gro­dzo­nych. W 1999 roku na przykład aż dwa jej kra­jo­we re­por­taże zo­stały wy­bra­ne przez czy­tel­ników i słucha­czy ra­dio­wej Trójki na re­por­taże mie­siąca - w lu­tym Uniosło nas w po­wie­trze (w dwa­dzieścia lat po wy­bu­chu w war­szaw­skiej Ro­tun­dzie PKO), w kwiet­niu 117 dni Klau­dii. Za­pis wal­ki (o wcześnia­ku nie­ważącym na­wet pół ki­lo­gra­ma, którego ra­to­wał zespół le­ka­rzy). Ten dru­gi na­pi­sała wspólnie ze Sławo­mi­rem Zagórskim, dzien­ni­ka­rzem działu na­uki. Uka­zał się w an­to­lo­gii Nie­ty­kal­ni (2000), a w not­kach bio­gra­ficz­nych na­pi­sa­no, że gdy Be­ata ze Sław­kiem spo­ty­kają się na scho­dach re­dak­cji, obo­je wzdy­chają do Al­gie­rii. On uważa ten kraj za swoją drugą oj­czyznę, ona na­pi­sała o Al­gie­rii czter­dzieści tekstów, w tym ko­re­spon­den­cje z woj­ny do­mo­wej.

Do­ku­men­ta­cja, zbie­ra­nie wy­cinków z pra­sy za­gra­nicz­nej, spro­wa­dza­nie książek trwało mie­siącami. Po­trze­bo­wała wni­kli­wej wie­dzy, żeby móc je­chać i opo­wia­dać o zwykłych lu­dziach. Była pil­na i pra­co­wi­ta. Jej re­por­taże o świe­cie is­la­mu: z Al­gie­rii, Fran­cji, Bośni, Gazy, Izra­ela, Li­ba­nu, Ira­ku, Kur­dy­sta­nu, Egip­tu, Tur­cji zo­stały po jej śmier­ci ze­bra­ne w to­mie Piekło jest gdzie in­dziej (2003).

Be­ata pisała o is­la­mie i o ter­ro­ry­zmie, ale nig­dy między tymi słowa­mi nie po­sta­wiła zna­ku równości.

Pisała re­por­taże o tym, w co lu­dzie wierzą, jak myślą, cze­go pragną, cze­go i kogo nie­na­widzą. Opo­wia­dała o tych, którzy z Bo­giem na ustach za­bi­jają in­nych. [...] Stro­niła od łatwych wniosków, bu­rzyła się prze­ciw ste­reo­ty­pom. Do­cie­kli­wa, upar­ta. I w ter­ro­ryście wi­działa człowie­ka. Zginęła z rąk tych, których próbowała zro­zu­mieć

- na­pi­sał Woj­ciech Toch­man (patrz tu), który w 2002 roku po­szu­ki­wał Be­aty po za­ma­chu 12 paździer­ni­ka 2002 roku na in­do­ne­zyj­skiej wy­spie Bali. (Po­tem za­in­spi­ro­wa­ny jej lo­sem na­pi­sał książkę Córeńka, 2005).

Ra­zem z Beatą na Bali zginęło dwieście osób. Za­ma­chu na noc­ny klub w tu­ry­stycz­nym mia­stecz­ku Kuta do­ko­na­li is­lam­scy fun­da­men­ta­liści. Be­ata znała Bali, była tam wcześniej.

To ostat­ni raj na zie­mi - pisała - wy­spa bogów, tak mówią. Wiecz­nie zie­lo­na, bo zie­mia tu wul­ka­nicz­na, żyzna. Pal­my. Ba­na­now­ce. Ta­ra­sy ryżu. Siel­skość.

Zna­leźć ma­te­riał do ho­mi­lii

Miał za­strzeżenia do Bu­szu po pol­sku. I to fun­da­men­tal­ne.

Nig­dy nie byłem en­tu­zjastą re­por­tażu im­pre­syj­ne­go, lu­bującego się w drob­nych in­cy­den­tach, nic nie­znaczących wy­da­rze­niach i wy­pad­kach - a gdzie co­raz częściej re­por­te­rzy szu­kają schro­nie­nia przed ważnymi pro­ble­ma­mi. Zaczęło się to od słyn­ne­go Bu­szu po pol­sku Ry­szar­da Kapuścińskie­go. Książki na­prawdę pięknej i wzru­szającej, ale składającej się je­dy­nie ze świet­nie na­pi­sa­nych im­pre­sji. A tym­cza­sem przy im­pre­syj­nym uka­zy­wa­niu pro­ble­mu re­por­ter wy­mi­gu­je się od jed­no­znacz­ne­go osądu i wzięcia zań od­po­wie­dzial­ności.

A więc re­por­ter ma osądzać. (Patrz: Zbi­gniew Kwiat­kow­ski, też, jak Lo­vell, z Kra­ko­wa, też z "Życia Li­te­rac­kie­go", bar­dzo przez Lo­vella po­dzi­wia­ny). Do tego: re­por­ter ma wyciągać dla czy­tel­ni­ka wnio­ski, pod­po­wia­dać mu ewen­tu­al­ne roz­wiąza­nia opi­sa­nych pro­blemów.

Sam Lo­vell mówił, że re­por­ter ma "ani­mo­wać społeczeństwo", "wpływać na stan umysłów", "orien­to­wać lu­dzi w la­bi­ryn­tach życia". Zresztą "mnóstwo osób przy­cho­dzi na moje spo­tka­nia au­tor­skie. I ciągle py­tają mnie: jak żyć? Ciąg­le żądają no­we­go de­ka­lo­gu". Na­wet jed­na z jego re­por­terskich książek ma tytuł Jak żyć? (1972).

W prze­ci­wieństwie do in­nych re­por­terów Je­rze­go Lo­vel­la nie in­te­re­so­wały po­je­dyn­cze zda­rze­nia i jed­nost­ko­we hi­sto­rie.

Nig­dy bo­wiem nie opi­suję in­cy­dentów - de­kla­ro­wał. - Nie in­te­re­su­je mnie, że panią X bije mąż czy - że pan Y ma dwie żony. Wkra­czam do­pie­ro wówczas, gdy ta­kie wy­pad­ki układają się w zja­wi­sko o pew­nej po­wta­rzal­ności. Gdy stają się pro­ble­mem w od­czu­ciu społecz­nym, pro­ble­mem tak ważkim, iż dla uzy­ska­nia jako ta­kiego pojęcia o na­szym świe­cie ko­niecz­ne jest po­sta­wie­nie dlań dia­gno­zy.

Zwróćmy uwagę na słowa "wkra­czam" i "dia­gno­za", a otrzy­ma­my opis po­sta­wy re­por­ter­skiej Je­rze­go Lo­vel­la.

"Dia­gno­zo­wał" więc ma­cie­rzyństwo na­sto­la­tek (Re­por­taż o smar­ka­tych mat­kach), ego­izm ko­biet (Zabójstwo miłości), trud­ne życie mężów hi­ste­ry­czek (Piekło mężczyzn), słabość współcze­snych mężczyzn (Kon­cert na trąbkę), zbyt wcześnie roz­poczęte życie sek­su­al­ne młodzieży (Trak­tat o życiu sek­su­al­nym) i mnóstwo in­nych "współcze­snych pro­blemów". Szu­kał za­wsze wie­lu przy­padków ty­po­wych (jed­nost­ko­wych, ale ty­po­wych), które ułożą się w ob­raz możliwy do umiesz­cze­nia w szer­szym kon­tekście oby­cza­jo­wym. Gdy już je ze­brał i zsyn­te­ty­zo­wał, za­czy­nał swoją świecką ho­mi­lię. Na przykład tak:

Młodzież roz­po­czy­na życie płcio­we [...] często po pro­stu już od dzie­ciństwa [...]. Sto­sun­ki płcio­we, upra­wia­ne bez umiar­ko­wa­nia nie­mal od naj­wcześniej­szej chwi­li, od chwi­li po­zna­nia, po­wo­dują szyb­ki prze­syt [...]. Żałujmy pięknych, po­wab­nych dziewcząt, upi­tych ta­nim wi­nem, barłożących się z byle kim i byle jak, goniących za chwilą roz­ko­szy, której się na­za­jutrz nie pamięta, a po­zo­sta­je tyl­ko jałowość i wstręt; żałujmy mężatek, chu­tli­wych i za­ra­zem bier­nych, umęczo­nych; żałujmy mężczyzn, po pi­ja­ne­mu obłapujących przy­god­ne ko­bie­ty, nie­zdol­nych już na­wet do roz­ko­szy, nie­na­sy­co­nych i za­ra­zem prze­sy­co­nych. Pro­du­kują bez­sens, za­prze­czają swe­mu ludz­kie­mu powołaniu.

Wstępy do re­por­taży Je­rze­go Lo­vel­la, nim przemówili ich bo­ha­te­ro­wie, miały cza­sem po kil­ka stron. Spe­cy­fi­ka jego tekstów - au­to­ra kil­ku­dzie­sięciu książek re­por­ter­skich, wy­dającego cza­sem po dwie, a na­wet trzy rocz­nie - po­le­gała jesz­cze na tym, że ciągle zdra­dzał czy­tel­ni­kom ku­li­sy swo­jej pra­cy. Re­la­cjo­no­wał myśli to­wa­rzyszące mu przy zbie­ra­niu ma­te­riału, dy­le­ma­ty i wy­bo­ry.

"Mimo wszyst­ko właśnie im, ko­bie­tom, należy pierw­szym oddać głos" - na­pi­sał w Pie­kle mężczyzn, po tym jak stwier­dził, że do­tych­czas (jest 1977 rok) bar­dzo dużo mówiło się o pie­kle ko­biet, lecz te­raz należy mówić o pie­kle mężczyzn, ska­za­nych na swo­je ko­biety. Mimo wszyst­ko właśnie ko­bietom należy oddać głos (rad nie­rad re­por­ter od­da­je), ale stwa­rza to nowe pro­ble­my:

Oddać głos - ale którym? Z ja­kiej ge­ne­ra­cji? Z ja­kie­go śro­do­wi­ska? Ra­czej nie na­sto­lat­kom, to osob­ny pro­blem. Ani ko­bie­tom zde­cy­do­wa­nie star­szym; należą do in­nej epo­ki. Więc może tym około czter­dziest­ki: jesz­cze w pełni ak­tyw­nym, lecz już su­mującym pew­ne doświad­cze­nia...

Po­dob­nie w re­por­tażu Dla­cze­go się nie żenią?:

Więc mam się po­py­tać chłopców, po­roz­ma­wiać z pan­na­mi? Nie tędy chy­ba dro­ga. Rocz­nik sta­ty­stycz­ny też mi nic nie po­wie. Już ra­czej po­prze­stać na własnym doświad­cze­niu, na ob­ser­wa­cjach z bli­skie­go kręgu.

Po­tra­fił też in­for­mo­wać czy­tel­ni­ka, że pani psy­cho­log, która kon­sul­tu­je dla nie­go różne te­ma­ty, właśnie wy­je­chała do mi­ni­ster­stwa do War­sza­wy i wróci za kil­ka dni, więc trze­ba na nią po­cze­kać.

Można się za­sta­na­wiać, dla­cze­go Lo­vell w la­tach sześćdzie­siątych i siedemdzie­siątych odniósł tak duży suk­ces. Co było fa­scy­nującego w tym pro­wa­dze­niu czy­tel­ni­ka za rękę? Zo­sta­wiam to Państwu.

Za­sta­na­wia­no się, czy tek­sty Je­rze­go Lo­vel­la w ogóle są re­por­tażami. W 1960 roku To­masz Łubieński za­mieścił w "Twórczości" nie­przy­chylną re­cenzję tomu Cud się zda­rzył (1959), której nadał tytuł An­ty­re­por­taż. To określe­nie do­wo­dziło wyraźnej od­mien­ności tekstów Lo­vel­la od kla­sycz­ne­go wzor­ca. W 1974 roku Wiesława Gro­cho­la w re­cen­zji in­nej książki na­zwała jego pi­sar­stwo "pu­bli­cy­styką opi­sującą". W 1976 roku Jan Ku­ro­wic­ki w "Kon­tra­stach" nadał im mia­no "re­por­taży mo­ral­no-świa­to­poglądo­wych". Za­rzu­cał im pa­te­tycz­ność - na przykład de­mo­ni­zo­wa­nie opisów życia co­dzien­ne­go. A przede wszyst­kim ule­ga­nie ste­reo­ty­pom. Je­rzy Lo­vell "wy­bie­ra się w wędrówkę po ko­le­inach społecz­nych ste­reo­typów, grzmiąc grom­ko i do­niośle", pisał. Na ko­niec Ku­ro­wic­ki życzył iro­nicz­nie: "Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go dla wszyst­kich, którzy chcą tak samo przez świat podążać".

Źródła pra­gnie­nia świa­ta uporządko­wa­ne­go (a prze­cież re­por­ter Lo­vell cały czas re­la­cjo­nu­je właśnie swo­je po­szu­ki­wa­nia ja­kie­goś porządku) wi­działbym w jego młodości. Był sy­nem inżynie­ra leśnika, uro­dził się w Dro­ho­by­czu. Pra­pra­dzia­dek był An­gli­kiem. Spro­wa­dził go do Pol­ski książę San­gusz­ko, by opie­ko­wał się jego stad­niną. Wiosną 1940 roku, kie­dy w Dro­ho­by­czu zaczęły się pierw­sze ma­so­we wywózki, oj­ciec zmo­bi­li­zo­wa­ny w kam­pa­nii wrześnio­wej dał znać mat­ce, żeby z córką i sy­nem prze­do­stała się na Węgry, gdzie będą mo­gli zna­leźć schro­nie­nie. Tam Je­rzy Lo­vell, bez mat­ki, którą, jak mówił, zgu­bił po dro­dze, i bez ojca, który po­zo­stał w kra­ju, cho­dził do pol­skie­go gim­na­zjum w Ba­la­ton­boglár. Po woj­nie tra­fił do Kra­ko­wa, skończył szkołę dzien­ni­karską przy KC PZPR, zaczął od re­por­tażu so­cre­ali­stycz­ne­go w kra­kow­skiej pra­sie co­dzien­nej, a po­tem osiadł na stałe w "Życiu Li­te­rac­kim". Za­de­biu­to­wał jako sie­dem­na­sto­let­ni po­eta w ga­zet­ce szkol­nej. Mówił, że wier­sze te wy­ni­kały z jego szczególnej sy­tu­acji życio­wej, z za­gu­bie­nia i prze­rażenia świa­tem.

Mu­siałem szyb­ko doj­rzeć, za­pro­wa­dzić w tym świe­cie jakiś ład, porządek i po­ezja bar­dzo mi w tym po­mogła.

Po­wta­rza­nie na głos własnych myśli albo po­wta­rza­nie, co się w da­nej chwi­li robi - a to prak­ty­ku­je Je­rzy Lo­vell w swo­ich re­por­tażach - jest też spo­so­bem porządko­wa­nia świa­ta.

Człowiek płonie (re­por­taż z wa­ria­cja­mi)

1

In­for­ma­cja z "Echa Kra­ko­wa", ru­bry­ka Kro­ni­ka wy­padków z dnia 25 maja 1970 roku:

"Ofiarą ma­ka­brycz­nej za­ba­wy padł dzie­więcio­let­ni Ro­bert S. za­miesz­kały przy uli­cy Wie­lic­kiej. Zo­stał on przez grupę ko­legów owi­nięty wor­kiem z fo­lii i pod­pa­lo­ny. Ciężko po­pa­rzo­ne­go chłopca prze­wie­zio­no do kli­ni­ki".

(Uwa­ga: uli­ca Wie­lic­ka mieści się w Płaszo­wie, pra­wo­brzeżnej w sto­sun­ku do Wisły części Kra­ko­wa).

Wstęp, wa­riant I

Pierwszą wia­do­mość przy­niosła moja żona - od ko­sme­tycz­ki. Miła pani Ewa, przy­ja­zna i roz­mow­na wo­bec stałych klien­tek, ma córkę stu­diującą na kra­kow­skiej Aka­de­mii Me­dycz­nej i od­by­wającą okre­so­we prak­ty­ki w In­sty­tu­cie Pe­dia­trii w Pro­ko­ci­miu (bez­pośred­nie po­bliże Płaszo­wa). Opo­wia­dała, że córka po­przed­nie­go dnia wróciła zupełnie roztrzęsio­na: na jej oczach w Dzie­cięcej Kli­ni­ce Chi­rur­gicz­nej (to część In­sty­tu­tu Pe­dia­trii) le­ka­rze przej­mo­wa­li z rąk po­go­to­wia małego chłopca na pół zwęglo­ne­go, przy­tom­ne­go przy tym, nie­ustan­nie charczącego przez opa­rzo­ne usta i gardło: "Puśćcie mnie" i "Ra­tun­ku". Dusił się, na­tych­miast trze­ba było prze­ciąć w szyi otwór do tcha­wi­cy. Osza­lałe oczy. Po­twor­na męczar­nia. Z opo­wia­dań pielęgnia­rzy z po­go­to­wia wy­ni­kało, że chłopca przy­wiózł taksówkarz, który prze­jeżdżając gdzieś w oko­li­cach uli­cy Płaszow­skiej, w pust­ko­wiu, obok wy­sy­pi­ska śmie­ci, za­uważył ucie­kającą bandę wy­rostków oraz biegnącą w prze­ciwnym kie­run­ku, ku szo­sie, dziwną fi­gurkę oto­czoną czymś, co fa­lo­wało, świe­ciło i dymiło. Przy­ha­mo­wał i do­pie­ro wte­dy pojął, że ma przed sobą c h ł o p c a , k t ó r y p ł o n i e. Żywą po­chod­nię. Chwy­cił koc, wy­biegł, przy­du­sił dziec­ko do zie­mi, uga­sił, zdarł z nie­go reszt­ki top­niejącej fo­lii. Odwiózł na sy­gna­le do po­go­to­wia. Czy chłopak wyżyje? Po­pa­rzo­ne, na pół zwęglo­ne dłonie, uda, ple­cy, głowa. Słaba na­dzie­ja, pra­wie jej nie ma. Le­ka­rze robią, co mogą. Córka pani Ewy nie spała całą noc... Ciągle ma­ja­czyła się jej płonąca fi­gu­ryn­ka biegnąca skra­jem pust­ko­wia i roz­pacz­li­wie charcząca: "Ra­tun­ku!" i "Puśćcie mnie!". A po­tem na­gie, czer­wo­no-czar­ne ciałko, skręcane kon­wul­sja­mi bólu, z białymi, osza­lałymi ocza­mi pośród spa­lo­nych brwi i po­wiek.

Re­la­cji żony wysłuchałem nie ja je­den tyl­ko: to był wcze­sny wieczór, aku­rat wpadło do mnie kil­ku przy­ja­ciół. Dzien­ni­karz. Le­karz. Pla­styk. Pierw­szy ode­zwał się le­karz:

- Po­twor­ne. I chy­ba bez­na­dziej­na spra­wa. Jeśli opa­rze­niu uległo powyżej czter­dzie­stu pro­cent po­wierzch­ni ciała, to właści­wie nie ma pra­wie żad­nych szans.

Długo mil­cze­liśmy, po czym ode­zwał się pla­styk:

- Ha­sior: te jego płonące kom­po­zy­cje. Za­wsze poj­mo­wałem to jako ar­ty­styczną prze­nośnię, a tu na­gle... Słuchaj­cie, lu­dzie, czy nig­dy na tej zie­mi nie po­ja­wi się jakiś po­czci­wy anioł z lilią w dłoni, z gałązką oliwną, z bal­sa­mem miłości i do­bro­ci, którym namaści na­sze oczy, do ja­snej cho­le­ry?!

- I z tęgą lagą w dru­giej dłoni - za­pe­rzył się dzien­ni­karz. - Żeby lać nią dra­ni i skur­wy­synów, lać i tyl­ko pa­trzeć, czy jesz­cze dyszą. O Boże, żebym ja do­stał w ręce tych hyclów, tych młodych, do­brze się za­po­wia­dających oprawców, tych ma­lut­kich katów... Och, żebym ja ich do­stał w swo­je ręce!

- Chcesz sam zo­stać ka­tem? - wtrąciłem się. - Zresztą nie prze­sa­dzaj­my, dzie­ci za­wsze były okrut­ne.

- Ale nie tak, nie tak - za­pro­te­sto­wała żona. - Ty nie słyszałeś tych ko­biet, tych klien­tek pani Ewy, które tego słuchały... To są mat­ki, których dzie­ci też ktoś może spa­lić.

- Właśnie - do­po­wie­działem. - Oni, ci, jak mówi­cie, mali opraw­cy, również mają swo­je mat­ki. A te mat­ki żyją w społeczeństwie, w którym my też żyje­my. Może je­steśmy współod­po­wie­dzial­ni?

- Chcesz po­wie­dzieć, że to Ha­sior wi­nien, bo pod­pa­la swo­je rzeźby? - szy­dził pla­styk.

- Nic nie chcę po­wie­dzieć, przy­najm­niej na ra­zie, za mało wiem. Osta­tecz­nie re­la­cja z zakładu ko­sme­tycz­ne­go to jesz­cze nie pełnia wie­dzy. Może będę wie­dział więcej, wte­dy po­wiem. Na ra­zie wiem tyl­ko jed­no: że nie pomoże ani cu­dow­ny bal­sam, ani oku­ta laga. Do zo­ba­cze­nia nie­ba­wem, pa­no­wie.

Wstęp, wa­riant II

Ostat­nia se­sja Rady Na­ro­do­wej mia­sta Kra­ko­wa była poświęcona pro­ble­mom wy­cho­wa­nia. Przy­znam się, że uda­wałem się na nią z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi. Uczest­ni­czyłem już kie­dyś w po­dob­nej im­pre­zie, co praw­da zor­ga­ni­zo­wa­nej przez inną in­stancję, i wy­szedłem z niej z prze­ko­na­niem, że ni­cze­go nie załatwiła, cho­ciaż usiłowała właśnie z a ł a t w i ć. Na mówni­cy de­fi­lo­wa­li star­si pa­no­wie, na ogół nie­wie­le mający wspólne­go z młodzieżą, i prze­li­cy­to­wy­wa­li się w wymyśla­niu ry­gorów i haseł, które młodzież miały na­tych­miast i bez­a­pe­la­cyj­nie uzdro­wić i zba­wić. Nie wierzę, aby hasła i ry­gory mogły ko­go­kol­wiek zba­wić, to po pierw­sze; po dru­gie, na owym kon­wen­ty­klu za­brakło rze­tel­nej i nie­sza­blo­no­wej ana­li­zy śro­do­wisk młodzieżowych, co win­no być pod­stawą ja­kich­kol­wiek po­czy­nań i dys­ku­sji; po trze­cie wresz­cie, każdy, kto zda­je so­bie sprawę, jak dziw­ne i nie­jed­no­znacz­ne zja­wi­ska za­chodzą współcześnie szczególnie na sty­ku dzie­ci-ro­dzi­ce, ten przy­zna, że dys­ku­to­wa­niu tego te­ma­tu musi to­wa­rzy­szyć at­mos­fe­ra nie­skrępo­wa­nia, in­tym­ności, pra­wa do własnych prze­myśleń, a więc i błędów - od tej zaś at­mos­fe­ry ów kon­wen­ty­kiel był jak naj­dal­szy. Słowem oba­wiałem się, że w kra­kow­skim ma­gi­stra­cie spo­tkam się z czymś po­dob­nym, i z góry na­sta­wiałem się na jałowość i nudę...

A było jed­nak in­a­czej. Oj­co­wie mia­sta są także oj­ca­mi własnych dzie­ci; za­bra­li się więc do ro­bo­ty z pasją i po ludz­ku, ze zro­zu­mie­niem isto­ty rze­czy. Zaczęli od tego, że główny re­fe­rat na se­sji po­wie­rzy­li tym, którzy się na tym naj­le­piej znają: wy­cho­waw­com, na­uczy­cie­lom, ściślej - Ku­ra­to­rium Okręgu Szkol­ne­go. Ci zaś oka­za­li się na tyle mądrzy i nie­za­du­fa­ni, iż nie ogra­ni­czy­li się do własnych tyl­ko doświad­czeń, lecz sko­rzy­sta­li z wie­dzy wszel­kich in­nych in­sty­tu­cji, mających coś wspólne­go z wy­cho­wy­wa­niem: or­ga­ni­za­cji młodzieżowych, mi­li­cji, Ligi Ko­biet, To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Dzie­ci, To­wa­rzy­stwa Krze­wie­nia Kul­tu­ry Świec­kiej itd. Za­pro­szo­no także ich przed­sta­wi­cie­li na salę ob­rad. Ob­ra­cam się tu pośród sa­mych zna­jo­mych...

Tytuł re­fe­ra­tu (po­wie­dzia­no skrom­niej: in­for­ma­cji) brzmiał: Działalność szkoły, ro­dzi­ny i śro­do­wi­ska w two­rze­niu jed­no­li­te­go sys­te­mu wy­cho­wa­nia dzie­ci i młodzieży na te­re­nie mia­sta Kra­ko­wa. Ta j e d n o l i t o ś ć , powiąza­nie wszel­kich funk­cji wy­cho­waw­czych, to po­stu­lat wo­jewódzkiej or­ga­ni­za­cji par­tyj­nej eg­ze­kwo­wa­ny już od roku. Właśnie: szkoła, ro­dzi­na i śro­do­wi­sko. Żeby nie było żad­ne­go wy­mi­gi­wa­nia się, spy­cha­nia obo­wiązków i od­po­wie­dzial­ności. Żeby dziec­ko stało się naj­bar­dziej w s p ó l n ą sprawą. Gra już ten sys­tem? Za­czy­na. Do­cie­ra się. Re­fe­rat ana­li­zu­je to punkt po punk­cie.

Jest jed­nak i inny pro­blem, który tu na­gle wy­chynął, który ogni­sku­je uwagę. Usłysza­no, prze­czy­ta­no i te­raz ko­men­tu­je się na sali i w ku­lu­arach ta­kie na przykład stwier­dze­nia:

...wysiłki in­sty­tu­cji par­ty­cy­pujących w pro­ce­sie wy­cho­wa­nia, a przede wszyst­kim szkoły, przy­niosły duże re­zul­ta­ty; ten opty­mi­stycz­ny stan nie może jed­nak przesłonić fak­tu ist­nie­nia nie­po­wo­dzeń wy­cho­waw­czych...

...jed­nym z pod­sta­wo­wych ob­jawów trud­ności wy­cho­waw­czych jest przestępczość nie­let­nich, której źródłem są czyn­ni­ki społecz­ne, śro­do­wi­sko­we i bio­lo­gicz­ne...

...szczególny nie­pokój bu­dzi fakt, że zwiększa się licz­ba nie­let­nich do­ko­nujących naj­cięższych ka­te­go­rii przestępstw, ta­kich jak roz­bo­je i włama­nia...

...spośród nie­let­nich sprawców dzie­więćdzie­siąt pro­cent to chłopcy, po­nad sześćdzie­siąt pro­cent przestępstw do­ko­ny­wa­nych jest gru­po­wo, aż osiemdzie­siąt trzy pro­cent przestępców po­sia­da obo­je ro­dziców...

...z przy­to­czo­nych da­nych wy­ni­ka bez­pod­staw­ność prze­ko­na­nia, ja­ko­by na drogę przestępstwa szła głównie młodzież po­zba­wio­na ro­dzi­ny i nie­ucząca się...

...ba­da­nia prze­pro­wa­dzo­ne przez In­sty­tut Pe­da­go­gi­ki WSP wy­ka­zują, że na przykład spośród społecz­nie wy­ko­le­jo­nych dziewcząt około sie­dem­dzie­sięciu pro­cent cha­rak­te­ry­zu­je ociężałość umysłowa...

...w grud­niu 1968 roku wy­działy oświa­ty mia­sta Kra­ko­wa usta­liły po­nad osiem­set dzie­ci ze znacz­ny­mi wa­da­mi wy­mo­wy i sześć pro­cent uczniów ze skazą ner­wi­cową cha­rak­te­ro­lo­giczną lub psy­cho­pa­tyczną...

My - dys­ku­tujący w ku­lu­arach - stwier­dza­my: oto istot­ne no­vum w ana­li­zie, chy­ba po raz pierw­szy do­strzeżone w ta­kiej ja­skra­wości: mimo na­szej do­brej woli i nie­ja­ko poza jej zasięgiem pro­ces z w y r o d n i e n i a wśród części lu­dzi młodych nie cofa się, lecz zda­je się przy­bie­rać na sile... I to nie­praw­da, że do­ty­czy tyl­ko ja­kie­goś mar­gi­ne­su społecz­ne­go, śro­do­wisk zde­ge­ne­ro­wa­nych, ro­dzin roz­bi­tych czy łaj­dac­kich: nie, do­ty­czy wszyst­kich, także na­szych własnych dzie­ci... Aby zaś nasz nie­pokój się dopełnił, do re­per­tu­aru przy­czyn i skutków włączył się czyn­nik naj­mniej przez nas bra­ny pod uwagę, nie­za­wi­nio­ny, ale - oka­zu­je się - prze­rażająco obec­ny: czyn­nik b i o l o g i c z n y. Może jesz­cze in­a­czej: bio­lo­gicz­no-ge­ne­tycz­ny. Czyżbyśmy, nie wiedząc o tym, płod­zi­li po­ten­cjal­ne po­twor­ki z ukry­ty­mi ska­za­mi psy­chicz­ny­mi, go­to­wy­mi na­gle a nie­spo­dzie­wa­nie wy­buchnąć zbrod­nią lub sza­leństwem?

- Cóż, to jest cena, jaką w całym świe­cie płaci się za szyb­ki postęp i cy­wi­li­zację - mówi zna­jo­my le­karz, rad­ny.

- Strasz­na to cena - mówi dzien­ni­karz, też rad­ny - jeśli jest nią na przykład fakt, o którym słysze­liśmy nie­daw­no: kil­ku­na­sto­let­ni chłopcy stąd, z Kra­ko­wa, chcie­li spa­lić żyw­cem swe­go dzie­więcio­let­nie­go ko­legę... Czy mu­si­my płacić taką cenę? Chodźcie na salę, pa­no­wie: prze­cież po to ze­bra­liśmy się tu­taj i ob­ra­du­je­my, żeby do tego nie dopuścić, praw­da?

Nie wróciłem na salę, po­nie­waż byłem umówio­ny właśnie w spra­wie owe­go chłopca, który płonął żyw­cem jak po­chod­nia. Prze­by­wa w In­sty­tu­cie Pe­dia­trii; wciąż trwa ba­ta­lia o jego życie, wciąż chwieją się nad nim języki płomie­ni, pożerające ciało i duszę.

Ma­te­riały z se­sji będę miał do wglądu, powrócę jesz­cze do nich.

Wstęp, wa­riant III

Chłopak, dziec­ko dzie­więcio­let­nie, spa­lo­ny żyw­cem przez ko­legów? W jed­nym z pism kra­kow­skich uka­zała się taka no­tat­ka: czyście jej uwie­rzy­li? Czy nie wywołała ona wa­sze­go obu­rze­nia i pro­te­stu? Nie­od­po­wie­dzial­ny re­dak­tor dyżurny machnął so­bie taką wia­do­mostkę, posłyszaną za­pew­ne wśród plot­kujących bab w tram­wa­ju. Czy za­sta­no­wił się, jaką czy­ni szkodę społeczną? Jaką ety­kietkę przy­le­pia na­sze­mu młode­mu po­ko­le­niu? Szczególnie, że po spraw­dze­niu oka­zała się ona n i e p r a w d z i w a , czy też ra­czej - nie­zu­pełnie praw­dzi­wa, a więc myląca, tym szko­dliw­sza.

Otóż wasz re­por­ter po­szedł śla­da­mi tej no­tat­ki i do­tarł do następujących faktów:

Istot­nie, w dniu 23 maja, w so­botę po południu, na wy­sy­pi­sku przy uli­cy Płaszow­skiej, nie­opo­dal stawów zwa­nych Ba­gry, uległ poważnemu po­pa­rze­niu chłopak na­zwi­skiem Ro­bert S., bawiący się tu wraz z kil­ko­ma ko­le­ga­mi. Jak wy­ni­ka jed­nak z do­cho­dzeń pro­wa­dzo­nych przez kom­pe­tent­ne or­ga­ny, mowa tu o nieszczęśli­wym p r z y p a d k u , a nie o za­mie­rzo­nym czy­nie: chłopak po pro­stu wpadł do dołu, w którym spa­lały się różne od­pad­ki, zrzu­ca­ne tu przez oko­licz­ne zakłady.

Wersję tę zda­je się po­twier­dzać również sąd dla nie­let­nich, w którego ge­stii znaj­du­je się ta spra­wa; piszę to w try­bie wa­run­ko­wym, po­nie­waż do­cho­dze­nia jesz­cze nie za­mknięto, sąd ofi­cjal­nie nie wy­ra­ził swo­je­go zda­nia.

Wasz re­por­ter będzie to­wa­rzy­szył to­ko­wi spra­wy i we właści­wym cza­sie po­wia­do­mi o jej wy­ni­kach. Jed­no jed­nakże już dziś wy­da­je się pew­ne: nie po­mniej­szając tra­gi­zmu tego wy­da­rze­nia, nieszczęścia dziec­ka i jego ro­dzi­ny - trze­ba je jed­nak umieścić w sfe­rze nie­za­wi­nio­nych przy­padków losu. A jako ta­kie nie pod­le­ga społecz­nej oce­nie.

2

Mam do czy­nie­nia z jed­nym fak­tem s z c z e g ó l n y m oraz z ze­społem ko­men­ta­rzy przez ten fakt im­pli­ko­wa­nych. Ist­nie­je ścisła zależność między tymi dwo­ma człona­mi: jeśli fakt okaże się nie­praw­dzi­wy, ko­men­ta­rze siłą rze­czy staną się zbędne; gdy­bym zaś mimo wszyst­ko utrzy­mał je w mocy, roz­miną się z prawdą, a więc i ce­lem. Py­ta­nie pod­sta­wo­we, na które muszę od­po­wie­dzieć, brzmi za­tem: czy Ro­bert S. płonął żyw­cem na sku­tek własnej nie­ostrożności, czy też zo­stał przez kogoś pod­pa­lo­ny - a jeśli tak, to czy stało się to przy­pad­kiem, w sposób nie­za­wi­nio­ny, czy też czyn zo­stał spełnio­ny z roz­mysłem, z pre­me­dy­tacją?

Zna­lazłem się jako re­por­ter w trud­nej sy­tu­acji, po­nie­waż do­cho­dze­nia, pro­wa­dzo­ne przez Ko­mendę Dziel­ni­cową MO Kraków-Podgórze oraz sąd dla nie­let­nich, nie zo­stały jesz­cze ukończo­ne, a na­wet po­wie­działbym: da­le­ko im do ukończe­nia. Ener­gicz­ne z początku, w pew­nym mo­men­cie jak­by stra­ciły rozpęd. To nie jest za­rzut pryn­cy­pial­ny: każdy ro­zu­mie, że śledz­two w spra­wach nie­let­nich jest szczególnie utrud­nio­ne, ze­zna­nia dzie­ci plączą się i za­prze­czają so­bie wza­jem, sto­pień praw­domówności bywa względny. A poza tym... mój Boże, ni­cze­go ni­ko­mu nie wma­wiam ani nie in­sy­nu­uję, ale chy­ba każdy z nas za­wa­hałby się na mo­ment, za­trzy­mał tuż przed gra­nicą, za którą roz­ciąga się praw­da po­twor­niejąca, praw­da nie­ludz­ka; nie chce się z nią po­go­dzić na­sze su­mie­nie, oskarża ono także nas sa­mych... Tak czy in­a­czej, wy­pa­dało mi śledz­two prze­pro­wa­dzać nie­ja­ko na własną rękę i na własną odpo­wie­dzialność. Właśnie przed chwilą je za­mknąłem. Trwam w prze­rażeniu.

Umówiłem się na dzi­siaj z sędzią sądu dla nie­let­nich pro­wadzącą sprawę. Odwołam to spo­tka­nie. Mu­siałbym su­ge­ro­wać własne wnio­ski, a nie za­mie­rzam wszak wcho­dzić w kom­pe­ten­cje ani sądu, ani or­ganów do­cho­dze­nio­wych. W swo­im cza­sie ustalą one prawdę obiek­tywną w sposób so­bie właściwy. Nie taję: wciąż mam łut na­dziei, że po­mi­mo wszyst­ko będzie to praw­da inna od mo­jej. I że będę mógł w nią uwie­rzyć... Póki co jed­nak muszę się trzy­mać własnej ścieżki. Wy­pi­sać swój własny

Akt oskarżenia

prze­ciw­ko:

Ma­cie­jo­wi B., lat 16, ucznio­wi za­sad­ni­czej szkoły za­wo­do­wej

Je­rze­mu M., lat 14, ucznio­wi szkoły pod­sta­wo­wej

Krzysz­to­fo­wi W., lat 9, ucznio­wi szkoły pod­sta­wo­wej

Ada­mo­wi G., lat 10, ucznio­wi szkoły pod­sta­wo­wej

oskarżonym o to, że działając wspólnie i w po­ro­zu­mie­niu w dniu 23 maja 1970 r. około go­dzi­ny 16.00 z pod­usz­cze­nia Ma­cie­ja B., pod­pa­li­li ce­lo­wo i z pre­me­dy­tacją Ro­ber­ta S., lat 9, po to, aby zadać mu śmierć.

Mo­ty­wa­cja

W rze­czo­nym dniu Ro­bert S., powróciw­szy ze szkoły do domu, zjadł obiad, po czym, ko­rzy­stając z nie­obec­ności ro­dziców będących w pra­cy (oj­ciec na de­le­ga­cji poza Kra­ko­wem), udał się wraz z dwo­ma miesz­kającymi w po­bliżu ko­le­ga­mi ze szkoły, Krzysz­to­fem W. i Ada­mem G., na wy­sy­pi­sko ma­ku­la­tu­ry przy uli­cy Płaszow­skiej w celu wspólnej za­ba­wy oraz, jak oświad­czy­li w śledz­twie, "zbie­ra­nia złotka", to jest skrawków sre­brzy­stej fo­lii alu­mi­nio­wej, po dru­giej stro­nie po­wle­ka­nej natłuszczo­nym pa­pie­rem, które to skraw­ki są tu­taj wywożone przez Zakłady "Tel­pod". Za­je­chała właśnie ciężarówka i zrzu­ciła duże bele tej ma­ku­la­tu­ry. Chłopcy zaczęli w niej grze­bać i prze­bie­rać. W trak­cie tej czyn­ności, trak­to­wa­nej jako za­ba­wa, dołączy­li do nich prze­by­wający w po­bliżu Ma­ciej B. oraz Je­rzy M; Ro­bert S. był im nie­zna­ny, na­to­miast do­brze się zna­li z po­zo­stałymi dziećmi, to jest Krzysz­to­fem W. i Ada­mem G.; Ma­ciej B., jako naj­star­szy, mu­siał za­pew­ne przejąć prze­wod­nic­two tych igra­szek. "Dla śmie­chu" okręcono Ro­berta S. dokład­nie folią i we­pchnięto w dół pełen in­nych, także łatwo­pal­nych od­padków. W pew­nej chwi­li chłopak zaczął od­czu­wać brak po­wie­trza, wy­sta­wił więc głowę na zewnątrz i wołał, aby go oswo­bo­dzi­li, wte­dy ktoś za­tkał mu usta dłonią i równo­cześnie usłyszał okrzyk Krzysz­to­fa W.: "On się pali, co będzie?". Od­po­wie­dział Ma­ciej B.: "Niech się spa­li żyw­cem". Folię, w której znaj­do­wał się Ro­bert S., pod­pa­lił tenże Ma­ciej B. po­sia­daną przez sie­bie za­pal­niczką; sam przy­znał się do tego w śledz­twie, jak­kol­wiek za­strze­gając się, że ja­ko­by nie wie­dział, iż w środ­ku znaj­du­je się Ro­bert S. Na­iw­ne to tłuma­cze­nie tym bar­dziej nie zasługu­je na wiarę, iż za­prze­czyło mu dal­sze postępo­wa­nie oskarżone­go: nie rzu­cił się na po­moc płonącemu, mimo iż był naj­star­szy w tej gru­pie, lecz stał spo­koj­nie obok, po­tem zaś uciekł wraz z in­ny­mi chłopca­mi. Je­dy­nie Je­rzy M. usiłował w pierw­szej chwi­li ra­to­wać Ro­berta S., częścio­wo wyciągnął go za nogi z ognia, ale nie­ba­wem też uciekł.

Tym­cza­sem Ro­bert S. zdołał się jakoś wy­swo­bo­dzić z płonącego dołu; krzy­czał: "Ra­tun­ku!" i dłońmi zry­wał z sie­bie folię, która miej­sca­mi wto­piła się w ciało. W pew­nej chwi­li do­pomógł mu w tym zbie­rający w po­bliżu ma­ku­la­turę star­szy człowiek, oby­wa­tel Józef Małek. Po­ra­dził też chłopcu, aby po­biegł do por­tier­ni znaj­dującego się nie­da­le­ko zakładu. Chłopak istot­nie po­biegł tam i przede wszyst­kim wylał na sie­bie wia­dro wody. Por­tier zaczął dzwo­nić po taksówkę, ale nie mógł się dodzwo­nić; tym­cza­sem Ro­bert S., nie wy­trzy­mując bólu (fo­lia da­lej się tliła), wy­biegł na drogę, skąd za­brała go na po­go­to­wie prze­jeżdżająca taksówka.

Po­zo­sta­li chłopcy w tym cza­sie od­da­li­li się do domów, nie mówiąc nic o za­ist­niałym wy­pad­ku swo­im ro­dzi­com...

Nie, nie po­tra­fię utrzy­mać się w tym bez­na­miętnym to­nie oskarżycie­la; zbyt moc­no to wszyst­ko przeżyłem, zbyt moc­no wbiły mi się w pamięć szczegóły, ob­ra­zy, słowa... Z dru­giej stro­ny chciałbym się ustrzec przed sądami zbyt po­chop­ny­mi, po­dyk­to­wa­ny­mi pasją, zgrozą i obu­rze­niem. Cóż więc robić? Nie znaj­duję in­ne­go wyjścia, jak sięgnąć do mo­ich re­por­ter­skich no­ta­tek, gdzie dzień po dniu, roz­mo­wa po roz­mo­wie, ura­sta ze szczegółów ów ma­ka­brycz­ny p r z e w ó d d o w o d o w y ...

Z no­tat­ni­ka re­por­te­ra

Po­nie­działek w czerw­cu. Za­dzwo­niłem rano do do­cen­ta dok­to­ra Jana Gro­chow­skie­go, kie­row­ni­ka Kli­ni­ki Chi­rur­gicz­nej w In­sty­tu­cie Pe­dia­trii, prosząc o roz­mowę oraz możność od­wie­dze­nia leżącego tu Ro­ber­ta S. Jest dzi­siaj bar­dzo zajęty, ale zgo­dził się, abym zgłosił się do nie­go około go­dzi­ny je­de­na­stej.

Wpadł do ga­bi­ne­tu pro­sto z za­bie­gu, jesz­cze w gu­mo­wych ręka­wi­cach i białym ki­tlu. Od razu, jesz­cze przed roz­mową, za­pro­wa­dził mnie do se­pa­rat­ki, gdzie leży Ro­bert.

Za­pa­miętałem tyl­ko twarz - częścio­wo odsłoniętą już z ban­daży; żywe mięso z za­cie­ka­mi i stru­pa­mi, roz­bie­ga­ne białe oczy bez rzęs i brwi; nie do­my­kają się ponoć na­wet w cza­sie snu. W szyi rur­ka pro­wadząca do tcha­wi­cy. Na nasz wi­dok płacze, rzu­ca się.

- Może pan z nim po­roz­ma­wiać, on już ar­ty­kułuje słowa - mówi dok­tor.

Cóż tu mówić? Po­cie­szam chłopa­ka, że pew­no niedługo, jesz­cze tyl­ko troszkę, a po­je­dzie na wa­ka­cje. Prze­sta­je płakać, oczy ożywiają się. Okrop­nym char­ko­tli­wym głosem pyta:

- Kie­dy... kie­dy ja stąd wyjdę?

Le­ka­rze odsłaniają jego ciało: roz­la­ne rany na udach, w kro­czu, na ra­mio­nach, oban­dażowa­ne dłonie i sto­py. Od­wra­cam oczy, nie wy­trzy­muję.

Roz­mo­wa w ga­bi­ne­cie. Mówi dok­tor Gro­chow­ski: początko­wo pra­wie żad­nej na­dziei. Czter­dzieści dwa pro­cent po­wierzch­ni ciała opa­rzo­ne. Zmia­ny w na­czy­niach miąższo­wych (ner­ki, wątro­ba) i w mózgu. Lewa dłoń tak zwęglo­na, że należałoby ją am­pu­to­wać. W tej chwi­li naj­cięższy kry­zys minął, lecz za­wsze jesz­cze możliwe są nie­spo­dzian­ki. Py­tam, czy nie mówił cze­goś w pierw­szym okre­sie, w ma­li­gnie.

- Owszem - od­po­wia­da dok­tor - wy­krzy­ki­wał: "Puśćcie mnie!", "Zo­staw­cie mnie!" oraz "Ra­tun­ku!". W sposób wi­docz­ny od­no­siło się to do jego nie­daw­nych przeżyć (no­tuję tę wy­po­wiedź spe­cjal­nie dokład­nie i pod­kreślam, po­nie­waż wy­da­je mi się szczególnie znacząca jako d o w ó d ).

Py­tam, czy w jego prak­ty­ce w tu­tej­szej kli­ni­ce zda­rzały się po­dob­ne - co do oko­licz­ności - przy­pad­ki. Pamięta do­sko­na­le: wrze­sień 1967 roku - sześcio­let­ni chłopak, Piotr Długi z No­we­go Tar­gu, przy­wie­zio­ny he­li­kop­te­rem. W cza­sie za­ba­wy przy ogni­sku ko­le­dzy wrzu­ci­li go do ognia i siłą przy­trzy­my­wa­li. Dwa lata po­zo­sta­wał w le­cze­niu, również cu­dem wy­bro­nio­ny od śmier­ci. Czy są inne przykłady, może mniej dra­stycz­ne, okru­cieństwa dzie­ci? Owszem, dosyć częste, choć trud­no określić często­tli­wość. Po­bi­cia, oka­le­cze­nia. Czy po­zo­sta­wia to - poza ura­za­mi fi­zycz­ny­mi, ka­lec­twem itp. - również ja­kieś ura­zy psy­chicz­ne? Oczy­wiście, na przykład ten chłopak z No­we­go Tar­gu mu­siał być le­czo­ny także psy­chicz­nie. Kli­ni­ka dys­po­nu­je fa­chow­ca­mi: psy­chia­tra­mi i psy­cho­lo­ga­mi. Za­ma­wiam się na roz­mowę z panią psy­cho­log, na ju­tro.

Później po­je­chałem na Wie­licką 82, do ro­dziców Ro­ber­ta. Nie za­stałem ich w domu. Zlu­stro­wałem oko­licę. Miesz­kają na dru­gim piętrze no­wo­cze­sne­go blo­ku, jed­ne­go z pięciu wznoszących się tuż przy dwor­cu płaszow­skim. Obok, w ogro­dach, małe po­kracz­ne dom­ki ty­po­we­go przed­mieścia. Ta dziel­ni­ca miała złą sławę. Agre­syw­ny, pa­zer­ny lu­dek, ni to półpro­le­ta­riat, ni to półpo­sia­da­cze. Jak w małym mia­stecz­ku. Poza tym al­ko­ho­lizm, złodziej­stwo i w ogóle wszyst­kie grze­chy główne...

Za­cze­piłem grupkę chłopców w wie­ku mniej więcej ośmiu, dwu­na­stu lat, bawiących się przed blo­kiem. Za­py­tałem, czy wiedzą o tra­ge­dii Ro­ber­ta. Oczy­wiście wie­dzie­li, od­po­wia­da­li z przejęciem. Je­den z nich po­wie­dział:

- To taki star­szy chłopak, może sie­dem­na­sto­let­ni, pchnął Ro­ber­ta w ogień, my go zna­my, ciągle cho­dzi po Krze­mion­kach...

Wto­rek. Sta­rałem się przez Ko­mendę Wo­jewódzką MO o możliwość wglądu do akt do­cho­dze­nio­wych Ko­men­dy Dziel­ni­co­wej MO Podgórze w spra­wie Ro­ber­ta; po­zwo­lo­no mi na to w dro­dze wyjątko­wej uprzej­mości, bo tego nor­mal­nie się nie prak­ty­ku­je. W KD zo­stałem przyjęty przez po­rucz­ni­ka M. pro­wadzącego sprawę. Trzy­mał się trochę w re­zer­wie, cze­mu się nie dzi­wię. W każdym ra­zie do­wie­działem się wie­lu istot­nych szczegółów, ta­kich jak choćby per­so­na­lia chłopców uczest­niczących w zajściu oraz ich ad­re­sy.

Z pro­to­kołów przesłucha­nia chłopców wy­ni­ka - tak przy­najm­niej re­fe­ro­wał mi je po­rucz­nik - że so­li­dar­nie wy­pie­rają się ja­kie­go­kol­wiek współudziału w wy­pad­ku. Ot, po pro­stu ba­wi­li się; wszędzie wa­lają się tu od­pad­ki, które się palą, ktoś je pod­pa­la - i Ro­bert nieszczęśli­wie wpadł do ta­kie­go palącego się dołu... a oni prze­stra­szy­li się i ucie­kli.

- Pan temu wie­rzy? - py­tam po­rucz­ni­ka ob­ce­so­wo.

Nie od­po­wia­da wprost.

- Wi­dzi pan, to są dzie­ci, do ich ze­znań za­wsze trze­ba od­no­sić się z pewną dozą kry­ty­cy­zmu...

Za­sta­na­wia mnie je­den szczegół - mówię o tym, ra­czej myślę głośno: niewątpli­wie wmie­sza­ny był w to wszyst­ko ów naj­star­szy chłopak, pra­wie sie­dem­na­sto­let­ni Ma­ciej B. Jak to - taki sta­ry koń, a bawi się z dzie­więcio­let­ni­mi mi­kru­sa­mi? Z przesłucha­nia wy­ni­ka, że owszem, miał przy so­bie za­pal­niczkę i pod­pa­lał to i owo. Wy­mknęło się także po­rucz­ni­ko­wi - wi­docz­nie jego też to za­fra­po­wało - że mat­ka Ma­cieja B. ze­znała, że on tak za­wsze lubi bawić się z młod­szy­mi od sie­bie. In­fan­ty­lizm? Nie, po­rucz­nik prze­czy: zupełnie nor­mal­ny chłopak, uczy się w szko­le za­wo­do­wej, przy­zakłado­wej, wygląda i za­cho­wu­je się nor­mal­nie, nie był no­to­wa­ny w kar­to­te­kach mi­li­cyj­nych... A więc? Może chęć prze­wo­dze­nia, pod­porządko­wy­wa­nia so­bie tych ma­luchów? Może dia­bli wiedzą ja­kie ska­zy cha­rak­te­ru albo i zbo­cze­nia?

Ta­kie głośne myśle­nie nic nie wnie­sie. Po­rucz­nik daje do zro­zu­mie­nia, że też ma roz­ma­ite wątpli­wości, ale prze­zor­nie nie wy­chy­la się w osądach ani na włos. Do­wia­duję się w końcu jed­ne­go ważnego szczegółu: Ma­ciej B. zo­stał bez­pośred­nio po zajściu za­trzy­ma­ny jako po­dej­rza­ny, wkrótce jed­nak zwol­nio­no go na pod­sta­wie de­cy­zji sądu dla nie­let­nich (który w tym wy­pad­ku, kie­dy cho­dzi o dzie­ci, spełnia funkcję pro­ku­ra­tu­ry), po­nie­waż nie do­pa­trzo­no się na ra­zie nie­zbi­tych do­wodów winy ani do­sta­tecz­nie umo­ty­wo­wa­nych po­szlak.

Patrzę ze współczu­ciem na po­rucz­ni­ka: cza­sem rola jego in­sty­tu­cji jest za­iste niełatwa. Mamy się nie­ba­wem spo­tkać w sądzie dla nie­let­nich.

Środa. Oglądnąłem so­bie te­ren tego wy­sy­pi­ska przy uli­cy Płaszow­skiej. Ba­gni­ste roz­le­wi­ska Bagrów, a da­lej doły, jamy, góry od­padków, z których niektóre tlą się, żarzą, dymią. Kil­ku sta­rych lu­dzi, śmie­cia­rzy, żyjących ze zbie­ra­nia ma­ku­la­tu­ry, i wa­ta­hy do­ka­zujących chłopaków, którzy mają tu swój "Dzi­ki Zachód". Na miły Bóg, kto po­zwo­lił na usy­tu­owa­nie ta­kie­go nie­bez­piecz­ne­go wy­sy­pi­ska tuż przy obrzeżu półmi­lio­no­we­go mia­sta, wśród do­mostw, o krok od li­nii tram­wa­jo­wej?! A sko­ro już do tego do­pusz­czo­no, to dla­cze­go nie jest to te­ren kon­tro­lo­wa­ny przez strażników, jakoś za­bez­pie­czo­ny? Za każdą śmierć i każde ka­lec­two, które się tu zda­rzy, czy­niłbym od­po­wie­dzialną przede wszyst­kim Radę Na­ro­dową Podgórza, go­spo­da­rza tych te­renów.

Dzi­siaj także doszło do spo­tka­nia z dok­to­rem Zofią Kor­dyl, psy­cho­lo­giem In­sty­tu­tu Pe­dia­trii. Jako hasło wywoław­cze roz­mo­wy pod­dałem te­mat agre­syw­ności wie­ku dzie­cięcego. Pani psy­cho­log ma i ol­brzy­mie doświad­cze­nie, i in­te­re­sujące spo­strzeżenia. Współcze­sne ce­chy tej agre­syw­ności wy­wo­dzi przede wszyst­kim z nie­dowładu życia ro­dzin­ne­go. Z bra­ku tro­ski ro­dziców o życie uczu­cio­we dziec­ka, o kształto­wa­nie jego wrażliwości w sen­sie o t w a r c i a wo­bec in­nych lu­dzi. Dziec­ko na ogół jest przy­uczo­ne do tego, aby pamiętać wyłącznie o so­bie, o własnych przy­jem­nościach i wy­go­dach. Ro­dzi się z tego zja­wi­sko bez­myślności, bra­ku ha­mulców, żywiołowe­go sto­sun­ku do przed­miotów, zwierząt, lu­dzi... Właśnie w tej hie­rar­chii: za­czy­na się od bez­kar­ne­go nisz­cze­nia przed­miotów, po­tem mal­tre­to­wa­nia i za­bi­ja­nia zwierząt, a po­tem... no nie, nie za­wsze stop­nio­wa­nie jest pełne, nie prze­sa­dzaj­my. Jest i dru­gi aspekt tej agre­syw­ności, z za­sa­dy w wie­ku nie­co później­szym, wśród na­sto­latków, kie­dy bywa spo­so­bem re­ago­wa­nia na bodźce śro­do­wi­sko­we.

Nie­ste­ty, mu­siałem szyb­ciej zakończyć tę roz­mowę, niżbym chciał, po­nie­waż od owej psy­cho­lo­gii teo­re­tycz­nej ode­rwała mnie p s y c h o l o g i a s t o s o w a n a. Mam iść do miesz­ka­nia Ma­cie­ja B.

Nie za­stałem go w domu. Była tyl­ko jego mat­ka. W kącie po­ko­ju stoją wędki: tak, mąż jest za­pa­lo­nym wędka­rzem i właśnie wte­dy, w tę nieszczęsną so­botę, Ma­ciek po­szedł na Ba­gry, aby nałowić ojcu żywca... Co za nieszczęście, pa­nie, co za nieszczęście! No tak, bywał tam i częściej, w Płaszo­wie miesz­ka teścio­wa, jego bab­cia, to często ją od­wie­dzał... Na­wet znał dwóch chłopców spośród tych trzech, ale Ro­ber­ta nie, w ogóle go nig­dy nie wi­dział... Czy lubi się bawić z młod­szy­mi? A owszem, jakoś do nie­go lgną - może dla­te­go że on sam jest jesz­cze trochę dzie­cin­ny, taki, no, jak pa­nienka... Do­brze, jak pan so­bie życzy, to może się pan z nim zo­ba­czyć nie­chby ju­tro, tak o tej po­rze - może trochę później, jak przyj­dzie z pra­cy, i mąż wte­dy będzie...

Czwar­tek. Za­stanę go czy nie za­stanę? Przy­wiązuję dużą wagę do tego spo­tka­nia. Przeglądnąłem no­tat­ki, za­stanowiłem się, przy­po­mniałem so­bie jesz­cze niektóre po­mi­nięte tu szczególiki - no, nie uprze­dzaj­my wy­padków.

Za pierw­szym ra­zem - ci­sza za drzwia­mi. Po­cze­kałem, po­tem zszedłem na ulicę, zjadłem lody, powłóczyłem się. Po półgo­dzi­nie - zno­wu dzwo­nię, dwa razy, jak zwy­kle dzwo­nią do­mow­ni­cy. Ktoś się po­ru­szył, drzwi się otwie­rają. Chłopak może dwu­dzie­sto­let­ni, star­szy brat? Czy oj­ciec jest? Nie, nie ma, jesz­cze nie wrócił z pra­cy. Ale ja się prze­cież uma­wiałem wczo­raj z pana matką, że przyjdę. Czy jest Ma­ciej? A jest, proszę, niech pan wej­dzie.

Zo­sta­wił mnie sa­me­go w po­ko­ju, a za chwilę wszedł on, Ma­ciej. Drob­ny, szczupły, ładna pociągła twarz, duże oczy - spo­koj­ne, ale z wy­ra­zem napięcia. Blon­dyn. Za­ga­dałem - o tych wędkach, stojących w kącie, o ry­bach. Że sam też je­stem wędka­rzem.

- Gdzie oj­ciec łowi?

- Prze­ważnie na Du­naj­cu - od­po­wie­dział nie­omal ba­sem, jakże kon­tra­stującym z tą jego szczupłością, chłopacz­ko­wa­tością...

Ech, moc­ny i zwin­ny młody chłopak, żadna tam "pa­nien­ka". Ale ma w so­bie jed­nak coś dziw­ne­go... Co? Nie wiem. Czuję.

Proszę, aby opo­wie­dział swoją wersję wy­padków. Początko­we szczegóły nie­ważne. Za­pi­suję, co naj­ważniej­sze:

- Tam zwa­la­no z ciężarówki ta­kie bele, szu­ka­liśmy w nich piłeczek gu­mo­wych, cza­sem są ta­kie z "Sem­pe­ri­tu"1. Kręcili się jacyś chłopcy. Tak, to praw­da, miałem przy so­bie za­pal­niczkę i pod­pa­liłem taką jedną kupę od­padków, ale nie wie­działem, że tam w środ­ku ktoś jest, do­pie­ro, jak zaczął ru­szać się i krzy­czeć... Tak, to praw­da, że nie po­szedłem mu na po­moc. Prze­stra­szyłem się. Uciekłem.

Za­pa­liłem pa­pie­ro­sa, od­cze­kałem chwilę. Ma­ciej B. za­py­tał:

- A czy on żyje?

- Jak to, nie za­in­te­re­so­wałeś się tym przed­tem? Owszem żyje. Może ­ w y ż y j e.

Spo­dzie­wałem się ulgi w tych dużych, spo­koj­nych, napiętych oczach. Prze­ciw­nie. Jak­by jesz­cze bar­dziej ska­mie­niały.

Za­py­tałem:

- Czy czu­jesz się win­ny?

- Tak, czuję się win­ny tego, że pod­pa­liłem kupę śmie­ci.

- A czy nie czu­jesz się win­ny, że nie udzie­liłeś po­mo­cy, że uciekłeś, mimo że to ty właśnie pod­pa­liłeś i że ty byłeś z tych chłopaków naj­star­szy, więc po­wi­nie­neś za nich od­po­wia­dać?

Przedłużająca się chwi­la mil­cze­nia, wresz­cie, jak­by z wa­ha­niem:

- Tak, za to też czuję się win­ny.

Od­szedłem. Czegóż więcej mogłem ocze­ki­wać? I tak do­ko­nało się wie­le. Zy­skałem nie­omal pew­ność.

Su­muję tę roz­mowę:

a) przy­znał się, że za­pa­lił;

b) twier­dzi, że nie wie­dział, że ktoś tam jest; to prze­cież nie była jakaś mon­stru­al­na góra śmie­ci, tyl­ko niegłęboki dół; zresztą wokół, jak mówi, kręcili się ci zna­jo­mi chłopcy, z którymi był Ro­bert, więc by go uprze­dzi­li, ostrze­gli; może to zresztą za­ra­zem do­wo­dzić, że był z nimi w zmo­wie;

c) wia­do­mość o tym, że Ro­bert żyje, przyjął bez ulgi, lecz jak­by z nie­po­ko­jem; o co? że Ro­bert po przyjściu do sie­bie coś opi­sze, coś w y g a d a ?

d) nie wy­ka­zał ja­kiej­kol­wiek skru­chy - to jego przy­zna­nie się do winy było nie­ja­ko wy­mu­szo­ne;

e) wrażenie ogólne: ten chłopak ma w so­bie coś nie­na­tu­ral­ne­go; coś, co się tyl­ko wy­czu­wa, co się kry­je w tych kon­tra­stach między do­rosłością a chłopacz­ko­wa­tością, między buzią che­ru­bi­na a ka­mien­nym spo­ko­jem oczu... Mój Boże, oczy­wiście, że to wszyst­ko jest nie­pew­ne i nie­wy­mier­ne, opi­suję tyl­ko w r a ż e n i a. Aby stwier­dzić jego rze­czy­wi­sty stan psy­chicz­ny, trze­ba by było długich i fa­cho­wych badań psy­chia­trycz­nych.

(prze­rwa w no­tat­kach)

Wto­rek. Byłem dzi­siaj zno­wu u ro­dziców Ro­ber­ta i wresz­cie ich za­stałem. Do­wie­działem się cze­goś, cze­go jesz­cze nie wie ani mi­li­cja, ani nikt w ogóle. Pani S. po­wie­działa mi, że wczo­raj, to jest w po­nie­działek 30 czerw­ca, po południu, około go­dzi­ny sie­dem­na­stej, kie­dy prze­by­wała jak co dzień o tej po­rze w se­pa­rat­ce Ro­ber­ta, ten po­czuł się szczególnie do­brze, zelżał jakoś strach, leżący dotąd na nim ka­mie­niem, i w długim mo­no­lo­gu (wy­obrażam so­bie te chry­piące, wy­ry­wa­ne z krta­ni słowa...) opo­wie­dział jej, jak było na­prawdę.

Cy­tuję pra­wie dosłownie:

- Głaskałam go, był dzi­siaj ożywio­ny i nie płakał, i w pew­nej chwi­li za­py­tałam go: "Robuś, jak to się z tobą stało? Ba­wi­liście się czy co?". On chwilę myślał i po­wie­dział: "Tak, ma­mu­siu, ba­wi­liśmy się i oni owi­ja­li mnie tą folią, i we­pchnęli do dołu, a jak zacząłem krzy­czeć, to mi ręką za­ty­ka­li usta, a po­tem pod­sko­czył ten star­szy chłopak i pod­pa­lił, ja strasz­nie krzy­czałem...".

A oto uzu­pełniająca re­la­cja ojca Ro­ber­ta:

Wia­do­mość o wy­pad­ku syna za­stała go poza Kra­ko­wem, był na de­le­ga­cji służbo­wej. Wkrótce po przy­jeździe od­szu­kał Krzysz­to­fa W., nie w domu, lecz na uli­cy, i za­py­tał go: "Krzysz­tof, po­wiedz, jak było na­prawdę". Wte­dy pod­szedł do nich jakiś star­szy chłopak i oświad­czył: "Proszę pana, Krzysz­tof na mi­li­cji wszyst­ko skłamał, bo bał się bi­cia od ojca; mówił choćby, że nie wie, jak się na­zy­wał ten ich pro­wo­dyr, a w grun­cie rze­czy wie i ja też wiem, on się na­zy­wał Ma­ciej B. I to ten właśnie chłopak pod­pa­lił Ro­ber­ta, a jak Krzysz­tof krzyknął, to tam­ten po­wiedział: "Niech się spa­li żyw­cem"". Pan S. za­py­tał Krzysz­to­fa, dla­cze­go kłamał, a ten odpo­wiedział: "Bo mi B. gro­ził". Oj­ciec Ro­ber­ta za­pro­wa­dził go na­tych­miast na mi­licję, aby zmie­nił ze­zna­nia. Jak Krzysz­tof W. ze­zna­wał po raz dru­gi - nie wie, nie był przy tym obec­ny, bo był zbyt wzbu­rzo­ny i zo­stał wy­pro­szo­ny z lo­ka­lu MO...

Na ko­niec oby­dwo­je ro­dzi­ce pod­su­wają mi dwie fo­to­gra­fie Ro­ber­ta: z nie­daw­nej Ko­mu­nii Świętej oraz z kar­ty tram­wa­jo­wej. Ład­niut­kie, wy­chu­cha­ne dziec­ko. Na tę uśmiech­niętą twa­rzyczkę nakłada mi się ob­raz tej dru­giej, w stru­pach, za­cie­kach i nadżer­kach, wi­dzia­nej w se­pa­rat­ce kli­ni­ki. Te dwie twa­rze nig­dy już nie będą ta­kie same.

Epi­log

Spo­tka­li się zno­wu u mnie: le­karz, dzien­ni­karz, pla­styk. Był jesz­cze na dokładkę praw­nik.

Zre­fe­ro­wałem wy­nik swe­go pry­wat­ne­go śledz­twa.

- Czy je­steś pew­ny osta­tecz­nej kon­klu­zji? - za­py­tał praw­nik. - Ostrze­gam cię przed od­po­wie­dzial­nością.

- Nie. Nie wyręczam wszak mi­li­cji ani sądu. Uznaję tę kon­kluzję tyl­ko za wy­so­ce praw­do­po­dobną; na tyle praw­do­po­dobną, że mogę na jej pod­sta­wie bu­do­wać dal­sze przesłanki ro­zu­mo­we. Czy też in­a­czej: ko­men­ta­rze i wnio­ski.

- A jeśli stro­na przez cie­bie ob­wi­nio­na - upew­niał się - zo­sta­nie w toku nor­mal­ne­go prze­wo­du sądo­we­go oczysz­czo­na z za­rzutów? Czy odwołasz pu­blicz­nie swo­je oskarżenie?

- Jeśli zo­stanę prze­ko­na­ny ar­gu­men­tacją i fak­ta­mi, to tak, oczy­wiście. Tu­taj występuję prze­cież tyl­ko jako rzecz­nik własnych prze­ko­nań. A także, w ja­kimś sen­sie, rzecz­nik opi­nii pu­blicz­nej.

- No to do­bra, wal już swo­je wnio­ski i ko­men­ta­rze - za­wy­ro­ko­wał praw­nik.

- Co z moim bal­sa­mem? - wpadł w słowo pla­styk.

- Co z moją lagą? - przy­po­mniał so­bie dzien­ni­karz.

- Pa­no­wie, tyl­ko bez ogólników - skar­cił le­karz. - Je­rzy ze­brał dane bar­dzo kon­kret­ne, a poza tym wszy­scy uczest­ni­czy­liśmy w se­sji rady również bar­dzo kon­kret­nej; mówmy w dal­szym ciągu kon­kret­nie.

- Zgo­da za­cznij­my od wniosków z se­sji - po­wie­działem. - Przy­pomnę z ar­cy­cie­ka­wej ana­li­zy ku­ra­to­ra No­wa­ka fakt, który może uszedł wa­szej uwa­gi: co dzie­wiąta, dzie­siąta ro­dzi­na w śro­do­wi­skach prze­mysłowych jest, jak on to określił, m o r a l n i e z a g r o ż o n a. Wśród przy­czyn - i ta nie­ba­ga­tel­na, którą za­cy­tuję dosłownie: "Ro­dzi­na w Kra­ko­wie, po­dob­nie jak w in­nych wiel­kich mia­stach, ule­ga dez­in­te­gra­cji. Ty­po­wa dziś jest ro­dzi­na mała, na którą w mi­ni­mal­nym stop­niu od­działywa na­cisk opi­nii bliższych i dal­szych krew­nych: co­raz po­wszech­niej­sze stają się zja­wi­ska ak­tyw­ności za­wo­do­wej oboj­ga ro­dziców, in­dy­wi­du­ali­za­cji za­in­te­re­so­wań, krzyżowa­nia licz­nych mo­de­li wzorców oso­bo­wych i kul­tu­ro­wych - co nie sprzy­ja wy­kształce­niu sil­ne­go po­czu­cia więzi ro­dzin­nej. Sy­tu­ację utrud­nia fakt, że współcze­sne wy­cho­wa­nie, zarówno to ro­dzin­ne jak i in­sty­tu­cjo­nal­ne, w za­sa­dzie nie przy­go­to­wu­je młodzieży do przyszłej roli małżonków, ojców i ma­tek. Tym­cza­sem co­raz większa licz­ba ro­dziców to lu­dzie młodzi...". Nic dodać, pa­no­wie, ani ująć. Ja tu­taj od­naj­duję od­po­wiedź na py­ta­nie, dla­cze­go Ro­bert S. stał się żywą po­chod­nią i dla­cze­go, być może, w naj­bliższych la­tach ta­kich po­chod­ni spo­tka­my więcej. Pani psy­cho­log, której zda­nie tu­taj wam przy­to­czyłem, ujęła rzecz zwięźlej: "Nie­dowład ro­dzi­ny". Ale wy­da­wała się przy tym zwo­len­niczką owe­go cu­dow­ne­go bal­sa­mu: że coś przyj­dzie z zewnątrz i namaści na­sze oczy, oczy ma­tek, ojców i dzie­ci, miłością i do­bro­cią. Chry­stia­nizm wie­rzył w taką ma­giczną for­mułę - i z ja­kim skut­kiem? (Na mar­gi­ne­sie stwierdzę, że wszy­scy chłopcy z kręgu Ro­berta łącznie z Ma­cie­jem B. byli wy­cho­wy­wa­ni jak naj­bar­dziej re­li­gij­nie). Ku­ra­tor No­wak pro­po­nu­je coś in­ne­go - sko­ro punk­tem wyjścia są małe od­osob­nio­ne ro­dzi­ny, ab­so­lut­nie nie­przy­go­to­wa­ne do mądre­go i od­po­wiedzialnego wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci... Po­wia­da mia­no­wi­cie: trze­ba w sposób ry­go­ry­stycz­ny, obo­wiązko­wy uczyć ro­dziców funk­cji wy­cho­waw­czych. Kon­kret­nie: zacząć od ro­dziców dzie­ci z przed­szko­li, a po­tem ro­dziców dzie­ci z klas pierw­szych, piątych i ósmych szkół pod­sta­wo­wych oraz pierw­szych i ostat­nich klas szkół za­wo­do­wych i śred­nich. To zna­czy w okre­sach, kie­dy dziec­ko prze­cho­dzi naj­ważniej­sze fazy roz­wo­jo­we. I to ma być w Kra­ko­wie re­ali­zo­wa­ne z całą su­mien­nością. Aby w dal­szych la­tach nie było już więcej żywych po­chod­ni...

- I ty to uważasz za je­dy­ne sku­tecz­ne pa­na­ceum? - powątpie­wał dzien­ni­karz. - Też bal­sam, tyl­ko że inny, mniej po­etycz­ny.

- Od cze­goś trze­ba zacząć - po­wie­działem. - Nie można stać bez­czyn­nie, k i e d y c z ł o w i e k p ł o n i e.

- Może i masz rację - po­wie­dział pla­styk. - Ha­sior ci się kłania.

- Obie­całem wam dal­sze in­for­ma­cje o toku spra­wy Ro­ber­ta S. Moje ob­ser­wa­cje wzbo­ga­ciły się tym­cza­sem o wy­ni­ki ostat­niej se­sji rady mia­sta Kra­ko­wa, poświęco­nej, jak wia­do­mo, wy­cho­wa­niu. Czy zwróciliście uwagę na fakt, pod­kreślony w spra­woz­da­niach, że co­raz większa licz­ba dzie­ci ma naj­roz­ma­it­sze ska­zy i od­chy­le­nia psy­chicz­ne? Doj­rze­liśmy do tego, aby spoj­rzeć praw­dzie w oczy. To są ubocz­ne skut­ki cy­wi­li­za­cji - przede wszyst­kim postępu hi­gie­ny i me­dy­cy­ny, która utrzy­mu­je przy życiu dzie­ci daw­niej ska­za­ne na nie­uchronną śmierć, eli­mi­no­wa­ne przez na­tu­ralną se­lekcję. A je­steśmy wszak dum­ni, że sta­je­my się społeczeństwem wy­so­ce cy­wi­li­zo­wa­nym. W spra­wie Ro­ber­ta S. wy­chodzą na jaw co­raz nowe szczegóły. Na­wet gdy­by przyjąć, że jego tra­gicz­ny wy­pa­dek wy­nikł z okrut­nej zmo­wy gru­py dzie­ci - to niewątpli­wie dzie­ci te należą właśnie do owe­go mar­gi­ne­su "od­padów cy­wi­li­za­cyj­nych". Trzon społeczeństwa po­zo­sta­je zdro­wy. A o to prze­cież cho­dzi...

Je­rzy Lo­vell, Jak żyć? Zbiór re­por­taży, War­sza­wa: Iskry, 1972, s. 5-34

Sce­ny po­mni­ko­we

Z sierp­nio­we­go straj­ku stocz­niow­cy wy­szli z go­to­wym pro­jek­tem Po­mni­ka Po­ległych w 1970 roku. Wy­bra­li miej­sce, w którym ma stanąć, oraz dzień na jego odsłonięcie. Za­twier­dzo­no to wszyst­ko uchwałą Między­zakłado­we­go Ko­mi­te­tu Straj­ko­we­go 24 sierp­nia. Stocz­niow­cy załatwi­li swe spra­wy między sobą i w tym prze­ko­na­niu wrócili do pra­cy.

3 września zaczęły wyłaniać się nie­prze­wi­dzia­ne trud­ności. Na na­ra­dzie w Urzędzie Wo­jewódzkim oka­zało się, że choć po­mysł wszy­scy z całego ser­ca po­pie­rają, to zarówno wygląd po­mni­ka, jego lo­ka­li­za­cja, jak i ter­min po­sta­wie­nia zo­stały fa­tal­nie wy­bra­ne: całość zo­stała za­ak­cep­to­wa­na jak naj­bar­dziej, nie sposób było tyl­ko za­ak­cep­to­wać żad­nej z jej części.

Na szczęście zna­lazła się już gru­pa osób, która wyręczy stocz­niowców w trud­nej myślo­wej pra­cy, za­dba, żeby właściwy pro­jekt stanął na właści­wym miej­scu i we właści­wym cza­sie, no, po pro­stu weźmie wszyst­ko na sie­bie. Wy­po­wie­dział się w tej spra­wie wo­jewódzki kon­ser­wa­tor za­bytków w Gdańsku ma­gi­ster Mi­rosław Ze­idler, który po­in­for­mo­wał ze­bra­nych, że jest kom­pe­tent­nym w te­ma­cie przed­sta­wi­cie­lem re­sor­tu kul­tu­ry i sztu­ki i pra­gnie nadać spra­wie rangę dys­ku­sji ogólno­pol­skiej. Za­nim zdołano ze­brać myśli, dla­cze­go nie­ist­niejącym jesz­cze po­mni­kiem zająć się ma kon­ser­wa­tor za­bytków oraz dla­cze­go ma temu po­mni­ko­wi coś nada­wać albo od­bie­rać, ma­gi­ster Ze­idler zgłosił pro­po­zycję.

- Ogłosi się kon­kurs ogólno­pol­ski na pro­jekt po­mni­ka - po­in­for­mo­wał ze­bra­nych. - W tej sy­tu­acji oczy­wiście nie­możliwością będzie odsłonięcie go w tym roku, ale - za­su­ge­ro­wał mówca - pójdzie się na to, że w rocz­nicę wy­da­rzeń położony zo­sta­nie ka­mień węgiel­ny.

Gorąco po­parł go do­cent Si­tek ze Związku Pol­skich Ar­tystów Pla­styków, pełniący w od­dzia­le gdańskim funkcję dru­gie­go se­kre­ta­rza.

- Naj­lep­sze re­zul­ta­ty ar­ty­stycz­ne osiąga się w bu­do­wie po­mników drogą or­ga­ni­zo­wa­nia otwar­tych kon­kursów - po­wie­dział.

Po­mni­ki pro­jek­to­wa­ne na zamówie­nie, jak to określił, nie dają w prze­ko­na­niu do­cen­ta Sit­ka ocze­ki­wa­nych efektów. Wy­ra­ził też prze­ko­na­nie, że au­tor pro­jek­tu, pan Pie­trusz­ka, nie może być całko­wi­cie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, po­nie­waż jego pro­jekt nie miał kon­ku­ren­cji.

Ar­chi­tekt miej­ski i wo­jewódzki zna­leźli inny pro­blem. Do­ty­czył on miej­sca, w którym stocz­niow­cy pro­po­nują po­sta­wić po­mnik - to jest pla­cu przed drugą bramą stocz­ni, gdzie w grud­niu 1970 roku zginęło trzech ro­bot­ników. Otóż w pla­nach roz­wo­ju Gdańska plac ten znaj­du­je się pod pro­jek­to­wa­nym przedłużeniem uli­cy Wałowej, przy czym ter­mi­nu i tech­nicz­nych szczegółów do­tyczących bu­do­wy pla­no­wa­nej uli­cy Wałowej ak­tu­al­nie podać nie można. Jest możliwe, że Po­mnik Po­ległych nie będzie ko­li­do­wać z trasą szyb­kie­go ru­chu, ist­nie­je w tym względzie jed­nak zbyt duże praw­do­po­do­bieństwo.

Ar­gu­men­ty te w ogóle nie tra­fiły do przed­sta­wi­cie­la Społecz­ne­go Ko­mi­te­tu Bu­do­wy Po­mni­ka. Ogłosze­nie kon­kur­su na po­mnik nie wcho­dzi, jego zda­niem, w grę, gdyż ter­min jest na­ka­zem nadrzędnym. Ko­mi­tet ob­sta­wał przy tym, aby po­mnik był dziełem stocz­niowców od początku do końca, oraz wy­ra­ził życze­nie, aby in­nych po­mników w tej spra­wie nie sta­wia­no.

Ta­kie nie­prze­jed­na­ne sta­no­wi­sko spo­wo­do­wało, że na następne spo­tka­nie w spra­wie po­mni­ka, które odbyło się 13 września w Sto­wa­rzy­sze­niu Ar­chi­tektów, stocz­niowców nie za­pro­szo­no. Było to je­dy­ne wyjście, po­nie­waż Społecz­ny Ko­mi­tet Bu­do­wy Po­mni­ka odbył już dwa ze­bra­nia, na których nie tyl­ko nie usto­sun­ko­wał się do re­je­stru przeszkód, ale zdążył po­dzie­lić pra­ce pomiędzy swych członków. Tech­no­lo­gią mon­tażu zaj­mo­wać się mie­li pra­cow­ni­cy Mo­sto­sta­lu, pa­lo­wa­niem Ener­go­pol, do wy­ko­ny­wa­nia ele­mentów po­mni­ka przy­go­to­wy­wa­li się stocz­niowcy. Geo­pro­jekt za­de­kla­ro­wał nadzór geo­de­zyj­ny, Ga­zo­pro­jekt wy­ko­na­nie pal­ni­ka do zni­cza, gdański Po­lam zgłosił chęć oświe­tle­nia całości. Po­li­czo­no też wy­trzy­małość kon­struk­cji, która oka­zała się trwała.

Na ko­niec za­pro­to­kołowa­no: "Należy zwrócić uwagę, że zo­stały już przesądzo­ne poniższe spra­wy: kon­cep­cja i lo­ka­li­za­cja po­mni­ka oraz utwo­rze­nie Społecz­ne­go Ko­mi­te­tu Bu­do­wy". Przy­po­mnia­no przy tym, że dy­rek­cja stocz­ni przy­rzekła ro­bot­ni­kom wy­bu­do­wa­nie po­mni­ka już w 1970 roku, na­to­miast po­tem za­bro­niła na­wet po­wie­sze­nia ta­bli­cy pamiątko­wej. "Uro­czy­stości ob­chodów rocz­ni­cy Grud­nia były tłumio­ne. W cza­sie zgro­ma­dzeń uczest­ni­cy byli za­trzy­my­wa­ni i osa­dza­ni w aresz­tach. Po­mnik ten ma być sym­bo­lem na­sze­go bez­pie­czeństwa".

W od­po­wie­dzi na to spo­tka­nie w Sto­wa­rzy­sze­niu Ar­chi­tektów zgro­ma­dziło nie oso­by przy­pad­ko­we, jak pierw­sze, ale Radę Ar­ty­styczną. Była to Rada Ar­ty­styczna po­mni­ka stocz­niowców, a powołał ją ma­gi­ster Ze­idler, wo­jewódzki kon­ser­wa­tor za­bytków. W za­ga­je­niu po­in­for­mo­wał radę, że zda­niem służb kon­ser­wa­torskich i ar­chi­tek­to­nicz­no-urba­ni­stycz­nych wo­jewództwa po­mnik po­wi­nien być efek­tem kon­kur­su ar­ty­stycz­ne­go.

Rek­tor Państwo­wej Wyższej Szkoły Sztuk Pla­stycz­nych w Gdańsku pro­fe­sor Jac­kie­wicz zgłosił przy­tomną uwagę, że jest za późno, aby powoływać radę. Po­pro­sił jed­no­cześnie, aby zwol­nić go z in­ge­ren­cji w sprawę, która w swej treści nie może ulec zmia­nie. Pro­fe­sor Jac­kie­wicz nie wi­dzi mia­no­wi­cie możliwości tchnięcia ar­ty­stycz­ne­go du­cha w to, co jest. Mimo to ma su­ge­stię, aby sym­bo­li­ka po­mni­ka nawiązywała ra­czej do krzyża żołnie­rskie­go. Dla­cze­go za­strze­lo­nych stocz­niowców upa­miętnić ma krzyż żołnie­rski, tego pro­fe­sor Jac­kie­wicz nie po­wie­dział. W każdym ra­zie po­mysł, aby po­mnik składał się z sym­bo­li mor­skich: wy­so­kich masztów z po­przecz­ny­mi ko­twi­ca­mi, które według au­to­ra B. Pie­trusz­ki "mogą być przez wierzących uzna­wa­ne za krzyże", a także dru­ga in­ter­pre­ta­cja, że są to trzy ko­lej­ne w Pol­sce Lu­do­wej ukrzyżowa­ne na­dzie­je, na­pa­wał mówcę głębo­kim nie­po­ko­jem.

Ar­chi­tekt miej­ski, inżynier Wsze­la­ki, był zda­nia, że de­ba­ta po­win­na się zacząć od usta­le­nia miej­sca. W jego prze­ko­na­niu nie byłoby możliwe usy­tu­owa­nie po­mni­ka w środ­ku pro­jek­to­wa­nej jezd­ni, która prze­cież będzie kil­ku­po­zio­mo­wa. W związku z tym inżynier Wsze­la­ki ma pro­po­zycję: jeśliby po­mnik stanął rok później, wi­działby jego lo­ka­li­zację w narożniku koło sta­cji ben­zy­no­wej.

Do­cent Si­tek ze Związku Pol­skich Ar­tystów Pla­styków miał dokład­nie ta­kie samo zda­nie co do ter­mi­nu odsłonięcia, tyle że opar­te na zupełnie in­nych przesłan­kach myślo­wych. Za­py­tał bo­wiem na wstępie:

- Czy je­steśmy na eta­pie re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej?

Po czym wy­ra­ził prze­ko­na­nie, że po­mni­ki są własnością na­ro­du, a nie ja­kiejś gru­py. U pod­sta­wy tego stwier­dze­nia leżało prze­ko­na­nie, że naród re­pre­zen­tu­je Rada Ar­ty­stycz­na, zaś jakąś grupę - stocz­niow­cy. Na zakończe­nie do­cent Si­tek po­wie­dział, cze­go nie można zro­bić. Nie można mia­no­wi­cie sta­wiać rze­czy bez war­tości ar­ty­stycz­nej dla­te­go, że musi być do­trzy­ma­ny ter­min tego roku.

Ar­chi­tek­ci, pa­no­wie Ja­go­dziński i Szcze­pański, zgłosi­li ostry pro­test wo­bec tej wy­po­wie­dzi.

Ma­gi­stra inżynie­ra To­ma­sza Par­tekę z Biu­ra Pla­no­wa­nia Prze­strzen­ne­go ob­ru­sza naj­bar­dziej czter­dzie­sto­me­tro­wa wy­so­kość po­mni­ka, cze­mu dał wy­raz w sposób do­bit­ny.

- Po­mnik i jego ska­la - po­wie­dział - po­win­ny być ade­kwat­ne do ­ska­li czy­nu: zginęło trzech lu­dzi i od­da­nie ho­no­ru po­win­no być od­po­wied­nie do tego.

Ma­gi­ster inżynier Par­te­ka za­pre­zen­to­wał też pogląd, że plan za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go jest własnością społeczną i nie wol­no go złamać. Przez własność społeczną ma­gi­ster inżynier Par­te­ka ro­zu­mie taki ro­dzaj po­sia­da­nia, że społeczeństwo coś od władzy do­sta­je i nic nie może z tym zro­bić: ani za­mie­nić, ani oddać, ani wy­rzu­cić; trwa to do cza­su, aż społeczeństwu od­bie­rze się po­przed­nią własność i da­ru­je inną, równie nie­odwołalną.

Na ko­niec ma­gi­ster inżynier Par­te­ka oświad­czył, że nie uważa, aby do 16 grud­nia po­mnik mu­siał stanąć.

- Może ka­mień węgiel­ny to za mało, ale jakaś ta­bli­ca na przykład? - roz­ważał so­bie spe­cja­li­sta z Biu­ra Pla­no­wa­nia Prze­strzen­ne­go.

Nie to co pre­zes Sto­wa­rzy­sze­nia Ar­chi­tektów inżynier Hor­dyński, który miał trzy go­to­we kontr­pro­po­zy­cje. Tak więc po ko­lei: można by po­wie­rzyć roz­wiąza­nie po­mni­ka naj­większe­mu rzeźbia­rzo­wi w kra­ju (na­zwi­sko nie padło) albo po­wie­rzyć opra­co­wa­nie kil­ku wa­riantów ja­kie­muś rzeźbia­rzo­wi z Gdańska, wresz­cie zadać taki te­mat rzeźbia­rzom na całym świe­cie. W wy­po­wie­dzi pre­zesa SARP-u1 im­po­no­wał roz­mach.

Ge­ne­ral­ny pro­jek­tant mia­sta Gdańska, inżynier Jabłoński, do­szedł do wnio­sku po dys­ku­sjach, że re­al­ne są dwie lo­ka­li­za­cje. Jed­na na osi uli­cy do­jaz­do­wej z dwor­ca - może w ogro­dze­niu z le­wej stro­ny bra­my, dru­ga - koło ogólnia­ka nu­mer je­den, na pla­cy­ku, wewnątrz ogro­dze­nia szkoły. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że inżynie­ro­wi Jabłońskie­mu zależy na tym, aby po­mnik jak naj­bar­dziej wto­pić w za­bu­dowę, a naj­le­piej go za nią scho­wać.

W tym miej­scu za­brał głos do­cent Pełczyński z To­wa­rzy­stwa Urba­nistów Pol­skich. Po­wie­dział, że nie przy­po­mi­na so­bie, aby wi­dział któregoś z dys­ku­tantów w trak­cie straj­ku w stocz­ni, i tym tłuma­czy, że pro­wa­dzi się tu dzi­siaj ta­kie roz­mo­wy.

Ar­chi­tek­ci Szcze­pański i Ja­go­dziński zdołali wtrącić, że należałoby przyjąć lo­ka­li­zację stocz­niowców, bo oni mają pra­wo nie mieć za­ufa­nia do władzy miej­skiej, oraz że jest możliwość po­sta­wie­nia po­mni­ka przed bramą nu­mer 2, jak tego so­bie życzą, ze względu na dużą prze­strzeń.

Pro­fe­sor Du­szeńko ze związku pla­styków powrócił jed­nak do kon­kur­su, którego roz­pi­sa­nie uznał za wska­za­ne.

- Nie po­win­no się po­wie­rzać jed­ne­mu ta­kie­go za­da­nia. Nie można ulec pre­sji nie­uf­ności i cza­su - po­wie­dział.

W dzie­siątą rocz­nicę Wy­da­rzeń za­pro­po­no­wał usta­wie­nie ak­cen­tu tym­cza­so­we­go.

Pre­zes Hor­dyński z SARP-u zro­zu­miał to w ten sposób, żeby po­sta­wić zastępczy po­mnik w tym roku, a następny w wy­ni­ku kon­kur­su, i po­parł pro­fe­so­ra Du­szeńkę. Przy­po­mniał także pro­po­zycję pro­fe­so­ra Jac­kie­wi­cza, aby za­miast in­nych sym­bo­li wy­ko­rzy­stać sym­bo­likę krzyża woj­sko­we­go, która to za­mia­na wydała mu się przed­nia.

Do­cen­ta Kru­szel­nic­kie­go z In­sty­tu­tu Sztu­ki PAN znie­cier­pli­wiła dys­ku­sja i za­ape­lo­wał o podjęcie de­cy­zji.

- Czy idzie­my na kon­kurs, czy przyj­mu­je­my tę pro­po­zycję oraz czy lo­ka­li­zację de­cy­du­je­my wstępnie, czy też da­je­my pod kon­kurs?

Nie wia­do­mo, dokąd by jesz­cze za­szedł do­cent Kru­szel­nic­ki, gdy­by nie ma­gi­ster Ze­idler, który przy­po­mniał so­bie, że jeśliby na­wet rada podjęła ja­kieś de­cy­zje, nie byłyby one wiążące, nie­ste­ty. Nie prze­szko­dziło mu to za­ko­mu­ni­ko­wać, że odbył już w spra­wie po­mni­ka roz­mo­wy z bi­sku­pem, od którego do­wie­dział się, że sym­bo­li­ka pro­jek­tu nie jest również teo­lo­gicz­nie ja­sna i kla­row­na.

- W pojęciu chrześcijańskim ukrzyżowa­nie na­dziei - re­la­cjo­no­wał ma­gi­ster Ze­idler - jest za­gadką przy ogniu, sym­bo­lu życia.

W Sto­wa­rzy­sze­niu Ar­chi­tektów po­wiało grozą. Zaczęło się wy­da­wać, że ja­kieś fa­tum za­wisło nad stocz­niow­ca­mi: po pro­stu nie ma punk­tu wi­dze­nia, z którego nie można by ich napiętno­wać, a którego ma­gi­ster Ze­idler by nie znał.

Ze zro­zu­mie­niem wysłucha­no więc opi­nii inżynie­ra Wcior­ki ze Sto­wa­rzy­sze­nia Ar­chi­tektów, że przed usta­le­niem in­nej kon­cep­cji spo­tka­nie z ko­mi­te­tem bu­do­wy po­mni­ka nie będzie sen­sow­ne.

Ob­ra­dy Rady Ar­ty­stycz­nej do­bie­gały końca. W pod­su­mo­wa­niu wo­jewódzki kon­ser­wa­tor za­bytków ma­gi­ster Ze­idler za­po­wie­dział ro­zesłanie ode­zwy do ar­chi­tektów i pla­styków w spra­wie wzięcia udziału w kon­kur­sie na założenia urba­ni­stycz­no-pla­stycz­ne po­mni­ka. Wska­za­ne jest, jego zda­niem, aby określić ideę li­te­racką po­mni­ka i tu­taj ma­gi­ster Ze­idler za­pro­po­no­wał ta­kie ujęcie: "Po­mnik czy­nu ro­bot­ni­cze­go".

Tak tedy oka­zało się, że po­mnik, jaki za­mie­rza wy­sta­wić rada, nie tyl­ko in­a­czej ma wyglądać, gdzie in­dziej i kie­dy in­dziej stanąć, ale ma być zupełnie cze­mu in­ne­mu poświęcony - nie­po­strzeżenie z jed­ne­go po­mnika zro­biły się dwa różne.

Następne po­sie­dze­nie Rady Ar­ty­stycz­nej nie odbyło się. Wo­jewódzki kon­ser­wa­tor za­bytków ma­gi­ster Ze­idler zo­stał za­wie­szo­ny w czyn­nościach.

Na ze­bra­niu w dniu 16 września stocz­niow­cy oświad­czy­li, że opie­ka nad po­mni­kiem po­zo­sta­wać będzie w wyłącznej ge­stii pra­cow­ników Stocz­ni Gdańskiej.

17 września ar­chi­tekt miej­ski wydał de­cyzję co do lo­ka­li­za­cji po­mni­ka przed drugą bramą stocz­ni.

10 paździer­ni­ka wi­ce­mi­ni­ster kul­tu­ry i sztu­ki pro­fe­sor Zin za­twier­dził pod względem pla­stycz­nym pro­jekt Po­mni­ka Po­ległych au­tor­stwa B. Pie­trusz­ki, tech­ni­ka bu­do­wy okrętów. Przed za­twier­dze­niem pro­sił, aby przed­sta­wić mu powiększo­ne ry­sun­ki płasko­rzeźb, ob­ra­zujące sce­ny z życia stocz­niowców. Chciał im się przyj­rzeć bliżej.

Mi­chał Ogórek, Wy­do­stać się spod Piły, War­sza­wa: Iskry, 1985, s. 81-89

Umie­ral­nia życia

Posępny sikh bu­dzi mnie głośnym wa­le­niem w drzwi. 4 maja, piąta rano. Ho­tel Asto­ria przy Sud­der Stre­et. Kal­ku­ta.

Sud­der Stre­et, ran­kiem

Ulicz­ka ma sto metrów długości, nie więcej. Rząd sklepów, kra­my, her­ba­ciar­nie ulicz­ne. Pod ścia­na­mi gnijące od­pad­ki. Ba­nal­na kal­kuc­ka uli­ca, którą znają wszy­scy ryk­sza­rze w mieście.

Tu­taj za do­la­ra można się prze­spać w którymś z kil­ku małych ho­te­li: wie­lo­oso­bo­wy pokój, zim­ny prysz­nic na ko­ry­ta­rzu, ścia­ny zżarte wil­go­cią, w ma­te­ra­cach - plu­skwy. Za do­la­ra można zjeść obiad i wypić ba­na­no­we las­si (jo­gurt) w dziu­rze o na­zwie Błękit­ne Nie­bo.

W ho­te­lach przy Sud­der Stre­et za­trzy­mują się wo­lon­ta­riu­sze Mat­ki Te­re­sy. Przy­je­cha­li tu na mie­siąc, na pół roku, cza­sem na je­den dzień. Sami płacą za ho­tel i utrzy­ma­nie. Pra­cują w którymś z dzie­sięciu domów Mat­ki Te­re­sy roz­rzu­co­nych po całej Kal­ku­cie.

Mo­ni­ka, dwu­dzie­sto­pięcio­let­nia Niem­ka, opie­ko­wała się star­ca­mi w Pocz­da­mie.

Potężny Szwed, in­for­ma­tyk, spędzał wa­ka­cje w In­diach, gdy ktoś po­wie­dział mu o umie­ral­ni Mat­ki Te­re­sy.

Z Fran­cji przy­je­chała gru­pa pielęgnia­rek.

Z Izra­ela - sześćdzie­sięcio­let­nia Włoszka, sce­no­graf te­atral­ny.

- Chciałam pra­co­wać z ludźmi, nie z de­ko­ra­cja­mi.

Z Pol­ski w maju byłam tyl­ko ja.

W dro­dze do Domu-Mat­ki

Idę ulicą prze­ci­nającą dziel­nicę muzułmańską. Wpół do szóstej. O tej po­rze lu­dzie wstają ze swo­ich prycz ułożonych na chod­ni­kach, z me­ta­lo­wych łóżek, z worków roz­ciągniętych pod ścia­na­mi.

Przy pom­pie po­le­wają się wodą śnia­dzi mężczyźni. Je­den z nich szo­ru­je pal­cem zęby. Inny, siedząc w kuc­ki, siu­sia do rynsz­to­ka.

(Po­ran­ne dźwięki Kal­ku­ty: par­ska­nie, chrząka­nie, plu­cie, char­cze­nie, głośne smarka­nie).

Dom-Mat­ka

Dom przy Bose Road zwa­ny Do­mem-Matką (Mo­ther Ho­use), główne kal­kuc­kie cen­trum mi­sjo­na­rek miłości. Ob­szer­ny dzie­dzi­niec. Na par­te­rze przy drzwiach zo­sta­wia­my buty, boso idzie­my do kościoła. Na półpiętrze na­pis kredą na ta­bli­cy:

Głodny miłościPa­trzy na cie­bieSpra­gnio­ny do­bro­ciŻebrze u cie­bieOdar­ty ze wspar­ciaW to­bie ma na­dziejęDa­waj,Aż do bólu

Pod­pi­sa­ne: Mat­ka

Mat­ka Te­re­sa wy­je­chała właśnie do Rzy­mu, ale jej obec­ność od­czu­wa się na każdym kro­ku.

Kościół - duża pu­sta sala. Tu sia­da się wprost na podłodze: z le­wej - sio­stry w białych sari z nie­bieską obwódką i no­wi­cjusz­ki (w sari bez obwódki), z pra­wej wo­lon­ta­riu­sze. Tu od­da­je się Bogu cześć, składając ręce na wy­so­kości czoła w hin­du­skim po­zdro­wie­niu. Słowa mówio­ne­go po an­giel­sku ka­za­nia (an­giel­ski jest wspólnym języ­kiem wszyst­kich mi­sjo­na­rek) mie­szają się z ja­zgo­tem uli­cy.

Mat­ka Te­re­sa na­ka­zała, żeby w cza­sie nabożeństwa okna kościoła były za­wsze otwar­te: mi­sjo­nar­ki miłości nie po­win­ny kryć się ze swoją mo­dlitwą w ci­szy.

Po mszy śnia­da­nie w nie­wiel­kiej sali na par­te­rze. Her­ba­ta z mle­kiem i ba­na­ny. Na podwórzu, w ostrych pro­mie­niach słońca no­wi­cjusz­ki piorą w wia­drach białe sari.

- Wsta­je­my za dwa­dzieścia piąta. Od piątej do siódmej jest mo­dli­twa. Po­tem śnia­da­nie. Po ósmej każda z nas idzie do swo­je­go ośrod­ka - opo­wia­da sio­stra Fry­de­ry­ka z Mal­ty, pra­wa ręka Mat­ki Te­re­sy.

Żyją jak ubo­dzy. Mają po dwa sari, trze­cie na szczególną oko­licz­ność, śpią w wie­lo­oso­bo­wych sa­lach, na podłodze. Za­nim złożą śluby wie­czy­ste, w zgro­ma­dze­niu muszą spędzić dzie­sięć lat.

Większość sióstr to In­du­ski. Kil­ka przy­je­chało z za­gra­ni­cy. Jak Ca­the­ri­ne z wy­spy Mau­ri­tius.

- Za­wsze lubiłam po­ma­gać ubo­gim. Ale nig­dy nie myślałam, że wstąpię do za­ko­nu. Pra­co­wałam w biu­rze, trochę w mar­ke­tin­gu. Po­tem przy­je­chałam do Kal­ku­ty i zo­stałam wo­lon­ta­riuszką. Po­sta­no­wiłam zro­bić coś więcej.

Au­to­bu­sem do Nir­mal Hri­day

Po­kracz­nym, odra­pa­nym au­to­bu­sem jadę z in­ny­mi wo­lon­ta­riu­sza­mi do Ka­li­ghat - dziel­ni­cy, w której leży Nir­mal Hri­day - przy­tułek dla umie­rających. Mia­sto żyje już dniem co­dzien­nym.

Kal­ku­ta. Mo­loch. Na­zy­wa­na mia­stem sza­lo­nym, przeklętym. Tłum cię pcha, potrąca, za­cze­pia, ście­li się pod no­ga­mi. Sa­mo­cho­dy pędzą wprost na prze­chod­nia. Od­cho­dy w rynsz­to­kach. Smród od­padków. Gorąca wil­goć ob­le­pia ciało.

Ka­lec­two na sprze­daż. Na nie­bie­skiej ce­ra­cie leży człowiek bez rąk i bębni me­ta­lo­wy­mi ta­le­rza­mi, które zręcznie uchwy­cił pal­ca­mi stóp. Py­za­ty mężczy­zna bez nóg szyb­ko prze­su­wa kadłub ciała na de­sce z kółkami. Na skra­ju chod­ni­ka sie­dzi na piętach naga, może dwu­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka z wy­so­ko wznie­sio­ny­mi ko­la­na­mi, obojętna na wszyst­ko, nie­ru­cho­ma jak ptak.

Kal­ku­ta. Mówią, że miesz­ka tu trzy­naście, a może piętnaście mi­lionów lu­dzi.

Dwa mi­lio­ny osób wy­plu­wają co­dzien­nie dwa ko­le­jo­we dwor­ce kal­kuc­kie. Każdego dnia dwa tysiące lu­dzi przy­by­wa tu na stałe. Z po­bli­skie­go Ban­gla­de­szu ucie­kają do Kal­ku­ty przed muzułma­na­mi hin­du­si, ale również, przed nędzą, muzułma­nie. Ciągną tu wieśnia­cy, gdy słońce spa­li plo­ny i opóźni się mon­sun.

Ob­li­cza się, że na uli­cach Kal­ku­ty ko­czu­je mi­lion lu­dzi, pięć mi­lionów żyje w slum­sach.

- Pod moim do­mem miesz­ka ro­dzi­na - opo­wia­da wo­lon­ta­riusz z Fran­cji. - Dzie­ci co­dzien­nie idą do szkoły. Po szko­le mówią: "Idzie­my do domu". A ich dom to skra­wek chod­ni­ka.

- Na dwor­cu w How­rah lu­dzie miesz­kają kil­ka, na­wet kil­kanaście lat. Niektórzy na­wet tu się żenią - mówi Mi­cha­el, In­dus pra­cujący cha­ry­ta­tyw­nie na sta­cji.

Kal­ku­ta. Ostat­nie mia­sto na świe­cie, w którym lu­dzie zaprzęgają się jak zwierzęta między dy­sz­le ryk­szy. Wszy­scy ryk­sza­rze wyglądają po­dob­nie. Są żylaści, bo­so­no­dzy. Niektórzy plują krwią. Zwy­kle nie przeżywają czter­dzie­ste­go roku życia. Biegną truch­tem, wioząc ja­kie­goś tłuste­go urzędni­ka czy uczniów w gra­na­to­wych spoden­kach - zwy­kle ciągną po­nad dwieście ki­lo­gramów. Być ryk­sza­rzem w Kal­ku­cie - ma­rze­nie in­dyj­skich chłopów.

Bez­dom­ni han­dlują na uli­cy her­batą i ga­ze­ta­mi albo sprze­dają gir­lan­dy z jaśminu, którymi upiększa się posągi hin­du­skich bogów. Ko­bie­ty z nie­mowlętami w ra­mio­nach żebrzą. Dzie­ci wy­grze­bują ze śmie­ci zbu­twiałe wa­rzy­wa.

Ci, którzy le­piej się urządzi­li, śpią w przy­le­pio­nych do ścian bud­kach z tek­tu­ry. Jak ta ro­dzi­na - on ma sto dwa lata, ona osiem­dzie­siąt. W swo­jej bu­dzie miesz­kają od trzy­dzie­stu lat, od kie­dy on stra­cił pracę w ho­te­lu. Za­ra­biają, sprze­dając na wpół spa­lo­ne bryłki węgla, które wy­grze­bują ze śmiet­nisk.

Kal­ku­ta. Gdy pada deszcz, uli­ce prze­mie­niają się w po­to­ki.

Świąty­nia Kali

Świąty­nia bo­gi­ni Kali nie­opo­dal Nir­mal Hri­day. Na nie­wiel­kim dzie­dzińcu stoi wy­chu­dzo­ny ko­zioł przy­wiązany po­stron­kiem do kra­ty. Drżą mu nogi, be­czy, pew­nie ze stra­chu. Wokół pla­cu tłum gapiów. Bije bęben.

Nad­cho­dzi pora ofia­ry. Mężczy­zna bie­rze kozła w ra­mio­na, mo­dli się do wi­ze­run­ku bo­gi­ni. Po­tem chwy­ta zwierzę, spraw­nie wykręca przed­nie nogi na grzbiet, fa­cho­wym ge­stem napręża tyl­ne nogi, układa głowę kozła na podpórce, uno­si nóż o półme­tro­wym ostrzu, tnie. Odcięta głowa jesz­cze be­czy, tur­lając się po zie­mi.

To w pew­nej mie­rze dzięki kapłano­wi ze świątyni Kali umie­ral­nia Nir­mal Hri­day Mat­ki Te­re­sy ist­nie­je.

Zaczęło się pew­ne­go dnia w 1952 roku. Mat­ka Te­re­sa, która właśnie założyła własne zgro­ma­dze­nie, na­tknęła się na uli­cy na umie­rającą ko­bietę. Za­niosła ją do naj­bliższe­go szpi­ta­la. Ko­bie­ta była w tak złym sta­nie, że nie chcie­li jej przyjąć. Za­nim Mat­ka Te­re­sa do­tarła do następne­go szpi­ta­la, ko­bieta umarła jej na rękach. W tam­tej chwi­li Mat­ka Te­re­sa po­sta­no­wiła założyć dom dla naj­uboższych umie­rających na uli­cach Kal­ku­ty.

Władze mia­sta oddały jej daw­ne schro­ni­sko piel­grzymów przy świątyni Kali. Hin­du­si jed­nak pro­te­sto­wa­li prze­ciw­ko obec­ności ka­to­lic­kich za­kon­nic w dziel­ni­cy. Aż do dnia, gdy za­cho­ro­wał sam kapłan świątyn­ny i żaden szpi­tal nie chciał go przyjąć. Zajęła się nim Mat­ka Te­re­sa. Kapłan wy­zdro­wiał i od tej pory Hin­du­si po­go­dzi­li się z obec­nością sióstr i umie­ral­ni.

Nir­mal Hri­day, umie­ral­nia

W środ­ku wiel­kie­go ba­za­ru żółtawy bu­dy­nek z dwie­ma kopułami - Nir­mal Hri­day (co zna­czy: "czy­ste ser­ce"). Mat­ka Bo­ska za szkłem. Przy wejściu ta­bli­ca. Dziś leży tu czter­dzie­stu czte­rech mężczyzn i trzy­dzieści sie­dem ko­biet. Dwie oso­by zmarły w nocy. Ni­ko­go no­we­go nie przyjęto. W ciągu czter­dzie­stu lat było tu czter­dzieści pięć tysięcy osób, połowa umarła, połowa wróciła do zdro­wia.

- Sio­stro, chcę tu pra­co­wać - za­cze­piam po­stawną ko­bietę w sari.

Nie za­da­je mi żad­nych pytań. Woła wo­lon­ta­riuszkę, która pra­cu­je w ­Nir­mal Hri­day od sześciu mie­sięcy.

- Ona ci wszyst­ko pokaże.

Są dwie sale - dla mężczyzn i dla ko­biet. Łóżka usta­wio­ne w trzech rzędach. W akwa­rium ryb­ki. Pa­pu­gi w klat­ce.

Po gwa­rze uli­cy - spokój. Tyl­ko wen­ty­la­to­ry szu­mią w górze.

Ko­bie­ty w biało-zie­lo­nych ko­szu­lach noc­nych leżą sku­lo­ne na łóżkach albo przy­siadły na podłodze z wy­so­ko unie­sio­ny­mi ko­la­na­mi. Tyl­ko trzy czy czte­ry są młode. Wszyst­kie są nie­miłosier­nie wy­chu­dzo­ne.

- Przy­wożą je do nas nie­zna­jo­mi, wo­lon­ta­riu­sze albo same znaj­du­je­my je na uli­cy. Przy­wożą je też miej­skie ka­ret­ki po­go­to­wia, szpi­ta­le często od­ma­wiają przyjęcia umie­rających - opo­wia­da sio­stra Lud­mil­la, Włoszka. - Są za­wsze brud­ne, w po­dar­tych ubra­niach, często za­wszo­ne. My­je­my je, prze­bie­ra­my, po­tem ba­da­my. Jeśli po­trzeb­na jest po­moc le­kar­ska, wzy­wa­my dok­to­ra.

Pierw­sze za­da­nie: mam podać le­kar­stwa ko­bie­cie, która leży na łóżku nu­mer czter­dzieści dwa. Ogo­lo­na głowa. Wiel­kie, czar­ne, cier­piące oczy w czasz­ce. Cien­kie kości obciągnięte skórą z ciem­ny­mi pla­ma­mi leżą nie­ru­cho­mo wzdłuż ciała. Długie pal­ce ze­sztyw­niały w ja­kimś geście. Skra­wek ma­te­riału na­rzu­co­ny na pier­si pra­wie się nie uno­si.

Na wi­dok le­karstw ko­bie­ta krzy­wi się. Gładzę ją po ra­mie­niu, mówię: Acza, acza, "Do­brze, do­brze", aż wresz­cie roz­chy­la war­gi, wsu­wam ta­bletkę między wy­sa­dzo­ne zęby. Połknęła.

Zmie­niam pościel. Z Mo­niką, sąsiadką z Sud­der Stre­et, pro­wa­dzi­my ko­bie­ty do łazien­ki. Po­daję ba­se­ny. Za­trzy­muję się chwilę przy Sy­lvie, pielęgniar­ce z Fran­cji. Po­chy­la się nad nogą młodej dziew­czy­ny. Dziew­czy­na miała wy­pa­dek, w szpi­ta­lu za­nie­dba­li ranę. Te­raz jej sto­pa to krwa­we mięso, jak­by ktoś odciął po­de­szwę nożem. Sy­lvie ostrożnie ob­ci­na nożycz­ka­mi martwą skórę na obrzeżach.

Nir­mal Hri­day, obiad

Wszyst­kie ko­bie­ty są nie­dożywio­ne. Większość cho­ru­je na gruźlicę. Niektóre przy­wie­zio­no po wy­pad­kach. Jed­na z nich nie ma nogi, ale spraw­nie po­ru­sza się przy po­mo­cy rąk. Spo­ro jest wpół spa­ra­liżowa­nych. Jak ta ko­bie­ta o wy­go­lo­nej głowie, po He­ine­go-Me­di­na, którą z łatwością mogę wziąć na ręce - ma trzy­dzieści osiem lat, w ośrod­kach Mat­ki Te­re­sy prze­by­wa od je­de­na­ste­go roku życia.

Po­da­je­my wcze­sny obiad. Kar­mię ko­bietę z łóżka nu­mer czter­dzieści dwa. Wy­mio­tu­je ryżem. Pro­po­nuję jej słodki de­ser. Kręci głową. Po­ka­zuję jej li­czi, śliwkę chińską. Uśmie­cha się. Obie­ram owoc, dzielę na kawałki, wsu­wam do ust.

Ko­bie­ta z końca sali przy­wołuje mnie ręką. Sia­dam obok. Opo­wia­da mi o czymś. Nie­ważne, że nie ro­zu­miem słów. Głaszczę jej po­marsz­czoną skórę na rękach, pod którą nie wy­czu­wam mięśni. Do­ty­ka mnie czołem, śmie­je się. Tyle szczęścia w tym uśmie­chu. Wczo­raj pew­na żebracz­ka z Sud­der Stre­et za­py­tała mnie: "Czy je­steś szczęśliwa?". Dziś myślę, że ta sta­ra ko­bie­ta umie­rająca w ho­spi­cjum Mat­ki Te­re­sy jesz­cze może mnie uczyć radości życia.

- Początko­wo nie po­do­bało mi się tu­taj - zwie­rzy mi się później Mo­ni­ka. - Wi­działam lu­dzi na wpół spa­ra­liżowa­nych, którzy w Niem­czech mie­li­by lepszą opiekę le­karską. A później zro­zu­miałam, że to Mat­ka Te­re­sa ma rację. Tu two­ja obec­ność li­czy się bar­dziej niż le­kar­stwa. W Niem­czech w do­mach spo­koj­nej sta­rości pa­cjen­ci są ciągle nie­za­do­wo­le­ni. Tu­taj je­den twój uśmiech spra­wia, że ci lu­dzie czują się szczęśliwi. Im przede wszyst­kim po­trzeb­na jest miłość.

Nir­mal Hri­day, kon­cert

Przed południem na salę wchodzą dziew­czy­ny w gra­na­to­wych spódnicz­kach i chłopcy w białych ko­szu­lach. To stu­den­ci przy­szli śpie­wać pa­cjen­tom Mat­ki Te­re­sy. Cóż za dzi­wacz­ny po­mysł - myślę, gdy w ko­ry­ta­rzu rozkładają in­stru­men­ty.

Pod­cho­dzi stu­dent­ka.

- Ta lady - wska­zu­je na sta­ruszkę o si­wych włosach - pyta, czy może iść posłuchać mu­zy­ki.

Przy­wołuje mnie ko­bie­ta bez nogi. Przygładza swoją ko­szulkę, o coś pyta, chy­ba o to, czy ład­nie wygląda. Po­pra­wiam jej rękaw.

- W porządku. Możesz iść.

Dziew­czy­na z krwawą miazgą za­miast sto­py też chce słuchać mu­zy­ki.

Na ko­ry­tarz idzie żona trędo­wa­te­go, wesoła dziew­czy­na - jesz­cze mie­siąc temu umie­rała na uli­cy.

Mo­ni­ka za­no­si na rękach wpół spa­ra­liżowaną ko­bietę po He­ine­go-Me­di­na. Na środ­ku ko­ry­ta­rza przy dźwiękach głośnej mu­zy­ki sa­mot­nie tańczy drob­ny mężczy­zna w piżamie.

- Myślę, że my, Eu­ro­pej­czy­cy, wciąż żyje­my albo przeszłością, albo ma­rze­nia­mi - mówi Ka­ri­ne, dwu­dzie­sto­sied­mio­let­nia wy­smukła Szwaj­car­ka, wo­lon­ta­riusz­ka, która przed przy­jaz­dem do In­dii prze­czy­tała wszyst­kie książki o Mat­ce Te­re­sie. - Robię tu bar­dzo pro­ste rze­czy. Po­daję je­dze­nie, myję ko­bie­ty, kar­mię. I w tych pro­stych rze­czach jest szczęście. Oni nas tu­taj uczą żyć.

Ka­ri­ne mówi, że Mat­ka Te­re­sa na­uczyła ją dwóch rze­czy.

- Przede wszyst­kim, by w każdy gest wkładać miłość.

I jesz­cze - że Kal­ku­ta za­czy­na się na pro­gu two­je­go domu.

Bo źle jest, jeśli po­tra­fisz oka­zać uczu­cie sta­rej, brzyd­kiej In­du­sce, a nie po­tra­fisz tego zro­bić we własnej ro­dzi­nie.

Błękit­ne Nie­bo, roz­mo­wa z Phi­lip­pe'em

Po południu idzie­my z Phi­lip­pe'em na obiad do Błękit­ne­go Nie­ba. Phi­lip­pe jest in­for­ma­ty­kiem. Ma trzy­dzieści lat. Pra­cu­je w wiel­kiej fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej w La Défen­se pod Paryżem. Od trzech lat spędza każde wa­ka­cje, pra­cując w umie­ral­ni Mat­ki Te­re­sy.

- Tak na­prawdę my, wo­lon­ta­riu­sze, nie przy­jeżdżamy tu dla nich. Przy­jeżdżamy dla sie­bie sa­mych. Żeby wy­le­czyć się z własne­go cier­pie­nia.

My mówimy, że lu­dzie w Kal­ku­cie są nieszczęśliwi. Przykłada­my własne war­tości do nie na­sze­go świa­ta. Znam tu ro­dzinę uchodźców z Ban­gla­de­szu, bez pra­cy, bez domu, która wzięła na wy­cho­wa­nie po­rzu­co­ne nie­mowlę. Czy myślisz, że oni są bar­dziej nieszczęśliwi niż mężczy­zna, który ma miesz­ka­nie, dwa sa­mo­cho­dy, żonę, kon­ku­binę i wciąż cze­goś szu­ka? Tak na­prawdę wszy­scy cier­pi­my, bo nie je­steśmy ko­cha­ni. Przy­jeżdżamy tu­taj, żeby się wy­ci­szyć. To schro­ni­sko to szkoła ak­cep­to­wa­nia życia, ja­kim jest. Również śmier­ci. W Eu­ro­pie śmierć jest za­wsze porażką. Tu­taj jest częścią życia.

Jest u nas na sali mężczy­zna cho­ry na raka. Ma zupełnie znie­kształconą twarz. Ja się go brzydzę. Ale za­daję so­bie py­ta­nie: cze­go tak na­prawdę się boję? Jego znie­kształco­nej twa­rzy czy własnej sta­rości? Śmier­ci?

Trzy lata temu myślałem: co ja robię w tym obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym! Dla białego ko­le­sia, który przy­jeżdża z Paryża, umie­ral­nia to wstrząs. Wca­le nie miałem ocho­ty tam cho­dzić. Swoją pracę trak­to­wałem trochę jak posłanie. Te­raz wstaję o siódmej rano i cieszę się, że tam idę. Daję in­nym coś z sie­bie, ale w za­mian do­staję o wie­le więcej. Sio­stry od Mat­ki Te­re­sy świet­nie po­ra­dziłyby so­bie bez nas. To nie my po­ma­ga­my Mat­ce Te­re­sie. To ona robi nam wiel­ki pre­zent, że po­zwa­la nam być tu­taj.

Ośro­dek za rzeką Hu­gli

9 maja. Nie­dzie­la. Dzień, w którym wo­lon­ta­riu­sze jadą za rzekę Hu­gli (od­no­ga Gan­ge­su) do jed­ne­go z ośrodków Mat­ki Te­re­sy, gdzie raz w ty­go­dniu za­pra­sza się bez­dom­ne dzie­ci.

Sia­dam w cie­niu z igłą w ręce. Przy pom­pie wo­lon­ta­riu­sze szo­rują dzie­ci. Pielęgniar­ki opa­trują ska­le­cze­nia.

Co chwi­la pod­bie­gają do mnie mal­cy z roz­dar­ty­mi ubran­ka­mi - spra­ne do ostat­niej nit­ki, po­zszy­wa­ne wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi, dziu­ry jak pięści, ma­te­riał pęka w pal­cach.

- Anti, tu­taj - roz­czo­chra­ny ma­lec od­wra­ca się, wy­pi­na pupę, żebym le­piej zo­ba­czyła roz­dar­cie na spoden­kach.

Kal­kuc­kie bez­dom­ne dzie­ci mają jedną parę spode­nek, cza­sem ko­szulkę, prze­ważnie nie mają butów. Ko­czują na uli­cach, pod mo­stem. Tyl­ko na pe­ro­nach dwor­ca How­rah żyje tysiąc dzie­ci, trzy tysiące in­nych przy­cho­dzi tu co rano za­ro­bić - sprzątają, żebrzą. Są śmiałe, bez kom­pleksów. Nie umieją czy­tać, ale umieją li­czyć.

W in­nej dziel­ni­cy mi­sjo­nar­ki miłości otwo­rzyły szkołę. Rano dzie­ci uli­cy uczą się w niej hin­di i ben­gal­skie­go, po południu an­giel­skie­go. Nie­kie­dy przy­chodzą tu dzie­ci daw­nych uczniów szkoły.

- Chce­my im dać miłość po­przez działanie, po­przez to, że je umy­je­my, na­kar­mi­my, na­uczy­my. Na­sza miłość to po­da­ru­nek dla naj­bied­niej­szych z bied­nych - mówi sio­stra Fran­ce­sca, In­du­ska. Jak wszyst­kie sio­stry od Mat­ki Te­re­sy - wesoło uśmiech­nięta.

Ti­ta­garth, dom dla trędo­wa­tych

Mat­ka Te­re­sa pro­wa­dzi w Kal­ku­cie kil­ka in­nych domów: sie­ro­ci­niec, dom dla osób opóźnio­nych umysłowo, dla spa­ra­liżowa­nych. W Ti­ta­garth pod Kal­kutą - dom dla trędo­wa­tych.

Jadę tam któregoś dnia pociągiem. Cho­rzy leżą w ba­ra­ku. Wy­le­cze­ni miesz­kają w le­pian­kach, pra­cują w warsz­ta­tach, gdzie tkają sari i ban­daże. Sami robią so­bie pro­te­zy.

- Chce­my ich ad­ap­to­wać do nor­mal­ne­go życia - mówi je­den z bra­ci mi­sjo­na­rzy miłości zaj­mujących się trędo­wa­ty­mi.

W le­pro­zo­rium miesz­kają całe ro­dzi­ny. Dzie­ci chodzą do szkoły do mia­stecz­ka. Córki wy­da­je się za sąsia­da.

Sześćdzie­sięcio­pięcio­let­ni człowiek bez palców u rąk i nóg miesz­ka w ośrod­ku od szes­na­stu lat. Na wsi zo­sta­wił syna, czte­ry córki i żonę. Gdy za­padł na trąd, wy­rzu­co­no go z domu. Od szes­na­stu lat nie wi­dział ni­ko­go ze swo­ich bli­skich.

Za­cze­pia mnie inny trędo­wa­ty. Chce, żebym mu zro­biła zdjęcie. Wyj­muję apa­rat. Mężczy­zna po­zu­je. Po­pra­wia włosy. Kie­ru­je wprost w obiek­tyw twarz ze znie­kształco­nym no­sem i ocza­mi na wpół po­kry­ty­mi biel­mem i mówi:

- Nie za­po­mnij przysłać zdjęcia!

Nie tyl­ko Mat­ka Te­re­sa

Gdy po­nad czter­dzieści lat temu Mat­ka Te­re­sa za­czy­nała swoją misję w Kal­ku­cie, pra­co­wała w pu­st­ce. Dziś spo­ro in­nych osób zaj­mu­je się pracą cha­ry­ta­tywną. Jest dok­tor Jack, An­glik, i jego ulicz­ne kli­ni­ki: da­szek z zie­lo­ne­go płótna na pa­lach mon­to­wa­ny co rano, składa­ny co wieczór, na chod­ni­ku pod dasz­kiem le­ka­rze i pielęgniar­ki. I ko­lej­ka pa­cjentów, którzy często przy­jeżdżają tu z od­ległych wsi.

Jest Mi­cha­el, trzy­dzie­sto­let­ni An­glo-In­dus, który rzu­cił pracę w ban­ku i na dwor­cu w How­rah założył punkt po­mo­cy me­dycz­nej dla bez­dom­nych dzie­ci. Jego po­go­to­wie me­dycz­ne to rozłożony na pe­ro­nie kawałek pla­sti­ku i kil­ka ka­ra­fek z le­kar­stwa­mi.

Sio­stra Fry­de­ry­ka, główna asy­stent­ka Mat­ki Te­re­sy, pod­kreśla jed­nak, że pra­ca mi­sjo­na­rek miłości jest nie tyl­ko pracą cha­ry­ta­tywną.

- Ja nie myślę: "Chcę pra­co­wać dla lu­dzi". Ko­cham Boga, dla­te­go to robię. Na­sza pra­ca to dzieło wia­ry i miłości.

Sud­der Stre­et, nocą

Ulicę prze­mie­rza kudłaty masażysta z ta­bo­re­tem pod pachą. Za trzy­dzieści centów ku­puję dzie­sięcio­mi­nu­to­wy masaż: na środ­ku uli­cy pałecz­ka­mi z dzwon­ka­mi bije mnie po głowie, wcie­ra w skórę ole­jek ko­ko­so­wy, wresz­cie wyciąga pal­ce ze stawów. Swo­je usługi pro­po­nu­je prze­my­wacz oczu.

Młody In­dus po­da­je ha­szysz.

- Nie? To może he­ro­inę?

Na ławkę z pro­stej de­ski wdra­pu­je się mężczy­zna bez nóg.

- Szu­kał cię wczo­raj twój friend, ten ku­la­wy - mówi.

Na Sud­der Stre­et szyb­ko sta­jesz się tu­tej­szym.

Noc. W ho­spi­cjum Mat­ki Te­re­sy pew­nie znów ktoś umrze. Jeśli chrześci­ja­nin albo muzułma­nin, umyją go i za­ko­pią w zie­mi. Jeśli hin­dus, za­winą go w białe płótno i am­bu­lans sióstr po­wie­zie go do kre­ma­to­rium nad kanałem, gdzie pali się ubo­gich.

Wra­cam do ho­te­lu. Na pa­ra­pe­tach, chod­ni­ku, skrzy­niach, opo­nach, na wor­kach, na drew­nia­nych łóżkach, pod ciężarówką śpią lu­dzie. Trze­ba uważać, żeby nie nastąpić na zdechłego szczu­ra, nie prze­ciąć dro­gi ka­ra­lu­cha wiel­kie­go jak pięść, nie na­depnąć na psa śpiącego na środ­ku chod­ni­ka, nie po­my­lić człowie­ka z kupą od­padków.

"Ga­ze­ta Wy­bor­cza", 29.05.1993

Kpić z faktów

Czy­tel­ni­cy długo nie da­wa­li wia­ry, że na­zy­wa się Ogórek. Do re­dak­cji przy­cho­dziły li­sty za­czy­nające się od słów: "Ten fa­cet, co się pod­pi­su­je Ogórek...". Ma po­czu­cie, że na­zwi­sko przesądziło o tym, czym się zaj­mu­je: prze­cież pod poważną ana­lizą po­li­tyczną nie może się pod­pi­sać "jakiś Ogórek".

Dziś zna­my do­brze styl jego fe­lie­tonów. Już na początku lat osiem­dzie­siątych re­por­taże Mi­chała Ogórka (wyszły w książce Wy­do­stać się spod Piły, 1985) prze­sy­co­ne były prze­wrot­nym, kpiar­skim i szy­der­czym to­nem. Tytułowy tekst opo­wia­da o pra­gnie­niu miesz­kańców Wro­nek, by się wy­do­stać z wo­jewództwa pil­skie­go, w którym Wron­ki zna­lazły się wsku­tek no­we­go po­działu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go kra­ju w 1975 roku. Wron­cza­nie chcie­li­by wrócić do Po­znańskie­go. Piła jest poniżej god­ności Wro­nek, okra­da Wron­ki, w do­dat­ku ma bar­dzo nie­wy­god­ne położenie. Re­por­taż za­czy­na się tak:

Se­kre­tarz Wełniak po­twier­dza, że nikt nig­dy nie pytał miesz­kańców Wro­nek, w ja­kim wo­jewództwie chcie­li­by się zna­leźć w wy­ni­ku re­for­my, i uważa ten po­mysł za ab­sur­dal­ny. "Kon­sul­ta­cja wpro­wa­dziłaby taki cha­os, że do tej pory byśmy z tego nie wy­szli" - mówi i jest w tym dużo ra­cji. Gdy­by bo­wiem po­sta­wić na pełną anar­chię i prze­py­tać lu­dzi we Wron­kach, to nig­dy nie udałoby się ich włączyć do wo­jewództwa pil­skie­go - a tak już pięć lat temu tego do­ko­na­no.

Gdy­by spoj­rzeć na mapę, Wron­ki nie są wca­le od Piły tak da­le­ko i w tym stresz­cza się ich nieszczęście: ci, co je tu przy­dzie­li­li, też za­pew­ne spoj­rzeli na mapę. Na ma­pie naj­le­piej widać Po­znań i Piłę, pomiędzy nimi Puszczę Nad­no­tecką znacz­nie go­rzej, a już tego, że przez nią pro­wa­dzi tyl­ko jed­na dro­ga, nie można do­strzec, bo dro­ga jest dru­gorzędna. Wron­ki ide­al­nie nada­wałby się do wo­jewództwa pil­skie­go, gdy­by nie to, że od­dzie­lo­ne są od nie­go puszczą.

Re­por­taż o błędzie ad­mi­ni­stra­cyj­nym wciągał jak po­wieść iro­ni­sty Von­ne­gu­ta. Nar­ra­cja Ogórka była li­te­ra­turą in­spi­ro­waną przaśnymi fak­ta­mi z życia PRL-u. Ważniej­sze od cy­to­wa­nia słów spo­ty­ka­nych lu­dzi było to, jak re­por­ter łączył fak­ty i ko­ja­rzył rze­czy cza­sem bar­dzo od sie­bie od­ległe.

Uro­dził się - jak sam po­da­je - w Sta­li­no­gro­dzie. Tak na­zy­wały się wte­dy Ka­to­wi­ce. Wy­cho­wy­wał się w War­sza­wie - jego oj­ciec zo­stał tu prze­nie­sio­ny na sta­no­wi­sko dy­rek­to­ra tech­nicz­ne­go Huty War­sza­wa pod­czas jej bu­do­wy. Po­tem wrócili na Śląsk, Ogórek tam zaczął stu­dia, jest ab­sol­wen­tem Wy­działu Nauk Po­li­tycz­nych Uni­wer­sy­te­tu Śląskie­go. Po­wta­rza, że skończył ten wy­dział z głupo­ty. ("Bo nie wie­działem, że to naj­bar­dziej upo­li­tycz­nio­ny wy­dział w kra­ju, ale nie mogłem wie­dzieć, bo to był nowy kie­ru­nek, a ja byłem pierw­szym ro­kiem"). Uważa, że tam na­ro­dził się jako fe­lie­to­ni­sta. ("Bo ukończe­nie tego kie­run­ku miało dobrą stronę: już nig­dy nie trak­to­wałem ni­cze­go, co do mnie mówio­no, poważnie. Tam kształcono sa­mych fe­lie­to­nistów").

Po stu­diach w 1979 roku związał się z "Kul­turą", w okre­sie kie­dy pra­co­wa­li tam Kapuściński, Torańska, Głowac­ki, Snop­kie­wicz, Wie­rzyński. Większość jego kpiar­skich re­por­taży z książki Wy­do­stać się spod Piły uka­zała się pier­wot­nie w "Kul­tu­rze". Ty­go­dnik za­mknięto na za­wsze po 13 grud­nia 1981 roku. Ogórek zna­lazł się wte­dy w "Przeglądzie Tech­nicz­nym", a po­tem w mie­sięczni­ku "Zda­nie". W 1989 roku związał się z "Ga­zetą Wy­borczą", gdzie pu­bli­ku­je do dziś.

Spy­tałem go, czy re­por­taż był jego ce­lem, czy zna­lazł się w tym fa­chu przy­pad­kiem.

Wte­dy wszy­scy pi­sa­li re­por­taże, głównie ze względów cen­zu­ral­nych - od­po­wie­dział. - Można było na­pi­sać, że w miej­sco­wości N. coś się działo, a wszy­scy wie­dzie­li, że to tyl­ko taka ale­go­ria. Rzecz ja­sna nie można było na­pi­sać, że tak jest w całej Pol­sce. To było ta­kie dzien­ni­kar­stwo in­cy­dentów. Ale mnie już ciągnęło do syn­te­zy. Uważam, nie­ste­ty, że mam lep­szy ro­zum niż ser­ce. A przy re­por­tażu trze­ba mieć choć pół na pół. Zabiło mnie coś, co za­bi­ja wie­lu re­por­terów: ru­ty­na. Za­nim wy­je­chałem z War­sza­wy, już wie­działem, co na miej­scu za­stanę. Fe­lie­ton był jakąś na­tu­ralną kon­se­kwencją roz­wo­ju. Zresztą ostat­nie moje re­por­taże to już były właści­wie duże fe­lie­to­ny.

Taki właśnie był re­por­taż Wyjście z sierp­nia 1981 roku o pro­teście miesz­kańców szcze­cińskie­go osie­dla. Władzy ich ma­ni­fe­sta­cja jest nie na rękę, co dla Ogórka sta­je się pre­tek­stem do prześmiew­cze­go opi­su życia w tej części mia­sta. Prześmiew­cze­go wo­bec stwo­rzo­nych przez władzę wa­runków życia, nie wo­bec miesz­kańców. Re­por­taż za­czy­na się tak:

Marsz pro­te­sta­cyj­ny, jaki po­sta­no­wi­li zor­ga­ni­zo­wać miesz­kańcy Osie­dla Słonecz­ne­go w Szcze­ci­nie, zo­stał wy­zna­czo­ny na 1 sierp­nia o go­dzi­nie 9.00.

Wy­cho­dze­nie na ulicę, jak po­uczały miesz­kańców władze osie­dla, a po­tem mia­sta, jest czymś naj­gor­szym, co można było wymyślić, po­nie­waż gro­zi nie­obli­czal­ny­mi skut­ka­mi, jest niewłaściwą, a na­wet nie­do­pusz­czalną formą pro­te­stu.

Jeśli jed­nak do­brze się za­sta­no­wić, to miesz­kańcy osie­dla wy­chodzą już na ulicę od daw­na [...]. Na Osie­dlu Słonecz­nym trud­no jest właści­wie miesz­kańcom robić wie­le rze­czy nie na uli­cy, po­nie­waż zaś tylu ich tu zgru­po­wa­no, robią to gro­mad­nie.

Ogrom­ne tłumy wy­stają co­dzien­nie od rana do wie­czo­ra przed skle­pi­kiem mięsnym za to­ra­mi, przy czym de­mon­stra­cji ulicz­nych uni­kają je­dy­nie trzy pierw­sze oso­by, które mieszczą się w środ­ku. Mar­sze od­by­wają się nie­prze­rwa­nie na trzy­ki­lo­me­tro­wej tra­sie od osie­dla do skle­pu spożyw­cze­go i z po­wro­tem; ich uczest­ni­cy noszą ze sobą w po­cho­dzie wy­pcha­ne wiel­kie tor­by, niektórzy zaś przy­stają i przekładają bagaże z ręki do ręki. Dzie­siątki pi­kie­tujących zbie­rają się bez prze­rwy na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym, i to nie w jed­nym miej­scu: początko­wo na pętli, żeby po­tem rzu­cić się do usta­wia­nia powtórnie przy Ba­se­nie Górni­czym. Żad­ne­mu z miesz­kańców nie wy­star­cza, że au­to­bus pod­wo­zi go do Ba­se­nu Górni­cze­go, po­nie­waż tam w isto­cie nic nie ma. Wszy­scy od razu tworzą na uli­cy następne zgro­ma­dze­nie, cze­kając na tram­waj.

Ra­zem z żoną Iloną Morżoł pod ko­niec lat osiem­dzie­siątych pra­co­wał nad szczególnym re­por­tażem - opo­wieścią o Po­la­kach, ale bez rozmów z nimi. ­Pol­ska między wier­sza­mi (1991) to próba od­two­rze­nia na­sze­go życia co­dzien­ne­go w PRL-u na pod­sta­wie m.in. po­rad­ników małżeńskich, te­matów prac ma­tu­ral­nych, wy­tycz­nych dla bi­blio­tek, planów War­sza­wy, książek te­le­fo­nicz­nych czy ne­kro­logów. Zbie­ra­nie ma­te­riału trwało kil­ka lat, zaczęło się jesz­cze w Pol­sce so­cja­li­stycz­nej. Po­szczególne roz­działy dru­ko­wał "Przegląd Ty­go­dnio­wy", a jeśli były zbyt prześmiew­cze jak na ofi­cjalną prasę, pu­bli­ko­wała je pod­ziem­na jesz­cze wte­dy "Res Pu­bli­ca".

Sce­ny po­mni­ko­we, które zna­lazły się w tej an­to­lo­gii, to re­por­taż o spo­rach wokół Po­mni­ka Po­ległych Stocz­niowców 1970. Dziś mało kto pamięta, że for­ma, jaką miał przy­brać, wca­le nie była oczy­wi­sta. Spór, czy przy pro­jek­to­wa­niu po­mni­ka naród re­pre­zen­tu­je rada ar­ty­stycz­na, czy stocz­niow­cy, nie miał końca.