Antologia 100/XX. Tom 1 - Praca zbiorowa

-
Proszę czekać

I sąd jest li­te­ra­turą

W la­tach trzy­dzie­stych pro­wa­dził w "Dzien­ni­ku Lu­do­wym" co­dzienną ru­brykę re­por­terską Go­dzi­na w Sądzie Pra­cy. Przez kil­ka lat re­la­cjo­no­wał roz­pra­wy związane z łama­niem praw pra­cow­ni­czych. Jego tek­sty z sądu nie mogły być długie, a mimo to wy­cho­dziły poza ramy re­la­cji sądo­wej.

Od­ci­nek O człowie­ku, który zgu­bił ser­ce za­czy­nał się tak:

- Nie mam ser­ca... Zgu­biłem, proszę wy­so­kie­go sądu... - mówił powód, szewc chałupnik. Po tym wy­zna­niu, pełen de­ter­mi­na­cji i głębo­kiej nuty żalu po utra­cie ser­ca, szewc chałupnik wes­tchnął: - Nie mogę... [...] Człowiek, który zgu­bił ser­ce, przestąpił z nogi na nogę, ob­le­ciał wzro­kiem mrocz­ny su­fit i wes­tchnąwszy, jął opo­wia­dać [...].

Od­ci­nek Człowiek-koń nie był zwykłą re­lacją z prze­bie­gu pro­ce­su (choć Lech Pie­trzak na­wet zwykłe re­lacje sta­rał się pisać w sposób wol­ny od ru­ty­ny). W tym wy­pad­ku szczegóły zasłysza­ne przez re­por­te­ra na roz­pra­wie po­zwo­liły mu stwo­rzyć li­te­rac­ki por­tret skarżącego się przed sądem:

Człowiek-koń od­po­czy­wał. Jego uprząż - po­stro­nek ko­nop­ny - zwisł luźno i nie rżnął żywe­go mięsa ludz­kiej pier­si. Dy­szel wózka, wspar­ty na bru­ku, do­ty­kał pięty człowie­ka-ko­nia i nie szar­pał już jego ra­mie­nia, nie bódł żeber pra­we­go boku.

Człowiek-koń ocie­rał brze­giem ka­po­ty pot z czoła i z roz­sa­pa­nych płuc od­da­wał reszt­ki zmęcze­nia. Stał na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach, nie bacząc na huk, gwar i pęd mi­ja­nych go koni-zwierząt i koni me­cha­nicz­nych. On, człowiek-koń, zbie­rał siły na swoją drogę.

Biegła ta dro­ga w dół śmiałym zakrętem. O trzy­sta metrów dosięgał człowiek-koń składu to­warów. Miał on za­wieźć tam swój bagaż. Ciężki. Kil­ka­set kilo mosiądzu.

Nie od­su­wając stóp od dy­sz­la, ujął drąg w obie garście. Ale gdy tyl­ko dy­szel pod­niósł, wnet ciężar kil­ku­set ki­lo­gramów na­parł na człowie­ka. Wyciągał mu ra­mio­na ze stawów, ugi­nał ko­la­na. Człowiek-koń szedł krok za kro­kiem. Obok nie­go biegły kłusem ko­nie-zwierzęta i pełnym ga­zem ko­nie me­cha­nicz­ne. Okrzy­ki woźniców, wrza­ski klak­sonów ostrze­gały go, by trzy­mał się brze­gu i nie właził im w drogę.

Człowiek-koń nie właził w drogę. Trzy­mał się brze­gu jezd­ni [...]. Lecz dy­szel co­raz bar­dziej wyciągał mu ra­mio­na ze stawów, co­raz sil­niej pchał go przed sie­bie i człowiek-koń począł biec. Naj­pierw truch­ci­kiem, lek­ko wy­rzu­cając nogi przed sie­bie, po­tem co­raz szyb­ciej sto­py człowie­ka-ko­nia waliły w bruk, co­raz głośniej łosko­tały koła wózka, aż trucht zmie­nił się w ga­lop.

Pędził człowiek-koń po po­chyłej jezd­ni. Krzy­czał co siły, by mu dano drogę. Wparł pięty w ka­mie­nie, chciał ha­mo­wać toczący się ciężar, lecz jego ludz­kie siły były na to zbyt słabe.

Walił wóz z góry całą siłą, pchał przed sobą człowie­ka, aż wyrżnął w inny we­hi­kuł i rozłożył się do góry kołami.

Człowiek-koń upadł. Pod­nieśli go prze­chod­nie. Do­brzy lu­dzie ze­bra­li roz­sy­pa­ny to­war i roz­sy­pa­ny wózek. Wózek od­sta­wio­no do fir­my plat­formą, a człowiek-koń pokuśtykał do pra­co­daw­cy lu­zem.

Te­raz stoi przed sądem pra­cy i do­ma­ga się spra­wie­dli­wości. Pro­si o zmu­sze­nie fir­my do wypłace­nia mu całego za­rob­ku bez potrąceń za znisz­czo­ny wózek.

Sąd, stwier­dziw­szy, że fir­ma obciążała wózek po­nad siły ludz­kie, przy­chy­lił się do tej prośby.

Lech Pie­trzak skończył sławną Szkołę Me­cha­nicz­no-Tech­niczną Wa­wel­ber­ga i Ro­twan­da w War­sza­wie, która po woj­nie weszła w skład Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej. Przed wojną pra­co­wał w fa­bry­ce Fia­ta. Zaczął pisać do so­cja­li­stycz­ne­go "Ro­bot­ni­ka" i przełożeni ka­za­li mu zde­cy­do­wać, komu służy. Prze­szedł do "Ro­bot­ni­ka", po­tem pra­co­wał w "Dzien­ni­ku Lu­do­wym", gdzie - z wo­jenną przerwą i aż do mo­men­tu zli­kwi­do­wa­nia pi­sma w 1949 roku po uciecz­ce przywódcy lu­dowców Sta­nisława Mikołaj­czy­ka za gra­nicę - pro­wa­dził wspo­mnianą ru­brykę sądową. Po­tem do od­wilży 1956 roku nie mógł być dzien­ni­ka­rzem. Na­pi­sał wte­dy kil­ka prze­wod­ników tu­ry­stycz­nych, mie­dzy in­ny­mi po Ka­zi­mie­rzu Dol­nym i oko­li­cach War­sza­wy. Po stwo­rze­niu "Ku­rie­ra Pol­skie­go" związał się z tą re­dakcją. Na dwu­dzie­sto­pięcio­le­cie Pol­ski Lu­do­wej wydał zbiór swo­ich re­por­taży W ka­lej­do­sko­pie ćwierćwie­cza.

W stycz­niu 1945 roku jako re­por­ter "Ro­bot­ni­ka" szedł za Armią Czer­woną, wy­zwa­lającą cen­tralną Polskę. W Kiel­cach wpadł na kla­sycz­ny re­por­terski po­mysł: to­wa­rzy­szyć sa­mot­ne­mu bo­ha­te­ro­wi. Spo­tkał bo­wiem pol­skie­go ofi­ce­ra, który oznaj­mił, że je­dzie do Często­cho­wy za­bez­pie­czyć ode­bra­ne Niem­com zakłady prze­mysłowe. O tym między in­ny­mi opo­wia­da tekst Naprzód! Na zachód!

Ka­ta­klizm musi być "strasz­li­wy"

Dziś nikt by ta­kie­go re­por­tażu o po­wo­dzi nie na­pi­sał. Re­por­tażu, który każdą in­for­mację ma owi­niętą w po­ety­zujący ob­raz. Re­por­tażu tak pa­te­tycz­ne­go. Re­por­tażu, który cały jest em­fazą.

Kie­dy przeglądałem "Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny" i wzrok mój padł na wy­rwa­ne z kon­tek­stu dwa zda­nia: "Je­chałem tymi do­li­na­mi łez we trzy dni po naj­większym napięciu ka­ta­kli­zmu, kie­dy opadłe nur­ty odsłoniły w całej nagości pierś nieszczęścia, a wstrząsający ob­raz znisz­cze­nia roz­ta­czał się w całej pełni. Pra­wie nie do wia­ry!", już wie­działem, że ten tekst musi tra­fić do na­szej an­to­lo­gii.

Jest nie tyl­ko za­pi­sem nieszczęścia, które spo­tkało miesz­kańców do­rze­cza Wisły, ale także za­pi­sem tego, jak na początku wie­ku ob­ra­zo­wa­no ka­ta­klizm w am­bit­nej pra­sie. W cza­sach, kie­dy wy­da­rzeń nie można było śle­dzić na żywo w te­le­wi­zji. Dziś przy­miot­ni­ki w ta­kiej ilości, w ja­kiej używał ich La­skow­ski, byłyby po­nad wy­trzy­małość wie­lu czy­tel­ników. Wte­dy chy­ba były w tekście tym, czym ko­lo­ry na fo­to­gra­fii. Nic bez nich nie można było doj­rzeć.

O Ka­zi­mie­rzu La­skow­skim - po­ecie, pi­sa­rzu i dra­ma­tur­gu - zna­leźć można za­le­d­wie garstkę in­for­ma­cji. Ksiądz prałat Ste­fan Mi­si­niec w "Ty­go­dni­ku Sal­wa­tor­skim" na­pi­sał, że należy on do "mniej­szych poetów, których życie wypełniała tęskno­ta za nie­pod­ległą Polską". Uro­dzo­ny na Kie­lec­czyźnie, po stu­diach w Niem­czech (cu­krow­nic­two) osiadł w miej­sco­wości Pod­ga­je, ale z ja­kichś po­wodów stra­cił majątek i prze­niósł się do Kielc, a po­tem do War­sza­wy, gdzie związał się z kil­ko­ma re­dak­cja­mi. Pi­sa­no o nim też, że po prze­pro­wadz­ce do sto­li­cy "wiel­ka łatwość wer­sy­fi­ka­cyj­na i pogoń za za­rob­kiem do­pro­wa­dziła go do za­ni­ku am­bi­cji ar­ty­stycz­nych".

"Ty­go­dnik Sal­wa­tor­ski" za­mieścił dla przykładu wiersz Ryn­gra­fie na­szej zie­mi, w którym - zda­niem księdza Misińca - bez­mia­ro­wi nieszczęść, które po­eta przed­sta­wiał, nie to­wa­rzy­szyła głębia i spraw­ność słowa. Jed­nak wiersz La­skow­skie­go można dziś od­czy­ty­wać jako cen­ne świa­dec­two mo­dli­twy po­etyc­kiej tam­te­go cza­su. Za­cy­tuj­my początek:

Orędo­wnicz­ko na­sza!Oto pod Twe sto­pySłania się naj­smut­niej­szy z krajów Eu­ro­py.Naj­bied­niej­szy pod złotym słońca bal­da­chi­mem,Kraj pra­gnień, zasłoniętych chmu­ra­mi i dy­mem [...].

W swo­jej twórczości, obok tomów opo­wia­dań i wier­szy o życiu dwo­ru i wsi, Ka­zi­mierz La­skow­ski ma książkę szczególną. Można ją uznać za książkę re­por­terską. W 1896 roku opu­bli­ko­wał li­te­rac­kie por­tre­ty Żydów z oko­lic Pułtu­ska i za­ty­tułował je Żydzi przy p r a c y .

"Żydzi przy pra­cy? Nie wie­rzy­cie? To posłuchaj­cie!" - zachęca czy­tel­ników w pierw­szych zda­niach. I tłuma­czy:

Koń pra­cu­je, ciągnąc pier­sia­mi, wół kar­kiem lub ro­ga­mi, doktór głową, a po tro­sze ręką, ba­dając puls cho­re­go, ad­wo­kat gębą, gra­barz rękoma i stopą, bo sto­pa przy­ci­ska ry­del... Wszy­scy pra­cują na swój sposób. A żydek? Żydek nie tyl­ko pra­cu­je, ale pra­cu­je za trzech, h a n d l u j ą c. Po pierw­sze b a d a szlach­ci­ca jak doktór, czy mu po­trze­ba pie­niędzy; po wtóre g a r d ł u j e jak ad­wo­kat, że "więcej pie­niędzy za psze­nicę dać nie może"; po trze­cie jak gra­barz g r z e b i e cza­sem nie­wypłacal­ne­go dłużnika [...].

La­skow­ski prześwie­tla me­to­dy pra­cy swo­ich bo­ha­terów - li­chwia­rzy i kupców. Opi­su­je na przykład, jak przez ma­ni­pu­lację wątłym ka­pi­tałem pew­ne małżeństwo doszło do znacz­ne­go majątku. Zgryźliwą opo­wieść o nich kończy tak:

Mają już sklep we własnym domu, mają już na pożycz­kach u lu­dzi paręset ru­bli, a i żyją, jak Bóg przy­ka­zał, edu­kując dzie­ci. W sza­bat sia­da u nich do ryb­ki dzie­sięć osób. Ich dwo­je, sied­mio­ro ba­chorków i bel­fer. I to wszyst­ko żyje z pro­cen­tu wkłado­we­go ka­pi­tału siedemdzie­sięciu pięciu ru­bli!!!

Być może uzna­wał swo­je re­por­taże za de­ma­ska­tor­skie. Dziś na­zwa­li­byśmy je śled­czy­mi, gdy­by nie to, że ce­chu­je je ogrom­na niechęć. Odeszły w nie­byt chy­ba przez swój an­ty­se­mi­tyzm. Książka ma pod­ty­tuł No­tat­ki wieśnia­ka. Może opo­wie­dział mu te hi­sto­rie jakiś chłop, choć to ra­czej mało praw­do­po­dob­ne. Do opi­sy­wa­nia so­cjo­tech­nik i oszustw sto­su­je - jak na "wieśnia­ka" - zbyt skom­pli­ko­wa­ne ra­chun­ki. Może słowa "wieśniak" używa au­to­iro­nicz­nie: nic nie­ro­zu­miejący chłop wo­bec prze­biegłych Żydów?

Książkę wy­daną przez "Ga­zetę War­szawską" (a więc kon­ser­wa­tywną i ka­to­licką) Ka­zi­mierz La­skow­ski kończy wy­zna­niem, że na­pi­sał ją po to, aby wska­zać wszyst­kim praw­dziwą przy­czynę niechęci do Żydów i aby po­uczyć współoby­wa­te­li:

Tak pra­cują żydzi, a przy­najm­niej większość wy­bra­ne­go ludu, bo na szczęście są wyjątki, o czym za­po­mi­nać nie należy. Do prze­ciw­działania kul­to­wi t a k i e j p r a c y, będącej uza­sad­nioną przy­czyną i je­dy­nym bodźcem an­ty­se­mi­ty­zmu, przy­czyniać się po­wi­nien każdy ko­chający ogół społecz­ny. Pisząc Żydów przy pra­cy, taki cel miałem na myśli.

Le­piej jed­nak po­czy­tać jego re­lację z po­wo­dzi.

Do­li­na­mi łez

O roku ów, kto cię nie wi­dział w na­szym kra­ju...

A. Mic­kie­wicz

Rok za­po­wia­da się do­bry. Po kil­ku ciężkich dla rol­ni­ka la­tach, przyszła wio­sna wcze­sna, ciepła, słońcem pro­mien­na i zaświe­ciła na­dzieją uro­dza­ju.

Jesz­cze mie­siąc temu śmiały się dolą buj­ne "wyzłaca­ne psze­nicą, wy­sre­brza­ne żytem" niwy, jesz­cze mie­siąc temu rwała się z kmie­cych progów ku ogni­stym za­go­nom raźna śpiew­ka, jesz­cze we­se­le wołało w pie­niach; mie­siąc temu jesz­cze pach­niało świeżym chle­bem po­wsze­dnim tam, gdzie dziś - według słów zna­ko­mi­tej po­et­ki:

...Lud na dro­gach pada, kona,Życie ścina śmier­ci chłód,Nocą wsta­je gwiaz­da bla­daI grom­nicą tru­pom świe­ci,A nad smutną zie­mią leciKrzyk ostat­ni: Bia­da! bia­da!To głód!

Bo trze­ba to so­bie z góry po­wie­dzieć, że klęska żywiołowa, która objęła kraj cały, to strasz­ny zwia­stun, to za­po­wiedź dni głodo­wych; trze­ba to so­bie po­wie­dzieć, bo klęska jest po­wszech­na, nie­by­wała...

Ty­go­dnio­we ule­wy, bu­rze, hu­ra­ga­ny, zmu­lo­ne zboża, po­gniłe ziem­nia­ki i wa­rzy­wa - to za­le­d­wie pierw­szy akord żałoby nad znisz­czo­nym owo­cem pra­cy ludz­kiej, pierw­szy syk złowiesz­czej stru­ny... Z każdej piędzi roz­brzmie­wają hio­bo­wym echem złowro­gie wieści wy­lewów, po­wo­dzi, zagłady!

Wylały rze­ki i rze­czułki, stru­my­ki i ru­cza­je, ze­rwały się z uwięzi sta­wy i je­zio­ra, chłonąc roz­sza­lałym nur­tem wszyst­ko spo­tka­ne, za­ta­piając wsie i mia­stecz­ka, góry i do­li­ny. Nie oparły się roz­kiełza­nym fa­lom ani stu­let­nie drze­wa, ani węgły chat, ani fun­da­men­ty fa­brycz­ne, ani cio­sy ka­mie­nia, ani żela­zne za­gro­dy sta­wi­deł - po­top wód parł, dru­zgo­tał, miażdżył, zno­sił, wi­ta­ny w nie­ubłaga­nym po­cho­dzie krzy­ka­mi roz­pa­czy i zwątpie­nia.

Tak było nad Na­rwią, tak nad Bu­giem, Wie­przem, tak nad Nidą, czy Prosną, tak nad Wartą czy Pi­licą...

Ale jeżeli go­dzi się wyróżniać nieszczęście z nieszczęścia - to ka­ta­stro­fa doszła wprost do gi­gan­tycz­nych roz­miarów w do­li­nie Ka­mien­nej i całym Powiślu, zwłasz­cza w górnej części królo­wej rzek na­szych, od San­do­mie­rza ku Kor­czy­no­wi.

Je­chałem tymi do­li­na­mi łez we trzy dni po naj­większym napięciu ka­ta­kli­zmu, kie­dy opadłe nur­ty odsłoniły w całej nagości pierś nieszczęścia, a wstrząsający ob­raz znisz­cze­nia roz­ta­czał się w całej pełni.

Pra­wie nie do wia­ry! Mała trze­ciorzędna rzecz­ka, za­si­lająca kil­kowłókowe1 zbior­ni­ki wód, położonych wzdłuż ko­lei ostro­wiec­kich fa­bryk żela­znych, w ciągu doby wy­miotła, w li­te­ral­nym tego słowa zna­cze­niu, ślad ludz­kiej pra­cy na prze­strze­ni kil­ku mil, roz­niosła kosz­tem mi­lionów sy­pa­ne gro­ble, ze­rwała z cio­su i żela­za zbu­do­wa­ne sta­widła, wy­sa­dziła mo­sty, prze­gryzła prądem tor ko­le­jo­wy, za­ta­piając wszyst­ko od zbóż, dróg do bu­dynków sta­cyj­nych i fa­brycz­nych.

Doby, bo­daj chwil kil­ku star­czyło, aby niszczący żywioł za­mie­nił jedną z naj­bo­gat­szych oko­lic kra­ju w ru­mo­wi­sko stłuczo­nych zbóż, strza­ska­nych drzew, roz­rzu­co­nych chat; jed­nej bo­daj chwi­li star­czyło, a zasłał całe zagłębie od Sta­ra­cho­wic poza Ostro­wiec gru­zem zwa­lisk, ce­gieł, wymościł si­to­wiem, odłama­mi de­sek, zwałami wy­rwa­nej z pod­gle­bia zie­mi i ka­mie­ni.

Sta­ra­cho­wi­ce, Wierzb­nik, Mi­chałów, Bro­dy, Nie­tu­li­sko, Kunów, wsie oko­licz­ne i mia­sto Ostro­wiec, Bo­dzechów, Ćmielów, Bałtów aż ku Wiśle - oto etap tego strasz­li­we­go po­cho­du.

Wody, wy­rwaw­szy się ze Sta­ra­cho­wic­kich zbior­ników, roz­bi­jają w puch ol­brzy­mie sta­wy Mi­chałowa, ryją kil­ko­wior­sto­wym2 pa­sem na­syp ko­le­jo­wy od Wierzb­ni­ka przez Kunów do Ostrow­ca, prze­ci­nają w kil­ku miej­scach ol­brzy­mi­mi wy­rwa­mi gości­niec bity, znoszą po zruj­no­wa­niu stawów tar­tak w Bro­dach, wy­rzu­cając ol­brzy­mie kłody i bel­ki na znacz­nej wy­so­kości, dru­zgoczą most pod Małacho­wem i nie­wstrzy­ma­ne już ni­czym, ręka­wem dwu­wior­sto­wej sze­ro­kości toczą się w kie­run­ku Ostrow­ca.

W mgnie­niu oka pod wodą wstęga szyn, sta­cja ko­le­jo­wa. Z po­wo­dzi do­la­tują zroz­pa­czo­ne krzy­ki o po­moc. W mgnie­niu oka zwał wody chwy­ta w objęcia Ostro­wiec, za­le­wa niżej położone domy, od­ci­na od świa­ta fa­bry­ki klim­kie­wi­czow­skie i często­cic­kie i za­ta­pia po dro­dze kil­ka­dzie­siąt domków z lud­nością wy­rob­niczą na przed­mieściach Bo­lesławów i Ka­ro­linów.

Chwieją się pod na­po­rem fal ścia­ny, dy­gocą zręby, za­ry­so­wują mury. [...]

Do wal­ki z żywiołem sta­je kto żyw bez różnicy! Straż ognio­wa, kapłani, oby­wa­te­le, młodzi i sta­rzy. Ale próżny wysiłek! Bez­owoc­na wal­ka!

Gro­za rośnie.

Set­ki lu­dzi tracą mie­nie, tysiące rąk pracę, zor­ga­ni­zo­wa­ny ko­mi­tet ra­tun­ko­wy z hra­bią Wie­lo­pol­skim, inżynie­rem Śmit­kow­skim i księdzem pro­bosz­czem Ostrow­ca, Na­ule­wi­czem, na cze­le ma na­za­jutrz tysiąc ust głod­nych do na­kar­mie­nia.

Stra­ty w do­li­nie rze­ki Ka­mien­nej, w fa­bry­kach, w zie­miopłodach, w uszko­dzo­nych bu­dyn­kach, w pochłoniętym ma­te­ria­le wy­noszą mi­lio­ny, a są to tyl­ko stra­ty doraźne. Gorz­kich następstw po­wo­dzi dziś ob­li­czyć trud­no, a bo­daj czy nie będą groźniej­sze.

Prze­rwa w ko­mu­ni­ka­cji ko­le­jo­wej, za­wie­sze­nie robót chwi­lo­we lub na za­wsze w kil­ku fa­bry­kach, sta­gna­cja w han­dlu oko­licz­nym, upa­dek zruj­no­wa­ne­go doszczętnie rol­ni­ka, dzie­sięć tysięcy ro­bot­ników bez pra­cy i za­rob­ku - oto skut­ki tych strasz­nych chwil, które w dniach 10, 11 i 12 lip­ca ta bied­na oko­li­ca przeżyła.

We trzy dni w tej wrzącej prze­mysłowym i rol­ni­czym życiem do­li­nie - roz­siadły się nędza i głód.

A jed­no­cześnie pra­wie, jak­by po­bra­tym­stwa nie­do­li łako­me, zaczęły się roz­le­gać hio­bo­we wieści od Za­wi­cho­stu, San­do­mie­rza, od Osie­ka i Kor­czy­na, od sza­rej Wisły!

I tu nie­by­wały, bo sroższy niż w 1813 roku wy­lew wy­pi­sał na mi­lo­wych prze­strze­niach zagładę i znisz­cze­nie. Już nie od­dziel­ne cha­ty, nie wsie i fol­war­ki, ale całe gmi­ny ogarnął nie­znający tamy żywioł. Le­wym brze­giem rze­ki - od Za­wi­cho­stu po­czy­nając, ku Kra­ko­wo­wi, nie ma sze­ro­kim, nie­raz kil­ko­wior­sto­wym pa­sem, jed­nej piędzi zie­mi nie­na­wie­dzo­nej po­wo­dzią.

Nie po­mogły bo­ha­ter­skie wysiłki po­brzeżnej lud­ności, nie po­mogły na­tych­mia­sto­we fa­cho­we zarządze­nia inżynie­rii wod­nej w San­do­mie­rzu, nie po­mogła obro­na wałów pod Osie­kiem, to­czo­na z po­gardą śmier­ci dwie doby przez dziel­ne­go dzie­siętni­ka (strażnika rzecz­ne­go) Ostrow­skie­go, wody nie­mal jed­no­cześnie prze­rzy­nają na­syp ochron­ny le­we­go brze­gu na dy­stan­sie San­do­mierz-Kor­czyn i hen da­lej w górze rze­ki, aż po Igołomię.

Pęka wał pod Skot­ni­ka­mi, pod Gągo­le­wem, powyżej Osie­ka, pod wsią Maśni­kiem bałwany prze­dzie­rają pięćdzie­sięciosążniową wyrwę, za Ra­ta­ja­mi, pod Pa­ca­no­wem, No­wym Mia­stem szczer­bi się raz koło razu cały pan­cerz ziem­ny. [...]

Toną wsie i sioła!... Z wieżyc kościel­nych biją dzwo­ny na trwogę!... To­nie Kaźmierzów, Ci­szy­ca, Ra­dowąż, Spe­ran­da, Śnieżyce, to­nie po strze­chy do­mostw przy ujściu Ko­przy­wian­ki położony Ka­mie­niec, toną Skot­ni­ki, Łążek, Świ­nia­ry, Łuko­wiec, Przy­to­ka i Oto­ka, toną Maśnik, Rusz­cza, Bu­dzi­ska, Gace, Ra­ta­je, Ko­mosów, Zo­fijówka, Za­le­sie, Słupia, Kępa Lu­ba­ska, toną tysiące morgów w po­cie czoła płużone­go areału, toną tysiące morgów łąk i pa­stwisk!

Klęska dosięga z górą stu wio­sek, ruj­nu­je kil­ka­dzie­siąt tysięcy na­sze­go luda! W jed­nej do­li­nie Stop­nic­kiej powódź ogar­nia czter­dzieści miej­sco­wości. Są wsie bez jed­ne­go źdźbła tra­wy, bez jed­ne­go kłoska, bez jed­nej su­chej izby!

Przybór i za­lew trwają dwie doby. Lud­ność uno­si życie, cze­pia się płotów, chwy­ta ko­narów drzew, gro­ma­dzi na stry­chach i da­chach.

Grozę położenia zwiększa brak łódek.

Trud­na wal­ka z roz­sza­lałym żywiołem! Bez­bron­na lud­ność cze­ka zmiłowa­nia Bożego.

Więc stat­ki rządowe ho­lują ga­la­ry3 i za­bie­rają wyłowio­ny in­wen­tarz, więc ad­mi­ni­stra­cja cu­krow­ni Ry­twia­ny i zarząd dóbr Sta­szow­skich księcia Ra­dzi­wiłła zbi­ja z de­sek pro­wi­zo­rycz­ne tra­twy, więc niektórzy z ra­tujących idą wpław z po­mocą!

Znów od­gry­wają się sce­ny chrześcijańskie­go za­par­cia się dla bliźnich. Jak pod Osie­kiem dzie­siętnik Ostrow­ski, tak na wałach pod Pa­ca­no­wem wal­czy do wy­czer­pa­nia pan Kno­te, rządca tego majątku. Po szu­miących fa­lach krążą im­pro­wi­zo­wa­ne tra­twy i zwykłe wy­rwa­ne ze stodół wrótnie z chle­bem, solą, kar­to­fla­mi dla głod­nych. Wśród ra­tujących złoty­mi głoska­mi za­pi­su­je się na­zwi­sko pana Saskie­go, prak­ty­kan­ta go­spo­dar­cze­go ze Słupca.

Ale do­pust Boży robi swo­je.

Według przy­bliżonych ob­li­czeń, szko­dy na tym tyl­ko szma­cie Powiśla prze­noszą mi­lion dwieście tysięcy ru­bli!

A następstwa? Strach pomyśleć, a jed­nak myśleć i ra­dzić trze­ba. Strasz­li­wa powódź przyszła w po­rze przedżniw­nej i za­to­piła wszyst­ko do ostat­nie­go kar­to­fla! Nie dość tego: choć wody opadną, choćby łzy nad stra­coną krwa­wicą zdołała osu­szyć na dziś dłoń bliźnia, nie mniej strasz­nie przed­sta­wia się ju­tro. Późna, a ol­brzy­mich roz­miarów powódź unie­możliwiła na czas długi wszel­kie ro­bo­ty w polu - w roz­miękłą rolę nieprędko da się wy­je­chać z pługiem. Nad­to brak pa­szy zmu­si rol­ni­ka do wy­prze­daży za bez­cen ura­to­wa­ne­go in­wen­ta­rza. Na­wo­zy, jeśli nie były zużyte przy uty­ka­niu wałów, za­brała i roz­niosła woda; do­daj­my do tego znisz­cze­nie narzędzi i statków do­mo­wych, brak odzieży, pu­ste ko­mo­ry i sąsie­ki, brak ziar­na do sie­wu i na przeżywie­nie ro­dzin - a można ręce opuścić z roz­pa­czy.

Na do­miar złego gro­zi jesz­cze tej rze­szy nędza­rzy naj­strasz­liw­szy z wrogów: cho­ro­ba.

Prze­siąkła wil­go­cią zie­mia, rozkładający się pod namułem świat roślin­ny już dziś zieją gorączką ma­la­ryczną.

Więc wy­rosną świeże mogiłki na wiej­skich cmen­tar­kach Powiśla, więc resz­ta łez nie­wy­la­nych w po­wo­dzi pad­nie na wie­ka tru­mien­ne. [...]

Oczy­wiście, przy­ro­dzoną przy­czyną wy­lewów były bez wątpie­nia nie­zwykłe, ulew­ne opa­dy desz­czo­we, po­wo­dujące przybór wód zarówno w głównych łożyskach, jak i dopływach.

Lecz, jak w oko­li­cach Ostrow­ca, prze­waża zda­nie, że za­nie­czysz­cze­nie ko­ry­ta Ka­mien­nej żużlem i od­pad­ka­mi po­bli­skich fa­bryk, a nad­to lek­ko­myślne utrzy­my­wa­nie nad­mier­nej ilości wód w zbior­ni­kach stało się po­wo­dem nie­by­wałej ka­ta­stro­fy, tak na Powiślu brak środków ra­tun­ko­wych, a przede wszyst­kim łodzi, o czym już wspo­mi­nałem, powiększył liczbę nieszczęśli­wych, nie­wy­trzy­małość zaś i, po­wiedz­my, li­chy miej­sca­mi stan wałów ochron­nych nie ta­mo­wał roz­wiel­możenia się żywiołu.

Dość rzu­cić okiem na obwałowa­nia obu brzegów, aby na­brać prze­ko­na­nia o zna­mien­nej różnicy, ist­niejącej między ga­li­cyj­ski­mi a na­sy­pa­mi po tej stro­nie. Pierw­sze górują nie tyl­ko roz­mia­ra­mi, wy­so­kością i trwałą ro­botą ziemną, ale nade wszyst­ko pla­nem wy­ko­na­nia. Zyg­za­ko­wa­ta li­nia wałów le­we­go brze­gu, z opusz­cze­niem nie­raz całko­wi­tym dużych ni­zin­nych prze­strze­ni po­brzeża, za­le­d­wie śred­nie­mu przy­bo­ro­wi może dać opór, a daje go tym mniej właśnie, im obwałowa­nie prze­ciw­ległe brze­gu jest sku­tecz­niej­sze. Bez prze­sa­dy twier­dzić można, że jed­no­staj­ny wy­so­ki grze­bień wałów ga­li­cyj­skich zwra­ca całą siłę nur­tu, od­bi­jając prąd rze­ki ku le­wej stro­nie. Ostat­ni wy­lew uwy­dat­nił naj­ja­skra­wiej, że do­ryw­cze, kosz­tem nad­brzeżnych gmin do­ko­ny­wa­ne obwałowa­nie brzegów Wisły jest zgoła nie­wy­star­czające.

Obec­nie kie­row­nic­two i prze­pro­wa­dze­nie robót na­sy­po­wych spo­czy­wa w ręku spe­cjal­nych ko­mi­tetów, złożonych z właści­cie­li gruntów za­grożonych za­le­wem. Ro­bo­ty wy­ko­ny­wa­ne są na koszt za­in­te­re­so­wa­nych, z fun­duszów po­wstałych ze składek i za po­mocą szar­war­ku4 od­ra­bia­ne­go w na­tu­rze. Władze rządowe uczest­niczą w ob­ra­dach ko­mi­te­tu z głosem do­rad­czym, lecz na pro­wa­dze­nie robót nie udzie­lają żad­ne­go zasiłku. Pra­ce prze­to ko­mi­tetów, skut­kiem na­der ogra­ni­czo­nych środków ma­te­rial­nych, nie przy­brały większych roz­miarów, więc i wały, do­tych­czas ist­niejące bu­do­wa­ne spo­so­bem ta­nim i w miarę fun­duszów, nie sta­no­wią do­sta­tecz­nej za­po­ry by­strym fa­lom rze­ki.

Bez wątpie­nia chętna oby­wa­tel­ska działalność ko­mi­tetów mogłaby się zna­ko­mi­cie przy­czy­nić do ure­gu­lo­wa­nia ni­zin Powiśla, gdy­by rząd ze­chciał na ten cel udzie­lić zasiłków lub choćby długo­ter­mi­no­we­go ta­nie­go kre­dy­tu, co umożliwiłoby podjęcie robót na wielką skalę, jed­no­cześnie we wszyst­kich za­grożonych punk­tach. Oprócz tego pla­ny po­win­ny być wy­ko­ny­wa­ne przez fa­cho­wych, znających dokład­nie nad­brzeżne wa­run­ki inżynierów.

Co się ty­czy obo­wiązujących obec­nie ko­mi­te­ty in­struk­cji z 1845 roku, te o ile za­wie­rają ide­al­ne prze­pi­sy pod względem tech­nicz­nym, o tyle skut­kiem zmian, zaszłych w ustro­ju władz ad­mi­ni­stra­cyj­nych i we wza­jem­nym sto­sun­ku or­ganów różnych dy­ka­ste­rii5, są prze­sta­rzałe i nie od­po­wia­dają wa­run­kom chwi­li. Należałoby opra­co­wać nowe prze­pi­sy, określające dokład­nie sferę działalności ko­mi­tetów i ich sto­sun­ku do władz ad­mi­ni­stra­cyj­nych i zarządu inżynie­rii.

Ta­kie poglądy słyszałem na Powiślu.

Ostat­nie słowo należy się tym bied­nym, tym w nie­do­li...

Jed­nym z naj­szczyt­niej­szych bu­dow­ni­czych do­bra było i będzie za­wsze szla­chet­ne, ofiar­ne ser­ce społeczeństwa.

Grze­szy­liśmy nie­raz ser­cem, miej­myż i cnotę ser­ca.

"Ty­go­dnik Ilu­stro­wa­ny" 1903, nr 31

In­fer­no w Zbąszy­niu

Nie­wie­lu pasażerów wy­sia­da na tej sta­cji z pociągu, który za chwilę prze­kro­czy gra­nicę pol­sko-nie­miecką i po­je­dzie do Ber­li­na. Za­wsze mi się wy­da­wało, że Zbąszyń to tyl­ko wiel­ki, za­wsze pu­sty dwo­rzec ko­le­jo­wy, na którym wita się lub żegna kraj i pod­da­je cel­nej re­wi­zji. Ta­kim był dla mnie i przed ro­kiem, gdy go po­znałem z okna wa­go­nu pa­ry­skie­go pociągu. Myliłem się: Zbąszyń to także mia­stecz­ko liczące około sześciu tysięcy miesz­kańców.

Przed fron­to­nem dwor­ca prze­bie­gają błyszczące luk­sy1 i błękit­ne eks­pre­sy, łączące dwa krańce lądu eu­ro­pej­skie­go, jego tył to­nie w ciem­nościach, pa­nu­je nad jakąś nie­po­kojącą ciem­nością, w którą się w tej chwi­li za­nu­rzam, której jed­nak nie umiem określić.

Krzyk swoj­skich gęsi

Wiel­ka po­znańska taksówka za­bie­ra nas łaska­wie na swój pokład. Wśród nad­ran­nej ciem­ności żeglu­je­my ku swym noc­le­gom. Auto sta­je przed ho­te­lem In­ter­na­tio­nal. Część pasażerów jest u celu podróży. Cze­ka­my na resztę, która idzie pie­szo. Wy­sia­dam i czuję się jak­by za­nu­rzo­ny w mo­rzu ciem­ności i ci­szy. Ale to ci­sza nie­spo­koj­na. Nie­spełna trzy ki­lo­me­try stąd leży nie­miec­ka gra­ni­ca. Te małe dom­ki, niknące w mro­ku, owe po­la­ny, otwie­rające się wśród uli­cy mia­stecz­ka, czer­wo­ne świa­tełka na to­rach - to jak­by sce­ne­ria sen­sa­cyj­ne­go fil­mu szpie­gow­skie­go.

Ale ci­sza nie trwa bez­u­stan­nie. Prze­ry­wa ją nagły krzyk, wydłużający się, to niknący, to znów się wzma­gający. Jest ostry i nie­sa­mo­wi­ty jak krzyk pawi. Stojący obok szo­fer wyjaśnia:

- To gęsi.

I do­da­je objaśniająco:

- Tak co noc idą te trans­por­ty, ale nie dla nas. Dla nich, bo jeść nie mają co.

Jak­by wy­czuł, że nie wiem do­brze, o kogo cho­dzi, do­da­je:

- Pa­nie, kie­dy to się skończy? My tu już sił nie mamy. Że oni jeść nie mają, to źle. Ale po co lu­dzi męczą?

I żeby nie było już żad­nych wątpli­wości, o kogo cho­dzi, od­wra­ca się twarzą w stronę gra­ni­cy:

- Ale my się nie damy, my będzie­my wal­czyć! Tyl­ko nie wie­my, co w końcu z tymi ludźmi.

Pod­kreśla z na­ci­skiem:

- To są prze­cież lu­dzie.

Za­trza­sku­je­my drzwi auta. Je­dzie­my da­lej.

Nad mo­cza­rem

Sam re­stau­ra­tor i ho­te­larz po­da­je mi rano her­batę i bułkę. Po­chy­la się nad sto­li­kiem i pyta:

- Kie­dy to się skończy? To prze­cież trwa już trzy ty­go­dnie. Wczo­raj był wo­je­wo­da i sta­ro­sta, i ko­men­dant po­li­cji, ale oni mówią, że nic nie mogą, że tu de­cy­du­je War­sza­wa. No, ale prze­cież musi z tym być jakiś ko­niec, lu­dzie tak nie mogą się męczyć.

W słowach re­stau­ra­to­ra brzmi nuta głębo­kie­go współczu­cia. To ton, którym mówią o tych lu­dziach wszy­scy miesz­kańcy Zbąszy­nia. Jest ich, jak i przy­byszów, około sześciu tysięcy. W tym osiem ro­dzin żydow­skich. Resz­ta ka­to­li­cy.

Wy­chodzę na ulicę i te­raz do­pie­ro widzę, iż ho­tel, w którym spałem, stoi pra­wie nad samą wodą. Staję na most­ku, ale ob­li­cze wody jest dziw­nie ciem­ne i nie­uchwyt­ne. Nie od­bi­ja w so­bie ten mo­czar ani si­to­wia, ani nie­ba, ani prze­chodzących lu­dzi. Po­zo­sta­je nie­zmien­ny, nie­ru­cho­my, jak­by za­pad­nięty w so­bie.

30 paździer­ni­ka

O tym mo­cza­rze myślę, gdy patrzę w twarz pierw­sze­go człowie­ka spośród tam­tych lu­dzi. Jego rysy nie od­zwier­cie­dlają ani bólu, ani cier­pie­nia. Człowiek ten za­padł w sie­bie i umie mówić tyl­ko o tym, co było.

"Było to w nocy z 29 na 30 paździer­ni­ka. Noc tę spędziłem nie w domu, ale w miesz­ka­niu przy­ja­cie­la. Rano przy­szedł po­li­cjant, kazał go­spo­da­rzo­wi ubie­rać się i iść z nim. Gdy żona aresz­to­wa­ne­go poczęła roz­pa­czać, skinął głową w moją stronę i po­wie­dział:

- Ten pan zo­sta­je, będzie się panią opie­ko­wał. Żeby zo­sta­wić ko­bietę samą, to ta­ki­mi zwierzętami jesz­cze nie je­steśmy.

Po pół go­dzi­nie wrócił, wy­le­gi­ty­mo­wał mnie i kazał iść. Do żony mego przy­ja­cie­la zwrócił się i po­wie­dział:

- Nie tyl­ko pani jed­na zo­sta­je dzi­siaj sama.

Gdy do­pro­wa­dzo­no mnie do po­ste­run­ku, prze­ko­nałem się, że mówił prawdę. Tego dnia wy­aresz­to­wa­no wszyst­kich Żydów oby­wa­te­li pol­skich. To samo stało się we wszyst­kich mia­stach Nie­miec. Wzy­wa­no lu­dzi na po­licję, a stamtąd wysyłano wprost na gra­nicę. Za­bie­ra­no cho­rych ze szpi­ta­li, dzie­ci ze szkół, sie­ro­ty z sie­ro­cińców. Pro­skryp­cja objęła wszyst­kich, od nie­mowląt do starców. Na moim po­ste­run­ku było już około osiem­dzie­sięciu aresz­to­wa­nych. Usta­wio­no nas twa­rza­mi do ścian i tak prze­trwa­liśmy kil­ka go­dzin. Po tym połączo­no cały trans­port ber­liński, który li­czył około dwa i pół tysiąca lu­dzi. Każdemu po­zwo­lo­no za­brać po dzie­sięć ma­rek i załado­wa­no nas do pociągu. Po dro­dze nie wol­no było wy­sia­dać. W nocy stanęliśmy sześć ki­lo­metrów przed gra­nicą. Prze­pro­wa­dzo­no nas na­około la­sa­mi do gra­nicy pol­skiej. Stał tam je­den pol­ski strażnik, który tłuma­czył Niem­com, że nie może nas wpuścić. Wresz­cie po­ro­zu­miał się te­le­fo­nicz­nie ze swo­imi władza­mi i wpuścił nas. Po­li­cjant do­pro­wa­dził nas do Zbąszy­nia. Resztę zo­ba­czy pan sam..."

Strasz­ne dni

Za­legło przy­kre mil­cze­nie. Wresz­cie py­tam o to, jak jest właśnie tu­taj. Słyszę od­po­wiedź:

- Pierw­sze dni były strasz­ne. Lu­dzie byli bez pie­niędzy, bez je­dze­nia, bez da­chu nad głową. Gdy­by nie miej­sco­wa lud­ność (osiem ro­dzin żydow­skich i sześć tysięcy ka­to­lików, po­wta­rzam so­bie w myślach), umar­li­by z głodu. Przy­dzie­lo­no nam daw­ne staj­nie. Przy­wie­zio­no trochę słomy. A dru­gie­go dnia zarząd miej­ski przysłał gorącej kar­to­fla­nej zupy. Pierw­sza gorąca stra­wa. Po­tem przyszła po­moc z War­sza­wy. Zor­ga­ni­zo­wa­no apro­wi­zację, po­moc le­karską, opiekę nad dziećmi, pocztę. Przy­sto­so­wa­liśmy się do tych wa­runków. I tak przeszły trzy ty­go­dnie. Ale jak to ma długo trwać? Kie­dy to się skończy?

Po raz trze­ci słyszę to py­ta­nie. Rysy twa­rzy mego rozmówcy jak­by się zmie­niły, po­ru­szyły. Py­ta­nie oczy­wiście za­wi­sa w po­wie­trzu. Nikt nie umie dać na to od­po­wie­dzi.

Wy­cho­dzi­my na mia­sto. Na uli­cach pa­nu­je nie­zwy­kle ożywio­ny ruch. W ciągu jed­nej nocy lud­ność mia­sta wzrosła o sto pro­cent. Po jezd­ni krążą ka­ret­ki Czer­wo­ne­go Krzyża. Widać kuch­nie po­lo­we. Tak jak­byśmy byli w mieście przy­fron­to­wym.

Auto na­sze za­trzy­mu­je się. Wcho­dzi­my do wiel­kie­go bu­dyn­ku z ce­gieł. Przed wojną mieściła się tu staj­nia dla koni woj­sko­wej szkoły jaz­dy. Dziś miesz­ka tu kil­ku­set lu­dzi. Pod ścia­na­mi rzędy sien­ników. O wie­le ich mniej niż miesz­kańców. Po­przez ciepłe pal­to chwy­ta mnie przej­mujące zim­no murów. Wiel­ki, wy­so­ki gmach nie ma ani jed­ne­go pie­ca. Sto­imy pośrod­ku jak­by onieśmie­le­ni swą przy­pad­kową, nie­po­trzebną obec­nością. Po co tu przy­szliśmy, gdy je­steśmy bez­rad­ni, gdy nic pomóc nie możemy.

Z wol­na ota­cza nas tłum o twa­rzach bla­dych i roz­gorączko­wa­nych oczach. Zra­zu za­le­ga mil­cze­nie, aż wresz­cie wy­bu­cha fala skarg, żalów, złorze­czeń. Łzy mie­sza­ne z prze­kleństwa­mi.

Je­steśmy w pierw­szym kręgu piekła.

Prze­kro­czo­na gra­ni­ca

Kom­pleks daw­nych sta­jen woj­sko­wych sta­no­wi cen­trum owej fi­lii piekła. Na ich tyłach jest jak­by wiel­kie podwórze, ry­nek tego naj­bar­dziej oso­bli­we­go mia­sta, którego miesz­kańców spędzo­no ze wszyst­kich stron Nie­miec.

To, co opo­wia­dają miesz­kańcy tego mia­sta, jest nie­malże jed­na­ko­we, ste­reo­ty­po­we. W Ha­no­we­rze, w Ko­lo­nii, w Wied­niu, w Ber­li­nie i w Ham­bur­gu sys­tem był ten sam, a tyl­ko zmie­niały się nie­istot­ne dro­bia­zgi. Sys­tem za­sko­cze­nia działał wszędzie. Dzięki nie­mu po Zbąszy­niu chodzą lu­dzie tak, jak przed trze­ma ty­go­dnia­mi wy­szli ze swe­go domu w Ham­bur­gu. Chodzą w tym sa­mym ubra­niu i w tej sa­mej ko­szu­li, ale to już nie są ci sami lu­dzie. Aresz­to­wa­no przede wszyst­kim rze­mieślników i właści­cie­li sklepów. Zarówno lu­dzi bied­nych, jak i bo­ga­tych.

Ale dziś to są już inni lu­dzie. Do­praw­dy nie wiem, czym był ten człowiek, który woła, by in­nych prze­krzy­czeć:

- Ja nie chcę nic dla sie­bie, ale moja żona jest cho­ra, od dzie­sięciu dni ma gorączkę, a leży w zim­nie. Młodzi miesz­kają pry­wat­nie, w cie­ple, a ona jest sta­ra, ona jest cho­ra!

Le­karz, który stoi obok mnie, rozkłada ręce: jest bez­sil­ny.

- Na­sze am­bu­la­to­ria - in­for­mu­je mnie - udzie­lają około tysiąca po­rad dzien­nie. Nie są to oczy­wiście wszyst­ko ciężkie cho­ro­by. Przyj­mu­je­my jed­nak i le­czy­my każdego, by nie powiększać i tak na­tu­ral­ne­go roz­drażnie­nia i roz­go­ry­cze­nia. Są jed­nak i cho­rzy na­prawdę. Zda­rzają się ata­ki szału. Tych na­prawdę cho­rych za­bie­ra­my do na­sze­go szpi­ta­la, a w poważniej­szych wy­pad­kach sta­ra­my się odsyłać do praw­dzi­we­go szpi­ta­la, ale tu na­po­ty­ka­my na duże trud­ności. Z prze­rażeniem myślę o na­dejściu zimy i mrozów, co może spo­wo­do­wać ma­so­we za­cho­ro­wa­nia.

Obe­szliśmy staj­nie na­około. Po­je­cha­liśmy da­lej. Wi­dzie­liśmy oba am­bu­la­to­ria, szpi­tal, sie­dzibę ozdro­wieńców i pięcio­piętro­wy, praw­dzi­wie czar­ci młyn od pułapu do fun­da­mentów wypełnio­ny wy­gnańcami. Na szczyt młyna wcho­dzi się po drew­nia­nych, wąskich, stro­mych scho­dach. A na szczy­cie skóra cierp­nie na myśl o jed­nej zapałce, która może tu wznie­cić pożar. Na tym przy­pad­ku, że ta zapałka nie za­pa­la wy­su­szo­ne­go drze­wa, za­wisło życie wie­lu se­tek lu­dzi, którzy ten młyn za­lud­niają dniem i nocą, i którym zastępuje on miesz­ka­nie.

Ale oto prostą, pustą szosą, biegnącą wśród so­sno­we­go lasu, je­dzie­my do gra­ni­cy. Auto na­sze sta­je u biało-czer­wo­ne­go szla­ba­nu. Po pra­wej stro­nie dro­gi mały, schlud­ny, miły bu­dy­nek straży gra­nicz­nej. Mi­ja­my go, prze­cho­dzi­my koło szla­ba­nu i idzie­my kil­ka­naście kroków naprzód, nad samą gra­nicę. Wy­zna­czają ją dwa kop­ce po obu stro­nach szo­sy. O kil­ka­naście kroków da­lej bu­du­je się dom, jakiś ro­bot­nik uwi­ja się wokół nie­go. Dom ten jest już w Niem­czech. Za­wra­ca­my i wcho­dzi­my do strażnicy.

Zna­lazło tu przy­tułek czter­dzie­stu paru wy­gnańców, którzy według opi­nii władz nie mają usta­lo­ne­go oby­wa­tel­stwa. Wa­run­ki ich by­to­wa­nia są o wie­le lep­sze od zbąszyńskich. Dwa opa­la­ne po­ko­je, które od­da­no im do roz­porządze­nia, sta­no­wią w tu­tej­szych wa­run­kach wiel­ki luk­sus. Ten luk­sus re­kom­pen­su­je nie­pokój, nie­pew­ność ju­tra wśród tych lu­dzi, dla których Zbąszyń wy­da­je się ra­jem pew­ności, opar­cia o siłę państwa, państwa, którego się jest oby­wa­te­lem.

A trud­no po­wie­dzieć, by tych lu­dzi do­pie­ro nie­do­la i prześla­do­wa­nie uczy­niły świa­do­my­mi oby­wa­te­la­mi Pol­ski. Żyd z Wied­nia, który trzy­dzieści lat miesz­kał poza kra­jem, w tej nad­gra­nicz­nej strażnicy mówi do mnie:

- Ja, proszę pana, za­wsze byłem i je­stem pol­skim oby­wa­te­lem.

Nie patrzę na­wet na pasz­port, który mi pod­su­wa. Czy­sty język pol­ski, którym mówi ten człowiek nie­sta­ry jesz­cze, który jako młody chłopak mu­siał opuścić kraj, jest naj­lep­szym do­wo­dem, że mówi prawdę.

Na dru­gim krańcu Zbąszy­nia leży dru­ga gra­ni­ca tej spra­wy. Na sta­dio­nie bawią się dzie­ci. Miesz­kają w hali gim­na­stycz­nej. Dzie­ci bawią się w ber­ka. Ale nie same. Z po­wagą od­wie­dzają je dzie­ci z mia­stecz­ka, gdy mają czas po zakończe­niu na­uki w szko­le. Za­ba­wa wówczas idzie wspa­nia­le. Te dzie­ci przy­jezd­ne, te obce za­po­mi­nają już o przeszłości i o przeżyciach ostat­nich dni, te tu­tej­sze uważają, że można z nimi do­sko­na­le się bawić i nie czują w nich nic ani ob­ce­go, ani wro­gie­go.

Żegna­my dzie­ci i wra­ca­my do mia­sta. Mia­sto tu­bylców i mia­sto wy­gnańców pul­sują wspólnym przy­spie­szo­nym tętnem. Zmęcze­nie i ocze­ki­wa­nie cha­rak­te­ry­zują jego życie. Znów na ustach wszyst­kich py­ta­nie: "Kie­dy to się skończy?". Na to jed­nak nikt ani w Zbąszy­niu, ani w No­wym Tomyślu, ani na­wet w Po­zna­niu nie umie od­po­wie­dzieć.

Wie­czo­rem opusz­czam Zbąszyń. Przy wyjściu na pe­ron ko­le­jarz spraw­dza bi­le­ty, a po­li­cjant do­wo­dy. Z wy­so­kości sta­lo­wej wieży dwa re­flek­to­ry oświe­tlają tory. Jest w ich pro­mie­niu wid­no jak w dzień. Pociągi idące w stronę gra­ni­cy nie są oświe­tlo­ne. Tory pro­wadzące w stronę za­cho­du po­zo­stają ciem­ne.

W tam­tej stro­nie jest gra­ni­ca. W taką noc, jak ta dzi­siej­sza, pędzo­no tam wśród in­nych słynną grupę ham­burską. O jej dro­dze tak mówiła jed­na wy­gnan­ka:

- Wśród nocy ka­za­no nam wy­sia­dać z pociągu i iść naprzód przez las. Po­ty­kając się, upa­dając, ka­lecząc o gałęzie, gubiąc krew­nych, szliśmy, nie wiedząc dokąd. Byliśmy u kre­su sił. Wresz­cie zna­leźliśmy do­bry punkt. Od­dział woj­ska rozstąpił się, żołnie­rze nałożyli ba­gne­ty na ka­ra­bi­ny. Es­es­ma­ni wzięli się za ręce i utwo­rzy­li kor­don pchający nas ku gra­ni­cy. Po bo­kach szli żołnie­rze. Wśród ciem­ności roz­le­gały się po­je­dyn­cze strzały. Napór z tyłu wzra­stał. Jesz­cze krok i prze­kro­czy­liśmy gra­nicę.

Prze­kro­czo­na gra­ni­ca. To nie tyl­ko ta uro­jo­na li­nia między dwo­ma kop­ca­mi po obu stro­nach szo­sy. Prze­kro­czo­no także gra­nicę drugą, "gra­nicę ludz­kiej krzyw­dy, gra­nicę ludz­kie­go cier­pie­nia". Jeśli wie­rzyć w spra­wie­dli­wość i potęgę norm mo­ral­nych - tej gra­nicy nie wol­no prze­kra­czać bez­kar­nie.

Pol­skie dro­gi. Wybór re­por­taży z lat między­wo­jen­nych, wybór J. Dąbrow­ski, wstęp Z. Mit­zner, War­sza­wa: Czy­tel­nik, 1962, s. 270-277

Naprzód! Na zachód!

W po­go­ni za pierwszą linią

Roz­poczęło się 12 stycz­nia o świ­cie. Na ten dzień cze­kały mi­lio­ny nas - z tej i z tam­tej stro­ny Wisły. O go­dzi­nie dzie­siątej rano ar­mie 1. Fron­tu Ukraińskie­go otwo­rzyły na od­cin­ku sześćdzie­sięcio­ki­lo­me­tro­wym hu­ra­ga­no­wy ogień ar­ty­le­rii wszyst­kich ka­librów. Z lot­nisk wy­star­to­wały eska­dry sa­mo­lotów. Pan­cer­ne dy­wi­zje za­dzwo­niły gąsie­ni­ca­mi na za­marzłej zie­mi. Po kom­pa­niach, pułkach, dy­wi­zjach i ar­miach prze­biegł roz­kaz: "Naprzód! Na zachód!". San­do­mier­ski przyczółek zadrżał od eks­plo­zji po­cisków i łosko­tu czołgów.

Wy­ru­szy­liśmy z San­do­mie­rza szosą przez Staszów, Ku­rozwęki na Szydłów. Go­ni­my w ślad za hu­kiem dział, który jak grzmot prze­wa­la się przed nami, lecz nie możemy go do­go­nić. Ude­rze­nie so­wiec­kie jest tak szyb­kie i potężne, że dosłownie zmiotło nie­miec­kie woj­sko z roz­bu­do­wa­nych umoc­nień.

Minęliśmy znisz­czo­ny Staszów, spa­lo­ne Ku­rozwęki, prze­jeżdżamy przez wie­le li­nii obron­nych, łudząc się, że są to już li­nie nie­miec­kie. Jed­nak nie. Są to ciągle wy­pa­do­we li­nie so­wiec­kie, po których ilości wi­dzi­my, jak ważny był san­do­mier­ski przyczółek i jak moc­no usa­do­wiły się na nim ar­mie 1. Fron­tu Ukraińskie­go.

Do­pie­ro nie­da­le­ko Szydłowa uj­rze­liśmy pierw­szy ślad roz­poczętych bi­tew: grupę nie­miec­kich jeńców od­pro­wa­dza­nych na tyły. Przed Szydłowem wje­cha­liśmy na zie­mię do nie­daw­na ni­czyją. Dziw­na to zie­mia... Bie­le­je na niej ka­pu­sta, na po­lach przyprószo­ne śnie­giem stoją men­dle żyta, re­dli­ny ziem­niaków ciągną się długi­mi za­go­na­mi. Nig­dzie żywej du­szy. Ze swe­go pasa obron­ne­go Niem­cy wszyst­kich wy­sie­dli­li. Na po­lach i wsiach pust­ki. Tyl­ko szo­sa dud­ni od aut sunących nie­prze­rwa­nym sznu­rem. Jadą sa­mo­cho­dy, działa, ta­bo­ry, wozy. Ro­wa­mi jadą ko­lum­ny pie­cho­ty. Nad szosą śmi­gają eska­dry sa­mo­lotów.

Minęliśmy zie­mię ni­czyją. Zaczęła się po­ry­ta, sko­pa­na w zyg­za­ki omo­ta­na dru­tem zie­mia - do wczo­raj nie­miec­ka. I tu, między ro­wa­mi strze­lec­ki­mi, leżą sno­py żyta. Sterczą szczątki wiej­skich chałup. Przed nie­miec­ki­mi za­sie­ka­mi od­by­wa się dziw­ne po­lo­wa­nie. Myśli­wy­mi są so­wiec­cy żołnie­rze i psy, zwie­rzyną zaś... miny.

Zbliżamy się do całej ster­ty wy­do­by­tych min. Na­gle za­trzy­mu­je się cała ko­lum­na. Je­steśmy aku­rat na wzgórzu i wi­dzi­my zeń przed i za sobą płynącą rzekę ciągników, wozów, ar­mat, czołgów, woj­ska...

Głośna eks­plo­zja zatrzęsła na­szym sa­mo­cho­dem. To wy­sa­dzo­no w po­wie­trze stos uprzątniętych min. Dro­ga wol­na. Za­hu­czały znów sil­ni­ki, za­dzwo­niły gąsie­ni­ce czołgów, za­dud­niły koła ar­mat. Popłynął po­tok mo­torów i żela­za. Naprzód, naprzód, na zachód!

W Szydłowie, pierw­szym mieście oswo­bo­dzo­nym obecną ofen­sywą, uj­rze­liśmy gołe mury, sterczące ko­mi­ny i pierw­szych cy­wilów. Z tobołkami na ple­cach, z dziećmi na rękach wra­ca lud­ność na zglisz­cza domów. Po dro­dze spo­ty­ka­my jej co­raz więcej. Mi­ja­my się - my, rze­ka mo­torów, żela­za i ar­mat - i oni, stru­myk pie­szych oszołomio­nych hu­kiem, wy­stra­szo­nych lu­dzi, powra­cających z oca­lałym do­byt­kiem.

W Chmiel­ni­ku ry­nek zatłoczo­ny sa­mo­cho­da­mi. Lud­ności nie­wie­le. Grup­ki osób stoją na tle wy­bi­tych okien i wyłama­nych drzwi. To­wa­rzyszące nam kino ob­jaz­do­we Mi­ni­ster­stwa In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy przez me­ga­fon za­czy­na nada­wać hymn na­ro­do­wy. Mo­men­tal­nie ry­nek się zapełnia. Miesz­kańcy nie ro­zu­mieją, co się właści­wie dzie­je. Na wi­dok obsługi w mun­du­rach pol­skich żołnie­rzy tłum ru­sza na auto i przez chwilę poważnie się oba­wia­my o całość auta i na­szych kości. Tyle od razu pytań, okrzyków, wes­tchnień, że nie wia­do­mo, komu i na co od­po­wia­dać. Od­po­wie­dzią jest hymn na­ro­do­wy. Ope­ra­tor na­sta­wia go nie­prze­rwa­nie.

Uje­cha­liśmy już kil­ka­dzie­siąt ki­lo­metrów, rwie­my naprzód za odgłosem ar­ty­le­rii, ale nie możemy jej do­gnać. Fan­ta­stycz­nie szyb­ko idzie so­wiec­kie ude­rze­nie. Na­sta­wi­liśmy się na wi­dok pól bi­tew­nych, stosów sprzętu, po­ległych, a tu pra­wie nic. Żad­nych śladów zma­gań. Niem­cy na tej tra­sie nie sta­wia­li żad­ne­go opo­ru. Minęliśmy ich jedną linię obro­ny, drugą, dzie­siątą - pust­ka. Do­pie­ro pod Kiel­ca­mi uj­rze­liśmy, że ude­rze­nie so­wiec­kie nie tyl­ko wy­mia­ta, lecz i miażdży. Pierw­sze roz­bi­te nie­miec­kie sa­mo­cho­dy leżą do góry kołami. Pierw­sze czołgi dymiące jesz­cze i pierw­sze ślady pa­nicz­nej uciecz­ki - hełmy na dro­dze. Jest ich co­raz więcej. Po­nie­wie­rają się obok tor­nistrów, płasz­czy, ma­sek ga­zo­wych - tego wszyst­kie­go, co prze­szka­dza w uciecz­ce.

Przed nie­wielką rzeką Niem­cy wi­docz­nie sta­wi­li opór. Zo­stały tam działa, gra­nat­ni­ki, sto­sy amu­ni­cji i po­le­gli. Leżeli przyprósze­ni ku­rzem szo­sy, ze­sztyw­nia­li na mro­zie, zmięci, po­czer­nia­li, nie budzą w nas uczu­cia ani nie­na­wiści, ani litości. Pa­trzy­liśmy na nich z taką samą dozą cie­ka­wości, z jaką oglądaliśmy roz­bi­te sa­mo­cho­dy i spa­lo­ne czołgi.

Do Kielc dojeżdżamy z obawą, co tam za­sta­nie­my. Wspo­mnie­nie zbu­rzo­nych miast po pra­wej stro­nie Wisły nie wróżyło nic do­bre­go, ale nie­tknięte wio­ski i mia­stecz­ka mi­ja­ne po dro­dze na­pa­wały nas otuchą, że dzięki szyb­kości so­wiec­kie­go ude­rze­nia Niem­cy nie zdążyli Kielc znisz­czyć.

Tym­cza­sem wzdłuż dro­gi leżało co­raz więcej roz­bi­tych aut, po­rzu­co­nej amu­ni­cji, hełmów i nie­miec­kich trupów. W pew­nej chwi­li ze wznie­sie­nia szo­sy uj­rze­liśmy wieże kościel­ne i da­chy Kielc. Za­le­d­wie kil­ka słupów dymu uno­siło się nad mia­stem.

Do pierw­sze­go wy­zwo­lo­ne­go wo­jewódzkie­go mia­sta wjeżdżaliśmy z radością, że mia­sto ist­nie­je. Piękny gmach Domu Przy­spo­so­bie­nia Woj­sko­we­go i Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­ne­go, ozdo­ba Kielc, stoi nie­na­ru­szo­ny. Z pięter tego gma­chu spoj­rze­liśmy na mia­sto. Kiel­ce są. Uli­ca­mi ciągną po­to­ki bro­ni i mo­torów.

Gdzieś da­le­ko, za pa­smem wzgórz hu­czała ar­ty­le­ria. Go­ni­liśmy ją cały dzień, lecz do­go­nić nie mo­gliśmy. Tej nie­wia­ry­god­nej szyb­kości ofen­sy­wy na zachód za­wdzięczają Kiel­ce i Kie­lec­czy­zna swo­je oca­le­nie.

Szyb­kość ofen­sy­wy ra­tu­je mia­sta

W Kiel­cach przed czter­na­sto­ma go­dzi­na­mi byli Niem­cy. Urzędy pra­co­wały, skle­py stały otwo­rem, w We­hr­mach­thaus miał się odbyć kon­cert. Uli­ca­mi snu­li się prze­chod­nie, mężczyźni ostrożnie (łapan­ki), ko­bie­ty śmie­lej, zwłasz­cza z dziećmi. Ale w po­wie­trzu czuć było "coś". Ka­no­na­da ar­ty­le­rii potężniała z go­dzi­ny na go­dzinę. Nie­ustan­ny głuchy grzmot prze­wa­lał się na wschod­niej stro­nie nie­ba.

W pew­nej go­dzi­nie od stro­ny Jędrze­jo­wa, Chmiel­ni­ka, Bu­ska zaczęły wjeżdżać do Kielc sa­mo­cho­dy napełnio­ne nie­miec­kim woj­skiem. Z urzędów pośpiesz­nie wy­bie­gli re­ichs- i volks­deut­sche. Wy­lo­to­we uli­ce na zachód i północ­ny zachód zo­stały za­kor­ko­wa­ne tłoczącymi się po­jaz­da­mi. Huk ar­ty­le­rii potężniał z każdą chwilą. Na nie­bie uka­zały się sa­mo­lo­ty. W ciągu kwa­dran­sa prze­chod­nie zniknęli z ulic. Od co­raz bliższych wy­buchów le­ciały już szy­by z okien. Do Kielc całym ga­zem wjeżdżały so­wiec­kie pan­cer­ne czołówki.

Te­raz, po czter­na­stu go­dzi­nach, w Kiel­cach są jesz­cze Niem­cy. Leżą na chod­ni­kach. Mróz ściął ich ciała na drew­no. Jed­ne­mu hełm zsunął się z głowy. Świe­ci z da­le­ka łysą czaszką i strasz­no-śmiesz­nie skręcony, spogląda szkla­nym wzro­kiem na prze­chod­niów. Dru­gi ułożył się wzdłuż chod­ni­ka. Ze­sztyw­niały "na bacz­ność", w po­czer­niałej ręce trzy­ma kur­czo­wo gra­nat. Na jezd­niach wra­ki czołgów. Niektóre jesz­cze dymią. Prze­chod­nie oglądają ślady po­je­dyn­ku pan­cer­nych ma­szyn. Nie­miec­ki czołg i so­wiec­kie działo sztur­mo­we sparły się lu­fa­mi. We wnętrzu roz­bi­te­go czołgu zo­stały dwa hełmy i sza­ry proch spa­lo­nej obsługi, z otwar­tej kla­py so­wiec­kiego działa ster­czy para wa­lonków i ich przedłużenie - zwęglo­ne nogi. Dzie­siątki roz­bi­tych aut i zmiażdżonych zwłok nie­miec­kich żołnie­rzy leży na jezd­niach. Jeżdżą po nich sa­mo­cho­dy.

Kiel­ce nie są znisz­czo­ne. Znać ślady bi­twy - dziu­ry w ścia­nach i wy­bi­te szy­by. Te wy­bi­te szy­by, zwłasz­cza wy­sta­wo­we, to skut­ki nie tyl­ko de­to­na­cji. Wy­star­czy spoj­rzeć do wnętrza ja­kie­goś skle­pu, aby za­dzi­wić się, jak i kie­dy zdążono po­wy­wa­lać szu­fla­dy, wy­nieść to­war, zde­mo­lo­wać urządze­nie, znisz­czyć, roz­gra­bić wszyst­ko, co się dało udźwignąć.

W gma­chu PWiWF, naj­większym i naj­piękniej­szym w Kiel­cach, mi­li­cja zaciągnęła wartę. Przed go­dziną przy­je­cha­li we dwu­dzie­stu z San­do­mie­rza, w licz­bie zbyt nikłej, aby za­bez­pie­czyć bo­daj gma­chy użytecz­ności pu­blicz­nej, nie mówiąc już o ma­ga­zy­nach i składach nie­miec­kich. Ofen­sy­wa poszła tak szyb­ko, że gru­py ope­ra­cyj­ne zor­ga­ni­zo­wa­ne w Lu­bli­nie nie nadążyły za woj­skiem. Pierw­szym re­pre­zen­tan­tem (mimo woli) rządu i woj­ska stała się gru­pa obsługująca kino ob­jaz­do­we Mi­ni­ster­stwa In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy. Woj­sko (w ro­zu­mie­niu kie­lec­czan) re­pre­zen­to­wało trzech mi­li­cjantów, za­pew­ne zuchów, ale nie­zdających so­bie spra­wy z wyjątko­wej funk­cji, jaka im w udzia­le przy­padła. Pro­pa­gandę re­pre­zen­to­wał młodzie­niec mówiący z lek­ka gwarą lu­dową, dobrą może na wsi, lecz nie w wo­jewódzkim mieście. Sy­tu­ację ra­to­wał głośnik. Nada­wał z płyt War­sza­wiankę i hymn na­ro­do­wy, słucha­ny przez lud­ność ze łzami w oczach.

Tem­po ofen­sy­wy za­sko­czyło nie tyl­ko Niemców. W oswo­bo­dzo­nym mieście or­ga­ni­za­cja władz stała się czystą im­pro­wi­zacją z wszyst­ki­mi wy­ni­kającymi stąd plu­sa­mi i mi­nu­sa­mi. Byłem zbu­do­wa­ny, słuchając ob­rad Miej­skiej Rady Na­ro­do­wej1, która szyb­ko i bez zbędnej dys­ku­sji po­dej­mo­wała de­cy­zje w doraźnych spra­wach mia­sta. Jesz­cze hu­czała ar­ty­le­ria, paliły się niektóre domy, tru­py Niemców leżały na uli­cach, a w naj­piękniej­szym gma­chu Kielc gru­pa lu­dzi brała na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za losy miesz­kańców. Nastąpiło po­ro­zu­mie­nie stron­nictw, od­by­to kon­fe­rencję z du­cho­wieństwem, duży na­cisk położono na na­tych­mia­sto­we stwo­rze­nie ochro­ny własności miej­skiej i po­nie­miec­kie­go majątku.

Po­nie­waż obsługa kina ob­jaz­do­we­go zde­cy­do­wała się po­zo­stać w Kiel­cach do następne­go dnia, pożegnałem się z nimi, gdyż moim za­mia­rem była pogoń za hu­kiem dział, który z każdą go­dziną od­da­lał się na zachód. Szczęście mi sprzy­jało. Szu­kając woj­sko­we­go auta, na­tknąłem się na ciężaro­wy sa­mochód pro­wa­dzo­ny przez pol­skie­go ofi­ce­ra. Do­wie­działem się, że je­dzie do Często­cho­wy. Nie mając pojęcia, jak prze­bie­ga li­nia fron­tu i czy do Często­cho­wy w ogóle się do­sta­nie­my, dołączy­liśmy do ko­lum­ny i po paru chwi­lach sta­liśmy się cząstką sznu­ra sa­mochodów, dział i woj­ska.

To idzie Ar­mia Czer­wo­na

Pol­ski ofi­cer, który był uprzej­my za­brać mnie z Kielc do Często­cho­wy, należy bez­sprzecz­nie do lu­dzi lubiących przy­godę: je­dzie do Często­cho­wy, nie zważając na ry­zy­ko zapląta­nia się między pan­cer­ne czołówki so­wiec­kie i po­zo­stające często w tyle gru­py wojsk nie­miec­kich. Zdąża tam, aby wypełnić roz­kaz - za­bez­pie­czyć zakłady prze­mysłowe.

W cza­sie dro­gi oglądamy za­sta­na­wiające dzi­wy:

Szosą po­su­wa się wąż mo­torów i lu­dzi. Za stu­de­ba­ke­ra­mi jadą prze­sta­rzałe for­dy. So­wiec­kie zisy to­wa­rzyszą do­dge'om. Chyże wil­ly­sy pędzą na wyprzódki z har­ley­ami. Wśród sa­mo­chodów zgrzy­tają trak­to­ry, dud­nią koła ar­ty­le­rii, szczękają gąsie­ni­ce czołgów. Z boku dro­gi ciągnie inny wąż: wozy zdo­by­te na Niem­cach ra­zem z wózka­mi na jed­ne­go ko­ni­ka. Ko­la­ski i ta­ra­taj­ki2, dorożki i la­kie­ro­wa­ne po­wo­zy. Wśród ta­borów - woły w jarz­mach. Są one skraj­nym kon­tra­stem sa­mo­chodów i huczących nad nami sa­mo­lotów. Kon­tra­sty te są tym dziw­niej­sze, że składają się na całość, która zdu­mie­wa i każe na ten pochód mo­torów i ma­szyn, lu­dzi i zwierząt pa­trzeć jak na sym­bol. Gdy zaś pa­trzy się na lu­dzi, to sym­boliczne zna­cze­nie po­cho­du wołów i fordów, czołgów i ta­ra­ta­jek na­bie­ra cech tym bar­dziej ja­skra­wych.

To idzie Ar­mia Czer­wo­na; Słowia­nie z Wiel­kiej Rusi ra­zem z Kir­gi­za­mi, oliw­ko­wi Or­mia­nie obok ko­so­okich Kałmuków. Ko­za­cy znad Donu, Sy­bi­ra­cy, żołnie­rze bro­da­cze, żołnie­rze ko­bie­ty, żołnie­rze wy­rost­ki, gro­mad­nie, kupą, wierz­chem, z psa­mi, zbroj­ni od stóp do głów...

Wy­prze­dza­na przez czołgi i ta­jem­ni­cze ka­tiu­sze ma­sze­ru­je ko­lum­na pie­cho­ty.

Idą cia­sno, nie patrząc pod nogi. Śpie­wają chórem. Gwiżdżą na pal­cach. Na prze­dzie, chwiejąc się do tak­tu, kro­czy żołnierz i gra na har­mo­nii.

Hi­sto­ria bie­rze od­wet

Dro­ga za­pcha­na po­jaz­da­mi i woj­skiem. Na przełaj, przez pole, jak ol­brzy­mie kra­by ciągną czołgi. Dzień jest słonecz­ny. Na nie­bie nie ma ani jed­nej chmur­ki. Na nie­bie nie ma ani jed­ne­go nie­miec­kie­go sa­mo­lo­tu. Gdzież to wspa­niałe Görin­gow­skie lot­nic­two?

Co kil­ka­naście ki­lo­metrów zie­mia po­kry­ta ro­wa­mi prze­ciw­czołgo­wy­mi, oplątana za­sie­ka­mi z dru­tu, sko­pa­na zyg­za­ka­mi okopów. Bun­kry, umoc­nie­nia i for­ty­fi­ka­cje. Pra­ca wie­lu mie­sięcy i wie­lu dzie­siątków tysięcy Po­laków, gna­nych na oko­py przy­mu­sem i nik­czemną pro­pa­gandą, pi­saną na do­mach mia­ste­czek: "Wy­bie­raj - Sy­bir lub oko­py!"... "Chcesz bro­nić Oj­czy­zny - idź na oko­py".

Umoc­nie­nia pu­ste. Mo­sty nie­zer­wa­ne. Bun­kry nie­znisz­czo­ne. Gęsto stoją opusz­czo­ne działa z lu­fa­mi skie­ro­wa­ny­mi na wschód. Z okopów wszyst­ko, co żywe, uciekło. Zo­stały hełmy, roz­bi­te sa­mo­cho­dy, sprzęt i nie­co trupów. Co wpra­wiło Her­re­nvolk3 w pa­nicz­ny lęk, każący ra­to­wać się obłędną ucieczką, aby da­lej, aby na zachód, aby na Deutsch­land, ten, co to über al­les...?

Gdzie rok 1939, gdzie 1941?

Hi­sto­ria bie­rze od­wet. Koło jej ob­ra­ca się w prze­ciw­nym kie­run­ku. 1 września 1939 roku z bra­my na Często­chowę runęły dy­wi­zje 10. ar­mii nie­miec­kiej Re­iche­naua i Pau­lu­sa. 18 stycz­nia 1945 roku te same nie­miec­kie ar­mie ucie­kają w pa­nicz­nym popłochu przez tę samą bramę. Już bez Re­iche­naua i Pau­lu­sa. Bez mrzo­nek o "no­wym ładzie" w Eu­ro­pie.

W Często­cho­wie

Nie­da­le­ka ar­ty­le­ria bije sal­wa­mi. Mi­ja­my wsie, gdzie do­pie­ro co za­je­chały ciężkie czołgi, ba­te­rie zaj­mują sta­no­wi­ska, lud­ność chyłkiem ucie­ka do piw­nic, a już na wszyst­kich skrzyżowa­niach wid­nieją świeżo przy­bi­te so­wiec­kie dro­go­wska­zy. "Re­gu­lowsz­czyk"4 ze zna­kującej gru­py rzekł nam nie bez dumy, że na swo­im sa­mo­cho­dzie wie­zie dro­go­wska­zy z na­zwa­mi nie­miec­kich miast, leżących w środ­ku Nie­miec.

Wsie, mia­stecz­ka na całej tra­sie są pra­wie nie­tknięte. W Żyt­nie za Włoszczową do­wia­du­je­my się, że do Często­cho­wy wje­chały so­wiec­kie czołgi.

Robi się mrok. Śpie­szy­my, aby zdążyć przed nocą. Wieczór za­sta­je nas kil­ka­naście ki­lo­metrów przed Często­chową i szo­sa przy­bie­ra baj­ko­wy wygląd. Roz­jaśnia ją nie­kończący się sznur świa­teł. To so­wiec­kie ko­lum­ny walą z bra­wu­rową pew­nością na pełnych światłach, pełnym ga­zem do pełnego zwy­cięstwa!

W Często­cho­wie ka­mie­ni­ce i fa­bry­ki są nie­usz­ko­dzo­ne. Ważny ośro­dek prze­mysłowy oca­lał. Mieści się tu prze­mysł ga­lan­te­ryj­ny i włókien­ni­czy. Gu­zi­ki, igły, szpil­ki, sznur­ki, nici, dro­bia­zgi - tak ważne w co­dzien­nym życiu, są wy­two­rem prze­mysłu często­chow­skie­go. Poza tym pa­pier­nia, fa­bry­ki me­ta­lo­we, huty szkła, dużo in­nych po­mniej­szych zakładów i warsz­tatów składa się na całość uprze­mysłowio­ne­go mia­sta.

Do go­dzi­ny dru­giej po południu w fa­bry­kach pra­co­wa­li ro­bot­ni­cy, o go­dzi­nie trze­ciej do Często­cho­wy wje­chały so­wiec­kie czołgi.

Na cze­le, strze­lając z dział, je­chał czołg z otwartą klapą, w której wy­chy­lo­ny do połowy czołgi­sta po­wie­wał so­wiec­kim sztan­da­rem. Za­sko­cze­nie było tak nagłe, że Niem­cy nie sta­wi­li opo­ru. Bez cza­pek, bez bro­ni roz­pierz­chli się po podwórzach. Wie­lu po­legło, resz­ta, ko­rzy­stając z nocy, ławą ru­szyła na zachód. O świ­cie w Często­cho­wie nie było żywe­go Niem­ca.

Pol­ski ofi­cer, z którym przy­je­chałem, jest wi­ta­ny z ta­kim en­tu­zja­zmem, że patrząc, do­zna­wałem głębo­kie­go wzru­sze­nia. Musi on od­po­wia­dać na wie­le pytań, ści­skać wyciągnięte dłonie, bro­nić się przed po­dar­ka­mi, które gwałtem wci­skają mu do rąk.

Miesz­kańcy są za­wie­dze­ni, że do mia­sta przy­je­chał tyl­ko je­den pol­ski żołnierz...

An­to­lo­gia pol­skie­go re­por­tażu wo­jen­ne­go 1939-1945, oprac. S. Na­dzin, War­sza­wa: Wy­daw­nic­two Mi­ni­ster­stwa Obro­ny Na­ro­do­wej, 1962, s. 219-226

Mgła alu­zyj­ności

Ten ry­su­nek zajął w "Wia­do­mościach Li­te­rac­kich" całą stronę. Nosił tytuł Sy­tu­acja po­etycz­na w Pol­sce w roku 1937. Przed­sta­wio­no na nim kil­ku­dzie­sięciu pol­skich li­te­ratów. Jed­ni wy­sta­wiają głowy z okien domu Pol­skiej Aka­de­mii Li­te­ra­tu­ry, inni robią pi­ru­ety na jego da­chu; Nałkow­ska ujeżdża Boya-Żeleńskie­go jak ko­nia; z mo­rza ano­ni­mo­wych gra­fo­manów wyłania się kil­ku, którzy wchodzą po dra­bi­nie do tyłka Ju­lia­na Tu­wi­ma; przed do­mem je­dzie wóz dra­bi­nia­sty, zaprzężony w pe­ga­za, którym po­wo­zi Staff, a do środ­ka usiłuje się do­stać Wie­rzyński.

Wóz Aka­de­mii ostrze­li­wu­je z łuku Zbi­gniew Mit­zner.

Re­por­ter, fe­lie­to­ni­sta, sa­ty­ryk i so­cja­li­sta (pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej aresz­to­wa­ny przez NKWD), który ra­zem z Ery­kiem Lipińskim w 1935 roku założył sa­ty­rycz­ne "Szpil­ki". Tyl­ko w la­tach 1936-1938 wy­to­czo­no mu za sa­tyrę i kry­tykę piętnaście pro­cesów sądo­wych. Stu­dio­wał pra­wo na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim, już jako stu­dent wstąpił do PPS. Dru­ko­wał w "Płomie­niach" i "Ty­go­dniu Ro­bot­ni­czym", przed wy­bu­chem woj­ny był re­dak­to­rem na­czel­nym "Dzien­ni­ka Lu­do­we­go". Jako fe­lie­to­ni­sta używał pseu­do­ni­mu Jan Szeląg, gro­mił w swo­ich re­por­ter­skich fe­lie­to­nach fa­szyzm, sa­nację i pra­wicę.

Jego In­fer­no w Zbąszy­niu, na­pi­sa­ne dla "Dzien­ni­ka Lu­do­we­go", jest re­lacją z obo­zu, który Po­la­cy założyli dla tysięcy Żydów - oby­wa­te­li pol­skich, wy­da­lo­nych z Nie­miec pod ko­niec paździer­ni­ka 1938 roku, na dwa ty­go­dnie przed "nocą krysz­tałową". Władze pol­skie dążyły do zmniej­sze­nia licz­by Żydów w kra­ju, więc chciały po­zba­wić pol­skiego oby­wa­tel­stwa Żydów prze­by­wających za gra­nicą, głównie w Niem­czech. Rząd wydał de­kret, że do 30 paździer­ni­ka 1938 roku oby­wa­te­le Rzecz­po­spo­li­tej miesz­kający na stałe poza jej gra­nicami mają obo­wiązek po­twier­dzić swo­je oby­wa­tel­stwo. Jeśli tego nie zro­bią, zo­sta­nie im ono ode­bra­ne. Po­nie­waż hi­tle­row­skie Niem­cy także chciały po­zbyć się jak naj­większej licz­by Żydów, wpadły na po­mysł, by - nim nastąpi utra­ta ważności pasz­portów - prze­sunąć wszyst­kich za polską gra­nicę. Tłuma­czo­no, że ma to ich chro­nić przed sta­tu­sem bez­państwowców.

Wypędzo­no wte­dy sie­dem­naście tysięcy Żydów, z których dzie­więć lub dzie­sięć tysięcy (po­da­je się różne dane) tra­fiło do Zbąszy­nia. Władze pol­skie nie po­zwo­liły im je­chać w głąb kra­ju, tyl­ko in­ter­no­wały w przy­gra­nicz­nym obo­zie. Dro­gi wy­jaz­do­we ze Zbąszy­nia i dwo­rzec zo­stały ob­sta­wio­ne po­ste­run­ka­mi po­li­cji, a rząd ogłosił, że Zbąszyń sta­je się mia­stem za­mkniętym. Wie­lu za­trzy­ma­nych opusz­czało mia­sto po kry­jo­mu, ko­rzy­stając z po­mo­cy miesz­kańców. Ofi­cjal­nie obóz zo­stał zli­kwi­do­wa­ny na kil­ka dni przed wy­bu­chem dru­giej woj­ny świa­to­wej.

Re­por­taż ten sta­no­wił nie­gdyś mój wiel­ki suk­ces dzien­ni­kar­ski - pisał Zbi­gniew Mit­zner. - Mogę się tym otwar­cie chwa­lić, gdyż nie cho­dzi o żadne wa­lo­ry sty­lu, bu­do­wy utwo­ru i temu po­dob­ne ce­chy. Cho­dzi po pro­stu o to, że re­por­taż nie bez wiel­kiego wysiłku udało mi się na­pi­sać, że w ogóle mógł się uka­zać w dru­ku, gdyż inne re­por­taże [na ten te­mat], a na­wet zwykłe wia­do­mości były kon­fi­sko­wa­ne. Dzięki cze­mu od­niosłem ten suk­ces? Dzięki temu, że po­minąłem albo ze­pchnąłem w mgłę alu­zyj­ności to, co sta­no­wiło istotę spra­wy. Rzecz prze­cież po­le­gała na tym, że rząd pol­ski nie miał w ogóle pra­wa in­ter­no­wać swo­ich oby­wa­te­li, oby­wa­te­li pol­skich, nie miał pra­wa nie wpusz­czać ich w głąb kra­ju, za­bra­niać im je­chać, gdzie chcie­li. Lu­dzie ci sta­no­wili piłkę pod­rzu­caną przez dwie różne ręce. Eks­por­tację do­ko­naną przez hi­tle­rowców udało mi się jesz­cze jakoś po kawałku prze­my­cić, oczy­wiście uni­kając opi­su faktów naj­bar­dziej ja­skra­wych, uni­kając otwar­te­go wy­mie­nia­nia, kto jest wi­nien, kto tego wszyst­kie­go do­ko­nał. Wi­no­waj­cy po tej stro­nie gra­ni­cy, ci, co ka­za­li owych lu­dzi po kil­ka razy w ciągu nocy spy­chać z po­wro­tem na stronę nie­miecką, którzy chcie­li zasłużyć się w opi­nii hi­tle­rowców i własnych oene­rowców twardą ręką i bez­pra­wiem wo­bec de­por­to­wa­nych - po­zo­stają w tym re­por­tażu w zupełnym cie­niu. Gdy dziś czy­tel­nik czy­ta te kart­ki, może na­wet nie bar­dzo ro­zu­mie, co to za siła trzy­ma tych pol­skich Żydów w owych in­fer­nal­nych wa­run­kach w staj­niach Zbąszy­nia. Wówczas au­tor, pisząc, ape­lo­wał do tego, co lu­dzie i tak o tej spra­wie wie­dzie­li i co so­bie do owe­go opi­su umie­li do­po­wie­dzieć. Ta spra­wa prze­cież dla wie­lu uczci­wych Po­laków stała się punk­tem zwrot­nym. Prze­cież właśnie Zbąszyń stał się po­wo­dem ze­rwa­nia wszel­kiej współpra­cy z re­ak­cyj­nym "Pro­sto z mo­stu" ta­kich lu­dzi jak Irzy­kow­ski czy An­drze­jew­ski.

"Pro­sto z mo­stu" było ty­go­dni­kiem li­te­rac­ko-ar­ty­stycz­nym wy­da­wa­nym od 1935 roku przez obóz na­ro­do­wy i re­da­go­wa­nym przez Sta­nisława Pia­sec­kie­go. Z Adol­fem No­wa­czyńskim czy Ja­nem Do­bra­czyńskim w roli gwiazd pióra miał być prze­ciw­wagą dla li­be­ral­nych "Wia­do­mości Li­te­rac­kich". Był po­pu­lar­ny, osiągał o jedną trze­cią większy nakład niż "Wia­do­mości". We wrześniu 1938 roku ostrze­gał, że "Żydzi właśnie prze­szli do ata­ku" i "sto­sują od­bie­ra­nie chle­ba Po­la­kom na każdym kro­ku". Po wy­da­le­niu Żydów z Nie­miec i spra­wie zbąszyńskiej fe­lie­to­ni­sta ty­go­dni­ka Ka­rol Zby­szew­ski w swo­jej stałej ru­bry­ce Ryżową szczotką pro­sto z mo­stu na­pi­sał:

Ko­niecz­ne są te re­pre­sje hi­tle­row­skie. Po­zby­wają się Niem­cy swych Żydów, a o to prze­cie cho­dzi. To pod­czas woj­ny ma się truć swo­ich wrogów ipe­ry­tem, roz­szar­py­wać ich gra­na­ta­mi, a w cza­sie po­ko­ju nie wol­no sto­kroć gor­szych wrogów łagod­nie wy­sie­dlić? [...] Hu­ma­ni­ta­ryzm, łagod­ność, li­be­ra­lizm - bar­dzo to wszyst­ko do­bre rze­czy. Ale opróżnie­nie kra­ju z Żydów jesz­cze lep­sze. Bez na­ci­sku, przy­mu­su, de­kretów tego się nie zro­bi. Jeśli się nie chce być żyw­cem zje­dzo­nym przez plu­skwy, trze­ba je roz­gnia­tać.

Co do sa­me­go re­por­tażu In­fer­no w Zbąszy­niu z "Dzien­ni­ka Lu­do­we­go" - jego siła po­le­gała na uzu­pełnie­niu tego, co czy­tel­ni­cy o Zbąszy­niu wie­dzie­li.

Te spra­wy zbąszyńskie - wyjaśniał da­lej Zbi­gniew Mit­zner - działy się na sze­ro­kim tle po­li­ty­ki wewnętrznej i między­na­ro­do­wej. De­cy­zje trzy­mał w swych rękach oso­biście Beck. Po­wszech­nie wówczas było wia­do­me, że eks­pul­sując Żydów oby­wa­te­li pol­skich z Nie­miec, rząd hi­tle­row­ski by­najm­niej nie za­mie­rzał robić kawału swe­mu wschod­nie­mu so­jusz­ni­ko­wi. Że cho­dziło o wspólną de­mon­strację "ide­ową", an­ty­se­micką, ra­si­stowską. Ale re­por­tażysta nie miał oczy­wiście żad­nej możliwości szpe­ra­nia po kan­ce­la­riach w Ber­li­nie i w pol­skim MSZ-ecie na uli­cy Wierz­bo­wej, nie miał możliwości oso­bi­ste­go za­in­ter­pe­lo­wa­nia w spra­wie tej pro­wo­ka­cji pułkow­ni­ka Bec­ka, mi­strza w ta­kich właśnie po­su­nięciach. Po­zo­sta­wał mu tyl­ko Zbąszyń bez żad­ne­go tła, bez możliwości po­czy­nie­nia po­li­tycz­nych uogólnień. [...] De­ma­ska­tor­stwo [re­por­te­ra] było bar­dzo ogra­ni­czo­ne wa­run­ka­mi.

Owe "wa­run­ki" to wpro­wa­dzo­ne w li­sto­pa­dzie 1938 roku roz­porządze­nie o ochro­nie in­te­resów państwa, a kil­ka mie­sięcy wcześniej - de­kret pre­zy­den­ta, uza­leżniające prasę od władz. Przykładem niech będzie po­uf­ne pi­smo, które Urząd Wo­jewódzki w Lu­bli­nie wysłał do sta­rostów po­wia­to­wych 1 września 1938 roku w spra­wie li­kwi­da­cji cer­kwi pra­wosław­nych na te­re­nie wschod­nich po­wiatów wo­jewództwa:

Urząd Wo­jewódzki ko­mu­ni­ku­je, iż Pan Pre­mier i Mi­ni­ster Spraw Wewnętrznych uznał sprawę li­kwi­da­cji [...] za do­tyczącą naj­bar­dziej istot­nych po­trzeb Państwa i re­li­gii. Z tych też względów Pan Pre­mier nie może uznać za do­pusz­czalną jakąkol­wiek kry­tykę działań Rządu na tym od­cin­ku w ak­cji pra­so­wej. W ra­zie, gdy­by które z pism wy­ka­zy­wało nie­zro­zu­mie­nie dla tej spra­wy, Pan Pre­mier zde­cy­do­wa­ny jest za­sto­so­wać wo­bec właści­wych re­dak­torów czy pu­bli­cystów re­pre­sje do Be­re­zy [Kar­tu­skiej] włącznie.

W tej sy­tu­acji nie dzi­wi, że fe­lie­to­ni­sta le­wi­co­wiec, usłyszaw­szy o ak­cji w Zbąszy­niu, po­je­chał tam na­tych­miast. Mówi się, że każdy może na­pi­sać w życiu je­den do­bry wiersz. In­fer­no w Zbąszy­niu to ko­lej­ny przykład, że dzien­ni­karz, pi­sarz czy na­wet re­gio­na­li­sta ama­tor może na­pi­sać je­den re­por­taż, który przej­dzie do hi­sto­rii. Musi jed­nak zna­leźć swój "te­mat życia". Tak dla nie­go ważny, żeby chciało mu się wstać od biur­ka, po­rzu­cić książki, wyjść z domu i oso­biście do­cie­rać do praw­dy.