Antologia 100/XX. Tom 1 - Praca zbiorowa

Reflow text when sidebars are open.
W latach trzydziestych prowadził w "Dzienniku Ludowym" codzienną rubrykę reporterską Godzina w Sądzie Pracy. Przez kilka lat relacjonował rozprawy związane z łamaniem praw pracowniczych. Jego teksty z sądu nie mogły być długie, a mimo to wychodziły poza ramy relacji sądowej.
Odcinek O człowieku, który zgubił serce zaczynał się tak:
- Nie mam serca... Zgubiłem, proszę wysokiego sądu... - mówił powód, szewc chałupnik. Po tym wyznaniu, pełen determinacji i głębokiej nuty żalu po utracie serca, szewc chałupnik westchnął: - Nie mogę... [...] Człowiek, który zgubił serce, przestąpił z nogi na nogę, obleciał wzrokiem mroczny sufit i westchnąwszy, jął opowiadać [...].
Odcinek Człowiek-koń nie był zwykłą relacją z przebiegu procesu (choć Lech Pietrzak nawet zwykłe relacje starał się pisać w sposób wolny od rutyny). W tym wypadku szczegóły zasłyszane przez reportera na rozprawie pozwoliły mu stworzyć literacki portret skarżącego się przed sądem:
Człowiek-koń odpoczywał. Jego uprząż - postronek konopny - zwisł luźno i nie rżnął żywego mięsa ludzkiej piersi. Dyszel wózka, wsparty na bruku, dotykał pięty człowieka-konia i nie szarpał już jego ramienia, nie bódł żeber prawego boku.
Człowiek-koń ocierał brzegiem kapoty pot z czoła i z rozsapanych płuc oddawał resztki zmęczenia. Stał na szeroko rozstawionych nogach, nie bacząc na huk, gwar i pęd mijanych go koni-zwierząt i koni mechanicznych. On, człowiek-koń, zbierał siły na swoją drogę.
Biegła ta droga w dół śmiałym zakrętem. O trzysta metrów dosięgał człowiek-koń składu towarów. Miał on zawieźć tam swój bagaż. Ciężki. Kilkaset kilo mosiądzu.
Nie odsuwając stóp od dyszla, ujął drąg w obie garście. Ale gdy tylko dyszel podniósł, wnet ciężar kilkuset kilogramów naparł na człowieka. Wyciągał mu ramiona ze stawów, uginał kolana. Człowiek-koń szedł krok za krokiem. Obok niego biegły kłusem konie-zwierzęta i pełnym gazem konie mechaniczne. Okrzyki woźniców, wrzaski klaksonów ostrzegały go, by trzymał się brzegu i nie właził im w drogę.
Człowiek-koń nie właził w drogę. Trzymał się brzegu jezdni [...]. Lecz dyszel coraz bardziej wyciągał mu ramiona ze stawów, coraz silniej pchał go przed siebie i człowiek-koń począł biec. Najpierw truchcikiem, lekko wyrzucając nogi przed siebie, potem coraz szybciej stopy człowieka-konia waliły w bruk, coraz głośniej łoskotały koła wózka, aż trucht zmienił się w galop.
Pędził człowiek-koń po pochyłej jezdni. Krzyczał co siły, by mu dano drogę. Wparł pięty w kamienie, chciał hamować toczący się ciężar, lecz jego ludzkie siły były na to zbyt słabe.
Walił wóz z góry całą siłą, pchał przed sobą człowieka, aż wyrżnął w inny wehikuł i rozłożył się do góry kołami.
Człowiek-koń upadł. Podnieśli go przechodnie. Dobrzy ludzie zebrali rozsypany towar i rozsypany wózek. Wózek odstawiono do firmy platformą, a człowiek-koń pokuśtykał do pracodawcy luzem.
Teraz stoi przed sądem pracy i domaga się sprawiedliwości. Prosi o zmuszenie firmy do wypłacenia mu całego zarobku bez potrąceń za zniszczony wózek.
Sąd, stwierdziwszy, że firma obciążała wózek ponad siły ludzkie, przychylił się do tej prośby.
Lech Pietrzak skończył sławną Szkołę Mechaniczno-Techniczną Wawelberga i Rotwanda w Warszawie, która po wojnie weszła w skład Politechniki Warszawskiej. Przed wojną pracował w fabryce Fiata. Zaczął pisać do socjalistycznego "Robotnika" i przełożeni kazali mu zdecydować, komu służy. Przeszedł do "Robotnika", potem pracował w "Dzienniku Ludowym", gdzie - z wojenną przerwą i aż do momentu zlikwidowania pisma w 1949 roku po ucieczce przywódcy ludowców Stanisława Mikołajczyka za granicę - prowadził wspomnianą rubrykę sądową. Potem do odwilży 1956 roku nie mógł być dziennikarzem. Napisał wtedy kilka przewodników turystycznych, miedzy innymi po Kazimierzu Dolnym i okolicach Warszawy. Po stworzeniu "Kuriera Polskiego" związał się z tą redakcją. Na dwudziestopięciolecie Polski Ludowej wydał zbiór swoich reportaży W kalejdoskopie ćwierćwiecza.
W styczniu 1945 roku jako reporter "Robotnika" szedł za Armią Czerwoną, wyzwalającą centralną Polskę. W Kielcach wpadł na klasyczny reporterski pomysł: towarzyszyć samotnemu bohaterowi. Spotkał bowiem polskiego oficera, który oznajmił, że jedzie do Częstochowy zabezpieczyć odebrane Niemcom zakłady przemysłowe. O tym między innymi opowiada tekst Naprzód! Na zachód!
Dziś nikt by takiego reportażu o powodzi nie napisał. Reportażu, który każdą informację ma owiniętą w poetyzujący obraz. Reportażu tak patetycznego. Reportażu, który cały jest emfazą.
Kiedy przeglądałem "Tygodnik Ilustrowany" i wzrok mój padł na wyrwane z kontekstu dwa zdania: "Jechałem tymi dolinami łez we trzy dni po największym napięciu kataklizmu, kiedy opadłe nurty odsłoniły w całej nagości pierś nieszczęścia, a wstrząsający obraz zniszczenia roztaczał się w całej pełni. Prawie nie do wiary!", już wiedziałem, że ten tekst musi trafić do naszej antologii.
Jest nie tylko zapisem nieszczęścia, które spotkało mieszkańców dorzecza Wisły, ale także zapisem tego, jak na początku wieku obrazowano kataklizm w ambitnej prasie. W czasach, kiedy wydarzeń nie można było śledzić na żywo w telewizji. Dziś przymiotniki w takiej ilości, w jakiej używał ich Laskowski, byłyby ponad wytrzymałość wielu czytelników. Wtedy chyba były w tekście tym, czym kolory na fotografii. Nic bez nich nie można było dojrzeć.
O Kazimierzu Laskowskim - poecie, pisarzu i dramaturgu - znaleźć można zaledwie garstkę informacji. Ksiądz prałat Stefan Misiniec w "Tygodniku Salwatorskim" napisał, że należy on do "mniejszych poetów, których życie wypełniała tęsknota za niepodległą Polską". Urodzony na Kielecczyźnie, po studiach w Niemczech (cukrownictwo) osiadł w miejscowości Podgaje, ale z jakichś powodów stracił majątek i przeniósł się do Kielc, a potem do Warszawy, gdzie związał się z kilkoma redakcjami. Pisano o nim też, że po przeprowadzce do stolicy "wielka łatwość wersyfikacyjna i pogoń za zarobkiem doprowadziła go do zaniku ambicji artystycznych".
"Tygodnik Salwatorski" zamieścił dla przykładu wiersz Ryngrafie naszej ziemi, w którym - zdaniem księdza Misińca - bezmiarowi nieszczęść, które poeta przedstawiał, nie towarzyszyła głębia i sprawność słowa. Jednak wiersz Laskowskiego można dziś odczytywać jako cenne świadectwo modlitwy poetyckiej tamtego czasu. Zacytujmy początek:
Orędowniczko nasza!Oto pod Twe stopySłania się najsmutniejszy z krajów Europy.Najbiedniejszy pod złotym słońca baldachimem,Kraj pragnień, zasłoniętych chmurami i dymem [...].
W swojej twórczości, obok tomów opowiadań i wierszy o życiu dworu i wsi, Kazimierz Laskowski ma książkę szczególną. Można ją uznać za książkę reporterską. W 1896 roku opublikował literackie portrety Żydów z okolic Pułtuska i zatytułował je Żydzi przy p r a c y .
"Żydzi przy pracy? Nie wierzycie? To posłuchajcie!" - zachęca czytelników w pierwszych zdaniach. I tłumaczy:
Koń pracuje, ciągnąc piersiami, wół karkiem lub rogami, doktór głową, a po trosze ręką, badając puls chorego, adwokat gębą, grabarz rękoma i stopą, bo stopa przyciska rydel... Wszyscy pracują na swój sposób. A żydek? Żydek nie tylko pracuje, ale pracuje za trzech, h a n d l u j ą c. Po pierwsze b a d a szlachcica jak doktór, czy mu potrzeba pieniędzy; po wtóre g a r d ł u j e jak adwokat, że "więcej pieniędzy za pszenicę dać nie może"; po trzecie jak grabarz g r z e b i e czasem niewypłacalnego dłużnika [...].
Laskowski prześwietla metody pracy swoich bohaterów - lichwiarzy i kupców. Opisuje na przykład, jak przez manipulację wątłym kapitałem pewne małżeństwo doszło do znacznego majątku. Zgryźliwą opowieść o nich kończy tak:
Mają już sklep we własnym domu, mają już na pożyczkach u ludzi paręset rubli, a i żyją, jak Bóg przykazał, edukując dzieci. W szabat siada u nich do rybki dziesięć osób. Ich dwoje, siedmioro bachorków i belfer. I to wszystko żyje z procentu wkładowego kapitału siedemdziesięciu pięciu rubli!!!
Być może uznawał swoje reportaże za demaskatorskie. Dziś nazwalibyśmy je śledczymi, gdyby nie to, że cechuje je ogromna niechęć. Odeszły w niebyt chyba przez swój antysemityzm. Książka ma podtytuł Notatki wieśniaka. Może opowiedział mu te historie jakiś chłop, choć to raczej mało prawdopodobne. Do opisywania socjotechnik i oszustw stosuje - jak na "wieśniaka" - zbyt skomplikowane rachunki. Może słowa "wieśniak" używa autoironicznie: nic nierozumiejący chłop wobec przebiegłych Żydów?
Książkę wydaną przez "Gazetę Warszawską" (a więc konserwatywną i katolicką) Kazimierz Laskowski kończy wyznaniem, że napisał ją po to, aby wskazać wszystkim prawdziwą przyczynę niechęci do Żydów i aby pouczyć współobywateli:
Tak pracują żydzi, a przynajmniej większość wybranego ludu, bo na szczęście są wyjątki, o czym zapominać nie należy. Do przeciwdziałania kultowi t a k i e j p r a c y, będącej uzasadnioną przyczyną i jedynym bodźcem antysemityzmu, przyczyniać się powinien każdy kochający ogół społeczny. Pisząc Żydów przy pracy, taki cel miałem na myśli.
Lepiej jednak poczytać jego relację z powodzi.
O roku ów, kto cię nie widział w naszym kraju...
A. Mickiewicz
Rok zapowiada się dobry. Po kilku ciężkich dla rolnika latach, przyszła wiosna wczesna, ciepła, słońcem promienna i zaświeciła nadzieją urodzaju.
Jeszcze miesiąc temu śmiały się dolą bujne "wyzłacane pszenicą, wysrebrzane żytem" niwy, jeszcze miesiąc temu rwała się z kmiecych progów ku ognistym zagonom raźna śpiewka, jeszcze wesele wołało w pieniach; miesiąc temu jeszcze pachniało świeżym chlebem powszednim tam, gdzie dziś - według słów znakomitej poetki:
...Lud na drogach pada, kona,Życie ścina śmierci chłód,Nocą wstaje gwiazda bladaI gromnicą trupom świeci,A nad smutną ziemią leciKrzyk ostatni: Biada! biada!To głód!
Bo trzeba to sobie z góry powiedzieć, że klęska żywiołowa, która objęła kraj cały, to straszny zwiastun, to zapowiedź dni głodowych; trzeba to sobie powiedzieć, bo klęska jest powszechna, niebywała...
Tygodniowe ulewy, burze, huragany, zmulone zboża, pogniłe ziemniaki i warzywa - to zaledwie pierwszy akord żałoby nad zniszczonym owocem pracy ludzkiej, pierwszy syk złowieszczej struny... Z każdej piędzi rozbrzmiewają hiobowym echem złowrogie wieści wylewów, powodzi, zagłady!
Wylały rzeki i rzeczułki, strumyki i ruczaje, zerwały się z uwięzi stawy i jeziora, chłonąc rozszalałym nurtem wszystko spotkane, zatapiając wsie i miasteczka, góry i doliny. Nie oparły się rozkiełzanym falom ani stuletnie drzewa, ani węgły chat, ani fundamenty fabryczne, ani ciosy kamienia, ani żelazne zagrody stawideł - potop wód parł, druzgotał, miażdżył, znosił, witany w nieubłaganym pochodzie krzykami rozpaczy i zwątpienia.
Tak było nad Narwią, tak nad Bugiem, Wieprzem, tak nad Nidą, czy Prosną, tak nad Wartą czy Pilicą...
Ale jeżeli godzi się wyróżniać nieszczęście z nieszczęścia - to katastrofa doszła wprost do gigantycznych rozmiarów w dolinie Kamiennej i całym Powiślu, zwłaszcza w górnej części królowej rzek naszych, od Sandomierza ku Korczynowi.
Jechałem tymi dolinami łez we trzy dni po największym napięciu kataklizmu, kiedy opadłe nurty odsłoniły w całej nagości pierś nieszczęścia, a wstrząsający obraz zniszczenia roztaczał się w całej pełni.
Prawie nie do wiary! Mała trzeciorzędna rzeczka, zasilająca kilkowłókowe1 zbiorniki wód, położonych wzdłuż kolei ostrowieckich fabryk żelaznych, w ciągu doby wymiotła, w literalnym tego słowa znaczeniu, ślad ludzkiej pracy na przestrzeni kilku mil, rozniosła kosztem milionów sypane groble, zerwała z ciosu i żelaza zbudowane stawidła, wysadziła mosty, przegryzła prądem tor kolejowy, zatapiając wszystko od zbóż, dróg do budynków stacyjnych i fabrycznych.
Doby, bodaj chwil kilku starczyło, aby niszczący żywioł zamienił jedną z najbogatszych okolic kraju w rumowisko stłuczonych zbóż, strzaskanych drzew, rozrzuconych chat; jednej bodaj chwili starczyło, a zasłał całe zagłębie od Starachowic poza Ostrowiec gruzem zwalisk, cegieł, wymościł sitowiem, odłamami desek, zwałami wyrwanej z podglebia ziemi i kamieni.
Starachowice, Wierzbnik, Michałów, Brody, Nietulisko, Kunów, wsie okoliczne i miasto Ostrowiec, Bodzechów, Ćmielów, Bałtów aż ku Wiśle - oto etap tego straszliwego pochodu.
Wody, wyrwawszy się ze Starachowickich zbiorników, rozbijają w puch olbrzymie stawy Michałowa, ryją kilkowiorstowym2 pasem nasyp kolejowy od Wierzbnika przez Kunów do Ostrowca, przecinają w kilku miejscach olbrzymimi wyrwami gościniec bity, znoszą po zrujnowaniu stawów tartak w Brodach, wyrzucając olbrzymie kłody i belki na znacznej wysokości, druzgoczą most pod Małachowem i niewstrzymane już niczym, rękawem dwuwiorstowej szerokości toczą się w kierunku Ostrowca.
W mgnieniu oka pod wodą wstęga szyn, stacja kolejowa. Z powodzi dolatują zrozpaczone krzyki o pomoc. W mgnieniu oka zwał wody chwyta w objęcia Ostrowiec, zalewa niżej położone domy, odcina od świata fabryki klimkiewiczowskie i częstocickie i zatapia po drodze kilkadziesiąt domków z ludnością wyrobniczą na przedmieściach Bolesławów i Karolinów.
Chwieją się pod naporem fal ściany, dygocą zręby, zarysowują mury. [...]
Do walki z żywiołem staje kto żyw bez różnicy! Straż ogniowa, kapłani, obywatele, młodzi i starzy. Ale próżny wysiłek! Bezowocna walka!
Groza rośnie.
Setki ludzi tracą mienie, tysiące rąk pracę, zorganizowany komitet ratunkowy z hrabią Wielopolskim, inżynierem Śmitkowskim i księdzem proboszczem Ostrowca, Naulewiczem, na czele ma nazajutrz tysiąc ust głodnych do nakarmienia.
Straty w dolinie rzeki Kamiennej, w fabrykach, w ziemiopłodach, w uszkodzonych budynkach, w pochłoniętym materiale wynoszą miliony, a są to tylko straty doraźne. Gorzkich następstw powodzi dziś obliczyć trudno, a bodaj czy nie będą groźniejsze.
Przerwa w komunikacji kolejowej, zawieszenie robót chwilowe lub na zawsze w kilku fabrykach, stagnacja w handlu okolicznym, upadek zrujnowanego doszczętnie rolnika, dziesięć tysięcy robotników bez pracy i zarobku - oto skutki tych strasznych chwil, które w dniach 10, 11 i 12 lipca ta biedna okolica przeżyła.
We trzy dni w tej wrzącej przemysłowym i rolniczym życiem dolinie - rozsiadły się nędza i głód.
A jednocześnie prawie, jakby pobratymstwa niedoli łakome, zaczęły się rozlegać hiobowe wieści od Zawichostu, Sandomierza, od Osieka i Korczyna, od szarej Wisły!
I tu niebywały, bo sroższy niż w 1813 roku wylew wypisał na milowych przestrzeniach zagładę i zniszczenie. Już nie oddzielne chaty, nie wsie i folwarki, ale całe gminy ogarnął nieznający tamy żywioł. Lewym brzegiem rzeki - od Zawichostu poczynając, ku Krakowowi, nie ma szerokim, nieraz kilkowiorstowym pasem, jednej piędzi ziemi nienawiedzonej powodzią.
Nie pomogły bohaterskie wysiłki pobrzeżnej ludności, nie pomogły natychmiastowe fachowe zarządzenia inżynierii wodnej w Sandomierzu, nie pomogła obrona wałów pod Osiekiem, toczona z pogardą śmierci dwie doby przez dzielnego dziesiętnika (strażnika rzecznego) Ostrowskiego, wody niemal jednocześnie przerzynają nasyp ochronny lewego brzegu na dystansie Sandomierz-Korczyn i hen dalej w górze rzeki, aż po Igołomię.
Pęka wał pod Skotnikami, pod Gągolewem, powyżej Osieka, pod wsią Maśnikiem bałwany przedzierają pięćdziesięciosążniową wyrwę, za Ratajami, pod Pacanowem, Nowym Miastem szczerbi się raz koło razu cały pancerz ziemny. [...]
Toną wsie i sioła!... Z wieżyc kościelnych biją dzwony na trwogę!... Tonie Kaźmierzów, Ciszyca, Radowąż, Speranda, Śnieżyce, tonie po strzechy domostw przy ujściu Koprzywianki położony Kamieniec, toną Skotniki, Łążek, Świniary, Łukowiec, Przytoka i Otoka, toną Maśnik, Ruszcza, Budziska, Gace, Rataje, Komosów, Zofijówka, Zalesie, Słupia, Kępa Lubaska, toną tysiące morgów w pocie czoła płużonego areału, toną tysiące morgów łąk i pastwisk!
Klęska dosięga z górą stu wiosek, rujnuje kilkadziesiąt tysięcy naszego luda! W jednej dolinie Stopnickiej powódź ogarnia czterdzieści miejscowości. Są wsie bez jednego źdźbła trawy, bez jednego kłoska, bez jednej suchej izby!
Przybór i zalew trwają dwie doby. Ludność unosi życie, czepia się płotów, chwyta konarów drzew, gromadzi na strychach i dachach.
Grozę położenia zwiększa brak łódek.
Trudna walka z rozszalałym żywiołem! Bezbronna ludność czeka zmiłowania Bożego.
Więc statki rządowe holują galary3 i zabierają wyłowiony inwentarz, więc administracja cukrowni Rytwiany i zarząd dóbr Staszowskich księcia Radziwiłła zbija z desek prowizoryczne tratwy, więc niektórzy z ratujących idą wpław z pomocą!
Znów odgrywają się sceny chrześcijańskiego zaparcia się dla bliźnich. Jak pod Osiekiem dziesiętnik Ostrowski, tak na wałach pod Pacanowem walczy do wyczerpania pan Knote, rządca tego majątku. Po szumiących falach krążą improwizowane tratwy i zwykłe wyrwane ze stodół wrótnie z chlebem, solą, kartoflami dla głodnych. Wśród ratujących złotymi głoskami zapisuje się nazwisko pana Saskiego, praktykanta gospodarczego ze Słupca.
Ale dopust Boży robi swoje.
Według przybliżonych obliczeń, szkody na tym tylko szmacie Powiśla przenoszą milion dwieście tysięcy rubli!
A następstwa? Strach pomyśleć, a jednak myśleć i radzić trzeba. Straszliwa powódź przyszła w porze przedżniwnej i zatopiła wszystko do ostatniego kartofla! Nie dość tego: choć wody opadną, choćby łzy nad straconą krwawicą zdołała osuszyć na dziś dłoń bliźnia, nie mniej strasznie przedstawia się jutro. Późna, a olbrzymich rozmiarów powódź uniemożliwiła na czas długi wszelkie roboty w polu - w rozmiękłą rolę nieprędko da się wyjechać z pługiem. Nadto brak paszy zmusi rolnika do wyprzedaży za bezcen uratowanego inwentarza. Nawozy, jeśli nie były zużyte przy utykaniu wałów, zabrała i rozniosła woda; dodajmy do tego zniszczenie narzędzi i statków domowych, brak odzieży, puste komory i sąsieki, brak ziarna do siewu i na przeżywienie rodzin - a można ręce opuścić z rozpaczy.
Na domiar złego grozi jeszcze tej rzeszy nędzarzy najstraszliwszy z wrogów: choroba.
Przesiąkła wilgocią ziemia, rozkładający się pod namułem świat roślinny już dziś zieją gorączką malaryczną.
Więc wyrosną świeże mogiłki na wiejskich cmentarkach Powiśla, więc reszta łez niewylanych w powodzi padnie na wieka trumienne. [...]
Oczywiście, przyrodzoną przyczyną wylewów były bez wątpienia niezwykłe, ulewne opady deszczowe, powodujące przybór wód zarówno w głównych łożyskach, jak i dopływach.
Lecz, jak w okolicach Ostrowca, przeważa zdanie, że zanieczyszczenie koryta Kamiennej żużlem i odpadkami pobliskich fabryk, a nadto lekkomyślne utrzymywanie nadmiernej ilości wód w zbiornikach stało się powodem niebywałej katastrofy, tak na Powiślu brak środków ratunkowych, a przede wszystkim łodzi, o czym już wspominałem, powiększył liczbę nieszczęśliwych, niewytrzymałość zaś i, powiedzmy, lichy miejscami stan wałów ochronnych nie tamował rozwielmożenia się żywiołu.
Dość rzucić okiem na obwałowania obu brzegów, aby nabrać przekonania o znamiennej różnicy, istniejącej między galicyjskimi a nasypami po tej stronie. Pierwsze górują nie tylko rozmiarami, wysokością i trwałą robotą ziemną, ale nade wszystko planem wykonania. Zygzakowata linia wałów lewego brzegu, z opuszczeniem nieraz całkowitym dużych nizinnych przestrzeni pobrzeża, zaledwie średniemu przyborowi może dać opór, a daje go tym mniej właśnie, im obwałowanie przeciwległe brzegu jest skuteczniejsze. Bez przesady twierdzić można, że jednostajny wysoki grzebień wałów galicyjskich zwraca całą siłę nurtu, odbijając prąd rzeki ku lewej stronie. Ostatni wylew uwydatnił najjaskrawiej, że dorywcze, kosztem nadbrzeżnych gmin dokonywane obwałowanie brzegów Wisły jest zgoła niewystarczające.
Obecnie kierownictwo i przeprowadzenie robót nasypowych spoczywa w ręku specjalnych komitetów, złożonych z właścicieli gruntów zagrożonych zalewem. Roboty wykonywane są na koszt zainteresowanych, z funduszów powstałych ze składek i za pomocą szarwarku4 odrabianego w naturze. Władze rządowe uczestniczą w obradach komitetu z głosem doradczym, lecz na prowadzenie robót nie udzielają żadnego zasiłku. Prace przeto komitetów, skutkiem nader ograniczonych środków materialnych, nie przybrały większych rozmiarów, więc i wały, dotychczas istniejące budowane sposobem tanim i w miarę funduszów, nie stanowią dostatecznej zapory bystrym falom rzeki.
Bez wątpienia chętna obywatelska działalność komitetów mogłaby się znakomicie przyczynić do uregulowania nizin Powiśla, gdyby rząd zechciał na ten cel udzielić zasiłków lub choćby długoterminowego taniego kredytu, co umożliwiłoby podjęcie robót na wielką skalę, jednocześnie we wszystkich zagrożonych punktach. Oprócz tego plany powinny być wykonywane przez fachowych, znających dokładnie nadbrzeżne warunki inżynierów.
Co się tyczy obowiązujących obecnie komitety instrukcji z 1845 roku, te o ile zawierają idealne przepisy pod względem technicznym, o tyle skutkiem zmian, zaszłych w ustroju władz administracyjnych i we wzajemnym stosunku organów różnych dykasterii5, są przestarzałe i nie odpowiadają warunkom chwili. Należałoby opracować nowe przepisy, określające dokładnie sferę działalności komitetów i ich stosunku do władz administracyjnych i zarządu inżynierii.
Takie poglądy słyszałem na Powiślu.
Ostatnie słowo należy się tym biednym, tym w niedoli...
Jednym z najszczytniejszych budowniczych dobra było i będzie zawsze szlachetne, ofiarne serce społeczeństwa.
Grzeszyliśmy nieraz sercem, miejmyż i cnotę serca.
"Tygodnik Ilustrowany" 1903, nr 31
Niewielu pasażerów wysiada na tej stacji z pociągu, który za chwilę przekroczy granicę polsko-niemiecką i pojedzie do Berlina. Zawsze mi się wydawało, że Zbąszyń to tylko wielki, zawsze pusty dworzec kolejowy, na którym wita się lub żegna kraj i poddaje celnej rewizji. Takim był dla mnie i przed rokiem, gdy go poznałem z okna wagonu paryskiego pociągu. Myliłem się: Zbąszyń to także miasteczko liczące około sześciu tysięcy mieszkańców.
Przed frontonem dworca przebiegają błyszczące luksy1 i błękitne ekspresy, łączące dwa krańce lądu europejskiego, jego tył tonie w ciemnościach, panuje nad jakąś niepokojącą ciemnością, w którą się w tej chwili zanurzam, której jednak nie umiem określić.
Krzyk swojskich gęsi
Wielka poznańska taksówka zabiera nas łaskawie na swój pokład. Wśród nadrannej ciemności żeglujemy ku swym noclegom. Auto staje przed hotelem International. Część pasażerów jest u celu podróży. Czekamy na resztę, która idzie pieszo. Wysiadam i czuję się jakby zanurzony w morzu ciemności i ciszy. Ale to cisza niespokojna. Niespełna trzy kilometry stąd leży niemiecka granica. Te małe domki, niknące w mroku, owe polany, otwierające się wśród ulicy miasteczka, czerwone światełka na torach - to jakby sceneria sensacyjnego filmu szpiegowskiego.
Ale cisza nie trwa bezustannie. Przerywa ją nagły krzyk, wydłużający się, to niknący, to znów się wzmagający. Jest ostry i niesamowity jak krzyk pawi. Stojący obok szofer wyjaśnia:
- To gęsi.
I dodaje objaśniająco:
- Tak co noc idą te transporty, ale nie dla nas. Dla nich, bo jeść nie mają co.
Jakby wyczuł, że nie wiem dobrze, o kogo chodzi, dodaje:
- Panie, kiedy to się skończy? My tu już sił nie mamy. Że oni jeść nie mają, to źle. Ale po co ludzi męczą?
I żeby nie było już żadnych wątpliwości, o kogo chodzi, odwraca się twarzą w stronę granicy:
- Ale my się nie damy, my będziemy walczyć! Tylko nie wiemy, co w końcu z tymi ludźmi.
Podkreśla z naciskiem:
- To są przecież ludzie.
Zatrzaskujemy drzwi auta. Jedziemy dalej.
Nad moczarem
Sam restaurator i hotelarz podaje mi rano herbatę i bułkę. Pochyla się nad stolikiem i pyta:
- Kiedy to się skończy? To przecież trwa już trzy tygodnie. Wczoraj był wojewoda i starosta, i komendant policji, ale oni mówią, że nic nie mogą, że tu decyduje Warszawa. No, ale przecież musi z tym być jakiś koniec, ludzie tak nie mogą się męczyć.
W słowach restauratora brzmi nuta głębokiego współczucia. To ton, którym mówią o tych ludziach wszyscy mieszkańcy Zbąszynia. Jest ich, jak i przybyszów, około sześciu tysięcy. W tym osiem rodzin żydowskich. Reszta katolicy.
Wychodzę na ulicę i teraz dopiero widzę, iż hotel, w którym spałem, stoi prawie nad samą wodą. Staję na mostku, ale oblicze wody jest dziwnie ciemne i nieuchwytne. Nie odbija w sobie ten moczar ani sitowia, ani nieba, ani przechodzących ludzi. Pozostaje niezmienny, nieruchomy, jakby zapadnięty w sobie.
30 października
O tym moczarze myślę, gdy patrzę w twarz pierwszego człowieka spośród tamtych ludzi. Jego rysy nie odzwierciedlają ani bólu, ani cierpienia. Człowiek ten zapadł w siebie i umie mówić tylko o tym, co było.
"Było to w nocy z 29 na 30 października. Noc tę spędziłem nie w domu, ale w mieszkaniu przyjaciela. Rano przyszedł policjant, kazał gospodarzowi ubierać się i iść z nim. Gdy żona aresztowanego poczęła rozpaczać, skinął głową w moją stronę i powiedział:
- Ten pan zostaje, będzie się panią opiekował. Żeby zostawić kobietę samą, to takimi zwierzętami jeszcze nie jesteśmy.
Po pół godzinie wrócił, wylegitymował mnie i kazał iść. Do żony mego przyjaciela zwrócił się i powiedział:
- Nie tylko pani jedna zostaje dzisiaj sama.
Gdy doprowadzono mnie do posterunku, przekonałem się, że mówił prawdę. Tego dnia wyaresztowano wszystkich Żydów obywateli polskich. To samo stało się we wszystkich miastach Niemiec. Wzywano ludzi na policję, a stamtąd wysyłano wprost na granicę. Zabierano chorych ze szpitali, dzieci ze szkół, sieroty z sierocińców. Proskrypcja objęła wszystkich, od niemowląt do starców. Na moim posterunku było już około osiemdziesięciu aresztowanych. Ustawiono nas twarzami do ścian i tak przetrwaliśmy kilka godzin. Po tym połączono cały transport berliński, który liczył około dwa i pół tysiąca ludzi. Każdemu pozwolono zabrać po dziesięć marek i załadowano nas do pociągu. Po drodze nie wolno było wysiadać. W nocy stanęliśmy sześć kilometrów przed granicą. Przeprowadzono nas naokoło lasami do granicy polskiej. Stał tam jeden polski strażnik, który tłumaczył Niemcom, że nie może nas wpuścić. Wreszcie porozumiał się telefonicznie ze swoimi władzami i wpuścił nas. Policjant doprowadził nas do Zbąszynia. Resztę zobaczy pan sam..."
Straszne dni
Zaległo przykre milczenie. Wreszcie pytam o to, jak jest właśnie tutaj. Słyszę odpowiedź:
- Pierwsze dni były straszne. Ludzie byli bez pieniędzy, bez jedzenia, bez dachu nad głową. Gdyby nie miejscowa ludność (osiem rodzin żydowskich i sześć tysięcy katolików, powtarzam sobie w myślach), umarliby z głodu. Przydzielono nam dawne stajnie. Przywieziono trochę słomy. A drugiego dnia zarząd miejski przysłał gorącej kartoflanej zupy. Pierwsza gorąca strawa. Potem przyszła pomoc z Warszawy. Zorganizowano aprowizację, pomoc lekarską, opiekę nad dziećmi, pocztę. Przystosowaliśmy się do tych warunków. I tak przeszły trzy tygodnie. Ale jak to ma długo trwać? Kiedy to się skończy?
Po raz trzeci słyszę to pytanie. Rysy twarzy mego rozmówcy jakby się zmieniły, poruszyły. Pytanie oczywiście zawisa w powietrzu. Nikt nie umie dać na to odpowiedzi.
Wychodzimy na miasto. Na ulicach panuje niezwykle ożywiony ruch. W ciągu jednej nocy ludność miasta wzrosła o sto procent. Po jezdni krążą karetki Czerwonego Krzyża. Widać kuchnie polowe. Tak jakbyśmy byli w mieście przyfrontowym.
Auto nasze zatrzymuje się. Wchodzimy do wielkiego budynku z cegieł. Przed wojną mieściła się tu stajnia dla koni wojskowej szkoły jazdy. Dziś mieszka tu kilkuset ludzi. Pod ścianami rzędy sienników. O wiele ich mniej niż mieszkańców. Poprzez ciepłe palto chwyta mnie przejmujące zimno murów. Wielki, wysoki gmach nie ma ani jednego pieca. Stoimy pośrodku jakby onieśmieleni swą przypadkową, niepotrzebną obecnością. Po co tu przyszliśmy, gdy jesteśmy bezradni, gdy nic pomóc nie możemy.
Z wolna otacza nas tłum o twarzach bladych i rozgorączkowanych oczach. Zrazu zalega milczenie, aż wreszcie wybucha fala skarg, żalów, złorzeczeń. Łzy mieszane z przekleństwami.
Jesteśmy w pierwszym kręgu piekła.
Przekroczona granica
Kompleks dawnych stajen wojskowych stanowi centrum owej filii piekła. Na ich tyłach jest jakby wielkie podwórze, rynek tego najbardziej osobliwego miasta, którego mieszkańców spędzono ze wszystkich stron Niemiec.
To, co opowiadają mieszkańcy tego miasta, jest niemalże jednakowe, stereotypowe. W Hanowerze, w Kolonii, w Wiedniu, w Berlinie i w Hamburgu system był ten sam, a tylko zmieniały się nieistotne drobiazgi. System zaskoczenia działał wszędzie. Dzięki niemu po Zbąszyniu chodzą ludzie tak, jak przed trzema tygodniami wyszli ze swego domu w Hamburgu. Chodzą w tym samym ubraniu i w tej samej koszuli, ale to już nie są ci sami ludzie. Aresztowano przede wszystkim rzemieślników i właścicieli sklepów. Zarówno ludzi biednych, jak i bogatych.
Ale dziś to są już inni ludzie. Doprawdy nie wiem, czym był ten człowiek, który woła, by innych przekrzyczeć:
- Ja nie chcę nic dla siebie, ale moja żona jest chora, od dziesięciu dni ma gorączkę, a leży w zimnie. Młodzi mieszkają prywatnie, w cieple, a ona jest stara, ona jest chora!
Lekarz, który stoi obok mnie, rozkłada ręce: jest bezsilny.
- Nasze ambulatoria - informuje mnie - udzielają około tysiąca porad dziennie. Nie są to oczywiście wszystko ciężkie choroby. Przyjmujemy jednak i leczymy każdego, by nie powiększać i tak naturalnego rozdrażnienia i rozgoryczenia. Są jednak i chorzy naprawdę. Zdarzają się ataki szału. Tych naprawdę chorych zabieramy do naszego szpitala, a w poważniejszych wypadkach staramy się odsyłać do prawdziwego szpitala, ale tu napotykamy na duże trudności. Z przerażeniem myślę o nadejściu zimy i mrozów, co może spowodować masowe zachorowania.
Obeszliśmy stajnie naokoło. Pojechaliśmy dalej. Widzieliśmy oba ambulatoria, szpital, siedzibę ozdrowieńców i pięciopiętrowy, prawdziwie czarci młyn od pułapu do fundamentów wypełniony wygnańcami. Na szczyt młyna wchodzi się po drewnianych, wąskich, stromych schodach. A na szczycie skóra cierpnie na myśl o jednej zapałce, która może tu wzniecić pożar. Na tym przypadku, że ta zapałka nie zapala wysuszonego drzewa, zawisło życie wielu setek ludzi, którzy ten młyn zaludniają dniem i nocą, i którym zastępuje on mieszkanie.
Ale oto prostą, pustą szosą, biegnącą wśród sosnowego lasu, jedziemy do granicy. Auto nasze staje u biało-czerwonego szlabanu. Po prawej stronie drogi mały, schludny, miły budynek straży granicznej. Mijamy go, przechodzimy koło szlabanu i idziemy kilkanaście kroków naprzód, nad samą granicę. Wyznaczają ją dwa kopce po obu stronach szosy. O kilkanaście kroków dalej buduje się dom, jakiś robotnik uwija się wokół niego. Dom ten jest już w Niemczech. Zawracamy i wchodzimy do strażnicy.
Znalazło tu przytułek czterdziestu paru wygnańców, którzy według opinii władz nie mają ustalonego obywatelstwa. Warunki ich bytowania są o wiele lepsze od zbąszyńskich. Dwa opalane pokoje, które oddano im do rozporządzenia, stanowią w tutejszych warunkach wielki luksus. Ten luksus rekompensuje niepokój, niepewność jutra wśród tych ludzi, dla których Zbąszyń wydaje się rajem pewności, oparcia o siłę państwa, państwa, którego się jest obywatelem.
A trudno powiedzieć, by tych ludzi dopiero niedola i prześladowanie uczyniły świadomymi obywatelami Polski. Żyd z Wiednia, który trzydzieści lat mieszkał poza krajem, w tej nadgranicznej strażnicy mówi do mnie:
- Ja, proszę pana, zawsze byłem i jestem polskim obywatelem.
Nie patrzę nawet na paszport, który mi podsuwa. Czysty język polski, którym mówi ten człowiek niestary jeszcze, który jako młody chłopak musiał opuścić kraj, jest najlepszym dowodem, że mówi prawdę.
Na drugim krańcu Zbąszynia leży druga granica tej sprawy. Na stadionie bawią się dzieci. Mieszkają w hali gimnastycznej. Dzieci bawią się w berka. Ale nie same. Z powagą odwiedzają je dzieci z miasteczka, gdy mają czas po zakończeniu nauki w szkole. Zabawa wówczas idzie wspaniale. Te dzieci przyjezdne, te obce zapominają już o przeszłości i o przeżyciach ostatnich dni, te tutejsze uważają, że można z nimi doskonale się bawić i nie czują w nich nic ani obcego, ani wrogiego.
Żegnamy dzieci i wracamy do miasta. Miasto tubylców i miasto wygnańców pulsują wspólnym przyspieszonym tętnem. Zmęczenie i oczekiwanie charakteryzują jego życie. Znów na ustach wszystkich pytanie: "Kiedy to się skończy?". Na to jednak nikt ani w Zbąszyniu, ani w Nowym Tomyślu, ani nawet w Poznaniu nie umie odpowiedzieć.
Wieczorem opuszczam Zbąszyń. Przy wyjściu na peron kolejarz sprawdza bilety, a policjant dowody. Z wysokości stalowej wieży dwa reflektory oświetlają tory. Jest w ich promieniu widno jak w dzień. Pociągi idące w stronę granicy nie są oświetlone. Tory prowadzące w stronę zachodu pozostają ciemne.
W tamtej stronie jest granica. W taką noc, jak ta dzisiejsza, pędzono tam wśród innych słynną grupę hamburską. O jej drodze tak mówiła jedna wygnanka:
- Wśród nocy kazano nam wysiadać z pociągu i iść naprzód przez las. Potykając się, upadając, kalecząc o gałęzie, gubiąc krewnych, szliśmy, nie wiedząc dokąd. Byliśmy u kresu sił. Wreszcie znaleźliśmy dobry punkt. Oddział wojska rozstąpił się, żołnierze nałożyli bagnety na karabiny. Esesmani wzięli się za ręce i utworzyli kordon pchający nas ku granicy. Po bokach szli żołnierze. Wśród ciemności rozlegały się pojedyncze strzały. Napór z tyłu wzrastał. Jeszcze krok i przekroczyliśmy granicę.
Przekroczona granica. To nie tylko ta urojona linia między dwoma kopcami po obu stronach szosy. Przekroczono także granicę drugą, "granicę ludzkiej krzywdy, granicę ludzkiego cierpienia". Jeśli wierzyć w sprawiedliwość i potęgę norm moralnych - tej granicy nie wolno przekraczać bezkarnie.
Polskie drogi. Wybór reportaży z lat międzywojennych, wybór J. Dąbrowski, wstęp Z. Mitzner, Warszawa: Czytelnik, 1962, s. 270-277
W pogoni za pierwszą linią
Rozpoczęło się 12 stycznia o świcie. Na ten dzień czekały miliony nas - z tej i z tamtej strony Wisły. O godzinie dziesiątej rano armie 1. Frontu Ukraińskiego otworzyły na odcinku sześćdziesięciokilometrowym huraganowy ogień artylerii wszystkich kalibrów. Z lotnisk wystartowały eskadry samolotów. Pancerne dywizje zadzwoniły gąsienicami na zamarzłej ziemi. Po kompaniach, pułkach, dywizjach i armiach przebiegł rozkaz: "Naprzód! Na zachód!". Sandomierski przyczółek zadrżał od eksplozji pocisków i łoskotu czołgów.
Wyruszyliśmy z Sandomierza szosą przez Staszów, Kurozwęki na Szydłów. Gonimy w ślad za hukiem dział, który jak grzmot przewala się przed nami, lecz nie możemy go dogonić. Uderzenie sowieckie jest tak szybkie i potężne, że dosłownie zmiotło niemieckie wojsko z rozbudowanych umocnień.
Minęliśmy zniszczony Staszów, spalone Kurozwęki, przejeżdżamy przez wiele linii obronnych, łudząc się, że są to już linie niemieckie. Jednak nie. Są to ciągle wypadowe linie sowieckie, po których ilości widzimy, jak ważny był sandomierski przyczółek i jak mocno usadowiły się na nim armie 1. Frontu Ukraińskiego.
Dopiero niedaleko Szydłowa ujrzeliśmy pierwszy ślad rozpoczętych bitew: grupę niemieckich jeńców odprowadzanych na tyły. Przed Szydłowem wjechaliśmy na ziemię do niedawna niczyją. Dziwna to ziemia... Bieleje na niej kapusta, na polach przyprószone śniegiem stoją mendle żyta, redliny ziemniaków ciągną się długimi zagonami. Nigdzie żywej duszy. Ze swego pasa obronnego Niemcy wszystkich wysiedlili. Na polach i wsiach pustki. Tylko szosa dudni od aut sunących nieprzerwanym sznurem. Jadą samochody, działa, tabory, wozy. Rowami jadą kolumny piechoty. Nad szosą śmigają eskadry samolotów.
Minęliśmy ziemię niczyją. Zaczęła się poryta, skopana w zygzaki omotana drutem ziemia - do wczoraj niemiecka. I tu, między rowami strzeleckimi, leżą snopy żyta. Sterczą szczątki wiejskich chałup. Przed niemieckimi zasiekami odbywa się dziwne polowanie. Myśliwymi są sowieccy żołnierze i psy, zwierzyną zaś... miny.
Zbliżamy się do całej sterty wydobytych min. Nagle zatrzymuje się cała kolumna. Jesteśmy akurat na wzgórzu i widzimy zeń przed i za sobą płynącą rzekę ciągników, wozów, armat, czołgów, wojska...
Głośna eksplozja zatrzęsła naszym samochodem. To wysadzono w powietrze stos uprzątniętych min. Droga wolna. Zahuczały znów silniki, zadzwoniły gąsienice czołgów, zadudniły koła armat. Popłynął potok motorów i żelaza. Naprzód, naprzód, na zachód!
W Szydłowie, pierwszym mieście oswobodzonym obecną ofensywą, ujrzeliśmy gołe mury, sterczące kominy i pierwszych cywilów. Z tobołkami na plecach, z dziećmi na rękach wraca ludność na zgliszcza domów. Po drodze spotykamy jej coraz więcej. Mijamy się - my, rzeka motorów, żelaza i armat - i oni, strumyk pieszych oszołomionych hukiem, wystraszonych ludzi, powracających z ocalałym dobytkiem.
W Chmielniku rynek zatłoczony samochodami. Ludności niewiele. Grupki osób stoją na tle wybitych okien i wyłamanych drzwi. Towarzyszące nam kino objazdowe Ministerstwa Informacji i Propagandy przez megafon zaczyna nadawać hymn narodowy. Momentalnie rynek się zapełnia. Mieszkańcy nie rozumieją, co się właściwie dzieje. Na widok obsługi w mundurach polskich żołnierzy tłum rusza na auto i przez chwilę poważnie się obawiamy o całość auta i naszych kości. Tyle od razu pytań, okrzyków, westchnień, że nie wiadomo, komu i na co odpowiadać. Odpowiedzią jest hymn narodowy. Operator nastawia go nieprzerwanie.
Ujechaliśmy już kilkadziesiąt kilometrów, rwiemy naprzód za odgłosem artylerii, ale nie możemy jej dognać. Fantastycznie szybko idzie sowieckie uderzenie. Nastawiliśmy się na widok pól bitewnych, stosów sprzętu, poległych, a tu prawie nic. Żadnych śladów zmagań. Niemcy na tej trasie nie stawiali żadnego oporu. Minęliśmy ich jedną linię obrony, drugą, dziesiątą - pustka. Dopiero pod Kielcami ujrzeliśmy, że uderzenie sowieckie nie tylko wymiata, lecz i miażdży. Pierwsze rozbite niemieckie samochody leżą do góry kołami. Pierwsze czołgi dymiące jeszcze i pierwsze ślady panicznej ucieczki - hełmy na drodze. Jest ich coraz więcej. Poniewierają się obok tornistrów, płaszczy, masek gazowych - tego wszystkiego, co przeszkadza w ucieczce.
Przed niewielką rzeką Niemcy widocznie stawili opór. Zostały tam działa, granatniki, stosy amunicji i polegli. Leżeli przyprószeni kurzem szosy, zesztywniali na mrozie, zmięci, poczerniali, nie budzą w nas uczucia ani nienawiści, ani litości. Patrzyliśmy na nich z taką samą dozą ciekawości, z jaką oglądaliśmy rozbite samochody i spalone czołgi.
Do Kielc dojeżdżamy z obawą, co tam zastaniemy. Wspomnienie zburzonych miast po prawej stronie Wisły nie wróżyło nic dobrego, ale nietknięte wioski i miasteczka mijane po drodze napawały nas otuchą, że dzięki szybkości sowieckiego uderzenia Niemcy nie zdążyli Kielc zniszczyć.
Tymczasem wzdłuż drogi leżało coraz więcej rozbitych aut, porzuconej amunicji, hełmów i niemieckich trupów. W pewnej chwili ze wzniesienia szosy ujrzeliśmy wieże kościelne i dachy Kielc. Zaledwie kilka słupów dymu unosiło się nad miastem.
Do pierwszego wyzwolonego wojewódzkiego miasta wjeżdżaliśmy z radością, że miasto istnieje. Piękny gmach Domu Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego, ozdoba Kielc, stoi nienaruszony. Z pięter tego gmachu spojrzeliśmy na miasto. Kielce są. Ulicami ciągną potoki broni i motorów.
Gdzieś daleko, za pasmem wzgórz huczała artyleria. Goniliśmy ją cały dzień, lecz dogonić nie mogliśmy. Tej niewiarygodnej szybkości ofensywy na zachód zawdzięczają Kielce i Kielecczyzna swoje ocalenie.
Szybkość ofensywy ratuje miasta
W Kielcach przed czternastoma godzinami byli Niemcy. Urzędy pracowały, sklepy stały otworem, w Wehrmachthaus miał się odbyć koncert. Ulicami snuli się przechodnie, mężczyźni ostrożnie (łapanki), kobiety śmielej, zwłaszcza z dziećmi. Ale w powietrzu czuć było "coś". Kanonada artylerii potężniała z godziny na godzinę. Nieustanny głuchy grzmot przewalał się na wschodniej stronie nieba.
W pewnej godzinie od strony Jędrzejowa, Chmielnika, Buska zaczęły wjeżdżać do Kielc samochody napełnione niemieckim wojskiem. Z urzędów pośpiesznie wybiegli reichs- i volksdeutsche. Wylotowe ulice na zachód i północny zachód zostały zakorkowane tłoczącymi się pojazdami. Huk artylerii potężniał z każdą chwilą. Na niebie ukazały się samoloty. W ciągu kwadransa przechodnie zniknęli z ulic. Od coraz bliższych wybuchów leciały już szyby z okien. Do Kielc całym gazem wjeżdżały sowieckie pancerne czołówki.
Teraz, po czternastu godzinach, w Kielcach są jeszcze Niemcy. Leżą na chodnikach. Mróz ściął ich ciała na drewno. Jednemu hełm zsunął się z głowy. Świeci z daleka łysą czaszką i straszno-śmiesznie skręcony, spogląda szklanym wzrokiem na przechodniów. Drugi ułożył się wzdłuż chodnika. Zesztywniały "na baczność", w poczerniałej ręce trzyma kurczowo granat. Na jezdniach wraki czołgów. Niektóre jeszcze dymią. Przechodnie oglądają ślady pojedynku pancernych maszyn. Niemiecki czołg i sowieckie działo szturmowe sparły się lufami. We wnętrzu rozbitego czołgu zostały dwa hełmy i szary proch spalonej obsługi, z otwartej klapy sowieckiego działa sterczy para walonków i ich przedłużenie - zwęglone nogi. Dziesiątki rozbitych aut i zmiażdżonych zwłok niemieckich żołnierzy leży na jezdniach. Jeżdżą po nich samochody.
Kielce nie są zniszczone. Znać ślady bitwy - dziury w ścianach i wybite szyby. Te wybite szyby, zwłaszcza wystawowe, to skutki nie tylko detonacji. Wystarczy spojrzeć do wnętrza jakiegoś sklepu, aby zadziwić się, jak i kiedy zdążono powywalać szuflady, wynieść towar, zdemolować urządzenie, zniszczyć, rozgrabić wszystko, co się dało udźwignąć.
W gmachu PWiWF, największym i najpiękniejszym w Kielcach, milicja zaciągnęła wartę. Przed godziną przyjechali we dwudziestu z Sandomierza, w liczbie zbyt nikłej, aby zabezpieczyć bodaj gmachy użyteczności publicznej, nie mówiąc już o magazynach i składach niemieckich. Ofensywa poszła tak szybko, że grupy operacyjne zorganizowane w Lublinie nie nadążyły za wojskiem. Pierwszym reprezentantem (mimo woli) rządu i wojska stała się grupa obsługująca kino objazdowe Ministerstwa Informacji i Propagandy. Wojsko (w rozumieniu kielecczan) reprezentowało trzech milicjantów, zapewne zuchów, ale niezdających sobie sprawy z wyjątkowej funkcji, jaka im w udziale przypadła. Propagandę reprezentował młodzieniec mówiący z lekka gwarą ludową, dobrą może na wsi, lecz nie w wojewódzkim mieście. Sytuację ratował głośnik. Nadawał z płyt Warszawiankę i hymn narodowy, słuchany przez ludność ze łzami w oczach.
Tempo ofensywy zaskoczyło nie tylko Niemców. W oswobodzonym mieście organizacja władz stała się czystą improwizacją z wszystkimi wynikającymi stąd plusami i minusami. Byłem zbudowany, słuchając obrad Miejskiej Rady Narodowej1, która szybko i bez zbędnej dyskusji podejmowała decyzje w doraźnych sprawach miasta. Jeszcze huczała artyleria, paliły się niektóre domy, trupy Niemców leżały na ulicach, a w najpiękniejszym gmachu Kielc grupa ludzi brała na siebie odpowiedzialność za losy mieszkańców. Nastąpiło porozumienie stronnictw, odbyto konferencję z duchowieństwem, duży nacisk położono na natychmiastowe stworzenie ochrony własności miejskiej i poniemieckiego majątku.
Ponieważ obsługa kina objazdowego zdecydowała się pozostać w Kielcach do następnego dnia, pożegnałem się z nimi, gdyż moim zamiarem była pogoń za hukiem dział, który z każdą godziną oddalał się na zachód. Szczęście mi sprzyjało. Szukając wojskowego auta, natknąłem się na ciężarowy samochód prowadzony przez polskiego oficera. Dowiedziałem się, że jedzie do Częstochowy. Nie mając pojęcia, jak przebiega linia frontu i czy do Częstochowy w ogóle się dostaniemy, dołączyliśmy do kolumny i po paru chwilach staliśmy się cząstką sznura samochodów, dział i wojska.
To idzie Armia Czerwona
Polski oficer, który był uprzejmy zabrać mnie z Kielc do Częstochowy, należy bezsprzecznie do ludzi lubiących przygodę: jedzie do Częstochowy, nie zważając na ryzyko zaplątania się między pancerne czołówki sowieckie i pozostające często w tyle grupy wojsk niemieckich. Zdąża tam, aby wypełnić rozkaz - zabezpieczyć zakłady przemysłowe.
W czasie drogi oglądamy zastanawiające dziwy:
Szosą posuwa się wąż motorów i ludzi. Za studebakerami jadą przestarzałe fordy. Sowieckie zisy towarzyszą dodge'om. Chyże willysy pędzą na wyprzódki z harleyami. Wśród samochodów zgrzytają traktory, dudnią koła artylerii, szczękają gąsienice czołgów. Z boku drogi ciągnie inny wąż: wozy zdobyte na Niemcach razem z wózkami na jednego konika. Kolaski i taratajki2, dorożki i lakierowane powozy. Wśród taborów - woły w jarzmach. Są one skrajnym kontrastem samochodów i huczących nad nami samolotów. Kontrasty te są tym dziwniejsze, że składają się na całość, która zdumiewa i każe na ten pochód motorów i maszyn, ludzi i zwierząt patrzeć jak na symbol. Gdy zaś patrzy się na ludzi, to symboliczne znaczenie pochodu wołów i fordów, czołgów i taratajek nabiera cech tym bardziej jaskrawych.
To idzie Armia Czerwona; Słowianie z Wielkiej Rusi razem z Kirgizami, oliwkowi Ormianie obok kosookich Kałmuków. Kozacy znad Donu, Sybiracy, żołnierze brodacze, żołnierze kobiety, żołnierze wyrostki, gromadnie, kupą, wierzchem, z psami, zbrojni od stóp do głów...
Wyprzedzana przez czołgi i tajemnicze katiusze maszeruje kolumna piechoty.
Idą ciasno, nie patrząc pod nogi. Śpiewają chórem. Gwiżdżą na palcach. Na przedzie, chwiejąc się do taktu, kroczy żołnierz i gra na harmonii.
Historia bierze odwet
Droga zapchana pojazdami i wojskiem. Na przełaj, przez pole, jak olbrzymie kraby ciągną czołgi. Dzień jest słoneczny. Na niebie nie ma ani jednej chmurki. Na niebie nie ma ani jednego niemieckiego samolotu. Gdzież to wspaniałe Göringowskie lotnictwo?
Co kilkanaście kilometrów ziemia pokryta rowami przeciwczołgowymi, oplątana zasiekami z drutu, skopana zygzakami okopów. Bunkry, umocnienia i fortyfikacje. Praca wielu miesięcy i wielu dziesiątków tysięcy Polaków, gnanych na okopy przymusem i nikczemną propagandą, pisaną na domach miasteczek: "Wybieraj - Sybir lub okopy!"... "Chcesz bronić Ojczyzny - idź na okopy".
Umocnienia puste. Mosty niezerwane. Bunkry niezniszczone. Gęsto stoją opuszczone działa z lufami skierowanymi na wschód. Z okopów wszystko, co żywe, uciekło. Zostały hełmy, rozbite samochody, sprzęt i nieco trupów. Co wprawiło Herrenvolk3 w paniczny lęk, każący ratować się obłędną ucieczką, aby dalej, aby na zachód, aby na Deutschland, ten, co to über alles...?
Gdzie rok 1939, gdzie 1941?
Historia bierze odwet. Koło jej obraca się w przeciwnym kierunku. 1 września 1939 roku z bramy na Częstochowę runęły dywizje 10. armii niemieckiej Reichenaua i Paulusa. 18 stycznia 1945 roku te same niemieckie armie uciekają w panicznym popłochu przez tę samą bramę. Już bez Reichenaua i Paulusa. Bez mrzonek o "nowym ładzie" w Europie.
W Częstochowie
Niedaleka artyleria bije salwami. Mijamy wsie, gdzie dopiero co zajechały ciężkie czołgi, baterie zajmują stanowiska, ludność chyłkiem ucieka do piwnic, a już na wszystkich skrzyżowaniach widnieją świeżo przybite sowieckie drogowskazy. "Regulowszczyk"4 ze znakującej grupy rzekł nam nie bez dumy, że na swoim samochodzie wiezie drogowskazy z nazwami niemieckich miast, leżących w środku Niemiec.
Wsie, miasteczka na całej trasie są prawie nietknięte. W Żytnie za Włoszczową dowiadujemy się, że do Częstochowy wjechały sowieckie czołgi.
Robi się mrok. Śpieszymy, aby zdążyć przed nocą. Wieczór zastaje nas kilkanaście kilometrów przed Częstochową i szosa przybiera bajkowy wygląd. Rozjaśnia ją niekończący się sznur świateł. To sowieckie kolumny walą z brawurową pewnością na pełnych światłach, pełnym gazem do pełnego zwycięstwa!
W Częstochowie kamienice i fabryki są nieuszkodzone. Ważny ośrodek przemysłowy ocalał. Mieści się tu przemysł galanteryjny i włókienniczy. Guziki, igły, szpilki, sznurki, nici, drobiazgi - tak ważne w codziennym życiu, są wytworem przemysłu częstochowskiego. Poza tym papiernia, fabryki metalowe, huty szkła, dużo innych pomniejszych zakładów i warsztatów składa się na całość uprzemysłowionego miasta.
Do godziny drugiej po południu w fabrykach pracowali robotnicy, o godzinie trzeciej do Częstochowy wjechały sowieckie czołgi.
Na czele, strzelając z dział, jechał czołg z otwartą klapą, w której wychylony do połowy czołgista powiewał sowieckim sztandarem. Zaskoczenie było tak nagłe, że Niemcy nie stawili oporu. Bez czapek, bez broni rozpierzchli się po podwórzach. Wielu poległo, reszta, korzystając z nocy, ławą ruszyła na zachód. O świcie w Częstochowie nie było żywego Niemca.
Polski oficer, z którym przyjechałem, jest witany z takim entuzjazmem, że patrząc, doznawałem głębokiego wzruszenia. Musi on odpowiadać na wiele pytań, ściskać wyciągnięte dłonie, bronić się przed podarkami, które gwałtem wciskają mu do rąk.
Mieszkańcy są zawiedzeni, że do miasta przyjechał tylko jeden polski żołnierz...
Antologia polskiego reportażu wojennego 1939-1945, oprac. S. Nadzin, Warszawa: Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, 1962, s. 219-226
Ten rysunek zajął w "Wiadomościach Literackich" całą stronę. Nosił tytuł Sytuacja poetyczna w Polsce w roku 1937. Przedstawiono na nim kilkudziesięciu polskich literatów. Jedni wystawiają głowy z okien domu Polskiej Akademii Literatury, inni robią piruety na jego dachu; Nałkowska ujeżdża Boya-Żeleńskiego jak konia; z morza anonimowych grafomanów wyłania się kilku, którzy wchodzą po drabinie do tyłka Juliana Tuwima; przed domem jedzie wóz drabiniasty, zaprzężony w pegaza, którym powozi Staff, a do środka usiłuje się dostać Wierzyński.
Wóz Akademii ostrzeliwuje z łuku Zbigniew Mitzner.
Reporter, felietonista, satyryk i socjalista (podczas drugiej wojny światowej aresztowany przez NKWD), który razem z Erykiem Lipińskim w 1935 roku założył satyryczne "Szpilki". Tylko w latach 1936-1938 wytoczono mu za satyrę i krytykę piętnaście procesów sądowych. Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, już jako student wstąpił do PPS. Drukował w "Płomieniach" i "Tygodniu Robotniczym", przed wybuchem wojny był redaktorem naczelnym "Dziennika Ludowego". Jako felietonista używał pseudonimu Jan Szeląg, gromił w swoich reporterskich felietonach faszyzm, sanację i prawicę.
Jego Inferno w Zbąszyniu, napisane dla "Dziennika Ludowego", jest relacją z obozu, który Polacy założyli dla tysięcy Żydów - obywateli polskich, wydalonych z Niemiec pod koniec października 1938 roku, na dwa tygodnie przed "nocą kryształową". Władze polskie dążyły do zmniejszenia liczby Żydów w kraju, więc chciały pozbawić polskiego obywatelstwa Żydów przebywających za granicą, głównie w Niemczech. Rząd wydał dekret, że do 30 października 1938 roku obywatele Rzeczpospolitej mieszkający na stałe poza jej granicami mają obowiązek potwierdzić swoje obywatelstwo. Jeśli tego nie zrobią, zostanie im ono odebrane. Ponieważ hitlerowskie Niemcy także chciały pozbyć się jak największej liczby Żydów, wpadły na pomysł, by - nim nastąpi utrata ważności paszportów - przesunąć wszystkich za polską granicę. Tłumaczono, że ma to ich chronić przed statusem bezpaństwowców.
Wypędzono wtedy siedemnaście tysięcy Żydów, z których dziewięć lub dziesięć tysięcy (podaje się różne dane) trafiło do Zbąszynia. Władze polskie nie pozwoliły im jechać w głąb kraju, tylko internowały w przygranicznym obozie. Drogi wyjazdowe ze Zbąszynia i dworzec zostały obstawione posterunkami policji, a rząd ogłosił, że Zbąszyń staje się miastem zamkniętym. Wielu zatrzymanych opuszczało miasto po kryjomu, korzystając z pomocy mieszkańców. Oficjalnie obóz został zlikwidowany na kilka dni przed wybuchem drugiej wojny światowej.
Reportaż ten stanowił niegdyś mój wielki sukces dziennikarski - pisał Zbigniew Mitzner. - Mogę się tym otwarcie chwalić, gdyż nie chodzi o żadne walory stylu, budowy utworu i temu podobne cechy. Chodzi po prostu o to, że reportaż nie bez wielkiego wysiłku udało mi się napisać, że w ogóle mógł się ukazać w druku, gdyż inne reportaże [na ten temat], a nawet zwykłe wiadomości były konfiskowane. Dzięki czemu odniosłem ten sukces? Dzięki temu, że pominąłem albo zepchnąłem w mgłę aluzyjności to, co stanowiło istotę sprawy. Rzecz przecież polegała na tym, że rząd polski nie miał w ogóle prawa internować swoich obywateli, obywateli polskich, nie miał prawa nie wpuszczać ich w głąb kraju, zabraniać im jechać, gdzie chcieli. Ludzie ci stanowili piłkę podrzucaną przez dwie różne ręce. Eksportację dokonaną przez hitlerowców udało mi się jeszcze jakoś po kawałku przemycić, oczywiście unikając opisu faktów najbardziej jaskrawych, unikając otwartego wymieniania, kto jest winien, kto tego wszystkiego dokonał. Winowajcy po tej stronie granicy, ci, co kazali owych ludzi po kilka razy w ciągu nocy spychać z powrotem na stronę niemiecką, którzy chcieli zasłużyć się w opinii hitlerowców i własnych oenerowców twardą ręką i bezprawiem wobec deportowanych - pozostają w tym reportażu w zupełnym cieniu. Gdy dziś czytelnik czyta te kartki, może nawet nie bardzo rozumie, co to za siła trzyma tych polskich Żydów w owych infernalnych warunkach w stajniach Zbąszynia. Wówczas autor, pisząc, apelował do tego, co ludzie i tak o tej sprawie wiedzieli i co sobie do owego opisu umieli dopowiedzieć. Ta sprawa przecież dla wielu uczciwych Polaków stała się punktem zwrotnym. Przecież właśnie Zbąszyń stał się powodem zerwania wszelkiej współpracy z reakcyjnym "Prosto z mostu" takich ludzi jak Irzykowski czy Andrzejewski.
"Prosto z mostu" było tygodnikiem literacko-artystycznym wydawanym od 1935 roku przez obóz narodowy i redagowanym przez Stanisława Piaseckiego. Z Adolfem Nowaczyńskim czy Janem Dobraczyńskim w roli gwiazd pióra miał być przeciwwagą dla liberalnych "Wiadomości Literackich". Był popularny, osiągał o jedną trzecią większy nakład niż "Wiadomości". We wrześniu 1938 roku ostrzegał, że "Żydzi właśnie przeszli do ataku" i "stosują odbieranie chleba Polakom na każdym kroku". Po wydaleniu Żydów z Niemiec i sprawie zbąszyńskiej felietonista tygodnika Karol Zbyszewski w swojej stałej rubryce Ryżową szczotką prosto z mostu napisał:
Konieczne są te represje hitlerowskie. Pozbywają się Niemcy swych Żydów, a o to przecie chodzi. To podczas wojny ma się truć swoich wrogów iperytem, rozszarpywać ich granatami, a w czasie pokoju nie wolno stokroć gorszych wrogów łagodnie wysiedlić? [...] Humanitaryzm, łagodność, liberalizm - bardzo to wszystko dobre rzeczy. Ale opróżnienie kraju z Żydów jeszcze lepsze. Bez nacisku, przymusu, dekretów tego się nie zrobi. Jeśli się nie chce być żywcem zjedzonym przez pluskwy, trzeba je rozgniatać.
Co do samego reportażu Inferno w Zbąszyniu z "Dziennika Ludowego" - jego siła polegała na uzupełnieniu tego, co czytelnicy o Zbąszyniu wiedzieli.
Te sprawy zbąszyńskie - wyjaśniał dalej Zbigniew Mitzner - działy się na szerokim tle polityki wewnętrznej i międzynarodowej. Decyzje trzymał w swych rękach osobiście Beck. Powszechnie wówczas było wiadome, że ekspulsując Żydów obywateli polskich z Niemiec, rząd hitlerowski bynajmniej nie zamierzał robić kawału swemu wschodniemu sojusznikowi. Że chodziło o wspólną demonstrację "ideową", antysemicką, rasistowską. Ale reportażysta nie miał oczywiście żadnej możliwości szperania po kancelariach w Berlinie i w polskim MSZ-ecie na ulicy Wierzbowej, nie miał możliwości osobistego zainterpelowania w sprawie tej prowokacji pułkownika Becka, mistrza w takich właśnie posunięciach. Pozostawał mu tylko Zbąszyń bez żadnego tła, bez możliwości poczynienia politycznych uogólnień. [...] Demaskatorstwo [reportera] było bardzo ograniczone warunkami.
Owe "warunki" to wprowadzone w listopadzie 1938 roku rozporządzenie o ochronie interesów państwa, a kilka miesięcy wcześniej - dekret prezydenta, uzależniające prasę od władz. Przykładem niech będzie poufne pismo, które Urząd Wojewódzki w Lublinie wysłał do starostów powiatowych 1 września 1938 roku w sprawie likwidacji cerkwi prawosławnych na terenie wschodnich powiatów województwa:
Urząd Wojewódzki komunikuje, iż Pan Premier i Minister Spraw Wewnętrznych uznał sprawę likwidacji [...] za dotyczącą najbardziej istotnych potrzeb Państwa i religii. Z tych też względów Pan Premier nie może uznać za dopuszczalną jakąkolwiek krytykę działań Rządu na tym odcinku w akcji prasowej. W razie, gdyby które z pism wykazywało niezrozumienie dla tej sprawy, Pan Premier zdecydowany jest zastosować wobec właściwych redaktorów czy publicystów represje do Berezy [Kartuskiej] włącznie.
W tej sytuacji nie dziwi, że felietonista lewicowiec, usłyszawszy o akcji w Zbąszyniu, pojechał tam natychmiast. Mówi się, że każdy może napisać w życiu jeden dobry wiersz. Inferno w Zbąszyniu to kolejny przykład, że dziennikarz, pisarz czy nawet regionalista amator może napisać jeden reportaż, który przejdzie do historii. Musi jednak znaleźć swój "temat życia". Tak dla niego ważny, żeby chciało mu się wstać od biurka, porzucić książki, wyjść z domu i osobiście docierać do prawdy.