Listy gończe
Graliśmy w nogę, chłopaki z naszej klasy
A z kolegami z klasy B. W sumie to nie tylko z kolegami. Bo w drużynie
naszych przeciwników grała Kasia, ta z warkoczykiem, który podskakuje
jej na plecach, gdy ona biegnie. Tata mówi, że kiedyś było nie do
pomyślenia, żeby dziewczyny grały w nogę. W naszej drużynie był też
Maks, który ma bardzo bogatych rodziców, Cezary, jego tata jest
policjantem, Karol, któremu często leci krew z nosa, chudy Wiktor -
akrobata, był i Mateusz, ten, co hoduje węża, mój nabliższy sąsiad
Stefek, ja i gruby Maciek, nasz bramkarz. On raczej mało się rusza i nie
jest zbyt skoczny, za to w bramce zajmuje dużo miejsca i jak się
odpowiednio ustawi, to dobrze broni. Sergiusz, naukowiec, nie grał w piłkę z powodu okularów i braku sportowego talentu. Dlatego był sędzią.
Nasi przeciwnicy twierdzili, że Sergiusz sędziuje na naszą korzyść.
Doszło z tego powodu do kilku kłótni. A on cały czas ostrzegał, że zaraz
da komuś czerwoną kartkę i wyrzuci z boiska. I naprawdę miał w kieszeni
żółte i czerwone kartki. Jak komuś pokazywał żółtą, to były kłótnie, że
niezasłużona.
Remis cztery cztery utrzymywał się dosyć długo. I nagle Kasia strzeliła
nam bramkę! Oni wygrywali! Byliśmy załamani, w końcu nie jest fajnie,
jak chłopaki przegrywają z dziewczyną. Piłka to jednak męski sport.
Najbardziej wstrząśnięty był Wiktor, nasz najlepszy zawodnik. Koniecznie
chciał strzelić wyrównującą bramkę.
Sędzia palcami pokazał, że zostały już tylko trzy minuty do końca meczu,
i włożył gwizdek do ust. Gwizdek też miał jak prawdziwy sędzia,
zawieszony na niebieskiej tasiemce na szyi. Podałem piłkę Wiktorowi, a on prowadził ją przez chwilę w kierunku bramki przeciwnika, okiwał dwóch
chłopaków i kopnął ze wszystkich sił, aż się przestraszyłem, że noga mu
odpadnie. Noga nie odpadła, ale piłka, niestety, minęła bramkę i poszybowała jak głupia w stronę pobliskiego czteropiętrowego domu.
Doleciała do mieszkania na pierwszym piętrze i zniknęła, jakby
mieszkanie ją połknęło.
No to po piłce. Jej szczęście, to znaczy nasze szczęście, że wcelowała w otwarte drzwi balkonowe i nie wybiła szyby. Nie było jednak pewne, czy
nie narozrabiała w środku. Mogła stłuc cenny wazon albo wpaść do
akwarium z rybkami. Ludzie trzymają przecież w domach różne rzeczy.
Piłka była własnością Wiktora, no i Wiktor zaczął rozpaczać. Wszyscy
zamarli i gapili się w to okno jak sroka w gnat. Nie wiem, czemu sroka
ma się gapić w gnat, ale tak się mówi, jak bardzo się na coś patrzy. U nas w ogródku są często sroki i na nic się nie gapią.
Pierwszy zwiał Maks. Tłumaczył się potem, że z powodu jego sytuacji
rodzinnej nie może być wplątany w coś takiego. Jak zawsze czekał na
niego samochód z ochroniarzem. Jego tata jest tak bogaty, że Maks musi
być pilnowany, bo grozi mu porwanie dla okupu. Chodzi do szkoły
publicznej, bo w prywatnej już do końca zszedłby na psy. Potem odjechał
na rowerze Cezary, ten, co to ma ojca policjanta. On też z powodów
rodzinnych nie chciał być w to wszystko wmieszany.
I tak zaraz wszyscy powsiadali na rowery i odjechali. Ludzie to są
jednak egoiści. Został tylko Wiktor. No i ja. Dla Wiktora ta piłka była
niezwykle cenna, takimi piłkami grali na ostatnich mistrzostwach świata
w nodze. Po prostu musiał ją odzyskać. A ja nie mogłem przecież opuścić
Wiktora w biedzie. Miałem wobec niego dług wdzięczności, bo kiedyś
rzucił na ziemię chłopaka ze starszej klasy, który mnie zaczepiał.
Byłem pewien, że zaraz na balkon wyskoczy jakaś gruba baba z wałkiem
albo łysy facet z kijem baseballowym. Ale nic takiego się nie stało, w mieszkaniu chyba nikogo nie było.
Obliczyliśmy, jaki powinien być numer mieszkania, i zadzwoniliśmy
domofonem. Ale nikt się nie odezwał. Może i dobrze. Byłem w strachu, co
ten głos by nam powiedział, jakby się jednak odezwał.
- Nie ma rady - westchnął Wiktor.
Powiedział, że wdrapie się na balkon, wlezie do tego mieszkania i uratuje piłkę. Trenuje na ścianach wspinaczkowych i nie ma drzewa, na
które by nie wlazł. To chyba nie był najlepszy pomysł, ale jemu tak
bardzo zależało na tej piłce...
- Staniesz na straży - powiedział. - Jak ktoś będzie łaził w pobliżu, to
krzyknisz "Hop, hop", dwa razy. To będzie ostrzeżenie.
Rozejrzeliśmy się, w pobliżu spacerował jakiś pan z psem. Pies zrobił
kupę, pan zebrał ją do torebki i odeszli. Droga była wolna. Wiktor
zaczął wspinać się po rynnie, zręcznie jak małpa. Złapał się jedną ręką
balustrady balkonu, zawisł na niej, rozkołysał się i wskoczył na balkon,
a ja pomyślałem, że mógłby występować w cyrku. Po chwili zniknął w mieszkaniu.
No i w samą porę, bo do drzwi na klatkę schodową zbliżyła się jakaś
gruba, mała pani. W jednej ręce trzymała siatkę z zakupami, w drugiej
bagietkę zapakowaną w papier. I z tego papieru wystawał apetyczny nos
tej bagietki. Poczułem, że jestem głodny. Z trudem wystukała kod, bo
miała zajęte ręce. Widziałem potem, jak wchodzi po schodach, bo klatka
schodowa była przeszklona. Po czym... co za pech... zaczęła dobierać się
kluczem do drzwi mieszkania, gdzie wpadła piłka. I gdzie teraz był
Wiktor. No pech.
- Hop, hop! - krzyknąłem. Dwa razy. I nic.
Wiktor potem mówił, że właśnie wtedy był pod łóżkiem, gdzie się
potoczyła piłka, i nie słyszał tego mojego "Hop, hop". Ani jednego.
Kiedy wygramolił się z piłką spod łóżka, gruba, mała pani była już w mieszkaniu. Usłyszałem krzyk, jeszcze głośniejszy niż mojej mamy, kiedy
zobaczyła mysz. I w tym krzyku dosłyszałem tylko słowa:
- Bandyta! Złodziej! Łapać złodzieja!
Na balkonie pojawił się w pędzie Wiktor, rzucił mi piłkę. Za nim wbiegła
na balkon gruba, mała pani. I tak go okładała bagietką, że aż ta się
złamała w dwóch miejscach na jego głowie. No i po bagietce. Wiktor nie
miał szansy ewakuować się z balkonu, więc czmychnął na czworakach między
nogami pani, która cały czas próbowała go złapać. Ale nie dała rady.
Potem przez przeszkloną klatkę widziałem, jak biegnie po schodach. Pani
stała na balkonie i darła się:
- Łapać złodzieja!
Na innych balkonach i w oknach pojawili się ludzie. Jakiś pan krzyczał:
- Ja wam pokażę, łobuzy!
Nie miał niczego do pokazania, ale i tak krzyczał. A my wskoczyliśmy na
rowery, Wiktor z piłką pod pachą, i zwiewaliśmy, aż się za nami kurzyło.
To wszystko działo się pół kilometra od mojego domu. Po drodze wpadliśmy
do Cezarego, żeby obgadać sytuację. Jego ojciec jest oficerem policji,
więc Cezary zna się na takich sprawach. I uważał, że nie jest dobrze. Na
pewno przesłuchają tę panią, jej sąsiadów, no i tego pana, co nas
widział i wołał, że nam pokaże.
- Zrobią wasze portrety pamięciowe - mówił Cezary. - Porozwieszają je po
całej okolicy, może nawet pokażą w telewizji. Ale w telewizji to by
pokazali tylko wtedy, gdyby ta pani umarła ze strachu.
Wiktor twierdził, że ona nie wyglądała na taką, co to ma zaraz umarzeć,
że była bardzo żywotna i prawie go złapała.
- Chyba że był tam monitoring - ciągnął z poważną miną Cezary. - Wtedy
po was. Wiktora zamkną za napad, a ciebie skażą za współudział.
Poczułem, jak zimny dreszcz idzie mi po plecach. Dobrze wiedziałem, że
dzieci nie wsadza się do więzienia, ale do domu poprawczego to jak
najbardziej.
Sprawdziłem potem w internecie, co to jest ten portret pamięciowy. To
wizerunek twarzy człowieka sporządzony według opowieści świadków, którzy
go widzieli. Może mieć formę rysunku odręcznego, składanej formy
graficznej, fotograficznej lub też grafiki uzyskanej przy pomocy
komputera.
Przez tydzień żyłem w strachu, że wyślą za nami list gończy i przy
szkole pojawią się naklejone na słupach nasze portrety pamięciowe. I że
wszyscy nas od razu rozpoznają. Na szczęście nic takiego się nie stało.
W Faktach w telewizji też nie powiedzieli o tym ani słowa. Mieliśmy
więcej szczęścia niż rozumu.