Anonimowi skrytobójcy - Rob Hart

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Dla­czego poczwarka jest okryta jedwa­bi­stą powłoką, gdy zmie­nia się w motyla? Aby inne poczwarki nie sły­szały jej krzy­ków. Prze­miana jest bole­sna.

Rory Mil­ler, Medi­ta­tions on Vio­lence

Lower East Side, Man­hat­tan Teraz

Adre­na­lina to naj­lep­szy śro­dek prze­ciw­bó­lowy. Nie działa długo. Ale to zadzi­wia­jące, jak nie­wiele czu­jesz w chwili, gdy kula tra­fia cię w brzuch albo nóż prze­cina skórę.

Poza tym adre­na­lina znie­kształca postrze­ga­nie czasu. Kiedy poja­wia się gwał­towny ból i pró­buje zwró­cić na sie­bie uwagę roz­pacz­li­wym krzy­kiem, dla więk­szo­ści ludzi świat staje się bez­sen­sow­nym cha­osem. Czas bie­gnie dwa razy szyb­ciej i patrzymy z lotu ptaka na wła­sne ciało, obser­wu­jąc masa­krę.

Lecz jeśli ktoś jest zawo­dow­cem o ogrom­nym doświad­cze­niu -?tak jak ja - czas mie­ści się w dłoni. Można go obra­cać i oglą­dać pod róż­nymi kątami. Pozna­jesz prawdę o sobie.

Zasta­na­wiasz się, dla­czego leżysz na pod­ło­dze pokry­tej lino­leum mię­dzy roz­trza­ska­nymi szcząt­kami kru­chego skła­da­nego sto­lika, wśród roz­la­nej kawy i resz­tek pącz­ków. Zasta­na­wiasz się, który z two­ich grze­chów spra­wił, że ktoś kop­nął cię w pierś i posłał na zie­mię.

Kiedy obu­dzi­łem się dziś rano, myśla­łem, że nie potrze­buję iść na spo­tka­nie grupy. Jed­nak potrze­buję. Dla­tego powlo­kłem się do pod­ziemi kościoła pod wezwa­niem Świę­tej Dymfny w Lower East Side. Nie­wielki kościół, tak zapo­mniany, że rów­nie dobrze mógłby być ruiną pod przę­słami Wil­liams­burg Bridge.

Szcze­góły spo­tka­nia nie są ważne.

Przede wszyst­kim muszę powstrzy­mać tego gościa od zabi­cia mnie.

Jest bar­dzo wysoki, można się zasta­na­wiać, czy nie musi pochy­lać głowy w drzwiach. Pra­wo­ręczny. Nie­zbyt masywny, ale żyły na przed­ra­mio­nach przy­po­mi­nają grzbiety gór­skie na mapie pla­stycz­nej. Na lewym przed­ra­mie­niu znaj­duje się tatuaż: czarna kropka oto­czona przez cztery kropki, jak piątka na kości do gry. Ma ciemne włosy gładko zacze­sane do tyłu i czarny czub w stylu na iro­keza. Jest ubrany w bojówki, czarne buty i gra­na­tową bluzę ter­mo­ak­tywną. Poznaję szkli­stą mar­twotę w oczach, bo widzę ją w lustrze codzien­nie rano. Może być Rosja­ni­nem. Jesz­cze się nie ode­zwał, ale kop­nię­cie, postawa i spo­kojna pew­ność sie­bie koja­rzą się z sys­temą, rosyj­ską sztuką walki.

Powoli wstaję, usi­łu­jąc nie pośli­zgnąć się na roz­sy­pa­nym jedze­niu. Jest jakieś trzy i pół metra ode mnie. Powi­nien pró­bo­wać mnie zneu­tra­li­zo­wać, gdy leża­łem na pod­ło­dze, ale tego nie zro­bił. Obser­wuje mnie uważ­nie z wyra­zem pod­nie­ce­nia na twa­rzy.

Myślę, że mnie poznał. Wie, kim jestem.

Co ozna­cza, że albo zwa­rio­wał, albo jest bar­dzo pewny sie­bie.

-?Możemy jesz­cze poroz­ma­wiać i rozejść się w przy­jaźni -?mówię, zer­ka­jąc na pod­łogę. -?Poczę­sto­wał­bym cię pącz­kiem, ale chyba tro­chę na to za późno.

Uśmie­cha się lewym kąci­kiem ust i mru­czy:

-?Kozieł.

A zatem Rosja­nin.

Wypo­wie­dziaw­szy obraź­liwe słowo, szybko mnie ata­kuje.

Zbyt szybko.

Jest tak pod­eks­cy­to­wany per­spek­tywą udo­wod­nie­nia cze­goś, że nie zwraca uwagi na pod­łogę. Trzy kroki i ląduje na pączku z cze­ko­la­dową polewą, po czym śli­zga się do przodu. Utrud­nia mu to ruch, co daje mi szansę, któ­rej potrze­buję.

Pochy­lam się szybko, pod­no­szę stłu­czony imbryk do kawy, chwy­ta­jąc czarną pla­sti­kową rączkę, po czym celuję nie­równą szklaną kra­wę­dzią w jego nogę. Mam nadzieję tra­fić go pod kola­nem i prze­ciąć ścię­gno, by nie mógł cho­dzić, bo chcę się dowie­dzieć, kto go wysłał. Ale nie chcę go zabić.

Zwłasz­cza w tym miej­scu.

Odska­kuje i szkło mija go o włos. Tak samo jak w trak­cie trzech następ­nych zama­chów. Pró­buję zada­wać ciosy, które nie byłyby śmier­telne, ale jest szybki jak Bruce Lee: widać począ­tek i koniec ruchu, lecz śro­dek to trąba powietrzna.

Czuję się zmę­czony. Bolą mnie mię­śnie, tracą spraw­ność. Już dawno nie ćwi­czy­łem. Znowu celuję w nogę i nie tra­fiam, po czym tracę rów­no­wagę. Wyko­rzy­stuje impet, by się obró­cić, i ude­rza mnie butem w bok głowy. Wyko­nuję prze­wrót, wstaję i przyj­muję pozy­cję bojową.

Adre­na­lina działa. Ból znaj­duje się na zewnątrz, puka do drzwi, ale ciało go nie wpusz­cza.

Zapie­ram się sto­pami o zie­mię, cze­ka­jąc na atak. Szkło imbryka do kawy jest zbyt kru­che, by sta­no­wić sku­teczną broń, ale to przy­naj­mniej coś. Oczy­wi­ście sięga za pasek od spodni i wyciąga krótki czarny nóż sprę­ży­nowy. Wydaje się tak ostry, że mógłby prze­ciąć pan­cerz czołgu.

Kolejna oznaka pew­no­ści sie­bie. Mógłby mnie dźgnąć nożem już na początku. Usły­sza­łem go dopiero wtedy, gdy był tuż za mną; nie jest to rzecz, którą powi­nie­nem się chwa­lić.

Posta­no­wił się spraw­dzić.

Trzyma nóż za ple­cami, żebym nie mógł sku­tecz­nie spa­ro­wać ciosu albo wytrą­cić mu noża z ręki. Osła­nia się żyla­stym przed­ra­mie­niem jak tar­czą. Noże są nie­bez­pieczne w rękach idio­tów, lecz nie ma niczego gor­szego niż czło­wiek, który wie, jak posłu­gi­wać się nożem.

Idzie powoli w moją stronę, oce­nia­jąc odle­głość. Robi krok do przodu, a potem się cofa. Pro­wo­kuje mnie, bym go zaata­ko­wał. Przyj­muję podobną postawę, trzy­mam przed sobą przed­ra­mię z nad­garst­kiem zwró­co­nym do wewnątrz, by nie mógł mnie tra­fić w deli­katną część ręki.

Ale jestem w znacz­nie gor­szej sytu­acji.

Nie wie jed­nego: zro­bię wszystko, co w mojej mocy, by go nie zabić, cho­ciaż ryczy we mnie naj­dzik­sza część mojej oso­bo­wo­ści.

Kiedy stara się mnie spro­wo­ko­wać, mogę na chwilę ode­tchnąć. Wcią­gnąć powie­trze, wstrzy­mać oddech na cztery sekundy, wypu­ścić powie­trze, odcze­kać cztery sekundy. Uspo­kaja to mój sys­tem ner­wowy na tyle, że jestem w sta­nie się sku­pić.

Imbryk do kawy jest bez­u­ży­teczny, więc kiedy posta­na­wia zaata­ko­wać, rzu­cam mu go w twarz. Obraca się i lekko chwieje, osła­nia­jąc oczy, co pozwala mi się sku­lić i się­gnąć po nóż. Jeśli zdo­łam zapa­no­wać nad sytu­acją, może się skoń­czyć na kilku ranach cię­tych, może nie­wiel­kich ranach kłu­tych, a nie nożu wbi­tym w pierś po ręko­jeść.

Chwy­tam jedną ręką jego nad­gar­stek, potem drugą rękę. Ude­rzam go bar­kiem, two­rząc dystans, odpy­cha­jąc ostrze. W tym momen­cie zaczy­nają się sza­chy z pręd­ko­ścią dwu­stu kilo­me­trów na godzinę. Jeśli zdo­łam go ude­rzyć kola­nem w plecy, prze­wrócę go na zie­mię i zyskam kon­trolę. Muszę unie­ru­cho­mić rękę trzy­ma­jącą nóż, wyko­rzy­stać dźwi­gnię, by przy­szpi­lić ją do ziemi.

Oka­zuje się silny. Mocno się szar­pie, by stwo­rzyć oka­zję, a potem wal­czymy o broń, pró­bu­jemy ją chwy­cić.

Moje palce się śli­zgają, trudno mi uchwy­cić ręko­jeść.

Wła­śnie wtedy zdra­dzają mnie doświad­cze­nia z adre­na­liną. Czas przy­śpie­sza, wszystko staje się nie­wy­raźne.

Poru­sza­jący się wir rąk i nóg, krót­kie okrzyki, wiecz­ność w jed­nym momen­cie.

Odsuwa się, na jego twa­rzy widać szok.

Jego dło­nie są puste. Moje też. Wiem, że nóż nie upadł na zie­mię, bo musiał­bym to usły­szeć. Moje serce wypeł­nia gorz­kie poczu­cie żalu.

Udało mi się wytrwać pra­wie rok.

Szu­kam ręko­je­ści noża w nadziei, że rana nie jest śmier­telna. Mogę zata­mo­wać krwo­tok, wezwać karetkę, zasto­so­wać opa­skę uci­skową -?byle tylko ura­to­wać życie temu czło­wie­kowi.

Ale ni­gdzie nie widzę noża.

Patrzy na mój brzuch.

Podą­żam za jego wzro­kiem i widzę nóż ster­czący z mojego lewego boku.

-?Och, dzięki Bogu -?mówię, deli­kat­nie doty­ka­jąc kra­wę­dzi rany.

Wtedy poja­wia się ból, zale­wa­jąc mnie jak fala. Padam na zie­mię i obra­cam się na bok, by nie wbić ostrza głę­biej. Każdy nerw w moim ciele budzi się do życia i krzy­czy pro­sto do uszu.

Wła­śnie tak działa adre­na­lina -?jest naj­lep­szym środ­kiem prze­ciw­bó­lo­wym, ale na krótko.

Idzie w moją stronę i myślę: "To koniec". Zasta­na­wiam się, co go tu spro­wa­dziło, jak mnie zna­lazł, dla­czego to robi. Byłoby miło, gdyby wygło­sił krótki mono­log, lecz nie wydaje się gada­tliwy. Domy­ślam się, że nie ma to żad­nego zna­cze­nia. Ludźmi, któ­rzy pra­gną mojej śmierci, można wypeł­nić sta­dion.

Nie prze­sze­dłem wszyst­kich kro­ków, nikogo nie prze­pro­si­łem, więc może wła­śnie na to zasłu­guję. Na bole­sną śmierć na posadzce kościoła.

Kuca przede mną i obma­cuje mnie. Wyj­muje z kie­szeni na piersi nie­wielki, pod­nisz­czony notes, prze­gląda go i kiwa głową. Wydaje się zado­wo­lony, że zna­lazł to, czego szu­kał; pochyla się w moją stronę, aż czuję cie­pło jego odde­chu, i mówi:

-?Roz­cza­ro­wa­łeś mnie, kotio­nok.

Jestem wście­kły.

Kozieł ozna­cza po rosyj­sku "kozła", ale też coś w rodzaju "skur­wy­syna". Kotio­nok to "kotek".

Dźgnął mnie nożem.

Pie­przony sukin­syn.

Wybu­cham śmie­chem, roz­ba­wiony tym, że naj­bar­dziej inte­re­suję się swoim ego w chwili, gdy się wykrwa­wiam. Chyba mnie nie sły­szy. Jestem pra­wie pewien, że odszedł. Prze­wra­cam się na plecy i patrzę na jarze­niówki brzę­czące nad głową. Mimo bólu czuję ulgę.

Warto umrzeć na trzeźwo.

A jed­nak cią­gle mogę mieć szansę. Wokół noża pły­nie krew, lecz nie try­ska; nie czuję woni gówna, czyli jest spora szansa, że nie prze­ciął jelit. Nie powi­nie­nem wycią­gać noża, musi pozo­stać w ciele, dopóki nie znajdę pomocy.

Nóż to jedyna rzecz utrzy­mu­jąca mnie przy życiu. Jest jak palec zaty­ka­jący otwór.

Sły­szę za ple­cami kroki. Rosja­nin znowu poja­wia się w moim polu widze­nia, kiwa do mnie przy­jaź­nie ręką, poru­sza pal­cami. Póź­niej pochyla się i zde­cy­do­wa­nym gestem wyrywa nóż z ciała. Czuję strasz­liwy ból i robi mi się ciemno przed oczami.

-?Wkrótce się zoba­czymy -?mówi.

Przy­ci­skam rękę do brzu­cha.

Mię­dzy moimi pal­cami try­ska gorąca krew.

Nie tego się dzi­siaj spo­dzie­wa­łem.

2

MATYLDA: Czy życie zawsze jest takie trudne, czy tylko wtedy, gdy jest się dziec­kiem? LÉON: Zawsze.

Leon zawo­do­wiec

West Vil­lage, Man­hat­tan Wcze­śniej tego samego dnia

Sto­per się wyłą­cza, jego sygnał wyrywa mnie z transu wywo­ła­nego ryt­micz­nymi ude­rze­niami ska­kanki. Nie­ru­cho­mieję, pod­no­szę komórkę leżącą na dachu i wsu­wam do kie­szeni bluzy od dresu. Spo­glą­dam na dachy West Vil­lage i wdy­cham lodo­wate powie­trze.

Dzień jest piękny.

Scho­dami w dół, do mojego miesz­ka­nia. Wie­szam ska­kankę na haczyku przy drzwiach. P. Kitty pod­cho­dzi nie­zgrab­nie do miski w kuchni i miau­czy, żąda­jąc jedze­nia. Wyj­muję puszkę sie­ka­nych podro­bów dro­bio­wych, prze­kła­dam je do miski, dra­pię go po wiel­kim, rudym, głu­pim łbie, a on zanu­rza pysk w misce.

W głębi serca chciał­bym zostać w domu, oglą­dać filmy i zapo­mnieć o ana­li­zo­wa­niu emo­cji, ale Kenji będzie na mnie cze­kał u Lulu i nie chcę wysta­wić go do wia­tru. To wystar­cza, bym się zmo­bi­li­zo­wał. Na dwo­rze jest cią­gle dwa­dzie­ścia kilka stopni zimna, ale dzie­sięć minut ćwi­czeń na ska­kance wystar­cza, bym oblał się potem. Wska­kuję pod prysz­nic, myję się i ubie­ram. Spraw­dzam, czy P. Kitty ma pełne poidełko. Zjadł połowę pokarmu i poło­żył się na kana­pie, zmie­nia­jąc się w bez­kształtną masę rudego futra.

-?Żad­nych imprez, kiedy mnie nie będzie -?mówię.

Nie poru­sza się.

Biorę śmieci i ruszam w stronę drzwi, po czym zdaję sobie sprawę, że zapo­mnia­łem notesu. Leży na moim postrzę­pio­nym, sfa­ty­go­wa­nym egzem­pla­rzu Wiel­kiej Księgi -?biblii Ano­ni­mo­wych Alko­ho­li­ków -?umiesz­czo­nej na hono­ro­wym miej­scu. Obok stoi papie­rowy żuraw, któ­rego Kenji dał mi przed wielu laty w Pra­dze. Cho­wam notes do kie­szeni mary­narki i czuję się tro­chę bez­piecz­niej.

Okno jest lekko uchy­lone -?miesz­ka­nie trzyma cie­pło niczym pie­kar­nik - lecz szpara wydaje się zbyt wąska, by P. Kitty wyśli­zgnął się na zewnątrz. Nie chcę go zamy­kać, bo dom zmie­niłby się w saunę, więc pozo­sta­wiam je otwarte.

Scho­dzę pię­tro niżej i pukam do drzwi miesz­ka­nia bez­po­śred­nio pode mną. Po dru­giej stro­nie roz­lega się czła­pa­nie, po czym drzwi się uchy­lają i widzę oko na pozio­mie swo­jej piersi. Roz­sze­rza się, gdy pani Nguyen mnie poznaje. Otwiera drzwi. Ma na sobie gruby szla­frok, puchate pan­to­fle domowe i czer­woną opa­skę na siwych wło­sach ści­śle przy­le­ga­ją­cych do głowy.

-?Wywóz śmieci -?mówię.

Uśmie­cha się i unosi nie­wielką, schlud­nie zwią­zaną pla­sti­kową torebkę.

-?Jesteś słodki.

-?Kar­mi­łaś kota w cza­sie mojej nie­obec­no­ści, więc spła­cam dług. Ale powin­naś dawać mu mniej sma­ko­ły­ków. Zaczął tyć.

-?Nie jest gruby, ma tylko masywne kości -?odpo­wiada. -?Jeśli szuka jedze­nia, to zna­czy, że jest głodny. Źle go kar­misz.

-?Zgódźmy się, że mamy różne zda­nia na ten temat.

-?Chcesz, żebym się nim zaopie­ko­wała w cza­sie świąt? Wyjeż­dżasz gdzieś?

-?Będę tam, gdzie co roku. Na górze, pijąc whi­sky i oglą­da­jąc To wspa­niałe życie.

-?Żad­nej rodziny, przy­ja­ciółki? -?pyta. -?Albo przy­ja­ciela?

Wzru­szam ramio­nami.

-?Nie prze­pa­dam za Bożym Naro­dze­niem. Jako dziecko nie dosta­łem roweru BMX, o który pro­si­łem. Potem było jesz­cze gorzej.

-?Żyjesz jak Scro­oge z Opo­wie­ści wigi­lij­nej. W Wigi­lię upiekę cia­sto z mig­da­łami dla syna i jego dzieci. -?Unosi brwi. -?Możesz wpaść, jeśli masz ochotę. Przyda się para sil­nych rąk.

-?Możesz mnie pod­ry­wać, ile chcesz, ale i tak nie zamie­rzam się z tobą prze­spać.

Śmieje się, unosi dłoń i kle­pie mnie po piersi.

-?Nie miał­byś na to szans. Dzięki za wynie­sie­nie śmieci, Mark.

-?Zoba­czymy się jutro, kocha­nie -?odpo­wia­dam i ruszam w stronę scho­dów. -?I prze­stań pod­rzu­cać jedze­nie mojemu kotu.

-?A ty prze­stań go gło­dzić! -?woła za mną.

Wycho­dzę na ulicę, wyrzu­cam śmieci do pojem­ni­ków, po czym ruszam w stronę Lower East Side. Nor­mal­nie poszedł­bym pie­szo, ale w tym momen­cie chyba lepiej poje­chać metrem linii F, więc docie­ram do West Fourth Street, zbie­gam po scho­dach i udaje mi się wsko­czyć do wagonu w chwili zamy­ka­nia drzwi.

I oczy­wi­ście poja­wia się Smi­ley.

Smi­ley to stały bywa­lec tej dziel­nicy. Nie zawsze w linii F, widy­wa­łem go też w A oraz 1. Pew­nie mieszka w tej oko­licy albo to jego teren łowiecki. Jak zwy­kle koły­sze się nie­zgod­nie z ryt­mem ruchów pociągu, trzy­ma­jąc do połowy opróż­nioną butelkę Hen­nessy; zacho­wuje się jak pewny sie­bie chu­li­gan z lat dwu­dzie­stych. Jego zanie­dbane włosy są prze­tłusz­czone, ma bli­zny na twa­rzy. Jedną na policzku, która nadaje jego twa­rzy wyraz gro­te­sko­wego uśmie­chu.

Zawsze sta­ram się go igno­ro­wać. W metrze naj­czę­ściej wywo­łują awan­tury bez­domni albo cho­rzy psy­chicz­nie. Współ­czuję im, mia­sto Nowy Jork wydaje miliardy dola­rów na poli­cję, która wsa­dza ich do aresz­tów, prze­śla­duje albo bije. Zdo­bywa pie­nią­dze, wyko­rzy­stu­jąc agen­cje zaj­mu­jące się bez­dom­nymi lub zdro­wiem psy­chicz­nym, które mogłyby im poma­gać.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, są naj­więk­szym zagro­że­niem dla samych sie­bie. Jeśli ich igno­ro­wać, zosta­wiają ludzi w spo­koju: zawsze można wsiąść do następ­nego wagonu albo pocze­kać na następny pociąg.

Łatwo to powie­dzieć.

W tej chwili roz­ma­wia z ładną młodą bru­netką w dro­gich skó­rza­nych butach i bia­łej kurtce pucho­wej. Dziew­czyna nie odpo­wiada na jego zaczepki, sku­liła się na ławce, jakby chciała znik­nąć. W wago­nie panuje strach, ludzie odwra­cają wzrok, udają, że niczego nie widzą i nie muszą mieć poczu­cia winy.

Sia­dam na wol­nym miej­scu obok dziew­czyny i patrzę na Smi­leya.

-?Hej, stary, jakie są twoje ulu­bione lody?

Płyta w jego mózgu zgrzyta.

-?O czym ty gadasz, do cho­lery, czło­wieku?! -?pyta w końcu.

-?Gdzie można tu zro­bić naj­lep­sze zakupy? Cho­dzę do Dagsa, ale jest tro­chę drogi.

-?Roz­ma­wiam z tą panią -?odpo­wiada, pocią­ga­jąc łyk z butelki Hen­nessy, po czym zdaje sobie sprawę, że jest pusta. Wydaje się zaszo­ko­wany.

-?Roz­mowa nie wyglą­dała na cie­kawą, ale widzia­łem, że masz ochotę poga­wę­dzić, więc posta­no­wi­łem się przy­łą­czyć. Jaki dobry film ostat­nio widzia­łeś?

Pyta­nia wywo­łują dokład­nie taki sku­tek, jak pla­no­wa­łem: dez­orien­tują go i iry­tują, lecz nie są na tyle agre­sywne, by wpadł we wście­kłość.

Drzwi otwie­rają się na sta­cji Broad­way-Lafay­ette i lekko trą­cam kobietę łok­ciem. Czeka sekundę i wybiega z pociągu. W tym momen­cie ja też wstaję i zaj­muję miej­sce mię­dzy Smi­leyem a drzwiami, więc nie może za nią iść.

Drzwi się zasu­wają. Popy­cha mnie, nie­zbyt mocno, ale cofam się nieco, two­rząc mię­dzy nami dystans, by móc obser­wo­wać jego ręce. Facet, któ­remu pocięto w ten spo­sób twarz, praw­do­po­dob­nie nosi nóż, by koić wspo­mnie­nia. To bez­pieczne zało­że­nie: wiele zyskam, jeśli mam rację.

Na przy­kład: nie ugo­dzi mnie nożem.

-?Wiesz, kim jestem? -?pyta.

-?Nie -?odpo­wia­dam. -?Ja nazy­wam się Mark. Jaki jest twój ulu­biony kolor?

-?Czer­wony -?mówi. -?Za chwilę go zoba­czysz, jak się nie cof­niesz.

-?Masz rację, nie warto -?odzy­wam się, z całych sił sta­ra­jąc się powstrzy­mać pogar­dliwy uśmie­szek, poja­wia­jący się na moich war­gach.

Wypija jesz­cze jeden łyk z butelki -?cią­gle pustej -?i namy­śla się, co robić. Pociąg zwal­nia i wjeż­dża na sta­cję Second Ave­nue. Zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy nie był to błąd. Nie żałuję, że zwró­ci­łem na sie­bie jego uwagę, ale mogłem grać łagod­niej.

-?Dupek -?mru­czy, gdy drzwi się otwie­rają, a póź­niej odcho­dzi.

Kiedy drzwi są bez­piecz­nie zamknięte, kilku ludzi klasz­cze. Kiwam lekko głową w stronę tłumu, zado­wo­lony, że zacho­wa­łem spo­kój, tro­chę ziry­to­wany, że nikt nie zain­ter­we­nio­wał przede mną. Ale przede wszyst­kim z tru­dem usi­łuję zapa­no­wać nad tok­sycz­nym pra­gnie­niem, które spra­wiało, że chcia­łem podą­żyć za Smi­leyem i spy­tać go: "Wiesz, kim jestem?".

* * *

Na oknie restau­ra­cji prze­su­wają się z sze­le­stem płatki śniegu. Nie jest ich na tyle dużo, by przy­le­gały, ale wystar­cza, by uznać to za pierw­szy opad śniegu tej zimy. Po dru­giej stro­nie Delan­cey Street widać nie­wielką, gołą cho­inkę ozdo­bioną tylko miga­ją­cymi lamp­kami. Wydaje mi się smutna, samotna, usi­łuje świe­cić w ciem­nym, obo­jęt­nym mie­ście, ale może to po pro­stu odbi­cie mojego nastroju.

Kenji znowu zwraca moją uwagę na blat. Stuka w notes, który wyją­łem, lecz któ­rego nie otwo­rzy­łem. Dłu­gie siwe włosy ma zwią­zane w kucyk i jak zawsze widać na jego twa­rzy zamy­ślony uśmiech, jak u kogoś, kto usły­szał śred­nio zabawny dow­cip. Nie na tyle dobry, by gło­śno się śmiać, ale wyma­ga­jący grzecz­nej reak­cji.

-?Jak twój ósmy krok? -?pyta.

Wypi­jam łyk wody o smaku kawy i wzru­szam ramio­nami.

-?Już pra­wie Gwiazdka. Wymie­nimy się pre­zen­tami? Jeśli masz coś dla mnie, nie chcę mieć pustych rąk i czuć się jak idiota.

-?Mark?

-?Noszę T-shirty roz­miaru M. Mam mnó­stwo akce­so­riów kuchen­nych. Nie potrze­buję nowych.

-?Maaark? -?powta­rza Kenji, prze­cią­ga­jąc moje imię niskim bary­to­nem, jakby stro­fo­wał dziecko.

-?Nad­cho­dzi -?mówię.

Śmieje się cicho. Pro­stuje się na stołku i roz­gląda się, by się upew­nić, że nikt nas nie sły­szy. Oprócz star­szego męż­czy­zny sie­dzą­cego w bok­sie na końcu restau­ra­cji, ubra­nego w nie­modny brą­zowy gar­ni­tur i roz­wią­zu­ją­cego krzy­żówkę w "New York Time­sie", w lokalu jeste­śmy tylko my i wła­ści­cielka, Lulu. Jej restau­ra­cja to wąskie pomiesz­cze­nie przy­po­mi­na­jące bar na sta­cji kole­jo­wej: mnó­stwo chromu, lami­natu imi­tu­ją­cego drewno i kurzu. Jedze­nie jest dobre, a pry­wat­ność naj­wyż­szej klasy.

-?Co się dzieje? -?pyta Kenji. -?Wyda­jesz się zde­kon­cen­tro­wany.

Opo­wia­dam mu o Smi­leyu i o tym, że jestem dumny ze spo­koj­nego zakoń­cze­nia incy­dentu, cho­ciaż mia­łem ochotę roz­bić mu czaszkę.

-?Jeśli szu­kasz afir­ma­cji, to ją zna­la­złeś. -?Kle­pie mnie po ramie­niu. - Jestem z cie­bie dumny.

-?Dzię­kuję, tatu­siu.

-?Wiem, że stale to powta­rzam, ale dla­tego, że łatwo o tym zapo­mnieć - odzywa się. -?Zmiana nie jest czymś, co robi się tylko raz. Trzeba ją powta­rzać codzien­nie...

Milk­nie, gdy poja­wia się przed nami Lulu. Jej rude włosy siwieją, nosi czer­wone kocie oku­lary i spo­gląda na nas sta­lo­wymi zie­lo­nymi oczami. Trzyma szklany imbryk z kawą, nalewa nam ją bez słowa, po czym czła­pie z powro­tem do kasy i zaj­muje się papier­kową robotą.

-?To trudne -?mówi Kenji nieco cich­szym gło­sem. Gła­dzi prawą ręką skom­pli­ko­wany, kolo­rowy tatuaż pokry­wa­jący lewe przed­ra­mię: ogon smoka owi­nię­tego wokół torsu. Głowa smoka zaj­muje całe plecy. Dotyka tatu­ażu, gdy przy­po­mina sobie dawne życie.

-?Myśl o tym, że mógł­bym sie­dzieć wśród ludzi... -?Wypi­jam nie­wielki łyk kawy, mając nadzieję, że zła­go­dzi ści­ska­nie w gar­dle.

-?Pamię­tasz, co ci mówi­łem przed wielu laty? -?pyta Kenji, obra­ca­jąc kube­czek na spodku.

-?Naj­waż­niej­sze to być goto­wym -?odpo­wia­dam.

-?Prze­pro­si­łem dwa dni temu -?mówi. -?Odna­la­złem starą przy­ja­ciółkę, która mieszka tutaj, w Pas­saic. -?Odsta­wia kube­czek i splata dło­nie. - Pro­wa­dzi restau­ra­cję, kuch­nia japoń­ska i mek­sy­kań­ska. Nie wiem, czy dobra.

-?Nie zafun­do­wała ci posiłku?

-?Przy­sze­dłem po zamknię­ciu.

-?I po pro­stu powie­dzia­łeś, co zro­bi­łeś?

Kiwa głową.

-?Na początku wyda­wała się wytrą­cona z rów­no­wagi, tro­chę prze­ra­żona, ale mnie wysłu­chała. Kiedy skoń­czy­łem, oświad­czyła, że mi nie wyba­cza, ale minęło tak dużo czasu, że nie ma już pre­ten­sji. Powie­działa, że już dawno zapo­mniała o bólu i że muszę sobie radzić z wła­snym. Popro­siła, żebym odszedł i ni­gdy nie wra­cał.

-?Jak się czu­łeś? -?pytam.

-?W tam­tej chwili nie­kom­for­towo -?odpo­wiada. -?Ale gdy wra­ca­łem do metra, zro­biło mi się lżej na sercu. Musia­łem to zro­bić. -?Wypija duży łyk kawy. -?Z cza­sem staje się to łatwiej­sze.

Lekko się śmieję. Pomysł, że może to być łatwe, wydaje się gro­te­skowy.

Tak naprawdę okła­muję Ken­jiego. Ósmy krok -?lista ludzi, któ­rych powi­nie­nem prze­pro­sić -?jest już od jakie­goś czasu gotowa.

Ale dzie­wiąty krok polega na tym, by naprawdę prze­pro­sić. A to ozna­cza przy­zna­nie, że naprawdę zabi­łem tych ludzi.

-?Nie rozu­miem jed­nej rze­czy -?mówię. -?Dzie­wiąty krok polega na tym, że należy prze­pro­sić zain­te­re­so­wane osoby, gdy to moż­liwe, chyba że wyrzą­dzi­łoby to nową szkodę lub krzywdę. W takim przy­padku możemy prze­pro­sić pośred­nio, czy­nami. Po pro­stu pro­wa­dzić lep­sze życie. Słu­żyć. Czy cały ten pro­gram nie polega na pro­wa­dze­niu lep­szego życia? Czy zdra­dza­nie ludziom tajem­nic nie przy­spa­rza dal­szych szkód? Po pro­stu roz­dzie­ramy rany. Sta­wiamy ich w sytu­acji... A jeśli posta­no­wią szu­kać zemsty?

Kenji znowu się uśmie­cha.

-?Mówisz jak każdy uczest­nik pro­gramu, który nie chce przejść do dzie­wią­tego kroku.

Trzy­mam dło­nie oparte o blat, jak­bym pró­bo­wał nie odle­cieć w prze­strzeń. Ręce, które wyrzą­dziły tyle krzywdy, które spra­wiły, że lista przy­go­to­wana w ósmym kroku jest pie­kiel­nie długa. Kenji zdaje się wyczu­wać zmianę poło­że­nia środka cięż­ko­ści i kła­dzie prawą rękę na mojej lewej dłoni, by mnie uspo­koić. Instynk­tow­nie chce ją cof­nąć, ale doce­niam intymny gest.

Zwłasz­cza że jego ręce robiły to samo co moje.

-?Jesteś moim czwar­tym pod­opiecz­nym -?mówi. -?Dwóch zre­zy­gno­wało. Jed­nego dopa­dła prze­szłość. Ty poko­ny­wa­łeś kolejne kroki z praw­dzi­wym zaan­ga­żo­wa­niem. Oka­za­łeś się lep­szy. Póź­niej dotar­łeś tutaj i natra­fi­łeś na mur. Nie chcę stra­cić kolej­nego pod­opiecz­nego. Pamię­taj, to dobry uczy­nek. Nie tylko wobec ludzi na two­jej liście, lecz także wobec cie­bie. Uczysz się wyba­czać samemu sobie.

-?Wiem -?odpo­wia­dam. -?To po pro­stu trudne.

-?Bar­dzo trudne.

Wcią­gnąć powie­trze, wstrzy­mać oddech na cztery sekundy, wypu­ścić powie­trze, odcze­kać cztery sekundy.

Ma rację. Przej­ście do dzie­wią­tego kroku może ozna­czać zakoń­cze­nie pro­gramu, a potem, pew­nego dnia -?cóż, nie spo­dzie­wam się, że naprawdę sobie wyba­czę i odnajdę spo­kój wewnętrzny, ale może będę w sta­nie spać w nocy albo tro­chę mniej się nie­na­wi­dzić.

Może to wystar­czy?

Za naszymi ple­cami roz­lega się dzwo­nek nad drzwiami. Do lokalu wcho­dzą młoda kobieta i młody męż­czy­zna. Trzy­mają tele­fon na pozio­mie oczu i gapią się w niego z uśmie­chem. Męż­czy­zna ma na gło­wie czarną czapkę, a na szyi gustow­nie zwią­zaną apaszkę. Kobieta nosi duże, grube oku­lary; jest ogo­lona na zero.

-?W dzi­siej­szym odcinku Nie­zna­nych restau­ra­cji odwie­dzamy bar Lulu. Znaj­duje się daleko na ubo­czu i nie ma nawet strony w Yel­pie -?odzywa się męż­czy­zna. -?Poza tym...

Lulu pstryka pal­cami, co uci­sza męż­czy­znę, po czym mówi, nie odry­wa­jąc pióra od papieru i nie uno­sząc wzroku:

-?Wyjdź­cie.

Stoją w otwar­tych drzwiach, do sali wpada chłodne gru­dniowe powie­trze. Nie wie­dzą, co powie­dzieć, i patrzą na mnie i Ken­jiego, jakby ocze­ki­wali pomocy.

Lekko wzru­szam ramio­nami.

-?Nie zadzie­rał­bym z nią.

Wycho­dzą, nie mówiąc ani słowa.

Wła­śnie dla­tego przy­cho­dzimy do Lulu.

Zdaję sobie sprawę, że Kenji dalej trzyma rękę na mojej dłoni. Spo­glą­damy na nasze ręce, potem na sie­bie i wybu­chamy śmie­chem. Zadzia­łał zawór bez­pie­czeń­stwa: obaj tego potrze­bo­wa­li­śmy.

Kenji sięga po port­fel. Ale jestem gotowy, mam w kie­szeni zło­żony bank­not pięć­dzie­się­cio­do­la­rowy, z któ­rym chęt­nie się roz­stanę. Kładę go na ladzie. Kenji wzdy­cha.

-?Pro­szę... -?mówi.

-?Wszystko w porządku, stary -?odpo­wia­dam.

Kenji przy­wią­zuje wielką wagę do zwy­cza­jów i tra­dy­cji; nie lubi tego, że zawsze płacę. Ale zakoń­czy­łem dawne życie ze spo­rymi oszczęd­no­ściami. Jemu zostało tylko ubra­nie.

-?Dzię­kuję -?mówi, kiwa­jąc lekko głową. -?Tak, miło byłoby wymie­nić pre­zenty w tym roku. Minęło dużo czasu.

-?Och, po pro­stu mia­łem trudny okres. Znowu. Po ostat­nim Bożym Naro­dze­niu...

-?Może powin­ni­śmy zapo­mnieć o złych wspo­mnie­niach i sku­pić się na dobrych? -?odzywa się.

Przy­tła­czają mnie sprzeczne emo­cje: czuję zawroty głowy na myśl o czymś tak nor­mal­nym jak wymiana pre­zen­tów oraz, oczy­wi­ście, pie­kący wstyd z powodu tego, co zda­rzyło się ostat­nim razem, gdy przy­go­to­wa­łem pre­zent świą­teczny.

Ale wydaje się to kolej­nym drob­nym kro­kiem na dro­dze do życia, jakie chciał­bym pro­wa­dzić.

Nor­mal­nego życia.

-?Limit wydat­ków to pięć­dzie­siąt dola­rów -?mówię. -?Brzmi dobrze?

-?Brzmi dobrze.

Wsta­jemy i wkła­damy płasz­cze. Lulu może to zauwa­żyć albo nie. Krzy­czę do niej przez całą salę:

-?Hej, Lulu, już pra­wie Gwiazdka. Powin­naś ozdo­bić lokal!

-?Hm... -?mru­czy. Tak przy­naj­mniej mi się wydaje.

Kenji wska­zuje drzwi.

-?Musimy kupić pączki.

Pod­zie­mia kościoła są skrom­nie ume­blo­wane, lecz na tyle duże, by zmie­ściło się tam kil­ku­dzie­się­ciu uczest­ni­ków spo­tka­nia para­fial­nego albo zbiórki na cele cha­ry­ta­tywne. Na skła­da­nym sto­liku w rogu gul­go­cze imbryk do kawy sto­jący obok otwar­tego pudełka z pącz­kami. Ściany są poma­lo­wane na błę­kitny kolor, a pod­łogę pokrywa czarno-biała sza­chow­nica mar­mu­ro­wych płyt. Pod­zie­mia wydają się zasty­głe w cza­sie, w 1982 roku.

Kenji pochyla się do przodu i kła­dzie na sto­ją­cym przed nim nie­wiel­kim sto­liku srebrne urzą­dze­nie o wiel­ko­ści szminki, które sprawi, że nikt nas nie pod­słu­cha ani nie nagra. Obok leży jego egzem­plarz Wiel­kiej Księgi, jesz­cze bar­dziej postrzę­pio­nej niż moja. Jest zwią­zana grubą nie­bie­ską gumową taśmą, by strony nie wypa­dły.

-?Witaj w Ano­ni­mo­wych Skry­to­bój­cach -?mówi. -?Nazy­wam się Kenji i jestem mor­dercą.

Patrzy wokół, przy­glą­da­jąc się każ­demu z nas po kolei. Jest nas w sumie pię­cioro, sie­dzimy pod brzę­czą­cymi jarze­niów­kami na skła­da­nych meta­lo­wych fote­li­kach poma­lo­wa­nych na brą­zowo.

Valen­cia jest ubrana w czer­woną fla­ne­lową koszulę i dżinsy. Jej kru­czo­czarne włosy są krótko obcięte i lekko roz­czo­chrane, jakby przed chwilą się obu­dziła. Ma minę taką samą jak zawsze: jakby poczuła kosz­marny smród.

Booker wygląda jak żoł­nierz pie­choty mor­skiej -?łysy, z brą­zową skórą pokrytą czar­nymi ple­mien­nymi tatu­ażami, w woj­sko­wych butach i mun­du­rze polo­wym. Zerka szybko na boki, cze­ka­jąc, by wyda­rzyło się coś, co dałoby mu powód do wsz­czę­cia awan­tury.

Stu­art jest naj­młod­szy w gru­pie, ma co naj­mniej dzie­sięć lat mniej od reszty uczest­ni­ków i jest ubrany w jesz­cze bar­dziej mło­dzie­żowy strój - ogromny czarny dres i zbyt obszerne bojówki. Sie­dzi na kra­wę­dzi krze­sła, przy­wo­dzi na myśl zwie­rzę pod­kra­da­jące jedze­nie więk­szym dra­pież­ni­kom.

-?Ano­ni­mowi Skry­to­bójcy to brac­two męż­czyzn i kobiet o wspól­nych doświad­cze­niach, sil­nych i peł­nych nadziei, że mogą roz­wią­zać łączące ich pro­blemy i odzy­skać zdro­wie -?cią­gnie Kenji. -?Aby zostać człon­kiem, trzeba speł­nić tylko jeden waru­nek: pra­gnąć zerwać z daw­nym życiem. Nie jeste­śmy zwią­zani z żadną sektą, wyzna­niem, par­tią poli­tyczną, orga­ni­za­cją ani insty­tu­cją; naszym głów­nym celem jest prze­stać zabi­jać i pomóc innym osią­gnąć to samo. Nie przy­no­simy broni na spo­tka­nia Ano­ni­mo­wych Skry­to­bój­ców; zosta­wiamy wcze­śniej­sze afi­lia­cje poli­tyczne za drzwiami. Jeśli byli­śmy znani pod pseu­do­ni­mami albo nic­kami, nie uży­wamy ich w trak­cie spo­tkań grupy. Opo­wia­damy o sobie, lecz sta­ran­nie ukry­wamy szcze­góły. Jeśli ktoś chce wpro­wa­dzić nowego członka, wyra­żamy na to zgodę i powi­nien on zostać spraw­dzony. Ma to nas chro­nić nie tylko przed cie­kaw­skimi uszami, ale też przed sobą.

Kenji nie żar­tuje. Krążą plotki, że przed kilku laty w Los Ange­les odbyło się spo­tka­nie, na któ­rym dwaj zawo­dowi zabójcy ujaw­nili swoje pseu­do­nimy i mimo woli odkryli, że od dzie­się­cio­leci bawili się ze sobą w kotka i myszkę. Po zakoń­cze­niu spo­tka­nia cztery osoby były mar­twe.

Ano­ni­mo­wość to ważny czyn­nik każ­dego pro­cesu powrotu do zdro­wia i jest szcze­gól­nie istotna tutaj.

-?Możesz odczy­tać listę kro­ków, Valen­cio? -?pyta Kenji.

Valen­cia poru­sza się na krze­śle i zamyka oczy. Przez chwilę przy­po­mina sobie słowa. Na nor­mal­nym spo­tka­niu Ano­ni­mo­wych Skry­to­bój­ców leża­łyby przed nami kartki z tek­stem; tutaj wolimy nie mieć niczego na piśmie.

-?Naprawdę musimy to robić za każ­dym razem? -?pyta agre­syw­nie Booker.

Nie robi to wra­że­nia na Ken­jim. Booker po pro­stu taki jest.

-?Pamię­taj, że nie­które kroki powstrzy­mują nas przed popeł­nie­niem samo­bój­stwa, a tra­dy­cje przed poza­bi­ja­niem się nawza­jem -?mówi Kenji. - Valen­cia?

Booker gło­śno wydy­cha powie­trze, zdej­muje z szyi drew­niany róża­niec i owija wokół lewej pię­ści jak na początku każ­dego spo­tka­nia. Mam ochotę sko­men­to­wać iro­niczny sens tego gestu, ale to nie jest wła­ściwy moment. Valen­cia zaczyna mówić:

Krok pierw­szy. Zosta­jemy przy­jęci do pro­gramu, gdy jeste­śmy bez­silni - nie panu­jemy nad swoim życiem.

Krok drugi. Uwie­rzy­li­śmy, że potęga więk­sza od nas może przy­wró­cić nam zdro­wie.

Krok trzeci. Pod­ję­li­śmy decy­zję pod­po­rząd­ko­wa­nia swo­jej woli sile wyż­szej, jak ją rozu­miemy.

Krok czwarty. Doko­na­li­śmy głę­bo­kiego, pozba­wio­nego stra­chu rachunku sumie­nia.

Krok piąty. Przy­zna­li­śmy się przed siłą wyż­szą, przed sobą i przed innymi ludźmi do swo­ich występ­ków.

Krok szó­sty. Jeste­śmy gotowi, by pozwo­lić wyż­szej sile usu­nąć nasze wady cha­rak­teru.

Krok siódmy. Pokor­nie popro­si­li­śmy, by wyż­sza siła uwol­niła nas od wad.

Krok ósmy. Spo­rzą­dzi­li­śmy listę wszyst­kich osób, które skrzyw­dzi­li­śmy, i chcemy je prze­pro­sić.

Krok dzie­wiąty. Prze­pro­si­li­śmy ofiary swo­ich czy­nów, z wyjąt­kiem przy­pad­ków, gdy wyrzą­dzi­łoby to krzywdę im samym lub innym.

Krok dzie­siąty. W dal­szym ciągu doko­nu­jemy rachunku sumie­nia; jeśli popeł­niamy błędy, natych­miast się do tego przy­zna­jemy.

Krok jede­na­sty. Pró­bu­jemy modli­twą i medy­ta­cją ulep­szyć świa­domy kon­takt z wyż­szą siłą, jak ją rozu­miemy, modląc się o to, byśmy poznali jej wolę i mieli siłę ją wypeł­nić.

Krok dwu­na­sty. Kiedy w wyniku poprzed­nich kro­ków dozna­jemy ducho­wego prze­bu­dze­nia, sta­ramy się prze­ka­zać to prze­sła­nie podob­nym do sie­bie i stale prak­ty­ko­wać te zasady.

Wysłu­cha­nie listy kro­ków ma na mnie taki sam wpływ jak zawsze: czuję pod­nie­ce­nie i pra­gnę je wyko­nać, a jed­no­cze­śnie towa­rzy­szy temu strasz­liwa trwoga.

Valen­cia mówi dalej:

-?Nikt z nas ni­gdy nie potra­fił prze­strze­gać zasad w spo­sób ide­alny. Nie jeste­śmy świę­tymi...

Ten punkt zawsze wywo­łuje kilka cichych śmie­chów.

-?Cho­dzi o to, że chcemy roz­wi­jać się duchowo... -?cią­gnie Valen­cia.

Spo­gląda na Ken­jiego, który kiwa głową.

-?Dzię­kuję -?odzywa się Kenji. -?Teraz...

Ręka Stu­arta wystrzela do góry. Zacho­wuje się jak pry­mus na lek­cji w szkole.

-?Stu­art -?mówi Kenji, patrząc na mnie. -?Mamy inne sprawy...

-?Nie -?prze­ry­wam. -?Wszystko w porządku. Nie ma pośpie­chu.

Stu­art splata dło­nie na kola­nach.

-?Więc ja...

-?Znowu te gówna... -?mru­czy Booker, spo­glą­da­jąc na pozo­sta­łych uczest­ni­ków spo­tka­nia, jakby chciał powie­dzieć: "Daj spo­kój, dobrze?".

Stu­art natych­miast zamyka usta i wbija wzrok w pod­łogę.

-?Booker, znasz nasze zasady -?mówi Kenji, spo­koj­nie, ale surowo. - Wszy­scy mają równe prawa, nikogo nie oce­niamy. Jedyny waru­nek to chęć zerwa­nia z daw­nym życiem.

-?Prze­cież to po pro­stu świr -?rzuca Booker, kiwa­jąc pokrytą tatu­ażami ręką w stronę Stu­arta. -?Wszy­scy tak uwa­żamy. Nie podoba mi się, że z nami sie­dzi. Uczest­ni­czy­li­śmy w grze, zaj­mo­wa­li­śmy się poważ­nymi rze­czami. Zabi­ja­łem ban­dy­tów i ter­ro­ry­stów, a nie nie­win­nych ludzi. - Patrzy na Stu­arta. -?Jak w ogóle się dowie­dzia­łeś o pro­gra­mie, do cho­lery? To Ano­ni­mowi Skry­to­bójcy, a nie Ano­ni­mowi Seryjni Mor­dercy.

-?Mark? -?pyta Kenji.

Booker sku­pia na mnie uwagę.

Stu­art patrzy nie­pew­nie w moim kie­runku.

-?Kilka spraw, B. -?odzy­wam się. -?Wiesz rów­nie dobrze jak ja, że został spraw­dzony przez Ken­jiego, jak wszy­scy. Po dru­gie, przyj­mu­jemy zabój­ców na zle­ce­nie, któ­rzy nie są skry­to­bój­cami. Masz prawo do swo­ich poglą­dów, ale roz­ma­wia­li­śmy o tym wiele razy. Zabi­ja­li­śmy dla pie­nię­dzy albo dresz­czyku emo­cji, a może dla­tego, że była to jedyna rzecz, w któ­rej jeste­śmy dobrzy. Stu­art... -?wska­zuję zgar­bioną postać -?...ma przy­mus zabi­ja­nia. Jest uza­leż­niony, co ozna­cza, że grupa to naj­lep­sze miej­sce dla niego. Jego obec­ność tutaj ozna­cza, że ktoś żyje. Chciał­byś wyklu­czyć rów­nież najem­ni­ków? Żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej, któ­rzy zaczęli pra­co­wać dla pry­wat­nych firm?

Booker mimo woli poru­sza mię­śniami przed­ra­mion. Dowie­dzia­łem się o nim wystar­cza­jąco dużo. Nie lubi wzmia­nek o pie­cho­cie mor­skiej. Zdra­dza go bra­wura, po któ­rej łatwo roz­po­znać daw­nych mari­nes.

-?Sta­ramy się być lepsi -?przy­po­mi­nam. -?Myślę, że powin­ni­śmy wspie­rać Stu­arta, nie kry­ty­ko­wać za to, że jest z nami.

-?Niech ci będzie -?mru­czy Booker, spla­ta­jąc ramiona na piersi.

Patrzę na Valen­cię. Jej roz­gry­zie­nie zajęło mi naj­dłu­żej, bo naj­mniej mówi. Booker to żoł­nierz pie­choty mor­skiej, który stał się najem­ni­kiem, Kenji to zabójca yakuzy, Stu­art to Stu­art. Wiem tylko, że Valen­cia jest Mek­sy­kanką, ale nie zacho­wuje się jak woj­skowa albo poli­cjantka, więc przy­pusz­czam, że miała coś wspól­nego z kar­te­lami.

-?Myślę, że odbie­gli­śmy od tematu -?odzywa się Valen­cia, patrząc obok nas w ścianę. -?Stale sobie prze­ry­wamy.

-?Wra­cajmy do spo­tka­nia. -?Mru­gam do Stu­arta. -?Co chcesz powie­dzieć, Stu?

-?No cóż... -?zaczyna, cią­gle wpa­tru­jąc się w posadzkę. Kuli się, mówie­nie przy­cho­dzi mu z tru­dem. -?Zeszłego wie­czoru posze­dłem do baru w pobliżu swo­jego miesz­ka­nia, bo mają nie­złe frytki. Bur­gery są nie­cie­kawe, ale frytki dobre. Zamó­wi­łem por­cję fry­tek, bar­manka była w moim typie. - Uśmie­cha się sar­do­nicz­nie; wszy­scy tęże­jemy lekko, gdy sły­szymy zwrot "w moim typie".

Stu­art mówi coraz szyb­ciej.

-?To Asto­ria, spo­kojna dziel­nica po zmroku. Mogłem śle­dzić ją do domu, dowie­dzieć się, gdzie mieszka. Albo nawią­zać z nią roz­mowę, poznać ją bli­żej. Zawsze byłem w tym dobry. Potra­fię skła­niać ludzi do zwie­rzeń. Ale tego nie zro­bi­łem. Skoń­czy­łem frytki, zapła­ci­łem i wró­ci­łem do domu.

Kenji entu­zja­stycz­nie klasz­cze. Reszta go naśla­duje, choć z mniej­szą werwą.

-?Punkt dla cie­bie, Stu­art -?mówi Kenji. -?Jak się czu­łeś?

Stu­art pochyla głowę i wbija kciuk lewej ręki w prawą dłoń.

-?Cią­gle się zasta­na­wiam, jak jej głowa wyglą­da­łaby w mojej lodówce z jabł­kiem w ustach, ale naj­waż­niej­sze, że jej nie stra­ciła, prawda?

Czuję napię­cie wzbie­ra­jące w pomiesz­cze­niu, więc znowu klasz­czę. Nikt mnie nie naśla­duje, ale nie ma to zna­cze­nia. Cisza została prze­rwana.

-?Trzeba powoli iść do przodu, stary -?mówię. -?Dzień po dniu.

Booker coś mru­czy, lecz nie mogę go zro­zu­mieć.

Kenji wzdy­cha i mówi:

-?Dzię­kuję ci, Stu­art. Nasze następne spo­tka­nie powinno być wyjąt­kowe...

Czuję cie­pło roz­cho­dzące się po ciele. Nie­ważne, jak daleko zaszli­śmy w życiu: jeste­śmy po pro­stu małymi dziećmi, które chcą dostać pochwałę od nauczy­ciela.

-?Mar­kowi bra­kuje kilku dni do pierw­szego roku -?odzywa się Kenji.

Wszy­scy znowu klasz­czą, znacz­nie bar­dziej entu­zja­stycz­nie niż Stu­ar­towi.

Kenji jest naj­star­szy sta­żem: pięć lat z okła­dem. Valen­cia ma za sobą cztery lata, a Booker prze­szło trzy. Stu­art, nowy naby­tek, uczest­ni­czy w spo­tka­niach zale­d­wie od kilku mie­sięcy. Jest to trudny okres dla uczest­ni­ków pro­gramu i chcę go pod­trzy­mać na duchu.

Wszy­scy cze­kają, dając mi moż­li­wość zabra­nia głosu.

-?Pra­wie nie mogę w to uwie­rzyć. -?Wyj­muję z kie­szeni swoją ostat­nią nagrodę, żeton otrzy­many z oka­zji sze­ściu mie­sięcy uczest­nic­twa w pro­gra­mie. Napis jest ledwo czy­telny, twarda pla­sti­kowa powierzch­nia gładka i wytarta, bo czę­sto obra­ca­łem go w pal­cach, by sobie przy­po­mnieć, że jest rze­czy­wi­sty. -?Przy­szło mi dziś do głowy, że przy­zwy­cza­je­nia ni­gdy nie zni­kają. Są zako­do­wane w mię­śniach, stały się instynk­tem. I zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy mogę się naprawdę zmie­nić. Ale chyba to bez zna­cze­nia, czy mogę, czy nie; jedyną ważną rze­czą jest to, że chcę się zmie­nić.

Uno­szę wzrok i po kolei patrzę wszyst­kim w oczy.

-?Chcę po pro­stu powie­dzieć, że jestem wam wszyst­kim wdzięczny. Nikt nie rozu­mie, jak działa zabi­ja­nie. Nisz­czy czło­wieka, prze­żera od środka, a potem przy­zwy­cza­jamy się do niego i staje się zawo­dem. W fil­mach wydaje się to szla­chet­nym zaję­ciem, lecz w rze­czy­wi­sto­ści jeste­śmy tylko narzę­dziami, by ktoś mający wła­dzę miał jesz­cze wię­cej wła­dzy. Mogę powie­dzieć z cał­ko­witą szcze­ro­ścią, że cho­ciaż cią­gle się zma­gam ze swo­imi przy­zwy­cza­je­niami, nie tęsk­nię za zabi­ja­niem. I czuję się z tym dobrze. Jestem wam wdzięczny z całego serca, dra­nie.

Booker wybu­cha gło­śnym śmie­chem, a Kenji spo­gląda na mnie w zamy­śle­niu. Uno­szę rękę, nim ma czas coś powie­dzieć.

-?Nie nazy­wam was dra­niami, bo jeste­ście byłymi zabój­cami, tylko dla­tego, że zawsze zosta­wia­cie mnie samego, żebym posprzą­tał po spo­tka­niach.

-?Okej -?prze­rywa Kenji, leciutko prze­wra­ca­jąc oczami. -?Zostało tro­chę czasu. Booker, chciał­byś coś powie­dzieć?

Booker chce zabrać głos. Histo­ria zawsze jest mniej wię­cej taka sama. Mówi o duchach daw­nych ofiar, które idą za nim do sklepu spo­żyw­czego i stoją w nocy w nogach jego łóżka. Valen­cia opo­wiada, że chciała zostać matką, lecz nie matką dziecka mor­der­czyni; ma nadzieję, że pew­nego dnia będzie godna tego zaszczytu. Kenji opo­wiada, że poprzed­niego wie­czoru prze­pro­sił narze­czoną czło­wieka, któ­rego zabił w Kioto.

Nie ma limi­tów cza­so­wych. Jest nas tylko pię­cioro, więc cza­sem trudno wypeł­nić godzinę. Po pro­stu ktoś musi być w nastroju do zwie­rzeń. Ale nawet wie­czo­rami, gdy opo­wia­damy te same histo­rie, obec­ność na spo­tka­niu przy­nosi mi ulgę. Widzę tych ludzi i wiem, że nie jestem sam.

Słu­cham ich i zasta­na­wiam się nad kamie­niem milo­wym, do któ­rego się zbli­żam.

Minął rok od czasu, kiedy popeł­ni­łem naj­więk­szy błąd w życiu, jeśli nie liczyć wszyst­kich innych błę­dów.

Czuję zado­wo­le­nie i pod koniec, gdy pora odmó­wić modli­twę pokoju, skła­dam ręce i mówię razem z grupą. Mam wra­że­nie, że odma­wiam modli­twę po raz pierw­szy.

-?Daj mi spo­kój wewnętrzny, bym pogo­dził się z rze­czami, któ­rych nie mogę zmie­nić. Daj mi odwagę, by zmie­nił to, co mogę zmie­nić, i mądrość, by dostrze­gać róż­nicę.

Kiedy sala pusto­szeje, zamy­kam oczy i wcią­gam głę­boki oddech. Robię wszyst­kim wymówki, że zosta­wiają mnie, abym posprzą­tał, ale tak naprawdę to lubię. To czyn­ność sprzy­ja­jąca medy­ta­cji, pozwala prze­my­śleć prze­bieg spo­tka­nia. Miłe, krót­kie odre­ago­wa­nie, nim wrócę do świata, gdzie świa­tła i głosy ludzi dzia­łają na mnie iry­tu­jąco.

Przez chwilę czuję się bez­piecz­nie.

Za moimi ple­cami roz­lega się szu­ra­nie. Odwra­cam się i widzę Stu­arta sto­ją­cego nie­zgrab­nie po dru­giej stro­nie sali. Splótł dło­nie na brzu­chu i patrzy na mnie nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Przy­po­mina wiel­kiego kara­lu­cha, jak­bym włą­czył świa­tło i nagle go zoba­czył; wygląda, że za chwilę uciek­nie. Może jestem po pro­stu nie­spo­kojny, ponie­waż wiem, czym się zaj­mo­wał w wol­nym cza­sie? Cisza prze­ciąga się tro­chę za długo, więc pytam:

-?Jak się mie­wasz, stary?

-?Jaka jest róż­nica mię­dzy zabój­cami na zle­ce­nie a skry­to­bój­cami? - odzywa się.

-?Zabójca na zle­ce­nie jest opła­cany przez orga­ni­za­cję poli­tyczną albo prze­stęp­czą, żeby kogoś zamor­do­wać. Skry­to­bójca zabija z przy­czyn reli­gij­nych albo poli­tycz­nych, ale nie zawsze dostaje za to pie­nią­dze. Linie podziału są nie­ostre. Lee Harvey Oswald był skry­to­bójcą; w tej kate­go­rii miesz­czą się ludzie, któ­rzy zmie­niali bieg histo­rii, i nikt nie ma o tym poję­cia, choć dobrze im zapła­cono. Obie nazwy są sto­so­wane wymien­nie, a jed­nak nie zna­czą tego samego. Tro­chę jak z alko­ho­lem: wszyst­kie szkoc­kie to gatunki whi­sky, ale nie wszyst­kie whi­sky to szkocka.

Stu­art kręci głową.

-?Nie rozu­miem.

-?Cóż, może tro­chę prze­kom­bi­no­wa­łem. Ale to naj­lep­sza defi­ni­cja, jaką potra­fię podać w tym momen­cie.

-?Kim wobec tego jestem? -?pyta.

-?Mor­dercą, tak samo jak ja -?odpo­wia­dam. -?Twoje miej­sce jest wśród nas, tak samo jak moje.

Stu­art robi kilka kro­ków do przodu. Tężeję i chyba to zauważa, bo się zatrzy­muje. Dowie­dzia­łem się o nim jed­nego i naprawdę go za to cenię. Jest świa­domy efektu, jaki wywiera na ludzi.

-?Chciał­bym prze­pro­sić za to, że prze­rwa­łem Ken­jiemu -?mówi. -?I dzię­kuję za Bookera.

-?Booker śpi w łóżku z papieru ścier­nego. W głębi serca nie jest złym face­tem. Żaden z nas nie jest zły. Zro­zu­mie­li­śmy swoje błędy. To luk­sus.

-?Podoba mi się to -?mówi w zamy­śle­niu Stu­art. -?Luk­sus.

-?Nie prze­ce­niaj mnie. Kenji kie­dyś powie­dział mi to samo.

Stu­art wbija wzrok w posadzkę.

-?Rozu­miem, choć tak naprawdę nie jestem taki jak wy wszy­scy.

-?Hej, Stu, dobrze, że jesteś z nami! -?Odwra­cam się w jego stronę i cze­kam, aż spoj­rzy mi w oczy.

-?Dzię­kuję -?odpo­wiada. -?Dużo to dla mnie zna­czy, że to powie­dzia­łeś. Posłu­chaj... -?Znowu spo­gląda na pod­łogę, prze­stę­puje z nogi na nogę i znowu patrzy na mnie. -?Jesz­cze nie mam spon­sora. Zgo­dził­byś się... nim zostać?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki