Anomalia - Krzysztof T. Dąbrowski

Kup ebooka

24.75 zł
19.80 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Adrian kochał swoich starszych, ale kompletnie nie potrafił znaleźć z nimi wspólnego języka - byli dla niego jakby z innego świata, z innego kosmosu, po prostu obcy. Miał poczucie, że choćby stawał na głowie, to nie potrafiłby im wyjaśnić, jak wygląda jego świat, co wzbudza w nim pasję, jakie są jego bolączki i marzenia. Owszem, potrafiłby ubrać myśli w słowa i wysłać w postaci modulowanych fal dźwiękowych do ich membran, tak by odebrali ten zestaw dźwięków zwanych słowami, ale nie zrozumieliby - byli tak inni. Nie było na to najmniejszych szans, więc nawet nie próbował.

Zresztą, czy to dziwne? Oni mieli po czterdzieści lat, a on raptem siedemnaście, i gdy nie chcieli się na coś zgodzić, to po prostu mówili mu, że jest jeszcze smarkaczem i nie ma nic do gadania. A on wcale nie czuł się smarkaczem - miał swoje między uszami i potrafił tego używać. Nie mógł się już doczekać chwili, gdy dostanie upragniony dowód - gdy znowu usłyszy słowo "smarkacz", będzie mógł wyciągnąć go z kieszeni i rzucić ostrą ripostę. A na razie pozostawało mu tylko podkreślanie faktu, że jeszcze niecały rok i formalnie będzie uznany za dorosłego i z niczego nie będzie się musiał tłumaczyć.

- E, stary, nie będzie tak różowo - swego czasu dobił go Adam, nowy kumpel, a w zasadzie jedyny dobry kumpel.

Adam zaciągnął się marlborasem i ospale wydmuchnął dym przypominając przy tym starego znudzonego smoka, któremu już nawet nie chce się ziać ogniem. I faktycznie, był trochę flegmatyczny i ospały. Jeśli go ktoś nie znał, to mógłby uznać, że trochę jakby opóźniony - ale jak znał, to wiedział, że za tą maską pozorów krył się umysł ostry jak brzytwa.

Adam przypominał trochę odmłodzonego o kilkadziesiąt lat premiera Mazowieckiego.

- I co z tego, że będziesz miał ten zasrany dowód, myślisz, że to coś zmieni? - pokręcił głową z rezygnacją. - Nadal będzie, jak było, tylko będą podkreślali, że nie papierek świadczy o dojrzałości i tego typu bzdety. A jak się postawisz, to zawsze przypierdolą tekstem, że póki z nimi mieszkasz, to masz ich słuchać. I co zrobisz? Gówno! Bo co, przychojraczysz i powiesz, że idziesz na swoje, że rzucasz budę i do roboty?

Zaciągnął się, zapatrzył gdzieś w dal i wydmuchując dym nosem dokończył:

- Ni chuja chłopie. Roboty łatwo nie znajdziesz. A jak nawet, to gdzie będziesz mieszkać? A wojo? Stary, od razu cię w kamasze zapakują, a tam nie ma przebacz. No ni chuja się nie postawisz.

Miał rację i to Adriana martwiło.

Nie, jego starsi nie byli jakimiś znowu tyranami, ale jednak byli strasznie ograniczający. Wypad z kumplami na jeziora?

Nie, bo się tam popijecie i jeszcze się utopisz.

Na koncert do Warszawki, tym bardziej, że za własne, z trudem uciułane grosiwo?

Nie, bo to, śmo i owo.

No niereformowalni - pewnie dopiero jak pójdzie na studia, wreszcie zobaczą w nim człowieka. Dobrze chociaż, że ich uwaga jest teraz w niemal stu procentach skupiona na Nataszy, siedmiomiesięcznym nowym członku rodziny. Dzięki temu jest teraz ciut więcej luzu. Ale i tak jest masakra - mała jest fajna, póki jej się syrena nie włączy. Jak już zacznie wyć, to nie ma zmiłuj, potrafi całymi godzinami, czy to dzień, czy noc. No normalnie aż czacha pęka.

Muzy też nie można tak głośno, jak kiedyś posłuchać. Kiedyś dawało radę - a teraz jaśnie pani siostra musiała mieć spokój. I tak, ostatnimi czasy ukochana Nirvana leciała z walkmana, bo inaczej jak przez słuchawki, to na przyzwoitym poziomie głośności nie szłoby posłuchać.

A są takie kapele, których nie idzie cicho słuchać - czad musi być głośny i już. Musi pierdolnąć w czerep.

Czasami czuł się osaczony przez toporną rzeczywistość podszytą ogólnym niezrozumieniem. Miał wrażenie, że jest stworzony do rzeczy wielkich, że w jego wnętrzu tkwi ogromny talent wsparty wielką wrażliwością, ale czuł też, że ludzie ciągną go w dół - jakby był pływakiem, którego za łydki łapią topielcy.

Jakby coś chciało go ściągnąć na dno i ustawić do pionu.

Źle się czuł, pragnął odkryć siebie, odkryć swoje powołanie, właściwą ścieżkę - ale miał wrażenie, że wciąż drepcze w miejscu, że zabłądził.

Spiął lekko kręcone włosy w kucyk, by nie przeszkadzały podczas rysowania.

Szkicował dziewczynę opalającą się na balkonie w bloku naprzeciwko.

Ona mieszkała na trzecim, a on na szóstym piętrze. Dzięki temu mógł bezkarnie z ukrycia podziwiać ją przez lornetkę. Dyskretnie schowany za balkonową kratką, ze słuchawkami na uszach i ołówkiem w ręku dzielnie utrwalał każdy detal ukochanej - której nie znał nawet z imienia.

Marzył o tej ślicznotce, a szkice lądowały w szufladach. Może to głupie, bo wcale jej nie znał i nic o niej nie wiedział, ale czuł, że to z nią chciałby spędzić resztę życia, przeżyć pierwszy raz, dzielić wszystkie szczęśliwe chwile.

Może to naiwne, ale wierzył, że ktoś tak piękny, nie może mieć wad, że... to taka trochę księżniczka. Jego księżniczka.

+ + +

- Czy cię stary doszczętnie pojebało? Jaka kurwa księżniczka! - Adaś usiłował sprowadzić go na ziemię wydmuchując przy tym kłęby dymu i niemal dławiąc się z rozbawienia. - Stary, jak chcesz dupę na rękach nosić, to raz dwa cię odstawi. Poza tym te najładniejsze zadzierają nosa. Możesz latać za nią z wywieszonym językiem, a ona weźmie cię i wykorzysta. A jak przestaniesz być przydatny to kopnie w dupę i poleci na jakiegoś gogusiowatego przystojniaczka albo pakera. Stary, nie dla psa kiełbasa! Ty sobie ją wybij z głowy, bo potem będziesz wył i hery darł ze łba. A po chuj ci to? To nic przyjemnego, a coś o tym wiem.

- Ale...

- Ale to se wiesz! I jeszcze te wiersze... Wiersze dupie chcesz pisać? Czyś ty zdurniał? - postukał się w czoło. - Wiesz jaką polewkę będzie z ciebie miała?

I cóż miał biedny poradzić, gdy sam w sobie nie mógł się zebrać, a jeszcze go kumpel boleśnie uświadamiał - pozostało mu tylko siedzenie na balkonie i podziwianie jej z bezpiecznej odległości.

A potem tylko nocne fantazje, gdzie heroicznie ratował ją z opresji.

Wiele miał tych fantazji, a co jedna, to mniej realna. Ale cóż poradzić, trzeba sobie jakoś osłodzić życie. No bo jaka była alternatywa? Można było tylko kolejny raz zalać dzioba - a potem jeszcze bardziej cierpieć z powodu pustki w kieszeniach i kaca mordercy.

- No jak poznać, jak poznać? - Adaś kręcił z niedowierzaniem głową. - Po prostu podchodzisz i zaczynasz gadać. Laska to nie jest żaden kurna potwór, co ci zaraz łeb upitoli. Jedyne, o czym trzeba pamiętać, to żeby z ciebie przydupasa nie zrobiła. Masz swą wartość, masz godność i tyle w temacie.

"Tyle w temacie" - żeby to było takie proste. Podejść i powiedzieć: "Cześć Adrian jestem. A Ty?".

Pewnie powiedziałaby:

"A ja nie".

A on spaliłby buraczka i tak by się to skończyło...

Ech, żeby ją tak spotkać, siedzącą samotnie, w ulubionym pubie i żeby jeszcze ludu nie było. Wypiłby szybcikiem ze trzy browarki, tak na odwagę, na pewność siebie i wtedy tak podszedłby i pogadał. Wtedy to tak. Ale tak normalnie... kiedy cały pospinany, usztywniony jak siedem nieszczęść? Nie, nie ma mowy!

Czasami zastanawiał się, skąd mu się wzięła ta chorobliwa nieśmiałość.

Podejrzewał, że z czasów podstawówki, kiedy strasznie rozrabiał i nie chciał się uczyć. Rodzice w akcie desperacji wiele razy wmawiali mu, że będzie nikim, że będzie zerem, bo "tylko ci, co się uczą, stają się kimś i coś w życiu osiągną"...

Wtedy się nad tym nie zastanawiał, ale ostatnimi czasy doszedł do wniosku, że musiał to usłyszeć o jeden raz za dużo. I jakoś tak wyszło, że mu się to przekonanie, że jest kimś gorszym, zakodowało w głowie. I co najgorsze... nijak się nie dawało usunąć.

To trochę tak, jakby jego umysł był systemem, a to chore przekonanie złośliwym wirusem, którego bez sformatowania psyche, nie da się usunąć. Do tego jeszcze notoryczna krytyka tego jak się ubiera, jakiej muzyki słucha, co czyta - wszystko to było oczywiście określane jako bezwartościowy szajs.

No i oczywiście kindersztuba... tu się tak masz zachowywać, a tu tak, tam siak i owak. A dlaczego? "Bo ludzie patrzą i oceniają, a chyba nie chcesz by pomyśleli żeś ze wsi?". Bo "jak cię widzą, tak cię piszą".

I nagle, pewnego dnia Adrian po prostu poczuł, że jego wiara w siebie, dziecięce luzactwo i radość życia, że to wszystko gdzieś zanika, a zaczyna go przygniatać ciężkie jak głaz poczucie, że wszyscy go obserwują, oceniają i wytykają palcami. I cały czas miał wrażenie, że co chwilę robi coś nie tak i że inni się z niego śmieją za jego plecami.

Czuł się coraz gorzej, a ta cholerna przeprowadzka wcale mu nie pomogła w naprawianiu samego siebie.

Adamowi łatwo było mówić, że po prostu trzeba być na luzie - on jest luzakiem. Ale niektórzy już nie potrafią być na luzie, bo coś w nich bezpowrotnie zniszczono. Za dużo krytyki w niewłaściwym czasie i przepalił się jeden z mentalnych bezpieczników.

Może to dlatego tak usilnie szukał swojej ścieżki - próbował grać na gitarze, fotografować, a nawet pisać, ale i tu, co i rusz okazywało się, że rodzice mieli rację, że do niczego się nie nadaje, że nic z niego nie będzie, że jest zerem - może koniecznie chciał odnieść jakiś jakikolwiek sukces, by odbudować swe zrujnowane ego?

W końcu odkrył, że jest dobry w rysunku. Szkice, portrety... fajnie, ale jemu ciągle było mało - w przyszłości chciałby narysować komiks i odnieść prawdziwy sukces.

Chciał każdym stworzonym komiksem wykrzyczeć światu, że rodzice się mylili, że jednak jest coś wart, że potrafi. Mimo chorobliwej nieśmiałości czuł się czasami jak wojownik walczący z przeciwnościami losu.

Ale teraz nie rysował, by cokolwiek komukolwiek udowadniać - teraz szkicował, by utrwalić dziewczynę. Robił to tylko dla siebie - gdy zapadnie zmrok, ona będzie z nim, zaklęta na kartkach papieru naznaczonych niezliczoną ilością delikatnych pociągnięć ołówka. Będzie mógł ją podziwiać. Jej obraz będzie się wypalał w głębi umysłu unieszczęśliwiając niedostępnością i jednocześnie uszczęśliwiając obecnością. Obecnością drobnej namiastki...

2

Adrian wysiadł z tramwaju i ruszył ku królestwu nijakości i szarzyzny - skupisku bliźniaczo podobnych bloków obsmarowanych wulgarnymi napisami i udekorowanych brunatnymi zaciekami wyprodukowanymi w rozsypujących się nerkach miejscowych żulików. Jeden z nich zresztą walczył właśnie zaciekle z grawitacją.

Machał rękami i coś śpiewał, wydając z siebie melodyjne gulgoty.

Dziwny to widok o tej porze - zazwyczaj w upalne dni żule skrywały się w cieniu i dopiero wieczorami wypełzały na alkoholowy żer. Twarze nalane i czerwone. Małe zapuchnięte ślepka służyły im do rejestrowania wypaczonej pijanym widem rzeczywistości. Cuchnęli. Bekali i pierdzieli, a dźwięki te okraszali salwami rzężących rechotów.

Przed blokami usiłowała rosnąć trawa... ale nie miała na to zbyt wielkich szans: codziennie zadeptywana przez legiony butów, botków i bucisk, zasrywana przez psy, pieski i "piesiunieczki paniusi".

Ot i tak się prezentowało osiedle, na którym przyszło mu brnąć przez nijaki życie.

Jeszcze dwie, trzy minuty i znajdzie się w brzuszysku jednego betonowych z kolosów. Potem jazda potwornie trzeszcząca windą, której zawsze trochę się obawiał. I nie - nie cierpiał nigdy na klaustrofobię. Po prostu miał wrażenie, że wysłużone urządzenie lada moment się rozsypie, a on runie w czeluść.

Był już tak blisko domu, gdzie mógłby wreszcie zaznać spokoju i zatopić się w przemyśleniach nad swoim życiem, nad tym, co może zmienić, by było lepsze, by już nie popełniać tak głupich błędów.

Nie zna się jednak dnia ni godziny - nie dane mu było dojść do mieszkania. Gdy wyłonił się zza sąsiedniego bloku, jak zwykle ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w chodnik, dostrzegł go Kisiel.

Buraczana, wiecznie czerwona gęba. Pet wetknięty w grube, mięsiste wargi. Świńskie, małe oczka - Kisiel wyglądał jakby był odrobinę ułomny. Ubrany był jak zwykle, w powycierany luźny dres, lecz mimo tego widać było, że regularnie bywa na siłowni.

Siedział teraz na ławce paląc papierosa, a w ręce trzymał puszkę z piwem najpodlejszego sortu.

- Eee, młody!

Adrian nie miał wyjścia, musiał podejść. Zbyt blisko był, by udawać, że nie usłyszał. Nie było też gdzie nagle skręcić, by zniknąć palantowi z oczu. Więc już nawet z tym nie walczył, wiedział co będzie.

- No, myk, myk, pokazuj co masz w kieszeniach.

Jak zwykle musiał wyciągnąć całą zawartość. Niewiele tego było, same drobne.

- No, co tak mało?

- Starzy nie dają - skłamał.

- Dobra, dawaj i spierdalaj - mruknął Kisiel zabierając mu pieniądze.

Adrian na powrót spuścił głowę i przygarbiony powlókł się ku klatce schodowej. Na jego twarzy zagościł jednak nikły uśmiech ponurej satysfakcji.

Już po raz drugi zrobił palanta w bambuko.

Mówi się, że pieniądz nie śmierdzi...

Adrian nie do końca zgadzał się z tym stwierdzeniem. Banknoty miał przezornie schowane w skarpetce.

Nie było to może zbyt wygodne, ale dzięki temu ani Kisiel, ani inni bandyci, nie wpływali znacząco na stan jego finansów.

Owszem, wyciąganie pieniędzy z takiego schowka nie należało do przyjemności. Można powiedzieć, że sztukę stania w kiblu na jednej nodze miał opanowaną do perfekcji - to tam dokonywał nieziemskich wręcz akrobacji by zzuć glana i wydobyć ze skarpetki forsę. Ale dzięki temu ciągle jeszcze ją miał.

Gdy dochodził do klatki, stanął jak wryty. Coś dziwnego działo się z jego oczami.

Świat jakby odrobinę się rozwarstwił.

W pierwszej sekundzie Adrian miał wrażenie, że rzeczywistość uległa rozwarstwieniu. Zupełnie jakby zaczynał zezować.

No nie, jeszcze oczy mi siadają - pomyślał zrozpaczony, bo oczyma wyobraźni już widział siebie w okularach.

Zacisnął powieki mając nadzieję, że gdy je otworzy, będzie normalnie. I tak się stało.

Odetchnął z ulgą, bo najbardziej bał się tego, że już mu tak zostanie, że będzie okularnikiem. Mimo to jednak bał się, że mogą to być początki, że to wróci, ale miał nadzieję, że może jednak nie - przecież mógł być przemęczony, a w tym stanie takie rzeczy się zdarzają.