Blake
Zabić nie znaczy nic. Trzeba tylko obserwować, czuwać, myśleć, długo, a w odpowiedniej chwili zanurzyć się w pustkę. I tyle. Zanurzyć się w pustkę. Sprawić, żeby świat się skurczył, skurczył tak, że cały się skondensuje w lufie strzelby lub na ostrzu noża. To wszystko. Nie zadawać sobie żadnych pytań, nie dać się ponieść złości, wybrać odpowiedni protokół, postępować metodycznie. Blake to potrafi - od tak dawna, że nawet nie wie, kiedy się tego nauczył. Reszta przychodzi sama.
Blake buduje swoje życie na śmierci innych. Tylko proszę bez żadnego moralizowania. Jeśli chcemy dyskutować o etyce, jest gotów odpowiedzieć statystyką. Gdyż - Blake bardzo przeprasza - kiedy minister zdrowia tnie budżet, w jednym miejscu likwidując tomograf, w innym zwalniając lekarza, w jeszcze innym zamykając oddział reanimacji, to musi sobie zdawać sprawę, że skraca życie tysięcy nieznajomych. Odpowiedzialny, ale niewinny, stara śpiewka. A Blake na odwrót. Nie musi się zresztą usprawiedliwiać, ma to w nosie.
Zabijanie nie jest powołaniem, jest skłonnością. Stanem ducha, jeśli ktoś woli. Blake ma jedenaście lat i nie nazywa się Blake. Siedzi koło matki w peugeocie sunącym drogą departamentalną niedaleko Bordeaux. Nie jadą zbyt szybko, przez drogę przebiega pies, wstrząs znosi ich nieznacznie na bok, matka krzyczy, hamuje, zbyt ostro, samochód wpada w poślizg, silnik gaśnie. Zostań w samochodzie, kochanie, mój Boże, zostań w samochodzie. Blake nie słucha, podąża za matką. To szary collie, uderzenie rozszarpało mu klatkę piersiową, krew spływa na pobocze, ale jeszcze żyje i skowyczy jak płaczące niemowlę. Matka w panice biega w tę i we w tę, przykrywa dłońmi oczy Blake'a, bełkocze coś bez ładu i składu, chce wzywać karetkę. Mamo, to tylko kundel, to tylko jakiś kundel. Collie dyszy na spękanym asfalcie, jego poszarpane, skręcone ciało ułożyło się pod dziwnym kątem, pies drga coraz słabiej, kona na oczach Blake'a, a Blake z ciekawością patrzy, jak życie ucieka ze zwierzęcia. To już koniec. Chłopiec udaje smutek, a przynajmniej to, co za smutek uważa, żeby nie niepokoić matki, lecz w rzeczywistości nie czuje niczego. Matka stoi zmartwiała nad drobnym ciałem psa, Blake się niecierpliwi, ciągnie ją za rękaw, Mamo, nie mamy tu po co stać, on zdechł, jedźmy już, spóźnię się na trening.
Zabijanie to także pewne umiejętności. Blake odkrywa, że ma w sobie wszystko, czego potrzeba, w dniu, w którym wujek Charles zabiera go na polowanie. Trzy strzały, trzy zające, wrodzony dar. Strzela szybko i celnie, potrafi opanować najbardziej zdezelowaną strzelbę, najbardziej rozregulowany karabin. Dziewczyny ciągną go ze sobą na jarmarki, Proszę cię, chciałabym żyrafę, słonia, game boya, och tak, jeszcze! I Blake rozdaje pluszaki, konsole, staje się postrachem strzelnic, zanim postanawia, że będzie dyskretny. Blake lubi robić to, czego uczy go wujek Charles - podcinać gardło sarnom, ćwiartować króliki. Zrozummy się dobrze: nie znajduje przyjemności w zabijaniu, w dorzynaniu rannych zwierząt. Nie jest człowiekiem podłym. Nie, to, co mu się podoba, to techniczny gest, niezawodna rutyna, którą można osiągnąć tylko dzięki praktyce.
Blake ma dwadzieścia lat i pod swoim bardzo francuskim nazwiskiem, Lipowski, Farsati lub Martin, zapisuje się do szkoły hotelarskiej w małym miasteczku w Alpach. Nie jest to wybór z braku lepszego, uwaga, mógłby robić cokolwiek, lubił elektronikę, także programowanie, miał dryg do języków, o, na przykład do angielskiego, po trzech miesiącach stażu w szkole Lang's w Londynie mówił praktycznie bez akcentu. Blake jednak najbardziej lubi gotowanie, wymyślanie przepisów w wolnych chwilach, czas płynący nieśpiesznie, nawet w rozgorączkowanej atmosferze kuchni, długie spokojne sekundy, kiedy patrzy, jak masło topi się na patelni, jak dusi się biała cebula, jak rośnie suflet. Lubi zapachy i przyprawy, lubi komponować kolory i smaki na talerzu. Mógłby być najlepszym uczniem w szkole, ale Do jasnej cholery, Lipowski (lub Farsati, lub Martin), odrobina uprzejmości w stosunku do klientów nie zawadzi! To jest praca w usługach, rozumiesz, Lipowski (lub Farsati, lub Martin), w usługach!
Pewnego wieczoru w barze jakiś nawalony facet mówi mu, że chciałby zlecić zabójstwo. Zapewne ma dobry powód, sprawy zawodowe, kobieta, ale Blake'a to nie obchodzi.
- Zrobiłbyś to dla kasy?
- Jesteś walnięty - odpowiada Blake. - Kompletnie walnięty.
- Zapłacę ci, nieźle zapłacę.
Proponuje sumę z trzema zerami. Blake zaczyna się śmiać.
- Nie. Zgrywasz się?
Blake pije powoli, bez pośpiechu. Facet leży na barze, Blake nim potrząsa.
- Słuchaj, znam kogoś, kto mógłby to zrobić. Za dwa razy tyle. Nigdy się z nim nie spotkałem. Jutro ci powiem, jak się z nim skontaktować, ale później nie będziemy już nigdy na ten temat rozmawiać, okej?
Tej właśnie nocy Blake wymyśla Blake'a. Na cześć Williama Blake'a, którego czytał po obejrzeniu filmu z Anthonym Hopkinsem Czerwony smok, i dlatego, że lubi wiersz "Jak diablik w chmurze, z tą fujarką w ręce, skoczyłem w przepaść świata". A poza tym Blake, black i lake, czerń i jezioro, pasuje.
Następnego dnia na amerykańskim serwerze pojawia się adres e-mail blake.mick.22, utworzony w kafejce internetowej w Genewie. Za gotówkę od nieznajomego Blake kupuje używanego laptopa, zdobywa starą nokię i kartę prepaid, aparat fotograficzny, teleobiektyw. W pełni wyposażony czeladnik kucharski przekazuje facetowi namiary na "Blake'a", "ale bez gwarancji, że adres nadal jest aktualny", i czeka. Trzy dni później facet z baru wysyła do Blake'a jakąś pokręconą wiadomość; łatwo zgadnąć, że nie ma zaufania. Zadaje pytania. Szuka dziury w całym. Między kolejnymi wiadomościami czasem upływa dzień. Blake pisze o celu, logistyce, terminie dostawy i te środki ostrożności w końcu faceta uspokajają. Dogadują się, Blake żąda połowy tytułem zaliczki: jest to już kwota z czterema zerami. Kiedy facet doprecyzowuje, że ma to wyglądać na "śmierć z przyczyn naturalnych", Blake podwaja sumę i żąda miesiąca. Przekonany, że ma do czynienia z zawodowcem, facet zgadza się na wszystkie warunki.
To jego pierwszy raz i Blake improwizuje. Jest skrupulatny, ostrożny, pomysłowy do granic możliwości. Naoglądał się tylu filmów. Aż trudno sobie wyobrazić, ile płatni zabójcy zawdzięczają scenarzystom z Hollywood. Od początku kariery będzie otrzymywać pieniądze za zlecenie i informacje o kontrakcie w plastikowej torebce zostawionej w umówionym miejscu, w autobusie, fast foodzie, na placu budowy, w kontenerze na śmieci, w parku. Będzie unikać miejsc zbyt odosobnionych, gdzie byłby na widoku, i zbyt uczęszczanych, gdzie nikogo nie mógłby zidentyfikować. Na spotkanie będzie przychodzić kilka godzin wcześniej, żeby dobrze zlustrować okolicę. Będzie nosić rękawiczki, kaptur, kapelusz, okulary, będzie farbować włosy, nauczy się przyklejać sobie sztuczne wąsy i nosić peruki, sprawiać, by jego policzki zapadały się lub pęczniały, będzie mieć dziesiątki tablic rejestracyjnych z najróżniejszych krajów. Z czasem Blake nauczy się rzucać nożem z półobrotu lub pełnego obrotu zależnie od odległości, konstruować bomby, wydobywać z meduzy niewykrywalną truciznę, w kilka sekund składać i rozkładać browninga 9 mm, glocka 43, będzie żądać zapłaty w bitcoinach i kupować broń za tę samą kryptowalutę, w której transakcje są nie do wyśledzenia. Stworzy własną stronę w deep webie, a darknet stanie się dla niego zabawą. Bowiem w internecie można znaleźć instruktaże na absolutnie każdy temat. Wystarczy poszukać.
Jego celem jest więc mężczyzna koło pięćdziesiątki, Blake dostał jego zdjęcie i nazwisko, ale postanowił dać mu na imię Ken. Jak mąż Barbie. Dobry wybór: imię Ken pozbawia go osobowości.
Ken mieszka sam, co już jest niezłą wiadomością, myśli sobie Blake, bo gdyby facet był żonaty i miał trójkę dzieci, byłoby trudno stworzyć okazję. Tyle że w tym wieku śmierć z przyczyn naturalnych nie daje wielu opcji: kraksa samochodowa, ulatniający się gaz, atak serca, nieszczęśliwy upadek. Kropka. Majstrować przy hamulcach czy układzie kierowniczym Blake jeszcze nie potrafi, podobnie jak nie umie zdobyć chlorku potasu, żeby wywołać atak serca, a zatrucie gazem też mu jakoś nie podchodzi. Pozostaje upadek. Dziesięć tysięcy ofiar śmiertelnych rocznie. Przede wszystkim staruszkowie, ale coś się wykombinuje. Ken nie jest sportowcem, żadna bójka nie wchodzi w grę.
Ken zajmuje dwupokojowe mieszkanie na parterze domku jednorodzinnego niedaleko Annemasse. Przez trzy tygodnie Blake tylko obserwuje i opracowuje plany. Za zaliczkę kupił starego vana renault, z grubsza go urządził, siedzenie, materac, dodatkowy akumulator, żeby mieć oświetlenie, po czym znalazł miejsce na pustym parkingu górującym nad osiedlem. Ma stąd dobry widok na mieszkanie. Ken wychodzi codziennie koło wpół do dziewiątej, przekracza granicę szwajcarską, a z roboty wraca o siódmej wieczorem. W weekendy czasami przyjeżdża do niego żona, nauczycielka francuskiego w Bonneville, dziesięć kilometrów od Annemasse. Wtorek jest dniem najbardziej zrytualizowanym i przewidywalnym. Ken wraca do domu wcześniej, od razu wychodzi na siłownię, po dwóch godzinach jest z powrotem, jakieś dwadzieścia minut spędza w łazience, je kolację przed telewizorem, trochę siedzi przy komputerze i idzie spać. A zatem wtorek wieczorem. Wysyła do klienta wiadomość zgodnie z umówionym kodem: "W poniedziałek o dwudziestej?". Dzień wcześniej, dwie godziny wcześniej. Zleceniodawca będzie mieć alibi na wtorek, na dwudziestą drugą.
Tydzień przed ustalonym terminem Blake zamawia pizzę z dostawą do Kena. Dostawca dzwoni, Ken bez wahania otwiera drzwi, jest zaskoczony, dyskutuje z dostawcą, który się oddala ze swoim pudełkiem. Blake nie musi wiedzieć nic więcej.
W następny wtorek wchodzi na klatkę schodową z kartonem do pizzy, przez chwilę obserwuje pustą ulicę, nakłada przeciwpoślizgowe ochraniacze na buty, poprawia rękawiczki, czeka, żeby zadzwonić do drzwi dokładnie w momencie, kiedy Ken wychodzi spod prysznica. Ken otwiera w szlafroku i wzdycha na widok kartonu z pizzą w rękach dostawcy. Ale zanim powie choć słowo, pusty karton spada na posadzkę, a Blake przystawia Kenowi do piersi dwie elektryczne pałki. Pod wpływem wyładowania elektrycznego mężczyzna osuwa się na kolana, Blake przez jakieś dziesięć sekund przyciska pałki do jego piersi, aż Ken przestaje się ruszać. Producent pisał o ośmiu milionach woltów, Blake sprawdził na sobie tylko jedną pałkę i omal nie stracił przytomności. Ciągnie do łazienki ciało Kena, który jęczy, tocząc pianę z ust, dokłada mu jeszcze jedno wyładowanie do kompletu i jednym osłupiająco gwałtownym ruchem - ten gest wielokrotnie ćwiczył na orzechach kokosowych - chwyta głowę Kena, unosi ją, przytrzymując skronie i z całej siły uderza o umywalkę; czaszka pęka na krawędzi umywalki, pod wpływem uderzenia odłupuje się kawałek kafelka. Natychmiast rozlewa się krew, szkarłatna i lepka jak lakier do paznokci, pachnąca ciepłą rdzą, usta pozostają głupio rozdziawione, szeroko otwarte oczy patrzą bezmyślnie w sufit. Blake rozsuwa poły szlafroka: wyładowania elektryczne nie zostawiły ani śladu. Układa ciało najlepiej, jak potrafi, zgodnie z hipotetyczną trajektorią, jaką by narzuciła siła ciążenia przy nieszczęśliwym poślizgnięciu się.
Kiedy wstaje, pełen podziwu dla własnej pracy, ogarnia go przemożna chęć, by się wysikać. Nigdy by mu to nie przyszło do głowy. Trzeba przyznać, że w filmach mordercy nigdy nie sikają. Potrzeba jest tak gwałtowna, że chce się odlać do kibla, nawet gdyby to oznaczało konieczność jego dokładnego umycia. Lecz jeśli gliniarze okażą się choć trochę inteligentni lub po prostu systematyczni, jeśli będą metodycznie przestrzegać procedur, znajdą ślady DNA. Bez wątpienia. Przynajmniej tak przypuszcza Blake. Mimo błagającego o łaskę pęcherza postępuje dalej zgodnie z planem, krzywiąc się z bólu. Bierze mydło, mocno je przyciska do pięty Kena, rysuje nim ślad na posadzce i rzuca je w kierunku domniemanego poślizgu; mydło odbija się i ląduje za muszlą klozetową. Znakomicie. Śledczy będzie zachwycony, kiedy je znajdzie, szczęśliwy, że rozwiązał zagadkę. Blake ustawia temperaturę prysznica na maksymalną, odkręca kurek, kieruje strumień wody na twarz i tors trupa, unikając kontaktu z gorącą wodą, po czym wychodzi z łazienki.
Biegnie do okna, zasuwa zasłony, po raz ostatni rozgląda się po pomieszczeniu. Nic nie wskazuje, że ciało było wleczone przez kilka metrów, różowa woda zaczyna zalewać podłogę. Komputer jest włączony, na ekranie widać zdjęcia angielskich trawników i klombów. Ken miał rękę do roślin. Blake wychodzi z budynku, zdejmuje rękawiczki, nieśpiesznie idzie do skutera zaparkowanego dwieście metrów dalej. Rusza, przejeżdża kilometr i w końcu staje, żeby się odlać. Cholera, nadal ma na nogach ochraniacze z czarnej bawełny.
Dwa dni później zaniepokojony kolega zawiadomi policję, która odkryje przypadkową śmierć Samuela Tadlera. Tego samego dnia Blake dostaje resztę zapłaty.
Wszystko to zdarzyło się bardzo dawno temu. Od tamtego czasu Blake zbudował sobie dwa życia. W jednym jest niewidoczny, występuje pod dwudziestoma nazwiskami i imionami, ma odpowiednie do nazwisk paszporty różnych krajów, w tym kilka z danymi biometrycznymi, owszem, to jest łatwiejsze, niż się powszechnie sądzi. W drugim ma na imię Jo, zdalnie kieruje renomowanym paryskim przedsiębiorstwem, które dostarcza pod drzwi wegetariański catering i otworzyło swoje filie w Bordeaux, Lyonie, a niedawno także w Berlinie i Nowym Jorku. Jego współpracowniczka Flora, będąca również jego żoną, oraz dwójka ich dzieci skarżą się, że za dużo podróżuje, a jego wyjazdy trwają czasem zbyt długo. To prawda.
*
21 marca 2021Quogue, stan Nowy Jork
Dwudziestego pierwszego marca Blake jest w podróży. Biegnie w siąpiącym deszczu po wilgotnym piasku. Długie blond włosy, bandana, ciemne okulary, żółto-niebieski dres, pstrokata niewidzialność biegacza. Przyleciał do Nowego Jorku dziesięć dni temu na australijskim paszporcie. Jego transatlantycki lot był tak przerażający, że naprawdę sądził, iż nadeszła jego ostatnia godzina, a Niebo domaga się zemsty za wszystkie kontrakty. W niekończącej się turbulencji jego blond peruka omal nie spadła mu z głowy. I oto od dziewięciu dni przebiega regularnie trzy kilometry po plaży pod szarym niebem Quogue, wzdłuż linii domków, każdy za dziesięć milionów dolarów, o ile nie więcej. Zagospodarowano wydmy, ulicę nazwano po prostu Dune Road, posadzono sosny i trzciny, tak by żadna willa nie była na widoku sąsiedniej, a każdy właściciel mógł żywić przekonanie, że ma cały ocean tylko dla siebie. Blake biegnie truchtem, bez pośpiechu, i nagle zatrzymuje się, jak każdego dnia o tej samej porze, naprzeciwko pięknego przeszklonego domu o płaskim dachu, obłożonego deszczułkami z sekwoi, którego taras schodkami prowadzi do morza. Udaje, że się zasapał, pod wpływem wymyślonego kłucia w boku zgina się wpół i jak każdego dnia podnosi głowę, by z daleka pozdrowić mężczyznę koło pięćdziesiątki, który oparty o balustradę popija kawę pod markizą. Towarzyszy mu młodszy facet, wysoki, krótko ostrzyżony brunet. Stoi trochę dalej, oparty o drewnianą ścianę, i z nieco zafrasowaną miną czujnym wzrokiem omiata piasek. Marynarkę po lewej stronie wypycha mu niewidoczna kabura. Jest praworęczny. Dzisiaj, po raz drugi w tym tygodniu, Blake podchodzi do nich z uśmiechem, maszerując piaszczystą ścieżką między kępami żarnowca a niskimi trawami.
Opanowanym ruchem Blake się przeciąga, ziewa, wyjmuje z plecaka ręcznik, ociera sobie twarz, po czym bierze bidon i wypija duży łyk mrożonej herbaty. Czeka, aż starszy z mężczyzn się do niego odezwie.
- Dzień dobry, Dan. Co słychać?
- Cześć, Franck - rzuca Blake, który ciężko oddychając, udaje, że złapał go skurcz.
- Paskudna pogoda na bieganie - stwierdza mężczyzna, który od czasu ich pierwszego spotkania tydzień temu zdążył zapuścić szpakowate wąsy i brodę.
- Paskudny dzień - odpowiada Blake, zatrzymując się w odległości pięciu metrów od nich.
- Myślałem dziś rano o panu, widząc kurs akcji Oracle'a.
- Dajmy spokój. Wie pan, co przewiduję na najbliższe tygodnie, Franck?
- Nie...
Blake starannie składa ręcznik, wsuwa go do plecaka, równie starannie chowa tam bidon, zanim błyskawicznie wyciągnie pistolet. Trzykrotnie strzela do młodszego z mężczyzn, którego siła wystrzału odrzuca do tyłu, i mężczyzna zwala się na ławkę, po czym także trzykrotnie - do osłupiałego Francka, którego ciało lekko podskakuje, opada na kolana i osuwa się po balustradzie. Za każdym razem dwa strzały w klatkę piersiową, jeden w środek czoła. Sześć strzałów w ciągu paru sekund z pistoletu SIG-sauer P226 z tłumikiem, zresztą szum fal zagłuszył wszystkie dźwięki. Jeszcze jeden kontrakt wykonany po mistrzowsku. Łatwo zarobione sto tysięcy dolarów.
Blake wrzuca pistolet do plecaka, zbiera sześć łusek z piasku, z westchnieniem patrzy na zastrzelonego ochroniarza. Kolejna firma, która zatrudnia parkingowych, szkoli ich przez dwa miesiące i wysyła tych amatorów w prawdziwy świat. Jeśli biedny typek dobrze wykonał swoją robotę, zapewne przesłał swoim szefom imię Dana, jego zdjęcie zrobione z daleka, nazwę firmy Oracle, którą Blake kiedyś przelotnie wymienił, a oni zapewne go uspokoili, zidentyfikowawszy niejakiego Dana Mitchella, wicedyrektora do spraw logistyki w Oracle New Jersey, blondyna z długimi włosami dość podobnego do Blake'a, który to Blake musiał przejrzeć dziesiątki schematów organizacyjnych, zanim wśród tysięcy twarzy znalazł wiarygodnego sobowtóra.
Po chwili Blake podejmuje bieg. Padający coraz gęściej deszcz rozmywa jego ślady. Wynajęta toyota stoi dwieście metrów dalej, ma takie same tablice rejestracyjne jak identyczny samochód znaleziony tydzień wcześniej na ulicy w Brooklynie. Pięć godzin później Blake wejdzie na pokład samolotu do Londynu, po czym Eurostarem pojedzie do Paryża pod nowym nazwiskiem. Jeśli jego lot powrotny będzie spokojniejszy niż lot z Paryża do Nowego Jorku, tym lepiej.
Blake stał się zawodowcem, już nigdy więcej nie zachciało mu się sikać w trakcie wykonywania zlecenia.
*
Niedziela, 27 czerwca 2021, 11:43Dzielnica Łacińska, Paryż
Zapytajcie Blake'a, to w tym barze na rogu rue de Seine można wypić najlepszą kawę w dzielnicy Saint-Germain. Dobra kawa, naprawdę dobra zdaniem Blake'a, to cud powstały w wyniku znakomitej współpracy między świetnym, cienko zmielonym ziarnem, w tym wypadku świeżo palonej kawy z Nikaragui, a filtrowaną i zmiękczoną wodą z ekspresu, w tym wypadku codziennie czyszczonej maszyny marki Cimbali.
Od czasu kiedy Blake otworzył swoją pierwszą restaurację wegetariańską na rue de Buci, niedaleko stacji metra Odéon, nabrał pewnych zwyczajów. Jeśli człowiek ma się pogrążać w rozpaczy, lepiej to robić na tarasie paryskiej kafejki. W dzielnicy jest znany jako Jo - od Jonathana lub Josepha, lub Joshuy. Nawet pracownicy nazywają go Jo, a jego nazwisko nie pojawia się nigdzie z wyjątkiem listy udziałowców holdingu będącego właścicielem spółki wpisanej do rejestru handlowego. Blake od zawsze żywił niemal religijny kult sekretu, czy też może dyskrecji, i wszystko codziennie mówi mu, że ma rację.
Tutaj Blake opuszcza gardę. Robi zakupy, odbiera dwójkę dzieci ze szkoły, a nawet, od kiedy w każdej z czterech restauracji zatrudnił menedżera, wychodzi z Florą do kina lub teatru. Prowadzi zwyczajne życie, w którym człowiek też odnosi rany, ale po prostu dlatego, że odprowadzając Mathilde na lekcję jazdy konnej, może niechcący walnąć łukiem brwiowym w drzwi boksu.
Między jego dwiema tożsamościami nieprzepuszczalność jest całkowita. Jo i Flora spłacają kredyt za piękne mieszkanie dwa kroki od ogrodu Luksemburskiego, poza tym w ładnej kamienicy na rue La Fayette, nieopodal Dworca Północnego, dwanaście lat temu Blake kupił za gotówkę dwupokojowe mieszkanie, którego drzwi i okna są opancerzone jak ściany sejfu. Oficjalny lokator płaci czynsz, a jego nazwisko zmienia się co roku, tym łatwiej, że żaden oficjalny lokator nie istnieje. Nigdy dość ostrożności.
Blake pije więc kawę, bez cukru i bez niepokoju. Czyta książkę, którą mu poleciła Flora; nie przyznał się żonie, że w marcu rozpoznał jej autora w samolocie z Paryża do Nowego Jorku. Jest południe, Flora odprowadziła Quentina i Mathilde do swoich rodziców. Blake nie je obiadu, bo właśnie tego ranka umówił się na piętnastą: chodzi o otrzymane poprzedniego wieczoru zlecenie. Prosta, dobrze płatna sprawa, wygląda na to, że klient się bardzo śpieszy. Musi tylko wstąpić do mieszkania przy rue La Fayette, żeby się przebrać, jak zwykle. Trzydzieści metrów dalej przygląda mu się jakiś mężczyzna z twarzą ukrytą w kapturze.