Anoda i katoda. Tom II - Melchior Wańkowicz

-
Proszę czekać

"CHUCK 'IM OUT, THE BRUTE!"

Było to na kilka dni przed bitwą o Monte Cassino. Zastępca szefa brytyjskiej misji wojskowej czytał kolegom polskim mowę Henryka V przed bitwą: "We few, we happy few, we band of brothers"... (My nieliczni, my szczęśliwi nieliczni, my związek braci).

Wiedzieliśmy, że następnego dnia już nie ujrzymy wielu kolegów. Mimo to istotnie - byliśmy szczęśliwi.

Od tych dni jednak minęło sporo decydującego czasu, jak sporo decydującego czasu minęło od września 1939, gdyśmy osłonili tę wyspę, i od bitwy o Wielką Brytanię, gdy zdążyliśmy przybyć w ilości o tyle dostatecznej, żeby zapisać na swój rachunek jedenaście procent strąconych samolotów.

Tak, wiele minęło zdarzeń. Mamy przysłowie: "Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr". Anglicy też mają swoje zasady, które tak jasno określił lord Palmerston w rozmowie z księciem Adamem Czartoryskim, kiedy ten w roku 1831 przyjechał do Londynu prosić Anglię o poparcie dla Polski; Czartoryski powoływał się na to, że powstanie wybuchło wskutek gwałcenia przez Rosję postanowień kongresu wiedeńskiego, żyrowanych przez Anglię. Lord Palmerston oświadczył, że gdyby los Polski zależał od jego osobistych życzeń albo społeczeństwa angielskiego, walka Polaków o wolność nie byłaby się tak tragicznie skończyła. "Jednakże - konkludował - okoliczności i traktaty często zmuszają państwa do powstrzymywania swoich najsprawiedliwszych odruchów".

Wszystko więc jest jasne teraz, jak przed stu laty.

"In adversity we know our friends; in prosperity our friends know us" (W przeciwnościach losu przyznajemy się do przyjaciół; wszakże w pomyślności oni przyznają się do nas) - jak pisał Churton Collins. W ramach tej prawdy stara się naród angielski postąpić przyzwoicie w stosunku do żołnierzy, którzy, jak się okazało, walczyli tylko o jego sprawę. Sądzę, że pożytecznie mieć pretensję do siebie niż do innych. Nic rozporządzam żadnym Instytutem Gallupa, by powiedzieć, czy zdanie moje podziela większa ilość Polaków. W każdym razie podziela je wielu, przypuszczam więc, że nie będzie rzeczą niewłaściwą zastanowić się, bez cofania się w przeszłość, nad obecną rzeczywistością.

W tym artykule ograniczamy się jedynie do rozpatrzenia, jakie błędy popełniono w stosunku do demobilizujących się Polskich Sił Zbrojnych i jakich błędów, zdaniem naszym, na przyszłość powinna by unikać angielska racja stanu.

Polacy jednogłośnie potwierdzają, że nie doznają niechęci ze strony społeczeństwa angielskiego, że - przeciwnie - mają wiele dowodów sympatii. Nie wiem, czy ten objaw należy przypisać sympatii dla Polaków, czy dobremu wychowaniu i opanowaniu. Tak czy owak należy go stwierdzić i z uznaniem pokwitować. W swojej dżentelmenerii i chcąc oszczędzić nam goryczy poniżenia, niejednokrotnie prasa angielska i życzliwi nam posłowie w parlamencie mówią o "polskich gościach".

Chcielibyśmy się jednak zrzec tego tytułu. Nie tylko dlatego, że pamiętamy polskie przysłowie: "Gość i ryba w trzecim dniu cuchnie", ale że zrozumieliśmy, iż podobnie mówią o gościach Anglicy, choćby słowami Pope'a: "Welcome the coming, speed the parting guest" (Witamy przyjeżdżających i naglimy wyjeżdżających gości).

To wyśpieszanie Polaków do kraju nie dało jednak całkowitych rezultatów. Wielu nie wróci. Jest między nimi pewna ilość takich, którym trzeba będzie zapewnić zasiłek. Ogromna większość jednak to ludzie, od których można wymagać rzetelnej pracy i którzy mają prawo wymagać, żeby każda praca dostępna w tym kraju i dla nich stała otworem. Otóż ponieważ ani gość nic wymagać nie może, ani od gościa niczego wymagać nie wypada, więc należałoby poniechać tej kurtuazyjnej terminologii.

Żołnierz polski chce jak najprędzej znaleźć się na "Civvy Street" i powinien w tym dążeniu znaleźć zrozumienie u gospodarzy narodu, który ze słusznością uważa siebie, że posłużę się słowami Trevelyana, za most unmilitary nation (najbardziej niewojskowy naród).

Czy organizując pomieszczenie zdemobilizowanych żołnierzy w ramach PKPR, nie popełniono jednak pewnych błędów psychologicznych, których dałoby się uniknąć?

Jak świat światem, nie obyło się nigdy bez rozgoryczeń przy demobilizacjach. Jeszcze Kipling się uskarżał: "For it's Tommy this, an' Tommy that, an', "chuck 'im out, the brute!", but it's "Saviour of 'is country", when the guns begin to shoot" (Bo żołnierz jest taki i owaki, "należy go pędzić precz", ale kiedy zaczynają grać działa, to "kochany żołnierzyk, zbawca ojczyzny").

Ale rozgoryczenie polskiego żołnierza jest o wiele głębsze, bardziej specyficzne niż ogólnoludzkie rozgoryczenie każdego żołnierza.

Temu żołnierzowi najprzód uroczyście przyrzekano bardzo wiele, na końcu już tylko obywatelstwo angielskie. Żadna z tych obietnic nie została dotrzymana, po czym uczęstowano go statutem PKPR1; artykuł dwunasty tego statutu przewiduje, że żołnierzowi przez całe dwa lata może być wzbronione objęcie pracy, którą by sobie znalazł. Uczęstowano go statutem obstawionym całym tram-ta-dra aparatu wojskowego, regulaminem zapowiadającym liczne i pomysłowe kary itp. Kandydatów wstępujących do PKPR poddano ponownemu badaniu zdrowia według norm wojskowych, ograniczono maksymalną granicę wieku - słowem, most unmilitary nation poczęstował "gości" konserwą wojskową z najbardziej zleżałych zapasów.

A przecież jeśli angielski żołnierz mógł myśleć słowami Siegfrieda Sassona "Soldiers are dreamers; when the guns begin, they think of firelit homes, clean beds and wives" (Żołnierze są marzycielami; w czasie wojennej wrzawy myślą o ognisku domowym, o czystych łóżkach i kobietach), to nasi żołnierze też mają masę wzruszających śpiewek na temat powrotu do domu. Cóż jednak zobaczyli? Że jeśli chcą mieć asylum w Anglii, muszą być pozbawieni pewnej części swoich praw cywilnych. Zobaczyli ze zdumieniem, że w kraju, w którym się znaleźli, przebywają wciąż jeszcze tysiące uciekinierów niemieckich, którym nikt takiego ograniczenia nie narzuca.

Odpowiadano im, że artykuł dwunasty jest tylko pro forma, że się nie liczy. Świat demokratyczny zawiódł ich oczekiwania. "To się nie liczy"... Jeśli się nie liczy, po co to zamieszczać w statucie?

Zaszło tu jeszcze innego rodzaju nieporozumienie. Tradycje armii angielskiej były tradycjami wojska zaciężnego. O wartości tego wojska stanowiły warstwy uprzywilejowane, dające korpus oficerski o dużych walorach. Doły były werbowane raczej z ludzi, którym w ten czy inny sposób się nie wiodło. W historii Anglii mamy dużo epitetów pod adresem zaciężnego żołnierza.

My w Polsce też nie mieliśmy tradycji armii z poboru. Armia polska w roku 1939 była w naszej historii pierwszą armią z poboru powszechnego we właściwym tego słowa znaczeniu. Ale nie mieliśmy też tradycji wojska zaciężnego, nie wyrobił się u nas ten uzus. Dlatego Europa miewała zaciężne wojska szkockie, niemieckie, włoskie, węgierskie, szwajcarskie... Nie miała wojsk polskich (epizod z lisowczykami jest potwierdzeniem reguły). Wojowanie polskie polegało na systemie ochotniczym, miało więc jako podstawę poświęcenie, a nie zarobek. Stąd wielka różnica w poglądach na mundur, rolę żołnierza itp. Temu żołnierzowi u nas zwykle nie wiodło się dobrze, ale był gloryfikowany. W Imperium Brytyjskim był porządnie zaopatrzony, ale traktowany z góry. Toteż żołnierz brytyjski nie zgłaszał żądań ideowych, miał pretensje materialne. Pamiętam zdumienie naszych żołnierzy, kiedy południowy Afrykanin, któremu tłumaczyli, że przecież jest wojna, więc nie trzeba się irytować, iż zabrakło mleka do kawy, odpowiedział ze świętym oburzeniem:

- Gdy chcą wojować, nie powinno brakować niczego.

Te tradycje wywodzą się od zdrowej zasady kwatermistrzowskiej Wellingtona: "Armia maszeruje na brzuchu". Nasze tradycje dobrze określał rozkaz Mierosławskiego, jednego z polskich generałów powstańczych: "Kijami zdobędziemy karabiny, karabinami zdobędziemy armaty".

Naturalnie, dwie wielkie wojny, w których cały naród angielski stanął pod bronią, zmieniły charakter angielskiej armii, ale pogląd na obcą armię, widać, pozostał dawniejszy.

Ośmioletnie przejścia polskiego żołnierza w tej wojnie sprawiły, że mimo iż był on synem narodu ustępującego po wielekroć Brytyjczykom w dorobku cywilizacyjnym, zmuszony był dojrzewać i rozwijać się bardziej niż jakikolwiek bądź żołnierz sojuszniczy.

Żołnierza tego przyjęto formą PKPR, wynikłą z mylnych założeń, dobrych dla wojska zaciężnego, ale nie dla żołnierza ochotnika, który pochodzi przeważnie z roli, nie ma żadnego nabożeństwa do wojaczki, uważa, że służba się kończy, kiedy czas pokojowy się zaczyna. Przyjęto go perspektywami, że jego praca nie będzie uszanowana... W wielu wypadkach polskiemu fachowcowi nagle odbierano pracę fachową wskutek żądań związków zawodowych. Przyjęto go, po tylu zawodach politycznych, w formie nie odpowiadającej jego poczuciu godności przez oddzielenie go od kolegów z niemieckich obozów jenieckich i z Armii Krajowej, którzy również walczyli o wspólną sprawę sojuszniczą, chociaż nie byli na żołdzie angielskim. A przecież nasz żołnierz także walczył nie dla żołdu. Tymczasem nawet dla tego żołnierza, który walczył w ramach armii brytyjskich, drzwi do dominiów są szczelnie zamknięte.

Na każdy z powyższych zarzutów mogliby coś Anglicy odpowiedzieć. Mimo to na pewno przyznają, że aczkolwiek są pewne trudności z tak zwanymi recalcitrants, ale te trudności przy innym typie żołnierza, bardziej nieopanowanym, byłyby większe.

Aczkolwiek piszę w obliczu ciężkich warunków, w jakich się znaleźliśmy, i nieuchronnych tysiącznych drobiazgów codziennej niewygody, które przesłaniają obiektywizm sądu, trudno nie podkreślić licznych dowodów angielskiej dobrej woli i jak najżyczliwszego potraktowania sprawy zdemobilizowanych żołnierzy w ramach istniejących możliwości. I właśnie dlatego, że wierzę w istnienie tej dobrej woli, sądzę, że postulaty polskie muszą znaleźć zrozu­mienie.

Musi być w stosunku do pracy polskiej stosowany pełny fair play. Jeśli się chce, by Polacy poznali way of English life, niechże jej nie poznają w krzywym zwierciadle - a to by nastąpiło, gdyby kontynuowano spychanie naszych robotników wykwalifikowanych do pracy niewykwalifikowanej i gdyby urzeczywistniona była zapowiedź, że przy kryzysach pracy decydować będą o zwolnieniu nie rzeczowe kwalifikacje, ale pochodzenie. Jest to sprzeczne z całym założeniem angielskiej racji stanu, niejednokrotnie wypowiadanej w parlamencie i w prasie: że Polacy mają stać się czynnikiem włączonym w pracę, świadomie i czynnie współdziałającym z wysiłkiem gospodarzy.

W stosunku do żołnierza musi być oszczędnie stosowany szymel wojskowy. Artykuł dwunasty w statucie PKPR należy usunąć. "Opornych" uzależnić nie od władz wojskowych, ale od ministerstwa pracy. A może i cały PKPR?

Wyłączenie spod opieki władz wojskowych wzmogłoby zapewne żądania stawiane pracy polskiej i ukróciłoby znakomicie time of leisure po bezczynnych barakach. Ale tego tylko chcemy.

W wielu rzeczach można mieć inny punkt widzenia. Ale nie w sprawie zsyłania żołnierzy polskich do Niemiec. Ta zsyłka byłaby jedną z największych hańb tej wojny. Gdyby była kontynuowana - załatwienie całego zagadnienia zeszłoby już tylko na drogę przymusu.

1 Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia, powołany dla zorganizowania życia byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych w Anglii.

POLSKA PRACA - DLA OBCYCH

JADĘ DO PIERWSZYCH NASZYCH GÓRNIKÓW

Trudno. Nadto dobrze wiemy, gdzie kto nas dręczył, gdzie kto nas pokrzywdził, gdzie kto nas zdradził. Niemniej jednak nie chcemy być narodem-płaczkiem. Zamącone mogą być pojęcia, gdzie Polak winien pracować. Ale jedno pojęcie nie powinno być zamącone: wszędzie, gdzie pracuje, musi pracować dobrze.

Dwie mogą być postawy człowieka, któremu odebrano wolność. Jeden - bije głową o ścianę i deklamuje o królewskim ptaku, który nie przenosi niewoli. Drugi niezwłocznie wydrapuje kreskę na ścianie - odtąd co dzień kreskami wyznaczać będzie dni niewoli, dłuższymi kreskami będzie znaczył niedziele, by nie zatracić się w czasie, postanawia sobie dziennie zrobić po celi, spacerując od ściany do ściany - dwa tysiące kroków, rozmierza daną skibkę na trzy posiłki, rozgospodarowuje się.

Ciężko jest żołnierzowi zamienić sztandary na szuflę, zwłaszcza obcą; ciężko jest pisarzowi, który pisał, jak te sztandary łopoczą na wichrze, zejść do dławiącej w gardle szarości.

Ale - drodzy - rozmierzmy sobie te dwa tysiące kroków w naszej celi. Bo jedno jest pewne: wzywanie do litości wywołuje odrazę, a patos nie poparty siłą - śmiech.

"Tylko literatura cię nie opuści, polski żołnierzu" - pisał Żeromski. Nie dajże Boże, by go opuściła, panosząc się w pięknoduchostwie, kiedy się zgina żołnierski kark, cuchnie pot i wyrastają na rękach bąble. To tam, w tej celi, jest powinność i dla tej literatury.

Jak konkurowaliśmy w węglu z Anglią

Polacy idą do węgla... Jeszcze raz, raz tylko przedtem obejrzyjmy się za siebie. Na te dwadzieścia lat najdroższe, przeminione.

Pamiętacie 1926 rok? Strajk węglowy w Anglii? Kiedy przed Polską, rzucającą rokrocznie do kopalń synów małorolnych gospodarstw, kiedy przed Polską, nie mogącą nastarczyć chleba, kiedy przed górnikami bezrobotnymi, jak psy na śmietniku bobrującymi po dzikich odkrywkach, ciągnącymi węgiel koszami z płytkich, grożących zawaleniem szybów - stanęła wizja eksportu?

Pojechały nasze okręty z węglem w świat do Skandynawii. Zajaśniały po fiordach biało-czerwoną flagą węglowce, które z dawien dawna zwykły widzieć świat pod Union Jackiem. To Polska bez kredytów, bez sprzętu morskiego, bez koneksji światowych, bez składnic, to Polska ze swymi kopalniami licho wie jak odległymi od morza, podczas kiedy w Anglii węgiel omal się sypał z kopalni do okrętu, to Polska ufna tylko w większą wydajność swego robotnika, w jego tańszą pracę, stanęła do konkurencji z angielskim kolosem.

Przyjeżdżali Anglicy raz po raz - układać się. Ciężko szło. Opowiadał mi dyrektor naszego departamentu kopalnianego, Peszke, zabawne zdarzenie. Było to, kiedy nasza delegacja z kolei pojechała do Londynu. Na czele Ministerstwa Przemysłu i Handlu stał krewki Floyar Rajchman. Peszke mu zatelefonował któregoś wieczora ostateczne warunki angielskie.

- Powiedz im pan, żeby mnie... - wykrzyknął Rajchman i rzucił słuchawkę.

Tejże nocy o godzinie piątej nad ranem obudził dyrektora Peszke telefon:

- Tu Rajchman. Panie, czy pan im powiedział to, co panu poleciłem? - głos brzmiał niepokojem.

- A pan minister myślał, że już im polecę to mówić? - ziewał zirytowany Peszke.

- A, to dobrze, to bardzo dobrze - ucieszył się Rajchman.

Doszło do tego, że pewnego razu Polska naładowała dwa węglowce. Węglowce wyszły z Gdyni i wzięły kurs - nie na porty skandynawskie, tylko directly - na Londyn. Wjechały na Tamizę, zakotwiczyły się i sprzedały węgiel za bezcen którejś z fabryk. Prasa angielska podkpiwała sobie, jak to Anglicy. Nieco się oburzała, nieco jej ta rezolutność się podobała jak wyczyn sportowy: przywieźć węgiel prosto w paszczę największego europejskiego konkurenta! (W 1938 produkowano milionów ton: Anglia - 227, Niemcy - 186, Rosja - 132, Francja - 46 i Polska - 38). Ale staliśmy pod względem produkcji węgla na trzecim miejscu w Europie i byliśmy młodzi i chętni do pracy.

Angielski Goliat pogodził się z polskim Dawidem i zawarł z nim układ handlowy. Zbudowaliśmy magistralę węglową do Gdyni, uruchomiliśmy transport "Roburu" i coś nam z tej koniunktury pozostało. Drapaliśmy się w górę z biedy po tamtej wojnie, kiedyśmy otrzymali trzy nieskoordynowane zabory, zniszczoną ziemię, żadnych odszkodowań - drapaliśmy się, jak umieliśmy.

Czy kres wygnańczej erupcji?

Et, co tam!... Obiecuję już nie wpadać w zły nałóg. Odmierzajmy kroki w tej naszej celi, wydrapujmy kreski na ścianie.

Przed milionami lat szedł napór wód na dziwaczne lasy skrzypowe, tlały drzewa, formował się torf, tężał torf, tworzył się węgiel brunatny, twardniał węgiel brunatny w węgiel kamienny, pękała skorupa ziemska, miotały się jej pokłady jak w konwulsji, pozastygały różne pasy węgla, poszarpał się ląd w zatoki, zazieleniło się po wierzchu, diabły i czarownice walijskie poczęły smykać po wąwozach i urwiskach walijskich.

A przed sześciu laty, ot, co zdarzyło się z duszami polskimi: niósł je kataklizm przez biegun północny, piaski i upał wszystkich krajów, aż przyszli na ziemię zaśnieżoną, znów ziemię ze śniegiem, w powietrze miękkie i łaskawe, nasze europejskie powietrze.

I jak erupcja się kończy najmniejszymi strumykami, tak ten potężny exodus polski dopłynął aż na przeciwległy brzeg wyspy, do tej właśnie Walii.

Tak więc to tu ten węgiel...

Kraj tutejszy i ludzie

Posłyszałem, że pierwszych trzydziestu Polaków pojechało do osady węglowej Oak Dale na przeszkolenie. A więc to ci, którzy rozmierzać poczynają kroki i wydrapywać kreski na ścianie. Być z nimi!

Oak Dale znajduje się o mil kilkanaście od brzegu morskiego, ale już w górach. Spojrzałem łakomie na mapę. Patrzenie na mapę to swego rodzaju namiętność. Tak z portretu swatanej dawni królewicze starali się odgadywać przyszłe emocje. Pamiętam, napisałem jeszcze w pociągu w drodze do Holandii felieton Twarz Amsterdamu, wpatrując się w plan miasta. Prus, pisząc Lalkę, wczytywał się w plan Paryża, którego wówczas nie znał. Co za emocja - porównać to następnie z rzeczywistością.

Dziwny to kraj. Poryty głębokimi wąwozami rzek, biegnących do morza równolegle. Garby między nimi górskie, wysokie pod obłoki, zalesione, nie dziwota, że wiedźmy walijskie pobiłyby rekordy na każdej olimpiadzie. Sąsiad nie wie nic o sąsiedzie odległym o dwie mile przez górę, a jeśliby chciał do niego pojechać, to jedzie wzdłuż garbu i szuka przełęczy, i nie znajduje, i nocuje u jakiegoś smolarza dawniej, w jakiejś kopalni obecnie. To w takie Oak Dale zatknęli naszych pierwszych trzydziestu chłopaków. Trzeba dojechać aż do morza, do Cardiff, a potem wziąć się pod górkę wąwozem. Jeśli nie tak, to jutro sprostuję, bo jutro tam jadę.

Tymczasem więc jestem w Cardiff. Nie tak zupełnie dawno, przed półtora wiekiem - wioska rybacka, zamek wielkopański, jakiś kasztel trwający tu od czasów rzymskich (istotnie pewna część muru ma płaską, archaiczną cegłę) - wszystko razem liczące w 1800 roku nie więcej niż tysiąc dusz - spuchł nagle, poczuwszy zryw węglowy parowego dziewiętnastego stulecia, do rozmiarów ćwierćmilionowego miasta i największego portu węglowego na świecie.

Lubię takie miejsca. Powietrze zda się w nich drży nawarstwionym tempem pracy, ludzie w nim rosną jak ta mąka samorosnąca, tylko że po nią się stoi w ogonkach, a w takich miejscach wydarzenia stoją w ogonkach do ludzi z inicjatywą.

To tu przecie przed tamtą wojną stawał na pomostku przychodzących okrętów młodzieniec z dętą szpilką w pretensjonalnym krawacie, wyrywając kandydatów na członków związku transportowców z rąk równie wrzeszczących konkurentów - obecny bohater kryzysu, minister paliwa, syn polskiego krawca Żyda z Whitechapel - Shinwell. Co za kariera! To tu urósł ten siedzący naprzeciwko mnie kierownik akcji werbowniczej do kopalni, Mr Williams.

- A ten paluszek to co? - wskazuję na zgnieciony serdeczny palec Mr Williamsa, znaczony błękitną pręgą.

- To - podnosi palec z zadowolonym uśmiechem - głaz spadł mi na rękę w kopalni w czasie pracy. Bo szereg lat pracowałem jako górnik.

Przypomina mi się sekretarz Koza z Czarnych skrzydeł Kadena-Bandrowskiego.

Tylko że rozmach szerszy. Z podobnego miejsca w swoim czasie minister Shinwell wszedł, po burzliwych przejściach (miał wyrok pięciu miesięcy więzienia za zaburzenia), na podsekretarza stanu w ministerstwie spraw wojskowych, na poważnego przeciwnika Churchilla w czasie wojny.

Jaka będzie przyszłość przybyszów

Gdzie też los zaniesie tych naszych żołnierzy, którzy po raz pierwszy nakładają hełmy górnicze?

Pan Williams uważa, że to świetny materiał. Jest głęboko ujęty odpowiedzią jednego z nich, który przy screeningu, przeprowadzanym przez przedstawiciela Trade Union, na zapytanie, co skłania go do pracy w węglu, nachmurzył się i warknął:

- Nie chcę niczyjego chleba darmo jeść. Słyszałem, że jak wam węgla brak, to wszystkiego będzie brak, to i chcę pomóc.

Osiemdziesiąt procent bogactwa narodowego Anglii idzie z węgla. U nas blisko tyleż szło z rolnictwa. U nas chleb żegnano przez poszanowanie. Co czczą ci tu ludzie? Mr Williams mówi, że nasi kandydaci to przeważnie rolnicy, którzy kilofa nie mieli w ręku. Ze skoszonej łąki, ze ściernisk przychodzą do samej podstawy potęgi brytyjskiej. Rosną z tego czarnego dna ludzie kierowniczy. A czy te chłopaki zawsze zostaną na dnie?

Spytałbym o ich przyszłość jakiej wiedźmy walijskiej, ale podobno radio je powyganiało z gór i teraz stoją w ogonkach specjalnie licznie w moim dystrykcie.

Więc już mi nic nie pozostaje - tylko zajrzeć w oczy naszym ludziom i tych oczu spytać.

Jutro do nich jadę.

JAK PRACUJĄ POLSCY GÓRNICY

Kiedy Amundsen odkrył obozowisko Scotta na biegunie, nie miał zapewne większej frajdy, siedząc w igloo lodowym, niż ja, wreszcie siedząc w świetlicy-zimnicy górniczego ośrodka wyszkoleniowego w Oak Dale i buchając parą z ust.

Nie lada to był wyczyn dotrzeć do tej wioszczyny, położonej na garbie górskim. Tydzień właśnie temu przyjechało naszych pierwszych trzydziestu adeptów górnictwa. Był to ostatni czas - bo zaraz poczęła dąć zadymka, spiętrzyły się białe hałdy śniegu obok czarnych hałd węgla, zrobiło się z dostawą jedzenia short, z przechodzeniem nawet z baraku do baraku very hard, z opałem very narrow, a już z łącznością ze światem quite impossible.

Wczoraj wieczorem jeszcze poszedłem spać w błogostanie. Zjadłem kolację z panem Noelem Monksem, korespondentem "Daily Mail", który przyjechał, aby miesiąc pracować w kopalni jako górnik, a po miesiącu jedzie zajrzeć, co się dzieje w Indiach. Zawsze to przyjemnie otrzeć się o tyle szczęśliwszego kolegę ze swymi ubogimi polskimi możliwościami.

Take it easy...

A dzisiaj - dzisiaj długo, długo nie zjawiał się pan Williams numer drugi, wysłannik wczorajszego pana Williamsa numer pierwszy. Dobroduszny fryzjer staruszek, którego co minutę pytałem, która godzina i czy jego zegarek się nie spieszy, odpowiedział mi z dumą, że jego zegarek ma osiemdziesiąt lat, że odziedziczył go po wuju i spóźnia się minutę na tydzień. A widząc moje zdenerwowanie, prysnął wodą kolońską utility i zwierzył mi słodką receptę życia, odziedziczoną po wuju wraz z zegarkiem:

- Take it easy... (Nie przejmuj się).

Mimo to kiedy przybiegł wreszcie pan Williams numer dwa z rozwianym włosem, wymachując jednopalczastą prawą ręką i powiedział i "hard", i "narrow", i "short", i wreszcie - "quite impossible" - a wszystko na temat mojej jazdy do Oak Dale, zapomniałem o zbawiennych naukach fryzjera i załamałem się.

- Panie, a gdzie pan stracił te cztery paluszki? - zapytałem zbolałym głosem (obowiązek przede wszystkim). Wczorajszy Williams miał zgnieciony jeden palec, dzisiejszy - cztery. Od obfitości Williamsów i palcostrat poczęło mi się mroczyć w głowie.

Pan Williams numer dwa też był górnikiem. Za stracone cztery palce otrzymał pięćset funtów odszkodowania. Pan Williams numer dwa też jest Walijczykiem, też urzędnikiem recruiting office. Wszystkie te jego cechy razem wzięte nie pozwalają mu nic wymyślić poza koniem albo aeroplanem. Ponieważ jednak aeroplan nie zechce wziąć mnie, a ja konia, więc pan Williams proponuje, żebym poczytał jego poezje.

Szalony szofer

Teraz na scenę wystąpił Hamlet w osobie szalonego szofera. Szalony szofer spędził wojnę w Egipcie, wożąc dostojników do grobu Tutenchamona. Uważa więc, że nie ma nic do stracenia w życiu, i przyjechał z rodzonego Londynu do Cardiff, w którym zdążył zapoznać się z główną ulicą. O Oak Dale nic nie wie, ale pomimo to lub właśnie dlatego ofiarowuje się jechać. Pytany o odległość, o cenę, o gwarancję dojazdu małpuje duńskiego królewicza. Take it easy - przypomniałem sobie i pojechałem.

O pięć kilometrów za miastem spotkaliśmy wracającego na spienionym aucie szofera. Spadł na nas jak sęp ("O szalony, gdzie on goni, w zaspach piekielnego mrozu nie ma przejazdu dla wozu").

Hamlet nie czuł się Farysem - zawrócił. O dwa kilometry niżej ufajczony autochton chytrze na nas mrugnął.

- Pomykajcie drogą na lewo, za nieboszczykiem.

Istotnie kondukt pogrzebowy złożony z kilku aut przemyślnie przemykał się boczną drogą, w ślad za wozem z trumną.

Nieboszczyk dzielnie prowadził parę kilometrów, aż wsiąkł w cmentarz. Byliśmy mu wierni za grób, pruliśmy dalej, góry się piętrzyły, zaspy też, królewicz duński hamletyzował na temat należności za taką jazdę, ale w rezultacie sfrunąłem jako gołębica przed zasypany śniegiem barak menedżera.

- Zdaje mi się, że pan Livingstone? - zapytał Stanley, dosapawszy się do zaginionego Livingstone'a w głębi Czarnego Lądu.

- Zdaje się, że pan inżynier K.? - zapytałem, brnąc w zaspach.

- Tak jest - odwrócił się idący - ach!...

To "ach!" było całkowicie usprawiedliwione, ile że ujrzał perłę korespondentów, jak pojechała, stąpiwszy dwa cale od ścieżki, nogą głęboko po sam pas, wycinając półszpagat.

Dzięki wysokiej klasy połączonemu wysiłkowi technicznemu angielskiego menedżera górniczego i polskiego górniczego inżyniera wykopalisko zostało wydobyte na wierzch bez pomocy dźwigu.

Praca adeptów

Zobaczyłem ich, jak wracali z kopalni. Chłopcy dobierani jak orzechy, niemal wyłącznie przeważa wiek dwadzieścia - dwadzieścia sześć lat.

Są jak z igiełki. W kopalni na miejscu zostawiają robocze ubranie. Jeden tylko ma górnicze buty z opancerzonymi stalą noskami.

- Jak wam tu?

- Czyż może być lepiej? - odrzuca chłopak o smagłej, pociągłej twarzy. - Uczą i płacą jeszcze za to.

Mają teoretycznie osiem godzin pracy. Ponieważ jednak dochodzą różne dojścia, oczekiwania, nie pracują więcej niż sześć godzin. W tych sześciu godzinach połowę czasu zajmują wykłady teoretyczne i gimnastyka względnie gry na wolnym powietrzu.

Wykłady są po angielsku, ale absolutnie nie chcą tłumacza. Mieszkają w Anglii od dwu lat i znajomości z płcią piękną sprawiły cuda lingwistyczne. Poza tym stwierdzają z zadowoleniem, że jak dotąd nie ma dla nich rzeczy nowych. Są to, z wyjątkiem dwóch górników z Francji, górnicy z Górnego Śląska. Młodsi rozpoczęli pracę w kopalniach już za rządów niemieckich.

Zajęcia praktyczne w kopalni są wszechstronne. Kopalnia jest specjalna, pokazowa. Wszystkie niezbędne roboty robi personel stały tej kopalni.

Zarabiają cztery i pół funta tygodniowo. Płacą za utrzymanie i mieszkanie dwa i pół funta tygodniowo. Narzędzia, ubrania kopalniane są im dostarczane. Będą się uczyć pięć tygodni, po czym otrzymają pracę stałą o najmniejszej gaży pięć funtów, rychło jednak siedem funtów, przy możliwościach akordowych do piętnastu funtów tygodniowo. Przy czym tydzień górniczy wkrótce będzie ograniczony do pięciu dni pracy w tygodniu.

A po pracy

- Kończycie pracę o czwartej. Co potem robicie?

- Znamy już wszystkie dziewczyny.

- Nie boją się was?

- Z początku to myślały, że Polacy chodzą z nożami w zębach.

- Bo gazety pisały o bójkach w Szkocji.

- A teraz poszło pierwszych trzech naszych na zabawę zaraz drugiego dnia. To ich prezes przerwał muzykę, wlazł na estradę i powiedział dziewczynom, żeby nas prosiły do tańca. To tak się rzuciły, że mało nie rozerwały tych trzech chłopaków.

- A Anglicy co na to?

- Nic... Pomagają... Coraz to który podchodzi i powiada, która dziewczyna sama chodzi.

Posługaczka w ich barakach ("Pościel ścielą za nas" - chwalą się), katoliczka, powiadomiła, że jest tu kaplica. Sypnęli się w pierwszą niedzielę - wszystkich trzydziestu. Ale ksiądz nie przyjechał. Za to zjawił się pastor metodystów, który chwali się, że jest jedynym "ministrem" w tej wsi, z propozycją pogadanek religijnych. Chłopcy mi wyznali, że z dwojga złego już by woleli nawet moją pogadankę o walkach Drugiego Korpusu.

W ślad za korespondentem-gołębicą dowieźli dziś mięso i ziemniaki. Frygaliśmy, aż grzmiało. Młoda kuchareczka podawała potrawy z kuchni, wytańcowując fantastycznego dżiga.

- Czego się mościa panna tak cieszy?

- Jakże! - przystaje zdyszana. - Pojutrze przyjeżdża nowa partia trzydziestu Polaków.

Cieszą się, bo Anglicy mówią, że jesteśmy quick workers.

Polski humor

W barakach sypialnych czysto, schludnie, tylko nadzwyczaj zimno. Przez te zaspy nie można dowieźć węgla z odległej o pół kilometra kopalni. Baraki nasze stoją na żywym węglu i marzniemy.

- Weźcie, wracając z kopalni, każdy po kilka kilo węgla do worków i będziecie mieli ciepło.

- Chętnie by to zrobili, ale obawiają się, żeby nie wzięto tego za nadużycie.

- Nasi ludzie chcą przynieść - mówi inżynier K.

- O!... - cieszą się za każdym razem Anglicy - naprawdę chcą przynieść?

Co dzień są powiadamiani, co dzień się cieszą, i węgla nie ma. Take it easy...

Chłopcy sobie niewiele z tego robią.

Oglądając, jak mieszkają, widzi się, co za dystans dzieli ich od przedwojennego Jasia. Wszędzie stoją porządne walizki. W szafach wiszą wieszaki własne, przywiezione ze sobą. Nad łóżkami, jak trofea myśliwskie, fotografie dziewcząt. Pokazują rekordowca, który powiesił sobie pięć fotografii z płomiennymi dedykacjami: Polki, Francuzki, Holenderki, Niemki i Szkotki.

- Panie, ale Angielka to już inny naród jak Szkotka, prawda? - wypytuje z troską filatelisty, który się obawia, że mu nie uznają zdobytego nowego egzemplarza. Młodziutki chłopaczek prasuje spodnie żelazkiem elektrycznym, które pożyczył od kolegi.

- Na jutrzejszą potańcówkę?

- Nie, do pracy.

- Do pracy?

- Żeby pan wiedział. Będę do kopalni chodził odprasowany na kant. Słyszałem dziś, jak Anglicy w łaźni dziwowali się, że Polacy tak czysto chodzą.

- A to może Niemcy nauczyli tak czysto chodzić?

Parsknął:

- W niemieckiej armii byłem dziesięć dni. Przywieźli moją kompanię saperów na lotnisko w Holandii do robót. Kompania była samiutka, żadnych wojsk w pobliżu. Wywiad doniósł. Najprzód wielka moc myśliwców wymiotła niebo, a potem wylądowało trzydzieści dużych transportowców z komandosami i wzięli nas wszystkich z majorem, kapitanem i dwoma lejtnantami do niewoli. Aniśmy się spostrzegli, jak lecieliśmy do Anglii. To było w 1943 roku.

I polski sentyment

Nie tylko fotografie dziewcząt całej Europy wiszą po ścianach. Wyblakłe, wymięte w portfelach żołnierskich - wiszą fotografie żon i dzieci. Ci chłopcy żenili się wcześnie, w kraju byli jeszcze w 1942, 1943.

Jeden z nich adresuje kopertę na przekazy wartościowe. Do kraju. W takiej mniejszej, to już ma wymierzone, mieści się trzydzieści papierosów. W takiej większej tabliczka czekolady i pończochy. Posyła też aspirynę. Żonie to bardzo reperuje budżet. Pokazuje fotografię - on w smokingu, z cylindrem w ręku, ona w ślubnej sukni z welonem, z długim trenem. Istotnie piękna. Pokazuje buźkę dziecka.

- Nie myśli pan o powrocie?

- Mój ojciec zarabia tysiąc pięćset złotych miesięcznie, moja siostra dwa razy lepiej, bo jest urzędniczką. Ale co to pomoże, kiedy para butów kosztuje sześć tysięcy. Więc sama żona pisze, że z Anglii im więcej pomogę.

- Nie sprowadzi pan ich?

- Czy będzie wolno?

Zamyślenie pada na salę. Młody chłopak skończył prasować spodnie i podnosi głowę:

- Przeca zawsze nie będzie tak na świecie. Ni?

Z POLSKIMI GÓRNIKAMI ZJEŻDŻAMY POD ZIEMIĘ

Korespondent amerykański, Ernie Pyle, zdobył niesłychaną popularność w czasie minionej wojny. Drukował naraz w dwunastu milionach sześciuset tysiącach wspólnego nakładu zakontraktowanych pism. Cóż za potężna fuga, co za wymarzone organy pisarskie, kalikowane przez olbrzyma - stosześćdziesięciomilionowy naród, których każdy ton bije o stropy świata tak potężną falą. Toteż kiedy poległ, imieniem jego chrzczono ulice, okręty wojenne i aero­plany.

Na czym polegała popularność Pyle'a? Polski czytelnik odkłada książkę jego raczej ze znużeniem. Autor pracowicie i nieulękle idzie za żołnierzem, nie porzuca go w największym ogniu, to prawda, ale ponieważ wojenka jest rzadko bitką, a normalnie nudą, a zwłaszcza wojenka w ogromnych stanach armii amerykańskich, w których drobny tylko ułamek był w linii, więc Ernie Pyle, wiernie i uczciwie idąc za życiem żołnierskim, opisuje, jak żołnierz pierze skarpetki, co je, jak odbiera listy, jak śpi. Ta monotonna ilość nużących szczegółów była z drżeniem serca czytana przez miliony kobiet i bliskich, pragnących wniknąć w każdy szczegół życia żołnierzy za morzem. Za tych niepiszących chłopaków pisał, wytrwale pisał ciągły, olbrzymi, nie kończący się list-tasiemiec - Ernie Pyle.

Nieraz myślałem z żalem, czemu to nasz żołnierz nie ma tego serdecznego zaplecza! Żołnierz tylko sam był czytelnikiem korespondencji o sobie. Toteż nie mam na sumieniu ani jednej korespondencji z frontu.

I nagle - piszę korespondencje z nowego frontu - z frontu pracy. I mam dla kogo pisać. Dla tych, którzy "przysposabiają się" do życia cywilnego... myślami, leżąc po zimnych beczkach śmiechu.

Idźmy śladami Erniego Pyle'a, nie zgrywajmy się na Żeromskich, porzućmy piękne rzemiosło przypinania uskrzydlonych sandałów mających ponieść czytelnika do najbliższego Naafi. Pocznijmy zelować schodzone buty. Piszmy o szczegółach.

Pogaduszki przed zjazdem

Dzień w obozie w Oak Dale szkolącym naszych górników poczyna się o siódmej. Chłopaki ściągają się z wygodnych, sprężynowych łóżek, pokrytych dwoma śnieżnymi prześcieradłami i zaopatrzonych po siedem koców każde. Te siedem koców jest diablo potrzebne, bo od tygodnia już nie ma dowozu węgla do zasypanego śniegiem Oak Dale. Za to wody gorącej w kranach jest, ile chcąc. Golą się wszyscy, nie widziałem ani jednego niegolonego. A przecież nie czuwa nad nimi żaden sierżant.

- Jaka kara grozi za spóźnienie na kopalnię? - pytam jednego z nich.

- Nie wiem - powiada - nie obchodzi to nas, bo przez cały czas nie spóźnił się jeszcze ani jeden Polak.

Przypomina mi się katechizm Szkoły Rycerskiej przed półtora wiekiem, gdzie kadet pytany, co to jest tchórzostwo, miał odpowiadać:

- Nie wiem, gdyż ani rzecz, ani słowo samo nie są mi znane.

Zresztą czasu jest dużo i pojadamy sobie breakfast solidnie. Najprzód porridge, potem kawał ryby albo boczek, albo jajka (nierzadko świeże), potem herbata z mlekiem i chleba, ile kto chce.

Następnie długą linią wyciągamy się na wygniecionej wśród śniegu ścieżce. Częściowo idziemy zabudowaniami osady górniczej, częściowo zaś wolną przestrzenią tak śnieżnobiałą, że serce się wyrywa dojrzeć kluczące tropy szaraka, drobne jodełki ptasich nóżek, perełki kroczków łasiczki i niteczki mysich przemknięć.

Ale idącym nie to w głowie. Jest to lud z osad górniczych, idący pełnym kłusem do pracy, rozdymający na nią nozdrza. Rzekłbyś - słychać, jak w tych chłopcach gra śledziona jak w wystajałych ogierach (za ustaloną tradycją i ja to nazywam śledzioną).

W kopalni jesteśmy "jeszcze zawczas", tedy wcinamy sobie w kantynie górniczej a to mleczko, a to ovomaltinę, a to ciastko, a to kanapkę. Największy żerca nigdy nie wydoli wyżreć tego wszystkiego poza dziesięć peniaków.

Wytrzymały hełm

Teraz ciągniemy do przedziału "czystego". Każdy ma swoją numerowaną szafkę i swój klucz. Składa czyste ubranie, w którym przyszedł, do szafki, wybiera z szafki ręcznik suchutki, przedmuchany od wczoraj w szafce gorącym powietrzem, i wchodzi przez gorące prysznice, których w drodze w tę stronę nikt niemal jednak nie używa - do przedziału "brudnego". Tam z drugiej swojej szafki o tym samym numerze, otwieranej tym samym kluczem, wyjmuje ubranie robocze, nakłada ciężkie opancerzone buty, podarowane mu na własność, które ze sobą weźmie na dalsze górnicze życie, takiż leciutki podarowany hełm ochronny, kombinezon, który również otrzymał bez potrąceń, i wychodzi do wnętrza kopalni, ustawiając się w kolejkę po lampy. Stojąc w kolejce, przypatrujemy się witrynie z wystawionymi pomiażdżonymi hełmami górników, którym ponoć się nic nie stało. Hełmy są z bardzo twardej kombinacji tekturowo-plastycznej i mają specjalne miejsce na czole dla przymocowania lampy elektrycznej.

- Niech pan spojrzy - mówi supervisor - na ten hełm spadł stufuntowy głaz, człowiek się podniósł, otrząsnął i poszedł do dalszej pracy.

- Przypominam sobie pierwsze hełmy, które zawitały do Anglii - mówi stary fireman - było to około dziesięciu lat temu. Przyniósł na dół do przodku taki hełm fireman i począł pokazywać. Włożył go na głowę jednego z górników i rąbnął go przez łeb tęgim kopalniakiem.

Uderzony w głowę, nie poniósłszy szwanku, zdjął hełm i począł go oglądać, a tymczasem fireman obrócił się z impetem do któregoś z górników suponującego, że zbyt lekko uderzył.

- Co? - wołał zaperzony - za lekko? A więc...

Obrócił się i nie widząc, że hełm jest zdjęty, trzasnął z rozmachem w odsłoniętą głowę. Zamroczonego biedaka wyniesiono do szpitala, ale się wylizał.

- Ba, no cóż - narzeka supervisor - zobaczy pan, jak nasi ludzie poczną wychodzić z kopalni. Zaledwie dwadzieścia procent chce nosić hełmy. Dlatego waszych chłopaków instruujemy tak skrupulatnie i według wszelkich prawideł, aby byli roznosicielami światła.

"Roznosiciele światła" w istocie otrzymali już lampy. Jak według prawideł, to według prawideł. W kopalni gazu nie ma, stali robotnicy mają lampy ze światłem odkrytym, ale nasi adepci muszą "na niby" udawać, że wszystko w kopalni jest najgorsze. Wobec czego otrzymują lampy elektryczne ciężkie, wysokości jednej stopy, ważące po osiem funtów, przystosowane do pracy w kopalniach zagazowanych.

Moja latarka, z której jestem taki dumny, zostaje skonfiskowana. Mogę się potknąć, pęknie szkło, padnie iskra i co będzie?

- Wasze latarki mogą się też rozbić...

- Nie, bo są tak skonstruowane, że natychmiast zgasną.

Bezkrwawa rewolucja

Czekając na windę, rozmawiam z miejscowymi górnikami o socjalizmie. Każdy man of the street rozumie, że Anglia zawdzięcza socjalizmowi bezprzykładną, bezkrwawą rewolucję. Czyż to nie dobrodziejstwo dla kraju - chociażby upaństwowienie kopalń?

Na te nasze pogaduszki patrzy wielki drukowany afisz, afisz pożegnalny dyrekcji czterech koncernów kopalnianych. Dyrekcje dziękują za rzetelną współpracę, żegnają robotników, wzywają ich do równie ofiarnej pracy na rzecz rządu, bo "jeśli ten olbrzymi eksperyment się nie uda, będzie to wielka klęska dla kraju".

Bezkrwawa rewolucja! Common sense... Jedyny ostrzejszy protest "warstw posiadających" wyraził się tym, że w jednej z kopalń sześćdziesięciopięcio­letni menedżer, który przez lat czterdzieści pracował w tej kopalni, wdrapał się na maszt, zdjął zawieszony Union Jack, zawiesił na jego miejsce dawną flagę kopalnianą i oświadczył, że pójdzie teraz sobie farmerować na znak protestu.

Pod ziemią

Nasi adepci zjechali, teraz kolej na mnie. Obszukany zostałem, jak i inni, czy nie mam papierosów i zapałek. Ten obrządek rewidowania kolejki ludzi przypomniał mi, jak w Meksyku zostałem starannie obmacany przy wejściu na walkę byków, chodzi bowiem o to, że Meksykańczycy, gdy są niezadowoleni z torreadora, grzeją w niego ze wszystkich luf na widowni.

- Good mining! - zjeżdżamy w dół bez śląskiego "Szczęść, Boże!".

Oprowadza mnie stary górnik, postukując kikutem, albowiem nogę utracił w kopalni. Nie wiem, czy człowiek przez czas wojny stępiał, czy też z kraju tego, w którym śladów po śniegu nie rysują żadne zwierzaki, i z jego wnętrza uciekły dziwy i podziwy. Dosyć, że nie nasłuchuję z napięciem jak w kopalniach polskich tego, co mówi ściana, że nie mam sugestii, że na byle zakręcie wynurzy nam się legendarny Pustecki z lampą w ręku, w starodawnym stroju z niemiecka, nie powita zbożnym "Szczęść, Boże!" i nie zniknie za załomem.

Jest przecież atrakcji dosyć, nie nadprzyrodzonych. Kiedy schyleni posuwamy się coraz bardziej niskim chodnikiem, stary staje nad loszkiem w murze ciasnym i ciemnym jak zejście prawieczne do zarzuconej od kilkuset lat olkuskiej odkrywki.

- Chce pan tam wejść?

Więc tam jest człowiek? Przypominają się dziecinne przerażenia nad losem Borkowica, kiedy stary, widząc, że się nie kwapię, poczyna wołać i z czeluści lochu rozlega się chrobotanie, przesuwanie żywego ciała i wreszcie w wylocie pokazuje się usmarowana na czarno twarz górnika. Robi tu sam ze swoim pomocnikiem, czternastoletnim chłopcem. W ciągu dnia rozdrabniają - co prawda nad wyraz łupkiego - dziesięć ton miękkiego węgla, wrzucają go szuflami na wózek stojący o metr wyżej, odwożą i wyładowują wózek, i znów go wracają i napełniają. Wydaje mi się to potępieńczą pracą i nic mnie pocieszyć nie może, że ten górnik pracuje na akord. W biednej Polsce taki chłopiec nie mógłby się znaleźć - pod ziemię robotnikowi poniżej lat osiemnastu wstęp był wzbroniony.

- Ja począłem pracować pod ziemią, mając dwanaście lat - mówi stary z drewnianą nogą.

Silicosis

W czeluściach lochu pokazuje się świeża twarz chłopca wywabionego rozmową. W świetle mojej lampy widzę czerwone usta i błyszczące ciekawością oczy z umorusanej twarzy. Czyżby ten chłopak miał paść ofiarą silicosis, straszliwej choroby górniczej, która zawala płuca zwałem kamiennego miału?

Odkryto teraz wprawdzie niby nową metodę leczenia przez inhalację miału aluminiowego (?), rząd przystępuje do ostatecznego wyperfekcjonowania wentylacji, wynaleziono nową metodę wiercenia dziur w caliźnie i pompowania w nie wody, tak że kruszony będzie węgiel zwilgotniały. W każdym razie - silicosis stoi jeszcze u progu kopalń i ociąga się z odejściem. Stary, mający ponad siedemdziesiąt lat górnik, dożywający swego górnictwa na półłaskawym chlebie, polegającym na doglądaniu jedynego pozostałego w kopalni konia, pracował razem z synem, takim oto młodziankiem, i syn sczezł mu na silicosis, a ojciec, wyrabiający przecie wraz z nim te same przodki - żyje. Stary koń, który od dwudziestu lat pracuje w kopalni, półoślepły, jest wywożony na powierzchnię pięć razy do roku i pasie się wówczas przez cały dzień w słońcu. Równie stary jego opiekun teraz, kiedy zawiało drogi i z trudem dostarczano spyży dla szkapy, a stare nogi nie niosły po śliskich zboczach, przez tydzień nie opuszczał wykutej w skale podziemnej stajni.

Czy starzy weterani, samotni wśród nocy, nie wyczuwali szmeru dziwów i podziwów wygnanych przez elektryczne świdry? Jakimi myślami żyje stary, wrosły w węgiel człowiek w tej strasznej ciszy podziemnej przez te samotne noce?

Aż wreszcie liczne światła. To - nasi.

CZŁOWIEK ZMIENIA SKÓRĘ

Z głębi ziemi i ściśniętego serca

- Teraz pójdziemy do waszych chłopców - mówi fireman z drewnianą nogą - uczą się dziś podstemplowywania.

Idziemy długimi korytarzami, kutymi w skale. Przestrzeń, którą się posuwamy, zajmowała ongiś tłusta żyła węgla, wygarnięta, wydrylowana ze skały, rozsnuta po piecowiskach całego świata. Niska to była żyła, więc jeszcze nadkuto stropu, aby można było tu krążyć, ale nadkuto skąpo, więc chociaż ściany są skropione maszyną rozpylającą wapno i błyszczącą biało, raz po raz rżnę czołem o zbyt niskie sklepienie i winszuję sobie, że mi kazano włożyć hełm.

- Ho, ho!... - śmieje się idący za mną angielski górnik. - A co by pan robił, jakby panu kazano obrabiać przodek tak niski, że da się pracować tylko na brzuchu? Pamiętam, kiedyś wracaliśmy z takiej roboty wypompowani zupełnie i napatoczyliśmy się na menedżera, który bardzo rzadko raczy zjeżdżać do kopalni.

Menedżer był w dobrym humorze, więc pyta:

- No, jak tam? Wszystko dobrze, chłopcy? Nic nowego?

A był z nami taki Bill, stary górnik, bardzo pyskaty; duży, nieporęczny chłop, co mocno się zasapał w tej robocie.

Więc Bill powiada:

- Owszem, panie dyrektorze, kiedyśmy przyszli do tego przodka, który nam pan na dzisiaj wyznaczył, zobaczyliśmy, że spod niego wyłazi sześć szczurów - każden jeden obdrapany, każden jeden ze skórą zdartą z karku. "Halo, boys! - zapiszczał - dobrze, że wam dano tę robotę. Jak już poszerzycie dziurę, to dajcie nam znać, bo my też mamy interesy do tego przodka".

Ciąg idzie korytarzami, poprzedzielano je więc zaworami jednoskrzydłowych wrót. Krzepki górnik mocuje się z nimi, otwierając za każdym razem przejście, wicher wpada z nami, dźwierze się zamykają, znów wszystko cichnie i znów wyraziście cyka pompa, przypominając, że gdyby nie wysączyć wody szklącej się na drodze chodnika, toby nas zalała. Od czasu do czasu wchodzimy w pył węglowy unoszący się w powietrzu, który wysiorbują pracujące ekshaustory. Ta ciemń, cisza i nieruchomość są pełne napięcia i przypominają, że w podziemiu ważą się i barują żywioły stokroć potężniejsze niż pełznąca glista ludzka. Nie uskoczy im się jak urwanemu wagonikowi, który bezwładnie leci w dół sztolni - do jednej z nisz, kutych w tym celu co dziesięć metrów w skalnej ścianie. Już wtedy przyjdzie się znaleźć w tej większej niszy, nad którą wisi napis: "Pierwsza pomoc". W skale wyrobiona ława, skała obrobiona to operacyjny stół. Przypomina stoły Ofiary Bezkrwawej w katakumbach.

Ten rój świateł to już nasi chłopcy. Już mijamy pierwszych dwóch Polaków niosących kopalniak. Uczą się dziś walki z najgroźniejszym żywiołem: nie z pyłem węglowym, nie z ogniem, nie z wodą, lecz z samą ziemią.

*

Jest taki obraz Delacroix w Luwrze - Sen Jakuba. Anioł, zstępujący z nieba po drabinie, walczy z Jakubem, ale w tym ruchu walki jest miłość i przyciąganie równocześnie. Myślę o tym obrazie, kiedy widzę siłowanie się człowieka z ziemią. Oboje są sobie potrzebni, miłują się i walczą. Jeszcze na powierzchni, gdzie ziemia jest zwykle uśmiechnięta i zawsze niepewna - psoci zwaleniem drzewa, powodzią, grzęzawiskiem, uskokiem, urwiskiem w górze, zbłądzeniem w lesie, skonem z pragnienia w pustyni - to bajki. Tu przychodźcie, gdzie jest rozparta w ciemności, samowładna, niepodzielna, nieujarzmiona, bogata w zbiorniki gazu, w ognie wewnętrzne, w przytłok miliardów ton masy głuchej. Tu byście znaleźli Boga w innej formie niż Ten, którego wyobraźni ludzkiej podały obłok i rosa, piorun i słońce wschodzące. Może to z tego Boga, poszukiwanego żarliwie w katakumbach, poszło wczesne średniowiecze?

W ciemni i ciszy pójdzie z nagła głuchy chrobot ziemny po kopalni: to parte milionami ton boki chodnika poddają się, słychać trzask kopalniaków, huk, zapad, wypchnięte powietrze wypada z zawalonej przestrzeni, uderza o lampy, gasi, miał zapiera nozdrza, nic nie wiadomo, kto żyw, a kto nie zdążył umknąć.

*

Dlatego oto uczą górników pieczołowicie podstemplowywać stropy, umacniać wykopy. A jednak i w umocnionym chodniku potrafi dosięgnąć zemsta ziemi. Głazy wiszą wtulone w strop, czasem jawnie groźne, nieraz niewidoczne. Te pomiażdżone hełmy, wystawione w gablocie u wjazdu do kopalni, te pomiażdżone palce obu Williamsów, ta noga drewniana oprowadzającego górnika - mówią o groźbie wiszącej nad górniczymi głowami dosyć wyraźnie.

Instruktor-górnik uczy właśnie, jak należy "odstemplowywać", to znaczy wybierać kopalniaki z chodnika, który ma zostać zasypany.

Chłopaki wyłażą ze skóry, aby wykazać uwagę, sprawność, pojętność. Nie jest to przypochlebianie się majstrowi, bo są na kursie, pójdą stąd sobie za miesiąc, nie zależą od tego instruktora. Ale są niezmiernie dbali o polski honor, o opinię o Polakach. Ot, ten maczkowiec, chłopak jak świeca. Niesie potężny słup na ramieniu w postawie wyprostowanej jak na baczność.

Stary górnik o drewnianej protezie lekko uderza go po ramieniu, przygina:

- Pochyl się, synu, pochyl, rozluźnij muskuły; na zgiętym karku lżej nosić ciężary.

Tak, tej nauki życie na pewno nie oszczędza Polakom.

*

Jutro będą się uczyli, jak operować stalowymi wspornikami. Wypierają one drewniane, importowane z Norwegii. Taki szkielet stalowy łatwiej rozebrać i wycofać, podczas gdy kopalniaki zwykle się zostawia. Chłopcom mniej się podobają żelazne wspory. Drzewo - to przyjaciel człowieka w kopalni. Kiedy idzie katastrofa - na wiele godzin przed nią trzaskaniem daje znać. Rzekłbyś - solidarność ludzi i roślin z nawierzchniowego zielonego świata.

"Odpracowaliśmy" swoje trzy godziny w kopalni, wyjeżdżamy na powierzchnię. Chłopcy mają umorusane węglem twarze. Formują się w kolejkę do lampiarni, w której zdają świecące lampy. Odwilż się poczyna, mgła leży, błyszczący rój oddanych lamp świeci łagodnie jak zmatowany złotogłów, chłopcy idą radośnie, z zadowoleniem przypasowując ruchy, krok, styl do granatowego roboczego kombinezonu. Pasuje im to. Człowiek w mundurze zaczyna się czuć po zakończeniu wojny jak okaz woniejący naftaliną. W kombinezonie roboczym - jak oblubieniec. Tyle lat plakatów zrobiło swoje. Na pewno bardziej imponują dziś znajomym dziewczętom tym kombinezonem, tą lampą w ręku, hełmem na czole, butem okutym stalowym nosem niż krawatką i spodniami w pepitę.

- Smart boys! - mruczy supervisor.

- Jak pan ich ocenia, tych elegantów?

- Bardzo staranni i pojętni.

- No, a przecież tyle czasu nie chcieliście ich dopuścić?

Grupa górników angielskich się zwiększa.

- Przecież my nic nie mamy przeciw Polakom jako takim. Cała walka szła o to, żebyście nie byli płaceni niżej niż my, to by nas ściągało w dół.

Zaczynają z ożywieniem mówić, zapominają o mnie, przechodzą na ten nieludzki bełkot, o którym trudno nawet pomyśleć, że się poczyna z angielskiego języka.

Ale znając nieco historię górnictwa angielskiego, domyślam się, o co chodzi. Mówią o lokaucie 1921 roku, o przegranym dziewięciomiesięcznym strajku 1926 roku, o straszliwych dniach, kiedy całe rzesze wisiały na zasiłku społecznym, przyznawanym - w jakże szczupłym rozmiarze! - tylko kobietom i dzieciom, ale nie mężczyznom; o tym, jak zarządy kopalń przewoziły blacklegs - łamistrajków nawerbowanych spośród lumpenproletariatu okolicznych miasteczek; jak ci przybysze, obcy górnictwu, szli z autobusów do kopalń ochraniani przez policję, pośród wrogiego tłumu bezrobotnych.

To było straszne patrzeć na tych przybyszów - pisze w swojej autobiografii jeden z górników walijskich2. - Wyglądało na przestrogę, że przedsiębiorcy mogą traktować nas, jak im się żywnie podoba, bo robotnik nie ośmieli się dopominać o swoje prawa, czując, jak wielu jest chętnych, żeby mu wyrwać kawałek chleba. A urzędnicy kopalni wykorzystują to do granic ostatecznych. Jakże nędznym robaczkiem czuje się górnik, kiedy już w sam głos, którym prosi o pracę, musi wkładać tyle uniżoności. Drży przed odpowiedzią, z której wynika, że jego sprawność nie jest nikomu na nic potrzebna, że jego siły fizyczne, jego umysł są bez­użyteczne, że raz jeszcze - któryż to raz! - wróci do domu i będzie musiał wyznać, że znowu pracy nie otrzymał.

- Widzi pan - mówi dobrodusznie stary żylasty górnik, świecąc oczami pokrytej węglem twarzy - waszym "bojsom" nikt źle nie życzy; uważam, że będą dobrymi kolegami. Ale nie dziw się pan naszym ludziom - to zwierzyna, do której już nieraz strzelano.

Tymczasem obiekty tych wszystkich rozważań, nic nie podejrzewając, że jest o nich tyle termedii, biegną myć czarne nosy i co inne takie. Szybko schowali kopalniane ubrania w szafkach oddziału "brudnego" i biegną pod prysznice, z ożywieniem gadając. Podobają im się te kąpiele. "Fajnie urządzone!". Nie wiedzą tylko, że w Anglii wciąż jeszcze na z górą tysiąc kopalń tylko trzysta sześćdziesiąt dwie posiadają łaźnie. No, ale obecnie, kiedy kopalnie upaństwowiono, sprawa łaźni chyba ostro ruszy.

- Jo, jakem przyjechoł do Francyi, to za pierwszy zaś roz gospodyni wstydała się plecy mi myć, coby zaś czego niepotrzebnego nie zaźrzała. Potem to sie przyzwyczaiła jak do męża.

Z kabin tryska śmiech. Kiedy patrzę na ten rząd celek, z których wychylają się nagie muskularne ciała, mam wrażenie, że patrzę na elektrody akumulatora nabitego ludzką energią. Tylko że te elektrody zostaną dołączone do cudzego akumulatora. Tak to nawet widok młodych silnych ciał sączy smutek.

Język rytmu

Zgarnięty w sobie, mały, żylasty instruktor górniczy, były instruktor wychowania fizycznego w angielskiej armii, stoi na obciągniętej skórą kobyle gimnastycznej i świecąc wielokolorowo tatuowanym ramieniem, prowadzi lekcję dla polskich elewów. Nogi instruktora i ręce, rytm głowy i tułowia stanowią śpiewny, harmonijny obraz. Tak harmonijnie może grać tylko ciało nie zamącone żadnymi nakazami mózgu. Jakaś szpara jest między tym mózgiem a móżdżkiem pacierzowym. Ciało gra ruchem, jak liść na drzewie, wdane w tempo nieodpartą koniecznością, biologiczną logiką ruchu.

Spojrzałem na chłopaków. Każdy, jak mógł, starał się wyczyniać to samo. Ciała ich ojców miały ten sam nieodparty, genialnie celowy rytm przy kośbie, przy kopaniu, przy rozszczepianiu rąbanych pniaków. Ale gimnastyka szwedzka jest produktem narzuconym, poddawany jej adept jest jak koń, któremu raz kazano chodzić pod siodłem, innym razem w zaprzęgu - stracił rytm, niepotrzebnie wpada przy dyszlu w kurcgalop, nie bierze pod siodłem z właściwej nogi. Przecie ci ludzie zaczęli od roli, byli w kopalniach, byli w wojsku - jak tu zharmonizować wdech tych różnych stylów życia?

Co innego, kiedy w następnej części ćwiczeń instruktor zarządza ćwiczenia praktyczne. Rzucali się po tęgie słupy kopalniaków. Siadło na każdym po pięciu chłopa - komenda, ryk: u-u-u-ch!!! - niosą do przeciwległej ściany, przeskakują, siadają w inną stronę okrakiem, niosą z powrotem, znów obracają - na balu, który najprędzej chodził, podnoszą się ręce zwycięskiego teamu. To jest jasne, należało zaś ale donieść ten pieruński bal jak najprędzej, nie?

A teraz dzielą się na dwie grupy. Każdy ma przed sobą partnera, którego ma rzekomo ratować z ognia na kopalni. Dobiega do niego, chwyta na plecy, odnosi do przeciwległej ściany, tam, wleczony byle jak i niemiękko, ratowany zmienia się w tygrysa, on teraz na odwyrtkę chwyta za byle co swego zbawcę, wwala na kark, niesie, tam doniesiony z powrotem zmienia się w odnoszonego. Która z par zwycięży? W zapale solidarnego współdziałania partnerzy nie mają do siebie żalu, że ten i ów zamiecie głową po podłodze, że innemu skręci partner rękę, aż skrzywdzony wrzaśnie z głębi jelit:

- Uważaj, ty pieronie!

Stoją teraz zziajani, łapiący dech po wysiłku - szczupły, czarny Irlandczyk z kobyły gimnastycznej patrzy z zadowoleniem na rosłych, blondowatych osiłków - rytm ludzkich muskułów, starszy niż gaelik3, niż nasz prasłowiański chrobot, spiął ich w jedno. "Ludzie wszystkich krajów, łączcie się" - mówi warkot wzburzonej krwi, rozkosz rytmu, rekord wysiłku.

- Teraz będzie wykład - mówi instruktor - zbierzcie się, ogarnijcie i poczekajcie na mnie, ja was zaprowadzę.

- Cóż to? - pytam naszego inżyniera. - Sami nie trafią?

- Nie o to chodzi - odpowiada. - Instruktor chce, żeby ochłonęli.

Język pracy

Na tablicy schematy kolorowe. Dziś wykład o haulage'u, o wywożeniu nałupanego węgla.

- Odrysujcie to sobie! - mówi wykładowca.

Sapiąc srodze, nic rozumiejąc wiele, odrysowują w swoich zeszytach, jak Pan Bóg dał.

- Niechby im wprzód objaśnił, a potem niechby odrysowali - zżyma się nasz inżynier, który mówił już o tym wykładowcy.

- O yes, you are right - cieszył się wykładowca. A jestem pewien, że się do tego zastosuje, kiedy już będzie miał pół wykładów za sobą. Bo prędzej tego w głowie nie obróci ani nie przyjmie.

Take it easy...

Teraz poczyna wykładać. Mówi dobitnie, wolno, zdaje mu się, że go rozumieją. Wśród adeptów siedzi jakiś uparty baryton i pomykuje co zdanie wykładowcy:

- Yes...

Ale wykładowca krótko jest z tego podrykiwania szczęśliwy, poczyna się orientować, że audytorium rozumie go słabo. Wykład zmienia się w pantomimę pełną plastyki.

Wykładowca rysuje na tablicy schemat haka do sczepienia wagonetek. Unosi wysoko w górę haczykowaty palec.

- Widzicie? Jak byłem małym chłopakiem przy "haulażu", sczepiłem hak bez zachowania ostrożności, zamknął mi się na palcu, wagonetka ruszyła - wykładowca poczyna biec przez salę z ręką wyciągniętą, demonstrując, że jest ciągnięty za uwięziony palec - tak mnie oto ciągnęło przez dwieście pięćdziesiąt jardów. Było "rather" nieprzyjemnie - dodaje z angielską flegmą.

Teraz objaśnia urządzenie łańcucha ciągnącego wagonik. Obnaża łydkę, znać na niej bliznę zagojonej wyrwy. To znowu pamiątka jego szczenięcych lat kopalnianych. Chciał sobie ulżyć - łańcuch biegł pod górę około mili, stanął na nim i ot, co się zdarzyło.

Wykład, z początku niezrozumiały, staje się słuchaczom bliski i jasny. Jakże! Mało to razy było z nimi podobnie!

I znowu jak przy ćwiczeniach fizycznych, tak i na tym wykładzie, ponad wspólny język słów - jakże ubogi! - wybija się zrozumienie wzajemne pracy ludzkiej. Wiedzą już o swym wykładowcy więcej, niż gdyby z nim przesypali po polsku wór obojętnych słów gdzieś w wagonie kolejowym.

Język etyki

Mr E.W. Watkins, technical manager tego tu całego interesu, w Oak Dale jest ni mniej, ni więcej tylko:

first class certificated colliery manager (wykwalifikowany górnik pierwszej klasy),

first class certificated surveyor (dyplomowany mierniczy pierwszej klasy),

first class certificated electrical engineer (dyplomowany inżynier elektryk pierwszej klasy),

first class certificated mechanical engineer (dyplomowany inżynier mechanik pierwszej klasy).

Pan Watkins przyjeżdża tu co dzień z Cardiff samochodem. Przywitał mnie nadzwyczaj uprzejmie. Jest to szczupły, rześki staruszek o ascetycznej, purytańskiej twarzy. I ten pokazuje jakieś blizny na rękach, i on pracował długie lata jako górnik, a wszystkie wymienione wyżej tytuły nabył na kursach wieczorowych po pracy.

- Widzi pan - mówi Mr Watkins - wasi ludzie są bez rodziny, w warunkach niepomyślnych. Wykształcenie techniczne wykształceniem, ale należy im też stworzyć atmosferę.

Pan siedzący na ławie z boczku nastawił przyrządzik zatknięty w ucho, mający zastąpić słuch.

- Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga, który nie robi pomiędzy ludźmi różnicy. Ciało ludzkie jest najcenniejszą kreacją Boga. Cóż mi z tego, że będę konserwował maszyny, a nie będę konserwował ciała ludzkiego? Czyż nie będzie to, zaprawdę, jakbym chodził koło lamp, a zapomniał o oleju?

Mały czarny pan ze słuchawką podskakuje w swoim kącie jak wyrzucany sprężyną, demonstrując zadowolenie. To przyjaciel pana Watkinsa, pastor metodystów, jedyny "minister" w tej tu wsi, który napierał się z pogadankami do naszych ludzi.

Zabawne. Przejechawszy pół globu, nachwytawszy wieści o mrożących krew w żyłach totalitarnych obozach koncentracyjnych - znaleźć się nagle na tym najzachodniejszym cypelku Europy w atmosferze 1620 roku, kiedy z tych tu brzegów odpływał świątobliwy "Mayflower" przy dźwięku purytańskich hymnów, żeby zapoczątkować białe władanie nad Stanami Zjednoczonymi.

Merry old England wychodzi na spotkanie ludziom wyciśniętym z kątów rodzinnych presją najstraszliwszych tłoków ideologicznych. Byłoby okłamywaniem siebie mówić, że wszystko, co przeszli, spłynęło po naszych rodakach bez reszty. Kiedy byłem w roku zeszłym w jednym z obozów dla naszych cywilnych uchodźców, pod Villach, zaszedł następujący wypadek:

Dziewczynę, podejrzaną o skradzenie zegarka, wzięła straż porządkowa w obozie na spytki. Najpierw ją bito, potem wbito jej pod paznokcie jednej ręki sześć szpilek, a gdy umieszczono już pod paznokciami drugiej trzy, zażądała natychmiastowego zaprowadzenia jej do ustępu. Prowadzono ją na pasku, krępującym ręce. Błagała uchodźców o pomoc, wykrzykiwała na cały głos, jak ją torturują - nikt się nie pokwapił. "Widać tak trzeba". Na rozprawie oprawcy tłumaczyli się z całą naiwnością, że przecież działali dla dobra publicznego (nawiasem mówiąc, okazało się, że dziewczyna była niewinna). Najtypowsze były zeznania dziewczyny, która zwracała uwagę na to, że szpilki były nie odkażone, że mogło nastąpić zakażenie. Ale prawomocności samego zabiegu oskarżona nie kwestionowała, tak samo jak wydał się on dopuszczalny straży porządkowej i mieszkańcom obozu.

Wszyscy oni wyszli spod tłoków totalitarnego zakażenia, tak jak i ci nasi górnicy. Pan Watkins wita ich naiwnie: "Pobożnie zmówcie paciorek". Ale wiemy z Mickiewicza, że czasem ten naiwny paciorek działa nawet na zbójców. Cóż dopiero na porządnych chłopców, którym mamulka odmawiała go nie tak dawno!

Człowiek zmienia skórę

- Pierwszy pieniądz po tylu latach zarobiony uczciwą pracą - wyciąga do mnie rękę nasz adept górniczy liczący koło czterdziestki.

Na ręce leży pierwsza tygodniówka - trzy funty, cztery szylingi, dwa pensy - tyle pozostało po potrąceniu za całotygodniowe mieszkanie i utrzymanie.

Tęsknota do tej innej skóry zawarta w okrzyku, że oto otrzymał pierwsze "uczciwie" zarobione pieniądze po sześciu latach wojny - tęsknota za tą cywilną indywidualną skórą jest tak powszechna, że kiedy między adeptami górnictwa spotykam dwu byłych sierżantów, z których jeden otrzymywał na siebie i rodzinę trzydzieści sześć funtów miesięcznie, a poza tym miał mieszkanie i utrzymanie za darmo, słyszę od niego, że woli teraz startować od pięciu funtów tygodniowo bez utrzymania.

- To - wskazuje na wiszący na wieszaku mundur z czarnym naramiennikiem i podwójnym rzędem baretek - będzie na obchody. Ale na co dzień to ja tam wolę nie być znaczony.

- Rychtyg pan mówi, panie Majewski - mówi wieczorem, wiążąc krawat w niebywale perski deseń, jeden z chłopców (idziemy bowiem na zabawę), z zadowoleniem posiłkując się cywilnym "panie Majewski" zamiast dotychczasowego "panie sierżancie" - żaden jeden człowiek nie chce być znaczony jak owca w kierdlu, nie?

- W mundurze - tylko kto spojrzy, już wie: jakiego ja stopnia, jakiej broni, po baretkach pozna, gdziem był, gdziem nie był, po stopniu, na ilem uczony, po oznace broni, gdzie stoję, co jem, gdzie przebywam.

O, nawet na ubraniu metka, żeby wiedzieli, jaka miara, kiedy robione, kiedy fasowane...

- A ja sobie odwalę dzisiaj Gary Coopera - rzuca inny, wciągając olśniewającą cynamonową marynarkę.

Te krawaty, te marynarki, te koszule w paski - to wszystko dano im przy demobilizacji. Chłopcy bardzo dobrze w tym wyglądają. Jedynie ze spodniami bieda. Owszem, są eleganckie i z materiału jak się patrzy, ale jak cała Anglia długa i szeroka, wydano demobilizowanym jednakowe portki szarego koloru. Tak że górą chodzą Gary Cooperowie - cynamonowi, brunatni, szarzy, zieloni - a dołem maszeruje demobil w portkach jednakowych jak ulał - na szaro.

Po grząskim śniegu zamiesił kołami autobus wiozący na zabawę do Black­wood. Co drugi z naszych chłopaków już doń siada z przyuważoną na miejscu, w Oak Dale, dziewczyną.

Człowiek zmienia skórę...

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

2 R.L. Coombes, These poor hands, Left Book Club Edition.

3 Dialekt irlandzki.

PEŁNY SPIS TREŚCI

NAD PĘKNIĘCIEM ŚWIATA

"CHUCK 'IM OUT, THE BRUTE!"

POLSKA PRACA - DLA OBCYCH

NAD PĘKNIĘCIEM ŚWIATA

WE FRANCJI WIOSNĄ 1946 ROKU

W BERCHTESGADEN

PAMIĘCI "IZRAELITANKI"

WSPOMINKI AMERYKAŃSKIE

FABRYKA ŚMIECHU

OBEREK SIEDZI W TYM TANGU...

POLSCY BUSINESSMANI W STANACH ZJEDNOCZONYCH

PIONIERZY STAREJ POLONII

POSZUKIWACZ ZŁOTA

POLSCY ŻOŁNIERZE AMERYKAŃSKIEJ WOLNOŚCI

DAVID CROCKETT

TEATRUM KUKIEŁEK

USA NA ŁAWIE OSKARŻONYCH

KENNEDY'EGO DROGA NA SZCZYT I DO KRESU

O POLONII AMERYKAŃSKIEJ - Z ODDALI

W STRONĘ LITERATURY

W GÓRKACH WIELKICH

WSPOMNIENIE O ZOFII KOSSAK

O WIECHU

SMUGA... OD LATARNIKA

SZKOŁA MEGALOMANII

REPORTAŻ

CIRCULATIO COLLATERALIS

DROGAMI POLSKIEGO REPORTAŻU

KĄKOLEWSKI NAD WIELKĄ RWĄCĄ WODĄ

BOHATERSZCZYZNA?

PAMFLET ZAŁUSKIEGO

WESTERPLATTE

HUBAL CZY SUCHARSKI?

GDZIE SĄ MIECZE?

PISARSKIE NIEPOKOJE

TRADYCJA I POSTĘP

ZAPOMNIENIE JEST POWTÓRNĄ ŚMIERCIĄ

O TOLERANCJI

NA MARGINESIE DYSKUSJI

DOM NASZEJ KULTURY

NASZA OBECNA SZANSA

O POKOLENIU III RZECZYPOSPOLITEJ - NA JEDNEJ NODZE

PRZEMIANY POLAKÓW

POLSKIE MIEJSCE NA ŚWIECIE

PISARSKIE NIEPOKOJE

WAŃKOWICZ I... KRASNOLUDKI

PROSTO OD KROWY

OD AUTORA

POCZĄTKI

PRZEZ CZTERY KLIMATY 1912-1972

ZAMIAST PRZEDMOWY

SUBSTANCJA

PIŁSUDCZYCY

W II RZECZYPOSPOLITEJ

WIELKA NIEDŹWIEDZICA PATRZY W OKNA WIĘZIENIA

WALKA O NOWE

WIELKI RACHUNEK SUMIENIA

OKAZAŁO SIĘ, ŻE KALAM GNIAZDO

PRZESZŁE I PRZYSZŁE ROZCZAROWANIA CATA-MACKIEWICZA

MAŁŻE NA MIELIZNACH

I JUŻ TUŻ PRZED WOJNĄ - LIST DO CÓRKI

ZETKNIĘCIE ZE ŚWIATEM

Z "ALIANTAMI". FRANCUSKA "DRÔLE DE GUERRE"

FRANCUZ, KTÓRY NIE REZYGNUJE

WŁOSZKA NIEPOKORNA

ANGLIK - KAWALER Z SIARKI

POLACY I CYKUTA

Z WROGAMI

ZNOWU MNIE WITA "HEIL HITLER"

PODŻEGACZ Z KANADYJSKIM PASZPORTEM

W EMIGRACYJNYCH OBIEŻACH

O PRZYJMOWANIU OBYWATELSTWA

POLSKIE "ETROGIM"

CZY JESTEŚMY PRZEDMURZEM?

ZAGADNIENIE MIĘDZYEPOKI

KRYZYS MATERIALNY

NAWYKI

NA POLSKICH WIRACH

ODGRUZOWANIE CZŁOWIEKA

DRZAZGI NIE ODKAŻONE

WIZJE GŁODOWE

LEWĄ RĘKĄ PRZEZ PRAWĄ NOGĘ

HAJDA NA TERMOMETR!

RUŃ NA GRUZACH

PODŁOŻE PSYCHOLOGICZNE "OPORNYCH"

ŹRÓDŁA POLSKIEJ ANARCHII

ROZMOWA Z PRZESZŁOŚCIĄ

NA PISARSKICH ROZDROŻACH

SERCE NA GWOŹDZIU

PAMIĘTLIWE SŁONIE

W OBRONIE "PASZKWILU"

PAMIĘCI KSAWEREGO PRUSZYŃSKIEGO

PAMIĘCI WŁADYSŁAWA BRONIEWSKIEGO

NIEZNISZCZALNE SŁOWO

DYSTANS I ZBLIŻENIE

W III RZECZYPOSPOLITEJ

"SERCEM GRYZĘ"

O MITOMANII I ALERGII

CZARUŚ W GROBOWCU SZUJSKICH

"INŻYNIER DUSZ" - PETENTEM

LIST MELCHIORA Z 1972 R., KOŃCZĄCY KSIĄŻKĘ, DO MELA, KTÓRY PRZED Z GÓRĄ PÓŁSTULECIEM NAPISAŁ WSTĘP DO TEJ KSIĄŻKI

POSŁOWIE

FOTOGRAFIE MELCHIORA WAŃKOWICZA Z JEGO REPORTERSKICH WĘDRÓWEK PO RUBIEŻACH II RZECZYPOSPOLITEJ