Anoda i Katoda. Tom I - Melchior Wańkowicz

-
Proszę czekać

WSTĘP

Ileż ten człowiek napisał! - wzdycha czytelnik, otwierając opasłe tomiska Anody i katody. Ostatni zaakceptowany przez Wańkowicza wybór własnych reportaży, prawdziwe silva rerum, monumentalny spadek obserwatora XX wieku, w pewnym sensie komponuje się w pamiętnik. Teksty pisane na zamówienie chwili, dla szerokiej publiczności, po dekadach leżakowania dojrzały do transformacji w opowieść o życiu narratora, tworząc pomnik pracowitości i ciekawości świata.

Specjalnością Wańkowiczowską wydaje się być optymizm. Co najmniej dwa razy przyszło mu zaczynać od nowa, dwa razy historia zrujnowała mu podstawy egzystencji. W pierwszej wojnie światowej stracił dziedzictwo rodziców, w drugiej - córkę i dorobek życia. Bywał imponująco elastyczny, klęski obracał w intratne kontrakty, zachowując dystans i poczucie humoru. Straty znosił z godnością. Wańkowicz jest optymistą ciężkich czasów, nie dlatego, żeby naprawdę wierzył w promienną przyszłość świata. Raczej z przeprowadzonej na zimno analizy strat i zysków wyszło mu, że zdrowsze jest myślenie pozytywne. Próbował tę konstruktywną postawę spopularyzować w swoim dziennikarstwie.

Literacko najpiękniejsza jest część pierwsza Anody i katody - "Kraj lat dziecinnych", w której pisarz powraca w rodzinne strony, buszuje po najdalszych litewskich matecznikach Rzeczypospolitej. Mistrz gawędy szlacheckiej wykazuje się tu szczytową formą, kreśli cudowne portrety kresowych oryginałów, jak unieśmiertelniony jego piórem Buba Zalutyński - samozwańczy hrabia Palatynu. Zasłynął on udatnym polowaniem telefonicznym na ministra Zająca, połowami sardynek puszkowanych w odmętach hotelowej wanny, jak również utrzymywaniem kontyngentu żydowskich rodzin, zobowiązanych do wznoszenia okrzyków "Zdarowia żełajem Waszemu Wieliczestwu!", kiedy Buba przejeżdżał powozem. To jedna z wielu postaci Wańkowiczowskich, które anarchistom dają oddech tradycji. Kresowe dwory najwyraźniej były wylęgarnią najrozmaitszej maści cudownych nonkonformistów.

Za te zabawne facecje, fajerwerki kresowego folkloru Wańkowicza lubiano i chwalono. Więcej kontrowersji, a nawet oskarżenia o kalanie gniazda, wzbudzały jego relacje o tym, co działo się wokół dworu. Tutaj wgryzamy się już w materię bardziej dziennikarską niż gawędową. Kuszący egzotyką świat dworów po reformie rolnej stracił rację bytu, okrojona ziemia nie była w stanie utrzymać wystawnego stylu życia, zwłaszcza przy archaicznych metodach gospodarowania. Wańkowicz ze zgrozą opisuje rozrzutne szafowanie lasem, w którym drzewa wycinane są na wysokości rąk, tak jak wygodnie było drwalom, bez cienia myśli o równoległym zalesianiu tego terenu. Las na takiej "porębie" nie odrastał, powstawały piaszczyste nieużytki, drewno natomiast zasilało za bezcen niemieckie fabryki. "Z sowieckiej strony słyszę ryk traktorów" - pisze Wańkowicz kilka razy, a pobrzmiewa w tym coś na kształt podziwu, bo po polskiej stronie panuje złowróżbna cisza. Wywłaszczonego z rodzinnych Kalużyc pisarza naprawdę trudno posądzić o idealizowanie sowieckiej rzeczywistości, rozumie on jednak, że sentymentalny świat Kresów walczy o przetrwanie i tylko gruntowne reformy mogą go wydobyć z morza biedy. Wańkowicz opisuje kraj zrujnowany wojną, przygnieciony kryzysem, gdzie dzieci ślepną od jaglicy, garncarz pracuje cały dzień za pieniądze niewystarczające na obiad, a analfabetyzm sięga 70 procent populacji. Oto Naścia, która utrzymuje ślepego dziadka, śpiewając na jarmarkach. Zapuchnięte oczka wyglądające spod chusty zdradzają, że sama niedługo straci wzrok. Oto młode małżeństwo, oboje mają gruźlicę i żadnych możliwości leczenia. Po wyłączeniu spod powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego ludności wiejskiej, koklusz we wsi powoduje stratę całych roczników uczniów i poborowych, poród jest śmiertelnym niebezpieczeństwem, a drobny wypadek parobka przy pracy może oznaczać kalectwo na resztę życia. Znakomitej większości z tych nieszczęść można było zapobiegać środkami niewspółmiernie niskimi w stosunku do ewentualnych zysków. Wańkowicz był pomysłodawcą i jednym z jurorów konkursu pamiętnikarskiego dla lekarzy. W Anodzie i katodzie cytuje obszerne fragmenty. Lektura jest wstrząsającą lekcją solidaryzmu społecznego.

Bardzo interesujące są fotografie ilustrujące Wańkowiczowskie reportaże z Kresów, wykonane podczas podróży po województwach wileńskim i nowogródzkim w latach 1936-1937. Wydawało się, że bezpowrotnie przepadły one w wojennej zawierusze, jednak jeden z wiernych czytelników uratował negatywy z zakładu wileńskiego fotografa i doręczył je pisarzowi po wojnie, w Warszawie. Dojrzały Wańkowicz żądał od reportera znajomości sztuki fotografii, sam za młodu wykonał genialne zdjęcia wileńskich szeptunów, znachorów, dziadów proszalnych, ceremonii wioskowych szczepień, a także chorej na jaglicę Jagusi.

Ze zdumiewającą łatwością zrzuciwszy genetyczny balast feudalny, Wańkowicz rzuca się w nowe czasy. Optymizm to także fascynacja nowinkami technicznymi. Ileż radości daje mu możność wmontowania fotografii w tekst Na tropach Smętka, zamiast osobnych wkładek; jak ważny okazuje się samochód, jak zabawna może być winda. Każda innowacja w rodzaju założenia nowoczesnej pasieki czy ulepszenia hodowli owiec znajduje w Wańkowiczu żarliwego kibica. Rejestrując trudności państwa konsolidującego się z trzech zaborów, Wańkowicz dostrzega cudowność powstania Gdyni, Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, nowoczesnego szkolnictwa. Pierwszy rejs statkiem "Batory" staje się dla narratora Anody i katody sposobnością do wyrażania uczuć patriotycznych. Autor upaja się świadomością, że znajduje się na pierwszym prawdziwie komfortowym fragmencie Polski peregrynującym po świecie. Wnętrze mobilnej ambasady zaprojektowali najlepsi polscy artyści i konstruktorzy, w mijanych portach lokalna Polonia ze łzami i na kolanach pielgrzymuje do patriotycznego przybytku, gdzie trwa wesoła zabawa. To Wańkowiczowska, kształtowana w czasach zaborów wizja polskiego Raju: grupa Polaków dla rozrywki i nauki podróżuje po morzach na zbudowanym we własnej stoczni i mającym zawinąć do własnego portu statku. Rejs "Batorego" po Morzu Śródziemnym staje się w relacji Wańkowicza polskim karnawałem, radosnym triumfem. Można znaleźć płaszczyznę porównywania tego cyklu z Trans-Atlantykiem Gombrowicza, choć autor Anody i katody miał jednak dużo więcej zrozumienia dla ludzkich słabości. Sam z euforią zrzuca na "Batorym" racjonalne konwenanse, cytuje Sienkiewicza i ostatecznie przestaje stawiać sobie jakiekolwiek granice w pokrzepianiu serc. Samokrytycznie znajduje, że zapewne odnalazłby się dziennikarsko także i w rubrykach towarzyskich, co stanowi zresztą o wdzięku tego cyklu tekstów. Sienkiewicza czuć też w Wańkowiczowskich opisach mijanej Afryki, które, niestety, sprowadzają się do migawek z bazaru i dzielnic rozpusty. Tym większą wagę ma sporo późniejsza, pełna zachwytu recenzja Wańkowicza pierwszych książek Kapuścińskiego.

Stosunek Wańkowicza do Żydów to spełniony koszmar propagatorów poprawności politycznej, bo łączy on w sobie elementy pozornie niespójne: fascynację i dystans, współczucie i przekonanie o sprzeczności interesów dziejowych obu nadwiślańskich nacji. Wańkowicz nie boi się wypominać Żydom, że nie angażowali się w polskie powstania i już za czasów Kościuszki wspierali Rosjan: "w 1812 roku Żydzi modlili się i pościli za zwycięstwo oręża rosyjskiego, a w powstaniu listopadowym dali całe poparcie Rosjanom" - pisze w tekście Pod wieżą Babel, dorzucając oskarżenie o lobbing światowego żydostwa przeciw powstaniu państwa polskiego w 1918 roku. Wańkowicz nie widzi możliwości połączenia w życiu jednej osoby tożsamości polskiej i żydowskiej. Gdy wjeżdża swym fordem na ryneczek jakiegoś kresowego sztetl, pragnienie dokonania natychmiastowej reformy miejscowych służb sanitarnych zdecydowanie dominuje u niego nad ekscytacją egzotyką. Niemożliwa jest ta Wańkowiczowska familiarność, która mu pozwala na pisanie, ze swobodą współcześnie karalną srogim ostracyzmem społecznym, "ten, co się urodził w Kutnie jako trzynasty bachor" o Szalomie Aszu (autorze powieści Warszawa). Po Zagładzie takie spoufalanie się raziłoby, byłoby piętnowane. Jednak w sposobie artykułowania przez Wańkowicza słowa "żydek" jest czułość. Był chyba jedynym polskim publicystą, który zaraz po wojnie pisał z taką sympatią i zainteresowaniem o rodzącym się właśnie Izraelu. Trafił do Palestyny z armią Andersa i nie miał tam najmniejszych kłopotów ze znalezieniem polskojęzycznych rozmówców. Wańkowicz na tyle mocno odczuwa duchową więź z polskimi Żydami, że w jerozolimskiej piekarni pozwala sobie na żarty o powiązaniach macy z krwią gojowskich niemowląt. Jako Polak, spadkobierca tysiącletniej wspólnej z Żydami historii, czuje się upoważniony do lekceważenia konwenansów. Mało brakuje, a uzna Izrael za rzucone na pustynię zagubione pokolenie Polaków, choć wierny tradycji kresowych pieniaczy, zastrzega sobie na wstępie wszelkich rozmów prawo do bycia antysemitą. Daje mu to zresztą mandat uczciwości wzruszenia, gdy będąc świadkiem pierwszych reakcji Izraelczyków na potwierdzenie wieści o Zagładzie, słyszy polski wiersz Wittlina: "Krew z waszej starej krwi/ kość z waszej starej kości/ O bracia moi w gettach/ ja nie mam słów dla mej wielkiej żałości". Afirmacja żydłaczenia w tym cytacie niesie zachwyt smakosza języka wobec odrodzenia polszczyzny z czasów "Dusza z ciała wyleciała, na zielonej łące stała". Jest w tym też przejmująca konstatacja, że Zagłada ogarnęła jakąś część polskości.

Brygada Świętokrzyska to z kolei obrazek z Europy liżącej powojenne rany, oglądanej z perspektywy tej części kontynentu, która przegrała najbardziej, straciła wszystko i wypadła z celebracji zwycięstwa. Brygada Świętokrzyska, oddział Narodowych Sił Zbrojnych, kreowany przez komunistów na formację faszystowską, omal nie podzieliła losu Kozaków z Kontry Mackiewicza. Żądania wydania polskich żołnierzy Sowietom zostały odrzucone: "Czy pan jest żołnierzem? - zapytuje Eisenhower Żukowa. - Bo ja nim jestem i pan rozumie, że nie mogę wydawać ludzi, którzy walczyli wspólnie z nami" - cytuje Wańkowicz krążące widać po opisywanym obozie pod Norymbergą apokryfy rozmów wielkich tamtego świata. Brygada Świętokrzyska to najsmutniejszy reportaż zbioru. Nawet Wańkowiczowska zdolność wynajdowania jasnych stron rozmywa się tu w nieokreślonych przeczuciach ewentualnego zwycięstwa moralnego. Doraźnym ocaleniem dla tych żołnierzy jest fucha pilnowania amerykańskich konserw. Bo przy całym swoim optymizmie Wańkowicz bywa sceptycznym obserwatorem dziejów i trudno go uwieść utopią. W eseju O tolerancji zauważa, że ideały najlepiej rosną na żyznej glebie interesów ekonomicznych. Nie umniejszając swego podziwu dla piękna czystej idei, przypomina, że poszanowanie dla inności jest najczęściej luksusową nadbudową twardego rachunku sił. Gdy mniejszość, jak choćby polscy Żydzi czy Litwini, nie daje się ławo zasymilować, to z góry można przewidywać u Polaków kiełkowanie nowej cnoty - tolerancji. Podobnie trzeźwo Wańkowicz widzi emancypację Afroamerykanów w USA: gdyby nie ekonomiczny interes stanów północnych, kalkulujących przewagę pracy płatnej nad niewolniczą, głównym produktem eksportowym Afryki nadal byliby ludzie. Idąc tym tropem myślowym - żołnierze Brygady Świętokrzyskiej raczej nie doczekają się sprawiedliwości.

Do tekstów dziennikarskich dołączono w tym wydaniu Prosto od krowy, czyli teoretyczne rozważania o reportażu wprost ze skopka klasyka gatunku. Piszący ten tekst w latach 60. Wańkowicz już wówczas konstatował prawdę, obecnie oczywistą, choć długo negowaną przez purystów, że reportaż jest gatunkiem literackim. Rola reportażu - zdaniem Wańkowicza - rośnie zwłaszcza w Międzyepoce (tak zatytułował zresztą drugą część Anody i katody), erze, w której przyszło nam żyć. To czas bezkrólewia, gdy dawne porządki rozpadają się, ale nie wyłoniły się jeszcze nowe ośrodki, które podyktują przyszłe zasady funkcjonowania świata. Zachód - pisze Wańkowicz - jest w epoce zmierzchu dziejów, końcowego stadium cywilizacji, a kandydaci do roli nowego Rzymu zwierają dopiero szyki w matecznikach Azji i Afryki. Sytuacja zmienia się dynamicznie, dlatego informacja o świecie staje się coraz cenniejsza. Na to zapotrzebowanie odpowiada rosnąca armia reporterów, na bieżąco relacjonująca zachodzące zmiany. Wańkowicz widzi swoje miejsce w panteonie tych rzemieślników pisania, pracowitych kronikarzy zmian, którzy gwałtem wdzierają się na podium literatury. W 30 lat po śmierci autora Anody i katody widać, jak bardzo miał rację.

Wańkowicz stawia sprawę jasno - reportaż to literatura, a dobry reportaż to sztuka, do której tworzenia niezbędna jest pewna doza artyzmu. "Aby oddać czytelnikowi całą złożoność zagadnienia, nie wystarczy to zagadnienie zobaczyć i przekazać centrum mózgowemu czytelnika. Należy uchwycić zapach, melodię i przekazać zmysłom ludzkim, przekazać odczuciom artystycznym i zatajonej podświadomości" - pisze. W Prosto od krowy Wańkowicz wyszczególnia cechy dobrego reportera, a na pierwszym miejscu stawia zaangażowanie, co nie jest dla niego sprzeczne z dążeniem do obiektywizmu. "Wróciwszy z Meksyku, zamieszczałem w "Kurierze Warszawskim" artykuły relacjonujące argumenty strony katolickiej, a w "Epoce" - antyklerykalne. Żadne z tych pism nie widziałoby chętnie materiału przedstawionego bona fide. Próbowano w obu obozach na mnie się oburzać. Tymczasem wydanie książkowe dało syntezę" - egzemplifikuje wywód przykładem z własnej kariery. Metoda ma też swoje zalety praktyczne, mianowicie znakomicie poszerza listę potencjalnych płatników wierszówki. Rozbicie obrazu świata na poszczególne reportaże układające się w cykl Wańkowicz określa jako "puentylizm". "Na tle tego miewam rozmówki: - Nie we wszystkim się zgadzam, co pan napisał - mówi czytelnik. - To zupełnie tak samo jak ja" - odpowiadał autor Anody i katody.

"Bezpośrednim bodźcem reportażu jest chęć spotęgowania własnych odczuwań przez komunikowanie ich innym" - pisze Wańkowicz, konsekwentnie mierząc rangę dzieła reakcjami czytelników. To publiczności oddaje prawo wyceny reporterskiego produktu, publiczności, nie krytykom, przypisuje nieomylny instynkt, pozwalający odsiać reporterskie zboże od plew. Nieomylność czytelnika jest dla Wańkowicza aksjomatem, którego broni aż do prób oddania sprawiedliwości Mniszkównie i Zarzyckiej. "Chłonność reportażu ma więc anodę - chłonność pisarza, i katodę - chłonność czytelnika" - pisze Wańkowicz, a czytelnicy Anody i katody mają możność samodzielnego wypróbowania, czy urządzenie reporterskie nie zestarzało się, czy jest w stanie generować energię. Moim zdaniem wszystko tu jeszcze doskonale działa.

Agata Szwedowicz

SAHIB-GIREJ I GARNCARZE W IWIEŃCU

Gdy inne państwa są obronne wodą, mają porty warowne, góry niedostępne, my nic... Owe zewsząd do Polaków pola i drogi nieprzyjacielowi wyborne, przestronne; postąpi, ustąpi, wejdzie, wynijdzie: żywności, jeńców nabierze, gdzie chce i jako chce. W samych rękach naszych, w piersiach i gardłach naszych munitia nasza - to nasze góry, to nasze wody, to zamki, mury i wały Polski.

Piotr Grabowski,

O pięciu rzeczach Rzeczypospolitej Polskiej należących, 1595

GRANICA - NIEPOJĘTA JAK ŚMIERĆ

Kresy objeżdżałem z córką. Przeżywałem po raz drugi odległe wspomnienie dzieciństwa - kiedy po raz pierwszy, jako ośmioletniego chłopca, przywieziono mnie do białoruskich Kalużyc z litewskich Nowotrzeb. Z Kalużyc tych wywieziono mnie, po śmierci rodziców, jako dwuletniego chłopca. I wtedy - któż wytłumaczy te sprawy - przywarłem od razu całą siłą dziecinnego entuzjazmu do tej ubogiej ziemi, która wszak, zdawałoby się, sprostać nie mogła przepięknym dolinom Niewiaży.

Teraz, gdy tylko auto minęło Białystok i wzięto kurs na wschód - na Wołkowysk - kiedy zaczęły się lasonki brzozowe i bure chałupy jeszcze tu i ówdzie nie skomasowanych wsi, a wieczorkiem w jakiejś kotlince wjechaliśmy w jeziorko mgły - od tego wieczoru z dnia na dzień coraz bardziej rosło w mojej córce poczucie, że nie przyjeżdża, tylko wraca, że to właśnie te drogi, te wsie, te dwory, te obyczaje zna najlepiej. Z kilometrem każdym, z dniem każdym soczyściał nam i pęczniał w ustach rozgryzany owoc poznawanego kraju, a przecież kiedy parę lat przedtem jechałem z nią przez piękną okolicę Polski - od Cieszyna wzdłuż Tatr, Pienin, Beskidów aż po Śniatyń - dzień każdy był podobny w skali wrażeń; mogły być one najciekawsze, ale ten brak narastania poznania sprawiał, że wreszcie na piąty tydzień wycieczki samochodowej żuło się obserwowany materiał niby jałową tkankę owocu niedostatecznie wypełnionego sokiem.

Aż tak jadąc, kiedy z dnia na dzień witały nas inne dwory, inni ludzie, kiedy wieczorami zajeżdżaliśmy przed błyszczące okna, a w sieni lub w hallu, zależnie od zamożności, witał nas ktoś, przed chwilą nieznany, a już natychmiast po zdjęciu płaszczy swój i bliski, i wiadomy, dobiliśmy do rzeczy niepojętej jak śmierć - do granicy.

Był piękny dzień letni. (To wszak tak zaczynają się opowieści nieuczone domorosłych relacjonistów, które z lekceważeniem bierzemy do ręki i z których śmiesznej i nieudolnej formy wypada nagle piorun faktów, które za nich pisały dzieje).

Dobiliśmy do Wołmy - ostatniej już niemal ziemi Wańkowiczowskiej. Stryj Leon Wańkowicz ongi siedział w Śmiłowiczach. Jako mały brzdąc z nabożeństwem oglądałem labirynty salonów, każdy w innym stylu, i ogromny ogród zimowy łączący dwie części pałacu. Śmiłowicze zostały za granicą.

Z Wołmy, liczącej siedem tysięcy hektarów, pozostało siedemset hektarów i groby rodzinne z XVII wieku. Sic transit...

I kiedy nam tak z nagła skończył się pęd jazdy na wschód, a spod nóg dalej swobodnie biegła pofalowana ziemia, powiedziałem:

- Za dwie godziny moglibyśmy być w Kalużycach...

A staliśmy pod polskim słupem granicznym.

*

Każda granica ma w sobie coś niesamowitego i mistycznego. Bo to taka sama ziemia z drugiej strony, a tak ludziom życie inne. Zdawałoby się, że na naszym wschodzie, na którym nie ma naturalnych granic, poczucie tej niesamowitości się zmniejsza. Tymczasem jest odwrotnie. Stojąc w stroju kąpielowym nad jakimś strumykiem belgijsko-holenderskim albo jadąc łódeczką przez Bidassoa na granicy francusko-hiszpańskiej (rzecz prosta - nie teraz), albo ciągnąc z grupą zajadającą sandwicze nad granicą norwesko-szwedzką, albo leżakując na pokładzie stateczku na włosko-szwajcarskim jeziorze, chciałoby się powiedzieć:

- Bzdura i nonsens. Zabawki dla dorosłych dzieci.

A tam wszędzie przecież jest woda czy choćby wąwóz. Tu - nic. A przecie ma się poczucie, że się stoi nad istotną granicą.

Pamiętam, jak w Smoleńsku przed pierwszą wojną światową pytał mnie brodaty "izwoszczyk":

- Wam, barin, na polskuju storonu?

Już tej Rzeczypospolitej wszelki ślad tu wytęchł. Od roku 1654 nie władaliśmy Smoleńskiem. A przecież w pamięci ludzi jedna strona Dniepru była polska, a druga rosyjska.

*

Jeśli przyjrzymy się mapom uzupełniającym sumienne dzieło Natan­sona-Leskiego Dzieje granicy wschodniej Rzeczypospolitej, zobaczymy, jak to "przedmurze" szło kilkudziesięciokilometrowym pasem, nieokreślonym, bezpańskim.

Znaki były obyczajowe, problematyczne. Granica na przykład z Inflantami szła... a od tej sosny do mchu Andrejkowa... przez mech do starych mostów... do słonecznej góry itd. Dobra prywatne odgraniczały się równie dobrodusznie. Hedeman przytacza odgraniczenie z 1593 roku majątku Psin, prowadzące "od ozera Dołhano lipu, bołotom Prudyszczom w dub... dubok krywy... berezu nad dorohoju... sosnu niemałuju...".

"Poczynając od dzikich pól Zadnieprza - pisze profesor Kolankowski (Zygmunt August, wielki książę litewski) - rozległych pastwisk tabunów tatarskich nad Górnym Donem i Cichą Sosną, gdzie by zapewne tej granicy i wskazać nikt nie potrafił, sięgając gdzieś aż po putywlskie i ryskie posiadłości, szła ta granica raczej szerokim pasem aniżeli ściśle wytkniętą linią".

Toteż u obu stron była świadomość, że, jak pisał nasz Piotr Grabowski, tylko "w piersiach i gardłach naszych munitia nasza".

Dobitnie to wyraża w roku 1548 chan Sahib-Girej w liście do króla (zaznaczającego, że wszystkie te stepy między ujściem Dunaju i Dniestru po morze są własnością Wielkiego Księstwa Litewskiego): "Daj temu, Wasza Miłość, Bracie Mój, pokój; kto co z tych ziem i uroczysk w swych rękach trzyma i używa, tego to i jest, bo ziemia to ani Twoja, ani Moja, jeno Boska; kto mocniejszy, ten ją dzierży".

Przez całe wieki Polska odgryzała się tylko u ściany wschodniej. Nie starczyło nas na terytorium dziejowe, na którym nas osadziła historia. Na tym terytorium, tak jak mój dorożkarz nazywał "polskim" prawy brzeg Dniepru, tak podotąd pono ludność prawy brzeg Odry nazywa polskim; brzeg tej Odry, którą Fryderyk Barbarossa uważał za mur obronny Polski (Poloniam sicut murus ambiit...).

Najprzód przeszedł czas Chrobrego, bijącego pale graniczne w Łabie, potem przyszedł czas na zrezygnowanie z naturalnych granic Dniepr - Dźwina na wschodzie, których nie można było zdzierżyć na trwałe, nie zajmując szerokiego przedpola.

Na te przedpola szedł wielki człowiek naszego średniowiecza, wielki książę litewski Witold. W roku 1399 na przedpolu Dnieprowym, nad Worsklą, nad lewym dopływem Dniepru, rozgromiony przez Tatarów; z pięćdziesięciu książąt należących do jego świty legło dwudziestu. Nie, nie mogliśmy własnymi siłami się ostać. Trzeba było iść na służbę Zachodu. Posypały się akty homagialne książąt Zasławskich, książąt Dowhowdów, książąt Druckich - bił czołem sam Iwan Olgimuntowicz, dzielnicowy książę na Kijowie.

Polska na tym doraźnie krzepła, wszak ci wraz nastąpił Grunwald i rozkwit. Ale idea międzymorza już wówczas poczęła się kurczyć. Wieczny i po dziś dzień dla naszej sprawy wschodniej dylemat wróbla w ręku i żurawia na sęku...

W WARSZAWIE BYŁ BON TON

W dalekiej Warszawie był rząd, sąd, w papierki wgląd. Monitor, zmiany warty przed komendą miasta, rozbudowa gmachów, Towarzystwo Przyjaciół Ligi Narodów, Dojlidy, Korfanty, wizyta króla rumuńskiego, Ministerstwo Sztuki i Kultury, międzynarodowe konkursy hipiczne, Reymont laureatem Nobla. Premier Grabski uskarżał się, że drobny luksus, na przykład pomarańcze, które zalewają wsie, zjeść może budżet. Warszawa związała się komunikacją lotniczą z Europą, na dansingach warszawskich bardzo się przyjęły importowane z powojennej Europy baloniki, parasolki, maskoty i inne prezenty, dygnitarzowa, która biedę klepała na stancyjce kątem na uniwersytecie w Krakowie, wyznawała mi, że absolutnie nerwy jej nie wytrzymują jazdy fordem, omawiano sejmowe wydanie Mickiewicza, rozgorzała dyskusja, zajmując szpalty wszystkich dzienników, o problemacie nagości, w prezydium Rady Ministrów wśród szuwaru frakowego sterczały kępy wspaniałych barwistych mundurów attachés wojskowych całego świata, premierzy chodzili przepasani błękitnymi i czerwonymi wstęgami, profesorowie wyższych uczelni w dnie uroczystych ciągów ciężko powłóczyli aksamity i gronostaje, cukiernik Albrecht sprawiał sobie czwartą filię, korporanci - czapeczki, wstęgi i rapiery - dwadzieścia dwie partie - programy, panu Sterlingowi w "Domu Sztuki" z rąk wyrywano biedermaiery, empiry i snobistyczne cacka, w "Astorii" literaci dyskutowali o teorii Einsteina, uczyniono Penklub dla wybranych gwoli przyjmowania zagranicznych gości, dla szerszej publiczności sprowadzono "Sinią Pticę", gdzie zadowolone mieszczuchy oklaskiwały bezstronnie i bez szowinizmu już niegroźny Wschód.

A tam, na tym Wschodzie, na wschodzie tej kulturalnej Europy, kiedy gasły naftowe lampki i wiatr szedł szerokim jekatierińskim traktem między brzozami, ludzie udawali się na spoczynek, jak przed wiekami, kiedy, jak pisał Sienkiewicz, "kto wieczorem na pograniczu układa się spać, nigdy nie wie, czyli nie rozbudzi się w pętach albo z ostrzem miecza na gardzieli".

W jeden z takich wieczorów zimą przekopywał się na granicy nieświeskiego i baranowickiego powiatu autobus idący na Siniawkę. Podróżni siedzieli między tobołami, opatuleni, buchając kłębami pary. Siarczysty mróz zasklepił szyby.

Ludzie wtedy się garbią, drewnieją, szarzeją, zastygają w kłąb bagażu, rzekłbyś, wstrzymują, jak fakir, procesy krążenia krwi, tok myślenia i trwają.

Młody porucznik Śledziński, jadący na urlop do tej ciekawej właśnie Warszawy, nie mógł wstrzymać w sobie ani warkotu krwi, ani myśli wybiegających naprzód w czasie i przestrzeni. Młody porucznik Śledziński wiózł z sobą na ten urlop nie naruszoną gażę tylu miesięcy służby gdzieś na pustkowiu pod Kłeckiem, nie naruszoną świeżość wszystkich pięciu zmysłów leżących przez rok cały w przytulnym opakowaniu lasów.

Toteż pierwszy posłyszał zduszony krzyk "Stój!", zgrzyt hamulców i przekleństwa. Nim otworzyły się drzwi, już porucznik stanął z małą piątką w ręku.

Krótkie jest prawo Wild Eastu. Po chwili porucznik Śledziński pozostał przy autobusie sam, z wybitymi kulą zębami, ze strzaskaną szczęką. U nóg jego leżał ogromny drab w półkożuszku; rozrzucił ręce, z których wypadł ucięty karabin, i usta jego raz po raz otwierały się i zwierały jak usta potwornej ryby; był trafiony w skroń i konał; w szarzejące śniegi zasunęły się postaci reszty napastników.

Teraz następuje rzecz niepojęta. Ludzie-bagaże boją się wyjść z autobusu, który tkwi unieruchomiony na przerżniętych pneumatykach. Porucznik Śledziński wie, że trafił, ślady uciekających zaprószy śnieg. Więc podtrzymuje ręką strzaskaną szczękę i idzie do odległej o siedem kilometrów Siniawki. Krew krzepnie na twarzy w sople czerwone i znowuż przy ruchu, przy zapadaniu w zaspy kruszy się i twarz zalewa ciepłą posoką.

Kiedy na miejsce przybyła zaalarmowana przez porucznika policja, znalazła między bezładnymi śladami uciekających krople krwi.

Różna bywa ta krew, którą tropi kresowy myśliwy. Zając raniony umie ją jakoś podbierać, że często i kilometr krwi nie zobaczysz, aż z nagła różowiejąca jamka powie: tu odpoczął. A potem coraz bliżej jeden od drugiego te wygrzane dołki, w których ciało gorące ostatnim pożegnaniem ziemi roztapiało śnieg, że jamka lśni teraz znów zamarzła lodową polewą. Lis, ranny w nogę, maluje misterne kreseczki między śladem i śladem, jakbyś japońskim pędzelkiem pisał. Łoś, którego kiedyś na dukcie leśnym trafiłem na trzysta sześćdziesiąt kroków kulą ośmiomilimetrową w półpancerzu w chrapy, padł na kolana, poderwał się i poszedł w las. Gdyśmy doszli, ślad szedł chojarem, potem błockiem zamarzłym, a między śladem rosły niby gałązki najdelikatniejszej purpurowej mimozy; doświadczony strzelec od razu orzekł, że to z chrapów.

Ale tu nic nie można było poznać. Ot, kap... kap... kap... cierpliwym kapaniem chamska krew.

Aż pościg dotarł do wsi. Tudy siudy rozpierzchło ślady, jak kiedy szarak zdecyduje zalec i szprynce powietrzem daje, we własny trop wraca, znów pętlę misterną zawinie, da susa odsadzistego w bok i przywaruje.

Wyganiają ludność na dwór, obszukują kąty i strychy. Wszyscy spali, złażą z pieców, naciągając "zipuny", wytarte kożuszki, udanie ziewając. A w sercach chłopskich tłucze się, oj tłucze, trwoga lotna i ciężka jak bełtliwy kamień.

Musi być będą bić...

Jeden chłop coś zbyt fantazyjnie naciągnął kożuch, który na nim wisi jak huzarski dolman.

- Pokaż no się bliżej, bratku...

Ręka przewiązana, napuchnięta.

- Tak ot co, to znaczy, ty na szosach rozbijasz...

- Panoczku, dyż ja użo niedzielu... U młockarni... I ruka so wsim sczarnieła za hetyj czas...

- Rozwiń!

I kiedy jestem, mając to opowiadanie w pamięci, u pana Zygmunta Czarnockiego w Naczy, natrafiam nieoczekiwanie na dalszy ciąg historii.

Kiedy podjeżdżam do Naczy, widzę w prostym wozie sklepanym z desek panią, w której poznaję wesołą, pełną energii pannę Inę Rdułtowską, dobrze znajomą sprzed wojny. Potem straciłem ją z oczu. Okazuje się, że obecnie jest secundo voto Bohdanowiczową. Gospodarują w leżącej w sąsiedztwie Odachowszczyźnie. Primo voto nazywała się Święcicka.

Otóż jej mąż został w 1923 roku zabity przez napad Muchy. Wyprowadzono go wraz z bratem do kancelarii, kazano położyć się na podłodze twarzami do ziemi i zabito strzałami w głowę. Zostały dwie młodziutkie wdowy.

- To ta sama banda dokonała napadu na Nacz - mówi pan Zygmunt Czarnocki. - Cichutko opasali dwór, a do samego dworu weszło siedmiu ludzi w mundurach policjantów pod pretekstem zrobienia rewizji. Zabrali mi wówczas połowę koni, wybierając najlepsze; a przecież tak ciężko było o inwentarz. Otóż kiedy była sprawa napadu na autobus pod Siniawką (ów ranny wydał towarzyszy), na jednym z uczestników poznałem żółte buty Stefana.

Porucznik Śledziński po kilkumiesięcznej agonii skonał w szpitalu. Napastnicy poszli na stryk.

NADGRANICZNA BIEDA

Miasteczko Iwieniec. Wspaniały kościół, dźwignięty jeszcze w roku 1702 przez stolnika mińskiego Wańkowicza. I przerażająca pustka. Miasteczko z dawna celuje w kunszcie garncarskim i mularskim. Zachodzę do największego majstra w osadzie, Kilczewskiego. Ma obrotu rocznego piętnaście tysięcy złotych, ale chodzi bosy i sam garnki kręci. Nie mogą dać rady iwieńce konkurencji z wyrobami maszynowymi.

Siedzi garncarz nad kupą mokrej gliny. Między jego dłońmi, zwierającymi się i rozwierającymi jak najprecyzyjniejsza maszyna, wiruje narastający kształt. O dłoń, o palce w ciągu dwunastu godzin rżnie lepka forma, którą wykształca własnym mięsem. Za kopę dużych gładyszy majster mu płaci dwa złote. Ale za te pieniądze należy nie tylko ulepić te sześćdziesiąt gładyszy, ale gliny nawieźć, rozrobić, a potem wypalić.

Jeżeli robotnik wykwalifikowany i obrotny i jeżeli nie choruje, i jeżeli pracuje od ranka do zmroku, i jeżeli... to zarabia piętnaście złotych miesięcznie.

Uszom swoim nie wierzę.

- Ale ma wikt?

- Nie, na swoim.

- To lepiej iść kamienie przy szosie tłuc czy rowy kopać.

- Nie ma tu robót drogowych - wyjaśnia wójt Śnieżko - wszak jesteśmy nad granicą.

- To w lesie zarobi.

- Jesteśmy nad granicą; tu się nie tnie.

Okazuje się, że jedynym miejscowym przemysłem jest skromny tartacik wyrabiający nieco drzewa na lokalne potrzeby. Pracuje cztery miesiące w roku i to trzy dni w tygodniu. Najwyższa dniówka, jaką płaci, to złoty dwadzieścia groszy. To znaczy, wybrańcy fortuny mogą zarobić w tym tartaku sześćdziesiąt złotych rocznie.

Czytamy, że w Chinach można kupić dziewczynkę za sto dolarów, że niewolnika nabyć można w Abisynii za niewielką sumę; myślimy sobie, że to ma swój urok rządzić istnością ludzką za głupich parę groszy; sprawilibyśmy sobie, gdyby nie koszt transportu.

Łaskawi panowie! Mamy niewolników krajowych. Kto łaska! Kupujcie (najmujcie) iwienieckich garncarzy.

Jeszcze walczą, jeszcze usiłują utrzymać się na powierzchni. Po jarmarkach pełno ich galanterii glinianej. Za czterdzieści, za trzydzieści groszy otrzymasz znacznego baranka z polewanej gliny albo flakon na kwiaty z wspinającymi się lwami, albo popielniczki z czochrającym się dzikiem.

Dajcie wasze parszywe trzydzieści groszy, nie żałujcie. Ja widziałem, jak uparcie kupa gliny, którą się chce wymodelować na lwa, chce pozostać kupą gliny. To bardzo trudno zrobić, proszę państwa!

Drugi majster, Mikucki, ma osiem tysięcy rocznego obrotu. Bosy, stanął przed wójtem Śnieżko i szeroko gestykuluje: egzekutor nalicza mu fantastyczne sumy i nie wie, jak się bronić. Z głosu jego przebija głucha rozpacz.

Idziemy do wsi obok, która daje mularzy całym Kresom. Przed wojną szli na zarobki po całej Rosji. Niejedna kamienica w Saratowie i Samarze stanęła rękami iwienieckich mularzy.

Teraz zarobki ustały, a przynajmniej skurczyły się znacznie. Ale w dni, kiedy przyjechałem, żyli legendą Kasprowego Wierchu. Dwunastu z ich wsi było na tej robocie. Całymi tygodniami nie robili nic, czekając na robotę, i wówczas otrzymywali osiem złotych dniówki. A jak wreszcie kazano co robić, to obił młotkiem trzy kamienie dziennie i dostał dwanaście złotych.

Śmiech.

- Ta wo hdzie naszi hroszy iduć - zauważa Mikucki, który przywlókł się za nami, kawęcząc o swoje podatki.

JAK BYŁO STO LAT TEMU I JAK JEST TERAZ

Kiedy jadę Dziśnieńszczyzną wzdłuż srebrnej Dzisny, kiedy zajeżdżamy do Łużek - kwatery powstańców z 1831 roku, którym przewodził dzielnie powiatowy sześćdziesięcioletni Podbipięta - a potem pod tymi Łużkami widzimy piękne remonty pana Platera, a znowuż przypomnimy sobie, że na tej ziemi pierwszą ofiarą powstania był hrabia Plater, powieszony w Dyneburgu przez udającego się dopiero na ten teren Murawiewa, kiedy w Plissie oglądamy słynną na Kresy całe spółdzielnię (wytwórnię stukilowych ementalerów, nad których dojrzewaniem tajemnicze gusła wyczyniają dwaj sprowadzeni Finowie)1, i pomyślimy sobie, że inicjatywę założenia tej spółdzielni dał pan Brzostowski, potomek tego Brzostowskiego, który był zastępcą Podbipięty - widzimy, jak w ziemi tej rytmem jest splot niszczeń i stawań się i jak na twórczych wychyleniach się amplitudy jesteśmy my, Polacy.

Oto z tej ziemi, przecie najpółnocniejszej, jeszcze w 1831 roku wydzielił się z sił powstańczych Dziśnieńszczyzny oddziałek Odachowskiego w trzydzieści koni i pomaszerował na wschód, do północnej części powiatu borysowskiego, aż, zbyt oprymowany, rozproszył się w Wielkich Dolcach Wańkowiczowej, w których kilka miesięcy Odachowski się ukrywał.

Nierówne to były zapasy.

Uczestnik powstania dziśnieńskiego, Wrotnowski, tak opisuje siły polskie, porywające się na imperium wschodnie:

Harcowali jeźdźcy na dzielnych spasłych koniach i tuż obok sunęli na wychudłych szkapach albo domagali się kłusem na drobnych chłopskich konikach. Każdy był ubrany i uzbrojony, jak mógł, jak przypadek zdarzył lub jak fantazja poradziła. W surdutach, we frakach, w kapotach, w kurtkach, w czamarach, w mundurach swojego pomysłu, w togach pąsowych, w butach i bez butów, przy ostrogach i w łapciach ruszało razem bractwo powstańców. Ten obwieszał się dwiema parami pistoletów i zatknął jeszcze krócicę za pas, ów ledwo zdobył się na kusą szabelkę. Jedni mieli starą karabelę i rapiery, inni tureckie i francuskie pałasze, lance i piki, kordelasy itd. Dopieroż ciągnęła się kolumna piesza z karabinami, dubeltówkami, muszkietami i biedna hołota niosąca na ramieniu kosy, siekiery, rydle i motyki. Kto tego nie widział, nie zdoła pojąć, jak wielkie było poświęcenie przy tak nędznych środkach.

*

Kiedy, mając po prawej Dzisnę, a po lewej olbrzymie mszary jelniańskie, dojeżdżamy do miasta ongiś powiatowego Dzisny (powiat dziśnieński ma obecnie stolicę w Głębokiem), uderza oczy moje widok miasta, które bym nazwał białoruskim Brugge.

Wszystkie miasta, które widziałem podczas swego objazdu, zdradzały większy lub mniejszy rozwój. Widziałem miasto, które by można nazwać kresowym Verdun, nieszczęśliwe Smorgonie, przedstawiające po wojnie kupę zwalisk, których ludność zwiększyła się o dwa tysiące pięćset pięćdziesiąt pięć i osiem dziesiątych procent (ze stu pięćdziesięciu czterech mieszkańców według spisu 30 IX 1921 roku do liczby czterech tysięcy dziewięćdziesięciu mieszkańców według spisu 9 XII 1931 roku), widziałem Zaostrowicze, które można by nazwać kresową Gdynią, gdyż tam, gdzie stoją, w 1925 był piasek i lasek. Widziałem Stołpce wzrosłe o sto dwadzieścia procent, Oszmianę o sto czternaście procent, wreszcie Głębokie, które Dziśnie zabrało rangę miasta powiatowego, wzrosło o sześćdziesiąt siedem procent.

Zamarło patrycjuszowskie Brugge, kiedy morze od niego odeszło, i śni sen o dawnej potędze na kanałach pokrytych rzęsą.

Tu zaś Dzisna wciśnięta w sam cypel północno-wschodni północno-wschodniego korytarza sterczącego nad Polską. Dzisna, której mianem dotąd chrzci się powiat, ale której siedzibę powiatu w Głębokiem dano - kona powoli w widłach Dzisny i Dźwiny, patrząc smętnie na wyspę, na której ongiś król Batory zapasy ku wyprawie moskiewskiej sposobił.

Dźwiną płyną płyty rosyjskiego drzewa. Płyty płyną tuż, woda je znosi od tamtego, bolszewickiego, brzegu ku nam. Siedzą na nich burłacy w koszulkach z wyrudziałego ongiś krasnego kumaczu. Jarzą się w słońcu rude brody, dźwigają się leniwie ogromne "drygałki" - długie kilkunastometrowe wiosła, wyciosane siekierą. Płynie, sunie tu wodą Wschód, z płyty eurazyjskiej zwleczone bele, dziś jeszcze potwornie grube, z Puszczy Lepelskiej, z lasów nad Połoczanką, spod Witebska. Wszak ta ci Dźwina, przez Marcjana z Heraklei Rubon zwana i będąca dla nas Rubikonem nie od dziś, nieznacznymi tylko wyniosłościami jest oddzielona od systemu Wołgi i Newy.

I kiedy odbiegł tamten brzeg na zawsze w dal niedoścignioną, choć bliską, z której jak znak jarzy się ku nam barok wspaniałego kościoła, poczęła Dzisna, miasto na orbis terrarum położone, trawą łaskawą porastać, trawą koicielką, która zabliźnia kurhany, mogiłki wygnańców i okopy.

Posuwamy się uliczką porosłą ku miastu, między przejrzystymi na przestrzał szeregami pustych futryn.

W dwu ogródkach ku sobie przyległych dwie staruszki Rosjanki gawędzą przez płot. Wdowy po emerytach rosyjskich. Wolno i leniwie ciągną się rosyjskie słowa, wolno i leniwie, jakby nie przecwałowały nad nimi cztery rumaki Apokalipsy i czas, nowator opętany.

"Dajcie umierającemu zewrzeć powieki jego, bo wszystkiemu jest nakreślony czas u Boga".

Ale oto nie jedna para powiek, ale kilkadziesiąt młodych oczu patrzy na mnie z witryny fotografa. Uczniowie miejscowego gimnazjum! Jedyna jeszcze żywa instytucja w tym mieście, którą również mają stąd przenieść.

Przecież tym chłopakom daleki jeszcze zakreślony czas u Boga. Co też myślą, jak też rosną w tej Dziśnie, nie w przenośni, lecz dosłownie deskami zabitej?

Jest czas wakacyjny, nie mogę więc natrafić ani na uczniów, ani na nauczycieli. W miejscowym sklepiku, który ma być równocześnie składem materiałów piśmiennych i księgarnią, znajduję... pismo wydawane w Dziśnie przez Straż Przednią.

Siadając do auta, moi towarzysze bowiem przynaglają mnie, czytam chciwie - co też te chłopaki piszą?

A więc - o swoim mieście:

Miasto to ongiś królewskie!

Dziś - smutne, szare, rozdarte,

Świeci pustkami i nudą

Nędzą do murów przyparte.

A teraz - o sobie:

W moim grobie jest głucho i pusto,

Leżę z czołem rozdartym, rozbitym...

Myślę, że martwa granica jest jak rad: przepala nie tylko umierające miasteczka, ale i dusze nadgraniczne.

Może z czasem da się uleczyć te chore, te zmartwiałe dusze. Może zawrzemy, w wykonaniu XXII artykułu traktatu ryskiego, konwencję z ZSRR o komunikacji drogami wodnymi, może z pogranicznych obszarów Białorusi Sowieckiej dopuszczone zostanie drewno, które moglibyśmy przecierać w naszych tartakach, może z Litwą dojdziemy do porozumienia w sprawie tranzytu papierówki Niemnem do Prus Wschodnich, może z Łotwą dogadamy się co do obustronnych prac inwestycyjnych, rozładowujących problem węzła drujskiego i komunikacji na Dźwinie.

Może...

Tymczasem zagłębiam się w lekturę dziśnieńskiego pisemka, uczeń - dziśnianin (nazywa się Kassaty), mówi z jego szpalt:

Idą ze sztandarami.

Po bruku dzwonią rytmicznie.

Ognie się lśnią za oknami.

W Dziśnie jest dzisiaj prześlicznie.

Kroczy czwórkami piechota,

stal w blasku latarń się świeci,

czas dziwny dusze omotał

starców i kobiet, i dzieci.

Za gimnazjalną orkiestrą

tłum rozhuśtany się tłoczy.

Padł wieczny sen o potędze

ogniem natchnienia na oczy.

Padł wieczny sen o potędze ogniem natchnienia na oczy...

Czas jechać. Wsuwam pośpiesznie za pazuchę ten zeszycik.

Leży mi na sercu, podczas gdy auto oddala się od granicy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Mleczarnia w Plissie, założona w 1928 roku z inicjatywy ziemian, Brzostowskiego i Ireneusza Doboszyńskiego, przerabia w ciągu roku półtora miliona litrów mleka, liczy ośmiuset udziałowców. Sery tu wytwarzane muszą długo dojrzewać, poddawane w ciągu pół roku pieczołowitej pielęgnacji, która stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa. Serów tych produkuje się osiemdziesiąt sześć tysięcy rocznie i na równi z drugą wielką wytwórnią ementalerów w Wielkich Solecznikach, w których zastałem przy tajemniczych misteriach importowanego Szwajcara, zaopatruje w ser całą Warszawę i dużą resztę Polski. Nadto spółdzielnia w Plissie wysłała pierwszy wagon sera do Palestyny.

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

KRAJ LAT DZIECINNYCH

SAHIB-GIREJ I GARNCARZE W IWIEŃCU

JAK BYŁO STO LAT TEMU I JAK JEST TERAZ

CIĘŻKA EGZOTYKA KRESOWA

OSTATNI FACECJONIŚCI NA LITWIE

POJEDYNEK DOWEJKI Z DOMEJKĄ

OKAZAŁO SIĘ, ŻE KALAM GNIAZDO

TRWANIE I PRZEMIJANIE

NA TEJ ZIEMI STOŁPECKIEJ

NIE BYŁO NAS, BYŁ LAS...

KĘDY POCZYNA SIĘ NIEMEN

Z BASTIONU DO MATECZNIKA

CHŁOPIEJĄ I PANIEJĄ

WSPÓLNYMI SIŁAMI

KOŁDYCZEW

POD WIEŻĄ BABEL

U PANA PISANIEGO

DOM NA EWANGELIACH

BYŁO TO DAWNO...

ICH LISTY

ZIARNA PO POLSCE

W KOPALNI

STRAJK! STRAJK!

JASTRZĘBIA - JAWORZE

TU STRZELANO...

ZAKOPANE

W JAGODOWYM KRAJU

CZORSZTYN

JAK TO JANOSIK TAŃCOWAŁ Z CISARZOWOM TEREZYJOM

NA ORAWIE

ZIEMIA KROŚNIEŃSKA

W OBOZIE AMAZONEK

W KRAINIE GŁODOMORÓW

JAREM DNIESTROWYM

ZIARNA POLSKIE PO ŚWIECIE

NA "BATORYM"

PIERWSZA PODRÓŻ "BATOREGO"

NA "BATORYM" - PO LATACH

Z "BATORYM" PRZY KUSZTYCZKU

"KRÓL NIE ŻYJE - NIECH ŻYJE KRÓL!"

PIASEK W KLEPSYDRZE WSPOMNIEŃ

POD UROKIEM BUDAPESZTU I JEGO MIESZKANEK

PIJAŃSTWO I MĘDRKOWANIE

NA JEZIORZE MJÖSEN

PIASEK W KLEPSYDRZE WSPOMNIEŃ

"LAUROWO I CIEMNO"

MŁODZIEŻ

BYŁO TO...

NIECO KOMUNAŁÓW Z TEKI POLSKIEJ

O KAZIMIERZU WYSZYŃSKIM

MIĘDZY HURAPATRIOTYZMEM I KOMPLEKSEM NIŻSZOŚCI

SOPLICOWO NA KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIU

BIBLIOGRAFIA POLSKA 1924-1926

WYBIERANIE KĄKOLU

W WALCE Z ALIFANFARONEM

CYRK NA MURANOWIE

KŁOPOTY PRELEGENTA

Z MIKROFONEM MIĘDZY DZIKOLUDY

JUDYMOWIE I SIŁACZKI

W KRĘGU PAMIĘTNIKÓW LEKARZY

Z POWODU ŚWIĘTOSZKA

WSPOMNIENIA WYDAWCY

AROMAT MURÓW

WARSZAWA I WARSZAWKA

SZCZENIĘCA ESKAPADA

SZEŚĆDZIESIĄT SZEŚĆ LAT TRADYCJI

HEJ, KOLĘDA, KOLĘDA!...

NA ŻOŁNIERSKICH SZLAKACH

NA ŻOŁNIERSKICH SZLAKACH

WRZESIEŃ ZAMAZYWANY

NA NOWYM MIEJSCU POSTOJU

ETAP W ZIEMI ŚWIĘTEJ

ROZMOWY W CIEMNOŚCIACH

PATRZĄC NA EGIPSKIE GROBOWCE

PIERWSZE VIRTUTI NA BLISKIM WSCHODZIE

W TOBRUKU

SOMOSIERRA PIECHOTY POD GAZALĄ

ŻOŁNIERZ I POEZJA

SYGNAŁY WŚRÓD NOCY

Z DYSKUSJI O MONTE CASSINO

JEDEN Z WIELU - KAPITAN WŁADYSŁAW DRELICHARZ

NIE MOŻEMY NIEMCÓW DOGONIĆ!...

O POLSKICH LOTNIKACH W ANGLII

KOSĄ PO POLSCE

KOMBATANTKI

ŚWIATA DOLAREM ZBAWIĆ NIE MOŻNA

BRYGADA ŚWIĘTOKRZYSKA

FOTOGRAFIE MELCHIORA WAŃKOWICZA Z JEGO REPORTERSKICH WĘDRÓWEK PO RUBIEŻACH II RZECZYPOSPOLITEJ