DZIEŃ 1
DZIEŃ 1
ŚRODA, 23 LISTOPADA
KOBIETA LEŻAŁA PRZYSYPANA ŚNIEGIEM w lesie na wzgórzu, jakieś
dwadzieścia metrów od przedszkola. Spod śniegu wystawał but, przypominał
gałąź albo kawałek korzenia. Na ścieżce widać było ślady nart. Ktoś, kto
tędy jechał, najwyraźniej na moment się zawahał, ślady po kijkach
straciły nagle regularność. Poza tym śnieg był nienaruszony.
Gdyby nie ten but, można by pomyśleć, że to wcale nie ciało, tylko
kamień albo mrowisko, albo worek zeszłorocznych liści. Lekka wypukłość
wśród niskich krzaków, niczym biała foka, połyskująca i miękka.
Kryształki śniegu na bucie iskrzyły w mroku, but był brązowy, miał
cienki obcas.
- Nie wolno pani tu przebywać.
Annika Bengtzon postanowiła nie przejmować się policjantem, który szedł
za nią, z trudem łapiąc powietrze. Dotarła do miejsca, gdzie znaleziono
ciało. Szła ścieżką wiodącą wzdłuż Selmedalsvägen, minęła puste boisko
do piłki nożnej, a potem ruszyła zboczem przez las. Buty miała pełne
topniejącego śniegu, stóp prawie już nie czuła.
- Nie zauważyłam wygrodzenia - powiedziała, nie spuszczając wzroku z bezwładnego ciała.
- To jest miejsce zbrodni - oświadczył policjant niskim głosem. - Proszę
natychmiast opuścić teren.
Annika zrobiła komórką dwa zdjęcia i spojrzała na funkcjonariusza. Młody
chłopak, prawie bez zarostu.
- Zaimponowałeś mi - powiedziała. - Ciało nie zostało jeszcze wydobyte
spod śniegu, a ty już znasz przyczynę śmierci. No więc dlaczego umarła?
Oczy policjanta zamieniły się w dwie wąskie szparki.
- Umarła? Skąd pani wie, że to ona?
Annika spojrzała na ciało.
- Co prawda transwestyci też chodzą w szpilkach, ale chyba rzadko w rozmiarze... trzydzieści sześć? No, powiedzmy trzydzieści siedem.
Wrzuciła komórkę do torby. Zniknęła w gąszczu dziecięcych rękawiczek,
przepustek, pendrive'ów, notesów i ołówków. Zobaczyła, jak drugi
funkcjonariusz, dysząc, drapie się pod górę, ze zwiniętą w rulon
policyjną taśmą w dłoni.
- Ktoś zgłosił zaginięcie? - spytała Annika.
- Niech to szlag - zaklął policjant.
- Co takiego? - zdziwiła się Annika.
- Centrala przyjmująca zgłoszenia zawiadamia popołudniówki, zanim
zdążymy wsiąść do radiowozu. Proszę stąd odejść.
Annika zarzuciła torbę na ramię, odwróciła się plecami do ciała i ruszyła w dół, w stronę boiska.
Kilka miesięcy wcześniej uruchomiono w Szwecji cyfrowy system
komunikacji radiowej, RAKEL, wspólny dla policji, straży pożarnej i pogotowia ratunkowego, całkowicie zabezpieczony przed podsłuchem. W ten
sposób pozbawiono zajęcia policyjnych informatorów. Ich funkcję i związane z tym dodatkowe zarobki przejęli pracownicy wojewódzkich
central policji. Zaczęli ochoczo informować media o popełnionych
zbrodniach i ludzkich tragediach.
Annika dotarła na skraj lasu, zatrzymała się i spojrzała na
rozpościerający się przed nią podmiejski krajobraz.
Stojące w dole brązowoszare dziewięciopiętrowe bloki spowijał welon
mroźnej mgły. W oknach odbijały się czarne gałęzie drzew. Osiedle
powstało zapewne na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w ramach krajowego programu budowy miliona mieszkań. Budynki miały
porządne, zadbane elewacje, ktoś najwyraźniej miał ambicję, żeby
zapewnić mieszkańcom przyzwoity standard.
Straciła czucie w palcach nóg. Było późne popołudnie. Między betonowymi
blokami hulał wiatr.
Axelsberg. Dzielnica mieszkaniowa bez widocznej granicy, nazwa na
tablicy na wietrznym peronie metra.
"Ciało na tyłach przedszkola w Axelsbergu. Nie mogło tam leżeć długo".
Kiedy odebrała wiadomość z redakcji, wracała z Ikei w Kungens Kurva.
Natychmiast zawróciła, pokonując zasypane śniegiem cztery pasma
autostrady, i zjechała zjazdem przy Mälarhöjden. I rzeczywiście dotarła
na miejsce pół minuty przed pierwszym radiowozem.
Przesłała do redakcji dwa zdjęcia: miejsce, w którym znaleziono zwłoki,
i zbliżenie buta.
To, że znaleziono zwłoki, nie musiało oznaczać, że popełniono
przestępstwo. Policja zajmuje się wszelkimi podejrzanymi zgonami. Często
przyczyna śmierci jest jak najbardziej naturalna, zdarzają się wypadki,
ludzie popełniają samobójstwa.
Coś jednak kazało jej podejrzewać, że w tym przypadku tak nie było.
Kobieta mogła się wybrać na poranną przebieżkę i na przykład dostać
zawału, ale wtedy na pewno miałaby na nogach inne buty. Poza tym na
pewno nie biegałaby między krzakami, tuż przy ścieżce.
Mogła się poślizgnąć i upaść, ale to też było mało prawdopodobne.
Była zasypana śniegiem, ale informator miał rację - nie leżała tam
długo.
Śnieg zaczął padać poprzedniego wieczoru, ostre kryształki biły o szyby
i cięły w twarz każdego, kto odważył się wyjść w taką pogodę albo był do
tego zmuszony, jak Annika, która o wpół do jedenastej wieczorem wybrała
się po mleko.
Rano opady przybrały na sile. Instytut Meteorologii i Hydrologii
ostrzegł nawet przed śnieżycą: "może wywołać szkody i spowodować liczne
utrudnienia".
Nagle, przed godziną, śnieg przestał padać.
Tak więc gdyby ciało rzeczywiście leżało tam całą noc, byłoby zasypane
całkowicie.
To musiało się stać wcześnie rano, pomyślała Annika. Co robi kobieta w botkach na szpilkach na ścieżce za przedszkolem podczas śnieżycy o ósmej
rano? - zastanawiała się.
Skręciła w prawo, ruszyła w dół, w stronę ulicy.
Przy Selmedalsvägen było nie jedno, ale dwa przedszkola. Jedno gminne,
drugie prywatne, właściwie jedno przy drugim. Przed budynkami stały trzy
radiowozy z włączonym niebieskim światłem na dachu, ukryte w chmurze
spalin, których białe welony unosiły się nad placem zabaw, nad
drabinkami, między zjeżdżalniami i piaskownicami. Silniki pracowały,
żeby nie dopuścić do rozładowania akumulatorów. Bo kilka razy już się
zdarzyło, że radiowozy zostawione na chwilę z włączonym na dachu
sygnalizatorem nie chciały potem zapalić.
Rodzice, dwie mamy i jeden ojciec, stali przed wejściem do prywatnego
przedszkola, wyraźnie zaniepokojeni, z szeroko otwartymi oczami. Czy coś
się stało? Chyba nie w naszym przedszkolu? Nie, nie mogło chodzić o ich
dzieci, wtedy na pewno ktoś by ich zawiadomił.
Annika stanęła za jednym z radiowozów. Postanowiła poczekać, aż rodzice
odejdą. Widziała, jak jakiś ojciec podchodzi do funkcjonariusza, który
najwyraźniej został oddelegowany do stawienia czoła prasie i ciekawskim.
Tak, znaleziono ciało. W lesie... Nie, nie od strony przedszkola, na
wzgórzu... Nie, raczej niemożliwe, żeby któreś z dzieci widziało ciało...
Nie, przyczyna śmierci nie jest jeszcze znana, ale nic nie wskazuje na
to, żeby ofiara miała cokolwiek wspólnego z przedszkolem...
Rodzice odetchnęli z ulgą i wrócili do swoich pociech. Na szczęście i tym razem śmierć dotyczy kogoś innego.
Annika podeszła do młodego policjanta.
- Bengtzon. Z "Kvällspressen" - przedstawiła się. - Do którego
przedszkola chodziły dzieci ofiary?
Policjant spojrzał w stronę przedszkola należącego do gminy.
- Dziecko. O ile mi wiadomo, miała jedno dziecko. Synka.
Annika podążyła za jego wzrokiem. W oknie nad wejściem wisiała
rozświetlona bożonarodzeniowa gwiazda. Szyby były zaklejone wyciętymi z papieru białymi śnieżynkami.
- Pewnie koledzy zaczęli się niepokoić, kiedy rano nie przyszła do
pracy?
Policjant pokręcił głową.
- Sąsiadka - rzucił krótko i zrobił krok w tył. - Radzę porozmawiać z centralą albo z kimś wyższym rangą. Ja właściwie nic nie wiem.
Annika poczuła gulę w żołądku. Że też za każdym razem przeżywa to tak
samo.
Młoda matka w botkach na szpilkach oddaje dziecko do przedszkola i ginie
w śnieżycy w drodze do domu.
Zdała sobie sprawę, że trzęsie się z zimna. Gwiazda w oknie kołysała się
lekko. Ulicą przejechał mężczyzna na rowerze.
Sięgnęła do torby, wyjęła komórkę, zrobiła zdjęcie przedszkola, skinęła
głową młodemu policjantowi i ruszyła w stronę redakcyjnego wozu.
*
Śnieg przestał padać, temperatura gwałtownie spadła. Jej oddech zamarzał
na szybie samochodu, włączyła nawiew ciepłego powietrza, ale musiała
odczekać dobrych kilka minut, zanim mogła ruszyć. Rozpięła buty, zaczęła
nerwowo poruszać palcami lewej stopy, próbując przywrócić je do życia.
Ellen i Kalle wracali już ze świetlicy sami, co było prostsze, niż
mogłoby się wydawać, ponieważ świetlica mieściła się po drugiej stronie
Hantverkargatan. Między innymi dlatego postanowili nie szukać innego
mieszkania, chociaż w trzech pokojach było im zdecydowanie za ciasno.
Samochody ruszyły się nieco, puściła sprzęgło, samochód potoczył się
kilka metrów po zaśnieżonej drodze.
Nawet obwodnica, Essingeleden, nie była odśnieżona. Annika nie potrafiła
powiedzieć, czy winne jest globalne ocieplenie, czy może zaspy na
autostradzie są częścią polityki nowej prawicowej rady miasta.
Westchnęła i sięgnęła po prywatną komórkę. Wcisnęła ostatnio wybierany
numer i zaczęła się wsłuchiwać w trzaski. W końcu usłyszała głos
automatycznej sekretarki:
Hello, you have reached Thomas Samuelsson at the Department of
Justice...
Poirytowana i lekko zawstydzona rozłączyła się. Jej mąż nie odbierał
komórki od wczorajszego wieczoru. Za każdym razem, gdy próbowała się do
niego dodzwonić, odzywała się automatyczna sekretarka. Thomas uparł się
zachować angielską wersję poczty głosowej, mimo że od ich powrotu z Waszyngtonu minęły już cztery miesiące. Department of Justice... Dżizas...
Gdzieś w czeluściach torby dzwoniła druga komórka. Służbowa. Sięgnęła po
nią bez pośpiechu. Stała w korku, więc i tak niewiele mogła zrobić.
- Co to za zdjęcie? Co na nim jest, do diabła?
Patrik Nilsson, szef działu wiadomości, najwyraźniej właśnie otrzymał
jej zdjęcia z lasu.
- Kto. Martwa matka małego dziecka. Odprowadziła rano synka do
przedszkola i umarła w drodze do domu. Przyczyna nie jest jeszcze znana,
ale idę o zakład, że jest w trakcie rozwodu i że to ojciec dziecka ją
zabił.
- Wygląda jak kawałek korzenia. Jak ci poszło u Ingvara?
U Ingvara?
- Ingvar Kamprad z Elmtaryd Agunnaryd.
Szukała w pamięci: czego dotyczyło pierwotne zlecenie?
- Pogłoski się nie potwierdziły - powiedziała po chwili.
- Jesteś pewna?
Patrik ubzdurał sobie, że dach Ikei w Kungens Kurva, największego sklepu
tej sieci na świecie, zawali się pod ciężarem śniegu. Gdyby jego
hipoteza się potwierdziła, byłaby to rzeczywiście nie lada sensacja. Ale
gdy spytała w informacji, czy mają jakieś problemy z odśnieżaniem dachu,
wyglądali na autentycznie zdziwionych. Powiedziała, że redakcja dostała
taką wiadomość od anonimowego informatora. Nie było to prawdą.
"Informacja" zrodziła się podczas zebrania redakcji o jedenastej,
najprawdopodobniej w mózgu Patrika. A ona została wysłana, żeby
sprawdzić, czy rzeczywistość da się w jakiś sposób nagiąć do potrzeb
"Kvällspressen". W tym przypadku okazało się to trudne. Pracownik
informacji zadzwonił do działu technicznego, którego szef zapewnił przez
telefon, że konstrukcja dachu utrzyma pokrywę śnieżną grubości
dwudziestu dwóch metrów. Co najmniej.
- Żadnego uszkodzonego dachu - odpowiedziała lakonicznie.
- Niech to szlag. Weszłaś na górę i sprawdziłaś?
- Jasne - skłamała.
- Nawet małej szczeliny?
- Nic.
Samochody stojące przed nią nagle ruszyły. Wrzuciła jedynkę, poczuła,
jak koła ślizgają się na śniegu, i po chwili jechała z prędkością
dwudziestu kilometrów na godzinę.
- Co z tą martwą mamą? - spytała.
- Co? Z kim? Chodzi ci o ten korzeń?
- Policja wie, kto to jest. Sąsiadka zadzwoniła i zgłosiła jej
zaginięcie, wieczorem podadzą to w wiadomościach.
- Chodzi o tę facetkę na tyłach przedszkola? - spytał Patrik, nagle znów
zainteresowany. - Jakiś dzieciak ją znalazł?
- Nie - odpowiedziała Annika, wrzucając dwójkę. - Znalazł ją narciarz.
- Jesteś pewna? A może najechał na nią ktoś na skuterze śnieżnym? Ręka
się uniosła i uderzyła o płozę?
- Korek się rozładował - weszła mu w słowo Annika. - Za kwadrans będę w redakcji.
Zostawiła samochód w redakcyjnym garażu i ruszyła na dół, do wejścia na
klatkę. Dawniej do redakcji prowadziły cztery klatki, ale ze względu na
zagrożenie terrorystyczne w pewnym momencie wszystkie - z wyjątkiem
jednej - zostały zamknięte. Jeśli więc nie chciała przechodzić obok
portierni, musiała zejść do piwnicy. Tam mogła wsiąść do windy
znajdującej się za recepcją. Tore Brandt, niemal legendarny już
wieloletni redakcyjny portier, został co prawda zwolniony, kiedy
odkryto, że sprzedawał redaktorom z nocnej zmiany alkohol, ale nadal nie
lubiła przechodzić obok długiej lady recepcji. Dlatego na ogół wybierała
drogę przez piwnicę.
Czekała na windę kilka minut. W drodze na górę poczuła ssanie w żołądku.
Czuła je za każdym razem, kiedy wchodziła do redakcji. Podniecenie
zmieszane z niepokojem: nigdy do końca nie wiedziała, co ją za chwilę
czeka.
Wzięła głęboki wdech i wyszła na poplamioną wykładzinę.
W ciągu trzech lat, kiedy była korespondentką gazety w Waszyngtonie,
redakcję kilkakrotnie przebudowywano, dostosowując do zmieniających się
potrzeb i nowych wymagań ściślejszej współpracy i większej mobilności.
Najwięcej miejsca zajmował teraz stół działu wiadomości, przypominający
wielki rozświetlony statek kosmiczny. Pierwotny dział wiadomości zaczął
w pewnym momencie pączkować i tak z jednego zrobiły się trzy. W dwóch
półkolach, plecami do siebie, siedzieli redaktorzy wydania papierowego i internetowego, wpatrzeni w swoje monitory. Jej redakcyjnej koleżance,
Berit Hamrin, przypominały dwa półksiężyce. Miejsce dawnej centrali
telefonicznej zajął dział telewizji internetowej. Kilkanaście
gigantycznych ekranów migotało nad głowami pracowników, pokazując
wiadomości i seriale. Dział rynku i ogłoszeń też przeniósł się do
pomieszczeń redakcyjnych. Ekrany oddzielające biurka reporterów
dziennych zostały usunięte.
Kiedy już przekroczyła próg redakcji, zawsze ogarniał ją pełen skupienia
spokój.
Mimo zmian w zasadzie wszystko pozostało takie samo, tylko stłoczone na
mniejszej powierzchni. Setki świetlówek nadal migotały lekko niebieskim
światłem. Stoły były zarzucone stertami papierów. Głowy ludzi pochylone
w skupieniu. Nerwowo próbowano naginać rzeczywistość do potrzeb gazety -
albo tworzyć nową.
Lata spędzone w Waszyngtonie wydawały się jej odległą przeszłością,
historią, którą ktoś jej opowiedział albo która mogła jej się przyśnić.
Życie znów toczyło się swoim torem. Dokładnie tak samo jak trzynaście
lat wcześniej, kiedy trafiła do redakcji po raz pierwszy, jako wakacyjna
stażystka. Zlecano jej wtedy wszystkie drobne sprawy: sprawdzała
informacje, zdobywała je, była gońcem, człowiekiem do wszystkiego.
Ogarnęło ją obezwładniające zmęczenie. Czas zatoczył koło: śmierć tej
kobiety przypominała jej morderstwo sprzed lat, pierwsze zadanie, kiedy
jeszcze była stażystką. Na dodatek znów mieszkała w tej samej okolicy,
chociaż w innym mieszkaniu.
- Jadłaś już? - spytała koleżankę, w skupieniu piszącą coś na laptopie.
- Kanapkę - odpowiedziała Berit Hamrin, nie spuszczając wzroku z monitora i ani na chwilę nie przestając uderzać w klawiaturę.
Annika wyjęła z torby laptopa. Mechanicznie wykonała niezbędne
czynności: włożyła wtyczkę do kontaktu, otworzyła pokrywę, włączyła
komputer, zalogowała się do sieci. Berit przybyło siwych włosów, miała
nowe okulary, ale poza tym świat wyglądał w zasadzie tak samo jak wtedy,
kiedy Annika miała dwadzieścia cztery lata. Pamiętała tamto upalne lato
i ciało młodej kobiety za nagrobkiem na cmentarzu. Teraz była zima i trzaskający mróz, a ciała zmarłych leżały w lesie nieopodal przedszkola.
Na parkingu. Na małej uliczce gdzieś w willowej dzielnicy...
Zmarszczyła czoło.
- Berit, czy ostatnio w Sztokholmie nie zamordowano kilku osób? Kobiet.
- Nie sądzę, żeby ofiar było więcej niż zwykle.
Annika weszła do archiwum prasowego, na płatną stronę, na której duża
część szwedzkich mediów przechowywała opublikowane artykuły i notatki.
Wpisała: kobieta, morderstwa, sztokholm i datę poszukiwań: od pierwszego
sierpnia bieżącego roku. Wyskoczyło kilka wyników, głównie krótkie
notatki, przede wszystkim z "Fina Morgontidningen".
Pod koniec sierpnia na parkingu w Fisksätrze, niedaleko Sztokholmu,
znaleziono ciało pięćdziesięcioczteroletniej kobiety. Zadano jej cios
nożem w plecy. Jej mąż miał na koncie kilka krótkich wyroków za pobicie,
bił ją, groził jej. Został zatrzymany, ale wkrótce zwolniono go z braku
dowodów. Ponieważ zatrzymano go niemal natychmiast, poranne dzienniki
ograniczyły się do krótkich notatek na stronach miejskich, sprawę
nazwano tragedią rodzinną.
Tydzień później w tym samym dziale odnotowano śmierć
dziewiętnastoletniej imigrantki. Została zamordowana na popularnej plaży
przy Ullnasjön w Arninge, na północ od Sztokholmu. Zadano jej ciosy
nożem. Policja zatrzymała jej chłopaka, zresztą jej kuzyna. Nie przyznał
się do winy. W połowie października w Hässelby znaleziono ciało
trzydziestosiedmioletniej kobiety, matki trojga dzieci. Policja
zatrzymała jej byłego męża. Został oskarżony, ale czy trafił do
więzienia, o tym już nie wspomniano.
Znalazła jeszcze kilka innych podobnych notatek, ale nie dotyczyły
okolic Sztokholmu i były jeszcze krótsze.
- Annika, możesz sprawdzić, co z tym pożarem w Sollentunie? - spytał
Patrik, który nagle wyrósł przed nią jak spod ziemi. - Pewnie jakaś
babcia zapalała wieniec adwentowy i źle się to skończyło. Napisz coś o tym, że Szwedzi nie potrafią korzystać z gaśnic i nie zmieniają baterii
w czujnikach dymu. Trzeba ludzi edukować.
- A co z martwą matką pod przedszkolem?
Patrik zamrugał oczami, jakby nie bardzo wiedział, o co chodzi.
- A co z nią?
- To czwarte takie morderstwo od mojego powrotu - powiedziała Annika.
Odwróciła komputer i pokazała mu monitor. - We wszystkich przypadkach
ofiarami są kobiety. Wszystkie mieszkały w Sztokholmie, wszystkie
zginęły od ran zadanych nożem. Może mamy do czynienia z seryjnym
mordercą?
Patrik się zawahał.
- Myślisz? A ta jak zginęła? Gdzie to było? W Bredängu?
- W Axelsbergu. Widziałeś zdjęcie. Co o tym sądzisz?
Patrik patrzył chwilę na redakcję, wyraźnie starał się odnaleźć w pamięci zdjęcie korzenia. Tamta kobieta ciągle była dla niego jedynie
kupką śniegu.
- Seryjny morderca? - parsknął. - Marzy ci się.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę innej reporterki.
- A więc to ciebie tam wysłano - powiedziała Berit. - Miała małe
dziecko? Była po rozwodzie? Zgłaszała, że jej były jej grozi, ale nikt
się tym nie przejął?
- Pewnie tak. Policja jeszcze nie podała jej nazwiska.
Brak nazwiska ofiary oznaczał brak adresu, a więc i sąsiadów, których
zawsze można wypytać o różne rzeczy. Na razie nie wiadomo było nawet,
czy to rzeczywiście było zabójstwo.
- Coś ciekawego? - spytała Annika.
Wskazała głową na tekst, nad którym Berit pracowała, i sięgnęła do torby
po pomarańczę.
- Pamiętasz Alaina Thery'ego? Zeszłej jesieni sporo o nim pisano.
Annika szukała w pamięci, ale zeszłej jesieni zajmowała ją przede
wszystkim amerykańska Partia Herbaciana i wybory do Kongresu. Pokręciła
głową.
- Francuski potentat, który wyleciał w powietrze na swoim jachcie
niedaleko Puerto Banús? - Berit próbowała jej pomóc. Przyglądała jej się
znad okularów.
Annika znów zaczęła szukać w pamięci.
Puerto Banús, białe łodzie i błękitne morze. To tam ona i Thomas wrócili
do siebie. W hotelu Pyr, w pokoju z widokiem na autostradę. Pojechała
tam służbowo, relacjonować sprawę zagazowania szwedzkiej rodziny,
Söderströmów. Thomas mieszkał wówczas z Sophią Grenborg, ale został
wysłany służbowo na konferencję do Malagi i tam zdradził Sophie z nią.
- Na YouTubie można sobie obejrzeć film, z którego wynika, że Alain
Thery był największym handlarzem niewolnikami w Europie. Jego firmy były
jedynie fasadą dla przemytu młodych Afrykańczyków do Europy, gdzie byli
wyzyskiwani do granic możliwości, niekiedy nawet umierali.
- Brzmi to jak pomówienie zmarłego - skwitowała Annika.
Wyrzuciła skórkę pomarańczy do śmieci, wzięła cząstkę. Była kwaśna jak
cytryna.
- Autor filmu twierdzi, że na świecie jest dzisiaj więcej niewolników
niż kiedykolwiek i że nigdy nie byli tacy tani.
- Właśnie takimi sprawami zajmuje się Thomas - Annika weszła jej w słowo. Wzięła kolejną cząstkę pomarańczy i znów się skrzywiła.
- Frontex - powiedziała Berit.
Annika wyrzuciła resztę pomarańczy do kosza.
- Zgadza się. Frontex.
Thomas i jego dziwna praca.
- Według mnie to straszne - ciągnęła Berit. - Frontex to niezwykle
cyniczny eksperyment, nowa żelazna kurtyna.
Annika weszła na Facebooka, sprawdziła status swoich znajomych.
- Celem Frontexu jest zamknięcie sytej Europy przed biedną częścią
świata. Istnienie tego typu organizacji pozwala rządom uniknąć krytyki.
Pozbywają się ludzi, wskazują na Frontex i umywają ręce, jak Piłat.
Annika się uśmiechnęła.
- I pomyśleć, że w młodości popierałaś Wietkong.
Eva-Britt Qvist informowała, że wieczorem wybiera się do teatru, Patrik
czterdzieści trzy minuty temu zjadł kanapkę. Fotograf Pelle załączył
linka do dokumentu nakręconego latem 1975 roku.
- Ostatni pomysł Frontexu to pozwolić, żeby Trzeci Świat sam zamknął
swoje granice. Bardzo praktyczne. Wtedy my, w swoim najlepszym ze
światów, w ogóle nie będziemy musieli zajmować się tą kwestią. Kadafi
dostał od naszej pani komisarz pół miliarda, żeby trzymał uchodźców z Somalii, Erytrei i internowanych Sudańczyków w ogromnych obozach
koncentracyjnych.
- To prawda - przytaknęła Annika. - Właśnie dlatego Thomas pojechał do
Nairobi. Chcą, żeby Kenijczycy zamknęli granicę z Somalią.
Annika wyjęła komórkę i znów wybrała numer Thomasa.
- Masz nowy aparat? - zauważyła Berit.
Annika skinęła głową.
Hello, you have reached Thomas Samuelsson at the...
Rozłączyła się, spróbowała opanować emocje. Zastanawiała się, z kim
dzisiaj poszedł do łóżka, i czuła się bezradna.
Kiedy latem wrócili do Szwecji, Thomas dostał posadę sekretarza
projektu. Jego celem było zapewnienie jedności działania w kwestiach
związanych z migracją. Nic szczególnie prestiżowego, nie był zadowolony.
Miał nadzieję, że po latach spędzonych w Waszyngtonie dostanie coś
lepszego. Pewnie pocieszał się myślą o konferencjach, na które będzie
musiał jeździć.
Annika odsunęła ponure myśli i zadzwoniła do prokuratora, któremu
podlegały przestępstwa popełnione w gminie Nacka. Wiedziała, że centrala
jest czynna całą dobę.
Niestety telefonistka nie potrafiła jej powiedzieć, który prokurator
prowadził sprawę zabójstwa na parkingu w Fisksätrze, popełnionego w sierpniu ubiegłego roku.
- Bardzo mi przykro, nie mam w tej chwili dostępu do takich danych.
Musiałabym przełączyć panią dalej, a biuro jest już zamknięte. Pracują
do piętnastej.
No cóż, warto było spróbować, pomyślała Annika.
Zadzwoniła do biura prokuratora zajmującego się Norrortem i Västerortem,
ale nikt nie potrafił jej powiedzieć, kto zajmował się morderstwami na
plaży w Arninge i w willowej dzielnicy Hässelby. Wszyscy natomiast
oczywiście wiedzieli, kto prowadził głośne sprawy, takie jak kradzież
przewożonych pieniędzy dokonana z użyciem śmigłowca, wszyscy znali też
nazwiska wszystkich ćpających gwiazd sportu.
- Teraz Frontex zaczął też wynajmować samoloty - ciągnęła Berit
niezrażona. - Zbierają uchodźców bez dokumentów, wsadzają na pokład i pozbywają się ich gdzieś w Lagosie albo w Ułan Bator. Szwecja już kilka
razy korzystała z takich usług.
- Chyba już pójdę - oświadczyła nagle Annika.
Wyłączyła laptopa, zamknęła pokrywę i wprawnym ruchem schowała go do
torby. Włożyła kurtkę i ruszyła do wyjścia.
- Bengtzon! - usłyszała z recepcji, kiedy już prawie stała w drzwiach.
Niech to szlag, kluczyki od samochodu, pomyślała.
Zawróciła, weszła do holu z wymuszonym uśmiechem.
- Przepraszam - powiedziała, kładąc na ladzie kluczyki od TKG297.
Portier, młody chłopak, po prostu je wziął, bez żadnych uwag. Nie
zapytał, czy zatankowała i czy wypełniła kartę wozu. A nie zrobiła ani
jednego, ani drugiego.
- Schyman cię szuka - powiedział. - Jest w sali konferencyjnej, w Grodanie. Prosił, żebyś natychmiast tam przyszła.
Annika zatrzymała się w pół kroku.
- Dlaczego?
Portier wzruszył ramionami.
- Może chodzi o nowe godziny pracy? - rzucił. - Jeszcze gorsze - dodał.
Annika ruszyła do sali konferencyjnej. Dlaczego, na litość boską, tak
nazwano to miejsce. Grodan. Ropucha.
Redaktor naczelny osobiście otworzył jej drzwi.
- Witaj. Wejdź i usiądź.
- Przenosicie mnie do Jönkopingu? - spytała.
Weszła do sali. Wokół niewielkiego stołu konferencyjnego z jasnej brzozy
siedziało trzech mężczyzn. Na jej widok wstali, a ona zamrugała,
oślepiona światłem halogenowej lampy odbijającym się od białej tablicy
wiszącej na ścianie naprzeciwko drzwi.
- O co chodzi? - spytała.
Podniosła rękę, osłaniając oczy przed rażącym światłem reflektora.
- My się znamy - odezwał się mężczyzna stojący najbliżej.
Podał jej prawą rękę.
Jimmy Halenius, szef Thomasa, sekretarz ministra w Ministerstwie
Sprawiedliwości. Chwyciła jego dłoń, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
- To Hans Erik Svensson i Hans Wilkinsson - powiedział Halenius,
wskazując na pozostałych mężczyzn. Najwyraźniej nie zamierzali podejść
bliżej.
Hasse i Hasse, pomyślała i nagle nabrała czujności.
- Annika, usiądź - powiedział Schyman.
Strach pojawił się znikąd, po prostu nagle chwycił ją w swoje szpony z taką siłą, że zabrakło jej tchu.
- Słucham? - spytała, nadal stojąc. - Chodzi o Thomasa? Coś mu się
stało?
Jimmy Halenius zrobił krok w jej stronę.
- O ile nam wiadomo, Thomas jest cały i zdrowy - powiedział,
przytrzymując jej spojrzenie.
Miał niebieskie oczy, pamiętała to. Bardzo niebieskie. Może nosi
soczewki, pomyślała.
- Thomas jest w Nairobi na konferencji Frontexu na temat rozszerzenia
współpracy na europejskich granicach - mówił sekretarz.
Nasza nowa żelazna kurtyna, pomyślała Annika. Ma chronić naszą wolność.
- Przez pierwsze cztery dni debatowano w międzynarodowym centrum
konferencyjnym imienia Kenyatty. Wczoraj rano Thomas opuścił obrady i z ramienia Szwecji udał się na rekonesans do Liboi, miasta położonego na
granicy z Somalią.
Z jakiegoś powodu Annika nagle zobaczyła zasypane śniegiem ciało na
tyłach przedszkola w Axelsbergu.
- Nie żyje?
Stojący za Haleniusem ubrani na ciemno mężczyźni wymienili spojrzenia.
- Nie mamy żadnych informacji, które by na to wskazywały - mówił dalej
Halenius.
Wysunął krzesło i zaproponował, żeby usiadła. Opadła na nie, zauważyła,
że dwaj mężczyźni, obaj Hansowie, wymienili spojrzenia.
- Co to za jedni? - spytała Annika, wskazując na nich ruchem głowy.
- Annika - odezwał się Halenius. - Chcę, żebyś uważnie wysłuchała tego,
co mam ci do powiedzenia.
Annika powiodła wzrokiem po sali, jakby szukając wyjścia, jakiejś drogi
ucieczki, ale pokój nie miał nawet okien. Na krótszej ścianie wisiała
biała tablica, gdzieś w kącie leżały przestarzałe słuchawki, na suficie
zamontowano niewielki wentylator. Ściany były jasnozielone, w kolorze
limonki, niezwykle modnym w latach dziewięćdziesiątych.
- Delegacja składała się z siedmiu osób. Przedstawiciele różnych państw
Unii Europejskiej mieli na miejscu sprawdzić, jak wygląda granica z Somalią, a następnie podzielić się wiedzą z pozostałymi uczestnikami
konferencji. Problem w tym, że cała delegacja zniknęła.
Annika czuła pulsowanie w skroni. Przed oczyma znów miała wystający spod
śniegu but.
- Jechali dwoma samochodami, dwiema toyotami land cruiser sto. Od
wczorajszego popołudnia nikt nie widział ani samochodów, ani pasażerów...
Halenius zamilkł.
Annika patrzyła na niego.
- Jak to: zniknęli? Nie rozumiem.
Halenius zaczął coś mówić, przerwała mu.
- Co to znaczy, że nikt ich nie widział?
Wstała. Krzesło się przewróciło. Halenius podniósł się, stanął tuż obok
niej. Jego niebieskie oczy iskrzyły.
- Samochody były wyposażone w aparaturę umożliwiającą ich śledzenie.
Sprzęt z jednego z wozów odnaleziono w pobliżu Liboi - zaczął. - Razem z ciałami tłumacza i jednego z ochroniarzy. Obaj byli martwi.
Annika poczuła, że podłoga ucieka jej spod nóg, chwyciła się stołu, żeby
nie upaść.
- To niemożliwe - powiedziała.
- Nie mamy żadnych informacji, które świadczyłyby o tym, że ktoś jeszcze
został poszkodowany.
- Musiała zajść jakaś pomyłka - upierała się. - Może po prostu
zabłądzili. Jesteście pewni, że się gdzieś nie zgubili?
- Minęła doba. Możemy wykluczyć, że zabłądzili.
Annika skupiła się na oddychaniu. Musi pamiętać, że ma oddychać.
- Jak zginęli? Ochroniarz i tłumacz?
Halenius przyglądał się jej bacznie kilka sekund, zanim odpowiedział.
- Od strzału w głowę, z bliskiej odległości.
Annika chwiejnym krokiem podeszła do drzwi, chwyciła torbę, którą tam
zostawiła, wchodząc, położyła ją na stole i zaczęła szukać komórki,
jednej z dwóch. Nie znalazła. Wyrzuciła zawartość torby na brzozowy
stół. Po blacie potoczyła się pomarańcza, spadła i wylądowała obok
staromodnych słuchawek. W końcu znalazła służbową komórkę i drżącymi
palcami zaczęła wybierać numer Thomasa. Pomyliła się, zaczęła jeszcze
raz, coś zatrzeszczało, zapiszczało, odezwała się skrzynka głosowa.
Hello, you have reached...
Upuściła telefon. Upadł na podłogę, obok jej rękawiczek i małego notesu.
Jimmy Halenius schylił się i podniósł go.
- To nieprawda - powiedziała tak cicho, że nie była pewna, czy
ktokolwiek ją usłyszał.
Halenius coś powiedział, ale jego słowa do niej nie docierały, widziała,
że porusza wargami, widziała, że wyciąga do niej rękę. Odtrąciła ją.
Spotkali się kilka razy, ale on nic o niej nie wiedział, nie wiedział,
jak jest naprawdę między nią a Thomasem.
Schyman wychylił się do przodu, powiedział coś, miał spuchnięte powieki.
- Zostawcie mnie - powiedziała zdecydowanie za głośno.
Mężczyźni patrzyli na nią. Zaczęła zbierać swoje rzeczy, włożyła je do
torby, wszystko z wyjątkiem notesu. Miała w nim notatki z bezsensownej
wyprawy do Ikei, uznała, że nie będą jej potrzebne. Wstała i ruszyła do
drzwi.
- Annika... - zaczął Halenius, próbując zajść jej drogę.
Uderzyła go w twarz.
- To twoja wina - powiedziała, przekonana, że ma absolutną rację.
Wyszła szybkim krokiem.
* * *
Ciężarówka jechała powoli, zrywami. Nie było dróg. Koła najeżdżały na
kamienie, grzęzły w rowach, rośliny rysowały podwozie, gałęzie ocierały
się o plandekę, silnik hałasował, sprzęgło piszczało. Spuchnięty język
przywarł mi do podniebienia. Od rana nic nie piliśmy, głód zamienił się
w ćmiący ból, kręciło mi się w głowie. Straciłem węch, miałem nadzieję,
że moi towarzysze podróży również, a przynajmniej Catherine.
Sébastien Magurie, Francuz, w końcu umilkł. Marudził tak strasznie, że
pomyślałem, że dobrze byłoby, gdyby i jego zabrali. Nie, nie, co ja
mówię, oczywiście, że tak nie myślałem, chociaż rzeczywiście już
wcześniej z trudem go znosiłem. Ale dość o tym.
Za to Alvara, Hiszpana, podziwiałem. Zachował chłodny spokój, nie
odzywał się nieproszony, wykonywał polecenia. Leżał na samym skraju
paki, tam, gdzie najbardziej trzęsło, ale nie żalił się. Miałem
nadzieję, że inni też to doceniają.
Początkowo próbowałem zapamiętać, w jakim kierunku jedziemy. Kiedy
zostaliśmy zatrzymani, słońce stało w zenicie, może lekko przesunięte na
zachód. Początkowo jechaliśmy na południe, tak mi się przynajmniej
wydawało. Byłoby dobrze, bo to by znaczyło, że nadal jesteśmy w Kenii, a Kenia jest krajem, gdzie wszystko funkcjonuje, jest infrastruktura, są
mapy, działają komórki. Ale po kilku minutach skręciliśmy na wschód. To
gorzej, bo pewnie znaleźliśmy się w Somalii, w kraju będącym w stanie
całkowitego rozpadu. Wojna domowa, która zaczęła się dwadzieścia lat
temu, doprowadziła kraj do anarchii. Dzisiaj... byłem niemal pewien, że
najpierw jechaliśmy na północ, a potem na zachód, a to by oznaczało, że
dotarliśmy mniej więcej do punktu wyjścia. Pomyślałem jednak, że to mało
prawdopodobne, ale pewności mieć nie mogłem.
Zabrali nam zegarki i telefony. Od tego zaczęli. Ciemność, która
panowała już od jakiegoś czasu, oznaczała jednak, że od naszego
uprowadzenia minęło dobrych trzydzieści godzin. Byliśmy oficjalną
delegacją, więc zapewne pomoc była już w drodze.
Obliczyłem, że w Sztokholmie powinna być mniej więcej szósta po
południu. Annika powinna już wiedzieć, pewnie jest teraz w domu, z dziećmi.
Catherine leżała przytulona do mnie. Przestała płakać, oparła twarz o moją koszulę. Wiedziałem, że nie śpi. Miałem związane ręce, niemal ich
nie czułem. Związali je nam na plecach tymi wąskimi plastikowymi paskami
z ząbkowanymi brzegami. Raz zaciągnięte nie dawały się poluzować i przy
najmniejszym ruchu wrzynały się w skórę. Czy mogło nam to odciąć
krążenie w stopach i dłoniach? Czy skutki byłyby nieodwracalne?
Nagle ciężarówka wpadła w wyjątkowo głęboką dziurę i głowa Catherine
uderzyła o moją. Samochód zatrzymał się pod niebezpiecznym kątem,
zostałem wciśnięty w miękki brzuch niemieckiej urzędniczki. Głowa
Catherine ześlizgnęła się na moje krocze. Poczułem, że mam guza na
czole, ból rozsadzał mi głowę. Usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi po
stronie kierowcy, rozległy się krzyki, samochód przechylił się jeszcze
bardziej. Mężczyźni rozmawiali, krzyczeli, wyraźnie o coś się kłócili.
Po chwili - po pięciu minutach, może po kwadransie - zamilkli.
Temperatura zaczęła spadać.
Milczenie się pogłębiało, aż w końcu stało się ciemniejsze od nocy.
Catherine znów zaczęła płakać.
- Czy ktoś ma przy sobie jakieś ostre narzędzie? - spytał cicho Hiszpan.
Jasne. Plastikowe taśmy.
- To absolutnie nie do przyjęcia - oświadczył Magurie.
- Sprawdźcie, czy nie ma tu gdzieś ostrego kamienia, jakiegoś gwoździa
albo kolca - mówił dalej Hiszpan.
Próbowałem wymacać coś wokół siebie palcami, ale na mnie leżała
Catherine, a Niemka opierała się o mój bok. Poza tym straciłem czucie w palcach. Po chwili usłyszeliśmy warkot silnika zbliżającej się
ciężarówki.
Zatrzymała się obok naszej, wysiedli z niej jacyś mężczyźni. Słyszałem
zgrzyt metalu i wściekłe głosy.
Zdarli plandekę.
* * *
Anders Schyman siedział w swojej szklanej klatce i patrzył na redakcję.
Nadal używał tego określenia, chociaż oficjalnie nazywało się to otwartą
przestrzenią biurową, mieszczącą wszystkie działy, łącznie z działem
analiz i działem informatycznym.
Dzień nie obfitował w wydarzenia. W krajach arabskich panował spokój,
nigdzie nie odnotowano trzęsienia ziemi, nie wybuchł żaden skandal z udziałem polityków czy gwiazd oper mydlanych. Nie było sensu
przestrzegać przed chaosem na drogach, spowodowanym załamaniem się
pogody, zrobili to już wczoraj, dzisiaj zresztą też dużo o tym pisali.
Znał swoich czytelników, czy raczej ufał swoim analitykom. Do
jutrzejszego wydania muszą znaleźć coś innego. Patrik nadal był
niezadowolony, że konstrukcja dachu Ikei okazała się bardziej
wytrzymała, niż przypuszczał. W końcu na jakiejś amerykańskiej stronie
znalazł informację o kobiecie cierpiącej na coś, co nazwano alien hand
syndrome. Zespół obcej ręki. Po operacji mózgu u sześćdziesięcioletniej
Harriet wystąpił konflikt półkul mózgowych: żadna nie chciała, by druga
nad nią dominowała, co w praktyce oznaczało, że niektóre części jej
ciała nie przyjmowały poleceń płynących z mózgu. Biedną Harriet
atakowała jej własna prawa ręka. Zachowywała się tak, jakby rządziła nią
jakaś pozaziemska siła, stąd nazwa dolegliwości. Nagle zaczynała ją
drapać, rozbierać albo wydawać pieniądze, a ona nie była w stanie nic na
to poradzić.
Schyman westchnął.
Miał temat na pierwszą stronę, ale nie mógł o tym napisać, więc redakcja
szukała nerwowo materiałów o zespole obcej ręki. Alien hand syndrome.
Oczywiście zastanawiał się, czy nie zignorować próśb Ministerstwa
Sprawiedliwości o zachowanie dyskrecji i jednak napisać o zaginionej
delegacji Unii Europejskiej, ale zasady etyczne wyniesione z telewizji
państwowej, gdzie kiedyś pracował, nakazywały mu wstrzemięźliwość. No i chodziło mu też o Annikę. Prezentowane na blogach teorie spiskowe o tym,
jak media chronią swoich ludzi, były mocno przesadzone. W rzeczywistości
jest dokładnie odwrotnie. Media wykazują wręcz chorobliwe
zainteresowanie "swoimi" ludźmi i pilnie śledzą wszystko, co na ich
temat piszą inni dziennikarze. Było jednak jeszcze coś: zwykłe ludzkie
współczucie. Zresztą sprawa była rozwojowa, nie ucieknie. Na razie
poinformowani zostali jedynie najbliżsi, a wśród nich nie było
dziennikarzy. Zdążył to już sprawdzić.
Pytanie brzmiało: jak to wpłynie na Annikę i jak on powinien się w tej
sytuacji zachować.
Wstał, podszedł do szklanych drzwi, jego oddech zostawił na nich plamę
mgiełki.
Tam, na zewnątrz, był nowy świat. Dzisiaj już nikt nie potrzebuje
dziennikarzy starających się dogłębnie zbadać każdy trop. Dzisiaj trzeba
działać szybko, potrzebni są multimedialni producenci, którzy potrafią
robić materiały dla telewizji, pisać krótkie notatki do internetu i może
przygotować jakiś materiał na wieczór. Annika należała do wymierającego
gatunku, przynajmniej jeśli chodzi o "Kvällspressen". Na skomplikowane
śledztwa, w których się specjalizowała, redakcja nie miała pieniędzy.
Tak więc musiała wykonywać polecenia Patrika, co było dla niej czymś w rodzaju kary. Schyman wiedział to doskonale, ale nie mógł w nieskończoność traktować jej inaczej niż innych pracowników redakcji.
Nie stać go było na to, żeby nadal trzymać ją w Waszyngtonie, nie mógł
też dezawuować wszystkich pomysłów Patrika. "Kvällspressen" nadal było
drugim co do wielkości tytułem na szwedzkim rynku prasy. Jeśli chcieli
kiedykolwiek wyprzedzić "Konkurrenten", musieli działać odważniej, na
większą skalę.
Prawda była taka, że bardziej potrzebował Patrika niż Anniki.
Odwrócił się od szklanych drzwi i zaczął nerwowo krążyć po swoim
niewielkim gabinecie.
Nie mógł Annice nic zarzucić. Jako korespondentka spisała się świetnie.
Gdy przed kilku laty zamordowano w Stanach szwedzkiego ambasadora,
doskonale sobie z tym poradziła. Wszyscy to przyznawali.
Powrót do męża dobrze jej zrobił. Nigdy nie tryskała radością, ale ten
rok, kiedy ona i Thomas się rozstali, był ciężki nie tylko dla niej, ale
też dla jej najbliższego otoczenia.
Schyman nawet nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby jej mąż zginął.
Miał świadomość, że to może trochę cyniczne, ale uważał, że redakcja
"Kvällspressen" nie jest zakładem opiekuńczym. Jeśli Thomas nie wróci,
będą pewnie musieli się z nią pożegnać, oczywiście za cenę odpowiedniej
odprawy, i mieć nadzieję, że dobry terapeuta będzie w stanie jej pomóc.
Znów westchnął.
Alien hand syndrome.
Na litość boską.
* * *
- Kiedy tata wróci?
Dzieci mają jakiś szósty zmysł, pomyślała Annika.
Pogładziła córeczkę po włosach, tak miękkich i delikatnych, że zawsze
się dziwiła, gdy od czasu do czasu zdarzało jej się znaleźć w nich wszy.
- Przecież wiesz, że tata pracuje w Afryce - powiedziała, okrywając
Ellen szczelniej kołdrą.
- Ale kiedy wróci?
- W poniedziałek - poinformował Kalle siostrę ze swojego łóżka. -
Wszystko zapominasz.
Kiedy Annika mieszkała sama z dziećmi, Kalle i Ellen mieli swoje pokoje,
a ona spała w salonie. Teraz, kiedy Thomas do nich wrócił, taki układ
nie był już możliwy. Kalle musiał więc przenieść się do pokoju Ellen, co
potraktował jako osobistą obrazę.
Annika spojrzała na jego łóżko.
Ma powiedzieć dzieciom? Co? Prawdę? Nieco złagodzoną?
Tata zaginął w Afryce i pewnie nie wróci w poniedziałek, niewykluczone,
że w ogóle nie wróci, ale wtedy odzyskasz swój dawny pokój. Fajnie,
prawda?
Czy może powinna litościwie milczeć?
Tacie bardzo się w Afryce spodobało. Zostanie tam jakiś czas. Kiedyś
pojedziemy go tam odwiedzić, co wy na to?
Ellen przytuliła Poppy, zwinęła się w kłębek i zamknęła oczy.
- Śpij dobrze - powiedziała Annika i zgasiła lampkę przy jej łóżeczku.
Salon był pogrążony w półmroku. Na parapetach paliły się małe lampki,
pozostałość po ostatnim lokatorze. Dawały ciepłe, przyjemne światło.
Telewizor grał, ale wyłączyła głos. Leif GW Persson opowiadał o zbrodni
tygodnia w programie, który zawsze chciała obejrzeć, ale nigdy nie miała
na to czasu. Jasna blondynka, najwyraźniej współgospodyni programu,
powiedziała coś do kamery i po chwili zmienili temat. Oboje prowadzący
szli wzdłuż ciągnących się kilometrami półek z dokumentami i protokołami
z przesłuchań. Pewnie zdjęcia z archiwum Palmego, pomyślała Annika i sięgnęła po komórkę. Żadnych nieprzeczytanych SMS-ów.
Usiadła na kanapie z telefonem w dłoni i wpatrywała się w ścianę za
Leifem GW Perssonem. Po tym jak wyszła z sali konferencyjnej, jej
komórka zaczęła dzwonić jak oszalała. Schyman próbował się z nią
skontaktować, drugiego numeru nie znała. Pewnie Halenius. W końcu
wyłączyła komórkę. Kiedy wróciła do domu, wyłączyła też telefon
stacjonarny. Numeru jej prywatnej komórki nie znał prawie nikt. Tylko
Thomas, szkoła, Anne Snapphane i może jeszcze kilka osób. Właśnie ten
aparat trzymała teraz w ręku, jak martwą rybę.
Co miała robić? Miała komuś o tym powiedzieć? Czy w ogóle mogła komuś o tym powiedzieć? Komu? Komu powinna przekazać wiadomość? Barbro, swojej
mamie? Mamie Thomasa? Może powinna polecieć do Afryki i zacząć go
szukać? Tylko kto się wtedy zajmie dziećmi? Jej mama? Nie, nie mogła się
przemóc, żeby do niej zadzwonić. A może jednak powinna? Co miała robić?
Potarła twarz dłońmi.
Barbro bardzo się zdenerwuje. Zacznie się nad sobą użalać. Kolejny
problem. Pewnie skończy się tym, że będzie musiała ją pocieszać i przepraszać za to, że ją niepokoi. O ile oczywiście matka będzie
trzeźwa, bo jeśli nie, to w ogóle nie będzie żadnej rozmowy.
Matka nigdy jej nie wybaczyła, że nie przyjechała na ślub siostry,
Birgitty, kiedy ta wychodziła za Stevena, który mimo obco brzmiącego
imienia był tak szwedzki, jak to tylko możliwe. Było to w końcówce
amerykańskich wyborów prezydenckich i nie chciała opuszczać stanowiska,
które dopiero co objęła, żeby spędzić jeden wieczór na przyjęciu
weselnym w Domu Ludowym w Hälleforsnäsie.
- To najważniejszy dzień w życiu twojej siostry - szlochała matka przez
telefon, siedząc w swoim mieszkaniu na Tattarbacken.
- Ani ty, ani Birgitta nie byłyście na moim ślubie - odparowała Annika.
- Ale ty brałaś ślub w Korei! - Pełne niezrozumienia oburzenie.
- I co z tego? Powiedziałabym, że odległości są porównywalne.
Od tamtej pory w ogóle z siostrą nie rozmawiała, ale jeśli miała być
szczera, to wcześniej też nie zdarzało się im to zbyt często. W każdym
razie od czasu, kiedy w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z domu.
Do Berit też nie chciała dzwonić. Przyjaciółka na pewno dochowałaby
tajemnicy, ale nie chciała jej obarczać taką odpowiedzialnością.
Oczywiście powinna poinformować Doris, matkę Thomasa. Tylko co ma jej
powiedzieć? Twój syn od kilku dni nie odbiera telefonu, ale nie
niepokoiłam się tym, bo podejrzewałam, że posuwa jakąś panienkę?
Wstała z kanapy, nadal z komórką w ręku, i poszła do kuchni. Okno
rozświetlał kupiony niedawno w ?hlénsie na Fridhemsplan adwentowy
świecznik. Kalle sam go wybrał. Ellen przechodziła fazę aniołków i wybrała trzy kuchenne magnesy właśnie w kształcie aniołków. W zlewie
stały talerze z resztkami kolacji, kupionej na wynos w hinduskiej
knajpie. Zapaliła światło i zaczęła wkładać naczynia do zmywarki.
Mechaniczne ruchy ją uspokajały. Odkręciła kran, wzięła do ręki szczotkę
do zmywania, okrężnymi ruchami spłukiwała resztki jedzenia z talerzy, a potem włożyła je do zmywarki. Odłożyła szczotkę na miejsce.
Nagle ni z tego, ni z owego zaczęła płakać. Puściła sztućce, które miała
w ręku, i usiadła na podłodze. Z kranu nadal leciała woda.
Siedziała tak dłuższą chwilę.
Jestem żałosna. Mój mąż zaginął, a ja nie mam nikogo, do kogo mogłabym
zadzwonić, z kim mogłabym porozmawiać. Co jest ze mną nie tak?
Zakręciła kran, wytarła nos w kawałek kuchennego ręcznika i poszła do
pokoju, wciąż z komórką w ręku.
Żadnych nieodebranych rozmów, żadnych SMS-ów.
Usiadła na kanapie, przełknęła głośno ślinę.
Dlaczego nie miała własnego grona znajomych? Thomas miał kolegów z drużyny piłkarskiej, znajomych jeszcze z liceum, a potem z czasów
studiów w Uppsali, poza tym kolegów z pracy i kumpli z drużyny
hokejowej. A ona? Poza Anne Snapphane?
Ona i Anne pracowały razem tego pierwszego lata w redakcji. Potem Anne
przeniosła się do radia. Ich relacje bywały lepsze i gorsze, ale
ostatnio znów spotykały się częściej. Czasem umawiały się na kawę w sobotnie popołudnie, czasem w niedzielę szły do muzeum.
Opowieści Anne o jej niesamowitych przygodach i górnolotnych planach
działały na nią uspokajająco. Słuchając jej, mogła się odprężyć. Anne
zawsze była u progu wielkiej kariery. Miała ambitne plany, wierzyła, że
w końcu zostanie gwiazdą telewizji. Co tydzień miała inny pomysł, raz
zamierzała prowadzić program dla dzieci, tydzień później miała pomysł na
serię wywiadów, a w następnym tygodniu - na konkurs dla widzów. Co
chwila przychodziło jej do głowy coś nowego. Zamawiała stosy raportów i najróżniejsze dane. Wertowała je w poszukiwaniu afery, która poruszy
wszystkich. Jej fantastyczne pomysły kończyły się z reguły na wpisie na
blogu, któremu nadała tytuł: "Niezwykłe przeżycia i przygody
telewizyjnej mamuśki", lub na wpisie na Facebooku, gdzie miała cztery
tysiące trzysta pięćdziesięciu siedmiu znajomych. Annika dobrze
wiedziała, że Anne nigdy nie napisała więcej niż pół strony poważnego
tekstu, że nawet jeśli umówiła się na spotkanie z kimś z telewizji, to
zwykle potem nie miała na nie czasu. Nie przejmowała się tym, na co
dzień zarabiała na życie jako researcherka w dużej firmie producenckiej.
- Annika! Niesamowite, że dzwonisz! Właśnie o tobie myślałam.
Annika zamknęła oczy i poczuła, jak zalewa ją fala ciepła, niewiele
brakowało, a byłaby się rozpłakała. A więc jednak jest ktoś, komu na
niej zależy.
- Chodzi mi o te brązowe boty. Potrzebujesz ich na weekend?
- Thomas zaginął - wydusiła Annika i wybuchnęła niepohamowanym płaczem.
Łzy leciały jej po policzkach strugami, spływały na komórkę. Próbowała
je wytrzeć, bała się, że ją uszkodzą.
- Cholerny drań - powiedziała Anne. - Że też nigdy nie może sobie
darować. Kogo tym razem uwodzi?
Annika zaczęła mrugać, próbowała powstrzymać się od płaczu.
- Nie, to nie tak...
- Annika, nie musisz go kryć. I nie obwiniaj siebie. To nie twoja wina.
Annika zaczerpnęła powietrza, w końcu odzyskała głos.
- Nie wolno ci nic nikomu mówić. Na razie to tajemnica. Delegacja,
której był członkiem, zaginęła. Na granicy z Somalią.
Zapomniała, jak się nazywało to miasto.
Zdumiona cisza po drugiej stronie.
- Cała delegacja? Czym jechali? Lecieli jumbo jetem?
Annika wytarła nos w kuchenny ręcznik.
- Jechali dwoma samochodami. W sumie siedem osób. Zaginęli wczoraj.
Znaleziono ciała ochroniarza i tłumacza. Zginęli od strzału w głowę.
- O kurde! Thomasa też zastrzelili?
Annika znów poczuła łzy pod powiekami, płacz podchodził jej do gardła.
- Nie wiem!
- Boże, co zrobisz, jeśli go zabiją? Jak sobie poradzisz, ty i dzieci?
Annika siedziała na kanapie. Objęła rękami kolana i lekko się kołysała.
- Biedaczko, dlaczego tobie zawsze przytrafiają się takie rzeczy? Boże,
jak mi ciebie żal. Kochanie...
Jednak miło, że ktoś się o nią troszczy.
- Biedny Kalle. Będzie dorastał bez ojca. Thomas miał ubezpieczenie na
życie?
Annika oniemiała, przestała płakać.
- A Ellen jest jeszcze taka maleńka - ciągnęła Anne. - Ile ona ma lat?
Siedem? Osiem? Chyba w ogóle nie będzie go pamiętać. Boże, Annika, co ty
teraz zrobisz?
- Ubezpieczenie na życie?
- Nie chciałabym, żeby to zabrzmiało cynicznie, ale w takiej sytuacji
trzeba myśleć o sprawach praktycznych. Przejrzyj wszystkie papiery,
musisz wiedzieć, na czym stoisz. Dobrze ci radzę. Chcesz, żebym do
ciebie przyjechała i ci pomogła?
Annika zakryła oczy dłonią.
- Dziękuję, może jutro. Teraz chcę się już położyć. To był ciężki dzień.
- Jasne, kochanie. Rozumiem. Zadzwoń, jak tylko się czegoś dowiesz,
obiecaj mi...
Annika wymamrotała coś pod nosem, przytaknęła cicho.
Potem siedziała jeszcze chwilę na kanapie z komórką w ręku. Leif GW
Persson poszedł już do domu, jego miejsce zajęła atrakcyjna ciemnoskóra
kobieta prowadząca wieczorne wydanie "Raportu". Program zaczął się od
zdjęć z różnych szwedzkich miejscowości dotkniętych śnieżycą. Zasypane
śniegiem tiry, wozy pomocy drogowej i dach hali tenisowej, który nie
wytrzymał naporu śniegu. Sięgnęła po pilota i nastawiła głośniej. Tak
obfite opady śniegu w listopadzie nie zdarzają się często, ale też nie
są czymś wyjątkowym, informowała czarnoskóra piękność. Podobne sytuacje
zdarzały się i w latach sześćdziesiątych, i osiemdziesiątych.
Annika wyłączyła telewizor. Poszła do łazienki, umyła zęby i ochlapała
twarz zimną wodą, w nadziei, że do rana opuchlizna zejdzie.
Poszła do sypialni i obolała położyła się na łóżku, po stronie Thomasa.
* * *
Kiedy przecięli nam taśmy na nadgarstkach, przestaliśmy się przewracać.
Poczuliśmy ulgę.
Wstał księżyc. Szliśmy gęsiego. Krajobraz przypominał trójwymiarową
fotografię: ciemne, granatowe tło obrzeżone srebrem. Kolczaste krzaki,
mrowiska termitów, wyschnięte drzewa, kawałki skał i góry w oddali. Nie
bardzo wiedziałem, jak to nazwać: może to była sawanna, może już
pustynia, w każdym razie szlak był wyboisty i szło się trudno.
Pierwszy szedł Magurie. Mianował się naszym dowódcą, nie pytając nikogo
o zdanie, mnie na pewno nie. Zaraz za nim podążał Rumun, potem ja i Catherine, Duńczyk i Hiszpan Alvaro, a na końcu, bez przerwy się
potykając, Niemka. Płakała, pociągała nosem, zero godności.
Catherine poruszała się z trudem. Wysiadając z ciężarówki, źle stąpnęła
i chyba skręciła lewą stopę. Wspierałem ją, jak tylko mogłem, ale z pragnienia kręciło mi się w głowie. Miałem wrażenie, że zaraz zemdleję.
Obawiam się, że niewiele mogłem jej pomóc. Co chwilę zaczepiałem
spodniami o jakieś kolce, pod prawym kolanem miałem wielką szramę.
Jadąc samochodem w ciągu dnia, w ogóle nie widzieliśmy zwierząt, z wyjątkiem kilku pojedynczych antylop i chyba afrykańskich dzików.
Natomiast noc była pełna ciemnych cieni i błyszczących w mroku oczu.
- Żądam, żebyście nam powiedzieli, dokąd nas zabieracie!
Muszę przyznać, że podziwiałem Francuza za wytrwałość.
- Jestem obywatelem Francji. Chcę rozmawiać z ambasadą!
Magurie mówił po angielsku z nieco zabawnym francuskim akcentem. Co pięć
minut wyrzucał z siebie kolejne żądania. Zaczynał powoli tracić głos,
ale jego oburzenie nie malało.
- To zbrodnia przeciwko prawu! Jus cogens! Jesteśmy członkami
międzynarodowej organizacji! Popełniacie przestępstwo, panowie!
Nie miałem bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. W Kenii? W Somalii? Bo chyba
nie w Etiopii? To byłoby za daleko na północ. Noc była czarna jak smoła.
Na horyzoncie nie było widać żadnego miasta, żadnej aureoli świateł.
Uzbrojeni mężczyźni szli przed nami i za nami. Było ich czterech: dwóch
bardzo młodych chłopców i dwóch dorosłych mężczyzn. Zdaniem Catherine
nie byli Kenijczykami. Nie rozumiała, co mówili, a znała zarówno
arabski, jak i suahili i język Masajów, no i oczywiście angielski. Mogli
oczywiście posługiwać się którymś z sześćdziesięciu kenijskich języków,
na pewno jednak nie był to ani język bantu, ani żaden z języków
nilotyckich. Domyślała się, że może to być somalijski, należący do
języków wschodniokuszyckich, do rodziny języków afroazjatyckich. Jeden z mężczyzn, ten wysoki, który otworzył drzwi samochodu od mojej strony,
zwracał się do nas w kiepskim suahili. Poinformował nas między innymi,
że jesteśmy niewiernymi psami i zasłużyliśmy na powolną i bolesną
śmierć, a także że o naszym losie zadecyduje wielki wódz, a może
generał. Nazywał go Kiongozi Ujumla. Niewykluczone, że w jego języku
znaczyło to właśnie wódz. Ale kim był ich przywódca ani gdzie przebywał
- tego nam nie zdradził.
Nagle ci idący przed nami się zatrzymali. Wyższy powiedział coś do
idących z tyłu chłopców. W jego głosie słychać było zmęczenie i irytację. Mówiąc, machał bronią.
Jeden z chłopców ruszył biegiem przed siebie, w ciemność.
Wysoki mężczyzna wskazał na nas bronią.
- Kaa! Chini! Kaa chini...
- Każe nam usiąść - powiedziała Catherine i osunęła się na ziemię.
Usiadłem obok niej. Czułem na rękach pełzające robactwo, ale nie miałem
siły się ruszyć. Położyłem się i poczułem, że do ucha wchodzą mi mrówki.
Poczułem kopnięcie w plecy.
- Kaa!
Usiadłem. Najwyraźniej kobietom pozwolono leżeć, mężczyznom nie.
Nie wiem, jak długo tak siedziałem. Marzłem, wilgotne od potu ubranie
zamieniło się w lodowaty pancerz. Słyszałem, jak szczękają mi zęby. Może
jednak zasnąłem, bo nagle zobaczyłem, że chłopak z bronią wrócił, a wysoki mężczyzna zaczął krzyczeć, żebyśmy wstali. Komendy w suahili nie
wymagały tłumaczenia, machał bronią aż nadto czytelnie.
Ruszyliśmy z powrotem tą samą drogą, którą szliśmy wcześniej, chociaż
nie byłem tego tak do końca pewny. Nagle Catherine opadła z sił. Osunęła
się na mnie i razem upadliśmy na ziemię.
Wysoki mężczyzna kopnął ją w chorą stopę i zaczął ciągnąć za włosy, aż
znów stanęła na nogi.
- Tembea!
Rumun - nie dosłyszałem jego nazwiska, kiedy nas sobie przedstawiano, a potem zapomniałem sprawdzić w dokumentach - podszedł do Catherine z drugiej strony. Uznałem, że zachowuje się trochę zbyt bezpośrednio, ale
nie wypadało mi protestować.
Nie wiem, czy człowiek, który stracił przytomność, jest w stanie iść,
wiem jednak, że podczas tamtego nocnego marszu traciłem przytomność
wiele razy.
Po jakimś czasie gdzieś na horyzoncie pojawiła się smuga poranka i nagle
znaleźliśmy się przed murem z chrustu i suchych krzewów.
- Manyatta - wyszeptała Catherine.
- To absolutnie nie do przyjęcia! - zawołał Francuz. - Żądam, żeby nam
podano wodę i jedzenie!
Zobaczyłem, że wysoki mężczyzna podchodzi do Sébastiena Magurie i unosi
kolbę karabinu.