Annika Bengtzon (tom 8). Miejsce w słońcu - Liza Marklund

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nueva Andalucía, godzina 3.14

NOC BYŁA CZARNA JAK SMOŁA. Kątem oka widziała rosnące wzdłuż ulicy drzewa poma­rań­czowe, czarne cie­nie na obrze­żach pola widze­nia. Z pojem­nika na śmieci wysta­wały trzy zmierz­wione kocie łebki, ostre świa­tło reflek­to­rów odbi­jało się od oczu kociąt, zamie­niało je w duchy.

Deszcz ustał, ale asfalt na­dal był mokry i błysz­czący, pochła­niał świa­tło nie­licz­nych latarni. Kobieta opu­ściła boczną szybę, wsłu­chi­wała się w tar­cie opon o mokrą nawierzch­nię, sły­szała gło­śne cyka­nie świersz­czy i szum pal­mo­wych liści tar­ga­nych przez wiatr. Wpa­da­jące przez okno podmu­chy nio­sły chłodną wil­goć.

Poza tym pano­wała nie­mal ide­alna cisza.

Zaha­mo­wała i zatrzy­mała się przed skrzy­żo­wa­niem, zawa­hała się. Powinna skrę­cić w lewo tutaj czy dopiero na następ­nym skrzy­żo­wa­niu? Trzy­mała kur­czowo kie­row­nicę - w pozy­cji za dzie­sięć druga. Przy­pad­kowa urba­ni­styka, zero pla­no­wa­nia. Nie obo­wią­zy­wały żadne zasady, nie było planu zabu­dowy, nie było więc rów­nież map. Nawet w Google Earth nie było pla­nów powsta­ją­cych tu osie­dli.

Tak, to musiało być tutaj. Roz­po­znała złote zdo­bie­nia bramy wjaz­do­wej po pra­wej strony ulicy. W ciem­no­ściach wszystko wyglą­dało ina­czej.

Wrzu­ciła kie­run­kow­skaz, żeby kie­rowca jadą­cej za nią cię­ża­rówki wie­dział, gdzie skrę­cić.

Oba samo­chody jechały na krót­kich świa­tłach. Na takiej dro­dze samo­chód bez świa­teł zwra­całby uwagę bar­dziej, niż gdyby jechał na dłu­gich. Skrę­ciła, żeby omi­nąć dziurę w jezdni, spraw­dziła w lusterku, czy kie­rowca cię­ża­rówki poszedł za jej przy­kła­dem.

Skie­ro­wała świa­tła na bramę: bogato zdo­bione kute żelazo, po obu stro­nach kamienne lwy. Ode­tchnęła z ulgą, odprę­żyła się i opu­ściła ramiona. Szybko wstu­kała kod. Bra­mo­fon zain­sta­lo­wano na słupku, tuż obok kamien­nego lwa, coś zaszu­miało i brama zaczęła się otwie­rać. Unio­sła głowę i spoj­rzała na nocne niebo.

Po połu­dniu znad Afryki nad­cią­gnęły chmury i przy­kryły grubą war­stwą całe wybrzeże. Gdzieś nad nimi był księ­życ. Zauwa­żyła, że wiatr przy­brał na sile, miała nadzieję, że skoń­czą, zanim chmury się rozejdą.

Uliczki na tere­nie pose­sji miały - w prze­ci­wień­stwie do ulicy - ide­al­nie gładką nawierzch­nię. Jak par­kiet do salsy, pomy­ślała. Wzdłuż zadba­nych chod­ni­ków z poma­lo­wa­nymi na biało kra­węż­ni­kami cią­gnął się żywo­płot. Minęła trzy alejki, skrę­ciła w prawo i zaczęła zjeż­dżać z łagod­nego zbo­cza.

Willa stała po lewej stro­nie. Tarasy wycho­dziły na połu­dnie, obok był basen.

Minęła dom, zapar­ko­wała przy chod­niku, nie­da­leko sąsied­niej, nie­za­bu­do­wa­nej jesz­cze działki, i cze­kała cier­pli­wie, aż zoba­czy w lusterku cię­ża­rówkę.

Się­gnęła po teczkę, wysia­dła, zamknęła samo­chód. Pode­szła do cię­ża­rówki i wsia­dła do kabiny.

Sie­dzący w niej męż­czyźni byli sku­pieni, pocili się.

Wło­żyła latek­sowe ręka­wiczki, wyjęła strzy­kawki.

- Pochyl się - zwró­ciła się do jed­nego z nich.

Męż­czy­zna jęk­nął cicho, ale wyko­nał pole­ce­nie. Jego gruby brzuch led­wie się mie­ścił pod deską roz­dziel­czą.

Nie zadała sobie trudu, żeby zde­zyn­fe­ko­wać pośla­dek, szybko zro­biła zastrzyk. Wbiła w mię­sień nie­mal całą igłę.

- Gotowe - powie­działa.

Wycią­gnęła igłę, zaczęła zbie­rać swoje rze­czy.

Prze­su­nęła się, żeby tęgi męż­czy­zna mógł wysiąść, a potem usia­dła obok kie­rowcy.

- To ma być sku­tecz­niej­sze niż maska gazowa? - spy­tał kie­rowca. Lekko zalęk­niony patrzył na strzy­kawkę w jej ręku.

Mówił dość dobrze po hisz­pań­sku, ale prze­cież rumuń­ski jest języ­kiem romań­skim.

- Sobie też zro­bię - zapew­niła go.

Męż­czy­zna odpiął pasek, poło­żył ręce na kie­row­nicy i pochy­lił się do przodu, żeby mogła dosię­gnąć jego pośladka.

- Pie­cze - poża­lił się.

- Zacho­wu­jesz się jak dzie­ciak.

Na koniec pod­cią­gnęła sukienkę i wbiła igłę we wła­sne udo.

- Potrzebny ci tylko sejf? - upew­nił się męż­czy­zna, zanim otwo­rzył drzwi i wysiadł.

Kobieta się roze­śmiała. Pochy­liła się nad teczką, wyjęła dwie litrowe butelki piwa San Miguel i posta­wiła je mię­dzy sie­dze­niami.

- Tylko sejf - powtó­rzyła. - Reszta jest wasza. Bierz­cie, co chce­cie.

Kie­rowca spoj­rzał na butelki i roze­śmiał się.

Tęgi męż­czy­zna zdą­żył już wyjąć narzę­dzia i pojem­niki i poło­żyć je przy drzwiach.

- Na pewno po tym odlecą? - powtó­rzył, nie do końca prze­ko­nany.

Przy­glą­dał się uważ­nie pojem­ni­kom. Wyglą­dały ina­czej niż te, z któ­rymi zwy­kle miał do czy­nie­nia.

Kobieta spoj­rzała na dom. Zza chmur wyglą­dał księ­życ, była peł­nia. Muszą się pospie­szyć.

Sku­piła się, wstu­kała kod, na panelu alarmu zapa­liło się zie­lone świa­tełko, furtka się otwo­rzyła.

- Na pewno. To mogę ci zagwa­ran­to­wać.

Księż­niczka na zamku wśród chmur

Świa­tło było białe, wypeł­niało wszyst­kie pokoje. Jego pro­mie­nie peł­zały mię­dzy żyran­do­lami, frędz­lami firan i łbami jeleni, sły­szała, jak szep­czą i chi­cho­czą pod sufi­tem, pod bel­kami.

Tak łatwo tu oddy­chać.

Powie­trze było tak jasne i czy­ste, że chwi­lami miała wra­że­nie, że sama zmie­nia się w piórko, w małe, lek­kie nie­bie­skie piórko, tań­czące razem z bia­łym świa­tłem na pro­mie­niach słońca i gobe­li­nach ze sce­nami polo­wań.

Mówi­łam ci, żebyś była cicho, prawda?

Bar­dzo cicho, bo Führerowi nie wolno prze­szka­dzać.

Tam, na zamku wśród chmur, wszy­scy ludzie mówili cicho i z sza­cun­kiem. Pod­łogi i kamienne schody wyło­żone były gru­bymi dywa­nami, które pochła­niały ich szepty, cho­wały je w bez­piecz­nych miej­scach.

Naj­bar­dziej lubiła die Halle, salę wielką jak morze, z oknem wycho­dzą­cym na chmury i ośnie­żoną górę w głębi.

Cza­sem tań­czyła w die Halle, oczy­wi­ście cicho i na bosaka, przed posą­gami, wiszą­cymi na ścia­nach obra­zami i lal­kami w roli zachwy­co­nej publicz­no­ści. Jej sukienka z cien­kiego mate­riału trze­po­tała i uno­siła się przy każ­dym ruchu, jakby była żywa. A ona pod­ska­ki­wała i wiro­wała w powie­trzu, i wszystko w niej wołało rado­śnie, że prze­cież jest Księż­niczką. Księż­niczką na zamku wśród chmur. Tań­czyła dla koni i mar­twych jeleni, i wszyst­kich tych pięk­nych zdo­bień na sufi­cie. Nanna oczy­wi­ście zawsze pró­bo­wała ją powstrzy­mać, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Nanna była tylko brudną Landwirtmädchen. Nie miała prawa jej mówić, co ma robić, bo prze­cież ona była Księż­niczką na zamku wśród chmur.

Kie­dyś, kiedy tań­czyła, wpa­dła pro­sto na Führera.

Nanna ucie­kła i roz­pła­kała się. Głu­pia krowa. W die Halle mogła tań­czyć sama, a Führer wcale się nie pognie­wał, naprawdę, nic a nic.

Zła­pał ją swo­imi dłu­gimi rękami, schy­lił się i poło­żył dło­nie na jej ramio­nach. Miał nie­bie­skie oczy, lekko zaczer­wie­nione w kąci­kach, ale Księż­niczka nie patrzyła mu w oczy, tylko zachwy­cona wpa­try­wała się w jeden długi włos wysta­jący mu z nosa.

Wie­działa, że robi źle.

Mama na pewno będzie się gnie­wać!

A wszyst­kiemu winna była Nanna!

- Praw­dziwa z cie­bie Aryjka - powie­dział Führer.

Dotknął jej jasnych loków, a ona poczuła bijącą od niego moc. Było dokład­nie tak, jak opo­wia­dali rodzice.

- Czy teraz jestem już bło­go­sła­wiona? - spy­tała.

Puścił ją i poszedł do czę­ści miesz­kal­nej, za nim, mer­da­jąc ogo­nem, szła Blon­die. Wtedy widziała go po raz ostatni.

Oczy­wi­ście nie miesz­kała na zamku wśród chmur cały czas.

Kiedy byli w Obe­rsal­zbergu, zazwy­czaj zatrzy­my­wali się w Hotel Zum Türken, razem z rodzi­nami innych ofi­ce­rów. U Turka, jak mawiała mama. "Dla­czego mamy się gnieź­dzić u Turka, skoro Goeb­bels może miesz­kać na górze, w Ber­gho­fie?".

Mama czę­sto wspo­mi­nała miesz­ka­nie przy Frie­drich­strasse. Zostało zbom­bar­do­wane przez tych ver­dam­m­ten Verbündeten, tych prze­klę­tych alian­tów. Na szczę­ście nie­któ­rzy z nas zacho­wali jesz­cze zdol­ność racjo­nal­nego myśle­nia, mawiała, patrząc surowo na tatę.

Tata nie chciał się ewa­ku­ować. Uwa­żał, że zawiódłby Führera, jakby w niego nie wie­rzył. Ale mama nie dała za wygraną, posta­wiła na swoim. Opróż­niła miesz­ka­nie i dopil­no­wała, żeby cały ich doby­tek prze­wie­ziono pocią­giem do Adler­horst.

Kiedy zaczęli się zbli­żać Rosja­nie, zamó­wiła w kwa­te­rze par­tii samo­chód i wysłała Księż­niczkę z Nanną i trzema waliz­kami, w któ­rych były wszyst­kie jej piękne lalki i sukienki, na Harve­ste­hu­der Weg.

Księż­niczka nie chciała wyjeż­dżać. Chciała zostać w Adler­horst, chciała poje­chać do zamku.

Ale mama powie­siła jej na szyi kartkę i nie­wiele mówiąc, czer­wona na twa­rzy, poca­ło­wała ją. Księż­niczka natych­miast wytarła poli­czek. Drzwi zamknęły się z hukiem.

Ni­gdy nie dotarli na Harve­ste­hu­der Weg.

Zostali zatrzy­mani pod mia­stem, któ­rego nazwy nie znała. Żoł­nie­rze zabrali jej bagaże, Nannę zacią­gnęli do lasu, a kie­rowcy strze­lili w głowę, krew popla­miła płasz­czyk Księż­niczki.

Kiedy dotarła do Gudag?rdenu, miała ze sobą tylko płasz­czyk, sukienkę i lalkę Annę.

Bo na kartce, którą miała na szyi, był adres cioci Helgi i wujka Gun­nara. Gudag?rden, Sörmland, Schwe­den. I tam wła­śnie ode­słano Księż­niczkę, kiedy nie było już nikogo, kto mógłby się nią zaopie­ko­wać.

Sama tego nie pamię­tam, ale tak mi to przed­sta­wiono.

Opo­wia­dano mi, jak wujek Gun­nar poło­żył ele­ganc­kie ubranka i lalkę na podwó­rzu, polał naftą i spa­lił. Ludzie z oko­licy opo­wia­dali o tym jesz­cze wiele lat.

Grzesz­nik ma się sma­żyć w pie­kle, miał wtedy powie­dzieć. I zapewne tak było.

Poniedziałek, 3 stycznia

SZKLANE DRZWI DZIU­PLI redak­tora naczel­nego były odsu­nięte. Annika Bengt­zon wetknęła głowę do środka i zapu­kała w drew­nianą fra­mugę. Anders Schy­man stał odwró­cony do niej ple­cami, pró­bo­wał zapro­wa­dzić porzą­dek w roz­rzu­co­nych na biurku i na pod­ło­dze papie­rach. Usły­szał puka­nie, odwró­cił się i zoba­czył ją.

- Zamknij za sobą drzwi i sia­daj - powie­dział, wska­zu­jąc jej fotel dla gości.

Okrą­żył biurko, opadł na krze­sło po dru­giej stro­nie. Zatrzesz­czało zło­wiesz­czo.

Annika zasu­nęła drzwi. Zer­k­nęła podejrz­li­wie na stosy papie­rów na pod­ło­dze, kątem oka zauwa­żyła rysu­nek. Wyglą­dał jak plan redak­cji.

- Tylko nie mów, że znów czeka nas reor­ga­ni­za­cja - powie­działa, sia­da­jąc.

- Mam do cie­bie jedno pyta­nie. Chciał­bym wie­dzieć, jak widzisz swoją przy­szłość w redak­cji.

Annika unio­sła głowę, ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały.

- A o co cho­dzi?

- Spy­tam wprost: chcesz zostać sze­fem redak­cji?

Annika poczuła, że ma ści­śnięte gar­dło. Otwo­rzyła usta, jakby chciała coś powie­dzieć, ale natych­miast je zamknęła. Spu­ściła głowę, spoj­rzała na swoje leżące na kola­nach ręce.

- Była­byś odpo­wie­dzialna za wszyst­kie audy­cje infor­ma­cyjne. Pra­co­wa­ła­byś pięć dni, a kolejne pięć miała wolne. Współ­pra­co­wa­ła­byś z redak­cją spor­tową i dzia­łem roz­rywki, no i oczy­wi­ście publi­cy­styki - cią­gnął Schy­man. - Podej­mo­wa­ła­byś osta­teczne decy­zje doty­czące mate­ria­łów na pierw­szą stronę i kon­sul­to­wała pozo­stałe z sze­fami innych dzia­łów. Z wyda­niem inter­ne­to­wym nie mia­ła­byś nic wspól­nego. Uczest­ni­czy­ła­byś w zebra­niach kie­row­nic­twa dzia­łów i mia­ła­byś wpływ na budżet redak­cji i na pro­mo­cję. Chciał­bym, żebyś zaczęła od zaraz.

Annika odchrząk­nęła. Chciała coś powie­dzieć, ale słowa uwię­zły jej w gar­dle.

Szef redak­cji to ważne i odpo­wie­dzialne sta­no­wi­sko, druga osoba po Bogu. Pod­le­ga­łaby bez­po­śred­nio redak­to­rowi naczel­nemu, spra­wo­wała pie­czę nad wszyst­kimi dzia­łami. Wyda­wa­łaby pole­ce­nia kie­row­ni­kom redak­cji infor­ma­cyj­nej, roz­rywki i sportu i róż­nym innym waż­nia­kom, któ­rzy przy­wy­kli się tu sza­ro­gę­sić.

- Muszę prze­pro­wa­dzić reor­ga­ni­za­cję. - Annika nie odpo­wia­dała, Schy­man prze­rwał ciszę. - Chcę pra­co­wać z ludźmi, na któ­rych będę mógł pole­gać.

Annika na­dal wpa­try­wała się w swoje dło­nie. Jego głos docie­rał do niej gdzieś z góry. Miała wra­że­nie, że słowa odbi­jają się od ścian i tra­fiają ją w kark.

- Jesteś zain­te­re­so­wana?

- Nie.

- Podwoję ci pen­sję.

Annika pod­nio­sła głowę.

- Wiem, jak to jest, kiedy się ma pie­nią­dze. To wcale nie jest takie fajne, jak by się mogło wyda­wać.

Schy­man wstał, pod­szedł do szkla­nych drzwi. Jego pokój był tak mały, że łyd­kami nie­mal otarł się o kolana Anniki.

- Rok temu o tej porze gro­ziła nam likwi­da­cja. Wie­dzia­łaś o tym?

Spoj­rzał przez ramię, żeby zoba­czyć, jak zare­aguje. Annika zacho­wała kamienną twarz. Sie­działa i obra­cała na palcu odzie­dzi­czony po babci pier­ścio­nek ze szma­rag­dem. Bli­zna na palcu na­dal była czer­wona i brzydka, szcze­gól­nie kiedy było zimno.

- Udało nam się odbić od dna - powie­dział Schy­man, przy­glą­da­jąc się redak­cji po dru­giej stro­nie szkla­nej ściany. - Zagro­że­nie minęło, wygląda na to, że wszystko jest na dobrej dro­dze, ale nie potra­fię powie­dzieć, jak długo tu jesz­cze zostanę.

Odwró­cił się i spoj­rzał na nią. Omi­nęła go wzro­kiem, spoj­rzała na redak­cję.

- Nie chcę two­jego sta­no­wi­ska - powie­działa.

- Nie pro­po­nuję ci swo­jego sta­no­wi­ska, tylko sta­no­wi­sko szefa redak­cji.

- A Berit? Na pewno by sobie pora­dziła.

- Dla­czego sądzisz, że mia­łaby ochotę?

- No to Jans­son. Albo Gwóźdź.

Schy­man usiadł na biurku i wes­tchnął.

- Chęt­nych nie bra­kuje, ale ja chcę kogoś zaufa­nego.

Roze­śmiała się mimo woli.

- I dla­tego zwra­casz się do mnie? To wiele mówi o zasa­dach awan­so­wa­nia obo­wią­zu­ją­cych w redak­cji.

- Alter­na­tywą jest praca według gra­fiku. Będziesz sie­dzieć w redak­cji, wydzwa­niać do ludzi i robić to, co ci każe szef wia­do­mo­ści.

Nagle Annika poczuła, że fotel, na któ­rym sie­dzi, jest strasz­nie nie­wy­godny. Prze­su­nęła się tro­chę.

- Nie powi­nie­neś uzgod­nić tego ze związ­kami? Prawo do współ­de­cy­do­wa­nia i tak dalej...?

- Związki to żaden pro­blem. Wierz mi.

- W moim przy­padku gra­fik nie jest chyba naj­lep­szym pomy­słem. Dobrze wiesz, że naj­le­piej pra­cuję, kiedy mam tro­chę swo­body.

Pochy­lił się nad nią, miała przed oczami jego kolana.

- Annika - zaczął. - Jesie­nią prze­pro­wa­dzi­li­śmy duże cię­cia. Nie stać nas na samo­dziel­nych repor­te­rów. Patrik będzie twoim sze­fem.

- Żar­tu­jesz - powie­działa, pod­no­sząc wzrok.

Schy­man skrzy­żo­wał ręce.

- Zasta­na­wia­łem się nad tym. Jeśli przyj­miesz moją pro­po­zy­cję, będziesz jego prze­ło­żoną. Jeśli zde­cy­du­jesz się na gra­fik, będziesz mu pod­le­gać.

- Ja go zatrud­ni­łam - prze­rwała mu Annika. - Nie może być moim sze­fem. Poza tym jeśli cho­dzi o zdol­ność oceny sytu­acji, to aku­rat Patrik...

- Tym zajmą się ci na górze. Na pozio­mie redak­cji potrze­buję jego zapału. Szu­kam kogoś, kto to wszystko pchnie do przodu.

Annika wycią­gnęła szyję, spoj­rzała w stronę zdzie­siąt­ko­wa­nej redak­cji kry­mi­nal­nej i Patrika. Sie­dział z głową w moni­to­rze, łok­cie ster­czały mu na boki, pisał coś w sku­pie­niu. Przy­po­mniała sobie, jak w dniu, kiedy ustą­pił mini­ster gospo­darki, udało mu się - jako jedy­nemu - zdo­być wypo­wiedź pre­miera. Biegł przez całe cen­trum Sztok­holmu za samo­cho­dem ochrony, żeby w końcu usły­szeć: "Czyś ty osza­lał, kre­ty­nie?". Wró­cił do redak­cji i przed­sta­wił to jako swoje zwy­cię­stwo.

- No cóż, jeśli szu­kasz entu­zja­zmu, to Patrik rze­czy­wi­ście będzie dobrym wybo­rem.

- Pra­cu­jesz w dzień, od ponie­działku do piątku - odpo­wie­dział Schy­man, pod­no­sząc się. - Żad­nych nad­go­dzin, żad­nych dodat­ków. Ponie­waż zli­kwi­do­wa­li­śmy redak­cje lokalne, musisz się liczyć z tym, że w każ­dej chwili możesz zostać wysłana prak­tycz­nie wszę­dzie, nie tylko w kraju, ale rów­nież za gra­nicą. Przej­miesz serię arty­ku­łów o Wybrzeżu Koka­ino­wym, temat Patrika. Pew­nie zaraz do cie­bie podej­dzie i wszystko ci prze­każe.

- Co takiego? Myśla­łam, że ta seria to tylko alibi, żeby mógł miło spę­dzić waka­cje.

- No to się myli­łaś. To ma być coś wyjąt­ko­wego, pomysł wyszedł od sze­fo­stwa. Nawią­za­li­śmy współ­pracę z poli­cją i Mini­ster­stwem Spra­wie­dli­wo­ści, żeby sobie zapew­nić dostęp do potrzeb­nych infor­ma­cji. To duża rzecz.

- Co się sta­nie ze sto­łem repor­te­rów dzien­nych? - spy­tała Annika, zer­ka­jąc na swoje miej­sce pracy, na kom­pu­ter, na roz­rzu­cone na bla­cie papiery, na torbę i kurtkę.

- Zamie­nimy go na dział new­sów. Miej­sce redak­cji kry­mi­nal­nej zaj­mie dział publi­cy­styki - powie­dział Schy­man, wska­zu­jąc na szkic.

Annika wstała i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, opu­ściła szklaną klatkę.

Było jej obo­jętne, na jakim krze­śle sie­dzi i jakie arty­kuły pisze. Nie­dawno rzu­cił ją mąż. Dzie­lili się opieką nad dziećmi. Jej dom spło­nął, nie mogła odzy­skać pie­nię­dzy z ubez­pie­cze­nia. Miesz­kała w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu przy Agne­ga­tan, które zała­twił jej komi­sarz Q, z zaso­bów poli­cji. Nie wie­działa do końca, na jakich warun­kach tam mieszka. Bała się, że nagle ktoś uzna, że nie ma do niego prawa, i zażąda, żeby się wypro­wa­dziła.

Szybko zebrała rze­czy i zanio­sła je na nie­wielki stół działu wia­do­mo­ści. Z tru­dem zna­la­zła miej­sce na lap­top. Torbę, kurtkę i notatki poło­żyła obok, na pod­ło­dze. Usia­dła, usta­wiła krze­sło na odpo­wied­niej wyso­ko­ści, włą­czyła kom­pu­ter i zaczęła pisać mejl do Q: "Wpro­wa­dzi­łam się, ale na­dal nie mam umowy. Do two­jej wia­do­mo­ści: mam zamiar spraw­dzić, jak doszło do wyda­nia Koteczka".

To powinno mu dać do myśle­nia.

Wysłała mejl i się­gnęła po słu­chawkę. Wybrała numer Mini­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści, popro­siła o połą­cze­nie z sekre­ta­rzem pra­so­wym mini­stra. Oka­zała się nim kobieta. Ode­brała komórkę wyraź­nie zde­ner­wo­wana, w tle sły­chać było zawo­dze­nie wia­tru.

Annika przed­sta­wiła się, powie­działa, skąd dzwoni.

- Chcia­łam pro­sić mini­stra o komen­tarz w spra­wie wyda­nia pew­nej Ame­ry­kanki, płat­nej mor­der­czyni, zwa­nej Kociąt­kiem.

- Słu­cham?

- Wiem, że została wydana Sta­nom w zamian za Vik­tora Gabriels­sona, ska­za­nego za zamor­do­wa­nie poli­cjanta. Wiem też, że Gabriels­son odby­wał karę w wię­zie­niu w New Jer­sey, nie wiem nato­miast, jak i dla­czego doszło do wymiany.

- Mini­ster nie komen­tuje spraw mają­cych zwią­zek z bez­pie­czeń­stwem kraju - odpo­wie­działa pani sekre­tarz. Sta­rała się, żeby to zabrzmiało neu­tral­nie.

- Kto tu mówi o bez­pie­czeń­stwie kraju? Chcę tylko wie­dzieć, co zro­bi­li­ście z Kociąt­kiem.

- Mogę do pani zadzwo­nić póź­niej?

Annika podała jej numer swo­jej komórki i bez­po­średni numer do redak­cji, uda­jąc, że wie­rzy, że zadzwoni. Tak, oczy­wi­ście, do widze­nia. Odło­żyła słu­chawkę, a potem wybrała numer Berit Ham­rin. Przy­ja­ciółka ode­brała natych­miast.

- Ty też zosta­łaś zde­gra­do­wana? - spy­tała Annika.

- Pod­le­gam bez­po­śred­nio Patri­kowi - potwier­dziła Berit.

W tle sły­chać było szum samo­cho­dów.

- Gdzie jesteś?

- Wła­śnie wje­cha­łam na E18.

Annika zoba­czyła zbli­ża­ją­cego się Patrika, szedł z jaki­miś papie­rami w ręku. Przy­su­nęła słu­chawkę bli­żej ust.

- Szef nad­cho­dzi - powie­działa cicho. - Może być cie­ka­wie.

Odło­żyła słu­chawkę w chwili, kiedy Patrik usiadł na biurku. Szybko odsu­nęła na bok lap­top.

- Ale się będzie działo - powie­dział świeżo upie­czony szef redak­cji wia­do­mo­ści, prze­glą­da­jąc kartki, które trzy­mał w ręku. - Mamy pożar w miesz­ka­niu w Hal­lunda, mor­der­stwo na hisz­pań­skim Wybrzeżu Słońca i wypa­dek auto­karu w Danii. Zacznij od auto­karu, sprawdź, czy wśród ofiar są Szwe­dzi. Może na przy­kład jakaś szwedzka klasa szkolna wra­cała z wycieczki do Tivoli.

- Pro­ku­ra­tor gene­ralna Lilian Ber­gqvist wnio­sła o unie­win­nie­nie Filipa Anders­sona - powie­działa Annika, włą­cza­jąc sto­jący tuż obok, przy udzie Patrika, lap­top.

- Sta­roć - orzekł Patrik. - Wie­dzie­li­śmy o tym od chwili, kiedy odkry­li­śmy, że mor­dercą, a raczej mor­der­czy­nią była jego sio­stru­nia. Berit coś napi­sze.

Kiedy to ja odkry­łam, kto naprawdę ich zamor­do­wał, pomy­ślała Annika, ale nic nie powie­działa.

- Mor­der­stwo w Hisz­pa­nii. Okropna sprawa - powie­dział Patrik, poda­jąc jej kolejną kartkę. - Zaga­zo­wano całą rodzinę, łącz­nie z psem. Może uda ci się coś z tego wyci­snąć. Spró­buj zdo­być jakieś zdję­cia, dowiedz się, jak się wabił pies. Szwe­dzi kochają czy­tać o Hisz­pa­nii. To chyba naj­po­pu­lar­niej­szy cel naszych podróży.

- Nie mamy tam nikogo? - spy­tała Annika.

Miała wra­że­nie, że widziała jakąś kore­spon­den­cję z Hisz­pa­nii ze zdję­ciem autora. Opa­lony facet o nie­zbyt mądrym uśmie­chu.

- Przy­je­chał do domu na Boże Naro­dze­nie. Pożar w Hal­lunda nie wydaje się szcze­gól­nie cie­kawy, ale może trzeba było ewa­ku­ować miesz­kań­ców i może się oka­zało, że cio­cia Hedvig ma pro­blem z wóz­kiem inwa­lidz­kim czy coś w tym stylu.

- Rozu­miem - skwi­to­wała Annika.

Coś w tym stylu, Boże drogi! - pomy­ślała. Chło­pak szybko się uczy.

- Jest kilka rze­czy, które chcia­ła­bym spraw­dzić - powie­działa gło­śno. Sta­rała się być spo­kojna i opa­no­wana. - Dowie­dzia­łam się, że rząd jest zamie­szany w pewną dziwną wymianę. O dru­giej mam spo­tka­nie z kimś, kto być może zgo­dzi się udzie­lić mi wywiadu...

Ale Patrik już był w dro­dze do kolej­nego działu.

Annika patrzyła za nim. Tłu­ma­czyła sobie, że nie ma sensu się dener­wo­wać. Jeśli uznał, że nie warto słu­chać pod­wład­nych, to jego pro­blem.

Popra­wiła się na krze­śle i zaczęła się roz­glą­dać.

Wła­ści­wie była sama.

Kiedy o ósmej rano zadzwo­nił Schy­man, pomy­ślała, że pew­nie znów będzie pró­bo­wał ją nama­wiać, żeby się zgo­dziła pokie­ro­wać któ­rymś z dzia­łów. Wie­działa, że sprawa jest pilna. Ostat­nio pro­po­no­wał jej dział wia­do­mo­ści. Kie­dyś przez jakiś czas kie­ro­wała redak­cją kry­mi­nalną, ale jesz­cze ni­gdy nie było mowy o sta­no­wi­sku szefa całej redak­cji.

No cóż. Wes­tchnęła. Tryb, w jakim mia­łaby pra­co­wać, pięć dni w redak­cji, pięć dni wol­nego, ozna­czał, że i tak musia­łaby dzie­lić z kimś etat. Pew­nie ze Sjölanderem. Odpo­wia­da­łaby nie tylko za błędy, nie­unik­nione przy takim tem­pie pracy, ale musia­łaby też uczest­ni­czyć w nie­koń­czą­cych się zebra­niach doty­czą­cych budżetu, pro­mo­cji i poli­tyki kadro­wej.

To już wolę pożar w Hal­lunda, pomy­ślała i wybrała numer alar­mowy.

Nie­do­pa­łek papie­rosa, poin­for­mo­wał ją stra­żak. Jedna ofiara, ren­ci­sta. Pożar uga­szono, szkody nie­wiel­kie, ewa­ku­acja nie była konieczna.

- Kim jest ofiara? - spy­tała jesz­cze.

Sły­szała, jak po dru­giej stro­nie słu­chawki sze­lesz­czą papiery.

- Miesz­ka­nie nale­żało do... gdzieś to mia­łem... Do nie­ja­kiego Jons­sona. Na pewno nikt znany.

Nikt znany, nie ma newsa.

Roz­łą­czyli się.

Wypa­dek auto­karu. Rze­czy­wi­ście poszko­do­wane były głów­nie dzieci, mło­dzie­żowa dru­żyna bandy wra­cała z ?lborga, z zawo­dów. Na oblo­dzo­nej dro­dze gdzieś na Jutlan­dii auto­kar wpadł w poślizg i prze­wró­cił się na bok. Dzieci musiały wycho­dzić przez okno kie­rowcy.

Wysłała mejl do działu moto­ry­za­cyj­nego. Niech się temu przyj­rzą. Może na przy­kład są zdję­cia prze­ra­żo­nych dzieci? Uznała, że nic wię­cej nie da się z tej histo­rii wyci­snąć.

Mor­der­stwo w Hisz­pa­nii oka­zało się więk­szym wyzwa­niem.

Na kartce, którą dostała od Patrika, były wła­ści­wie tylko infor­ma­cje prze­ka­zane przez Agen­cję Infor­ma­cyjną TT. Kilka zdań. Rodzina z dwoj­giem dzieci i pies. Zna­le­ziono ich mar­twych, poli­cja podej­rzewa wła­ma­nie z uży­ciem gazu.

Posta­no­wiła poszu­kać w inter­ne­cie. Z hisz­pań­skich gazet znała tylko "El País". Weszła na ich stronę. Espa?a es el país euro­peo con más atro­pel­los mor­ta­les de peato­nes.

Zmru­żyła oczy, patrzyła w ekran. Tyle powinna zro­zu­mieć. W liceum dwa lata uczyła się hisz­pań­skiego. Nie­wiele, ale wystar­cza­jąco, żeby sobie pora­dzić z pro­stym tek­stem. "Hisz­pa­nia to kraj, w któ­rym ginie naj­wię­cej pie­szych". Jeśli dobrze zro­zu­miała. Sześć­set osiem­dzie­siąt ofiar w ubie­głym roku.

Szu­kała dalej. Fami­lia muerto Costa del Sol, tak chyba powi­nien brzmieć tytuł.

Pomy­ślała, że "El País" to dzien­nik o zasięgu ogól­no­kra­jo­wym. Pew­nie sku­piają się przede wszyst­kim na tym, co się dzieje w Madry­cie. Może w ogóle się nie inte­re­sują tym, co się dzieje na połu­dniu, gdzieś przy gra­nicy z Afryką.

Cho­ciaż jeśli zamor­do­wano całą rodzinę? Coś takiego powinni odno­to­wać, przy­naj­mniej w wyda­niu inter­ne­to­wym.

Poszła do auto­matu po kawę. Gorący kubek parzył jej palce. Szcze­gól­nie palec wska­zu­jący lewej ręki był bar­dzo wraż­liwy, od czasu kiedy została zra­niona nożem...

Usia­dła przed moni­to­rem i zaczęła się zasta­na­wiać. Wła­ma­nie z uży­ciem gazu? Takie rze­czy naprawdę się zda­rzają? Spraw­dziła w Google, jeden wynik.

Może zaszło nie­po­ro­zu­mie­nie? Może to błąd w tłu­ma­cze­niu? Może TT coś źle podała?

Podmu­chała w kawę, ostroż­nie wypiła łyk. Nie sądziła, że to moż­liwe, ale kawa naprawdę sma­ko­wała jesz­cze gorzej niż wczo­raj.

Wró­ciła do Google. Tym razem wpi­sała: napad z uży­ciem gazu para­li­żu­ją­cego. Wyni­ków było wię­cej: "kie­rowca uśpiony gazem pod­czas wła­ma­nia". Zda­rze­nie miało miej­sce w Szwe­cji, infor­ma­cję podano trzy­na­stego grud­nia, w dniu świę­tej Łucji, w 2004 roku. W nocy na sta­cji ben­zy­no­wej Shell, na dro­dze kra­jo­wej numer 40, na zachód od Jönköpingu, skra­dziono trans­port tele­wi­zo­rów pla­zmo­wych. Ani kie­rowca, ani jego pies, który spał z panem w kabi­nie, nic nie zauwa­żyli. Rano kie­rowca skar­żył się jedy­nie na silny ból głowy i złe samo­po­czu­cie. Poli­cja podej­rzewa, że zło­dzieje uśpili go gazem. Pobrano mu krew do ana­lizy.

No pro­szę, pomy­ślała. Szu­kała dalej.

"Zło­dzieje odu­rzyli psa gazem - znaczny wzrost liczby wła­mań do domów w oko­li­cach Sztok­holmu". Arty­kuł sprzed tygo­dnia.

Weszła w redak­cyjne archi­wum i szu­kała dalej.

"Zło­dzieje uśpili tury­stów gazem. Duże stę­że­nie hek­sanu może być nie­bez­pieczne". "Znany reży­ser odu­rzony gazem".

Szwedzki reży­ser opo­wia­dał o przy­krym zda­rze­niu na hisz­pań­skiej Riwie­rze. Kiedy on i jego dziew­czyna obu­dzili się rano, stwier­dzili, że drzwi ich miesz­ka­nia są otwarte, a miesz­ka­nie jest puste.

- Więc znów jeste­śmy sze­re­go­wymi wyrob­ni­kami - usły­szała głos Berit, która wła­śnie do niej pode­szła i posta­wiła torbę na stole.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego w Nowym Roku i tak dalej - powie­działa Annika.

- Co u cie­bie? - spy­tała przy­ja­ciółka, prze­wie­sza­jąc palto przez opar­cie krze­sła.

Annika poło­żyła ręce na kla­wia­tu­rze.

- Dzię­kuję. W zasa­dzie dobrze, ale mam nadzieję, że ten rok będzie lep­szy niż poprzedni. Nic innego nie jest chyba moż­liwe...

Berit poło­żyła lap­top na biurku.

- Zosta­ły­śmy tylko my? Wszyst­kich zra­cjo­na­li­zo­wano?

Annika się rozej­rzała.

Nieco dalej, przy dziale spor­to­wym, stał Patrik i wyraź­nie pod­eks­cy­to­wany roz­ma­wiał przez komórkę. Tam, gdzie kie­dyś był dział roz­rywki, sie­dzieli jacyś ludzie z wyda­nia inter­ne­to­wego, zajęci pisa­niem mate­ria­łów do cyber­prze­strzeni. Obok stał jeden z redak­to­rów dodatku nie­dziel­nego i ner­wowo prze­stę­po­wał z nogi na nogę. Tore, redak­cyjny por­tier, uoso­bie­nie wszel­kiego nie­szczę­ścia, roz­wie­szał ogło­sze­nia na tablicy infor­ma­cyj­nej.

- Wojna na rynku pra­so­wym to taka sama wojna jak każda inna - stwier­dziła Annika. - Redu­kuje się pie­chotę, sta­wia na tech­nikę i pomy­słowe bomby. Kiedy Schy­man z tobą roz­ma­wiał?

- W pią­tek - powie­działa Berit. - Da się wypić? - spy­tała, wska­zu­jąc głową na kubek Anniki.

- Odpo­wiedź brzmi: nie. Do mnie zadzwo­nił dzi­siaj rano. Chciał cię włą­czyć do kie­row­nic­twa?

- Zapro­po­no­wał mi kie­ro­wa­nie dzia­łem wia­do­mo­ści. Odmó­wi­łam.

Annika spoj­rzała na moni­tor. Jej Schy­man zapro­po­no­wał wyż­sze sta­no­wi­sko.

- Szu­kam cze­goś na temat pew­nego mor­der­stwa w Hisz­pa­nii. Wła­ma­nie z uży­ciem gazu, nie żyje cała rodzina.

Berit włą­czyła lap­top, wstała i ruszyła w stronę auto­matu z kawą.

- Ric­kard Marmén. Zadzwoń do niego - rzu­ciła przez ramię. - Nie mam jego numeru, ale wiem, że jeśli na hisz­pań­skim Wybrzeżu Słońca dzieje się cokol­wiek god­nego uwagi, to on na pewno jest na bie­żąco.

Annika pod­nio­sła słu­chawkę i wybrała numer mię­dzy­na­ro­do­wego biura nume­rów.

Zajęte.

Wró­ciła do Google, zasta­no­wiła się i wpi­sała: buscar numero tele­fono espa?a. Tak to się pisze? Wyszu­kaj numer tele­fonu w Hisz­pa­nii?

Na ekra­nie poja­wił się napis: Pagi­nas Blan­cas. Białe strony.

Bingo!

Po chwili poka­zał się for­mu­larz. Wpi­sała: pro­win­cja Malaga, imię: Ric­kard, nazwi­sko: Marmén, naje­chała myszą na encon­trar.

No pro­szę!

Miesz­kał w Mar­belli przy Ave­nida Ricardo Soriano, miał zarówno tele­fon sta­cjo­narny, jak i komórkę.

Po dru­giej stro­nie stołu usia­dła Berit z kub­kiem paru­ją­cej kawy.

- Co to za jeden ten Ric­kard? - spy­tała Annika, się­ga­jąc po słu­chawkę.

- Dawny zna­jomy mojego szwa­gra. Mieszka tam od dwu­dzie­stu lat. Pró­bo­wał już chyba wszyst­kiego, zawsze z takim samym nie­po­wo­dze­niem. Wynaj­mo­wał leżaki, hodo­wał konie, pro­wa­dził knajpę, był udzia­łow­cem w fir­mie, która sprze­da­wała drew­niane domy.

- Na hisz­pań­skim wybrzeżu? - spy­tała Annika z nie­do­wie­rza­niem.

- Mówi­łam, że nie były to tra­fione pomy­sły.

- Jaki jest kie­run­kowy do Hisz­pa­nii?

- Trzy­dzie­ści cztery - powie­działa Berit. Wypiła łyk kawy, skrzy­wiła się.

Annika posta­no­wiła zadzwo­nić naj­pierw na sta­cjo­narny. Po pię­ciu sygna­łach ode­zwał się elek­tro­niczny głos. Powie­dział coś nie­zro­zu­mia­łego po hisz­pań­sku. Roz­łą­czyła się, wstu­kała numer komórki. Po dwóch sekun­dach usły­szała męski głos:

- Si dígame!

- Ric­kard Marmén?

- Hablando!

- Nazy­wam się Annika Bengt­zon, dzwo­nię ze sztok­holm­skiej redak­cji "Kvällspressen". Pan jest Ric­kard Marmén... A wła­śnie, mówi pan po szwedzku?

- Oczy­wi­ście, skar­bie. W czym mogę pomóc? - ode­zwał się z wyraź­nym göteborskim akcen­tem.

- Dzwo­nię do pana, bo podobno wie pan o wszyst­kim, co się dzieje na hisz­pań­skim Wybrzeżu Słońca - powie­działa Annika, zer­ka­jąc na Berit. - Sły­szał pan może o wła­ma­niu z uży­ciem gazu?

- Wła­ma­nie z uży­ciem gazu? Skar­bie, my tu mamy tylko takie wła­ma­nia. W Neuva Andalucía nie ma już chyba domu, który by nie był wypo­sa­żony w czuj­nik gazu! Coś jesz­cze chcia­ła­byś wie­dzieć?

W tle sły­chać było szum, jakby stał przy auto­stra­dzie.

- No dobrze. - Annika była nieco zbita z tropu. - Na czym dokład­nie to polega?

- Zło­dzieje wpusz­czają do domu gaz usy­pia­jący, przez okno albo przez szyb wen­ty­la­cyjny. Miesz­kańcy śpią sobie spo­koj­nie, a dra­nie prze­szu­kują cha­łupę. Mają czas, więc zda­rza się, że przy­rzą­dzą sobie kola­cję, wypiją butelkę wina.

- I twier­dzi pan, że to obec­nie naj­po­pu­lar­niej­szy spo­sób?

- To praw­dziwa epi­de­mia. Wszystko zaczęło się jakieś pięć, sześć lat temu, cho­ciaż wcze­śniej też się to zda­rzało.

- Skąd to się bie­rze?

- Pie­nią­dze kuszą, złotko. W domach w oko­li­cach Puerto Banús pod mate­ra­cami leżą grube zwitki bank­no­tów. Poza tym sporo tu ele­mentu prze­stęp­czego i bie­da­ków, któ­rzy za parę gro­szy gotowi są zro­bić wszystko. Jesie­nią zatrzy­mano grupę Rumu­nów, któ­rzy wyczy­ścili chyba z setkę wilii na wybrzeżu, od Gibral­taru aż po Nerja...

- Agen­cja Infor­ma­cyjna podała, że w wyniku zatru­cia gazem zmarła cała rodzina. Wie pan coś o tym?

- Kiedy? Dzi­siaj w nocy? Gdzie?

- Nie wiem - powie­działa Annika. - Podobno czte­ro­oso­bowa rodzina. I pies.

Ric­kard Marmén mil­czał. Gdyby nie docho­dzący ze słu­chawki szum auto­strady, Annika uzna­łaby, że się roz­łą­czył.

- Wie coś? - dopy­ty­wała się Berit.

Annika pokrę­ciła głową.

- Zatruli się gazem pod­czas wła­ma­nia, mówisz? - powtó­rzył Marmén. - Mogę za chwilę oddzwo­nić?

Annika odnio­sła wra­że­nie, że natę­że­nie hałasu w słu­chawce się zmie­niło. Podała Marménowi bez­po­średni numer do redak­cji i numer swo­jej komórki.

- Co o tym myślisz? - zwró­ciła się do Berit.

Przy­ja­ciółka ugry­zła jabłko, z kawy naj­wy­raź­niej zre­zy­gno­wała.

- O prze­stęp­czo­ści na połu­dnio­wym wybrzeżu Hisz­pa­nii czy o reor­ga­ni­za­cji redak­cji?

- O reor­ga­ni­za­cji redak­cji.

Berit zało­żyła oku­lary, któ­rych uży­wała do pracy przy kom­pu­te­rze, i spoj­rzała na moni­tor.

- No cóż, trzeba spró­bo­wać zna­leźć jakieś plusy. Jeśli odpo­wie­dzial­ność za to, co robię, spo­czywa na kimś innym, to będę miała wię­cej czasu, żeby się zająć tym, co mnie naprawdę inte­re­suje.

- Na przy­kład czym? Zamie­rzasz napi­sać kolejną serię arty­ku­łów? Zająć się ogród­kiem? Czy nauczyć się nur­ko­wać?

- Piszę tek­sty pio­se­nek - powie­działa Berit, nie prze­ry­wa­jąc czy­ta­nia.

Annika przy­glą­dała się przy­ja­ciółce ze zdzi­wie­niem.

- Piszesz pio­senki? Jakie pio­senki?

- Prze­boje. Mię­dzy innymi. Kie­dyś nawet wysła­li­śmy coś na jakiś festi­wal tele­wi­zyjny - rzu­ciła niby od nie­chce­nia, nie spusz­cza­jąc wzroku z moni­tora.

Annice opa­dła szczęka.

- Prze­stań. Byłaś w green roomie? Jakie to uczu­cie?

Berit spoj­rzała na nią.

- Moja pio­senka nie zakwa­li­fi­ko­wała się do grupy tysiąca dwu­stu naj­lep­szych. Ale ostat­nio sły­sza­łam, że jakiś zespół z Kram­fors grywa ją na róż­nych impre­zach w połu­dniowo-wschod­niej ?ngermanlandii. Czy­ta­łaś pismo pro­ku­ra­tor Lilian Ber­gqvist do Sądu Naj­wyż­szego?

- Nie, jesz­cze nie zdą­ży­łam. Jak się nazywa?

- Odwo­ła­nie w spra­wie...

- Twoja pio­senka.

Berit zdjęła oku­lary.

- Abso­lu­tely me. Cytuję w niej mię­dzy innymi kla­syka: to be, or not to be. Pra­cuję w tej redak­cji już trzy­dzie­ści dwa lata. Jeśli gazeta utrzyma się na powierzchni, to pew­nie prze­pra­cuję jesz­cze z dzie­sięć. Będę miała sześć­dzie­siąt pięć lat i zacznę myśleć o eme­ry­tu­rze. Lubię swoją pracę, lubię szu­kać infor­ma­cji, pisać arty­kuły, a kto mi je zleca i na jakim krze­śle sie­dzę, jest mi dość obo­jętne. - Zamil­kła, spoj­rzała uważ­nie na Annikę. - Masz wra­że­nie, że jestem zgorzk­niała, że się pod­da­łam?

Annika ode­tchnęła głę­boko.

- Nie. Prawdę mówiąc, czuję się dość podob­nie. Nie żebym marzyła o eme­ry­tu­rze, ale było już tyle zawi­ro­wań, że prze­sta­łam się tym przej­mo­wać. To be, or not to be. I co dalej?

- No more cry­ing, no self-deny­ing - powie­działa Berit, zało­żyła oku­lary i spoj­rzała w moni­tor. - Jak oce­niasz szanse Filipa Anders­sona na unie­win­nie­nie?

- To, że stara się o nie pro­ku­ra­tor gene­ralna, na pewno ma zna­cze­nie.

Annika weszła na stronę pro­ku­ra­tury, żeby zapo­znać się z wnio­skiem.

- Kilka mie­sięcy temu spo­tka­łaś się z nim w wię­zie­niu w Kumli - mówiła dalej Berit. - Wie­rzysz, że jest nie­winny?

Annika rzu­ciła okiem na wnio­sek. Ta zbrod­nia zawsze budziła przy­kre wspo­mnie­nia. Tam­tego wie­czoru towa­rzy­szyła patro­lowi, który jako pierw­szy przy­był na miej­sce zda­rze­nia. Nagle zna­la­zła się w samym cen­trum wyda­rzeń.

Potem wie­lo­krot­nie naty­kała się na nazwi­sko Anders­son w związku z mor­der­stwem poli­cyj­nego cele­bryty Davida Lin­dholma. Filip Anders­son był finan­si­stą. Zawo­dowo radził sobie cał­kiem dobrze, cho­ciaż czę­ściej poja­wiał się na zdję­ciach w plot­kar­skich maga­zy­nach niż na stro­nach poważ­nych pism zaj­mu­ją­cych się gospo­darką. Oczy­wi­ście do czasu, kiedy zasły­nął jako mor­derca z sie­kierą. On i David Lin­dholm przy­jaź­nili się.

- To jego sza­lona sio­stra oka­zała się mor­der­czy­nią - powie­działa Annika. Zamknęła stronę pro­ku­ra­tury. - Jak dobrze znasz Ric­karda Marména?

- Znam jak znam. Harald, mój szwa­gier, z któ­rym Thord cza­sem jeź­dzi na ryby, kupił w latach sie­dem­dzie­sią­tych miesz­ka­nie w Fuen­gi­roli. Kiedy dzieci były małe, jeź­dziliśmy tam cza­sem latem, a Ric­kard należy do ludzi, któ­rych nie można nie zauwa­żyć. Muszę ci powie­dzieć, że nie jestem tak do końca prze­ko­nana, że Filip Anders­son jest nie­winny.

- Rze­czy­wi­ście facet jest dość anty­pa­tyczny - przy­znała Annika.

"szwe­dzi hisz­pań­skie wybrzeże słońca" - wpi­sała w Google. Wyświe­tlił jej się adres www.costa­del­sol. Strona zaczęła się łado­wać, Annika pochy­liła się, żeby lepiej widzieć.

Na połu­dnio­wym wybrzeżu Hisz­pa­nii ist­niał szwedzki kanał nada­jący całą dobę reklamy po szwedzku. Wycho­dził też szwedzki mie­sięcz­nik i szwedzki dzien­nik, dzia­łali szwedzcy agenci nie­ru­cho­mo­ści, były szwedz­kie pola gol­fowe, szwedz­kie restau­ra­cje i sklepy sprze­da­jące szwedz­kie pro­dukty spo­żyw­cze. Byli szwedzcy den­ty­ści i szwedzcy wete­ry­na­rze, banki, firmy budow­lane i insta­la­to­rzy anten sate­li­tar­nych. Na róż­nych blo­gach zna­la­zła wpisy, z któ­rych można było wywnio­sko­wać, że kie­dyś wszystko było lep­sze. I kalen­darz aktu­al­nych wyda­rzeń, z któ­rego wyni­kało, że w szwedz­kim kościele obcho­dzi się dzień szwedz­kiej droż­dżówki z cyna­mo­nem. Nawet bur­mistrz Mar­belli oka­zał się Szwe­dem. No może nie do końca, ale miał żonę Szwedkę. Nazy­wała się Angela Mu?oz, dla zna­jo­mych Titti.

- Boże drogi - jęk­nęła Annika. - Mar­bella jest chyba bar­dziej szwedzka niż desz­czowy szwedzki dzień świę­tego Jana.

- Na pewno jest tam mniej szwedzka pogoda. - Berit się uśmiech­nęła.

- Ilu Szwe­dów tam mieszka?

- Około czter­dzie­stu tysięcy.

Annika unio­sła brwi.

- To wię­cej niż w Katri­ne­hol­mie.

- Czter­dzie­ści tysięcy mieszka tam na stałe. Znacz­nie wię­cej przy­jeż­dża tam na kró­cej.

- I w tej szwedz­kiej sie­lance zamor­do­wano całą rodzinę?

- Na to wygląda - powie­działa Berit. Pod­nio­sła słu­chawkę i wybrała numer pro­ku­ra­tury.

Annika czy­tała dalej: "Naj­now­sze wia­do­mo­ści z Hisz­pa­nii".

W La Cam­pana hisz­pań­ska poli­cja zare­kwi­ro­wała dużą par­tię nar­ko­ty­ków. Sie­dem­set kilo­gra­mów koka­iny zna­le­ziono w maga­zy­nie z owo­cami. Trzech sze­fów kon­tro­wer­syj­nej baskij­skiej par­tii ANV jest podej­rza­nych o popeł­nie­nie zbrodni. Kra­jowi znów grozi susza, w Sao Pedro wie­lo­ryb wypły­nął na brzeg, a ojciec Anto­nio Ban­de­rasa ma zostać pocho­wany w Mar­belli.

Annika wyszła z Google i weszła w redak­cyjne archi­wum.

Oka­zało się, że bar­dzo wielu zna­nych Szwe­dów ma domy albo miesz­ka­nia na połu­dniu Hisz­pa­nii. Akto­rzy, arty­ści, gwiazdy sportu, rekiny finan­sjery.

Się­gnęła po słu­chawkę i ponow­nie połą­czyła się z mię­dzy­na­ro­do­wym biu­rem nume­rów, tym razem szczę­ście jej dopi­sało. Popro­siła o numer restau­ra­cji La Gar­ra­pata, szwedz­kiego pisma "Sven­ska Maga­si­net", redak­cji gazety "Syd­ku­sten" i agen­cji nie­ru­cho­mo­ści Wasa. Wszyst­kie dzia­łały w oko­li­cach Malagi.

Dostała numery i zaczęła dzwo­nić.

Nikt nie wie­dział nic o mor­der­stwie, ale wszy­scy chęt­nie mówili o podob­nych zbrod­niach albo opo­wia­dali o histo­rii Malagi, o roz­woju mia­sta, o pogo­dzie, o miesz­kań­cach i o nasi­la­ją­cym się ruchu ulicz­nym.

Annika dowie­działa się, że pro­win­cja Malaga ma około miliona miesz­kań­ców, z czego pół miliona mieszka w samej Mala­dze, a około dwu­stu tysięcy w Mar­belli. Śred­nia tem­pe­ra­tura powie­trza zimą wynosi sie­dem­na­ście stopni, latem dwa­dzie­ścia sie­dem, sło­necz­nych dni jest rocz­nie trzy­sta dwa­dzie­ścia. Mia­sto zało­żyli Rzy­mia­nie tysiąc sześć­set lat przed Chry­stu­sem, a pier­wotna nazwa brzmiała Sal­duba. W 711 roku prze­jęli je Ara­bo­wie, nazwali je Maribi-la. W naj­star­szej czę­ści mia­sta na­dal można zna­leźć pozo­sta­ło­ści rzym­skich budowli.

- Kiedy my tu, na pół­nocy, cho­dzi­li­śmy w skó­rach, na połu­dniu już mieli bie­żącą wodę i kli­ma­ty­za­cję - powie­działa zdzi­wiona, odkła­da­jąc słu­chawkę.

- Zjemy razem lunch? - zapro­po­no­wała Berit.

Wylo­go­wały się, żeby mieć pew­ność, że nikt nie­po­żą­dany nie sko­rzy­sta z ich kont.

Kiedy Annika się­gała do torby po bon na lunch, na biurku zadzwo­nił tele­fon. Numer skła­dał się z jede­na­stu cyfr, zaczy­nał się od trzy­dzie­ści cztery.

- Annika Bengt­zon? Tu Ric­kard Marmén. Zaczą­łem szu­kać infor­ma­cji o wła­ma­niu. Wszystko się zga­dza.

Naj­wy­raź­niej był teraz gdzie indziej, nie sły­szała już szumu auto­strady. W tle było cicho.

- Tak... - powie­działa Annika. Na­dal szu­kała bonu.

- Wiesz coś o nich?

- O tych, któ­rzy zgi­nęli?

Zna­la­zła zmięty bon w prze­gródce na klu­cze.

- Wiesz, że to rodzina Seba­stiana Söderströma?

Już miała spy­tać: kogo? Nagle gwał­tow­nie zaczerp­nęła powie­trza.

- Tego hoke­isty? - spy­tała, upusz­cza­jąc bon na biurko.

- Jakieś dzie­sięć lat temu zakoń­czył karierę w NHL. Teraz mieszka tutaj, pro­wa­dzi klub teni­sowy. Jeśli to prawda, to zgi­nęli wszy­scy, łącz­nie z teściową.

- Seba­stian Söderström nie żyje? - powie­działa Annika gło­śno, macha­jąc do Berit, która była już w dro­dze do sto­łówki. - Zamor­do­wani to Szwe­dzi?

- Miał żonę i dwójkę małych dzieci.

- Seba­stian Söderström? O co cho­dzi? - spy­tał Patrik, który nagle zna­lazł się przy Annice.

Annika odwró­ciła się do niego ple­cami, zatkała ucho pal­cem.

- To pewne? - dopy­ty­wała się.

- Na sto pro­cent.

- Ktoś może to potwier­dzić?

- Nie mam poję­cia, skar­bie, ale teraz już wiesz - powie­dział Marmén i odło­żył słu­chawkę. Nie miała szansy odpo­wie­dzieć.

- O co cho­dzi? - Patrik nie odpusz­czał.

Berit wró­ciła, poło­żyła torebkę na stole.

- Sprawdź Seba­stiana Söderströma na pagi­nas­blan­cas.se - powie­działa Annika.

Berit zalo­go­wała się ponow­nie do sieci, weszła na stronę i zaczęła czy­tać: Las Estrel­las de Mar­bella, Nueva Andalucía.

Numer dzie­wię­cio­cy­frowy, zaczy­nał się od dzie­więć­set pięć­dzie­siąt dwa.

- Co się dzieje? - spy­tał znowu Patrik, uno­sząc ręce do sufitu, jakby chciał pod­kre­ślić ogrom kło­po­tów, jakie na niego spa­dły.

- Muszę coś spraw­dzić - powie­działa Annika i zaczęła wybie­rać numer willi w Las Estrel­las de Mar­bella. Po pię­ciu sygna­łach ode­zwała się poczta gło­sowa: Ha lla­mado a nuevo cino dos... Annika odło­żyła słu­chawkę, wybrała bez­po­średni numer do dyżur­nego w Mini­ster­stwie Spraw Zagra­nicz­nych.

- Nie rób sobie zbyt dużych nadziei - powie­działa Berit, kiedy się zorien­to­wała, gdzie Annika dzwoni. - Oni zwy­kle dowia­dują się o wszyst­kim ostatni.

Po tsu­nami pra­cow­nicy mini­ster­stwa tro­chę się zmo­bi­li­zo­wali i przez jakiś czas kon­takty były lep­sze, ale teraz wszystko wró­ciło już do normy.

- Nazy­wam się Annika Bengt­zon, dzwo­nię z redak­cji "Kvällspressen" - przed­sta­wiła się, kiedy ktoś w końcu raczył ode­brać. - Potrze­buję potwier­dze­nia infor­ma­cji, że rodzina, która dzi­siaj w nocy zgi­nęła pod­czas wła­ma­nia z uży­ciem gazu w Las Estrel­las de Mar­bella w połu­dnio­wej Hisz­pa­nii, to oby­wa­tele Szwe­cji.

- Nic o tym nie wiemy - ucięła kobieta.

- Mogłaby pani to spraw­dzić? - popro­siła Annika naj­grzecz­niej, jak umiała, i odło­żyła słu­chawkę.

- Nie znam hisz­pań­skiego na tyle, żeby się poro­zu­mieć z hisz­pań­ską poli­cją - powie­działa Berit.

- Ja też nie - przy­znała Annika.

- Inter­pol! - zawo­łała Berit.

- Euro­pol - popra­wiła ją Annika. - Są bar­dziej ope­ra­tywni.

- Co się dzieje?! - wrza­snął Patrik.

Annika wzdry­gnęła się i ze zdzi­wie­niem spoj­rzała na kolegę, a wła­ści­wie na szefa działu wia­do­mo­ści.

- Dotar­łam do źró­dła, które twier­dzi, że zamor­do­wana w Hisz­pa­nii rodzina to Seba­stian Söderström, jego żona, dzieci i teściowa.

Patrik odwró­cił się na pię­cie, przy­ło­żył dło­nie do ust i wrza­snął:

- Sport!

Annika pode­szła bli­żej, chwy­ciła go za ramię.

- Uspo­kój się. Muszę to jesz­cze potwier­dzić - powie­działa. Patrik odwró­cił się i spoj­rzał na nią. - Nie wolno im nic napi­sać, dopóki nie będziemy pewni, że to prawda.

- Niech spró­bują się cze­goś dowie­dzieć.

- Co mają mówić? Że nam się wydaje, że nie żyje? Nawet jeśli tak jest, to nie wiemy, czy już powia­do­miono jego rodzinę.

- Powie­dzia­łaś, że wszy­scy nie żyją.

Annika wes­tchnęła.

- Pew­nie ma rodzeń­stwo, rodzi­ców.

Zro­biła krok w tył, sta­nęła tuż przy nim, się­gała mu do jabłka Adama.

- Posłu­chaj mojej rady, sze­fie. Poha­muj swój entu­zjazm. Jeśli na­dal będziesz tak pędzić, to zanim się obej­rzysz, wylą­du­jesz w rowie.

Patrik zbladł.

- Masz mi za złe, że to nie cie­bie awan­so­wali - powie­dział i ruszył w stronę działu spor­to­wego.

- Trzeba to wszystko spraw­dzić - powie­działa Berit, się­ga­jąc po słu­chawkę.

Po kilku roz­mo­wach miały pew­ność. Hisz­pań­ska poli­cja potwier­dziła, że pięć osób miesz­ka­ją­cych pod Mar­bellą zmarło w nocy pod­czas wła­ma­nia z uży­ciem gazu. Tak to okre­ślili. Bliż­szych infor­ma­cji o toż­sa­mo­ści i naro­do­wo­ści ofiar można się spo­dzie­wać jutro koło połu­dnia.

Annika i Berit posta­no­wiły zro­bić sobie prze­rwę i pójść na lunch.

- Sport nie jest moją naj­moc­niej­szą stroną - stwier­dziła Berit, kiedy zasia­dły nad por­cjami pie­czeni przy sto­liku przy oknie. - Co to za czło­wiek?

Annika ugry­zła kawa­łek chrup­kiego chleba i spoj­rzała na roz­cią­ga­jącą się za oknem sza­rość.

- Zawo­dowy hoke­ista, przez wiele sezo­nów grał w NHL, naj­pierw w Ana­heim Ducks, potem w Colo­rado Ava­lan­che. Był obrońcą. Na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych grał w Trzech Koro­nach. Jeśli dobrze pamię­tam, to wła­śnie wtedy nasza dru­żyna zdo­była złoto na mistrzo­stwach świata. Nawet dwa razy, w 1991 w Fin­lan­dii i w 1992 w Cze­cho­sło­wa­cji...

Berit odło­żyła wide­lec.

- Skąd ty to wszystko wiesz?

Annika wypiła łyk wody, prze­łknęła gło­śno.

- Był ido­lem Svena - powie­działa.

Berit wię­cej nie pytała.

- Gasnące gwiazdy. W spo­rcie pew­nie jest tak samo. Czarne dziury, które przy­cią­gają nie­szczę­ście.

Annika na­dal wpa­try­wała się w okno. Na szy­bie poja­wiły się duże kro­ple desz­czu.

- Cie­kawe, jak to jest prze­żyć szczy­towy moment swo­jego życia, kiedy się ma dwa­dzie­ścia cztery lata i całe życie przed sobą.

Daro­wały sobie kawę i wró­ciły do redak­cji.

Przy krze­śle Anniki stał Patrik, prze­stę­po­wał z nogi na nogę.

- Mam coś dla cie­bie. Dzi­siaj po połu­dniu Kicki Pop popro­wa­dzi pro­gram przed "Pod­su­mo­wa­niem dnia". Zadzwoń do Erika Pon­tiego z "Echa" i poproś go o komen­tarz.

Annika przy­glą­dała się sze­fowi wia­do­mo­ści, cze­kała na śmiech, który roz­ła­duje sytu­ację. Ale nikt się nie roze­śmiał.

- Żar­tu­jesz sobie ze mnie? - spy­tała w końcu. - Zaj­muję się mor­der­stwem w Mar­belli, to może być naprawdę duża rzecz. Mieszka tam mnó­stwo Szwe­dów, któ­rzy...

- Berit może się tym zająć. Ty masz inne zada­nie.

Annika nie wie­rzyła wła­snym uszom.

- Mam zadzwo­nić do Erika Pon­tiego i namó­wić go, żeby zmie­szał z bło­tem kole­żankę z redak­cji? Która nie dość, że jest młoda, to jesz­cze jest blon­dynką?

- Facet sły­nie z tego, że jedzie równo po wszyst­kich laskach...

Annika usia­dła na krze­śle, wypro­sto­wała się.

- To, że Ponti jest nadę­tym bufo­nem, nie zna­czy, że jest głupi. Raz zda­rzyło mu się skry­ty­ko­wać kole­żankę, zresztą słusz­nie. Ale bio­rąc pod uwagę to, ile musiał się wtedy nasłu­chać, wąt­pię, żeby chciał to powtó­rzyć.

- Dzwoń - powie­dział Patrik, nachy­la­jąc się nad nią.

Annika schy­liła głowę, się­gnęła po słu­chawkę i zadzwo­niła do redak­cji "Echa".

Erik Ponti nie chciał roz­ma­wiać ani o Kicki Pop, ani o jej pro­gra­mie.

- Dziwne, prawda? - rzu­ciła Annika.

Wło­żyła kurtkę i ruszyła do drzwi.

- Dokąd idziesz?! - zawo­łał za nią Patrik.

- O dru­giej mam spo­tka­nie.

- Z kim?

- Ochrona źró­dła. Znasz takie poję­cie?

- Nie przed prze­ło­żo­nym - powie­dział Patrik.

Annika zauwa­żyła, że jego uszy zro­biły się pur­pu­rowe.

- Nie przed redak­to­rem odpo­wie­dzial­nym - popra­wiła go.

Poszła do dyżurki, do Torego Wiel­kiego, i pokwi­to­wała odbiór samo­chodu.

Padało coraz bar­dziej, wycie­raczki pra­co­wały bez prze­rwy. Było zale­d­wie wpół do dru­giej, ale mrok szybko gęst­niał, wśli­zgi­wał się mię­dzy zmar­z­nię­tych prze­chod­niów, ochla­pane bło­tem latar­nie i sunące drogą tiry z migo­czą­cymi świa­tłami.

Jechała na zachód, w stronę Enköping. Minęła Ris­sne, Rin­keby i Ten­stę, wyso­kie bloki, niskie sze­re­gowe domki, puste szkoły i porzu­cone boisko pił­kar­skie. Przed sta­cją kolejki pod­miej­skiej w Bar­karby na auto­stra­dzie utwo­rzył się korek. Wychy­liła się do przodu, wyj­rzała przez szybę. Może to wypa­dek, może powinna zadzwo­nić do redak­cji. Chyba jed­nak nie. Może samo­chód potrą­cił pie­szego? Albo ktoś wpadł pod pociąg? Takie rze­czy się zda­rzają.

Wkrótce samo­chody ruszyły, powoli, jeden za dru­gim. Zabu­do­wań było coraz mniej, ustę­po­wały miej­sca zakła­dom prze­my­sło­wym i lasom. Nawierzch­nia była kiep­ska. Sza­ro­bura glina pry­ska­jąca spod kół jadą­cego przed nią samo­chodu ochla­py­wała jej szybę, wycie­raczki pra­co­wały na peł­nych obro­tach. Włą­czyła radio, tra­fiła w śro­dek bloku rekla­mo­wego, wyłą­czyła.

Kra­jo­braz znów się zmie­nił: zakłady prze­my­słowe znik­nęły, został las. Gałę­zie sosen wycią­gały się w stronę samo­chodu, brud­nego volvo, któ­rym jechała do Gar­phyt­tan tego gru­dnio­wego dnia, kiedy zna­la­zła Ale­xan­dra.

Doje­chała do Brunna, skrę­ciła w prawo, na Roli­ghe­ten. Nagle deszcz ustał i zapa­dła cisza. Annika kiep­sko orien­to­wała się w tere­nie, więc zawsze dokład­nie stu­dio­wała mapy i opisy drogi. Wie­działa, że w Ler­berga musi skrę­cić w lewo, potem, po ośmiu­set metrach znów w lewo, minąć Forn­sta, prze­je­chać przez dawne tereny woj­skowe, a potem skrę­cić w prawo.

Jechała do Lejong?rden, do Domu Pomocy Rodzi­nie, nad jezio­rem Lejondalssjön, gdzie obec­nie prze­by­wała Julia ze swoim syn­kiem.

Annika obie­cała, że ich odwie­dzi, ale długo nie mogła się zmo­bi­li­zo­wać. Nie bar­dzo wie­działa, czego się spo­dzie­wać. Spo­tkała się z Julią zale­d­wie dwa razy, w dość wyjąt­ko­wych oko­licz­no­ściach.

Za pierw­szym razem nie­ocze­ki­wa­nie zna­la­zły się na miej­scu zbrodni, przy Sankt Pauls­ga­tan, na Söder. Annika towa­rzy­szyła poli­cyj­nemu patro­lowi z radio­wozu szes­na­ście sie­dem­na­ście, Julii i dru­giej funk­cjo­na­riuszce, Ninie Hof­f­man. Wezwano je do domo­wej awan­tury na Södermalmie. Nic nie zapo­wia­dało tra­ge­dii, więc poli­cjantki pozwo­liły, żeby poszła z nimi. Kiedy się oka­zało, że na miej­scu są trzy trupy, Nina natych­miast kazała jej się wyco­fać.

Drugi raz widziały się już po aresz­to­wa­niu Julii. Kobietę podej­rze­wano o zamor­do­wa­nie męża, zna­nego poli­cjanta Davida Lin­dholma, i synka, Ale­xan­dra. Została ska­zana na doży­wo­cie, mimo że cały czas twier­dziła, że jest nie­winna, że jej męża zabiła inna kobieta, która potem porwała dziecko. Ale nikt jej nie słu­chał.

Jej synka widziała tylko raz. Tej nocy, kiedy zna­la­zła go w let­nim domku Yvonne Nor­din w pobliżu Gar­phyt­tan. Był tam wię­ziony przez sie­dem mie­sięcy.

Świa­tła reflek­to­rów oświe­tliły drew­nianą czer­woną fasadę. Ściany lekko błysz­czały, co ozna­czało, że dom poma­lo­wano olejną farbą, nie tra­dy­cyjną. Annika domy­śliła się, że jest na miej­scu. Wje­chała na podwó­rze, zatrzy­mała się, zacią­gnęła hamu­lec ręczny, wyłą­czyła świa­tła. Sie­działa chwilę w ciem­no­ści, nie wyłą­czyła sil­nika.

Lejong?rden. Niski, ciemny par­te­rowy budy­nek nad jezio­rem Lejonsjöen. Wygląda jak przed­szkole albo kame­ralny dom star­ców, pomy­ślała. W świe­tle lampy wiszą­cej nad wej­ściem widać było nie­wielki plac zabaw. W głębi, za domem, spo­kojną szarą wodę jeziora.

Chcia­ła­bym ci podzię­ko­wać, powie­działa Julia przez tele­fon. Jej słowa wpra­wiły Annikę w zakło­po­ta­nie.

Popra­wiła włosy, wyłą­czyła sil­nik, wysia­dła.

Zatrzy­mała się tuż przed drzwiami, spoj­rzała na jezioro. Nagie brzozy drżały lekko na brzegu, ich gałę­zie były rów­nie szare jak woda. Nieco w głębi widać było poro­śniętą lasem nie­wielką wysepkę. Z daleka dobie­gał cichy szum auto­strady.

Drzwi się otwo­rzyły, wychy­liła się kobieta w luź­nym swe­trze i kap­ciach z owczego futra.

- Annika Bengt­zon? Witaj. Jestem Hen­rietta.

Podały sobie ręce. Hen­rietta? Powin­nam była to wie­dzieć? - zasta­na­wiała się Annika.

- Julia i Ale­xan­der cze­kają na cie­bie.

Weszła, poczuła lekki zapach stę­chli­zny i lat sie­dem­dzie­sią­tych. Jasne lino­leum na pod­ło­dze, jasno­ró­żowe ściany ze szkla­nego włókna, pla­sti­kowe listwy przy­po­dło­gowe. Za na wpół przy­mknię­tymi drzwiami widać było duży, jasno oświe­tlony pokój. Przy for­ni­ro­wa­nych sto­li­kach stały brą­zowe pla­sti­kowe krze­sła. Usły­szała czyjś śmiech.

- Mam prośbę. Zacho­wuj się nor­mal­nie - powie­działa Hen­rietta.

Annika czuła, że cała tężeje.

- Tędy...

Hen­rietta skrę­ciła w lewo. Szły dłu­gim wąskim kory­ta­rzem: po pra­wej drzwi, po lewej okna wycho­dzące na par­king.

- Przy­po­mi­nają mi się podróże pocią­giem w mło­do­ści - powie­działa Annika. Miała nadzieję, że zabrzmi to natu­ral­nie.

Hen­rietta udała, że jej nie usły­szała. Zatrzy­mała się przy drzwiach gdzieś pośrodku, zapu­kała lekko.

Annika zauwa­żyła, że w drzwiach nie ma zam­ków. Nie było też tabli­czek z nume­rami. Przed wyjaz­dem prze­czy­tała na stro­nie, że zakład stara się zapew­nić miesz­kań­com "domowe warunki i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa".

Drzwi się otwo­rzyły, żółty trój­kąt świa­tła wyto­czył się na kory­tarz.

Hen­rietta zro­biła krok w tył.

- Ale­xan­der upiekł cia­sto - powie­działa, pusz­cza­jąc Annikę przo­dem. - Daj znać, jeśli będziesz chciała, żebym zabrała Ale­xan­dra - zwró­ciła się do kogoś w pokoju.

Annika zatrzy­mała się w progu.

Pokój był o wiele więk­szy, niż się spo­dzie­wała. Pro­sto­kątny, z dużym oknem i wyj­ściem na taras. Podwójne łóżko i mniej­sze, dla dziecka. W głębi kanapa, tele­wi­zor i kuchenny stół z czte­rema krze­słami.

Przy stole sie­działa Julia Lin­dholm. Miała na sobie swe­ter z za dłu­gimi ręka­wami, włosy ścią­gnęła w koń­ski ogon. Obok niej sie­dział jej synek. Ple­cami do drzwi. Ruchy jego rąk wska­zy­wały na to, że rysuje.

Julia pod­bie­gła do niej i mocno ją objęła.

- Jak miło, że przy­je­cha­łaś - powie­działa, na­dal ją obej­mu­jąc.

Annika wycią­gnęła tylko dłoń na powi­ta­nie. Zmie­szała się, tro­chę nie­po­rad­nie odwza­jem­niła uścisk. Usły­szała, jak drzwi się zamy­kają.

- To chyba oczy­wi­ste. Że chcia­łam się z wami zoba­czyć.

- Nie­wielu oso­bom wolno nas odwie­dzać - powie­działa Julia. Puściła już Annikę i pode­szła do kanapy. - Moi rodzice byli tu na Boże Naro­dze­nie, kilka razy odwie­dziła nas Nina, ale nie zgo­dzi­łam się, żeby przy­je­chała stuk­nięta matka Davida. Nie chcę jej tu widzieć. Pozna­łaś ją?

- Matkę Davida? Nie.

Annika rzu­ciła torbę i kurtkę na pod­łogę, obok kanapy. Spoj­rzała na chłopca, na jego scho­waną za wło­sami twarz. Ryso­wał coś dużymi kred­kami, przy­ci­skał je mocno do kartki, nie pod­no­sząc głowy. Pode­szła do niego ostroż­nie, kuc­nęła, pró­bo­wała uchwy­cić jego spoj­rze­nie.

- Cześć - powie­działa. - Jestem Annika. Co rysu­jesz?

Chło­piec zaci­snął zęby jesz­cze moc­niej, kredki zaczęły się poru­szać jesz­cze szyb­ciej. Grube, czarne kre­ski.

- Bab­cia już nie myśli jasno. Spo­tka­nie w takim dziw­nym miej­scu mogłoby tylko wszystko pogor­szyć. Spo­tkamy się z bab­cią, jak już wró­cimy do domu, prawda, synku?

Chło­piec nie zare­ago­wał. Kartka zapeł­niała się czar­nymi kre­skami. Annika usia­dła na krze­śle obok Julii.

- Nie­wiele mówi - powie­działa Julia cicho. - Pocie­szają mnie, że to nic nie­po­ko­ją­cego, że to minie.

- Ale coś w ogóle mówi? - spy­tała Annika.

Uśmiech znik­nął z ust Julii, pokrę­ciła głową.

Ze mną roz­ma­wiał, pomy­ślała Annika. Wtedy, w nocy. Powie­dział kilka zdań. "Są jesz­cze sło­dy­cze? Ona jest głu­pia. Bar­dzo głu­pia. Lubię te zie­lone".

Julia pode­szła do okna, sta­nęła ple­cami do pokoju. Annika zoba­czyła w szy­bie, że obgryza pazno­kieć. Nagle nie­mal rzu­ciła się do tele­fonu, który wisiał na ścia­nie przy drzwiach pro­wa­dzą­cych na taras.

- Hen­rietto, mogła­byś się zająć Ale­xan­drem? Tak, teraz. Dzię­kuję.

Kiedy odło­żyła słu­chawkę, zapa­dła nie­mal elek­try­zu­jąca cisza. Annika miała sucho w ustach, poczuła, że drę­twieją jej palce. Poło­żyła dło­nie na kola­nach, spoj­rzała na pier­ścio­nek ze szma­rag­dem po babci. Zanim przy­szła opie­kunka, czy kim­kol­wiek kobieta była, minęła dobra minuta. Cała wiecz­ność. Pode­szła do Ale­xan­dra i wzięła go za rączkę.

- Chodź - powie­działa. - Obej­rzymy sobie film, dobrze? O Nemo. - Odwró­ciła się do Anniki. - O małej rybce, która się zgu­biła tatu­siowi, ale na szczę­ście udało jej się wró­cić do domu.

- Tak, wiem - powie­działa Annika.

Zostały same, w pokoju zapa­dła cisza.

- Pra­cuję w "Kvällspressen" - powie­działa w końcu Annika. - Mogę coś o tobie napi­sać? O tobie i o Ale­xan­drze. O tym, jak wam tu jest.

Julia na­dal obgry­zała pazno­kieć.

- Jesz­cze nie - ode­zwała się w końcu. - Może póź­niej. Tak, póź­niej. Chęt­nie ci o wszyst­kim opo­wiem, ale teraz mam w gło­wie okropny mętlik.

Annika cze­kała w mil­cze­niu. Nie spo­dzie­wała się, że Julia zgo­dzi się opo­wie­dzieć jej o swo­ich prze­ży­ciach już dzi­siaj, ale miała nadzieję, że kie­dyś to nastąpi. Dla mediów sprawa się koń­czy, kiedy prze­stępca zostaje zła­pany i ska­zany. O skut­kach jego czynu, o tym, co czują ofiary, o ich dłu­giej dro­dze powrot­nej do rze­czy­wi­sto­ści, do w miarę nor­mal­nego życia, na ogół się nie pisze.

- Mam w sobie mnó­stwo zło­ści - powie­działa Julia cicho, jakby zdzi­wiona. - Jestem wście­kła na cały świat.

Pode­szła powoli do stołu, usia­dła na krze­śle, na któ­rym przed chwilą sie­dział Ale­xan­der. Była taka drobna, że nie­mal ginęła w za dużym swe­trze.

- To podobno też nor­malne. Tak mi mówią. Tu wszystko jest takie cho­ler­nie nor­malne!

Ze zło­ścią roz­ło­żyła ręce.

- Jeste­ście tu od chwili, kiedy wyszłaś z wię­zie­nia? - spy­tała Annika.

Julia ski­nęła głową.

- Był śro­dek nocy. Zawieźli mnie do sądu o wpół do dru­giej w nocy, a potem od razu tutaj. Ale­xan­der już tu był.

Wyj­rzała przez okno. Było już ciemno.

- W aresz­cie bar­dzo źle się czu­łam. Tutaj na początku też. Ale­xan­der nie chciał mnie znać. Odwra­cał się ode mnie, akcep­to­wał tylko Hen­riettę.

- To też cał­kiem nor­malne - powie­działa Annika.

Obie się roze­śmiały.

- Widzę, że mnie rozu­miesz. Ale muszę przy­znać, że pra­cują tu praw­dziwi pro­fe­sjo­na­li­ści. Nina wszystko dokład­nie spraw­dziła i też tak twier­dzi. To podobno rolls-royce wśród takich ośrod­ków. Ale w końcu należy nam się jakaś rekom­pen­sata od pań­stwa za nie­spra­wie­dli­wość, która nas spo­tkała...

Annika miała wra­że­nie, że słu­cha Niny Hof­f­man, naj­lep­szej przy­ja­ciółki Julii. Razem stu­dio­wały, a potem razem pra­co­wały, jeź­dziły w jed­nym patrolu. Kiedy Annika zain­te­re­so­wała się sprawą Davida Lin­dholma, Nina była jed­nym z jej źró­deł. Miała ją przed oczami: jej szczu­płą syl­wetkę, ścią­gnięte w koń­ski ogon włosy, rezo­lutne spoj­rze­nie, w któ­rym widać było chęć dzia­ła­nia.

Julia wstała.

- Może napi­jesz się kawy? Jest w ter­mo­sie. I to nie Ale­xan­der upiekł cia­sto, tylko Hen­rietta. Ale­xan­der sie­dział obok niej i ryso­wał gniazda srok. - Się­gnęła po rysu­nek synka - leżał na wierz­chu, na sto­sie róż­nych kar­tek - i poka­zała go Annice. Nie­mal każdy mili­metr spo­rego arku­sza pokry­wała plą­ta­nina czar­nych kre­sek. - To też nor­malne - powie­działa, odkła­da­jąc rysu­nek.

- Może jed­nak napiję się kawy. Nasza, w redak­cji, nie nadaje się do picia. Podej­rze­wamy, że ktoś dolał do pojem­nika na wodę kocich szczyn.

Julia wska­zała na ter­mos, ale nie ruszyła się z miej­sca.

- Mamy tu zostać co naj­mniej trzy mie­siące. Dla dobra Ale­xan­dra podobno. Potem będziemy pod ich opieką jesz­cze dwa do sze­ściu mie­sięcy. Ale póź­niej podobno też powin­ni­śmy jesz­cze przez jakiś czas pozo­sta­wać w kon­tak­cie z psy­cho­lo­giem. Teraz sku­piamy się głów­nie na rela­cjach rodzic-dziecko. Obie­cano mi wspar­cie, także potem, już po powro­cie do domu...

Julia zakryła twarz dłońmi i zaczęła pła­kać.

Annika nalała sobie kawy, zakrę­ciła ter­mos, posta­wiła go na stole.

- To zro­zu­miałe, że jesteś zła. I ty, i Ale­xan­der. Nie wie­rzę ślepo psy­chia­trom, ale w tym wypadku chyba mają rację. Oboje macie prawo do zło­ści.

Julia się­gnęła po leżącą na stole ser­wetkę i wytarła nos.

- Podobno dla takiego małego dziecka pół roku to jak całe życie. Alex spę­dził tam w lesie sie­dem mie­sięcy, z tą sza­loną babą. Nic dziw­nego, że jest zły. Nawet jeśli pytał, gdzie jeste­śmy, ja i David, nie sądzę, żeby mu odpo­wia­dała. Dla niego rów­nie dobrze mogli­śmy nie żyć. Leka­rze twier­dzą, że sam też czuł się zagro­żony. Miał dużo sinia­ków i zadra­pań na całym ciele. Pew­nie go biła.

- A jak teraz się czuje?

- Przy­cho­dzi cza­sem do mnie, ale wciąż nie chce na mnie patrzeć. W nocy źle śpi, budzi się, pła­cze. No i zaczął się moczyć, musie­li­śmy wró­cić do pie­luch.

- A tak w ogóle to co robi­cie? - dopy­ty­wała się Annika. Wypiła łyk kawy, była nie­wia­ry­god­nie dobra.

- Mam indy­wi­du­alne spo­tka­nia z psy­cho­lo­giem, wkrótce zacznę tera­pię gru­pową, będę też miała oka­zję poroz­ma­wiać z innymi mat­kami. To podobno bar­dzo dużo daje. A Ale­xan­der się bawi. W pia­skow­nicy. Albo coś rysuje, cza­sem gra w piłkę. Po powro­cie do domu przej­dzie pod opiekę rejo­no­wego psy­cho­loga dzie­cię­cego. - Nagle roze­śmiała się ner­wowo. - Strasz­nie dużo mówię. I nawet ci nie podzię­ko­wa­łam za wszystko, co dla nas zro­bi­łaś. To prze­cież twoja zasługa, że...

Annika ści­snęła fili­żankę.

- W porządku. Cie­szę się, że mogłam wam pomóc.

Znów zapa­dła cisza.

- Jak ci minęły święta? - spy­tała w końcu Julia.

Annika odsta­wiła fili­żankę, posta­wiła ją na spodku.

Zasta­na­wiała się, czy powie­dzieć Julii prawdę. O tym, że w Wigi­lię sie­działa z dziećmi wśród nie­roz­pa­ko­wa­nych kar­to­nów w miesz­ka­niu na Sta­rym Mie­ście, że oglą­dali na kom­pu­te­rze Kaczora Donalda i jedli szynkę z super­mar­ketu. Że w syl­we­stra prze­ka­zała dzieci ich ojcu, z któ­rym zostaną aż do Trzech Króli, i że podej­rzewa, że jest im u niego znacz­nie lepiej.

- W porządku - odpo­wie­działa. - Mam dużo pracy. Dzi­siaj muszę jesz­cze napi­sać o mor­der­stwie na hisz­pań­skim Wybrzeżu Słońca. Paskudna sprawa.

Julia wstała, odwró­ciła się do niej ple­cami.

- Costa del Sol to okropne miej­sce. Este­pona jest straszna.

Annika spoj­rzała na swoje dło­nie. Wspo­mniała o Hisz­pa­nii nie w porę. Zapo­mniała, że Julia i David prze­żyli tam przy­kre chwile.

- Prze­pra­szam - powie­działa. - Nie chcia­łam...

- Miesz­ka­li­śmy tam pół roku. David wła­ści­wie cały czas podró­żo­wał. Ja byłam w ciąży, nie mia­łam samo­chodu, do sklepu było kilka kilo­me­trów, w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale...

- Musiało ci być ciężko.

Julia wzru­szyła ramio­nami.

- Był taj­nym agen­tem. Cza­sem wyjeż­dżał na dwa tygo­dnie i nie dawał znaku życia. Cała ta prze­klęta ope­ra­cja trwała kilka lat. Kilka lat! - Odwró­ciła się. - Ni­gdy mi nie powie­dział, o co w tym wszyst­kim tak naprawdę cho­dziło. Czy to były pro­chy, czy pra­nie brud­nych pie­nię­dzy, nie wiem, po pro­stu nie wiem... - Pochy­liła się nad Anniką. - Wiesz, co w tym wszyst­kim było naj­gor­sze? Że tak strasz­nie się bałam, że coś mu się sta­nie. Że ktoś mu coś zrobi. I co się oka­zało? - Roze­śmiała się gło­śno. - Prze­le­ciał o jedną laskę za dużo. Odstrze­liła mu fiuta, mnie zamknęli, a Ale­xan­dra... - Pode­szła do Anniki, spoj­rzała jej w oczy. - To wszystko zostawi trwały ślad w jego psy­chice. A nikt mi nie wie­rzył! - Ude­rzyła dłońmi w stół, fili­żanki pod­sko­czyły. - Nikt mi nie wie­rzył!

Annika poczuła, że wizyta dobie­gła końca.

Odsu­nęła fili­żankę, wstała.

Julia opa­dła na drew­niane krze­sło, patrzyła przed sie­bie pustym wzro­kiem.

- I pomy­śleć, że to Yvonne Nor­din. Ze wszyst­kich ludzi na świe­cie wła­śnie ona.

Annika zamarła.

- Jak to? Zna­łaś ją?

Julia pokrę­ciła głową.

- Ni­gdy jej nie spo­tka­łam, Filipa Anders­sona zresztą też.

Annika pode­szła do drzwi, się­gnęła po kurtkę.

- A skoro mowa o Fili­pie Anders­so­nie, to nie wiem, czy wiesz, że pro­ku­ra­tor gene­ralna wnio­sła dzi­siaj o jego unie­win­nie­nie.

Julia pod­nio­sła głowę.

- Nina się ucie­szy - powie­działa bez­dź­więcz­nie.

Annika stała z kurtką w ręku.

- Nina Hof­f­man? Dla­czego?

Julia zaczęła się mocno dra­pać w lewą dłoń.

- Na pewno się ucie­szy. To jej brat.

***

Annika wsia­dła do samo­chodu i natych­miast się­gnęła po komórkę. Wybrała numer Niny Hof­f­man.

Dla­czego, do dia­bła, nie powie­działa jej, że jest sio­strą Filipa Anders­sona i Yvonne Nor­din?

Usły­szała trza­ski, coś zaszu­miało, dopiero po dłuż­szej chwili roz­legł się pierw­szy sygnał, potem kolejny. Wpa­try­wała się w ciemne okna.

Ile razy roz­ma­wiała z Niną o mor­der­stwie na Söder? O tym, czy Filip Anders­son jest winny, czy nie? O jego kon­tak­tach ze świa­tem prze­stęp­czym i z Davi­dem Lin­dhol­mem? Kiedy jesie­nią odwie­dziła Anders­sona w wię­zie­niu, natych­miast poje­chała do Niny do domu i wszystko jej opo­wie­działa...

Sygnał w słu­chawce zmie­nił się na zajęty, jakby ktoś odrzu­cił połą­cze­nie.

Nina cały czas ukry­wała swoją tajem­nicę, może nawet cza­sem kła­mała, może roz­ma­wiała z nią tylko po to, żeby coś od niej wycią­gnąć albo mani­pu­lo­wać nią, żeby pisała tak, jak sobie życzyła.

Wybrała numer jesz­cze raz. Zoba­czyła, że w budynku, w kory­ta­rzu, zapa­liło się świa­tło. Hen­rietta wra­cała z Ale­xan­drem do pokoju. Widziała jego jasne krę­cone włosy, pod­ska­ki­wały przy każ­dym kroku.

Usły­szała trzask, ode­zwała się poczta gło­sowa Telii. Roz­łą­czyła się, jakby ją zła­pano na robie­niu cze­goś, czego nie powinno się robić.

Zaufała Ninie, a Nina ją zawio­dła.

Kiedy ją popro­siła, żeby zdo­była pasz­por­towe zdję­cie Yvonne Nor­din, nawet się nie zająk­nęła, że to jej sio­stra.

Wybrała numer po raz trzeci. Znów poczta gło­sowa. Odchrząk­nęła.

- Cześć, mówi Annika Bengt­zon. Wszyst­kiego dobrego w Nowym Roku. Zadzwoń do mnie, jak odbie­rzesz wia­do­mość, dobrze? Cześć.

Potem zadzwo­niła do cen­trali poli­cji, popro­siła o połą­cze­nie z komi­sa­ria­tem przy Tor­kel Knuts­sons­ga­tan. Ode­brał dyżurny, nie­jaki Sisulu.

- Nina Hof­f­man jest na urlo­pie. Wraca dopiero w nie­dzielę.

Podzię­ko­wała i poło­żyła komórkę na sie­dze­niu pasa­żera. Odpa­liła sil­nik, wyje­chała na szosę i ruszyła z powro­tem do redak­cji.

Kiedy była na wyso­ko­ści Kallhäll, nagle dotarło do niej, że nie musi się aż tak spie­szyć.

Nie miała ochoty wra­cać do kar­te­czek Patrika, nie tęsk­niła też za swoim peł­nym nie­roz­pa­ko­wa­nych kar­to­nów trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niem przy Agne­ga­tan.

Kiedy na sie­dze­niu pasa­żera zadzwo­niła komórka, a na wyświe­tla­czu poka­zał się numer jej byłego męża, dziw­nie się ucie­szyła.

- Cześć. Mówi Tho­mas.

Zaczerp­nęła powie­trza. Radość prze­peł­niała jej pierś.

- Cześć - powie­działa nieco zbyt wesoło.

- Co robisz? Dokądś jedziesz?

Roze­śmiała się cicho i poczuła, jak zalewa ją fala cie­pła.

- Służ­bowo. Ale już wra­cam. Nie ma dużego ruchu.

- Posłu­chaj, wła­śnie pla­nu­jemy Wiel­ka­noc. Wiesz już, co będziesz robić?

Radość znik­nęła, nagle została jej ode­brana. Poczuła nie­mal fizyczny ból.

- Zaczą­łeś uży­wać plu­ra­lis maie­sta­tis? - spy­tała, sta­ra­jąc się, żeby jej słowa zabrzmiały żar­to­bli­wie. Bez sensu.

- W tym roku Wiel­ka­noc jest dość późno. Wielki Czwar­tek przy­pada dwu­dzie­stego pierw­szego kwiet­nia, cho­dzi mi o następny tydzień. Mogą być pro­blemy. Wiem, że to mój tydzień, ale wyjeż­dżam na kon­fe­ren­cję, więc pomy­śla­łem, że mogli­by­śmy się zamie­nić...

- Nie potra­fię ci nic powie­dzieć. W redak­cji jest dużo zmian, będę teraz pra­co­wać na innym sta­no­wi­sku...

Tho­mas chwilę mil­czał.

- Nie powin­naś była skon­sul­to­wać tego ze mną? - spy­tał w końcu.

Natych­miast się roz­zło­ściła. Zagry­zła zęby, prze­łknęła ślinę.

- A niby dla­czego? To nie będzie miało żad­nego wpływu na nasze usta­le­nia.

- W porządku - odpo­wie­dział skwa­szony. - Sophia chce z tobą roz­ma­wiać.

- Cześć, mówi Sophia - usły­szała po chwili w słu­chawce.

- Cześć - odpo­wie­działa.

- Roz­ma­wia­łam z przy­ja­ciół­kami w sieci, na takim naszym pry­wat­nym blogu, i mam dla cie­bie zapro­sze­nie.

Annika wzięła głę­boki wdech i zmu­siła się do zacho­wa­nia spo­koju.

- Pra­cu­jesz z języ­kiem, piszesz, więc pomy­śla­łam, że może była­byś zain­te­re­so­wana wstą­pie­niem do naszego kółka czy­tel­ni­czego.

Kółka czy­tel­ni­czego? Dżi­zas! Fuc­king Christ!

- No nie wiem - powie­działa, hamu­jąc przed skrzy­żo­wa­niem.

- W tym tygo­dniu czy­tamy wspa­niałą książkę Marie Her­mans­son Syn króla grzy­bów. Czy­ta­łaś? Autorka poka­zuje, jakie to ważne, żeby zna­leźć swoje miej­sce w życiu. Syn dora­sta w lesie, cho­ciaż jego miej­sce tak naprawdę jest nad morzem. Bar­dzo piękna histo­ria. Lubisz Marie Her­mans­son?

Znała Marie Her­mans­son. Czy­tała jej Wybrzeże musze­lek. Zaczęła też inną jej książkę, o męż­czyź­nie, który miesz­kał pod scho­dami, ale nie dokoń­czyła.

- Nie wiem - odpo­wie­działa. - Poza tym nie bar­dzo mam czas. Od dzi­siaj pra­cuję na innym sta­no­wi­sku, więc pew­nie będzie tro­chę zamie­sza­nia.

- Na nowym sta­no­wi­sku? - powtó­rzyła Sophia ze zdzi­wie­niem. - To będzie miało jakiś wpływ na nasz har­mo­no­gram?

Annika uznała, że są jed­nak gra­nice, któ­rych nie wolno prze­kra­czać, i że nie może pozwo­lić obrzu­cać się bło­tem.

- Gdyby tak było, roz­ma­wia­ła­bym o tym z ojcem moich dzieci, na pewno nie z tobą. Czy wyra­zi­łam się dosta­tecz­nie jasno?

- Dla­czego jesteś taka agre­sywna? Prze­cież tu cho­dzi o dobro two­ich dzieci - powie­działa Sophia Pie­przona Gren­borg, wyraź­nie obu­rzona.

Annika się roze­śmiała, zło­śli­wie i nieco za gło­śno.

- Jesteś obłudna. Gdyby ci naprawdę zale­żało na dobru moich dzieci, nie znisz­czy­ła­byś mojej rodziny, ty cho­lerna... - urwała. Chciała powie­dzieć: dziwko, ale uznała, że może jed­nak nie powinna. - Nie mam czasu ani na twoje kółka, ani na roz­mowy z tobą. I nie łudź się, że kie­dy­kol­wiek się zaprzy­jaź­nimy, okej? - powie­działa i roz­łą­czyła się, nie cze­ka­jąc, aż Sophia odpo­wie.

Po raz pierw­szy pomy­ślała, że jed­nak dobrze zro­biła, kiedy na sta­cji ben­zy­no­wej w pobliżu Kungsör pocięła na kawałki jej cho­ler­nie drogi sta­nik.

I dobrze, że wysłała do redak­cji donos z adresu deep-throat-rosen­bad, który sama wymy­śliła, co dopro­wa­dziło do zawie­sze­nia pro­jektu Mini­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści, nad któ­rym pra­co­wał Tho­mas. Zresztą wcale z tego powodu nie ucier­piał. Natych­miast przy­dzie­lono mu coś innego. Zaj­mo­wał się teraz koor­dy­no­wa­niem prac nad nowymi regu­la­cjami praw­nymi doty­czą­cymi prze­stępstw gospo­dar­czych na skalę mię­dzy­na­ro­dową. I by­naj­mniej z nią tego nie kon­sul­to­wał.

Ruch jak na godziny szczytu był wyjąt­kowo nie­wielki. Ale był to dzień mię­dzy jed­nym a dru­gim świę­tem, więc wielu ludzi albo pra­co­wało w domu, albo wzięło wolne, jak Nina Hof­f­man.

Wró­ciła do redak­cji, uznała, że pora się zbie­rać, zaczęła pako­wać kom­pu­ter.

- Hej! - zawo­łał Patrik na jej widok. - Jutro rano lecisz do Malagi!

Annika, która wło­żyła już do torby kom­pu­ter i papiery, upu­ściła wszystko na biurko.

- O czym ty mówisz?

- Masz bilet na wpół do siód­mej rano.

Annika roz­ło­żyła ręce.

- Na litość boską! Ni­gdzie się nie wybie­ram. Wła­śnie się prze­pro­wa­dzi­łam, nie zdą­ży­łam się nawet roz­pa­ko­wać...

- Domy­ślam się, że nie masz zbyt dużo rze­czy. Twój dom nie­dawno się spa­lił, prawda? Clobbe jest na waka­cjach w Mar­belli. Nie ma spe­cjal­nego daru pisa­nia, ale wystuka coś na jutro. Kiedy już tam dotrzesz, przej­miesz sprawę. Musisz się jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć, czy toż­sa­mość ofiar została potwier­dzona i czy to rze­czywiście Seba­stian Söderström. Pew­nie zosta­niesz tam do końca tygo­dnia.

Annika spoj­rzała na swoją torbę. W uszach brzmiały jej na­dal pełne pogardy kłam­stwa Erika Pon­tiego o tym, jak bar­dzo ceni Kicki Pop i jak to abso­lut­nie nie ma nic prze­ciwko poja­wie­niu się na ante­nie nowego maga­zynu plot­kar­skiego.

Cóż, w końcu pra­co­wała teraz według gra­fiku.

- Bilety - powtó­rzyła. - Gdzie są? Może wystar­czy numer rezer­wa­cji? Gdzie będę miesz­kać? Mam wyna­jąć samo­chód? Jest tam jakiś tłu­macz? Mamy kon­takty z miej­scową poli­cją? I kto będzie robić zdję­cia?

Patrik patrzył na nią przez chwilę pustym wzro­kiem, potem wypiął pierś i powie­dział spo­koj­nie:

- Wszyst­kie te pro­blemy będziesz musiała roz­wią­zać na miej­scu. W Hisz­pa­nii na pewno można wyna­jąć foto­grafa. I dowiedz się cze­goś o Wybrzeżu Koka­ino­wym. Przej­miesz mój temat o pro­chach i pra­niu forsy. Gdy­bym nie awan­so­wał, pra­co­wał­bym teraz nad tym.

Odwró­cił się na pię­cie i szybko ruszył w stronę działu roz­rywki.

Annika spoj­rzała na Berit.

- Nie­wia­ry­godne! Uznał, że bycie sze­fem działu wia­do­mo­ści polega na krą­że­niu po redak­cji i rzu­ca­niu pomy­słami.

- Prze­sła­łam ci mej­lem numer rezer­wa­cji - powie­działa Berit, nie pod­no­sząc głowy. - W Anda­lu­zji pra­cuje kilku skan­dy­naw­skich poli­cjan­tów, poda­łam ci ich nazwi­ska i numery tele­fo­nów. Skon­tak­tuj się z nimi, na pewno polecą ci jakie­goś tłu­ma­cza. Sama rób zdję­cia. Wzię­łam dla cie­bie apa­rat, pełny auto­mat, wystar­czy pstryk­nąć. Zadzwoń, jak się cze­goś dowiesz. - Wska­zała głową na leżącą na stole torbę na kamerę i zer­k­nęła na Annikę znad oku­la­rów. - Uwa­żaj na sie­bie. I powo­dze­nia - powie­działa.

Annika jęk­nęła.

- Dla­czego sama się tego nie pod­ję­łaś? - spy­tała.

Trzask zamy­ka­nych drzwi odbił się echem w pustym miesz­ka­niu. Annika stała chwilę w ciem­nym holu, jak miała w zwy­czaju, i wsłu­chi­wała się w odgłosy z ulicy. Poczuła na nogach prze­ciąg z klatki scho­do­wej.

Miesz­ka­nie było naj­ciem­niej­sze ze wszyst­kich, w jakich dotych­czas miesz­kała. Czwarte pię­tro. Korony drzew pochła­niały świa­tło ulicz­nych latarni. Z okna jej sypialni widać było jedy­nie bez­gwiezdne niebo. Z holu salon, a dalej pokój, który miał być poko­jem Ellen. Po lewej kuch­nia, nowo­cze­sna i bez­oso­bowa. Czuła do niej instynk­towną nie­chęć.

Poszła do sypialni, usia­dła na łóżku, oparła się o wez­gło­wie.

W zasa­dzie miesz­ka­nie było w porządku. Trzy duże pokoje, sto cztery metry kwa­dra­towe, z holem, który można było zamie­nić na salon, żeby i ona, i dzieci mogli mieć osobne pokoje.

Klu­cze dostar­czył jej kurier dzień przed syl­we­strem. Ostatni dzień roku poświę­ciła na prze­wie­zie­nie tu tych nie­wielu rze­czy, które miała, z tym­cza­so­wego lokum na Sta­rym Mie­ście.

Pod­nio­sła głowę, spoj­rzała na sufit. Kie­dyś były tu pew­nie sztu­ka­te­rie, ale w latach trzy­dzie­stych dom prze­szedł grun­towny remont i zapewne usu­nięto wszel­kie ozdoby.

Zdą­żyła się już dowie­dzieć, że cała nie­ru­cho­mość, zwana w admi­ni­stra­cyj­nym żar­go­nie Orzech 1, była wła­sno­ścią spół­dzielni miesz­ka­nio­wej. Jej miesz­ka­nie nale­żało do Urzędu Miesz­kal­nic­twa.

Jak Q udało się je dla niej zała­twić, nie wie­działa. Nie wie­działa też, jak długo będzie mogła tu miesz­kać.

Zapa­liła lampkę sto­jącą przy łóżku, popra­wiła poduszki pod ple­cami, odwró­ciła głowę i spoj­rzała w niebo.

Nagle zoba­czyła sypial­nię przy Vinterviksvägen. Przy­po­mniała sobie, jaka się tam czuła samotna i zagu­biona. Zamknęła oczy i wszystko wró­ciło, pożar, dym, panika.

Tho­masa nie było. Wła­śnie tego wie­czoru ich opu­ścił i poje­chał do Sophii Gren­borg. Sama musiała rato­wać sie­bie i dzieci. Spu­ściła Kal­lego i Ellen z okna sypialni na pię­trze, a potem sko­czyła. Wylą­do­wała na tara­sie, na stole.

Potem podej­rze­wano ją o pod­ło­że­nie ognia.

W końcu, po trwa­ją­cym wiele mie­sięcy docho­dze­niu, na kawałku cegły zna­le­ziono odci­ski pal­ców praw­dzi­wego pod­pa­la­cza, Ame­ry­kanki, płat­nej mor­der­czyni zwa­nej Kociąt­kiem.

Dla Anniki nie miało to żad­nego zna­cze­nia.

Wie­działa, że tamta ni­gdy nie odpo­wie za to, co zro­biła.

Nie została aresz­to­wana ani oskar­żona, a komi­sarz Q oso­bi­ście uczest­ni­czył w nego­cja­cjach z wła­dzami USA, po któ­rych wymie­niono Kociątko na oby­wa­tela Szwe­cji odby­wa­ją­cego karę w wię­zie­niu w New Jer­sey.

Sprze­da­łeś mój dom, dom moich dzieci, żeby zasłu­żyć na pochwałę FBI i ścią­gnąć do kraju mor­dercę poli­cjanta, wypo­mniała mu.

Zażar­to­wała, że w związku z tym powi­nien jej zna­leźć jakieś miesz­ka­nie, a on potrak­to­wał to serio i teraz sie­działa tu, przy Agne­ga­tan 28, w dziel­nicy, w któ­rej miesz­kała dzie­sięć lat temu, kiedy jako sta­żystka zaczy­nała pra­co­wać w redak­cji "Kvällspressen". Gdyby cho­ciaż jedno okno wycho­dziło na podwó­rze, może widzia­łaby dom, w któ­rym miesz­kała tam­tego upal­nego lata, kiedy wszystko się zaczęło. Zanim uro­dziły się dzieci, zanim poznała Tho­masa, kiedy jesz­cze żył Sven...

Gdzieś z głębi miesz­ka­nia usły­szała dzwo­nek tele­fonu, nie komórki, sta­cjo­nar­nego. Zerwała się z łóżka. Pró­bo­wała przy­po­mnieć sobie, gdzie pod­łą­czyła apa­rat.

Wybrzmiał czwarty sygnał, kiedy w końcu zna­la­zła go na pod­ło­dze w pokoju Kal­lego.

- Annika Bengt­zon? Mówi Jimmy. Jimmy Hale­nius.

Sekre­tarz mini­stra spra­wie­dli­wo­ści, jego prawa ręka.

Szef Tho­masa.

Gło­śno odkaszl­nęła.

- Tho­mas się wypro­wa­dził, mówi­łam już...

- Nie szu­kam jego, tylko cie­bie.

- Ach tak - powie­działa, przy­kła­da­jąc słu­chawkę do dru­giego ucha.

- Podobno szu­kasz kogoś, kto by sko­men­to­wał wyda­nie Sta­nom Zjed­no­czo­nym ich oby­wa­tela pod koniec ubie­głego roku. Jak zapewne wiesz, mini­ster nie komen­tuje poje­dyn­czych przy­pad­ków, ale jeśli chcesz, jestem skłonny ci wyja­śnić pewne sprawy. W spo­sób nieco mniej for­malny.

- Roz­ma­wia­łeś z Britt? Z panią sekre­tarz? - spy­tała Annika.

- Od dzie­więt­na­stej będę w Järnet przy Österl?nggatan. Wpad­nij, jeśli jesteś zain­te­re­so­wana.

- Będę mogła cię cyto­wać?

- Abso­lut­nie nie, ale sta­wiam kola­cję.

- Nie jadam kola­cji z poli­ty­kami.

- Zro­bisz, jak zechcesz. Na razie - powie­dział i roz­łą­czył się.

Annika odło­żyła słu­chawkę, posta­wiła apa­rat na pod­ło­dze. W pokoju Kal­lego nie było jesz­cze świa­tła. Stała w ciem­no­ściach przy oknie i spo­glą­dała na nagie korony drzew w dole.

Wła­ści­wie powinna się roz­pa­ko­wać.

Spoj­rzała na zega­rek.

Doszła do wnio­sku, że nie musi tego robić dzi­siaj. Nie spo­dzie­wała się, że ode­zwie się do niej ktoś z mini­ster­stwa. Może jed­nak powinna pójść, dowie­dzieć się, co Hale­nius ma jej do powie­dze­nia? Znali się. Kilka dni przed poża­rem był u nich na kola­cji.

Spoj­rzała na prze­pro­wadz­kowy bała­gan. Ostra kon­ku­ren­cja, pomy­ślała. Kola­cja w ele­ganc­kim lokalu z wysoko posta­wio­nym źró­dłem albo wie­czór w domu spę­dzony na porząd­ko­wa­niu zaba­wek Kal­lego.

***

Restau­ra­cja Järnet była jed­nym z tych lokali na Sta­rym Mie­ście, obok któ­rych wiele razy prze­cho­dziła, a nawet zaglą­dała przez okna do środka. Jakby sie­dzący tam ludzie uczest­ni­czyli w jakimś przed­sta­wie­niu, jakby pocho­dzili z innego świata, lep­szego niż ten, w któ­rym jej przy­szło żyć. Zawsze było tam cie­pło i miło, na sto­li­kach paliły się świeczki, sztućce błysz­czały. W kie­lisz­kach było wino, sły­chać było śmie­chy. Na ulicy zawsze było zimno i wiał ostry wiatr.

Skromny szyld z nazwą wypi­saną odręcz­nym pismem koły­sał się nad wej­ściem. Pchnęła jedno skrzy­dło poma­lo­wa­nych na sza­ro­zie­lono podwój­nych drzwi i zna­la­zła się w przed­sionku. Natych­miast zja­wił się kel­ner. Wyglą­dał sym­pa­tycz­nie. Wziął jej kurtkę, nie dając w zamian numerku ani nie żąda­jąc z góry pięt­na­stu koron za szat­nię.

Było dzie­sięć po siód­mej. Bar­dzo sta­ran­nie wybrała moment. Nie chciała spra­wiać wra­że­nia bar­dzo zain­te­re­so­wa­nej, ale też nie chciała, żeby zbyt długo na nią cze­kał.

Sala była nie­wielka, może dzie­sięć sto­li­ków.

Jimmy Hale­nius sie­dział w głębi, w kącie, zato­piony w lek­tu­rze popo­łu­dniówki. Nie "Kvällspressen", tylko "Kon­kur­ren­ten". Zauwa­żyła to. Przed nim stało piwo.

- Cześć - powie­działa. - Czy­tasz nie­wła­ściwą gazetę.

Pod­niósł głowę. Jego brą­zowe włosy ster­czały na wszyst­kie strony, jakby spe­cjal­nie je potar­gał.

Wstał i wycią­gnął do niej rękę.

- Witaj, usiądź, pro­szę - powie­dział. - Tę wła­ściwą już prze­czy­ta­łem - dodał. - Czego się napi­jesz?

- Wody mine­ral­nej - odpo­wie­działa Annika, wie­sza­jąc torbę na opar­ciu krze­sła.

- Zasza­lej i zamów colę. Pamię­taj, że ja sta­wiam.

Annika usia­dła.

- Ty? Nie pań­stwo?

Hale­nius skrzy­żo­wał ręce na piersi, pod­cią­gnął ramiona i uśmiech­nął się.

- Moje rachunki, w prze­ci­wień­stwie do two­ich, są publiczne. Ten pozo­sta­nie naszą tajem­nicą.

Annika się­gnęła po ser­wetkę. Cały czas obser­wo­wała go kątem oka.

W jego spo­so­bie bycia nie było nic wład­czego. Ow­szem, był pewny sie­bie, ale w żaden spo­sób się nie wywyż­szał. Pod pognie­cioną mary­narką miał koszulę w nie­bie­skie paski. Był bez kra­wata. W dżin­sach.

- Rozu­miem, że sprawa Kociątka to kolejna rzecz, która pozo­sta­nie naszą tajem­nicą - powie­działa Annika, patrząc mu w oczy. - Dla­czego?

Jimmy Hale­nius zło­żył gazetę, wło­żył ją do znisz­czo­nej teczki.

- Muszę mieć pew­ność, że wszystko zosta­nie mię­dzy nami.

Annika mil­czała.

- Mogę ci uchy­lić rąbka tajem­nicy, ale nie wolno ci tego opu­bli­ko­wać.

- Dla­czego mia­ła­bym cię słu­chać, skoro nie będę mogła o tym napi­sać?

Hale­nius znów się roze­śmiał, wzru­szył ramio­nami.

- Mają tu świetne jedze­nie.

Annika zer­k­nęła na zega­rek.

Hale­nius odchy­lił się na krze­śle.

- To ona doko­nała mor­der­stwa pod­czas kola­cji noblow­skiej. Już dobry rok temu - powie­działa Annika.

- Zga­dza się.

- Zabiła też mło­dego naukowca z Insty­tutu Karo­lin­ska.

- Naj­praw­do­po­dob­niej.

- I spa­liła mój dom, wrzu­ca­jąc ładunki zapa­la­jące do poko­jów dzieci.

- Pew­nie tak było.

Annika prze­cią­gnęła ręką po czole.

- Nie potra­fię tego pojąć. Jak to moż­liwe, że rezy­gnu­je­cie z posta­wie­nia przed sądem jed­nego z naj­więk­szych prze­stęp­ców zła­pa­nych przez szwedzką poli­cję?

- Cho­dzi o to, co dosta­li­śmy w zamian.

- O tym chcesz mi teraz opo­wie­dzieć?

Hale­nius się roze­śmiał.

- Na co masz ochotę? - spy­tał.

- Nie wie­rzę, że cho­dzi tylko o jakie­goś zabójcę poli­cjanta z New Jer­sey - stwier­dziła Annika.

Się­gnęła po kartę. Wiele dań była w sta­nie ziden­ty­fi­ko­wać: sma­żone śle­dzie z masłem koper­ko­wym i purée ziem­nia­cza­nym - to było jasne. Miała nato­miast pro­blem z domy­śle­niem się, co się kryje pod nazwą gre­mo­lata z kon­fi­to­wa­nymi ziem­nia­kami.

Hale­nius zamó­wił car­pac­cio z jele­nia z czar­nymi kur­kami i serem Västerbotten na przy­stawkę. Jako główne danie wybrał antry­kot z rusztu (dwie­ście pięć­dzie­siąt gra­mów) z purée z cebuli i pra­żo­nym korze­niem pie­truszki, do tego kro­kiety z serem Västerbotten.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki