Poniedziałek, 3 stycznia
SZKLANE DRZWI DZIUPLI redaktora naczelnego były odsunięte. Annika
Bengtzon wetknęła głowę do środka i zapukała w drewnianą framugę. Anders
Schyman stał odwrócony do niej plecami, próbował zaprowadzić porządek w rozrzuconych na biurku i na podłodze papierach. Usłyszał pukanie,
odwrócił się i zobaczył ją.
- Zamknij za sobą drzwi i siadaj - powiedział, wskazując jej fotel dla
gości.
Okrążył biurko, opadł na krzesło po drugiej stronie. Zatrzeszczało
złowieszczo.
Annika zasunęła drzwi. Zerknęła podejrzliwie na stosy papierów na
podłodze, kątem oka zauważyła rysunek. Wyglądał jak plan redakcji.
- Tylko nie mów, że znów czeka nas reorganizacja - powiedziała,
siadając.
- Mam do ciebie jedno pytanie. Chciałbym wiedzieć, jak widzisz swoją
przyszłość w redakcji.
Annika uniosła głowę, ich spojrzenia się skrzyżowały.
- A o co chodzi?
- Spytam wprost: chcesz zostać szefem redakcji?
Annika poczuła, że ma ściśnięte gardło. Otworzyła usta, jakby chciała
coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła. Spuściła głowę, spojrzała
na swoje leżące na kolanach ręce.
- Byłabyś odpowiedzialna za wszystkie audycje informacyjne. Pracowałabyś
pięć dni, a kolejne pięć miała wolne. Współpracowałabyś z redakcją
sportową i działem rozrywki, no i oczywiście publicystyki - ciągnął
Schyman. - Podejmowałabyś ostateczne decyzje dotyczące materiałów na
pierwszą stronę i konsultowała pozostałe z szefami innych działów. Z wydaniem internetowym nie miałabyś nic wspólnego. Uczestniczyłabyś w zebraniach kierownictwa działów i miałabyś wpływ na budżet redakcji i na
promocję. Chciałbym, żebyś zaczęła od zaraz.
Annika odchrząknęła. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle.
Szef redakcji to ważne i odpowiedzialne stanowisko, druga osoba po Bogu.
Podlegałaby bezpośrednio redaktorowi naczelnemu, sprawowała pieczę nad
wszystkimi działami. Wydawałaby polecenia kierownikom redakcji
informacyjnej, rozrywki i sportu i różnym innym ważniakom, którzy
przywykli się tu szarogęsić.
- Muszę przeprowadzić reorganizację. - Annika nie odpowiadała, Schyman
przerwał ciszę. - Chcę pracować z ludźmi, na których będę mógł polegać.
Annika nadal wpatrywała się w swoje dłonie. Jego głos docierał do niej
gdzieś z góry. Miała wrażenie, że słowa odbijają się od ścian i trafiają
ją w kark.
- Jesteś zainteresowana?
- Nie.
- Podwoję ci pensję.
Annika podniosła głowę.
- Wiem, jak to jest, kiedy się ma pieniądze. To wcale nie jest takie
fajne, jak by się mogło wydawać.
Schyman wstał, podszedł do szklanych drzwi. Jego pokój był tak mały, że
łydkami niemal otarł się o kolana Anniki.
- Rok temu o tej porze groziła nam likwidacja. Wiedziałaś o tym?
Spojrzał przez ramię, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Annika zachowała
kamienną twarz. Siedziała i obracała na palcu odziedziczony po babci
pierścionek ze szmaragdem. Blizna na palcu nadal była czerwona i brzydka, szczególnie kiedy było zimno.
- Udało nam się odbić od dna - powiedział Schyman, przyglądając się
redakcji po drugiej stronie szklanej ściany. - Zagrożenie minęło,
wygląda na to, że wszystko jest na dobrej drodze, ale nie potrafię
powiedzieć, jak długo tu jeszcze zostanę.
Odwrócił się i spojrzał na nią. Ominęła go wzrokiem, spojrzała na
redakcję.
- Nie chcę twojego stanowiska - powiedziała.
- Nie proponuję ci swojego stanowiska, tylko stanowisko szefa redakcji.
- A Berit? Na pewno by sobie poradziła.
- Dlaczego sądzisz, że miałaby ochotę?
- No to Jansson. Albo Gwóźdź.
Schyman usiadł na biurku i westchnął.
- Chętnych nie brakuje, ale ja chcę kogoś zaufanego.
Roześmiała się mimo woli.
- I dlatego zwracasz się do mnie? To wiele mówi o zasadach awansowania
obowiązujących w redakcji.
- Alternatywą jest praca według grafiku. Będziesz siedzieć w redakcji,
wydzwaniać do ludzi i robić to, co ci każe szef wiadomości.
Nagle Annika poczuła, że fotel, na którym siedzi, jest strasznie
niewygodny. Przesunęła się trochę.
- Nie powinieneś uzgodnić tego ze związkami? Prawo do współdecydowania i tak dalej...?
- Związki to żaden problem. Wierz mi.
- W moim przypadku grafik nie jest chyba najlepszym pomysłem. Dobrze
wiesz, że najlepiej pracuję, kiedy mam trochę swobody.
Pochylił się nad nią, miała przed oczami jego kolana.
- Annika - zaczął. - Jesienią przeprowadziliśmy duże cięcia. Nie stać
nas na samodzielnych reporterów. Patrik będzie twoim szefem.
- Żartujesz - powiedziała, podnosząc wzrok.
Schyman skrzyżował ręce.
- Zastanawiałem się nad tym. Jeśli przyjmiesz moją propozycję, będziesz
jego przełożoną. Jeśli zdecydujesz się na grafik, będziesz mu podlegać.
- Ja go zatrudniłam - przerwała mu Annika. - Nie może być moim szefem.
Poza tym jeśli chodzi o zdolność oceny sytuacji, to akurat Patrik...
- Tym zajmą się ci na górze. Na poziomie redakcji potrzebuję jego
zapału. Szukam kogoś, kto to wszystko pchnie do przodu.
Annika wyciągnęła szyję, spojrzała w stronę zdziesiątkowanej redakcji
kryminalnej i Patrika. Siedział z głową w monitorze, łokcie sterczały mu
na boki, pisał coś w skupieniu. Przypomniała sobie, jak w dniu, kiedy
ustąpił minister gospodarki, udało mu się - jako jedynemu - zdobyć
wypowiedź premiera. Biegł przez całe centrum Sztokholmu za samochodem
ochrony, żeby w końcu usłyszeć: "Czyś ty oszalał, kretynie?". Wrócił do
redakcji i przedstawił to jako swoje zwycięstwo.
- No cóż, jeśli szukasz entuzjazmu, to Patrik rzeczywiście będzie dobrym
wyborem.
- Pracujesz w dzień, od poniedziałku do piątku - odpowiedział Schyman,
podnosząc się. - Żadnych nadgodzin, żadnych dodatków. Ponieważ
zlikwidowaliśmy redakcje lokalne, musisz się liczyć z tym, że w każdej
chwili możesz zostać wysłana praktycznie wszędzie, nie tylko w kraju,
ale również za granicą. Przejmiesz serię artykułów o Wybrzeżu
Kokainowym, temat Patrika. Pewnie zaraz do ciebie podejdzie i wszystko
ci przekaże.
- Co takiego? Myślałam, że ta seria to tylko alibi, żeby mógł miło
spędzić wakacje.
- No to się myliłaś. To ma być coś wyjątkowego, pomysł wyszedł od
szefostwa. Nawiązaliśmy współpracę z policją i Ministerstwem
Sprawiedliwości, żeby sobie zapewnić dostęp do potrzebnych informacji.
To duża rzecz.
- Co się stanie ze stołem reporterów dziennych? - spytała Annika,
zerkając na swoje miejsce pracy, na komputer, na rozrzucone na blacie
papiery, na torbę i kurtkę.
- Zamienimy go na dział newsów. Miejsce redakcji kryminalnej zajmie
dział publicystyki - powiedział Schyman, wskazując na szkic.
Annika wstała i nie oglądając się za siebie, opuściła szklaną klatkę.
Było jej obojętne, na jakim krześle siedzi i jakie artykuły pisze.
Niedawno rzucił ją mąż. Dzielili się opieką nad dziećmi. Jej dom
spłonął, nie mogła odzyskać pieniędzy z ubezpieczenia. Mieszkała w trzypokojowym mieszkaniu przy Agnegatan, które załatwił jej komisarz Q,
z zasobów policji. Nie wiedziała do końca, na jakich warunkach tam
mieszka. Bała się, że nagle ktoś uzna, że nie ma do niego prawa, i zażąda, żeby się wyprowadziła.
Szybko zebrała rzeczy i zaniosła je na niewielki stół działu wiadomości.
Z trudem znalazła miejsce na laptop. Torbę, kurtkę i notatki położyła
obok, na podłodze. Usiadła, ustawiła krzesło na odpowiedniej wysokości,
włączyła komputer i zaczęła pisać mejl do Q: "Wprowadziłam się, ale
nadal nie mam umowy. Do twojej wiadomości: mam zamiar sprawdzić, jak
doszło do wydania Koteczka".
To powinno mu dać do myślenia.
Wysłała mejl i sięgnęła po słuchawkę. Wybrała numer Ministerstwa
Sprawiedliwości, poprosiła o połączenie z sekretarzem prasowym ministra.
Okazała się nim kobieta. Odebrała komórkę wyraźnie zdenerwowana, w tle
słychać było zawodzenie wiatru.
Annika przedstawiła się, powiedziała, skąd dzwoni.
- Chciałam prosić ministra o komentarz w sprawie wydania pewnej
Amerykanki, płatnej morderczyni, zwanej Kociątkiem.
- Słucham?
- Wiem, że została wydana Stanom w zamian za Viktora Gabrielssona,
skazanego za zamordowanie policjanta. Wiem też, że Gabrielsson odbywał
karę w więzieniu w New Jersey, nie wiem natomiast, jak i dlaczego doszło
do wymiany.
- Minister nie komentuje spraw mających związek z bezpieczeństwem kraju
- odpowiedziała pani sekretarz. Starała się, żeby to zabrzmiało
neutralnie.
- Kto tu mówi o bezpieczeństwie kraju? Chcę tylko wiedzieć, co
zrobiliście z Kociątkiem.
- Mogę do pani zadzwonić później?
Annika podała jej numer swojej komórki i bezpośredni numer do redakcji,
udając, że wierzy, że zadzwoni. Tak, oczywiście, do widzenia. Odłożyła
słuchawkę, a potem wybrała numer Berit Hamrin. Przyjaciółka odebrała
natychmiast.
- Ty też zostałaś zdegradowana? - spytała Annika.
- Podlegam bezpośrednio Patrikowi - potwierdziła Berit.
W tle słychać było szum samochodów.
- Gdzie jesteś?
- Właśnie wjechałam na E18.
Annika zobaczyła zbliżającego się Patrika, szedł z jakimiś papierami w ręku. Przysunęła słuchawkę bliżej ust.
- Szef nadchodzi - powiedziała cicho. - Może być ciekawie.
Odłożyła słuchawkę w chwili, kiedy Patrik usiadł na biurku. Szybko
odsunęła na bok laptop.
- Ale się będzie działo - powiedział świeżo upieczony szef redakcji
wiadomości, przeglądając kartki, które trzymał w ręku. - Mamy pożar w mieszkaniu w Hallunda, morderstwo na hiszpańskim Wybrzeżu Słońca i wypadek autokaru w Danii. Zacznij od autokaru, sprawdź, czy wśród ofiar
są Szwedzi. Może na przykład jakaś szwedzka klasa szkolna wracała z wycieczki do Tivoli.
- Prokurator generalna Lilian Bergqvist wniosła o uniewinnienie Filipa
Anderssona - powiedziała Annika, włączając stojący tuż obok, przy udzie
Patrika, laptop.
- Staroć - orzekł Patrik. - Wiedzieliśmy o tym od chwili, kiedy
odkryliśmy, że mordercą, a raczej morderczynią była jego siostrunia.
Berit coś napisze.
Kiedy to ja odkryłam, kto naprawdę ich zamordował, pomyślała Annika, ale
nic nie powiedziała.
- Morderstwo w Hiszpanii. Okropna sprawa - powiedział Patrik, podając
jej kolejną kartkę. - Zagazowano całą rodzinę, łącznie z psem. Może uda
ci się coś z tego wycisnąć. Spróbuj zdobyć jakieś zdjęcia, dowiedz się,
jak się wabił pies. Szwedzi kochają czytać o Hiszpanii. To chyba
najpopularniejszy cel naszych podróży.
- Nie mamy tam nikogo? - spytała Annika.
Miała wrażenie, że widziała jakąś korespondencję z Hiszpanii ze zdjęciem
autora. Opalony facet o niezbyt mądrym uśmiechu.
- Przyjechał do domu na Boże Narodzenie. Pożar w Hallunda nie wydaje się
szczególnie ciekawy, ale może trzeba było ewakuować mieszkańców i może
się okazało, że ciocia Hedvig ma problem z wózkiem inwalidzkim czy coś w tym stylu.
- Rozumiem - skwitowała Annika.
Coś w tym stylu, Boże drogi! - pomyślała. Chłopak szybko się uczy.
- Jest kilka rzeczy, które chciałabym sprawdzić - powiedziała głośno.
Starała się być spokojna i opanowana. - Dowiedziałam się, że rząd jest
zamieszany w pewną dziwną wymianę. O drugiej mam spotkanie z kimś, kto
być może zgodzi się udzielić mi wywiadu...
Ale Patrik już był w drodze do kolejnego działu.
Annika patrzyła za nim. Tłumaczyła sobie, że nie ma sensu się
denerwować. Jeśli uznał, że nie warto słuchać podwładnych, to jego
problem.
Poprawiła się na krześle i zaczęła się rozglądać.
Właściwie była sama.
Kiedy o ósmej rano zadzwonił Schyman, pomyślała, że pewnie znów będzie
próbował ją namawiać, żeby się zgodziła pokierować którymś z działów.
Wiedziała, że sprawa jest pilna. Ostatnio proponował jej dział
wiadomości. Kiedyś przez jakiś czas kierowała redakcją kryminalną, ale
jeszcze nigdy nie było mowy o stanowisku szefa całej redakcji.
No cóż. Westchnęła. Tryb, w jakim miałaby pracować, pięć dni w redakcji,
pięć dni wolnego, oznaczał, że i tak musiałaby dzielić z kimś etat.
Pewnie ze Sjölanderem. Odpowiadałaby nie tylko za błędy, nieuniknione
przy takim tempie pracy, ale musiałaby też uczestniczyć w niekończących
się zebraniach dotyczących budżetu, promocji i polityki kadrowej.
To już wolę pożar w Hallunda, pomyślała i wybrała numer alarmowy.
Niedopałek papierosa, poinformował ją strażak. Jedna ofiara, rencista.
Pożar ugaszono, szkody niewielkie, ewakuacja nie była konieczna.
- Kim jest ofiara? - spytała jeszcze.
Słyszała, jak po drugiej stronie słuchawki szeleszczą papiery.
- Mieszkanie należało do... gdzieś to miałem... Do niejakiego Jonssona. Na
pewno nikt znany.
Nikt znany, nie ma newsa.
Rozłączyli się.
Wypadek autokaru. Rzeczywiście poszkodowane były głównie dzieci,
młodzieżowa drużyna bandy wracała z ?lborga, z zawodów. Na oblodzonej
drodze gdzieś na Jutlandii autokar wpadł w poślizg i przewrócił się na
bok. Dzieci musiały wychodzić przez okno kierowcy.
Wysłała mejl do działu motoryzacyjnego. Niech się temu przyjrzą. Może na
przykład są zdjęcia przerażonych dzieci? Uznała, że nic więcej nie da
się z tej historii wycisnąć.
Morderstwo w Hiszpanii okazało się większym wyzwaniem.
Na kartce, którą dostała od Patrika, były właściwie tylko informacje
przekazane przez Agencję Informacyjną TT. Kilka zdań. Rodzina z dwojgiem
dzieci i pies. Znaleziono ich martwych, policja podejrzewa włamanie z użyciem gazu.
Postanowiła poszukać w internecie. Z hiszpańskich gazet znała tylko "El
País". Weszła na ich stronę. Espa?a es el país europeo con más
atropellos mortales de peatones.
Zmrużyła oczy, patrzyła w ekran. Tyle powinna zrozumieć. W liceum dwa
lata uczyła się hiszpańskiego. Niewiele, ale wystarczająco, żeby sobie
poradzić z prostym tekstem. "Hiszpania to kraj, w którym ginie najwięcej
pieszych". Jeśli dobrze zrozumiała. Sześćset osiemdziesiąt ofiar w ubiegłym roku.
Szukała dalej. Familia muerto Costa del Sol, tak chyba powinien
brzmieć tytuł.
Pomyślała, że "El País" to dziennik o zasięgu ogólnokrajowym. Pewnie
skupiają się przede wszystkim na tym, co się dzieje w Madrycie. Może w ogóle się nie interesują tym, co się dzieje na południu, gdzieś przy
granicy z Afryką.
Chociaż jeśli zamordowano całą rodzinę? Coś takiego powinni odnotować,
przynajmniej w wydaniu internetowym.
Poszła do automatu po kawę. Gorący kubek parzył jej palce. Szczególnie
palec wskazujący lewej ręki był bardzo wrażliwy, od czasu kiedy została
zraniona nożem...
Usiadła przed monitorem i zaczęła się zastanawiać. Włamanie z użyciem
gazu? Takie rzeczy naprawdę się zdarzają? Sprawdziła w Google, jeden
wynik.
Może zaszło nieporozumienie? Może to błąd w tłumaczeniu? Może TT coś źle
podała?
Podmuchała w kawę, ostrożnie wypiła łyk. Nie sądziła, że to możliwe, ale
kawa naprawdę smakowała jeszcze gorzej niż wczoraj.
Wróciła do Google. Tym razem wpisała: napad z użyciem gazu
paraliżującego. Wyników było więcej: "kierowca uśpiony gazem podczas
włamania". Zdarzenie miało miejsce w Szwecji, informację podano
trzynastego grudnia, w dniu świętej Łucji, w 2004 roku. W nocy na stacji
benzynowej Shell, na drodze krajowej numer 40, na zachód od Jönköpingu,
skradziono transport telewizorów plazmowych. Ani kierowca, ani jego
pies, który spał z panem w kabinie, nic nie zauważyli. Rano kierowca
skarżył się jedynie na silny ból głowy i złe samopoczucie. Policja
podejrzewa, że złodzieje uśpili go gazem. Pobrano mu krew do analizy.
No proszę, pomyślała. Szukała dalej.
"Złodzieje odurzyli psa gazem - znaczny wzrost liczby włamań do domów w okolicach Sztokholmu". Artykuł sprzed tygodnia.
Weszła w redakcyjne archiwum i szukała dalej.
"Złodzieje uśpili turystów gazem. Duże stężenie heksanu może być
niebezpieczne". "Znany reżyser odurzony gazem".
Szwedzki reżyser opowiadał o przykrym zdarzeniu na hiszpańskiej
Riwierze. Kiedy on i jego dziewczyna obudzili się rano, stwierdzili, że
drzwi ich mieszkania są otwarte, a mieszkanie jest puste.
- Więc znów jesteśmy szeregowymi wyrobnikami - usłyszała głos Berit,
która właśnie do niej podeszła i postawiła torbę na stole.
- Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku i tak dalej - powiedziała Annika.
- Co u ciebie? - spytała przyjaciółka, przewieszając palto przez oparcie
krzesła.
Annika położyła ręce na klawiaturze.
- Dziękuję. W zasadzie dobrze, ale mam nadzieję, że ten rok będzie
lepszy niż poprzedni. Nic innego nie jest chyba możliwe...
Berit położyła laptop na biurku.
- Zostałyśmy tylko my? Wszystkich zracjonalizowano?
Annika się rozejrzała.
Nieco dalej, przy dziale sportowym, stał Patrik i wyraźnie
podekscytowany rozmawiał przez komórkę. Tam, gdzie kiedyś był dział
rozrywki, siedzieli jacyś ludzie z wydania internetowego, zajęci
pisaniem materiałów do cyberprzestrzeni. Obok stał jeden z redaktorów
dodatku niedzielnego i nerwowo przestępował z nogi na nogę. Tore,
redakcyjny portier, uosobienie wszelkiego nieszczęścia, rozwieszał
ogłoszenia na tablicy informacyjnej.
- Wojna na rynku prasowym to taka sama wojna jak każda inna -
stwierdziła Annika. - Redukuje się piechotę, stawia na technikę i pomysłowe bomby. Kiedy Schyman z tobą rozmawiał?
- W piątek - powiedziała Berit. - Da się wypić? - spytała, wskazując
głową na kubek Anniki.
- Odpowiedź brzmi: nie. Do mnie zadzwonił dzisiaj rano. Chciał cię
włączyć do kierownictwa?
- Zaproponował mi kierowanie działem wiadomości. Odmówiłam.
Annika spojrzała na monitor. Jej Schyman zaproponował wyższe stanowisko.
- Szukam czegoś na temat pewnego morderstwa w Hiszpanii. Włamanie z użyciem gazu, nie żyje cała rodzina.
Berit włączyła laptop, wstała i ruszyła w stronę automatu z kawą.
- Rickard Marmén. Zadzwoń do niego - rzuciła przez ramię. - Nie mam jego
numeru, ale wiem, że jeśli na hiszpańskim Wybrzeżu Słońca dzieje się
cokolwiek godnego uwagi, to on na pewno jest na bieżąco.
Annika podniosła słuchawkę i wybrała numer międzynarodowego biura
numerów.
Zajęte.
Wróciła do Google, zastanowiła się i wpisała: buscar numero telefono
espa?a. Tak to się pisze? Wyszukaj numer telefonu w Hiszpanii?
Na ekranie pojawił się napis: Paginas Blancas. Białe strony.
Bingo!
Po chwili pokazał się formularz. Wpisała: prowincja Malaga, imię:
Rickard, nazwisko: Marmén, najechała myszą na encontrar.
No proszę!
Mieszkał w Marbelli przy Avenida Ricardo Soriano, miał zarówno telefon
stacjonarny, jak i komórkę.
Po drugiej stronie stołu usiadła Berit z kubkiem parującej kawy.
- Co to za jeden ten Rickard? - spytała Annika, sięgając po słuchawkę.
- Dawny znajomy mojego szwagra. Mieszka tam od dwudziestu lat. Próbował
już chyba wszystkiego, zawsze z takim samym niepowodzeniem. Wynajmował
leżaki, hodował konie, prowadził knajpę, był udziałowcem w firmie, która
sprzedawała drewniane domy.
- Na hiszpańskim wybrzeżu? - spytała Annika z niedowierzaniem.
- Mówiłam, że nie były to trafione pomysły.
- Jaki jest kierunkowy do Hiszpanii?
- Trzydzieści cztery - powiedziała Berit. Wypiła łyk kawy, skrzywiła
się.
Annika postanowiła zadzwonić najpierw na stacjonarny. Po pięciu
sygnałach odezwał się elektroniczny głos. Powiedział coś niezrozumiałego
po hiszpańsku. Rozłączyła się, wstukała numer komórki. Po dwóch
sekundach usłyszała męski głos:
- Si dígame!
- Rickard Marmén?
- Hablando!
- Nazywam się Annika Bengtzon, dzwonię ze sztokholmskiej redakcji
"Kvällspressen". Pan jest Rickard Marmén... A właśnie, mówi pan po
szwedzku?
- Oczywiście, skarbie. W czym mogę pomóc? - odezwał się z wyraźnym
göteborskim akcentem.
- Dzwonię do pana, bo podobno wie pan o wszystkim, co się dzieje na
hiszpańskim Wybrzeżu Słońca - powiedziała Annika, zerkając na Berit. -
Słyszał pan może o włamaniu z użyciem gazu?
- Włamanie z użyciem gazu? Skarbie, my tu mamy tylko takie włamania. W Neuva Andalucía nie ma już chyba domu, który by nie był wyposażony w czujnik gazu! Coś jeszcze chciałabyś wiedzieć?
W tle słychać było szum, jakby stał przy autostradzie.
- No dobrze. - Annika była nieco zbita z tropu. - Na czym dokładnie to
polega?
- Złodzieje wpuszczają do domu gaz usypiający, przez okno albo przez
szyb wentylacyjny. Mieszkańcy śpią sobie spokojnie, a dranie przeszukują
chałupę. Mają czas, więc zdarza się, że przyrządzą sobie kolację, wypiją
butelkę wina.
- I twierdzi pan, że to obecnie najpopularniejszy sposób?
- To prawdziwa epidemia. Wszystko zaczęło się jakieś pięć, sześć lat
temu, chociaż wcześniej też się to zdarzało.
- Skąd to się bierze?
- Pieniądze kuszą, złotko. W domach w okolicach Puerto Banús pod
materacami leżą grube zwitki banknotów. Poza tym sporo tu elementu
przestępczego i biedaków, którzy za parę groszy gotowi są zrobić
wszystko. Jesienią zatrzymano grupę Rumunów, którzy wyczyścili chyba z setkę wilii na wybrzeżu, od Gibraltaru aż po Nerja...
- Agencja Informacyjna podała, że w wyniku zatrucia gazem zmarła cała
rodzina. Wie pan coś o tym?
- Kiedy? Dzisiaj w nocy? Gdzie?
- Nie wiem - powiedziała Annika. - Podobno czteroosobowa rodzina. I pies.
Rickard Marmén milczał. Gdyby nie dochodzący ze słuchawki szum
autostrady, Annika uznałaby, że się rozłączył.
- Wie coś? - dopytywała się Berit.
Annika pokręciła głową.
- Zatruli się gazem podczas włamania, mówisz? - powtórzył Marmén. - Mogę
za chwilę oddzwonić?
Annika odniosła wrażenie, że natężenie hałasu w słuchawce się zmieniło.
Podała Marménowi bezpośredni numer do redakcji i numer swojej komórki.
- Co o tym myślisz? - zwróciła się do Berit.
Przyjaciółka ugryzła jabłko, z kawy najwyraźniej zrezygnowała.
- O przestępczości na południowym wybrzeżu Hiszpanii czy o reorganizacji
redakcji?
- O reorganizacji redakcji.
Berit założyła okulary, których używała do pracy przy komputerze, i spojrzała na monitor.
- No cóż, trzeba spróbować znaleźć jakieś plusy. Jeśli odpowiedzialność
za to, co robię, spoczywa na kimś innym, to będę miała więcej czasu,
żeby się zająć tym, co mnie naprawdę interesuje.
- Na przykład czym? Zamierzasz napisać kolejną serię artykułów? Zająć
się ogródkiem? Czy nauczyć się nurkować?
- Piszę teksty piosenek - powiedziała Berit, nie przerywając czytania.
Annika przyglądała się przyjaciółce ze zdziwieniem.
- Piszesz piosenki? Jakie piosenki?
- Przeboje. Między innymi. Kiedyś nawet wysłaliśmy coś na jakiś festiwal
telewizyjny - rzuciła niby od niechcenia, nie spuszczając wzroku z monitora.
Annice opadła szczęka.
- Przestań. Byłaś w green roomie? Jakie to uczucie?
Berit spojrzała na nią.
- Moja piosenka nie zakwalifikowała się do grupy tysiąca dwustu
najlepszych. Ale ostatnio słyszałam, że jakiś zespół z Kramfors grywa ją
na różnych imprezach w południowo-wschodniej ?ngermanlandii. Czytałaś
pismo prokurator Lilian Bergqvist do Sądu Najwyższego?
- Nie, jeszcze nie zdążyłam. Jak się nazywa?
- Odwołanie w sprawie...
- Twoja piosenka.
Berit zdjęła okulary.
- Absolutely me. Cytuję w niej między innymi klasyka: to be, or not
to be. Pracuję w tej redakcji już trzydzieści dwa lata. Jeśli gazeta
utrzyma się na powierzchni, to pewnie przepracuję jeszcze z dziesięć.
Będę miała sześćdziesiąt pięć lat i zacznę myśleć o emeryturze. Lubię
swoją pracę, lubię szukać informacji, pisać artykuły, a kto mi je zleca
i na jakim krześle siedzę, jest mi dość obojętne. - Zamilkła, spojrzała
uważnie na Annikę. - Masz wrażenie, że jestem zgorzkniała, że się
poddałam?
Annika odetchnęła głęboko.
- Nie. Prawdę mówiąc, czuję się dość podobnie. Nie żebym marzyła o emeryturze, ale było już tyle zawirowań, że przestałam się tym
przejmować. To be, or not to be. I co dalej?
- No more crying, no self-denying - powiedziała Berit, założyła
okulary i spojrzała w monitor. - Jak oceniasz szanse Filipa Anderssona
na uniewinnienie?
- To, że stara się o nie prokurator generalna, na pewno ma znaczenie.
Annika weszła na stronę prokuratury, żeby zapoznać się z wnioskiem.
- Kilka miesięcy temu spotkałaś się z nim w więzieniu w Kumli - mówiła
dalej Berit. - Wierzysz, że jest niewinny?
Annika rzuciła okiem na wniosek. Ta zbrodnia zawsze budziła przykre
wspomnienia. Tamtego wieczoru towarzyszyła patrolowi, który jako
pierwszy przybył na miejsce zdarzenia. Nagle znalazła się w samym
centrum wydarzeń.
Potem wielokrotnie natykała się na nazwisko Andersson w związku z morderstwem policyjnego celebryty Davida Lindholma. Filip Andersson był
finansistą. Zawodowo radził sobie całkiem dobrze, chociaż częściej
pojawiał się na zdjęciach w plotkarskich magazynach niż na stronach
poważnych pism zajmujących się gospodarką. Oczywiście do czasu, kiedy
zasłynął jako morderca z siekierą. On i David Lindholm przyjaźnili się.
- To jego szalona siostra okazała się morderczynią - powiedziała Annika.
Zamknęła stronę prokuratury. - Jak dobrze znasz Rickarda Marména?
- Znam jak znam. Harald, mój szwagier, z którym Thord czasem jeździ na
ryby, kupił w latach siedemdziesiątych mieszkanie w Fuengiroli. Kiedy
dzieci były małe, jeździliśmy tam czasem latem, a Rickard należy do
ludzi, których nie można nie zauważyć. Muszę ci powiedzieć, że nie
jestem tak do końca przekonana, że Filip Andersson jest niewinny.
- Rzeczywiście facet jest dość antypatyczny - przyznała Annika.
"szwedzi hiszpańskie wybrzeże słońca" - wpisała w Google. Wyświetlił jej
się adres www.costadelsol. Strona
zaczęła się ładować, Annika pochyliła się, żeby lepiej widzieć.
Na południowym wybrzeżu Hiszpanii istniał szwedzki kanał nadający całą
dobę reklamy po szwedzku. Wychodził też szwedzki miesięcznik i szwedzki
dziennik, działali szwedzcy agenci nieruchomości, były szwedzkie pola
golfowe, szwedzkie restauracje i sklepy sprzedające szwedzkie produkty
spożywcze. Byli szwedzcy dentyści i szwedzcy weterynarze, banki, firmy
budowlane i instalatorzy anten satelitarnych. Na różnych blogach
znalazła wpisy, z których można było wywnioskować, że kiedyś wszystko
było lepsze. I kalendarz aktualnych wydarzeń, z którego wynikało, że w szwedzkim kościele obchodzi się dzień szwedzkiej drożdżówki z cynamonem.
Nawet burmistrz Marbelli okazał się Szwedem. No może nie do końca, ale
miał żonę Szwedkę. Nazywała się Angela Mu?oz, dla znajomych Titti.
- Boże drogi - jęknęła Annika. - Marbella jest chyba bardziej szwedzka
niż deszczowy szwedzki dzień świętego Jana.
- Na pewno jest tam mniej szwedzka pogoda. - Berit się uśmiechnęła.
- Ilu Szwedów tam mieszka?
- Około czterdziestu tysięcy.
Annika uniosła brwi.
- To więcej niż w Katrineholmie.
- Czterdzieści tysięcy mieszka tam na stałe. Znacznie więcej przyjeżdża
tam na krócej.
- I w tej szwedzkiej sielance zamordowano całą rodzinę?
- Na to wygląda - powiedziała Berit. Podniosła słuchawkę i wybrała numer
prokuratury.
Annika czytała dalej: "Najnowsze wiadomości z Hiszpanii".
W La Campana hiszpańska policja zarekwirowała dużą partię narkotyków.
Siedemset kilogramów kokainy znaleziono w magazynie z owocami. Trzech
szefów kontrowersyjnej baskijskiej partii ANV jest podejrzanych o popełnienie zbrodni. Krajowi znów grozi susza, w Sao Pedro wieloryb
wypłynął na brzeg, a ojciec Antonio Banderasa ma zostać pochowany w Marbelli.
Annika wyszła z Google i weszła w redakcyjne archiwum.
Okazało się, że bardzo wielu znanych Szwedów ma domy albo mieszkania na
południu Hiszpanii. Aktorzy, artyści, gwiazdy sportu, rekiny finansjery.
Sięgnęła po słuchawkę i ponownie połączyła się z międzynarodowym biurem
numerów, tym razem szczęście jej dopisało. Poprosiła o numer restauracji
La Garrapata, szwedzkiego pisma "Svenska Magasinet", redakcji gazety
"Sydkusten" i agencji nieruchomości Wasa. Wszystkie działały w okolicach
Malagi.
Dostała numery i zaczęła dzwonić.
Nikt nie wiedział nic o morderstwie, ale wszyscy chętnie mówili o podobnych zbrodniach albo opowiadali o historii Malagi, o rozwoju
miasta, o pogodzie, o mieszkańcach i o nasilającym się ruchu ulicznym.
Annika dowiedziała się, że prowincja Malaga ma około miliona
mieszkańców, z czego pół miliona mieszka w samej Maladze, a około dwustu
tysięcy w Marbelli. Średnia temperatura powietrza zimą wynosi
siedemnaście stopni, latem dwadzieścia siedem, słonecznych dni jest
rocznie trzysta dwadzieścia. Miasto założyli Rzymianie tysiąc sześćset
lat przed Chrystusem, a pierwotna nazwa brzmiała Salduba. W 711 roku
przejęli je Arabowie, nazwali je Maribi-la. W najstarszej części miasta
nadal można znaleźć pozostałości rzymskich budowli.
- Kiedy my tu, na północy, chodziliśmy w skórach, na południu już mieli
bieżącą wodę i klimatyzację - powiedziała zdziwiona, odkładając
słuchawkę.
- Zjemy razem lunch? - zaproponowała Berit.
Wylogowały się, żeby mieć pewność, że nikt niepożądany nie skorzysta z ich kont.
Kiedy Annika sięgała do torby po bon na lunch, na biurku zadzwonił
telefon. Numer składał się z jedenastu cyfr, zaczynał się od trzydzieści
cztery.
- Annika Bengtzon? Tu Rickard Marmén. Zacząłem szukać informacji o włamaniu. Wszystko się zgadza.
Najwyraźniej był teraz gdzie indziej, nie słyszała już szumu autostrady.
W tle było cicho.
- Tak... - powiedziała Annika. Nadal szukała bonu.
- Wiesz coś o nich?
- O tych, którzy zginęli?
Znalazła zmięty bon w przegródce na klucze.
- Wiesz, że to rodzina Sebastiana Söderströma?
Już miała spytać: kogo? Nagle gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
- Tego hokeisty? - spytała, upuszczając bon na biurko.
- Jakieś dziesięć lat temu zakończył karierę w NHL. Teraz mieszka tutaj,
prowadzi klub tenisowy. Jeśli to prawda, to zginęli wszyscy, łącznie z teściową.
- Sebastian Söderström nie żyje? - powiedziała Annika głośno, machając
do Berit, która była już w drodze do stołówki. - Zamordowani to Szwedzi?
- Miał żonę i dwójkę małych dzieci.
- Sebastian Söderström? O co chodzi? - spytał Patrik, który nagle
znalazł się przy Annice.
Annika odwróciła się do niego plecami, zatkała ucho palcem.
- To pewne? - dopytywała się.
- Na sto procent.
- Ktoś może to potwierdzić?
- Nie mam pojęcia, skarbie, ale teraz już wiesz - powiedział Marmén i odłożył słuchawkę. Nie miała szansy odpowiedzieć.
- O co chodzi? - Patrik nie odpuszczał.
Berit wróciła, położyła torebkę na stole.
- Sprawdź Sebastiana Söderströma na paginasblancas.se - powiedziała
Annika.
Berit zalogowała się ponownie do sieci, weszła na stronę i zaczęła
czytać: Las Estrellas de Marbella, Nueva Andalucía.
Numer dziewięciocyfrowy, zaczynał się od dziewięćset pięćdziesiąt dwa.
- Co się dzieje? - spytał znowu Patrik, unosząc ręce do sufitu, jakby
chciał podkreślić ogrom kłopotów, jakie na niego spadły.
- Muszę coś sprawdzić - powiedziała Annika i zaczęła wybierać numer
willi w Las Estrellas de Marbella. Po pięciu sygnałach odezwała się
poczta głosowa: Ha llamado a nuevo cino dos... Annika odłożyła
słuchawkę, wybrała bezpośredni numer do dyżurnego w Ministerstwie Spraw
Zagranicznych.
- Nie rób sobie zbyt dużych nadziei - powiedziała Berit, kiedy się
zorientowała, gdzie Annika dzwoni. - Oni zwykle dowiadują się o wszystkim ostatni.
Po tsunami pracownicy ministerstwa trochę się zmobilizowali i przez
jakiś czas kontakty były lepsze, ale teraz wszystko wróciło już do
normy.
- Nazywam się Annika Bengtzon, dzwonię z redakcji "Kvällspressen" -
przedstawiła się, kiedy ktoś w końcu raczył odebrać. - Potrzebuję
potwierdzenia informacji, że rodzina, która dzisiaj w nocy zginęła
podczas włamania z użyciem gazu w Las Estrellas de Marbella w południowej Hiszpanii, to obywatele Szwecji.
- Nic o tym nie wiemy - ucięła kobieta.
- Mogłaby pani to sprawdzić? - poprosiła Annika najgrzeczniej, jak
umiała, i odłożyła słuchawkę.
- Nie znam hiszpańskiego na tyle, żeby się porozumieć z hiszpańską
policją - powiedziała Berit.
- Ja też nie - przyznała Annika.
- Interpol! - zawołała Berit.
- Europol - poprawiła ją Annika. - Są bardziej operatywni.
- Co się dzieje?! - wrzasnął Patrik.
Annika wzdrygnęła się i ze zdziwieniem spojrzała na kolegę, a właściwie
na szefa działu wiadomości.
- Dotarłam do źródła, które twierdzi, że zamordowana w Hiszpanii rodzina
to Sebastian Söderström, jego żona, dzieci i teściowa.
Patrik odwrócił się na pięcie, przyłożył dłonie do ust i wrzasnął:
- Sport!
Annika podeszła bliżej, chwyciła go za ramię.
- Uspokój się. Muszę to jeszcze potwierdzić - powiedziała. Patrik
odwrócił się i spojrzał na nią. - Nie wolno im nic napisać, dopóki nie
będziemy pewni, że to prawda.
- Niech spróbują się czegoś dowiedzieć.
- Co mają mówić? Że nam się wydaje, że nie żyje? Nawet jeśli tak jest,
to nie wiemy, czy już powiadomiono jego rodzinę.
- Powiedziałaś, że wszyscy nie żyją.
Annika westchnęła.
- Pewnie ma rodzeństwo, rodziców.
Zrobiła krok w tył, stanęła tuż przy nim, sięgała mu do jabłka Adama.
- Posłuchaj mojej rady, szefie. Pohamuj swój entuzjazm. Jeśli nadal
będziesz tak pędzić, to zanim się obejrzysz, wylądujesz w rowie.
Patrik zbladł.
- Masz mi za złe, że to nie ciebie awansowali - powiedział i ruszył w stronę działu sportowego.
- Trzeba to wszystko sprawdzić - powiedziała Berit, sięgając po
słuchawkę.
Po kilku rozmowach miały pewność. Hiszpańska policja potwierdziła, że
pięć osób mieszkających pod Marbellą zmarło w nocy podczas włamania z użyciem gazu. Tak to określili. Bliższych informacji o tożsamości i narodowości ofiar można się spodziewać jutro koło południa.
Annika i Berit postanowiły zrobić sobie przerwę i pójść na lunch.
- Sport nie jest moją najmocniejszą stroną - stwierdziła Berit, kiedy
zasiadły nad porcjami pieczeni przy stoliku przy oknie. - Co to za
człowiek?
Annika ugryzła kawałek chrupkiego chleba i spojrzała na rozciągającą się
za oknem szarość.
- Zawodowy hokeista, przez wiele sezonów grał w NHL, najpierw w Anaheim
Ducks, potem w Colorado Avalanche. Był obrońcą. Na początku lat
dziewięćdziesiątych grał w Trzech Koronach. Jeśli dobrze pamiętam, to
właśnie wtedy nasza drużyna zdobyła złoto na mistrzostwach świata. Nawet
dwa razy, w 1991 w Finlandii i w 1992 w Czechosłowacji...
Berit odłożyła widelec.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
Annika wypiła łyk wody, przełknęła głośno.
- Był idolem Svena - powiedziała.
Berit więcej nie pytała.
- Gasnące gwiazdy. W sporcie pewnie jest tak samo. Czarne dziury, które
przyciągają nieszczęście.
Annika nadal wpatrywała się w okno. Na szybie pojawiły się duże krople
deszczu.
- Ciekawe, jak to jest przeżyć szczytowy moment swojego życia, kiedy się
ma dwadzieścia cztery lata i całe życie przed sobą.
Darowały sobie kawę i wróciły do redakcji.
Przy krześle Anniki stał Patrik, przestępował z nogi na nogę.
- Mam coś dla ciebie. Dzisiaj po południu Kicki Pop poprowadzi program
przed "Podsumowaniem dnia". Zadzwoń do Erika Pontiego z "Echa" i poproś
go o komentarz.
Annika przyglądała się szefowi wiadomości, czekała na śmiech, który
rozładuje sytuację. Ale nikt się nie roześmiał.
- Żartujesz sobie ze mnie? - spytała w końcu. - Zajmuję się morderstwem
w Marbelli, to może być naprawdę duża rzecz. Mieszka tam mnóstwo
Szwedów, którzy...
- Berit może się tym zająć. Ty masz inne zadanie.
Annika nie wierzyła własnym uszom.
- Mam zadzwonić do Erika Pontiego i namówić go, żeby zmieszał z błotem
koleżankę z redakcji? Która nie dość, że jest młoda, to jeszcze jest
blondynką?
- Facet słynie z tego, że jedzie równo po wszystkich laskach...
Annika usiadła na krześle, wyprostowała się.
- To, że Ponti jest nadętym bufonem, nie znaczy, że jest głupi. Raz
zdarzyło mu się skrytykować koleżankę, zresztą słusznie. Ale biorąc pod
uwagę to, ile musiał się wtedy nasłuchać, wątpię, żeby chciał to
powtórzyć.
- Dzwoń - powiedział Patrik, nachylając się nad nią.
Annika schyliła głowę, sięgnęła po słuchawkę i zadzwoniła do redakcji
"Echa".
Erik Ponti nie chciał rozmawiać ani o Kicki Pop, ani o jej programie.
- Dziwne, prawda? - rzuciła Annika.
Włożyła kurtkę i ruszyła do drzwi.
- Dokąd idziesz?! - zawołał za nią Patrik.
- O drugiej mam spotkanie.
- Z kim?
- Ochrona źródła. Znasz takie pojęcie?
- Nie przed przełożonym - powiedział Patrik.
Annika zauważyła, że jego uszy zrobiły się purpurowe.
- Nie przed redaktorem odpowiedzialnym - poprawiła go.
Poszła do dyżurki, do Torego Wielkiego, i pokwitowała odbiór samochodu.
Padało coraz bardziej, wycieraczki pracowały bez przerwy. Było zaledwie
wpół do drugiej, ale mrok szybko gęstniał, wślizgiwał się między
zmarzniętych przechodniów, ochlapane błotem latarnie i sunące drogą tiry
z migoczącymi światłami.
Jechała na zachód, w stronę Enköping. Minęła Rissne, Rinkeby i Tenstę,
wysokie bloki, niskie szeregowe domki, puste szkoły i porzucone boisko
piłkarskie. Przed stacją kolejki podmiejskiej w Barkarby na autostradzie
utworzył się korek. Wychyliła się do przodu, wyjrzała przez szybę. Może
to wypadek, może powinna zadzwonić do redakcji. Chyba jednak nie. Może
samochód potrącił pieszego? Albo ktoś wpadł pod pociąg? Takie rzeczy się
zdarzają.
Wkrótce samochody ruszyły, powoli, jeden za drugim. Zabudowań było coraz
mniej, ustępowały miejsca zakładom przemysłowym i lasom. Nawierzchnia
była kiepska. Szarobura glina pryskająca spod kół jadącego przed nią
samochodu ochlapywała jej szybę, wycieraczki pracowały na pełnych
obrotach. Włączyła radio, trafiła w środek bloku reklamowego, wyłączyła.
Krajobraz znów się zmienił: zakłady przemysłowe zniknęły, został las.
Gałęzie sosen wyciągały się w stronę samochodu, brudnego volvo, którym
jechała do Garphyttan tego grudniowego dnia, kiedy znalazła Alexandra.
Dojechała do Brunna, skręciła w prawo, na Roligheten. Nagle deszcz ustał
i zapadła cisza. Annika kiepsko orientowała się w terenie, więc zawsze
dokładnie studiowała mapy i opisy drogi. Wiedziała, że w Lerberga musi
skręcić w lewo, potem, po ośmiuset metrach znów w lewo, minąć Fornsta,
przejechać przez dawne tereny wojskowe, a potem skręcić w prawo.
Jechała do Lejong?rden, do Domu Pomocy Rodzinie, nad jeziorem
Lejondalssjön, gdzie obecnie przebywała Julia ze swoim synkiem.
Annika obiecała, że ich odwiedzi, ale długo nie mogła się zmobilizować.
Nie bardzo wiedziała, czego się spodziewać. Spotkała się z Julią
zaledwie dwa razy, w dość wyjątkowych okolicznościach.
Za pierwszym razem nieoczekiwanie znalazły się na miejscu zbrodni, przy
Sankt Paulsgatan, na Söder. Annika towarzyszyła policyjnemu patrolowi z radiowozu szesnaście siedemnaście, Julii i drugiej funkcjonariuszce,
Ninie Hoffman. Wezwano je do domowej awantury na Södermalmie. Nic nie
zapowiadało tragedii, więc policjantki pozwoliły, żeby poszła z nimi.
Kiedy się okazało, że na miejscu są trzy trupy, Nina natychmiast kazała
jej się wycofać.
Drugi raz widziały się już po aresztowaniu Julii. Kobietę podejrzewano o zamordowanie męża, znanego policjanta Davida Lindholma, i synka,
Alexandra. Została skazana na dożywocie, mimo że cały czas twierdziła,
że jest niewinna, że jej męża zabiła inna kobieta, która potem porwała
dziecko. Ale nikt jej nie słuchał.
Jej synka widziała tylko raz. Tej nocy, kiedy znalazła go w letnim domku
Yvonne Nordin w pobliżu Garphyttan. Był tam więziony przez siedem
miesięcy.
Światła reflektorów oświetliły drewnianą czerwoną fasadę. Ściany lekko
błyszczały, co oznaczało, że dom pomalowano olejną farbą, nie
tradycyjną. Annika domyśliła się, że jest na miejscu. Wjechała na
podwórze, zatrzymała się, zaciągnęła hamulec ręczny, wyłączyła światła.
Siedziała chwilę w ciemności, nie wyłączyła silnika.
Lejong?rden. Niski, ciemny parterowy budynek nad jeziorem Lejonsjöen.
Wygląda jak przedszkole albo kameralny dom starców, pomyślała. W świetle
lampy wiszącej nad wejściem widać było niewielki plac zabaw. W głębi, za
domem, spokojną szarą wodę jeziora.
Chciałabym ci podziękować, powiedziała Julia przez telefon. Jej słowa
wprawiły Annikę w zakłopotanie.
Poprawiła włosy, wyłączyła silnik, wysiadła.
Zatrzymała się tuż przed drzwiami, spojrzała na jezioro. Nagie brzozy
drżały lekko na brzegu, ich gałęzie były równie szare jak woda. Nieco w głębi widać było porośniętą lasem niewielką wysepkę. Z daleka dobiegał
cichy szum autostrady.
Drzwi się otworzyły, wychyliła się kobieta w luźnym swetrze i kapciach z owczego futra.
- Annika Bengtzon? Witaj. Jestem Henrietta.
Podały sobie ręce. Henrietta? Powinnam była to wiedzieć? - zastanawiała
się Annika.
- Julia i Alexander czekają na ciebie.
Weszła, poczuła lekki zapach stęchlizny i lat siedemdziesiątych. Jasne
linoleum na podłodze, jasnoróżowe ściany ze szklanego włókna, plastikowe
listwy przypodłogowe. Za na wpół przymkniętymi drzwiami widać było duży,
jasno oświetlony pokój. Przy fornirowanych stolikach stały brązowe
plastikowe krzesła. Usłyszała czyjś śmiech.
- Mam prośbę. Zachowuj się normalnie - powiedziała Henrietta.
Annika czuła, że cała tężeje.
- Tędy...
Henrietta skręciła w lewo. Szły długim wąskim korytarzem: po prawej
drzwi, po lewej okna wychodzące na parking.
- Przypominają mi się podróże pociągiem w młodości - powiedziała Annika.
Miała nadzieję, że zabrzmi to naturalnie.
Henrietta udała, że jej nie usłyszała. Zatrzymała się przy drzwiach
gdzieś pośrodku, zapukała lekko.
Annika zauważyła, że w drzwiach nie ma zamków. Nie było też tabliczek z numerami. Przed wyjazdem przeczytała na stronie, że zakład stara się
zapewnić mieszkańcom "domowe warunki i poczucie bezpieczeństwa".
Drzwi się otworzyły, żółty trójkąt światła wytoczył się na korytarz.
Henrietta zrobiła krok w tył.
- Alexander upiekł ciasto - powiedziała, puszczając Annikę przodem. -
Daj znać, jeśli będziesz chciała, żebym zabrała Alexandra - zwróciła się
do kogoś w pokoju.
Annika zatrzymała się w progu.
Pokój był o wiele większy, niż się spodziewała. Prostokątny, z dużym
oknem i wyjściem na taras. Podwójne łóżko i mniejsze, dla dziecka. W głębi kanapa, telewizor i kuchenny stół z czterema krzesłami.
Przy stole siedziała Julia Lindholm. Miała na sobie sweter z za długimi
rękawami, włosy ściągnęła w koński ogon. Obok niej siedział jej synek.
Plecami do drzwi. Ruchy jego rąk wskazywały na to, że rysuje.
Julia podbiegła do niej i mocno ją objęła.
- Jak miło, że przyjechałaś - powiedziała, nadal ją obejmując.
Annika wyciągnęła tylko dłoń na powitanie. Zmieszała się, trochę
nieporadnie odwzajemniła uścisk. Usłyszała, jak drzwi się zamykają.
- To chyba oczywiste. Że chciałam się z wami zobaczyć.
- Niewielu osobom wolno nas odwiedzać - powiedziała Julia. Puściła już
Annikę i podeszła do kanapy. - Moi rodzice byli tu na Boże Narodzenie,
kilka razy odwiedziła nas Nina, ale nie zgodziłam się, żeby przyjechała
stuknięta matka Davida. Nie chcę jej tu widzieć. Poznałaś ją?
- Matkę Davida? Nie.
Annika rzuciła torbę i kurtkę na podłogę, obok kanapy. Spojrzała na
chłopca, na jego schowaną za włosami twarz. Rysował coś dużymi kredkami,
przyciskał je mocno do kartki, nie podnosząc głowy. Podeszła do niego
ostrożnie, kucnęła, próbowała uchwycić jego spojrzenie.
- Cześć - powiedziała. - Jestem Annika. Co rysujesz?
Chłopiec zacisnął zęby jeszcze mocniej, kredki zaczęły się poruszać
jeszcze szybciej. Grube, czarne kreski.
- Babcia już nie myśli jasno. Spotkanie w takim dziwnym miejscu mogłoby
tylko wszystko pogorszyć. Spotkamy się z babcią, jak już wrócimy do
domu, prawda, synku?
Chłopiec nie zareagował. Kartka zapełniała się czarnymi kreskami. Annika
usiadła na krześle obok Julii.
- Niewiele mówi - powiedziała Julia cicho. - Pocieszają mnie, że to nic
niepokojącego, że to minie.
- Ale coś w ogóle mówi? - spytała Annika.
Uśmiech zniknął z ust Julii, pokręciła głową.
Ze mną rozmawiał, pomyślała Annika. Wtedy, w nocy. Powiedział kilka
zdań. "Są jeszcze słodycze? Ona jest głupia. Bardzo głupia. Lubię te
zielone".
Julia podeszła do okna, stanęła plecami do pokoju. Annika zobaczyła w szybie, że obgryza paznokieć. Nagle niemal rzuciła się do telefonu,
który wisiał na ścianie przy drzwiach prowadzących na taras.
- Henrietto, mogłabyś się zająć Alexandrem? Tak, teraz. Dziękuję.
Kiedy odłożyła słuchawkę, zapadła niemal elektryzująca cisza. Annika
miała sucho w ustach, poczuła, że drętwieją jej palce. Położyła dłonie
na kolanach, spojrzała na pierścionek ze szmaragdem po babci. Zanim
przyszła opiekunka, czy kimkolwiek kobieta była, minęła dobra minuta.
Cała wieczność. Podeszła do Alexandra i wzięła go za rączkę.
- Chodź - powiedziała. - Obejrzymy sobie film, dobrze? O Nemo. -
Odwróciła się do Anniki. - O małej rybce, która się zgubiła tatusiowi,
ale na szczęście udało jej się wrócić do domu.
- Tak, wiem - powiedziała Annika.
Zostały same, w pokoju zapadła cisza.
- Pracuję w "Kvällspressen" - powiedziała w końcu Annika. - Mogę coś o tobie napisać? O tobie i o Alexandrze. O tym, jak wam tu jest.
Julia nadal obgryzała paznokieć.
- Jeszcze nie - odezwała się w końcu. - Może później. Tak, później.
Chętnie ci o wszystkim opowiem, ale teraz mam w głowie okropny mętlik.
Annika czekała w milczeniu. Nie spodziewała się, że Julia zgodzi się
opowiedzieć jej o swoich przeżyciach już dzisiaj, ale miała nadzieję, że
kiedyś to nastąpi. Dla mediów sprawa się kończy, kiedy przestępca
zostaje złapany i skazany. O skutkach jego czynu, o tym, co czują
ofiary, o ich długiej drodze powrotnej do rzeczywistości, do w miarę
normalnego życia, na ogół się nie pisze.
- Mam w sobie mnóstwo złości - powiedziała Julia cicho, jakby zdziwiona.
- Jestem wściekła na cały świat.
Podeszła powoli do stołu, usiadła na krześle, na którym przed chwilą
siedział Alexander. Była taka drobna, że niemal ginęła w za dużym
swetrze.
- To podobno też normalne. Tak mi mówią. Tu wszystko jest takie
cholernie normalne!
Ze złością rozłożyła ręce.
- Jesteście tu od chwili, kiedy wyszłaś z więzienia? - spytała Annika.
Julia skinęła głową.
- Był środek nocy. Zawieźli mnie do sądu o wpół do drugiej w nocy, a potem od razu tutaj. Alexander już tu był.
Wyjrzała przez okno. Było już ciemno.
- W areszcie bardzo źle się czułam. Tutaj na początku też. Alexander nie
chciał mnie znać. Odwracał się ode mnie, akceptował tylko Henriettę.
- To też całkiem normalne - powiedziała Annika.
Obie się roześmiały.
- Widzę, że mnie rozumiesz. Ale muszę przyznać, że pracują tu prawdziwi
profesjonaliści. Nina wszystko dokładnie sprawdziła i też tak twierdzi.
To podobno rolls-royce wśród takich ośrodków. Ale w końcu należy nam się
jakaś rekompensata od państwa za niesprawiedliwość, która nas spotkała...
Annika miała wrażenie, że słucha Niny Hoffman, najlepszej przyjaciółki
Julii. Razem studiowały, a potem razem pracowały, jeździły w jednym
patrolu. Kiedy Annika zainteresowała się sprawą Davida Lindholma, Nina
była jednym z jej źródeł. Miała ją przed oczami: jej szczupłą sylwetkę,
ściągnięte w koński ogon włosy, rezolutne spojrzenie, w którym widać
było chęć działania.
Julia wstała.
- Może napijesz się kawy? Jest w termosie. I to nie Alexander upiekł
ciasto, tylko Henrietta. Alexander siedział obok niej i rysował gniazda
srok. - Sięgnęła po rysunek synka - leżał na wierzchu, na stosie różnych
kartek - i pokazała go Annice. Niemal każdy milimetr sporego arkusza
pokrywała plątanina czarnych kresek. - To też normalne - powiedziała,
odkładając rysunek.
- Może jednak napiję się kawy. Nasza, w redakcji, nie nadaje się do
picia. Podejrzewamy, że ktoś dolał do pojemnika na wodę kocich szczyn.
Julia wskazała na termos, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Mamy tu zostać co najmniej trzy miesiące. Dla dobra Alexandra podobno.
Potem będziemy pod ich opieką jeszcze dwa do sześciu miesięcy. Ale
później podobno też powinniśmy jeszcze przez jakiś czas pozostawać w kontakcie z psychologiem. Teraz skupiamy się głównie na relacjach
rodzic-dziecko. Obiecano mi wsparcie, także potem, już po powrocie do
domu...
Julia zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.
Annika nalała sobie kawy, zakręciła termos, postawiła go na stole.
- To zrozumiałe, że jesteś zła. I ty, i Alexander. Nie wierzę ślepo
psychiatrom, ale w tym wypadku chyba mają rację. Oboje macie prawo do
złości.
Julia sięgnęła po leżącą na stole serwetkę i wytarła nos.
- Podobno dla takiego małego dziecka pół roku to jak całe życie. Alex
spędził tam w lesie siedem miesięcy, z tą szaloną babą. Nic dziwnego, że
jest zły. Nawet jeśli pytał, gdzie jesteśmy, ja i David, nie sądzę, żeby
mu odpowiadała. Dla niego równie dobrze mogliśmy nie żyć. Lekarze
twierdzą, że sam też czuł się zagrożony. Miał dużo siniaków i zadrapań
na całym ciele. Pewnie go biła.
- A jak teraz się czuje?
- Przychodzi czasem do mnie, ale wciąż nie chce na mnie patrzeć. W nocy
źle śpi, budzi się, płacze. No i zaczął się moczyć, musieliśmy wrócić do
pieluch.
- A tak w ogóle to co robicie? - dopytywała się Annika. Wypiła łyk kawy,
była niewiarygodnie dobra.
- Mam indywidualne spotkania z psychologiem, wkrótce zacznę terapię
grupową, będę też miała okazję porozmawiać z innymi matkami. To podobno
bardzo dużo daje. A Alexander się bawi. W piaskownicy. Albo coś rysuje,
czasem gra w piłkę. Po powrocie do domu przejdzie pod opiekę rejonowego
psychologa dziecięcego. - Nagle roześmiała się nerwowo. - Strasznie dużo
mówię. I nawet ci nie podziękowałam za wszystko, co dla nas zrobiłaś. To
przecież twoja zasługa, że...
Annika ścisnęła filiżankę.
- W porządku. Cieszę się, że mogłam wam pomóc.
Znów zapadła cisza.
- Jak ci minęły święta? - spytała w końcu Julia.
Annika odstawiła filiżankę, postawiła ją na spodku.
Zastanawiała się, czy powiedzieć Julii prawdę. O tym, że w Wigilię
siedziała z dziećmi wśród nierozpakowanych kartonów w mieszkaniu na
Starym Mieście, że oglądali na komputerze Kaczora Donalda i jedli szynkę
z supermarketu. Że w sylwestra przekazała dzieci ich ojcu, z którym
zostaną aż do Trzech Króli, i że podejrzewa, że jest im u niego znacznie
lepiej.
- W porządku - odpowiedziała. - Mam dużo pracy. Dzisiaj muszę jeszcze
napisać o morderstwie na hiszpańskim Wybrzeżu Słońca. Paskudna sprawa.
Julia wstała, odwróciła się do niej plecami.
- Costa del Sol to okropne miejsce. Estepona jest straszna.
Annika spojrzała na swoje dłonie. Wspomniała o Hiszpanii nie w porę.
Zapomniała, że Julia i David przeżyli tam przykre chwile.
- Przepraszam - powiedziała. - Nie chciałam...
- Mieszkaliśmy tam pół roku. David właściwie cały czas podróżował. Ja
byłam w ciąży, nie miałam samochodu, do sklepu było kilka kilometrów, w trzydziestostopniowym upale...
- Musiało ci być ciężko.
Julia wzruszyła ramionami.
- Był tajnym agentem. Czasem wyjeżdżał na dwa tygodnie i nie dawał znaku
życia. Cała ta przeklęta operacja trwała kilka lat. Kilka lat! -
Odwróciła się. - Nigdy mi nie powiedział, o co w tym wszystkim tak
naprawdę chodziło. Czy to były prochy, czy pranie brudnych pieniędzy,
nie wiem, po prostu nie wiem... - Pochyliła się nad Anniką. - Wiesz, co w tym wszystkim było najgorsze? Że tak strasznie się bałam, że coś mu się
stanie. Że ktoś mu coś zrobi. I co się okazało? - Roześmiała się głośno.
- Przeleciał o jedną laskę za dużo. Odstrzeliła mu fiuta, mnie zamknęli,
a Alexandra... - Podeszła do Anniki, spojrzała jej w oczy. - To wszystko
zostawi trwały ślad w jego psychice. A nikt mi nie wierzył! - Uderzyła
dłońmi w stół, filiżanki podskoczyły. - Nikt mi nie wierzył!
Annika poczuła, że wizyta dobiegła końca.
Odsunęła filiżankę, wstała.
Julia opadła na drewniane krzesło, patrzyła przed siebie pustym
wzrokiem.
- I pomyśleć, że to Yvonne Nordin. Ze wszystkich ludzi na świecie
właśnie ona.
Annika zamarła.
- Jak to? Znałaś ją?
Julia pokręciła głową.
- Nigdy jej nie spotkałam, Filipa Anderssona zresztą też.
Annika podeszła do drzwi, sięgnęła po kurtkę.
- A skoro mowa o Filipie Anderssonie, to nie wiem, czy wiesz, że
prokurator generalna wniosła dzisiaj o jego uniewinnienie.
Julia podniosła głowę.
- Nina się ucieszy - powiedziała bezdźwięcznie.
Annika stała z kurtką w ręku.
- Nina Hoffman? Dlaczego?
Julia zaczęła się mocno drapać w lewą dłoń.
- Na pewno się ucieszy. To jej brat.
***
Annika wsiadła do samochodu i natychmiast sięgnęła po komórkę. Wybrała
numer Niny Hoffman.
Dlaczego, do diabła, nie powiedziała jej, że jest siostrą Filipa
Anderssona i Yvonne Nordin?
Usłyszała trzaski, coś zaszumiało, dopiero po dłuższej chwili rozległ
się pierwszy sygnał, potem kolejny. Wpatrywała się w ciemne okna.
Ile razy rozmawiała z Niną o morderstwie na Söder? O tym, czy Filip
Andersson jest winny, czy nie? O jego kontaktach ze światem przestępczym
i z Davidem Lindholmem? Kiedy jesienią odwiedziła Anderssona w więzieniu, natychmiast pojechała do Niny do domu i wszystko jej
opowiedziała...
Sygnał w słuchawce zmienił się na zajęty, jakby ktoś odrzucił
połączenie.
Nina cały czas ukrywała swoją tajemnicę, może nawet czasem kłamała, może
rozmawiała z nią tylko po to, żeby coś od niej wyciągnąć albo
manipulować nią, żeby pisała tak, jak sobie życzyła.
Wybrała numer jeszcze raz. Zobaczyła, że w budynku, w korytarzu,
zapaliło się światło. Henrietta wracała z Alexandrem do pokoju. Widziała
jego jasne kręcone włosy, podskakiwały przy każdym kroku.
Usłyszała trzask, odezwała się poczta głosowa Telii. Rozłączyła się,
jakby ją złapano na robieniu czegoś, czego nie powinno się robić.
Zaufała Ninie, a Nina ją zawiodła.
Kiedy ją poprosiła, żeby zdobyła paszportowe zdjęcie Yvonne Nordin,
nawet się nie zająknęła, że to jej siostra.
Wybrała numer po raz trzeci. Znów poczta głosowa. Odchrząknęła.
- Cześć, mówi Annika Bengtzon. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Zadzwoń
do mnie, jak odbierzesz wiadomość, dobrze? Cześć.
Potem zadzwoniła do centrali policji, poprosiła o połączenie z komisariatem przy Torkel Knutssonsgatan. Odebrał dyżurny, niejaki
Sisulu.
- Nina Hoffman jest na urlopie. Wraca dopiero w niedzielę.
Podziękowała i położyła komórkę na siedzeniu pasażera. Odpaliła silnik,
wyjechała na szosę i ruszyła z powrotem do redakcji.
Kiedy była na wysokości Kallhäll, nagle dotarło do niej, że nie musi się
aż tak spieszyć.
Nie miała ochoty wracać do karteczek Patrika, nie tęskniła też za swoim
pełnym nierozpakowanych kartonów trzypokojowym mieszkaniem przy
Agnegatan.
Kiedy na siedzeniu pasażera zadzwoniła komórka, a na wyświetlaczu
pokazał się numer jej byłego męża, dziwnie się ucieszyła.
- Cześć. Mówi Thomas.
Zaczerpnęła powietrza. Radość przepełniała jej pierś.
- Cześć - powiedziała nieco zbyt wesoło.
- Co robisz? Dokądś jedziesz?
Roześmiała się cicho i poczuła, jak zalewa ją fala ciepła.
- Służbowo. Ale już wracam. Nie ma dużego ruchu.
- Posłuchaj, właśnie planujemy Wielkanoc. Wiesz już, co będziesz robić?
Radość zniknęła, nagle została jej odebrana. Poczuła niemal fizyczny
ból.
- Zacząłeś używać pluralis maiestatis? - spytała, starając się, żeby
jej słowa zabrzmiały żartobliwie. Bez sensu.
- W tym roku Wielkanoc jest dość późno. Wielki Czwartek przypada
dwudziestego pierwszego kwietnia, chodzi mi o następny tydzień. Mogą być
problemy. Wiem, że to mój tydzień, ale wyjeżdżam na konferencję, więc
pomyślałem, że moglibyśmy się zamienić...
- Nie potrafię ci nic powiedzieć. W redakcji jest dużo zmian, będę teraz
pracować na innym stanowisku...
Thomas chwilę milczał.
- Nie powinnaś była skonsultować tego ze mną? - spytał w końcu.
Natychmiast się rozzłościła. Zagryzła zęby, przełknęła ślinę.
- A niby dlaczego? To nie będzie miało żadnego wpływu na nasze
ustalenia.
- W porządku - odpowiedział skwaszony. - Sophia chce z tobą rozmawiać.
- Cześć, mówi Sophia - usłyszała po chwili w słuchawce.
- Cześć - odpowiedziała.
- Rozmawiałam z przyjaciółkami w sieci, na takim naszym prywatnym blogu,
i mam dla ciebie zaproszenie.
Annika wzięła głęboki wdech i zmusiła się do zachowania spokoju.
- Pracujesz z językiem, piszesz, więc pomyślałam, że może byłabyś
zainteresowana wstąpieniem do naszego kółka czytelniczego.
Kółka czytelniczego? Dżizas! Fucking Christ!
- No nie wiem - powiedziała, hamując przed skrzyżowaniem.
- W tym tygodniu czytamy wspaniałą książkę Marie Hermansson Syn króla
grzybów. Czytałaś? Autorka pokazuje, jakie to ważne, żeby znaleźć swoje
miejsce w życiu. Syn dorasta w lesie, chociaż jego miejsce tak naprawdę
jest nad morzem. Bardzo piękna historia. Lubisz Marie Hermansson?
Znała Marie Hermansson. Czytała jej Wybrzeże muszelek. Zaczęła też
inną jej książkę, o mężczyźnie, który mieszkał pod schodami, ale nie
dokończyła.
- Nie wiem - odpowiedziała. - Poza tym nie bardzo mam czas. Od dzisiaj
pracuję na innym stanowisku, więc pewnie będzie trochę zamieszania.
- Na nowym stanowisku? - powtórzyła Sophia ze zdziwieniem. - To będzie
miało jakiś wpływ na nasz harmonogram?
Annika uznała, że są jednak granice, których nie wolno przekraczać, i że
nie może pozwolić obrzucać się błotem.
- Gdyby tak było, rozmawiałabym o tym z ojcem moich dzieci, na pewno nie
z tobą. Czy wyraziłam się dostatecznie jasno?
- Dlaczego jesteś taka agresywna? Przecież tu chodzi o dobro twoich
dzieci - powiedziała Sophia Pieprzona Grenborg, wyraźnie oburzona.
Annika się roześmiała, złośliwie i nieco za głośno.
- Jesteś obłudna. Gdyby ci naprawdę zależało na dobru moich dzieci, nie
zniszczyłabyś mojej rodziny, ty cholerna... - urwała. Chciała powiedzieć:
dziwko, ale uznała, że może jednak nie powinna. - Nie mam czasu ani na
twoje kółka, ani na rozmowy z tobą. I nie łudź się, że kiedykolwiek się
zaprzyjaźnimy, okej? - powiedziała i rozłączyła się, nie czekając, aż
Sophia odpowie.
Po raz pierwszy pomyślała, że jednak dobrze zrobiła, kiedy na stacji
benzynowej w pobliżu Kungsör pocięła na kawałki jej cholernie drogi
stanik.
I dobrze, że wysłała do redakcji donos z adresu deep-throat-rosenbad,
który sama wymyśliła, co doprowadziło do zawieszenia projektu
Ministerstwa Sprawiedliwości, nad którym pracował Thomas. Zresztą wcale
z tego powodu nie ucierpiał. Natychmiast przydzielono mu coś innego.
Zajmował się teraz koordynowaniem prac nad nowymi regulacjami prawnymi
dotyczącymi przestępstw gospodarczych na skalę międzynarodową. I bynajmniej z nią tego nie konsultował.
Ruch jak na godziny szczytu był wyjątkowo niewielki. Ale był to dzień
między jednym a drugim świętem, więc wielu ludzi albo pracowało w domu,
albo wzięło wolne, jak Nina Hoffman.
Wróciła do redakcji, uznała, że pora się zbierać, zaczęła pakować
komputer.
- Hej! - zawołał Patrik na jej widok. - Jutro rano lecisz do Malagi!
Annika, która włożyła już do torby komputer i papiery, upuściła wszystko
na biurko.
- O czym ty mówisz?
- Masz bilet na wpół do siódmej rano.
Annika rozłożyła ręce.
- Na litość boską! Nigdzie się nie wybieram. Właśnie się
przeprowadziłam, nie zdążyłam się nawet rozpakować...
- Domyślam się, że nie masz zbyt dużo rzeczy. Twój dom niedawno się
spalił, prawda? Clobbe jest na wakacjach w Marbelli. Nie ma specjalnego
daru pisania, ale wystuka coś na jutro. Kiedy już tam dotrzesz,
przejmiesz sprawę. Musisz się jak najszybciej dowiedzieć, czy tożsamość
ofiar została potwierdzona i czy to rzeczywiście Sebastian Söderström.
Pewnie zostaniesz tam do końca tygodnia.
Annika spojrzała na swoją torbę. W uszach brzmiały jej nadal pełne
pogardy kłamstwa Erika Pontiego o tym, jak bardzo ceni Kicki Pop i jak
to absolutnie nie ma nic przeciwko pojawieniu się na antenie nowego
magazynu plotkarskiego.
Cóż, w końcu pracowała teraz według grafiku.
- Bilety - powtórzyła. - Gdzie są? Może wystarczy numer rezerwacji?
Gdzie będę mieszkać? Mam wynająć samochód? Jest tam jakiś tłumacz? Mamy
kontakty z miejscową policją? I kto będzie robić zdjęcia?
Patrik patrzył na nią przez chwilę pustym wzrokiem, potem wypiął pierś i powiedział spokojnie:
- Wszystkie te problemy będziesz musiała rozwiązać na miejscu. W Hiszpanii na pewno można wynająć fotografa. I dowiedz się czegoś o Wybrzeżu Kokainowym. Przejmiesz mój temat o prochach i praniu forsy.
Gdybym nie awansował, pracowałbym teraz nad tym.
Odwrócił się na pięcie i szybko ruszył w stronę działu rozrywki.
Annika spojrzała na Berit.
- Niewiarygodne! Uznał, że bycie szefem działu wiadomości polega na
krążeniu po redakcji i rzucaniu pomysłami.
- Przesłałam ci mejlem numer rezerwacji - powiedziała Berit, nie
podnosząc głowy. - W Andaluzji pracuje kilku skandynawskich policjantów,
podałam ci ich nazwiska i numery telefonów. Skontaktuj się z nimi, na
pewno polecą ci jakiegoś tłumacza. Sama rób zdjęcia. Wzięłam dla ciebie
aparat, pełny automat, wystarczy pstryknąć. Zadzwoń, jak się czegoś
dowiesz. - Wskazała głową na leżącą na stole torbę na kamerę i zerknęła
na Annikę znad okularów. - Uważaj na siebie. I powodzenia - powiedziała.
Annika jęknęła.
- Dlaczego sama się tego nie podjęłaś? - spytała.
Trzask zamykanych drzwi odbił się echem w pustym mieszkaniu. Annika
stała chwilę w ciemnym holu, jak miała w zwyczaju, i wsłuchiwała się w odgłosy z ulicy. Poczuła na nogach przeciąg z klatki schodowej.
Mieszkanie było najciemniejsze ze wszystkich, w jakich dotychczas
mieszkała. Czwarte piętro. Korony drzew pochłaniały światło ulicznych
latarni. Z okna jej sypialni widać było jedynie bezgwiezdne niebo. Z holu salon, a dalej pokój, który miał być pokojem Ellen. Po lewej
kuchnia, nowoczesna i bezosobowa. Czuła do niej instynktowną niechęć.
Poszła do sypialni, usiadła na łóżku, oparła się o wezgłowie.
W zasadzie mieszkanie było w porządku. Trzy duże pokoje, sto cztery
metry kwadratowe, z holem, który można było zamienić na salon, żeby i ona, i dzieci mogli mieć osobne pokoje.
Klucze dostarczył jej kurier dzień przed sylwestrem. Ostatni dzień roku
poświęciła na przewiezienie tu tych niewielu rzeczy, które miała, z tymczasowego lokum na Starym Mieście.
Podniosła głowę, spojrzała na sufit. Kiedyś były tu pewnie sztukaterie,
ale w latach trzydziestych dom przeszedł gruntowny remont i zapewne
usunięto wszelkie ozdoby.
Zdążyła się już dowiedzieć, że cała nieruchomość, zwana w administracyjnym żargonie Orzech 1, była własnością spółdzielni
mieszkaniowej. Jej mieszkanie należało do Urzędu Mieszkalnictwa.
Jak Q udało się je dla niej załatwić, nie wiedziała. Nie wiedziała też,
jak długo będzie mogła tu mieszkać.
Zapaliła lampkę stojącą przy łóżku, poprawiła poduszki pod plecami,
odwróciła głowę i spojrzała w niebo.
Nagle zobaczyła sypialnię przy Vinterviksvägen. Przypomniała sobie, jaka
się tam czuła samotna i zagubiona. Zamknęła oczy i wszystko wróciło,
pożar, dym, panika.
Thomasa nie było. Właśnie tego wieczoru ich opuścił i pojechał do Sophii
Grenborg. Sama musiała ratować siebie i dzieci. Spuściła Kallego i Ellen
z okna sypialni na piętrze, a potem skoczyła. Wylądowała na tarasie, na
stole.
Potem podejrzewano ją o podłożenie ognia.
W końcu, po trwającym wiele miesięcy dochodzeniu, na kawałku cegły
znaleziono odciski palców prawdziwego podpalacza, Amerykanki, płatnej
morderczyni zwanej Kociątkiem.
Dla Anniki nie miało to żadnego znaczenia.
Wiedziała, że tamta nigdy nie odpowie za to, co zrobiła.
Nie została aresztowana ani oskarżona, a komisarz Q osobiście
uczestniczył w negocjacjach z władzami USA, po których wymieniono
Kociątko na obywatela Szwecji odbywającego karę w więzieniu w New
Jersey.
Sprzedałeś mój dom, dom moich dzieci, żeby zasłużyć na pochwałę FBI i ściągnąć do kraju mordercę policjanta, wypomniała mu.
Zażartowała, że w związku z tym powinien jej znaleźć jakieś mieszkanie,
a on potraktował to serio i teraz siedziała tu, przy Agnegatan 28, w dzielnicy, w której mieszkała dziesięć lat temu, kiedy jako stażystka
zaczynała pracować w redakcji "Kvällspressen". Gdyby chociaż jedno okno
wychodziło na podwórze, może widziałaby dom, w którym mieszkała tamtego
upalnego lata, kiedy wszystko się zaczęło. Zanim urodziły się dzieci,
zanim poznała Thomasa, kiedy jeszcze żył Sven...
Gdzieś z głębi mieszkania usłyszała dzwonek telefonu, nie komórki,
stacjonarnego. Zerwała się z łóżka. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie
podłączyła aparat.
Wybrzmiał czwarty sygnał, kiedy w końcu znalazła go na podłodze w pokoju
Kallego.
- Annika Bengtzon? Mówi Jimmy. Jimmy Halenius.
Sekretarz ministra sprawiedliwości, jego prawa ręka.
Szef Thomasa.
Głośno odkaszlnęła.
- Thomas się wyprowadził, mówiłam już...
- Nie szukam jego, tylko ciebie.
- Ach tak - powiedziała, przykładając słuchawkę do drugiego ucha.
- Podobno szukasz kogoś, kto by skomentował wydanie Stanom Zjednoczonym
ich obywatela pod koniec ubiegłego roku. Jak zapewne wiesz, minister nie
komentuje pojedynczych przypadków, ale jeśli chcesz, jestem skłonny ci
wyjaśnić pewne sprawy. W sposób nieco mniej formalny.
- Rozmawiałeś z Britt? Z panią sekretarz? - spytała Annika.
- Od dziewiętnastej będę w Järnet przy Österl?nggatan. Wpadnij, jeśli
jesteś zainteresowana.
- Będę mogła cię cytować?
- Absolutnie nie, ale stawiam kolację.
- Nie jadam kolacji z politykami.
- Zrobisz, jak zechcesz. Na razie - powiedział i rozłączył się.
Annika odłożyła słuchawkę, postawiła aparat na podłodze. W pokoju
Kallego nie było jeszcze światła. Stała w ciemnościach przy oknie i spoglądała na nagie korony drzew w dole.
Właściwie powinna się rozpakować.
Spojrzała na zegarek.
Doszła do wniosku, że nie musi tego robić dzisiaj. Nie spodziewała się,
że odezwie się do niej ktoś z ministerstwa. Może jednak powinna pójść,
dowiedzieć się, co Halenius ma jej do powiedzenia? Znali się. Kilka dni
przed pożarem był u nich na kolacji.
Spojrzała na przeprowadzkowy bałagan. Ostra konkurencja, pomyślała.
Kolacja w eleganckim lokalu z wysoko postawionym źródłem albo wieczór w domu spędzony na porządkowaniu zabawek Kallego.
***
Restauracja Järnet była jednym z tych lokali na Starym Mieście, obok
których wiele razy przechodziła, a nawet zaglądała przez okna do środka.
Jakby siedzący tam ludzie uczestniczyli w jakimś przedstawieniu, jakby
pochodzili z innego świata, lepszego niż ten, w którym jej przyszło żyć.
Zawsze było tam ciepło i miło, na stolikach paliły się świeczki, sztućce
błyszczały. W kieliszkach było wino, słychać było śmiechy. Na ulicy
zawsze było zimno i wiał ostry wiatr.
Skromny szyld z nazwą wypisaną odręcznym pismem kołysał się nad
wejściem. Pchnęła jedno skrzydło pomalowanych na szarozielono podwójnych
drzwi i znalazła się w przedsionku. Natychmiast zjawił się kelner.
Wyglądał sympatycznie. Wziął jej kurtkę, nie dając w zamian numerku ani
nie żądając z góry piętnastu koron za szatnię.
Było dziesięć po siódmej. Bardzo starannie wybrała moment. Nie chciała
sprawiać wrażenia bardzo zainteresowanej, ale też nie chciała, żeby zbyt
długo na nią czekał.
Sala była niewielka, może dziesięć stolików.
Jimmy Halenius siedział w głębi, w kącie, zatopiony w lekturze
popołudniówki. Nie "Kvällspressen", tylko "Konkurrenten". Zauważyła to.
Przed nim stało piwo.
- Cześć - powiedziała. - Czytasz niewłaściwą gazetę.
Podniósł głowę. Jego brązowe włosy sterczały na wszystkie strony, jakby
specjalnie je potargał.
Wstał i wyciągnął do niej rękę.
- Witaj, usiądź, proszę - powiedział. - Tę właściwą już przeczytałem -
dodał. - Czego się napijesz?
- Wody mineralnej - odpowiedziała Annika, wieszając torbę na oparciu
krzesła.
- Zaszalej i zamów colę. Pamiętaj, że ja stawiam.
Annika usiadła.
- Ty? Nie państwo?
Halenius skrzyżował ręce na piersi, podciągnął ramiona i uśmiechnął się.
- Moje rachunki, w przeciwieństwie do twoich, są publiczne. Ten
pozostanie naszą tajemnicą.
Annika sięgnęła po serwetkę. Cały czas obserwowała go kątem oka.
W jego sposobie bycia nie było nic władczego. Owszem, był pewny siebie,
ale w żaden sposób się nie wywyższał. Pod pogniecioną marynarką miał
koszulę w niebieskie paski. Był bez krawata. W dżinsach.
- Rozumiem, że sprawa Kociątka to kolejna rzecz, która pozostanie naszą
tajemnicą - powiedziała Annika, patrząc mu w oczy. - Dlaczego?
Jimmy Halenius złożył gazetę, włożył ją do zniszczonej teczki.
- Muszę mieć pewność, że wszystko zostanie między nami.
Annika milczała.
- Mogę ci uchylić rąbka tajemnicy, ale nie wolno ci tego opublikować.
- Dlaczego miałabym cię słuchać, skoro nie będę mogła o tym napisać?
Halenius znów się roześmiał, wzruszył ramionami.
- Mają tu świetne jedzenie.
Annika zerknęła na zegarek.
Halenius odchylił się na krześle.
- To ona dokonała morderstwa podczas kolacji noblowskiej. Już dobry rok
temu - powiedziała Annika.
- Zgadza się.
- Zabiła też młodego naukowca z Instytutu Karolinska.
- Najprawdopodobniej.
- I spaliła mój dom, wrzucając ładunki zapalające do pokojów dzieci.
- Pewnie tak było.
Annika przeciągnęła ręką po czole.
- Nie potrafię tego pojąć. Jak to możliwe, że rezygnujecie z postawienia
przed sądem jednego z największych przestępców złapanych przez szwedzką
policję?
- Chodzi o to, co dostaliśmy w zamian.
- O tym chcesz mi teraz opowiedzieć?
Halenius się roześmiał.
- Na co masz ochotę? - spytał.
- Nie wierzę, że chodzi tylko o jakiegoś zabójcę policjanta z New Jersey
- stwierdziła Annika.
Sięgnęła po kartę. Wiele dań była w stanie zidentyfikować: smażone
śledzie z masłem koperkowym i purée ziemniaczanym - to było jasne. Miała
natomiast problem z domyśleniem się, co się kryje pod nazwą gremolata z konfitowanymi ziemniakami.
Halenius zamówił carpaccio z jelenia z czarnymi kurkami i serem
Västerbotten na przystawkę. Jako główne danie wybrał antrykot z rusztu
(dwieście pięćdziesiąt gramów) z purée z cebuli i prażonym korzeniem
pietruszki, do tego krokiety z serem Västerbotten.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki