Czwartek, 3 czerwca
WEZWANIE PRZYSZŁO o trzeciej dwadzieścia jeden. Centrala przekazała je
wszystkim radiowozom w śródmieściu Sztokholmu, krótkie i niewiele
mówiące.
- Siedemdziesiątka do wszystkich jednostek. Strzelanina na Bondegatan.
Nic więcej. Żadnego dokładniejszego adresu, żadnych informacji o ofiarach ani o tym, kto zgłasza.
A mimo to Nina poczuła dziwny ucisk w żołądku. Nie potrafiła powiedzieć
dlaczego.
Bondegatan to długa ulica, mieszka przy niej co najmniej tysiąc osób,
pomyślała.
Zobaczyła, że siedzący na miejscu pasażera Andersson sięga po radio, i szybko przechwyciła słuchawkę. Wcisnęła lewy guzik i skręciła w lewo, w Renstiernas gata.
- Tu szesnaście siedemnaście - zameldowała się. - Jesteśmy przecznicę od
Bondegatan. Jaki to numer?
Andersson westchnął teatralnie i zaczął demonstracyjnie wyglądać przez
boczną szybę. Nina zerknęła na niego, skręciła w stronę Bondegatan. A niech się gniewa. Jak dzieciak, pomyślała.
- Siedemdziesiątka do szesnaście siedemnaście - usłyszała przez radio
głos operatora. - Jesteś najbliżej. To ty, Hoffman? Odbiór.
Radio było przypisane do numeru jej odznaki policyjnej. Przed
rozpoczęciem zmiany każdy funkcjonariusz miał obowiązek zgłosić numer
radiowozu i numer swojej odznaki do Centrum Operacyjnego, w policyjnym
żargonie zwanego COPS. Dzięki temu operator w Wojewódzkim Centrum
Komunikacji dokładnie wiedział, gdzie kto jest.
- Tak - potwierdziła. - Skręcam w Bondegatan...
- Jak wygląda sytuacja?
Zatrzymała samochód i zaczęła się przyglądać ciężkim kamiennym fasadom
po obu stronach ulicy. Tu świt jeszcze nie dotarł. Zmrużyła oczy, żeby
lepiej widzieć zarysy budynków. W jednym z mieszkań na ostatnim piętrze
w kamienicy po prawej paliło się światło, poza tym wszędzie było ciemno.
Zauważyła zakaz parkowania, najwyraźniej ulica miała być w nocy
sprzątana. Brak samochodów potęgował wrażenie pustki. Tylko w połowie
ulicy, bliżej Nytorpsgatan, stał zardzewiały peugeot, z mandatem za
wycieraczką.
- Nic się nie dzieje. O jaki numer chodzi? Odbiór.
Operator podał jej dokładny adres. Zamarła. To dom Julii, klatka
schodowa Julii i Davida!
Nina, on ma mieszkanie na Söder! Boże, jak cudownie będzie się
wyprowadzić z tego blokowiska!
Tylko nie bierz go dla mieszkania, Julio...
- Szesnaście siedemnaście, podjedź i sprawdź, po cichu...
Opuściła szyby, żeby lepiej słyszeć, co się dzieje na ulicy, wrzuciła
bieg, wyłączyła światła i powoli podjechała pod znany sobie dom, bez
sygnału, bez migającego światła na dachu. Andersson wyraźnie się ożywił
i zaciekawiony pochylił się w stronę przedniej szyby.
- Myślisz, że coś się tu dzieje? - spytał.
Boże, mam nadzieję, że nie! - pomyślała.
Zatrzymała się przed bramą, wyłączyła silnik, wychyliła się i spojrzała
na betonową fasadę domu. W jednym z okien na drugim piętrze paliło się
światło.
- Zakładamy, że mamy do czynienia z zagrożeniem - powiedziała, sięgając
po radio.
- Tu szesnaście siedemnaście. Jesteśmy na miejscu, wygląda na to, że nie
wszyscy w budynku śpią. Mamy czekać na dziewięćdziesiąt siedemdziesiąt?
Odbiór.
- Dziewięćdziesiąt siedemdziesiąt jest w Djursholmie - odpowiedział
operator.
- Sprawa morderstwa na kolacji noblowskiej? - spytał Andersson.
Nina dała mu znak, żeby nie przeszkadzał.
- Są w pobliżu jakieś inne wozy? - dopytywała się. - Albo jakiś patrol?
- Przechodzimy na inną częstotliwość. Do wszystkich zainteresowanych:
zmieniamy na zero sześć.
- Paskudna historia z tym morderstwem - ciągnął Andersson niezrażony. -
Słyszałaś, że podobno zatrzymali drania?
Kabinę radiowozu wypełniła cisza. Nina czuła, że kuloodporna kamizelka
uwiera ją w plecy. Andersson poruszył się niespokojnie i zerknął na
fasadę budynku.
- Równie dobrze może to być fałszywy alarm - powiedział, próbując
powściągnąć entuzjazm.
Boże, niech to będzie fałszywy alarm!
Radio zatrzeszczało, teraz już na innej częstotliwości.
- Sprawdźmy, czy wszyscy się przełączyli na właściwy kanał. Szesnaście
siedemnaście, słyszysz mnie? Odbiór.
Nina ponownie wcisnęła guzik. Czuła, że język przywarł jej do
podniebienia, kurczowo trzymała się procedury.
- Tak, słyszę, odbiór.
Odezwały się pozostałe wozy, dwa ze śródmieścia, jeden z Komendy
Głównej.
- Patrol jest nieosiągalny - poinformował operator. - Ale
dziewięćdziesiąt siedemdziesiąt jest w drodze. Hoffman, przejmujesz
dowodzenie do czasu, kiedy zjawią się posiłki. Musicie się przegrupować.
Nie podjeżdżajcie wszyscy naraz. Otoczcie kamienicę i czekajcie w wozach. Wszystkie wozy podjeżdżają w ciszy.
W tym momencie z przeciwka nadjechał drugi radiowóz. Zatrzymał się
przecznicę dalej, zgasił światła, po chwili zgasł też silnik.
Nina otworzyła drzwi i wyszła. Uderzenia ciężkich policyjnych butów
odbijały się echem od bruku. Poprawiła słuchawkę w lewym uchu, wcisnęła
ją mocniej, otwierając jednocześnie bagażnik.
- Tarcza i pałka - rzuciła do Anderssona i przestawiła swój przenośny
odbiornik na zero sześć.
Po drugiej stronie ulicy zobaczyła dwóch policjantów. Wysiadali z radiowozu.
- Dziewiętnaście osiemdziesiąt, to ty? - spytała cicho przez interkom.
Miała go na prawym ramieniu.
- Tak - odpowiedział jeden z funkcjonariuszy, unosząc do góry rękę.
- Wchodzicie z nami.
Pozostałym wozom poleciła zająć pozycję po przekątnej, tak żeby mogli
kontrolować całą okolicę, od rogu Sk?negatan i Södermannagatan aż do
Östgötagatan.
Andersson przewracał wszystko w bagażniku, szukał czegoś wśród apteczek,
gaśnic, łopat, rac, latarek, plastikowych pachołków, taśm
wygradzających, trójkątów ostrzegawczych, formularzy i innych rzeczy.
- Szesnaście siedemnaście do siedemdziesiątki - powiedziała Nina przez
radio. - Macie nazwisko zgłaszającego? Odbiór.
Chwila milczenia.
- Erlandsson, Gunnar, drugie piętro.
Podniosła głowę, spojrzała na fasadę z lat sześćdziesiątych, z kwadratowymi oknami. W jednym z nich, na drugim piętrze, za kuchenną
firanką w czerwono-białą kratkę paliła się lampa.
- Nie śpi. Idziemy tam.
Podeszli pozostali, przedstawili się. Sundström i Landén. Skinęła głową,
podeszła do domofonu i wstukała kod. Żaden z kolegów się nie zdziwił, że
go zna. Weszła na klatkę, ściszyła radio, niemal wyłączyła dźwięk.
Koledzy w milczeniu szli za nią. Andersson, który szedł ostatni,
zablokował drzwi. Zostawił je szeroko otwarte, żeby w razie potrzeby
mogli uciec.
Klatka schodowa była ciemna i pusta. Tylko z windy przez podłużną szybę
w drzwiach sączyło się trochę światła.
- Jest tu jakieś podwórko? - spytał Landén cicho.
- Za windą - wyszeptała Nina. - Z prawej strony są drzwi do piwnicy.
Funkcjonariusze sprawdzili drzwi po obu stronach, każdy swoje, jedne i drugie były zamknięte.
- Otwórz windę - poleciła Anderssonowi.
Andersson zablokował drzwi, unieruchamiając windę, po czym stanął przy
schodach i czekał na dalsze polecenia.
Nina czuła, jak z tyłu jej głowy narasta panika. Próbowała sobie
przypomnieć, jakie zasady obowiązują w takiej sytuacji.
Oceń sytuację. Zabezpiecz klatkę schodową. Porozmawiaj z osobą
zgłaszającą, ustal, skąd padły strzały.
- Najpierw się rozejrzymy - powiedziała.
Ruszyła szybko, ale bardzo ostrożnie na górę. Pokonywała kolejne piętra.
Andersson szedł za nią, cały czas w pewnej odległości.
Klatka schodowa pogrążona była w mroku. W ciszy słychać było szelest
ubrań. Pachniało środkiem czyszczącym. Za zamkniętymi drzwiami mimo
ciszy wyczuwała obecność ludzi, gdzieś zatrzeszczały sprężyny łóżka,
gdzieś ktoś odkręcił kran.
Tu się nic nie dzieje, nie ma żadnego niebezpieczeństwa, wszystko jest
tak, jak powinno być.
W końcu lekko zdyszana dotarła na strych. Najwyższe piętro wyraźnie
różniło się od pozostałych: marmurowa posadzka, specjalnie
zaprojektowane wzmocnione drzwi. Wiedziała, że pod koniec lat
osiemdziesiątych spółdzielnia mieszkaniowa, do której należał budynek,
postanowiła wyremontować strych i urządzić tam luksusowe apartamenty.
Decyzję podjęto tuż przed krachem na rynku mieszkaniowym, który nastąpił
pod koniec lat osiemdziesiątych. Przez wiele lat mieszkania stały puste,
spółdzielni groziło bankructwo. Dzisiaj czynsze były oczywiście
niebotyczne, ale David nadal miał spółdzielni za złe tę nieprzemyślaną
decyzję.
Andersson, dysząc ciężko, podszedł do Niny. Otarł czoło, Nina czuła, że
jest rozdrażniony i zawiedziony.
- Wygląda na fałszywy alarm - stwierdził.
- Zobaczymy, co nam powie ten, kto to zgłosił - powiedziała Nina i ruszyła na dół.
Na drugim piętrze, przed drzwiami z tabliczką ERLANDSSON, G&A,
czekali już ich koledzy, Sundström i Landén.
Nina podeszła do drzwi i ostrożnie zapukała.
Żadnej reakcji.
Stojący za nią Andersson niecierpliwie przestępował z nogi na nogę.
Zapukała ponownie, tym razem znacznie mocniej.
Drzwi się uchyliły, zza grubego łańcucha wyjrzał mężczyzna w szlafroku w biało-niebieskie pasy.
- Gunnar Erlandsson? Jesteśmy z policji - powiedziała Nina, pokazując
odznakę. - Dzwonił pan do nas w sprawie podejrzanych odgłosów. Możemy
wejść?
Mężczyzna cofnął się, chwilę manipulował przy łańcuchu, w końcu otworzył
drzwi.
- Wejdźcie, proszę - wyszeptał. - Może kawy? Żona upiekła roladę z dżemem rabarbarowym domowej roboty. Śpi, ma problemy z zasypianiem, więc
wzięła tabletkę...
Nina rozejrzała się po holu. Mieszkanie było dokładną kopią mieszkania
Davida i Julii, tyle że zdecydowanie bardziej zadbaną.
- Proszę sobie nie robić kłopotu - powiedziała.
Mężczyzna był wyraźnie zmieszany. Zauważyła, że głównie zwracał się do
Landéna, najpotężniejszego z jej kolegów.
- Proszę pana - powiedziała, biorąc go za rękę. - Możemy gdzieś usiąść i spokojnie porozmawiać o zgłoszeniu?
Zastygł.
- Tak, oczywiście. Jasne. Możemy.
Ruszył przodem, poprowadził ich do pedantycznie wysprzątanego salonu z dwiema skórzanymi kanapami i grubym dywanem. Sam, pewnie z przyzwyczajenia, usiadł w fotelu przed telewizorem. Nina naprzeciwko
niego, na kanapie.
- Co się stało?
Erlandsson przełknął ślinę, przyglądał im się niespokojnie.
- Obudziłem się - zaczął. - A właściwie obudził mnie jakiś hałas. Jakby
strzał.
- Dlaczego pan uznał, że to był strzał? - spytała Nina.
- Leżałem w łóżku i prawdę mówiąc, nie byłem pewny, czy mi się to nie
przyśniło, ale potem usłyszałem to znów.
Wziął do ręki okulary i zaczął je nerwowo przecierać.
- Jest pan myśliwym?
Erlandsson spojrzał na Ninę przestraszony.
- Nie, skądże. Mordowanie niewinnych zwierząt było dobre w średniowieczu.
- Jeśli nie jest pan obyty z bronią, to dlaczego pan pomyślał, że to
strzał? Nie mógł to być silnik samochodu albo jakiś inny odgłos z ulicy?
Mężczyzna zamrugał kilka razy i spojrzał na Landéna, jakby szukał u niego pomocy.
- To nie był odgłos z ulicy - powiedział. - Dochodził od Lindholmów -
dodał, wskazując na sufit. - Jestem tego prawie pewien.
Nina poczuła, że pokój nagle zaczął wirować. Podniosła się szybko,
zagryzła wargi, żeby nie zacząć krzyczeć.
- Dziękuję - powiedziała. - Wrócimy później i przesłuchamy pana
dokładniej.
Erlandsson znów wspomniał coś o kawie, ale ona była już na klatce i pokonując po dwa stopnie naraz, zmierzała do drzwi Davida i Julii,
piętro wyżej.
David i Julia Lindholm.
Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam, Nino.
Chyba nie zrobiłaś żadnego głupstwa, Julio?
Odwróciła się i dała Sundströmowi i Landénowi znak, żeby sprawdzili oba
półpiętra i przekazali Anderssonowi, że ma do niej dołączyć. Potem mieli
stanąć po obu stronach drzwi.
Nina ostrożnie nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte. Wiedziała, że
zamykają się automatycznie, chyba że się je zablokuje. Wymacała
przytwierdzoną do pasa pałkę i rozłożyła ją lekkim ruchem, dotknęła
czubkiem otworu na listy i ostrożnie zajrzała do środka.
W przedpokoju paliło się światło. Poczuła lekki podmuch, niósł zapach
farby drukarskiej i jedzenia. Kątem oka dojrzała leżącą pod drzwiami
poranną gazetę. Odwróciła pałkę i zablokowała nią klapkę. Potem wyjęła
pistolet, przesunęła nabój do lufy i dała kolegom znak, że od tej chwili
obowiązuje stan najwyższej gotowości. Ruchem głowy wskazała na dzwonek,
dając Anderssonowi do zrozumienia, że za chwilę zamierza wejść.
Opuściła lufę i nacisnęła dzwonek.
- Policja! Otwierać!
Nasłuchiwała uważnie, z głową przy szparze.
Żadnej reakcji.
- Julia! - krzyknęła nieco ciszej. - Julia, to ja, Nina. Otwórz. David?
Kamizelka cisnęła ją w piersi, utrudniała oddychanie. Czuła krople potu
na czole.
- To mieszkanie... Lindholma? - spytał Andersson. - Davida Lindholma?
Znasz jego żonę?
Nina schowała broń, z wewnętrznej kieszeni kamizelki wyjęła komórkę i wybrała dobrze znany numer.
Andersson zrobił krok w jej stronę.
- Posłuchaj - zaczął. Stanął zdecydowanie za blisko. Nina odruchowo
chciała się cofnąć, ale powstrzymała się. - Jeśli z którymś z nich łączą
cię osobiste relacje, nie powinnaś...
Nina patrzyła na niego pustym wzrokiem, słyszała dzwonek po drugiej
stronie drzwi, długie pojedyncze sygnały docierały do nich przez otwór
na listy.
Andersson zrobił krok w tył. Nagle sygnały się urwały, zastąpił je
dźwięk poczty głosowej. Nina się rozłączyła, wybrała inny numer. Tuż za
drzwiami odezwała się wesoła melodia. Telefon komórkowy Julii musiał
leżeć na podłodze w korytarzu, pewnie w jej torebce.
Jest w domu, pomyślała Nina. Nigdy nie wychodzi bez torebki.
- Julio - powiedziała po raz kolejny, kiedy także w komórce włączyła się
poczta głosowa. - Julio, jesteś tam?
Odpowiedziała jej cisza.
Cofnęła się, włączyła nadajnik i zaczęła cicho mówić do radia.
- Tu szesnaście siedemnaście. Rozmawialiśmy z człowiekiem, który to
zgłosił. Mężczyzna. Twierdzi, że słyszał coś, co według niego brzmiało
jak strzały. Dochodziły prawdopodobnie z mieszkania piętro wyżej.
Dzwoniliśmy, ale nikt nie otworzył. Co mamy robić? Odbiór.
Minęło kilka sekund, zanim usłyszała odpowiedź.
- Nadal nie ma wolnego patrolu. Sama oceń sytuację. Odbiór.
Nina zdjęła rękę z radia.
- Okej - powiedziała cicho, patrząc na Anderssona i kolegów
obserwujących półpiętra. - Musimy wyważyć drzwi. Mamy potrzebne
narzędzia w szesnaście siedemnaście?
- Mamy coś w naszym wozie - powiedział Landén.
Nina kiwnęła głową w stronę klatki i jeden z kolegów natychmiast
wyszedł.
- Naprawdę myślisz, że powinnaś dowodzić, skoro... - zaczął Andersson.
- A masz inny pomysł? - Nina weszła mu w słowo nieco ostrzej, niż
zamierzała. - Chciałbyś przejąć pałeczkę?
Andersson przełknął ślinę.
- Czy z nią się coś nie działo? Z Julią Lindholm? Chyba przeszła
załamanie?
Nina znów sięgnęła po komórkę i ponownie wybrała numer Julii, ale także
tym razem nikt nie odebrał.
Na półpiętrze pokazał się Landén z narzędziami: niósł blisko metrową
cobrę, która w zasadzie była zwykłym łomem, tylko nieco wzmocnionym.
- Wolno nam? - spytał lekko zaniepokojony, kiedy zdyszany podawał jej
łom.
- W sytuacji zagrożenia nie należy zwlekać - pouczyła go Nina.
Paragraf dwudziesty pierwszy ustawy o policji: policjant ma prawo wejść
siłą do domu, pokoju i każdego innego pomieszczenia, jeśli podejrzewa,
że w środku znajduje się ciało albo że ktoś zemdlał, albo potrzebuje
pomocy, ale nie jest w stanie jej wezwać...
Podała łom Anderssonowi i odbezpieczyła broń. Dała kolegom znak, żeby
się trochę odsunęli.
Andersson z łomem w ręku stanął tuż przy drzwiach. Postawił stopę jakieś
dziesięć centymetrów od progu, żeby móc zablokować drzwi, gdyby się
jednak okazało, że ktoś za nimi stoi i może chcieć próbować się
wydostać.
Trzy dobrze przemyślane ruchy i drzwi zaczęły trzeszczeć. Po chwili
zamek puścił. Poczuli powiew powietrza, zapach jedzenia wypełnił klatkę
schodową.
Nina zaczęła nasłuchiwać. Zamknęła oczy, skupiła się, odwróciła się w lewo i zajrzała do holu. Pusto. Kolejny rzut oka, tym razem w stronę
kuchni, i kolejny - w stronę sypialni.
Pusto.
- Wchodzę - powiedziała, przywierając plecami do ściany. - Ubezpieczaj
mnie! - krzyknęła do Anderssona, a zaraz potem w głąb mieszkania: -
Policja!
Żadnej reakcji.
Spięta przekroczyła próg, odsunęła nogą gazetę i weszła do środka. Lampa
w holu kołysała się lekko w przeciągu. Na podłodze na lewo od drzwi, tak
jak podejrzewała, leżała torebka Julii, obok kurtka Alexandra.
Wierzchnie ubrania Davida i Julii wisiały na wieszakach tuż pod półką na
czapki.
Nina patrzyła przed siebie, w stronę kuchni, słyszała za sobą oddech
Anderssona.
- Sprawdź pokój dziecka - powiedziała, wskazując bronią w stronę
pierwszych otwartych drzwi po lewej i nie spuszczając wzroku z drzwi do
kuchni.
Andersson ruszył we wskazanym kierunku, Nina słyszała szelest jego
ubrania.
- Pokój dziecka w porządku - usłyszała po kilku sekundach.
- Sprawdź w garderobach - powiedziała. - I pamiętaj, zamknij za sobą
drzwi, kiedy skończysz.
Zrobiła kilka kroków w przód i szybko zajrzała do kuchni. Stół był
pusty, ale w zlewie stały niepozmywane talerze z resztkami spaghetti z sosem mięsnym.
Julio, musisz po sobie sprzątać. Mam dosyć robienia tego za ciebie.
Przepraszam, nie pomyślałam.
Znów poczuła powiew powietrza, tym razem z sypialni. Gdzieś było
uchylone okno. W sypialni zasłony były zaciągnięte, pokój był pogrążony
w ciemności. Przez chwilę wpatrywała się w cienie, ale nie zauważyła
żadnego ruchu. Poczuła natomiast zapach, ostry, obcy.
Wyciągnęła rękę i zapaliła światło.
David leżał na plecach, wyciągnięty na łóżku, nagi. Z dziury w czole
kapała na poduszkę krew. Dół jego brzucha, tam, gdzie kiedyś miał
przyrodzenie, był jedną krwawą miazgą, plątaniną żył i skóry.
- Policja! - krzyknęła Nina, zmuszając się do działania, jakby David
nadal żył. - Celuję w ciebie! Pokaż ręce!
Odpowiedziała jej cisza.
Zdała sobie sprawę, że widzi wszystko jakby w tunelu. Przesunęła
wzrokiem po pokoju. Firanka lekko się poruszyła, na stoliku przy łóżku
Julii stała na wpół pełna szklanka wody. Narzuta leżała na podłodze,
przy nogach łóżka. Na narzucie leżała broń, taka sama jak jej, sig sauer
225.
Mechanicznym ruchem sięgnęła po radio.
- Szesnaście siedemnaście do siedemdziesiątki. Mamy jednego
poszkodowanego, nie wiem, czy żyje. Wygląda na strzał w głowę i w brzuch. Odbiór.
Czekając na odpowiedź, podeszła bliżej łóżka, spojrzała na ciało i zrozumiała, że David na pewno jest martwy. Prawe oko miał zamknięte,
jakby spał. W miejscu lewego ziała dziura. Krew przestała już płynąć,
serce przestało bić. Jelito się opróżniło, wylewając na materac cuchnącą
maź.
- Gdzie karetka? - spytała przez radio. - Musieli zostać wezwani
równocześnie z nami.
- Natychmiast wysyłam karetkę i technika. Czy w mieszkaniu jest jeszcze
ktoś? - usłyszała głos kolegi.
W drzwiach stanął Andersson, rzucił szybkie spojrzenie na ciało.
- Jesteś potrzebna tam - powiedział, wskazując w stronę łazienki.
Nina włożyła broń do kabury i pospiesznie wyszła z sypialni. Otworzyła
drzwi do łazienki i wstrzymała oddech.
Na podłodze, przy wannie, leżała Julia. Tworzące wokół jej głowy
złocistą aureolę włosy były pobrudzone wymiocinami. Miała na sobie
majtki i luźny T-shirt, kolana podciągnęła pod brodę, jak płód. Jedną
dłoń trzymała pod głową, drugą zaciskała kurczowo.
- Julio - powiedziała Nina cicho.
Pochyliła się, odgarnęła jej z twarzy włosy i zobaczyła szeroko otwarte
oczy. Cała twarz była usiana maleńkimi kroplami jasnej krwi. Z kącików
ust spływała na podłogę strużka śliny.
Boże, ona nie żyje. Umarła, a ja jej nie uratowałam. Przepraszam!
Nagle Julia się wzdrygnęła, z jej płuc dobył się rzężący oddech,
zaszlochała i zwymiotowała.
- Julio - powiedziała Nina, tym razem głośno i wyraźnie. - Jesteś ranna?
Chwyciła ją i spróbowała oprzeć o wannę.
- Szesnaście siedemnaście - usłyszała głos kolegi. - Powtarzam: czy w mieszkaniu jest jeszcze ktoś? Odbiór.
Julia zamrugała i odchyliła do tyłu głowę, uderzyła nią o wannę. Nina
złapała ją lewą ręką, sprawdziła tętno. Było nierówne.
- Odpowiadam: mamy dwoje rannych, jedna osoba prawdopodobnie nie żyje.
Odbiór.
Wypuściła radio z ręki i zawołała Anderssona.
- Przeszukaj mieszkanie, każdy kąt. Gdzieś tu powinien być czteroletni
chłopiec.
Julia poruszyła wargami, Nina starła jej z brody wymiociny.
- Co mówisz? Julio, chcesz mi coś powiedzieć?
Nina rozejrzała się, ale nigdzie nie zauważyła broni.
- Ile wygradzamy? - doszedł ją z holu głos Anderssona.
- Całą klatkę schodową. Technik jest już w drodze, i ludzie z wydziału
kryminalistyki. Trzeba przesłuchać sąsiadów. Najpierw Erlandssona, potem
resztę. Skontaktujcie się z roznosicielem gazet, może coś widział,
musiał tu być dosłownie przed chwilą. Przeszukałeś wszystkie pokoje?
- Tak, łącznie z piekarnikiem.
- Nigdzie śladu chłopca?
Andersson stał w drzwiach, wyraźnie się wahał.
- Coś jest niejasne?
Andersson wyraźnie był nieswój, przestępował z nogi na nogę.
- Uważam, że to niedobrze, że bierzesz w tym udział. Chodzi o to, że...
- Niezależnie od tego, co uważasz, nadal dowodzę tą akcją - stwierdziła
stanowczo. - Każ ludziom wygrodzić teren.
- Tak, wiem, wiem - burknął Andersson i powoli wyszedł.
Usta Julii cały czas się poruszały, nie wydając żadnego dźwięku. Nina
nadal lewą ręką podtrzymywała jej głowę.
- Karetka jest już w drodze - powiedziała.
Wolną ręką macała pod podkoszulkiem Julii, próbując sprawdzić, czy nic
jej nie jest.
Żadnych ran, nawet zadraśnięcia. Żadnej broni.
Usłyszała dobiegający z oddali sygnał karetki, poczuła panikę.
- Julio - powiedziała głośno i uderzyła ją w twarz. - Powiedz, co się
stało. Odpowiedz mi!
Julia zamrugała oczami i spojrzała na nią nieco przytomniej.
- Alexander - wyszeptała.
Nina pochyliła się nad jej twarzą.
- Co się stało z Alexandrem? - spytała.
- Zabrała go ze sobą - wyszeptała Julia. - Ta druga kobieta. Wzięła
Alexandra.
A potem zemdlała.
Kiedy Julię Lindholm wynoszono na noszach z mieszkania jej i jej męża na
Södermalmie, Annika Bengtzon jechała taksówką do centrum. Kiedy mijała
Roslagstull, słońce zdążyło już wstać. Promienie malowały dachy budynków
na czerwono. Kontrast z pustymi czarnymi ulicami bił w oczy.
Kierowca spoglądał na nią w lusterku. Udawała, że go nie widzi.
- Wie pani, jak doszło do tego pożaru?
- Mówiłam, że nie chcę o tym rozmawiać - powiedziała, przyglądając się
fasadom budynków.
Jej dom właśnie spłonął. Ktoś wrzucił przez okna trzy ładunki
zapalające. Jeden wylądował przy schodach, dwa w pokojach dzieci. Udało
jej się wynieść syna i córeczkę przez okno sypialni na tyłach domu.
Jechała taksówką i trzymała ich kurczowo. I ona, i dzieci pachniały
dymem, jej niebieski sweter był poplamiony sadzą.
Prześladują mnie śmierć i nieszczęście. Wszyscy, których kocham, giną.
Przestań, pomyślała, poczuła, że ugryzła się w policzek. Poradziłam
sobie. Trzeba się skupić i działać.
- Właściwie nigdy nie jeżdżę na kredyt - powiedział taksówkarz. Był
niezadowolony. Zatrzymał się na czerwonym świetle.
Annika zamknęła oczy.
Pół roku temu odkryła, że Thomas, jej mąż, ma romans z koleżanką z pracy, lodowato zimną blondynką Sophią Grenborg. Doprowadziła do
zakończenia romansu, ale nigdy nie powiedziała Thomasowi, że wie o jego
tajemnicy.
Właśnie wczoraj się dowiedział.
Kłamałaś, oszukiwałaś mnie, krzyczał. Oszukiwałaś mnie od miesięcy,
taka już jesteś. To ty decydujesz o tym, jak świat ma wyglądać, a ci,
którzy się z tobą nie zgadzają, to kretyni.
- To nieprawda - wyszeptała i poczuła, że zaraz się rozpłacze.
Chce się ze mną spotkać. Jadę do niej.
Bolały ją oczy, otworzyła je szeroko, żeby powstrzymać łzy. Kolorowe
fasady budynków zaszły mgłą, migotały i błyszczały w porannym słońcu.
Jeśli teraz wyjdziesz, to możesz już nie wracać.
Patrzył na nią tym swoim nowym, obcym wzrokiem, przerażającymi martwymi
oczami.
Okej.
Widziała, jak idzie przez salon, sięga po teczkę, otwiera drzwi i spogląda w wieczorny półmrok. Przeszedł przez próg i drzwi się za nim
zamknęły. Nie obejrzał się ani razu.
Zostawił ją, a w nocy ktoś wrzucił do ich domu trzy ładunki zapalające.
Ktoś usiłował zabić ją i dzieci, a jego nie było, nie uratował jej,
musiała sobie radzić sama. Doskonale wiedziała, kto to zrobił. Sąsiad
zza żywopłotu, człowiek, który rozjechał samochodem jej trawnik,
rozkopał ogródek i zniszczył rabatki, który od początku robił wszystko,
żeby się jej pozbyć. William Hopkins, prezes stowarzyszenia właścicieli
domów.
Chwyciła dzieci mocniej.
Pożałujesz tego, cholerny łajdaku.
Próbowała do niego dzwonić, ale wyłączył komórkę.
Nie chciał, żeby się z nim kontaktowała, nie chciał, żeby mu
przeszkadzała, bo przecież doskonale wiedziała, co w tej chwili robi.
Nie zostawiła wiadomości. Odetchnęła głębiej i rozłączyła się. Dobrze mu
tak.
Zawiódł ją. Zdrajca.
- Która to brama?
Taksówkarz skręcił w Artillerigatan.
Annika pogładziła dzieci po główkach, żeby je obudzić.
- Jesteśmy na miejscu - wyszeptała, kiedy taksówka się zatrzymała. -
Jesteśmy u Anne. Chodźcie, moje skarby...
Otworzyła drzwi, poczuli powiew chłodnego nocnego powietrza. Ellen
zwinęła się w kulkę, Kalle zamruczał coś przez sen.
- Proszę mi dać komórkę w zastaw - zażądał taksówkarz.
Annika wyciągnęła dzieci z samochodu, odwróciła się i upuściła komórkę
na podłogę taksówki.
- Wyłączyłam, nie podzwoni pan sobie - rzuciła, trzaskając drzwiami.
* * *
Anne Snapphane odwróciła się i spojrzała na głowę leżącego obok niej
faceta, na jego sterczące nad czołem ciemne, postawione na żel włosy, na
jego drżące nozdrza. Zasypiał.
Dawno już nie spała obok kogoś w jednym łóżku. Właściwie był to pierwszy
raz od czasu, kiedy Mehmet zaręczył się z panną Monogamistką, wypisując
się z ich dobrze funkcjonującego wolnego związku.
Jaki słodki i jaki młody. Jeszcze prawie chłopiec.
Ciekawe, czy uznał, że jestem za gruba, pomyślała, sprawdzając, czy nie
rozmazał jej się tusz. Rozmazał się, ale tylko trochę.
Za gruba albo za stara, pomyślała znów.
Dla niej najbardziej podniecający był smak mocnego piwa w jego ustach.
Trochę było jej wstyd.
Ostatni raz piła alkohol pół roku wcześniej.
Zaledwie pół roku temu. Miała wrażenie, że minęła cała wieczność.
Odwróciła się na bok, przyglądała się profilowi leżącego obok chłopca.
To może być początek czegoś nowego, pomyślała. Czegoś nowego i dobrego.
Ładnie będzie wyglądało, kiedy przy okazji kolejnego wywiadu poda swoje
dane.
Rodzina: córka, lat pięć, partner, lat dwadzieścia trzy.
Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego włosów, szorstkich i twardych jak
szczecina.
- Robin - wyszeptała bezgłośnie. Zabrzmiało to jak westchnienie.
Dotknęła palcem jego twarzy. - Powiedz, że ci na mnie zależy.
Obudził go dzwoniący wściekle dzwonek. Wzdrygnął się i zaczął się
rozglądać, był zdezorientowany. Cofnęła rękę, jakby ją coś oparzyło.
- Co, do cholery? - powiedział, patrząc na Anne, jakby jej nigdy
wcześniej nie widział.
Anne podciągnęła prześcieradło pod brodę i próbowała się uśmiechnąć.
- Dzwonek. Nie otworzę.
Usiadł na łóżku. Anne zauważyła, że na poszewce została plama, ślad po
jego kosmetykach do włosów.
- To jakiś facet? - spytał, przyglądając jej się sceptycznie, niepewnie.
- Mówiłaś, że nie masz faceta.
- Bo nie mam - powiedziała.
Wstała z łóżka, ale nadal trzymała prześcieradło. Próbowała się nim
owinąć, bezskutecznie. Potykając się, ruszyła do przedpokoju.
Dzwonek wciąż dzwonił.
- Co, do diabła?
Czuła, jak narasta w niej piekące uczucie zawodu. Tak długo tęskniła za
tą chwilą, próbowała być doświadczoną i zmysłową zarazem, a on cały czas
był po prostu zażenowany. Niech to szlag.
Zaczęła manipulować przy zamku, przełknęła ślinę i pewnie również łzy.
Za drzwiami stała Annika z dziećmi, z Kallem i Ellen.
- Czego chcesz? - spytała Anne nienaturalnie niskim głosem.
Annika wyglądała na zmęczoną i nie w humorze, jakby nie miała siły jej
tłumaczyć, dlaczego stoi pod jej drzwiami.
- Wiesz, która godzina? - spytała Anne.
- Możemy przenocować? Mieliśmy pożar.
Anne spojrzała na dzieci. Pożar? Z głębi mieszkania, z toalety, doszły
ją odgłosy spuszczania wody.
- Prawdę mówiąc, to niezbyt dogodny moment - powiedziała, zasłaniając
piersi prześcieradłem.
Kalle zaczął popłakiwać, po chwili rozpłakała się również Ellen. Anne
poczuła na nogach chłodny powiew z klatki schodowej, owinęła się
szczelniej prześcieradłem.
- Możecie być ciszej? Jest środek nocy.
Annika spojrzała na nią wielkimi wilgotnymi oczami.
Boże drogi! Ona też zaraz zacznie ryczeć?
- Nie mamy dokąd pójść.
Robin zakasłał w sypialni. Żeby tylko nie wyszedł! - pomyślała Anne.
- Ależ, Annika, to chyba nie moja wina... - powiedziała, zerkając przez
ramię.
Annika zrobiła krok w tył, zaczerpnęła powietrza, jakby chciała coś
powiedzieć, ale z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk.
Anne spróbowała się roześmiać.
- Mam nadzieję, że rozumiesz.
- Chyba nie mówisz serio? - spytała Annika.
Anne usłyszała jakiś ruch z sypialni.
- Nie jestem sama, a ty nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
Oczy Anniki zwęziły się.
- Można być aż taką egoistką?
Anne zamrugała oczami. Kto? Co?
- Nie zdążyłam wziąć z domu pieniędzy, nie mam nawet na taksówkę -
powiedziała Annika. - Mam spać z dziećmi na ulicy?
Anne usłyszała własne westchnienie, była coraz bardziej zła. Co ona
sobie myśli? Kto dał jej prawo mnie oskarżać?
- Uznałaś, że pora, żebym spłaciła dług, tak? W końcu to ty zapłaciłaś
za to mieszkanie. Tak sobie pomyślałaś, prawda?
Annika czuła, że głos ją zawodzi.
- Pierwszy raz to ja ciebie proszę o pomoc. To naprawdę tak dużo?
Ubiera się, zaraz wyjdzie.
Była pewna, wyjdzie i ją zostawi. Żeby go powstrzymać, wyszła na klatkę
i zamknęła za sobą drzwi.
- Zawsze musiałam cię wysłuchiwać! - powiedziała Anne, próbując się
opanować. - Latami znosiłam twoje narzekania. Zawsze coś ci nie pasuje,
zawsze narzekasz: mąż jest nudny, praca okropna. Powiem ci jedno: to nie
ja ciebie zawiodłam!
Anne poczuła, że trzęsą jej się nogi.
- Chyba trochę przesadziłaś - powiedziała Annika.
Anne ledwie nad sobą panowała.
- Poświęciłam ci tyle czasu i energii - powiedziała łamiącym się głosem.
- Gdybym poświęciła je sobie, byłabym dzisiaj gdzie indziej. To ja
dostawałabym propozycje prowadzenia programu i może też znalazłabym
jakieś miliony.
- Propozycje prowadzenia programu? - powtórzyła Annika, autentycznie
zdziwiona.
- Myślisz, że zapomniałam? Dobrze pamiętam, jak zadzierałaś nosa. Po
śmierci Michelle Highlander zadzwonił do ciebie i zaproponował ci jej
stanowisko, które tak naprawdę należało się mnie. Bo kto przez całe lata
harował w tej gównianej stacji?
- O czym ty mówisz?
Oczy Anniki znów zrobiły się duże i błyszczące.
- Widzisz? Dla ciebie nie miało to żadnego znaczenia. Ty jesteś ponad
takie rzeczy.
Annika zaczęła płakać, łzy spływały jej po policzkach.
- Wiem, że nic cię to nie obchodzi, ale nareszcie kogoś znalazłam i może
coś z tego będzie. Zazdrościsz mi? Tak?
Annika zamknęła oczy i nagle jakby się skurczyła.
- Nigdy więcej nie będę ci się narzucać - powiedziała.
Wzięła dzieci za rączki i ruszyła w stronę schodów.
- Świetnie - usłyszała za sobą głos Anne. - Bardzo ci dziękuję!
Anne weszła do mieszkania, ale nagle ogarnęła ją taka złość, że znów
otworzyła drzwi.
- Jedź do hotelu! - zawołała do pleców przyjaciółki. - Masz pieniądze!
Zamknęła drzwi i zobaczyła, że stoi za nią Robin. Miał na sobie dżinsy i bluzę, właśnie zawiązywał sznurowadła adidasów.
- Dokąd się wybierasz? - Mimo złości spróbowała się uśmiechnąć.
- Muszę wracać do domu. Rano wcześnie zaczynam.
Miała ochotę owinąć się szczelniej prześcieradłem, ale postanowiła się
odprężyć. Pozwoliła mu spaść na podłogę, wyciągnęła ręce do stojącego
obok niej młodego mężczyzny.
Chłopak był zażenowany, schylił się po drugi but.
Anne nagle zastygła.
- Podobno jesteś bezrobotny?
Rzucił szybkie spojrzenie na jej piersi.
- Gram w kapeli, mamy próbę - powiedział.
Kłamstwo było tak oczywiste, że sam ledwie był w stanie je udźwignąć.
Anne podniosła z podłogi prześcieradło, owinęła się.
- Lubię cię - powiedziała.
- Ja ciebie też - odpowiedział chłopak, ale wahał się o sekundę za
długo.
Tylko nie mów: to nie twoja wina, tylko moja.
- Zadzwonisz? - spytała.
Chłopak przełknął ślinę i szybko pocałował ją w ucho.
- Jasne - powiedział, wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
Lekarz wszedł do gabinetu z rozwianymi połami białego fartucha. Nina
zauważyła, że jest młody, młodszy od niej. Spojrzał na nią w przelocie i podszedł do noszy, na których leżała Julia.
- Wiadomo, co się stało? - spytał, świecąc Julii w oko małą latarką.
Nina usłyszała, jak zamykają się za nim drzwi.
- Została znaleziona we własnym mieszkaniu. Doszło tam do morderstwa. Na
łóżku leżało ciało jej męża.
- Był z nią kontakt? - spytał lekarz, świecąc Julii w drugie oko.
Nina miała ochotę rozpiąć kuloodporną kamizelkę, ale powstrzymała się.
- Odpowiedź brzmi: nie. Początkowo myślałam, że nie żyje.
- Źrenice reagują normalnie - stwierdził lekarz.
Zgasił latarkę i sięgnął po bloczek.
- Mamy jakieś dane pacjentki? - spytał.
- Julia - zaczęła Nina. - Julia Lindholm, trzydzieści jeden lat.
Nazwisko panieńskie: Hensen.
Młody lekarz zerknął na nią, zapisał coś w bloczku, odłożył stetoskop i owinął przedramię Julii gumową opaską ciśnieniomierza. Nina czekała w milczeniu.
- Ma nieco podwyższone ciśnienie, ale jest stabilna - oznajmił lekarz.
Wziął nożyczki i rozciął podkoszulek Julii.
- Czy tam, gdzie ją znaleziono, były ślady krwi?
- Miała krople krwi na twarzy, ale poza tym nic nie zauważyłam -
powiedziała Nina. - Nie sądzę, żeby była ranna.
- Żadnych śladów po kuli?
Nina pokręciła głową.
- Może mieć jakiś uraz wewnętrzny, trudno to zauważyć gołym okiem -
powiedział lekarz i zaczął badać Julię; uciskał brzuch i płuca.
Julia nie reagowała.
Dotknął jej karku.
- Żadnej sztywności, źrenice w normie, żadnych oznak krwawienia do mózgu
- stwierdził po chwili.
Zgiął jej nogi.
- Biodra całe, bez śladów złamania - wymamrotał.
Potem wziął ją za rękę i pogładził.
- Julio - zwrócił się do niej. - Muszę sprawdzić, czy jest pani
świadoma, między innymi czy reaguje pani na ból, ale to nic groźnego,
proszę się nie bać.
Nachylił się i lekko ucisnął jej klatkę piersiową. Twarz Julii wykrzywił
grymas, krzyknęła.
- Już dobrze, już dobrze - uspokajał ją lekarz, zapisując coś w bloczku.
- Zrobimy jeszcze EKG i dam pani spokój...
Przytwierdził elektrody do klatki piersiowej Julii i owinął ją kocem.
- Posiedzi pani przy niej? - zwrócił się do Niny.
Nina skinęła głową.
- Proszę ją wziąć za rękę, pogłaskać, mówić do niej.
Nina usiadła na kozetce i chwyciła dłoń Julii, wilgotną i zimną.
- Co jej jest?
Żeby tylko nie umarła! Ona nie może umrzeć!
- Jest w stanie szoku psychotycznego - odpowiedział lekarz. - To typowe
dla tego stanu. Człowiek milczy, jest jak sparaliżowany. Przestaje jeść,
pić. Patrzymy pacjentowi w oczy, a on nas nawet nie zauważa. W mieszkaniu pali się światło, ale nikogo nie ma w domu. - Lekarz spojrzał
na Ninę, ale szybko spuścił głowę. - Nie ma niebezpieczeństwa. To stan
przejściowy.
Przejściowy? Wszystko będzie jak dawniej?
Patrzyła na białą twarz, na jasne rzęsy, kosmyki włosów. Krew na twarzy
zdążyła już zastygnąć i ściemnieć. W głowie Niny pojawiły się przebłyski
ich ostatniej rozmowy.
Nie wytrzymam tego dłużej, Nino. Muszę coś z tym zrobić.
Ale co się stało? Powiedz mi.
Julia wydawała się całkowicie bezradna, na policzkach miała czerwone
plamy, jakby wysypkę. Nina zauważyła, że nadal ją widać. Kiedy to było?
Trzy tygodnie temu?
Cztery?
- Julio - powiedziała cicho. - To ja, Nina. Jesteś w szpitalu. Wszystko
będzie dobrze.
Naprawdę? Wierzysz w to?
Spojrzała na lekarza. Usiadł w nogach noszy i w skupieniu wypełniał
jakiś formularz.
- Co dalej? - spytała Nina.
- Wyślę ją na tomografię komputerową, żeby wykluczyć ewentualny uraz
mózgu. Potem podamy jej coś na uspokojenie i odeślemy na psychiatrię.
Prawdopodobnie zalecą terapię. - Wstał, drewniaki uderzyły o podłogę. -
Zna ją pani osobiście?
Nina skinęła głową.
- W najbliższym czasie będzie potrzebowała dużo wsparcia - powiedział
lekarz, wychodząc na korytarz.
Drzwi zamknęły się powoli, z cichym sykiem. W ciszy, która zapanowała po
jego energicznej krzątaninie, wyraźnie słychać było szum wiatraka, cichy
oddech Julii, piszczenie EKG i odgłos pospiesznych kroków na korytarzu.
Gdzieś dzwonił telefon, gdzieś płakało dziecko.
Nina rozejrzała się po sterylnym pomieszczeniu. Gabinet był ciasny i chłodny, bez okna, umieszczona na suficie jarzeniówka dawała ostre
światło.
Nina puściła dłoń przyjaciółki i wstała. Rzęsy Julii zatrzepotały.
- Julio - powiedziała Nina, pochylając się nad nią. - To ja. Spójrz na
mnie...
Julia westchnęła cicho.
- Spójrz na mnie - powtórzyła Nina. - Chcę z tobą porozmawiać.
Żadnej reakcji.
Nagle Nina poczuła, że ogarnia ją złość, podeszła jej do gardła jak
mdłości.
- Jedyne, co potrafisz, to się poddawać - powiedziała głośno. - Taka
jesteś. Kładziesz się i oczekujesz, że inni zrobią wszystko za ciebie.
Julia się nie poruszyła.
- Co teraz zamierzasz? - spytała Nina, podchodząc bliżej. - Nie jestem w stanie ci pomóc! Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Mogłaś przynajmniej
dać mi szansę...
Usłyszała trzask radia, przestraszona zrobiła dwa kroki w tył.
- Siedemdziesiątka do szesnaście siedemnaście, odbiór.
Szukało ją szefostwo.
Odwróciła się od Julii i zaczęła się wpatrywać w szafkę z bandażami.
Sięgnęła po mikrofon i wcisnęła guzik z boku nadajnika.
- Tu szesnaście siedemnaście. Odwiozłam Julię Lindholm do szpitala na
Söder, została zbadana na izbie przyjęć. Odbiór.
- Nie możesz tam zostać. Musisz jak najszybciej złożyć raport -
usłyszała głos szefa. - Wyślę po ciebie radiowóz i Anderssona. Zostanie
z nią, aż znajdę kogoś na zastępstwo. Musi być pod stałym nadzorem.
Odbiór.
Nina czuła, jak dławi ją strach.
Musi być pod nadzorem.
Oczywiście, pomyślała. Julia jest podejrzana.
Główna podejrzana o zamordowanie policjanta.
Wyszła z gabinetu, nie oglądając się na nią.
ANDERSSON PODJECHAŁ pod izbę przyjęć z piskiem opon, zostawiając na
asfalcie czarne ślady. Nina otworzyła drzwi od strony pasażera, zanim
zdążył całkiem zatrzymać wóz.
- Julia Lindholm została już zbadana. Zostań tu i pilnuj jej, aż ktoś
cię zastąpi. Powinno to nastąpić wkrótce.
Andersson wysunął z wozu swoje ciężkie nogi.
- Coś nie tak z morderczynią? - spytał zgryźliwie.
Nina zacisnęła dłonie, żeby go nie uderzyć.
- Pojadę i złożę sprawozdanie - oświadczyła, wsiadając do radiowozu.
- Znasz wstępne wyniki oględzin? - rzucił w stronę jej pleców. -
Najpierw posłała mu kulkę w głowę, a potem odstrzeliła fiuta...
Nina zamknęła drzwi i ruszyła w stronę Ringvägen. Było już jasno,
właśnie zaczął się poranny ruch. Zerknęła na zegarek, pięć po wpół do
szóstej. O szóstej kończy zmianę, ale musi jeszcze napisać raport i wypełnić formularz p21. Na pewno potrwa to do siódmej, może nawet ósmej...
Formularz? Jak może myśleć o tym, jakie formularze ma wypełnić? Co z niej za człowiek?
Wzięła głęboki oddech, który przeszedł w szloch. Ręce drżały jej na
kierownicy, musi wziąć się w garść.
W prawo, w Hornsgatan. Musi wrzucić bieg. I ostrożnie przyspieszyć.
A potem... Wiedziała, że powinna to zrobić. Zdawała sobie z tego sprawę od
chwili, kiedy przekroczyła próg mieszkania: potem musi zadzwonić do
Holgera i Violi.
Wiedziała, że musi jak najszybciej porozmawiać z rodzicami Julii. Nie
wiedziała tylko, do czego jest uprawniona: czy może im powiedzieć, co
się stało? Właściwie nie wolno jej było nikomu opowiadać o tym, co
widziała na miejscu zbrodni, ale w tym wypadku było inaczej. Chciała się
zachować przyzwoicie, tak jak trzeba.
Dorastały razem. Prawdopodobnie to rodzina Julii uchroniła ją przed
losem, który stał się udziałem jej rodzeństwa. Wiele długich letnich
wieczorów spędziła w ich gospodarstwie, gdy jej matka pracowała na
zmiany na fermie drobiu w Valla. Także w tygodniu często wracała ze
szkoły z Julią i jadła obiad przy dużym stole w wiejskiej kuchni w domu
jej rodziców. Pamiętała smak rosołu z pajdami chleba i zapach stajni,
który Holger zawsze wokół siebie roztaczał. Kiedy jej mama kończyła
zmianę, opuszczała rodzinne ciepło i wracała autobusem do domu, do
Ekeby...
Próbowała się otrząsnąć z sentymentalnych wspomnień.
Niczego mi nie brakowało. Miałam szczęście, że miałam Julię.
Chodnikiem po lewej stronie ulicy szła, zataczając się, grupka
maturzystów. Zaczęła im się przyglądać. Szli całą szerokością chodnika,
obejmowali się, trzech chłopaków i dziewczyna. Ledwie trzymała się na
nogach, chłopcy niemal ciągnęli ją za sobą.
Uważaj na siebie, mała, nie pozwól, żeby cię wykorzystali...
Jeden z chłopaków zauważył radiowóz i zaczął wykonywać obsceniczne
gesty. Pokazał jej środkowy palec, a potem zaczął wydawać jednoznaczne
odgłosy. Nina włączyła na chwilę koguta na dachu i syrenę. Efekt był
piorunujący. Młodzi ludzie rozbiegli się rączo na wszystkie strony,
pijana dziewczyna pobiegła za nimi.
Tak się skończyła ta historia.
Nina podjechała pod komisariat, zatrzymała radiowóz, przekręciła kluczyk
w stacyjce, silnik zgasł. Zapanowała absolutna cisza. Siedziała kilka
minut i wsłuchiwała się w nią.
Westchnęła, odpięła pas, wzięła opakowanie po hamburgerze Anderssona i puszkę po swojej coli light i wyrzuciła wszystko do stojącego przy
parkingu śmietnika. Także puszkę. Uznała, że są jakieś granice troski o środowisko, a już na pewno w taki ranek jak ten.
Kiedy weszła, Pettersson, szef komisariatu, rozmawiał przez telefon.
Pokazał ręką, żeby usiadła na krześle naprzeciwko niego.
- Około piątej? - powiedział do słuchawki. - Trochę późno. Wielu kolegów
ma... Tak, to prawda. Masz rację. A więc o siedemnastej...
Odłożył słuchawkę i pokręcił głową.
- Okropna historia - powiedział, przeciągając dłonią po łysinie. - Dokąd
zmierza nasze społeczeństwo?
Brzmi jak komisarz Wallander, pomyślała Nina.
- Zarządziłem minutę ciszy dla uczczenia pamięci Davida Lindholma -
ciągnął Pettersson. - O piątej większość funkcjonariuszy z nocnej zmiany
jest już na miejscu, a ci z dziennej nie zdążyli jeszcze wyjść, więc
powinno być dużo ludzi. Wszystkie okręgi chcą wziąć w tym udział.
Lindholm był człowiekiem powszechnie znanym i szanowanym, a po latach
wykładów w Wyższej Szkole Policyjnej ma przyjaciół zarówno wśród
starszych, jak i młodszych kolegów w całym...
- Tylko nie informujmy o tym mediów - przerwała mu Nina.
- Oczywiście, że zawiadomimy media. "Echo Dnia" chce nadawać na żywo.
- Gdybyś chciał obrabować sklep, to kiedy byś to zrobił, gdybyś się
dowiedział, że wszyscy policjanci w całej Szwecji będą zajęci między
siedemnastą a siedemnastą jeden? A poza tym... jak wygląda radiowa
transmisja na żywo minuty ciszy? Nie wydaje ci się to nieco... dziwne?
Przyglądał jej się chwilę, a potem odchylił się do tyłu, aż jego fotel z Ikei zatrzeszczał.
- Mów, co masz - powiedział.
Nina wyjęła notes. Monotonnym głosem zreferowała po kolei wszystkie
fakty: wezwanie o trzeciej dwadzieścia jeden, informacja o podejrzanej
strzelaninie na Bondegatan. Ponieważ dziewięćdziesiąt siedemdziesiąt i patrol byli w Djursholmie, Hoffman z wozu szesnaście siedemnaście
została wyznaczona do dowodzenia akcją. Zgłaszający sprawę, niejaki
Gunnar Erlandsson, zamieszkały pod wyżej wymienionym adresem, twierdził,
że obudziły go hałasy w mieszkaniu na górze, przypominające strzały.
Ponieważ we wspomnianym mieszkaniu nikt nie otwierał, patrol szesnaście
siedemnaście i patrol dziewiętnaście osiemdziesiąt weszły do mieszkania,
zgodnie z paragrafem dwudziestym pierwszym ustawy o policji, dotyczącym
sytuacji zagrażających życiu. W mieszkaniu znajdowały się dwie osoby:
David Lindholm i Julia Lindholm. David Lindholm leżał na łóżku, otrzymał
dwa strzały, jeden w głowę, drugi w podbrzusze. Julię Lindholm
znaleziono w łazience, była w szoku. Została odwieziona do szpitala na
Söder.
Nina zamknęła notes i spojrzała na Petterssona. Znów pokręcił głową.
- Okropna historia. Gdybyśmy wiedzieli, że to się tak skończy...
- Jest jeszcze coś. - Nina weszła mu w słowo, spojrzała na swój
zamknięty notes. - Zanim Julia straciła przytomność, powiedziała coś
bardzo dziwnego.
- Co?
- Chodziło o jej syna, Alexandra. Powiedziała: Ona go zabrała. Ta druga
kobieta zabrała Alexandra.
Pettersson uniósł brwi i spojrzał na nią zdziwiony.
- Ta druga kobieta? Kogo, do diabła, mogła mieć na myśli? W mieszkaniu
był jeszcze ktoś?
Nina poczuła się jak idiotka.
- Nie - powiedziała.
- Były jakieś ślady włamania? Walki?
Zastanowiła się chwilę.
- O ile sobie przypominam, to nie, ale technicy na pewno to sprawdzą...
- Drzwi były zamknięte?
- Zamykają się automatycznie, chyba że się je zablokuje.
Pettersson westchnął.
- Boże, biedny David. Najwyraźniej była większą wariatką, niż ktokolwiek
podejrzewał.
- Alexandra tam nie było - powiedziała Nina.
- Kogo?
- Synka Julii i Davida. Nie było go w mieszkaniu. Jego pokój był pusty.
Pettersson włożył pod wargę prymkę tytoniu.
- I co? Wiadomo, co się z nim stało? - spytał.
- Nie wiem.
- Zgłoszono jego zaginięcie?
Nina pokręciła głową.
- Wiemy, czy coś mu się stało?
- Nie. Tylko że mieszkanie zostało przeszukane, ale chłopca nie
znaleziono.
Pettersson odchylił się do tyłu.
- No cóż. Informacje o drugiej kobiecie i o zaginionym chłopcu muszą się
oczywiście znaleźć w raporcie. Napisz o tym, ale jakoś oględnie.
Nina poczuła, że zaczynają ją piec policzki.
- Co dokładnie masz na myśli? - spytała.
Pettersson przyglądał się jej kilka sekund, wstał z krzesła i przeciągnął się.
- Właściwie to nie była twoja zmiana, prawda? Miałaś dzisiaj mieć wolne.
- Skończyłam jedną zmianę i zaczęłam następną. O szesnastej mam dyżur,
zgodnie z grafikiem.
Pettersson westchnął.
- Dziennikarze już dzwonią - powiedział. - Tylko nie próbuj z nikim
rozmawiać. Wszystkie komentarze mają przechodzić przez rzecznika, nie
chcę żadnych przecieków do tej kobiety z "Kvällspressen"...
Nina wstała i wyszła na korytarz. Minęła pokój socjalny i skierowała się
do niewielkiego pomieszczenia z biurkiem i komputerem, gdzie zwykle
pisało się raporty.
Usiadła, włączyła komputer i program RAR do zapisywania rutynowych
zgłoszeń. Zaczęła wypełniać kolejne rubryki: godzina zgłoszenia, załoga
radiowozu, adres miejsca zbrodni, zmarli, podejrzany...
Podejrzany?
Wiedziała, że musi wypełnić formularz, który następnie zostanie
dołączony do raportu dotyczącego dochodzenia w sprawie śmierci Davida
Lindholma, która to sprawa zapewne przez następne pięćdziesiąt lat
będzie szeroko omawiana i analizowana na zajęciach w Wyższej Szkole
Policyjnej. I to ona miała być jego autorką. To ona miała spisać wstępne
dane, sformułować oskarżenie.
Podejrzany/a: Julia Lindholm.
Odsunęła klawiaturę i wyszła na korytarz. Zaczęła krążyć bez celu, kilka
kroków w prawo, kilka w lewo.
Muszę sobie coś przynieść, pomyślała. Kawę? Wtedy już w ogóle nie
zaśnie. Może kanapkę z automatu? Na samą myśl o tym zrobiło jej się
niedobrze. Podeszła do automatu ze słodyczami. Zostały już tylko kwaśne
dropsy. Znalazła w kieszeni spodni dziesięciokoronówkę i kupiła ostatnie
opakowanie. Potem wróciła do gabinetu szefa, drzwi były otwarte,
zapukała we framugę.
Pettersson podniósł głowę znad komputera i spojrzał na nią.
- Przepraszam, ale kogo mam wpisać jako pokrzywdzonego? Zamordowanego
czy jego żonę?
- Zamordowanego - odpowiedział Pettersson i znów wbił wzrok w monitor.
- Mimo że nie żyje?
- Mimo że nie żyje.
Nina zawahała się.
- Jeszcze jedna sprawa. Alexander...
Pettersson westchnął.
- Powinien być w mieszkaniu - dodała szybko Nina. - Uważam, że
powinniśmy...
Szef westchnął. Był poirytowany, wychylił się nieco do przodu.
- Jeśli mamusia zastrzeliła tatusia, to chyba dobrze, że dzieciak się
temu nie przyglądał?
Nina domyśliła się, że to koniec rozmowy. Odwróciła się, chciała wyjść.
- Hoffman - usłyszała za sobą jego głos.
Zatrzymała się, zerknęła przez ramię.
- Chcesz to z kimś przedyskutować?
Ton, jakim to powiedział, nie pozostawiał wątpliwości, że tak naprawdę
nie widzi takiej potrzeby, chociaż sytuacja, której była świadkiem, była
niewątpliwie traumatyczna.
- Nie, dziękuję - rzuciła lekko i wróciła do pokoju z komputerem.
Otworzyła dropsy, włożyła jednego do ust i zastygła. Rzeczywiście były
kwaśne.
Zamiast wypełnić rubrykę: podejrzany/a, sięgnęła po kolejny formularz.
Zgodnie z paragrafem dwudziestym pierwszym też musiała go złożyć, ale
nie musiała w nim podawać imienia i nazwiska Julii.
W końcu wypełniła wszystko, co było do wypełnienia, dołączyła także
informację o przesłuchaniu Erlandssona z drugiego piętra.
I znów wróciła do monitora.
Kliknęła w rubrykę: podejrzany/a.
Szybko wpisała: Julia Lindholm.
Wylogowała się, zamknęła program i pospiesznie opuściła pokój, jakby
uciekała przed własnymi myślami.
- Mamo, jestem głodny. Jest tu masło orzechowe?
Annika otworzyła oczy i zobaczyła białą firankę. Nie miała pojęcia,
gdzie jest. Głowa ciążyła jej jak kamień, w piersi miała wielką czarną
dziurę.
- I mleczna czekolada, i dżem. Jest tu czekolada?
Hotel. Recepcja. Pokój. Rzeczywistość.
Odwróciła się na drugi bok, spojrzała na dzieci. Siedziały obok siebie w piżamach, potargane, z szeroko otwartymi oczami.
- Czy nasze masło orzechowe spaliło się w pożarze? - dopytywał się
Kalle.
- Poppy też? - zmartwiła się Ellen. Jej dolna warga zaczęła drżeć. -
Poppy i Leo, spalili się...
Boże, co mam im powiedzieć? Co się odpowiada na takie pytania?
Uniosła się niezdarnie, przyciągnęła dzieci do siebie, objęła i zaczęła
powoli kołysać. Czuła, jak dziura w jej piersi robi się coraz większa.
- Mleczna czekolada na pewno się tu znajdzie - zapewniła je schrypniętym
głosem. - I dżem. Z masłem orzechowym może być gorzej.
- A mój nowy rower? - odezwał się znów Kalle. - Też się spalił?
Komputer. Wszystkie maile. Moja książka adresowa, kalendarz. Prezenty
ślubne. Wózek dziecięcy. Pierwsze buciki Kallego.
Pogładziła chłopca po włosach.
- Mamy ubezpieczenie. Wszystko odzyskamy.
- Poppy też? - spytała Ellen.
- Odbudujemy dom - zapewniła Annika.
- Nie chcę mieszkać w domu - zaprotestował Kalle. - Chcę mieszkać w naszym mieszkaniu i chodzić do mojej zerówki.
Zamknęła oczy i poczuła, że świat zaczyna wirować.
Do Djursholmu, do domu przy Vinterviksvägen, przenieśli się zaledwie
miesiąc temu. Dawne mieszkanie na Kungsholmen sprzedali parze gejów,
którzy już się tam wprowadzili i zaczęli remontować kuchnię.
- Chodźcie, pójdziemy zjeść śniadanie - powiedziała, zmuszając się do
postawienia nóg na podłodze. - Ubierzcie się.
Ellen otarła łzy i spojrzała na nią z wyrzutem.
- Mamo, przecież nasze ubrania też się spaliły - powiedziała.
Po tym, jak Anne nie wpuściła ich do mieszkania, Annika wyszła na ulicę
i stwierdziła, że taksówka zdążyła już odjechać. Nie mogła zadzwonić po
inną, nie miała też już co dać w zastaw. Mogła tylko wziąć dzieci na
ręce i iść przed siebie. Przypomniała sobie, że gdzieś w pobliżu
powinien być hotel, ale zanim go znalazła, błądziła dobre trzy
kwadranse. Kiedy weszła do holu, była bliska omdlenia. Recepcjonistka
patrzyła na nią przestraszona. W końcu udało jej się wyjaśnić, co się
stało. Dostali pokój na drugim piętrze.
Wyszli na korytarz, drzwi zamknęły się za nimi. Annika chwyciła dzieci
spoconymi dłońmi i weszli do windy.
Restauracja była urządzona z nowoczesnym chłodem. Ściana od ulicy była
cała ze szkła, pozostałe pokrywały półki z książkami. Meble były
metalowe i z drewna czereśniowego. Zegar za barem pokazywał kwadrans po
dziewiątej, spała może cztery godziny.
Bufet śniadaniowy świecił pustkami, na stole stały brudne talerze.
Biznesmeni już wyruszyli na swoje ważne spotkania, została tylko para
zakochanych w średnim wieku i trójka japońskich turystów, którzy bacznie
się przyglądali jej i dzieciom. Jej podarte dżinsy i poplamiona sadzą
bluza, piżamka Kallego z Batmanem i flanelowa piżamka Ellen w motylki
przyciągały ich zdziwione spojrzenia.
Przykro mi, że nasze nieumyte zęby i bose stopy zakłócają wam śniadanie.
Zagryzła zęby i nalała kawy do filiżanki do herbaty, sięgnęła po jogurt
i trzy kawałki wędzonego na surowo łososia. Po jogurt dlatego, że tylko
to była w stanie przełknąć, po łososia dlatego, że śniadanie było
wliczone w cenę pokoju. Dwa tysiące sto dwadzieścia pięć koron za
standardowy, przypominający szyb windy dwuosobowy pokój.
Nie poradzę sobie z tym sama. Ktoś musi mi pomóc.
- To niemożliwe - stwierdziła Berit Hamrin. - Brzmisz jak zwykle.
- Jasne, mogłabym się przecież położyć i umrzeć, ale wtedy równie dobrze
mogłabym zostać w domu - powiedziała Annika, sprawdzając, czy drzwi
łazienki są zamknięte.
Włączyła wiszący pod sufitem telewizor, znalazła Cartoon Network i położyła dzieci na łóżku - każde z pudełeczkiem płatków śniadaniowych w ręku zamiast słodyczy. Potem zamknęła się w łazience, gdzie był telefon,
i zadzwoniła do koleżanki z redakcji.
- Niczego nie zdążyłaś ze sobą wziąć? Czytałam o pożarze w informacjach
agencyjnych TT, ale nie przyszło mi do głowy, że chodzi o twój dom. Boże
drogi!
Annika opadła na deskę sedesową i podparła głowę ręką.
- Podobno wszystko doszczętnie spłonęło. Nikt z redakcji do ciebie nie
zadzwonił, żeby spytać, co z tobą?
- Nie mam pojęcia. Dałam komórkę w zastaw taksówkarzowi. Ale nie sądzę,
żeby ktoś się odzywał. W końcu nikt nie zginął.
Berit zamilkła. Annika czuła chłód porcelanowej miski klozetowej aż na
plecach.
- Jak mogę ci pomóc? - spytała przyjaciółka.
- Dzieci zostały w samych piżamach, no i nie mam przy sobie pieniędzy...
- Jakie rozmiary noszą?
Annika usłyszała w słuchawce kliknięcie długopisu.
- Sto dziesięć i sto dwadzieścia osiem centymetrów.
- Numer butów?
Annika czuła, że coś ją ściska za gardło, oddychała z trudem.
Tylko nie płacz, nie teraz.
- Ellen dwadzieścia sześć, Kalle trzydzieści jeden.
- Zostań, gdzie jesteś. Będę u was mniej więcej za godzinę.
Annika siedziała na sedesie. Wpatrywała się w wieszak na ręczniki i czuła, jak dziura w piersi pulsuje i piecze. Nagle ogarnęła ją fala
współczucia dla samej siebie, jakby spowiła ją mgła bezradności, poczuła
gorzki smak łez. Wszystko jej odebrano. Walczyła z mgłą, bo zasłaniała
jej widok, skazywała na wędrówkę po omacku.
Twoje życie się skończyło, szeptała jej mgła. Ale Annika wiedziała, że
to nieprawda, przecież siedziała tu i marzła, podczas gdy Scooby-Doo
wrzeszczał gdzieś za drzwiami, że boi się duchów.
Niczego już nie masz!
- A właśnie że mam - powiedziała głośno.
Dom był ważny, trzeba mieć swoje miejsce na świecie, gdzieś przynależeć,
ale to nie muszą być cztery ściany. Równie dobrze mogą to być ludzie,
praca, ambicje.
Nie masz niczego, co miałoby jakiekolwiek znaczenie.
Naprawdę?
Czy dzisiaj brakuje mi czegoś bardziej niż wczoraj?
Dzieci nie mają się w co ubrać, komputer spłonął, ale poza tym ma
wszystko to, co miała wczoraj.
Z wyjątkiem Thomasa.
I Anne.
Wstała i spojrzała w lustro.
Mam to, co najważniejsze.
Mam siebie i dzieci, wszystko inne zostało mi odebrane.
Przegrała.
To naprawdę takie proste?
Redaktor naczelny "Kvällspressen" Anders Schyman dla oszczędności
zrezygnował z narożnego gabinetu i przeniósł się do dziupli za redakcją
publicystyki. Z każdym dniem coraz bardziej tego żałował. Jedyne, co na
tym zyskał, to bezpośredni kontakt wzrokowy z ludźmi. Teraz miał ich
wszystkich przed sobą.
Mimo że była dopiero jedenasta, w redakcji panowało niezwykłe ożywienie.
Jeszcze kilka lat temu byłoby to niewyobrażalne. Teraz musieli na
bieżąco uzupełniać informacje w sieci, z krótką przerwą około czwartej
nad ranem, zwanej godziną wilka. Dotyczyło to nie tylko wiadomości
tekstowych, ale również zdjęć, wstawek filmowych, a także reklam.
Wcześniejsze drukowanie papierowego wydania oznaczało przesunięcie
produkcji w czasie: teraz większość pracy trzeba było wykonać w dzień,
to była nowość. Zgodnie ze zwyczajem dziennik powinien powstawać nocą i być dziełem nieogolonych, popijających piwo redaktorów z czerwonymi
oczami i palcami z plamami po nikotynie. Tacy już nie istnieli. Albo
zaadaptowali się do nowych czasów, ogolili się i wyczyścili buty, albo
zostali wymieceni przez programy oszczędnościowe umożliwiające im
przejście na wcześniejszą emeryturę.
Anders Schyman westchnął głęboko.
Z upływem lat coraz częściej miał wrażenie, że coś mu się wymyka z rąk.
Ostatnio zaczął nawet podejrzewać, co to takiego, mianowicie to coś, co
było podstawą jego zawodu, w ogóle podstawą zawodu dziennikarza.
Najważniejszym zadaniem redakcji stało się aktualizowanie wydania
internetowego, istotny stał się przekaz, czasem zapominano, że powinien
nieść jakąś treść.
Przypomniał sobie czasy, kiedy jego gazeta, "Kvällspressen", miała
najwyższy nakład w Szwecji, a konkurenci powtarzali niczym mantrę:
najwięksi, ale nigdy pierwsi, najwięksi, ale nie najlepsi.
Teraz wszystko działo się o wiele szybciej, ale za cenę prawdy i dogłębnej analizy.
Nie wszystko jest do niczego, pomyślał.
Dzisiaj znów robią świetną gazetę. W bieżącym numerze jest artykuł
Anniki Bengtzon o kulisach morderstwa podczas kolacji noblowskiej,
krytyczne artykuły publicystyczne Berit Hamrin o terroryzmie i wywiad
Patrika Nilssona z gwiazdą seriali, w którym celebrytka opowiada o swoich kłopotach z jedzeniem.
Problem polega na tym, że o tym wszystkim już dawno zapomniano. Kiedy
gazeta dotarła do kiosków, były to już wiadomości z wczoraj. W nocy
bowiem znaleziono Davida Lindholma zastrzelonego we własnym łóżku, a o morderstwo podejrzewano jego żonę.
W sieci nie kończyły się peany na cześć zmarłego policjanta.
Chwalono jego wiedzę, znajomość ludzkiej natury i niezwykłą umiejętność
nawiązywania kontaktu z ludźmi. Był bezkonkurencyjny jako śledczy,
prowadzący przesłuchania, był lojalnym przyjacielem, miał niezwykłą
intuicję.
Co z tym zrobić? - zastanawiał się Schyman. Zauważył, że jego mózg,
odwykły od rozwiązywania problemów natury etycznej, pracuje na
zwolnionych obrotach. Dziennikarski kręgosłup nie powinien mu pozwolić
się wahać, w dziennikarstwie obowiązują pewne zasady: każdą informację
należy ocenić, przyjrzeć się uważnie źródłu, zastanowić się nad skutkami
upublicznienia nazwiska, a nie myśleć jedynie o tym, czy przyniesie to
gazecie zysk i zwiększy nakład.
Spojrzał na redakcję.
Najpierw muszę rozpoznać sytuację, pomyślał, wstał i ruszył między
ludzi.
- Co robimy z zamordowanym supergliną? - spytał Gwoździa, szefa działu
wiadomości, siedzącego z nogami na biurku i jedzącego pomarańczę.
- Damy go na pierwszą stronę. Potem wstępniak i wrócimy do tematu na
siódmej i ósmej - odpowiedział Gwóźdź, nie podnosząc głowy.
- A informacja o tym, że policja podejrzewa żonę? - spytał Schyman.
Usiadł na biurku, demonstracyjnie blisko stóp Gwoździa. Gwóźdź zrozumiał
aluzję i zdjął nogi.
- Pytasz, czy damy to w nagłówku? - spytał, wyrzucając skórkę pomarańczy
do kosza na makulaturę.
- Jeśli napiszemy, że David Lindholm został zamordowany i że policja
podejrzewa jego żonę, to zrobimy z niej morderczynię - powiedział
Schyman.
- I?
Gwóźdź spojrzał na szefa ze zdziwieniem.
- Nie została nawet zatrzymana.
- Kwestia czasu - odpowiedział Gwóźdź i wrócił do komputera. - Poza tym
wszyscy już o tym piszą i mówią. Zarówno "Konkurrenten", jak i nasz
ulubiony poranny szmatławiec zamieściły w sieci niezbyt pochlebne
artykuły o tej babie.
No tak, pomyślał Schyman. To najwyraźniej rozstrzyga wszelkie etyczne
wątpliwości.
- Można kupić pomarańcze o tej porze roku? - zdziwił się głośno.
- Są nieco włókniste, podobnie jak ja - rzucił Gwóźdź.
Berit Hamrin podeszła do nich z torbą na ramieniu i płaszczem
przerzuconym przez ramię.
- Masz świetny artykuł w dzisiejszym wydaniu - pochwalił ją Schyman. -
Słyszałaś najświeższe wiadomości? Jakie są pierwsze reakcje?
Berit wskazała głową na monitor Gwoździa.
- Julia Lindholm. W artykułach w sieci wskazujemy na nią jako na
morderczynię. Robimy to świadomie?
- My, to znaczy cała szwedzka społeczność dziennikarska - odpowiedział
Gwóźdź.
- O ile wiem, tylko "Konkurrenten" i "Gazeta Poranna" podały, że policja
podejrzewa żonę - sprostował Schyman.
- Nie musimy podawać ani jej imienia, ani nazwiska - odpowiedział
Gwóźdź, podchodząc bliżej.
- Podając imię i nazwisko ofiary, opisując, jak zginął we własnym łóżku,
a potem dodając, że policja podejrzewa żonę, nie musimy podawać żadnych
bliższych danych. Wszyscy, którzy ją znają, domyślą się, że to o nią
chodzi.
- Musimy móc relacjonować nawet najbardziej spektakularne morderstwa -
bronił się Gwóźdź.
- Tego, co teraz mamy na stronie, nie nazwałabym relacjonowaniem. -
Berit weszła mu w słowo. - To się nazywa plotkarstwo. Policja nadal
niczego nie potwierdziła, bazujemy jedynie na informacjach zasłyszanych.
Schyman zauważył, że siedzący wokół nich dziennikarze zaczynają podnosić
głowy i przysłuchiwać się rozmowie. To dobrze czy źle? - zastanawiał
się. Dyskusje o kwestiach etycznych są oznaką siły czy może raczej
słabości?
Zdecydował, że raczej to drugie.
- Proponuję, żebyśmy kontynuowali tę dyskusję w moim pokoju - powiedział
stanowczo, wskazując w stronę swojej dziupli.
Berit zaczęła się ubierać.
- Mam spotkanie ze źródłem - powiedziała.
Odwróciła się i ruszyła do drzwi prowadzących na parking.
Schyman zorientował się, że nadal wskazuje w stronę swojej dziupli za
redakcją publicystyki.
- Informacja o tym, że podejrzana jest żona, jest już na naszej stronie?
- spytał Gwoździa, pozwalając ręce opaść. - Kto podjął taką decyzję?
Gwóźdź rzucił mu spojrzenie zranionego niewiniątka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki