Czwartek, 10 grudnia Dzień Noblowski
Czwartek, 10 grudnia
Dzień Noblowski
KOBIETA ZWANA KOCIĄTKIEM czuła ciężar broni, którą ukryła pod prawą
pachą. Rzuciła papierosa na ziemię, uniosła rąbek sukni i podeszwą buta
dokładnie przydeptała niedopałek.
Spróbujcie znaleźć jakieś ślady DNA.
W trzech salach bankietowych sztokholmskiego ratusza od trzech godzin i trzydziestu dziewięciu minut trwało uroczyste przyjęcie z okazji
rozdania Nagród Nobla. Właśnie zaczęły się tańce, dźwięki muzyki
docierały do niej w mroźnym powietrzu. Cel wstał od stolika w Sali
Błękitnej i ruszył schodami do Sali Złotej. SMS, który przed chwilą
odebrała, określał jego pozycję tak precyzyjnie, jak to w tych
okolicznościach było możliwe.
Westchnęła. Uświadomiła sobie, że jest poirytowana, i skarciła się w duchu. Sytuacja wymagała skupienia, nie był to dobry moment na
egzystencjalne rozmyślania i zastanawianie się nad słusznością swojej
decyzji. Podjęła się zadania i musi je wykonać.
Skupiła się na tym, co ją czekało. Cały plan miała w głowie, powtarzała
go wielokrotnie, do znudzenia, żeby mieć pewność, że wszystko pójdzie
tak, jak powinno.
Dlatego szła teraz drobnymi kroczkami, raz, dwa, trzy... Przez cienkie
podeszwy pantofelków czuła żwir i sól. Temperatura spadła poniżej zera,
kałuże pokrywała cienka tafla lodu. Układając plan, miała nadzieję, że
tak właśnie będzie, ale pewności mieć nie mogła. Marzła, była blada,
oczy zaszły jej łzami. Mogą być zaczerwienione, pomyślała.
Policjanci w mundurach i żółtych kamizelkach stali tam, gdzie powinni,
po dwóch z każdej strony bramy, głównego wejścia do sztokholmskiego
ratusza. Skupiła się.
Pora na pierwszą odsłonę: blada piękność, zmarznięta, z telefonem
komórkowym w dłoni. Ta dam, showtime!
Weszła od strony ulicy w chwili, gdy z bramy wytaczała się grupa
rozbawionych, lekko podchmielonych ludzi. Ich wysokie głosy
rozbrzmiewały w zimnym powietrzu, radosny śmiech odbijał się echem od
sklepienia. Lampy na fasadzie budynku rzucały cienie na rozbawione
twarze gości i staranne fryzury kobiet.
Spuściła wzrok. Do pierwszego policjanta dotarła, kiedy właśnie jeden z rozbawionych mężczyzn zaczął wzywać taksówkę. Gdy policjant zwrócił się
do niej, najwyraźniej chcąc jej coś powiedzieć, zachwiała się, jakby się
poślizgnęła, i broniąc się przed upadkiem, zamachała rękami. Policjant
zareagował instynktownie i chwycił ją za rękę, za jej białą, piękną,
zmarzniętą rękę. Wymamrotała coś niezrozumiałego po angielsku, cofnęła
zimną dłoń i popłynęła w stronę głównego wejścia: trzydzieści trzy
dokładnie wyliczone drobne kroczki.
Jakie to cholernie proste, pomyślała. Poniżej mojej godności.
Brukowany dziedziniec był pełen limuzyn z przyciemnionymi szybami. Kątem
oka zauważyła, że przy niektórych stoją ochroniarze. Ludzie wychodzili z budynku, nasycone alkoholem oddechy zamarzały w powietrzu, w płaskim
świetle pochodni postacie rzucały groteskowe cienie. Przed nią, za
samochodami i parkiem, migotała czarna woda jeziora Mälaren.
Podreptała do stanowiska numer dwa: drzwi prowadzących do Sali
Błękitnej. Starszy pan zagradzał jej drogę, musiała się zatrzymać.
Mężczyzna cofnął się, ustępując miejsca grupie starszych ladies, które
pokazały się za jego plecami. Już chciała coś powiedzieć, ale
powstrzymała się. Drżąc z zimna, czekała cierpliwie na mrozie, aż
zramolałe staruszki wyjdą na dziedziniec. Kiedy weszła do szatni z telefonem komórkowym w ręku, funkcjonariusz w mundurze rzucił jakiś
dowcip, zignorowała go i po chwili dotarła do stanowiska numer trzy.
Annika Bengtzon wstała od stolika numer pięćdziesiąt. Sąsiad, redaktor
naczelny pisma "Science", odsunął jej krzesło. Poczuła, że drżą jej
nogi, chwyciła mocniej szal, który zsunął się jej z ramion i byłby upadł
na podłogę. Dookoła kłębił się tłum ludzi, wszystko mieniło się,
wirowało. Kątem oka dojrzała przechodzącego obok jej stolika sekretarza
Akademii Szwedzkiej. Nie wiedziała, że jest taki przystojny.
- It's been a pleasure - powiedział redaktor naczelny. Pocałował ją w rękę i zniknął w tłumie. Annika uśmiechnęła się uprzejmie. Może poczuł
się urażony? Poprosił ją do tańca, a ona odmówiła.
Dotknęła palcami szala, zerknęła na zegarek, stwierdziła, że ma czas,
nie musi jeszcze wracać do redakcji. Obok niej przeszedł Anders Wall,
szef Telewizji Szwedzkiej, z żoną. Ruszyli w drugą stronę.
Nagle poczuła, że ktoś za nią stoi. Podniosła głowę i spojrzała w oczy
Bossemu, reporterowi "Konkurrenten".
- Ile gwiazdek dajesz przystawce? - spytał cicho z ustami przy jej uchu.
- Cztery trupie czaszki - odpowiedziała, czując materiał jego fraka na
swoim nagim ramieniu. - A ile punktów dajesz dekoltowi księżniczki
Madeleine?
- Dwa melony - wyszeptał Bosse. - Jak oceniasz przemówienie laureata
nagrody w dziedzinie medycyny?
- Osiem tabletek nasennych...
- Mogę prosić?
Bosse skłonił się nieco teatralnie, Annika rozejrzała się, chcąc
sprawdzić, czy w pobliżu nie ma redaktora naczelnego "Science", i skinęła głową.
Elegancką wieczorową torebkę włożyła do wielkiej torby, którą
przewiesiła przez ramię. Babciny szal zsunął się jej z ramion, materiał
sukni furkotał. Bosse wziął jej dłoń i poprowadził ją w stronę schodów i Złotej Sali. Tam tańczono. Manewrowali między stolikami, kwiatami i kryształowymi kieliszkami. Annika właściwie nie piła, moczyła tylko usta
w kolejnych trunkach, żeby móc opisać czytelnikom ich smak. Uważała to
za czystą kpinę, bo tak naprawdę w ogóle nie znała się na winach. Mimo
to lekko jej szumiało w głowie. Kiedy ruszyli po schodach na górę, jedną
ręką chwyciła mocniej Bossego, drugą uniosła nieco suknię.
- Zaraz się przewrócę - wyszeptała. - Potknę się i zjadę na pupie na sam
dół, do stóp jakiegoś partyjnego bonzy.
- Z tych schodów jeszcze nigdy nikt nie spadł. Kiedy je budowano, Ragnar
Östberg kazał swojej żonie przez tydzień chodzić nimi w górę i w dół w sukni wieczorowej. Patrzył i wszystko dokładnie obserwował, żeby nikt
nigdy nie mógł z nich spaść. Schody zdały egzamin, ale żona zażądała
rozwodu.
Annika roześmiała się, nieco za głośno i zbyt serdecznie.
Niedługo będzie musiała opuścić przyjęcie i wrócić do redakcji, żeby
zdążyć z artykułem do porannego wydania. Magiczny nastrój pryśnie, gdy
zamieni powłóczystą suknię na koszulkę z H&M i spódnicę z poliestru,
która zbiera wszystkie pyłki jak odkurzacz.
- To niesamowite, że tu jesteśmy i uczestniczymy w tym wszystkim -
powiedziała.
Bosse położył jej dłoń na swojej ręce i poprowadził ją tak, jak przed
chwilą laureat nagrody z dziedziny chemii prowadził królową.
Dotarli do długiego balkonu nad Salą Błękitną. Przy wejściu do Sali
Złotej postawiono stół z napojami, który utrudniał swobodne przejście.
- Idziesz? - spytał Bosse.
- Jeden taniec, a potem biegnę.
Weszli do imponującej Sali Złotej. Ściany pokrywała artystyczna mozaika
ze szczerego złota. Orkiestra grała, ale muzyka była jakby tłem utkanym
z dźwięków. Annika niemal jej nie słyszała. Myślała tylko o tym, że tu
jest i że Bosse położył dłoń na jej plecach. Zaczęła wirować w takt
muzyki, złota mozaika wirowała razem z nią.
Krzyżowe sklepienie, kamienna podłoga z wapienia. Kociątko znalazło się
w środku. Jedwabne suknie opinały syte talie, krawaty uwierały czerwone
męskie karki. Sunęła niezauważona obok elegancko ubranych gości, nawet
nie musiała się rozglądać. W ostatnich miesiącach kilka razy zwiedzała
sale ratusza, oprowadzana przez różnych przewodników, informowana w trzech różnych językach. Robiła zdjęcia, a potem pilnie je studiowała,
krążyła po salach, udawała, że się potyka, ślizga, odmierzając kroki,
regulując oddech.
Budynek robił wrażenie, musiała to przyznać. Wspaniała architektura tego
wyjątkowego miejsca była jednym z plusów.
Dwanaście kroków dzieliło ją od Sali Błękitnej.
Zatrzymała się pod sześcioramiennymi gwiazdami zdobiącymi wewnętrzne
arkady, żeby się oswoić z niezwykłą przestrzenią. Na tysiącu pięciuset
dwudziestu sześciu metrach kwadratowych lekko asymetrycznej marmurowej
posadzki tłoczyli się goście, którzy przed chwilą wstali od stołów. Para
królewska już wyszła, a wraz z nią ochrona. Pozwoliła sobie na chwilę
kontemplacji. Uznała, że wolałaby uczestniczyć w uroczystej kolacji, niż
być zmuszona wykonać zadanie. Motto menu brzmiało: Wiatr Północy.
Nieszczególnie zachęcająco, ale podobała jej się zastawa.
Cholera, pomyślała, muszę sobie znaleźć inne zajęcie.
No cóż. Stanowisko numer cztery. Obróciła się w prawo, wzruszenie
szczupłych ramion, przelotne spojrzenie.
Wyszła zza ustawionych parami granitowych kolumn i ruszyła w stronę
schodów, dziesięć kroków na wysokich obcasach. Z Sali Błękitnej
dochodziła muzyka. Słyszała ją wyraźnie. Oby tylko orkiestra nagle nie
przestała grać.
W następnej chwili stanął przed nią mężczyzna. Powiedział coś
niezrozumiałego, zatrzymała się, zrobiła krok w bok, jeden, potem drugi.
Drań najwyraźniej nie chciał jej puścić, musiała siłą przepchnąć się
obok niego, a potem szybko wejść na górę, czterdzieści dwa stopnie,
trzynaście centymetrów wysokości i trzydzieści dziewięć centymetrów
głębokości każdy.
Potem jeszcze długi balkon. I siedmioro drzwi prowadzących do Sali
Złotej i jej bezcennego skarbu, mozaiki przedstawiającej królową jeziora
Mälaren i świętego Eryka.
Dancing close to st erik.
Biegła dalej, przepychała się, już rozgrzana, rozemocjonowana, mijała
kolejne drzwi, aż dotarła do ostatnich. Muzyka stawała się coraz
głośniejsza, nagła zmiana tonacji, utwór zbliżał się do końca, weszła w tłum tańczących. Cholera, musi się skupić.
Po raz pierwszy podczas wykonywania zadania poczuła znajome łaskotanie,
rodzaj oszołomienia, które wyostrzało jej zmysły, sprawiało, że była
zadowolona. Złożona z milionów kawałków mozaika skrzyła się i mieniła w oczach. Nagle poczuła przeszywający ból, rozejrzała się dookoła, muzycy
stojący obok brzydkiej królowej jeziora po drugiej stronie sali
szykowali się do crescendo. Szybkie spojrzenie, musi znaleźć cel,
teraz!
Jest.
Doskonale. Idealnie na linii prowadzącej od stanowiska numer pięć do
stanowiska numer sześć, podskakująca w tańcu sylwetka.
Zostało jej dziewięćdziesiąt sekund. Od teraz. Napisała SMS-a do
pomocnika, uniosła prawą rękę, otworzyła wieczorową torebkę, wrzuciła do
niej telefon komórkowy, poszukała pistoletu.
Nagle ktoś na nią wpadł, poczuła uderzenie, śmiech, gdzieś z lewej
strony. Co, do diabła? Poślizgnęła się, straciła równowagę, kolejny
niezaplanowany krok, poczuła, jak przydeptuje kogoś obcasem, wbija komuś
łokieć w żebra, jęk bólu. Tak zaskakujący, że uniosła głowę. Zobaczyła
nad sobą oczy, a w nich irytację i ból.
Shit! Fuck!
Szybko odwróciła wzrok i ruszyła dalej, ostatnich kilka kroków.
Pistolet był ciężki, dobrze leżał w dłoni, nareszcie była skupiona,
spokojna, gotowa. Uniosła torebkę i skierowała ją w stronę tańczącej
pary, w nogi mężczyzny, pierwszy strzał. Prawie niesłyszalny, niemal nie
poczuła odrzutu. Mężczyzna osunął się na kolana, odsłaniając kobietę.
Uniosła torebkę, wycelowała, drugi strzał, w serce kobiety.
Ręka puściła broń, podziurawiona torebka znów zwisała swobodnie u jej
boku. Spojrzała w stronę dębowych drzwi, osiem kroków do następnego
stanowiska. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć - krzyki - siedem,
osiem, była przy drzwiach, otworzyła je bez problemu, kiedy przekroczyła
próg, zamknęły się za nią bezgłośnie. Teraz cztery kroki do windy
kuchennej, dwa piętra w dół i jeszcze trzy kroki do drzwi, przez które
przyjmowano towar.
Nie była już taka skupiona, przyjemne oszołomienie minęło.
Jeszcze nie, do diabła, za wcześnie. Najtrudniejszy etap był jeszcze
przed nią.
Wyszła przy południowych arkadach i poczuła paraliżujące zimno.
Dziewięćdziesiąt osiem cholernie śliskich, zimnych, prowadzących do wody
stopni, bieg na sto metrów.
Stojący na dziedzińcu strażnicy zamarli na chwilę i nagle, jak na
komendę, przyłożyli dłonie do uszu. Niech to diabli. Miała nadzieję, że
uda jej się trochę oddalić, zanim się zorientują, co się stało. Wyjęła
broń z torebki, zamykając jednocześnie drzwi. Zejścia do wody pilnowało
trzech facetów. Była na to przygotowana, zaczęła strzelać, żeby ich
unieszkodliwić, nie zabić.
Sorki, nie bierzcie tego do siebie, chłopcy.
Gdzieś z tyłu, za nią, ktoś oddał strzał. Kula trafiła w granitową
kolumnę, odprysk kamienia uderzył ją w policzek, wzdrygnęła się z nieoczekiwanego bólu. Schyliła się, zdjęła buty i zaczęła biec.
Dźwięki powróciły, usłyszała ryczący odgłos silnika motorówki.
Wyszła z cienia, skręciła ostro w prawo i ruszyła przez park. Zmarznięta
trawa chrzęściła jej pod stopami, źdźbła kłuły niczym igły, padły
strzały, niemal frunęła z pistoletem i butami w ręku i z podciągniętą do
góry suknią.
Nagle silnik zamarł, łódź przybiła do brzegu, do ratuszowej przystani.
Lodowaty wiatr ranił jej skórę, rzuciła się w dół po granitowych
schodach.
Fale Mälaren uderzały o burtę, woda wlewała się do środka. Wskoczyła na
pokład, z trudem łapiąc równowagę.
Poczucie triumfu zniknęło niemal natychmiast, zastąpiło je
rozdrażnienie. Dotknęła dłonią policzka, krwawił. Niech to szlag!
Jeszcze zostanie jej blizna, tylko tego brakowało! Marzła.
Dopiero kiedy gmach ratusza zniknął w oddali i zaczęła się przebierać,
zauważyła, że zgubiła jeden but.
Dziecko inspektora Antona Abrahamssona miało trzy miesiące i cierpiało
na kolkę. Od ośmiu tygodni płakało co noc i żona inspektora była u kresu
wytrzymałości. On szedł do pracy, ona nie miała tak dobrze. Czasem
próbował ją pocieszać przez telefon: "To minie, kochanie. Odbiło mu się?
Dałaś mu krople?".
Sygnał alarmu odezwał się w momencie, kiedy żona inspektora zaczęła
płakać.
- Wrócę najszybciej, jak będę mógł - zapewnił ją, odłożył słuchawkę i poirytowany odebrał drugi telefon.
Jego reakcję może tłumaczyć fakt, że alarm nie dobiegał ani z wydziału
ochrony, ani z żadnej innej wewnętrznej jednostki, tylko bezpośrednio od
samego szefa policji.
Okazało się, że zwykłe służby porządkowe, które miały przecież
odpowiadać głównie za ruch uliczny i trzymać gapiów w bezpiecznej
odległości od miejsca zdarzenia, kontrolują sytuację lepiej niż Säpo.
Taki był pierwszy z wniosków, do których doszedł Anton Abrahamsson.
Drugi przyszedł mu do głowy sekundę później.
Ktoś dostanie za to niezły ochrzan.
Trzeci przyprawił go o gęsią skórkę: Cholera! To się dzieje tu i teraz!
Muszę się skontaktować z redakcją, pomyślała Annika.
Leżała na podłodze twarzą w dół, na rękach czuła lodowaty chłód marmuru.
Tuż przed nią wymiotował jakiś mężczyzna, inny nadepnął jej na dłoń.
Cofnęła ją, nie czując bólu. Po prawej stronie jakaś kobieta wrzeszczała
wniebogłosy, czyjaś suknia musnęła jej głowę. Orkiestra przestała grać w środku akordu i nagle cisza zmieniła się w krzyk, który niczym lodowata
fala przeszedł przez całą salę, docierając do pozostałych sal ratusza.
Gdzie jest moja torba? - zaczęła się zastanawiać. Spróbowała wstać, ale
uderzenie w głowę powaliło ją na podłogę.
Chwilę później kłębiący się wokół ludzie zniknęli, ktoś ją podniósł,
granatowy garnitur zdecydowanym ruchem posadził ją pod ścianą. Nagle
zobaczyła przed sobą ciemne dębowe drzwi.
Muszę się skontaktować z Janssonem, pomyślała i znów rozejrzała się za
torbą. Pamiętała, że zostawiła ją przy okutych miedzią drzwiach
prowadzących do Sali Trzech Koron. Teraz wszędzie widziała chwiejących
się na nogach ludzi i biegających wśród nich ubranych na szaro mężczyzn.
Zauważyła, że drżą jej kolana, poczuła, że wpada w panikę, ale
postanowiła się jej nie poddawać. Tłumaczyła sobie, że nie grozi jej
żadne niebezpieczeństwo. Wyrównała oddech i próbowała rozeznać się w sytuacji.
Nie mogła nic zrobić.
Mozaikowa postać z przeciwległej ściany wpatrywała się w nią wyzywająco,
twarz kobiety okalały węże. Tęga kobieta w czarnej koronkowej sukni
przewróciła oczami i zemdlała. Młody mężczyzna krzyczał przerażony, żyły
na jego szyi napięły się i wyglądały, jakby były z gumy. Inny,
najwyraźniej pijany, upuścił szklankę na kamienną posadzkę. Rozległ się
brzęk tłuczonego szkła.
Ciekawe, gdzie jest Bosse, pomyślała Annika.
Czuła, że jej tętno zwalnia, dźwiękoszczelna zasłona zaczęła się powoli
unosić, słowa wróciły. Zaczęła rozróżniać krzyki i polecenia. Padały
głównie z ust szarych garniturów. Ich głosy miały w sobie coś
metalicznego, słowa przekazywali kabelkami i drucikami, które łączyły
ich usta i uszy, a potem znikały w czeluściach wewnętrznych kieszeni.
- Kuchenna winda jest za mała, nosze się nie zmieszczą. Kierujcie się do
głównego wejścia w wieży.
Słyszała słowa, nie widziała, kto je wypowiada.
- Budynek został zabezpieczony, tak, zrozumiałem. Mamy świadków,
opróżniamy sale bankietowe z gości.
Muszę znaleźć torbę, pomyślała Annika po raz kolejny.
- Muszę znaleźć torbę - powtórzyła głośno, ale nikt jej nie słuchał. -
Mogę poszukać torby? Mam w niej komórkę.
Odwróciła się. Zbity tłum ludzi poruszał się teraz wolniej, jak mrówki
przed nastaniem pierwszych mrozów, pomyślała. Z jednej z sal wybiegła
ubrana na biało kobieta, pchała przed sobą nosze na kółkach. Zaraz za
nią pojawił się mężczyzna, też pchał przed sobą nosze. Za nimi nadbiegli
mężczyźni ze słuchawkami lekarskimi, z butlami tlenu i stelażami do
kroplówek. W Złotej Sali ratusza goście stali obok siebie, tworząc jakby
ścianę, białe twarze, otwarte usta, czarne dziury. Krzyki ustały, cisza
aż huczała. Do Anniki docierały fragmenty cichych rozmów ubranych na
biało ludzi. Po chwili zobaczyła układane na noszach ciała. Dopiero
wtedy dotarło do niej, że leżący obok niej mężczyzna cicho pojękuje, a kobieta leży bez ruchu.
Po chwili oboje zostali zabrani.
Gwar wrócił ze zdwojoną siłą. Annika wykorzystała ten moment, szybko
wyminęła dwa garnitury i chwyciła torbę. Sięgnęła po komórkę i nagle
poczuła, że czyjaś ręka chwyta ją za ramię.
- Nie wolno pani nigdzie iść - odezwał się głos, nieco zbyt surowo.
Annika wyswobodziła się z krępującego uchwytu. Wybrała numer Janssona,
połączyła się. Trzy krótkie sygnały.
Sieć zajęta.
Co, do...
Wcisnęła "kontakty", a potem "Jansson".
Pip, pip, pip. Sieć zajęta.
Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu pomocy. Nikt nie zwracał na nią
uwagi. Tylko postać z mozaiki nadal patrzyła na nią wyzywająco.
- Imię i nazwisko?
Zobaczyła przed sobą mężczyznę w dżinsach, z bloczkiem i ołówkiem w ręku.
- Słucham? - spytała zdziwiona.
- Jestem z policji, poproszę pani imię i nazwisko. Próbujemy to wszystko
ogarnąć. Widziała pani coś?
- Nie wiem - odpowiedziała Annika, zerkając na czerwone ślady na
marmurowej posadzce. Krew ściemniała, zaczynała krzepnąć.
Żadnych aniołów. Dzięki Bogu trzymają się z dala, pomyślała.
Zrobiło jej się zimno. Zauważyła, że zgubiła szal, który nosiła jej
babcia, kiedy była gospodynią w Harpsund. Leżał na stosie innych rzeczy
tuż obok plamy krwi.
Będę musiała go oddać do pralni, pomyślała. Mam nadzieję, że plamy
znikną.
- Nazywam się Annika Bengtzon - odpowiedziała. - Jestem tu z ramienia
"Kvällspressen". Co się stało?
- Słyszała pani strzały?
Strzały?
Pokręciła głową.
- Zauważyła pani na sali kogoś podejrzanego?
- Tańczyłam, było dużo ludzi, ktoś mnie pchnął, ale niczego podejrzanego
nie zauważyłam...
- Ktoś panią pchnął? Kto?
- Kobieta, przepychała się. Nadepnęła mi na stopę.
- Rozumiem - powiedział mężczyzna, zapisując coś w bloczku. - Proszę
zaczekać, zaraz ktoś przyjdzie i zabierze panią na przesłuchanie.
- Niemożliwe. Muszę napisać artykuł. Jak pan się nazywa? Mogę pana
zacytować?
Mężczyzna w dżinsach podszedł do niej bliżej i przycisnął do ściany tak
mocno, że na chwilę straciła oddech.
- Nie wolno się pani stąd ruszyć. Zaraz wracam.
- Nigdy w życiu - zaprotestowała Annika głosem przechodzącym w falset.
Policjant westchnął, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
Deadline, pomyślała Annika. Co mam robić?
Redaktor naczelny Anders Schyman właśnie usiadł na kanapie w salonie,
żeby razem z żoną obejrzeć film Almodóvara, kiedy zadzwonił szef nocnej
zmiany.
- Na bankiecie noblowskim doszło do strzelaniny - poinformował go. - Co
najmniej pięć osób jest rannych. Nie wiadomo, czy przeżyją.
Schyman spojrzał na żonę, która wciskała czerwony guzik, by wybrać
wersję językową.
- Wciśnij ten okrągły - powiedział do niej, podczas gdy słowa Janssona
powoli docierały do jego świadomości.
- Są tam Annika Bengtzon i Ulf Olsson, fotograf, ale nie mam z nimi
kontaktu. Nigdzie nie można się dodzwonić. Sieć padła.
- Potwórz wszystko jeszcze raz - powiedział Schyman, dając żonie znaki,
żeby zatrzymała film.
- Sieć jest zajęta. Tysiąc trzysta osób próbuje się gdzieś dodzwonić
dokładnie w tym samym momencie, co oczywiście jest niemożliwe.
- Strzelanina na bankiecie noblowskim? Ktoś zginął?
Jego żona otworzyła szeroko oczy, pilot wypadł jej z ręki i uderzył o podłogę.
- Na pewno jacyś ochroniarze, kto poza tym, jeszcze nie wiadomo. Karetki
na sygnale podjeżdżają pod Szpital Świętego Jerzego.
- Boże drogi! - jęknął Schyman, prostując się na kanapie. - Kiedy to się
stało?
- Dziesięć minut temu, góra kwadrans.
Schyman zerknął na zegarek: dwudziesta druga pięćdziesiąt siedem.
- Są zabici? - spytała jego żona, ale uciszył ją.
- To jakieś szaleństwo. Co robi policja? Zatrzymali kogoś? Gdzie
strzelano? W Sali Błękitnej? Co z parą królewską? Gdzie była ochrona?
Żona położyła mu rękę na plecach, jakby chciała go uspokoić.
- Policja otoczyła ratusz. Nikt tam teraz nie wejdzie ani nie wyjdzie.
Przewożą ludzi na przesłuchania, za pół godziny powinni zacząć ich
zwalniać. Wysłaliśmy reporterów, żeby porozmawiali ze świadkami. Nie mam
pojęcia, czy policja kogoś zatrzymała, pewnie trwają poszukiwania.
- Jak wygląda sytuacja w mieście?
- Zatrzymano metro, zamknięto wszystkie drogi wyjazdowe z miasta, trwają
pertraktacje z lotniskiem. Wieczorem startuje niewiele samolotów. Nasi
ludzie są w drodze na dworzec, będą też na wylotówkach, wszędzie, gdzie
się da.
Żona Schymana pocałowała go lekko w policzek, wstała i wyszła z pokoju.
Bohaterki Almodóvara na granicy załamania nerwowego będą musiały
poczekać na bardziej dogodny moment.
- Policja wydała komunikat? - dopytywał się Schyman. - To zamach
terrorystyczny czy dzieło jakiegoś fanatyka? Były wcześniej jakieś
groźby?
- Zwołano konferencję prasową, ale dopiero na pierwszą w nocy...
W tle rozległy się głosy i Jansson zniknął na chwilę.
- No więc panuje niezłe zamieszanie - powiedział, kiedy znów wziął do
ręki słuchawkę. - Musimy szybko podjąć kilka decyzji. Dajemy więcej
stron? Wycofamy jakieś reklamy? Kto pisze wstępniak?
Za oknem salonu panowała gęsta ciemność. Schyman zobaczył swoje odbicie,
doszedł go szum wody z kuchni, pewnie żona odkręciła kran.
Starzeję się, pomyślał. Najchętniej zostałbym w domu i spędził wieczór w towarzystwie Antonio Banderasa i Carmen Maury.
- Jadę do redakcji - powiedział.
Jansson bez słowa odłożył słuchawkę.
Żona Schymana stała przy kuchennym blacie i parzyła herbatę. Poczuła
ręce męża na ramionach, odwróciła się i pocałowała go.
- Kto zginął? - spytała.
- Nie wiem - wyszeptał.
- Obudź mnie, kiedy wrócisz. Nie chcę, żebyś został z tym sam.
Schyman pokiwał głową, dotykając lekko jej szyi.
Kociątko wrzuciło wyższy bieg i ostrożnie dodało gazu. Niewielki
motorower zamruczał zachęcająco, reflektor oświetlił szorstki asfalt
drogi.
Wszystko poszło aż zbyt łatwo.
Wiedziała, że nie powinna niczego lekceważyć. Ryzykowałaby wtedy, że coś
przeoczy.
Ale zlecenie było naprawdę proste. A walk in the park.
Chociaż przedstawiono jej to jako wielkie wyzwanie. Tylko dlatego się
tym zainteresowała. Już na samym początku stwierdziła, że nie powinno
jej przysporzyć kłopotów, o czym oczywiście nie poinformowała
zleceniodawców. Kiedy negocjowali warunki, cały czas podkreślali, że
chodzi o wyjątkowo trudne zadanie, szalenie niebezpieczne, co oczywiście
miało wpływ na jej wynagrodzenie.
Cóż, chcieliście, żeby było spektakularnie, więc było. Be my guest.
Skręciła na wąską ścieżkę rowerową, poczuła uderzenie gałęzi o kask.
Było ciemno jak w grobie. Sztokholm został jej opisany jako wielkie
miasto, ruchliwa metropolia z nocnym życiem, ale bezpieczna. Okazało się
to, delikatnie mówiąc, lekką przesadą. Poza ścisłym centrum wszędzie
było pusto. Nie napotkała żywego ducha, jedynie parę z psem. Zapewne
widzieli, jak ona i jej towarzysz rozdzielają się i każde odjeżdża w swoją stronę.
Wielkie miasto, pomyślała z pogardą, mijając opustoszały o tej porze
roku kemping.
Poruszyła ramionami, żeby się trochę rozgrzać. Miała na sobie grubą
kurtkę, ale nadal było jej zimno. Niemal odmroziła sobie ręce, płynąc
łodzią w nocy w wieczorowej sukni.
Jedwabne monstrum spoczywało teraz na dnie morza razem z wieczorową
torebką i ośmioma cegłami w worku zrobionym z sieci, żeby woda jak
najszybciej wypłukała z materiału wszelkie biologiczne ślady. Broń
zatrzymała, podobnie jak but i telefon komórkowy. Zamierzała wyrzucić je
do wody gdzieś dalej od brzegu.
Myśl o drugim bucie była jak zadra.
Była pewna, że są na nim odciski jej palców. Kiedy zabierała się do
dzieła, buty były czyste, ale potem, kiedy się rzuciła do stumetrowego
sprintu, zdjęła je i trzymała w ręku.
Cholera wie, gdzie go zgubiła.
Nagle zobaczyła przed sobą światło. Domyśliła się, że dotarła do
jedynego zabudowanego odcinka ulicy wzdłuż całego wybrzeża. Wyparła myśl
o przeklętym bucie, wrzuciła niższy bieg i zjechała ze ścieżki na szosę.
Latarnie rozświetlały ulicę i stojące obok siebie domki, niemal stoczyła
się ze wzgórza na brzeg. Postanowiła jechać wzdłuż brzegu. Przy jednym z pomostów stało kilkoro młodych ludzi, omietli ją spojrzeniami bez
zainteresowania. Po chwili znów usłyszała ich śmiechy i szuranie nogami
po żwirze.
Widzieli samotnego człowieka nieokreślonej płci, na małym motorowerze, w ciemnych dżinsach i kasku. Żadnych znaków szczególnych, nic, co mogłoby
zostać w pamięci.
Ulica się skończyła. Znów jechała przez karłowaty las, zerknęła na
zegarek.
Była lekko spóźniona, może minutę, dwie. To przez tę śliską
nawierzchnię. Kiedy wcześniej jechała tą drogą, padał co prawda deszcz,
ale nie było tak ślisko.
Dodała gazu i wtedy to się stało.
Opony straciły kontakt z podłożem, poczuła, jak motorower spod niej
ucieka. Lewa noga przyjęła uderzenie i złamała się jak zapałka, tuż pod
kolanem. Następne uderzenie przyjął jej bark. Usłyszała uderzenie
własnej głowy o ziemię i pomyślała: nie mam na to czasu.
Kiedy odzyskała przytomność, leżała na brzuchu na ścieżce.
Co się, do diabła, stało?
Lewą stronę jej ciała przeszył ból, od głowy do czubków palców u nóg.
Motorower mruczał gdzieś za nią, reflektor oświetlał pobliski lasek.
Jęknęła. Niech to szlag! Co mam teraz zrobić?
Zdjęła kask, przyłożyła policzek do jego zimnej powierzchni, zmusiła
mózg do trzeźwego myślenia.
Motorower nadawał się do jazdy, czuła przez ziemię jego wibracje. Sama
była w gorszym stanie. Noga była do niczego, podobnie jak ramię.
Próbowała ostrożnie dotknąć prawej strony ciała.
Stwierdziła, że jest cała.
Usiadła, lewa ręka zwisała nieruchomo wzdłuż boku. Wywichnęła sobie
bark. Widywała wcześniej takie obrazki, ale sama nigdy tego nie
doświadczyła. Noga bolała straszliwie, czuła, jak kość napiera na skórę
tuż pod lewym kolanem.
Próbowała się czołgać do tyłu, trafiła na niewielki korzeń, jęknęła.
Lista możliwości kurczyła się bardzo szybko.
W końcu udało jej się wstać. Starannie przemyślanym ruchem rzuciła się
do przodu i uderzyła barkiem o pień drzewa.
Holy fucking shit!
Gdy staw wrócił na miejsce, ból stał się niemal nie do zniesienia.
Zdrową ręką musiała z całej siły przytrzymać się pnia, żeby nie zemdleć.
Kiedy trochę doszła do siebie, spróbowała poruszyć palcami lewej dłoni,
pomachać ręką: ciężką, słabą i niesprawną. Stwierdziła, że ręka jest w porządku. Z nogą nie była w stanie nic zrobić.
Schyliła się ostrożnie i chwyciła kask. Powoli pokuśtykała do
motoroweru, podniosła go i wsiadła z trudem. Stawiając lewą stopę na
pedale, zagryzła wargi z bólu. Na jej czole pojawiły się krople potu.
Przez chwilę nie bardzo wiedziała, w którą stronę jechać. Las z każdej
strony wyglądał tak samo, nie miała pojęcia, skąd przyjechała.
Shit, shit, shit!
Spojrzała na zegarek, trzynaście minut opóźnienia.
Wiedziała, że łódź będzie na nią czekać na Torö tylko godzinę. Potem
odbije od brzegu i odpłynie w stronę Ventspils.
Poczuła w piersi ukłucie strachu.
Czyżby to cholerne zlecenie gdzieś pod biegunem miało być jej ostatnim?
Włożyła kask, wrzuciła bieg. Zawróciła i ruszyła na południe,
przynajmniej taką miała nadzieję, z lewym kolanem wygiętym pod zupełnie
niemożliwym kątem.
Annika szła za policjantem wijącymi się korytarzami sztokholmskiego
ratusza. W końcu dotarli do długiego holu. Gdzieś w oddali widać było
żyrandole pod belkowanym sufitem, ale w pomieszczeniu panował półmrok,
kraina cieni i milczenia.
Poirytowana przyspieszyła kroku i wyminęła policjanta.
- Jak długo to jeszcze potrwa? - spytała, zerkając na zegarek.
- Sprawdzę, czy to ten pokój - powiedział funkcjonariusz i zatrzymał
się.
Chwycił ją za ramię, jakby była podejrzana i szykowała się do ucieczki.
Szarpnęła rękę i wyswobodziła się. Policjant zapukał do drzwi, na
których wisiała tabliczka z napisem "Br?vallasalen", nawiązującym do
mitycznej bitwy pod Br?vallą.
- Gdybym chciała uciec, już bym to zrobiła.
W pokoju siedziało dwóch ubranych po cywilnemu policjantów i reporterka
telewizyjna, którą Annika znała z reportaży na żywo. Teraz płakała,
trzęsły się jej ramiona. Jeden z policjantów zawołał coś z irytacją do
eskortującego Annikę kolegi i zamknął mu drzwi przed nosem.
- To nie ten pokój - powiedział funkcjonariusz. Jego uszy zrobiły się
czerwone.
Szli dalej w tej dziwnej próżni bez dźwięków, mijali drzwi w szarych
ścianach, a potem wejście do większej sali, gdzie najwyraźniej właśnie
rozpoczęło się przesłuchanie jednego z członków Akademii Szwedzkiej.
Annika nie słyszała, o czym rozmawiano, ale zauważyła, że policjant
gorączkowo coś notuje, a przesłuchiwany mężczyzna przesuwa nerwowo
palcami po nodze krzesła.
Muszę to wszystko zapamiętać, pomyślała, żeby potem dokładnie opisać.
Odnotowała, że scence przyglądał się Ragnar Östberg, architekt ratusza,
którego odlana w brązie postać wydawała się szczerze zmartwiona.
Przyszło ci do głowy, że coś takiego się wydarzy w budynku, który
zaprojektowałeś? - zadała mu w duchu pytanie.
Nagle znów poczuła na sobie spoconą dłoń policjanta.
- Może pani tu chwilę zaczekać?
- Jakbym miała wybór - powiedziała, odwracając się od niego.
Tu było nieco jaśniej. Widać było wyraźnie różne detale: marmurowe
płaskorzeźby nad drzwiami, okucia z brązu, bogato zdobione żyrandole.
- Muszę napisać artykuł - powiedziała, ale policjant zdążył już zniknąć
w głębi korytarza.
Nagle usłyszała, że gdzieś otwierają się drzwi. Na korytarz wpadło
więcej światła, zobaczyła wiszący na przeciwległej ścianie obraz,
usłyszała, że ktoś ją woła, weszła bezszelestnie.
- Zamknij za sobą drzwi.
Rozpoznała głos, stanęła.
- Powinnam się domyślić, że tu jesteś.
Komisarz Q był nieogolony, jego rysy wydały jej się ostrzejsze niż
zwykle.
- Prosiłem, żebyś trafiła do mnie - powiedział, siadając przy krótszym
boku ciężkiego dębowego stołu. - Siadaj.
Wskazał ręką, żeby usiadła po jego lewej stronie, włączył magnetofon i nalał sobie szklankę wody.
- Przesłuchanie Anniki Bengtzon, reporterki "Kvällspressen" - dane
osobowe, dokładna data urodzenia i pełne imię i nazwisko zostaną
uzupełnione później - przeprowadzone przez Q w Małej Sali Kolegialnej
sztokholmskiego ratusza, dziesiątego grudnia o godzinie...
Przerwał, żeby zaczerpnąć powietrza, przeciągnął ręką po niesfornej
czuprynie. Annika usiadła ostrożnie w czarnym fotelu, zerkając na
poważnych mężczyzn patrzących na nią z wiszących na ścianach olejnych
obrazów w ciężkich ramach.
- O godzinie dwudziestej trzeciej dwadzieścia jeden - dokończył Q. - O godzinie dwudziestej drugiej czterdzieści pięć w Sali Błękitnej ratusza
zauważyłaś kogoś podejrzanego, tak?
Annika położyła torbę na podłodze, ręce na kolanach. Gdzieś z innego
świata dobiegał uliczny szum wielkiego miasta.
- Nie wiem, czy ten ktoś był podejrzany.
- Możesz opisać, co się stało? - poprosił komisarz.
- To nie było nic szczególnego, po prostu ktoś mnie pchnął.
Q odwrócił wzrok, jakby zaczynało mu brakować sił.
- Muszę napisać artykuł - zaczęła Annika. - Nie mam czasu na pogaduszki.
Nie widziałam niczego szczególnego; tańczyłam i ktoś mnie potrącił,
jakaś dziewczyna, a teraz tracę tu czas, podczas gdy w redakcji czekają
na mój tekst...
Komisarz pochylił się do przodu i wyłączył magnetofon.
- Posłuchaj, ty dziennikarska hieno, to nie jest odpowiedni moment na
dopieszczanie własnego ego. Masz powiedzieć, co słyszałaś i co
widziałaś, tak jak pamiętasz. To było zaledwie pół godziny temu, a ty
byłaś jedną z tych, którzy stali najbliżej.
Patrzyła na niego kilka sekund, potem odwróciła głowę i powiodła
wzrokiem po oprawionych w skórę ciężkich tomach stojących na ciemnych
dębowych półkach.
Naprawdę nazwał ją dziennikarską hieną?
- Dokładniejsze przesłuchanie odbędzie się później - odezwał się Q
ciszej, głosem bardziej zmęczonym niż zwykle. - Teraz musimy przede
wszystkim ustalić, jak wyglądała. Opisz wszystko chronologicznie, od
chwili kiedy tego kogoś zobaczyłaś. Potem się zastanowimy, co się
zgadza, a co nie.
Znów włączył magnetofon. Annika odkaszlnęła i spróbowała się odprężyć.
- Kobieta... - zaczęła. - Potrąciła mnie kobieta, łokciem, a potem
nadepnęła mi na nogę.
- Jak wyglądała?
Miała wrażenie, jakby nagle runął na nią cały pokój, portrety i ciemne
dębowe półki z książkami. Zasłoniła twarz dłońmi, zaczerpnęła powietrza,
z jej gardła wydobył się szloch.
- Nie wiem - wyszeptała.
W tym momencie zadzwoniła jej komórka. Wzięła się w garść. W ciszy
czekali, aż sygnał wybrzmi.
- Powiedz, gdzie dokładnie byłaś w chwili, kiedy ta kobieta cię
popchnęła.
Annika przywołała wspomnienie muzyki, migoczących w półmroku świateł,
radosnego nastroju, tłumu ludzi.
- Na parkiecie, tańczyłam. W Sali Złotej, nie po tej stronie, gdzie
grała orkiestra, tylko po drugiej.
- Z kim tańczyłaś?
Zmieszanie i wstyd, spuściła wzrok.
- Ma na imię Bosse, jest reporterem w "Konkurrenten".
- Blondyn, dość potężny?
Annika skinęła głową, wzrok nadal miała spuszczony, czuła, że pieką ją
policzki.
- Możesz odpowiedzieć?
- Tak - odezwała się nieco za głośno, wyprostowała plecy.
- Czy on mógł coś widzieć?
- Pewnie tak, chociaż jemu nie nadepnęła na nogę.
- Co było potem?
Co było potem? Nic. Nic więcej nie widziałam.
- Nie wiem - odpowiedziała. - Odwróciłam się do niej plecami i nic nie
widziałam.
- Może coś słyszałaś?
Gwar? Muzykę? Własny oddech?
- Tylko takie pufnięcia.
- Pufnięcia?
- Stłumione dźwięki... Odwróciłam się i zobaczyłam, jak jakiś mężczyzna
pada na kolana. Kobieta, z którą tańczył, jego partnerka, spojrzała na
niego zdziwiona, podniosła wzrok i spojrzała na mnie, a potem na swoje
piersi, wtedy ja też na nie spojrzałam i zobaczyłam, że ona krwawi.
Podniosła wzrok, znów na mnie spojrzała, a potem upadła i wszyscy
zaczęli krzyczeć...
- Kiedy usłyszałaś drugie pufnięcie?
Annika spojrzała na Q.
- Drugie? - powtórzyła.
- Powiedziałaś: pufnięcia.
- Tak? Sama nie wiem. Usłyszałam puf, kobieta spojrzała na mnie, potem
rozległo się drugie puf, tak, były dwa...
- Jak daleko stałaś od kobiety, która się osunęła na podłogę?
Annika zastanawiała się kilka sekund.
- Dwa metry, może dwa i pół.
- Kiedy para upadła, widziałaś gdzieś w pobliżu tę kobietę?
Widziała ją? Widziała jakąś kobietę? Wąskie ramiączka.
- Ramiączka - powiedziała. - Miała wąskie ramiączka. Albo może torebkę
na wąskim pasku.
Q zanotował i pokiwał głową.
Annika ucisnęła czubkami palców powieki i zaczęła szukać w pamięci
obrazów sali, w której tak niedawno tańczyła.
Ręka Bossego, której dotyk palił ją przez materiał sukni. Trzymał ją tak
blisko siebie, że czuła jego członek na swoim brzuchu. Jej własna ręka
na jego karku, to pamiętała. I muzyka, grzeczna i nudna, pełniła funkcję
kamuflażu, ukrywała ich, żeby mogli się obejmować i tańczyć w migoczącym
złotym świetle.
- Ktoś uderzył mnie łokciem w bok - odezwała się z lekkim wahaniem. - I zaraz potem nadepnął mi na nogę. Nie jestem pewna, co było najpierw.
Znów zaczęła dzwonić jej komórka.
- Wyłącz ją - powiedział Q.
Odrzuciła rozmowę.
Dzwonił Jansson. Oczywiście.
- Czy ten ktoś specjalnie nadepnął ci na nogę?
Annika wyłączyła dźwięk, schowała komórkę i spojrzała zdziwiona na
komisarza.
- Ależ nie. To był mężczyzna. Kłaniał się komuś, wpadł na kobietę, a ona
na mnie.
W oczach Q pojawił się błysk zainteresowania.
- Powiedziała coś, kiedy na ciebie wpadła?
Annika spojrzała na stojący na półce oprawiony w skórę protokół z posiedzenia Rady Miejskiej z 1964 roku, tak jakby patrzyła na kobietę,
tę w sukni z wąskimi ramiączkami.
- Szukała czegoś w torbie - powiedziała. - Miała torebkę na krótkim
pasku, musiała unieść rękę...
Annika uniosła prawą rękę, udając, że sięga do wyimaginowanej
wieczorowej torebki.
- Jakiego koloru była ta torebka?
- Srebrna - odpowiedziała bez wahania. - Była srebrna i matowa. Koperta
formatu rachunku za energię.
- Co z niej wyjęła?
Annika znów spojrzała na protokół z 1964 roku, usilnie szukała czegoś w pamięci.
Nic, tylko ból.
- Zabolało mnie - powiedziała. - Krzyknęłam: Au! A ona spojrzała na
mnie.
Pokiwała głową z wahaniem, zamyśliła się.
- Tak - powiedziała po chwili. - Spojrzała na mnie.
- Powiedziała coś?
Annika przyglądała się błyszczącemu stołowi.
- Miała żółte oczy - powiedziała. - Zdecydowanie żółte, jakby złote.
- Żółte?
Tak, pomyślała, były złotożółte.
- Jak była ubrana?
Annika znów zamknęła oczy: słyszała muzykę, widziała ramiączko sukni.
Czerwone jak krew, czerwone jak życie, a może to sukienka zakrwawionej
kobiety była czerwona? Albo krew? Może ramiączko było białe, białe jak
śnieg na tle opalonej skóry, a może to ramię było białe, a ramiączko
czarne?
- Nie wiem - powiedziała zdziwiona. - Obraz, który mam przed oczami,
jest czarno-biały, jak negatyw, naprawdę nie wiem...
- Żółte oczy. Może to były soczewki?
Soczewki? Jasne, na pewno miała soczewki, a może jej oczy wcale nie były
żółte, tylko zielone?
Komórka Q zaczęła wibrować, rozległ się popularny kiedyś szlagier My
number one, grecka piosenka z konkursu Eurowizji sprzed kilku lat.
Komisarz rzucił okiem na wyświetlacz.
- Muszę odebrać - wymamrotał.
Wyłączył magnetofon, wstał i odebrał, zwrócony w stronę zamkniętych
drzwi.
Mówił i mówił, jego głos falował, raz brzmiał głośniej, raz ciszej.
Annika wstała, podeszła do okna, żeby go nie słyszeć. Przez szczeliny
doszedł ją uliczny gwar. Oddychała powoli, opierając się o zimną taflę
szyby, okno zaparowało, widok zniknął. Dopiero po chwili zobaczyła w dole Hantverkargatan, swoją ulicę. Nieco dalej majaczyła stacja kolejki
podmiejskiej, Stockholm Klara. Usłyszała dudnienie pociągu, kątem oka,
gdzieś po lewej, dostrzegła budynek przychodni.
Swojej przychodni! Rano była tam z synkiem, znów miał infekcję ucha.
Tak blisko, zaledwie cztery przecznice dalej, a jakby inna
rzeczywistość.
Poczuła, że coś ją ściska za gardło. Boże, nie chcę się stąd
wyprowadzać, pomyślała.
- Ofiary zostały zidentyfikowane - powiedział Q i pociągnął ją za sobą w głąb pokoju. - Rozpoznajesz ich?
Na drżących nogach podeszła do krzesła, usiadła na brzegu i odchrząknęła.
- To jeden z laureatów, chyba w dziedzinie medycyny. Nie pamiętam, jak
się nazywa, ale na pewno mam to w notatkach.
Sięgnęła do torby, jakby chciała udowodnić, że nie kłamie, ale Q ją
uprzedził.
- Aaron Wiesel - potwierdził komisarz. - Pochodzi z Izraela, dostał
nagrodę razem z Amerykaninem, Charlesem Watsonem. A kobieta?
- Nigdy wcześniej jej nie widziałam - powiedziała Annika, kręcąc głową.
Q przeciągnął prawą dłonią po oczach.
- Wiesel jest właśnie operowany w Szpitalu Świętego Jerzego. Kobieta to
Caroline von Behring, przewodnicząca Komitetu Noblowskiego w Instytucie
Karolinska. Zmarła na parkiecie, czyli niemal natychmiast.
Annika poczuła, jak z jej rąk uchodzi całe ciepło, przeszył ją chłód,
była jak sparaliżowana. Z trudem podniosła szal, który zsunął się jej z ramion i leżał tuż obok krzesła, okryła się nim.
Jej oczy w chwili śmierci. Patrzyła na mnie, umierając.
- Muszę iść - powiedziała głośno. - Bardzo mi przykro, ale czeka mnie
mnóstwo pracy.
- O tym nie wolno ci pisać - przerwał jej Q, opierając się ciężko o wysokie oparcie krzesła. - Twoje obserwacje odpowiadają rysopisowi
uciekającej morderczyni. Jesteś jednym z ważniejszych świadków. Od tej
chwili obowiązuje cię tajemnica śledztwa.
Annika, która już zaczęła się zbierać do wyjścia, usiadła na krześle.
- Jestem zatrzymana? - spytała.
- Bzdura! Skąd ci to przyszło do głowy?
- Tajemnica śledztwa obowiązuje osoby zatrzymane. Jeśli nie jestem
aresztowana, to jak możesz mi zakazać wypowiadania się?
- Nie jesteś taka mądra, jak ci się wydaje - powiedział Q. - Jest też
inny rodzaj zakazu wypowiadania się. Mówi o tym artykuł dwudziesty
trzeci prawa procesowego, paragraf dziesiąty. Dotyczy zeznań świadka
koronnego i może być nałożony na świadka przez prowadzącego dochodzenie,
jeśli zachodzi podejrzenie, że popełniono ciężkie przestępstwo.
- Wolność słowa gwarantuje nam konstytucja. Poza tym nie wyznaczono
jeszcze prowadzącego śledztwo. W tego typu sprawach decydujący głos ma
prokurator.
- I znów się mylisz, bo chociaż oficjalnie rzeczywiście nie wyznaczono
jeszcze prowadzącego śledztwo, to ze względów operacyjnych ja pełnię tę
funkcję.
Annika podniosła się gwałtownie i pochyliła nad stołem.
- Nie możesz mi zabronić mówić o tym, co widziałam! Mam w głowie gotowy
artykuł. To może być bomba, sprzeda nam trzy, może cztery numery! Na
własne oczy widziałam, jak morderca zabija i jak ofiara umiera...
Q odwrócił się do niej, jego twarz była teraz tuż przy jej twarzy.
- Przestań, do cholery! Jeśli będziesz się opierać, mogę cię ukarać
grzywną. Siadaj.
Annika zamilkła i usiadła, podciągnęła ramiona. Q odwrócił się do niej
plecami, wyjął komórkę i wybrał numer. Czekała w ciszy pod wielkimi
olejnymi portretami. Q rozmawiał, coś komuś nakazywał z irytacją.
- Jeśli nie pozwolisz mi o tym pisać, postawisz mnie w cholernie
niezręcznej sytuacji.
- Serce mi krwawi - skwitował Q.
- Co powiedzą moi przełożeni? - ciągnęła dalej Annika. - Co
powiedzieliby twoi, gdybyś oświadczył, że nie będziesz badał jakiejś
sprawy, bo ci tego zabroniłam, bo chcę o tobie napisać?
Q znów usiadł na krześle i westchnął ciężko.
- Sorry - wydusił w końcu z lekkim poczuciem winy. Widać było, że się
waha. - Zadaj mi jakieś pytania, może będę mógł odpowiedzieć - zgodził
się w końcu.
- Po co? - spytała Annika.
- I tak nie będziesz mogła nic napisać - roześmiał się po raz pierwszy.
Annika zaczęła się zastanawiać.
- Dlaczego nie było słychać strzałów? - spytała.
- Było. Sama to powiedziałaś.
- To były ciche pufnięcia.
- Pistolet z tłumikiem wydaje dokładnie taki dźwięk. Nic więcej nie
pamiętasz? Jak wyglądała, jak była ubrana, jaką miała fryzurę?
Oczy, tylko oczy, i ramiączka.
- Na pewno miała włosy, gdyby nie miała, zapamiętałabym to. Ale naprawdę
nie jestem w stanie nic więcej sobie przypomnieć. Chyba ciemne. I raczej
krótkie, a może miała je spięte? Na pewno miała na sobie suknię, ale w ogóle jej nie pamiętam. Pewnie niczym się nie wyróżniała. Wiecie, jak
się dostała do Sali Złotej?
Q zaczął coś sprawdzać w papierach.
- Sprawdzamy, czy była na liście gości. Jeśli nie, to nie mam pojęcia.
Zeznania niektórych świadków zdają się wskazywać na to, że mógł to być
mężczyzna przebrany za kobietę. Co o tym sądzisz?
Mężczyzna? Annika prychnęła.
- To była dziewczyna - stwierdziła.
- Skąd ta pewność?
Annika spojrzała na protokoły z 1964 roku.
- Uniosła głowę i spojrzała na mnie. Musiała być niższa ode mnie. Ilu
jest takich mężczyzn? No i poruszała się lekko i z wdziękiem.
- Mężczyźni się tak nie poruszają?
- Na pewno nie w szpilkach. Żeby poruszać się tak lekko jak ona, trzeba
dużo ćwiczyć.
- Widziałaś jej obcasy?
- Nie - powiedziała Annika. Wstała, przewiesiła torbę przez ramię. - Ale
na prawej stopie mam po nich ślad. Mogę do ciebie zadzwonić wieczorem?
Proszę.
- Dokąd się wybierasz?
Annika zatrzymała się niechętnie. Było jej duszno, chociaż pokój był
duży.
- Do redakcji. Muszę z nimi o tym porozmawiać. Czy może mam zakaz
wykonywania zawodu?
- Musisz pójść na komendę pomóc stworzyć portret pamięciowy sprawcy.
Annika rozłożyła ręce.
- Oszalałeś?! Za kilka godzin muszę oddać artykuł. Jansson pewnie jest
już w stanie rozkładu.
Q sprawiał wrażenie bezradnego. Podszedł do niej.
- Kochanie, proszę.
Drzwi się otworzyły i do sali wszedł funkcjonariusz w mundurze. Przez
chwilę miała wrażenie, że to ten sam, który ją tu przyprowadził, ale to
nie był on. Chociaż był do niego podobny. Jeszcze jeden z tego samego
gatunku: szeroki w ramionach, typowy Szwed, świeżo upieczony absolwent
Wyższej Szkoły Policyjnej.
Zatrzymała się w drzwiach, odwróciła się i spojrzała na komisarza.
- Naprawdę nazwałeś mnie dziennikarską hieną?
Q nawet nie podniósł głowy. Gestem dał jej do zrozumienia, że ma już
iść.
Minęła młodego policjanta, sięgnęła po kabel od słuchawki i wyciągnęła
komórkę z czeluści torby. Policjant sprawiał wrażenie, jakby zamierzał
protestować, ale Annika minęła go ze wzrokiem utkwionym w jakiś punkt na
końcu korytarza.
- Gdzie ty się, do diabła, podziewasz? - wycedził Jansson przez zęby,
zanim w ogóle zdążyła się odezwać.
- Byłam na przesłuchaniu - powiedziała Annika cicho, z ustami milimetr
od mikrofonu. - Byłam świadkiem, morderczyni nadepnęła mi na nogę.
Znów poczuła ból w stopie.
- Znakomicie, rezerwuję siódmą i ósmą stronę. Co masz poza tym?
- Z kim pani rozmawia? - spytał stojący za nią policjant.
Przyspieszyła kroku i zaraz za drzwiami do gabinetu zaplątała się we
własną suknię. Potknęła się, słuchawka wypadła jej z ucha. Szal zsunął
się jej z ramion i upadł na podłogę, poczuła powiew lodowatego
powietrza. Przywarło do skóry niczym wilgotny ręcznik. Przeszył ją
dreszcz, rozejrzała się: członka Akademii zastąpiło dwóch marszałków w białych mundurach, siedzieli plecami do niej.
Włożyła słuchawkę do ucha i natychmiast znów usłyszała głos Janssona.
- Annika?
- Nie wolno mi o niczym pisać. Q mi zakazał. Nawet rozmowa o mordercy
może mnie kosztować grzywnę. Czekają mnie dalsze przesłuchania.
- Hej, ty, wyłącz komórkę.
Annika odwróciła się i spojrzała na policjanta.
- Hej, ty - powtórzyła za nim. - Nie wyłączę komórki. Będę rozmawiać tak
długo, jak będę chciała. Jeśli ci coś nie odpowiada, możesz mnie
aresztować.
Odwróciła się i ruszyła przed siebie, byle dalej od chłodu.
- Według szwedzkiego prawa nie można nikogo aresztować - poinformował ją
policjant.
- Skontaktuj się z prawnikiem redakcji i dowiedz się, co mogę mówić -
poprosiła Janssona. - Jak wygląda sytuacja? Czego ci brakuje?
- Wszystkiego.
Niemal widziała, jak Jansson rwie włosy z głowy. Był równie bezradny jak
ona. Chciała mu pomóc.
- Wszyscy mają materiały w sieci, a my jesteśmy zdani na TT i ich
informacje. Kiedy tu dotrzesz? - dopytywał się.
- Nie wiem. Jak tylko mnie puszczą. Co ma Olsson?
Szef nocnej zmiany jęknął głośno.
- Nic. Uznał, że światło jest kiepskie, i w ogóle nie pstrykał.
- Chyba żartujesz?
Policjant przytrzymał Annice drzwi. Wyszła na galerię nad Salą Błękitną
i znalazła się tuż obok pierwszych drzwi, prowadzących do Sali Złotej.
- Tak, ale tylko trochę. Większość materiału do niczego się nie nadaje.
Jeśli chodzi o zdjęcia, to leżymy.
Annika miała wrażenie, że uchodzi z niej cała krew.
Nikt nie będzie obwiniał fotografa, winien jest zawsze reporter. Na
pewno obarczą ją winą, szczególnie teraz. Zaledwie trzy tygodnie temu
zmusiła redaktora naczelnego do opublikowania artykułu, w którym
właścicieli koncernu przedstawiono jako szantażystów o dyktatorskich
zapędach.
- Czego potrzebujesz? - spytała.
- Czegokolwiek. Najlepiej, żeby było dużo krwi i policji...
Annika się rozłączyła i raptownie skręciła w lewo. Zanim policjant, wzór
wszelkich cnót, zdążył się zorientować i zaczął coś robić, była już w Sali Złotej.
Sala była skąpana w ostrym niebieskawym świetle reflektorów policyjnych
techników. Kobieta z mozaiki patrzyła na nią, otoczona wężami. Po
drugiej stronie, pod wizerunkiem pozbawionego głowy świętego Eryka,
dwóch mężczyzn przykucnęło tam, gdzie zginęła kobieta.
Annika uniosła rękę z komórką, uruchomiła odpowiednią funkcję i wcisnęła
klawisz "zrób zdjęcie", zrobiła dwa kroki, "zrób zdjęcie", powtórzyła to
samo jeszcze pięć razy.
Policjant chwycił ją za ramię, ale wyswobodziła się.
Dziesięciu zdziwionych techników podniosło głowy: "zrób zdjęcie", kilku
ruszyło w jej stronę: "zrób zdjęcie".
- Proszę stąd wyjść! - powiedział ostro policjant.
Chwycił ją i niemal uniósł do góry. Puścił dopiero przy schodach, znów
poczuła kamienną posadzkę pod stopami. Zakręciło się jej w głowie, nagle
zdała sobie sprawę, że stoi dokładnie w miejscu, gdzie członkowie
rodziny królewskiej i laureaci ustawiają się do oficjalnego zdjęcia,
zanim zaczną schodzić po jednych z najsłynniejszych schodów świata.
Tyle że mieli wtedy inny widok, pomyślała, przyglądając się resztkom
uroczystej kolacji dla tysiąca trzystu gości. Schodząc po schodach przed
ceremonią, zapewne podziwiali pięknie nakryte stoły i siedzących przy
nich odświętnie ubranych gości, mieniące się kryształy i zastawę ze
złotym rantem i wzorem w kwiaty i trąbki.
Sala Błękitna ze swoimi milczącymi ceglanymi ścianami wydawała się teraz
porzucona, pozostawiona własnemu losowi. Stół honorowy został już
opróżniony, ale na poplamionych obrusach na innych stołach nadal stały
talerze z zaschniętymi resztkami jedzenia. Na talerzach i na podłodze
leżały porozrzucane serwetki, krzesła stały krzywo, niektóre leżały na
podłodze. O dwudziestej drugiej czterdzieści pięć wszelkie życie w tej
sali zamarło, czas stanął w miejscu, kolejnego dania już nie podano.
- Jak długo ratusz będzie zamknięty?
- Tak długo, jak będzie trzeba - odpowiedział policjant. - Podać pani
ubranie?
W szatni stał policjant w mundurze. Podał Annice jej puchową kurtkę z miną zdradzającą niezadowolenie, że powierzono mu takie zadanie.
- Miałam też torbę z butami. Czarne botki.
Policjant westchnął bezradnie i ruszył z powrotem szukać torby z butami.
Annika odwróciła się do niego plecami i wyjęła komórkę. Gdy szukał jej
rzeczy w szatni, szybko przejrzała zrobione przed chwilą zdjęcia i wcisnęła przycisk "wyślij".
Stała i zniecierpliwiona wpatrywała się w kinkiety z brązu w kształcie
muszli, podczas gdy jej MMS mknął przez czarną jak smoła zimową noc do
redakcji "Kvällspressen".
Piątek, 11 grudnia
ANDERS SCHYMAN STAŁ w swoim narożnym pokoju i przyglądał się budynkowi
ambasady rosyjskiej. Cała okolica pogrążona była w ciemnościach, jedynym
wyjątkiem był blady krąg światła wokół lampy przy wejściu i latarni
oświetlających budkę zmarzniętego strażnika. Żołnierz robił sobie czasem
krótkie wycieczki, kilka kroków wzdłuż metalowej furtki i z powrotem.
Aleby się zdziwił, gdyby nagle coś się zaczęło dziać, pomyślał redaktor
naczelny. Gdyby nagle podjechał samochód i ktoś zaczął strzelać w stronę
ambasady albo przeszedł przez mur i zeskoczył tuż przed nim. Na pewno by
nie ryzykował, przecież napastnik miałby nad nim przewagę: działałby z zaskoczenia, miałby cel i plan działania.
Jesteśmy straszliwie bezbronni, pomyślał Anders Schyman. Tak
niesłychanie bezbronni. Ale przecież nie można bez przerwy mieć się na
baczności i cały czas się zastanawiać, czy się czegoś nie przeoczyło.
Cały świat stoi przed tym dylematem, nie tylko świat zachodni, nie tylko
społeczeństwa demokratyczne, przestępczość jest zagrożeniem dla
wszystkich.
Pieniądze, władza i wpływy, pomyślał Schyman. Nie uchronimy się przed
tymi, którzy zrobią wszystko, by je zdobyć. Zawsze tak było, tylko
metody stały się brutalniejsze, twardsze.
Podobno zabiła kobieta. Na konferencji prasowej policja ani nie
zaprzeczała, ani nie potwierdzała. Nie chcieli się wypowiadać na temat
ewentualnych wcześniejszych gróźb czy zabezpieczeń. Poczynione kroki
zdawały się wystarczające i zgodne z wytycznymi, nikt nie potrafił
powiedzieć, co zawiodło.
Zaczął padać śnieg, zabłąkane płatki zmierzały ku ziemi jakby z wahaniem. Schyman poczuł, że ze zmęczenia pieką go oczy. Zamrugał kilka
razy, wrócił do biurka i zerknął na zegarek.
Może to jednak nie jest to, czym powinienem się zajmować, pomyślał.
Jeśli to są te nowe czasy, to nowe rozdanie, jeśli terroryzm dotarł i do
nas i ciągła troska o bezpieczeństwo to nasza przyszłość, to może
powinienem przekazać swoje obowiązki komuś innemu? Jeśli terroryzm stał
się faktem, to oznacza to śmierć wolności jednostki. Bezpieczeństwo
będzie wykorzystywane jako argument przy wprowadzaniu kolejnych
ograniczeń, zasada powszechnej jawności stanie się pustym frazesem. Nowe
czasy będą wymagały innych dziennikarzy, ich praca będzie wymagała
nadzoru innych szefów. Ale przecież właściciele koncernu i tak nie mają
do mnie zaufania, pomyślał. Nie spodziewał się żadnych atrakcyjnych
propozycji.
- Przyszła Annika - poinformował go Jansson przez wewnętrzny telefon.
Schyman wcisnął guzik i pochylił się do przodu.
- Dobrze - powiedział. - Przyjdźcie do mnie oboje.
Jak ona wygląda? - pomyślał, kiedy Annika weszła do gabinetu. Kowbojki,
czarna kurtka, brudna płócienna torba i różowa spódnica z jakiegoś
sztucznego materiału. Włosy upięła w kok na czubku głowy, przytrzymała
je ołówkiem.
- Prawnik potwierdził, że nie wolno jej pisać o samej strzelaninie ani o tym, co się działo tuż przed nią i tuż po niej - powiedział Jansson,
opadając na fotel dla gości. - Nie wolno nam też zrobić z nią wywiadu.
Złamanie zakazu wypowiadania się nie jest co prawda przestępstwem, ale
podlega karze grzywny. Nie pytaj mnie, jak to możliwe...
- Co widziałaś? - spytał Schyman.
- Jak przed chwilą słyszałeś... - zaczęła Annika, ale natychmiast
przerwała i podobnie jak Jansson opadła na fotel dla gości. Była
wyczerpana, blada i spocona.
Redaktor naczelny machnął ręką na jej wątpliwości, a jej zabrakło siły,
żeby protestować.
- Miałam okazję całkiem dobrze przyjrzeć się kobiecie, która
prawdopodobnie jest mordercą...
Przeciągnęła ręką po włosach, dotknęła ołówka, włosy się rozsypały i zasłoniły jej twarz.
- Spędziłam trzy godziny na komendzie, próbując sporządzić portret
pamięciowy tej dziewczyny. Nie bardzo mi szło, ale policja twierdzi, że
to lepszy sposób niż opisywanie...
- Widziałaś wszystko? - spytał szef. Słyszał podniecenie w swoim głosie.
- Strzelała kobieta, widziałaś ją? I sam moment strzału?
Annika zerknęła na swoje dłonie, wahała się.
- Spojrzała na mnie - powiedziała po chwili. - Patrzyła na mnie w chwili
śmierci.
- Caroline von Behring? Widziałaś, jak została zastrzelona?
Annika bezwiednie zebrała rozsypane włosy w kok i znów przekłuła go
ołówkiem. Utkwiła wzrok gdzieś ponad budynkiem rosyjskiej ambasady.
- Było coś w jej wzroku... - zaczęła, opuściła ręce na kolana i dalej
wpatrywała się w budynek za oknem.
- Naprawdę nie masz nam nic do powiedzenia? W końcu pracujesz dla nas.
Annika spojrzała na szefa, jej oczy pociemniały.
- Nie wiem, do czego doszła policja. Pewnie wiecie więcej ode mnie. Bo
rozumiem, że kolor sukni królowej Sylwii już nie jest interesujący.
Schyman próbował ukryć irytację. Zwrócił się do szefa nocnej zmiany:
- Możemy jakoś obejść ten zakaz?
- Zdaniem prawnika nie.
Szef wstał, nie mogąc dłużej usiedzieć spokojnie.
- Właśnie tego się obawiałem - powiedział zdecydowanie za głośno i rozłożył ręce. - Mamy wyjątkową relację naocznego świadka, a policja
chce nam zamknąć usta. Ustawy o przeciwdziałaniu terroryzmowi, które
niedawno weszły w życie, zabraniają nam pisać o najbardziej
spektakularnej zbrodni naszych czasów. A podobno mamy demokrację!
Jansson rzucił szybkie spojrzenie na zegarek, zawsze źle znosił takie
emocjonalne wybuchy.
- Artykuł dwudziesty trzeci prawa procesowego, paragraf dziesiąty.
Zeznanie głównego świadka może zostać utajnione, jeśli istnieje
podejrzenie, że dotyczy zbrodni uważanej za poważną. To stare prawo, ma
uniemożliwiać sabotowanie śledztwa.
- Zawsze się znajdzie powód, żeby ograniczyć swobodę wypowiedzi -
stwierdził Schyman, wymachując palcem. - Ciekaw jestem, jak w ogóle
mogło do tego dojść. Nie było żadnych zabezpieczeń?
Annika przetarła oczy ręką.
- Oczywiście, że były, takie jak zawsze. Bankiet noblowski nie jest
imprezą o podwyższonym stopniu ryzyka. Od wielu lat zabezpiecza się go
tak samo. Policja współpracuje z Säpo, z organizatorem imprezy i z administracją ratusza. Nic nadzwyczajnego.
- Czyli funkcjonariusze stoją przy drzwiach, a Säpo gwarantuje
bezpieczeństwo osobiste - podsumował Schyman.
- Właśnie - potwierdziła zmęczonym głosem. - Teren był ogrodzony.
Ostrzejsze środki bezpieczeństwa obowiązują podczas samej ceremonii
wręczania nagrody w gmachu filharmonii. Wtedy opróżnia się cały plac
przed budynkiem, a nawet zamyka część Kungsgatan...
- A co z ochroną? - spytał Schyman. - Gdzie byli ochroniarze?
- Säpo nigdy się na ten temat nie wypowiada - powiedziała Annika. - Są
zasady, które wyraźnie określają, jak i gdzie policja ma chronić
członków rządu i rodziny królewskiej oraz gości zagranicznych podczas
wizyt państwowych, są funkcjonariusze...
Schyman uniósł ręce, chcąc ją powstrzymać.
- To absolutna porażka policji. Jak mogło do tego dojść? Na tym się
skoncentrujemy. Nie pozwolimy, żeby uszło im to na sucho...
- Zrobić ci briefing przed porannym wydaniem? - spytał Jansson bez
większego entuzjazmu.
Schyman usiadł, czerwony na twarzy po niedawnym wybuchu, i dał
Janssonowi znak, że może zaczynać.
- Jeśli chodzi o zdjęcia, to leżymy. Bywalec i światowiec Ulf Olsson ma
pięćset fotek sukni księżniczki Madeleine, ale ani jednego zdjęcia z miejsca zbrodni. Nie zdążył zmienić obiektywu, źle ustawił światło,
wybrał złą osłonę, a w ogóle to ma kiepski aparat, za mało pikseli, jak
twierdzi. Annika zdążyła coś pstryknąć już po wygrodzeniu terenu wokół
ratusza. Komórką, więc jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, ale
spróbujemy coś z nimi zrobić i damy na ósmą i dziewiątą stronę. Dwóch
funkcjonariuszy wydziału kryminalnego w kałuży krwi. Mocne.
- Co mamy poza tym?
- Sprawdzamy SVT, może wypuszczą coś nowego. Mieli kamerę w Sali Złotej,
była włączona w chwili, kiedy padły strzały, ale stała w drugim końcu
sali. Pytanie, czy coś mają i czy to wypuszczą.
- Oczywiście, że nie - stwierdził Schyman. - Dlaczego mieliby
wypuszczać?
- Sytuacja jest wyjątkowa - powiedział Jansson.
- Dlaczego? - nie odpuszczał szef. - Co jest takiego wyjątkowego w tym
morderstwie, poza tym że zostało popełnione publicznie, że tak to
określę?
- Już w tej chwili jest to potrójne morderstwo. Właśnie zmarł drugi
strażnik, trzeci nadal jest w stanie krytycznym. Nikt nie uzna tego za
zwykłe morderstwo.
- Zmarli strażnicy na pewno mieli rodziny, dzieci - dodała Annika.
Schyman wstał.
- Mam rozumieć, że te morderstwa są na tyle nadzwyczajne, że
potrzebujemy nowych praw? - spytał. - Nowych zasad etycznych?
Annika spojrzała na zegarek, a potem na szefa nocnej zmiany.
- Mamy coś jeszcze?
- Przed ratuszem byli fotografowie, wolni strzelcy, pewnie też coś mają.
Całe centrum jest wygrodzone, mamy mnóstwo zdjęć radiowozów i policji.
"Polowanie nocą" - to tytuł na stronę dziesiątą.
Anders Schyman wyraźnie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zrobił rundkę po
pokoju i w końcu stanął w oknie, plecami do ambasady.
- Policja planuje jakieś zatrzymania w najbliższym czasie?
- Łódź, którą dziewczyna odpłynęła, została znaleziona w Gröndal.
Prawdopodobnie dalej pojechała samochodem, na południe, w stronę
Södertälje. Ktoś musiał jej pomóc, ktoś czekał na nią w łodzi, na pewno
miała też wtyczkę w środku, w ratuszu.
Schyman wziął do ręki długopis i zaczął w niego stukać paznokciem.
- Dlaczego na południe?
- Policja twierdzi, że zadziałali błyskawicznie i niemal natychmiast
zarządzili blokadę dróg. Gdyby uciekała na północ albo na zachód, na
pewno by ją zatrzymali, a na wschodzie jest tylko woda. Policja sądzi,
że przed dwudziestą trzecią zero pięć musiała minąć Skärholmen, bo potem
i tam postawiono blokady.
Schyman zauważył, że Annika przygląda się jego długopisowi, i odłożył
go.
- Mamy zdjęcia ofiar?
Od kiedy zarówno urzędy wydające prawa jazdy, jak i biura paszportowe
utajniły swoje archiwa, zdobywanie zdjęć stało się problemem. Jeszcze
jedna przykra konsekwencja ataku z jedenastego września, znak nowych
czasów.
- Zarówno von Behring, jak i Wiesel to osoby publiczne, ich zdjęć nam
nie brakuje. Foto Pelle zdobył zdjęcia z Sali Błękitnej, podczas kolacji
siedzieli obok siebie. Widać, jak się śmieją i wznoszą toast. Jakość nie
jest najlepsza, ale na szóstą stronę może być. Mamy też wypowiedzi pary
królewskiej. Oczywiście niczego nie widzieli, ale Berit ładnie to
udramatyzowała. Kiedy padły strzały, król i królowa siedzieli na Galerii
Książęcej i rozmawiali z laureatami. Jeśli zmierzyć odległość między
nimi a morderczynią, wychodzi kilkadziesiąt metrów, ale prawie połowa z tego to grube ceglane ściany...
- Co damy na pierwszą stronę? - przerwał mu Schyman.
- Czekamy na portret pamięciowy. "Twarz mordercy".
Anders Schyman poczuł, jak jego zmęczony mózg zaczyna się kurczyć i w końcu osiąga wielkość niewielkiej rodzynki.
- Czekamy na portret pamięciowy sprawcy, zrobiony na podstawie zeznań
naszej reporterki, i nie możemy go opublikować, bo to cholerne państwo
policyjne nie pozwala nam robić tego, co do nas należy, czyli informować
opinii publicznej...
Opadł na fotel i machnął ręką, zrezygnowany.
- Wracajcie do pracy, ale pokażcie mi pierwszą stronę, zanim ją poślecie
do drukarni.
Annika i Jansson zebrali swoje rzeczy i szybko opuścili gabinet. Schyman
wstał i podszedł do okna. Chciał sprawdzić, co robi rosyjski żołnierz.
Budka była pusta.
Żołnierz zniknął.
Annika wróciła do swojego pokoju i spisała wszystko, co pamiętała.
Dokładnie opisała, co się działo, zanotowała nawet, że tańczyła z Bossem. Wszystkie szczegóły, to, co mówiła policja, wszystko, co
widziała.
Tekst był dość chaotyczny, ale przecież nie był przeznaczony do
publikacji. Chciała po prostu mieć się do czego odwoływać. Uczestniczyła
w zbyt wielu rozprawach, żeby nie wiedzieć, że świadkowie z czasem
zapominają. Pamięć płata figle, zamierzała jak najszybciej wszystko
spisać.
Nie chciała, żeby jakikolwiek ślad po tym tekście został na redakcyjnym
serwerze, więc umieściła go w swoim elektronicznym archiwum w sieci, w skrzynce annika-bengtzon@hotmail.com. Zwykle przechowywała tam teksty,
do których chciała mieć dostęp także z innych komputerów, albo takie, o których redakcja nie powinna wiedzieć.
Wyłączyła komputer i siedziała jeszcze chwilę, wpatrując się w przestrzeń. W całym ciele czuła bolesne zmęczenie, jednak wcale nie była
pewna, czy uda jej się zasnąć.
Zauważyła, że Jansson poszedł do palarni z papierosem i kubkiem kawy.
Zdjęła kurtkę i poszła za nim.
- Szef jest w podłym nastroju - powiedział Jansson, zerkając na Annikę.
Usiadła obok niego z kawą.
- Jak zawsze, kiedy jestem w pobliżu - powiedziała Annika. - Ma do mnie
żal o to, co napisałam o rodzinie właścicieli i TV Scandinavia. No i pewnie słyszałeś, że jednak nie został prezesem Stowarzyszenia Wydawców?
Jansson zapalił setnego tej nocy papierosa i wydmuchał dym w kawę.
- Chyba za bardzo bierzesz to do siebie. Facet jest dorosły,
odpowiedzialny, nie wierzę, żeby się przejmował takimi głupstwami. Nie
miałby czasu na nic innego.
Przez cienki plastikowy kubek gorąca kawa niemal parzyła jej palce.
- Znam Schymana - powiedziała cicho. - Pewnie lepiej niż większość z was. Wiem, jaki jest, i możesz mi wierzyć, że takie rzeczy traktuje
bardzo poważnie. W końcu pewnie mu przejdzie, ale dopiero kiedy prezes
zarządu osobiście go przeprosi. Za pół roku może mnie wyciągnie z lodówki.
Jansson głośno siorbał kawę.
- Co ty opowiadasz? Z jakiej lodówki? Posłał cię na kolację noblowską!
To chyba zaszczyt?
- Żartujesz? Posłał mnie tam z Ulfem Olssonem!
Czuła na sobie wzrok Janssona. Patrzył na nią z boku, przyglądał się
jej, jak czasem przyglądamy się egzotycznej roślinie albo rzadkiemu
okazowi ptaka, nie złośliwie, tylko ze zdziwieniem, jak biolog czy
ornitolog.
- Jak tam było? - spytał nagle, zaciągając się papierosem.
Annika zamknęła na chwilę oczy, wróciła pamięcią do chwili, kiedy weszła
do Sali Błękitnej.
- Na początku byłam oszołomiona. Świece, tłum ludzi. Kiepskie jedzenie,
przystawka była wręcz niejadalna. Ale ciepła, nie zimna, jak wszyscy
opowiadają...
Posadzono ją przy jednym stoliku z Bossem z "Konkurrenten". Znali się
już wcześniej, spotkali się na zamku Yxtaholm, skąd donosili o śmierci
Michelle Carlsson. Sporo wtedy rozmawiali, śmiali się, czasem ich ręce
się spotykały.
- To prawda, że dziennikarze zawsze dostają miejsca za kolumną i nic nie
widzą?
Annika przytaknęła.
- Prawda. Siedzieliśmy tam trzy i pół godziny, nie mając pojęcia, co się
dzieje przy głównym stole. Pewnie więcej można było zobaczyć w telewizji. Masz jakieś pytania?
- Naprawdę widziałaś tę morderczynię?
Annika zaczerpnęła powietrza i wzięła się w garść.
- Tylko tam na górze, w Sali Złotej, gdzie zginęła von Behring.
Zamilkła, przypomniała sobie jasne oczy kobiety i jej nieruchome ciało.
- Widziałam, jak trafiła ją kula, a potem upadłam tuż obok niej...
Słyszała, że głos jej się łamie, wydała jakiś dziwny odgłos, zamaskowała
go łykiem kawy.
- Ale nie widziałam, jak strzelała.
Jansson zapalił kolejnego papierosa.
- Więc jak mogłaś ją opisać?
- Wpadła na mnie kilka sekund przed oddaniem strzału, nadepnęła mi na
nogę.
Postawiła kubek z kawą na podłodze i zdjęła but. Przez cienkie rajstopy
widać było fioletowoniebieski wylew wielkości pięciokoronówki.
- A niech to - powiedział Jansson.
- Rano opublikują jej portret pamięciowy, muszą sprawdzić kilka
szczegółów, porównać z zeznaniami innych świadków.
- Jak powstaje taki portret? Ktoś siedzi przy tobie i rysuje?
Annika poczuła, że po raz pierwszy tej nocy zaczyna się odprężać.
- Teraz już wszystko robi się cyfrowo. W zwykłym pokoju biurowym w starym budynku komendy przy Kungsholmsgatan. Zaczynają od przesłuchania
tego, kto może najwięcej powiedzieć, bo najwięcej widział. Opisuje się
człowieka dokładnie, a potem jeszcze raz wszystko powtarza. Wtedy
dochodzą nowe szczegóły. Jeśli trzymamy się chronologii...
Annika wiedziała, że mówi trochę bez ładu i składu, ale słowa po prostu
same płynęły, jakby puściła jakaś tama. Jansson słuchał, kiwał głową i zaciągał się papierosem. Tego właśnie było jej trzeba.
- Potem poprosili, żebym na kwadrans poszła na kawę. Kiedy wróciłam,
facet przy komputerze miał już gotowy rysunek. Kazał mi powiedzieć, co
według mnie jest nie tak. Powiedziałam, że fryzura, a on się roześmiał i stwierdził, że dziewięć na dziesięć kobiet zaczyna właśnie od tego.
Potem wskazywałam kolejne rzeczy, które mi nie pasowały, dlatego to tyle
trwało...
- A facet siedział i rysował różne nosy?
Annika wypiła łyk zimnej już kawy i pokręciła głową.
- Mają specjalny program, kilkaset różnych nosów. Można je dowolnie
zmieniać, powiększać, zmniejszać...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki