Annika Bengtzon (tom 6). Testament Nobla - Liza Marklund

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czwar­tek, 10 grud­nia Dzień Noblow­ski

Czwar­tek, 10 grud­nia

Dzień Noblow­ski

KOBIETA ZWANA KOCIĄT­KIEM czuła cię­żar broni, którą ukryła pod prawą pachą. Rzu­ciła papie­rosa na zie­mię, unio­sła rąbek sukni i pode­szwą buta dokład­nie przy­dep­tała nie­do­pa­łek.

Spró­buj­cie zna­leźć jakieś ślady DNA.

W trzech salach ban­kie­to­wych sztok­holm­skiego ratu­sza od trzech godzin i trzy­dzie­stu dzie­wię­ciu minut trwało uro­czy­ste przy­ję­cie z oka­zji roz­da­nia Nagród Nobla. Wła­śnie zaczęły się tańce, dźwięki muzyki docie­rały do niej w mroź­nym powie­trzu. Cel wstał od sto­lika w Sali Błę­kit­nej i ruszył scho­dami do Sali Zło­tej. SMS, który przed chwilą ode­brała, okre­ślał jego pozy­cję tak pre­cy­zyj­nie, jak to w tych oko­licz­no­ściach było moż­liwe.

Wes­tchnęła. Uświa­do­miła sobie, że jest poiry­to­wana, i skar­ciła się w duchu. Sytu­acja wyma­gała sku­pie­nia, nie był to dobry moment na egzy­sten­cjalne roz­my­śla­nia i zasta­na­wia­nie się nad słusz­no­ścią swo­jej decy­zji. Pod­jęła się zada­nia i musi je wyko­nać.

Sku­piła się na tym, co ją cze­kało. Cały plan miała w gło­wie, powta­rzała go wie­lo­krot­nie, do znu­dze­nia, żeby mieć pew­ność, że wszystko pój­dzie tak, jak powinno.

Dla­tego szła teraz drob­nymi krocz­kami, raz, dwa, trzy... Przez cien­kie pode­szwy pan­to­fel­ków czuła żwir i sól. Tem­pe­ra­tura spa­dła poni­żej zera, kałuże pokry­wała cienka tafla lodu. Ukła­da­jąc plan, miała nadzieję, że tak wła­śnie będzie, ale pew­no­ści mieć nie mogła. Mar­zła, była blada, oczy zaszły jej łzami. Mogą być zaczer­wie­nione, pomy­ślała.

Poli­cjanci w mun­du­rach i żół­tych kami­zel­kach stali tam, gdzie powinni, po dwóch z każ­dej strony bramy, głów­nego wej­ścia do sztok­holm­skiego ratu­sza. Sku­piła się.

Pora na pierw­szą odsłonę: blada pięk­ność, zmar­z­nięta, z tele­fo­nem komór­ko­wym w dłoni. Ta dam, show­time!

Weszła od strony ulicy w chwili, gdy z bramy wyta­czała się grupa roz­ba­wio­nych, lekko pod­chmie­lo­nych ludzi. Ich wyso­kie głosy roz­brzmie­wały w zim­nym powie­trzu, rado­sny śmiech odbi­jał się echem od skle­pie­nia. Lampy na fasa­dzie budynku rzu­cały cie­nie na roz­ba­wione twa­rze gości i sta­ranne fry­zury kobiet.

Spu­ściła wzrok. Do pierw­szego poli­cjanta dotarła, kiedy wła­śnie jeden z roz­ba­wio­nych męż­czyzn zaczął wzy­wać tak­sówkę. Gdy poli­cjant zwró­cił się do niej, naj­wy­raź­niej chcąc jej coś powie­dzieć, zachwiała się, jakby się pośli­zgnęła, i bro­niąc się przed upad­kiem, zama­chała rękami. Poli­cjant zare­ago­wał instynk­tow­nie i chwy­cił ją za rękę, za jej białą, piękną, zmar­z­niętą rękę. Wymam­ro­tała coś nie­zro­zu­mia­łego po angiel­sku, cof­nęła zimną dłoń i popły­nęła w stronę głów­nego wej­ścia: trzy­dzie­ści trzy dokład­nie wyli­czone drobne kroczki.

Jakie to cho­ler­nie pro­ste, pomy­ślała. Poni­żej mojej god­no­ści.

Bru­ko­wany dzie­dzi­niec był pełen limu­zyn z przy­ciem­nio­nymi szy­bami. Kątem oka zauwa­żyła, że przy nie­któ­rych stoją ochro­nia­rze. Ludzie wycho­dzili z budynku, nasy­cone alko­ho­lem odde­chy zama­rzały w powie­trzu, w pła­skim świe­tle pochodni posta­cie rzu­cały gro­te­skowe cie­nie. Przed nią, za samo­cho­dami i par­kiem, migo­tała czarna woda jeziora Mälaren.

Podrep­tała do sta­no­wi­ska numer dwa: drzwi pro­wa­dzą­cych do Sali Błę­kit­nej. Star­szy pan zagra­dzał jej drogę, musiała się zatrzy­mać. Męż­czy­zna cof­nął się, ustę­pu­jąc miej­sca gru­pie star­szych ladies, które poka­zały się za jego ple­cami. Już chciała coś powie­dzieć, ale powstrzy­mała się. Drżąc z zimna, cze­kała cier­pli­wie na mro­zie, aż zra­mo­lałe sta­ruszki wyjdą na dzie­dzi­niec. Kiedy weszła do szatni z tele­fo­nem komór­ko­wym w ręku, funk­cjo­na­riusz w mun­du­rze rzu­cił jakiś dow­cip, zigno­ro­wała go i po chwili dotarła do sta­no­wi­ska numer trzy.

Annika Bengt­zon wstała od sto­lika numer pięć­dzie­siąt. Sąsiad, redak­tor naczelny pisma "Science", odsu­nął jej krze­sło. Poczuła, że drżą jej nogi, chwy­ciła moc­niej szal, który zsu­nął się jej z ramion i byłby upadł na pod­łogę. Dookoła kłę­bił się tłum ludzi, wszystko mie­niło się, wiro­wało. Kątem oka doj­rzała prze­cho­dzą­cego obok jej sto­lika sekre­ta­rza Aka­de­mii Szwedz­kiej. Nie wie­działa, że jest taki przy­stojny.

- It's been a ple­asure - powie­dział redak­tor naczelny. Poca­ło­wał ją w rękę i znik­nął w tłu­mie. Annika uśmiech­nęła się uprzej­mie. Może poczuł się ura­żony? Popro­sił ją do tańca, a ona odmó­wiła.

Dotknęła pal­cami szala, zer­k­nęła na zega­rek, stwier­dziła, że ma czas, nie musi jesz­cze wra­cać do redak­cji. Obok niej prze­szedł Anders Wall, szef Tele­wi­zji Szwedz­kiej, z żoną. Ruszyli w drugą stronę.

Nagle poczuła, że ktoś za nią stoi. Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała w oczy Bos­semu, repor­te­rowi "Kon­kur­ren­ten".

- Ile gwiaz­dek dajesz przy­stawce? - spy­tał cicho z ustami przy jej uchu.

- Cztery tru­pie czaszki - odpo­wie­działa, czu­jąc mate­riał jego fraka na swoim nagim ramie­niu. - A ile punk­tów dajesz dekol­towi księż­niczki Made­le­ine?

- Dwa melony - wyszep­tał Bosse. - Jak oce­niasz prze­mó­wie­nie lau­re­ata nagrody w dzie­dzi­nie medy­cyny?

- Osiem table­tek nasen­nych...

- Mogę pro­sić?

Bosse skło­nił się nieco teatral­nie, Annika rozej­rzała się, chcąc spraw­dzić, czy w pobliżu nie ma redak­tora naczel­nego "Science", i ski­nęła głową.

Ele­gancką wie­czo­rową torebkę wło­żyła do wiel­kiej torby, którą prze­wie­siła przez ramię. Bab­ciny szal zsu­nął się jej z ramion, mate­riał sukni fur­ko­tał. Bosse wziął jej dłoń i popro­wa­dził ją w stronę scho­dów i Zło­tej Sali. Tam tań­czono. Manew­ro­wali mię­dzy sto­li­kami, kwia­tami i krysz­ta­ło­wymi kie­lisz­kami. Annika wła­ści­wie nie piła, moczyła tylko usta w kolej­nych trun­kach, żeby móc opi­sać czy­tel­ni­kom ich smak. Uwa­żała to za czy­stą kpinę, bo tak naprawdę w ogóle nie znała się na winach. Mimo to lekko jej szu­miało w gło­wie. Kiedy ruszyli po scho­dach na górę, jedną ręką chwy­ciła moc­niej Bos­sego, drugą unio­sła nieco suk­nię.

- Zaraz się prze­wrócę - wyszep­tała. - Potknę się i zjadę na pupie na sam dół, do stóp jakie­goś par­tyj­nego bonzy.

- Z tych scho­dów jesz­cze ni­gdy nikt nie spadł. Kiedy je budo­wano, Ragnar Östberg kazał swo­jej żonie przez tydzień cho­dzić nimi w górę i w dół w sukni wie­czo­ro­wej. Patrzył i wszystko dokład­nie obser­wo­wał, żeby nikt ni­gdy nie mógł z nich spaść. Schody zdały egza­min, ale żona zażą­dała roz­wodu.

Annika roze­śmiała się, nieco za gło­śno i zbyt ser­decz­nie.

Nie­długo będzie musiała opu­ścić przy­ję­cie i wró­cić do redak­cji, żeby zdą­żyć z arty­ku­łem do poran­nego wyda­nia. Magiczny nastrój pry­śnie, gdy zamieni powłó­czy­stą suk­nię na koszulkę z H&M i spód­nicę z polie­stru, która zbiera wszyst­kie pyłki jak odku­rzacz.

- To nie­sa­mo­wite, że tu jeste­śmy i uczest­ni­czymy w tym wszyst­kim - powie­działa.

Bosse poło­żył jej dłoń na swo­jej ręce i popro­wa­dził ją tak, jak przed chwilą lau­reat nagrody z dzie­dziny che­mii pro­wa­dził kró­lową.

Dotarli do dłu­giego bal­konu nad Salą Błę­kitną. Przy wej­ściu do Sali Zło­tej posta­wiono stół z napo­jami, który utrud­niał swo­bodne przej­ście.

- Idziesz? - spy­tał Bosse.

- Jeden taniec, a potem bie­gnę.

Weszli do impo­nu­ją­cej Sali Zło­tej. Ściany pokry­wała arty­styczna mozaika ze szcze­rego złota. Orkie­stra grała, ale muzyka była jakby tłem utka­nym z dźwię­ków. Annika nie­mal jej nie sły­szała. Myślała tylko o tym, że tu jest i że Bosse poło­żył dłoń na jej ple­cach. Zaczęła wiro­wać w takt muzyki, złota mozaika wiro­wała razem z nią.

Krzy­żowe skle­pie­nie, kamienna pod­łoga z wapie­nia. Kociątko zna­la­zło się w środku. Jedwabne suk­nie opi­nały syte talie, kra­waty uwie­rały czer­wone męskie karki. Sunęła nie­zau­wa­żona obok ele­gancko ubra­nych gości, nawet nie musiała się roz­glą­dać. W ostat­nich mie­sią­cach kilka razy zwie­dzała sale ratu­sza, opro­wa­dzana przez róż­nych prze­wod­ni­ków, infor­mo­wana w trzech róż­nych języ­kach. Robiła zdję­cia, a potem pil­nie je stu­dio­wała, krą­żyła po salach, uda­wała, że się potyka, śli­zga, odmie­rza­jąc kroki, regu­lu­jąc oddech.

Budy­nek robił wra­że­nie, musiała to przy­znać. Wspa­niała archi­tek­tura tego wyjąt­ko­wego miej­sca była jed­nym z plu­sów.

Dwa­na­ście kro­ków dzie­liło ją od Sali Błę­kit­nej.

Zatrzy­mała się pod sze­ścio­ra­mien­nymi gwiaz­dami zdo­bią­cymi wewnętrzne arkady, żeby się oswoić z nie­zwy­kłą prze­strze­nią. Na tysiącu pię­ciu­set dwu­dzie­stu sze­ściu metrach kwa­dra­to­wych lekko asy­me­trycz­nej mar­mu­ro­wej posadzki tło­czyli się goście, któ­rzy przed chwilą wstali od sto­łów. Para kró­lew­ska już wyszła, a wraz z nią ochrona. Pozwo­liła sobie na chwilę kon­tem­pla­cji. Uznała, że wola­łaby uczest­ni­czyć w uro­czy­stej kola­cji, niż być zmu­szona wyko­nać zada­nie. Motto menu brzmiało: Wiatr Pół­nocy. Nie­szcze­gól­nie zachę­ca­jąco, ale podo­bała jej się zastawa.

Cho­lera, pomy­ślała, muszę sobie zna­leźć inne zaję­cie.

No cóż. Sta­no­wi­sko numer cztery. Obró­ciła się w prawo, wzru­sze­nie szczu­płych ramion, prze­lotne spoj­rze­nie.

Wyszła zza usta­wio­nych parami gra­ni­to­wych kolumn i ruszyła w stronę scho­dów, dzie­sięć kro­ków na wyso­kich obca­sach. Z Sali Błę­kit­nej docho­dziła muzyka. Sły­szała ją wyraź­nie. Oby tylko orkie­stra nagle nie prze­stała grać.

W następ­nej chwili sta­nął przed nią męż­czy­zna. Powie­dział coś nie­zro­zu­mia­łego, zatrzy­mała się, zro­biła krok w bok, jeden, potem drugi. Drań naj­wy­raź­niej nie chciał jej puścić, musiała siłą prze­pchnąć się obok niego, a potem szybko wejść na górę, czter­dzie­ści dwa stop­nie, trzy­na­ście cen­ty­me­trów wyso­ko­ści i trzy­dzie­ści dzie­więć cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści każdy.

Potem jesz­cze długi bal­kon. I sied­mioro drzwi pro­wa­dzą­cych do Sali Zło­tej i jej bez­cen­nego skarbu, mozaiki przed­sta­wia­ją­cej kró­lową jeziora Mälaren i świę­tego Eryka.

Dan­cing close to st erik.

Bie­gła dalej, prze­py­chała się, już roz­grzana, roz­e­mo­cjo­no­wana, mijała kolejne drzwi, aż dotarła do ostat­nich. Muzyka sta­wała się coraz gło­śniej­sza, nagła zmiana tona­cji, utwór zbli­żał się do końca, weszła w tłum tań­czą­cych. Cho­lera, musi się sku­pić.

Po raz pierw­szy pod­czas wyko­ny­wa­nia zada­nia poczuła zna­jome łasko­ta­nie, rodzaj oszo­ło­mie­nia, które wyostrzało jej zmy­sły, spra­wiało, że była zado­wo­lona. Zło­żona z milio­nów kawał­ków mozaika skrzyła się i mie­niła w oczach. Nagle poczuła prze­szy­wa­jący ból, rozej­rzała się dookoła, muzycy sto­jący obok brzyd­kiej kró­lo­wej jeziora po dru­giej stro­nie sali szy­ko­wali się do cre­scendo. Szyb­kie spoj­rze­nie, musi zna­leźć cel, teraz!

Jest.

Dosko­nale. Ide­al­nie na linii pro­wa­dzą­cej od sta­no­wi­ska numer pięć do sta­no­wi­ska numer sześć, pod­ska­ku­jąca w tańcu syl­wetka.

Zostało jej dzie­więć­dzie­siąt sekund. Od teraz. Napi­sała SMS-a do pomoc­nika, unio­sła prawą rękę, otwo­rzyła wie­czo­rową torebkę, wrzu­ciła do niej tele­fon komór­kowy, poszu­kała pisto­letu.

Nagle ktoś na nią wpadł, poczuła ude­rze­nie, śmiech, gdzieś z lewej strony. Co, do dia­bła? Pośli­zgnęła się, stra­ciła rów­no­wagę, kolejny nie­za­pla­no­wany krok, poczuła, jak przy­dep­tuje kogoś obca­sem, wbija komuś łokieć w żebra, jęk bólu. Tak zaska­ku­jący, że unio­sła głowę. Zoba­czyła nad sobą oczy, a w nich iry­ta­cję i ból.

Shit! Fuck!

Szybko odwró­ciła wzrok i ruszyła dalej, ostat­nich kilka kro­ków.

Pisto­let był ciężki, dobrze leżał w dłoni, naresz­cie była sku­piona, spo­kojna, gotowa. Unio­sła torebkę i skie­ro­wała ją w stronę tań­czą­cej pary, w nogi męż­czy­zny, pierw­szy strzał. Pra­wie nie­sły­szalny, nie­mal nie poczuła odrzutu. Męż­czy­zna osu­nął się na kolana, odsła­nia­jąc kobietę. Unio­sła torebkę, wyce­lo­wała, drugi strzał, w serce kobiety.

Ręka puściła broń, podziu­ra­wiona torebka znów zwi­sała swo­bod­nie u jej boku. Spoj­rzała w stronę dębo­wych drzwi, osiem kro­ków do następ­nego sta­no­wi­ska. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć - krzyki - sie­dem, osiem, była przy drzwiach, otwo­rzyła je bez pro­blemu, kiedy prze­kro­czyła próg, zamknęły się za nią bez­gło­śnie. Teraz cztery kroki do windy kuchen­nej, dwa pię­tra w dół i jesz­cze trzy kroki do drzwi, przez które przyj­mo­wano towar.

Nie była już taka sku­piona, przy­jemne oszo­ło­mie­nie minęło.

Jesz­cze nie, do dia­bła, za wcze­śnie. Naj­trud­niej­szy etap był jesz­cze przed nią.

Wyszła przy połu­dnio­wych arka­dach i poczuła para­li­żu­jące zimno. Dzie­więć­dzie­siąt osiem cho­ler­nie śli­skich, zim­nych, pro­wa­dzą­cych do wody stopni, bieg na sto metrów.

Sto­jący na dzie­dzińcu straż­nicy zamarli na chwilę i nagle, jak na komendę, przy­ło­żyli dło­nie do uszu. Niech to dia­bli. Miała nadzieję, że uda jej się tro­chę odda­lić, zanim się zorien­tują, co się stało. Wyjęła broń z torebki, zamy­ka­jąc jed­no­cze­śnie drzwi. Zej­ścia do wody pil­no­wało trzech face­tów. Była na to przy­go­to­wana, zaczęła strze­lać, żeby ich uniesz­ko­dli­wić, nie zabić.

Sorki, nie bierz­cie tego do sie­bie, chłopcy.

Gdzieś z tyłu, za nią, ktoś oddał strzał. Kula tra­fiła w gra­ni­tową kolumnę, odprysk kamie­nia ude­rzył ją w poli­czek, wzdry­gnęła się z nie­ocze­ki­wa­nego bólu. Schy­liła się, zdjęła buty i zaczęła biec.

Dźwięki powró­ciły, usły­szała ryczący odgłos sil­nika moto­rówki.

Wyszła z cie­nia, skrę­ciła ostro w prawo i ruszyła przez park. Zmar­z­nięta trawa chrzę­ściła jej pod sto­pami, źdźbła kłuły niczym igły, padły strzały, nie­mal fru­nęła z pisto­le­tem i butami w ręku i z pod­cią­gniętą do góry suk­nią.

Nagle sil­nik zamarł, łódź przy­biła do brzegu, do ratu­szo­wej przy­stani.

Lodo­waty wiatr ranił jej skórę, rzu­ciła się w dół po gra­ni­to­wych scho­dach.

Fale Mälaren ude­rzały o burtę, woda wle­wała się do środka. Wsko­czyła na pokład, z tru­dem łapiąc rów­no­wagę.

Poczu­cie triumfu znik­nęło nie­mal natych­miast, zastą­piło je roz­draż­nie­nie. Dotknęła dło­nią policzka, krwa­wił. Niech to szlag! Jesz­cze zosta­nie jej bli­zna, tylko tego bra­ko­wało! Mar­zła.

Dopiero kiedy gmach ratu­sza znik­nął w oddali i zaczęła się prze­bie­rać, zauwa­żyła, że zgu­biła jeden but.

Dziecko inspek­tora Antona Abra­hams­sona miało trzy mie­siące i cier­piało na kolkę. Od ośmiu tygo­dni pła­kało co noc i żona inspek­tora była u kresu wytrzy­ma­ło­ści. On szedł do pracy, ona nie miała tak dobrze. Cza­sem pró­bo­wał ją pocie­szać przez tele­fon: "To minie, kocha­nie. Odbiło mu się? Dałaś mu kro­ple?".

Sygnał alarmu ode­zwał się w momen­cie, kiedy żona inspek­tora zaczęła pła­kać.

- Wrócę naj­szyb­ciej, jak będę mógł - zapew­nił ją, odło­żył słu­chawkę i poiry­to­wany ode­brał drugi tele­fon.

Jego reak­cję może tłu­ma­czyć fakt, że alarm nie dobie­gał ani z wydziału ochrony, ani z żad­nej innej wewnętrz­nej jed­nostki, tylko bez­po­śred­nio od samego szefa poli­cji.

Oka­zało się, że zwy­kłe służby porząd­kowe, które miały prze­cież odpo­wia­dać głów­nie za ruch uliczny i trzy­mać gapiów w bez­piecz­nej odle­gło­ści od miej­sca zda­rze­nia, kon­tro­lują sytu­ację lepiej niż Säpo.

Taki był pierw­szy z wnio­sków, do któ­rych doszedł Anton Abra­hams­son.

Drugi przy­szedł mu do głowy sekundę póź­niej.

Ktoś dosta­nie za to nie­zły ochrzan.

Trzeci przy­pra­wił go o gęsią skórkę: Cho­lera! To się dzieje tu i teraz!

Muszę się skon­tak­to­wać z redak­cją, pomy­ślała Annika.

Leżała na pod­ło­dze twa­rzą w dół, na rękach czuła lodo­waty chłód mar­muru. Tuż przed nią wymio­to­wał jakiś męż­czy­zna, inny nadep­nął jej na dłoń. Cof­nęła ją, nie czu­jąc bólu. Po pra­wej stro­nie jakaś kobieta wrzesz­czała wnie­bo­głosy, czy­jaś suk­nia musnęła jej głowę. Orkie­stra prze­stała grać w środku akordu i nagle cisza zmie­niła się w krzyk, który niczym lodo­wata fala prze­szedł przez całą salę, docie­ra­jąc do pozo­sta­łych sal ratu­sza.

Gdzie jest moja torba? - zaczęła się zasta­na­wiać. Spró­bo­wała wstać, ale ude­rze­nie w głowę powa­liło ją na pod­łogę.

Chwilę póź­niej kłę­biący się wokół ludzie znik­nęli, ktoś ją pod­niósł, gra­na­towy gar­ni­tur zde­cy­do­wa­nym ruchem posa­dził ją pod ścianą. Nagle zoba­czyła przed sobą ciemne dębowe drzwi.

Muszę się skon­tak­to­wać z Jans­so­nem, pomy­ślała i znów rozej­rzała się za torbą. Pamię­tała, że zosta­wiła ją przy oku­tych mie­dzią drzwiach pro­wa­dzą­cych do Sali Trzech Koron. Teraz wszę­dzie widziała chwie­ją­cych się na nogach ludzi i bie­ga­ją­cych wśród nich ubra­nych na szaro męż­czyzn.

Zauwa­żyła, że drżą jej kolana, poczuła, że wpada w panikę, ale posta­no­wiła się jej nie pod­da­wać. Tłu­ma­czyła sobie, że nie grozi jej żadne nie­bez­pie­czeń­stwo. Wyrów­nała oddech i pró­bo­wała roze­znać się w sytu­acji.

Nie mogła nic zro­bić.

Mozai­kowa postać z prze­ciw­le­głej ściany wpa­try­wała się w nią wyzy­wa­jąco, twarz kobiety oka­lały węże. Tęga kobieta w czar­nej koron­ko­wej sukni prze­wró­ciła oczami i zemdlała. Młody męż­czy­zna krzy­czał prze­ra­żony, żyły na jego szyi napięły się i wyglą­dały, jakby były z gumy. Inny, naj­wy­raź­niej pijany, upu­ścił szklankę na kamienną posadzkę. Roz­legł się brzęk tłu­czo­nego szkła.

Cie­kawe, gdzie jest Bosse, pomy­ślała Annika.

Czuła, że jej tętno zwal­nia, dźwię­kosz­czelna zasłona zaczęła się powoli uno­sić, słowa wró­ciły. Zaczęła roz­róż­niać krzyki i pole­ce­nia. Padały głów­nie z ust sza­rych gar­ni­tu­rów. Ich głosy miały w sobie coś meta­licz­nego, słowa prze­ka­zy­wali kabel­kami i dru­ci­kami, które łączyły ich usta i uszy, a potem zni­kały w cze­lu­ściach wewnętrz­nych kie­szeni.

- Kuchenna winda jest za mała, nosze się nie zmiesz­czą. Kie­ruj­cie się do głów­nego wej­ścia w wieży.

Sły­szała słowa, nie widziała, kto je wypo­wiada.

- Budy­nek został zabez­pie­czony, tak, zro­zu­mia­łem. Mamy świad­ków, opróż­niamy sale ban­kie­towe z gości.

Muszę zna­leźć torbę, pomy­ślała Annika po raz kolejny.

- Muszę zna­leźć torbę - powtó­rzyła gło­śno, ale nikt jej nie słu­chał. - Mogę poszu­kać torby? Mam w niej komórkę.

Odwró­ciła się. Zbity tłum ludzi poru­szał się teraz wol­niej, jak mrówki przed nasta­niem pierw­szych mro­zów, pomy­ślała. Z jed­nej z sal wybie­gła ubrana na biało kobieta, pchała przed sobą nosze na kół­kach. Zaraz za nią poja­wił się męż­czy­zna, też pchał przed sobą nosze. Za nimi nad­bie­gli męż­czyźni ze słu­chaw­kami lekar­skimi, z butlami tlenu i ste­la­żami do kro­pló­wek. W Zło­tej Sali ratu­sza goście stali obok sie­bie, two­rząc jakby ścianę, białe twa­rze, otwarte usta, czarne dziury. Krzyki ustały, cisza aż huczała. Do Anniki docie­rały frag­menty cichych roz­mów ubra­nych na biało ludzi. Po chwili zoba­czyła ukła­dane na noszach ciała. Dopiero wtedy dotarło do niej, że leżący obok niej męż­czy­zna cicho poję­kuje, a kobieta leży bez ruchu.

Po chwili oboje zostali zabrani.

Gwar wró­cił ze zdwo­joną siłą. Annika wyko­rzy­stała ten moment, szybko wymi­nęła dwa gar­ni­tury i chwy­ciła torbę. Się­gnęła po komórkę i nagle poczuła, że czy­jaś ręka chwyta ją za ramię.

- Nie wolno pani ni­gdzie iść - ode­zwał się głos, nieco zbyt surowo.

Annika wyswo­bo­dziła się z krę­pu­ją­cego uchwytu. Wybrała numer Jans­sona, połą­czyła się. Trzy krót­kie sygnały.

Sieć zajęta.

Co, do...

Wci­snęła "kon­takty", a potem "Jans­son".

Pip, pip, pip. Sieć zajęta.

Rozej­rzała się dookoła w poszu­ki­wa­niu pomocy. Nikt nie zwra­cał na nią uwagi. Tylko postać z mozaiki na­dal patrzyła na nią wyzy­wa­jąco.

- Imię i nazwi­sko?

Zoba­czyła przed sobą męż­czy­znę w dżin­sach, z blocz­kiem i ołów­kiem w ręku.

- Słu­cham? - spy­tała zdzi­wiona.

- Jestem z poli­cji, popro­szę pani imię i nazwi­sko. Pró­bu­jemy to wszystko ogar­nąć. Widziała pani coś?

- Nie wiem - odpo­wie­działa Annika, zer­ka­jąc na czer­wone ślady na mar­mu­ro­wej posadzce. Krew ściem­niała, zaczy­nała krzep­nąć.

Żad­nych anio­łów. Dzięki Bogu trzy­mają się z dala, pomy­ślała.

Zro­biło jej się zimno. Zauwa­żyła, że zgu­biła szal, który nosiła jej bab­cia, kiedy była gospo­dy­nią w Harp­sund. Leżał na sto­sie innych rze­czy tuż obok plamy krwi.

Będę musiała go oddać do pralni, pomy­ślała. Mam nadzieję, że plamy znikną.

- Nazy­wam się Annika Bengt­zon - odpo­wie­działa. - Jestem tu z ramie­nia "Kvällspressen". Co się stało?

- Sły­szała pani strzały?

Strzały?

Pokrę­ciła głową.

- Zauwa­żyła pani na sali kogoś podej­rza­nego?

- Tań­czy­łam, było dużo ludzi, ktoś mnie pchnął, ale niczego podej­rza­nego nie zauwa­ży­łam...

- Ktoś panią pchnął? Kto?

- Kobieta, prze­py­chała się. Nadep­nęła mi na stopę.

- Rozu­miem - powie­dział męż­czy­zna, zapi­su­jąc coś w bloczku. - Pro­szę zacze­kać, zaraz ktoś przyj­dzie i zabie­rze panią na prze­słu­cha­nie.

- Nie­moż­liwe. Muszę napi­sać arty­kuł. Jak pan się nazywa? Mogę pana zacy­to­wać?

Męż­czy­zna w dżin­sach pod­szedł do niej bli­żej i przy­ci­snął do ściany tak mocno, że na chwilę stra­ciła oddech.

- Nie wolno się pani stąd ruszyć. Zaraz wra­cam.

- Ni­gdy w życiu - zapro­te­sto­wała Annika gło­sem prze­cho­dzą­cym w fal­set.

Poli­cjant wes­tchnął, chwy­cił ją za rękę i pocią­gnął za sobą.

Deadline, pomy­ślała Annika. Co mam robić?

Redak­tor naczelny Anders Schy­man wła­śnie usiadł na kana­pie w salo­nie, żeby razem z żoną obej­rzeć film Almo­dó­vara, kiedy zadzwo­nił szef noc­nej zmiany.

- Na ban­kie­cie noblow­skim doszło do strze­la­niny - poin­for­mo­wał go. - Co naj­mniej pięć osób jest ran­nych. Nie wia­domo, czy prze­żyją.

Schy­man spoj­rzał na żonę, która wci­skała czer­wony guzik, by wybrać wer­sję języ­kową.

- Wci­śnij ten okrą­gły - powie­dział do niej, pod­czas gdy słowa Jans­sona powoli docie­rały do jego świa­do­mo­ści.

- Są tam Annika Bengt­zon i Ulf Ols­son, foto­graf, ale nie mam z nimi kon­taktu. Ni­gdzie nie można się dodzwo­nić. Sieć padła.

- Potwórz wszystko jesz­cze raz - powie­dział Schy­man, dając żonie znaki, żeby zatrzy­mała film.

- Sieć jest zajęta. Tysiąc trzy­sta osób pró­buje się gdzieś dodzwo­nić dokład­nie w tym samym momen­cie, co oczy­wi­ście jest nie­moż­liwe.

- Strze­la­nina na ban­kie­cie noblow­skim? Ktoś zgi­nął?

Jego żona otwo­rzyła sze­roko oczy, pilot wypadł jej z ręki i ude­rzył o pod­łogę.

- Na pewno jacyś ochro­nia­rze, kto poza tym, jesz­cze nie wia­domo. Karetki na sygnale pod­jeż­dżają pod Szpi­tal Świę­tego Jerzego.

- Boże drogi! - jęk­nął Schy­man, pro­stu­jąc się na kana­pie. - Kiedy to się stało?

- Dzie­sięć minut temu, góra kwa­drans.

Schy­man zer­k­nął na zega­rek: dwu­dzie­sta druga pięć­dzie­siąt sie­dem.

- Są zabici? - spy­tała jego żona, ale uci­szył ją.

- To jakieś sza­leń­stwo. Co robi poli­cja? Zatrzy­mali kogoś? Gdzie strze­lano? W Sali Błę­kit­nej? Co z parą kró­lew­ską? Gdzie była ochrona?

Żona poło­żyła mu rękę na ple­cach, jakby chciała go uspo­koić.

- Poli­cja oto­czyła ratusz. Nikt tam teraz nie wej­dzie ani nie wyj­dzie. Prze­wożą ludzi na prze­słu­cha­nia, za pół godziny powinni zacząć ich zwal­niać. Wysła­li­śmy repor­te­rów, żeby poroz­ma­wiali ze świad­kami. Nie mam poję­cia, czy poli­cja kogoś zatrzy­mała, pew­nie trwają poszu­ki­wa­nia.

- Jak wygląda sytu­acja w mie­ście?

- Zatrzy­mano metro, zamknięto wszyst­kie drogi wyjaz­dowe z mia­sta, trwają per­trak­ta­cje z lot­ni­skiem. Wie­czo­rem star­tuje nie­wiele samo­lo­tów. Nasi ludzie są w dro­dze na dwo­rzec, będą też na wylo­tów­kach, wszę­dzie, gdzie się da.

Żona Schy­mana poca­ło­wała go lekko w poli­czek, wstała i wyszła z pokoju. Boha­terki Almo­dó­vara na gra­nicy zała­ma­nia ner­wo­wego będą musiały pocze­kać na bar­dziej dogodny moment.

- Poli­cja wydała komu­ni­kat? - dopy­ty­wał się Schy­man. - To zamach ter­ro­ry­styczny czy dzieło jakie­goś fana­tyka? Były wcze­śniej jakieś groźby?

- Zwo­łano kon­fe­ren­cję pra­sową, ale dopiero na pierw­szą w nocy...

W tle roz­le­gły się głosy i Jans­son znik­nął na chwilę.

- No więc panuje nie­złe zamie­sza­nie - powie­dział, kiedy znów wziął do ręki słu­chawkę. - Musimy szybko pod­jąć kilka decy­zji. Dajemy wię­cej stron? Wyco­famy jakieś reklamy? Kto pisze wstęp­niak?

Za oknem salonu pano­wała gęsta ciem­ność. Schy­man zoba­czył swoje odbi­cie, doszedł go szum wody z kuchni, pew­nie żona odkrę­ciła kran.

Sta­rzeję się, pomy­ślał. Naj­chęt­niej został­bym w domu i spę­dził wie­czór w towa­rzy­stwie Anto­nio Ban­de­rasa i Car­men Maury.

- Jadę do redak­cji - powie­dział.

Jans­son bez słowa odło­żył słu­chawkę.

Żona Schy­mana stała przy kuchen­nym bla­cie i parzyła her­batę. Poczuła ręce męża na ramio­nach, odwró­ciła się i poca­ło­wała go.

- Kto zgi­nął? - spy­tała.

- Nie wiem - wyszep­tał.

- Obudź mnie, kiedy wró­cisz. Nie chcę, żebyś został z tym sam.

Schy­man poki­wał głową, doty­ka­jąc lekko jej szyi.

Kociątko wrzu­ciło wyż­szy bieg i ostroż­nie dodało gazu. Nie­wielki moto­ro­wer zamru­czał zachę­ca­jąco, reflek­tor oświe­tlił szorstki asfalt drogi.

Wszystko poszło aż zbyt łatwo.

Wie­działa, że nie powinna niczego lek­ce­wa­żyć. Ryzy­ko­wa­łaby wtedy, że coś prze­oczy.

Ale zle­ce­nie było naprawdę pro­ste. A walk in the park.

Cho­ciaż przed­sta­wiono jej to jako wiel­kie wyzwa­nie. Tylko dla­tego się tym zain­te­re­so­wała. Już na samym początku stwier­dziła, że nie powinno jej przy­spo­rzyć kło­po­tów, o czym oczy­wi­ście nie poin­for­mo­wała zle­ce­nio­daw­ców. Kiedy nego­cjo­wali warunki, cały czas pod­kre­ślali, że cho­dzi o wyjąt­kowo trudne zada­nie, sza­le­nie nie­bez­pieczne, co oczy­wi­ście miało wpływ na jej wyna­gro­dze­nie.

Cóż, chcie­li­ście, żeby było spek­ta­ku­lar­nie, więc było. Be my guest.

Skrę­ciła na wąską ścieżkę rowe­rową, poczuła ude­rze­nie gałęzi o kask. Było ciemno jak w gro­bie. Sztok­holm został jej opi­sany jako wiel­kie mia­sto, ruchliwa metro­po­lia z noc­nym życiem, ale bez­pieczna. Oka­zało się to, deli­kat­nie mówiąc, lekką prze­sadą. Poza ści­słym cen­trum wszę­dzie było pusto. Nie napo­tkała żywego ducha, jedy­nie parę z psem. Zapewne widzieli, jak ona i jej towa­rzysz roz­dzie­lają się i każde odjeż­dża w swoją stronę.

Wiel­kie mia­sto, pomy­ślała z pogardą, mija­jąc opu­sto­szały o tej porze roku kem­ping.

Poru­szyła ramio­nami, żeby się tro­chę roz­grzać. Miała na sobie grubą kurtkę, ale na­dal było jej zimno. Nie­mal odmro­ziła sobie ręce, pły­nąc łodzią w nocy w wie­czo­ro­wej sukni.

Jedwabne mon­strum spo­czy­wało teraz na dnie morza razem z wie­czo­rową torebką i ośmioma cegłami w worku zro­bio­nym z sieci, żeby woda jak naj­szyb­ciej wypłu­kała z mate­riału wszel­kie bio­lo­giczne ślady. Broń zatrzy­mała, podob­nie jak but i tele­fon komór­kowy. Zamie­rzała wyrzu­cić je do wody gdzieś dalej od brzegu.

Myśl o dru­gim bucie była jak zadra.

Była pewna, że są na nim odci­ski jej pal­ców. Kiedy zabie­rała się do dzieła, buty były czy­ste, ale potem, kiedy się rzu­ciła do stu­me­tro­wego sprintu, zdjęła je i trzy­mała w ręku.

Cho­lera wie, gdzie go zgu­biła.

Nagle zoba­czyła przed sobą świa­tło. Domy­śliła się, że dotarła do jedy­nego zabu­do­wa­nego odcinka ulicy wzdłuż całego wybrzeża. Wyparła myśl o prze­klę­tym bucie, wrzu­ciła niż­szy bieg i zje­chała ze ścieżki na szosę. Latar­nie roz­świe­tlały ulicę i sto­jące obok sie­bie domki, nie­mal sto­czyła się ze wzgó­rza na brzeg. Posta­no­wiła jechać wzdłuż brzegu. Przy jed­nym z pomo­stów stało kil­koro mło­dych ludzi, omie­tli ją spoj­rze­niami bez zain­te­re­so­wa­nia. Po chwili znów usły­szała ich śmie­chy i szu­ra­nie nogami po żwi­rze.

Widzieli samot­nego czło­wieka nie­okre­ślo­nej płci, na małym moto­ro­we­rze, w ciem­nych dżin­sach i kasku. Żad­nych zna­ków szcze­gól­nych, nic, co mogłoby zostać w pamięci.

Ulica się skoń­czyła. Znów jechała przez kar­ło­waty las, zer­k­nęła na zega­rek.

Była lekko spóź­niona, może minutę, dwie. To przez tę śli­ską nawierzch­nię. Kiedy wcze­śniej jechała tą drogą, padał co prawda deszcz, ale nie było tak śli­sko.

Dodała gazu i wtedy to się stało.

Opony stra­ciły kon­takt z pod­ło­żem, poczuła, jak moto­ro­wer spod niej ucieka. Lewa noga przy­jęła ude­rze­nie i zła­mała się jak zapałka, tuż pod kola­nem. Następne ude­rze­nie przy­jął jej bark. Usły­szała ude­rze­nie wła­snej głowy o zie­mię i pomy­ślała: nie mam na to czasu.

Kiedy odzy­skała przy­tom­ność, leżała na brzu­chu na ścieżce.

Co się, do dia­bła, stało?

Lewą stronę jej ciała prze­szył ból, od głowy do czub­ków pal­ców u nóg. Moto­ro­wer mru­czał gdzieś za nią, reflek­tor oświe­tlał pobli­ski lasek.

Jęk­nęła. Niech to szlag! Co mam teraz zro­bić?

Zdjęła kask, przy­ło­żyła poli­czek do jego zim­nej powierzchni, zmu­siła mózg do trzeź­wego myśle­nia.

Moto­ro­wer nada­wał się do jazdy, czuła przez zie­mię jego wibra­cje. Sama była w gor­szym sta­nie. Noga była do niczego, podob­nie jak ramię. Pró­bo­wała ostroż­nie dotknąć pra­wej strony ciała.

Stwier­dziła, że jest cała.

Usia­dła, lewa ręka zwi­sała nie­ru­chomo wzdłuż boku. Wywich­nęła sobie bark. Widy­wała wcze­śniej takie obrazki, ale sama ni­gdy tego nie doświad­czyła. Noga bolała strasz­li­wie, czuła, jak kość napiera na skórę tuż pod lewym kola­nem.

Pró­bo­wała się czoł­gać do tyłu, tra­fiła na nie­wielki korzeń, jęk­nęła.

Lista moż­li­wo­ści kur­czyła się bar­dzo szybko.

W końcu udało jej się wstać. Sta­ran­nie prze­my­śla­nym ruchem rzu­ciła się do przodu i ude­rzyła bar­kiem o pień drzewa.

Holy fuc­king shit!

Gdy staw wró­cił na miej­sce, ból stał się nie­mal nie do znie­sie­nia. Zdrową ręką musiała z całej siły przy­trzy­mać się pnia, żeby nie zemdleć.

Kiedy tro­chę doszła do sie­bie, spró­bo­wała poru­szyć pal­cami lewej dłoni, poma­chać ręką: ciężką, słabą i nie­sprawną. Stwier­dziła, że ręka jest w porządku. Z nogą nie była w sta­nie nic zro­bić.

Schy­liła się ostroż­nie i chwy­ciła kask. Powoli pokuś­ty­kała do moto­ro­weru, pod­nio­sła go i wsia­dła z tru­dem. Sta­wia­jąc lewą stopę na pedale, zagry­zła wargi z bólu. Na jej czole poja­wiły się kro­ple potu.

Przez chwilę nie bar­dzo wie­działa, w którą stronę jechać. Las z każ­dej strony wyglą­dał tak samo, nie miała poję­cia, skąd przy­je­chała.

Shit, shit, shit!

Spoj­rzała na zega­rek, trzy­na­ście minut opóź­nie­nia.

Wie­działa, że łódź będzie na nią cze­kać na Torö tylko godzinę. Potem odbije od brzegu i odpły­nie w stronę Vent­spils.

Poczuła w piersi ukłu­cie stra­chu.

Czyżby to cho­lerne zle­ce­nie gdzieś pod bie­gu­nem miało być jej ostat­nim?

Wło­żyła kask, wrzu­ciła bieg. Zawró­ciła i ruszyła na połu­dnie, przy­naj­mniej taką miała nadzieję, z lewym kola­nem wygię­tym pod zupeł­nie nie­moż­li­wym kątem.

Annika szła za poli­cjan­tem wiją­cymi się kory­ta­rzami sztok­holm­skiego ratu­sza. W końcu dotarli do dłu­giego holu. Gdzieś w oddali widać było żyran­dole pod bel­ko­wa­nym sufi­tem, ale w pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok, kra­ina cieni i mil­cze­nia.

Poiry­to­wana przy­spie­szyła kroku i wymi­nęła poli­cjanta.

- Jak długo to jesz­cze potrwa? - spy­tała, zer­ka­jąc na zega­rek.

- Spraw­dzę, czy to ten pokój - powie­dział funk­cjo­na­riusz i zatrzy­mał się.

Chwy­cił ją za ramię, jakby była podej­rzana i szy­ko­wała się do ucieczki. Szarp­nęła rękę i wyswo­bo­dziła się. Poli­cjant zapu­kał do drzwi, na któ­rych wisiała tabliczka z napi­sem "Br?vallasalen", nawią­zu­ją­cym do mitycz­nej bitwy pod Br?vallą.

- Gdy­bym chciała uciec, już bym to zro­biła.

W pokoju sie­działo dwóch ubra­nych po cywil­nemu poli­cjan­tów i repor­terka tele­wi­zyjna, którą Annika znała z repor­taży na żywo. Teraz pła­kała, trzę­sły się jej ramiona. Jeden z poli­cjan­tów zawo­łał coś z iry­ta­cją do eskor­tu­ją­cego Annikę kolegi i zamknął mu drzwi przed nosem.

- To nie ten pokój - powie­dział funk­cjo­na­riusz. Jego uszy zro­biły się czer­wone.

Szli dalej w tej dziw­nej próżni bez dźwię­ków, mijali drzwi w sza­rych ścia­nach, a potem wej­ście do więk­szej sali, gdzie naj­wy­raź­niej wła­śnie roz­po­częło się prze­słu­cha­nie jed­nego z człon­ków Aka­de­mii Szwedz­kiej. Annika nie sły­szała, o czym roz­ma­wiano, ale zauwa­żyła, że poli­cjant gorącz­kowo coś notuje, a prze­słu­chi­wany męż­czy­zna prze­suwa ner­wowo pal­cami po nodze krze­sła.

Muszę to wszystko zapa­mię­tać, pomy­ślała, żeby potem dokład­nie opi­sać.

Odno­to­wała, że scence przy­glą­dał się Ragnar Östberg, archi­tekt ratu­sza, któ­rego odlana w brą­zie postać wyda­wała się szcze­rze zmar­twiona.

Przy­szło ci do głowy, że coś takiego się wyda­rzy w budynku, który zapro­jek­to­wa­łeś? - zadała mu w duchu pyta­nie.

Nagle znów poczuła na sobie spo­coną dłoń poli­cjanta.

- Może pani tu chwilę zacze­kać?

- Jak­bym miała wybór - powie­działa, odwra­ca­jąc się od niego.

Tu było nieco jaśniej. Widać było wyraź­nie różne detale: mar­mu­rowe pła­sko­rzeźby nad drzwiami, oku­cia z brązu, bogato zdo­bione żyran­dole.

- Muszę napi­sać arty­kuł - powie­działa, ale poli­cjant zdą­żył już znik­nąć w głębi kory­ta­rza.

Nagle usły­szała, że gdzieś otwie­rają się drzwi. Na kory­tarz wpa­dło wię­cej świa­tła, zoba­czyła wiszący na prze­ciw­le­głej ścia­nie obraz, usły­szała, że ktoś ją woła, weszła bez­sze­lest­nie.

- Zamknij za sobą drzwi.

Roz­po­znała głos, sta­nęła.

- Powin­nam się domy­ślić, że tu jesteś.

Komi­sarz Q był nie­ogo­lony, jego rysy wydały jej się ostrzej­sze niż zwy­kle.

- Pro­si­łem, żebyś tra­fiła do mnie - powie­dział, sia­da­jąc przy krót­szym boku cięż­kiego dębo­wego stołu. - Sia­daj.

Wska­zał ręką, żeby usia­dła po jego lewej stro­nie, włą­czył magne­to­fon i nalał sobie szklankę wody.

- Prze­słu­cha­nie Anniki Bengt­zon, repor­terki "Kvällspressen" - dane oso­bowe, dokładna data uro­dze­nia i pełne imię i nazwi­sko zostaną uzu­peł­nione póź­niej - prze­pro­wa­dzone przez Q w Małej Sali Kole­gial­nej sztok­holm­skiego ratu­sza, dzie­sią­tego grud­nia o godzi­nie...

Prze­rwał, żeby zaczerp­nąć powie­trza, prze­cią­gnął ręką po nie­sfor­nej czu­pry­nie. Annika usia­dła ostroż­nie w czar­nym fotelu, zer­ka­jąc na poważ­nych męż­czyzn patrzą­cych na nią z wiszą­cych na ścia­nach olej­nych obra­zów w cięż­kich ramach.

- O godzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej dwa­dzie­ścia jeden - dokoń­czył Q. - O godzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej czter­dzie­ści pięć w Sali Błę­kit­nej ratu­sza zauwa­ży­łaś kogoś podej­rza­nego, tak?

Annika poło­żyła torbę na pod­ło­dze, ręce na kola­nach. Gdzieś z innego świata dobie­gał uliczny szum wiel­kiego mia­sta.

- Nie wiem, czy ten ktoś był podej­rzany.

- Możesz opi­sać, co się stało? - popro­sił komi­sarz.

- To nie było nic szcze­gól­nego, po pro­stu ktoś mnie pchnął.

Q odwró­cił wzrok, jakby zaczy­nało mu bra­ko­wać sił.

- Muszę napi­sać arty­kuł - zaczęła Annika. - Nie mam czasu na poga­duszki. Nie widzia­łam niczego szcze­gól­nego; tań­czy­łam i ktoś mnie potrą­cił, jakaś dziew­czyna, a teraz tracę tu czas, pod­czas gdy w redak­cji cze­kają na mój tekst...

Komi­sarz pochy­lił się do przodu i wyłą­czył magne­to­fon.

- Posłu­chaj, ty dzien­ni­kar­ska hieno, to nie jest odpo­wiedni moment na dopiesz­cza­nie wła­snego ego. Masz powie­dzieć, co sły­sza­łaś i co widzia­łaś, tak jak pamię­tasz. To było zale­d­wie pół godziny temu, a ty byłaś jedną z tych, któ­rzy stali naj­bli­żej.

Patrzyła na niego kilka sekund, potem odwró­ciła głowę i powio­dła wzro­kiem po opra­wio­nych w skórę cięż­kich tomach sto­ją­cych na ciem­nych dębo­wych pół­kach.

Naprawdę nazwał ją dzien­ni­kar­ską hieną?

- Dokład­niej­sze prze­słu­cha­nie odbę­dzie się póź­niej - ode­zwał się Q ciszej, gło­sem bar­dziej zmę­czo­nym niż zwy­kle. - Teraz musimy przede wszyst­kim usta­lić, jak wyglą­dała. Opisz wszystko chro­no­lo­gicz­nie, od chwili kiedy tego kogoś zoba­czy­łaś. Potem się zasta­no­wimy, co się zga­dza, a co nie.

Znów włą­czył magne­to­fon. Annika odkaszl­nęła i spró­bo­wała się odprę­żyć.

- Kobieta... - zaczęła. - Potrą­ciła mnie kobieta, łok­ciem, a potem nadep­nęła mi na nogę.

- Jak wyglą­dała?

Miała wra­że­nie, jakby nagle runął na nią cały pokój, por­trety i ciemne dębowe półki z książ­kami. Zasło­niła twarz dłońmi, zaczerp­nęła powie­trza, z jej gar­dła wydo­był się szloch.

- Nie wiem - wyszep­tała.

W tym momen­cie zadzwo­niła jej komórka. Wzięła się w garść. W ciszy cze­kali, aż sygnał wybrzmi.

- Powiedz, gdzie dokład­nie byłaś w chwili, kiedy ta kobieta cię popchnęła.

Annika przy­wo­łała wspo­mnie­nie muzyki, migo­czą­cych w pół­mroku świa­teł, rado­snego nastroju, tłumu ludzi.

- Na par­kie­cie, tań­czy­łam. W Sali Zło­tej, nie po tej stro­nie, gdzie grała orkie­stra, tylko po dru­giej.

- Z kim tań­czy­łaś?

Zmie­sza­nie i wstyd, spu­ściła wzrok.

- Ma na imię Bosse, jest repor­te­rem w "Kon­kur­ren­ten".

- Blon­dyn, dość potężny?

Annika ski­nęła głową, wzrok na­dal miała spusz­czony, czuła, że pieką ją policzki.

- Możesz odpo­wie­dzieć?

- Tak - ode­zwała się nieco za gło­śno, wypro­sto­wała plecy.

- Czy on mógł coś widzieć?

- Pew­nie tak, cho­ciaż jemu nie nadep­nęła na nogę.

- Co było potem?

Co było potem? Nic. Nic wię­cej nie widzia­łam.

- Nie wiem - odpo­wie­działa. - Odwró­ci­łam się do niej ple­cami i nic nie widzia­łam.

- Może coś sły­sza­łaś?

Gwar? Muzykę? Wła­sny oddech?

- Tylko takie puf­nię­cia.

- Puf­nię­cia?

- Stłu­mione dźwięki... Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, jak jakiś męż­czy­zna pada na kolana. Kobieta, z którą tań­czył, jego part­nerka, spoj­rzała na niego zdzi­wiona, pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na mnie, a potem na swoje piersi, wtedy ja też na nie spoj­rzałam i zoba­czy­łam, że ona krwawi. Pod­nio­sła wzrok, znów na mnie spoj­rzała, a potem upa­dła i wszy­scy zaczęli krzy­czeć...

- Kiedy usły­sza­łaś dru­gie puf­nię­cie?

Annika spoj­rzała na Q.

- Dru­gie? - powtó­rzyła.

- Powie­dzia­łaś: puf­nię­cia.

- Tak? Sama nie wiem. Usły­sza­łam puf, kobieta spoj­rzała na mnie, potem roz­le­gło się dru­gie puf, tak, były dwa...

- Jak daleko sta­łaś od kobiety, która się osu­nęła na pod­łogę?

Annika zasta­na­wiała się kilka sekund.

- Dwa metry, może dwa i pół.

- Kiedy para upa­dła, widzia­łaś gdzieś w pobliżu tę kobietę?

Widziała ją? Widziała jakąś kobietę? Wąskie ramiączka.

- Ramiączka - powie­działa. - Miała wąskie ramiączka. Albo może torebkę na wąskim pasku.

Q zano­to­wał i poki­wał głową.

Annika uci­snęła czub­kami pal­ców powieki i zaczęła szu­kać w pamięci obra­zów sali, w któ­rej tak nie­dawno tań­czyła.

Ręka Bos­sego, któ­rej dotyk palił ją przez mate­riał sukni. Trzy­mał ją tak bli­sko sie­bie, że czuła jego czło­nek na swoim brzu­chu. Jej wła­sna ręka na jego karku, to pamię­tała. I muzyka, grzeczna i nudna, peł­niła funk­cję kamu­flażu, ukry­wała ich, żeby mogli się obej­mo­wać i tań­czyć w migo­czą­cym zło­tym świe­tle.

- Ktoś ude­rzył mnie łok­ciem w bok - ode­zwała się z lek­kim waha­niem. - I zaraz potem nadep­nął mi na nogę. Nie jestem pewna, co było naj­pierw.

Znów zaczęła dzwo­nić jej komórka.

- Wyłącz ją - powie­dział Q.

Odrzu­ciła roz­mowę.

Dzwo­nił Jans­son. Oczy­wi­ście.

- Czy ten ktoś spe­cjal­nie nadep­nął ci na nogę?

Annika wyłą­czyła dźwięk, scho­wała komórkę i spoj­rzała zdzi­wiona na komi­sa­rza.

- Ależ nie. To był męż­czy­zna. Kła­niał się komuś, wpadł na kobietę, a ona na mnie.

W oczach Q poja­wił się błysk zain­te­re­so­wa­nia.

- Powie­działa coś, kiedy na cie­bie wpa­dła?

Annika spoj­rzała na sto­jący na półce opra­wiony w skórę pro­to­kół z posie­dze­nia Rady Miej­skiej z 1964 roku, tak jakby patrzyła na kobietę, tę w sukni z wąskimi ramiącz­kami.

- Szu­kała cze­goś w tor­bie - powie­działa. - Miała torebkę na krót­kim pasku, musiała unieść rękę...

Annika unio­sła prawą rękę, uda­jąc, że sięga do wyima­gi­no­wa­nej wie­czo­ro­wej torebki.

- Jakiego koloru była ta torebka?

- Srebrna - odpo­wie­działa bez waha­nia. - Była srebrna i matowa. Koperta for­matu rachunku za ener­gię.

- Co z niej wyjęła?

Annika znów spoj­rzała na pro­to­kół z 1964 roku, usil­nie szu­kała cze­goś w pamięci.

Nic, tylko ból.

- Zabo­lało mnie - powie­działa. - Krzyk­nę­łam: Au! A ona spoj­rzała na mnie.

Poki­wała głową z waha­niem, zamy­śliła się.

- Tak - powie­działa po chwili. - Spoj­rzała na mnie.

- Powie­działa coś?

Annika przy­glą­dała się błysz­czą­cemu sto­łowi.

- Miała żółte oczy - powie­działa. - Zde­cy­do­wa­nie żółte, jakby złote.

- Żółte?

Tak, pomy­ślała, były zło­to­żółte.

- Jak była ubrana?

Annika znów zamknęła oczy: sły­szała muzykę, widziała ramiączko sukni. Czer­wone jak krew, czer­wone jak życie, a może to sukienka zakrwa­wio­nej kobiety była czer­wona? Albo krew? Może ramiączko było białe, białe jak śnieg na tle opa­lo­nej skóry, a może to ramię było białe, a ramiączko czarne?

- Nie wiem - powie­działa zdzi­wiona. - Obraz, który mam przed oczami, jest czarno-biały, jak nega­tyw, naprawdę nie wiem...

- Żółte oczy. Może to były soczewki?

Soczewki? Jasne, na pewno miała soczewki, a może jej oczy wcale nie były żółte, tylko zie­lone?

Komórka Q zaczęła wibro­wać, roz­legł się popu­larny kie­dyś szla­gier My num­ber one, grecka pio­senka z kon­kursu Euro­wi­zji sprzed kilku lat. Komi­sarz rzu­cił okiem na wyświe­tlacz.

- Muszę ode­brać - wymam­ro­tał.

Wyłą­czył magne­to­fon, wstał i ode­brał, zwró­cony w stronę zamknię­tych drzwi.

Mówił i mówił, jego głos falo­wał, raz brzmiał gło­śniej, raz ciszej. Annika wstała, pode­szła do okna, żeby go nie sły­szeć. Przez szcze­liny doszedł ją uliczny gwar. Oddy­chała powoli, opie­ra­jąc się o zimną taflę szyby, okno zapa­ro­wało, widok znik­nął. Dopiero po chwili zoba­czyła w dole Han­tver­kar­ga­tan, swoją ulicę. Nieco dalej maja­czyła sta­cja kolejki pod­miej­skiej, Stoc­kholm Klara. Usły­szała dud­nie­nie pociągu, kątem oka, gdzieś po lewej, dostrze­gła budy­nek przy­chodni.

Swo­jej przy­chodni! Rano była tam z syn­kiem, znów miał infek­cję ucha.

Tak bli­sko, zale­d­wie cztery prze­cznice dalej, a jakby inna rze­czy­wi­stość.

Poczuła, że coś ją ści­ska za gar­dło. Boże, nie chcę się stąd wypro­wa­dzać, pomy­ślała.

- Ofiary zostały ziden­ty­fi­ko­wane - powie­dział Q i pocią­gnął ją za sobą w głąb pokoju. - Roz­po­zna­jesz ich?

Na drżą­cych nogach pode­szła do krze­sła, usia­dła na brzegu i odchrząk­nęła.

- To jeden z lau­re­atów, chyba w dzie­dzi­nie medy­cyny. Nie pamię­tam, jak się nazywa, ale na pewno mam to w notat­kach.

Się­gnęła do torby, jakby chciała udo­wod­nić, że nie kła­mie, ale Q ją uprze­dził.

- Aaron Wie­sel - potwier­dził komi­sarz. - Pocho­dzi z Izra­ela, dostał nagrodę razem z Ame­ry­ka­ni­nem, Char­le­sem Wat­so­nem. A kobieta?

- Ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łam - powie­działa Annika, krę­cąc głową.

Q prze­cią­gnął prawą dło­nią po oczach.

- Wie­sel jest wła­śnie ope­ro­wany w Szpi­talu Świę­tego Jerzego. Kobieta to Caro­line von Beh­ring, prze­wod­ni­cząca Komi­tetu Noblow­skiego w Insty­tu­cie Karo­lin­ska. Zmarła na par­kie­cie, czyli nie­mal natych­miast.

Annika poczuła, jak z jej rąk ucho­dzi całe cie­pło, prze­szył ją chłód, była jak spa­ra­li­żo­wana. Z tru­dem pod­nio­sła szal, który zsu­nął się jej z ramion i leżał tuż obok krze­sła, okryła się nim.

Jej oczy w chwili śmierci. Patrzyła na mnie, umie­ra­jąc.

- Muszę iść - powie­działa gło­śno. - Bar­dzo mi przy­kro, ale czeka mnie mnó­stwo pracy.

- O tym nie wolno ci pisać - prze­rwał jej Q, opie­ra­jąc się ciężko o wyso­kie opar­cie krze­sła. - Twoje obser­wa­cje odpo­wia­dają ryso­pi­sowi ucie­ka­ją­cej mor­der­czyni. Jesteś jed­nym z waż­niej­szych świad­ków. Od tej chwili obo­wią­zuje cię tajem­nica śledz­twa.

Annika, która już zaczęła się zbie­rać do wyj­ścia, usia­dła na krze­śle.

- Jestem zatrzy­mana? - spy­tała.

- Bzdura! Skąd ci to przy­szło do głowy?

- Tajem­nica śledz­twa obo­wią­zuje osoby zatrzy­mane. Jeśli nie jestem aresz­to­wana, to jak możesz mi zaka­zać wypo­wia­da­nia się?

- Nie jesteś taka mądra, jak ci się wydaje - powie­dział Q. - Jest też inny rodzaj zakazu wypo­wia­da­nia się. Mówi o tym arty­kuł dwu­dzie­sty trzeci prawa pro­ce­so­wego, para­graf dzie­siąty. Doty­czy zeznań świadka koron­nego i może być nało­żony na świadka przez pro­wa­dzą­cego docho­dze­nie, jeśli zacho­dzi podej­rze­nie, że popeł­niono cięż­kie prze­stęp­stwo.

- Wol­ność słowa gwa­ran­tuje nam kon­sty­tu­cja. Poza tym nie wyzna­czono jesz­cze pro­wa­dzą­cego śledz­two. W tego typu spra­wach decy­du­jący głos ma pro­ku­ra­tor.

- I znów się mylisz, bo cho­ciaż ofi­cjal­nie rze­czy­wi­ście nie wyzna­czono jesz­cze pro­wa­dzą­cego śledz­two, to ze wzglę­dów ope­ra­cyj­nych ja peł­nię tę funk­cję.

Annika pod­nio­sła się gwał­tow­nie i pochy­liła nad sto­łem.

- Nie możesz mi zabro­nić mówić o tym, co widzia­łam! Mam w gło­wie gotowy arty­kuł. To może być bomba, sprzeda nam trzy, może cztery numery! Na wła­sne oczy widzia­łam, jak mor­derca zabija i jak ofiara umiera...

Q odwró­cił się do niej, jego twarz była teraz tuż przy jej twa­rzy.

- Prze­stań, do cho­lery! Jeśli będziesz się opie­rać, mogę cię uka­rać grzywną. Sia­daj.

Annika zamil­kła i usia­dła, pod­cią­gnęła ramiona. Q odwró­cił się do niej ple­cami, wyjął komórkę i wybrał numer. Cze­kała w ciszy pod wiel­kimi olej­nymi por­tre­tami. Q roz­ma­wiał, coś komuś naka­zy­wał z iry­ta­cją.

- Jeśli nie pozwo­lisz mi o tym pisać, posta­wisz mnie w cho­ler­nie nie­zręcz­nej sytu­acji.

- Serce mi krwawi - skwi­to­wał Q.

- Co powie­dzą moi prze­ło­żeni? - cią­gnęła dalej Annika. - Co powie­dzie­liby twoi, gdy­byś oświad­czył, że nie będziesz badał jakiejś sprawy, bo ci tego zabro­ni­łam, bo chcę o tobie napi­sać?

Q znów usiadł na krze­śle i wes­tchnął ciężko.

- Sorry - wydu­sił w końcu z lek­kim poczu­ciem winy. Widać było, że się waha. - Zadaj mi jakieś pyta­nia, może będę mógł odpo­wie­dzieć - zgo­dził się w końcu.

- Po co? - spy­tała Annika.

- I tak nie będziesz mogła nic napi­sać - roze­śmiał się po raz pierw­szy.

Annika zaczęła się zasta­na­wiać.

- Dla­czego nie było sły­chać strza­łów? - spy­tała.

- Było. Sama to powie­dzia­łaś.

- To były ciche puf­nię­cia.

- Pisto­let z tłu­mi­kiem wydaje dokład­nie taki dźwięk. Nic wię­cej nie pamię­tasz? Jak wyglą­dała, jak była ubrana, jaką miała fry­zurę?

Oczy, tylko oczy, i ramiączka.

- Na pewno miała włosy, gdyby nie miała, zapa­mię­ta­ła­bym to. Ale naprawdę nie jestem w sta­nie nic wię­cej sobie przy­po­mnieć. Chyba ciemne. I raczej krót­kie, a może miała je spięte? Na pewno miała na sobie suk­nię, ale w ogóle jej nie pamię­tam. Pew­nie niczym się nie wyróż­niała. Wie­cie, jak się dostała do Sali Zło­tej?

Q zaczął coś spraw­dzać w papie­rach.

- Spraw­dzamy, czy była na liście gości. Jeśli nie, to nie mam poję­cia. Zezna­nia nie­któ­rych świad­ków zdają się wska­zy­wać na to, że mógł to być męż­czy­zna prze­brany za kobietę. Co o tym sądzisz?

Męż­czy­zna? Annika prych­nęła.

- To była dziew­czyna - stwier­dziła.

- Skąd ta pew­ność?

Annika spoj­rzała na pro­to­koły z 1964 roku.

- Unio­sła głowę i spoj­rzała na mnie. Musiała być niż­sza ode mnie. Ilu jest takich męż­czyzn? No i poru­szała się lekko i z wdzię­kiem.

- Męż­czyźni się tak nie poru­szają?

- Na pewno nie w szpil­kach. Żeby poru­szać się tak lekko jak ona, trzeba dużo ćwi­czyć.

- Widzia­łaś jej obcasy?

- Nie - powie­działa Annika. Wstała, prze­wie­siła torbę przez ramię. - Ale na pra­wej sto­pie mam po nich ślad. Mogę do cie­bie zadzwo­nić wie­czo­rem? Pro­szę.

- Dokąd się wybie­rasz?

Annika zatrzy­mała się nie­chęt­nie. Było jej duszno, cho­ciaż pokój był duży.

- Do redak­cji. Muszę z nimi o tym poroz­ma­wiać. Czy może mam zakaz wyko­ny­wa­nia zawodu?

- Musisz pójść na komendę pomóc stwo­rzyć por­tret pamię­ciowy sprawcy.

Annika roz­ło­żyła ręce.

- Osza­la­łeś?! Za kilka godzin muszę oddać arty­kuł. Jans­son pew­nie jest już w sta­nie roz­kładu.

Q spra­wiał wra­że­nie bez­rad­nego. Pod­szedł do niej.

- Kocha­nie, pro­szę.

Drzwi się otwo­rzyły i do sali wszedł funk­cjo­na­riusz w mun­du­rze. Przez chwilę miała wra­że­nie, że to ten sam, który ją tu przy­pro­wa­dził, ale to nie był on. Cho­ciaż był do niego podobny. Jesz­cze jeden z tego samego gatunku: sze­roki w ramio­nach, typowy Szwed, świeżo upie­czony absol­went Wyż­szej Szkoły Poli­cyj­nej.

Zatrzy­mała się w drzwiach, odwró­ciła się i spoj­rzała na komi­sa­rza.

- Naprawdę nazwa­łeś mnie dzien­ni­kar­ską hieną?

Q nawet nie pod­niósł głowy. Gestem dał jej do zro­zu­mie­nia, że ma już iść.

Minęła mło­dego poli­cjanta, się­gnęła po kabel od słu­chawki i wycią­gnęła komórkę z cze­lu­ści torby. Poli­cjant spra­wiał wra­że­nie, jakby zamie­rzał pro­te­sto­wać, ale Annika minęła go ze wzro­kiem utkwio­nym w jakiś punkt na końcu kory­ta­rza.

- Gdzie ty się, do dia­bła, podzie­wasz? - wyce­dził Jans­son przez zęby, zanim w ogóle zdą­żyła się ode­zwać.

- Byłam na prze­słu­cha­niu - powie­działa Annika cicho, z ustami mili­metr od mikro­fonu. - Byłam świad­kiem, mor­der­czyni nadep­nęła mi na nogę.

Znów poczuła ból w sto­pie.

- Zna­ko­mi­cie, rezer­wuję siódmą i ósmą stronę. Co masz poza tym?

- Z kim pani roz­ma­wia? - spy­tał sto­jący za nią poli­cjant.

Przy­spie­szyła kroku i zaraz za drzwiami do gabi­netu zaplą­tała się we wła­sną suk­nię. Potknęła się, słu­chawka wypa­dła jej z ucha. Szal zsu­nął się jej z ramion i upadł na pod­łogę, poczuła powiew lodo­wa­tego powie­trza. Przy­warło do skóry niczym wil­gotny ręcz­nik. Prze­szył ją dreszcz, rozej­rzała się: członka Aka­de­mii zastą­piło dwóch mar­szał­ków w bia­łych mun­du­rach, sie­dzieli ple­cami do niej.

Wło­żyła słu­chawkę do ucha i natych­miast znów usły­szała głos Jans­sona.

- Annika?

- Nie wolno mi o niczym pisać. Q mi zaka­zał. Nawet roz­mowa o mor­dercy może mnie kosz­to­wać grzywnę. Cze­kają mnie dal­sze prze­słu­cha­nia.

- Hej, ty, wyłącz komórkę.

Annika odwró­ciła się i spoj­rzała na poli­cjanta.

- Hej, ty - powtó­rzyła za nim. - Nie wyłą­czę komórki. Będę roz­ma­wiać tak długo, jak będę chciała. Jeśli ci coś nie odpo­wiada, możesz mnie aresz­to­wać.

Odwró­ciła się i ruszyła przed sie­bie, byle dalej od chłodu.

- Według szwedz­kiego prawa nie można nikogo aresz­to­wać - poin­for­mo­wał ją poli­cjant.

- Skon­tak­tuj się z praw­ni­kiem redak­cji i dowiedz się, co mogę mówić - popro­siła Jans­sona. - Jak wygląda sytu­acja? Czego ci bra­kuje?

- Wszyst­kiego.

Nie­mal widziała, jak Jans­son rwie włosy z głowy. Był rów­nie bez­radny jak ona. Chciała mu pomóc.

- Wszy­scy mają mate­riały w sieci, a my jeste­śmy zdani na TT i ich infor­ma­cje. Kiedy tu dotrzesz? - dopy­ty­wał się.

- Nie wiem. Jak tylko mnie pusz­czą. Co ma Ols­son?

Szef noc­nej zmiany jęk­nął gło­śno.

- Nic. Uznał, że świa­tło jest kiep­skie, i w ogóle nie pstry­kał.

- Chyba żar­tu­jesz?

Poli­cjant przy­trzy­mał Annice drzwi. Wyszła na gale­rię nad Salą Błę­kitną i zna­la­zła się tuż obok pierw­szych drzwi, pro­wa­dzą­cych do Sali Zło­tej.

- Tak, ale tylko tro­chę. Więk­szość mate­riału do niczego się nie nadaje. Jeśli cho­dzi o zdję­cia, to leżymy.

Annika miała wra­że­nie, że ucho­dzi z niej cała krew.

Nikt nie będzie obwi­niał foto­grafa, winien jest zawsze repor­ter. Na pewno obar­czą ją winą, szcze­gól­nie teraz. Zale­d­wie trzy tygo­dnie temu zmu­siła redak­tora naczel­nego do opu­bli­ko­wa­nia arty­kułu, w któ­rym wła­ści­cieli kon­cernu przed­sta­wiono jako szan­ta­ży­stów o dyk­ta­tor­skich zapę­dach.

- Czego potrze­bu­jesz? - spy­tała.

- Cze­go­kol­wiek. Naj­le­piej, żeby było dużo krwi i poli­cji...

Annika się roz­łą­czyła i rap­tow­nie skrę­ciła w lewo. Zanim poli­cjant, wzór wszel­kich cnót, zdą­żył się zorien­to­wać i zaczął coś robić, była już w Sali Zło­tej.

Sala była ską­pana w ostrym nie­bie­ska­wym świe­tle reflek­to­rów poli­cyj­nych tech­ni­ków. Kobieta z mozaiki patrzyła na nią, oto­czona wężami. Po dru­giej stro­nie, pod wize­run­kiem pozba­wio­nego głowy świę­tego Eryka, dwóch męż­czyzn przy­kuc­nęło tam, gdzie zgi­nęła kobieta.

Annika unio­sła rękę z komórką, uru­cho­miła odpo­wied­nią funk­cję i wci­snęła kla­wisz "zrób zdję­cie", zro­biła dwa kroki, "zrób zdję­cie", powtó­rzyła to samo jesz­cze pięć razy.

Poli­cjant chwy­cił ją za ramię, ale wyswo­bo­dziła się.

Dzie­się­ciu zdzi­wio­nych tech­ni­ków pod­nio­sło głowy: "zrób zdję­cie", kilku ruszyło w jej stronę: "zrób zdję­cie".

- Pro­szę stąd wyjść! - powie­dział ostro poli­cjant.

Chwy­cił ją i nie­mal uniósł do góry. Puścił dopiero przy scho­dach, znów poczuła kamienną posadzkę pod sto­pami. Zakrę­ciło się jej w gło­wie, nagle zdała sobie sprawę, że stoi dokład­nie w miej­scu, gdzie człon­ko­wie rodziny kró­lew­skiej i lau­re­aci usta­wiają się do ofi­cjal­nego zdję­cia, zanim zaczną scho­dzić po jed­nych z naj­słyn­niej­szych scho­dów świata.

Tyle że mieli wtedy inny widok, pomy­ślała, przy­glą­da­jąc się reszt­kom uro­czy­stej kola­cji dla tysiąca trzy­stu gości. Scho­dząc po scho­dach przed cere­mo­nią, zapewne podzi­wiali pięk­nie nakryte stoły i sie­dzą­cych przy nich odświęt­nie ubra­nych gości, mie­niące się krysz­tały i zastawę ze zło­tym ran­tem i wzo­rem w kwiaty i trąbki.

Sala Błę­kitna ze swo­imi mil­czą­cymi cegla­nymi ścia­nami wyda­wała się teraz porzu­cona, pozo­sta­wiona wła­snemu losowi. Stół hono­rowy został już opróż­niony, ale na popla­mio­nych obru­sach na innych sto­łach na­dal stały tale­rze z zaschnię­tymi reszt­kami jedze­nia. Na taler­zach i na pod­ło­dze leżały poroz­rzu­cane ser­wetki, krze­sła stały krzywo, nie­które leżały na pod­ło­dze. O dwu­dzie­stej dru­giej czter­dzie­ści pięć wszel­kie życie w tej sali zamarło, czas sta­nął w miej­scu, kolej­nego dania już nie podano.

- Jak długo ratusz będzie zamknięty?

- Tak długo, jak będzie trzeba - odpo­wie­dział poli­cjant. - Podać pani ubra­nie?

W szatni stał poli­cjant w mun­du­rze. Podał Annice jej puchową kurtkę z miną zdra­dza­jącą nie­za­do­wo­le­nie, że powie­rzono mu takie zada­nie.

- Mia­łam też torbę z butami. Czarne botki.

Poli­cjant wes­tchnął bez­rad­nie i ruszył z powro­tem szu­kać torby z butami. Annika odwró­ciła się do niego ple­cami i wyjęła komórkę. Gdy szu­kał jej rze­czy w szatni, szybko przej­rzała zro­bione przed chwilą zdję­cia i wci­snęła przy­cisk "wyślij".

Stała i znie­cier­pli­wiona wpa­try­wała się w kin­kiety z brązu w kształ­cie muszli, pod­czas gdy jej MMS mknął przez czarną jak smoła zimową noc do redak­cji "Kvällspressen".

Pią­tek, 11 grud­nia

ANDERS SCHY­MAN STAŁ w swoim naroż­nym pokoju i przy­glą­dał się budyn­kowi amba­sady rosyj­skiej. Cała oko­lica pogrą­żona była w ciem­no­ściach, jedy­nym wyjąt­kiem był blady krąg świa­tła wokół lampy przy wej­ściu i latarni oświe­tla­ją­cych budkę zmar­z­nię­tego straż­nika. Żoł­nierz robił sobie cza­sem krót­kie wycieczki, kilka kro­ków wzdłuż meta­lo­wej furtki i z powro­tem.

Aleby się zdzi­wił, gdyby nagle coś się zaczęło dziać, pomy­ślał redak­tor naczelny. Gdyby nagle pod­je­chał samo­chód i ktoś zaczął strze­lać w stronę amba­sady albo prze­szedł przez mur i zesko­czył tuż przed nim. Na pewno by nie ryzy­ko­wał, prze­cież napast­nik miałby nad nim prze­wagę: dzia­łałby z zasko­cze­nia, miałby cel i plan dzia­ła­nia.

Jeste­śmy strasz­li­wie bez­bronni, pomy­ślał Anders Schy­man. Tak nie­sły­cha­nie bez­bronni. Ale prze­cież nie można bez prze­rwy mieć się na bacz­no­ści i cały czas się zasta­na­wiać, czy się cze­goś nie prze­oczyło. Cały świat stoi przed tym dyle­ma­tem, nie tylko świat zachodni, nie tylko spo­łe­czeń­stwa demo­kra­tyczne, prze­stęp­czość jest zagro­że­niem dla wszyst­kich.

Pie­nią­dze, wła­dza i wpływy, pomy­ślał Schy­man. Nie uchro­nimy się przed tymi, któ­rzy zro­bią wszystko, by je zdo­być. Zawsze tak było, tylko metody stały się bru­tal­niej­sze, tward­sze.

Podobno zabiła kobieta. Na kon­fe­ren­cji pra­so­wej poli­cja ani nie zaprze­czała, ani nie potwier­dzała. Nie chcieli się wypo­wia­dać na temat ewen­tu­al­nych wcze­śniej­szych gróźb czy zabez­pie­czeń. Poczy­nione kroki zda­wały się wystar­cza­jące i zgodne z wytycz­nymi, nikt nie potra­fił powie­dzieć, co zawio­dło.

Zaczął padać śnieg, zabłą­kane płatki zmie­rzały ku ziemi jakby z waha­niem. Schy­man poczuł, że ze zmę­cze­nia pieką go oczy. Zamru­gał kilka razy, wró­cił do biurka i zer­k­nął na zega­rek.

Może to jed­nak nie jest to, czym powi­nie­nem się zaj­mo­wać, pomy­ślał. Jeśli to są te nowe czasy, to nowe roz­da­nie, jeśli ter­ro­ryzm dotarł i do nas i cią­gła tro­ska o bez­pie­czeń­stwo to nasza przy­szłość, to może powi­nie­nem prze­ka­zać swoje obo­wiązki komuś innemu? Jeśli ter­ro­ryzm stał się fak­tem, to ozna­cza to śmierć wol­no­ści jed­nostki. Bez­pie­czeń­stwo będzie wyko­rzy­sty­wane jako argu­ment przy wpro­wa­dza­niu kolej­nych ogra­ni­czeń, zasada powszech­nej jaw­no­ści sta­nie się pustym fra­ze­sem. Nowe czasy będą wyma­gały innych dzien­ni­ka­rzy, ich praca będzie wyma­gała nad­zoru innych sze­fów. Ale prze­cież wła­ści­ciele kon­cernu i tak nie mają do mnie zaufa­nia, pomy­ślał. Nie spo­dzie­wał się żad­nych atrak­cyj­nych pro­po­zy­cji.

- Przy­szła Annika - poin­for­mo­wał go Jans­son przez wewnętrzny tele­fon.

Schy­man wci­snął guzik i pochy­lił się do przodu.

- Dobrze - powie­dział. - Przyjdź­cie do mnie oboje.

Jak ona wygląda? - pomy­ślał, kiedy Annika weszła do gabi­netu. Kow­bojki, czarna kurtka, brudna płó­cienna torba i różowa spód­nica z jakie­goś sztucz­nego mate­riału. Włosy upięła w kok na czubku głowy, przy­trzy­mała je ołów­kiem.

- Praw­nik potwier­dził, że nie wolno jej pisać o samej strze­la­ni­nie ani o tym, co się działo tuż przed nią i tuż po niej - powie­dział Jans­son, opa­da­jąc na fotel dla gości. - Nie wolno nam też zro­bić z nią wywiadu. Zła­ma­nie zakazu wypo­wia­da­nia się nie jest co prawda prze­stęp­stwem, ale pod­lega karze grzywny. Nie pytaj mnie, jak to moż­liwe...

- Co widzia­łaś? - spy­tał Schy­man.

- Jak przed chwilą sły­sza­łeś... - zaczęła Annika, ale natych­miast prze­rwała i podob­nie jak Jans­son opa­dła na fotel dla gości. Była wyczer­pana, blada i spo­cona.

Redak­tor naczelny mach­nął ręką na jej wąt­pli­wo­ści, a jej zabra­kło siły, żeby pro­te­sto­wać.

- Mia­łam oka­zję cał­kiem dobrze przyj­rzeć się kobie­cie, która praw­do­po­dob­nie jest mor­dercą...

Prze­cią­gnęła ręką po wło­sach, dotknęła ołówka, włosy się roz­sy­pały i zasło­niły jej twarz.

- Spę­dzi­łam trzy godziny na komen­dzie, pró­bu­jąc spo­rzą­dzić por­tret pamię­ciowy tej dziew­czyny. Nie bar­dzo mi szło, ale poli­cja twier­dzi, że to lep­szy spo­sób niż opi­sy­wa­nie...

- Widzia­łaś wszystko? - spy­tał szef. Sły­szał pod­nie­ce­nie w swoim gło­sie. - Strze­lała kobieta, widzia­łaś ją? I sam moment strzału?

Annika zer­k­nęła na swoje dło­nie, wahała się.

- Spoj­rzała na mnie - powie­działa po chwili. - Patrzyła na mnie w chwili śmierci.

- Caro­line von Beh­ring? Widzia­łaś, jak została zastrze­lona?

Annika bez­wied­nie zebrała roz­sy­pane włosy w kok i znów prze­kłuła go ołów­kiem. Utkwiła wzrok gdzieś ponad budyn­kiem rosyj­skiej amba­sady.

- Było coś w jej wzroku... - zaczęła, opu­ściła ręce na kolana i dalej wpa­try­wała się w budy­nek za oknem.

- Naprawdę nie masz nam nic do powie­dze­nia? W końcu pra­cu­jesz dla nas.

Annika spoj­rzała na szefa, jej oczy pociem­niały.

- Nie wiem, do czego doszła poli­cja. Pew­nie wie­cie wię­cej ode mnie. Bo rozu­miem, że kolor sukni kró­lo­wej Syl­wii już nie jest inte­re­su­jący.

Schy­man pró­bo­wał ukryć iry­ta­cję. Zwró­cił się do szefa noc­nej zmiany:

- Możemy jakoś obejść ten zakaz?

- Zda­niem praw­nika nie.

Szef wstał, nie mogąc dłu­żej usie­dzieć spo­koj­nie.

- Wła­śnie tego się oba­wia­łem - powie­dział zde­cy­do­wa­nie za gło­śno i roz­ło­żył ręce. - Mamy wyjąt­kową rela­cję naocz­nego świadka, a poli­cja chce nam zamknąć usta. Ustawy o prze­ciw­dzia­ła­niu ter­ro­ry­zmowi, które nie­dawno weszły w życie, zabra­niają nam pisać o naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nej zbrodni naszych cza­sów. A podobno mamy demo­kra­cję!

Jans­son rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na zega­rek, zawsze źle zno­sił takie emo­cjo­nalne wybu­chy.

- Arty­kuł dwu­dzie­sty trzeci prawa pro­ce­so­wego, para­graf dzie­siąty. Zezna­nie głów­nego świadka może zostać utaj­nione, jeśli ist­nieje podej­rze­nie, że doty­czy zbrodni uwa­ża­nej za poważną. To stare prawo, ma unie­moż­li­wiać sabo­to­wa­nie śledz­twa.

- Zawsze się znaj­dzie powód, żeby ogra­ni­czyć swo­bodę wypo­wie­dzi - stwier­dził Schy­man, wyma­chu­jąc pal­cem. - Cie­kaw jestem, jak w ogóle mogło do tego dojść. Nie było żad­nych zabez­pie­czeń?

Annika prze­tarła oczy ręką.

- Oczy­wi­ście, że były, takie jak zawsze. Ban­kiet noblow­ski nie jest imprezą o pod­wyż­szo­nym stop­niu ryzyka. Od wielu lat zabez­pie­cza się go tak samo. Poli­cja współ­pra­cuje z Säpo, z orga­ni­za­to­rem imprezy i z admi­ni­stra­cją ratu­sza. Nic nad­zwy­czaj­nego.

- Czyli funk­cjo­na­riu­sze stoją przy drzwiach, a Säpo gwa­ran­tuje bez­pie­czeń­stwo oso­bi­ste - pod­su­mo­wał Schy­man.

- Wła­śnie - potwier­dziła zmę­czo­nym gło­sem. - Teren był ogro­dzony. Ostrzej­sze środki bez­pie­czeń­stwa obo­wią­zują pod­czas samej cere­mo­nii wrę­cza­nia nagrody w gma­chu fil­har­mo­nii. Wtedy opróż­nia się cały plac przed budyn­kiem, a nawet zamyka część Kungs­ga­tan...

- A co z ochroną? - spy­tał Schy­man. - Gdzie byli ochro­nia­rze?

- Säpo ni­gdy się na ten temat nie wypo­wiada - powie­działa Annika. - Są zasady, które wyraź­nie okre­ślają, jak i gdzie poli­cja ma chro­nić człon­ków rządu i rodziny kró­lew­skiej oraz gości zagra­nicz­nych pod­czas wizyt pań­stwo­wych, są funk­cjo­na­riu­sze...

Schy­man uniósł ręce, chcąc ją powstrzy­mać.

- To abso­lutna porażka poli­cji. Jak mogło do tego dojść? Na tym się skon­cen­tru­jemy. Nie pozwo­limy, żeby uszło im to na sucho...

- Zro­bić ci brie­fing przed poran­nym wyda­niem? - spy­tał Jans­son bez więk­szego entu­zja­zmu.

Schy­man usiadł, czer­wony na twa­rzy po nie­daw­nym wybu­chu, i dał Jans­so­nowi znak, że może zaczy­nać.

- Jeśli cho­dzi o zdję­cia, to leżymy. Bywa­lec i świa­to­wiec Ulf Ols­son ma pięć­set fotek sukni księż­niczki Made­le­ine, ale ani jed­nego zdję­cia z miej­sca zbrodni. Nie zdą­żył zmie­nić obiek­tywu, źle usta­wił świa­tło, wybrał złą osłonę, a w ogóle to ma kiep­ski apa­rat, za mało pik­seli, jak twier­dzi. Annika zdą­żyła coś pstryk­nąć już po wygro­dze­niu terenu wokół ratu­sza. Komórką, więc jakość zdjęć pozo­sta­wia wiele do życze­nia, ale spró­bu­jemy coś z nimi zro­bić i damy na ósmą i dzie­wiątą stronę. Dwóch funk­cjo­na­riu­szy wydziału kry­mi­nal­nego w kałuży krwi. Mocne.

- Co mamy poza tym?

- Spraw­dzamy SVT, może wypusz­czą coś nowego. Mieli kamerę w Sali Zło­tej, była włą­czona w chwili, kiedy padły strzały, ale stała w dru­gim końcu sali. Pyta­nie, czy coś mają i czy to wypusz­czą.

- Oczy­wi­ście, że nie - stwier­dził Schy­man. - Dla­czego mie­liby wypusz­czać?

- Sytu­acja jest wyjąt­kowa - powie­dział Jans­son.

- Dla­czego? - nie odpusz­czał szef. - Co jest takiego wyjąt­ko­wego w tym mor­der­stwie, poza tym że zostało popeł­nione publicz­nie, że tak to okre­ślę?

- Już w tej chwili jest to potrójne mor­der­stwo. Wła­śnie zmarł drugi straż­nik, trzeci na­dal jest w sta­nie kry­tycz­nym. Nikt nie uzna tego za zwy­kłe mor­der­stwo.

- Zmarli straż­nicy na pewno mieli rodziny, dzieci - dodała Annika.

Schy­man wstał.

- Mam rozu­mieć, że te mor­der­stwa są na tyle nad­zwy­czajne, że potrze­bu­jemy nowych praw? - spy­tał. - Nowych zasad etycz­nych?

Annika spoj­rzała na zega­rek, a potem na szefa noc­nej zmiany.

- Mamy coś jesz­cze?

- Przed ratu­szem byli foto­gra­fo­wie, wolni strzelcy, pew­nie też coś mają. Całe cen­trum jest wygro­dzone, mamy mnó­stwo zdjęć radio­wo­zów i poli­cji. "Polo­wa­nie nocą" - to tytuł na stronę dzie­siątą.

Anders Schy­man wyraź­nie nie mógł zna­leźć sobie miej­sca. Zro­bił rundkę po pokoju i w końcu sta­nął w oknie, ple­cami do amba­sady.

- Poli­cja pla­nuje jakieś zatrzy­ma­nia w naj­bliż­szym cza­sie?

- Łódź, którą dziew­czyna odpły­nęła, została zna­le­ziona w Gröndal. Praw­do­po­dob­nie dalej poje­chała samo­cho­dem, na połu­dnie, w stronę Södertälje. Ktoś musiał jej pomóc, ktoś cze­kał na nią w łodzi, na pewno miała też wtyczkę w środku, w ratu­szu.

Schy­man wziął do ręki dłu­go­pis i zaczął w niego stu­kać paznok­ciem.

- Dla­czego na połu­dnie?

- Poli­cja twier­dzi, że zadzia­łali bły­ska­wicz­nie i nie­mal natych­miast zarzą­dzili blo­kadę dróg. Gdyby ucie­kała na pół­noc albo na zachód, na pewno by ją zatrzy­mali, a na wscho­dzie jest tylko woda. Poli­cja sądzi, że przed dwu­dzie­stą trze­cią zero pięć musiała minąć Skärholmen, bo potem i tam posta­wiono blo­kady.

Schy­man zauwa­żył, że Annika przy­gląda się jego dłu­go­pi­sowi, i odło­żył go.

- Mamy zdję­cia ofiar?

Od kiedy zarówno urzędy wyda­jące prawa jazdy, jak i biura pasz­por­towe utaj­niły swoje archiwa, zdo­by­wa­nie zdjęć stało się pro­ble­mem. Jesz­cze jedna przy­kra kon­se­kwen­cja ataku z jede­na­stego wrze­śnia, znak nowych cza­sów.

- Zarówno von Beh­ring, jak i Wie­sel to osoby publiczne, ich zdjęć nam nie bra­kuje. Foto Pelle zdo­był zdję­cia z Sali Błę­kit­nej, pod­czas kola­cji sie­dzieli obok sie­bie. Widać, jak się śmieją i wzno­szą toast. Jakość nie jest naj­lep­sza, ale na szó­stą stronę może być. Mamy też wypo­wie­dzi pary kró­lew­skiej. Oczy­wi­ście niczego nie widzieli, ale Berit ład­nie to udra­ma­ty­zo­wała. Kiedy padły strzały, król i kró­lowa sie­dzieli na Gale­rii Ksią­żę­cej i roz­ma­wiali z lau­re­atami. Jeśli zmie­rzyć odle­głość mię­dzy nimi a mor­der­czy­nią, wycho­dzi kil­ka­dzie­siąt metrów, ale pra­wie połowa z tego to grube ceglane ściany...

- Co damy na pierw­szą stronę? - prze­rwał mu Schy­man.

- Cze­kamy na por­tret pamię­ciowy. "Twarz mor­dercy".

Anders Schy­man poczuł, jak jego zmę­czony mózg zaczyna się kur­czyć i w końcu osiąga wiel­kość nie­wiel­kiej rodzynki.

- Cze­kamy na por­tret pamię­ciowy sprawcy, zro­biony na pod­sta­wie zeznań naszej repor­terki, i nie możemy go opu­bli­ko­wać, bo to cho­lerne pań­stwo poli­cyjne nie pozwala nam robić tego, co do nas należy, czyli infor­mo­wać opi­nii publicz­nej...

Opadł na fotel i mach­nął ręką, zre­zy­gno­wany.

- Wra­caj­cie do pracy, ale pokaż­cie mi pierw­szą stronę, zanim ją pośle­cie do dru­karni.

Annika i Jans­son zebrali swoje rze­czy i szybko opu­ścili gabi­net. Schy­man wstał i pod­szedł do okna. Chciał spraw­dzić, co robi rosyj­ski żoł­nierz.

Budka była pusta.

Żoł­nierz znik­nął.

Annika wró­ciła do swo­jego pokoju i spi­sała wszystko, co pamię­tała. Dokład­nie opi­sała, co się działo, zano­to­wała nawet, że tań­czyła z Bos­sem. Wszyst­kie szcze­góły, to, co mówiła poli­cja, wszystko, co widziała.

Tekst był dość cha­otyczny, ale prze­cież nie był prze­zna­czony do publi­ka­cji. Chciała po pro­stu mieć się do czego odwo­ły­wać. Uczest­ni­czyła w zbyt wielu roz­pra­wach, żeby nie wie­dzieć, że świad­ko­wie z cza­sem zapo­mi­nają. Pamięć płata figle, zamie­rzała jak naj­szyb­ciej wszystko spi­sać.

Nie chciała, żeby jaki­kol­wiek ślad po tym tek­ście został na redak­cyj­nym ser­we­rze, więc umie­ściła go w swoim elek­tro­nicz­nym archi­wum w sieci, w skrzynce annika-bengt­zon@hot­mail.com. Zwy­kle prze­cho­wy­wała tam tek­sty, do któ­rych chciała mieć dostęp także z innych kom­pu­te­rów, albo takie, o któ­rych redak­cja nie powinna wie­dzieć.

Wyłą­czyła kom­pu­ter i sie­działa jesz­cze chwilę, wpa­tru­jąc się w prze­strzeń. W całym ciele czuła bole­sne zmę­cze­nie, jed­nak wcale nie była pewna, czy uda jej się zasnąć.

Zauwa­żyła, że Jans­son poszedł do palarni z papie­ro­sem i kub­kiem kawy. Zdjęła kurtkę i poszła za nim.

- Szef jest w pod­łym nastroju - powie­dział Jans­son, zer­ka­jąc na Annikę. Usia­dła obok niego z kawą.

- Jak zawsze, kiedy jestem w pobliżu - powie­działa Annika. - Ma do mnie żal o to, co napi­sa­łam o rodzi­nie wła­ści­cieli i TV Scan­di­na­via. No i pew­nie sły­sza­łeś, że jed­nak nie został pre­ze­sem Sto­wa­rzy­sze­nia Wydaw­ców?

Jans­son zapa­lił set­nego tej nocy papie­rosa i wydmu­chał dym w kawę.

- Chyba za bar­dzo bie­rzesz to do sie­bie. Facet jest doro­sły, odpo­wie­dzialny, nie wie­rzę, żeby się przej­mo­wał takimi głup­stwami. Nie miałby czasu na nic innego.

Przez cienki pla­sti­kowy kubek gorąca kawa nie­mal parzyła jej palce.

- Znam Schy­mana - powie­działa cicho. - Pew­nie lepiej niż więk­szość z was. Wiem, jaki jest, i możesz mi wie­rzyć, że takie rze­czy trak­tuje bar­dzo poważ­nie. W końcu pew­nie mu przej­dzie, ale dopiero kiedy pre­zes zarządu oso­bi­ście go prze­prosi. Za pół roku może mnie wycią­gnie z lodówki.

Jans­son gło­śno sior­bał kawę.

- Co ty opo­wia­dasz? Z jakiej lodówki? Posłał cię na kola­cję noblow­ską! To chyba zaszczyt?

- Żar­tu­jesz? Posłał mnie tam z Ulfem Ols­so­nem!

Czuła na sobie wzrok Jans­sona. Patrzył na nią z boku, przy­glą­dał się jej, jak cza­sem przy­glą­damy się egzo­tycz­nej rośli­nie albo rzad­kiemu oka­zowi ptaka, nie zło­śli­wie, tylko ze zdzi­wie­niem, jak bio­log czy orni­to­log.

- Jak tam było? - spy­tał nagle, zacią­ga­jąc się papie­ro­sem.

Annika zamknęła na chwilę oczy, wró­ciła pamię­cią do chwili, kiedy weszła do Sali Błę­kit­nej.

- Na początku byłam oszo­ło­miona. Świece, tłum ludzi. Kiep­skie jedze­nie, przy­stawka była wręcz nie­ja­dalna. Ale cie­pła, nie zimna, jak wszy­scy opo­wia­dają...

Posa­dzono ją przy jed­nym sto­liku z Bos­sem z "Kon­kur­ren­ten". Znali się już wcze­śniej, spo­tkali się na zamku Yxta­holm, skąd dono­sili o śmierci Michelle Carls­son. Sporo wtedy roz­ma­wiali, śmiali się, cza­sem ich ręce się spo­ty­kały.

- To prawda, że dzien­ni­ka­rze zawsze dostają miej­sca za kolumną i nic nie widzą?

Annika przy­tak­nęła.

- Prawda. Sie­dzie­li­śmy tam trzy i pół godziny, nie mając poję­cia, co się dzieje przy głów­nym stole. Pew­nie wię­cej można było zoba­czyć w tele­wi­zji. Masz jakieś pyta­nia?

- Naprawdę widzia­łaś tę mor­der­czy­nię?

Annika zaczerp­nęła powie­trza i wzięła się w garść.

- Tylko tam na górze, w Sali Zło­tej, gdzie zgi­nęła von Beh­ring.

Zamil­kła, przy­po­mniała sobie jasne oczy kobiety i jej nie­ru­chome ciało.

- Widzia­łam, jak tra­fiła ją kula, a potem upa­dłam tuż obok niej...

Sły­szała, że głos jej się łamie, wydała jakiś dziwny odgłos, zama­sko­wała go łykiem kawy.

- Ale nie widzia­łam, jak strze­lała.

Jans­son zapa­lił kolej­nego papie­rosa.

- Więc jak mogłaś ją opi­sać?

- Wpa­dła na mnie kilka sekund przed odda­niem strzału, nadep­nęła mi na nogę.

Posta­wiła kubek z kawą na pod­ło­dze i zdjęła but. Przez cien­kie raj­stopy widać było fio­le­to­wo­nie­bie­ski wylew wiel­ko­ści pię­cio­ko­ro­nówki.

- A niech to - powie­dział Jans­son.

- Rano opu­bli­kują jej por­tret pamię­ciowy, muszą spraw­dzić kilka szcze­gó­łów, porów­nać z zezna­niami innych świad­ków.

- Jak powstaje taki por­tret? Ktoś sie­dzi przy tobie i rysuje?

Annika poczuła, że po raz pierw­szy tej nocy zaczyna się odprę­żać.

- Teraz już wszystko robi się cyfrowo. W zwy­kłym pokoju biu­ro­wym w sta­rym budynku komendy przy Kung­sholms­ga­tan. Zaczy­nają od prze­słu­cha­nia tego, kto może naj­wię­cej powie­dzieć, bo naj­wię­cej widział. Opi­suje się czło­wieka dokład­nie, a potem jesz­cze raz wszystko powta­rza. Wtedy docho­dzą nowe szcze­góły. Jeśli trzy­mamy się chro­no­lo­gii...

Annika wie­działa, że mówi tro­chę bez ładu i składu, ale słowa po pro­stu same pły­nęły, jakby puściła jakaś tama. Jans­son słu­chał, kiwał głową i zacią­gał się papie­ro­sem. Tego wła­śnie było jej trzeba.

- Potem popro­sili, żebym na kwa­drans poszła na kawę. Kiedy wró­ci­łam, facet przy kom­pu­te­rze miał już gotowy rysu­nek. Kazał mi powie­dzieć, co według mnie jest nie tak. Powie­dzia­łam, że fry­zura, a on się roze­śmiał i stwier­dził, że dzie­więć na dzie­sięć kobiet zaczyna wła­śnie od tego. Potem wska­zy­wa­łam kolejne rze­czy, które mi nie paso­wały, dla­tego to tyle trwało...

- A facet sie­dział i ryso­wał różne nosy?

Annika wypiła łyk zim­nej już kawy i pokrę­ciła głową.

- Mają spe­cjalny pro­gram, kil­ka­set róż­nych nosów. Można je dowol­nie zmie­niać, powięk­szać, zmniej­szać...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki