Wtorek, 10 listopada
ANNIKA BENGTZON zatrzymała się w progu redakcji, zamrugała oczami w ostrym białym świetle jarzeniówek. Uderzyły ją znane dźwięki: szum
faksów, skanerów, lekkie uderzenia krótko obciętych paznokci o klawiaturę. Ludzie karmili maszyny tekstami, obrazami, literami,
poleceniami, napełniali ich cyfrowe brzuchy bez nadziei, że kiedykolwiek
się nasycą.
Zaczerpnęła tchu i ruszyła przed siebie. Przy stole redakcyjnym w dziale
wiadomości pracowano w milczącym skupieniu. Gwóźdź, szef wydania,
siedział z nogami skrzyżowanymi na stole i przeglądał papiery. Jego
zastępca przelatywał wzrokiem migoczący tekst na monitorze komputera i miał coraz bardziej czerwone oczy. Reuters, francuska agencja AFP,
Associated Press i TTA, i TTB, serwisy krajowe i zagraniczne, sport,
gospodarka, niekończący się strumień informacji i telegramów z całego
świata. Jeszcze nie było słychać podnieconych okrzyków, głośno
obwieszczanego entuzjazmu ani jęków przerażenia, bo gdzieś na świecie
stało się coś złego, ani przerzucania się argumentami za takim czy innym
pomysłem.
Minęła ich, nie zauważając nikogo. Sama też pozostała niezauważona.
I nagle głos, pytanie przecinające naelektryzowaną ciszę:
- Znów gdzieś jedziesz?
Wzdrygnęła się i odruchowo zrobiła krok w bok. Rzuciła Gwoździowi
niepewne spojrzenie, oślepiło ją światło energooszczędnej żarówki.
- W grafiku jest napisane, że po południu lecisz do Lule?.
Róg redakcyjnego stołu wbił jej się w udo, gdy zbyt gwałtownie skręciła
w stronę swojego szklanego boksu. Zatrzymała się i zamknęła na chwilę
oczy. Poczuła, jak torba ześlizguje się jej z ramienia, odwróciła się.
- Może, a co?
Ale Gwóźdź zdążył już zniknąć, zostawiając ją samą na środku
redakcyjnego morza, wśród rozbieganych spojrzeń i jęków elektroniki.
Oblizała wargi, podciągnęła torbę, poczuła ironiczne spojrzenia
przyklejone do jej nylonowej kurtki.
Rozwinąć żagle i przeć do przodu. Szklane akwarium było coraz bliżej.
Otworzyła rozsuwane drzwi i z ulgą skryła się za zmiętymi zasłonami.
Zasunęła drzwi i oparła głowę o chłodne szkło.
Pokój jej zostawili.
Trwałe elementy rzeczywistości nabierały z czasem coraz większego
znaczenia, czuła to wyraźnie. Zresztą nie odnosiło się to tylko do niej,
ale do większości ludzi. Gdy powstawał chaos, gdy wojna zmieniała
charakter, trzeba było spojrzeć w przeszłość i wyciągnąć wnioski.
Położyła torbę i kurtkę na kanapie dla gości i włączyła komputer.
Dziennikarstwo informacyjne wydało jej się nagle odległe, mimo że
przecież znajdowała się w samym środku jego pulsującego elektronicznego
serca. Sprawy, które dzisiaj były na ustach wszystkich, jutro zostaną
zapomniane. Nie miała siły śledzić informacji AP ENPS, informacyjnego
monstrum epoki cyfrowej.
Przeciągnęła ręką po włosach.
Może po prostu jest zmęczona?
Oparła brodę na dłoniach i czekała spokojnie, aż programy się załadują.
Potem wybrała potrzebne jej materiały. Uważała, że są interesujące;
niestety redakcyjna wełniana ławica nie zawsze podzielała jej entuzjazm.
Przypomniała sobie Gwoździa, jego głos unoszący się nad redakcyjnym
morzem.
Zebrała notatki i zaczęła szykować prezentację.
* * *
Klatka schodowa była pogrążona w mroku. Chłopiec zamknął za sobą drzwi i nasłuchiwał w napięciu. Na piętrze, na którym mieszkali Anderssonowie,
wiatr jak zwykle zawodził w nieszczelnych oknach, gdzieś grało radio.
Poza tym było cicho.
Jesteś cykor, pomyślał. Tu nic nie ma. Głupek.
Chwilę stał bez ruchu. W końcu zdecydowanym krokiem ruszył do wyjścia.
Prawdziwy wojownik nie przejmowałby się takimi pierdołami. On był w tym
mistrzem. Cruel Devil był bliski przeobrażenia się w Teslatron God.
Wiedział, że podczas walki nigdy nie wolno się wahać.
Otworzył bramę, żałosny jęk zawiasów. Niekończące się opady śniegu
sprawiły, że już po kilkudziesięciu centymetrach drzwi napotkały opór;
najwyraźniej nikt jeszcze nie odśnieżał. Sam prześlizgnął się z łatwością, ale plecak utknął w drzwiach; nieoczekiwane szarpnięcie
rozzłościło go tak bardzo, że omal się nie rozpłakał. Ciągnął, aż
poczuł, że coś pękło. Do diabła z tym!
Ruszył i natychmiast się poślizgnął, zamachał wściekle rękami, żeby
utrzymać równowagę. Wylądował na końcu schodków, spojrzał w górę przez
padające płatki śniegu i zamarł.
Niebo rozjaśniło niebieskie światło. Wirowało nad czarną otchłanią,
pojawiało się nad nią i znikało, pojawiało się i znikało.
Już tu są, pomyślał, i poczuł, jak coś go ściska za gardło. Są tu,
naprawdę.
Wstał i podszedł do zepsutej kosiarki, niemal niewidocznej pod śniegiem.
Czuł, jak mu wali serce, coraz szybciej i szybciej, łup, łup, łup.
Zacisnął powieki z całych sił.
Nie chciał widzieć. Nie odważy się podejść i spojrzeć z bliska.
Stał i nasłuchiwał. Czuł, jak żel w jego włosach sztywnieje na mrozie.
Płatki śniegu padały mu na nos. Dźwięki spowijała biała miękkość śniegu,
huk stalowni niemal tu nie docierał.
I wtedy usłyszał głosy. Ktoś rozmawiał. Odgłos silnika, samochód, jeden,
może dwa.
Otworzył oczy najszerzej, jak potrafił, i zerknął przez płot na boisko.
Policjanci, pomyślał. Policjanci nie są groźni.
Zanim odważy się wyjść na drogę, musi trochę ochłonąć. Rozejrzał się
ostrożnie.
Dwa radiowozy i karetka. Mężczyźni: pewni siebie, wyprostowani, szerocy
w ramionach. W mundurach, z pasami.
Broń, pomyślał chłopiec. Pistolety. Pach, pach i zostaje tylko popiół.
Stali i rozmawiali, chodzili, coś sobie pokazywali. Jeden z nich miał
taśmę, właśnie zaczął ją rozwijać. Jakaś dziewczyna zamknęła drzwi
karetki i usiadła na miejscu pasażera.
Spodziewał się, że zaraz usłyszy syrenę, ale nic takiego nie nastąpiło.
Nie ma sensu się spieszyć do szpitala.
Przecież on nie żyje, pomyślał chłopiec. Nie mogłem nic zrobić.
Teraz przyspieszający autobus było słychać wyraźniej. Zobaczył, jak
jedynka przejeżdża za płotem, i pomyślał, że, kurczę, uciekł mu autobus,
a facet od matmy zawsze się złości, kiedy ktoś się spóźnia.
Powinien się pospieszyć. Powinien biec.
Ale wciąż stał. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, może wiedziały, że nie
powinien wychodzić na drogę, bo mogą nadjechać samochody, te duże, w kolorze złota.
Padł na kolana, ręce mu drżały, zaczął płakać. Cykor, cykor. Ale nie
mógł przestać.
- Mamo - wyszeptał. - Nie chciałem na to patrzeć.
Redaktor naczelny Anders Schyman rozwinął wydruk z danymi o nakładzie
gazety i położył go przed sobą na stole konferencyjnym. Był podniecony,
dłonie miał lekko wilgotne. Wiedział, co za chwilę zobaczy. Znał wyniki
analiz i był poruszony. Aż się zarumienił.
To naprawdę działa. Poradzili sobie.
Powoli zaczerpnął powietrza. Położył dłonie na stole, wychylił się do
przodu i jeszcze raz spokojnie wszystko przemyślał.
Nowy kierunek działalności informacyjnej znalazł odzwierciedlenie
zarówno we wzroście nakładu, jak i w sytuacji finansowej. Miał to przed
sobą czarno na białym. Redakcja funkcjonowała, rozczarowanie po
wprowadzeniu oszczędności minęło, ludzie byli zmotywowani, zespół
zgrany.
Obszedł lśniący drewniany stół z orzecha, przeciągnął palcami po blacie.
Ładny mebel. Ale zasłużył na niego. Jego nowa polityka personalna
okazała się słuszna.
Ciekawe, czy ktoś inny by sobie z tym poradził, zastanawiał się. I wiedział, że nie. Jego kompetencje w końcu na coś się przydały.
Umowa, którą wynegocjował z drukarnią, obniżyła koszty o osiem procent.
W skali roku oznaczało to dla właścicieli koncernu milionowe
oszczędności. Koniunktura wpłynęła na obniżkę cen papieru, co w żadnej
mierze nie było jego zasługą, ale przyczyniło się do rozwoju firmy.
Zatrudnienie nowego szefa sprzedaży przyniosło wzrost liczby ogłoszeń. W ciągu ostatnich trzech kwartałów udało im się odebrać klientów zarówno
prasie porannej, jak i mediom elektronicznym.
A kto przeforsował zwolnienie starego ramola, który się zachowywał tak,
jakby nadal sprzedawał ogłoszenia w lokalnej gazecie w Bor?s?
Uśmiechnął się do siebie.
Najważniejszy jest jednak wzrost sprzedaży, między innymi wydań
specjalnych. Nie chciał się cieszyć na wyrost, żeby nie zapeszyć, ale
wyglądało na to, że za rok mogą przegonić "Konkurrenten". No, może
jeszcze nie za rok, ale za dwa na pewno.
Redaktor naczelny przeciągnął się, rozmasował dół kręgosłupa. Po raz
pierwszy od chwili, kiedy przeszedł do "Kvällspressen", był naprawdę
zadowolony. Tak właśnie wyobrażał sobie swoją pracę.
Zajęło mi to prawie dziesięć lat, pomyślał. Cholera.
- Mogę wejść? - spytała Annika Bengtzon przez redakcyjny telefon.
Schyman poczuł, że nagle serce zamiera mu w piersi, magia pryska. Wziął
kilka głębokich oddechów, wrócił do biurka, wcisnął czarny guzik i odpowiedział:
- Jasne.
Patrząc w stronę rosyjskiej ambasady, czekał, aż usłyszy za drzwiami
nerwowe kroki reporterki. Sukces gazety przyniósł mu szacunek
pracowników. Przestali go bez przerwy nachodzić w gabinecie, po części
wynikało to pewnie z nowej organizacji pracy. Czterech wszechmogących
kierowników wydania pracowało na zmiany, szefując wszystkim działom.
Dokładnie tak, jak to sobie wymyślił. Przekazanie władzy w dół nie
osłabiło go, ale paradoksalnie wzmocniło jego pozycję. Zamiast bez
przerwy besztać ludzi, sprawował teraz władzę przez swoich namiestników.
Annika Bengtzon, była szefowa działu kryminalnego, dostała propozycję
wejścia do czwórki. Odmówiła. Strasznie się wtedy pokłócili. Już
wcześniej dał jej do zrozumienia, że ma wobec niej poważne plany.
Widział ją w trójce swoich zastępców, chciał jak najszybciej włączyć ją
do specjalnego projektu, który miał przynieść dalszy rozwój gazety.
Stanowisko szefa wydania miało być jedynie pierwszym krokiem, ale Annika
się nie zgodziła.
- Nie zmuszę cię - powiedział jej wtedy, wyraźnie niezadowolony.
- Próbować zawsze możesz - odpowiedziała, patrząc na niego swoim
nieprzeniknionym wzrokiem.
Należała do tych niewielu osób, które nadal miały swobodny dostęp do
jego gabinetu. Jej szczególna pozycja wiązała się z medialnym cyrkiem,
który rozpętał się w Boże Narodzenie zeszłego roku. Jakiś szaleniec
wziął ją za zakładniczkę i przetrzymywał w tunelu. I wtedy sprzedaż
wreszcie przestała spadać, wszystkie analizy pokazywały to wyraźnie.
Czytelnicy wrócili do "Kvällspressen", zwabieni historią matki dwojga
dzieci, która przez całą noc była zakładniczką Zamachowca. Nic dziwnego,
że po tej historii długo obchodzono się z nią bardzo delikatnie. To, jak
sobie poradziła, i zainteresowanie mediów jej uwolnieniem zrobiło
wrażenie nawet na zarządzie. Nie tylko sobie poradziła, ale także
zażądała, żeby konferencja prasowa odbyła się w redakcji
"Kvällspressen". Prezesowi zarządu Hermanowi Wennergrenowi opadła
szczęka, kiedy zobaczył logo gazety w nadawanej na żywo audycji CNN.
Schyman doskonale pamiętał tę scenę. Stał w świetle reflektorów, tuż za
Anniką. A potem niekończące się powtórki we wszystkich kanałach.
Pamiętał, jak wpatrywał się w jej niesforną czuprynę, widział jej
sztywne ramiona. W telewizorze wyglądała blado, jakby jej się kręciło w głowie; na pytania odpowiadała monosylabami, poprawną szkolną
angielszczyzną. Na szczęście była opanowana. Żadnych gwałtownych
uczuciowych reakcji, powiedział Wennergren przez komórkę, rozmawiając z przedstawicielem właścicieli. Dzwonił z jego gabinetu.
Pamiętał też, jak się przeraził, gdy stojąc u ujścia tunelu, usłyszał
strzały. Tylko nie to, nie chcę martwej reporterki, pomyślał.
Odwrócił wzrok od bunkra ambasady rosyjskiej i usiadł na krześle.
- Któregoś pięknego dnia załamie się pod tobą - powiedziała Annika
Bengtzon, zasuwając za sobą drzwi.
Nie miał siły się roześmiać.
- Stać mnie na nowe. Gazeta chodzi jak w zegarku.
Annika rzuciła szybkie, nieco nieśmiałe spojrzenie na leżące na stole
tabelki. Schyman odchylił się do tyłu i przyglądał się jej uważnie.
Usiadła w jednym z jego obszernych foteli dla gości.
- Mam pomysł na nową serię artykułów - odezwała się po chwili, wbijając
wzrok w swoje notatki. - W przyszłym tygodniu przypada rocznica zamachu
na bazę F21 w Lule?. Pora podsumować to, co się wtedy stało, przedstawić
znane wszystkim fakty. Prawdę mówiąc, nie ma ich wiele, ale zamierzam
trochę poszperać. Minęło już co prawda trzydzieści lat, ale część z tych
ludzi nadal pracuje w lotnictwie. Może ktoś się zdecyduje coś
powiedzieć. Kto nie pyta, nie dostaje odpowiedzi...
Schyman pokiwał głową i skrzyżował ręce na brzuchu. Kiedy minęło
największe zamieszanie, Annika jeszcze na trzy miesiące została w domu.
Śmiała się, że ma urlop od komputera. Gdy w kwietniu wróciła do
redakcji, uparła się, że zostanie samodzielną reporterką. Od tamtego
czasu donosiła z różnych miejsc o aktach terroru. Jedenastego września
nadawała z Ground Zero. Pisała o bombie podłożonej w fińskim
supermarkecie, rozmawiała z ludźmi, którzy przeżyli zamach na Bali.
Właściwie nie było tego wiele. Teraz zamierzała wrócić do terroryzmu.
Pytanie brzmiało: czy temat jest dostatecznie nośny i czy należy go
poruszać właśnie teraz.
- Jasne - odpowiedział powoli. - To może być ciekawe. Odkurz nieco nasze
narodowe traumy: porwanie samolotu na lotnisku Bulltofta, wysadzenie w powietrze zachodnioniemieckiej ambasady, dramat na Norrmalmstorg...
- I zabójstwo Palmego. Tak, wiem. Ale z tych pięciu zdarzeń zamach na
F21 jest najmniej znany.
Annika pozwoliła, żeby kartka z notatkami spadła jej na kolana, i pochyliła się do przodu.
- Ministerstwo Obrony położyło na wszystkim łapę, powołują się na
tajemnicę państwową i tajny charakter sprawy. W tamtych czasach sztab
nie miał rzecznika prasowego i biedny szef floty powietrznej musiał
osobiście pofatygować się do dziennikarzy i wykrzyczeć, że muszą mieć
wzgląd na bezpieczeństwo kraju.
Schyman uznał, że może jej pozwolić mówić dalej.
- Co właściwie wiemy? - spytał.
Annika zerknęła w notatki najwyraźniej jedynie z poczucia obowiązku.
Wszystkie argumenty znała na pamięć.
- W nocy z siedemnastego na osiemnasty listopada 1969 roku na lądowisku
bazy F21 w Kallaxheden niedaleko Lule? doszło do eksplozji myśliwca typu
Draken. Jeden mężczyzna został poparzony. Obrażenia były na tyle
poważne, że zmarł - recytowała.
- Jeśli dobrze pamiętam, był to żołnierz służby zasadniczej.
- Zgadza się. Przetransportowano go śmigłowcem do Uppsali, do szpitala
akademii medycznej. Spędził tam tydzień, zawieszony między życiem a śmiercią, aż w końcu umarł. Rodzinie zakneblowano usta, ale kilka lat
później podniosła larum, ponieważ resort obrony nie wypłacił
odszkodowania.
- I nigdy nikogo nie złapano?
- Policja przesłuchała tysiące osób, Säpo zapewne jeszcze więcej. Wzięto
pod lupę wszystkie lewicowe organizacje z Norrbotten. I nic. Sytuacja
nie była prosta. Lewica zwarła szeregi. Nikt nic nie wiedział, nie padły
żadne nazwiska, zresztą wszyscy mieli pseudonimy.
Schyman uśmiechnął się z nostalgią. Sam przez jakiś czas występował jako
Per.
- Na dłuższą metę takich rzeczy nie da się ukryć.
- Nie do końca, to prawda, ale o ile wiem, nawet dzisiaj są w Lule?
ludzie, którzy nadal ukrywają się pod pseudonimami, jakich używali,
kiedy w latach sześćdziesiątych działali w ruchu lewicowym.
Jej nie było wtedy na świecie, pomyślał redaktor naczelny.
- Więc kto to zrobił?
- Co?
- Kto wysadził w powietrze samolot?
- Pewnie Rosjanie. Przynajmniej resort obrony tak uważa. Pamiętaj, że
wtedy wszystko wyglądało inaczej. Wyścig zbrojeń trwał w najlepsze,
zimna wojna też.
Zamknął na chwilę oczy, próbował przywołać w myślach obrazy z tamtych
czasów.
- Rozpętała się dyskusja na temat nadzoru nad obiektami wojskowymi -
przypomniał sobie nagle.
- Właśnie. Nagle opinia publiczna, to znaczy media, zaczęła żądać, żeby
każdy obiekt wojskowy w Szwecji był strzeżony lepiej niż sama żelazna
kurtyna. Było to oczywiście całkowicie nierealistyczne, ale rzeczywiście
zaostrzono przepisy. Po jakimś czasie na lotniskach wojskowych
wprowadzono wewnętrzne strefy bezpieczeństwa, a hangary otoczono wysoką
siatką i wyposażono w dodatkowe systemy alarmowe.
- I właśnie tam chcesz jechać? Z którym z szefów o tym rozmawiałaś?
Annika zerknęła na zegarek.
- Z Janssonem. Mam otwartą rezerwację na samolot, na dzisiaj. Chcę się
tam spotkać z dziennikarzem z "Norrlands-Tidningen". Facet dokopał się
podobno do nowych informacji, a w piątek wyjeżdża do
południowo-wschodniej Azji i wróci dopiero po Bożym Narodzeniu. Stąd ten
pośpiech. Muszę mieć twoją zgodę.
Schyman był coraz bardziej zirytowany. Może dlatego, że tłumaczyła się
tak niezręcznie.
- Nie mogłaś poprosić Janssona?
Annika zrobiła się czerwona.
- W zasadzie mogłam - przyznała, wytrzymując jego spojrzenie. - Ale sam
wiesz, jak jest. Jansson woli mieć twój podpis, żeby w razie czego nie
ponosić konsekwencji.
Schyman pokiwał głową.
Annika wyszła, ostrożnie zasuwając za sobą drzwi. Patrzył za nią dłuższą
chwilę. Jest nieprzewidywalna. Właściwie zawsze to wiedziałem, pomyślał.
Nie uznaje żadnych granic, nie ma instynktu samozachowawczego. Naraża
się w sposób dla większości ludzi niewyobrażalny. Jakby jej czegoś
brakowało. Jakby coś znikło gdzieś po drodze, zostało wyrwane z korzeniami. Otwarta rana z czasem się zabliźniła, ale Annika pozostała
wrażliwa na otaczający ją świat, na siebie samą. Zawsze dokładnie
przestrzegała prawa, jej drogowskazem w ciemności była prawda. Nie
potrafiła działać inaczej.
Niekiedy bywało to niewiarygodnie uciążliwe.
Euforia kierownika redakcji wywołana wzrostem sprzedaży podczas
pamiętnego Bożego Narodzenia szybko się skończyła, kiedy się dowiedział,
że Annika w areszcie przeprowadziła wywiad z mordercą. Spisała wszystko
na komputerze ofiary. Schyman przeczytał tekst i uznał go za prawdziwą
sensację. Ale Annika nie wyraziła zgody na publikację.
- Temu łajdakowi właśnie o to chodziło - stwierdziła. - Ponieważ to ja
mam do niego prawa, mogę się nie zgodzić.
I wygrała. Gdyby puścili artykuł mimo jej sprzeciwu, zaskarżyłaby ich.
Powiedziała to wyraźnie. Nawet jeśli w sądzie w końcu by wygrali, a zapewne tak by się stało, wolał nie rzucać jej wyzwania. Zwłaszcza że i tak dużo na tym wszystkim zyskali.
Nie jest głupia, pomyślał, ale możliwe, że straciła instynkt.
Wstał i wrócił do swoich tabelek.
Cóż, prędzej czy później przyjdzie czas na kolejne cięcia.
Zachodzące słońce zalewało pokład samolotu ognistą czerwienią, choć była
dopiero druga po południu. Annika usiłowała wypatrzyć szparkę w kłębach
bitej śmietany pod sobą, ale bez powodzenia. Siedzący obok niej tęgi
mężczyzna z westchnieniem rozłożył "Norrlands-Tidningen" i wbił jej
łokieć między żebra.
Annika zamknęła oczy, zapadła się w sobie. Jakby zaciągnęła firanki.
Miały stłumić szum wentylacji, złagodzić ból po uderzeniu, wyciszyć głos
kapitana informującego o temperaturze na zewnątrz i pogodzie w Lule?.
Przemieszczała się w przestrzeni z prędkością tysiąca kilometrów na
godzinę; skupiła się na ubraniu uciskającym jej ciało. Czuła się lekko
oszołomiona. Zaskoczyła ją własna reakcja na wysokie dźwięki, było to
dla niej nowe doświadczenie. Otwarte przestrzenie przerażały ją, małe
sprawiały, że zaczynała się dusić. Zauważyła, że jej postrzeganie
przestrzeni jest zakłócone. Miała kłopoty z oceną odległości; zawsze
była poobijana, wpadała na meble, ściany, samochody na ulicy, potykała
się o krawężniki. Czasem miała wrażenie, że brakuje jej tlenu. Inni go
zużyli, nie zostawiając nic dla niej.
Ale to nie było niebezpieczne. Wiedziała o tym; wiedziała, że musi po
prostu odczekać chwilę, że to minie: dźwięki i kolory powrócą. To nie
było niebezpieczne.
Odsunęła od siebie ponure myśli, pozwoliła się ukołysać. Broda opadła
jej na pierś i natychmiast zobaczyła anioły.
"Deszczowe włosy - śpiewały. - Światła promień i letniego wiatru
powiew...".
Wzdrygnęła się i usiadła przerażona, wyprostowała się tak gwałtownie, że
uderzyła o tackę. Sok pomarańczowy opryskał ścianę kabiny. Bicie serca
wypełniło jej głowę, zamykając dostęp wszystkim innym dźwiękom. Tęgi
mężczyzna coś powiedział, ale nie zrozumiała co.
Nic nie przerażało jej bardziej niż śpiew aniołów.
Dopóki trzymały się snów, było jej wszystko jedno. Ich głosy kołysały ją
do snu, pocieszały, zawodząc cicho. Słowa bez znaczenia, ale w jakiś
nieokreślony sposób piękne. Ostatnio jednak słyszała je także na jawie i to nie było przyjemne.
Otrząsnęła się, odchrząknęła, przetarła oczy.
Sprawdziła, czy sok nie zmoczył torby z komputerem.
Metalowy korpus samolotu przedzierał się przez masy chmur. Tuż przed
lądowaniem otoczyły go wirujące kryształki lodu. Przez zamieć dostrzegła
w oddali lodową szarość Zatoki Botnickiej, poprzetykaną gdzieniegdzie
wysepkami i skałami w różnych odcieniach brązu.
Lądowaniu towarzyszyły drgania i wstrząsy, podmuchy wiatru kołysały
maszyną.
Wyszła jako ostatnia. Przestępowała z nogi na nogę, czekając, aż tęgi
mężczyzna zdejmie z półki bagaż i zacznie się mozolnie ubierać. Potem
minęła go szybkim krokiem i z zadowoleniem zauważyła, że w kolejce do
wypożyczalni samochodów stoi za nią.
Z kluczykami w ręku minęła pospiesznie stojących przy wyjściu z lotniska
taksówkarzy: masa mężczyzn w ciemnych mundurach, śmiejących się głośno i bez skrępowania taksujących ewentualnych klientów.
Wyszła z terminalu i zaskoczyło ją zimno. Wciągnęła ostrożnie powietrze,
poprawiła torbę na ramieniu. Rząd granatowych taksówek przywołał
wspomnienie poprzedniego pobytu w tym mieście. Wtedy z Anne Snapphane
jechały do Pite?. To musiało być dobre dziesięć lat temu. Boże, jak ten
czas leci, pomyślała.
Parking znajdował się na dole, po prawej stronie za przystankiem
autobusowym. Jej goła dłoń, w której trzymała laptop, szybko zrobiła się
lodowata. Dźwięk dobiegający spod jej stóp przypominał chrzęst
potłuczonego szkła i budził jej czujność.
Szła do przodu, zostawiając za sobą wątpliwości i strach. Znów była w drodze, miała cel, robiła coś sensownego.
Samochód stał na samym końcu parkingu. Musiała odgarnąć śnieg z tablicy
rejestracyjnej, żeby się upewnić, że to ten.
Zmrok zapadał nieskończenie powoli, pochłaniając światło, które
właściwie nie zdążyło się na dobre przebić. Padający śnieg zacierał
kontury niskiego sosnowego lasu okalającego parking. Annika pochyliła
się do przodu i mrużąc oczy, wyjrzała przez szybę.
Lule?, Lule?. W którą stronę skręcić?
* * *
Gdy jechała długim mostem w stronę miasta, śnieżyca nagle ustała. Gdzieś
w oddali zamajaczyło ujście rzeki, białej, zamarzniętej. Przęsła mostu
zdawały się lekko falować. Powoli zza śniegu zaczęło się wyłaniać
miasto. Po prawej stronie wznosiły się czarne kontury fabryk.
Huta i port, w którym ładują rudę, pomyślała.
Gdy po chwili otoczyły ją zabudowania, zareagowała natychmiast. Déja vu.
Powróciły obrazy z dzieciństwa. Lule? to arktyczne Katrineholm.
Zimniejsze, bardziej szare i odludne. Niskie domy w rozmytych kolorach,
blacha, eternit, kamień albo cegła. Ulice szerokie, ruch niewielki.
Bez trudu znalazła Hotel Miejski. Stał przy Storgatan, głównej ulicy,
tuż obok ratusza. Ze zdziwieniem zauważyła, że na parkingu przed
wejściem są wolne miejsca.
Z pokoju rozciągał się widok na teatr i zatokę, dziwnie bezbarwną, jakby
ołowianoszara powierzchnia wody wchłonęła całe światło. Annika odwróciła
się plecami do okien. Torbę z laptopem oparła o drzwi łazienki, wyjęła
szczoteczkę do zębów, położyła ubrania na łóżku, żeby nie nosić
wszystkiego ze sobą.
Usiadła przy biurku i z hotelowego telefonu zadzwoniła do redakcji
"Norrlands-Tidningen". Usłyszała sygnał, czekała. Już miała odłożyć
słuchawkę, kiedy usłyszała znudzony kobiecy głos.
- Szukam Benny'ego Eklanda - powiedziała, wyglądając przez okno. Zdążyło
się już całkiem ściemnić. Przez kilka sekund wsłuchiwała się w niemy
szum w słuchawce.
- Halo? Czy zastałam Benny'ego Eklanda? Halo?
- Halo - odpowiedziała kobieta cicho.
- Mieliśmy się spotkać w tym tygodniu. Jestem Annika Bengtzon -
przedstawiła się. Wstała i zaczęła szukać w torbie czegoś do pisania.
- Nie słyszała pani? - spytała kobieta.
- O czym?
Annika sięgnęła po notatki.
- Benny nie żyje. Dzisiaj rano dostaliśmy wiadomość.
W pierwszym odruchu Annika chciała się roześmiać, rzucić coś w rodzaju:
takie żarty są wysoce niestosowne, ale powstrzymała się.
- Co pani mówi? - powiedziała ze złością.
- Nie wiemy, co się właściwie stało. Podobno wypadek. Wszyscy jesteśmy w szoku - odpowiedziała kobieta zduszonym głosem.
Annika zastygła. Z notatkami w jednej ręce, słuchawką i ołówkiem w drugiej przyglądała się swojemu odbiciu w szybie. Przez chwilę miała
wrażenie, jakby nadal unosiła się w powietrzu.
- Halo? - usłyszała głos kobiety. - Połączyć panią z kimś?
- Ja... - zaczęła Annika. - Bardzo mi przykro - dokończyła po chwili. - Co
się właściwie stało? - spytała, przełykając ślinę.
- Nie wiem - odpowiedziała kobieta przez łzy. - Przepraszam, ale muszę
odebrać drugi telefon, a potem idę do domu. To był straszny dzień,
straszny...
Znów słychać było tylko szum. Annika się rozłączyła. Położyła się na
łóżku i usiłowała powstrzymać nagłe mdłości. Na nocnym stoliku zauważyła
książkę telefoniczną. Sięgnęła po nią, znalazła numer komisariatu,
wybrała go i połączyła się z Centrum Prawnym.
- Chodzi o tego dziennikarza, tak? - upewnił się dyżurny, gdy spytała o Benny'ego Eklanda. - Jakiś wypadek, w okolicach Svartöstaden. Komisarz
Suup z wydziału kryminalnego będzie wiedział więcej.
Annika zakryła dłonią oczy. Czekając, aż dyżurny ją przełączy,
wsłuchiwała się w odgłosy hotelu: płynącą w rurach wodę, hałasujący
gdzieś na zapleczu wentylator i dochodzące z sąsiedniego pokoju odgłosy
spółkowania na płatnym kanale.
Komisarz Suup z wydziału kryminalnego zdawał się być w wieku, kiedy już
niewiele może człowieka zadziwić.
- Przykra historia - westchnął ciężko. - Przez ostatnie dwadzieścia lat
rozmawialiśmy ze sobą niemal codziennie. Ciągle wydzwaniał, ciągle
chciał coś wiedzieć. O wszystko nas wypytywał, wszystko sprawdzał,
wnikał w rzeczy, które tak naprawdę nie powinny go obchodzić. Słuchaj,
Suup, mówił do mnie. Coś mi się tu nie zgadza. Może byś to sprawdził? Co
wy tam robicie całymi dniami? Stołki wam się do tyłków poprzyklejały? -
Komisarz roześmiał się smutno.
Annika przeciągnęła dłonią po czole; zza ściany usłyszała jęk gwiazdy
porno udającej orgazm.
- Będzie mi go brakować - odezwał się Suup po dłuższej chwili.
- Byłam z nim umówiona. Mieliśmy porozmawiać i porównać to, czego się
dowiedzieliśmy. Co było przyczyną śmierci?
- Nie ma jeszcze raportu z sekcji. Nie chcę zgadywać, jaka była
bezpośrednia przyczyna.
Ostrożność policjanta zaniepokoiła ją.
- Ale co się stało? Został zastrzelony? Cios nożem?
Komisarz westchnął ciężko.
- Cóż, wkrótce i tak wszyscy się dowiedzą. Podejrzewamy, że ktoś w niego
wjechał.
- Zginął w wypadku samochodowym? Wpadł pod samochód?
- Przejechał go jadący z nadmierną prędkością pojazd, najprawdopodobniej
duży samochód osobowy. W porcie znaleźliśmy skradzione volvo z uszkodzoną karoserią. Możliwe, że prowadził je sprawca.
Annika zrobiła kilka kroków, sięgnęła po torbę i wyjęła z niej bloczek.
- Kiedy będziecie wiedzieć na pewno?
- Wczoraj je tu przyholowaliśmy. Technicy już się nim zajęli. Jutro albo
w środę powinienem wiedzieć coś więcej.
Annika usiadła na łóżku z bloczkiem na kolanach. Próbowała coś zapisać,
ale zsunął jej się z nóg.
- Wiecie, kiedy to się stało?
- W niedzielę wieczorem albo wcześnie rano w poniedziałek. W niedzielę
widziano go w pubie, pewnie wrócił do domu autobusem...
- Mieszkał w...
- W Svartöstaden. Tam się chyba urodził.
Długopis zastrajkował. Annika zaczęła kreślić koła, żeby znów zaczął
pisać.
- Kto go znalazł i gdzie?
- Ciało leżało przy parkanie od strony nasypu, naprzeciwko huty żelaza.
Przeleciał w powietrzu jak rękawiczka. Zawiadomił nas facet, który rano
skończył zmianę.
- Sprawca zwiał i ślad po nim zaginął?
- Samochód został skradziony w Bergnäs, w sobotę...
Komisarz zamilkł. Annika znów słyszała tylko jednostajny szum. Sąsiad
zmienił kanał na MTV.
- A co pan osobiście o tym sądzi? - spytała po chwili.
- Pewnie jakiś narkoman, ale proszę mnie nie cytować. Naćpali się, było
ślisko, potrącili go i zwiali. Zabili człowieka. Złapiemy ich. Może pani
być tego pewna.
Annika usłyszała głosy w tle. Był normalny dzień pracy, współpracownicy
domagali się uwagi komisarza.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Pracował pan w Lule? w listopadzie 1969
roku?
Roześmiał się.
- Jestem na tyle stary, że rzeczywiście mógłbym, ale wybuch w F21 mnie
ominął. Mieszkałem wtedy w Sztokholmie. Przyjechałem tu w maju 1970
roku.
Kiedy Annika włożyła kurtkę i rękawiczki, zadzwoniła jej komórka. Numer
zastrzeżony, wyświetliło się na ekranie. To znaczy, że albo z redakcji,
albo Thomas, albo Anne Snapphane.
Zawahała się, wcisnęła "odbierz" i zamknęła oczy.
- Siedzę właśnie na swoim dyrektorskim krześle z Ikei i trzymam nogi na
blacie biurka Priorytet. A ty gdzie jesteś? - powitała ją Anne.
Annika odprężyła się: żadnego poczucia winy, żadnych żądań.
- Tajemnica - odpowiedziała, pozwalając kurtce i rękawiczkom opaść na
podłogę. - Co powiedział lekarz?
Przyjaciółka westchnęła ciężko.
- Sprawiał wrażenie bardziej zmęczonego ode mnie, ale nawet go rozumiem.
Chodzę do niego już dziesięć lat, każdy byłby wykończony. Ale ja
przynajmniej wiem, że jestem hipochondryczką.
- Hipochondrycy też mogą mieć raka mózgu - wtrąciła Annika.
Ciszę na linii zastąpiło przerażenie.
- Do licha! Nigdy o tym nie pomyślałam - odezwała się przyjaciółka po
dłuższej chwili.
Annika roześmiała się, przepełniła ją fala radosnego ciepła.
- To co mam, do diabła, robić? Jak mam się nie stresować, skoro jutro
jest konferencja prasowa, na której mam prezentację? Mam przedstawić
profil właściciela, zapewnić obsługę techniczną, załatwić pozwolenie na
emisję i inne takie bzdury.
- Dlaczego ty? - dopytywała się Annika. - Jesteś szefem programowym.
Niech twój zastępca się tym zajmie.
- Jest w Nowym Jorku. Posłuchaj i powiedz, co o tym sądzisz: TV
Scandinavia jest własnością konsorcjum, w skład którego wchodzą
amerykańscy inwestorzy z wieloletnim doświadczeniem w kierowaniu
stacjami telewizyjnymi. Zamierzamy nadawać w systemie cyfrowym w Finlandii, Danii, Norwegii i Szwecji. Siedziba firmy i studia będą się
mieścić w Sztokholmie. Właściciele oceniają, że kraje skandynawskie i Finlandia, z łączną liczbą widzów odpowiadającą mniej więcej jednej
dziesiątej liczby widzów w Stanach Zjednoczonych, są potencjalnie
interesującą widownią. Minister kultury Karina Björnlund w styczniu
zaproponuje, żeby sieć cyfrowa działała na takich samych zasadach jak
pozostałe podmioty na tym rynku. Rozdział koncesji znajdzie się więc w gestii Poczty Szwedzkiej. I co ty na to?
- Straciłam wątek po konsorcjum - przyznała Annika szczerze. - Nie
możesz tego skrócić?
Anne Snapphane westchnęła ciężko.
- Nie masz pojęcia, jaki się zrobi szum. Rzucamy wyzwanie wielkim
kanałom, to będzie rewolucja. Będziemy nadawać w sieci, co pozwoli nam
dotrzeć do wszystkich gospodarstw w Skandynawii. Wszyscy nas
znienawidzą.
- Nie wspominaj o tym - przestrzegła ją Annika, zerkając na zegarek. -
Opowiedz o programach dla dzieci, które przygotowaliście, o tym, że
stawiacie na programy oświatowe, na kulturę, na programy informacyjne i własne filmy dokumentalne o Trzecim Świecie.
- Ha, ha, ha, bardzo zabawne - skwitowała Anne kwaśno.
- Muszę lecieć.
- A ja muszę się napić - odparowała przyjaciółka.
Redakcja "Norrlands-Tidningen" zajmowała trzy piętra kamienicy stojącej
między ratuszem a rezydencją wojewody. Annika spojrzała w górę na żółtą
ceglaną fasadę budynku, zapewne z lat pięćdziesiątych.
Równie dobrze mogła to być redakcja "Katrineholms-Kuriren", budynki były
niemal identyczne. Wrażenie to pogłębiło się, kiedy nachyliła się w stronę szklanych drzwi, zasłoniła dłońmi oczy, chroniąc je przed rażącym
światłem umieszczonej nad drzwiami lampy, i zajrzała do recepcji. Wydała
się jej pusta i ponura. Podświetlony napis "Wyjście awaryjne" rzucał
zielony cień na stojak z gazetami i krzesła dla gości.
W głośniku nad przyciskiem "Recepcja" coś zatrzeszczało.
- Tak?
- Annika Bengtzon z redakcji "Kvällspressen". Byłam umówiona z Bennym
Eklandem, ale właśnie się dowiedziałam, że nie żyje.
Cisza wypełniła zimowy mrok. Annika spojrzała na niebo. Chmury się
rozproszyły, pokazały się gwiazdy. Temperatura szybko spadała, Annika
potarła dłonie w rękawiczkach.
- Tak? - zatrzeszczało znów w głośniku. Podejrzliwość zagłuszyła kiepską
technikę.
- Miałam mu przekazać materiały, zamierzaliśmy przedyskutować kilka
spraw.
Tym razem odpowiedź padła szybko.
- W zamian za co?
- Proszę mnie wpuścić, to porozmawiamy.
Trzy sekundy wahania, cichy szum i Annika otworzyła drzwi. Uderzył ją
powiew ciepłego powietrza wymieszanego z kurzem. Zaczekała, aż drzwi się
za nią zamkną, a oczy przyzwyczają do zielonego światła.
Prowadzące do redakcji schody znajdowały się po lewej stronie;
zniszczone szare linoleum z gumowymi listwami.
Przy kopiarce czekał na nią potężnie zbudowany mężczyzna w białej
koszuli. Rozjeżdżała mu się w pasie. Miał czerwoną twarz i oczy.
- Proszę przyjąć wyrazy współczucia - powiedziała Annika, wyciągając do
niego rękę. - Benny Ekland był legendą. Także u nas.
Mężczyzna skinął głową i przedstawił się: Pekkari, szef nocnej zmiany.
- Mógł dostać pracę w każdej gazecie, w Sztokholmie, gdziekolwiek, ale
zawsze odmawiał, chciał pracować tutaj.
Annika usiłowała się uśmiechnąć, żeby zatuszować swoje niewinne kłamstwo
sprzed chwili.
- Wiem - wymamrotała.
- Napije się pani kawy?
Poszła za nim do niewielkiej kuchenki, małego pomieszczenia bez okna z kuchenną płytą wciśniętą między sobotni dodatek a środkową stronę
dziennika.
- To pani ugrzęzła w tym tunelu - nie tyle spytał, ile stwierdził.
Annika skinęła głową i zdjęła kurtkę, a mężczyzna zaczął lać gęsty jak
smoła płyn do dwóch niezbyt czystych kubków.
- Jakimi materiałami mieliście się wymienić? - spytał w końcu.
Podał jej miseczkę z cukrem, Annika podziękowała gestem.
- Ostatnio sporo pisałam o terroryzmie. W zeszłym tygodniu rozmawiałam z nim o zamachu w F21. Mówił, że wpadł na jakiś trop. Miało to być coś
naprawdę ważnego.
Szef nocnej zmiany postawił miseczkę z cukrem na stole i poplamionymi
nikotyną palcami zaczął wyjmować kostki.
- Daliśmy to w piątek.
Annika była zdziwiona. Nie słyszała, żeby gdziekolwiek ukazał się taki
materiał. Pekkari wrzucił do kubka trzy kostki cukru.
- Wiem, co pani myśli - powiedział. - Ale pani pracuje w gazecie
ogólnokrajowej, nie ma pani pojęcia, jak funkcjonuje prasa lokalna.
Agencje interesują się tylko Sztokholmem. Nasze artykuły są dla nich
gówno warte.
Nieprawda, odezwał się głos w jej głowie. To zależy od jakości tekstu.
Ale nie powiedziała tego głośno. Spuściła wzrok i wpatrywała się we
własne kolana.
- Pracowałam kiedyś w "Katrineholms-Kuriren". Wiem, jak to jest -
powiedziała.
Pekkari otworzył szeroko oczy.
- To może pani zna Mackego?
- Z działu sportowego? Jasne. To instytucja. - Nieznośny alkoholik. Już
wtedy taki był, pomyślała, uśmiechając się do rozmówcy.
- Co miała mu pani dać? - spytał Pekkari, siorbiąc kawę.
- Głównie materiały z lat siedemdziesiątych, teksty, trochę zdjęć.
- Wszystko jest w sieci - stwierdził Pekkari.
- Tego nie ma.
- A nie chciała pani przypadkiem podebrać mu tematu?
Jego oczy przyglądały się jej bacznie znad kubka. Wytrzymała jego
spojrzenie.
- Mam wiele talentów, ale w myślach nie czytam. To Benny do mnie
zadzwonił. Skąd miałabym wiedzieć, nad czym pracował?
Szef nocnej zmiany wziął kolejną kostkę cukru i zaczął ją ssać. Popijał
kawą i zastanawiał się.
- Ma pani rację - stwierdził po dłuższej chwili, przełykając głośno. -
Czego pani potrzebuje?
- Muszę zdobyć artykuły Benny'ego o terroryzmie i przeczytać je.
- Proszę iść do archiwum i pogadać z Hansem.
Redakcyjne archiwa w całej Szwecji wyglądają tak samo, pomyślała. Hans
Blomberg też nie odbiegał wyglądem od przeciętnego archiwisty. Mały,
zakurzony mężczyzna w szarym swetrze, w okularach i z resztką włosów
zaczesanych na pożyczkę. Nawet tablica informacyjna na ścianie wyglądała
tak, jak się spodziewała. Wisiał na niej dziecięcy rysunek
przedstawiający żółtego dinozaura i cytat: "Zamiast PIĘKNY wolałbym być
BOGATY". I jeszcze kalendarz, w którym ktoś odliczał dni do jakiejś
bliżej nieokreślonej daty. Napisał: "WYTRZYMAJ!".
- Benny był cholernie uparty - westchnął starszy pan, siadając przed
komputerem. - Nigdy się nie poddawał. Produkował niezliczoną ilość
materiałów, jakby miał biegunkę. Zna pani ten typ?
Spojrzał na nią znad okularów. Annika nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Benny nie żyje, a o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale. Czasem
jednak można chyba pozwolić sobie na szczerość, prawda? - spytał, mrużąc
oczy, jakby z przyzwyczajenia.
- Rozumiem, że jego śmierć jest dla redakcji dotkliwą stratą -
powiedziała Annika.
Hans Blomberg westchnął.
- Był naszą gwiazdą, ulubieńcem szefów, obiektem nienawiści kolegów. To
był facet, który wpadał do redakcji i wołał: "Zróbcie mi miejsce na
pierwszej stronie, bo dzisiaj stanę się nieśmiertelny!".
Annika wybuchnęła śmiechem. Nie on jeden, pomyślała, a przed oczami
stanął jej Carl Wennergren.
- A teraz proszę mi powiedzieć, czego właściwie pani szuka.
- Serii artykułów o terroryzmie, przede wszystkim ostatniego tekstu o F21.
Archiwista podniósł głowę, w jego oczach pojawił się błysk.
- No proszę, kto by pomyślał, że taka miła dziewczyna interesuje się
takimi niebezpiecznymi sprawami.
- Nie przesadzaj, wujku - odpowiedziała Annika. - Mam męża i dwójkę
dzieci.
- Rozumiem, feministka. Wydruk czy wycinki?
- Najchętniej wycinki, jeśli to nie za duży kłopot.
Mężczyzna westchnął i znów wstał.
- Tyle się mówi o tych komputerach, że niby to takie ułatwienie, ale to
nieprawda. Podwójna praca. Tak to jest z tą komputeryzacją - powiedział.
Zniknął wśród metalowych szafek, mamrocząc "t, t, terroryzm". Wyciągnął
jakąś szufladkę, znów westchnął.
- Ha - odezwał się kilka sekund później, wyciągając triumfalnie brązową
kopertę. Cienkie włosy spadły mu z czubka głowy, obnażając łysinę. -
Terroryzm a la Ekland. Może pani tu usiąść. Nie wychodzę przed szóstą.
Annika wzięła kopertę, otworzyła ją wilgotnymi palcami i podeszła do
wskazanego biurka. Wycinki miały zdecydowaną przewagę nad wydrukami. Na
monitorze komputera wszystkie teksty wyglądały mniej więcej tak samo:
teksty były jednakowej długości, zdjęcia małe. Na stronie gazety teksty
i zdjęcia żyły, łapały oddech, tytuły krzyczały albo wdzięczyły się do
czytelników. Już sam wybór czcionki wiele mówił o tym, co redaktor
chciał zasygnalizować czytelnikowi. Wielkość zdjęcia, obróbka i jakość
techniczna mówiły jeszcze więcej: wskazywały, czy informacje zawarte w tekście oceniono jako istotne, czy to, co się stało, uznano za
wyjątkowe, czy po prostu za jedno z wielu zdarzeń. Wszystkie te zabiegi,
będące owocem zawodowego kunsztu całej masy ludzi, na monitorze
komputera przestawały się liczyć.
Tutaj miała do czynienia z prawdziwym dziennikarstwem.
Wycinki były posortowane według dat, najstarsze na wierzchu. Pierwszy
tekst został opublikowany pod koniec kwietnia i dotyczył pikantnych
szczegółów z historii szwedzkiego terroryzmu. Opowiadał między innymi o wynalazcy i doktorze filozofii Martinie Ekenbergu z Töreboda, który miał
na koncie tylko jeden wynalazek: list z bombą. Annika przetarła oczy ze
zdumienia, kiedy stwierdziła, że w kilku miejscach Ekland użył dokładnie
takich samych sformułowań jak ona kilka tygodni wcześniej w artykułach
na ten sam temat. Najwyraźniej szukał inspiracji w tekstach kolegów,
pomyślała.
Przerzuciła stos wycinków. Część była stara, ich treść była jej dobrze
znana. Inne zawierały nowe informacje. Z coraz większym zainteresowaniem
czytała o zamieszaniu na północy, w Norrbotten, wiosną 1987 roku, kiedy
to wojsko dzień i noc poszukiwało wśród szkierów okrętów podwodnych i żołnierzy obcych armii. Plotka głosiła, że szwedzki oficer postrzelił w nogę rosyjskiego nurka. Pies oficera zaczął nagle szczekać, węszył w kierunku krzaków. Oficer oddał strzał, a potem znaleziono tam ślady
krwi; prowadziły na brzeg i kończyły się w wodzie. Benny Ekland
ograniczył się do opowiedzenia anegdotki, nadal żywej wśród miejscowej
ludności. To, co naprawdę się wtedy wydarzyło, zdawało się mniej go
interesować. Zacytował krótką wypowiedź przedstawiciela sztabu armii,
który zwrócił uwagę, że ogólna atmosfera końca lat osiemdziesiątych była
inna niż obecna, że wszystkim się zdarza popełniać błędy, także
szwedzkiemu wojsku, i że właściwie nigdy do końca nie stwierdzono, czy
na tym terenie kiedykolwiek doszło do naruszenia wód terytorialnych.
Na samym spodzie znalazła artykuł, którego szukała. To, co w nim
przeczytała, było dla niej nowością.
Pod koniec lat sześćdziesiątych stare maszyny floty powietrznej
stacjonującej w Norrbotten, tak zwane lanseny, zostały wymienione na
nowoczesne drakeny, pisał Eklund. Wtedy właśnie baza lotnicza
kilkakrotnie padła ofiarą sabotażu: ktoś włożył zapałki do rurek Pitota.
Były to niewielkie rurki, przypominające nieco strzały, umieszczone z przodu maszyny, służące przede wszystkim do pomiaru prędkości.
Wszyscy uznali za oczywiste, że stoi za tym lewica. Głównymi
podejrzanymi były organizacje maoistowskie. Uszkodzenia nigdy nie
okazały się naprawdę poważne, nigdy też nie złapano nikogo na gorącym
uczynku. Eklund cytował jednak tajne źródła z F21, potwierdzające, że te
mało znaczące akty sabotażu były wstępem do późniejszego zamachu.
Maoiści odkryli coś, co okazało się tragiczne w skutkach.
Po każdym locie, gdy maszyny stały już na lądowisku, na płytę za
samolotem wylewano środki absorbujące lub stawiano wiadro ze stali
nierdzewnej. Silniki nie spalały całego paliwa i po każdym locie trzeba
było opróżnić zbiornik.
Wieczorem w dniu, kiedy doszło do zamachu, czyli osiemnastego listopada
1969 roku, cała flotylla uczestniczyła w wieczornym locie. Terroryści
uderzyli, kiedy maszyny wróciły na lotnisko.
Zamiast jednak jak zwykle włożyć zapałki w rurki Pitota, wrzucono
płonące zapałki do wiader z resztkami paliwa. Natychmiast doszło do
potężnego wybuchu.
Mając na uwadze to, co się działo wcześniej, najprościej było przyjąć,
że również za tą akcją stały ugrupowania maoistyczne. Różnica polegała
na tym, że tym razem były ofiary śmiertelne, pisał Ekland.
Pisze beznadziejnie, stwierdziła Annika. Ale sprawa wydaje się cholernie
interesująca.
- Mogę dostać kopię? - spytała.
Archiwista nie spuszczał wzroku z monitora, jego palce nie przestały
tańczyć po klawiaturze.
- Zaciekawił panią?
- Owszem. To dla mnie coś nowego. Może warto pociągnąć ten temat.
- Kopiarka stoi przy schodach. Proszę ją ładnie poprosić i pogłaskać, to
może zadziała.
Mężczyzna niemal unosił się bezgłośnie nad czarnymi ulicami. Ból został
poskromiony, ciało znów miał sprawne. Jego myśli odbijały się echem od
zmarzniętych ścian.
Miasto Lule? z upływem czasu się skurczyło.
Pamiętał je sprzed lat. Duże, tętniące życiem i handlem, pewne siebie,
dumne.
Teraz nie czuł tej pewności. Może nigdy jej nie było? To miasto nie
miało potencjału. Główna ulica została zamknięta dla ruchu kołowego i zmieniła się w długi, nudny, smagany wiatrem, okolony karłowatymi
brzózkami plac rozrywki. Tutaj ludzie odbierali nagrodę za swój trud,
tutaj mogli się zająć konsumpcją i zapomnieć o strachu.
Przekleństwo wolności, pomyślał. Przeklęty człowiek renesansu obudził
się pewnego ranka w XIII wieku we Florencji i wynalazł kapitalizm.
Siadając na łóżku, pojął możliwości swojego ego, zrozumiał, że państwo
jest organizmem, który można nie tylko kontrolować, ale którym można też
manipulować.
Mężczyzna usiadł na ławce przed biblioteką, by nieco ochłonąć z morfinowego rauszu. Wiedział, że nie powinien długo siedzieć na takim
mrozie, ale akurat w tej chwili chłód mu nie przeszkadzał.
Chciał siedzieć i patrzeć na swoją świątynię, na budynek, w którym
założył swoją dynastię. Na tę brzydką kamienicę na rogu ulicy bez nazwy,
która tu, na ziemi, była jednym z jego domów. W środku paliło się
światło. Pewnie odbywało się jakieś zebranie, jak wtedy.
Ale takich spotkań jak nasze już nigdy nie będzie, pomyślał.
Z budynku wyszły dwie młode kobiety. Zatrzymały się na chwilę w holu
przy tablicy i pilnie studiowały ogłoszenia.
Może jeszcze jest otwarte, pomyślał lekko zamroczony. Może wejść?
Dziewczyny rzuciły mu szybkie ukradkowe spojrzenie, kiedy minęli się
kilka metrów od drzwi. Jak zwykle na prowincji, pomyślał. Nie znamy go,
więc udajemy, że go nie ma. Pomyślał, że w większych miastach ludzie się
nie zauważają. To mu odpowiadało.
Biblioteka rzeczywiście była otwarta. Stanął na środku holu i pozwolił
wrócić wspomnieniom. Czas przestał istnieć. Znów miał dwadzieścia lat,
było lato, upał, a obok niego stała jego dziewczyna, jego ukochana
Czerwona Wilczyca, której wszystko miało się powieść bardziej, niż
ktokolwiek przypuszczał. Przyciągnął ją do siebie, objął i poczuł zapach
henny w jej miedzianoczerwonych włosach. Nie mógł powstrzymać szlochu.
Nagły przeciąg wokół nóg przywrócił mu poczucie rzeczywistości.
- Coś się stało? Potrzebuje pan pomocy?
Jakiś starszy mężczyzna przyglądał mu się z niepokojem.
Zdawkowa troska, pomyślał. Pokręcił głową i przełknął swoją francuską
odpowiedź.
Hol ukazał mu się w całej swej pretensjonalnej krasie. Starszy pan
ruszył dalej, wszedł tam, gdzie było ciepło, zostawiając go sam na sam z tablicą ogłoszeń: Salon Literacki, jasełka, koncert H?kana Hageg?rda i festiwal feministyczny.
Wyrównał oddech i przygładził włosy. Ostrożnie zrobił krok w stronę
wewnętrznych drzwi, dyskretnie zajrzał przez szklaną taflę do środka. Po
chwili szedł szybkim krokiem przez hol, a potem na dół, tylnymi
schodami.
Boże, pomyślał, znów tu jestem. Naprawdę tu jestem.
Spojrzał na zamknięte drzwi, przywołał w pamięci obraz tego, co się za
nimi kryło. Pamiętał to dokładnie: dębowe panele, kamienne stopnie,
składane stoliki, kiepskie oświetlenie. Uśmiechnął się na wspomnienie
własnego cienia, obrazu młodego mężczyzny, który rezerwował lokal w imieniu Towarzystwa Wędkarskiego, a potem organizował trwające do późnej
nocy spotkania maoistów.
Dobrze zrobił, że tu przyjechał.
Środa, 11 listopada
ANDERS SCHYMAN włożył marynarkę i wypił ostatni łyk kawy. Ciemność
zmieniła szyby w lustra. Poprawił kołnierz widoczny na tle zarysu
rosyjskiej ambasady. Potem stał jeszcze chwilę, wpatrując się w dziury w miejscu, gdzie powinny być jego oczy.
Nareszcie, pomyślał. Przestał być jedynie przydatnym kretynem, mógł
zacząć działać. Na rozpoczynającym się za kwadrans zebraniu zarządu
zostanie w końcu zaakceptowany, zyska szacunek.
Więc dlaczego nie był w euforii? Nie był zadowolony? Co się stało z nerwowym szczęściem, które odczuwał, gdy przed chwilą patrzył na leżące
przed nim słupki i tabelki?
Przyglądał się swoim oczom, ale nie znalazł w nich odpowiedzi.
- Anders - zatrzeszczał głos w telefonie. - Herman Wennergren jest w drodze na górę - poinformowała go sekretarka, wyraźnie podniecona.
Czekając na prezesa zarządu, poczuł, że dzień zaczyna nabierać tempa.
- Jestem pod wrażeniem - oświadczył Wennergren z tym swoim
charakterystycznym chrząknięciem, chwytając jego dłoń w obie ręce. -
Czyżbyś znalazł czarodziejską różdżkę?
Przez te wszystkie lata prezes zarządu rzadko komentował pracę redakcji.
Gdy wyniki okazały się o czternaście procent lepsze, niż zakładano,
nakład wzrastał, a dystans do "Konkurrenten" malał, zaczynał się
rozglądać za czarodziejską różdżką.
Anders się roześmiał i wskazał mu miejsce na kanapie dla gości. Usiedli
naprzeciwko siebie.
- Wprowadziliśmy zmiany strukturalne, które najwyraźniej zdały egzamin -
stwierdził Schyman, uważając, żeby nie wymienić nazwiska Torstenssona,
swojego poprzednika i dobrego znajomego Wennergrena.
- Kawa? Może lekki lunch?
Prezes uniósł dłoń w odmownym geście.
- Zebranie będzie krótkie. Muszę niedługo wyjść, mam jeszcze kilka spraw
do załatwienia - powiedział, zerkając na zegarek. - Ale jest coś, o czym
chciałbym z tobą porozmawiać. Sprawa jest dość pilna.
Schyman usiadł wygodniej, podparł kręgosłup poduszką i przybrał obojętny
wyraz twarzy.
- Działałeś kiedyś w TU? - spytał Wennergren, przyglądając się swoim
paznokciom.
Schyman drgnął. Nie miał wiele wspólnego z TU, szwedzkim Stowarzyszeniem
Wydawców Prasy.
- Byłem zastępcą członka zarządu, to wszystko.
- Ale wiesz, na czym to polega? Rozmowy na korytarzach. Zakulisowe gry.
Wennergren potarł paznokciem o lewą nogawkę spodni; przyglądał mu się
spod krzaczastych brwi.
- Nie mam właściwie żadnych takich doświadczeń - powiedział Schyman,
czując, że stąpa po kruchym lodzie. - Mam wrażenie, że to dość
skomplikowane sprawy. Oczekuje się, że właściciele koncernów prasowych,
którzy na co dzień ostro ze sobą konkurują, nagle usiądą obok siebie i wspólnie zaczną rozwiązywać problemy. To nie takie proste.
Herman Wennergren pokiwał powoli głową i zaczął czyścić paznokcie.
- To prawda. Koncerny prasowe, wydawnictwa Bonniers i Schibsted, prasa
lokalna, między innymi göteborski "Hjörnes", "Nerikes Allehanda" i filia
w Jönköpingu, no i oczywiście my. Dużo różnych interesów do pogodzenia.
- Czasem jednak coś się udaje, jak w przypadku podatku od reklam -
wtrącił Schyman.
- To prawda - zgodził się Wennergren. - W Domu Prasy działa grupa, która
trzyma rękę na pulsie, ale decyzje podejmuje przewodniczący zarządu.
Schyman siedział bez ruchu i czuł, że jeżą mu się włosy na karku.
- Jak zapewne wiesz, jestem przewodniczącym komisji wyborczej
Stowarzyszenia - ciągnął dalej Wennergren. - W połowie grudnia mamy
przedstawić kandydatów do nowego zarządu. Pomyślałem, że na stanowisko
przewodniczącego zaproponuję ciebie. Co ty na to?
W głowie Schymana huczało jak w ulu; myśli odbijały mu się od czaszki,
wpadały na siebie.
- Zwykle to stanowisko przypada któremuś z dyrektorów.
- Nie zawsze. Zdarza się, że przewodniczącym zostaje redaktor naczelny.
Tylko nie zrozum mnie źle. Nie chcę, żebyś zapomniał o redakcji i poświęcił się wyłącznie Stowarzyszeniu, jak to się niestety zdarza.
Uważam po prostu, że świetnie się na to stanowisko nadajesz.
W kłębowisku myśli rozległ się ostrzegawczy dzwonek.
- Dlaczego? - spytał Schyman. - Bo łatwo mną manipulować? O to chodzi?
Herman Wennergren westchnął głośno. Pochylił się do przodu, położył
dłonie na kolanach, jakby zamierzał wstać.
- Schyman, naprawdę myślisz, że gdybym chciał umieścić tam swojego
człowieka, to przyszedłbym do ciebie? - Wstał z trudem, wyraźnie
poirytowany. - Nie rozumiesz, że jest dokładnie odwrotnie? Jeśli mi się
uda przeforsować twoją kandydaturę, co przecież wcale nie jest pewne, to
po to, żeby w kierownictwie Stowarzyszenia był ktoś, kto oprze się
wszelkim naciskom. Właśnie tak cię widzę, Schyman - powiedział, kierując
się do drzwi. - Nie opóźniajmy zebrania - dodał, odwracając się do
Schymana plecami.
Annika minęła zjazd na autostradę w stronę lotniska i jechała dalej, w stronę Kallaxby. Krajobraz był całkowicie pozbawiony barw. Sosny jak
ciemne duchy, czarno-biała ziemia, ołowianoszare niebo. Białe welony
śnieżnej zadymki tańczyły nad ciemnoszarym asfaltem. Termometr w wynajętym samochodzie wskazywał jedenaście stopni w środku i cztery
poniżej zera na zewnątrz.
Minęła kawałek pola i trzy miliony karłowatych sosen i w końcu dotarła
do drogi skręcającej w stronę lądowiska w Norrbotten.
Pas prowadzący do bazy lotniczej wydawał się nieskończenie długi. Ziemia
po obu stronach była goła, bez roślinności, poza pokrzywionymi
przysadzistymi sosnami. Lekki skręt w prawo i nagle wyrosło przed nią
ogrodzenie, a chwilę potem brama, budka wartownika, domy i parking po
drugiej stronie ogrodzenia. Annika poczuła się nagle, jakby podglądała,
jakby była szpiegiem, który dostał do wykonania wstydliwe zadanie. Tuż
za bramą stały dwa myśliwce, jeden wyglądał na drakena.
Za ogrodzeniem droga wiła się dalej. Annika pochyliła się, żeby lepiej
widzieć. Minęła parking dla żołnierzy służby zasadniczej i dojechała do
ogromnej strzelnicy. Kilkunastu mężczyzn w mundurach polowych biegało po
placu, każdy z pistoletem automatycznym w ręku i karabinem przewieszonym
przez ramię. Drogowskaz pokazywał, że droga ciągnie się aż do cypla
Lulnäs, ale stojący jakieś sto metrów dalej znak zakazu zmusił ją do
zawrócenia. Ubranych na zielono żołnierzy nie było już widać.
Zatrzymała się przy budce wartownika; zawahała się, w końcu jednak
wyłączyła silnik i wysiadła. Idąc wzdłuż ściany blaszanego baraku z lustrzanymi szybami w oknach, nie widziała nikogo, nie zauważyła żadnego
dzwonka, niczego, była sama. Nagle, gdzieś po lewej, usłyszała głos z głośnika.
- Jakiś problem?
Przerażona spojrzała w stronę, skąd dochodził głos, ale widziała jedynie
blachę i chrom.
- Szukam... Petterssona - powiedziała do swojego odbicia w szybie. -
Oficera prasowego.
- Kapitana Petterssona, chwileczkę - odpowiedział głos, należący zapewne
do młodego żołnierza.
Odwróciła się plecami do błyszczącego budynku i spróbowała coś dostrzec
przez sztachety parkanu. Między drzewami spostrzegła szarozielone
hangary i rząd wojskowych pojazdów. Z zewnątrz trudno jej było ocenić
wielkość bazy.
- Proszę przejść przez bramę, a potem pierwsze drzwi na prawo - rozległ
się znów głos z zaświatów.
Annika zrobiła, co jej kazano. Dobry obywatel i szpieg.
Oficer, który ją przyjął, wyglądał na prototyp zadowolonego z siebie
żołnierza: proste plecy, szpakowaty, wysportowany.
- Jestem Annika Bengtzon - przedstawiła się. - W zeszłym tygodniu
rozmawialiśmy przez telefon. O rocznicy zamachu...
Mężczyzna przytrzymał jej dłoń w swojej o sekundę za długo. Dała się
uwieść jego jasnemu spojrzeniu i miłemu uśmiechowi.
- Tak jak mówiłem przez telefon, mamy tylko to, co już zostało
opublikowane. Możemy pani przekazać naszą analizę sytuacji i wnioski, do
których wówczas doszliśmy. Chętnie pokazalibyśmy pani nasze muzeum, ale
niestety Gustaf, któremu podlega, jest dzisiaj chory. Zapraszam jutro,
na pewno już będzie na nogach.
- Mogłabym obejrzeć miejsce, gdzie doszło do zamachu?
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Sądziłem, że ten szczegół wyjaśniliśmy sobie przez telefon. Informacje
o miejscu, w którym doszło do zamachu, nie zostały podane do wiadomości
publicznej.
- Czytał pan artykuł Benny'ego Eklanda w piątkowym numerze
"Norrlands-Tidningen"?
Mężczyzna wskazał na krzesło przy stoliku i zaproponował, żeby usiadła.
Annika zdjęła kurtkę i wyłowiła z torby notes.
- Mam tu kopię artykułu, więc jeśli pan ma ochotę...
- Wiem, o jaki artykuł chodzi - powiedział, spoglądając na żołnierza,
który właśnie wszedł do pokoju. - Może pani podpisać się na liście?
Annika potwierdziła swoją obecność w bazie nieczytelnym gryzmołem i podziękowała za kawę.
- Jest w tym coś z prawdy? - spytała, wracając do artykułu.
Oficer prasowy nalał sobie hojnie do kubka z Bruce'em Springsteenem.
- Niewiele - odpowiedział.
Annika poczuła, że gaśnie ostatnia iskierka nadziei.
- Dla mnie było tam kilka nowych informacji. Możemy to razem przejrzeć?
Zdanie po zdaniu. Chciałabym wiedzieć, co jest zgodne z prawdą, a co
nie.
Wyciągnęła z czeluści torby kopię artykułu, papier zaszeleścił.
Kapitan Pettersson podmuchał i ostrożnie wypił łyk kawy.
- Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęto sukcesywnie wymieniać lanseny
na myśliwce typu Draken. To się zgadza. Wersja zwiadowcza samolotu
pojawiła się w 1967 roku, a myśliwce latem 1969 roku.
Annika znała artykuł na pamięć.
- Czy to prawda, że dochodziło do prób sabotażu przez wkładanie zapałek
w różne otwory i rury?
- W tamtych czasach kręciło się tu wielu lewaków - przyznał oficer
prasowy. - Ogrodzenie nie stanowiło poważnej przeszkody. Chłopcy z zapałkami byli zapewne przekonani, że umieszczając coś w rurce Pitota,
uszkodzą maszynę, ale nie ma żadnych dowodów, że to właśnie te grupy
miały cokolwiek wspólnego z zamachem z 1969 roku.
Annika notowała.
- A resztki paliwa? Czy informacja o metalowych wiadrach, do których je
zlewano, jest prawdziwa?
- Owszem - potwierdził. - Ale to paliwo niskooktanowe, nie można go
podpalić zapałką. Trzeba by je porządnie rozgrzać, żeby zaczęło płonąć.
Tak więc i ta informacja nie jest do końca prawdziwa. W każdym razie w listopadzie w Lule? byłoby to niemożliwe - powiedział, uśmiechając się
beztrosko.
- A czy tamtego wieczoru odbywały się jakieś ćwiczenia? Czy maszyny
stały na zewnątrz?
- To była noc z wtorku na środę. Zawsze latamy we wtorki, wszystkie
eskadry w kraju, od dziesięcioleci. Trzy zmiany, lądowanie o dwudziestej
drugiej. Potem zwykle maszyny stoją jeszcze godzinę na płycie, zanim je
wprowadzimy do hangarów. Do zamachu doszło o pierwszej trzydzieści pięć.
O tej porze wszystkie maszyny zawsze są już w hangarach.
Annika przełknęła ślinę i pozwoliła kopii artykułu opaść na kolana.
- Miałam nadzieję, że rzuci pan nieco więcej światła na tę historię -
powiedziała, uśmiechając się do niego.
Odpowiedział jej uśmiechem intensywnie niebieskich oczu. Annika
pochyliła się do przodu.
- Minęło trzydzieści lat. Może mi pan chociaż powiedzieć, co spowodowało
wybuch?
Zaległa cisza. Annika nie próbowała jej przerwać. Teraz jego ruch.
Niestety kapitan Pettersson zdawał się w ogóle nie przejmować tym, że
pokonała tysiąc kilometrów. Musiała się poddać.
- Dlaczego doszliście do wniosku, że za zamachem stali Rosjanie? -
zadała ostatnie pytanie.
- Zastosowaliśmy metodę wykluczania - odpowiedział.
Odchylił się do tyłu i zaczął stukać długopisem w kubek.
- Nie byli to lewacy. Miejscowe grupy można od razu skreślić. Säpo wie,
że wtedy nie działali tu żadni inni aktywiści, ani z lewej, ani z prawej
strony.
- Skąd ta pewność?
Oficer po raz pierwszy spoważniał, przestał stukać.
- Po zamachu miejscowe grupy zostały poddane wnikliwej obserwacji.
Dochodziły do nas różne plotki. Wiemy na pewno, kto ganiał z zapałkami,
ale o zamachu nikt nic nie wspominał. Gdyby rzeczywiście za tym stali,
wiedzielibyśmy o tym.
- Przesłuchania prowadziła policja czy wy?
Mężczyzna znów się roześmiał.
- Powiedzmy, że sobie pomagaliśmy.
Annika analizowała różne argumenty, wpatrywała się niewidzącym wzrokiem
w notatki.
- To, czy ludzie milczą, czy nie, zależy chyba od stopnia ich
fundamentalizmu. Skąd pewność, że nie było żadnego twardego jądra
terrorystycznego, którego nie dostrzegliście, bo oni nie chcieli,
żebyście je dostrzegli?
Mężczyzna milczał o sekundę za długo, potem znów się roześmiał.
- Co? Tutaj, w Lule?? Baader-Meinhof na Mlecznym Cyplu? To byli
Rosjanie. Na pewno.
- Dlaczego zadowolili się jedną maszyną? - spytała Annika, zbierając
swoje rzeczy. - Dlaczego nie wysadzili całej bazy?
Kapitan Pettersson pokręcił głową, westchnął ciężko.
- Pewnie chcieli tylko pokazać, że są w stanie to zrobić. Chcieli
zburzyć nasze poczucie bezpieczeństwa. Na pewno chętnie zajrzelibyśmy do
ich mózgów i poznali tok ich rozumowania. Może wtedy dowiedzielibyśmy
się też, dlaczego wysyłali polskich sprzedawców obrazów do naszych
oficerów. Albo dlaczego ich okręt podwodny osiadł na skałach w pobliżu
Karlskrony. To też chcielibyśmy wiedzieć. A teraz proszę wybaczyć, ale
za dziesięć minut mam apel.
Annika wzięła torbę, zasunęła zamek błyskawiczny, wstała i włożyła
kurtkę.
- Dziękuję - powiedziała. - Proszę pozdrowić Gustafa i przekazać mu, że
nie wiem, czy zdążę jutro wpaść do muzeum. Mam jeszcze kilka rzeczy do
zrobienia, a po lunchu wracam do domu.
- Proszę się nie spieszyć. To bardzo ciekawa ekspozycja.
Annika spuściła wzrok i wymamrotała coś, co sama nie bardzo rozumiała.
Guzik się dowiedziałam, pomyślała, jadąc z powrotem do miasta. Nie mogę
wrócić do redakcji i oświadczyć, że wyprawa okazała się niewypałem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki