Piątek, 22 czerwca - Wigilia sobótki
NIE DAM RADY, pomyślała Annika. Umrę.
Przycisnęła dłonie do czoła, próbując uspokoić oddech i odzyskać spokój.
Złożone pod drzwiami pakunki puchły w oczach, zamieniając się w bezkształtną, trudną do ogarnięcia masę, która groziła zalaniem nie
tylko całego korytarza, ale całego świata. Skąd miała wiedzieć, czy o czymś nie zapomniała?
Spakowała ubrania dzieci, torbę plażową, płatki śniadaniowe i słoiczki z dziecięcym jedzeniem, peleryny i kalosze, namiot, spacerówkę z parasolką
od deszczu, śpiwory, plecaki z rzeczami jej i Thomasa, koce, maskotki
dzieci...
- Czy Ellen musi tak wyglądać? - doszedł ją z sypialni głos Thomasa.
Spojrzała na roczną córeczkę, która stała, kiwając się nad torbą z zabawkami plażowymi.
- O co ci chodzi?
- Nie masz dla niej jakiegoś ładniejszego ubranka?
Annika poczuła, że mózg odmawia jej posłuszeństwa.
- Coś ci się nie podoba?! - ryknęła.
Thomas odgarnął włosy z czoła i zamrugał zdziwiony.
- Tylko spytałem. Co się z tobą dzieje?
Nie stanęła na wysokości zadania, słyszała to w jego głosie.
Miarka się przebrała.
- Pakuję od rana - powiedziała. - Ale przyznaję, że sukienki z koronkami
nie spakowałam. A powinnam była?
Thomas się żachnął.
- Zastanawiam się tylko, czy dzieciak naprawdę musi wyglądać jak
robotnik ziemny.
Annika zrobiła pięć szybkich kroków, podeszła do niego i spojrzała mu w oczy.
- Robotnik ziemny? O co ci chodzi? Jedziemy spędzić weekend na wyspie
czy zdawać egzamin z dobrych manier?
Thomas był szczerze zdziwiony. Annika niemal nigdy mu się nie
przeciwstawiała. Ogrom jej złości sparaliżował go. Chciał coś
wykrzyczeć, otworzył usta, ale z jego krtani nie wydobył się żaden
dźwięk. Za to gdzieś w pobliżu coś zaczęło piszczeć, wytrwale i coraz
głośniej. Pewnie jedno z ich licznych urządzeń elektronicznych.
- Twój czy mój? - spytała Annika.
Thomas odwrócił się na pięcie i poszedł sprawdzić, co dzwoni: pager,
telefon komórkowy czy może palmtop. Annika powiodła wzrokiem po
bałaganie w przedpokoju. Nie potrafiła zlokalizować źródła dźwięku.
- Tutaj nic nie dzwoni - zawołał Thomas z sypialni.
Zaczęła przewracać pakunki. Gdzieś w tym chaosie ciągle rozbrzmiewał na
wpół stłumiony dzwonek. Ellen próbowała wstać, opierając się o torbę
Anniki. Torba się przesunęła i dziewczynka upadła, uderzając buzią o podłogę.
- Mamusia podmucha i zaraz przestanie boleć...
Piskliwy dźwięk utonął w płaczu przerażonego dziecka. Annika wzięła
córeczkę na ręce i podniosła, chłonęła zapach miękkiej, ciepłej skóry
dziecka. Usiadła na szafce na buty i poczuła, jak drobne ciałko córeczki
się odpręża. Mała zaczęła ssać kciuk. Płacz ustał, ustał także sygnał
dzwonka. Odezwał się natomiast telefon. Annika wstała z Ellen na ręku.
Przytrzymując słuchawkę ramieniem, nadal dmuchała na obolałe miejsce.
- Już wiesz? - spytał Gwóźdź, szef działu wiadomości.
Annika kołysała dziecko, pocieszała je.
- Co?
- Wiesz, co się stało w Sörmlandii? Chodzi o Michelle Carlsson.
Annika przestała dmuchać i oblizała wargi. Popołudniówka
"Kvällspressen", w której pracowała, wdarła się nagle do przedpokoju z wdziękiem wozu pancernego i zawładnęła jej uwagą.
- To chyba twoje dawne tereny łowieckie - powiedział szef. - Fotograf
już wyjechał? Bertil Strand, tak?
Ostatnie słowa skierowane były do kogoś innego, zapewne do kogoś z działu fotoedycji. Po chwili znów usłyszała w słuchawce głos Gwoździa.
- Berra jest już w drodze, będzie u ciebie za pięć minut.
- Spakowałaś pieluchy? - dopytywał się Thomas, biorąc z jej rąk
córeczkę.
Annika przytaknęła, wskazując głową na stertę paczek. Próbowała wrócić
do rzeczywistości.
- Co się stało? Dostałaś wiadomość?
Cholera, gdzie jest pager? Wyciągnęła torbę, zaczęła szukać czegoś na
dnie, nie znalazła.
- No... - zaczęła. - Słyszałam, że pager piszczał, ale nie zdążyłam
dobiec.
- Michelle Carlsson została zamordowana. W wozie transmisyjnym niedaleko
Flen. Strzał w głowę.
Słowa nie docierały do niej, rzeczywistość znów gdzieś odpłynęła. Thomas
postawił córeczkę na podłodze i dziecko natychmiast ruszyło w jej
stronę, chwiejąc się i rozkładając szeroko rączki.
- Żartujesz - powiedziała.
- Carl Wennergren jest na miejscu. Najwyraźniej uczestniczył we
wczorajszym nagraniu, więc jesteśmy do przodu. Świetny timing.
Podziw w głosie Gwoździa był jak najbardziej szczery. Annika słyszała,
jak zaciąga się papierosem. Gdzieś z oddali dochodziły ją trudne do
określenia odgłosy redakcji. Znów usiadła na szafce na buty.
- Berit jest na Öland. Miała robić reportaż o pijackich bibkach
młodzieży na promach, ale rzuca wszystko, wsiada w samochód i późnym
popołudniem powinna być na miejscu. Langeby jest na Wyspach
Kanaryjskich, więc zostajesz tylko ty. Musisz natychmiast jechać. Bertil
ma ze sobą wszystko, co wypuściła agencja informacyjna, czyli prawie
nic. Zadzwoń z samochodu. Znasz ludzi z komendy w Sörmlandii?
Annika zamknęła oczy, próbując zmusić swoje dwa światy, żeby połączyły
się w jeden. Poczuła na udzie ciepłą dziecięcą dłoń.
- Trochę znam.
- Pogadaj z Wennergrenem, wyrób sobie własny obraz sytuacji i zadzwoń
do mnie, powiedzmy o dwunastej?
- Jasne.
Thomas patrzył na nią, był sztywny.
- O co chodzi? - spytał.
Annika odłożyła słuchawkę i spojrzała mu w oczy.
- Nie, nic nie mów - zaprotestował. - Nie chcę słyszeć o żadnej pracy,
nie dzisiaj.
- Michelle Carlsson nie żyje - powiedziała Annika pustym głosem.
- Ta kobieta z telewizji? Koleżanka Anne?
Annika skinęła głową, adrenalina dotarła już do mózgu, włoski zjeżyły
się jej na rękach. Słyszała, jak Ellen gaworzy, wciśnięta w jej kolano.
- Co się stało? Jak umarła?
Annika odsunęła córeczkę, wstała i natychmiast zmieniła się jej optyka.
Pakunki, przygotowane na wyjazd na szkiery, zmniejszyły się i znikły. W polu widzenia zostały komputer i wielka torba. Córeczka upadła pupą na
podłogę i znów zaczęła płakać. Thomas podszedł i wziął ją na ręce.
- Wysłali już po mnie samochód - powiedziała Annika.
Thomas przyglądał się jej dwie długie sekundy. Odmawiał przyjęcia jej
słów do wiadomości.
- Prom odpływa o jedenastej - powiedział.
Annika wzięła córeczkę z jego rąk, zaniosła do dziecięcego łóżeczka z drabinkami i pocałowała w główkę. Ulgę, którą poczuła na myśl, że nie
będzie musiała jechać na wyspę i spotykać się z teściową, zastąpiła
teraz tęsknota.
- Moja maleńka - szeptała nad główką dziecka. - Mamusia bardzo cię
kocha.
Ellen nie chciała leżeć w łóżeczku, zaczęła protestować. Annika nie była
w stanie oderwać się od dziecka.
- Mamusia przyjedzie później. Teraz pojedziesz z tatą i starszym
braciszkiem. Tak będzie najlepiej.
Dziecko odwróciło się od niej, jakby odwracało głowę od kłamstwa,
podkuliło nóżki i zaczęło ssać palec. Annika pogładziła małą po
włoskach, niezdarnie, gesty miała równie szorstkie jak serce. Szybko
opuściła pokój. Za drzwiami zatrzymała się i oparła o framugę. Z salonu
sączył się głos Scooby Doo gonionego przez ducha, gdzieś w tle Kalle
śpiewał coś cienkim głosikiem.
Wszyscy jakoś sobie radzą, pomyślała. Mnie też się uda. Musi.
- Mówisz serio? - spytał Thomas, kiedy weszła do przedpokoju. - Naprawdę
zamierzasz rzucić wszystko i jechać? Teraz?
Ostatnie słowo powiedział zdecydowanie za głośno. Annika spuściła wzrok,
stała i wpatrywała się w drewnianą podłogę.
- Nikogo nie ma, a ja mam dyżur. Wiesz, że brakuje ludzi...
- Przestań! - krzyknął, pochylając się nad nią, czerwony na twarzy. - Na
Gällnö czeka na nas pięćdziesiąt osób, a ty nagle oświadczasz, że nie
jedziesz?
Najpierw wypełniła ją panika, całą. Potem uczucie ulgi i tęsknota. A potem górę wzięła nieoczekiwana, bezsensowna złość.
- Nie na nas, tylko na ciebie. Ja ich nie obchodzę. Dobrze o tym wiesz.
Kalle wszedł do przedpokoju i wielkimi oczami patrzył na krzyczących na
siebie rodziców. Podbiegł do matki i rzucił się jej na szyję. Dotyk
miękkiego ciałka sprawił, że miała wrażenie, że zaraz się rozpłynie.
- Jesteś niesamowita - odezwał się Thomas.
- Nie pogarszaj sprawy - powiedziała cicho. - Jedź na wyspę, baw się ze
znajomymi, z bratem, niech dzieci też się bawią. Na pewno wszystko
będzie dobrze.
Kalle dotknął noskiem jej ucha.
- Ze znajomymi? Traktujesz to jak wypad z kumplami. Znajomi? To moi
rodzice, stare ciotki.
Annika oderwała się od ciepłego ciałka synka, pocałowała trzylatka w policzek, aksamit pod wargami. Spojrzała na Thomasa.
- Od ciebie zależy, jak spędzicie czas. Kiedy w niedzielę wrócicie do
domu, będę na was czekała.
Postawiła synka na podłodze, wyprostowała się i sięgnęła po kurtkę
przeciwdeszczową.
- Nie mówisz tego serio? Naprawdę zamierzasz mnie zostawić z tym
wszystkim?
- Będzie dużo ludzi, nikt nie zauważy mojej nieobecności, dzieci też
nie. Bawcie się dobrze.
Włożyła buty, przewiesiła torbę przez ramię, do drugiej włożyła laptopa.
Spoglądała ponurym wzrokiem na Thomasa.
- Sprytnie sobie to wszystko wymyśliłaś - powiedział zduszonym głosem.
- Rozmawialiśmy o tym. To nie jest dla mnie łatwe, ale wiesz, że nie
mam wyjścia.
- Co z ciebie za matka!
Kolory opuściły jej twarz.
- Naprawdę myślisz, że mnie to bawi? - spytała, z trudem łapiąc oddech.
- Jesteś niesprawiedliwy.
- Do diabła! - krzyczał Thomas, cały czerwony. - Nigdy ci tego nie
wybaczę! Niech to szlag!
Annika zamrugała gwałtownie. Jego słowa dotknęły ją, ale nie do końca.
Pancerz, który zwykle chronił ją w sprawach zawodowych, zamknął się
teraz wokół niej, sprawiając, że stała się niewrażliwa na jego ataki.
Powoli odwróciła się, uścisnęła synka, wyszeptała mu coś do ucha i zniknęła.
***
Bertil Strand miał nowy samochód służbowy, kolejnego saaba. Annika
domyślała się, że był na jego punkcie jeszcze bardziej wyczulony niż na
punkcie poprzedniego.
- Nie spieszyłaś się - powiedział, kiedy otworzyła drzwi i wrzuciła
torbę i laptopa na tylne siedzenie.
Po jego minie widziała, że zamykając drzwi, trzasnęła nimi zbyt mocno.
- Okropna pogoda - wymamrotała.
- Sobótka, więc czego się spodziewałaś?
Fotograf wrzucił jedynkę i ruszył z przystanku tuż przed autobusem linii
62. Annika oswobodziła się z kurtki przeciwdeszczowej i sięgnęła po pas
bezpieczeństwa. Czuła suchość w ustach.
- Masz telegramy?
Bertil wskazał na niewielką paczkę leżącą u jej stóp.
- Nie będzie łatwo. Reporterzy rozjechali się na wszystkie strony
świata. Dobrze, że Wennergren jest na miejscu.
Annika sięgnęła po papiery, ale pas sprawił, że nie była w stanie ich
dosięgnąć. Poirytowana odpięła go.
- Tak? - zaczęła. - Co chciałeś przez to powiedzieć? Że mnie tu nie ma?
Fotograf zerknął na nią spod oka.
- Niedobrze, że nie jesteśmy przygotowani na takie przypadki. Klasyczny
przykład złego planowania. Zero przewidywania. Schyman powinien się
zająć pracą redakcji, zamiast bez przerwy się kłócić z Torstenssonem.
Zapnij pas.
Annika nie miała siły zajmować się wojną kierownika redakcji z redaktorem naczelnym. Zapięła pas i zamknęła oczy. Bezradność i tęsknota
za dziećmi zamieniły się w piekący ból żołądka.
Jej nieobecność będzie wodą na młyn teściowej. Biedny Thomas, że też
akurat jej syn miał takiego pecha.
Wzięła głęboki oddech, otworzyła oczy i zaczęła czytać informacje
agencji informacyjnej TT. Telegramy, pięć sztuk, wysyłane co minuta:
Flash 09.41: Dziennikarka telewizyjna Michelle Carlsson nie żyje. 09.42:
Michelle Carlsson zginęła od strzału w głowę. 09.43: Michelle Carlsson
została znaleziona w wozie transmisyjnym w pobliżu zamku Yxtaholm. Przy
ciele ofiary znaleziono broń. 09.44: Policja podejrzewa, że Michelle
Carlsson została zamordowana. 09.45: Przesłuchano szereg osób w związku
z morderstwem Michelle Carlsson.
- Nagrywali serię programów, których emisja miała ruszyć w przyszłym
tygodniu - rzucił Bertil Strand.
- "Letni zamek" - uzupełniła Annika. - Moja przyjaciółka Anne Snapphane
pracuje od marca przy jego produkcji.
Zamilkła i zaczęła się przyglądać kroplom deszczu spływającym po bocznej
szybie. Tworzyły małe strumyczki, które natychmiast się dzieliły. Pęd
powietrza spychał je nieubłaganie w stronę chromowanej listwy. Pomyślała
o złości i rozpaczy przyjaciółki, kiedy po sześciu latach pracy w zespole produkcyjnym została zdegradowana ze stanowiska redaktora i producenta do researchera i osoby odpowiedzialnej za program. Oznaczało
to między innymi, że musiała być obecna na planie, zajmować się
archiwizowaniem materiałów i innymi męczącymi, ale niewymagającymi
myślenia sprawami. W tej chwili zapewne nadal była na zamku.
Annika odwróciła się i z leżącej na tylnym siedzeniu torby wyłowiła
notes i długopis.
- Kto jest podejrzany?
- Nie mam pojęcia - odpowiedział Bertil Strand, wzdychając.
Saab dotarł wreszcie na Essingeleden, najbardziej przeciążoną
sztokholmską obwodnicę. Oczywiście była zablokowana tkwiącymi w korku
samochodami.
- To będzie trwało wieczność - jęknął, wrzucając luz.
- A czego się spodziewałeś? Sobótka. - Annika nie mogła się powstrzymać.
Fotograf wyłączył dopływ powietrza z zewnątrz i szyby natychmiast
zaparowały. Wycieraczki pracowały w równym, regularnym rytmie. Lewa
trzeszczała nieco za każdym razem, gdy dotarła do pewnego miejsca na
szybie. Annika zamknęła oczy. Próbowała wymazać ze świadomości głos
Thomasa i uczucie porażki, próbowała się skupić na deszczu, na
wycieraczkach i astmatycznym charczeniu klimatyzacji.
"Letni zamek". Wielki program rodzinny Tv Plus. Dyskusje i rozrywka,
goście i występy artystów. Wielki powrót Michelle Carlsson w porze
największej oglądalności, odwet gwiazdy. Właściwie była niezła,
pomyślała Annika.
- Co sądzisz o Michelle? - spytała.
Bertil Strand kręcił głową, jakby miał wmontowane łożyska. Próbował
wytropić lukę w korku i wjechać na obwodnicę.
- Głupia - powiedział. - Zero wiarygodności. W programach dla dzieci i quizach sportowych była okej, ale do dyskusji na poważne tematy się nie
nadawała. Na niczym się nie znała.
Annika odruchowo zaprotestowała, właściwie zdziwiona własną reakcją.
- Nie przesadzaj. Dziesięć lat pracowała w radiu i w telewizji. Czegoś
musiała się nauczyć.
- Jak się uśmiechać w okienku - powiedział Bertil. - Myślisz, że to
takie trudne?
Annika pokręciła głową. Nie miała siły dalej się spierać. Sama zresztą
wielokrotnie używała podobnych argumentów, dyskutując z Anne o zawodzie
dziennikarza.
- Moja najlepsza przyjaciółka od sześciu lat pracuje w telewizji. To
naprawdę bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje.
Bertilowi udało się wcisnąć na obwodnicę tuż przed landroverem. Jego
kierowca położył się na klaksonie.
- Wiem, że to piekielnie trudne - odezwał się Bertil po chwili. -
Mnóstwo aparatury, która nigdy nie działa, i jacyś kretyni, którzy
biegają dookoła i wszystko wiedzą najlepiej.
- Zupełnie jak w "Kvällspressen" - skwitowała Annika, wyglądając przez
szybę. Facet z landrovera pokazał jej palec.
Co ja tu robię?, pomyślała. Siedzę w samochodzie z nadętym dupkiem i jadę na jakieś durne miejsce zbrodni. Zostawiam Thomasa samego z dziećmi, które przecież są dla mnie najważniejsze. Chyba zwariowałam.
Powąchała swoje dłonie. Wciąż jeszcze utrzymywał się na nich zapach
włosków Kallego i łez Ellen. Czuła, jak coś ją ściska za gardło.
Odwróciła się, wyjęła z torby telefon komórkowy i kawałek papierowego
ręcznika, wytarła ręce.
- Tam jest dziura - powiedział Bertil i dodał gazu.
Annika wybrała numer.
***
Policja nakazała wyłączyć wszystkie telefony. Anne Snapphane była
przekonana, że tak zrobiła, przeżyła niemal szok, gdy poczuła wibracje w kieszeni kurtki. Szybko usiadła na łóżku, czując na szyi i w skroniach
pulsujące tętno. Zrozumiała, że musiała na chwilę zasnąć. Telefon
trzepotał w kieszeni jej przeciwdeszczowej kurtki niczym gigantyczny
owad. Zdezorientowana odgarnęła włosy z twarzy, poczuła nieświeży smak
na języku. Próbowała się wydostać z plątaniny kołdry, poduszek i narzuty
i sięgnąć po kurtkę, żeby wydobyć telefon. Zerknęła nieufnie na ekran.
Numer prywatny. Zawahała się. Co to mogło znaczyć? Może to jakaś
kontrola?
Wcisnęła zieloną słuchawkę.
- Halo? - wyszeptała ostrożnie.
- Co tam u ciebie? - usłyszała daleki, niewyraźny głos Anniki Bengtzon.
- Żyjesz?
Anne pociągnęła nosem, zakryła oczy dłonią i przycisnęła palce do
skroni, wsłuchiwała się w bezprzewodową pustkę. Doszedł ją jakiś szum,
jakby odgłos silnika i dźwięki klaksonów o różnym natężeniu.
- Ledwie - wyszeptała.
- Słyszeliśmy o Michelle - powiedziała Annika. Mówiła wolniej niż
zwykle. - Jedziemy do was. Możesz rozmawiać?
- Chyba tak - odpowiedziała Anne i zaczęła cicho płakać. Słone łzy
kapały na mikrofon.
- ...cholerne korki... jesteś tam jeszcze?
Połączenie zostało przerwane. Szum, deszcz. Głos Anniki, urwane słowa.
Anne wzięła głęboki oddech, poczuła, że jej puls się uspokaja.
- Jestem zamknięta w swoim pokoju w Południowym Skrzydle. Wszyscy mamy
areszt domowy. Będą nas po kolei przesłuchiwać.
- Co się stało?
Anne otarła łzy wierzchem dłoni, przełożyła aparat do drugiej ręki i znów przyłożyła go do ucha. Jakby ktoś rzucił jej linę ratunkową.
- Michelle - wyszeptała. - Michelle nie żyje. Leżała w wozie
transmisyjnym. Nie miała połowy głowy.
- Dużo tam gliniarzy?
Serce uspokoiło się, biło już niemal normalnie. Głos Anniki był czymś
rzeczywistym, znanym. Wstała i obolała wyjrzała przez okno.
- Stąd niewiele widać, łuk mostu nad kanałem i tarcze do strzelania z łuku. Słyszałam jakieś samochody, a niedawno chyba lądował śmigłowiec.
- Widziałaś ją?
Anne zamknęła oczy. Potarła palcem nasadę nosa i obrazy powróciły, jasne
przebłyski w zamroczonym umyśle.
- Tak. Widziałam, jak tam leżała.
- Kto to zrobił?
Rozległo się pukanie. Anne zamarła, sparaliżowana wpatrywała się w drzwi. Lina ratunkowa została przecięta, powrócił chaos.
- Muszę kończyć - wyszeptała i przerwała rozmowę.
- Anne Snapphane? - Głos za drzwiami brzmiał niemal rozkazująco.
Schowała aparat pod kołdrę, odchrząknęła i zanim zdążyła odpowiedzieć,
drzwi się otworzyły. Stojący w progu funkcjonariusz był młody i wyraźnie
zdenerwowany.
- W porządku, może pani już przyjść.
Patrzyła na niego.
- Chce mi się pić.
Policjant jakby nie dostrzegał, że otacza ją nierzeczywisty świat. Nie
widział w niej człowieka, patrzył przez nią.
- Prosto do wyjścia, a potem w lewo. I proszę się pospieszyć.
Korytarz był ciemny od deszczu i pozamykanych drzwi. Ściany napierały na
nią, jeszcze do końca nie wytrzeźwiała. Wyciągnęła rękę, żeby się oprzeć
o ścianę. Nie zauważyła nikogo z zespołu.
Policjant otworzył drzwi wyjściowe. Chłód i wilgoć uderzyły ją w twarz
niczym mokry ręcznik. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, zachwiała się w progu. Zmrużyła oczy, spoglądając w stronę zamku. Policjanci, radiowozy,
wszystko niewyraźne, zamazane w szarym deszczu.
- Nie masz przypadkiem parasola?
Jedyną odpowiedzią było wskazanie ręką na róg budynku. Anne podciągnęła
ramiona, zrobiła chwiejny krok w stronę schodów i natychmiast poczuła
wodę za kołnierzem.
- Dokąd idziemy?
- Do domku nad wodą. Teraz.
Zimny strumień wody spływający po plecach, woda w oczach. Zamrugała.
Chwiejnym krokiem pokonała trzy stopnie. Stanęła na żwirowej ścieżce i ruszyła wzdłuż bukszpanowego żywopłotu w stronę zielnego ogródka. Szła
wzdłuż pobielonego muru, kierując się w stronę Nowego Skrzydła, minęła
pomalowane na biało meble ogrodowe i zatrzymała się. Mur otaczający
niewielki ogródek był pokryty czerwoną dachówką, miejscami przechodził w łuk.
Stąd nikt nie ucieknie, pomyślała.
- Proszę szybciej!
Odwróciła wzrok i ruszyła w stronę wejścia.
Komisarz siedział za biurkiem w dużej sali konferencyjnej. Dokładnie za
nim, za oknem, stał wóz transmisyjny. Anne odruchowo cofnęła się o krok
i nadepnęła funkcjonariuszowi na nogę. Wóz wydawał się jej wycinkiem
innej rzeczywistości, śnieżnobiały z krzyczącym logo firmy na boku.
Ciekawe, czy nadal tam leży, przeszło jej przez myśl. Ciekawe, czy ciało
już ostygło.
- Usiądź.
Anne opadła na krzesło, które jej wskazał komisarz, otarła krople
deszczu z twarzy, zamrugała. Uniosła głowę i zauważyła pstrokatą
hawajską koszulę. Natychmiast poczuła ulgę.
- Boże drogi, to ty?
Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby jej nie usłyszał.
- Spotkaliśmy się kiedyś w Sztokholmie - ciągnęła podniecona. - Razem z Anniką Bengtzon...
- Jesteś jedną z osób, które ją znalazły - powiedział komisarz.
Anne zamrugała zdziwiona.
- Tak, to prawda.
Poczucie nierzeczywistości wróciło, podłoga zaczęła się kołysać. Anne
chwyciła się blatu biurka.
- Mogę... dostać trochę wody?
Jakiś policjant podał jej dzbanek i szklankę. Nalała sama, drżącymi
rękami. Wypiła łapczywie całą szklankę, rozlewając trochę.
- Kac?
Anne odchyliła się na krześle, poczuła, że robi się jej niedobrze.
- Chyba dostanę ataku astmy.
- Czy zawsze na zakończenie nagrania urządza się imprezę?
Przeciągnęła ręką po włosach, były mokre.
- Dlaczego tu jestem? Kiedy będę mogła wrócić do domu?
Komisarz wstał.
- Będziemy po kolei wszystkich przesłuchiwać. Nikt nie jest bardziej czy
mniej podejrzany, ale oczywiście musimy każdego przesłuchać. Mam
nadzieję, że to oczywiste.
Anne patrzyła na niego z na wpół otwartymi ustami, próbując zrozumieć,
co przed chwilą powiedział.
- Resztę czasu spędzicie w swoich pokojach. Będziemy was wzywać w kolejności, którą uznamy za właściwą. Nie wolno wam ze sobą rozmawiać
ani w jakikolwiek inny sposób się porozumiewać. To jasne? Anne
Snapphane, słyszysz mnie?
Zmusiła się, żeby skinąć głową, i pomyślała o telefonie komórkowym pod
kołdrą w jej łóżku.
Mężczyzna włączył magnetofon i usiadł przed nią na stole. Zauważyła, że
dżinsy ma wytarte na kolanach.
- Protokół z przesłuchania Anne Snapphane, urodzonej...
Przerwał i ze złością spojrzał na Anne. Szybko przełknęła ślinę i wymamrotała swoje dane.
- Przeprowadzonego przez Q na zamku Yxtaholm, w sali konferencyjnej w Nowym Skrzydle, w piątek, dwudziestego drugiego czerwca, o godzinie
dziesiątej dwadzieścia pięć. Przesłuchanie odbywa się w związku z przypuszczalnym zabójstwem Michelle Carlsson. - Mężczyzna zamilkł i spojrzał badawczo na Anne. - Z jakiego powodu się tu znalazłaś?
Anne wypiła kolejny łyk wody.
- Zostałam wezwana na przesłuchanie - powiedziała cicho.
Komisarz westchnął.
- Przepraszam - powiedziała Anne i odchrząknęła. - Jestem researcherką w Zero Television. To spółka producencka, która robi programy telewizyjne
dla różnych kanałów. W tym tygodniu byłam odpowiedzialna za plan podczas
nagrań... - nagle zamilkła.
Rozejrzała się po pokoju. Przed nią stali policjanci, za nią też, za
oknem wóz transmisyjny.
- Podczas nagrań - powtórzył komisarz. - Liczba mnoga. Było ich więcej?
Skinęła głową.
- Nagrywaliśmy osiem programów - odpowiedziała już nieco pewniejszym
głosem. - Dwa dziennie przez cztery dni, i cały czas padało!
Nagle się roześmiała. Głośno, wysokim głosem, całkowicie nie na miejscu.
Policjant nie zareagował.
- Jak przebiegały nagrania?
- Jak przebiegały? - powtórzyła Anne.
Schyliła głowę.
- Tak jak można było się spodziewać. Niestety pogody nie byliśmy w stanie zaplanować. Wszystkie sceny musieliśmy kręcić w specjalnie
rozstawianych pawilonach, a przecież nie tak miało być. Skutek był taki,
że ciągle zmienialiśmy grafik. Część aktorów musiała grać w pokoju
muzycznym na drugim piętrze, w Corps de logiet. Poza tym wszystko
odbywało się zgodnie z planem.
Spróbowała się uśmiechnąć.
- Jakieś kontrowersje?
- To znaczy? - Anne dopiła wodę.
Policjant rozłożył ręce w geście zmęczenia.
- Utarczki. Kłótnie. Groźby. Gwałtowne czyny.
Anne zamrugała i zaczerpnęła powietrza.
- Może trochę.
- A dokładniej?
Znów sięgnęła po szklankę. Nie zauważyła, że jest pusta. Zamachała nią i szklanka się napełniła.
- Przy takiej produkcji może się wydarzyć wszystko. Tysiące rzeczy mogą
się nie udać, a kiedy ludzie są zestresowani, łatwo zatracić proporcje.
- Kawa na ławę - poprosił Q.
Serce znów biło jej szybciej, zaczęła drżeć.
- Michelle bywała bardzo męcząca. Właściwie ostatnio miała starcia ze
wszystkimi.
- Z tobą też?
Anne skinęła głową i przełknęła kilka razy ślinę. Policjant westchnął.
- Możesz odpowiedzieć na moje pytanie?
- Tak - powiedziała, zdecydowanie za głośno. - Ze mną też.
- Kiedy?
- Wczoraj wieczorem.
Przyglądał się jej uważnie. Wytrzymała jego wzrok.
- Co się stało?
- Poszło o błahostkę. Pokłóciłyśmy się o pieniądze. O to, co jest ile
warte. Zaczęło się od akcji. Osobiście jestem przeciwna gospodarce
spekulacyjnej, natomiast Michelle twierdziła, że od tego zależy
demokracja. A skończyło się na zarobkach. Według niej ludzie na
kierowniczych stanowiskach i w służbie publicznej słusznie dostają duże
pieniądze. Wymieniła Barnevika i kumpli, ale tak naprawdę mówiła o sobie, jak zwykle... - Nagle przerwała. Czuła, że pieką ją policzki.
Policjant przyglądał się jej beznamiętnie.
- Zezłościłaś się na nią?
Skłamię, pomyślała Anne. Nie mogę powiedzieć prawdy, bo wtedy pomyślą,
że to ja ją zabiłam.
Siedzący przed nią mężczyzna bacznie się jej przyglądał, jakby czytał w jej myślach.
- Jeśli zaczniesz kłamać, sprawa się skomplikuje.
- Miałam ochotę ją udusić - powiedziała, spuszczając wzrok, w oczach
miała łzy. - Wszyscy byliśmy pijani.
Komisarz wstał, okrążył stół i znów usiadł na krześle.
- Pijani - powtórzył. - Bardzo pijani? I na pewno wszyscy?
Anne wzruszyła ramionami, nagle śmiertelnie zmęczona. Miała dosyć.
- Odpowiedz, proszę.
Krótkie spięcie w mózgu, błąd, należy zresetować system.
- Nie wiem! - wykrzyczała. - Skąd mogę wiedzieć? Nie chodziłam i nie
zbierałam pustych kieliszków, chociaż pewnie niektórzy uważali, że
powinnam.
- Na przykład kto? Michelle?
- Nie - odpowiedziała już nieco spokojniej.
Zapadła ciężka cisza. Znów zrobiło się jej niedobrze.
- Ktoś jeszcze się kłócił wczoraj wieczorem albo w nocy?
Przełknęła szybko ślinę, brakowało jej tchu.
- Może - wyszeptała.
- Kto?
- Spytajcie innych. Ja nic nie wiem. Nie podsłuchiwałam.
- Ale coś tu się działo, prawda? Była jakaś awantura.
- Rozejrzyjcie się, to sami zobaczycie. Sprawdźcie w stajni.
- Byłaś tam?
- Przez chwilę.
- Byłaś jedną z osób, które ją znalazły. - Najwyraźniej było to
stwierdzenie, nie pytanie.
- Kto poza tobą wchodził do wozu?
Anne zamknęła na chwilę oczy.
- Sebastian - powiedziała łamiącym się głosem.
- Sebastian Follin. Agent Michelle Carlsson?
Anne przytaknęła, ale zaraz przypomniała sobie, że musi odpowiedzieć.
- Tak - potwierdziła. - Raczej jej menedżer. Sebastian Follin jest
menedżerem Michelle. - Nagle zamilkła, zmieszana. - Mam mówić: był jej
menedżerem? Jest czy był...
- Ktoś jeszcze?
- Karin. Karin Bellhorn, producentka. Ona też tam była.
- Ktoś jeszcze?
- Mariana, i Bambi. Nie lubiły się.
- Dlaczego siedzieliście całą noc?
Anne roześmiała się.
- Było dużo alkoholu.
- Kto to jest Mariana i Bambi?
- Mariana von Berlitz jest redaktorką programu "Letni zamek", pracuje w tej samej spółce co ja. Bambi Rosenberg to serialowa aktorka, była
gościem w przedostatnim programie, przyjaźniła się z Michelle.
- Rozumiem - powiedział komisarz. - Menedżer, producentka, redaktorka
programu, przyjaciółka i ty. To wszyscy?
Anne zastanowiła się chwilę.
- No i oczywiście Gunnar - dodała. - On miał klucze. Gunnar Antonsson.
To jego wóz. Gdybyście go wtedy widzieli... - Nagle zaczęła chichotać.
Bąbelki śmiechu wędrowały z jej mózgu do ust i wylewały się niczym
zielona trucizna.
- Bardziej zdenerwował się bałaganem niż... - Zamachała ręką i zamilkła.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wydawał się bardziej przejęty tym, że Michelle pobrudziła mu aparaturę
w wozie, niż tym, że nie żyje.
- Jak to: pobrudziła?
- No wiecie, to szare...
Obraz przed oczami, przefiltrowany przez kaca i szok, szczupłe ciało
kobiety w groteskowej pozie, wielkie oczy, które już nigdy niczego nie
zobaczą.
- Nie mogę - powiedziała Anne i zemdlała.
***
Wybrzeże przed Grand Hotelem było pełne ludzi. Stateczki kursujące na
pobliskie wyspy w Archipelagu Sztokholmskim kołysały się niczym
wieloryby na falach. Deszcz i wiatr targały gałęziami, którymi były
przystrojone.
To niemożliwe, nie dostaniemy miejsca, pomyślał Thomas.
- Gällnö? Na samym końcu. Miłej podróży!
Thomas próbował się uśmiechnąć w stronę kiosku spółki Waxholmsbolaget.
Chwycił mocniej poręcz wózka, wszedł w głęboką kałużę i wjechał kółkiem
w łydkę młodej kobiety.
- Mówi się przepraszam - wysyczała.
Thomas odwrócił wzrok. Czuł, jak plastikowa rączka paczki pieluch wrzyna
mu się w przegub ręki, a plecak obija o biodro.
- Chcę loda - powiedział Kalle, wskazując ręką na budkę na nabrzeżu, za
nimi.
- Dostaniesz loda na łodzi - odpowiedział Thomas.
Na jego czole pokazały się krople potu. Uderzająca o pomost fala
rozbryzgała się i zmoczyła mu twarz. Ellen marudziła w wózku. Powiódł
wzrokiem wzdłuż kei i serce mu zamarło.
Na samym końcu nabrzeża cumował "Norrskär". Stary parowiec, który przy
prężących się przy nabrzeżu potworach wyglądał jak pokurczona staruszka.
W taką pogodę przeprawa nim do letniego domu rodziców na wyspie zajmie
im trzy godziny.
Weszli na pokład jako jedni z ostatnich. Thomas zostawił wózek, torby i plecak w kabinie, tuż pod mostkiem kapitańskim.
- Teraz coś zjemy - powiedział, zdając sobie sprawę, jak żałośnie to
zabrzmiało.
Jak tylko wyszli z portu, zaczęło porządnie bujać. Kallemu zrobiło się
niedobrze, jeszcze zanim minęli Fjäderholmarna, najbliższe wyspy
archipelagu. Zwymiotował na stół w kawiarni. Lód wypadł mu z ręki.
- Mój lód - płakał, próbując złapać patyczek. Wytarł buzię rękawem.
- Zaczekaj - zawołał Thomas, bo Ellen właśnie próbowała się wyswobodzić
z jego objęć.
Pasażerowie odsunęli się dyskretnie, byle dalej od nich.
- Musi pan sam posprzątać - powiedziała dziewczyna z baru ze skwaszoną
miną, podając mu papierowy ręcznik.
- Już dobrze, zobaczycie, że zaraz wszystko będzie dobrze - zwrócił się
do dzieci, czując na sobie palące spojrzenia pasażerów.
Uciekł na pokład, z córeczką pod jedną ręką, złożoną spacerówką pod
drugą i opierającym mu się, płaczącym synkiem, kupką nieszczęścia, przed
sobą.
Ulokował dzieci pod niewielkim daszkiem tuż nad schodami. Zdjął
pelerynę, owinął nią synka i posadził go na umocowanej do ściany małej
ławeczce. Chłopiec natychmiast przestał płakać, a po minucie już spał.
Thomas rozłożył spacerówkę, położył w niej córeczkę i owinął kocykiem.
Zaczął chodzić z wózkiem po pokładzie, co w połączeniu z kołysaniem
statku dało zamierzony efekt. Mała zasnęła.
Zablokował kółka, sprawdził, czy deszcz nie pada na dzieci, i stanął
przy burcie, pozwalając, by wiatr i deszcz wzięły go w objęcia. Nagle
poczuł niewytłumaczalną tęsknotę, doznał dojmującego poczucia straty.
Przypomniał sobie o czymś, co kiedyś miał, a potem stracił.
Wzburzone morze, pomyślał. Ten zapach, to uczucie.
Wychował się przy nim. Woda była dla niego stałym punktem odniesienia,
była zawsze. Przezroczysta i jasna, była dla niego nie tylko symbolem
dzieciństwa i lata. W Vaxholmie, gdzie dorastał i mieszkał do
trzydziestego drugiego roku życia, była zawsze. W ostatnich latach ta
część jego życia odeszła nieco w cień. Zapomniał o czymś, co kiedyś było
fundamentem jego życia.
Nie jest tego warta, pomyślał.
A po chwili, z miażdżącą siłą: żałuję.
Zaczerpnął powietrza. Nigdy dotąd nie pozwolił sobie na takie myśli.
Poczuł gulę w żołądku. Poczucie zdrady ciągnęło go za sobą na dno.
Zawiódł Eleonor, swoją żonę. Dla skoku w bok z Anniką Bengtzon. Opuścił
dom, swoją willę i całe swoje dotychczasowe życie, żeby zamieszkać z Anniką w jej mieszkaniu w przeznaczonej do wyburzenia kamienicy bez
ciepłej wody na Kungsholmen w Sztokholmie. Złamał przyrzeczenie złożone
Eleonor wobec Boga, zawiódł rodziców, przyjaciół i sąsiadów. On i Eleonor zajmowali wysoką pozycję w vaxholmskim społeczeństwie, w parafii, w życiu towarzyskim miasta. Ona była dyrektorem banku, on
głównym ekonomistą gminy.
- Jeden cholerny skok w bok - rzucił na wiatr.
Nagle poczucie winy zrobiło woltę i z niezwykłą siłą trafiło go w twarz.
Kalle, pomyślał. Przepraszam, wcale tak nie myślę.
Odwrócił się plecami do morza, chłonął widok śpiących pod daszkiem
dzieci. Były fantastyczne, i były jego. Jego!
Eleonor nie chciała mieć dzieci. On sam właściwie nigdy się nad tym nie
zastanawiał, do chwili kiedy Annika, pewnego wieczoru tuż przed Bożym
Narodzeniem, zjawiła się przed ich domem, w ciąży, zapłakana. Kiedy to
było? Trzy i pół roku temu? Nie więcej?
Miał wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu. Od tamtej pory był w swoim dawnym domu tylko raz, z pracownikami firmy przeprowadzkowej.
Willę zatrzymała Eleonor. Oczywiście spłaciła go. Za te pieniądze kupił
akcje. Postawił na informatykę i zaawansowane technologie, zgodnie z zaleceniami analityków.
- Nie kupuj tego gówna - mówiła Annika. - Po co komu internet
szerokopasmowy, skoro nikt nie potrafi wyprodukować dobrze działającego
komputera? - Rzuciła swojego laptopa na podłogę i zaczęła go kopać.
- Bardzo dojrzałe zachowanie - powiedział wtedy. - Twoja analiza giełdy
budzi zaufanie.
Ale oczywiście miała rację. Po miesiącu ceny akcji zaczęły spadać,
najbardziej tych firm, w które zainwestował.
Schował się przed wiatrem w zaciszniejszym miejscu. Poczuł, że jest
mokry i że zmarzł.
A nie minęli jeszcze nawet G?shaga.
- Dlaczego winda nie działa? - wydyszał Anders Schyman, kiedy dotarł na
czwarte piętro prasowego wieżowca.
Tore Brand spojrzał na niego spod oka, skwaszony.
- Wilgoć - rzucił. - W poniedziałek przyślą kogoś z serwisu.
Kierownik redakcji wziął głęboki wdech i postanowił o nic nie pytać, aż
nie zmieni się portier.
Gwóźdź siedział samotnie przy redakcyjnym stole, z nogami na blacie i słuchawką telefonu wciśniętą w ucho. Wzdrygnął się, kiedy Schyman
położył mu rękę na ramieniu.
- Oddzwonię - powiedział, rzucając słuchawkę na widełki.
- To Torstensson? - spytał Schyman.
- Jest z rodziną w Dalarnie i gra na skrzypcach. Widziałeś go kiedyś w stroju ludowym? - Gwóźdź uśmiechnął się szyderczo.
Zespół redakcyjny nie darzył swego wydawcy zbytnim szacunkiem. Schyman
zdawał sobie jednak sprawę, że ma to drugorzędne znaczenie. Tak długo,
jak pozwalał im robić, co chcą, mógł być pewien swego stanowiska.
Usiadł naprzeciwko szefa działu wiadomości i odchylił się do tyłu.
Wiedział, że ludzie szanują go za wiedzę, ale skoro nie miał władzy
wykonawczej, nie miało to większego znaczenia.
Nagle przypomniał sobie, jak kiedyś nazwała ich Annika Bengtzon.
Wełniana ławica - nawiązanie do ich niemal identycznych granatowych
wełnianych marynarek. Uśmiechnął się.
Po chwili odchrząknął.
- Co robimy w sprawie biednej panny Carlsson?
- Annika Bengtzon miała zadzwonić o dwunastej, ale jeszcze się nie
odezwała - powiedział Gwóźdź, rozkładając bezradnie ręce.
- Z kim jedzie?
- Z Bertilem. Wyruszyli tuż po dziesiątej.
- Pewnie nie zdążyli jeszcze wyjechać z miasta. Są nieprawdopodobne
korki.
- To prawda! - zawołał Gwóźdź. Mieszkał w Solnie i codziennie służbowym
wozem pokonywał całe cztery kilometry. - Ktoś powinien się tym zająć.
Schyman stłumił westchnienie.
- Wiesz, że Michelle Carlsson dwukrotnie oskarżała nas o zniesławienie?
- I co z tego? - zdziwił się Gwóźdź. - Mamy się teraz wycofać dlatego,
że za życia się z nami procesowała?
Schyman przyglądał mu się w milczeniu przez dziesięć sekund.
- Co kto robi? - spytał w końcu.
Gwóźdź przekładał nerwowo papiery. Na górnej wardze miał kropelki potu.
- Annika i Bertil są w drodze do Flen. Berit dojedzie do nich z Öland,
gdzie miała robić reportaż o alkoholu wśród młodzieży, razem z miejscowym fotografem. Prawie godzinę rozmawiałem z nim przez telefon.
Jest wściekły, że nici z reportażu.
- Tak czy inaczej zapłacimy mu - zapewnił Schyman, sięgając po leżącą na
blacie gazetę.
- Jasne, ale facetowi zależało nie tyle na forsie, ile na umieszczeniu
swoich zdjęć w "Kvällspressen". W końcu zaproponowałem, żeby pstryknął
kilka fotek i przesłał nam razem z danymi osób pokazanych na zdjęciach.
Imię, nazwisko, wiek.
- Chcę zobaczyć te zdjęcia. Mam dość ustawek.
Gwóźdź zaczerwienił się lekko. W zeszłym roku posłał dwóch stażystów na
Öland. Wrócili z bombowym materiałem. Potem jednak okazało się, że
zarówno reporter, jak i fotograf pili równie ostro jak reszta
towarzystwa, a poza tym zapomnieli poinformować swoich nowych
przyjaciół, że ich rzyganie i łzy zostaną uwiecznione, a zdjęcia
opublikowane w "Kvällspressen". Skutek był taki, że Komisja do spraw
Prasy wydała pięć wyroków skazujących i gazeta musiała zapłacić ponad
sto pięćdziesiąt tysięcy koron w ramach ugody, nie chcąc, by sprawa
trafiła do sądu. Była co prawda szansa, że wygra proces, ale ponieważ
cała sprawa była bardzo podejrzana, uznano, że lepiej zapłacić i zachować resztki dobrej opinii.
- Dlatego w tym roku pojechała Berit - odpowiedział krótko Gwóźdź, nie
przestając stukać w klawiaturę laptopa. - A o tych fotkach powiedziałem
tak dla świętego spokoju.
- Uważaj, żeby facet w ostatniej chwili nie zablokował nam modemu
setkami zdjęć - powiedział Schyman, wstając. - Kiedy zadzwoni Bengtzon,
przełącz ją do mnie.
- Jeśli zadzwoni - odpowiedział Gwóźdź, ale Anders Schyman zdążył już
wyjść.
Karawana samochodów pełzła powoli drogą numer 55. Deszcz zacinał,
wycieraczki piszczały. Monotonna powolność wzmagała napięcie, w saabie
panowała przytłaczająca cisza. Annika próbowała usiąść wygodniej, ale
pas wrzynał się jej w ciało, a podgłówek był podniesiony zbyt wysoko.
Wiedziała jednak, że problemem nie jest siedzenie; to niepewność
sprawiała, że ciało miała sztywne i obolałe. Zaledwie kilka tygodni temu
wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim i zatrudnienie jej w dziale
kryminalnym nadal budziło wątpliwości.
Kiedy była w ciąży, zarówno z Kallem, jak i z Ellen, pracowała w różnych
działach. Współredagowała stronę kobiecą, próbowała sił w dziale "To i owo". Uznała to za degradację, ale nie buntowała się. Doskonale
wiedziała, jakie jest nastawienie kierownictwa do młodych, świeżo
zatrudnionych kobiet, które zachodzą w ciążę. Wiedziała, że jest uważana
za zdrajczynię, za lenia, który wykorzystuje przysługujące mu wolne,
oczywiście ze szkodą dla gazety. Ciężarna dziennikarka w dziale
kryminalnym - to zakrawało na żart. Po pierwsze jest oczywiste, że mózg
kobiety przestaje funkcjonować w chwili, gdy nasienie mężczyzny dociera
do jajeczka. Po drugie powinna zostać ukarana za zdradę. Pamiętała swoje
łzy goryczy i niezrozumienie Thomasa, który niezdarnie usiłował ją
pocieszać.
- Zobaczysz, że niedługo poczujesz się lepiej - mówił, przynosząc jej
szklankę mleka.
Nigdy mu nie powiedziała, że powodem jej płaczu nie było złe
samopoczucie.
Bolał ją kark. Przeciągnęła dłonią po górnej części kręgosłupa, zaczęła
masować szyję, próbowała rozluźnić szczęki. Nie miała zasięgu. Jej marny
abonament z Comviq okazał się bezużyteczny poza miastem.
Jedyne, czego zdołała się dowiedzieć, to że zarówno komenda w Eskilstunie, jak i wydział zabójstw Komendy Głównej Policji zostały
włączone w sprawę. Napawało ją to nadzieją, ale i budziło lekki niesmak.
Z wydziałem zabójstw miała dobre kontakty, przede wszystkim z Q,
śledczym, który często prowadził poważniejsze sprawy. Jej relacje z policją z Eskilstuny były znacznie bardziej skomplikowane. Tamtejsi
funkcjonariusze sześć lat temu prowadzili dochodzenie w sprawie śmierci
zawodnika drużyny bandy, Svena Matssona z Hälleforsnäs. Była pewna, że
nadal ją tam pamiętają.
Patrzyła przez szybę. Widziała przesuwające się drzewa, takie same jak
te, między którymi wtedy biegła, uciekała tamtego chłodnego jesiennego
dnia. Poprzedniego wieczoru zerwała ze Svenem, kończąc raz na zawsze
przesycony sadyzmem związek. Sven poprzysiągł, że się zemści, że ją
zabije. Gonił ją przez las z nożem myśliwskim w ręku. Rozpruł brzuch jej
kotu.
Zamknęła oczy, poddając się kołysaniu samochodu na nierównym asfalcie.
Próbowała się odprężyć. Pod powiekami widziała głowę Svena roztrzaskaną
od uderzenia żelaznym prętem. Widziała, jak powoli osuwa się nad
krawędzią wielkiego pieca i znika w jego czeluściach. Zaczęła szybciej
oddychać, czuła mrowienie w nogach. Zrobiła wszystko, żeby wyprzeć ten
obraz z pamięci.
Została uznana za winną spowodowania śmierci. Ogłoszono wyrok skazujący.
Dwuletni dozór kuratora. Uznano, że działała w obronie własnej, i wycofano oskarżenie o zabójstwo. Właściwie nie była pewna, czy wyrok był
sprawiedliwy. Bo przecież chciała zabić. Stała z umierającym kotem na
rękach, przekonana, że postąpiła słusznie.
- Tutaj skręcamy?
Podniosła głowę.
- Tak. W lewo.
Jechali długą aleją prowadzącą do zamku w Yxtaholm. Minęli drogę do
stadniny koni, gdy nagle wyrósł przed nimi szlaban.
- Niech to szlag - jęknął Bertil Strand.
Annika spojrzała w prawo. Wśród listowia dostrzegła białą fasadę zamku.
Nieco dalej widać było ludzi. Na parking przed stadniną wjechał właśnie
wóz transmisyjny.
- Wszystkie cholerne media są już na miejscu - stwierdził fotograf.
- Przestań narzekać - obruszyła się Annika.
Otworzyła drzwi i zaczęła wysiadać. Bertil zamierzał dodać gazu i odjechać.
- Jak duży teren został wygrodzony? - zawołała do stojącego przy
szlabanie policjanta.
- Cały cypel.
- Dlaczego niektórych wpuściliście?
Trzasnęła drzwiami z całej siły, nieczuła na pełne wzburzenia protesty
Bertila.
- Zaraz opróżnimy cały teren - odpowiedział policjant władczym tonem.
Patrzył na wodę, widać było, jak drży mu grdyka. Najwyraźniej jakiś
miejscowy geniusz, pewnie z Katrineholm, pomyślała Annika i postanowiła
przystąpić do ataku. Wyciągnęła z kieszeni legitymację prasową i pewnym
krokiem ruszyła w jego stronę. Nie spuszczając z niego wzroku, zamachała
mu przed nosem legitymacją.
- Próbuje mi pani uniemożliwić pracę? - Znów przełknął ślinę. -
Dostaliśmy wyraźne instrukcje - powiedział, wciąż lustrując wzrokiem
jezioro.
- Żeby przeszkadzać prasie w informowaniu o tym, co się wydarzyło? Nie
wierzę.
Policjant spojrzał na nią.
- Jest pani z Hälleforsnäs, prawda?
Annika zachwiała się lekko. Odwróciła się na pięcie i podeszła do
samochodu. Opadła ciężko na siedzenie obok kierowcy.
- Tędy nie wjedziemy - powiedziała i znów trzasnęła drzwiami.
- Ile razy mam ci, do cholery, powtarzać, że...
Bertil wcisnął sprzęgło i ruszył, ostrożnie, żeby żwir nie uszkodził
lakieru.
- Zaczekaj, zaczekaj - próbowała go powstrzymać Annika.
Zamknęła na chwilę oczy i przeciągnęła dłonią po czole. Czuła przypływ
adrenaliny. Musi być jakaś inna droga, pomyślała.
Fotograf dodał gazu i wrzucił dwójkę. Samochodem zarzuciło na mokrym
żwirze. Pulsujące poczucie porażki kołatało jej w piersi.
- Zatrzymaj się - poprosiła. - Pomyślmy chwilę.
Bertil zaparkował samochód obok wyblakłego znaku drogowego.
- Na pewno można tam jakoś wejść - powiedziała.
Fotograf spojrzał na jezioro.
- Może od drugiej strony?
- Zamek otoczony jest dwoma jeziorami - powiedziała Annika. - To przed
nami to L?ngsjön, po drugiej stronie na lewo jest Yxtasjön. Nie sądzę,
żeby prowadziła tam jakaś szosa. Może wąska dróżka dla traktorów, ale te
zwykle są zamknięte.
Spojrzała na wodę. Wśród listowia dostrzegła Finntorp, gospodarstwo, w którym kiedyś, jako nastolatka, była na obozie jeździeckim. Skakała na
Sorai i wygrywała rozetki. Obrazy tańczyły jej przed oczami, w nozdrzach
miała zapach świeżo skoszonej trawy, na udach czuła ciepło końskiego
ciała, wdychała kurz drogi, kochała tę klacz.
I nagle ją olśniło.
- Skręć w lewo, potem prosto i znów w lewo.
Fotograf bez pytania zastosował się do jej wskazówek: albo jej zaufał,
albo był na nią wściekły. Postanowiła nie dociekać.
- Gdzie teraz? - spytał, kiedy dotarli do Finntorp.
- W prawo. W stronę Ansgarsg?rden.
Ruszyli ostrożnie pod górę. Mijali końskie padoki i różne znaki zakazu.
Nagle wyrosły przed nimi czerwone drewniane domy, niczym olbrzymy w mroku.
- Co to za miejsce?
- Chrześcijańskie centrum kursowo-obozowe. O ile się nie mylę, własność
Szwedzkiego Związku Misyjnego. Z tyłu, na dole, powinien być parking.
Plac był prawie pusty. Nieco z boku stała samotna przyczepa kempingowa.
Bertil zaparkował przy dużym trawniku.
- Po co tu przyjechaliśmy? - spytał.
- Za tym wzgórzem jest plaża. Jeśli dobrze pamiętam, przy pomoście
powinna cumować łódka ratownika. Pomyślałam, że sobie ją pożyczymy.
Wyglądało na to, że nadal będzie padać. Włożyli kurtki przeciwdeszczowe.
Bertil owinął kamery folią i włożył do plecaka z wodoodpornego
materiału.
- Przykryj komputer. Nie chcę, żeby ktoś się włamał do wozu.
Annika zagryzła wargi i narzuciła koc na leżącą na tylnym siedzeniu
torbę z laptopem. Włamanie? Na pustym parkingu chrześcijańskiego centrum
kursowego?
Łódź stała przy pomoście, ale była do połowy wypełniona wodą. Wiosła
leżały w sitowiu, czerpaka nie było. Wspólnymi siłami wyciągnęli łódkę
na brzeg i odwrócili do góry dnem. Woda popłynęła po piasku szerokim
strumieniem.
- Potrafisz wiosłować? - spytał Bertil wyjątkowo ulegle.
- Mam nadzieję, że nie wygrodzili brzegu - odpowiedziała Annika.
Jezioro było większe, niż pamiętała. Niewielka łódka huśtała się na
falach niczym pływak. Chwilami Annika miała wrażenie, że stoją w miejscu. Nie dość, że cały czas padało, to jeszcze dno zaczęło
przeciekać.
Nie ma to jak łódka ratownika, pomyślała, kiedy byli mniej więcej w połowie drogi.
Okrążyli cypel i poczuli silne uderzenie wiatru. Annikę co chwila łapały
skurcze w rękach.
- Myślisz, że uda nam się dzisiaj dopłynąć? - spytał przemoczony do
suchej nitki Bertil.
Annika się zawzięła. Zaczęła wiosłować z całych sił. Była już bliska
poddania się, gdy dostrzegła saunę stojącą przy willi.
- Już niedaleko - powiedziała.
Zmrużyła oczy, próbując przez strugi deszczu dojrzeć zamek na wyspie. Na
brzegu coś się działo. Widziała małe czarne figurki przy skrzydłach
zamku i duże jaskrawe logo na białym boku wozu, tuż obok ujścia kanału.
- Chyba widać wóz transmisyjny - powiedział fotograf, wyjmując z foliowej torby kamerę. - Możesz się chwilę nie ruszać? Chcę pstryknąć
parę zdjęć, zanim nas stąd wygonią...
Annika nie słuchała go. Wiosłowała zawzięcie, niemal wdzięczna
deszczowi. Jeśli będą mieli szczęście, może im się uda okrążyć wyspę i przybić do brzegu. Może nikt ich nie zauważy.
Udało się. Drżała, ciągnąc łódź przez sitowie i trawę, była wykończona i zmarznięta.
- Wiesz, gdzie iść? - spytał Bertil.
Zaczerpnęła powietrza, próbując zdusić kaszel.
- Przyjeżdżałam tu z babcią w każde jej urodziny. Spacerowałyśmy po
ogrodzie, a potem jadłyśmy trzydaniowy obiad na zamku.
- Miło - skwitował Bertil, sięgając po plecak.
- Babcia była gospodynią w dworze w Harpsund. Niecały kilometr stąd.
Znała tutejszego szefa kuchni. Obiad był prezentem urodzinowym. - Nagle
wskazała na coś po prawej stronie. - Tam jest taras. Pewnie tam
nagrywano program - powiedziała. - A tam jest Północne Skrzydło, z apartamentami - wskazała na lewo. - W głównym budynku, przed nami, jest
jadalnia i salony. Idziemy.
Główny budynek zamku, Corps de logiet, piętrzył się przed nimi niczym
migoczący pałac, biały i mokry od deszczu. Zbliżali się od północy i czarny dach budynku wydawał się czarniejszy od nieba. Na klombie na
środku podjazdu zaczynały kwitnąć róże. Przed wejściem stały trzy
radiowozy.
- Co to właściwie za miejsce? - spytał Bertil, wyjmując kamerę.
- To dawny dwór, z fragmentami murów jeszcze ze średniowiecza. Obecnie
hotel i centrum konferencyjne, własność Szwedzkiego Zrzeszenia
Pracodawców. Zbudowano go w 1753 roku.
Fotograf zerknął na nią spod oka.
- Nie w 1754?
- Tam jest napisane - odpowiedziała Annika, wskazując na datę nad bramą.
Nagle uprzytomniła sobie, że nigdy jeszcze nie widziała jej zamkniętej.
Duże podwójne drzwi zawsze były szeroko otwarte dla gości. Teraz wydały
się jej ciężkie i nieprzyjazne.
Wskazała na wzgórze zamkowe za Południowym Skrzydłem.
- Pierwsze budynki były z drewna i stały tam. Zamek i wszystkie
dobudówki mają ceglaną konstrukcję. Piec, w którym wypalano cegły, jest
tam, za drzewami. Idziemy najpierw na miejsce zbrodni?
Bertil Strand skinął głową.
Okrążyli zamek, a potem, idąc od drzewa do drzewa, przeszli ostrożnie
przez park. Minęli taras i szli wygracowanymi żwirowymi ścieżkami. Trawa
była świeżo przycięta, żywopłoty i klomby zadbane. Annika zerknęła na
otynkowaną fasadę, surową i prostą, równy rząd okien. W małych szybkach
podzielonych szarymi ołowianymi szprosami odbijała się gładka tafla
jeziora.
- Brakuje tylko dam w krynolinach - zauważył fotograf, uruchamiając
kamerę.
Zeszli nad jezioro, okrążyli niewielki labirynt krzaczków i murków,
minęli pomost i skierowali się w stronę Północnego Skrzydła.
- Wóz transmisyjny - wskazała Annika.
Bertil zmienił kamerę i położył się jak długi na trawie. Obiektyw oparł
na lewej ręce, prawą włączył nagrywanie.
Annika stała tuż za nim i mrużąc oczy, przyglądała się miejscu zbrodni.
Wóz nie wyglądał jak wóz, raczej jak gigantyczny tir. Jeden jego bok się
otwierał, pozwalając niemal podwoić powierzchnię. Widziała przed sobą
wejście, kilka stopni prowadzących do wąskich drzwi z lewej strony
kabiny. Odwrócony do nich plecami umundurowany policjant rozmawiał z kimś siedzącym w wozie.
- Musimy pochodzić bliżej? - spytała Annika cicho.
Chociaż prywatnie nie dogadywali się z Bertilem zbyt dobrze, miała pełne
zaufanie do jego umiejętności zawodowych.
- Właściwie nie. Mam kilka ujęć z łódki, od drugiej strony. Możemy teraz
skręcić w prawo i spróbować zrobić kilka zdjęć głównego korpusu, ze
skrzydłami w tle. Jeśli ktoś się zjawi i będzie chciał nas wyrzucić,
spróbuj go zagadać.
Bertil wstał, zarzucił plecak na lewe ramię i ruszył wzdłuż brzegu.
Annika podążyła za nim. Cały czas uważnie przyglądała się białym
budynkom. Widziała wyraźnie zamek na wzgórzu, oba skrzydła, mury,
pokryte liśćmi drzewa, każde inne, i padające z okien łagodne złotawe
światło, kontrastujące z szarością na zewnątrz. Teraz rozumiem, dlaczego
Oxenstierna po pobycie tutaj pisał w dzienniku, że poznał kolory raju,
pomyślała.
- Skończyłem - oświadczył Bertil, odwracając się w stronę jeziora.
Wrócili tą samą drogą. Bertil cały czas filmował. Gdy weszli na szczyt
wzgórza, natknęli się na policjanta, którego Annika znała z Eskilstuny.
- Co wy tu robicie? - spytał władczym tonem.
Annika wyciągnęła legitymację prasową i podsunęła mu ją pod nos.
- Szukamy kolegi, Carla Wennergrena. Brał udział we wczorajszym nagraniu
i prawdopodobnie nadal tu jest.
- Jest przesłuchiwany - odpowiedział policjant, podchodząc do Anniki. -
Proszę opuścić teren. Dołączcie do pozostałych dziennikarzy.
- Jest o coś podejrzany?
- Bez komentarza - powiedział policjant i pchnął ją lekko.
- Przestań! - krzyknęła Annika. - Nie przesłuchuje się dziennikarza ot
tak, bez powodu. Skoro policja zatrzymała reportera jednej z największych szwedzkich gazet, to ma obowiązek poinformować o tym jego
pracodawcę.
Nie była to prawda, ale policjant wyraźnie zaczął się wahać.
- Prawdę mówiąc, nie wiem. Nic nie wiem.
- Ile osób chcecie przesłuchać?
- Wszystkich, którzy tu byli w nocy.
- Czyli ile?
- Dokładnie dwanaście osób. Poza tym masz tu jeszcze jedną znajomą. Tę
starszą panią, która pisze felietony.
Annice opadła szczęka.
- Barbara Hanson? Co ona tu robi?
Policjant pochylił się i zniżył głos.
- Na pewno nikt nie został zatrzymany. Gdyby tak było, wiedziałbym o tym.
- Pracownicy zamku też zostali przesłuchani?
- Nie na obecnym etapie. Nikogo z nich nie było tu w nocy.
- Coś jeszcze? - spytała szybko Annika, próbując wykorzystać sytuację.
Jakiś mężczyzna w pelerynie i kaloszach zmierzał w ich stronę i policjant zaczął się denerwować.
- Musicie iść - powiedział. Złapał Annikę za rękę i lekko pociągnął.
Ruszyli powoli w stronę mostu, do miejsca, gdzie zebrali się
dziennikarze. Annika sięgnęła po telefon i wybrała numer Gwoździa.
Kierownik działu wiadomości najwyraźniej właśnie jadł. Słychać było, jak
mlaszcze, próbując jednocześnie rozmawiać.
- Co mówi Wennergren?
- Nie wiem. Wolno mu rozmawiać tylko z policją.
- Zatrzymali go? Cholera! To dziennikarz!
Annika miała wrażenie, że coś mokrego upadło na słuchawkę. Skrzywiła
się.
- Nie powiedziałam, że został zatrzymany, tylko że go przesłuchują. Poza
tym jest w dobrym towarzystwie. Barbara też tam jest.
- Hanson? Niech to szlag! Schyman zabronił jej szkalować Michelle
Carlsson.
Annika nie bardzo wiedziała, o czym Gwóźdź mówi. Poczuła się głupio. Nie
śledziła pilnie prasy podczas urlopu macierzyńskiego, a już na pewno nie
czytała kąśliwych plotkarskich felietonów Barbary Hanson. Zmieniła
temat:
- Mają przesłuchać dwanaście osób.
- Kogo? - Gwóźdź najwyraźniej skończył jeść. Słyszała, jak beka i zapala
papierosa.
- Podejrzewam, że głównie ludzi z telewizji. Spróbuję się czegoś
dowiedzieć.
- Chcę mieć zdjęcia wszystkich, podpisane imieniem i nazwiskiem -
oświadczył Gwóźdź. - "Uszli z życiem z rzezi na zamku". "Jeden z nich
jest mordercą". "...i zostało ich dwanaścioro". Dobre, prawda?
- Czysta poezja - powiedziała Annika i rozłączyła się.
- Co teraz? - spytał Bertil.
- Idziemy na parking.
Przeszli przez szlaban na końcu mostu i dołączyli do dziennikarzy.
- Jak się tam dostaliście? - zdziwił się reporter "Konkurrenten",
potężnie zbudowany blondyn w mokrej skórzanej kurtce.
- Wczoraj wieczorem ukryliśmy się w wilczym dole - rzuciła Annika,
kierując się w stronę stajni.
Nareszcie się odprężyła. Jej ciało znów funkcjonowało normalnie.
Mrowienie ustało, żołądek się uspokoił. Woda, która wlała jej się za
kołnierz, nie była już tak zimna. Przeszła parę kroków, żeby się trochę
rozruszać.
Ze stajni wyszedł umundurowany policjant. Zatrzymał się, walczył chwilę
z suwakiem kurtki. Potem ruszył pospiesznie w stronę zamku, nie
przejmując się dziennikarzami. Annika odprowadziła go wzrokiem. Deszcz
znów zaczął jej się lać za kołnierz. Przesunęła się nieco i poczuła
grząską ziemię pod stopami. Zostawiała mokre plamy, czuła się jak
nasiąknięta wodą gąbka. Spojrzała pod nogi: brązowa ziemia, kałuże,
śmieci. Poczuła kwaśny, stęchły odór.
Szwecja, pomyślała. Co za gówniany kraj.
Przeraziły ją własne myśli, zaczęła szukać kontrargumentów.
Trzy Korony spisywały się nie najgorzej, szczególnie gdy grał Foppa.
Poza tym dobrobyt, no i przyroda.
Przyroda.
Próbowała dojrzeć coś zza kurtyny deszczu, ale widziała jedynie różne
odcienie szarości i brązu, niewyraźny, zamazany obraz. W taki dzień jak
ten trudno o przekonujące argumenty.
Wytarła nos, jakby miała nadzieję, że w ten sposób pozbędzie się
kwaśnego odoru.
Zauważyła, że nie tylko reporterowi z "Konkurrenten", ale także
przedstawicielowi ogólnokrajowej telewizji i lokalnego Radia Sörmland
oraz kilku dziennikarzom radiowego programu "Wiadomości Wschodniego
Wybrzeża" i redakcji jej dawnej gazety "Katrineholms-Kuriren" udało się
w porę pokonać szlaban. Ich samochody stały zaparkowane byle jak przy
Skrzydle Ogrodowym. Annika wyjęła bloczek i ołówek i zaczęła się
przyglądać pozostałym pojazdom.
Złoty range rover, największa i najdroższa terenówka na rynku. Zapisała
numer rejestracyjny. Ruszyła wzdłuż szeregu samochodów: volkswagen polo,
czerwony kabriolet z czarnym dachem, zardzewiały fiat uno, czarny
sportowy samochód, który wydał jej się szalenie ekskluzywny, okazał się
chryslerem, zielone volvo S40, brązowy renault clio z nalepką "Jezus
żyje" na tylnej szybie, niebieskie bmw i brązowy, dość wiekowy saab 900.
Na szczęście komórka działała. Połączyła się ze sztokholmskim Rejestrem
Samochodów. Usłyszała w słuchawce męski głos.
- Mam kilka numerów. Chciałabym, żeby ktoś mi je sprawdził. Ma pan
chwilę?
Ogromna terenówka należała do Tv Plus, niemiecki kabriolet był
zarejestrowany na Barbro Rosenberg z Solny, właścicielką fiata była
Hannah Persson z Katrineholm, sportowy chrysler należał do spółki
akcyjnej Build & Create z siedzibą w Jönköpingu, volvo było
własnością Karin Andersson z Hägersten, a renault - Mariany von Berlitz,
zamieszkałej przy ulicy Grevgatan w Sztokholmie, bmw należało do Carla
Wennergrena, zamieszkałego w Djursholm w Sztokholmie, właścicielem saaba
był niejaki Stefan Axelsson z Tullinge.
Annika postanowiła nie przejmować się kosztami i znów wybrała numer, tym
razem biura numerów.
- W Solnie nie mieszka żadna Barbro Rosenberg. Jest natomiast Bambi
Rosenberg, ale ma zastrzeżony numer - poinformowała ją, cedząc słowa,
telefonistka. Przedstawiła się jako Linda.
Aktorka, zapisała Annika w notesie.
Hannah Persson też nie figurowała w spisie mieszkańców Katrineholm.
- Wiele osób ma jedynie telefon komórkowy - tłumaczyła jej Linda. - O tych osobach nie mamy żadnych informacji.
Build & Create miało natomiast całe mnóstwo numerów. Annika zapisała
wszystkie. Pierwszy należał do niejakiego Sebastiana Follina. Menedżer.
Nazwisko brzmiało znajomo.
Karin Andersson Bellhorn występowała w rejestrze tylko raz. Producentka
telewizyjna. Annika znała ją, spotkały się kilka razy w redakcji.
Mariana von Berlitz miała zastrzeżony numer, ale ją Annika także znała.
Sześć lat temu dzieliły redakcyjne biurko i ciągle się kłóciły, kto po
kim ma sprzątać. Mariana i Carl Wennergren byli parą. Stefan Axelsson
okazał się realizatorem obrazu.
Annika szybko policzyła. Wyszło jej, że ma dane siedmiu osób. Poza tym
była tam też Anne Snapphane, to osiem. Anne przyjechała zapewne
pociągiem, podobnie jak Barbara Hanson. Razem dziewięć. Kto jeszcze?
Range rover z Tv Plus musiał należeć do któregoś z szefów. Może do
samego bossa? Mówiąc o nim, Anne zawsze używała jego nazwiska:
Highlander. Uważa się za nieśmiertelnego i niepokonanego, powiedziała
kiedyś.
Zostało jeszcze dwoje. Kto?
Rozejrzała się po parku. Po drugiej stronie alejki pasło się stado
owiec. Beczały, mokre i najwyraźniej głodne. Od strony wyspy kilku
policjantów pilnowało mostu. Z miejsca, w którym stała, wozu nie było
widać.
Wóz, pomyślała nagle. Ktoś musi za niego odpowiadać. Pewnie ktoś z techniki. To już jedenaście.
Kim była dwunasta osoba, nie miała pojęcia. Pora kończyć.
Wyjęła telefon i wybrała numer Anne. Zajęte.
- Annika! Annika Bengtzon!
Głos dochodził od strony samochodów stojących przy Skrzydle Ogrodowym.
Odwróciła się i zmrużyła oczy w padającym deszczu.
Wołała ją Pia Lakkinen, koleżanka z czasów, kiedy pracowała w redakcji
"Katrineholms-Kuriren". Wysiadła z samochodu, pospiesznie włożyła kaptur
i ruszyła w stronę Anniki.
- Sporo czasu upłynęło! Fajnie cię znów zobaczyć!
Podały sobie ręce. Annika próbowała się uśmiechnąć, ale nie potrafiła
wykrzesać z siebie większego entuzjazmu. Źle znosiła koleżeńskie
poklepywanie po plecach w miejscu zbrodni. Fakt, że kiedyś razem
pracowały, jedynie pogarszał sprawę. Odeszła z lokalnej gazety,
przechodząc do redakcji "Kvällspressen" w Sztokholmie. Większość
współpracowników odebrała to nie tylko jako zdradę, ale też wyraz
pogardy dla ich gazety.
- Co słychać w "KK"? - spytała Annika.
Pia westchnęła teatralnie.
- No wiesz, po staremu. Złe planowanie, żadnych awansów, nic nowego. A teraz jeszcze ten deszcz... Chociaż pada już chyba trochę mniej.
Annika szukała słów, czegoś, na czym mogłyby się oprzeć. Bezskutecznie.
Pia najwyraźniej niczego nie zauważyła, dalej paplała nerwowo:
- Straszna historia, i to tuż przed nocą świętojańską. Morderstwo, tu,
we Flen, to szaleństwo. Kto by przypuszczał, że u nas może się coś
takiego zdarzyć. Tu zawsze jest tak spokojnie...
Annika powiodła wzrokiem po okolicy, szukając Bertila albo kogokolwiek
innego. Szukała pretekstu, by opuścić dawną koleżankę. Pia musiała to
widzieć, ale najwyraźniej nie chciała do tego dopuścić.
- W Sztokholmie pewnie ciągle macie do czynienia z takimi sprawami -
powiedziała.
- Prawdę mówiąc, do najbardziej bestialskich morderstw dochodzi na
prowincji - weszła jej w słowo Annika.
Uzyskała to, o co jej chodziło. Pia wyglądała na autentycznie zszokowaną
i zaniepokojoną.
- Myślisz, że szybko złapią mordercę?
- Trudno powiedzieć. Przesłuchują dwanaście osób.
- Tak?
Dziewczyna patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. Annika nagle urosła
w jej oczach. Posiadała ważne informacje.
Natomiast Annika, wiedząc, że "KK" wychodzi dopiero w poniedziałek,
mogła sobie pozwolić na wspaniałomyślność:
- Prawie wszyscy należą do zespołu, który nagrywał program. Pozostali to
goście i dziennikarze. Właściwie wszystkich już rozszyfrowałam, z wyjątkiem jednej osoby.
Dawna koleżanka była pod wrażeniem.
- Trudno zdobyć informacje, jeśli się nie zna policjantów - powiedziała.
- Nie mam pojęcia, co tu robią ludzie ze Sztokholmu - dodała.
- Śledczy z Komendy Głównej zawsze są w gotowości - zaczęła jej
tłumaczyć Annika. - To dużej klasy fachowcy.
- Mam wrażenie, że głównie sobie spacerują - powiedziała Pia, zerkając w stronę zamku.
- Zawsze zaczynają od dokładnego rozpoznania terenu. Zabezpieczają ślady
i tak dalej. Można powiedzieć, że zaczynają na zewnątrz, a kończą zawsze
w środku. Wiesz, o której zawiadomiono policję?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Wiadomości podały informację o dziewiątej czterdzieści jeden -
powiedziała po chwili.
- To prawda, ale policja musiała być na miejscu wcześniej. Podejrzewam,
że pierwszy zjawił się patrol z Katrineholm albo z Eskilstuny.
Stwierdzili, że w wozie transmisyjnym na tyłach Nowego Skrzydła leży
trup. Kiedy agencja podała pierwszą wiadomość, zapewne zdążyli już
zabezpieczyć miejsce zbrodni i odizolować świadków. Technicy i śledczy
byli pewnie dopiero w drodze.
Pia patrzyła na nią z podziwem.
- Myślisz, że ona wciąż tam leży?
- Prawdopodobnie tak. Przed chwilą, kiedy tam byłam, w wozie pracowali
technicy. Nie sądzę, żeby przenosili ciało, kiedy pada. Zniszczyliby
ślady.
- Byłaś tam? - spytała Pia z powątpiewaniem.
- Jeśli doszło do kłótni, sprawa może się okazać bardziej skomplikowana
- ciągnęła Annika z wyższością. - Technicy muszą sprawdzić wóz i zbadać
ciało. Muszą przejrzeć ubrania, ustalić, czy ciało zostało przeniesione,
gdzie popełniono zbrodnię. Kiedy skończą i przestanie padać, to ją
stamtąd zabiorą.
- Zabiorą? Dokąd?
- Do zakładu medycyny sądowej. Pewnie do Karolinska, to najbliżej. Tam
ją rozbiorą, a potem technicy i śledczy razem przeprowadzą konieczne
badania. Sprawdzą pod paznokciami i takie tam...
- Fuj - powiedziała Pia i wzdrygnęła się. Po chwili się uśmiechnęła. - A co u ciebie? - spytała.
Annika zaczerpnęła powietrza.
- U mnie w porządku. Dobrze jest znów pracować. Dwa razy byłam na
urlopie macierzyńskim, niedawno wróciłam do redakcji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki