Annika Bengtzon (tom 3). Raj - Liza Marklund

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Czas minął, pomy­ślała. Tak wygląda umie­ra­nie.

Ude­rzyła głową o asfalt, pra­wie stra­ciła przy­tom­ność. Strach minął, uci­chły wszel­kie dźwięki. Zapa­no­wała cisza.

Ogar­nął ją spo­kój, wszystko było takie wyraźne. Brzuch i pod­brzu­sze przy­le­gały do pod­łoża, włosy i poli­czek spo­czy­wały na lodzie i kamie­niach.

Jakie to wszystko dziwne. Jak nie­wiele wła­ści­wie można prze­wi­dzieć. Kto by przy­pusz­czał, że sta­nie się to wła­śnie tutaj? Na obcym wybrzeżu, daleko na pół­nocy.

Nagle znowu sta­nął jej przed oczyma chło­piec. Widziała jego wycią­gnięte ramiona. Ogar­nął ją strach. Usły­szała strzały, chciało jej się pła­kać, poczuła się taka nie­do­sko­nała.

Prze­pra­szam, szep­nęła. Prze­pra­szam za moje tchó­rzo­stwo, za moje bez­na­dziejne nie­udacz­nic­two.

Znowu poczuła, że wieje wiatr. Szar­pał jej wielką torbę, spra­wiał ból. Dźwięki wró­ciły, bolała ją stopa. Prze­mo­czone dżinsy zię­biły jej uda. Tylko upa­dła, kula jej nie tra­fiła. Pozo­stała tylko jedna myśl.

Muszę ucie­kać.

Z tru­dem sta­nęła na czwo­ra­kach. Powa­lił ją wiatr, pod­nio­sła się znów. Powiewy mię­dzy budyn­kami były nie­prze­wi­dy­walne, prze­wa­lały się ulicą od morza niczym nie­mi­ło­sierne ude­rze­nia kijem.

Muszę ucie­kać. Natych­miast.

Wie­działa, że ten męż­czy­zna jest gdzieś za nią. Odciął jej drogę do mia­sta, była uwię­ziona.

Nie mogę tu stać, w świe­tle reflek­to­rów. Muszę ucie­kać. Ucie­kać!

Kolejny poryw wia­tru zaparł jej dech w pier­siach. Z tru­dem go odzy­skała i odwró­ciła się. Żółte reflek­tory oblały zło­tem rudery. Dokąd ma iść?

Zła­pała torbę i pobie­gła z wia­trem, do budynku zwró­co­nego fasadą ku wodzie. Wzdłuż bie­gła długa rampa zała­dun­kowa, po któ­rej wiatr roz­rzu­cił różne rupie­cie. Część leżała na ziemi. Co to takiego? Schody? Komin! Meble. Fotel gine­ko­lo­giczny. Fur­go­netka. Deska roz­dziel­cza woj­sko­wego samo­lotu.

Wcią­gnęła się na nabrzeże, zrzu­ciła torbę. Prze­ci­snąw­szy się mię­dzy wan­nami i ław­kami szkol­nymi, przy­kuc­nęła za sta­rym biur­kiem.

Znaj­dzie mnie, myślała. To tylko kwe­stia czasu. Ni­gdy się nie podda.

Sie­działa sku­lona w pozy­cji embrio­nal­nej, koły­sząc się i dysząc, mokra od potu i asfal­to­wej mazi. Zro­zu­miała, że wpa­dła w pułapkę. Tu nie uda jej się ukryć. Wystar­czy, że podej­dzie, przy­łoży jej pisto­let do tyłu głowy i naci­śnie spust.

Ostroż­nie wyj­rzała spod sza­fek z szu­fla­dami. Nic nie było widać. Tylko lód i maga­zyn, ską­pane w zło­cie reflek­to­rów.

Muszę pocze­kać, pomy­ślała. Muszę wie­dzieć, gdzie on jest. Potem spró­buję uciec.

Po kilku minu­tach poczuła ból w zgię­ciu kolan. Udo i łydka ścier­pły, kostki pie­kły, szcze­gól­nie lewa. Musiała ją skrę­cić, kiedy upa­dła. Z rany na czole ciek ła krew, kapała wprost na zie­mię.

Wtedy go zoba­czyła. Stał na skraju nabrzeża, trzy metry od niej. Jego ostry pro­fil odci­nał się na tle żół­tego świa­tła. Wiatr przy­niósł do niej jego szept:

- Aida.

Zwi­nęła się i mocno zaci­snęła powieki. Skur­czyła się, chciała być jak zwie­rzę, chciała być nie­wi­doczna.

- Aida, wiem, że tu jesteś.

Oddy­chała z otwar­tymi ustami, bez­dź­więcz­nie, cze­kała. Wiatr mu sprzy­jał, spra­wiał, że nie sły­szała jego kro­ków. Kiedy znów spoj­rzała w górę, zoba­czyła, że prze­szedł na drugą stronę sze­ro­kiej ulicy. Szedł wzdłuż płotu, trzy­ma­jąc pisto­let w goto­wo­ści, pod kurtką. Zaczęła oddy­chać szyb­ciej, nie­równo, kon­wul­syj­nie. Przy­pra­wiało ją to o zawroty głowy. Kiedy wśli­znął się za róg i wszedł do nie­bie­skiego maga­zynu, zesko­czyła na asfalt i ruszyła bie­giem. Jej kroki dud­niły, wiatr wiał zdra­dziecko. Torba obi­jała się o plecy, włosy wpa­dały w oczy.

Nie usły­szała strzału, tylko świst kuli tuż przy gło­wie. Zaczęła biec zyg­za­kiem, skrę­ca­jąc cha­otycz­nie. Kolejny świst, kolejny zwrot.

Nagle grunt się skoń­czył, ustę­pu­jąc miej­sca wzbu­rzo­nemu morzu. Fale były jak żagle, ostre niczym kawałki potłu­czo­nego szkła. Zawa­hała się tylko na moment.

Męż­czy­zna pod­szedł do miej­sca, z któ­rego sko­czyła dziew­czyna, i obser­wo­wał taflę wody. Zmru­żył oczy. Trzy­ma­jąc broń w goto­wo­ści, pró­bo­wał wśród fal doj­rzeć jej głowę. Bez­sku­tecz­nie.

Ni­gdy jej się nie uda. Za zimno, zbyt wietrz­nie. Za późno.

Za późno dla Aidy z Bije­liny. Stała się zbyt ważna. Zbyt samotna.

Stał jesz­cze chwilę, pod­da­jąc się prze­szy­wa­ją­cemu zimnu. Wiatr wiał, sma­gał go, siekł po twa­rzy lodem.

Odgłos roz­rusz­nika cię­ża­ro­wej sca­nii odpły­nął w dal, ni­gdy do niego nie dotarł. Odje­chała w bla­sku zło­tego świa­tła, bez dźwięku, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie śladu.

Nie­dziela, 28 paź­dzier­nika

STRAŻ­NIK SECU­RI­TAS był czujny. Spu­sto­sze­nie po hura­ga­nie, który sza­lał ostat­niej nocy, było widać wszę­dzie: powa­lone drzewa, kawałki bla­chy z maga­zy­nów i dachów, poroz­rzu­cane czę­ści wypo­sa­że­nia.

Kiedy zoba­czył, co się stało, sta­nął jak wryty. Na sze­ro­kim placu przy brzegu morza leżał kok­pit samo­lotu, sprzęt medyczny, czę­ści łazienki. Minęło kilka sekund, zanim zdał sobie sprawę, co widzi: szczątki rekwi­zy­torni Tele­wi­zji Szwedz­kiej.

Zabi­tych dostrzegł dopiero, gdy wyłą­czył sil­nik i odpiął pasy. To dziwne, ale nie ogar­nęła go ani trwoga, ani strach, tylko zwy­czajne zdzi­wie­nie. Ubrane na czarno ciała leżały roz­rzu­cone przed scho­dami, które kie­dyś były deko­ra­cją w sta­rym serialu tele­wi­zyj­nym. Zanim jesz­cze wysiadł z samo­chodu, wie­dział, że męż­czyźni zostali zamor­do­wani. Nie trzeba być eks­per­tem, żeby to zro­zu­mieć. Byli pozba­wieni głów. W ich miej­scu na pokry­tym lodem asfal­cie roz­lała się kle­ista maź.

Nie myśląc o wła­snym bez­pie­czeń­stwie, wysiadł i ruszył ku nim. Dzie­liło go od nich nie wię­cej niż kilka metrów. Na jego twa­rzy malo­wało się zdzi­wie­nie. Wyglą­dali jak młodsi bra­cia Marty'ego Feld­mana. Wytrzesz­czone oczy, wysta­wione języki. Obaj mieli nie­wiel­kie zna­miona w gór­nej czę­ści głowy i obu bra­ko­wało jed­nego ucha i spo­rych czę­ści tyłu głowy i szyi.

Przy­glą­dał się mar­twym męż­czy­znom jakiś czas. Nagły poryw wia­tru, który wpadł mię­dzy cysterny ze zbo­żem nale­żące do firmy Lantmännen, powa­lił go na zie­mię. Pró­bu­jąc się pod­nieść, przy­pad­kiem wło­żył rękę w roz­lany mózg jed­nego z tru­pów. Zimna, gęsta maź, którą poczuł mię­dzy pal­cami, natych­miast przy­pra­wiła go o silne mdło­ści. Zwy­mio­to­wał na zde­rzak swo­jego samo­chodu i z obrzy­dze­niem starł lepką maź z pal­ców o plu­szową tapi­cerkę fotela kie­rowcy.

Woje­wódzka poli­cyjna cen­trala łącz­no­ści na Kung­shol­men w Sztok­hol­mie przy­jęła zawia­do­mie­nie z Fri­ham­nen o pią­tej trzy­dzie­ści jeden. Do dzien­nika "Kvällspressen" wia­do­mość dotarła trzy minuty póź­niej.

Zadzwo­nił infor­ma­tor gazety, Leif:

- Radio­wóz numer 1120 i dwie karetki są w dro­dze do Värtan.

O tej porze, tak wcze­śnie rano, czter­dzie­ści minut po zamknię­ciu numeru i dwa­dzie­ścia sześć minut przed odda­niem go do druku, w redak­cji jak zwy­kle pano­wał twór­czy chaos. Redak­to­rzy z czer­wo­nymi od czy­ta­nia oczyma wkle­py­wali ostat­nie nagłówki, szli­fo­wali ostat­nie sfor­mu­ło­wa­nia na pierw­sze strony i w opi­sach zdjęć, popra­wiali lite­rówki. Szef noc­nej zmiany Jans­son prze­glą­dał gotowe strony i wysy­łał je do druku nowym przy­spie­szo­nym elek­tro­nicz­nym łączem.

Zgło­sze­nie przy­jęła Annika Bengt­zon, odpo­wia­da­jąca na noc­nej zmia­nie za spraw­dza­nie tek­stów.

- To zna­czy? - zapy­tała, ner­wowo zapi­su­jąc na kartce.

- Przy­naj­mniej dwóch zamor­do­wa­nych - powie­dział Leif i roz­łą­czył się, żeby zdą­żyć, rów­nież jako pierw­szy, dać cynk innej gaze­cie. Temu, kto przy­nosi infor­ma­cję jako drugi, się nie płaci.

Annika wstała, upusz­cza­jąc słu­chawkę.

- Dwóch zabi­tych z Värtan. Być może mor­der­stwo, ale nie jest to jesz­cze potwier­dzone - powie­działa do tyłu głowy Jans­sona. - Chcesz to mieć w lokal­nym wyda­niu?

- Niee... - odpo­wie­dział tył jego głowy.

- Mam to przy­dzie­lić Car­lowi i Ber­ti­lowi? - zasta­na­wiała się gło­śno.

- Taaa... - odpo­wie­dział tył głowy.

Ruszyła w kie­runku boksu repor­te­rów. Żółta kar­teczka post-it zwi­sała jej z palca wska­zu­ją­cego jak cho­rą­giewka.

- Jans­son chce, żebyś to spraw­dził - powie­działa i wyce­lo­wała palec w repor­tera.

Carl Wen­ner­gren ode­rwał kar­teczkę od jej palca z wyra­zem lek­kiego nie­smaku na twa­rzy.

- Ber­til Strand jest już na miej­scu, jeśli musi­cie wyje­chać - powie­działa. - Znaj­dziesz go na dole, w labo­ra­to­rium foto­gra­ficz­nym.

Odwró­ciła się na obca­sie i ode­szła, nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi. Ich rela­cje nie nale­żały do naj­ser­decz­niej­szych. Opa­dła na swoje krze­sło, czu­jąc zie­jącą pustkę w gło­wie. To była naprawdę ciężka noc, obfi­to­wała w pod­bram­kowe sytu­acje. Wie­czo­rem Ska­nię nawie­dził hura­gan, a potem prze­wa­lił się przez cały kraj. "Kvällspressen" przy­ło­żyła się solid­nie do śle­dze­nia pogody i świet­nie jej poszło. Ostat­nim samo­lo­tem do Stu­rup udało się wysłać repor­te­rów i foto­gra­fów. Mieli wzmoc­nić redak­cję w Malmö. Dzien­ni­ka­rze z Växjo i Göteborga pra­co­wali całą noc, poza tym w tere­nie była ekipa wol­nych strzel­ców, repor­te­rów i foto­gra­fów. Cały mate­riał wylą­do­wał na biurku Anniki. Jej zada­niem było zesta­wie­nie i poskła­da­nie arty­ku­łów. Ozna­czało to tak naprawdę, że wszyst­kie musiała napi­sać od nowa, żeby ze sobą współ­grały i sta­no­wiły logiczną całość. Mimo to jej nazwi­sko ni­gdy nie uka­zy­wało się w gaze­cie. Mieli je wydru­ko­wać tylko w ramce z infor­ma­cjami o hura­ganie, którą przy­go­to­wała wcze­śniej. Reda­go­wała tek­sty, była jed­nym z wielu ano­ni­mo­wych dzien­ni­ka­rzy, któ­rych nikt nie dostrze­gał.

- Do dia­bła, no! - zawo­łał nagle Jans­son. - Ten cho­lerny żółty nie wszedł na pierw­sze zdję­cie. Dzia­do­stwo cho­lerne...

Rzu­cił się w stronę pul­pitu ze zdję­ciami i zawo­łał foto­edy­tora Pel­lego Oskars­sona. Annika uśmiech­nęła się blado. Ach, życie! Tech­nika cyfrowa miała spra­wić, że wszystko będzie można robić szyb­ciej, wszystko będzie bez­piecz­niej­sze, prost­sze. A tym­cza­sem na łączu ISDN do dru­karni sie­dział mały cho­chlik, który co jakiś czas zja­dał któ­ryś z kolo­rów, zazwy­czaj żółty. Jeśli błąd nie został wykryty na czas, w gaze­cie uka­zy­wały się zdję­cia w prze­dziw­nych kolo­rach. Jans­son twier­dził, że poże­racz kolo­rów to ten sam dia­bel­ski potwór, który sie­dzi w jego pralce i cią­gle zjada po jed­nej skar­petce.

- ISDN - pry­chał szef noc­nej zmiany w dro­dze do swo­jego biurka. Zdję­cie zostało wysłane jesz­cze raz. Sytu­acja była opa­no­wana. - Inter­net Skur­czy­byk Do Niczego.

Annika posprzą­tała na swoim biurku.

- I tak wyszło nie­źle, prawda? - rzu­ciła.

Jans­son opadł na krze­sło i wło­żył mię­dzy zęby nie­za­pa­lo­nego papie­rosa.

- Cho­lera, kawał dobrej roboty odwa­li­łaś dziś w nocy - powie­dział i poki­wał z uzna­niem głową. - Widzia­łem ory­gi­nały. Super to poskła­da­łaś.

- No, jako tako to wygląda - powie­działa Annika zawsty­dzona.

- Co to za trupy w por­cie?

Annika wzru­szyła ramio­nami.

- Nie wiem. Chcesz, żebym spraw­dziła?

Jans­son wstał i ruszył w stronę palarni.

- Zrób to - powie­dział.

Zaczęła od numeru alar­mo­wego.

- Wysła­li­śmy dwie karetki - powie­dział dys­po­zy­tor.

- A nie samo­chody do trans­portu ciał?

- Bra­li­śmy to pod uwagę, ale dzwo­nił straż­nik. Wysła­li­śmy karetki.

Annika zano­to­wała. Wozy do trans­portu ciał wysy­łali tylko wtedy, gdy byli abso­lut­nie pewni, że ofiary zgi­nęły na miej­scu. Zgod­nie z regu­la­mi­nem wolno je wzy­wać tylko wtedy, gdy głowa ofiary jest odcięta od reszty ciała.

Trudno było się dodzwo­nić na cen­tralę poli­cji na Kung­shol­men. Dopiero po kilku minu­tach ktoś ode­brał tele­fon. Potem musiała cze­kać jesz­cze pięć minut, zanim dyżurny ofi­cer mógł z nią zamie­nić kilka słów. Kiedy wresz­cie pod­niósł słu­chawkę, mówił wyraź­nie i zwięźle:

- Mamy dwóch zabi­tych. Dwóch męż­czyzn. Zastrze­leni. Nie potra­fimy powie­dzieć, czy to mor­der­stwo, czy samo­bój­stwo. Zadzwoń póź­niej.

- Zna­le­ziono ich we Fri­ham­nen - powie­działa Annika szybko. - Czy to pod­suwa wam jakiś pomysł?

Ofi­cer zawa­hał się.

- W tej chwili nie mogę spe­ku­lo­wać - powie­dział. - Ale sama możesz pomy­śleć.

Kiedy odkła­dała słu­chawkę, wie­działa, że podwójne mor­der­stwo w por­cie będzie w gaze­cie tema­tem numer jeden przez wiele dni. Z jakie­goś powodu dwa mor­der­stwa nie są tylko dwa razy waż­niej­sze niż jedno. To nie­skoń­cze­nie poważ­niej­sza sprawa.

Wes­tchnęła i zasta­na­wiała się, czy nie przy­nieść sobie kubka kawy. Chciało jej się pić i czuła się osła­biona. Miała ochotę na kawę. Ale kofe­ina o tej porze spra­wi­łaby, że całe przed­po­łu­dnie leża­łaby ze wzro­kiem wbi­tym w sufit, z sze­roko otwar­tymi oczyma, nie mogąc się ruszyć ze zmę­cze­nia.

Ech, co mi tam, pomy­ślała i poszła do auto­matu.

Kawa była gorąca i dobrze jej zro­biła. Annika usia­dła na swoim miej­scu przy biurku dyżur­nego noc­nej zmiany i poło­żyła nogi na stole.

Małe podwójne mor­der­stwo we Fri­ham­nen, no cóż, bywa.

Podmu­chała w kawę.

Męż­czyźni zgi­nęli od strza­łów, co ozna­czało, że nie były to jakieś pijac­kie pora­chunki. Pijacy zabi­jają się nożami, butel­kami, pię­ściami, kop­nia­kami - albo spy­chają z bal­ko­nów. Gdyby mieli dostęp do broni, sprze­da­liby ją i za zaro­bione pie­nią­dze kupili wódkę.

Annika wypiła kawę jed­nym hau­stem, wyrzu­ciła pla­sti­kowy kubek, poszła do łazienki i napiła się wody.

Dwóch męż­czyzn. To z pew­no­ścią nie wska­zuje na mor­der­stwo ani na samo­bój­stwo, nie w por­cie Fri­ham­nen w cza­sie hura­ganu. Naj­praw­do­po­dob­niej można też wyklu­czyć zazdrość, raczej nie taki był motyw. Ozna­cza to, że spe­ku­la­cjom na temat moty­wów zabój­stwa nie będzie końca. Pora­chunki kry­mi­na­li­stów, począw­szy od gan­gów moto­cy­klo­wych, przez grupy mafijne aż po prze­stęp­stwa finan­sowe. Motywy poli­tyczne. Uwi­kła­nia mię­dzy­na­ro­dowe.

Annika wró­ciła do sie­bie. Jedno wie­działa z całą pew­no­ścią: na pewno nie będzie miała oka­zji się zbli­żyć do tej sprawy. W "Kvällspressen" będą się tym zaj­mo­wali inni. Wzięła płaszcz.

W week­endy nie było spe­cjal­nej poran­nej zmiany, co ozna­czało, że Jans­son zosta­wał w biu­rze do chwili, kiedy lokalne wyda­nia były gotowe do druku. Annika koń­czyła o szó­stej.

- Ole­wam to - powie­działa, gdy Jans­son ją mijał.

Wyglą­dał na pie­kiel­nie zmę­czo­nego. Chciał, żeby została.

- Nie pocze­kasz na gazetę? - zapy­tał.

Paczki przy­szły z dru­karni prze­syłką kurier­ską kwa­drans po roz­po­czę­ciu druku. Annika poki­wała głową i wezwała tak­sówkę. Pod­nio­sła się z miej­sca, wło­żyła kurtkę, sza­lik i ręka­wiczki.

- Mogła­byś przyjść wcze­śniej wie­czo­rem? - zawo­łał za nią Jans­son. - Poza­mia­tać po hura­ga­no­wym pie­kle?

Annika wzięła torbę i wzru­szyła ramio­nami.

- Czy ktoś tu ma życie pry­watne?

Tho­mas Samu­els­son deli­kat­nie dotknął brzu­cha żony. Dawna jędr­ność znik­nęła. Ciało pod jego pal­cami było gład­kie i cie­płe. Odkąd Ele­onor została sze­fową banku, nie miała czasu tre­no­wać tak inten­syw­nie jak daw­niej.

Powoli prze­su­nął rękę w dół, koli­stymi ruchami, przez pępek. Odna­lazł pachwinę, palec wska­zu­jący wsu­nął mię­dzy jej uda, doty­ka­jąc wło­sów, odnaj­du­jąc jej cie­płą wil­got­ność.

- Daj spo­kój - zamru­czała i odwró­ciła się tyłem.

Wes­tchnął, prze­łknął ślinę i poło­żył się na ple­cach. Pod­nie­ce­nie waliło w jego ciele jak młot. Splótł dło­nie, pod­ło­żył je pod głowę i wbił wzrok w sufit. Sły­szał, jak jej oddech znów staje się długi i spo­kojny. Ostat­nio nie miała na to ochoty.

Ziry­to­wany zrzu­cił z sie­bie koł­drę i nagi poszedł do kuchni, z peni­sem zwi­sa­ją­cym jak zwię­dły tuli­pan. Napił się wody z nie­umy­tej szklanki, nasy­pał kawy do nowego fil­tra, napeł­nił eks­pres wodą i wci­snął przy­cisk. Poszedł do ubi­ka­cji się wysi­kać. W lustrze zoba­czył swoje ster­czące na wszyst­kie strony włosy. Nada­wały mu wygląd nie­od­po­wie­dzial­nego faceta, co wła­ści­wie paso­wało do jego wieku. Wes­tchnął i prze­cze­sał czu­prynę pal­cami.

Za wcze­śnie na kry­zys wieku śred­niego, pomy­ślał. Do dia­bła, za wcze­śnie.

Poszedł z powro­tem do kuchni i sta­nął przy oknie, żeby popa­trzeć na morze. Było czarne. Sza­lało. Nocny hura­gan rwał grzywy fal. Zegar sło­neczny sąsiada prze­chy­lił się i leżał oparty o drzwi ich altany.

Jaki to ma sens?, zasta­no­wił się. Po co się czło­wiek tego trzyma?

Ogar­nęła go wielka, mroczna melan­cho­lia - musiał przy­znać, że gra­ni­czyła z uża­la­niem się nad sobą. Od okna wiało, cho­lerna fuszerka. Prze­szył go dreszcz. Wes­tchnął i poszedł po szla­frok. Ubie­gło­roczny pre­zent gwiazd­kowy od żony, zie­lono-biało-czer­wony, drogi, z ele­ganc­kiego domu towa­ro­wego. Dopa­so­wała do niego kap­cie, któ­rych ni­gdy nie nosił.

Eks­pres zabul­go­tał. Wyjął kubek z logo banku i włą­czył radio. Nada­wano poranny dzien­nik "Eko". Znu­dzony, pomię­dzy drob­nymi łykami kawy wyła­wiał wia­do­mo­ści. Docie­rały do niego, nie robiąc szcze­gól­nego wra­że­nia. Hura­gan, który prze­szedł przez połu­dniową Szwe­cję, wyrzą­dził mnó­stwo szkód. Ludzie bez prądu. Firmy ubez­pie­cze­niowe obie­cują. Dwie osoby nie żyją. Strefa bez­pie­czeń­stwa w połu­dnio­wym Liba­nie. Kosowo.

Wyłą­czył radio, wyszedł do przed­po­koju, wło­żył kalo­sze i poszedł do skrzynki po gazetę. Wiatr szar­pał papier we wszyst­kie strony, wdzie­rał się pod szla­frok, zię­bił uda. Tho­mas przy­sta­nął na chwilę, zamknął oczy i wcią­gnął powie­trze. Było lodo­wate. Morze z pew­no­ścią zamar­z­nie.

Spoj­rzał na willę. Piękny dom, który zapro­jek­to­wali i zbu­do­wali rodzice Ele­onor. W kuchni na górze paliło się świa­tło, lampa nad sto­łem. Zapo­mniał już, jak się nazy­wał pro­jek­tant. Świa­tło było zie­lon­kawe i zimne, jak złe oko strze­gące morza. Mek­sy­kań­ska cegła o świ­cie lśniła sza­ro­ścią. Jego matka zawsze uwa­żała, że to naj­pięk­niej­szy dom w Vaxhol­mie. Gdy się wpro­wa­dzali, zapro­po­no­wała, że uszyje firanki do wszyst­kich pokoi, ale Ele­onor podzię­ko­wała, uprzej­mie, lecz zde­cy­do­wa­nie.

Wszedł do środka. Prze­wer­to­wał całą gazetę, nie potra­fiąc się sku­pić. Zatrzy­mał się jak zwy­kle na ogło­sze­niach o nie­ru­cho­mo­ściach. Pięć pokoi na Vasa­stan, we wszyst­kich piece kaflowe. Dwa pokoje na Sta­rówce, na pod­da­szu, z drew­nia­nymi bel­kami i wido­kiem na trzy strony świata. Domek w oko­li­cach Malmköpingu, z bali, prąd i woda w lecie, pro­mo­cja jesienna!

Usły­szał w gło­wie głos żony: Marzy­ciel! Gdy­byś poświę­cał połowę tego czasu, który mar­nu­jesz na prze­glą­da­nie ogło­szeń o miesz­ka­niach, na ana­lizę rynku akcji, był­byś milio­ne­rem.

Ona już była milio­nerką.

Zawsty­dził się. Prze­cież chciała dobrze. Jej miłość była jak skała. To w nim tkwił pro­blem, to on nie miał siły. Być może miała rację, że nie potra­fił sobie pora­dzić z jej suk­ce­sem. Może jed­nak powinni pójść do tego tera­peuty.

Porząd­nie zwi­nął gazetę. Ele­onor nie lubiła czy­tać już prze­czy­ta­nych arty­ku­łów. Poło­żył ją na sto­liczku z pocztą i cza­so­pi­smami. Potem poszedł z powro­tem do sypialni, zrzu­cił szla­frok i wsu­nął się pod koł­drę. Ele­onor prze­krę­ciła się we śnie, gdy poczuła przy sobie jego zimne ciało. Przy­cią­gnął ją do sie­bie i podmu­chał w jej miękką szyję.

- Kocham cię - powie­dział.

- Ja cie­bie też - zamru­czała.

Carl Wen­ner­gren i Ber­til Strand przy­byli do Fri­ham­nen odro­binę za późno. Kiedy zapar­ko­wali służ­bo­wego saaba foto­grafa, dostrze­gli karetki. Odjeż­dżały, mija­jąc ogro­dze­nia z taśm. Repor­ter nie mógł się powstrzy­mać od prze­kleń­stwa. Strand zawsze pro­wa­dził bar­dzo ostroż­nie. Jeź­dził pięć­dzie­siątką, a nawet trzy­dziestką, nawet kiedy na uli­cach nie było żywej duszy. Zro­zu­miał zna­czące spoj­rze­nie kolegi i ziry­to­wał się.

- Zacho­wu­jesz się jak baba - powie­dział.

Ruszyli truch­tem w kie­runku poli­cyj­nej taśmy. Widać było, że wciąż nie do końca się pogo­dzili po nie­daw­nej sprzeczce. Kiedy zbli­żyli się do poli­cjan­tów i świa­teł radio­wo­zów, zapo­mnieli o tym i rzu­cili się w wir wyda­rzeń.

Poli­cjanci szybko się uwi­nęli, hura­gan z pew­no­ścią pod­no­sił im poziom adre­na­liny.

Ogro­dzili spory teren, od płotu po lewej aż do biu­rowca z pra­wej strony portu. Ber­til Strand rozej­rzał się. Robi wra­że­nie. Pra­wie w środku mia­sta, a jed­nak zupeł­nie odizo­lo­wany. Dobre świa­tło, jas ne, ale cie­płe. Magiczne cie­nie.

Carl Wen­ner­gren zapiął płaszcz prze­ciw­desz­czowy. Cho­lera, jak zimno.

Nie byli w sta­nie doj­rzeć ofiar. Poroz­rzu­cane rupie­cie, karetki i poli­cjanci zasła­niali im widok. Repor­ter tupał nogami. Pod­cią­gnął do uszu ramiona, ręce wbił w kie­sze­nie. Nie­na­wi­dził ran­nej zmiany. Foto­graf wyło­wił z ple­caka apa­rat i tele­obiek­tyw i ruszył wzdłuż taśm ota­cza­ją­cych teren. Po lewej stro­nie udało mu się zro­bić kilka nie­złych zdjęć: mun­du­rowi z pro­filu, czarne ciała ofiar, ubrani po cywil­nemu tech­nicy w czap­kach z dasz­kiem.

- Gotowe! - zawo­łał do repor­tera.

Nos Carla Wen­ner­grena zro­bił się nie­mal czer­wony. Z czubka zwi­sała mała prze­zro­czy­sta kro­pla.

- Co za potworne miej­sce na śmierć - powie­dział.

- Jeśli chcemy coś wrzu­cić do lokal­nych wydań, to czas spa­dać - powie­dział Strand.

- Ale ja nie jestem jesz­cze gotowy - odpo­wie­dział Wen­ner­gren. - Nawet nie zaczą­łem.

- No to zadzwo­nisz z samo­chodu. Albo z redak­cji. Pospiesz się i powdy­chaj tro­chę tutej­szych zapa­chów, żebyś mógł dopra­wić tekst.

Foto­graf poszedł w kie­runku samo­chodu, jego ple­cak pod­ska­ki­wał. Repor­ter pospie­szył za nim. Całą drogę do Marie­berga mil­czeli.

Anders Schy­man z iry­ta­cją zamknął biu­le­tyn agen­cji pra­so­wej TT. Był jak nar­ko­tyk. Kom­pu­ter można było usta­wić tak, żeby tele­gramy wyska­ki­wały tema­tycz­nie: kraj, zagra­nica, sport, feature, ale on wolał mieć wszystko w tym samym koszu. Chciał widzieć wszystko naraz.

Prze­szedł się po swoim cia­snym biu­rze, pogim­na­sty­ko­wał ramiona. Usiadł na sofie i wyjął świeżą gazetę, doda­tek o hura­ga­nie. Poki­wał z zado­wo­le­niem głową. Działy zro­zu­miały, o jaką współ­pracę mu cho­dziło. Jans­son mówił, że Annika Bengt­zon zajęła się orga­ni­za­cją cało­ści i wszystko poszło świet­nie.

Annika Bengt­zon, pomy­ślał i wes­tchnął.

Młoda redak­torka przy­pad­kiem i w przy­krych oko­licz­no­ściach wywarła duży wpływ na jego pozy­cję w gaze­cie. On i Annika Bengt­zon dołą­czyli do redak­cji w odstę­pie zale­d­wie kilku tygo­dni. Jego pierw­sze star­cie z resztą kie­row­nic­twa doty­czyło wła­śnie jej. Cho­dziło o dłu­gie zastęp­stwo za cię­żarną dzien­ni­karkę z działu wia­do­mo­ści. Uwa­żał, że Annika Bengt­zon jest naj­lep­szą kan­dy­datką. Ow­szem, była za młoda, zbyt nie­doj­rzała, zbyt poryw­cza, bra­ko­wało jej rutyny, ale i tak uwa­żał, że ma ogromny poten­cjał. Być może nie miała zbyt wiel­kiej wie­dzy, ale zawsze postę­po­wała etycz­nie. Jej pra­wość mogła być przy­kła­dem dla innych. Była szybka i miała nie­na­ganny styl. Poza tym parła do przodu jak czołg, co u repor­tera popo­łu­dniówki jest cechą bar­dzo pożą­daną. Jeśli nie uda­wało jej się obejść prze­szkody, szła pro­sto na nią, ni­gdy się nie pod­da­wała.

Reszta kie­row­nic­twa, poza sze­fem noc­nej zmiany Jans­so­nem, nie podzie­lała jego zda­nia. Chcieli zatrud­nić Carla Wen­ner­grena, syna jed­nego z człon­ków zarządu. Carl był przy­stojny i bogaty, ale jego morale pozo­sta­wiało wiele do życze­nia. Roz­mi­jał się z prawdą i liczył na fory za konek­sje. Schy­man nie rozu­miał, dla­czego reszta kie­row­nic­twa nie widzi w jego posta­wie nic kon­tro­wer­syj­nego.

Kie­row­nic­two "Kvällspressen" sta­no­wili wyłącz­nie biali hete­ro­sek­su­alni męż­czyźni w śred­nim wieku, z samo­cho­dami i nie­złymi docho­dami. Byli przed­sta­wi­cie­lami tych, dla któ­rych robili gazetę. Schy­man miał wra­że­nie, że Wen­ner­gren przy­po­mina im ich samych, kiedy byli mło­dzi, a może nawet pozwala mieć ilu­zję, że sami są mło­dzi.

W końcu zna­lazł miej­sce dla Anniki - zastęp­stwo za cię­żarną redak­torkę w zespole Jans­sona. Annika chęt­nie przy­stała na tę pro­po­zy­cję. Musiał się kłó­cić z kie­row­nic­twem, żeby się na to zgo­dzili. Ta sprawa pozwo­liła mu zade­mon­stro­wać, że potrafi dzia­łać. Ale skoń­czyło się fatal­nie.

Kilka dni po obję­ciu sta­no­wi­ska dziew­czyna zabiła swo­jego chło­paka, ude­rza­jąc go w głowę żela­zną rurą. Chło­pak zachwiał się i wpadł do pieca w fabryce. Już pierw­sze plotki mówiły o dzia­ła­niu w samo­obro­nie, ale Schy­man pamię­tał dokład­nie, co czuł, gdy się o wszyst­kim dowie­dział. Chciał się zapaść pod zie­mię. Myślał: to się nazywa posta­wić na złego konia. Zadzwo­niła do niego wie­czo­rem. Mówiła mało, była w szoku. Potwier­dziła, że plotki są praw­dziwe. Została prze­słu­chana i poin­for­mo­wana, że jest podej­rzana o spo­wo­do­wa­nie śmierci czło­wieka, ale nie zatrzy­mano jej. Przez kilka tygo­dni, do czasu zakoń­cze­nia docho­dze­nia, miała miesz­kać w chatce w lesie. Chciała tylko spy­tać, czy ma jesz­cze pracę w "Kvällspressen".

Powie­dział jej, jak było, że oczy­wi­ście zosta­nie przy­jęta na zastęp­stwo, nawet jeśli nie­któ­rym w redak­cji się to nie podoba, bo nie jest fawo­rytką związ­ków zawo­do­wych. Sąd może uznać to zda­rze­nie za wypa­dek. Jeśli zosta­nie oskar­żona o spo­wo­do­wa­nie wypadku, w wyniku któ­rego ktoś stra­cił życie, będzie to godne ubo­le­wa­nia, ale nie będzie pod­stawą do wypo­wie­dze­nia umowy o pracę. Jeżeli zosta­nie ska­zana na dłuż­szą odsiadkę, trudno mu będzie zacho­wać dla niej etat. Musi być tego świa­doma.

Annika roz­pła­kała się. Wal­czył z pokusą, żeby na nią nakrzy­czeć, zwy­my­ślać ją, że jest nie­zdarna, że go wciąga w to całe bagno.

- Nie wsa­dzą mnie do wię­zie­nia - szep­nęła do słu­chawki. - To była kwe­stia: albo ja, albo on. Zabiłby mnie, gdy­bym go nie ude­rzyła. Pro­ku­ra­tor o tym wie.

Zaczęła pra­co­wać na noc­nej zmia­nie, tak jak zostało usta­lone. Była blada i szczu­pła, wyglą­dała źle. Roz­ma­wiała cza­sami z Schy­ma­nem, z Jans­so­nem, z Berit, z Foto-Pel­lem i innymi, ale zwy­kle trzy­mała się na ubo­czu. Według Jans­sona robiła świetną robotę, prze­ra­biała tek­sty, doda­wała, spraw­dzała fakty, opi­sy­wała zdję­cia i wymy­ślała tytuły na pierw­sze strony. I ni­gdy nie robiła wokół sie­bie szumu. Plotki uci­chły wcze­śniej, niż Schy­man myślał. Gazeta codzien­nie zaj­mo­wała się mor­der­stwami i skan­da­lami. Nie można zbyt długo roz­trzą­sać czy­jejś śmierci. Są gra­nice.

Sprawa zna­nego z mal­tre­to­wa­nia kobiet hoke­isty Svena Mats­sona z Hälleforsnäs nie była dla poli­cji z Eskil­stuny szcze­gól­nie ważna. Annikę oskar­żono o zabój­stwo lub spo­wo­do­wa­nie śmierci. Wyrok ogło­szono przed rokiem, pod koniec czerwca. Annika została uwol­niona od zarzutu zabój­stwa, ale ska­zano ją za spo­wo­do­wa­nie śmierci. Karą był nad­zór kura­tora. W ramach tej kary przez pewien czas musiała uczest­ni­czyć w tera­pii, ale, o ile Schy­man wie­dział, w krę­gach sądo­wych cała sprawa poszła w nie­pa­mięć bar­dzo szybko.

Redak­tor naczelny pod­szedł do swo­jego biurka i otwo­rzył biu­le­tyn agen­cji pra­so­wej TT. Prze­biegł wzro­kiem ostat­nie infor­ma­cje. Powoli nad­cho­dziły nie­dzielne wyniki spor­towe, dal­sze infor­ma­cje o następ­stwach hura­ganu, kilka powtó­rek wia­do­mo­ści z soboty. Znów wes­tchnął. Wszystko się kręci, nie będzie końca, ni­gdy i ni­gdzie. Tym­cza­sem gazetę znów cze­kała reor­ga­ni­za­cja.

Redak­tor naczelny Tor­stens­son chciał stwo­rzyć nowy poziom kie­row­nic­twa, scen­tra­li­zo­wać podej­mo­wa­nie decy­zji. Taki model dzia­łał już w "Kon­kur­ren­ten" i wielu innych ogól­no­kra­jo­wych mediach. Tor­stens­son posta­no­wił, że przy­szedł czas, aby go wpro­wa­dzić także w "Kvällspressen". Miało to uczy­nić gazetę "nowo­cze­snym" przed­się­bior­stwem. Schy­man był w roz­terce. Ten plan bez wąt­pie­nia zapo­wia­dał kata­strofę. Spa­dek nakładu. Słabe wyniki finan­sowe. Coraz bar­dziej nie­za­do­wo­lone miny człon­ków zarządu. Redak­cja wyru­szała na spo­tka­nie ze sztor­mem, mając w ręku kiep­ski ster i na wpół zepsuty radar. Prawda była taka, że "Kvällspressen" nie wie­działa, dokąd i dla­czego zmie­rza. Schy­man orga­ni­zo­wał roz­liczne semi­na­ria i kon­fe­ren­cje na temat uwa­run­ko­wań i odpo­wie­dzial­no­ści mediów, ale nie udało mu się dotrzeć do zbio­ro­wej świa­do­mo­ści z prze­sła­niem, gdzie prze­bie­gają gra­nice. Co prawda, odkąd przy­szedł do gazety, uda­wało się uni­kać zda­rza­ją­cych się wcze­śniej publi­cy­stycz­nych kata­strof, ale napra­wia­nie szkód szło bar­dzo powoli.

Do tego - i to mar­twiło go bar­dziej, niż chciał się przy­znać - Tor­stens­son wyga­dał się, że czeka na niego cie­kawa praca w Bruk­seli. Być może wła­śnie dla­tego potrzeba reor­ga­ni­za­cji była tak pilna. Chciał zosta­wić po sobie ślad. Po reor­ga­ni­za­cji Bóg jeden domy­śliłby się, jak nie­wiele naczelny zro­bił dla gazety na polu dzia­łal­no­ści publi­cy­stycz­nej.

Schy­man wes­tchnął ciężko. Nie­cier­pli­wym ruchem zamknął biu­le­tyn.

Wkrótce coś się musi wyda­rzyć.

***

Kiedy się obu­dziła, pokój tonął w ciem­no­ściach. Krótki dzień ustą­pił nocy, a ona pociła się i wier­ciła w łóżku. Nie powinna była pić tego ostat­niego kubka kawy. Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów. Leżała bez ruchu, zasta­na­wia­jąc się, jak się czuje. Nic jej nie bolało. Głowę miała tro­chę ciężką, ale to od cią­głego myle­nia dnia z nocą. Spoj­rzała w szary, popla­miony sufit. Poprzedni loka­tor poma­lo­wał go farbą winy­lową, nie zdzie­ra­jąc uprzed­nio kle­jówki, w wyniku czego cała powierzch­nia popę­kała w różne wzory. Wodziła wzro­kiem wzdłuż nie­re­gu­lar­nych pęk­nięć. Zna­la­zła motyla, samo­chód, tru­pią czaszkę. Nagle w lewym uchu usły­szała szum, odgłos samot­no­ści, raz wyż­szy, raz niż­szy.

Wes­tchnęła. Musi iść siu­siu, to takie uciąż­liwe. Wstała z łóżka i poczuła pod sto­pami szorst­kie drewno. Cza­sami wbi­jały jej się drza­zgi. Wcią­gnęła szla­frok. Mate­riał był jedwa­bi­sty i chło­dził jej skórę. Wzdry­gnęła się. Otwo­rzyła drzwi i wsłu­chała się w odgłosy docho­dzące z klatki scho­do­wej. Poza dźwię­kiem roz­brzmie­wa­ją­cym w jej uchu nie było sły­chać nic. Szybko podrep­tała pół pię­tra w dół, do wspól­nej toa­lety. Pod sto­pami poczuła zimno, ale nie miała siły się tym przej­mo­wać.

Gdy wró­ciła, owiało ją zimne powie­trze. Cien­kie firanki powie­wały, cho­ciaż nie wie­trzyła pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i powiew zamarł. Wytarła stopy o dywan w holu i weszła do salonu.

Jedna z gór­nych szyb stłu­kła się w nocy od porywu wia­tru, a może ude­rzył w nią jakiś prze­la­tu­jący przed­miot. Zewnętrzna szyba zupeł­nie wyle­ciała z ramy, a z wewnętrz­nej zostały resztki. Na pod­ło­dze leżały kawałki tynku i szkła. Ogar­nęła wzro­kiem spu­sto­sze­nie, przy­mknęła oczy i prze­tarła dło­nią czoło.

Nor­malka, pomy­ślała. Nie miała nawet siły sfor­mu­ło­wać słowa "szklarz".

Chłód cią­gnął po nogach, wyszła więc z salonu i usia­dła w kuchni. Opa­dła na krze­sło i wyj­rzała przez okno. Zaj­rzała wprost do miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze domu sto­ją­cego naprze­ciwko. Miesz­ka­nie było uży­wane przez jedną z firm budow­la­nych jako lokal gościnny. W okna łazienki wsta­wiono pia­sko­wane szyby. Ludzie, któ­rzy tam miesz­kali, przez jedną czy dwie noce nie zda­wali sobie sprawy, że ich widać, gdy sie­dzą w toa­le­cie. Gdy tylko zapa­lali świa­tło, fali­ste kon­tury ich syl­we­tek maja­czyły za szybą. W ciągu ponad dwóch lat widziała klien­tów firmy kocha­ją­cych się, robią­cych kupę i zmie­nia­ją­cych tam­pony. Na początku była tym nieco zaże­no­wana, ale po jakimś cza­sie stwier­dziła, że to nawet zabawne. Potem zaczęło ją to iry­to­wać: nie chciała widzieć, jak ktoś sika, kiedy ona je kola­cję. Teraz było jej to pra­wie obo­jętne. W miesz­ka­niu rza­dziej ktoś noco­wał. Dom był znisz­czony, nie było w nim nic szcze­gól­nego do poka­zy­wa­nia. Teraz okno było szare i nieme, puste.

W nocy ze ściany domu odpa­dło sporo tynku. Leżał na podwó­rzu zmie­szany z mazi­stą śnieżną breją. Na pierw­szym pię­trze wiatr wybił dwie szyby. Wstała, pode­szła do okna, spoj­rzała na czarne dziury w dole, takie same jak u niej. Kuchenny grzej­nik elek­tryczny grzał jej nogi. Stała, aż zaczął ją parzyć. Nie była głodna, cho­ciaż powinna. Wypiła tro­chę wody pro­sto z kranu.

Jak mi dobrze, pomy­ślała. Mam wszystko, czego mi trzeba.

Znów poszła do pokoju, nie mogła sobie zna­leźć miej­sca. Usia­dła na kana­pie z nogami na poduszce, ramio­nami objęła kolana, zako­ły­sała się. Oddy­chała głę­boko. Wdech, wydech, wdech, wydech. Było dość zimno. W budynku nie było cen­tral­nego ogrze­wa­nia. Grzej­niki, które kupiła, mogły naj­wy­żej utrzy­mać cie­pło, nawet gdy szyby w oknach były całe. Ciąg powie­trza sza­lał po pustej pod­ło­dze. Wszystko, co miała, kupiła w Myrorna albo Ikei, nic nie dzie­liło z nią prze­szło­ści.

Rozej­rzała się po pokoju. Koły­sała się i koły­sała. Patrzyła, jak cie­nie gonią się po ścia­nach. Czy­ste świa­tło, które tak kochała, nie było już białe. Błysz­cząca mato­wość ścian, która kie­dyś tak pięk­nie pochła­niała i odda­wała świa­tło, wyschła i stała się niema. Dzień nie się­gał już w głąb jej pokoju. Wszystko stało się szare, na prze­kór porze roku. Powie­trze było cięż­kie i głu­che, jak wata.

Sofa iry­to­wała ją. Szorstki mate­riał zosta­wiał ślady na jej poślad­kach. Idąc z powro­tem do sypialni, podra­pała się lekko. Wsu­nęła się w prze­po­coną pościel. Nacią­gnęła na głowę koł­drę. Było wil­gotno. Szybko zro­biło jej się gorąco, czuła kwa­śnawy zapach. Har­droc­ko­wiec z par­teru włą­czył swoją wieżę, bas roz­cho­dził się po kamien­nych ścia­nach i wstrzą­sał jej łóż­kiem. Znów usły­szała w uchu ten dźwięk. Widziała iry­tu­jące świa­tło, zmu­szała się do leże­nia. Do początku zmiany zostało jesz­cze wiele godzin.

Odwró­ciła się do ściany i wpa­try­wała się w tapetę pokrytą cienką war­stwą bia­łej pod­kła­do­wej farby, przez którą prze­świ­ty­wał stary wzór - meda­liony. Sąsie­dzi z prze­ciwka wró­cili do domu. Sły­szała, jak cho­dzą i się śmieją. Przy­kryła głowę poduszką. Stłu­miła śmie­chy. Ton w uchu sta­wał się coraz wyż­szy.

Chcę spać, pomy­ślała. Daj­cie mi tylko chwilę pospać, to może będę mogła ruszyć dalej.

Męż­czy­zna sie­dzący przy barze zapa­lił papie­rosa, zacią­gnął się głę­boko i poczuł przy­pływ paniki. Nie wie­dział, które uczu­cie jest sil­niej­sze: wście­kłość z powodu zdrady, strach przed jej skut­kami, wstyd, że został oszu­kany, czy nie­na­wiść do win­nych.

Zemści się. O, do dia­bła, słono za to zapłacą.

Wypa­lił papie­rosa w dwie minuty. Został z niego tylko długi, żarzący się kawa­łek popiołu, zwi­sa­jący na końcu jak kieł­ba­ska. Zgniótł go na pod­ło­dze i gestem zamó­wił następną kolejkę. Jesz­cze tylko ta jedna, musi być przy­tomny, ważne, żeby mógł się poru­szać. Prze­chy­lił szklankę, fute­rał przy­jem­nie ocie­rał się o pachę. Cho­lera, czuł, że jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczny.

Wyja­śnie­nie, pomy­ślał. Muszę wymy­ślić dia­bel­nie dobre wytłu­ma­cze­nie, dla­czego wszystko poszło tak źle.

Chciał zamó­wić jesz­cze jedną kolejkę, ale powstrzy­mał się z ręką w górze.

- Kawę. Czarną.

Nic mu w tej histo­rii nie paso­wało. Nie rozu­miał, co się stało, i nie miał poję­cia, jak zdoła to wyja­śnić zwierzch­ni­kom. Zażą­dają cał­ko­wi­tego zadość­uczy­nie­nia. Pro­ble­mem nie są trupy, nawet jeśli zawsze lepiej uni­kać tego rodzaju błę­dów. Mor­der­stwo przy­ciąga uwagę poli­cji i spra­wia, że przez dłuż­szy czas trzeba się mieć na bacz­no­ści. Pro­ble­mem jest cię­ża­rówka. Nie wystar­czyło zlo­ka­li­zo­wać ładu­nek i zro­bić z nim porzą­dek. Będzie musiał oso­bi­ście oczy­ścić atmos­ferę wokół zaj­ścia i poza­mia­tać po spar­ta­czo­nej robo­cie. Ktoś zaka­blo­wał. Musi zna­leźć ładu­nek i tego, kto go upłyn­nił.

Jak­kol­wiek by kom­bi­no­wał, docho­dził do wnios ku, że wszystko kręci się wokół tej kobiety. Musiała być w to zamie­szana, w prze­ciw­nym razie nie byłoby jej tam.

Wypił kawę jak drinka, jed­nym hau­stem. Opa­rzył sobie prze­łyk.

- Nie żyjesz, dziwko.

Świa­tło w win­dzie było zimne jak zwy­kle. Annika wyglą­dała w nim jak śnięta ryba. Przy­mknęła oczy, żeby nie patrzeć na swoje odbi­cie w lustrze. Nie mogła zasnąć, więc poszła do parku R?lambshov, szu­kać powie­trza i świa­tła. Nada­rem­nie. Zie­mia była miękka i ubita przez deszcz i tysiące stóp, kle­ista i brą­zowa. Poszła do redak­cji.

W nie­dzielne popo­łu­dnia w redak­cji było pusto. Pode­szła do swo­jego biurka. Szef działu wia­do­mo­ści Ingvar Johans­son sie­dział tuż obok i roz­ma­wiał przez tele­fon. Zatrzy­mała się i zamiast do sie­bie skie­ro­wała się do działu kry­mi­nal­nego. Z pustką w gło­wie opa­dła na krze­sło Berit Ham­rin i zadzwo­niła do babci.

Star­sza pani była w domu, w Hälleforsnäs. Robiła pra­nie.

- Co tam u cie­bie? - zapy­tała. - Prze­wiało cię?

Annika roze­śmiała się.

- Tak, żebyś wie­działa. Jedna szyba odfru­nęła z wia­trem.

- Ale nic ci się nie stało? - powie­działa sta­ruszka z tro­ską.

Annika znów się zaśmiała.

- Nie, skąd, nie roz­czu­laj się tak. A jak tam u cie­bie? Las jesz­cze stoi?

Bab­cia wes­tchnęła.

- Jakoś stoi, ale sporo drzew się prze­wró­ciło. Rano przez jakiś czas nie mie­li­śmy prądu, ale teraz włą­czyli. Kiedy przy­je­dziesz?

Bab­cia Anniki miała domek w majątku Harp­sund. Otrzy­mała go po wielu latach bycia gospo­dy­nią w repre­zen­ta­cyj­nej, rekre­acyj­nej posia­dło­ści pre­miera. Była to mała chatka bez prądu i wody. Annika spę­dzała tam wszyst­kie waka­cje, odkąd pamię­tała.

- Pra­cuję dzi­siaj i potem jesz­cze jedną noc, więc przy­jadę do cie­bie we wto­rek po połu­dniu - powie­działa Annika. - Czy mam coś kupić i przy­wieźć?

- Nie, nic - powie­działa bab­cia. - Weź sie­bie. To wszystko, czego potrze­buję.

- Tęsk­nię za tobą - powie­działa Annika.

Wzięła gazetę i przej­rzała ją z obo­wiązku. Dzi­siej­sze wyda­nie "Kvällspressen" było cał­kiem nie­złe. Arty­kuły o hura­ga­nie znała, więc je pomi­nęła. Nato­miast tekst Carla Wen­ner­grena o podwój­nym mor­der­stwie we Fri­ham­nen nie oka­zał się wiel­kim dzie­łem. Napi­sał, że męż­czyźni zostali postrze­leni w głowy i że poli­cja wyklu­czyła samo­bój­stwo. Aha. Dalej opi­sy­wał Fri­ham­nen, nawet dość poetycko. Naj­wy­raź­niej prze­szedł się po por­cie i poroz­glą­dał się. Był "pięk­nie pod­nisz­czony" i pano­wała w nim "kon­ty­nen­talna atmos­fera".

- Cześć, piękna, que pasa?

Annika prze­łknęła ślinę.

- Cześć, Sjölander - powie­działa.

Szef działu kry­mi­nal­nego usiadł na biurku tuż przy niej. Czuł się jak u sie­bie w domu.

- Jak leci?

Annika spró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- Dzięki, dobrze. Tro­chę jestem zmę­czona.

Klep­nął ją lekko w ramię i mru­gnął.

- Ciężka noc, hę?

Wstała, wzięła swoją gazetę, zgar­nęła torbę i kurtkę.

- Jak cho­lera - powie­działa. - Ja sama i sied­miu face­tów.

Sjölander zare­cho­tał.

- Wiesz, jak się utrzy­my­wać w for­mie.

Poma­chała mu gazetą przed nosem.

- Pra­co­wa­łam - wyja­śniła. - Co się dzieje we Fri­ham­nen?

Patrzył na nią przez kilka sekund, odgar­nął włosy z czoła.

- Przy cia­łach nie zna­le­ziono nic, co by pozwa­lało je ziden­ty­fi­ko­wać - odpo­wie­dział. - Żad­nych klu­czy, pie­nię­dzy, broni, gumy do żucia czy pre­zer­wa­tyw.

- Ogo­ło­ceni ze wszyst­kiego - powie­działa Annika.

Sjölander przy­tak­nął.

- Poli­cja nie ma się czego trzy­mać. Nie wia­domo nawet, kim są. Ich odci­sków pal­ców nie ma w szwedz­kich reje­strach.

- Więc nie mają bla­dego poję­cia kto to? A ich rze­czy?

Szef działu kry­mi­nal­nego pod­szedł do swo­jego biurka i włą­czył kom­pu­ter.

- Kurtki, dżinsy i buty wło­skie, fran­cu­skie i ame­ry­kań­skie, ale na kale­so­nach napis cyry­licą.

Annika spoj­rzała na niego.

- Zagra­niczne, mar­kowe ciu­chy - powie­działa - ale tania, kra­jowa bie­li­zna. Były Zwią­zek Radziecki, Jugo­sła­wia albo Buł­ga­ria.

- Masz tro­chę nosa do kry­mi­nału, co nie? - powie­dział i zachi­cho­tał.

Wie­dział, wszy­scy wie­dzieli. Wzru­szyła ramio­nami.

- Wiesz, jak to jest. Takie rysy ni­gdy nie zni­kają.

Odwró­ciła się i ruszyła do biurka szefa noc­nej zmiany. Usły­szała, jak Sjölander par­sk­nął. Dla­czego daję się w to wcią­gać?, pomy­ślała.

Włą­czyła kom­pu­ter sto­jący na prawo od biurka Jans­sona, usia­dła na krze­śle, pod­cią­gnęła nogi i oparła brodę na kola­nie. Chciała spraw­dzić, czy coś się wyda­rzyło. Cze­kała cier­pli­wie, aż wszyst­kie pro­gramy się uru­cho­mią. Kiedy wszystko było gotowe, otwo­rzyła biu­le­tyn. Czy­tała, spraw­dzała, kli­kała.

- Słu­chaj, Bengt­zon! Jaki masz wewnętrzny?

Zer­k­nęła za sie­bie i zoba­czyła, że Sjölander macha słu­chawką. Podała mu numer i zaraz potem usły­szała w słu­chawce jego głos:

- Jakaś babka chce poroz­ma­wiać o pomocy socjal­nej. Wspo­mniała o cier­pią­cych kobie­tach - powie­dział kry­mi­nalny. - Nie zdążę tego teraz wziąć. To, jak by nie było, twoja działka, he, he. Możesz?

Zamknęła oczy, wes­tchnęła, prze­łknęła ślinę.

- Wła­ści­wie jesz­cze nie pra­cuję - powie­działa. - Chcia­łam poprze­glą­dać...

- Weź­miesz to czy mam ją spła­wić?

Uff.

- Okej, prze­łącz ją.

Usły­szała chłodny, spo­kojny głos.

- Halo? Chcę poroz­ma­wiać z kimś pouf­nie.

- Wszyst­kie tele­fony do gazety są poufne - powie­działa Annika i prze­bie­gła wzro­kiem biu­le­tyn TT. - O co cho­dzi?

Klik, klik - remis w der­bach.

- Nie jestem zupeł­nie pewna, czy dobrze się dodzwo­ni­łam. Cho­dzi o nowy rodzaj dzia­łal­no­ści, nowy spo­sób chro­nie­nia zagro­żo­nych osób.

Annika prze­rwała czy­ta­nie.

- Ach tak? To zna­czy?

Kobieta zawa­hała się.

- Mam infor­ma­cje o zupeł­nie nowym spo­so­bie poma­ga­nia zagro­żo­nym oso­bom, o urzą­dza­niu im nowego życia. Więk­szość ludzi nie wie, jak to działa, ale zosta­łam upo­waż­niona do prze­ka­za­nia tej infor­ma­cji mediom. Chcia­ła­bym to zro­bić na spo­koj­nie, mieć wszystko pod kon­trolą i zasta­na­wiam się, czy jest w waszej gaze­cie ktoś, do kogo mogła­bym się zwró­cić.

Nie chciała słu­chać, nie chciała się tym zaj­mo­wać. Gapiła się w ekran: ludzie na­dal bez prądu, kolejne ataki bom­bowe w Gro­znym. Oparła głowę na dłoni.

- Może pani przy­słać list albo faks? - zapy­tała.

Kobieta długo mil­czała.

- Halo? - powie­działa Annika, gotowa z ulgą odło­żyć słu­chawkę.

- Chcia­ła­bym się spo­tkać z kimś, z kim mogła­bym bez­piecz­nie poroz­ma­wiać - powie­działa kobieta.

Annika sku­liła się, opie­ra­jąc o biurko.

- To nie­moż­liwe - powie­działa. - Nikogo tu teraz nie ma.

- No a pani?

Odgar­nęła włosy, szu­ka­jąc wymówki.

- Zanim kogoś wyślemy, musimy wie­dzieć, o co cho­dzi - powie­działa.

Kobieta znów zamil­kła. Annika wes­tchnęła i spró­bo­wała zakoń­czyć roz­mowę.

- Jeśli to wszystko, to...

- Czy wie pani, że są ludzie, któ­rzy żyją pod zie­mią, dzi­siaj, tutaj, w Szwe­cji? - zapy­tała kobieta cicho. - Kobiety i dzieci mal­tre­to­wane, źle trak­to­wane?

O nie, tylko nie to, pomy­ślała Annika.

- Dzię­kuję za tele­fon - powie­działa - ale dziś nie­stety nie jeste­śmy w sta­nie się tym zająć.

Kobieta pod­nio­sła głos.

- Chciała pani odło­żyć słu­chawkę? Zigno­ro­wać mnie i to, co robię? Wie pani, ilu ludziom pomo­głam? Czy ma pani w nosie kobiety, któ­rym dzieje się krzywda? Wy, dzien­ni­ka­rze, sie­dzi­cie w tych swo­ich redak­cjach i nie rozu­mie­cie niczego, co dzieje się ze spo­łe­czeń­stwem.

Annika poczuła, że kręci jej się w gło­wie i robi duszno.

- Nic pani o mnie nie wie - powie­działa.

- Wszyst­kie media są takie same, wszę­dzie. Myśla­łam, że "Kvällspressen" jest lep­sza od tych ele­ganc­kich gazet, ale pani też się nie przej­muje mal­tre­to­wa­nymi i nara­żo­nymi na nie­bez­pie­czeń­stwo kobie­tami i dziećmi.

Krew zaszu­miała jej w gło­wie.

- Pro­szę mi nie mówić, że pani wie, czym się przej­muję - powie­działa o wiele za gło­śno. - Niech pani nie mówi o rze­czach, o któ­rych nic pani nie wie.

- Dla­czego nie chce pani mnie wysłu­chać?

Sły­chać było, że jest obra­żona.

Annika zasło­niła twarz rękoma. Cze­kała.

- Cho­dzi o ludzi, któ­rzy muszą się ukry­wać - powie­działa kobieta. - Gro­żono im śmier­cią, strasz­nie się boją. Choćby nie wiem jak pró­bo­wali się ukryć, zawsze ktoś lub coś spra­wia, że można ich wytro­pić: sekre­tarka z pomocy spo­łecz­nej, sąd, konto w banku, przed­szkole...

Annika się nie odzy­wała, słu­chała w mil­cze­niu.

- Więk­szość to oczy­wi­ście kobiety i dzieci, jak zapewne pani rozu­mie - cią­gnęła kobieta. - To w naszym spo­łe­czeń­stwie grupa naj­więk­szego ryzyka. Inni zastra­szani to świad­ko­wie, osoby, które wyco­fały się z sekt albo ści­gane przez mafię, dzien­ni­ka­rze, któ­rzy napi­sali dema­sku­jące arty­kuły, ale przede wszyst­kim są to, rzecz jasna, kobiety i dzieci, któ­rym grozi śmierć.

Annika z waha­niem wzięła do ręki dłu­go­pis i zaczęła noto­wać.

- Jeste­śmy grupą - powie­działa kobieta - która zaj­muje się tą nową dzia­łal­no­ścią. Jestem jej sze­fową. Jest pani tam jesz­cze?

Annika chrząk­nęła.

- Czym się róż­ni­cie od tra­dy­cyj­nego pogo­to­wia dla kobiet?

Kobieta wes­tchnęła, nieco zre­zy­gno­wana.

- Wszyst­kim. Pogo­to­wie dla kobiet działa dzięki skrom­nym środ­kom publicz­nym. Nie mają wystar­cza­ją­cych zaso­bów, aby robić to co my. Jeste­śmy czy­sto pry­watną ini­cja­tywą z zupeł­nie innymi moż­li­wo­ściami.

Dłu­go­pis prze­stał pisać. Annika wyrzu­ciła go do kosza i wzięła nowy.

- To zna­czy jakimi?

- Nie chcia­ła­bym roz­ma­wiać o tym przez tele­fon. Może mogłaby pani się ze mną spo­tkać?

Annika się sku­liła. Nie chciała, nie miała siły.

- Bengt­zon!

Ingvar Johans­son sta­nął przed nią znie­nacka.

- Chwi­leczkę - powie­działa do słu­chawki i przy­ło­żyła ją do piersi. - Słu­cham?

- Jeśli nie masz nic do roboty, to może mogła­byś powpi­sy­wać to tutaj?

Szef działu wia­do­mo­ści pod­su­nął jej pod nos plik wydru­ków z wyni­kami spor­to­wymi niż­szych lig. To pyta­nie było jak poli­czek. Nie, do cho­lery cięż­kiej! Mają zamiar zrzu­cać na nią to, co robiła jako czter­na­sto­latka w "Katri­ne­holms-Kuri­ren"? Ma sie­dzieć i wkle­py­wać w tabelki wyniki? Odwró­ciła się do Johans­sona ple­cami, pod­nio­sła słu­chawkę i powie­działa:

- Mogła­bym się z panią spo­tkać teraz, zaraz.

Kobieta ucie­szyła się.

- Już dziś? To świet­nie!

Annika zagry­zła wargi. Czuła na swo­ich bar­kach wzrok Johans­sona.

- Gdzie chcia­łaby pani się spo­tkać? - spy­tała.

Kobieta wymie­niła nazwę hotelu na przed­mie­ściu. Annika jesz­cze ni­gdy tam nie była.

- Za godzinę?

Kiedy odło­żyła słu­chawkę, Ingvara Johans­sona już nie było. Szybko wcią­gnęła kurtkę, prze­rzu­ciła torbę przez ramię, zaj­rzała do pokoju ochrony. Żad­nego z samo­cho­dów redak­cyj­nych oczy­wi­ście nie było, więc zadzwo­niła po tak­sówkę. W wol­nym cza­sie będzie robiła to, co chce.

Wypeł­niaj swoje cho­lerne tabelki sam, kuta­sie.

- Jesteś gotowy, kocha­nie?

Żona stała w drzwiach do bawialni, w płasz­czu, wcią­gała ręka­wiczki z jagnię­cej skóry.

Usły­szał zdzi­wie­nie w swoim gło­sie.

- Na co?

Z iry­ta­cją szar­pała cienką skórkę ręka­wi­czek.

- Spo­tka­nie miesz­kań­ców - powie­działa. - Obie­ca­łeś, że ze mną pój­dziesz.

Tho­mas zwi­nął wie­czorną gazetę i posta­wił stopy na pod­grze­wa­nej pod­ło­dze z klin­kieru.

- Tak, oczy­wi­ście - powie­dział. - Prze­pra­szam. Zapo­mnia­łem o tym.

- Wycho­dzę i cze­kam na cie­bie - powie­działa. Odwró­ciła się na obca­sie i znik­nęła.

Wes­tchnął cicho. Na szczę­ście zdą­żył wziąć prysz­nic i się ogo­lić. Poszedł na górę do sypialni, po dro­dze zdjął dżinsy i koszulkę. Wło­żył białą koszulę, gar­ni­tur, zarzu­cił na szyję kra­wat. Usły­szał, jak Ele­onor uru­cha­mia bmw. Sil­nik roz­krę­cał się pona­gla­jąco.

- Już, już - powie­dział.

W całym domu paliły się świa­tła, ale nie miał zamiaru bie­gać i ich gasić. Wyszedł z płasz­czem prze­wie­szo­nym przez ramię, w butach z roz­wią­za­nymi sznu­ro­wa­dłami. Pośli­znął się na kawałku lodu i nie­wiele bra­ko­wało, żeby się prze­wró­cił.

- Można by tu posy­pać pia­skiem - powie­działa Ele­onor.

Nie odpo­wie­dział. Zatrza­snął drzwi pasa­żera i oparł się o deskę roz­dziel­czą. Ele­onor wyjeż­dżała na Östra Ekud­ds­ga­tan. Zawią­zał kra­wat. Sznu­ro­wad ła zawiąże na miej­scu.

Zro­biło się ciemno. Gdzie się podział ten dzień? Umarł, zanim się w ogóle naro­dził. Czy w ogóle było jasno?

Wes­tchnął.

- Co tam? - zapy­tała, już przy­jaź­nie uspo­so­biona.

Wyglą­dał przez okno, patrzył na morze.

- Tro­chę mi słabo - powie­dział.

- Może to ten wirus, któ­rego miał Nisse - powie­działa.

Poki­wał głową bez zain­te­re­so­wa­nia.

Spo­tka­nie miesz­kań­ców. Dobrze wie­dział, o czym będzie mowa. O tury­stach. Ilu ich było, jak ścią­gnąć wię­cej i zatrzy­mać tych, któ­rzy już tra­fili do gminy. Będzie mowa o wła­ści­cie­lach skle­pów otwie­ra­nych tylko na lato i dopro­wa­dza­ją­cych do ruiny te cało­roczne. Dobre jedze­nie w hotelu Vaxholm. Przy­go­to­wa­nia do jar­marku świą­tecz­nego, otwie­ra­nie skle­pów wie­czo­rami i w week­endy. Wszy­scy tam będą. Zado­wo­leni i zaan­ga­żo­wani.

Tak jest zawsze, obo­jętne dokąd się wybiorą. Ostat­nio bywali na wielu wysta­wach sztuki. Ostat­nio wiele zwią­za­nych było z życiem para­fii oraz z kon­ser­wa­cją sta­rych domów i ogro­dów. Za którą naj­le­piej, żeby ktoś inny zapła­cił.

Znów wes­tchnął.

- No, wysia­daj już - powie­działa żona.

- Annika Bengt­zon? To ja jestem Rebecka Björkstig.

Kobieta była młoda, o wiele młod­sza, niż się Annika spo­dzie­wała. Mała, drobna, jak z por­ce­lany. Przy­wi­tały się.

- Prze­pra­szam za to dziwne miej­sce - powie­działa Rebecka. - Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele.

Prze­szły pustym kory­ta­rzem i weszły do pomiesz­cze­nia, które było połą­cze­niem lobby i baru. Oświet lenie było oszczędne, wystrój nasu­wał sko­ja­rze­nie z pań­stwo­wymi hote­lami w byłym Związku Radziec­kim. Brą­zowe okrą­głe sto­liki z fote­lami. Kilku męż­czyzn roz­ma­wiało cicho w prze­ciw­nym rogu, poza tym było pusto.

Annika doznała sur­re­ali­stycz­nego wra­że­nia, że gra w sta­rym fil­mie szpie­gow­skim, i poczuła nagły impuls, żeby uciec. Co ja tutaj robię?

- Jak dobrze, że mogły­śmy się spo­tkać tak szybko - powie­działa Rebecka i usia­dła przy jed­nym ze sto­li­ków. Ostroż­nie spoj­rzała przez ramię. Rzu­ciła okiem na męż­czyzn sie­dzą­cych w rogu.

Annika zamru­czała coś led­wie sły­szal­nie.

- Czy będzie o tym w jutrzej­szej gaze­cie? - zapy­tała Rebecka i uśmiech­nęła się z nadzieją.

Annika potrzą­snęła głową. Poczuła, że kręci jej się w gło­wie od stę­chłego powie­trza.

- Nie, skąd. Nie jest wcale pewne, czy w ogóle o tym napi­szemy. Decy­zje o tym, co zosta­nie opu­bli­ko­wane, podej­muje wydawca.

Spoj­rzała na stół, uni­ka­jąc wzroku Rebecki.

Rebecka popra­wiła jasną spód­nicę, wygła­dziła zacze­sane do tyłu włosy.

- O czym zazwy­czaj pani pisze? - zapy­tała, pró­bu­jąc uchwy­cić wzrok Anniki. Jej głos był jasny, lekko matowy.

Annika chrząk­nęła.

- W tej chwili zesta­wiam i prze­glą­dam tek­sty - powie­działa zgod­nie z prawdą.

- Jakie tek­sty?

Prze­tarła czoło.

- Wszel­kiego rodzaju. Dziś w nocy o hura­ga­nie, wcze­śniej w tym tygo­dniu prze­glą­da­łam tekst o nie­peł­no­spraw­nym chłopcu. Gmina nie chciała wziąć odpo­wie­dzial­no­ści za...

- Ach! - Rebecka zało­żyła nogę na nogę. - Więc nasza dzia­łal­ność ide­al­nie wpi­suje się w pani tema­tykę. To wła­śnie gminy są naszymi głów­nymi zle­ce­nio­daw­cami. Czy mogę pro­sić o fili­żankę kawy?

Kel­ner w popla­mio­nym far­tu­chu nagle zma­te­ria­li­zo­wał się przy ich sto­liku. Zapy­tał, czy Annika też chce kawę, więc kiw­nęła szybko głową. Było jej nie­do­brze, chciała iść do domu, chciała ucie­kać. Rebecka znów opa­dła na wygięte opar­cie fotela. Oczy miała jasne i okrą­głe, łagodne i bez wyrazu.

- Jeste­śmy fun­da­cją, ale skądś musimy mieć pie­nią­dze. Naj­czę­ściej koszty pokrywa opieka spo­łeczna z róż­nych gmin w całym kraju. Nie zara­biamy na tym ani öre.

Na­dal mówiła spo­koj­nie, ale jej słowa brzmiały dobit­nie.

To poszu­ki­waczka złota, pomy­ślała Annika. Robi to po to, żeby zara­biać na zastra­szo­nych kobie­tach i dzie­ciach.

Rebecka uśmiech­nęła się.

- Wiem, co pani myśli. Zapew­niam, że się pani myli.

Annika spu­ściła wzrok. Obra­cała w pal­cach wyka­łaczkę.

- Dla­czego zadzwo­niła pani wła­śnie do nas? Wła­śnie dziś?

Rebecka wes­tchnęła lekko i wytarła czubki pal­ców w ser­wetkę, którą wyjęła z torebki.

- Szcze­rze mówiąc, chcia­łam tylko zadzwo­nić i popy­tać - powie­działa. - Czy­ta­łam waszą gazetę, dzi­siej­sze arty­kuły o spu­sto­sze­niach po hura­ga­nie, i zoba­czy­łam numer tele­fonu w stopce redak­cyj­nej. Od jakie­goś czasu roz­ma­wiamy o tym, żeby się ujaw­nić, ale zadzwo­ni­łam raczej spon­ta­nicz­nie, można powie­dzieć.

Annika prze­łknęła ślinę.

- Ni­gdy o was nie sły­sza­łam - powie­działa.

Rebecka znów się uśmiech­nęła. Jej uśmiech był ulotny jak powiew wia­tru.

- Wcze­śniej nie mie­li­śmy środ­ków, żeby przyj­mo­wać wszyst­kich, któ­rzy mogliby się do nas zgło­sić, gdy­by­śmy byli dzia­ła­jącą na szer­szą skalę insty­tu­cją uży­tecz­no­ści publicz­nej, ale teraz już mamy. Dziś mamy środki i moż­li­wo­ści, żeby się roz­wi­jać, i nie chcemy dłu­żej cze­kać. Tak wielu ludzi potrze­buje naszej pomocy.

Annika wyjęła z torby notes i dłu­go­pis.

- Pro­szę opo­wie­dzieć, na czym ta pomoc polega.

Rebecka znów rozej­rzała się dookoła. Wytarła kąciki ust.

- Bie­rzemy sprawy w swoje ręce, gdy wła­dze nie potra­fią już nic zro­bić - powie­działa lekko zdy­szana. - Jeste­śmy po to, żeby poma­gać ludziom, któ­rym naprawdę coś grozi, zacząć nowe życie. Przez trzy lata dopra­co­wy­wa­li­śmy sys­tem, żeby dobrze dzia­łał. Teraz mamy już pew­ność, że działa dobrze.

Annika cze­kała w mil­cze­niu.

- To zna­czy jak działa?

Kel­ner przy­niósł kawę. Była szara i gorzka. Rebecka poło­żyła jedną z ser­we­tek mię­dzy fili­żanką a spodkiem i zamie­szała kawę łyżeczką.

- Nasze spo­łe­czeń­stwo jest tak skom­pu­te­ry­zo­wane, że nikt nie jest w sta­nie się ukryć - powie­działa cicho, kiedy kel­ner się odda­lił. - Dokąd­kol­wiek ci ludzie się zwrócą, zawsze znaj­dzie się ktoś, kto zna ich nowy adres, nowy numer tele­fonu, nowy numer konta, wie, że od nie­dawna mają nowe miesz­ka­nie. Nawet jeśli wszyst­kie dane mają być trzy­mane w tajem­nicy, to zawsze są jakieś doku­menty w szpi­ta­lach, w opiece spo­łecz­nej, w sądzie, w urzę­dzie podat­ko­wym, w reje­strach spółek, wszę­dzie.

- Nie można tego w jakiś spo­sób zała­twić? - zasta­na­wiała się Annika ostroż­nie. - Nie ma żad­nego spo­sobu, żeby usu­nąć adres z reje­strów, nadać nowy PESEL i tak dalej?

Z piersi Rebecki wydo­było się kolejne wes­tchnie­nie.

- Oczy­wi­ście, są różne spo­soby. Pro­blem w tym, że to nie działa. Nasza grupa wymy­śliła, jak wyma­zy­wać ludzi z reje­strów, zupeł­nie, bez śladu. Czy wie pani, że ist­nieje ponad sześć­dzie­siąt ofi­cjal­nych reje­strów, w któ­rych zapi­sani są wszy­scy Szwe­dzi?

Annika mruk­nęła prze­cząco. Kawa była naprawdę okropna.

- Przez pierw­sze pół roku głów­nie ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie bazy danych. Opra­co­wy­wa­łam plany i spo­soby, jak się w nich nie zna­leźć. Pytań było wiele, odpo­wie­dzi cza­sami tkwiły bar­dzo głę­boko. To, co robimy, jest zupeł­nie wyjąt­kowe.

Ostat­nie słowa zawi­sły w powie­trzu. Annika prze­łknęła łyk sza­rej brei. Roz­lała tro­chę, gdy odsta­wiała fili­żankę.

- Dla­czego pani się w to zaan­ga­żo­wała? - zapy­tała.

Zapa­dła gęsta cisza.

- Mnie też gro­żono - odpo­wie­działa Rebecka.

- Dla­czego? - zasta­na­wiała się gło­śno Annika.

Kobieta chrząk­nęła. Zawa­hała się, wytarła ser­wetką przed­ra­miona.

- Jeśli pani pozwoli, wola­ła­bym o tym nie roz­ma­wiać. To mnie para­li­żuje. Ciężko pra­co­wa­łam, żeby uło­żyć sobie życie na nowo, i chcę wyko­rzy­stać swoje doświad­cze­nia.

Annika spoj­rzała na Rebeckę, tak zimną i tak kru­chą jed­no­cze­śnie.

- Pro­szę opo­wie­dzieć o waszej dzia­łal­no­ści - powie­działa.

Rebecka ostroż­nie wypiła łyk kawy.

- Jeste­śmy fun­da­cją, posta­no­wi­li­śmy się nazwać Raj. To, co robimy, to wła­ści­wie nic nad­zwy­czaj­nego. Poma­gamy zastra­sza­nym ludziom wró­cić do nor­mal­nego życia. Ale dla kogoś, kto był prze­śla­do­wany i wie, co ozna­cza strach i ter­ror, zwy­kły powsze­dni dzień jest praw­dzi­wym rajem.

Annika spoj­rzała w notes, zaże­no­wana fra­ze­sem.

- I jak się wam to udaje?

Rebecka uśmiech­nęła się lekko. Jej głos brzmiał pew­nie i mocno.

- Raj był pod ochroną - powie­działa. - Ota­czał go nie­wi­dzialny mur. Nie docie­rało tam żadne zło. My dzia­łamy tak samo. Klient przy­cho­dzi do nas, mija nas i znika za nie­prze­bi­jalną fasadą. Zostaje po pro­stu wyma­zany. Gdy ktoś pró­buje wyśle­dzić naszego klienta, obo­jęt­nie jakim spo­so­bem, natyka się na gruby, niemy mur: na nas.

Annika spoj­rzała w górę.

- Nie boicie się?

- Jeste­śmy świa­domi ryzyka, ale fun­da­cji Raj nie da się tak łatwo wytro­pić. Mamy kilka biur, mię­dzy któ­rymi się poru­szamy. Nasze tele­fony są pod­łą­czone przez sta­cje z innych czę­ści kraju. Jest nas pię­cioro, pra­cu­jemy w Raju w peł­nym wymia­rze, wszy­scy jeste­śmy wyma­zani z reje­strów. Jedyną drogą do Raju jest zastrze­żony numer tele­fonu.

Annika spoj­rzała na małą por­ce­la­nową kobietę, bez­wied­nie skrę­ca­jącą w pal­cach papie­rową ser­wetkę. Nie paso­wała do tego miej­sca, taka biała i czy­sta w nie­chluj­nym, skąpo oświe­tlo­nym barze.

- Jak wygląda to wyma­zy­wa­nie?

Ktoś zapa­lił lampę zwi­sa­jącą z sufitu. Pada­jące z ukosa świa­tło pogrą­żyło twarz Rebecki w ciem­no­ściach. Jej jasne, nieme oczy wyglą­dały teraz jak czarne dziury.

- Myślę, że na tym skoń­czymy - powie­działa. - Mam nadzieję, że mi pani wyba­czy, ale chcia­ła­bym pocze­kać z prze­ka­zy­wa­niem reszty infor­ma­cji.

Annika ode­tchnęła. Była roz­cza­ro­wana i jed­no­cze­śnie jej ulżyło. Rebecka wyjęła z torebki wizy­tówkę.

- Może pani poroz­ma­wia z wydawcą i zapyta, czy będzie­cie pisać o naszej dzia­łal­no­ści. Potem może pani do mnie zadzwo­nić, to nasz zastrze­żony numer. Nie muszę mówić, że powinna się z nim pani obcho­dzić bar­dzo ostroż­nie.

Annika prze­łknęła ślinę i zamru­czała pota­ku­jąco.

- Jak już pani zała­twi sprawę publi­ka­cji, możemy się spo­tkać znowu - powie­działa Rebecka i wstała. Mała i jasna, ale na­dal w cie­niu.

Na twa­rzy Anniki wykwitł cie­lęcy uśmiech. Wstała. Uści­snęły sobie dło­nie.

- Może zadzwo­nię - powie­działa.

- Pro­szę wyba­czyć, muszę już iść. Tro­chę mi się spie­szy - powie­działa Rebecka. - Cze­kam na tele­fon.

I wyszła.

Poja­wił się kel­ner.

- To będzie razem pięć­dzie­siąt pięć koron.

Annika zapła­ciła.

Wra­cała tak­sówką, myśli pędziły jej przez głowę. Przed­mie­ścia prze­my­kały za brud­nymi szy­bami. Mijała tereny prze­my­słowe z bla­sza­nymi budyn­kami, nija­kie wyso­ko­ściowce, drogi szyb­kiego ruchu z czer­wo­nymi świa­tłami.

Jak ona wła­ści­wie wyglą­dała, ta Rebecka Björkstig? Annika uświa­do­miła sobie, że już zapo­mniała. Przy­po­mi­nała sobie tylko coś nie­uchwyt­nego, coś, co jej umy­kało.

Zastra­szani ludzie, mal­tre­to­wane kobiety. Jeśli miała uni­kać jakie­goś tematu, to wła­śnie tego. Czuła się zdys­kwa­li­fi­ko­wana na zawsze.

Co ona wła­ści­wie powie­działa o raju? Annika szu­kała w pamięci słów, ale nie mogła ich zna­leźć. Wyjęła notatki. Prze­rzu­cała strony, pró­bo­wała czy­tać w miga­ją­cych żół­tych świa­tłach auto­strady.

Ota­czał go nie­wi­dzialny mur, przez który nie mogło prze­nik­nąć zło.

Odło­żyła notes i zoba­czyła miga­jące za szybą wyso­kie nie­bie­skie bloki osie­dla Bl?kulla.

A wąż?, pomy­ślała. Skąd się tam wziął?

Kiedy wró­ciła do redak­cji, Berit Ham­rin sie­działa przy swoim biurku. Annika pode­szła i uści­snęła ją.

- Podwójne mor­der­stwo? - zapy­tała.

Berit uśmiech­nęła się.

- Nie ma to jak mała wojna mafijna - powie­działa.

Annika zdjęła kurtkę i upu­ściła ją na pod­łogę.

- Jadłaś już?

Poszły do sto­łówki nazy­wa­nej przez per­so­nel "Sie­dem Szczu­rów", zamó­wiły danie dnia.

- Masz coś na warsz­ta­cie? - zapy­tała Berit, robiąc sobie kanapkę z chrup­kiego chleba.

Annika wes­tchnęła.

- Pew­nie dziś w nocy też tro­chę posza­leje hura­gan - powie­działa. - Poza tym spo­tka­łam się z pewną kobietą. Opowie­działa mi bar­dzo dziwną histo­rię.

Berit unio­sła z zain­te­re­so­wa­niem brwi, kosz­tu­jąc zapie­kankę ziem­nia­czaną.

- Dziwne histo­rie mogą być cał­kiem zabawne - powie­działa. - Podasz mi sól?

Annika wychy­liła się do tyłu i się­gnęła po sto­jak z solą i pie­przem, który stał na sto­liku obok.

- Mówiła o fun­da­cji o nazwie Raj, poma­ga­ją­cej kobie­tom i dzie­ciom, któ­rym grozi śmierć, wró­cić do nor­mal­nego życia.

Berit z uzna­niem poki­wała głową.

- Brzmi cie­ka­wie. To prawda?

Annika się zawa­hała.

- Nie wiem, nie dowie­dzia­łam się wszyst­kiego. Ta kobieta wyglą­dała bar­dzo poważ­nie. Z tego, co mówiła, opra­co­wali sys­tem pozwa­la­jący usu­wać z reje­strów prze­śla­do­wa­nych ludzi.

Wzięła od Berit sól i poso­liła swoją por­cję.

- Myślisz... że to źle, że spraw­dzam taką histo­rię? - spy­tała ostroż­nie.

Berit przez chwilę prze­żu­wała.

- Nie, wcale tak nie uwa­żam - powie­działa. - Myślisz o Sve­nie?

Annika przy­tak­nęła. Nagle stra­ciła głos.

Star­sza kole­żanka wes­tchnęła.

- Rozu­miem, że o tym myślisz, ale ta sprawa nie może cię na zawsze wyłą­czyć z wyko­ny­wa­nia nor­mal­nej dzien­ni­kar­skiej roboty. To był wypa­dek, prze­cież masz na to papiery.

Nie pozo­stało już nic do powie­dze­nia. Annika spoj­rzała na talerz i pokro­iła na paski liść sałaty.

- Tylko zawia­dom szefa - powie­działa Berit. - Łatwiej umie­ścić tematy w gaze­cie, kiedy dziadki tam, na górze, myślą, że to ich pomysł.

Annika uśmiech­nęła się, żując sałatę. Jadły chwilę w cie­płej i mięk­kiej ciszy.

- Byłaś we Fri­ham­nen? - spy­tała Annika, odsu­wa­jąc talerz i się­ga­jąc po wyka­łaczkę.

Berit wstała.

- Chcesz kawę?

- Czarną.

Przy­nio­sła dwie.

- Nie­przy­jemna histo­ria - powie­działa, kiedy posta­wiła przed Anniką fili­żankę. - Faceci byli praw­do­po­dob­nie Ser­bami. Poli­cja sądzi, że nale­żeli do mafii jugo­sło­wiań­skiej. Boją się, że wynik­nie z tego jakaś rzeź.

- Jakieś ślady?

Berit wes­tchnęła.

- Trudno jakieś zna­leźć - powie­działa. - Tech­nicy byli na miej­scu aż do zmroku, odwra­cali dosłow­nie każde ziarnko pia­sku, żeby zna­leźć ślady i poci­ski.

Annika podmu­chała w kawę.

- Będziemy mogli zro­bić uży­tek ze stan­dar­do­wych sfor­mu­ło­wań? Egze­ku­cja? Pora­chunki światka prze­stęp­czego? Poli­cja oba­wia się wojny gan­gów?

Roze­śmiały się.

- Praw­do­po­dob­nie ze wszyst­kich - powie­działa Berit.

Prze­pi­sała swoje notatki na temat fun­da­cji Raj. Potem Jans­son kazał jej wyczy­ścić kolejne tek­sty o hura­ga­nie. Dłu­gie nocne godziny w pracy coraz bar­dziej dawały jej się we znaki. Musiała prze­cie­rać oczy, żeby litery usta­wiały się w pro­stym sze­regu. Na szczę­ście arty­kuł o nie­peł­no­spraw­nym chłopcu był już popra­wiony i gotowy do druku. Cztery strony o tym, jak opieka spo­łeczna zła­mała prze­pisy obo­wią­zu­jące w gmi­nie i nie zapew­niła chłopcu takiej pomocy, do jakiej miał prawo. To będzie spo­kojna noc, może nawet zbyt spo­kojna.

Tuż przed pół­nocą cały zespół zszedł na dół, żeby coś zjeść. Annika została przy biurku. Pil­no­wała tele­fonu i biu­le­tynu agen­cji pra­so­wej, szczę­śliwa, że nie musi iść z nimi. Kiedy poszli, zasta­na­wiała się przez chwilę, czy odpły­nąć w drzemkę, czy tro­chę powę­szyć. Usia­dła na miej­scu Jans­sona, który zawsze był pod­łą­czony do sieci, i wrzu­ciła w wyszu­ki­warkę Yahoo hasło "Fun­da­cja Raj". Kom­pu­ter chrzę­ścił i myślał, ale nie wypluł żad­nej infor­ma­cji. Spraw­dziła sam Raj. Kom­pu­ter zna­lazł kilka stron: agen­cji rekla­mo­wej, pastora jakie­goś nie­za­leż­nego zboru w Vetlandy, filmu z Leonar­dem DiCa­prio, ale nic, co doty­czy­łoby orga­ni­za­cji poma­ga­ją­cej zagro­żo­nym kobie­tom i dzie­ciom.

Wró­ciła do swo­jego biurka i zer­k­nęła na biu­le­tyn agen­cji pra­so­wej. Żad­nych sen­sa­cyj­nych wia­do­mo­ści. Wybrała numer do archi­wum na trze­cim pię­trze. Mieli tam fol­der na temat fun­da­cji wydany przez Główny Urząd Skar­bowy w rubryce "Obo­wią­zek podat­kowy". Zamó­wiła go na górę, ale kiedy woźny zadał sobie trud i go przy­niósł, nie miała siły go prze­glą­dać. Prze­szła się po biu­rze. Prze­cie­rała oczy, zmę­czona, słaba i obo­jętna. Znów usia­dła przy biurku, marząc, żeby zmiana się skoń­czyła i żeby już nie musiała tu przy­cho­dzić. Wie­działa, że potem będzie liczyć godziny do powrotu, żeby nie sie­dzieć w domu. Poczuła lekki ucisk w piersi. Bez­na­dziej­ność ją przy­tła­czała.

- Sjölander! - zawo­łała. - Mam coś zro­bić? Jakąś ramkę z fak­tami o histo­rii mafii jugo­sło­wiań­skiej?

Roz­ma­wiał przez tele­fon, ale kciu­kiem poka­zał, że może to zro­bić.

Annika przy­mknęła oczy i prze­łknęła ślinę. Znów poszła do biurka Jans­sona i połą­czyła się z archi­wum. Wyszu­kała "Jugo" i "Mafia".

Z wycin­ków wyni­kało, że grupy prze­stęp­cze z Jugo­sła­wii od kil­ku­dzie­się­ciu lat były dobrze osa­dzone w wielu miej­scach w Szwe­cji, w dużych mia­stach i na wsi. Zaj­mo­wały się głów­nie prze­my­tem i han­dlem nar­ko­ty­kami, czę­sto pod przy­krywką branży restau­ra­cyj­nej, ale w ostat­nich latach nieco zmie­niły pro­fil. Kiedy przed kilku laty rząd dra­stycz­nie, w dwóch eta­pach, pod­niósł poda­tek od wyro­bów tyto­nio­wych, prze­myt­nicy prze­rzu­cili się z nar­ko­ty­ków na papie­rosy. W Euro­pie Wschod­niej, gdzie pro­du­ko­wano na licen­cji Prince i Blend, paczka papie­ro­sów kosz­to­wała trzy­dzie­ści do pięć­dzie­się­ciu koron. Potem prze­wo­żono je do Szwe­cji albo bez­po­śred­nio, albo przez Esto­nię.

Annika sie­działa chwilę w ciszy i czy­tała notatki. Potem poszła do Sjölandera. Skoń­czył roz­mowę i pisał coś na kom­pu­te­rze, stu­ka­jąc mocno w kla­wia­turę.

- Będziemy utrzy­my­wać, że to mafia jugo­sło­wiań­ska? - zapy­tała.

Sjölander ciężko wes­tchnął.

- Hmmm... to kwe­stia tech­niczna. Na pewno to gang­ste­rzy, jakieś pora­chunki mafijne.

- Może nie powin­ni­śmy się w tym przy­padku ogra­ni­czać do jed­nego kraju? - zapy­tała Annika. - Prze­cież cała masa grup prze­stęp­czych od lat robi tu inte­resy. Mam zro­bić małe zesta­wie­nie róż­nych grup i ich ulu­bio­nych akcji?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki