Niedziela, 28 października
STRAŻNIK SECURITAS był czujny. Spustoszenie po huraganie, który szalał
ostatniej nocy, było widać wszędzie: powalone drzewa, kawałki blachy z magazynów i dachów, porozrzucane części wyposażenia.
Kiedy zobaczył, co się stało, stanął jak wryty. Na szerokim placu przy
brzegu morza leżał kokpit samolotu, sprzęt medyczny, części łazienki.
Minęło kilka sekund, zanim zdał sobie sprawę, co widzi: szczątki
rekwizytorni Telewizji Szwedzkiej.
Zabitych dostrzegł dopiero, gdy wyłączył silnik i odpiął pasy. To
dziwne, ale nie ogarnęła go ani trwoga, ani strach, tylko zwyczajne
zdziwienie. Ubrane na czarno ciała leżały rozrzucone przed schodami,
które kiedyś były dekoracją w starym serialu telewizyjnym. Zanim jeszcze
wysiadł z samochodu, wiedział, że mężczyźni zostali zamordowani. Nie
trzeba być ekspertem, żeby to zrozumieć. Byli pozbawieni głów. W ich
miejscu na pokrytym lodem asfalcie rozlała się kleista maź.
Nie myśląc o własnym bezpieczeństwie, wysiadł i ruszył ku nim. Dzieliło
go od nich nie więcej niż kilka metrów. Na jego twarzy malowało się
zdziwienie. Wyglądali jak młodsi bracia Marty'ego Feldmana.
Wytrzeszczone oczy, wystawione języki. Obaj mieli niewielkie znamiona w górnej części głowy i obu brakowało jednego ucha i sporych części tyłu
głowy i szyi.
Przyglądał się martwym mężczyznom jakiś czas. Nagły poryw wiatru, który
wpadł między cysterny ze zbożem należące do firmy Lantmännen, powalił go
na ziemię. Próbując się podnieść, przypadkiem włożył rękę w rozlany mózg
jednego z trupów. Zimna, gęsta maź, którą poczuł między palcami,
natychmiast przyprawiła go o silne mdłości. Zwymiotował na zderzak
swojego samochodu i z obrzydzeniem starł lepką maź z palców o pluszową
tapicerkę fotela kierowcy.
Wojewódzka policyjna centrala łączności na Kungsholmen w Sztokholmie
przyjęła zawiadomienie z Frihamnen o piątej trzydzieści jeden. Do
dziennika "Kvällspressen" wiadomość dotarła trzy minuty później.
Zadzwonił informator gazety, Leif:
- Radiowóz numer 1120 i dwie karetki są w drodze do Värtan.
O tej porze, tak wcześnie rano, czterdzieści minut po zamknięciu numeru
i dwadzieścia sześć minut przed oddaniem go do druku, w redakcji jak
zwykle panował twórczy chaos. Redaktorzy z czerwonymi od czytania oczyma
wklepywali ostatnie nagłówki, szlifowali ostatnie sformułowania na
pierwsze strony i w opisach zdjęć, poprawiali literówki. Szef nocnej
zmiany Jansson przeglądał gotowe strony i wysyłał je do druku nowym
przyspieszonym elektronicznym łączem.
Zgłoszenie przyjęła Annika Bengtzon, odpowiadająca na nocnej zmianie za
sprawdzanie tekstów.
- To znaczy? - zapytała, nerwowo zapisując na kartce.
- Przynajmniej dwóch zamordowanych - powiedział Leif i rozłączył się,
żeby zdążyć, również jako pierwszy, dać cynk innej gazecie. Temu, kto
przynosi informację jako drugi, się nie płaci.
Annika wstała, upuszczając słuchawkę.
- Dwóch zabitych z Värtan. Być może morderstwo, ale nie jest to jeszcze
potwierdzone - powiedziała do tyłu głowy Janssona. - Chcesz to mieć w lokalnym wydaniu?
- Niee... - odpowiedział tył jego głowy.
- Mam to przydzielić Carlowi i Bertilowi? - zastanawiała się głośno.
- Taaa... - odpowiedział tył głowy.
Ruszyła w kierunku boksu reporterów. Żółta karteczka post-it zwisała jej
z palca wskazującego jak chorągiewka.
- Jansson chce, żebyś to sprawdził - powiedziała i wycelowała palec w reportera.
Carl Wennergren oderwał karteczkę od jej palca z wyrazem lekkiego
niesmaku na twarzy.
- Bertil Strand jest już na miejscu, jeśli musicie wyjechać -
powiedziała. - Znajdziesz go na dole, w laboratorium fotograficznym.
Odwróciła się na obcasie i odeszła, nie doczekawszy się odpowiedzi. Ich
relacje nie należały do najserdeczniejszych. Opadła na swoje krzesło,
czując ziejącą pustkę w głowie. To była naprawdę ciężka noc, obfitowała
w podbramkowe sytuacje. Wieczorem Skanię nawiedził huragan, a potem
przewalił się przez cały kraj. "Kvällspressen" przyłożyła się solidnie
do śledzenia pogody i świetnie jej poszło. Ostatnim samolotem do Sturup
udało się wysłać reporterów i fotografów. Mieli wzmocnić redakcję w Malmö. Dziennikarze z Växjo i Göteborga pracowali całą noc, poza tym w terenie była ekipa wolnych strzelców, reporterów i fotografów. Cały
materiał wylądował na biurku Anniki. Jej zadaniem było zestawienie i poskładanie artykułów. Oznaczało to tak naprawdę, że wszystkie musiała
napisać od nowa, żeby ze sobą współgrały i stanowiły logiczną całość.
Mimo to jej nazwisko nigdy nie ukazywało się w gazecie. Mieli je
wydrukować tylko w ramce z informacjami o huraganie, którą przygotowała
wcześniej. Redagowała teksty, była jednym z wielu anonimowych
dziennikarzy, których nikt nie dostrzegał.
- Do diabła, no! - zawołał nagle Jansson. - Ten cholerny żółty nie
wszedł na pierwsze zdjęcie. Dziadostwo cholerne...
Rzucił się w stronę pulpitu ze zdjęciami i zawołał fotoedytora Pellego
Oskarssona. Annika uśmiechnęła się blado. Ach, życie! Technika cyfrowa
miała sprawić, że wszystko będzie można robić szybciej, wszystko będzie
bezpieczniejsze, prostsze. A tymczasem na łączu ISDN do drukarni
siedział mały chochlik, który co jakiś czas zjadał któryś z kolorów,
zazwyczaj żółty. Jeśli błąd nie został wykryty na czas, w gazecie
ukazywały się zdjęcia w przedziwnych kolorach. Jansson twierdził, że
pożeracz kolorów to ten sam diabelski potwór, który siedzi w jego pralce
i ciągle zjada po jednej skarpetce.
- ISDN - prychał szef nocnej zmiany w drodze do swojego biurka. Zdjęcie
zostało wysłane jeszcze raz. Sytuacja była opanowana. - Internet
Skurczybyk Do Niczego.
Annika posprzątała na swoim biurku.
- I tak wyszło nieźle, prawda? - rzuciła.
Jansson opadł na krzesło i włożył między zęby niezapalonego papierosa.
- Cholera, kawał dobrej roboty odwaliłaś dziś w nocy - powiedział i pokiwał z uznaniem głową. - Widziałem oryginały. Super to poskładałaś.
- No, jako tako to wygląda - powiedziała Annika zawstydzona.
- Co to za trupy w porcie?
Annika wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Chcesz, żebym sprawdziła?
Jansson wstał i ruszył w stronę palarni.
- Zrób to - powiedział.
Zaczęła od numeru alarmowego.
- Wysłaliśmy dwie karetki - powiedział dyspozytor.
- A nie samochody do transportu ciał?
- Braliśmy to pod uwagę, ale dzwonił strażnik. Wysłaliśmy karetki.
Annika zanotowała. Wozy do transportu ciał wysyłali tylko wtedy, gdy
byli absolutnie pewni, że ofiary zginęły na miejscu. Zgodnie z regulaminem wolno je wzywać tylko wtedy, gdy głowa ofiary jest odcięta
od reszty ciała.
Trudno było się dodzwonić na centralę policji na Kungsholmen. Dopiero po
kilku minutach ktoś odebrał telefon. Potem musiała czekać jeszcze pięć
minut, zanim dyżurny oficer mógł z nią zamienić kilka słów. Kiedy
wreszcie podniósł słuchawkę, mówił wyraźnie i zwięźle:
- Mamy dwóch zabitych. Dwóch mężczyzn. Zastrzeleni. Nie potrafimy
powiedzieć, czy to morderstwo, czy samobójstwo. Zadzwoń później.
- Znaleziono ich we Frihamnen - powiedziała Annika szybko. - Czy to
podsuwa wam jakiś pomysł?
Oficer zawahał się.
- W tej chwili nie mogę spekulować - powiedział. - Ale sama możesz
pomyśleć.
Kiedy odkładała słuchawkę, wiedziała, że podwójne morderstwo w porcie
będzie w gazecie tematem numer jeden przez wiele dni. Z jakiegoś powodu
dwa morderstwa nie są tylko dwa razy ważniejsze niż jedno. To
nieskończenie poważniejsza sprawa.
Westchnęła i zastanawiała się, czy nie przynieść sobie kubka kawy.
Chciało jej się pić i czuła się osłabiona. Miała ochotę na kawę. Ale
kofeina o tej porze sprawiłaby, że całe przedpołudnie leżałaby ze
wzrokiem wbitym w sufit, z szeroko otwartymi oczyma, nie mogąc się
ruszyć ze zmęczenia.
Ech, co mi tam, pomyślała i poszła do automatu.
Kawa była gorąca i dobrze jej zrobiła. Annika usiadła na swoim miejscu
przy biurku dyżurnego nocnej zmiany i położyła nogi na stole.
Małe podwójne morderstwo we Frihamnen, no cóż, bywa.
Podmuchała w kawę.
Mężczyźni zginęli od strzałów, co oznaczało, że nie były to jakieś
pijackie porachunki. Pijacy zabijają się nożami, butelkami, pięściami,
kopniakami - albo spychają z balkonów. Gdyby mieli dostęp do broni,
sprzedaliby ją i za zarobione pieniądze kupili wódkę.
Annika wypiła kawę jednym haustem, wyrzuciła plastikowy kubek, poszła do
łazienki i napiła się wody.
Dwóch mężczyzn. To z pewnością nie wskazuje na morderstwo ani na
samobójstwo, nie w porcie Frihamnen w czasie huraganu.
Najprawdopodobniej można też wykluczyć zazdrość, raczej nie taki był
motyw. Oznacza to, że spekulacjom na temat motywów zabójstwa nie będzie
końca. Porachunki kryminalistów, począwszy od gangów motocyklowych,
przez grupy mafijne aż po przestępstwa finansowe. Motywy polityczne.
Uwikłania międzynarodowe.
Annika wróciła do siebie. Jedno wiedziała z całą pewnością: na pewno nie
będzie miała okazji się zbliżyć do tej sprawy. W "Kvällspressen" będą
się tym zajmowali inni. Wzięła płaszcz.
W weekendy nie było specjalnej porannej zmiany, co oznaczało, że Jansson
zostawał w biurze do chwili, kiedy lokalne wydania były gotowe do druku.
Annika kończyła o szóstej.
- Olewam to - powiedziała, gdy Jansson ją mijał.
Wyglądał na piekielnie zmęczonego. Chciał, żeby została.
- Nie poczekasz na gazetę? - zapytał.
Paczki przyszły z drukarni przesyłką kurierską kwadrans po rozpoczęciu
druku. Annika pokiwała głową i wezwała taksówkę. Podniosła się z miejsca, włożyła kurtkę, szalik i rękawiczki.
- Mogłabyś przyjść wcześniej wieczorem? - zawołał za nią Jansson. -
Pozamiatać po huraganowym piekle?
Annika wzięła torbę i wzruszyła ramionami.
- Czy ktoś tu ma życie prywatne?
Thomas Samuelsson delikatnie dotknął brzucha żony. Dawna jędrność
zniknęła. Ciało pod jego palcami było gładkie i ciepłe. Odkąd Eleonor
została szefową banku, nie miała czasu trenować tak intensywnie jak
dawniej.
Powoli przesunął rękę w dół, kolistymi ruchami, przez pępek. Odnalazł
pachwinę, palec wskazujący wsunął między jej uda, dotykając włosów,
odnajdując jej ciepłą wilgotność.
- Daj spokój - zamruczała i odwróciła się tyłem.
Westchnął, przełknął ślinę i położył się na plecach. Podniecenie waliło
w jego ciele jak młot. Splótł dłonie, podłożył je pod głowę i wbił wzrok
w sufit. Słyszał, jak jej oddech znów staje się długi i spokojny.
Ostatnio nie miała na to ochoty.
Zirytowany zrzucił z siebie kołdrę i nagi poszedł do kuchni, z penisem
zwisającym jak zwiędły tulipan. Napił się wody z nieumytej szklanki,
nasypał kawy do nowego filtra, napełnił ekspres wodą i wcisnął
przycisk. Poszedł do ubikacji się wysikać. W lustrze zobaczył swoje
sterczące na wszystkie strony włosy. Nadawały mu wygląd
nieodpowiedzialnego faceta, co właściwie pasowało do jego wieku.
Westchnął i przeczesał czuprynę palcami.
Za wcześnie na kryzys wieku średniego, pomyślał. Do diabła, za wcześnie.
Poszedł z powrotem do kuchni i stanął przy oknie, żeby popatrzeć na
morze. Było czarne. Szalało. Nocny huragan rwał grzywy fal. Zegar
słoneczny sąsiada przechylił się i leżał oparty o drzwi ich altany.
Jaki to ma sens?, zastanowił się. Po co się człowiek tego trzyma?
Ogarnęła go wielka, mroczna melancholia - musiał przyznać, że graniczyła
z użalaniem się nad sobą. Od okna wiało, cholerna fuszerka. Przeszył go
dreszcz. Westchnął i poszedł po szlafrok. Ubiegłoroczny prezent
gwiazdkowy od żony, zielono-biało-czerwony, drogi, z eleganckiego domu
towarowego. Dopasowała do niego kapcie, których nigdy nie nosił.
Ekspres zabulgotał. Wyjął kubek z logo banku i włączył radio. Nadawano
poranny dziennik "Eko". Znudzony, pomiędzy drobnymi łykami kawy wyławiał
wiadomości. Docierały do niego, nie robiąc szczególnego wrażenia.
Huragan, który przeszedł przez południową Szwecję, wyrządził mnóstwo
szkód. Ludzie bez prądu. Firmy ubezpieczeniowe obiecują. Dwie osoby nie
żyją. Strefa bezpieczeństwa w południowym Libanie. Kosowo.
Wyłączył radio, wyszedł do przedpokoju, włożył kalosze i poszedł do
skrzynki po gazetę. Wiatr szarpał papier we wszystkie strony, wdzierał
się pod szlafrok, ziębił uda. Thomas przystanął na chwilę, zamknął oczy
i wciągnął powietrze. Było lodowate. Morze z pewnością zamarznie.
Spojrzał na willę. Piękny dom, który zaprojektowali i zbudowali rodzice
Eleonor. W kuchni na górze paliło się światło, lampa nad stołem.
Zapomniał już, jak się nazywał projektant. Światło było zielonkawe i zimne, jak złe oko strzegące morza. Meksykańska cegła o świcie lśniła
szarością. Jego matka zawsze uważała, że to najpiękniejszy dom w Vaxholmie. Gdy się wprowadzali, zaproponowała, że uszyje firanki do
wszystkich pokoi, ale Eleonor podziękowała, uprzejmie, lecz
zdecydowanie.
Wszedł do środka. Przewertował całą gazetę, nie potrafiąc się skupić.
Zatrzymał się jak zwykle na ogłoszeniach o nieruchomościach. Pięć pokoi
na Vasastan, we wszystkich piece kaflowe. Dwa pokoje na Starówce, na
poddaszu, z drewnianymi belkami i widokiem na trzy strony świata. Domek
w okolicach Malmköpingu, z bali, prąd i woda w lecie, promocja jesienna!
Usłyszał w głowie głos żony: Marzyciel! Gdybyś poświęcał połowę tego
czasu, który marnujesz na przeglądanie ogłoszeń o mieszkaniach, na
analizę rynku akcji, byłbyś milionerem.
Ona już była milionerką.
Zawstydził się. Przecież chciała dobrze. Jej miłość była jak skała. To w nim tkwił problem, to on nie miał siły. Być może miała rację, że nie
potrafił sobie poradzić z jej sukcesem. Może jednak powinni pójść do
tego terapeuty.
Porządnie zwinął gazetę. Eleonor nie lubiła czytać już przeczytanych
artykułów. Położył ją na stoliczku z pocztą i czasopismami. Potem
poszedł z powrotem do sypialni, zrzucił szlafrok i wsunął się pod
kołdrę. Eleonor przekręciła się we śnie, gdy poczuła przy sobie jego
zimne ciało. Przyciągnął ją do siebie i podmuchał w jej miękką szyję.
- Kocham cię - powiedział.
- Ja ciebie też - zamruczała.
Carl Wennergren i Bertil Strand przybyli do Frihamnen odrobinę za późno.
Kiedy zaparkowali służbowego saaba fotografa, dostrzegli karetki.
Odjeżdżały, mijając ogrodzenia z taśm. Reporter nie mógł się powstrzymać
od przekleństwa. Strand zawsze prowadził bardzo ostrożnie. Jeździł
pięćdziesiątką, a nawet trzydziestką, nawet kiedy na ulicach nie było
żywej duszy. Zrozumiał znaczące spojrzenie kolegi i zirytował się.
- Zachowujesz się jak baba - powiedział.
Ruszyli truchtem w kierunku policyjnej taśmy. Widać było, że wciąż nie
do końca się pogodzili po niedawnej sprzeczce. Kiedy zbliżyli się do
policjantów i świateł radiowozów, zapomnieli o tym i rzucili się w wir
wydarzeń.
Policjanci szybko się uwinęli, huragan z pewnością podnosił im poziom
adrenaliny.
Ogrodzili spory teren, od płotu po lewej aż do biurowca z prawej strony
portu. Bertil Strand rozejrzał się. Robi wrażenie. Prawie w środku
miasta, a jednak zupełnie odizolowany. Dobre światło, jas ne, ale
ciepłe. Magiczne cienie.
Carl Wennergren zapiął płaszcz przeciwdeszczowy. Cholera, jak zimno.
Nie byli w stanie dojrzeć ofiar. Porozrzucane rupiecie, karetki i policjanci zasłaniali im widok. Reporter tupał nogami. Podciągnął do
uszu ramiona, ręce wbił w kieszenie. Nienawidził rannej zmiany. Fotograf
wyłowił z plecaka aparat i teleobiektyw i ruszył wzdłuż taśm
otaczających teren. Po lewej stronie udało mu się zrobić kilka niezłych
zdjęć: mundurowi z profilu, czarne ciała ofiar, ubrani po cywilnemu
technicy w czapkach z daszkiem.
- Gotowe! - zawołał do reportera.
Nos Carla Wennergrena zrobił się niemal czerwony. Z czubka zwisała mała
przezroczysta kropla.
- Co za potworne miejsce na śmierć - powiedział.
- Jeśli chcemy coś wrzucić do lokalnych wydań, to czas spadać -
powiedział Strand.
- Ale ja nie jestem jeszcze gotowy - odpowiedział Wennergren. - Nawet
nie zacząłem.
- No to zadzwonisz z samochodu. Albo z redakcji. Pospiesz się i powdychaj trochę tutejszych zapachów, żebyś mógł doprawić tekst.
Fotograf poszedł w kierunku samochodu, jego plecak podskakiwał. Reporter
pospieszył za nim. Całą drogę do Marieberga milczeli.
Anders Schyman z irytacją zamknął biuletyn agencji prasowej TT. Był jak
narkotyk. Komputer można było ustawić tak, żeby telegramy wyskakiwały
tematycznie: kraj, zagranica, sport, feature, ale on wolał mieć
wszystko w tym samym koszu. Chciał widzieć wszystko naraz.
Przeszedł się po swoim ciasnym biurze, pogimnastykował ramiona. Usiadł
na sofie i wyjął świeżą gazetę, dodatek o huraganie. Pokiwał z zadowoleniem głową. Działy zrozumiały, o jaką współpracę mu chodziło.
Jansson mówił, że Annika Bengtzon zajęła się organizacją całości i wszystko poszło świetnie.
Annika Bengtzon, pomyślał i westchnął.
Młoda redaktorka przypadkiem i w przykrych okolicznościach wywarła duży
wpływ na jego pozycję w gazecie. On i Annika Bengtzon dołączyli do
redakcji w odstępie zaledwie kilku tygodni. Jego pierwsze starcie z resztą kierownictwa dotyczyło właśnie jej. Chodziło o długie zastępstwo
za ciężarną dziennikarkę z działu wiadomości. Uważał, że Annika Bengtzon
jest najlepszą kandydatką. Owszem, była za młoda, zbyt niedojrzała, zbyt
porywcza, brakowało jej rutyny, ale i tak uważał, że ma ogromny
potencjał. Być może nie miała zbyt wielkiej wiedzy, ale zawsze
postępowała etycznie. Jej prawość mogła być przykładem dla innych. Była
szybka i miała nienaganny styl. Poza tym parła do przodu jak czołg, co u reportera popołudniówki jest cechą bardzo pożądaną. Jeśli nie udawało
jej się obejść przeszkody, szła prosto na nią, nigdy się nie poddawała.
Reszta kierownictwa, poza szefem nocnej zmiany Janssonem, nie podzielała
jego zdania. Chcieli zatrudnić Carla Wennergrena, syna jednego z członków zarządu. Carl był przystojny i bogaty, ale jego morale
pozostawiało wiele do życzenia. Rozmijał się z prawdą i liczył na fory
za koneksje. Schyman nie rozumiał, dlaczego reszta kierownictwa nie
widzi w jego postawie nic kontrowersyjnego.
Kierownictwo "Kvällspressen" stanowili wyłącznie biali heteroseksualni
mężczyźni w średnim wieku, z samochodami i niezłymi dochodami. Byli
przedstawicielami tych, dla których robili gazetę. Schyman miał
wrażenie, że Wennergren przypomina im ich samych, kiedy byli młodzi, a może nawet pozwala mieć iluzję, że sami są młodzi.
W końcu znalazł miejsce dla Anniki - zastępstwo za ciężarną redaktorkę w zespole Janssona. Annika chętnie przystała na tę propozycję. Musiał się
kłócić z kierownictwem, żeby się na to zgodzili. Ta sprawa pozwoliła mu
zademonstrować, że potrafi działać. Ale skończyło się fatalnie.
Kilka dni po objęciu stanowiska dziewczyna zabiła swojego chłopaka,
uderzając go w głowę żelazną rurą. Chłopak zachwiał się i wpadł do pieca
w fabryce. Już pierwsze plotki mówiły o działaniu w samoobronie, ale
Schyman pamiętał dokładnie, co czuł, gdy się o wszystkim dowiedział.
Chciał się zapaść pod ziemię. Myślał: to się nazywa postawić na złego
konia. Zadzwoniła do niego wieczorem. Mówiła mało, była w szoku.
Potwierdziła, że plotki są prawdziwe. Została przesłuchana i poinformowana, że jest podejrzana o spowodowanie śmierci człowieka, ale
nie zatrzymano jej. Przez kilka tygodni, do czasu zakończenia
dochodzenia, miała mieszkać w chatce w lesie. Chciała tylko spytać, czy
ma jeszcze pracę w "Kvällspressen".
Powiedział jej, jak było, że oczywiście zostanie przyjęta na zastępstwo,
nawet jeśli niektórym w redakcji się to nie podoba, bo nie jest
faworytką związków zawodowych. Sąd może uznać to zdarzenie za wypadek.
Jeśli zostanie oskarżona o spowodowanie wypadku, w wyniku którego ktoś
stracił życie, będzie to godne ubolewania, ale nie będzie podstawą do
wypowiedzenia umowy o pracę. Jeżeli zostanie skazana na dłuższą
odsiadkę, trudno mu będzie zachować dla niej etat. Musi być tego
świadoma.
Annika rozpłakała się. Walczył z pokusą, żeby na nią nakrzyczeć,
zwymyślać ją, że jest niezdarna, że go wciąga w to całe bagno.
- Nie wsadzą mnie do więzienia - szepnęła do słuchawki. - To była
kwestia: albo ja, albo on. Zabiłby mnie, gdybym go nie uderzyła.
Prokurator o tym wie.
Zaczęła pracować na nocnej zmianie, tak jak zostało ustalone. Była blada
i szczupła, wyglądała źle. Rozmawiała czasami z Schymanem, z Janssonem,
z Berit, z Foto-Pellem i innymi, ale zwykle trzymała się na uboczu.
Według Janssona robiła świetną robotę, przerabiała teksty, dodawała,
sprawdzała fakty, opisywała zdjęcia i wymyślała tytuły na pierwsze
strony. I nigdy nie robiła wokół siebie szumu. Plotki ucichły wcześniej,
niż Schyman myślał. Gazeta codziennie zajmowała się morderstwami i skandalami. Nie można zbyt długo roztrząsać czyjejś śmierci. Są granice.
Sprawa znanego z maltretowania kobiet hokeisty Svena Matssona z Hälleforsnäs nie była dla policji z Eskilstuny szczególnie ważna. Annikę
oskarżono o zabójstwo lub spowodowanie śmierci. Wyrok ogłoszono przed
rokiem, pod koniec czerwca. Annika została uwolniona od zarzutu
zabójstwa, ale skazano ją za spowodowanie śmierci. Karą był nadzór
kuratora. W ramach tej kary przez pewien czas musiała uczestniczyć w terapii, ale, o ile Schyman wiedział, w kręgach sądowych cała sprawa
poszła w niepamięć bardzo szybko.
Redaktor naczelny podszedł do swojego biurka i otworzył biuletyn agencji
prasowej TT. Przebiegł wzrokiem ostatnie informacje. Powoli nadchodziły
niedzielne wyniki sportowe, dalsze informacje o następstwach huraganu,
kilka powtórek wiadomości z soboty. Znów westchnął. Wszystko się kręci,
nie będzie końca, nigdy i nigdzie. Tymczasem gazetę znów czekała
reorganizacja.
Redaktor naczelny Torstensson chciał stworzyć nowy poziom kierownictwa,
scentralizować podejmowanie decyzji. Taki model działał już w "Konkurrenten" i wielu innych ogólnokrajowych mediach. Torstensson
postanowił, że przyszedł czas, aby go wprowadzić także w "Kvällspressen". Miało to uczynić gazetę "nowoczesnym"
przedsiębiorstwem. Schyman był w rozterce. Ten plan bez wątpienia
zapowiadał katastrofę. Spadek nakładu. Słabe wyniki finansowe. Coraz
bardziej niezadowolone miny członków zarządu. Redakcja wyruszała na
spotkanie ze sztormem, mając w ręku kiepski ster i na wpół zepsuty
radar. Prawda była taka, że "Kvällspressen" nie wiedziała, dokąd i dlaczego zmierza. Schyman organizował rozliczne seminaria i konferencje
na temat uwarunkowań i odpowiedzialności mediów, ale nie udało mu się
dotrzeć do zbiorowej świadomości z przesłaniem, gdzie przebiegają
granice. Co prawda, odkąd przyszedł do gazety, udawało się unikać
zdarzających się wcześniej publicystycznych katastrof, ale naprawianie
szkód szło bardzo powoli.
Do tego - i to martwiło go bardziej, niż chciał się przyznać -
Torstensson wygadał się, że czeka na niego ciekawa praca w Brukseli. Być
może właśnie dlatego potrzeba reorganizacji była tak pilna. Chciał
zostawić po sobie ślad. Po reorganizacji Bóg jeden domyśliłby się, jak
niewiele naczelny zrobił dla gazety na polu działalności
publicystycznej.
Schyman westchnął ciężko. Niecierpliwym ruchem zamknął biuletyn.
Wkrótce coś się musi wydarzyć.
***
Kiedy się obudziła, pokój tonął w ciemnościach. Krótki dzień ustąpił
nocy, a ona pociła się i wierciła w łóżku. Nie powinna była pić tego
ostatniego kubka kawy. Wzięła kilka głębokich wdechów. Leżała bez ruchu,
zastanawiając się, jak się czuje. Nic jej nie bolało. Głowę miała trochę
ciężką, ale to od ciągłego mylenia dnia z nocą. Spojrzała w szary,
poplamiony sufit. Poprzedni lokator pomalował go farbą winylową, nie
zdzierając uprzednio klejówki, w wyniku czego cała powierzchnia popękała
w różne wzory. Wodziła wzrokiem wzdłuż nieregularnych pęknięć. Znalazła
motyla, samochód, trupią czaszkę. Nagle w lewym uchu usłyszała szum,
odgłos samotności, raz wyższy, raz niższy.
Westchnęła. Musi iść siusiu, to takie uciążliwe. Wstała z łóżka i poczuła pod stopami szorstkie drewno. Czasami wbijały jej się drzazgi.
Wciągnęła szlafrok. Materiał był jedwabisty i chłodził jej skórę.
Wzdrygnęła się. Otworzyła drzwi i wsłuchała się w odgłosy dochodzące z klatki schodowej. Poza dźwiękiem rozbrzmiewającym w jej uchu nie było
słychać nic. Szybko podreptała pół piętra w dół, do wspólnej toalety.
Pod stopami poczuła zimno, ale nie miała siły się tym przejmować.
Gdy wróciła, owiało ją zimne powietrze. Cienkie firanki powiewały,
chociaż nie wietrzyła pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i powiew zamarł.
Wytarła stopy o dywan w holu i weszła do salonu.
Jedna z górnych szyb stłukła się w nocy od porywu wiatru, a może uderzył
w nią jakiś przelatujący przedmiot. Zewnętrzna szyba zupełnie wyleciała
z ramy, a z wewnętrznej zostały resztki. Na podłodze leżały kawałki
tynku i szkła. Ogarnęła wzrokiem spustoszenie, przymknęła oczy i przetarła dłonią czoło.
Normalka, pomyślała. Nie miała nawet siły sformułować słowa "szklarz".
Chłód ciągnął po nogach, wyszła więc z salonu i usiadła w kuchni. Opadła
na krzesło i wyjrzała przez okno. Zajrzała wprost do mieszkania na
trzecim piętrze domu stojącego naprzeciwko. Mieszkanie było używane
przez jedną z firm budowlanych jako lokal gościnny. W okna łazienki
wstawiono piaskowane szyby. Ludzie, którzy tam mieszkali, przez jedną
czy dwie noce nie zdawali sobie sprawy, że ich widać, gdy siedzą w toalecie. Gdy tylko zapalali światło, faliste kontury ich sylwetek
majaczyły za szybą. W ciągu ponad dwóch lat widziała klientów firmy
kochających się, robiących kupę i zmieniających tampony. Na początku
była tym nieco zażenowana, ale po jakimś czasie stwierdziła, że to nawet
zabawne. Potem zaczęło ją to irytować: nie chciała widzieć, jak ktoś
sika, kiedy ona je kolację. Teraz było jej to prawie obojętne. W mieszkaniu rzadziej ktoś nocował. Dom był zniszczony, nie było w nim nic
szczególnego do pokazywania. Teraz okno było szare i nieme, puste.
W nocy ze ściany domu odpadło sporo tynku. Leżał na podwórzu zmieszany z mazistą śnieżną breją. Na pierwszym piętrze wiatr wybił dwie szyby.
Wstała, podeszła do okna, spojrzała na czarne dziury w dole, takie same
jak u niej. Kuchenny grzejnik elektryczny grzał jej nogi. Stała, aż
zaczął ją parzyć. Nie była głodna, chociaż powinna. Wypiła trochę wody
prosto z kranu.
Jak mi dobrze, pomyślała. Mam wszystko, czego mi trzeba.
Znów poszła do pokoju, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Usiadła na
kanapie z nogami na poduszce, ramionami objęła kolana, zakołysała się.
Oddychała głęboko. Wdech, wydech, wdech, wydech. Było dość zimno. W budynku nie było centralnego ogrzewania. Grzejniki, które kupiła, mogły
najwyżej utrzymać ciepło, nawet gdy szyby w oknach były całe. Ciąg
powietrza szalał po pustej podłodze. Wszystko, co miała, kupiła w Myrorna albo Ikei, nic nie dzieliło z nią przeszłości.
Rozejrzała się po pokoju. Kołysała się i kołysała. Patrzyła, jak cienie
gonią się po ścianach. Czyste światło, które tak kochała, nie było już
białe. Błyszcząca matowość ścian, która kiedyś tak pięknie pochłaniała i oddawała światło, wyschła i stała się niema. Dzień nie sięgał już w głąb
jej pokoju. Wszystko stało się szare, na przekór porze roku. Powietrze
było ciężkie i głuche, jak wata.
Sofa irytowała ją. Szorstki materiał zostawiał ślady na jej pośladkach.
Idąc z powrotem do sypialni, podrapała się lekko. Wsunęła się w przepoconą pościel. Naciągnęła na głowę kołdrę. Było wilgotno. Szybko
zrobiło jej się gorąco, czuła kwaśnawy zapach. Hardrockowiec z parteru
włączył swoją wieżę, bas rozchodził się po kamiennych ścianach i wstrząsał jej łóżkiem. Znów usłyszała w uchu ten dźwięk. Widziała
irytujące światło, zmuszała się do leżenia. Do początku zmiany zostało
jeszcze wiele godzin.
Odwróciła się do ściany i wpatrywała się w tapetę pokrytą cienką warstwą
białej podkładowej farby, przez którą prześwitywał stary wzór -
medaliony. Sąsiedzi z przeciwka wrócili do domu. Słyszała, jak chodzą i się śmieją. Przykryła głowę poduszką. Stłumiła śmiechy. Ton w uchu
stawał się coraz wyższy.
Chcę spać, pomyślała. Dajcie mi tylko chwilę pospać, to może będę mogła
ruszyć dalej.
Mężczyzna siedzący przy barze zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i poczuł przypływ paniki. Nie wiedział, które uczucie jest silniejsze:
wściekłość z powodu zdrady, strach przed jej skutkami, wstyd, że został
oszukany, czy nienawiść do winnych.
Zemści się. O, do diabła, słono za to zapłacą.
Wypalił papierosa w dwie minuty. Został z niego tylko długi, żarzący się
kawałek popiołu, zwisający na końcu jak kiełbaska. Zgniótł go na
podłodze i gestem zamówił następną kolejkę. Jeszcze tylko ta jedna, musi
być przytomny, ważne, żeby mógł się poruszać. Przechylił szklankę,
futerał przyjemnie ocierał się o pachę. Cholera, czuł, że jest
śmiertelnie niebezpieczny.
Wyjaśnienie, pomyślał. Muszę wymyślić diabelnie dobre wytłumaczenie,
dlaczego wszystko poszło tak źle.
Chciał zamówić jeszcze jedną kolejkę, ale powstrzymał się z ręką w górze.
- Kawę. Czarną.
Nic mu w tej historii nie pasowało. Nie rozumiał, co się stało, i nie
miał pojęcia, jak zdoła to wyjaśnić zwierzchnikom. Zażądają całkowitego
zadośćuczynienia. Problemem nie są trupy, nawet jeśli zawsze lepiej
unikać tego rodzaju błędów. Morderstwo przyciąga uwagę policji i sprawia, że przez dłuższy czas trzeba się mieć na baczności. Problemem
jest ciężarówka. Nie wystarczyło zlokalizować ładunek i zrobić z nim
porządek. Będzie musiał osobiście oczyścić atmosferę wokół zajścia i pozamiatać po spartaczonej robocie. Ktoś zakablował. Musi znaleźć
ładunek i tego, kto go upłynnił.
Jakkolwiek by kombinował, dochodził do wnios ku, że wszystko kręci się
wokół tej kobiety. Musiała być w to zamieszana, w przeciwnym razie nie
byłoby jej tam.
Wypił kawę jak drinka, jednym haustem. Oparzył sobie przełyk.
- Nie żyjesz, dziwko.
Światło w windzie było zimne jak zwykle. Annika wyglądała w nim jak
śnięta ryba. Przymknęła oczy, żeby nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Nie mogła zasnąć, więc poszła do parku R?lambshov, szukać
powietrza i światła. Nadaremnie. Ziemia była miękka i ubita przez deszcz
i tysiące stóp, kleista i brązowa. Poszła do redakcji.
W niedzielne popołudnia w redakcji było pusto. Podeszła do swojego
biurka. Szef działu wiadomości Ingvar Johansson siedział tuż obok i rozmawiał przez telefon. Zatrzymała się i zamiast do siebie skierowała
się do działu kryminalnego. Z pustką w głowie opadła na krzesło Berit
Hamrin i zadzwoniła do babci.
Starsza pani była w domu, w Hälleforsnäs. Robiła pranie.
- Co tam u ciebie? - zapytała. - Przewiało cię?
Annika roześmiała się.
- Tak, żebyś wiedziała. Jedna szyba odfrunęła z wiatrem.
- Ale nic ci się nie stało? - powiedziała staruszka z troską.
Annika znów się zaśmiała.
- Nie, skąd, nie rozczulaj się tak. A jak tam u ciebie? Las jeszcze
stoi?
Babcia westchnęła.
- Jakoś stoi, ale sporo drzew się przewróciło. Rano przez jakiś czas nie
mieliśmy prądu, ale teraz włączyli. Kiedy przyjedziesz?
Babcia Anniki miała domek w majątku Harpsund. Otrzymała go po wielu
latach bycia gospodynią w reprezentacyjnej, rekreacyjnej posiadłości
premiera. Była to mała chatka bez prądu i wody. Annika spędzała tam
wszystkie wakacje, odkąd pamiętała.
- Pracuję dzisiaj i potem jeszcze jedną noc, więc przyjadę do ciebie we
wtorek po południu - powiedziała Annika. - Czy mam coś kupić i przywieźć?
- Nie, nic - powiedziała babcia. - Weź siebie. To wszystko, czego
potrzebuję.
- Tęsknię za tobą - powiedziała Annika.
Wzięła gazetę i przejrzała ją z obowiązku. Dzisiejsze wydanie
"Kvällspressen" było całkiem niezłe. Artykuły o huraganie znała, więc je
pominęła. Natomiast tekst Carla Wennergrena o podwójnym morderstwie we
Frihamnen nie okazał się wielkim dziełem. Napisał, że mężczyźni zostali
postrzeleni w głowy i że policja wykluczyła samobójstwo. Aha. Dalej
opisywał Frihamnen, nawet dość poetycko. Najwyraźniej przeszedł się po
porcie i porozglądał się. Był "pięknie podniszczony" i panowała w nim
"kontynentalna atmosfera".
- Cześć, piękna, que pasa?
Annika przełknęła ślinę.
- Cześć, Sjölander - powiedziała.
Szef działu kryminalnego usiadł na biurku tuż przy niej. Czuł się jak u siebie w domu.
- Jak leci?
Annika spróbowała się uśmiechnąć.
- Dzięki, dobrze. Trochę jestem zmęczona.
Klepnął ją lekko w ramię i mrugnął.
- Ciężka noc, hę?
Wstała, wzięła swoją gazetę, zgarnęła torbę i kurtkę.
- Jak cholera - powiedziała. - Ja sama i siedmiu facetów.
Sjölander zarechotał.
- Wiesz, jak się utrzymywać w formie.
Pomachała mu gazetą przed nosem.
- Pracowałam - wyjaśniła. - Co się dzieje we Frihamnen?
Patrzył na nią przez kilka sekund, odgarnął włosy z czoła.
- Przy ciałach nie znaleziono nic, co by pozwalało je zidentyfikować -
odpowiedział. - Żadnych kluczy, pieniędzy, broni, gumy do żucia czy
prezerwatyw.
- Ogołoceni ze wszystkiego - powiedziała Annika.
Sjölander przytaknął.
- Policja nie ma się czego trzymać. Nie wiadomo nawet, kim są. Ich
odcisków palców nie ma w szwedzkich rejestrach.
- Więc nie mają bladego pojęcia kto to? A ich rzeczy?
Szef działu kryminalnego podszedł do swojego biurka i włączył komputer.
- Kurtki, dżinsy i buty włoskie, francuskie i amerykańskie, ale na
kalesonach napis cyrylicą.
Annika spojrzała na niego.
- Zagraniczne, markowe ciuchy - powiedziała - ale tania, krajowa
bielizna. Były Związek Radziecki, Jugosławia albo Bułgaria.
- Masz trochę nosa do kryminału, co nie? - powiedział i zachichotał.
Wiedział, wszyscy wiedzieli. Wzruszyła ramionami.
- Wiesz, jak to jest. Takie rysy nigdy nie znikają.
Odwróciła się i ruszyła do biurka szefa nocnej zmiany. Usłyszała, jak
Sjölander parsknął. Dlaczego daję się w to wciągać?, pomyślała.
Włączyła komputer stojący na prawo od biurka Janssona, usiadła na
krześle, podciągnęła nogi i oparła brodę na kolanie. Chciała sprawdzić,
czy coś się wydarzyło. Czekała cierpliwie, aż wszystkie programy się
uruchomią. Kiedy wszystko było gotowe, otworzyła biuletyn. Czytała,
sprawdzała, klikała.
- Słuchaj, Bengtzon! Jaki masz wewnętrzny?
Zerknęła za siebie i zobaczyła, że Sjölander macha słuchawką. Podała mu
numer i zaraz potem usłyszała w słuchawce jego głos:
- Jakaś babka chce porozmawiać o pomocy socjalnej. Wspomniała o cierpiących kobietach - powiedział kryminalny. - Nie zdążę tego teraz
wziąć. To, jak by nie było, twoja działka, he, he. Możesz?
Zamknęła oczy, westchnęła, przełknęła ślinę.
- Właściwie jeszcze nie pracuję - powiedziała. - Chciałam
poprzeglądać...
- Weźmiesz to czy mam ją spławić?
Uff.
- Okej, przełącz ją.
Usłyszała chłodny, spokojny głos.
- Halo? Chcę porozmawiać z kimś poufnie.
- Wszystkie telefony do gazety są poufne - powiedziała Annika i przebiegła wzrokiem biuletyn TT. - O co chodzi?
Klik, klik - remis w derbach.
- Nie jestem zupełnie pewna, czy dobrze się dodzwoniłam. Chodzi o nowy
rodzaj działalności, nowy sposób chronienia zagrożonych osób.
Annika przerwała czytanie.
- Ach tak? To znaczy?
Kobieta zawahała się.
- Mam informacje o zupełnie nowym sposobie pomagania zagrożonym osobom,
o urządzaniu im nowego życia. Większość ludzi nie wie, jak to działa,
ale zostałam upoważniona do przekazania tej informacji mediom.
Chciałabym to zrobić na spokojnie, mieć wszystko pod kontrolą i zastanawiam się, czy jest w waszej gazecie ktoś, do kogo mogłabym się
zwrócić.
Nie chciała słuchać, nie chciała się tym zajmować. Gapiła się w ekran:
ludzie nadal bez prądu, kolejne ataki bombowe w Groznym. Oparła głowę na
dłoni.
- Może pani przysłać list albo faks? - zapytała.
Kobieta długo milczała.
- Halo? - powiedziała Annika, gotowa z ulgą odłożyć słuchawkę.
- Chciałabym się spotkać z kimś, z kim mogłabym bezpiecznie porozmawiać
- powiedziała kobieta.
Annika skuliła się, opierając o biurko.
- To niemożliwe - powiedziała. - Nikogo tu teraz nie ma.
- No a pani?
Odgarnęła włosy, szukając wymówki.
- Zanim kogoś wyślemy, musimy wiedzieć, o co chodzi - powiedziała.
Kobieta znów zamilkła. Annika westchnęła i spróbowała zakończyć rozmowę.
- Jeśli to wszystko, to...
- Czy wie pani, że są ludzie, którzy żyją pod ziemią, dzisiaj, tutaj, w Szwecji? - zapytała kobieta cicho. - Kobiety i dzieci maltretowane, źle
traktowane?
O nie, tylko nie to, pomyślała Annika.
- Dziękuję za telefon - powiedziała - ale dziś niestety nie jesteśmy w stanie się tym zająć.
Kobieta podniosła głos.
- Chciała pani odłożyć słuchawkę? Zignorować mnie i to, co robię? Wie
pani, ilu ludziom pomogłam? Czy ma pani w nosie kobiety, którym dzieje
się krzywda? Wy, dziennikarze, siedzicie w tych swoich redakcjach i nie
rozumiecie niczego, co dzieje się ze społeczeństwem.
Annika poczuła, że kręci jej się w głowie i robi duszno.
- Nic pani o mnie nie wie - powiedziała.
- Wszystkie media są takie same, wszędzie. Myślałam, że "Kvällspressen"
jest lepsza od tych eleganckich gazet, ale pani też się nie przejmuje
maltretowanymi i narażonymi na niebezpieczeństwo kobietami i dziećmi.
Krew zaszumiała jej w głowie.
- Proszę mi nie mówić, że pani wie, czym się przejmuję - powiedziała o wiele za głośno. - Niech pani nie mówi o rzeczach, o których nic pani
nie wie.
- Dlaczego nie chce pani mnie wysłuchać?
Słychać było, że jest obrażona.
Annika zasłoniła twarz rękoma. Czekała.
- Chodzi o ludzi, którzy muszą się ukrywać - powiedziała kobieta. -
Grożono im śmiercią, strasznie się boją. Choćby nie wiem jak próbowali
się ukryć, zawsze ktoś lub coś sprawia, że można ich wytropić:
sekretarka z pomocy społecznej, sąd, konto w banku, przedszkole...
Annika się nie odzywała, słuchała w milczeniu.
- Większość to oczywiście kobiety i dzieci, jak zapewne pani rozumie -
ciągnęła kobieta. - To w naszym społeczeństwie grupa największego
ryzyka. Inni zastraszani to świadkowie, osoby, które wycofały się z sekt
albo ścigane przez mafię, dziennikarze, którzy napisali demaskujące
artykuły, ale przede wszystkim są to, rzecz jasna, kobiety i dzieci,
którym grozi śmierć.
Annika z wahaniem wzięła do ręki długopis i zaczęła notować.
- Jesteśmy grupą - powiedziała kobieta - która zajmuje się tą nową
działalnością. Jestem jej szefową. Jest pani tam jeszcze?
Annika chrząknęła.
- Czym się różnicie od tradycyjnego pogotowia dla kobiet?
Kobieta westchnęła, nieco zrezygnowana.
- Wszystkim. Pogotowie dla kobiet działa dzięki skromnym środkom
publicznym. Nie mają wystarczających zasobów, aby robić to co my.
Jesteśmy czysto prywatną inicjatywą z zupełnie innymi możliwościami.
Długopis przestał pisać. Annika wyrzuciła go do kosza i wzięła nowy.
- To znaczy jakimi?
- Nie chciałabym rozmawiać o tym przez telefon. Może mogłaby pani się ze
mną spotkać?
Annika się skuliła. Nie chciała, nie miała siły.
- Bengtzon!
Ingvar Johansson stanął przed nią znienacka.
- Chwileczkę - powiedziała do słuchawki i przyłożyła ją do piersi. -
Słucham?
- Jeśli nie masz nic do roboty, to może mogłabyś powpisywać to tutaj?
Szef działu wiadomości podsunął jej pod nos plik wydruków z wynikami
sportowymi niższych lig. To pytanie było jak policzek. Nie, do cholery
ciężkiej! Mają zamiar zrzucać na nią to, co robiła jako czternastolatka
w "Katrineholms-Kuriren"? Ma siedzieć i wklepywać w tabelki wyniki?
Odwróciła się do Johanssona plecami, podniosła słuchawkę i powiedziała:
- Mogłabym się z panią spotkać teraz, zaraz.
Kobieta ucieszyła się.
- Już dziś? To świetnie!
Annika zagryzła wargi. Czuła na swoich barkach wzrok Johanssona.
- Gdzie chciałaby pani się spotkać? - spytała.
Kobieta wymieniła nazwę hotelu na przedmieściu. Annika jeszcze nigdy tam
nie była.
- Za godzinę?
Kiedy odłożyła słuchawkę, Ingvara Johanssona już nie było. Szybko
wciągnęła kurtkę, przerzuciła torbę przez ramię, zajrzała do pokoju
ochrony. Żadnego z samochodów redakcyjnych oczywiście nie było, więc
zadzwoniła po taksówkę. W wolnym czasie będzie robiła to, co chce.
Wypełniaj swoje cholerne tabelki sam, kutasie.
- Jesteś gotowy, kochanie?
Żona stała w drzwiach do bawialni, w płaszczu, wciągała rękawiczki z jagnięcej skóry.
Usłyszał zdziwienie w swoim głosie.
- Na co?
Z irytacją szarpała cienką skórkę rękawiczek.
- Spotkanie mieszkańców - powiedziała. - Obiecałeś, że ze mną pójdziesz.
Thomas zwinął wieczorną gazetę i postawił stopy na podgrzewanej podłodze
z klinkieru.
- Tak, oczywiście - powiedział. - Przepraszam. Zapomniałem o tym.
- Wychodzę i czekam na ciebie - powiedziała. Odwróciła się na obcasie i zniknęła.
Westchnął cicho. Na szczęście zdążył wziąć prysznic i się ogolić.
Poszedł na górę do sypialni, po drodze zdjął dżinsy i koszulkę. Włożył
białą koszulę, garnitur, zarzucił na szyję krawat. Usłyszał, jak Eleonor
uruchamia bmw. Silnik rozkręcał się ponaglająco.
- Już, już - powiedział.
W całym domu paliły się światła, ale nie miał zamiaru biegać i ich
gasić. Wyszedł z płaszczem przewieszonym przez ramię, w butach z rozwiązanymi sznurowadłami. Pośliznął się na kawałku lodu i niewiele
brakowało, żeby się przewrócił.
- Można by tu posypać piaskiem - powiedziała Eleonor.
Nie odpowiedział. Zatrzasnął drzwi pasażera i oparł się o deskę
rozdzielczą. Eleonor wyjeżdżała na Östra Ekuddsgatan. Zawiązał krawat.
Sznurowad ła zawiąże na miejscu.
Zrobiło się ciemno. Gdzie się podział ten dzień? Umarł, zanim się w ogóle narodził. Czy w ogóle było jasno?
Westchnął.
- Co tam? - zapytała, już przyjaźnie usposobiona.
Wyglądał przez okno, patrzył na morze.
- Trochę mi słabo - powiedział.
- Może to ten wirus, którego miał Nisse - powiedziała.
Pokiwał głową bez zainteresowania.
Spotkanie mieszkańców. Dobrze wiedział, o czym będzie mowa. O turystach.
Ilu ich było, jak ściągnąć więcej i zatrzymać tych, którzy już trafili
do gminy. Będzie mowa o właścicielach sklepów otwieranych tylko na lato
i doprowadzających do ruiny te całoroczne. Dobre jedzenie w hotelu
Vaxholm. Przygotowania do jarmarku świątecznego, otwieranie sklepów
wieczorami i w weekendy. Wszyscy tam będą. Zadowoleni i zaangażowani.
Tak jest zawsze, obojętne dokąd się wybiorą. Ostatnio bywali na wielu
wystawach sztuki. Ostatnio wiele związanych było z życiem parafii oraz z konserwacją starych domów i ogrodów. Za którą najlepiej, żeby ktoś inny
zapłacił.
Znów westchnął.
- No, wysiadaj już - powiedziała żona.
- Annika Bengtzon? To ja jestem Rebecka Björkstig.
Kobieta była młoda, o wiele młodsza, niż się Annika spodziewała. Mała,
drobna, jak z porcelany. Przywitały się.
- Przepraszam za to dziwne miejsce - powiedziała Rebecka. - Ostrożności
nigdy za wiele.
Przeszły pustym korytarzem i weszły do pomieszczenia, które było
połączeniem lobby i baru. Oświet lenie było oszczędne, wystrój nasuwał
skojarzenie z państwowymi hotelami w byłym Związku Radzieckim. Brązowe
okrągłe stoliki z fotelami. Kilku mężczyzn rozmawiało cicho w przeciwnym
rogu, poza tym było pusto.
Annika doznała surrealistycznego wrażenia, że gra w starym filmie
szpiegowskim, i poczuła nagły impuls, żeby uciec. Co ja tutaj robię?
- Jak dobrze, że mogłyśmy się spotkać tak szybko - powiedziała Rebecka i usiadła przy jednym ze stolików. Ostrożnie spojrzała przez ramię.
Rzuciła okiem na mężczyzn siedzących w rogu.
Annika zamruczała coś ledwie słyszalnie.
- Czy będzie o tym w jutrzejszej gazecie? - zapytała Rebecka i uśmiechnęła się z nadzieją.
Annika potrząsnęła głową. Poczuła, że kręci jej się w głowie od
stęchłego powietrza.
- Nie, skąd. Nie jest wcale pewne, czy w ogóle o tym napiszemy. Decyzje
o tym, co zostanie opublikowane, podejmuje wydawca.
Spojrzała na stół, unikając wzroku Rebecki.
Rebecka poprawiła jasną spódnicę, wygładziła zaczesane do tyłu włosy.
- O czym zazwyczaj pani pisze? - zapytała, próbując uchwycić wzrok
Anniki. Jej głos był jasny, lekko matowy.
Annika chrząknęła.
- W tej chwili zestawiam i przeglądam teksty - powiedziała zgodnie z prawdą.
- Jakie teksty?
Przetarła czoło.
- Wszelkiego rodzaju. Dziś w nocy o huraganie, wcześniej w tym tygodniu
przeglądałam tekst o niepełnosprawnym chłopcu. Gmina nie chciała wziąć
odpowiedzialności za...
- Ach! - Rebecka założyła nogę na nogę. - Więc nasza działalność
idealnie wpisuje się w pani tematykę. To właśnie gminy są naszymi
głównymi zleceniodawcami. Czy mogę prosić o filiżankę kawy?
Kelner w poplamionym fartuchu nagle zmaterializował się przy ich
stoliku. Zapytał, czy Annika też chce kawę, więc kiwnęła szybko głową.
Było jej niedobrze, chciała iść do domu, chciała uciekać. Rebecka znów
opadła na wygięte oparcie fotela. Oczy miała jasne i okrągłe, łagodne i bez wyrazu.
- Jesteśmy fundacją, ale skądś musimy mieć pieniądze. Najczęściej koszty
pokrywa opieka społeczna z różnych gmin w całym kraju. Nie zarabiamy na
tym ani öre.
Nadal mówiła spokojnie, ale jej słowa brzmiały dobitnie.
To poszukiwaczka złota, pomyślała Annika. Robi to po to, żeby zarabiać
na zastraszonych kobietach i dzieciach.
Rebecka uśmiechnęła się.
- Wiem, co pani myśli. Zapewniam, że się pani myli.
Annika spuściła wzrok. Obracała w palcach wykałaczkę.
- Dlaczego zadzwoniła pani właśnie do nas? Właśnie dziś?
Rebecka westchnęła lekko i wytarła czubki palców w serwetkę, którą
wyjęła z torebki.
- Szczerze mówiąc, chciałam tylko zadzwonić i popytać - powiedziała. -
Czytałam waszą gazetę, dzisiejsze artykuły o spustoszeniach po
huraganie, i zobaczyłam numer telefonu w stopce redakcyjnej. Od jakiegoś
czasu rozmawiamy o tym, żeby się ujawnić, ale zadzwoniłam raczej
spontanicznie, można powiedzieć.
Annika przełknęła ślinę.
- Nigdy o was nie słyszałam - powiedziała.
Rebecka znów się uśmiechnęła. Jej uśmiech był ulotny jak powiew wiatru.
- Wcześniej nie mieliśmy środków, żeby przyjmować wszystkich, którzy
mogliby się do nas zgłosić, gdybyśmy byli działającą na szerszą skalę
instytucją użyteczności publicznej, ale teraz już mamy. Dziś mamy środki
i możliwości, żeby się rozwijać, i nie chcemy dłużej czekać. Tak wielu
ludzi potrzebuje naszej pomocy.
Annika wyjęła z torby notes i długopis.
- Proszę opowiedzieć, na czym ta pomoc polega.
Rebecka znów rozejrzała się dookoła. Wytarła kąciki ust.
- Bierzemy sprawy w swoje ręce, gdy władze nie potrafią już nic zrobić -
powiedziała lekko zdyszana. - Jesteśmy po to, żeby pomagać ludziom,
którym naprawdę coś grozi, zacząć nowe życie. Przez trzy lata
dopracowywaliśmy system, żeby dobrze działał. Teraz mamy już pewność, że
działa dobrze.
Annika czekała w milczeniu.
- To znaczy jak działa?
Kelner przyniósł kawę. Była szara i gorzka. Rebecka położyła jedną z serwetek między filiżanką a spodkiem i zamieszała kawę łyżeczką.
- Nasze społeczeństwo jest tak skomputeryzowane, że nikt nie jest w stanie się ukryć - powiedziała cicho, kiedy kelner się oddalił. -
Dokądkolwiek ci ludzie się zwrócą, zawsze znajdzie się ktoś, kto zna ich
nowy adres, nowy numer telefonu, nowy numer konta, wie, że od niedawna
mają nowe mieszkanie. Nawet jeśli wszystkie dane mają być trzymane w tajemnicy, to zawsze są jakieś dokumenty w szpitalach, w opiece
społecznej, w sądzie, w urzędzie podatkowym, w rejestrach spółek,
wszędzie.
- Nie można tego w jakiś sposób załatwić? - zastanawiała się Annika
ostrożnie. - Nie ma żadnego sposobu, żeby usunąć adres z rejestrów,
nadać nowy PESEL i tak dalej?
Z piersi Rebecki wydobyło się kolejne westchnienie.
- Oczywiście, są różne sposoby. Problem w tym, że to nie działa. Nasza
grupa wymyśliła, jak wymazywać ludzi z rejestrów, zupełnie, bez śladu.
Czy wie pani, że istnieje ponad sześćdziesiąt oficjalnych rejestrów, w których zapisani są wszyscy Szwedzi?
Annika mruknęła przecząco. Kawa była naprawdę okropna.
- Przez pierwsze pół roku głównie analizowałam wszystkie bazy danych.
Opracowywałam plany i sposoby, jak się w nich nie znaleźć. Pytań było
wiele, odpowiedzi czasami tkwiły bardzo głęboko. To, co robimy, jest
zupełnie wyjątkowe.
Ostatnie słowa zawisły w powietrzu. Annika przełknęła łyk szarej brei.
Rozlała trochę, gdy odstawiała filiżankę.
- Dlaczego pani się w to zaangażowała? - zapytała.
Zapadła gęsta cisza.
- Mnie też grożono - odpowiedziała Rebecka.
- Dlaczego? - zastanawiała się głośno Annika.
Kobieta chrząknęła. Zawahała się, wytarła serwetką przedramiona.
- Jeśli pani pozwoli, wolałabym o tym nie rozmawiać. To mnie paraliżuje.
Ciężko pracowałam, żeby ułożyć sobie życie na nowo, i chcę wykorzystać
swoje doświadczenia.
Annika spojrzała na Rebeckę, tak zimną i tak kruchą jednocześnie.
- Proszę opowiedzieć o waszej działalności - powiedziała.
Rebecka ostrożnie wypiła łyk kawy.
- Jesteśmy fundacją, postanowiliśmy się nazwać Raj. To, co robimy, to
właściwie nic nadzwyczajnego. Pomagamy zastraszanym ludziom wrócić do
normalnego życia. Ale dla kogoś, kto był prześladowany i wie, co oznacza
strach i terror, zwykły powszedni dzień jest prawdziwym rajem.
Annika spojrzała w notes, zażenowana frazesem.
- I jak się wam to udaje?
Rebecka uśmiechnęła się lekko. Jej głos brzmiał pewnie i mocno.
- Raj był pod ochroną - powiedziała. - Otaczał go niewidzialny mur. Nie
docierało tam żadne zło. My działamy tak samo. Klient przychodzi do nas,
mija nas i znika za nieprzebijalną fasadą. Zostaje po prostu wymazany.
Gdy ktoś próbuje wyśledzić naszego klienta, obojętnie jakim sposobem,
natyka się na gruby, niemy mur: na nas.
Annika spojrzała w górę.
- Nie boicie się?
- Jesteśmy świadomi ryzyka, ale fundacji Raj nie da się tak łatwo
wytropić. Mamy kilka biur, między którymi się poruszamy. Nasze telefony
są podłączone przez stacje z innych części kraju. Jest nas pięcioro,
pracujemy w Raju w pełnym wymiarze, wszyscy jesteśmy wymazani z rejestrów. Jedyną drogą do Raju jest zastrzeżony numer telefonu.
Annika spojrzała na małą porcelanową kobietę, bezwiednie skręcającą w palcach papierową serwetkę. Nie pasowała do tego miejsca, taka biała i czysta w niechlujnym, skąpo oświetlonym barze.
- Jak wygląda to wymazywanie?
Ktoś zapalił lampę zwisającą z sufitu. Padające z ukosa światło
pogrążyło twarz Rebecki w ciemnościach. Jej jasne, nieme oczy wyglądały
teraz jak czarne dziury.
- Myślę, że na tym skończymy - powiedziała. - Mam nadzieję, że mi pani
wybaczy, ale chciałabym poczekać z przekazywaniem reszty informacji.
Annika odetchnęła. Była rozczarowana i jednocześnie jej ulżyło. Rebecka
wyjęła z torebki wizytówkę.
- Może pani porozmawia z wydawcą i zapyta, czy będziecie pisać o naszej
działalności. Potem może pani do mnie zadzwonić, to nasz zastrzeżony
numer. Nie muszę mówić, że powinna się z nim pani obchodzić bardzo
ostrożnie.
Annika przełknęła ślinę i zamruczała potakująco.
- Jak już pani załatwi sprawę publikacji, możemy się spotkać znowu -
powiedziała Rebecka i wstała. Mała i jasna, ale nadal w cieniu.
Na twarzy Anniki wykwitł cielęcy uśmiech. Wstała. Uścisnęły sobie
dłonie.
- Może zadzwonię - powiedziała.
- Proszę wybaczyć, muszę już iść. Trochę mi się spieszy - powiedziała
Rebecka. - Czekam na telefon.
I wyszła.
Pojawił się kelner.
- To będzie razem pięćdziesiąt pięć koron.
Annika zapłaciła.
Wracała taksówką, myśli pędziły jej przez głowę. Przedmieścia przemykały
za brudnymi szybami. Mijała tereny przemysłowe z blaszanymi budynkami,
nijakie wysokościowce, drogi szybkiego ruchu z czerwonymi światłami.
Jak ona właściwie wyglądała, ta Rebecka Björkstig? Annika uświadomiła
sobie, że już zapomniała. Przypominała sobie tylko coś nieuchwytnego,
coś, co jej umykało.
Zastraszani ludzie, maltretowane kobiety. Jeśli miała unikać jakiegoś
tematu, to właśnie tego. Czuła się zdyskwalifikowana na zawsze.
Co ona właściwie powiedziała o raju? Annika szukała w pamięci słów, ale
nie mogła ich znaleźć. Wyjęła notatki. Przerzucała strony, próbowała
czytać w migających żółtych światłach autostrady.
Otaczał go niewidzialny mur, przez który nie mogło przeniknąć zło.
Odłożyła notes i zobaczyła migające za szybą wysokie niebieskie bloki
osiedla Bl?kulla.
A wąż?, pomyślała. Skąd się tam wziął?
Kiedy wróciła do redakcji, Berit Hamrin siedziała przy swoim biurku.
Annika podeszła i uścisnęła ją.
- Podwójne morderstwo? - zapytała.
Berit uśmiechnęła się.
- Nie ma to jak mała wojna mafijna - powiedziała.
Annika zdjęła kurtkę i upuściła ją na podłogę.
- Jadłaś już?
Poszły do stołówki nazywanej przez personel "Siedem Szczurów", zamówiły
danie dnia.
- Masz coś na warsztacie? - zapytała Berit, robiąc sobie kanapkę z chrupkiego chleba.
Annika westchnęła.
- Pewnie dziś w nocy też trochę poszaleje huragan - powiedziała. - Poza
tym spotkałam się z pewną kobietą. Opowiedziała mi bardzo dziwną
historię.
Berit uniosła z zainteresowaniem brwi, kosztując zapiekankę
ziemniaczaną.
- Dziwne historie mogą być całkiem zabawne - powiedziała. - Podasz mi
sól?
Annika wychyliła się do tyłu i sięgnęła po stojak z solą i pieprzem,
który stał na stoliku obok.
- Mówiła o fundacji o nazwie Raj, pomagającej kobietom i dzieciom,
którym grozi śmierć, wrócić do normalnego życia.
Berit z uznaniem pokiwała głową.
- Brzmi ciekawie. To prawda?
Annika się zawahała.
- Nie wiem, nie dowiedziałam się wszystkiego. Ta kobieta wyglądała
bardzo poważnie. Z tego, co mówiła, opracowali system pozwalający usuwać
z rejestrów prześladowanych ludzi.
Wzięła od Berit sól i posoliła swoją porcję.
- Myślisz... że to źle, że sprawdzam taką historię? - spytała ostrożnie.
Berit przez chwilę przeżuwała.
- Nie, wcale tak nie uważam - powiedziała. - Myślisz o Svenie?
Annika przytaknęła. Nagle straciła głos.
Starsza koleżanka westchnęła.
- Rozumiem, że o tym myślisz, ale ta sprawa nie może cię na zawsze
wyłączyć z wykonywania normalnej dziennikarskiej roboty. To był wypadek,
przecież masz na to papiery.
Nie pozostało już nic do powiedzenia. Annika spojrzała na talerz i pokroiła na paski liść sałaty.
- Tylko zawiadom szefa - powiedziała Berit. - Łatwiej umieścić tematy w gazecie, kiedy dziadki tam, na górze, myślą, że to ich pomysł.
Annika uśmiechnęła się, żując sałatę. Jadły chwilę w ciepłej i miękkiej
ciszy.
- Byłaś we Frihamnen? - spytała Annika, odsuwając talerz i sięgając po
wykałaczkę.
Berit wstała.
- Chcesz kawę?
- Czarną.
Przyniosła dwie.
- Nieprzyjemna historia - powiedziała, kiedy postawiła przed Anniką
filiżankę. - Faceci byli prawdopodobnie Serbami. Policja sądzi, że
należeli do mafii jugosłowiańskiej. Boją się, że wyniknie z tego jakaś
rzeź.
- Jakieś ślady?
Berit westchnęła.
- Trudno jakieś znaleźć - powiedziała. - Technicy byli na miejscu aż do
zmroku, odwracali dosłownie każde ziarnko piasku, żeby znaleźć ślady i pociski.
Annika podmuchała w kawę.
- Będziemy mogli zrobić użytek ze standardowych sformułowań? Egzekucja?
Porachunki światka przestępczego? Policja obawia się wojny gangów?
Roześmiały się.
- Prawdopodobnie ze wszystkich - powiedziała Berit.
Przepisała swoje notatki na temat fundacji Raj. Potem Jansson kazał jej
wyczyścić kolejne teksty o huraganie. Długie nocne godziny w pracy coraz
bardziej dawały jej się we znaki. Musiała przecierać oczy, żeby litery
ustawiały się w prostym szeregu. Na szczęście artykuł o niepełnosprawnym
chłopcu był już poprawiony i gotowy do druku. Cztery strony o tym, jak
opieka społeczna złamała przepisy obowiązujące w gminie i nie zapewniła
chłopcu takiej pomocy, do jakiej miał prawo. To będzie spokojna noc,
może nawet zbyt spokojna.
Tuż przed północą cały zespół zszedł na dół, żeby coś zjeść. Annika
została przy biurku. Pilnowała telefonu i biuletynu agencji prasowej,
szczęśliwa, że nie musi iść z nimi. Kiedy poszli, zastanawiała się przez
chwilę, czy odpłynąć w drzemkę, czy trochę powęszyć. Usiadła na miejscu
Janssona, który zawsze był podłączony do sieci, i wrzuciła w wyszukiwarkę Yahoo hasło "Fundacja Raj". Komputer chrzęścił i myślał,
ale nie wypluł żadnej informacji. Sprawdziła sam Raj. Komputer znalazł
kilka stron: agencji reklamowej, pastora jakiegoś niezależnego zboru w Vetlandy, filmu z Leonardem DiCaprio, ale nic, co dotyczyłoby
organizacji pomagającej zagrożonym kobietom i dzieciom.
Wróciła do swojego biurka i zerknęła na biuletyn agencji prasowej.
Żadnych sensacyjnych wiadomości. Wybrała numer do archiwum na trzecim
piętrze. Mieli tam folder na temat fundacji wydany przez Główny Urząd
Skarbowy w rubryce "Obowiązek podatkowy". Zamówiła go na górę, ale kiedy
woźny zadał sobie trud i go przyniósł, nie miała siły go przeglądać.
Przeszła się po biurze. Przecierała oczy, zmęczona, słaba i obojętna.
Znów usiadła przy biurku, marząc, żeby zmiana się skończyła i żeby już
nie musiała tu przychodzić. Wiedziała, że potem będzie liczyć godziny do
powrotu, żeby nie siedzieć w domu. Poczuła lekki ucisk w piersi.
Beznadziejność ją przytłaczała.
- Sjölander! - zawołała. - Mam coś zrobić? Jakąś ramkę z faktami o historii mafii jugosłowiańskiej?
Rozmawiał przez telefon, ale kciukiem pokazał, że może to zrobić.
Annika przymknęła oczy i przełknęła ślinę. Znów poszła do biurka
Janssona i połączyła się z archiwum. Wyszukała "Jugo" i "Mafia".
Z wycinków wynikało, że grupy przestępcze z Jugosławii od
kilkudziesięciu lat były dobrze osadzone w wielu miejscach w Szwecji, w dużych miastach i na wsi. Zajmowały się głównie przemytem i handlem
narkotykami, często pod przykrywką branży restauracyjnej, ale w ostatnich latach nieco zmieniły profil. Kiedy przed kilku laty rząd
drastycznie, w dwóch etapach, podniósł podatek od wyrobów tytoniowych,
przemytnicy przerzucili się z narkotyków na papierosy. W Europie
Wschodniej, gdzie produkowano na licencji Prince i Blend, paczka
papierosów kosztowała trzydzieści do pięćdziesięciu koron. Potem
przewożono je do Szwecji albo bezpośrednio, albo przez Estonię.
Annika siedziała chwilę w ciszy i czytała notatki. Potem poszła do
Sjölandera. Skończył rozmowę i pisał coś na komputerze, stukając mocno w klawiaturę.
- Będziemy utrzymywać, że to mafia jugosłowiańska? - zapytała.
Sjölander ciężko westchnął.
- Hmmm... to kwestia techniczna. Na pewno to gangsterzy, jakieś
porachunki mafijne.
- Może nie powinniśmy się w tym przypadku ograniczać do jednego kraju? -
zapytała Annika. - Przecież cała masa grup przestępczych od lat robi tu
interesy. Mam zrobić małe zestawienie różnych grup i ich ulubionych
akcji?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki