Poniedziałek, 1 czerwca
TO BYŁO już ostatnie ciało.
Potężne emocje, coś w rodzaju pożegnania. Zaczerpnął powietrza i poczuł,
jak przeszywa go wiatr, który targał gałęziami drzew.
Miejsce było wyjątkowe, surowe, skromne, z czasem nabrało charakteru
niemal religijnego: żyzna ziemia, białe pnie brzóz obok brzóz z postrzępionymi liśćmi.
Zostawili tam osiem ciał, to było dziewiąte. Pamiętał je wszystkie, nie
tyle twarze, ile sylwetki, głosy, gesty, wibracje: to, co ich
wyróżniało.
Ale koniec z tym.
Ostatnie ciało.
Spojrzał na nie.
Dżinsy, tenisówki. Koszula, pasek, brązowa kurtka. Wspaniały egzemplarz
homo sapiens. Miał okazję go poznać, przez jakiś czas nawet się
przyjaźnili. Zawsze elegancko ubrany, gustownie. Czasem było mu przykro,
że musi ich eliminować, a potem pozbywać się osobistych drobiazgów, on,
który dorastał w atmosferze powściągliwości, który nauczył się dbać o dary ziemi, traktować je z pokorą, odpowiedzialnie.
Spojrzał na niebo. Tam, za kręgiem polarnym, wydawało się, że jest tak
blisko. Chmury unosiły się niemal nad głowami ludzi, jakby muskały ich
twarze. Wkrótce słońce w ogóle przestanie zachodzić, i tak przez całe
lato, do jesieni, kiedy mróz zetnie liście na drzewach, a ze wschodu
nadejdą rosyjskie wiatry.
Brakowało mu brata.
Całe życie byli jednością, jeden był lustrzanym odbiciem drugiego,
dzielili myśli i uczucia. Teraz poczuł, że otwiera się pod nim otchłań.
Docierały do niego informacje z sali rozpraw, ale dręczyła go samotność.
Dokładnie wytarł obuch o mech.
Musiał się podzielić swoim bólem.
- UPADŁA PANI - powiedziała psycholożka. - Co się stało?
Annika Bengtzon poprawiła się w fotelu. Źle się czuła w jego potężnym
wnętrzu: za mała, za chuda. Położyła ręce na podłokietnikach, jakby
chciała się przytrzymać, żeby całkiem nie zniknąć. Poczuła, że ma
spocone dłonie. Zaczęła się zastanawiać, ile osób przed nią pociło się w tym fotelu. Ile zostawiło na nim ślady swoich lęków.
Cofnęła dłonie, położyła je na kolanach, zacisnęła mocno.
- Byłam w przychodni rejonowej i u lekarza w pracy. Zrobiłam badania,
wszystko wydaje się w porządku, fizycznie nic mi nie dolega... To Jimmy,
mój partner, zaproponował, żebym się zapisała do pani na wizytę.
- Więc to nie była pani decyzja?
Zadała to pytanie spokojnym, obojętnym tonem, nie było w nim cienia
krytyki. Annika spojrzała na kobietę po drugiej stronie stolika. Twarz
bez wyrazu, neutralny głos. O czym myślała? Może uznała, że
niepotrzebnie zajmuje jej cenny czas? Że ktoś inny bardziej go
potrzebuje? A może dopóki dostawała pieniądze, było jej wszystko jedno?
Wyprostowała się i sięgnęła po stojącą na stoliku szklankę z wodą. Obok
szklanki stało pudełko z chusteczkami higienicznymi. Czyżby psycholożka
z góry zakładała, że będzie płakać? Czy wszyscy płaczą? A co się stanie,
jeśli się nie rozpłacze?
- Uznałam, że muszę coś zrobić. Ze względu na dzieci. Przestraszyłam je.
Naprawdę.
- Były świadkami ataku?
Annika poprawiła się w fotelu. Nogi miała ciężkie jak z ołowiu, plecy
sztywne, nieruchome. Próbowała znaleźć wygodniejszą pozycję, odprężyć
się, ale bez skutku.
- Może mi pani opowiedzieć coś więcej o ataku?
Światło lampy odbijało się w jej okularach. Annika pomyślała, że dla
niej to normalny dzień pracy. Może zjadła na lunch lasagne, zrobiła
sobie krótki spacer, a po pracy pojedzie odebrać rzeczy z pralni.
- Stałam w holu. I nagle osunęłam się na podłogę. Nie mogłam oddychać,
zrobiło mi się czarno przed oczami. Serena i Jacob, dzieci Jimmy'ego,
właśnie wróciły ze szkoły. To one wezwały karetkę.
Wypiła kolejny łyk wody.
- Zjawili się ratownicy, z noszami. Odesłałam ich.
- Wiedziała pani, co się stało?
Ciemność, tam, na zewnątrz, tuż obok niej, i cienie wokół. Pozbawiały ją
powietrza, eliminowały nie tylko wszelkie dźwięki, ale i jej świadomość.
Powtarzała sobie w kółko, że to nic, że nie są niebezpieczne. Że zaraz
wszystko minie, że od tego się nie umiera. Czuła, jak palą ją dłonie,
pieką oczy. Jak głowa odchyla się do tyłu, jak nogi się pod nią uginają,
jak nagle uchodzi z niej całe powietrze. A potem nadeszła ciemność i pochłonęła ją. Czuła, jak leci w dół, leci i leci. Ale nie powinna się
bać, to nic groźnego. Nie umarła. Jeszcze nie tym razem.
Odchrząknęła.
- Nic mi nie dolega. Jestem zdrowa jak ryba.
- Wie pani, co to jest paniczny lęk?
Tak, wiedziała. Sprawdziła w internecie, w tajemnicy przed wszystkimi,
jakby się wstydziła. Normalni ludzie nie boją się ciemności, nie
pozwalają, żeby rządziły nimi duchy.
- Teraz jest już w porządku. Wszystko się ułożyło. Czuję się dobrze. Nie
mam lęków.
- Można mieć lęki, nawet o tym nie wiedząc - powiedziała psycholożka. -
Ludzie, którzy dostają ataku panicznego lęku, często są przekonani, że
to zawał. I jadą na pogotowie.
- Więc dlaczego jest coraz gorzej?
- Ma pani takie wrażenie?
Annika wyjrzała przez okno. Cały ranek padał deszcz, po szybie spływały
ciężkie krople, ale opady nie były już tak intensywne.
- Naprawdę nic z tego nie rozumiem. Wszystko mi się układa. Żyję w fantastycznym związku, dzieci są zdrowe, lubię swoją pracę, mój były mąż
nie robi mi żadnych przykrości. Zaprzyjaźniłam się nawet z Sophią,
kobietą, z którą kiedyś, dawno temu, mnie zdradził...
- Więc jak pani myśli, skąd te ataki?
Annika poczuła, że zalewa ją fala gniewu. Nagle, bez powodu. Czy to ona
ma odpowiadać na wszystkie pytania? Za to płaci?
Czuła, jak napinają się jej mięśnie twarzy.
- Pani ojciec zmarł, kiedy była pani nastolatką? - spytała psycholożka,
przeglądając papiery. - Był pani bliski?
No tak, teraz czas na powrót do dzieciństwa. Annika wytarła dłonie o dżinsy.
- To było dawno temu, minęło ponad dwadzieścia lat...
W pokoju zapadła cisza. Z ulicy dochodził szum samochodów. Chusteczki w kartonie poruszyły się pod niewidzialnym podmuchem wiatru. Obicie fotela
łaskotało ją w plecy.
- Ale pani mama żyje. Jak wam się układa?
Annika spojrzała na zegarek.
- Ile czasu nam jeszcze zostało? Kiedy będę mogła wyjść?
Psycholożka odchyliła się w fotelu. Może ją też łaskotał materiał,
którym był obity?
- Jeśli pani chce, możemy już skończyć.
Annika nie poruszyła się. Nagle znów poczuła, że nogi ma jak z ołowiu.
Czyżby psycholożka chciała się jej pozbyć? Mimo że to ona umówiła się na
wizytę? I zapłaciła tysiąc sto koron za godzinę.
- Chce pani, żebym sobie poszła?
Psycholożka spojrzała na wiszący na ścianie zegar.
- Mamy jeszcze czas. To pani decyzja, czy pani zostanie, czy wyjdzie.
Annika poczuła, że pokój nagle zaczął się kurczyć. Coś na nią napierało,
z różnych stron. Przyszła po pomoc, po poradę.
Psycholożka uśmiechnęła się do niej.
- Chciałabym, żeby pani została - powiedziała spokojnie.
Hałas z ulicy złagodniał. O co ją przed chwilą spytała? O matkę? O Barbro? Wzięła się w garść.
- Mama... Ona mnie nie lubi.
- Dlaczego pani tak sądzi?
- Rodzice wzięli ślub, bo mama była w ciąży. Ze mną. Tak naprawdę to
chciała studiować. Sztuki piękne. Ale urodziłam się ja i nie poszła na
studia. Nigdy mi tego nie wybaczyła.
Psycholożka przyglądała się jej w milczeniu, potem znów zaczęła
przeglądać notatki.
- Ma pani siostrę. Ma na imię Birgitta. Macie dobry kontakt?
Annika spróbowała się uśmiechnąć.
- O tym, że urodziła dziecko, dowiedziałam się z Facebooka. Nawet nie
wiedziałam, że jest w ciąży.
- Zawsze tak było?
- Przez całe dzieciństwo miałyśmy wspólny pokój, a teraz nie mam
pojęcia, gdzie mieszka.
Psycholożka pokiwała głową i zanotowała coś w niewielkim bloczku.
- Wypełniając formularz, wpisała pani w rubryce: inne informacje, że
piętnaście lat temu została pani skazana za przestępstwo. Może mi pani
powiedzieć coś więcej?
Pokój znów jakby się zmniejszył, poczuła na szyi muśnięcie ciemności.
- Przyczynienie się do czyjejś śmierci. Dwa lata nadzoru kuratorskiego.
Mój chłopak, Sven... To był nieszczęśliwy wypadek, można tak powiedzieć...
Słowa odbijały się od ścian niewielkiego pokoju. Psycholożka nie
reagowała. Siedziała w fotelu po drugiej stronie stolika, nogi miała
skrzyżowane, ręce trzymała na kolanach.
- Co pani czuje, opowiadając mi o tym?
W głowie Anniki rozległo się wycie, przeraźliwe, głośne. Musiała
podnieść głos, żeby je przekrzyczeć.
- Nic szczególnego. Piętnaście lat to dużo czasu.
- Gdzie w pani ciele tkwi to uczucie? W żołądku, w gardle, w piersi?
Słowa, to tylko słowa. Nie mogły jej zrobić krzywdy. Kiedy wyizolowała
szum, mogła mówić, słowa nic nie znaczyły. Musiała się starać przeniknąć
ciemność, bo tylko wtedy była w stanie oddychać.
GŁÓWNA REDAKCJA "KVÄLLSPRESSEN" skrzyła się w niebieskawej poświacie
świetlówek. Annika zobaczyła, że Berit Hamrin siedzi przy komputerze, i całe napięcie od razu minęło, został tylko ćmiący ból głowy. Od
piętnastu lat większą część życia spędzała właśnie tam, w tym
pomieszczeniu, w wiecznej gonitwie za tym, co się stało albo może się
stać, i niemal przez cały ten czas jej przyjaciółka siedziała na
sąsiednim krześle.
Położyła torbę na ich wspólnym biurku, zdjęła kurtkę i pozwoliła jej
opaść na podłokietnik fotela. Berit była starsza od niej, miała dorosłe
dzieci i razem z mężem mieszkała na wsi.
- Co z awanturą na Twitterze? - spytała Annika.
Berit westchnęła cicho.
- Kobieta z telewizji przeprosiła w kolejnym tweecie za napaść na
celebrytkę, a celebrytka przyjęła przeprosiny i zamieściła je na
Facebooku.
Ciasny pokój psycholożki oddalił się i rozmył.
- Więc wszyscy zadowoleni - stwierdziła Annika.
Ciemności wokół niej, te, które ją dusiły, zaczęły się wycofywać do
kątów. Kiedy była w redakcji, niemal nigdy nie dawały o sobie znać. W redakcji było jasno, panował porządek, który sprawiał, że świat znów
stawał się wyrazisty. Przedstawianie rzeczywistości, kolejne wydania,
ciągłe zmiany. Była częścią tego wszystkiego, funkcjonowała. Wydanie
prowincjonalne, pierwsze wydanie o piątej rano i pierwsze wydanie
krajowe dystrybuowane samolotami wczesnym rankiem, kolejne, uaktualnione
wydania lokalne i wydanie trafiające na przedmieścia, rozwożone
ciężarówkami wokół Mälarem, i jeszcze wydanie miejskie, ukazujące się w wyjątkowych sytuacjach, kiedy gdzieś na świecie dochodziło do kryzysu
albo zaręczało się któreś z królewskich dzieci. Uporządkowana
rzeczywistość, łatwa do ogarnięcia.
Szczególną antypatią darzyła wydanie poranne, ukazujące się jedynie w wewnętrznej sieci redakcji.
Wyjęła laptopa, włączyła go. Kiedy zaczął się ładować, poszła po kawę.
Wróciła i usiadła przy biurku z kubkiem gorzkiego napoju w ręku.
Wydanie redakcyjne pokazywało przyszłość taką, jaka powinna być: gotowe
tytuły, teksty, często ilustrowane zdjęciami. Reporterom pozostawało
jedynie wypełnić wszystko treścią, żeby utopia zamieniła się w rzeczywistość.
Głównym tematem hipotetycznego jutra był artykuł Berit o dziennikarce
jednej z lokalnych gazet, która co trzecią środę uczestniczyła w porannym telewizyjnym talk-show. Kilka dni wcześniej zamieściła na
Tweeterze złośliwy komentarz na temat pewnej gwiazdy oper mydlanych,
która ostatnio nieco utyła. Patrik Nilsson, szef działu wiadomości, miał
niezwykłą zdolność wynajdywania w internecie bezmyślnych złośliwości i robienia z nich wielkich spraw. Tym razem nie oszczędzał amunicji.
dziennikarka prześladuje gwiazdę z powodu wagi
Tak brzmiał proponowany przez niego tytuł.
Obok zamieszczono zdjęcie chudej blondynki z podpisem: "Rosa poczuła się
głęboko urażona złośliwościami dziennikarki".
- Niestety w mediach społecznościowych temat nie chwycił - powiedziała
Berit.
Annika zrozumiała, że oczekiwane komentarze się nie pojawiły, zabrakło
nawet zwykłych uwag w rodzaju: że też zawsze zwraca się uwagę na wygląd
kobiety. Więc wiadomość trafiła do kosza, zanim w ogóle zaistniała.
- Osobiście uważam, że Rosa powinna przytyć jeszcze kilka kilogramów.
Wyszłoby jej to na zdrowie - stwierdziła Berit. - Co dzisiaj robisz? -
zwróciła się do Anniki.
- Zajmuję się sprawą morderstwa Josefin.
Berit podniosła głowę i zdjęła okulary. Zamyśliła się.
- To było chyba tego lata, kiedy Szwecja zamieniła się w republikę
bananową. Pamiętam, że było piekielnie gorąco, mieliśmy niebotyczną
inflację i świetnie nam szło w mistrzostwach świata w piłce nożnej.
- To było piętnaście lat temu. W "Kvällspressen" ukazały się moje
pierwsze artykuły - powiedziała Annika.
Berit znów włożyła okulary i wróciła do artykułu o Rosie. Annika
sięgnęła po materiały dotyczące morderstwa Josefin.
Wiosną czytelnicy wybierali w głosowaniu historie z przeszłości, o których chętnie dowiedzieliby się czegoś więcej. Nazywano to
czytelnictwem interaktywnym. Annika w serii artykułów przedstawiła kilka
głośnych spraw sprzed lat: cieszyły się dużym zainteresowaniem. Miały
wiele odsłon w sieci, a dodatki niedzielne odnotowały większą sprzedaż
niż zwykle. Dziwiło ją to zainteresowanie przeszłością. Na kanwie
dawnych niewyjaśnionych spraw powstały filmy dokumentalne, gazety
poświęcały im specjalne dodatki, niekiedy inspirowały nawet pisarzy.
Sięgnęła po materiały dotyczące jednej z nich: morderstwo na tle
seksualnym na cmentarzu. Pewnego upalnego sobotniego poranka za jednym z nagrobków na dawnym cmentarzu żydowskim znaleziono nagie ciało
dziewiętnastoletniej Josefin Liljeberg. Została zamordowana, ale sprawa
nigdy nie została do końca wyjaśniona. Annika znalazła jej maturalne
zdjęcie w studenckiej czapce. Pracowała jako striptizerka w klubie porno
Studio Sex. Annika podejrzewała, że zabił ją jej chłopak, Joachim,
właściciel klubu. Klub już dawno przestał istnieć, ale Joachim nadal żył
w swoim mrocznym świecie. Był przebiegły i skutecznie unikał kary.
Berit westchnęła i zerknęła na zegarek.
- Chyba będę musiała porzucić Rosę - powiedziała, zamykając laptopa.
- Idziesz na rozprawę? - zainteresowała się Annika.
Berit śledziła z ramienia gazety proces Ivara Berglunda, przedsiębiorcy
handlującego drewnem, znanego jako Drwal. Proces toczył się przed
sztokholmskim Sądem Miejskim już drugi tydzień.
- Ma zeznawać funkcjonariuszka, która go zatrzymała. Wiesz może, co
Berglund ma wspólnego z tym pobitym politykiem w Solsidan?
Annika upięła włosy w kok.
Nie śledziła dokładnie przebiegu sprawy, ale pamiętała, że samotny
pięćdziesięciopięciolatek z Vidsel, z Norrbotten, z północy, rok
wcześniej został oskarżony o brutalne zamordowanie jakiegoś menela z Nacki. Pisała o tej sprawie. To między innymi jej artykuły doprowadziły
do jego zatrzymania. "Kvällspressen" podała tę wiadomość jako pierwsza i tego dnia odnotowała najwyższą sprzedaż. Potem pisała o nim jeszcze
kilka razy. Nagrała kilka scen w jego domu i w warsztacie, dokładnie
przestudiowała sprawozdania rachunkowe jego firmy, rozmawiała z klientami i z sąsiadami.
- To Nina Hoffman go zatrzymała - powiedziała. - Dużo o tym
rozmawiałyśmy. Oczywiście nie możemy tego napisać, ale Nina jest pewna,
że za morderstwem menela i pobiciem Ingemara Lerberga stoi ta sama
osoba. To się stało w odstępie kilku dni. Jest też wiele innych
powiązań.
- W akcie oskarżenia nic o tym nie ma - zauważyła Berit.
- To prawda. - Annika skinęła głową. - Ale menel pełnił rolę słupa w hiszpańskiej spółce Nory Lerberg. Na miejscu zbrodni w Nacce policja
znalazła obrazek narysowany takimi samymi kredkami, jakie znaleziono w pokoju dzieci w domu Lerbergów. Te zbrodnie miały wiele cech wspólnych.
Co prawda nie ma na to dowodów, ale to nie może być przypadek.
- Oskarżenie opierało się na wątłych podstawach - weszła jej w słowo
Berit. - Ciekawe, czy uda się go skazać.
- Widziałaś, jak Patrik wyobraża sobie jutrzejsze wydanie? - spytała
Annika.
Zaproponował tytuł:
PODWÓJNE ŻYCIE DRWALA: w czasie wolnym był katem
Berit pokręciła głową, sięgnęła po teczkę i ruszyła w stronę portierni.
Annika znów zerknęła do komputera. Spojrzała na proponowane tematy -
różne w zależności od rozwoju sytuacji. Zbliżało się święto narodowe i wszyscy dziennikarze zastanawiali się, czy księżniczka Madeleine da radę
dolecieć zza Atlantyku, żeby razem z pozostałymi członkami rodziny
królewskiej uczestniczyć w uroczystościach w Skansenie. Proponowano
tytuł: MADDE ZAWIODŁA SZWEDÓW. Jakby cały kraj wstrzymywał oddech,
czekając, aż najmłodsze z królewskich dzieci opuści swój luksusowy
apartament na Manhattanie, żeby na kilka godzin wcisnąć się w niewygodny
strój ludowy. Poza tym gwiazda sportu wypowiadała się w sprawie
ewentualnego skandalu dopingowego, pisano o nadciągających upałach i przedstawiono ostatnie badania opinii publicznej, wskazujące, że podczas
najbliższych wyborów należy się spodziewać porażki partii rządzącej.
- Annika, napiszesz coś o fali upałów? - usłyszała głos Patrika gdzieś
nad sobą.
Zerknęła na komórkę.
- Przykro mi, ale za chwilę mam spotkanie w prokuraturze.
Szef działu wiadomości westchnął teatralnie i odwrócił się na pięcie.
Wiedział, że Annika nie ma obowiązku dostarczać materiałów dla działu
wiadomości, ale przecież spróbować zawsze można.
Annika zamknęła laptopa i zebrała swoje rzeczy.
ANDERS SCHYMAN powiódł wzrokiem po redakcji z pewnym niepokojem. Czuł go
aż w żołądku. Za szklaną ścianą widział dział wiadomości z migoczącymi
monitorami: szef działu Patrik Nilsson rozmawiał przez dwie komórki
jednocześnie, Sjölander pisał artykuł o księżniczce Madeleine, Annika
Bengtzon właśnie gdzieś wychodziła z torbą na ramieniu, wentylatory
komputerów wprawiały powietrze w drżenie.
Scena była mu dobrze znana, a jednocześnie dziwnie obca. I wkrótce miała
przejść do historii.
Oparł się o krzesło i sięgnął po leżące przed nim na biurku papiery -
protokół z piątkowego zebrania zarządu. Dwudziesty dziewiąty maja.
Historyczna data, dzień początku końca. Czasy Gutenberga dobiegały
końca, słowo drukowane spełniło swoje zadanie.
Wstał i podszedł do szklanej ściany, stanął tak blisko, że jego oddech
zostawił na szkle plamę pary. Zastanawiał się, czy mógł postąpić
inaczej.
Szwedzkie dziennikarstwo od niemal stu lat szło ręka w rękę ze szwedzkim
Domem Ludowym, było ogniwem łączącym władzę z obywatelami. Kiedy jedno
zaczynało się chylić ku upadkowi, pociągało za sobą drugie. Badacze
mediów już dwadzieścia lat wcześniej pisali, że rok tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiąty będzie oznaczał koniec pewnej epoki: czasów państwa
dobrobytu i - dziennikarstwa.
To były też jego czasy: jego ćwierć wieku, większość jego zawodowej
kariery. Pomyślał, że nie ma sensu ronić łez, sam nie odbuduje Domu
Ludowego. Odwrócił się i sięgnął na półkę po książkę Jana Ekecrantza i Toma Olssona Zredagowane społeczeństwo. Przeczytał zdania, które
podkreślił w przedmowie, chociaż znał je na pamięć.
"...dziennikarstwo narracyjne w coraz większym stopniu zastępują
abstrakcyjne opisy sytuacji, bazujące na niewidzialnych źródłach.
Dzisiejsze dziennikarstwo cechuje rozsądek, który ma tendencję do
zastępowania problemów społecznych problemami informacyjnymi, a debatę
publiczną talk-showami i pogonią za nowinkami. Coraz więcej miejsca
zajmuje dziennikarstwo otwarcie komercyjne. Tradycyjne zadania
dziennikarzy: przedstawiać fakty, przyglądać się i krytykować władzę,
być kanałem komunikacyjnym między rządzącymi a rządzonymi, stają się
kontrproduktywne".
Odłożył książkę i zamknął oczy.
"Nasze życie jest takie jak nasze dni". Przypomniał sobie zdanie z rachunku z hotelu w Oslo. Jesienią razem z właścicielami koncernu był
tam na seminarium. Tych kilka słów trafiło go w splot słoneczny. Wciąż
pamiętał swoją reakcję: zimny pot na dłoniach. Jakie było jego życie?
Jakie były jego dni? Takie jak tamten, który spędził w sali
konferencyjnej bez okien, dyskutując o cyfryzacji mediów, czy takie jak
ten, w którym tytuły na kolejny dzień zależą od kobiet, które bez
zastanowienia wypisują w mediach społecznościowych najróżniejsze
złośliwości pod adresem innych kobiet i których to złośliwości nikt
zresztą nie czyta?
Wrócił do biurka, usiadł i poczuł, że bolą go kolana. Zaczął przerzucać
papiery.
Czasu zawsze jest w nadmiarze, do chwili kiedy nagle się kończy.
Może powinien był stworzyć własną firmę, zbudować dom, spłodzić dzieci,
zostawić po sobie coś trwałego. Ale on nie zajmował się takimi rzeczami,
wszystko robił z myślą o dniu dzisiejszym, nie o przyszłości. Całe
zawodowe życie poświęcił próbom opisania społeczeństwa, w którym żył,
starając się jednocześnie czynić je lepszym, bardziej sprawiedliwym.
Zostawi po sobie jedynie swoją opinię i pamięć o roli, jaką odegrał w historii mediów.
Znów spojrzał na redakcję i zaczął się zastanawiać, jak sobie poradzi.
Przez lata zawsze stawiał na rozwój. Cały czas, bez przerwy, kształcił
pracowników, przygotowywał ich do nowych zadań. Branża się zmieniała,
ale i czas przybierał coraz to nowe kształty, a on przedzierał się przez
tę dżunglę sam, bez mapy, kierując się adrenaliną i własnym instynktem,
starając się omijać płycizny i miny. Udało mu się wypromować swoich
współpracowników na kluczowe postaci niemal we wszystkich działach: w dziale wiadomości, w sporcie, rozrywce, w kulturze. Znakomicie
odnajdywali się w nowym medialnym krajobrazie. Był z nich dumny, był
dumny z siebie i swojej zdolności przewidywania.
Tylko jednego nie zdołał odtworzyć: nowej wersji samego siebie.
Potrzebował publicysty, którego moralnym kręgosłupem byłaby wolność
słowa, który w sercu miałby brak szacunku, w płatach czołowych technikę
i który by się kierował instynktem tkwiącym gdzieś głęboko w trzewiach.
Tego nie zdążył zrobić: dni były za ciasne, za szybko mijały, a teraz
było już za późno.
Czasu zawsze jest w nadmiarze, aż nagle się kończy.
Obiektywne, analizujące dziennikarstwo, przekazujące informacje, takie,
jakie wszyscy znamy, będzie jedynie krótką przerwą w historii ludzkości.
Zmierzają prosto do piekieł, a on stoi za sterami.
PORANNA MŻAWKA ZELŻAŁA, ulice były ciemne, nasycone. Front odchodził na
północ i już po południu do Sztokholmu miała dotrzeć fala upałów z południa Europy. Annika poczuła na ciele lepką wilgoć. Samochody stały w korku, postanowiła nie czekać na autobus, tylko iść piechotą. Tak będzie
szybciej.
Ruszyła przez park, przez R?lambshovsparken. Labirynt ulic na
Kungsholmen nie miał dla niej tajemnic, znała je na pamięć, mogła iść
zamyślona, a i tak bezwiednie trafiała tam, gdzie chciała. Ściany domów
pochylały się przyjaźnie w jej stronę, szeptały jej do ucha słowa
powitania. Kamienie nie zapominały. To tam trafiła zaraz po przyjeździe
do Sztokholmu. Zamieszkała w starej kamienicy przy Agnegatan. Zimna woda
w kranie, wspólna łazienka w podwórzu. To tam, w pobliżu, przy
Hantverkargatan, mieszkała potem w dużym mieszkaniu od frontu z Thomasem
i dziećmi, kiedy jeszcze były małe. To tam wydali przyjęcie po ślubie i tam, na Kungsholmen, po rozwodzie z Thomasem wylądowała w trzypokojowym
mieszkaniu.
I tam pracowała Josefin Liljeberg. I tam umarła.
Minęła Hantverkargatan i zobaczyła wznoszące się tuż za budynkiem straży
pożarnej wzgórze Kronoberget. Widziała drzewa, trawniki i plac zabaw od
strony Kronobergsgatan, pełen mam i dzieci, czasem też ojców. Słyszała
radosne głosy dzieci, śmiechy, gwar, krzyki i nawoływania. Minęła
piaskownicę, zjeżdżalnię i drabinki i ruszyła na górę.
Morderstwo na cmentarzu, tak pisano o zabójstwie Josefin. Na tle
seksualnym, dodawano. Ale to nie było właściwe określenie. Bo tak
naprawdę Josefin została uduszona przez swojego chłopaka.
Jej ciało znaleziono na starym żydowskim cmentarzu. Kiedy powstawał, pod
koniec XVIII wieku, były to obrzeża Sztokholmu. Teraz był to niemal
środek miasta, a cmentarz zrósł się z jednym z największych
sztokholmskich parków.
Annika powoli podeszła do ogrodzenia. Niedawno cmentarz został
odrestaurowany. Poprzewracane nagrobki wróciły na swoje miejsce,
usunięto zbędną zieleń. Były tam groby dwustu dziewięciu osób. Ostatni
pochówek odbył się w tysiąc osiemset pięćdziesiątym siódmym roku.
Miejsce było wyjątkowe, niemal magiczne. Gwar miasta prawie tam nie
docierał, jakby czas nagle się zatrzymał, cisza była niemal
przezroczysta. Dotknęła ręką zimnych żeliwnych sztachet, przeciągnęła
palcami po zdobieniach i stylizowanych gwiazdach Dawida.
Dobrze pamiętała tamto upalne lato. Jej pierwszy rok w redakcji. Była
stażystką. Początkowo odbierała tylko telefony od ludzi. W ten sposób
dowiedziała się o morderstwie. Chciała o nim napisać - i napisała.
Pierwszy artykuł podpisany jej nazwiskiem.
To tam leżała, po drugiej stronie ogrodzenia.
Surowość kamieni w tle, zieleń i gra cieni wśród listowia, wilgoć i upał.
Patrzyła w jej oczy, były szare i mętne, słyszała ich niemy krzyk.
- Nie poniósł żadnej kary - wyszeptała. Jakby mówiła do Josefin. -
Trafił co prawda do więzienia, ale nie za to, co ci zrobił.
Może jest już za późno, pomyślała i poczuła, że ma łzy w oczach. Wtedy
po raz pierwszy zataiła prawdę. Tyle lat minęło, a wszystko pamiętała.
Wtedy, tamtego lata, Sven jeszcze żył. Nagle znów poczuła jego złość.
Pamiętała, jaki był niezadowolony, kiedy zdecydowała się na staż w Sztokholmie. Nie kochasz mnie? Niepewność i strach. Jak jej się ułoży
życie?
Teraz już wiedziała. Otarła łzy.
Zostałam tu, teraz to jest moje miejsce.
Puściła sztachety, cofnęła rękę i niewielką kamerą wideo zaczęła
filmować cmentarz, miejsce, gdzie przed laty znaleziono martwą Josefin.
Uznała, że jedno dłuższe ujęcie wystarczy, najwyżej jeszcze wróci. Nie
była w stanie powiedzieć, jak długi fragment będzie jej potrzebny.
Odwróciła się plecami do ogrodzenia, chciała jak najszybciej odejść. Nie
chciała być Josefin.
Ruszyła szybkim krokiem w stronę prokuratury, na Kungsbron. Było coraz
cieplej, poczuła pot na plecach. Asfalt pachniał smołą.
Wyniki wstępnego dochodzenia niemal zawsze były objęte tajemnicą. Te
dotyczące zabójstwa Josefin nie były wyjątkiem, ale Annika wiedziała, że
dochodzenie wykazało, że to Joachim, chłopak Josefin, najprawdopodobniej
był mordercą. Niedawno poprosiła, żeby jej udostępniono materiały, te,
które mogły zostać udostępnione bez szkody dla ewentualnego ponownego
śledztwa.
Wiatr przybrał na sile, chmury się rozeszły. Przyspieszyła kroku.
Minęło co prawda piętnaście lat, ale po zamordowaniu Palmego prawo
zostało zmienione. Uznano, że sprawy o morderstwo nie ulegają
przedawnieniu. Jeśli wyjdzie na jaw coś nowego, jeśli znajdzie się
świadek, który byłby gotów zeznawać, dochodzenie może zostać wznowione.
Może wystarczy spytać?
Usłyszała, że w torbie dzwoni jej komórka. Zatrzymała się, zaczęła jej
szukać wśród długopisów i notesów. Spojrzała na wyświetlacz. Barbro.
Matka. Po chwili wahania odebrała.
- Gdzie jesteś? - usłyszała znajomy głos.
Rozejrzała się. Stała na rogu Bergsgatan i Agnegatan, nieopodal komendy.
- W pracy - powiedziała. - To znaczy idę na rozmowę do prokuratury.
Chodzi o morderstwo.
- To sprawa tego Drwala?
- Nie, inna...
- Wiesz, gdzie jest Birgitta?
Annika spojrzała na dachy kamieniec. Widziała sunące po niebie chmury i ciemne niebo w dali.
- Nie, nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Dlaczego pytasz?
Słyszała lęk w swoim głosie. Jaki błąd znów popełniła?
- Kiedy ostatnio z nią rozmawiałaś?
Boże drogi, kiedy to było, pomyślała i odgarnęła z czoła kosmyk włosów.
- Pewnie jakiś rok temu. Był długi weekend, wybierała się do Stevena do
Norwegii i nie miała z kim zostawić małej.
- A potem?
Annika czuła, że tężeje.
- Mamo, Birgitta i ja... rzadko ze sobą rozmawiamy.
Po co to mówiła? Dlaczego nie powiedziała prawdy: ja i moja siostra w ogóle nie mamy ze sobą kontaktu. Nie wiem nawet, gdzie mieszka.
Usłyszała, że matka szlocha.
- Co się stało? - spytała. Starała się, żeby jej głos brzmiał uprzejmie.
Bez strachu, bez złości, nie nazbyt nonszalancko.
- Nie wróciła wczoraj z pracy.
- Z pracy?
- Z marketu MatExtra. Steven i ja bardzo się niepokoimy.
Pewnie, pomyślała. Skoro posunęła się do tego, żeby do niej zadzwonić.
Stanęła wygodniej.
- Dzwoniłaś do niej do pracy? Obdzwoniłaś jej przyjaciółki?
Skontaktowałaś się z Sarą?
- Steven rozmawiał z jej szefem, a ja z Sarą.
Annika zastanawiała się gorączkowo.
- Jej dawna nauczycielka rysunku. Margareta. Wiem, że kiedyś się
przyjaźniły...
- Dzwoniliśmy do wszystkich.
Jasne, ona była na tej liście ostatnia.
- Nie rozumiesz, że bardzo się niepokoimy - powtórzyła matka i głos jej
się załamał.
Annika zamknęła oczy. Wiedziała, że jej słowa nie mają dla matki żadnego
znaczenia. Postanowiła niczego nie ukrywać.
- Mamo - zaczęła spokojnie. - Jesteś pewna, że Steven mówi prawdę?
Chwila milczenia.
- O co ci chodzi?
- Nie mam pewności, czy Steven zawsze jest wobec Birgitty w porządku.
Czasem miałam wrażenie, że ona się go boi.
- Dlaczego mówisz takie rzeczy?
- Jesteś pewna, że jej nie bije?
Znów milczenie. A potem ostry głos matki:
- Nie myl siebie z Birgittą.
Połączenie zostało przerwane.
Annika odgarnęła włosy z czoła i odchyliła głowę. Spojrzała na stojące
wzdłuż ulicy kamienice. Niedaleko było jej dawne mieszkanie, teraz
mieszkał tam jej były mąż. Boże, cała okolica była pełna wspomnień i duchów z przeszłości.
Minął ją radiowóz, jechał w stronę znajdującego się nieco dalej aresztu
Kronoberg. Zdążyła zauważyć, że na tylnym siedzeniu siedzi młody chłopak
z rozczochranymi włosami. Może został zatrzymany, a może jechał tylko na
przesłuchanie. Może wcale nie jest przestępcą? Może tylko znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie? A może wie coś, czego nie
powinien wiedzieć? Ona też kiedyś jechała na tylnym siedzeniu radiowozu.
Tego letniego dnia w Hälleforsnäs, kiedy umarł Sven. Trzymała na rękach
swojego martwego kotka, Whiskasa, i nie chciała go puścić. W końcu
pozwolono jej wsiąść razem z nim. Płakała, a łzy moczyły mu futerko.
Birgitta nigdy jej nie wybaczyła historii ze Svenem. Była nim
zachwycona, jak to czasem bywa z młodszymi siostrami. Sven brał ją na
kolana i łaskotał, aż zaczynała piszczeć, a potem krzyczeć. W ich
zabawach była dziwna intymność, a przecież Birgitta była od niej
zaledwie dwa lata młodsza. Miała jasne włosy i wyglądała jak laleczka.
Annika wyprostowała się, poprawiła torbę, chwyciła ją mocniej. Zawahała
się, a potem wystukała na tablecie imię i nazwisko. Birgitta Bengtzon.
Po ślubie ze Stevenem zachowała panieńskie nazwisko.
Jeden wynik: Branteviksgatan 5F, Malmö.
Malmö? Przecież zamierzała wyjechać do Oslo?
THOMAS WIDZIAŁ, jak Annika wkłada komórkę do tej swojej okropnej torby i rusza w stronę Scheelgatan: kołysząca się na boki głowa cztery piętra
niżej, ciemne włosy, zmierzwione bez żadnego ładu. Śledził ją wzrokiem
tak długo, jak był w stanie, ale już po kilku sekundach zniknęła mu z oczu, pochłonęły ją drzewa i uliczny ruch. Poczuł, jak serce niemal mu
staje, tętno spowalnia. Zauważył ją przez przypadek - a może przypadków
nie ma? Jest tylko energia między ludźmi. Może to jego podświadomość
zarejestrowała jej obecność, wyczuła, że o niej myśli, zmusiła go, żeby
wyjrzał przez okno, sprawdził, co go tak pali. Tak czy inaczej, stała ze
wzrokiem wbitym w okno sypialni. Uznał, że pewnie idzie do niego, i postanowił nie otwierać drzwi. Nie miał jej nic do powiedzenia. Niech
tam stoi, niech za nim tęskni.
I wtedy nagle odwróciła się na pięcie i poszła.
Poczuł się zawiedziony, zawód przerodził się w złość.
Był dla niej nikim. Minęła okno jego sypialni, ot tak, po prostu,
zatrzymała się na chwilę, żeby porozmawiać przez komórkę. Może ze swoim
nowym facetem? Miał taką nadzieję, bo rozmowa najwyraźniej nie była
przyjemna. Widział to po sposobie, w jaki trzymała komórkę. Czyżby
jakieś problemy w raju? Tak szybko?
Od razu poprawił mu się nastrój. Poczuł, że jest głodny. W lodówce miał
trochę dobrych rzeczy, gotowych do odgrzania.
Był smakoszem: należał do ludzi, którym nie jest obojętne, co jedzą i co
piją, którzy cenią sobie jakość życia: doceniają porządny wygląd,
właściwe zachowanie, poprawny język. Dlatego tak źle się czuł w tym
okropnym mieszkaniu: trzy pokoje na najwyższym piętrze kamienicy w dawnej robotniczej dzielnicy. Bez żadnego smaku, bez ambicji.
Otworzył hakiem lodówkę, chwycił ręką, swoją jedyną ręką, filet z soli i włożył do mikrofalówki. Postanowił zjeść lekki lunch, wieczorem czekała
go służbowa kolacja w kancelarii rządu.
Z pracy był zadowolony. Zadanie, które mu zlecono, było ambitne, wręcz
prestiżowe. Jemu, było nie było urzędnikowi, powierzono kierowanie dużym
projektem, co oznaczało, że miał współpracować z odpowiednią komisją
parlamentarną. Najwyraźniej zasłużył na to wyróżnienie.
Badał kwestię anonimowości w internecie, to znaczy formalnie stał za tym
jeden ze starszych ministrów, ale cała praca spadała na niego. To on
miał zdecydować, w jakich przypadkach można naruszyć prawo do
prywatności w imię ochrony przed przestępstwem. Społeczeństwo
potrzebowało lepszych narzędzi, takich, które pozwoliłyby skuteczniej
szukać osób znieważających innych w sieci. Pytanie brzmiało: kto miałby
szukać adresów IP i w jaki sposób. Policja, prokurator? Czy może
decydować ma sąd? Jak należy współpracować z władzami innych państw i co
w przypadku kiedy serwer znajduje się za granicą? Niestety technika i przestępczość rozwijały się szybciej niż policja i władze, nie mówiąc
już o ustawodawstwie.
Dyrektywy do projektu opracował sekretarz ministra, Halenius, wspólnie z ministrem i szefem działu prawnego. Wiele zagadnień nadal pozostawało
otwartych. Niekiedy rząd przeprowadzał badania jedynie po to, żeby
udowodnić słuszność decyzji, które właściwie już podjął. W tym przypadku
jednak tak nie było. Decyzje należały do niego. Sam zarządzał swoim
czasem, przychodził i wychodził, kiedy mu było wygodnie. Prace prawie
zakończono, właściwie mógł przedstawić rezultaty na najbliższym
posiedzeniu rządu, a potem przesłać je do odpowiednich komisji.
W pewnym sensie reprezentował rząd, jego decyzje mogły mieć wpływ na
przyszłość.
Mikrofalówka zabrzęczała. Sola była gotowa, ale postanowił, że jeszcze
chwilę zaczeka. Podszedł do komputera, zalogował się przez adres IP,
który był nie do wyśledzenia, i wszedł na forum dyskusyjne, na którym
kiedyś stworzył swoją alternatywną tożsamość. Występował na nim jako
Gregorius. Przyjął imię antybohatera powieści Hjalmara Söderberga
Doktor Glas, zdradzonego przez żonę, zamordowanego przez swojego
lekarza.
Kiedyś coś tam napisał, głównie po to, żeby zobaczyć, jak ludzie
zareagują. O szefie Anniki, tym pretensjonalnym gburze. Nadal znajdował
nowe komentarze. Z ciekawością śledził rozwój dyskusji.
Teraz musiał jednak chwilę szukać, zanim znalazł wpis. Był na dole
strony, ale nadal tam był.
Gregorius:
Schymana powinno się wydymać! Wsadzić mu kij bejsbolowy w tyłek. Zamiast
odbytu będzie miał krwawy pierścień!
Czytał i czuł, jak zalewa go fala ciepła. Tętno mu przyspieszyło, nad
górną wargą pokazały się kropelki potu. Od czasu kiedy wszedł na tę
stronę ostatni raz, nie doszły żadne nowe komentarze. Był trochę
zawiedziony. Przeleciał wzrokiem te wcześniejsze, przeczytał pierwszy:
hahaha, way to go man! U butfuck him real good. Ton i styl
charakterystyczny dla większości pozostałych. Musiał przyznać, że poziom
dyskusji nie był wysoki. Paru jej uczestników nawet protestowało
przeciwko takiemu językowi. Wyzywali go od wulgarnych idiotów i bezmózgowców, co w tej sytuacji uznał za paradoks.
Nie mógł powiedzieć, żeby był dumny z tego, co napisał, ale przecież
każdemu zdarza się pobłądzić.
Poza tym w kontekście jego ostatniego projektu śledzenie dyskusji na
forum było ciekawe i wiele mu dawało. Demokracja oznacza, że trzeba się
godzić z różnymi nieprzyjemnościami. Wolter mówił: Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale jestem gotów umrzeć za to, żebyś miał prawo je
głosić. No może niedokładnie tak, ale wydźwięk jego listu do le Riche'a z szóstego lutego tysiąc siedemset siedemdziesiątego roku był właśnie
taki.
Znów spojrzał na swój wpis:
Schymana powinno się wydymać!
Napisał to, słowa padły, zostały skomentowane, potwierdzone.
Odetchnął głęboko i zamknął stronę. Był spokojny, nawet ręka z hakiem
przestała go swędzić. Co go obchodzi Annika! Niech sobie stoi na ulicy z tą swoją okropną torbą i rozmawia przez komórkę.
Teraz już naprawdę zgłodniał, a filety z soli były w sam raz.
Był podziwiany, szanowany, budził strach.
Był kimś.
ANNIKA ZGŁOSIŁA SIĘ w recepcji prokuratury w City. Wskazano jej
niewielką salkę i poproszono, żeby chwilę zaczekała. Poczuła się jak w poczekalni u lekarza: pachniało środkami czystości i oczekiwaniem. Była
sama i była za to wdzięczna.
Postępowanie przygotowawcze w sprawie śmierci Josefin prowadził
prokurator generalny Kjell Lindström. Zdążył już przejść na emeryturę.
Sprawa trafiła do Sanny Andersson, prokuratora pomocniczego.
Annika dyskretnie sięgnęła po kamerę i przez chwilę filmowała wnętrze
niewielkiej salki. Przyda się jako tło do późniejszych wypowiedzi.
Schowała kamerę, sięgnęła po pismo "Wiedza Ilustrowana" sprzed dwóch lat
i zaczęła je przeglądać. Znalazła artykuł o tym, jak przed mniej więcej
stu pięćdziesięcioma milionami lat ryby wskoczyły na ląd, z czasem
wykształciły odnóża i stały się gadami, potem ssakami i w końcu ludźmi.
Zaczęła czytać.
- Annika Bengtzon? Pani prokurator może już panią przyjąć.
Annika odłożyła pismo, wzięła torbę i ruszyła wąskim korytarzem za
kobietą, która po nią przyszła. Po chwili znalazła się w ciasnym
gabinecie. Pani prokurator wyglądała mniej więcej na trzydzieści lat,
podała jej rękę.
- Dzień dobry - przywitała ją dość wysokim głosem. - Przepraszam, że
musiała pani czekać. Za trzy kwadranse mam sprawę w sądzie. Interesuje
panią sprawa Liljeberg, tak?
Annika usiadła na krześle i zaczekała, aż pani prokurator obejdzie
biurko i usiądzie naprzeciwko niej.
- Poprosiłam o udostępnienie akt z dochodzenia wstępnego. Ofiara została
znaleziona w Kronobergsparken na Kungsholmen dwudziestego ósmego lipca
rano, piętnaście lat temu...
- Wszystko się zgadza - stwierdziła Sanna Andersson i sięgnęła do
szuflady po teczkę z dokumentami. - Rok temu nastąpił przełom w sprawie.
Pewien mężczyzna przyznał się do tego morderstwa.
Annika pokiwała głową.
- Gustaf Holmerud - powiedziała. - Seryjny morderca. Wziął na siebie
także inne niewyjaśnione morderstwa.
Pani prokurator spojrzała na nią i wróciła do przeglądania akt.
- Prawdę mówiąc, przyznał się praktycznie do wszystkich niewyjaśnionych
morderstw, których ofiarami były kobiety. Zanim ktoś pociągnął za
hamulec, skazano go za pięć. Wiem, że prokurator generalny przygląda się
teraz tym wyrokom. Może wystąpi o wznowienie postępowania. O, tutaj mamy
sprawę, która panią interesuje. - Pani prokurator przeciągnęła dłonią po
teczce z aktami. - Josefin Liljeberg. Zgon w wyniku uduszenia. Wczoraj
wieczorem przejrzałam te dokumenty. Sprawa wygląda na dość prostą. -
Przewróciła kartkę i zaczęła studiować spis treści. - Poprosiła pani o wszystkie akta...
- Śledziłam wtedy tę sprawę...
Pani prokurator pochyliła się nad dokumentami.
- Jest tu kilka ciekawych rzeczy. Wymienia się znany klub porno,
przesłuchano też jednego z ministrów... To dlatego ta sprawa tak panią
interesuje? - spytała, patrząc na Annikę wzrokiem bez wyrazu.
Annika otworzyła usta, ale nie potrafiła odpowiedzieć.
Nie, nie dlatego. Josefin stała się kimś bardzo mi bliskim, stała się
mną, a ja stałam się nią. Zatrudniłam się w klubie porno, w którym
pracowała, chodziłam w jej bikini, miałam na sobie jej majtki.
- O ile zdążyłam się zorientować, według policji sprawa została
zamknięta - powiedziała głośno. - Zamordował ją jej chłopak, Joachim.
Nie został oskarżony, ponieważ sześć osób dało mu alibi.
Pani prokurator zamknęła teczkę z aktami.
- Ma pani rację. Przemoc wobec osób, z którymi pozostajemy w bliskich
relacjach, powinna zostać uznana za problem społeczny - stwierdziła.
Zerknęła na wyświetlacz komórki.
- Mogę panią zacytować? - spytała Annika.
Sanna Andersson uśmiechnęła się.
- Oczywiście - powiedziała, wstając. - Postanowiłam udostępnić pani
nazwiska tych sześciu świadków, którzy dali jej chłopakowi alibi.
Annika też zaczęła się podnosić. Była wyraźnie zdziwiona jej
stanowczością i skutecznością.
- Kłamali - stwierdziła pani prokurator. - Powinno się to uznać za
chronienie przestępcy. Niestety sprawa zdążyła się przedawnić. Nawet
jeśli zmienią zdanie, pod względem prawnym nic nie ryzykują. Może zechcą
w końcu rozmawiać, jeśli nie z nami, to może właśnie z panią.
Podała Annice dokumenty i sięgnęła po brązową teczkę. Wyglądała na
bardzo ciężką.
- Mogę zacytować także to, co pani powiedziała o prokuratorze
generalnym? Że rozważa wznowienie dochodzeń w sprawie morderstw, do
których przyznał się Gustaf Holmerud?
Sanna Andersson się roześmiała.
- Doceniam to, że pani spróbowała, a teraz przepraszam, ale muszę już
iść.
Annika wstała i szybkim krokiem ruszyła za nią.
A jednak sprawa Josefin nie trafiła na sam koniec listy, pomyślała.
TAK ZWANA MAŁA BEZPIECZNA SALA sztokholmskiego sądu znajdowała się na
ostatnim piętrze miejskiego ratusza. Chodziło o to, żeby maksymalnie
utrudnić ewentualną próbę ucieczki albo odbicia więźniów. Nina Hoffman
dotarła na miejsce zdyszana. Pokonała labirynt korytarzy i w końcu
stanęła przed otwartymi drzwiami.
Zerknęła do środka.
Zainteresowanie prasy było ogromne, na miejscu byli przedstawiciele
większości mediów. Zauważyła Berit Hamrin, reporterkę "Kvällspressen".
Stała w kolejce do kontroli bezpieczeństwa.
Nina pokazała legitymację i została wpuszczona. Niewielka salka służąca
za poczekalnię była mała i duszna. Prokurator i jego asystent byli już
na miejscu.
- Gotowa? - spytał Svante Crispinsson, witając się z nią serdecznie. -
Adwokat nie będzie cię oszczędzał, ale nie bierz tego do siebie.
Skinęła głową. Była na to przygotowana.
- Pamiętaj, że musisz zachować spokój.
Svante Crispinsson należał do najbardziej kontrowersyjnych prawników
północnego okręgu Sztokholmu. Nina już nie raz miała okazję się o tym
przekonać. Zdarzało się, że miał bałagan w papierach, ale na sali
sądowej był odważny i dociekliwy i nie unikał problemów.
- Nie możemy pozwolić, żeby przysięgli spali - powiedział prokurator. -
Facet z lewej strony najwyraźniej już się szykuje do drzemki.
Nina nalała sobie kawy i usiadła na krześle przy drzwiach. Crispinsson
pochylił się nad notatkami. Przeglądał je, mamrocząc coś pod nosem. Miał
nieco za luźny garnitur i za długie włosy. Sprawiał wrażenie
roztargnionego, niekiedy wręcz bezradnego, ale przez to też szczerego i sympatycznego.
Nina poprawiła się na krześle i spojrzała na salę.
Ivar Berglund był winny. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości.
Wyglądał skromnie, ale to były tylko pozory. Pod gładką powierzchnią
wyczuwało się coś nieprzyjemnego, jakąś charakterystyczną dla
przestępców oziębłość. Nie dała się zwieść, widywała już podobne
przypadki. Miewała do czynienia z takimi ludźmi.
Wypiła łyk kawy, była gorzka.
Nie lubiła zeznawać w sądzie. To była najbardziej nieprzyjemna część jej
pracy. Czuła się, jakby uczestniczyła w przedstawieniu organizowanym
przez wymiar sprawiedliwości. Jego celem było przekonanie sędziego i ławy przysięgłych o wiarygodności dowodów i doprowadzenie do wyroku
skazującego. Osobiście wolała pracować za kulisami, tropić ślady,
osaczać sprawcę. Powoli, ale systematycznie dochodzić do prawdy.
Głośniki zatrzeszczały, wezwano zainteresowanych, żeby weszli do sali.
Sprawa dotyczyła współudziału w morderstwie. Do sali wkroczyli
prokurator i jego asystent. Nina siedziała bez ruchu, czekała na rozwój
wydarzeń.
Zgodnie z procedurą oskarżony powinien zostać przesłuchany jako
pierwszy, zanim zostaną przesłuchani świadkowie, ale Berglund poprosił,
żeby przesłuchano go na końcu. Było to dość niezwykłe, ale sędzia
przychylił się do jego prośby. Obiecał jednak Crispinssonowi, że jeśli
zajdzie taka potrzeba, pozwoli mu wezwać świadków jeszcze raz. Berglund
musiał wszystko kontrolować. Nina była o tym przekonana. Nie chciał
mówić, zanim nie usłyszy, co mają do powiedzenia inni.
Drzwi zostały otwarte. Nina wstała i weszła, oślepiło ją jasne światło.
Nie rozglądając się na boki, od razu podeszła do miejsca dla świadków.
Czuła na sobie spojrzenia wszystkich: publiczności po drugiej stronie
pancernej szyby, Berglunda, obojętne, chłodne, prowokujące spojrzenie
adwokatki i przyjazne Crispinssona. Uniosła rękę, żeby złożyć przysięgę,
i poczuła, że marynarka ciągnie ją na plecach. Kiedy ostatnio miała ją
na sobie? Pewnie kiedy poprzednio była świadkiem.
Spokojnym głosem wypowiedziała słowa przysięgi. Obiecała mówić prawdę i tylko prawdę, niczego nie zataić, nie dodać ani nie zmienić.
Crispinsson zakasłał i rozpoczął przesłuchanie.
- Nina Hoffman. Czym się pani zajmuje?
Stała wyprostowana, niemal nieruchoma.
- Z wykształcenia jestem policjantką, kryminolożką, specjalizuję się w psychologii zachowań. Obecnie pracuję jako analityczka w Krajowej
Policji Kryminalnej w Sztokholmie.
Protokolant wszystko dokładnie zapisał. Promienie słońca odbijały się w ścianie z pancernego szkła. Jeden z ochroniarzy zajął miejsce w przejściu, tuż przed publicznością. Nina wiedziała, że stojący na
zewnątrz dziennikarze słyszą przez głośnik każde jej słowo.
- Może nam pani opowiedzieć, czym się pani zajmowała ubiegłej wiosny?
Nina uniosła ramiona. Czuła na sobie spojrzenie Berglunda, ostre jak
szpilki.
Zależało jej na tej sprawie. Chciała, żeby Berglund został skazany. Był
niebezpieczny, obojętny do tego stopnia, że nie czuł żadnych ograniczeń.
Widziała to w jego oczach.
- Dowiedzieliśmy się nowych rzeczy, więc wróciliśmy do sprawy sprzed
dwudziestu lat i ponownie przejrzeliśmy materiał dowodowy. Chodzi o zaginięcie Violi Söderland.
Crispinsson ledwie zauważalnie pokiwał głową, jakby ją dyskretnie
zachęcał.
- Co się wydarzyło siedemnastego maja ubiegłego roku, w sobotę?
- W mieszkaniu oskarżonego w Täby pobrano materiały do badania DNA.
Dom na końcu ulicy, przy zawrotce. Parterowy dom z czerwonej cegły, z zamocowanymi na stałe okiennicami, z lat sześćdziesiątych.
Otworzył im, był zdziwiony, ale uprzejmy i chętny do współpracy. Patrzył
na nich, a jego oczy był równie ciemne i ciężkie jak teraz, po blisko
roku spędzonym w areszcie. Przebywał w izolacji dwadzieścia trzy godziny
na dobę, bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Na początku nie
miał dostępu do niczego: żadnej prasy, oglądania telewizji, żadnych
kontaktów z kimkolwiek. Godzinny spacer po dziedzińcu aresztu, w wygrodzonym siatką spacerniaku na dachu. Wiedziała, że nikt go nie
odwiedzał, także kiedy rygor został nieco złagodzony. Kątem oka widziała
jego ręce, położył je na stole. Był spokojny, ale czujny. Jakby był
zrobiony z żelaza, z żelaza wydobywanego z ziemi, na której się urodził.
- Może pani w skrócie przedstawić sprawę Violi Söderland? - poprosił
Crispinsson.
- Czy to naprawdę konieczne? - zapytała Martha Genzélius, adwokatka
Berglunda. - Mój klient jest oskarżony o coś zupełnie innego.
- Oskarżenie opiera się na poszlakach. Na całym łańcuchu poszlak.
Dlatego uznaliśmy, że trzeba wszystko wyjaśnić. Inaczej trudno będzie to
zrozumieć.
- Tak czy inaczej, będzie trudno, niezależnie od starań prokuratora.
Sędzia uderzył młotkiem w stół. Adwokatka poprawiła się na krześle,
wyraźnie zniecierpliwiona. Nina uniosła głowę i czekała cierpliwie.
- Sprawa Violi Söderland, proszę - powiedział Crispinsson i kiwnął głową
w stronę Niny.
- Viola Söderland zniknęła ze swojego domu w Djursholm w Sztokholmie w nocy z dwudziestego drugiego na dwudziesty trzeci września, dwadzieścia
jeden lat temu - zaczęła Nina spokojnie i rzeczowo. - Jej ciało nigdy
nie zostało odnalezione. Był świadek, sąsiad, który tamtej nocy
wyprowadzał psa. Widział, jak jakiś mężczyzna wysiada z samochodu przed
jej domem. Zapamiętał nawet numer rejestracyjny, ale właściciel
samochodu miał alibi...
- Kto to był? - wszedł jej w słowo Crispinsson.
- Samochód był zarejestrowany na Ivara Berglunda.
- W domu były ślady walki?
Nina poświęciła wiele godzin na analizowanie zdjęć z miejsca zbrodni:
niewyraźne, grube ziarno, złe światło. Wkrótce potem nastała era
aparatów cyfrowych. Wszystko było wyraźnie, dobrze widoczne, praca stała
się łatwiejsza. Setki razy oglądała podobne zdjęcia, osobiście nie
użyłaby słowa walka. Zastanawiała się, co powiedzieć.
- Na podłodze w holu znaleziono rozbitą wazę i kilka włosów, które nie
należały ani do Violi Söderland, ani do jej dzieci. To wszystko, co
wtedy można było stwierdzić. Badania DNA były wówczas całkowitą
nowością.
- Rozumiem, że dzisiaj mamy inne możliwości?
Nina zaczęła się zastanawiać, jak dawniej rozwiązywano takie sprawy. Czy
to w ogóle było możliwe?
- Dzisiaj, jeśli się dysponuje włosem, można zbadać tak zwane DNA
mitochondrialne. Nie jest to pełne badanie DNA, ale bardzo wiarygodne.
- Mając do dyspozycji nowe metody, policja zwróciła się do właściciela
samochodu z prośbą o materiał genetyczny, próbkę śliny, tak? I jaki był
wynik?
- Wszystko się idealnie zgadzało.
Nina nie mogła się powstrzymać, musiała spojrzeć na Ivara Berglunda. Nie
ona jedna. Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę. A on nawet nie
drgnął. Ręce nadal miał złożone na stole, podniósł wzrok, ich spojrzenia
się skrzyżowały. Oczy miał małe i ciemne, szukała w nich jakiejś głębi,
ale nie znalazła.
- Wezwaliście go na ponowne przesłuchanie?
- Ja i jeden z moich kolegów przesłuchaliśmy go w jego domu w Täby.
- Co wam powiedział?
Jakby ciążyło mu własne ciało, grzeczny, zdziwiony, ale gładkość
skrywała otchłań i demony. Widziała to.
- Obstawał przy swoim alibi. Podobno tamtego wieczoru miał wykład w Domu
Ludowym w Sandviken.
- Można to potwierdzić?
- Na sali było kilkudziesięciu słuchaczy, ale nikt nie jest w stanie
stwierdzić, o której dokładnie Viola Söderland zniknęła...
- Czy tamtego wieczoru mógł być w obu miejscach?
- Odległość między Sztokholmem a Sandviken wynosi sto dziewięćdziesiąt
jeden kilometrów, więc teoretycznie jest to możliwe. Tak więc... tak,
tamtej nocy mógł być w obu tych miejscach.
Adwokatka Berglunda wyglądała na rozbawioną. Nachyliła się do niego i coś powiedziała. Nina zagryzła wargi, wiedziała, że próbuje ją
sprowokować.
- Ale Ivar Berglund nie jest zamieszany w zniknięcie Violi Söderland,
jest oskarżony w innej sprawie - stwierdził prokurator.
Nina sięgnęła po stojącą przed nią szklankę wody. Wypiła łyk. Woda była
ciepła, smakowała ziemią.
- Może pani opisać, na czym polegała przeprowadzona przez was analiza?
- Porównaliśmy DNA Ivara Berglunda i DNA osób zamieszanych we wszystkie
niezamknięte sprawy prowadzone dzisiaj w Szwecji.
- I do czego doszliście?
- Otrzymaliśmy kolejny pozytywny wynik.
- O jaką sprawę chodziło?
- O morderstwo Karla Gustafa Everta Ekblada. W ubiegłym roku w Nacce.
Przez salę jakby przeszedł powiew wiatru. Publiczność za pancerną szybą
była wyraźnie poruszona, widać było gestykulujące ręce, coś mówiące
usta, pióra w pośpiechu zapisujące coś na papierze. Fakty były dobrze
znane, ale do tej pory były to jedynie słowa na papierze. I nagle ożyły.
Człowiek okazał się potworem.
Prokurator spojrzał w papiery.
- Koordynowała pani wtedy dochodzenie. Może pani podać jakieś szczegóły
śledztwa?
To był pierwszy tydzień jej pracy w Krajowej Policji Kryminalnej. Nawet
nie zdążyła skończyć kursu wprowadzającego, rzeczywistość stanęła jej na
przeszkodzie.
- Karl Gustaf Ekblad, znany jako Kaggen, przesiadywał na ławkach w centrum handlowym w Orminge. W maju ubiegłego roku zmarł w wyniku
tortur, którym go poddano.
- Tortur?
Nina podniosła wysoko głowę, spojrzała na Ivara Berglunda. Nie bała się
go, wiedziała, kim jest.
- Znaleziono go wiszącego na drzewie, z nogami przełożonymi przez gałąź.
Był nagi, posmarowany miodem, wisiał tuż nad mrowiskiem. Ręce w nadgarstkach i nogi w kostkach miał skrępowane taśmą klejącą. Miał
zdarte paznokcie, zmiażdżony nos i uszkodzony odbyt. Zmarł w wyniku
braku tlenu, został uduszony foliową torbą.
Ivar Berglund odchylił się na krześle, jakby chciał się odsunąć od
oskarżeń. Wyszeptał coś do adwokatki, a ona tylko skinęła głową.
Oskarżyciel pokazał sędziemu jakiś dokument.
- Załącznik numer pięćdziesiąt trzy B do badania przeprowadzonego przez
lekarza sądowego. Badanie dotyczyło Karla Gustafa Everta Ekblada.
Sędzia coś zapisał, Crispinsson znów zwrócił się do Niny:
- Była pani na miejscu zbrodni?
Sosna w skalnej szczelinie, mocny pień i niewielka korona. Najniższe
gałęzie grube jak udo mężczyzny, uschnięte, suche, srebrzysto gładkie.
- Tak, byłam.
- Kiedy ofiara nadal tam... wisiała?
Białe światło reflektorów w deszczu, policjanci poruszający się niczym
cienie.
- Tak.
- Co pani pomyślała?
- Że miejsce zbrodni zostało wybrane bardzo starannie. Z dala od
zabudowań, nikt nie mógł nic słyszeć.
- A o ofierze?
Nina znów spojrzała na Berglunda. Widziała, że na nią patrzy, jakby się
starał ocenić, co wie.
- Mężczyzna był torturowany. To dobrze znana metoda, nazywana La Barra
albo żerdź papugi. Niezwykle bolesna, powoduje zatrzymanie krążenia w nogach. Jeśli ofiara przeżyje, często wdaje się gangrena i kończy się
amputacją. Smarowanie ofiary miodem i wieszanie nad mrowiskiem to metoda
często stosowana w Afryce, szczególnie w Angoli.
- Gdzie na miejscu zbrodni znaleziono DNA sprawcy?
Nina spojrzała na Crispinssona.
- Na paznokciu palca wskazującego lewej ręki ofiary. Na jego wewnętrznej
stronie znaleziono kawałek skóry. DNA zgadzało się z DNA Ivara
Berglunda.
- Potwierdzono to?
- Taką informację otrzymaliśmy z państwowego laboratorium
kryminalistycznego - powiedziała zdecydowanym, mocnym głosem, jakby w ten sposób chciała pokryć ewentualne braki.
Prokurator znów zaczął przeglądać papiery. Powietrze było nieruchome.
Nina rzuciła okiem na ławę przysięgłych: wszyscy siedzieli wyprostowani,
nikt nie przysypiał, nawet facet siedzący najdalej z lewej.
- Gdzie mieszkała ofiara, czyli Karl Gustaf Ekblad? - spytał
Crispinsson.
Ciemnobrązowe drewniane panele, wymagające odświeżenia. Krzywo
umocowana skrzynka na listy. Duże okna i białoszare firanki.
- Wynajmował pokój w domku w Orminge, ale na stałe był zameldowany w Marbelli, w południowej Hiszpanii.
- Jaki był następny krok w śledztwie?
- Z powodu międzynarodowych powiązań ofiary podjęliśmy współpracę z hiszpańską policją, formalnie, przez Europol, a dzięki moim prywatnym
kontaktom bezpośrednio z hiszpańską policją krajową.
- Mówi pani po hiszpańsku?
- Dorastałam na Wyspach Kanaryjskich.
Prokurator uśmiechnął się do niej, zerknął na sędziego i zebrał papiery.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań.
Nina spojrzała na Marthę Genzélius, adwokatkę Ivara Berglunda, elegancką
kobietę w wieku czterdziestu paru lat. Miała na sobie drogi kostium i szpilki. Jasne włosy do ramion, proste i błyszczące. Uosabiała szwedzką
kobietę sukcesu, która wygląda tak samo niezależnie od tego, czy jest
właścicielką butiku, dyrektorką banku, projektantką mody, czy prowadzi
program w telewizji. Siedziała i przeglądała papiery, wodząc akrylowymi
paznokciami po protokole z przesłuchań.
Podniosła głowę i spojrzała na Ninę. Twarz bez uśmiechu.
- Pani Hoffman, dlaczego odeszła pani z policji?
Nie trać zimnej krwi.
- Nie odeszłam z policji.
Martha Genzélius uniosła swoje wypielęgnowane brwi i przesadnie powoli
wzięła do ręki kartkę.
- Przed chwilą powiedziała pani, że pracuje jako analityk operacyjny.
Nina starała się, żeby jej głos zabrzmiał jak najłagodniej:
- Jestem z wykształcenia policjantką, pracuję w policji, więc mam
wszelkie policyjne uprawnienia. A to znaczy, że mam też prawo zatrzymać
podejrzanego, przesłuchać go, a także zastosować wobec niego siłę, jeśli
to konieczne.
Adwokatka przyglądała się jej cierpliwie.
- Więc spytam inaczej: dlaczego zrezygnowała pani z pracy w rejonie
policyjnym Södermalm?
- Wniosłam o zwolnienie ze służby na czas studiów. Studiowałam
kryminologię na Uniwersytecie Sztokholmskim.
Crispinsson pochylił się nad stołem, włosy poleciały mu do przodu.
- Co to ma wspólnego ze sprawą? - wtrącił.
Adwokatka zanotowała coś pospiesznie na leżącej przed nią kartce.
- Lubiła pani swoją pracę? Na Södermalmie?
Nina musiała się bardzo starać, żeby zachować spokój. Zastanawiała się,
czy adwokatka naprawdę wierzy, że tak łatwo zapędzi ją w pułapkę.
- Do czego pani zmierza? - zapytał sędzia.
Martha Genzélius uderzyła piórem w swój polakierowany paznokieć.
- To się okaże w trakcie przesłuchania - powiedziała.
Nina po raz kolejny musiała się bardzo postarać, żeby nie okazać
poirytowania. Odpowiedź adwokatki miała wytrącić sędziego z równowagi i zasiać w nim niepokój.
- Proszę zadać świadkowi pytanie albo idziemy dalej - powiedział sędzia.
Adwokatka znów zwróciła się do Niny:
- Dlaczego po dwudziestu latach postanowiła pani wrócić do sprawy Violi
Söderland?
- Jej zaginięcie nigdy nie zostało wyjaśnione. Pojawiły się nowe
informacje, więc postanowiono ponownie przyjrzeć się dowodom.
- Informacje przedstawione przez reporterkę "Kvällspressen"?
- Zgadza się.
Nina widziała za pancerną szybą mnóstwo dziennikarzy. Widziała ich
twarze, surowe i poważne. Razem nieśli sztandar wolności słowa, ale
dobrze wiedzieli, co to zazdrość. Wiedziała, że niektórzy nadają z sądu
na żywo, że jej słowa natychmiast są powtarzane, komentowane, czasem
zniekształcane. Nie miała na to wpływu: jej słowa żyły własnym życiem.
- Dlaczego ta sprawa wraca właśnie teraz? - nie ustępowała Martha
Genzélius.
- Otrzymaliśmy nowe informacje i dochodzenie zostało wznowione -
powiedziała Nina.
- O ile wiem, to te tak zwane nowe informacje pochodzą z mediów.
Spokojnie, powtarzała sobie Nina. Spokojnie.
- To prawda.
- Uważa pani, że policja powinna pozwalać, żeby sterował nią tabloid?
Pytanie padło nagle. Crispinsson wstał.
- To jest znęcanie się nad świadkiem!
Nina uniosła brodę i spojrzała na niego, jakby chciała mu dać do
zrozumienia, że pytanie jest w porządku, potem odwróciła się do
adwokatki i przygwoździła ją spojrzeniem.
- Informacje od społeczeństwa, także od mediów, często przyczyniają się
do wyjaśnienia skomplikowanych spraw.
Mówiła łagodnym tonem: jak profesjonalistka grzecznie objaśniająca
laikowi, na czym polega praca policji.
Adwokatka uśmiechnęła się triumfująco, jakby właśnie odniosła wielki
sukces, po czym sięgnęła po kolejną kartkę.
- Twierdzi pani, że DNA mojego klienta znaleziono w Orminge, tam, gdzie
w zeszłym roku popełniono zbrodnię.
- Tak twierdzi państwowe laboratorium kryminalistyczne.
- Czy rzeczywiście? - spytała głośno adwokatka.
Nina zaczerpnęła powietrza. Wiedziała, że to rozstrzygające pytanie.
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, i nagle usłyszała słowa adwokatki:
- Proszę pamiętać, że zeznaje pani pod przysięgą!
Poczuła złość, jakby ktoś ją uderzył w przeponę. Adwokatka bardzo
umiejętnie wykorzystywała wszelkie psychologiczne sztuczki: przerywała,
zadawała pytania raz szybciej, raz wolniej, była świadomie bezczelna i przerażająco skuteczna. To pytanie zachowała na koniec, to był główny
punkt jej obrony: bo analiza DNA wykazała, że próbki nie są idealnie
zgodne.
Nina starała się zachować kamienną twarz, nie mrugać, udawać
nieporuszoną.
- Próbki były niemal idealnie zgodne, pewnie zaledwie kilku ludzi na
świecie mogłoby być sprawcami.
Adwokatka rozłożyła ręce.
- Bardzo dziękuję. Kilku ludzi! Szukaliście ich?
- To skandal! - krzyknął Crispinsson. - Czyżby pani mecenas
kwestionowała prawdomówność świadka? Mamy założyć, że Policja Krajowa
była stronnicza?
Sędzia uderzył młotkiem w stół.
- Dosyć tego! Proszę pozwolić obrońcy prowadzić przesłuchanie.
Nina opuściła ramiona. Spodziewała się, że adwokatka właśnie w ten
sposób będzie chciała prowadzić przesłuchanie, więc nie czuła się
zaskoczona, ale i tak była wdzięczna Crispinssonowi.
Adwokatka zadała kolejne pytanie:
- Co robiła policja, kiedy mój klient siedział w areszcie?
Najwyraźniej znała odpowiedź na to pytanie, ale zależało jej na
bezustannym prowokowaniu świadka.
Dział, w którym Nina pracowała, przeanalizował niemal całą historię
szwedzkiej kryminalistyki. Ona sama rozmawiała z władzami policji z całej Europy, we wszelkich możliwych językach, przekonywała, prosiła,
nalegała: szukajcie, sprawdzajcie, porównujcie!
- Zamordowany mężczyzna był z pochodzenia Finem, dorastał w Szwecji, ale
niedługo przed śmiercią został obywatelem Hiszpanii - tłumaczyła Nina
spokojnie. - Potrzebowaliśmy pomocy kolegów z Hiszpanii, a także władz
policyjnych innych krajów.
- Innych krajów? Czyli jakich?
- Najpierw skontaktowaliśmy się z policją hiszpańską, następnie z Europolem - odpowiedziała Nina spokojnie. - Wtedy okazało się, że wiele
dotąd niewyjaśnionych zabójstw w innych krajach wykazuje podobieństwa z zabójstwem z Orminge. Dlatego w ciągu ostatniego roku DNA Ivara
Berglunda porównywano z próbkami pobranymi w innych krajach, w Skandynawii, ale też w ogóle w Europie. To dlatego Ivar Berglund
przebywał w areszcie tak długo. Dochodzenie było zakrojone na szeroką
skalę i cały czas przynosiło coś nowego.
- Jaki był jego rezultat?
- Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, ponieważ badania nadal
trwają.
- Czyli nie macie ani jednej próbki z DNA identycznym z DNA oskarżonego?
Nina nie pozwoliła, żeby ktokolwiek zauważył, jak bardzo jest
zawiedziona. Bo przecież nie było żadnych próbek, które można byłoby
porównać. Wszystkie miejsca zbrodni zostały idealnie wyczyszczone.
- W chwili obecnej nie.
- Jedyne, co macie, to rzekoma próbka DNA z Orminge, tak?
A więc wracamy do twardych faktów. Dobrze, pomyślała Nina.
- Skóra spod paznokcia ofiary.
- Znaleziona gdzie?
Nina spojrzała na adwokatkę. Może chciała ją wyprowadzić z równowagi?
- Ofierze zdarto paznokcie, jeszcze za życia. Próbowała się bronić i udało jej się podrapać sprawcę. Potem straciła paznokieć.
Adwokatka sprawiała wrażenie nieporuszonej.
- Ten tak zwany dowód znaleziono w mrowisku, mam rację?
- Karl Gustaf Ekblad był nagi, wysmarowany miodem. Kiedy go znaleziono,
sam zdążył się już zamienić w mrowisko.
Celowo użyła imienia i nazwiska ofiary, chciała, żeby przysięgli mieli
przed oczami człowieka. Próbowała się odwoływać do ich empatii, sprawić,
żeby się identyfikowali z ofiarą, ale nie była pewna, czy jej się udało.
Adwokatka notowała szybko, po chwili podniosła głowę.
- Proszę mi powiedzieć, co tak naprawdę jest w mrowisku. Poza mrówkami
oczywiście - dodała. - Pleśń, grzyby, kwas mrówkowy? Macie pewność, że
znalezione tam mikroskopijne ilości skóry nie były zanieczyszczone?
Crispinsson podniósł rękę.
- Świadek nie jest technikiem kryminalistyki.
Adwokatka spojrzała na niego zdziwiona.
- Pan prokurator sam wezwał panią Hoffman na świadka. Czyżby odmawiał mi
prawa do jej przesłuchania?
Sędzia skinął głową.
- Proszę kontynuować.
- No tak, nie jest pani technikiem kryminalistyki - powtórzyła
adwokatka, patrząc na Ninę z politowaniem. - Pani zadaniem jest
analizowanie materiałów i pisanie raportów, prawda?
Nina wyprostowała się jeszcze bardziej. Pomyślała, że nie może pozwolić,
żeby adwokatka pomniejszała jej rolę, ale kiedy sięgnęła po kolejne
dokumenty i zaczęła je przeglądać, poczuła ciarki na plecach.
- Wróćmy na chwilę do zaginięcia Violi Söderland - odezwała się w końcu
adwokatka. - Czy świadek, mężczyzna wyprowadzający psa, który
dwadzieścia jeden lat temu, dwudziestego trzeciego września, zapisał
numer samochodu parkującego pod domem zaginionej, potrafił podać, o której godzinie to było?
- Około północy.
- Właśnie! Czy dwadzieścia jeden lat po fakcie możemy ufać jego pamięci?
- Tego świadek nie może wiedzieć - zaprotestował Crispinsson.
- Proszę nie przerywać - upomniał go sędzia.
Nina milczała, adwokatka przekrzywiła głowę.
- Odczyt w Sandviken trwał do godziny dziesiątej. Potem mój klient
został jeszcze chwilę, żeby razem z organizatorami sprzątnąć lokal.
Wypił też filiżankę kawy, a przed wyjazdem zatankował paliwo. Wie pani o tym?
- Tak.
- To znaczy, że drogę z Sandviken do Sztokholmu musiałby pokonać w czasie krótszym niż czterdzieści pięć minut, co z kolei znaczyłoby, że
musiałby jechać ze średnią prędkością dwieście pięćdziesiąt kilometrów
na godzinę.
Nina chciała coś powiedzieć, ale adwokatka nie dopuściła jej do głosu.
Odwróciła się i zaczęła mówić do sędziego.
- Pragnę przypomnieć, że w tamtych latach nie było jeszcze autostrady
między Gävle a Uppsalą. Przez oba miasta prowadziła trasa E4, na której
obowiązywały ograniczenia prędkości do siedemdziesięciu i pięćdziesięciu
kilometrów na godzinę. - Odwróciła się z powrotem do Niny. - Uważa pani,
że można było pokonać taką odległość w tak krótkim czasie?
Nina wiedziała, że odpowiedź jest tylko jedna.
- Nie - powiedziała.
Adwokatka patrzyła na nią dłuższą chwilę w milczeniu, potem odłożyła
teczkę z dokumentami na biurko.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań.
Grzecznie i elegancko. Niech ją szlag.
Na sali zapadła cisza. Po chwili sędzia zwrócił się do Niny: spytał, czy
w związku z koniecznością stawienia się w sądzie poniosła jakieś koszty.
Odpowiedziała, że nie, wstała i opuściła salę.
Miała wrażenie, że idzie przez tunel. Kierowała się w stronę drzwi
prowadzących do pokoju bez okien, niewielkiej poczekalni dla świadków
oskarżenia. Czuła się bezradna i w jakiś dziwny sposób zaniepokojona.
ZBLIŻAJĄCA SIĘ FALA UPAŁÓW sprawiła, że w redakcji włączono
klimatyzację. Nagle temperatura spadła poniżej zera, najwyraźniej
termostat był niesprawny. Annika włożyła kurtkę, żeby się nie nabawić
zapalenia płuc.
Włączyła komputer i zaczęła przeglądać pliki z zeznaniami świadków. Mimo
zimna czuła, że klawisze parzą jej palce. To właśnie kłamstwa świadków
doprowadziły do tego, że Josefin nawet po śmierci nie doczekała się
sprawiedliwości. Niektóre nazwiska znała, ale nie wszystkie. Ludwig
Emmanuel Eriksson to zapewne Ludde, który stał w barze, a Robin Oscar
Bertelsson to Robin, odpowiedzialny za bezpieczeństwo w klubie. Odszedł
stamtąd zaraz po śmierci Josefin. Annika nigdy go nie spotkała, ale
Joachim często go wspominał. Od początku podejrzewała, że był jednym ze
świadków. Teraz miała już pewność.
Ludwiga Emmnuela Erikssona zapamiętała jako cichego, wiecznie
naburmuszonego chłopaka. Miał rzadkie jasne włosy, jasne oczy i zawsze
bez cienia skrępowania gapił się na jej piersi. Wpisała jego imię i nazwisko w Google i natychmiast go znalazła.
Kampania funduszu na rzecz chorych na raka: przekaż darowiznę, zrób
przelew, zapłać kartą przez internet.
Było też zdjęcie: poważna twarz człowieka naznaczonego chorobą, krótko
ostrzyżone włosy, zmęczone oczy. Zdążył skończyć trzydzieści dwa lata.
Smutne.
Berit postawiła na biurku torbę z laptopem.
- Dlaczego tu tak zimno?
Annika oderwała wzrok od zdjęcia zmarłego i wskazała na stojący w kącie
klimatyzator.
- Nina powiedziała coś ważnego?
- Owszem. W kilku krajach były podobne przypadki, porównano śledztwa.
- Powiedziała to, zeznając jako świadek? Świetnie. Myślisz, że drań
zostanie skazany? - Berit usiadła na krześle. - Cała sprawa opiera się
na próbkach DNA - powiedziała zamyślona. - To może nie wystarczyć.
- Berglund nie miał nic wspólnego z innymi zabójstwami.
- Co do tego są pewne wątpliwości.
- Powiedział coś? - spytał Patrik. Nagle objawił się tuż przy nich.
- Kroił wątroby ofiar i smażył je na patelni z cebulką, przyprawiał
kaparami i czosnkiem i zjadał - wyrecytowała Annika.
Patrik był wyraźnie zły, odnotowała to z zadowoleniem.
- Ale jest coś nowego - powiedziała Berit. - Policja Krajowa i Europol
porównali wyniki śledztw prowadzonych w kilku krajach. Dlatego to
wszystko tyle trwało.
Na policzkach Patrika pojawiły się czerwone plamy.
- PODEJRZANY O SERYJNE MORDERSTWA W CAŁEJ EUROPIE - powiedział, jakby
cytował gotowy już nagłówek.
- Na razie nie ma jeszcze jednoznacznych wyników.
- To sprawa czysto techniczna - rzucił Patrik. Już był w drodze do
działu wiadomości.
- Dostałaś coś od pani prokurator? - spytała Berit.
Annika podała jej listę świadków i w tym samym momencie usłyszała, że
ktoś do niej dzwoni z wewnętrznego telefonu.
- Możesz do mnie zajrzeć? - usłyszała głos naczelnego.
- Teraz? W tym momencie?
- Jeśli możesz.
W słuchawce rozległy się trzaski, połączenie zostało przerwane.
- Świetnie - powiedziała Berit, oddając jej listę. - Może któryś z nich
zacznie mówić.
Annika się podniosła i ruszyła w stronę szklanej klatki szefa. Widziała,
że na nią patrzy, więc weszła bez pukania i zasunęła za sobą drzwi.
Schyman nigdy nie zostawiał ich otwartych.
- Co powiedziała pani prokurator? - spytał zza biurka.
- Dostałam listę świadków. Dlaczego klimatyzacja jest nastawiona na
zero?
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Na biurku piętrzyły się notatki,
wydruki, luźne kartki. Annika miała nadzieję, że jej szef jednak ma nad
tym wszystkim jakąś kontrolę.
- Jakich świadków? Ktoś widział, jak ją mordują?
- Chodzi o tych, którzy dali mordercy alibi. Chciałeś mi coś powiedzieć?
Schyman zaczął targać brodę.
- Usiądź - powiedział po chwili i wskazał krzesło dla gości.
Annika usiadła, krzesło aż się zakołysało. Nie potrafiła powiedzieć co,
ale coś w jego głosie budziło niepokój.
- Jak przewidujesz, ile czasu zajmie ci praca nad tą sprawą?
Odczekała chwilę, krzesło przestało się kołysać.
- Dziewczyna miała na imię Josefin. Marzyła o tym, żeby zostać
dziennikarką. Poza tym lubiła koty. Jeszcze trochę to potrwa, dopiero
zaczęłam.
- Sądzisz, że jest szansa, żeby sprawa mogła wrócić na wokandę? - spytał
Schyman.
Annika przyglądała mu się przez chwilę.
- Jest jakiś pośpiech?
Schyman stał za biurkiem, ręce oparł o blat.
- Chodzi o twojego następcę? Dokonałeś już wyboru? To ten facet z radia?
Schyman wypuścił powietrze, westchnął głośno i odsunął krzesło do tyłu
tak mocno, że uderzyło o regał.
- Nie, nie. To na pewno nie będzie on. A co, masz jakąś propozycję?
- Tak. Berit.
Schyman przeciągnął dłonią po czole.
- Tak, wiem, że byś tego chciała.
- Jestem pewna, że to dobra propozycja.
- Umotywuj ją.
- Jest zdecydowanie najlepszą reporterką "Kvällspressen", o najszerszym
spektrum zainteresowań, wszystko potrafi, niczego się nie boi. Nigdy się
nie denerwuje, ma świetne wyczucie sytuacji, jest lojalna.
Schyman zamrugał oczami.
- Rozumiem, że chciałaś powiedzieć, że jest doświadczona, ma wiedzę,
jest lojalna i spokojna i potrafi właściwie ocenić sytuację.
- Właściwie nie rozumiem, dlaczego jeszcze jej tego nie zaproponowałeś.
- Zaraz ci powiem dlaczego.
- Chętnie się dowiem.
- Berit nie popełnia błędów. Nikt nigdy się na nią nie skarżył
ombudsmanowi. Pisze dobrze, poprawnie po szwedzku, jej artykuły zawsze
są dopracowane i przemyślane.
- Teraz minusy.
- Nie podejmuje ryzyka.
Annika skrzyżowała ręce na piersi.
- Chcesz powiedzieć, że jest tchórzem?
- Gazeta taka jak "Kvällspressen" nie może mieć kapitana, żeby użyć
jednego z twoich ulubionych określeń, który się boi ryzykować. To by nie
zdało egzaminu. Ryzyko jest wpisane w nasz zawód. Czasem trzeba
porządnie zamieszać, a potem chodzi o to, żeby podczas sztormu nie
stracić równowagi...
- Więc skąd ten pośpiech w sprawie Josefin?
- Nie ma żadnego pośpiechu.
Annika przyglądała mu się chwilę w milczeniu. Widać było, że jest
zmęczony, zauważyła zmarszczki wokół ust. Wcześniej ich nie było.
- Mówię ci to nieoficjalnie - powiedział po dłuższej chwili.
- Rozumiem. - Niepokoiła się coraz bardziej.
Schyman podał jej wydruk, protokół z ubiegłotygodniowego zebrania
zarządu.
- Paragraf czwarty - rzucił.
Przeczytała trzy razy.
W związku z rozwojem branży postanawia się zlikwidować papierowe
wydanie "Kvällspressen".
Zlikwidować. Papierowe wydanie.
- Papierowe wydanie ma zostać zlikwidowane - powiedziała nieco
schrypniętym głosem.
Schyman skinął głową.
- Jak najszybciej.
Siedziała nieruchomo na krześle.
- Zanim odejdę, mam to przeprowadzić.
Annika odruchowo spojrzała na redakcję, na ludzi, którzy po drugiej
stronie szklanej ściany tworzyli kolejne wydanie gazety, nieświadomi
tego, co ich za chwilę czeka.
- Ale, co się stanie... z nimi wszystkimi?
- Niestety, wszystkie etaty reporterskie zostaną zlikwidowane.
Patrzyła na niego z otwartymi ustami. Powoli docierało do niej, jaka
będzie skala planowanej operacji. Znikną wszystkie etaty reporterskie,
czyli także jej, Berit, Sjölandera i wszystkich innych. A co z czytelnikami, którzy nie będą już mogli kupić w kiosku swojej gazety z ulubioną krzyżówką, którą codziennie rozwiązywali, popijając
popołudniową kawę? Zniknięcie gazety z rynku będzie oznaczało zmianę
wieloletnich przyzwyczajeń, znikną wszystkie związane z nią zwyczaje.
- Myślałam, że gazeta przynosi zysk!
- Do tej pory sobie radziliśmy. Wydawaliśmy dodatki tematyczne,
dołączaliśmy książki, CD, DVD, ale i tu cyfryzacja daje o sobie znać:
Netfix, Spotify, Bokus. Nie mamy wyboru.
- Chyba nie mówisz serio.
- Wszyscy wcześniej czy później będą musieli podjąć taką decyzję. Jeśli
podejmiemy ją pierwsi, będziemy mieli przewagę.
- A jaka w tym wszystkim ma być twoja rola? Będziesz trzymał siekierę?
- Nie wszyscy będą musieli odejść. Rozbudujemy platformy cyfrowe,
dziennikarstwo nie zniknie tylko dlatego, że zlikwidujemy wydanie
papierowe. Ale tę historię z Josefin chciałbym zobaczyć na papierze...
Annika pomyślała, że się o to postara.
- Ile mam czasu? - spytała nieco sarkastycznie.
- Trzeba renegocjować umowę z dystrybutorem, umowy z drukarniami, to na
pewno trochę potrwa...
Czuła, że zaschło jej w ustach, ale wiedziała, że musi zadać jeszcze
jedno pytanie:
- A co potem? Co ze mną?
- Dla ciebie oczywiście znajdzie się miejsce. Wiesz, że chcę cię mieć
przy sobie.
- Żebym pracowała nad wydaniem internetowym?
- Między innymi.
Poczuła, że ma łzy w oczach. Wstała. Nie chciała, żeby Schyman je
zobaczył.
- W życiu. To już wolę pracować na kasie w markecie.
Schyman westchnął.
- Nic jeszcze nikomu nie mów. Ogłosimy to prawdopodobnie na początku
przyszłego tygodnia.
Pokiwała głową i opuściła szklaną klatkę. Zasunęła za sobą drzwi.
POCHŁONĘŁY JĄ PODZIEMIA. Wagoniki metra unosiły ją w stronę Södermalmu.
Ludzie obok niej chwiali się, obijali się o nią, kołysali na boki.
Zamknęła oczy, żeby nie zacząć płakać.
Schyman pewnie miał rację. "Kvällspressen" będzie pierwsza, ale za nią
pójdą inne tytuły. Znów zamrugała i zaczęła się rozglądać. Zauważyła
kilku starszych panów przeglądających gazety, ale nie było ich wielu.
Zmiany już się zaczęły. Świat bez codziennej gazety? Czy to możliwe?
Odwróciła się i zobaczyła w szybie swoją zmęczoną twarz.
Pomyślała o tym, jak bardzo się zmieni ulica: znikną jaskrawożółte
banery sprzed kiosków i sklepów spożywczych, ale na ich miejsce pewnie
szybko wejdą inne reklamy. Przecież o to w tym chodzi: trzeba zachęcić
potencjalnego klienta, żeby wszedł do środka. Bo jeśli już wejdzie, to
zwykle kupuje coś jeszcze, słodycze, może papierosy. Pasażerowie
autobusów i pociągów będą siedzieli z nosami w komórkach, paczki z gazetami nie będą już leżały na chodnikach przed drzwiami sklepów, a darmowe gazetki nie będą fruwały w powietrzu, roznoszone przez wiatr.
Jak ludzie będą żyli w tym nowym świecie?
Badania przeprowadzone w Norwegii wykazały, że człowiek gorzej
zapamiętuje to, co przeczyta na ekranie. Pięćdziesiąt osób poproszono o przeczytanie kryminału jakiegoś brytyjskiego autora: połowa czytała na
czytniku, połowa w wersji papierowej. Ci, którzy korzystali z czytnika,
mieli większe problemy z zapamiętaniem kolejności zdarzeń. Dlaczego? Na
to pytanie nikt nie potrafił odpowiedzieć. A więc pogorszy się nam
pamięć. Jeszcze bardziej. Jakie to będzie miało znaczenie? Szczególnie
dla niej, jako dziennikarki? Czy będzie musiała jeszcze bardziej
upraszczać teksty? Świat stanie się czarno-biały?
Może to właśnie była kara, to i ataki paniki, za to, że się tak
zachowywała, za to, co robiła, za wszystkich, których zawiodła...
Zawstydziła się. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że rozwój dziennikarstwa
może mieć cokolwiek wspólnego z jej osobistymi problemami.
Ataki paniki miały źródło w niej samej. Sama była sobie winna. Nie
powinna się dziwić.
Pociąg zahamował. Musiała się złapać, żeby nie upaść na kobietę z wózkiem.
Przy Medborgarplatsen wysiadła. Znów wyszła na światło. Przed kioskiem
zauważyła krzyczące banery reklamujące gazety. Södermalm żyło innym
rytmem niż Kungsholmen, nawet kolory były tam inne. Czuła się dziwnie
wdzięczna, że w ogóle może tam być. Tam stawała się bardziej
wyrozumiała, bardziej cierpliwa. Tam nie było żadnych duchów. Potrafiła
się litować nawet nad mężczyznami w krzykliwie żółtych kaskach, którzy
wygrodzili Götgatan i pruli asfalt na całej jezdni, robiąc piekielny
hałas.
Poza tym kim była, żeby osądzać innych? Zawiodła swojego męża, kiedy się
znalazł w trudnej sytuacji, kiedy został okaleczony, kiedy cierpiał.
Wdała się w romans z jego szefem. Nie zasłużyła na litość.
Zobaczyła, że jej torbę rozświetlił ekran komórki. Uliczny hałas i roboty drogowe zagłuszyły dzwonek. Sięgnęła po komórkę, przycisnęła ją
do ucha i odeszła na bok.
- Cześć, Annika - usłyszała męski głos.
- Witaj, Steven.
Przeszła przez ulicę, zatrzymała się przed McDonaldem i położyła torbę
na chodniku.
Steven urodził się i dorastał po sąsiedzku, w Malmköping. Był pięć lat
starszy od Birgitty. Po raz pierwszy spotkała go pewnego późnego
wieczoru, kiedy przyszli do niej, on i Birgitta. Niezapowiedziani.
Akurat wtedy, kiedy jej mąż, Thomas, został uprowadzony w Afryce.
- Birgitte się do ciebie odzywała? - spytał.
Obok niej przetaczał się tłum ludzi.
- Nie. Rozmawiałam z matką. Możesz mi powiedzieć, co się właściwie
stało? - spytała, siląc się na spokojny, neutralny ton.
- Birgitta nie wróciła wczoraj z pracy.
- Tak, mama mi mówiła. Nic ci nie powiedziała, kiedy wychodziła? I potem
już się nie odezwała?
- Potem... nie.
W słuchawce zapadła cisza. Grupa nastolatek z niebieskimi włosami i hamburgerami w rękach przeszła obok niej. Jedna z nich upuściła kubek z colą, która rozlała się na buty Anniki. Odwróciła się do nich plecami.
- Halo? - odezwała się po dłuższej chwili.
- Pomyślałem, że może tobie coś powiedziała.
- Dlaczego miałaby mi coś mówić? Wiesz, że właściwie nie utrzymujemy
kontaktu.
- Tak, nie przyjechałaś nawet na nasz ślub.
Rozmawiali o tym wiele razy, ale najwyraźniej musieli wciąż do tego
wracać.
- Myślałam, że się przenieśliście do Oslo.
- Taki mieliśmy zamiar. Szukałem tam pracy, ale nie znalazłem.
- Dlaczego?
Znów cisza. Spojrzała na ekran. Nie, połączenie nie zostało przerwane.
Minął ją autobus numer siedemdziesiąt jeden, jechał do Danvikstull.
Zamknęła oczy.
Steven odchrząknął.
- Coś jest nie tak - powiedział po chwili. - Nie wiem, co robić. Diny
ciągle o nią pyta. Co mam jej powiedzieć?
Annika poczuła, że uginają się pod nią nogi.
- Dlaczego uciekła, Steven? Pokłóciliście się?
- Nie, właściwie nie...
Właściwie nie.
- Uderzyłeś ją?
- Nigdy w życiu.
Odpowiedział szybko. Za szybko?
- Jeśli się do ciebie odezwie, daj mi znać, dobrze?
Odgarnęła włosy z czoła. Nie bardzo wiedziała, po co zadzwonił. I dlaczego Birgitta miałaby się kontaktować z nią, a nie z nim.
- Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czy mam numer jej komórki. Mam nowy
aparat, straciłam część kontaktów... Skąd masz mój numer? - zainteresowała
się nagle.
- Barbro mi go dała.
Oczywiście.
- Obiecaj, że się odezwiesz.
- Jasne.
Rozłączyła się. Czuła, że serce wali jej w piersi jak oszalałe. Wzięła
głęboki oddech, włożyła komórkę do torby, torbę przewiesiła przez ramię.
Powoli ruszyła w stronę Södermannagatan. Właściwie nic już jej z Birgittą nie łączyło, oprócz dzieciństwa.
Weszła do marketu spożywczego przy Nytorgsgatan. Włożyła do wózka
mielone mięso, śmietanę, cebulę i belgijskie młode ziemniaki. Kalle
zażyczył sobie na obiad siekane kotlety.
Przy kasie okazało się, że jest kolejka. Miejska klasa średnia wracała
po pracy do domów, tak jak ona. Wszyscy mieli na sobie ciuchy z H&M
wymieszane z czymś używanym, do tego jakiś drogi dodatek. Kasjerka,
młoda kobieta, najwyraźniej nie urodziła się w Szwecji. Na pewno nie
było jej stać na mieszkanie na Södermalmie, podobnie jak Birgitty.
Annika nie dziwiła się, że Birgitta została ekspedientką. Zawsze
uwielbiała sklepy. Spędzała na zakupach całe godziny. Nie miało
znaczenia, czy miała kupić ubranie, kosmetyki, czy coś do jedzenia.
Kiedy były nastolatkami, potrafiła wydać całą tygodniówkę na prześliczny
słoik dżemu albo pachnące różami mydełko.
Annika zapłaciła kartą. Zauważyła, że kasjerka ma szalenie artystyczne
akrylowe tipsy. Podobne miała Birgitta.
Zrobiła kolację razem z dziećmi, po czym zasiedli do stołu. Sami. Jimmy
był jeszcze w pracy. Jak zwykle opowiedzieli sobie, co robili w ciągu
dnia. Serena przestała już kwestionować każde jej słowo, co przyjęła z ulgą. Bardzo ciekawie opowiedziała o lekcji prac ręcznych. Serena ładnie
szyła i była uzdolniona manualnie. Ellen z przejęciem mówiła o filmie,
który oglądała na YouTube: o norweskich dzieciach śpiewających piosenkę
o lisku. Jacob milczał, ale apetyt mu dopisywał. Kalle odmówił wypicia
mleka, chociaż próbowała mu tłumaczyć, że data ważności na opakowaniu
oznacza, że najlepiej je spożyć wcześniej, co nie znaczy, że następnego
dnia zamienia się w truciznę.
Sprzątnęli razem ze stołu, potem dzieci zniknęły w swoich pokojach i zajęły się swoimi elektronicznymi gadżetami. Annika usiadła przy stole.
Wsłuchiwała się w ciche mruczenie zmywarki, po chwili odchrząknęła i wybrała numer Birgitty. Zasłoniła oczy dłonią i czekała, aż wybrzmią
kolejne sygnały. Postanowiła, że będzie miła i uprzejma. Odezwała się
poczta głosowa.
Cześć, dodzwoniłeś się do Birgitty. Nie mogę odebrać, ale po sygnale
zostaw wiadomość, oddzwonię. Cześć!
Rozległ się długi, głośny, przenikliwy pisk. Annika poczuła się dziwnie.
Jakby ją ktoś oszukał. Zamyśliła się, ale szybko wzięła się w garść.
- Cześć - powiedziała w pustkę. - To ja, Annika. Podobno nie wróciłaś
wczoraj po pracy do domu i... Martwimy się o ciebie. Zadzwoń, dobrze?
Cześć.
Rozłączyła się i poczuła ulgę. Teraz wszystko znów jest w rękach jej
siostry. Nagle z korytarza dobiegły krzyki.
- Dzieci, pora myć zęby! - zawołała.
Do krzyków dołączył płacz. Coś się musiało stać. Poszła do pokoju
chłopców. Okazało się, że Jacob właśnie się zorientował, że nie ma
komórki. Nie podejrzewał, że ktoś mu ją zabrał, po prostu nie mógł jej
znaleźć. Nie pamiętał ani gdzie ją położył, ani kiedy jej ostatnio
używał.
Razem przewrócili do góry nogami całe mieszkanie i nic. Na dnie jednego
z koszy Annika znalazła swoją starą komórkę. Nie był to smartfon, a baterii nie można było naładować, ale wystarczyło ją wymienić, żeby
telefon nadawał się do użytku. Skoro się nie pilnuje swojego smartfona,
jakieś konsekwencje muszą być.
W końcu, tłumacząc wszystko cierpliwie i pocieszając, kogo trzeba,
opanowała sytuację. Dzieci, zamiast się kłócić, na chwilę zwarły szyki w walce ze wspólnym wrogiem - czyli z nią - a potem, po wysłuchaniu
norweskiej piosenki o lisku na YouTube i wspólnym przeczytaniu fragmentu
Opowieści z Narnii, w ich pokojach zapanował spokój.
Annika poszła do salonu, usiadła na kanapie i włączyła telewizor.
Właśnie nadawano "Aktuellt". Potem przez chwilę śledziła w internecie
debatę na temat integralności. Jakaś feministka weteranka twierdziła, że
w sieci powinna obowiązywać pełna anonimowość. Drugi z dyskutantów,
reprezentujący przemysł nagraniowy, uważał, że internetowych piratów
należy tropić i karać. Tak jak za kradzież płyty w sklepie, powiedział.
Annika popierała obie strony, co dowodziło, że jest bardzo zmęczona. Z drugiej strony, pomyślała, pewnie oboje w pewnym sensie mają rację.
Podobnymi kwestiami zajmował się Jimmy na spotkaniu z grupą
parlamentarną odpowiadającą za to, nad czym z kolei pracował Thomas.
Zastanawiała się, jak będą wyglądały ich wzajemne relacje. W pracy
rzadko się spotykali, chociaż pracowali w jednym budynku, ale teraz nie
będą mieli wyjścia.
Zamknęła oczy i zapadła w drzemkę. Obudziła się, kiedy poczuła na głowie
rękę Jimmy'ego. Zalała ją fala radości. Objęła go, chłonęła jego zapach.
- Jak wam poszło?
Jimmy przesunął ją kawałek i złapał pod ręce. Po chwili siedziała mu na
kolanach. Czuła na głowie jego oddech.
- Jako tako.
Spojrzała na niego przez ramię.
- Nie zdążyłem dokładnie przejrzeć sprawozdania Thomasa i niestety nie
wyłapałem wszystkich niedociągnięć. Jeśli jego propozycja przejdzie, ani
policja, ani prokurator nie będą mogli tropić adresów IP w internecie...
Zamilkł.
- Widziałam debatę w telewizji - powiedziała Annika. - Miałam wrażenie,
że obie strony mają rację.
Jimmy westchnął.
- To nie są łatwe sprawy - powiedział. Dotknął brodą jej włosów. - Nawet
niektórzy członkowie grupy parlamentarnej mają problemy ze zrozumieniem
problemu. Wielu uważa na przykład, że wolność słowa daje wszystkim prawo
do wypowiadania się anonimowo w internecie. Nie byłem dostatecznie
dobrze przygotowany. Powinienem pilniej śledzić przebieg prac...
Annika odwróciła głowę.
- Co zrobi Thomas? - spytała.
Jimmy się uśmiechnął i pocałował ją we włosy.
- Jutro z nim o tym porozmawiam. A jak twoja wizyta u psychologa?
Annika usiadła.
- Nie potrafię powiedzieć. Wypytywała mnie o dzieciństwo i o to, jak się
czuję, kiedy teraz o tym mówię...
- I jak się czułaś?
- Nie było mi łatwo.
Spojrzała na pokój, przymknęła oczy.
- Że też to takie ważne, żeby nikomu nie pokazać, kim się naprawdę jest,
ukryć to, że się nienawidzi...
- Nie chcesz rozmawiać z psychologiem?
Odchyliła głowę, ich spojrzenia się spotkały. Spróbowała się uśmiechnąć.
Coś z nią było nie tak. Zdrowi ludzie nie padają na podłogę bez żadnego
powodu, nie straszą własnych dzieci.
- Mama do mnie dzisiaj zadzwoniła. I Steven, mój szwagier. Birgitta
zaginęła. Nie wróciła wczoraj z pracy.
- Jak to? Co się stało?
Annika zamknęła oczy. Znów miała przed oczami bloki przy Odendalsgatan w Hälleforsnäs. I ich mieszkanie, ich pokój, piętrowe łóżko, jej na górze,
Birgitty na dole. Były tak blisko, jak to tylko możliwe, a jednak nic
ich nie łączyło. Ją zawsze nęcił szeroki świat, Birgitta chciała zostać
w domu.
- Kiedy byłyśmy małe, Birgitta zawsze wszystkiego się bała. Mrówek,
komarów, duchów, samolotów. Nie mogła jeździć do babci do Lyckebo, bo w trawie były węże...
- Nie kupiła tam gdzieś domu?
- Nie, kiedyś jakiś wynajęła, na jedno lato.
Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech.
- Wydanie papierowe ma zostać zlikwidowane - powiedziała.
Poczuła na sobie jego spojrzenie. Otworzyła oczy.
- Schyman mnie dzisiaj wezwał. W piątek zarząd podjął decyzję. W przyszłym tygodniu ogłoszą to oficjalnie.
- Co się stanie z ludźmi?
- Wielu będzie musiało odejść, ale nie wszyscy. Do wydania internetowego
też potrzeba ludzi.
Jimmy nie zadał jej oczywistego w tej sytuacji pytania, ale i tak na nie
odpowiedziała:
- Mnie chce zatrzymać. Miałabym się zajmować wymyślaniem przyszłości do
wydania wewnętrznego.
Jimmy westchnął.
- Czasem się zastanawiam, co się z nami stanie. Z ludźmi. Tak w ogóle.
- Tak naprawdę wszyscy jesteśmy rybami, które sto pięćdziesiąt milionów
lat temu wyszły na ląd - stwierdziła Annika.
- Chodź do mnie - powiedział Jimmy i przyciągnął ją do siebie.
Wtorek, 2 czerwca
KWADRANS PO SIÓDMEJ Nina weszła do swojego pokoju. Słońce stało już nad
wewnętrznym dziedzińcem, rzucało promienie na sterty papierów na jej
biurku. Zapowiadał się bardzo gorący dzień.
Rzuciła torbę ze strojem do ćwiczeń na półkę, sięgnęła po gazety i butelkę wody mineralnej. Wyjęła z torby kanapkę, sięgnęła do górnej
szuflady biurka po butelkę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Po
ćwiczeniach zawsze robiła się głodna.
Usiadła przy biurku i zaczęła się wsłuchiwać w ciszę. Większość jej
kolegów zjawiała się koło ósmej, niektórzy przychodzili dopiero na
poranną odprawę o dziewiątej. Ale nie była sama, słyszała, jak
Johansson, sekretarz wydziału, kaszle, przechodząc korytarzem. Jesper
Wou, z którym dzieliła pokój, na szczęście był w jednej z tych swoich
długich podróży służbowych. Była zadowolona, że może mieć pokój dla
siebie.
Zalogowała się do komputera. W nocy nie wydarzyło się nic szczególnego,
nikt jej nie szukał, nie dostała żadnego maila. Odetchnęła z ulgą i sięgnęła po poranne gazety. Przerzuciła dzienniki. Właściwie najświeższe
wiadomości znała już z pasków programów informacyjnych. "Kvällspressen"
miała na pierwszej stronie artykuł o zbliżającym się święcie narodowym.
Zastanawiali się, czy najmłodsza z księżniczek przyjedzie na
uroczystości ze Stanów. Ta sprawa w ogóle jej nie dotyczyła, rodzina
królewska to nie był jej ból głowy. Tym zajmowali się koledzy z Säpo. Na
samym dole na pierwszej stronie zauważyła zapowiedź artykułu o Drwalu.
Tak dziennikarze ochrzcili Ivara Berglunda. Otworzyła na stronach
szóstej i siódmej i nagle spojrzała w jego pozbawione blasku oczy.
Zdjęcie zajmowało kilka szpalt, zostało zrobione teleobiektywem przez
uchylone drzwi. Berglund najwyraźniej na moment spojrzał na fotografkę,
zdjęcie było podpisane imieniem i nazwiskiem i to wystarczyło. Była
gotowa. Na pewno wszystko odbyło się błyskawicznie, może Berglund nawet
się nie zorientował. Mimo to udało jej się uchwycić jego zimny spokój,
całkowity brak emocji. Nina przyglądała się mu kilka sekund, a potem
zobaczyła tytuł na górze strony.
SERYJNE MORDERSTWA W CAŁEJ EUROPIE
Poczuła się, jakby ktoś jej zadał nieoczekiwany cios. Położyła dłonie na
gazecie, pochyliła się nad nią i przeleciała wzrokiem tekst. Miała
jeszcze iskierkę nadziei, że może nie będzie tak źle, ale nadzieja
oczywiście okazała się złudna.
"Według Niny Hoffman, analityka operacyjnego Krajowej Policji
Kryminalnej w Sztokholmie, w wielu krajach są niewyjaśnione sprawy,
które zdają się mieć powiązania ze sprawą w Orminge. Dlatego
postanowiono porównać DNA Ivara Berglunda z próbkami pobranymi w innych
krajach, zarówno w Skandynawii, jak i w ogóle w Europie. Prace trwają
już od roku, ale wyniki nadal nie są znane, jak dotąd nie znaleziono
identycznej próbki...".
Poczuła, że krew uderza jej do głowy. Jak mogła się zachować tak
nierozsądnie?
Nie zastanawiając się, szczerze odpowiadała na pytania adwokatki. To
było szaleństwo, dała się podejść obronie. Jak mogła być aż tak naiwna?
Wyjawiła, że nie mają żadnych dowodów, że chociaż szukali, nie znaleźli
niczego, co mogłoby dowieść winy Berglunda. Powiedziała to przed sędzią,
przed ławą przysięgłych i wszystkimi dziennikarzami. Jaka była głupia!
Wstała, ale nie bardzo wiedziała, dokąd mogłaby pójść, więc po chwili
znów usiadła.
Odegrała w pamięci przesłuchanie, przypomniała sobie perfekcyjnie
umalowaną adwokatkę: Co robiła policja, kiedy mój klient siedział w areszcie? I swoją odpowiedź: DNA Ivara Berglunda porównywano z próbkami pobranymi w innych krajach, w Skandynawii, ale też w ogóle w Europie...
Jeśli przegrają sprawę i Berglund zostanie zwolniony, to będzie to jej
wina. Dotknęła policzków, adrenalina sprawiła, że naczynka krwionośne
się zwęziły, jakby się gotowały do walki.
Próbowała się odprężyć, skupić. Powiodła wzrokiem po biurku, znalazła
teczkę z aktami Berglunda, wyciągnęła ją spod sterty innych dokumentów,
otworzyła i znalazła informacje dotyczące badań DNA.
Czyżby próbka z miejsca zbrodni w Orminge była niewłaściwa? Zgodność
wynosiła ponad 99%. Adwokatka Berglunda sugerowała, że materiał mógł być
zanieczyszczony. To możliwe? Może ktoś popełnił błąd podczas pobierania
materiału albo podczas samych badań?
Przejrzała wszystkie wyniki, opinie lekarza medycyny sądowej i krajowego
laboratorium kryminalistyki. Nie znalazła nic nowego, odpowiedzi znała
na pamięć.
Znów usłyszała na korytarzu kaszel Johanssona. Zawahała się, sięgnęła po
teczkę z aktami i wstała.
Gabinet Johanssona znajdował się w głębi korytarza. Miał do dyspozycji
własny pokój, co było dość wyjątkowe. Może powodem była jego przeszłość?
Kiedyś był członkiem grupy interwencyjnej, ale traumatyczne przeżycia -
nikt nie wiedział do końca jakie - sprawiły, że trafił do nich do
wydziału. Z trudem radził sobie ze złem tego świata, ale był znakomitym
administratorem.
Drzwi do jego pokoju były otwarte, zapukała w futrynę. Podniósł głowę i spojrzał na nią znad okularów. Nic nie mówiąc, wskazał jej głową krzesło
po drugiej stronie biurka.
- Mam pytanie - zaczęła, siadając. - Ile niewyjaśnionych przypadków
zostało jeszcze do sprawdzenia?
Johansson westchnął głęboko i zdjął okulary.
- Kilka, tych najdawniejszych, kiedy badania DNA były jeszcze w powijakach.
- Czyli sprzed osiemnastu, dwudziestu lat?
- Coś koło tego.
- Myślisz, że są szanse, że coś się znajdzie?
Johansson wyjrzał przez okno, zamyślił się.
- Niewielkie - powiedział po chwili. - Ale są. Wtedy to było coś całkiem
nowego. Sprawcy nie byli tak ostrożni, nie zawsze pamiętali, żeby
dokładnie usunąć wszystkie ślady... - Urwał, spojrzał na nią uważnie. - Co
cię dręczy?
Poczuła, że się czerwieni.
- Czytałeś "Kvällspressen"? - spytała.
- Adwokatka zadała ci pytanie, a ty na nie odpowiedziałaś - stwierdził,
patrząc jej w oczy. - Każda inna odpowiedź mogłaby zostać
zakwestionowana.
Niczego nie zataić, nic nie dodać ani nie zmienić.
Wyprostowała się.
- Zastanawiam się nad próbką DNA z Orminge. Co o niej sądzisz? To
możliwe, że ktoś popełnił jakiś błąd? Że próbka została zanieczyszczona?
- Gdyby aparatura była zepsuta, wynik wskazałby na niezgodność próbek -
powiedział Johansson.
Nina otworzyła teczkę, znalazła kartkę z wynikami badań DNA.
- Jeśli ktoś próbował przy niej grzebać - ciągnął Johansson - to musiał
to być ktoś z laboratorium albo któryś z funkcjonariuszy, którzy byli na
miejscu zbrodni...
Nina położyła ręce na teczce. Wiedziała, że podmienienie próbek na
miejscu zbrodni nie jest trudne, znacznie łatwiejsze niż na przykład
sfałszowanie odcisków palców.
- To możliwe? - spytała. - Można podmienić materiał DNA?
Johansson dopił kawę, westchnął i pokiwał głową.
- Jeśli się odwiruje białe ciałka, to DNA zniknie. Wtedy wystarczy
podłożyć inne DNA, na przykład z włosa. Myślisz, że ktoś z laboratorium
mógłby...
Urwał. Nina siedziała, nic nie mówiąc.
- Może ktoś z laboratorium jest w jakiś sposób powiązany z Berglundem? -
zaczęła się głośno zastanawiać. - Może ktoś ma mu coś za złe?
Sprawdziliśmy to?
Johansson patrzył na nią w milczeniu.
- Berglund ma na sumieniu więcej ofiar - powiedziała Nina cicho. -
Morderca z Orminge nie był nowicjuszem, robił już wcześniej takie
rzeczy. Jedną z jego ofiar był Lerberg...
Johansson pokiwał bezradnie głową.
- Poddano go podobnym torturom i zrobił to ten sam człowiek.
Podejrzewam, że pierwsze DNA, które znaleźliśmy, w Djursholm, też
należało do Berglunda. Nikt nie podmienił próbek. To on porwał Violę
Söderland i on torturował Ingemara Lerberga...
- A dowody?
- Bawi się z nami - powiedziała Nina cicho. - Chce, żebyśmy wiedzieli.
Przypomniała sobie rysunek, który morderca wziął z pokoju dzieci w willi
Lerberga i zostawił zwinięty w odbycie ofiary w Orminge.
W oczach Johanssona pokazały się łzy.
- Sam nie wiem - powiedział po chwili. - Zdarzały się błędy w próbkach
DNA.
- Kobieta duch z Heilbronn? O tym myślisz?
Johansson pokiwał głową i wytarł nos.
W latach dziewięćdziesiątych, ale też jeszcze później, pewna kobieta
trzymała w szachu policję w dużej części Europy Środkowej. Chodziło
przede wszystkim o południowo-zachodnie Niemcy, ale też część Francji i Austrii. Jej DNA znaleziono w czterdziestu różnych miejscach zbrodni,
miała na sumieniu kradzieże i morderstwa, także policjantów. Śledczy
określali jej działania jako wyjątkowo brutalne, podejrzewano, że jest
narkomanką, poza tym często przebierała się za mężczyznę.
Pierwsze DNA znaleziono w 1993 roku: starsza pani, emerytka, została
okradziona i zamordowana w swoim mieszkaniu. Niemiecka policja przez
całe lata robiła wszystko, żeby znaleźć sprawczynię: zwiększono liczbę
patroli, przebadano próbki DNA ponad siedmiuset kobiet, sprawdzono ponad
trzy i pół tysiąca doniesień, wyznaczono nagrodę w wysokości trzystu
tysięcy euro. I nic.
I nagle w marcu 2009 roku sprawy przybrały inny obrót. Francuska policja
pobrała próbki DNA ze spalonego ciała azylanta, mężczyzny, który okazał
się kobietą, i to nie jakąś tam kobietą, tylko kobietą duchem, która
między innymi dwa lata wcześniej brutalnie zamordowała policjanta w Heilbronn. W trakcie dochodzenia policja zorientowała się, że z próbkami
DNA coś jest nie w porządku. Szybko się okazało, że we wspomnianych
czterdziestu przypadkach próbki DNA nie były próbkami DNA sprawcy, tylko
pochodziły z używanych do pobierania materiału wacików, a one z kolei co
do jednego pochodziły z tej samej fabryki z Europy Wschodniej.
- Więc jakie może być wytłumaczenie? Próbki są w porządku, tylko
porównujemy je z niewłaściwym materiałem? Może to DNA kogoś innego?
- Niewykluczone - stwierdził Johansson.
- Ale kogo? O ile wiemy, Berglund nie ma synów.
- To prawda. Nigdy nie płacił żadnych alimentów, nikt nigdy nie wytoczył
mu sprawy o ojcostwo. Co oczywiście nie musi znaczyć, że rzeczywiście
nie ma dzieci...
Nina zacisnęła pięści.
- Nadal coś jest nie tak. Dziecko nie miałoby aż tak podobnego DNA. DNA
mitochondrialne jest dziedziczone w linii żeńskiej... - Urwała, zapadła
cisza.
Wróciła do lektury dokumentów.
Rodzice Berglunda już nie żyli, utonęli pod koniec lat
siedemdziesiątych. Przed dwudziestu laty w wypadku samochodowym w południowej Hiszpanii zginął jego brat, Arne Berglund.
- Sporo nagłych śmierci jak na jedną rodzinę - zauważył Johansson
ponuro. - Poza tym z kręgu podejrzanych na pewno możemy wykluczyć jego
siostrę.
Młodsza siostra Ivara, Ingela Berglund, mieszkała w domu opieki w Lulei.
Nina spojrzała na okno, niemal czuła napierające z zewnątrz ciepłe
powietrze.
- Ktoś z nią rozmawiał?
- Jest niepełnosprawna umysłowo.
- Jak bardzo? Czym to się objawia? - dopytywała się Nina.
- Nie wiem. Wygląda na to, że koledzy ocenili, że nie ma z nią kontaktu,
albo chcieli jej oszczędzić cierpienia. Może nawet nie wie, że jej brat
jest podejrzany o morderstwo?
Nina wstała.
- Dziękuję, że poświęciłeś mi tyle czasu. Kiedy znów będziesz się
kontaktował z kolegami z Europy Południowej? W sprawie pozostałych
przypadków.
Johansson westchnął.
Nina wyszła i w głębi korytarza zobaczyła znikające plecy komisarza Q,
szefa wydziału. Przyspieszyła i po chwili stanęła w progu jego gabinetu.
- Przepraszam, masz chwilę?
Komisarz trzymał w ręku lepki kubek z kawą, hawajską koszulę miał krzywo
zapiętą.
- Oczywiście, a o co chodzi?
Q był dość specyficznym szefem, nie tylko ze względu na oryginalny
sposób ubierania się i okropny gust muzyczny - uwielbiał oglądać
konkursy Eurowizji - ale przede wszystkim ze względu na sposób myślenia
i naturalne podejście do rzeczy, których nie rozumiał. Nina nauczyła się
doceniać jego oszczędny sposób komunikowania się i otwartość wobec
innych.
- Muszę pojechać do Lulei, porozmawiać z siostrą Ivara Berglunda.
Komisarz usiadł przy swoim zabałaganionym biurku i zmarszczył brwi.
- Ona chyba jest upośledzona? Przebywa w zakładzie.
- To prawda, ale może jest w stanie się komunikować. Tak czy inaczej,
chciałabym się z nią zobaczyć.
Q się wahał.
- Na pewno mieli jakiś powód, żeby ją zostawić w spokoju - ciągnął Q. -
Ile ma lat?
- Jest po pięćdziesiątce.
- Upośledzona umysłowo, jak rozumiem. Zażądaj wglądu do karty pacjenta i dowiedz się, co jej dolega - powiedział. Sięgnął na biurko po jakieś
dokumenty, dając jej do zrozumienia, że rozmowa jest skończona.
Nina wstała, ale zatrzymała się w drzwiach.
- Jest jeszcze coś. Chodzi o sprawę Josefin Liljeberg.
Q spojrzał na nią zdziwiony.
- Josefin? Kiedyś prowadziłem tę sprawę, prawdę mówiąc, było to moje
pierwsze dochodzenie po przejściu do wydziału zabójstw...
Nina wyprostowała się.
- Wczoraj zadzwoniła do mnie Annika Bengtzon z "Kvällspressen". Zamierza
się przyjrzeć tej sprawie jeszcze raz i pyta, czy może dostać materiały
z dochodzenia wstępnego, oczywiście nieformalnie.
Komisarz dopił kawę, jego twarz wykrzywił grymas.
- Dlaczego nie zadzwoniła do mnie?
- Jesteś szefem, nie masz bezpośredniego numeru. Prokurator dała jej
listę świadków, co znaczy, że sprawa nie jest zamknięta.
Q odstawił kubek.
- Mamy ją u siebie?
- Tak, i przyznanie się do winy Gustafa Holmeruda.
Q jęknął na sam dźwięk nazwiska. Milczał dłuższą chwilę.
- Pamiętam tę sprawę - odezwał się w końcu. - Był upalny dzień, sobota.
Zabił ją jej chłopak, obrzydliwy typ. Kumple dali mu alibi. Gdyby nie
to, trafiłby za kratki. Nie zaszkodzi, jeśli Bengtzon przejrzy akta -
powiedział, kiwając głową. - Wręcz przeciwnie. Jeśli "Kvällspressen"
zacznie w tym mieszać, może wypłyną na wierzch jakieś karaluchy. Daj jej
kopię akt. I przypomnij, że nie wolno jej niczego cytować - powiedział i wrócił do sterty papierów.
Nina odwróciła się i wyszła.
- Chwileczkę! - zawołał za nią. - Dobrze odpowiadałaś podczas
przesłuchania. Łajdak jest winien, niech się trochę podenerwuje. Niech
wie, że tak łatwo nie odpuścimy.
Najwyraźniej czytał już "Kvällspressen".
Nie poprawiło to jej nastroju.
ANDERS SCHYMAN odchylił się na krześle. Starał się przybrać obojętny
wyraz twarzy, nie pozwolić panice przejąć kontroli, ale właściwie mógł
sobie oszczędzić trudu. Albert Wennergren, przewodniczący zarządu, stał
plecami do niego. Jego śmieszny kucyk tańczył w przeciągu z klimatyzacji. Przyglądał się temu, co się działo po drugiej stronie
szklanej ściany. Tam, na zewnątrz, wszyscy byli zajęci śledzeniem
bieżących wydarzeń, konfrontowaniem informacji z różnych źródeł,
tworzeniem kolejnych artykułów: niemy film bez podkładu dźwiękowego.
- Zastanawiałeś się, jak dużo miejsca będziesz potrzebował po
reorganizacji? - spytał, nie odwracając się do Schymana.
Reorganizacja? Reorganizacja?
Schyman zaczerpnął bezgłośnie powietrza, żeby nie zacząć krzyczeć. Wziął
się w garść.
- Jeszcze nie - powiedział spokojnie. - Najpierw muszę wiedzieć, ilu
ludzi zatrudnimy do wydania internetowego, ilu będziemy potrzebować do
programów filmowych dla platform nadawczych. Trzeba będzie porównać
koszty, zastanowić się, czy nie lepiej część lokali wynająć...
Albert Wennergren odwrócił się, usiadł w jednym z foteli dla gości,
oparł łokcie na kolanach.
- Uwzględnij też koszty emocjonalne.
Schyman zmrużył oczy. Nie do końca wiedział, co Wennergren ma na myśli.
- Kompromisy kosztują, no i wymagają więcej czasu. Szybkie cięcie na
pewno jest tańsze. Chciałbym wiedzieć o ile.
- Ile będzie kosztować dłuższa reorganizacja, łatwiejsza do
zaakceptowania dla ludzi, a ile...
- Szybka decyzja i jej szybka realizacja to chyba najlepsze wyjście,
także dla pracowników - stwierdził Wennergren.
Schyman wpatrywał się w niego, nie zamierzał pierwszy odwrócić wzroku.
- Nie będzie łatwo wytłumaczyć ludziom, dlaczego zapadła tak dramatyczna
decyzja, skoro w ciągu ostatnich dwunastu lat gazeta przyniosła firmie
ponad miliard zysku...
Wennergren pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Na pewno - przytaknął. - Na pewno trzeba będzie o tym rozmawiać.
Podkreślić, że naszym priorytetem zawsze będzie dział informacji i publicystyka społeczna. Pod tym względem nic się nie zmieni. Chodzi
tylko o to, że musimy docierać tam, gdzie są nasi czytelnicy, co z kolei
wymaga inwestycji. To powinno być dla wszystkich zrozumiałe.
Schyman chciał przełknąć ślinę, ale miał sucho w gardle. Wyrozumiałość,
dyskusja, jasne.
- Więc zmiany są konieczne, żebyśmy się nadal mogli zajmować poważną
publicystyką społeczną, tak? - powiedział, mając nadzieję, że nie
zabrzmi to zbyt ironicznie.
Wennergren podchwycił temat.
- Dokładnie tak! Podejmujemy tę szalenie trudną decyzję, ponieważ
myślimy o przyszłości. Przejmujemy inicjatywę, skoro mamy taką okazję.
Schyman ze wszystkich sił starał się opanować.
- Wiemy, że konkurencja nie śpi... - Wennergren wychylił się do przodu. -
W zeszłym miesiącu byłem w Kalifornii na spotkaniu z szefostwem
Google'a. Wiesz, czego oni się boją? Nie konkurencji, tylko konsumentów.
Nasze zachowania zmieniają się tak szybko, że trudno za nimi nadążyć.
Google się boi, że za jakiś czas może w ogóle zniknąć!
Wennergren wstał i znów spojrzał na redakcję. Był podniecony, zżerała go
ambicja.
- Nawet trudno sobie wyobrazić, jak bardzo branża mediów się zmieni w najbliższych latach, ale jedno jest pewne: "Kvällspressen" zawsze będzie
istnieć, a nawet będzie nadawać ton tym zmianom.
Schyman nie czuł się na siłach odpowiedzieć. Pomyślał, że dwadzieścia
lat wcześniej w redakcjach w całym kraju pracowało siedem tysięcy
dziennikarzy. Teraz zostało zaledwie dwa tysiące. Tylko w zeszłym roku
zamknięto prawie czterdzieści oddziałów lokalnych, ponad czterystu
dziennikarzy straciło pracę. Zagrożenie narastało, niemal równie szybko
jak ruchy neofaszystowskie rosły w siłę. Pomyślał, że jedynie dwie grupy
nie muszą się niczego, obawiać: informatorzy i doradcy do spraw PR-u.
Ci, którzy rządzą i wpływają.
Wennergren kiwnął głową w stronę redakcji.
- Czy to nie ta kobieta zajmowała się Valterem, kiedy w zeszłym roku
odbywał tu praktyki?
Schyman wstał i podszedł do niego. Teraz bolały go już oba kolana.
- Mam wrażenie, że się dogadywali - powiedział.
- Zrobiła na nim duże wrażenie, często o niej mówi.
Annika musiała poczuć na sobie ich spojrzenia, bo nagle się odwróciła i spojrzała na nich. Stali ramię w ramię. Schyman mimowolnie zrobił krok
do tyłu i się odwrócił.
- A jak mu idzie? Mam na myśli Valtera.
- Dziękuję, bardzo dobrze. Kilka tygodni temu skończył studia,
dziennikarstwo.
- Tym większa szkoda, że w Szwecji dla dziennikarzy nie ma już pracy.
Wennergren się uśmiechnął.
- Valter wybrał pracę naukową. Interesują go kwestie etyki
dziennikarskiej i relacje w mediach.
- Zdolny chłopak - skwitował Schyman i pokiwał głową.
Wennergren westchnął zadowolony.
- Miałem pewne wątpliwości, kiedy mi powiedział, że chce odbyć praktyki
w "Kvällspressen". A potem się okazało, że właśnie tutaj podjął decyzję
co do wyboru specjalizacji. Podobno dużo o tym rozmawiał ze swoją
mentorką. Jak ona się nazywa? Berntson?
- Bengtzon - poprawił go Schyman. - Annika Bengtzon.
- Czytałem jego pracę dyplomową. Bardzo ciekawa. Dzieli media na
poważne, czyli poranne dzienniki i programy informacyjne państwowej
telewizji, z jednej strony, i tabloidy typu "Kvällspressen", z drugiej.
Pierwsze cieszą się powszechnym szacunkiem, co zapewne wynika z ich
podejścia do problemów. Piszą o rynku pracy, o polityce, o sporcie, o wojnach i o gospodarce, czyli o tradycyjnie męskich dziedzinach.
Schyman rozpoznawał tok myślenia. Sam kiedyś mówił podobne rzeczy.
- Wszystkie media piszą o polityce i o wojnach - powiedział głośno.
- Ale z różnego punktu widzenia. Popołudniówki skupiają się na sprawach
osobistych, na uczuciach, i robią to w sposób powszechnie uznawany za
kobiecy. Opowiadamy te same historie, ale my tłumaczymy je zwykłym
ludziom na ulicy, oni establishmentowi. Dlatego nami gardzą...
Schyman zamknął oczy.
- Chciałbym porozmawiać z Anniką Berntson - powiedział nagle Wennergren.
- Możesz ją tu poprosić?
Schyman poczuł, że robi mu się zimno. A jeśli Annika rzuci jakąś
nieprzemyślaną uwagę i Wennergren się domyśli, że jej wszystko
powiedział?
Sięgnął przez biurko i wcisnął klawisz.
- Annika, możesz do mnie zajrzeć?
- Po co?
Że też zawsze musi stawiać opór.
Zobaczył, jak wzdycha, a po chwili rusza w stronę jego szklanej klatki.
- O co chodzi? - spytała, kiedy otworzyła drzwi i weszła.
- Opowiadałem Andersowi o planach Valtera. Chce pisać doktorat,
interesują go sposoby działania współczesnych mediów.
- Interesujące - skwitowała Annika beznamiętnie.
- Często się odwołuje do rozmów z panią, o etyce i metodach pracy
dziennikarzy. Ma pani bardzo wyraziste poglądy na ten temat. Może mi
pani powiedzieć parę słów na temat płci różnych gazet?
Annika się rozejrzała, była zmieszana, jakby się bała, że jest w ukrytej
kamerze.
- Nie pamiętam dokładnie. Człowiek mówi różne głupstwa...
- Powiedziała pani, że "Kvällspressen" jest jak wrzaskliwa baba, która
wykrzykuje prawdy, których nikt nie chce słuchać.
Annika zaczęła przestępować z nogi na nogę, była wyraźnie skrępowana.
- Proszę podejść bliżej, ale najpierw proszę zamknąć za sobą drzwi -
ciągnął Wennergren. - Zapewne pani wie, że Schyman wkrótce odejdzie.
Jestem ciekaw pani zdania na temat jego następcy. Jaki według pani
powinien być?
Oczy Anniki zrobiły się niemal czarne.
- Popołudniówka jest jak okręt wojenny w sytuacji wiecznej wojny. Jeśli
akurat w pobliżu nie rozgrywa się żadna wojna, jeśli nikt na nikogo nie
napadł, to tworzymy własną wojenkę. W takiej sytuacji potrzebny jest
kapitan, który potrafi wyważyć wszystkie za i przeciw i bezpiecznie
przeprowadzić okręt przez wzburzone fale.
Wennergren chyba nie bardzo nadążał za tokiem jej rozumowania.
- Może pani zaproponować jakieś nazwiska? - spytał.
- Berit Hamrin, chociaż podobno się nie nadaje, bo jest za uczciwa.
- Może ktoś z telewizji? Albo z biznesu?
Jej oczy się zwęziły.
- Ktoś ważny? O to panu chodzi? Jeśli chcecie, żeby okręt osiadł na
mieliźnie, to proszę bardzo. Wtedy możecie wziąć, kogo chcecie. Coś
jeszcze?
- Nie - powiedział Schyman pospiesznie. - Możesz już iść.
Annika zasunęła za sobą drzwi i poszła, nawet się nie odwróciła.
Albert Wennergren patrzył za nią zamyślony.
- Chciałbym, żeby najważniejsze rzeczy zostały ustalone, zanim ogłosimy
naszą decyzję. Potrzebny będzie zarys nowej struktury organizacyjnej,
szacunkowe koszty odpraw dla zwalnianych pracowników, sumy, które trzeba
będzie wyłożyć na inwestycje, no i najchętniej również nazwisko nowego
redaktora naczelnego.
Schyman nadal trzymał ręce na podłokietnikach.
- A co z drukarnią i dystrybucją? Kiedy im powiemy?
Bo przecież nie tylko dziennikarze mieli stracić pracę. Drukarnia, z której usług korzystali, niedawno zainwestowała w nowe maszyny do
sortowania prasy, cały czas wprowadzano różne nowinki techniczne. Co
prawda nie byli ich jedynym klientem, ale na pewno jednym z największych. Drukarnia zatrudniała trzysta osób. Schyman zaczął się
zastanawiać, jak długo jeszcze będą mieli pracę.
- Z tym się nie spiesz - powiedział Wennergren. - Umowa z drukarnią
kończy się jesienią, więc jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji.
Sięgnął po teczkę, ciężką, z materiału, markową. Luźny, sportowy styl.
- Nie muszę ci mówić, jakie to ważne, żeby nic nie wyciekło - dodał,
patrząc Schymanowi w oczy.
Schyman poczuł ciarki na plecach. Przed oczami miał Annikę z protokołem
z zebrania zarządu w ręku. Ale nie spuścił wzroku.
- Oczywiście - powiedział, nawet nie mrugnąwszy.
BERIT POSTAWIŁA NA BIURKU torbę i otarła pot z czoła. Annika zaczerpnęła
powietrza, odwróciła głowę od szklanej klatki naczelnego i spojrzała na
przyjaciółkę.
- Niech zgadnę - zaczęła. - Rosa opowiada o swojej wadze.
- Poczuła się bardzo dotknięta - powiedziała Berit i opadła na krzesło.
Przewodniczący zarządu zaczął się żegnać z naczelnym, trzymał w ręce
teczkę i głośno się śmiał.
- Przeczytałam w wydaniu redakcyjnym, że Rosa rozmawiała ze swoim
PR-owcem. Uświadomił jej, jak bardzo została obrażona - powiedziała
Annika, odwracając na chwilę wzrok od szklanej klatki szefa.
- Uznała, że skrytykowano ją jako człowieka. - Berit wyjęła z torby
laptopa. - Postanowiła podjąć wyzwanie i pokazać, że sama decyduje o tym, jak chce wyglądać. I nikomu nic do tego.
- Nie przypuszczałam, że ma własnego PR-owca. Boże drogi - westchnęła
Annika.
Berit włączyła laptopa. Czekając, aż programy się załadują, zaczęła
przecierać okulary. Ileż to razy Annika widziała, jak powtarza te gesty.
Jak długo jeszcze będziemy siedziały przy tym samym biurku? - pomyślała.
- Powiedziałabym, że to niezbyt ciekawe. Jestem, jaka jestem, i koniec.
To by znaczyło, że człowiek by się nie rozwijał, że zmiana jako taka
byłaby czymś złym.
Annika uniosła brwi. Kątem oka widziała, jak Wennergren zamyka drzwi do
pokoju Schymana i rusza do wyjścia.
- Co dokładnie masz na myśli? - spytała, nie spuszczając z niego wzroku.
Berit włożyła okulary.
- Myślałam o tym podczas wywiadu z Rosą. Była oburzona, że ktoś doszedł
do wniosku, że się zmieniła po roli w serialu. Jest, jaka jest, i ma do
tego prawo.
- A nie ma? - zdziwiła się Annika.
Wennergren szedł w stronę portierni. Annika spojrzała na szklaną klatkę
szefa, zobaczyła, że Schyman siedzi za biurkiem i patrzy przed siebie.
Była pewna, że rozmawiali o likwidacji redakcji. Ludzie wokół niej nie
mieli pojęcia, co ich wkrótce czeka. Katastrofa była nieunikniona,
zbliżała się wielkimi krokami, a oni w skupieniu pisali swoje artykuły,
wypełniali swoje obowiązki. Ta świadomość ją paraliżowała.
Odwróciła się i spojrzała na Berit. Dotarło do niej, że w ogóle jej nie
słucha.
- Rosa - powiedziała. - Rozumiem, że ona uważa, że jest doskonała i nie
musi nic w sobie zmieniać.
- To była ciekawa rozmowa. Niemal jakbym słuchała Szwedzkich Demokratów:
wszystko, co nowe, jest podejrzane i powinno zostać zabronione. Rosa
fatalnie mówi, jest niewykształcona, ma ciasne poglądy, ale ma do tego
prawo i oczekuje od innych szacunku.
Berit wyjęła z torby dwa jabłka. Podała Annice jedno, sama zaczęła jeść
drugie.
- A na czym polega problem? - zaczęła Annika.
Berit przełknęła kawałek jabłka.
- Tego rodzaju myślenie prowadzi do powstania nowej klasy niższej.
Oznacza, że zawsze będziemy tacy, jacy się urodziliśmy. Wyobrażasz
sobie, co by się stało z ruchem robotniczym na początku dwudziestego
wieku, gdyby przyjęto taki tok myślenia? Nie zawracajcie sobie głowy
nauką, pijcie dalej. Nie należy się zmieniać!
Annika czuła, jak jabłko rośnie jej w ustach. Kim jestem? - zaczęła się
zastanawiać. Gdzie mam pracować, jeśli nie tutaj? Co potrafię? Czy ktoś
mnie w ogóle potrzebuje?
- Coś nowego w sprawie Drwala? - spytała po chwili, przysuwając do
siebie laptopa.
- Sprawy techniczne: zeznania operatora komórkowego, pracowników
laboratorium kryminalnego i chyba jeszcze jakiegoś sąsiada. Nic
pasjonującego. A ty co robisz?
Annika zgarbiła się, odsunęła laptopa. Zastanawiała się, czy wrócić do
domu, czy zostać w redakcji i czekać razem z innymi.
- Nina Hoffman może mi dostarczyć materiały z dochodzenia wstępnego.
Off the record oczywiście. Przejrzę je wieczorem. Zlokalizowałam już
świadków: jeden facet nie żyje, czterech nadal mieszka w Sztokholmie, a najbardziej interesujący z nich wszystkich, Robin Bertelsson, przeniósł
się do Kopenhagi.
- Www.krak.dk - powiedziała Berit. Miała na myśli duńską wyszukiwarkę
adresów i numerów telefonicznych.
- Pracuje w Doomsday. Firma informatyczna, jedna z tych, co to nie
podają żadnych numerów telefonów, tylko maila...
Zerknęła na zegarek. Była dopiero dziesiąta, wtorek, początek czerwca,
jeden z ostatnich tygodni pracy, jeśli nie dni.
- Prokurator, który się zajmował sprawą, odszedł już na emeryturę. Mam
się z nim spotkać w jego domu we Flen - powiedziała. Wyrzuciła ogryzek
do pojemnika na makulaturę i ruszyła w stronę portierni.
ASFALT PAROWAŁ W UPALE. Annika wyjechała na drogę i ruszyła na południe.
Samochody posuwały się powoli, zrywami, jak zwykle. Odebrała to jako
swoiste pocieszenie. Zerknęła na leżącą obok, na siedzeniu pasażera,
milczącą komórkę: żadnych wiadomości, ani od siostry, ani od nikogo
innego.
Kiedy się zostawia za sobą coś dobrze znanego, zawsze powstaje pustka.
Sama wielokrotnie wyjeżdżała, opuszczała miejsca, które znała, i zaczynała od nowa. Wyjechała z Hälleforsnäs, a Birgitta została, w każdym razie do czasu przeprowadzki do Malmö. Dlaczego się
przeprowadziła? I dlaczego postanowiła zniknąć właśnie teraz? A może to
nie była jej decyzja?
Zjazd na Skärholmen pojawił się nagle. Była to jedna z dzielnic
powstałych w ramach programu miliona mieszkań, betonowe bloki z lat
sześćdziesiątych i gigantyczne centrum handlowe. Kiedyś w nim była.
Zjechała z autostrady i zostawiła samochód w garażu o powierzchni małego
miasteczka. Kiedy włączyła alarm, pisk odbił się echem od betonowych
słupów.
Galeria handlowa była klimatyzowana, na półkach leżały wszystkie tanie
marki występujące na północnej półkuli.
Przeżyła déja vu. Była tam kiedyś z synem prezesa zarządu, Valterem
Wennergrenem. Odbywał staż w redakcji, a ona się nim opiekowała.
Przeprowadzali wywiad z mężczyzną, który sprzedał samochód Violi
Söderland. Miał chyba stragan z kwiatami. A może z warzywami?
Mijała kolejne stoiska: z ubraniami, ze sprzętem technicznym. Kto to
wszystko kupi? - zastanawiała się. Obok niej przechodzili ludzie, ich
głosy zamieniały się w jej głowie w hałas.
Już była gotowa się poddać, kiedy nagle znalazła to, czego szukała. Mały
sklepik bez okien, w którym sprzedawano aparaty telefoniczne, takie jak
jej stara komórka. Były bardzo tanie, prawie za darmo, ale w zamian
nabywca zobowiązywał się płacić abonament niemal do śmierci. Sama też
dała się na to nabrać i płaciła teraz abonament za telefon, którego już
od pół roku w ogóle nie używała.
Przed nią był tylko jeden klient, mężczyzna, chyba z Bliskiego Wschodu.
Trzymał za rękę małą dziewczynkę i rozmawiał z właścicielem po arabsku.
Dziewczynka się do niej uśmiechnęła i pomachała rączką, ona też jej
pomachała.
Jaki będzie los tej małej? - zastanawiała się. I co się stanie z nią
samą?
- Mam pytanie - zaczęła, kiedy w końcu przyszła jej kolej.
- Mam nadzieję, że będę potrafił na nie odpowiedzieć. - Chłopak stojący
za ladą wziął od niej numerek, zmiął go i eleganckim rzutem umieścił w pojemniku na makulaturę.
- Mój aparat zastrajkował - powiedziała, kładąc na ladzie swoją starą
komórkę. - Nie można go naładować. Zastanawiam się, czy to wina baterii,
czy ładowarki.
Chłopak wziął komórkę do ręki i zaczął się jej przyglądać. Po chwili
zniknął za przepierzeniem. Wrócił po pięciu sekundach. Sprawnym ruchem
zdjął obudowę, wyjął baterię i włożył nową. Wyświetlacz rozbłysnął i wyświetlił się komunikat: "szukam operatora".
- Proszę. Siadła bateria. Jak pani wróci do domu, proszę ją ładować
przez szesnaście godzin.
- Dostanę jakąś gwarancję?
- Pani żartuje?
Kupiła nową ładowarkę, na wszelki wypadek, podziękowała i ruszyła z powrotem do samochodu. Gwar głosów odbijał się od chromu i szkła,
uderzał w jej bębenki, ostre przebłyski światła odbijały się od ścian.
Z torby dobiegł dźwięk, którego dawno nie słyszała. Jej stara komórka.
Zatrzymała się obok jakiejś kawiarni i wyjęła ją. Nie używała jej od pół
roku. Zaczęła się zastanawiać, kto do niej dzwoni na jej dawny numer.
Dwie nowe wiadomości.
Czuła, jak jej tętno przyspiesza.
Obie od Birgitty.
Pierwsza została wysłana dwudziestego piątego maja, czyli już ponad
tydzień temu. W poprzedni poniedziałek.
Wyświetliła ją.
Annika, proszę, odezwij się, musisz mi pomóc! / birgitta
Wysłana o szesnastej dwadzieścia pięć.
Wpatrywała się w słowa na wyświetlaczu.
Jeśli Birgitta naprawdę potrzebowała jej pomocy, to dlaczego nie
napisała, o co chodzi?
Wysłana o szesnastej dwadzieścia pięć. Nie powinna wtedy być w pracy? A może pracowała na zmiany?
Druga wiadomość była krótka. Została wysłana wcześnie rano, o czwartej
dwadzieścia dwie:
Annika, pomóż mi!
THOMAS PRZYŁOŻYŁ PRZEPUSTKĘ do czytnika. Zrobił to wprawnym ruchem,
przywykł do urzędniczej rutyny. Pozdrowił portiera uprzejmym skinieniem
głowy, ale nie doczekał się żadnej reakcji. Przyjął to z zadowoleniem.
Po prostu tam przynależał.
Kierowanie własnym projektem, i to tak prestiżowym i aktualnym, miało
niewątpliwie wiele zalet. Sam decydował, co kiedy robi, nikt nic nie
mówił, jeśli rano przychodził nieco później albo zostawał nieco dłużej
na lunchu. Jeśli poprzedniego dnia brał udział w służbowej kolacji,
wręcz oczekiwano, że następnego będzie potrzebował nieco więcej czasu
dla siebie.
Zbliżając się do windy, trochę zwolnił. Zatrzymał się przed drzwiami,
udając, że wciska guzik, żeby przywołać windę i pojechać wyżej: minister
miał gabinet na szóstym piętrze, a jego najbliżsi współpracownicy
urzędowali na siódmym. Stał więc chwilę, potem szybko zrobił krok w bok
i skręcił w lewo, w korytarz prowadzący do jego pokoju na parterze. To,
gdzie miał pokój, nie miało właściwie żadnego znaczenia. Jego pokój z widokiem na ścianę kamienicy na Fredsgatan był równie dobry jak każdy
inny. Wielu urzędników pracowało w całkowicie anonimowych budynkach
rozsianych po całym mieście, w których miały siedziby mniej prestiżowe
wydziały.
- Dzień dobry - pozdrowił grzecznie jedną ze starszych sekretarek,
zadbaną kobietę koło pięćdziesiątki.
Zauważył, że podczas ostatniego urlopu pozbyła się kilku zmarszczek.
Lubił zadbane kobiety. Chyba miała na imię Majken, ale nie był pewien.
Rozpromieniła się i nawet chyba lekko zaczerwieniła. Miał nadzieję, że
nie dlatego, że poczuła się skrępowana z powodu jego haka. Jedna z młodszych sekretarek, Marielle Simon - jej nazwisko pamiętał - przeszła
obok niego. Pozdrowił ją wstrzemięźliwie. Niech sobie nie myśli, że
uważa ją za atrakcyjną.
Lekko posuwistym krokiem wszedł do pokoju, gotów stawić czoło nowym
zadaniom, kiedy nagle usłyszał czyjś głos. Ktoś go wołał. Usiłując ukryć
zdziwienie, wyjrzał na korytarz.
Jakaś kobieta szła szybkim krokiem w jego stronę.
- Thomas, sekretarz ministra o ciebie pytał. I to kilka razy. Chce z tobą rozmawiać.
Thomas zmarszczył czoło, jakby się zmartwił, i ze zrozumieniem pokiwał
głową.
- Oczywiście, zaraz do niego zajrzę.
- Nie, on zajrzy do ciebie. Mam mu dać znać, kiedy się zjawisz...
Poczuł falę gorąca, na szyi, a zaraz potem na policzkach. Na szczęście
kobieta już się odwróciła. O co mogło chodzić tym razem? Przecież
poświęcił cały wieczór na robienie tego, czego od niego oczekiwano.
Zabawiał przedstawicieli narodu, z entuzjazmem opowiadał o projekcie,
motywował do działania, wspierał.
Szybko wyjął z teczki dokumenty i rozłożył je na biurku, żeby było
widać, że pracuje.
Jedną z wad jego zadania, a właściwie pracy w ogóle, było to, że jego
niewierna, niegodna zaufania żona bzykała się z jego szefem, sekretarzem
ministra. Ten związek trwał od jakiegoś czasu, więc nie odczuwał go już
tak boleśnie jak na początku. Ludzie, przynajmniej ci pracujący w sąsiednich pokojach, widzieli go zawsze opanowanego i pozytywnie
nastawionego do świata. Co prawda zamiast lewej dłoni miał hak, ale
czuł, że ludzie go szanują.
Przypomniało mu się przysłowie, chyba chińskie, które kiedyś zacytowała
Annika: Jeśli będziesz dostatecznie długo siedział nad brzegiem rzeki,
zobaczysz, jak płynie nią większość twoich wrogów.
Jesienią miały się odbyć wybory. Z badań opinii publicznej wynikało, że
rząd może się już zacząć pakować. Jeśli rzeczywiście dojdzie do zmiany
rządu, pomyślał Thomas, urzędnicy zatrudnieni z politycznej rozpiski, na
przykład sekretarz ministra, natychmiast stracą stanowiska, a on
zostanie.
Więc kto tak naprawdę rządzi w Rosenbadzie? - zastanawiał się, siadając
na swoim ergonomicznym krześle.
Włączył stary komputer, złom, który nie pasował do tego miejsca, i otworzył Facebooka. Właściwie nie interesowały go media społecznościowe,
ale jego dawna partnerka, Sophia Grenborg, utworzyła mu kiedyś profil.
Teraz używał go głównie do sprawdzania, co robią inni. Na przykład
Annika. Musiał przyznać, że jego była żona nie jest szczególnie aktywna
na Facebooku. Od rana nie zamieściła jeszcze żadnego wpisu, poprzedniego
dnia zresztą też nie. Irytowało go to. Jakie tajemnice próbuje ukryć?
Czyżby jej życie było tak pasjonujące, że chciała wszystko zachować dla
siebie? Usłyszał krótki sygnał, dostał wiadomość. Poczuł łaskotanie w żołądku. Czyżby Annika?
"Cześć, Thomas, widzę, że jesteś online. Jutro mam urodziny i w związku
z tym wydaję niewielkie przyjęcie. Może byś wpadł? Około siódmej!
Uściski, Sophia".
Jasne. Jego dawna partnerka nie mogła się pogodzić z ich rozstaniem.
Zaprzyjaźniła się nawet z jego byłą żoną. Wiedział, że się spotykają, że
dzieci czasem u niej nocują. Uważał, że Annika zachowuje się wobec niego
bardzo nielojalnie.
Usłyszał pukanie i podniósł głowę. W drzwiach stał Jimmy Halenius.
Przemknęło mu przez myśl, że może chciał sobie z niego zadrwić, ale
właściwie dlaczego miałby to robić?
Halenius wszedł i nieproszony usiadł na krześle.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał Thomas, poprawiając spodnie.
- Pomyślałem, że przejrzymy razem projekt, nad którym pracujesz.
Niektóre punkty wymagają zaktualizowania.
Zaktualizowania? Thomas starał się ukryć zdziwienie. Co by to niby miało
znaczyć? Nie bardzo wiedział, jak o to spytać, ale zanim zdążył coś
wymyślić, Halenius już mówił dalej:
- Powinienem był przejrzeć sprawozdanie, zanim je przedstawiłeś na
szerszym forum, więc to, co się stało, biorę na siebie. Ale teraz musimy
kilka rzeczy poprawić.
Thomas był coraz bardziej zmieszany.
- Jak to...
Halenius uniósł dłoń, jakby chciał go uciszyć.
- Proponowane przez ciebie środki są zgodne z oczekiwaniami. Policja
będzie mogła przeszukać mieszkanie i żądać podania numeru IP na mocy
nakazu sądowego, podobnie jak jest z podsłuchem, ale potem coś się nie
zgadza. Zastanowiłeś się, jakie będą skutki zmian w prawie?
Thomas poczuł, że język rośnie mu w ustach, miał sucho w gardle.
Milczał, więc Halenius znów zaczął mówić:
- Proponujesz, żeby wyżej wymienione kroki stosować w przypadku
przestępstw zagrożonych karą minimum czterech lat więzienia.
Thomas odetchnął: akurat tę kwestię znał bardzo dobrze. Uspokojony oparł
się wygodniej, poprawił prawą ręką połę marynarki.
- Tak - zaczął. - Uznałem, że powinniśmy być konsekwentni. Trzeba
wyznaczyć jednolite granice.
Halenius podrapał się w brew. Thomas uznał, że to obrzydliwe.
- Jeśli ustawa wejdzie w życie w tym kształcie, będzie całkowicie
bezużyteczna. Kiedy będzie mogła być stosowana? Minimum cztery lata
więzienia grozi chyba tylko za morderstwo i akty terrorystyczne. Kara za
podsłuch telefoniczny to dwa lata. Od dawna zresztą. Nie pomyślałeś,
żeby i w tym przypadku dać dwa lata?
Thomas zaczerpnął powietrza. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć.
- W ten sposób utrudniasz pracę policji - ciągnął Halenius. - Nie będzie
miała pola manewru, nie będzie mogła powziąć żadnych kroków.
Thomas miał wrażenie, że stoi nad przepaścią. Zdrową ręką chwycił się
mocniej podłokietnika, jakby się bał, że spadnie.
- W czwartek mam przedstawić projekt na posiedzeniu rządu - wydukał
wreszcie.
- Nie w tym kształcie - wszedł mu w słowo Halenius. Wstał. - Chcieliśmy
przedstawić tę sprawę do rozpatrzenia komisji przed wakacjami. To już
niemożliwe, ale będziemy się starać zdążyć przed wyborami. Dasz radę?
Thomas przyglądał mu się: potargane włosy, trochę za ciasna koszula. Za
kogo on się, do diabła, ma?
- Jasne - odpowiedział. - Oczywiście. Przed wyborami, na pewno.
BYŁY PROKURATOR REJONOWY Kjell Lindström mieszkał w starym domu z rzeźbionymi drewnianymi wykuszami i wieżyczkami przy Vegagatan we Flen.
Annika zaparkowała na podjeździe, zadbanym, wysypanym żwirem. Ze
stojącego na trawniku ogrodowego krzesła wstał siedemdziesięcioletni
mężczyzna i ruszył w jej stronę. Szedł spokojnym, ale zdecydowanym
krokiem. Miał bujne siwe włosy, na biały T-shirt narzucił cienki brązowy
sweter.
Chciałabym być w takiej formie, kiedy skończę siedemdziesiąt lat,
pomyślała Annika. Drewniany domek, sweterek, trawnik.
- Pani redaktor Bengtzon, jak mniemam?
Miał ciemne, wyraziste oczy.
- Zgadza się - powiedziała Annika. Poprawiła torbę na ramieniu i podała
mu rękę.
- My się chyba nigdy nie spotkaliśmy - powiedział Lindström.
- To prawda. Zdarzało się, że do pana wydzwaniałam w różnych sprawach,
ale zawsze był pan bardzo zajęty.
Roześmiał się.
- Kawy? - zaproponował.
- Bardzo chętnie.
Wskazał ręką na trawnik. Annika wzięła statyw i podążyła za nim do
stolika stojącego przy obrośniętej bzem altance. Na blacie stała już
taca z termosem z kawą, filiżanki i leżały cynamonowe bułeczki.
- Świeżo upieczone - zauważyła Annika.
Lindström znów się roześmiał.
- Muszę przyznać, że nasza rodzina jest bardzo tradycyjna. Ja grilluję,
a moja żona piecze. A skoro o niej mowa, to jest teraz na pilatesie.
Usiedli na ogrodowych krzesłach, pomalowanych na niebiesko, z grubymi
poduchami. Wiatr targał liśćmi brzozy, rozpraszając promienie słońca.
Annika podniosła kamerę.
- Mogę? - spytała.
- Oczywiście.
Przykręciła kamerę do statywu, znalazła kawałek równego podłoża,
sprawdziła, czy obraz jest taki jak trzeba. Potem sięgnęła do torby po
notes i ołówek, a starszy pan zaczął nalewać kawę.
- A więc interesuje panią przypadek Josefin Liljeberg - powiedział,
odstawiając termos z kawą.
- Czy zanim zaczniemy, mogę panu zadać całkiem inne pytanie?
Uniósł brwi i wrzucił do filiżanki kostkę cukru.
- Oczywiście.
- Po jakim czasie należy zgłosić czyjeś zaginięcie?
Spojrzał na nią zdziwiony.
- Zaginięcie? To zależy. Chodzi o dziecko czy o osobę dorosłą?
Annika się zawahała.
- Prawdę mówiąc... chodzi o moją siostrę. Przedwczoraj nie wróciła po
pracy do domu.
Lindström zaczął mieszać kawę. Kostka cukru się rozpuściła.
- Nie ma zakazu opuszczania domu. Dorośli ludzie mogą chodzić, dokąd
chcą. To nie jest przestępstwo.
- A jeśli coś jej się przytrafiło?
- Jeśli istnieje ryzyko zagrożenia zdrowia lub życia, to sprawa
oczywiście wygląda inaczej. Czy pani siostra jest osobą samotną?
- Ma męża i dziecko.
- Może nie chce, żeby ją znaleziono? Może po prostu potrzebuje chwili
spokoju?
Annika pokiwała głową.
- Też o tym pomyślałam, ale przysłała mi SMS-a, w którym prosi o pomoc.
Lindström zaczął pić gorącą kawę.
- W takim razie powinna to pani zgłosić policji. Dyżurny zdecyduje, czy
się tym zajmą, czy nie. - Odstawił filiżankę. - Ale nie sądzę, żeby pani
miała powody do zmartwienia. Praktycznie wszystkie osoby zaginione dość
szybko się odnajdują.
Annika pokiwała głową.
- Po południu skontaktuję się z policją.
Lindström znów sięgnął po filiżankę i rozejrzał się po ogrodzie. Annika
podążyła za jego wzrokiem. Rabatki pod płotem były pełne kwiatów, rosły
tam zarówno rośliny wieloletnie, jak i jednoroczne: aksamitki i lobelie.
Na rogu, przy wjeździe, pysznił się wspaniały krzew napierśnika.
- Bardzo dobrze pamiętam tę sprawę - zaczął Lindström. - To bardzo
przykra historia.
Odwrócił głowę i spojrzał na swój dom: malowane na zielono drewno, białe
okiennice, rzeźbione framugi okien i płot. Annika siedziała z notesem na
kolanach i czekała.
- Wszystkie morderstwa są tragiczne - zaczął po chwili powoli. - Ale
szczególne tragiczne są te, których ofiarą padają ludzie młodzi, którzy
tak naprawdę nie zdążyli jeszcze zacząć żyć... Największa zbrodnia, jaką
człowiek może popełnić, to pozbawić życia drugiego człowieka. Największe
bluźnierstwo to uznać się za Boga i dać sobie prawo do decydowania o życiu i śmierci. W żadnej kulturze nie jest to dopuszczalne....
- Chyba że się jest prezydentem Stanów Zjednoczonych - wtrąciła Annika.
Lindström się roześmiał.
- To prawda... - Zamyślony zaczął znów mieszać kawę. - Na tym się opiera
nasze prawo. Jeśli zabijemy kogoś przez przypadek, wcale nie jest
powiedziane, że od razu trafimy do więzienia, ale za świadomie
popełnione morderstwo możemy spędzić za kratkami resztę życia. Tak więc
nie tyle czyn, ile sama decyzja jest przestępstwem.
Annika spojrzała na notes.
- Jakie to uczucie, kiedy się prowadzi wstępne dochodzenie, domyślając
się, kto jest winny, a jednocześnie mając świadomość, że nie można go
oskarżyć?
Lindström sięgnął po bułeczkę i ugryzł kęs.
- W tym przypadku mieliśmy podejrzanego. Oskarżyliśmy go o wiele innych
przestępstw, trafił do więzienia, i to na całkiem długo.
Pięć i pół roku, pomyślała Annika. Spojrzała na dom. Nierzetelność wobec
wierzycieli, oszustwa podatkowe, utrudnianie pracy urzędowi skarbowemu.
Poczuła na sobie spojrzenie Lindströma.
- Chciałbym pani przypomnieć, że informację o podwójnej księgowości
dostaliśmy od kogoś z klubu.
Spuściła wzrok i poczuła, że się rumieni.
Zatrudniła się w tym klubie, stała w drzwiach i obsługiwała ruletkę.
Joachim dał jej kostium Josefin, różowe bikini z cekinami. Nosiły ten
sam rozmiar. Dowiedziała się wielu ciekawych rzeczy: o groźbach, próbach
szantażu, a także, gdzie Joachim przechowywał księgi rachunkowe. Nie
miała pojęcia, czy Lindström wie, kto doniósł policji, ale na pewno nie
zamierzała mu się teraz z tego zwierzać.
- Od dziesięciu lat znów jest na wolności - powiedziała głośno. - Jest
zameldowany u rodziców, w Sollentunie. Wie pan, czym dzisiaj się
zajmuje?
Lindström westchnął.
- Wiem, że niedługo po tym, jak wyszedł na wolność, podejrzewano go o pobicie siedemnastolatki, ale oskarżenia nie wniesiono. Po jakimś czasie
dziewczyna się wycofała. Ostatnio słyszałem, że jest w Chorwacji i zajmuje się handlem nieruchomościami. Potem już nic.
- Może pan potwierdzić, że to on zabił Josefin? Mogę pana zacytować?
Lindström odstawił filiżankę.
- Mężczyźni, którzy biją - zaczął. - To nie jest tak, jak nam się
wydaje. Ludzie są ludźmi, nawet mordercy. Nie są potworami, nawet jeśli
się dopuszczają rzeczy potwornych.
Annika zapisała. W pewnym sensie była to odpowiedź na jej pytanie, ale
nie do końca.
- Większość mężczyzn skazanych w Szwecji za zamordowanie partnerek to
rdzenni Szwedzi - ciągnął Lindström. - Większość z nich była trzeźwa.
Ponad połowa nie była wcześniej karana, nawet za wykroczenia drogowe.
Dziewięciu na dziesięciu jest psychicznie zdrowych. Sytuacja zwykle
staje się krytyczna, kiedy kobieta oświadcza, że chce odejść, albo kiedy
sąd przyznaje jej opiekę nad dziećmi. Wtedy on traci nad nią władzę. Nie
może jej już izolować, manipulować nią, kontrolować... - Pokręcił głową. -
Ze wszystkich przestępców ci mężczyźni są najbardziej żałośni. To
tchórze. Zadowoleni z siebie, żądni władzy, nieodpowiedzialni. Zabijają
kobietę, bo nie chce ich słuchać. A kiedy już ją zabiją, zaczynają
rozpaczać. - Pochylił się nad stolikiem. - Niedaleko Mariestadu jest
zakład, w którym przebywają mężczyźni skazani za przemoc wobec
najbliższych. Wszystkim proponuje się pomoc, ale połowa nie jest podatna
na żadne leczenie. Żeby terapia miała jakikolwiek sens, skazany musi
uznać swoją winę, zrozumieć, co zrobił. A oni zwykle do końca twierdzą,
że są niewinni. On jej nie uderzył, a jeśli nawet, to na to zasłużyła.
- Może sobie nie radzą z własnym wstydem - zasugerowała Annika.
Lindström pokiwał głową.
- Psychologowie, którzy się zajmują takimi przypadkami, twierdzą, że
sprawców takich zbrodni cechuje myślenie katastroficzne. Są przekonani,
że nie przeżyją, jeśli powiedzą, na co narażali swoje ofiary, że świat
nie zniesie prawdy, więc zaprzeczają. A to wymaga siły.
- Jest ktoś, kto się do tego przyznał. Gustaf Holmerud. Co pan o tym
sądzi?
Lindström odsunął filiżankę.
- Są ludzie, którzy mają skłonność do brania na siebie winy za zbrodnie,
których nie popełnili. To znane zjawisko. W tym przypadku bulwersuje to,
że Holmerud został skazany za pięć zbrodni.
- Mogę pana zacytować? - upewniła się Annika.
- Jak najbardziej.
- Uważa pan, że jego przyznanie się do winy jest bezpodstawne? Nie tylko
w tych pięciu przypadkach, za które został skazany, ale w ogóle we
wszystkich?
- W jednym przypadku od samego początku go podejrzewaliśmy. I o ile
wiem, nie jest wykluczone, że rzeczywiście popełnił tę zbrodnię. Tego
nie jestem w stanie stwierdzić. Za mało wiem o tej sprawie. Podejrzewam,
że pani wie o wiele więcej. Ale na pewno nie zamordował Josefin. To mogę
stwierdzić z całą stanowczością. Bardzo dokładnie wszystko
sprawdziliśmy: jego nazwisko nigdzie się nie pojawia.
- To też mogę zacytować?
- A dlaczego nie? Co mi mogą zrobić? Zwolnić?
Annika spojrzała na kamerę, żeby się upewnić, czy wszystko działa.
Działało.
- Twierdzi pan, że tych pięć wyroków skazujących to skandal prawny?
- Oczywiście.
Świetnie, pomyślała. Po raz pierwszy wysoki urzędnik, bezpośrednio
zaangażowany w sprawę, odważył się wypowiedzieć na ten temat publicznie.
- Kontaktował się pan z prokuratorem krajowym?
Lindström zmrużył oczy.
- Czyżby pani wiedziała więcej ode mnie?
Annika powiodła wzrokiem po trawniku.
- Uważa pan, że morderca Josefin ma cechy, które pan wymienił?
- Najprawdopodobniej tak.
- Jest tchórzem, jest żałosny, żądny władzy i nieodpowiedzialny?
- Jak najbardziej.
Sięgnęła po filiżankę. Poczuła na sobie jego wzrok i podniosła głowę.
- Może pani wyłączyć kamerę?
Wstała i spełniła jego prośbę.
- Moja żona jest stąd, z Flen - zaczął, kiedy zdjęła kamerę ze statywu.
- Mieszkamy w tym domu od zawsze, od trzydziestu dziewięciu lat. Przez
cały czas dojeżdżałem stąd do pracy, do Sztokholmu.
Annika słuchała, nie do końca pewna, do czego zmierza.
- Dlatego zawsze interesowało mnie też to, co się działo tu, w okolicy.
Pamiętam, że tego lata, kiedy zamordowano Josefin, w Hälleforsnäs,
niedaleko stąd, zginął zawodnik bandy. Sven Matsson. To była pani,
prawda?
Annika upuściła statyw, upadł na trawę. Schyliła się i podniosła go.
- Nie chciałem, żeby się pani poczuła skrępowana. Chodzi mi o to, że
pani ma własne doświadczenia w tego typu sprawach.
Annika wstała. Czuła, jak mocno bije jej serce. Patrzyła na niego,
czekała.
- A doświadczenie zawsze się przydaje - powiedział po chwili.
NIE CHCIAŁA JESZCZE WRACAĆ do redakcji, do katastrofy, która była
nieunikniona, która za kilka dni, a może już za kilka godzin miała
dotknąć ich wszystkich.
Chłonęła krajobraz za oknami: dębowe lasy, pastwiska, łagodne wzgórza i falujące łany pszenicy, i bagna, na których aż się roiło od ptasich
gniazd. Stare domy. Stały tam od setek lat: małe drewniane chatki i większe, z dwoma murowanymi kominami i na czerwono pomalowanymi
fasadami, zapadające się stodoły, budynki gospodarcze. To była jej
ziemia, jej kraj. Przypomniała sobie, co widziała z tylnego siedzenia
rodzinnego volvo, kiedy w sobotnie przedpołudnia jeździli na zakupy do
Flen do marketu ICA: grało radio, tata wtórował, podśpiewując pod nosem,
a ona i Birgitta kłóciły się o spinki i torebki. Wiatr pomarszczył taflę
jeziora, skrzyła się w słońcu. Żałowała, że nie wzięła ze sobą okularów
słonecznych.
Prokurator wiedział, co zrobiła. Teraz już mało kto pamiętał tamte
zdarzenia sprzed lat. Wiedziała, że w redakcji się o tym plotkowało, ale
to było na początku, kiedy zaczęła tam pracować. Potem sprawa poszła w zapomnienie, jej miejsce zajęły inne rzeczy. Chociaż nadal się zdarzało,
że jakiś stażysta podchodził do niej i trochę niepewnie pytał, czy to
prawda, że zabiła swojego chłopaka. Odpowiadała, że zamiast słuchać
plotek, zawsze lepiej szukać odpowiedzi u źródła. Wtedy młody człowiek
na ogół odchodził, chociaż przecież zrobił to, co mu radziła.
Ostatnio nikt jej już nie zadawał takich pytań. Większość ludzi nie
pamiętała już tej starej sprawy, a może przestała ich obchodzić.
Most w Mellösie był w remoncie. Skręciła w lewo, za kioskiem, i powoli
ruszyła w stronę Harpsundu. Jej babcia przez lata była gospodynią w letniej rezydencji premiera. Poznała czołowych szwedzkich polityków, a nawet obcych, tak znanych jak Nikita Chruszczow czy Georges Pompidou.
Mama i inni dorośli zawsze ją o nich wypytywali: jakie dania im
smakowały, który lubił sobie wypić, ale babcia nigdy nie zdradzała
tajemnic swoich gości, jak o nich mówiła, a oni czasem odwiedzali ją w jej domku.
Po lewej pojawiły się zabudowania gospodarcze. Zmieniła bieg, zwolniła i powoli przejechała obok wejścia do rezydencji. Na dziedzińcu nie było
żadnego samochodu Säpo, co znaczyło, że premiera też nie było.
Nieco dalej, w dolinie, rozciągało się jezioro. Miała wrażenie, że widzi
przy brzegu słynną łódkę, w której szwedzcy premierzy pływali z zagranicznymi dygnitarzami.
Po chwili las zaczął gęstnieć, droga zrobiła się węższa. zbliżała się do
Granhedu. Wiatr nieco zelżał, nie targał już tak mocno koronami drzew,
czuła palące promienie słońca. Opuściła szybę. Uderzył ją zapach mchu i świeżo skoszonej trawy. Zwolniła.
Czy popełniła błąd, przenosząc się do Sztokholmu?
Mogła zostać, pracowałaby w "Katrineholm-Kuriren", mieszkała w domku z ogródkiem, działałaby w różnych organizacjach, poświęcała czas na hobby.
Birgitta tak zrobiła. Została, nie poszła na studia, pracowała w markecie spożywczym we Flen. Była zadowolona z życia, miała krąg
przyjaciół, a mama kochała ją taką, jaka była.
Minęła Granhed i skręciła w prawo. W promieniach słońca białe pnie brzóz
wydawały się jeszcze bielsze, świerki szumiały. Pasące się na łące konie
podniosły łby. Przyglądały się jej, kiedy je mijała. Zauważyła wśród
nich maleńkie źrebię.
Zaraz za Johanneslundem zwolniła i zaczęła się wpatrywać w pobocze. W końcu ją zobaczyła: zarośniętą ścieżkę, niemal niewidoczną, prowadzącą
do Lyckebo, do letniego domku babci, stojącego na działce
wydzierżawionej od Harpsundu. Pod wpływem impulsu skręciła z szosy,
przejechała kilka metrów po zarośniętych korzeniach i kamieniach, po
chwili pociągnęła za hamulec i wyłączyła silnik. W samochodzie zapadła
cisza. Siedziała kilka sekund, wsłuchując się w pustkę. Spojrzała na
drogę prowadzącą do domku. To tu nauczyła się jeździć na rowerze, to w pobliskim jeziorze, w Hosjön, nauczyła się pływać. Lata dzieciństwa
zlewały się w jedne nigdy się niekończące wakacje.
Wysiadła, przewiesiła torbę przez ramię i odruchowo ruszyła przed
siebie.
Wszystko wydawało jej się znajome, ale jednak inne. Nie była tam od
dobrych dziesięciu lat, a stan drogi wskazywał na to, nikt inny też nie.
Po deszczu ziemia nadal była mokra.
Doszła do szlabanu, był opuszczony. Obeszła go i ruszyła dalej.
Gdzieś obok przeleciał duży ptak, wzdrygnęła się. Pomyślała, że może to
cietrzew, ale nie potrafiła powiedzieć. Słyszała szum wiatru w koronach
drzew, pokryta zielonym mchem ziemia wyglądała jak parkiet. Weszła w pajęczą sieć, poczuła na rzęsach lepkie nici.
Miała wrażenie, że nagle znalazła się w miejscu, gdzie czas przestał
istniał. Tak musiał wyglądać świat, zanim nastał człowiek, i tak będzie
wyglądać, kiedy człowiek zniknie. O ile wcześniej nie uda mu się
zlikwidować wszelkiego życia na ziemi, pomyślała.
Dotarła do miejsca, gdzie wśród roślin wznosiły się nagie skały, surowe
i dzikie. To właśnie tędy uciekała przed Svenem, tamtego dnia, dawno
temu.
Podniosła głowę. Za pniami drzew, gdzieś w oddali, skrzyła się tafla
jeziora. Ruszyła przed siebie i po chwili znalazła się na polance, która
nieco dalej przechodziła w schodzące niemal do brzegu jeziora łąki. Od
dawna nikt ich nie kosił.
Domek babci zarósł bluszczem, krzaki malin zamieniły się w dzikie,
niedostępne chaszcze. Gdzieniegdzie prześwitywały białe pnie brzóz.
Drewniany domek na jabłoni częściowo się zawalił. Przypomniała sobie,
jak go budowali razem z ojcem. Był mniejszy, niż zapamiętała.
Zobaczyła przed sobą dom. To tam, na podłodze w kuchni, znalazła babcię
po wylewie.
Torba zaczęła jej ciążyć. Zdjęła ją z ramienia i wzięła do ręki. Dotarła
do drzwi i z przyzwyczajenia chwyciła za klamkę, żeby sprawdzić, czy nie
są zamknięte. Były, i wymagały odmalowania. Ostrożnie podeszła do
kuchennego okna i zajrzała do środka. Na pozbawionej babcinych dywaników
podłodze widać było brzydką klapę prowadzącą na dół, do piwnicy. Stolik
stał na swoim miejscu, ale nie było na nim obrusu. Ktoś zdjął też
obrazek przedstawiający czuwającego nad dziećmi anioła. Na ścianie, tuż
pod spadzistym dachem, został po nim ślad. Pamiętała, jaka była nim
zafascynowana. Nadal miała go przed oczami: dzieci stały nad przepaścią
i próbowały zerwać kwiatek, a Anioł Stróż rozłożył swoje białe skrzydła
i czuwał nad nimi.
Po śmierci babci jeszcze przez jakiś czas z domku korzystali myśliwi,
ale teraz najwyraźniej nikt już do niego nie zaglądał.
Zaczerpnęła głęboko powietrza, poczuła łzy w oczach.
Jak długo babcia tam mieszkała? Czterdzieści lat?
Co się stało z obrazkiem? Kto opróżnił dom?
Usiadła na schodkach i spojrzała w dół, na jezioro. Ktoś powinien to
wszystko uporządkować.
Wysokie sosny szumiały.
Wyjęła komórkę i jeszcze raz spróbowała się połączyć z Birgittą, ale
natychmiast włączyła się poczta głosowa.
Odgarnęła włosy z czoła. Zawahała się, ale w końcu wybrała bezpośredni
numer sztokholmskiej komendy policji. Poprosiła o połączenie z dyżurnym.
Odebrała kobieta, Cecilia. Wytłumaczyła, że zaginęła jej siostra,
powiedziała kiedy, podała też jej adres i numer komórki. Odczytała
SMS-y, które od niej dostała.
- Siostra często prosi panią o pomoc?
- Czasem.
- W jakich sprawach?
- Zdarza się, że prosi, żebym się zaopiekowała jej dzieckiem, albo pyta,
czy może u mnie przenocować, kiedy się spóźni na ostatni pociąg...
Miała wrażenie, że funkcjonariuszka cicho westchnęła.
- Jak wyglądają stosunki siostry z mężem?
- Tego dokładnie nie wiem - odpowiedziała Annika zgodnie z prawdą.
- Nie sądzę, żeby pani miała powód do zmartwienia - uspokoiła ją
Cecilia. - Oczywiście przyjmę pani zgłoszenie. Ale proszę też, żeby pani
nadal próbowała skontaktować się z siostrą.
- Oczywiście - odpowiedziała Annika.
Z ulgą schowała komórkę do torby i zaczęła się zastanawiać, czy w lesie
są już grzyby. Pewnie nie, było jeszcze za wcześnie. A jednak wstała i poszła za stodołę, tam, gdzie zwykle rosły kurki. Teraz był tam tylko
mech i zeszłoroczne liście.
Postanowiła pójść nad jezioro. Okazało się, że stary pomost jest w zaskakująco dobrym stanie. Usiadła, spojrzała na wodę, a potem na brzeg,
tam, gdzie kiedyś mieszkał stary Gustav.
A gdybym tak wydzierżawiła Lyckebo? - pomyślała. Wygląda na to, że nikt
tu nie mieszka. Jimmy pewnie mógłby się dowiedzieć, kto administruje tym
terenem...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki