Annika Bengtzon (tom 1). Zamachowiec - Liza Marklund

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Kobieta, która wkrótce miała umrzeć, wyszła ostroż­nie z bramy i szybko rozej­rzała się dookoła. Klatka scho­dowa za nią tonęła w ciem­no­ściach. Scho­dząc po scho­dach, nie zapa­liła świa­tła. Poły jej jasnego płasz­cza zawi­sły w powie­trzu na tle ciem­nego drewna niczym duch. Zanim wyszła na ulicę, zawa­hała się, jakby się oba­wiała, że ktoś ją obser­wuje. Zaczerp­nęła głę­boko powie­trza, jej oddech zamie­nił się w białą parę, przez kilka sekund uno­siła się wokół niej niczym aure­ola. Po chwili popra­wiła pasek torebki, którą miała na ramie­niu, i chwy­ciła moc­niej rączkę aktówki. Wypro­sto­wała się i szyb­kim kro­kiem zaczęła iść w stronę Götgatan, sta­ra­jąc się robić jak naj­mniej hałasu. Mróz był doj­mu­jący, na nogach w cien­kich nylo­no­wych poń­czo­chach poczuła ostry powiew wia­tru. Omi­nęła oblo­dzony kawa­łek chod­nika, zachwiała się lekko, ale szybko odzy­skała rów­no­wagę. Pospiesz­nie ruszyła dalej, zosta­wiła za sobą świa­tło latarni i weszła w mrok. Mróz i cie­nie tłu­miły odgłosy nocy: szum wen­ty­la­cji, krzyki pija­nych mło­dych ludzi i docho­dzący gdzieś z oddali głos syreny.

Szła szybko, zde­cy­do­wa­nie. Pewna sie­bie, pach­nąca dro­gimi per­fu­mami. Kiedy nagle ode­zwała się jej komórka, zmie­szała się. Zamarła w pół kroku, zatrzy­mała się i rozej­rzała. Po chwili schy­liła się, oparła aktówkę o prawą nogę i zaczęła szu­kać komórki w torebce. Nagle stra­ciła pew­ność sie­bie, widać było, że jest poiry­to­wana. Wyjęła komórkę i przy­ło­żyła do ucha. Nawet w ciem­no­ści jej reak­cja była dosko­nale widoczna. Roz­draż­nie­nie zamie­niło się w zdzi­wie­nie, żeby po chwili przejść w złość, a na koniec zamie­nić w strach.

Kiedy skoń­czyła roz­ma­wiać, stała jesz­cze dobrych kilka sekund z komórką w ręku. Pochy­liła głowę, wyda­wała się zamy­ślona. Minął ją jadący powoli radio­wóz. Pod­nio­sła głowę, przy­glą­dała mu się chwilę uważ­nie, jakby na coś cze­kała, ale nie wyko­nała żad­nego gestu, żeby go zatrzy­mać.

W końcu pod­jęła decy­zję. Odwró­ciła się na pię­cie i ruszyła z powro­tem tą samą drogą. Minęła ciemne drew­niane drzwi, kie­ro­wała się do przej­ścia przez jezd­nię przy skrzy­żo­wa­niu z Kata­rina Ban­gata. Zatrzy­mała się, cze­kała, aż minie ją nocny auto­bus. Unio­sła głowę i spoj­rzała na cią­gnącą się przed nią ulicę, prze­ci­na­jącą rynek Vin­ter­tul­l­stor­get i pro­wa­dzącą wzdłuż kanału Sic­kla. W oddali, wysoko nad kana­łem, wzno­sił się główny obiekt olim­pij­ski, Sta­dion Vic­to­rii. Za sie­dem mie­sięcy miały się roz­po­cząć let­nie igrzy­ska olim­pij­skie.

Nocny auto­bus poje­chał dalej. Kobieta prze­szła przez sze­roką, dwu­pa­smową Ringvägen i ruszyła ulicą Kata­rina Ban­gata. Twarz miała bez wyrazu, tylko pospieszny krok wska­zy­wał, że jest jej zimno. Prze­szła kładką nad kana­łem Ham­merby i mija­jąc cen­trum pra­sowe, wkro­czyła na tereny olim­pij­skie. Szła szybko, rwa­nym kro­kiem, cały czas w stronę sta­dionu. Posta­no­wiła iść nad wodą, cho­ciaż była to dłuż­sza droga, a nad brze­giem bar­dziej wiało. Czuła lodo­wate podmu­chy wia­tru znad Saltsjön, ale nie chciała, żeby kto­kol­wiek ją zauwa­żył. Ciem­ność była nie­prze­nik­niona, potknęła się, raz, potem drugi, ale szła dalej.

Obok poczty i apteki skrę­ciła w stronę tere­nów tre­nin­go­wych, ostat­nie sto metrów poko­nała bie­giem. Kiedy w końcu zdy­szana dotarła do głów­nego wej­ścia, była już wyraź­nie zła. Pchnęła bramę i wkro­czyła w ciem­ność.

- Powiedz szybko, o co cho­dzi - rzu­ciła, patrząc chłodno na wyła­nia­jącą się z cieni postać.

Zoba­czyła unie­siony mło­tek, ale nie zdą­żyła się prze­stra­szyć.

Pierw­sze ude­rze­nie tra­fiło ją w lewe oko.

Egzy­sten­cja

Tuż za ogro­dze­niem z żer­dzi było gigan­tyczne mro­wi­sko. Jako dziecko sta­wa­łam obok niego i przy­glą­da­łam mu się w sku­pie­niu. Pod­cho­dzi­łam tak bli­sko, że mrówki bez prze­rwy wła­ziły mi na nogi. Zda­rzało się cza­sem, że śle­dzi­łam poje­dyn­czą mrówkę, jak szła od traw­nika na podwó­rzu, prze­ci­nała żwi­rową ścieżkę, a potem prze­cho­dziła obok piasz­czy­stej łachy i szła do mro­wi­ska. Bar­dzo się sta­ra­łam nie stra­cić jej z oczu, ale na koniec zawsze tak się działo. Inne mrówki pochła­niały moją uwagę. Kiedy było ich za dużo, roz­pra­sza­łam się i tra­ci­łam cier­pli­wość.

Cza­sem kła­dłam na mro­wi­sku kostkę cukru. Mrówki to uwiel­biały, a ja się śmia­łam, widząc, jak się na nią rzu­cają i wcią­gają do mro­wi­ska. Jesie­nią, kiedy robiło się chłod­niej i mrówki sta­wały się powol­niej­sze, wkła­da­łam do mro­wi­ska patyk, żeby je nieco oży­wić. Kiedy doro­śli zauwa­żyli, co robię, byli na mnie źli. Twier­dzili, że nisz­czę pracę mró­wek. Jesz­cze dzi­siaj pamię­tam to poczu­cie krzywdy, bo prze­cież nie mia­łam złych zamia­rów. Dla mnie to była tylko zabawa. No i chcia­łam, żeby mrówki tro­chę się oży­wiły.

Zabawy z mrów­kami z cza­sem zaczęły mnie prze­śla­do­wać w snach. Moja fascy­na­cja nimi zamie­niła się w bez­i­mienny strach. Kiedy doro­słam, ni­gdy nie byłam w sta­nie znieść widoku wię­cej niż trzech owa­dów jed­no­cze­śnie, nie­ważne, czy to były mrówki, czy coś innego. Kiedy tra­ci­łam nad nimi kon­trolę, wpa­da­łam w panikę. Fobia zro­dziła się w momen­cie, kiedy uświa­do­mi­łam sobie podo­bień­stwo mię­dzy mną a tymi maleń­kimi błon­ków­kami.

Byłam młoda i wciąż jesz­cze bar­dzo aktyw­nie szu­ka­łam odpo­wie­dzi na ota­cza­jącą mnie rze­czy­wi­stość, two­rzy­łam teo­rie i prze­ciw­sta­wia­łam je sobie w róż­nych kon­fi­gu­ra­cjach. To, że życie mogło być jedy­nie kapry­sem, nie mie­ściło się w moim świa­to­po­glą­dzie. Coś mnie stwo­rzyło. Nie potra­fi­łam powie­dzieć, co to mogło być: przy­pa­dek, los, ewo­lu­cja czy może Bóg.

Nato­miast to, że życie może być pozba­wione sensu, uwa­ża­łam za praw­do­po­dobne. Napa­wało mnie to smut­kiem i zło­ścią. Jeśli nasz czas tu, na ziemi, jest pozba­wiony sensu, to nasze życie jawi się jako iro­niczny eks­pe­ry­ment. Ktoś umie­ścił nas tutaj, żeby obser­wo­wać, jak toczymy ze sobą wojny, jak peł­zamy, cier­pimy, wal­czymy. Cza­sem ten Ktoś roz­da­wał przy­pad­kowe nagrody, które można było porów­nać do kostki cukru wrzu­co­nej do mro­wi­ska, a potem przy­glą­dał się, jak się cie­szymy i roz­pa­czamy, z tym samym pozba­wionym uczu­cia zim­nym zain­te­re­so­wa­niem.

Z cza­sem przy­szła pocie­cha. W końcu zro­zu­mia­łam, że to, czy moje życie ma jakiś sens, czy nie, nie odgrywa żad­nej roli. A nawet jeśli, to nie będzie mi dane go poznać tu i teraz. Gdyby ist­niały jakieś odpo­wie­dzi, na pewno już bym je poznała, skoro tak się nie stało, to nie ma zna­cze­nia, ile będę się nad tym zasta­na­wiała.

Dało mi to pewien rodzaj spo­koju.

18 grud­nia, sobota

DŹWIĘK DZWONKA DOTARŁ DO NIEJ w środku dziw­nego ero­tycz­nego snu. Leżała na szkla­nym pod­wyż­sze­niu w statku kosmicz­nym, Tho­mas leżał na niej, czuła go w sobie. Obok stało trzech męż­czyzn, pro­wa­dzili radiowy pro­gram Stu­dio 6 i patrzyli na nich oczami bez wyrazu. Czuła, że musi oddać mocz.

- Nie możesz teraz iść do łazienki, lecimy w kosmos - powie­dział Tho­mas.

Wyj­rzała przez pano­ra­miczne okno. Miał rację.

Drugi dzwo­nek roze­rwał kosmos. Leżała w mroku, spo­cona i spra­gniona. Nad nią w ciem­no­ściach uno­sił się sufit.

- Odbierz, do dia­bła, zanim wszy­scy się obu­dzą - wymam­ro­tał Tho­mas nie­za­do­wo­lony, gdzieś wśród podu­szek.

Odwró­ciła głowę i spoj­rzała na zega­rek: trze­cia dwa­dzie­ścia dwie. Całe pod­nie­ce­nie nagle gdzieś ule­ciało. Ciężką jak z oło­wiu ręką się­gnęła po leżącą na pod­ło­dze słu­chawkę. Dzwo­nił Jans­son, szef noc­nej zmiany.

- Sta­dion Vic­to­rii wyle­ciał w powie­trze. Haj­cuje się jak dia­bli. Nasz repor­ter jest już na miej­scu, ale potrze­bu­jemy cię do wyda­nia pod­miej­skiego. Jak szybko dasz radę przy­je­chać?

Oddy­chała chwilę, sta­rała się zro­zu­mieć, co się stało. Poczuła, jak fala adre­na­liny prze­cho­dzi przez jej ciało i dociera do mózgu. Sta­dion olim­pij­ski, pomy­ślała. Pożar, chaos, niech to szlag! Połu­dniowa część mia­sta. Obwod­nica Połu­dniowa albo most Skan­stul­ls­bron.

- Jak sytu­acja na mie­ście? Ulice są prze­jezdne?

Jej głos brzmiał chra­pli­wie, bar­dziej, niżby chciała.

- Obwod­nica Połu­dniowa jest zablo­ko­wana. Esta­kada obok sta­dionu się zawa­liła, ale to wszystko, co wiemy. Tunel Söder też może być zamknięty, jedź raczej górą.

- Kto robi zdję­cia?

- Hen­riks­son wła­śnie tam poje­chał, część repor­te­rów jest już na miej­scu.

Roz­łą­czył się, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Wsłu­chi­wała się jesz­cze chwilę w mar­twy szum, po czym poło­żyła słu­chawkę z powro­tem na pod­ło­dze.

- Co tym razem?

Wes­tchnęła bez­gło­śnie.

- Doszło do eks­plo­zji na sta­dio­nie olim­pij­skim. Muszę tam jechać. Pew­nie zaj­mie mi to cały dzień. - Zawa­hała się. - I może też wie­czór - dodała.

Tho­mas wymam­ro­tał coś led­wie sły­szal­nie.

Ostroż­nie wyswo­bo­dziła się z wil­got­nej od potu piżamy Ellen. Chło­nęła zapach dziecka: słodki zapach skóry i kwa­śny z ust, w któ­rych cały czas tkwił kciuk. Poca­ło­wała aksa­mit­nie gładką główkę córeczki. Ellen prze­cią­gnęła się roz­kosz­nie, po czym zwi­nęła się w kłę­bek. Miała trzy latka i zawsze była sobą, nawet we śnie. Annika ręką jak z oło­wiu wybrała numer kor­po­ra­cji tak­sów­ko­wej, wstała z przy­jem­nie cie­płego łóżka i usia­dła na pod­ło­dze.

- Popro­szę tak­sówkę na Han­ta­ver­kar­ga­tan 32. Bengt­zon. Zależy mi na cza­sie. Na sta­dion olim­pij­ski. Tak, wiem o poża­rze.

Poczuła, że musi natych­miast oddać mocz, ina­czej umrze.

Na dwo­rze było prze­ni­kli­wie zimno, co naj­mniej dzie­sięć stopni mrozu. Pod­nio­sła koł­nierz płasz­cza, nacią­gnęła czapkę na uszy, jej prze­siąk­nięty zapa­chem pasty do zębów oddech uno­sił się wokół niej niczym chmura. Tak­sówka pod­je­chała w chwili, gdy usły­szała, jak zamy­kają się za nią drzwi.

- Ham­mar­by­ham­nen, sta­dion olim­pij­ski - rzu­ciła, kiedy razem ze swoją wielką torbą wylą­do­wała na tyl­nym sie­dze­niu.

Kie­rowca spoj­rzał na nią w lusterku.

- Bengt­zon? Z "Kvällspressen", tak? - upew­nił się, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie. - Czy­tam pani felie­tony. Podo­bało mi się to, co pani pisała o Korei. Moje dzie­ciaki są stam­tąd. Adop­to­wa­łem je. Byłem w Pan­mun­dżo­nie, świet­nie pani opi­sała, jak ci żoł­nie­rze stoją tam i na sie­bie patrzą, ale nie wolno im słowa ze sobą zamie­nić. Świetny arty­kuł.

Słu­chała pochwał, ale nie brała ich do sie­bie. Bała się, że znik­nie magia, która spra­wia, że jej tek­sty jakby się uno­siły w powie­trzu.

- Dzię­kuję - powie­działa. - Miło, że się panu podo­bał. Sądzi pan, że uda nam się prze­je­chać przez tunel? - zmie­niła temat. - Czy może raczej poje­dziemy górą?

Tak­sów­karz, jak więk­szość jego kole­gów, był na bie­żąco. Jeśli o czwar­tej nad ranem gdzie­kol­wiek w kraju coś się dzieje, zawsze należy wyko­nać dwa tele­fony: na poli­cję i do tak­sów­ka­rzy. I ma się gotowy arty­kuł do poran­nego wyda­nia. Poli­cja potwier­dza, a tak­sów­karz zawsze jest w sta­nie przy­to­czyć zezna­nie naocz­nego świadka.

- Byłem na Götgatan, kiedy usły­sza­łem huk - powie­dział kie­rowca, zawra­ca­jąc na linii cią­głej. - Nie­źle grzmot­nęło, aż latar­nie zadrżały. Cho­lera, pomy­śla­łem, pew­nie ato­mówka. Ruscy przy­szli. Pró­bo­wa­łem wywo­łać kogoś przez radio. Co się dzieje, do cho­lery, pomy­śla­łem. Wtedy usły­sza­łem, że Sta­dion Vic­to­rii wyle­ciał w powie­trze. Jeden z kole­gów był tam wła­śnie w tym momen­cie, miał kurs do tego nie­le­gal­nego klubu, w tam­tych nowych domach, wie pani...

Tak­sówka mknęła w stronę ratu­sza. Annika wyło­wiła z torby notat­nik i ołó­wek.

- Co z nim, z tym pana kolegą?

- Chyba w porządku. Kawa­łek metalu prze­bił szybę i wle­ciał do środka, minął go o kilka cen­ty­me­trów. Rany cięte twa­rzy, tak mówili w radiu.

Minęli sta­cję metra Gamla Stan, zbli­żali się do Slus­sen.

- Dokąd go zabrali?

- Kogo?

- Tego pań­skiego kolegę, z kawał­kiem metalu.

- Brattström. Tak się nazywa. Pew­nie do Szpi­tala Połu­dnio­wego, jest naj­bli­żej.

- Jak ma na imię?

- Nie wiem, ale mogę spy­tać przez radio...

Miał na imię Arne. Annika się­gnęła po komórkę, wło­żyła do ucha słu­chawkę, wci­snęła jedynkę i połą­czyła się bez­po­śred­nio z Jans­so­nem. Był w redak­cji. Na ekra­nie zoba­czył jej numer. Ode­brał.

- Ranny tak­sów­karz. Arne Brattström. Został prze­wie­ziony do Szpi­tala Połu­dnio­wego. Może ktoś od nas go tam odwie­dzi, mamy szansę zdą­żyć do pierw­szego wyda­nia...

- Dobrze, spraw­dzimy go w bazie danych.

Jans­son odło­żył słu­chawkę i krzyk­nął do repor­tera noc­nego:

- Sprawdź dane Arnego Brattströma, dowiedz się, czy poli­cja zawia­do­miła rodzinę. Jeśli tak, zadzwoń do żony, jeśli jakąś ma. - Potem znów się­gnął po słu­chawkę: - Mamy zdję­cie z lotu ptaka. Kiedy tam będziesz?

- Za jakieś sie­dem, osiem minut. Wszystko zależy od tego, czy wygro­dzili już teren. Co pla­nu­je­cie?

- Mamy opis zda­rze­nia, komen­tarz poli­cji, repor­te­rzy dzwo­nią do miesz­kań w domach po dru­giej stro­nie ulicy i zbie­rają wypo­wie­dzi ludzi, jeden z repor­te­rów jest na miej­scu, na sta­dio­nie, ale wkrótce wraca do domu. Poza tym zre­ka­pi­tu­lu­jemy wcze­śniej­sze zama­chy zwią­zane z igrzy­skami, napi­szemy o face­cie, który zarzu­cił petar­dami sta­diony w Sztok­hol­mie, kiedy mia­sto sta­rało się o przy­zna­nie...

Ktoś mu prze­rwał, Annika w tak­sówce poczuła, że wszy­scy w redak­cji są zestre­so­wani.

- Dam znać, jak się dowiem cze­goś wię­cej - rzu­ciła szybko.

- Wygląda na to, że wygro­dzono cały teren wokół boisk tre­nin­go­wych - powie­dział kie­rowca. - Pro­po­nuję pod­je­chać od tyłu.

Skrę­cili w Fol­kun­ga­ga­tan i ruszyli w stronę trasy Värmdöleden. Annika wybrała kolejny numer. Cze­ka­jąc na połą­cze­nie, przy­glą­dała się impre­zo­wi­czom. któ­rzy po upoj­nej nocy, wrzesz­cząc i zata­cza­jąc się, wra­cali do domów. Było ich wielu, znacz­niej wię­cej, niż się spo­dzie­wała. Sama wycho­dziła na mia­sto, tylko kiedy gdzieś popeł­niono prze­stęp­stwo. Zapo­mniała, że mia­sto żyje nie tylko zbrod­nią i pracą, wyparła z pamięci, że jest też życie, które się toczy jedy­nie nocą.

Połą­czyła się ze swoim infor­ma­to­rem, był zde­ner­wo­wany.

- Wiem, że jesz­cze nic nie możesz mi prze­ka­zać - zaczęła. - Powiedz, kiedy będziesz mógł roz­ma­wiać. Zadzwo­nię, tylko podaj jakąś godzinę.

Męż­czy­zna po dru­giej stro­nie wes­tchnął.

- Bengt­zon, do cho­lery, nie wiem. Po pro­stu nie wiem. Zadzwoń póź­niej.

Zer­k­nęła na zega­rek.

- Jest za dwa­dzie­ścia czwarta. Piszę do wyda­nia pod­miej­skiego. Może być wpół do ósmej?

- Dobrze, może być.

Obie­cał jej, trudno mu będzie się wyco­fać. Poli­cjanci nie lubili, kiedy dzien­ni­ka­rze dzwo­nili tuż po zda­rze­niu i natych­miast chcieli wszystko wie­dzieć. Nawet jeśli coś już wie­dzieli, zwy­kle nie potra­fili jesz­cze oce­nić, co można podać do publicz­nej wia­do­mo­ści, a czego nie. Koło wpół do ósmej będzie miała wła­sne obser­wa­cje, pyta­nia i teo­rie, a poli­cja już będzie wie­działa, co może powie­dzieć, a czego nie. Będzie dobrze.

- Widać dym - zauwa­żył tak­sów­karz.

Annika pochy­liła się do przodu i spoj­rzała w prawo.

- Rze­czy­wi­ście.

Cienka czarna smuga uno­siła się na nie­bie, wska­zy­wała w stronę bla­dego pół­księ­życa. Tak­sów­karz zje­chał z obwod­nicy Värmdöleden i skrę­cił w połu­dniową obwod­nicę.

Auto­strada była zamknięta już kil­ka­set metrów od wylotu tunelu i sta­dionu. Obok blo­kad stało jakieś dzie­sięć samo­cho­dów. Tak­sów­karz zatrzy­mał się za nimi, Annika podała mu służ­bową kartę klienta.

- Kiedy pani wraca? Mam zacze­kać? - spy­tał.

Uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

- Nie, dzię­kuję, to może tro­chę potrwać.

Zaczęła się zbie­rać. Wzięła notat­nik, ołó­wek i komórkę.

- Weso­łych świąt! - zawo­łał tak­sów­karz, zanim zamknęła drzwi i wysia­dła.

Boże drogi, pomy­ślała. Do świąt jesz­cze cały tydzień, a już zaczyna się festi­wal życzeń?

- Nawza­jem - rzu­ciła w stronę tyl­nej szyby.

Prze­ci­ska­jąc się przez tłum mię­dzy samo­cho­dami, dotarła do barie­rek. Na szczę­ście to nie poli­cja je tam usta­wiła. Poli­cyjny zakaz na pewno by usza­no­wała, a tak... nawet nie zwol­niła. Szybko prze­sko­czyła przez barierki i pobie­gła dalej.

Nie sły­szała dobie­ga­ją­cych zza jej ple­ców obu­rzo­nych gło­sów. Patrzyła w górę, na wzno­szący się przed nią potężny obiekt. Wiele razy prze­jeż­dżała tędy samo­cho­dem i za każ­dym razem przy­glą­dała mu się zafa­scy­no­wana. Sta­dion był wbu­do­wany w skałę, jakby wyżło­biony w stoku. Eko­lo­dzy oczy­wi­ście pro­te­sto­wali, jak zawsze, kiedy trzeba wyciąć kilka drzew. Obwod­nica Połu­dniowa pro­wa­dziła dalej, w głąb góry, pod sta­dio­nem. Ale teraz wlot do tunelu był zasta­wiony dużymi beto­no­wymi blo­kami i pojaz­dami służb ratun­ko­wych. Żół­to­czer­wone migo­czące świa­tła na dachach odbi­jały się w pokry­tym lodem asfal­cie. Pół­nocne try­buny, ster­czące nad wlo­tem do tunelu niczym kape­lusz wiel­kiego grzyba, były znisz­czone. To tam musiało dojść do wybu­chu. Czę­ści poroz­dzie­ra­nej okrą­głej kon­struk­cji ster­czały na tle noc­nego nieba. Annika bie­gła dalej. Podej­rze­wała, że wkrótce ktoś ją zatrzyma. I rze­czy­wi­ście.

- Zaraz, zaraz, a dokąd to? - usły­szała głos jakie­goś stra­żaka.

- Na górę! - krzyk­nęła.

- Tam wszystko jest wygro­dzone!

- Tak? No to mnie zatrzy­maj­cie! - mruk­nęła pod nosem.

Pobie­gła dalej, cały czas sta­rała się kie­ro­wać w prawo. Pod nogami miała teraz zamar­z­nięty kanał Sic­kla. Nieco dalej, po dru­giej stro­nie pokry­tego lodem kanału, widać było beto­nową pod­mu­rówkę, na któ­rej opie­rała się jezd­nia obwod­nicy, tuż przed wlo­tem do tunelu. Annika zła­pała się balu­strady, pod­cią­gnęła się i sko­czyła z wyso­ko­ści ponad metra. Wylą­do­wała na ziemi, torba ude­rzyła ją w plecy.

Zatrzy­mała się na chwilę i rozej­rzała. Była tam wcze­śniej dwa razy, raz latem, na poka­zie dla prasy, i jesie­nią, w nie­dzielne popo­łu­dnie, razem z Anne Snap­phane. Po pra­wej widać było na wpół gotowe budynki w nabrzeż­nej czę­ści Ham­marby, które w przy­szło­ści miały się stać wio­ską olim­pij­ską. To tam pod­czas igrzysk mieli miesz­kać spor­towcy. Okna zamie­niły się w czarne dziury, wszyst­kie szyby w oko­licy wyle­ciały. Gdzieś w dali, w ciem­no­ściach, widać było zarysy jed­nego z boisk. Po lewej wzno­siła się dzie­się­cio­me­trowa beto­nowa ściana. To tam, na górze, znaj­do­wała się płyta z głów­nym wej­ściem na sta­dion.

Ruszyła bie­giem wzdłuż ściany. Pró­bo­wała roz­po­znać dźwięki, które do niej docie­rały: dale­kie wycie syreny, głosy i syk armatki wod­nej czy może wen­ty­la­tora. Na ścia­nie tań­czyły czer­wone świa­tła pojaz­dów ratun­ko­wych. Okrą­żyła ją i zaczęła zbie­gać po scho­dach do wej­ścia dokład­nie w momen­cie, kiedy poli­cjanci zaczęli roz­wi­jać swoje biało-nie­bie­skie taśmy.

- Wygra­dzamy teren! - krzyk­nął jeden z nich.

- Tam na górze jest mój foto­graf! - wrza­snęła. - Pójdę po niego.

Poli­cjant dał jej znać ręką, że ma przejść.

Schody skła­dały się z trzech rów­nej dłu­go­ści bie­gów. Dotarła na górę i nagle poczuła, że bra­kuje jej powie­trza. Spoj­rzała w dół: płyta była zasta­wiona pojaz­dami z migo­czą­cymi świa­tłami, wszę­dzie bie­gali ludzie. Dwa filary pod­trzy­mu­jące pół­nocne try­buny zawa­liły się, leżały roz­trza­skane na ziemi. Wszę­dzie były poroz­rzu­cane powy­krę­cane zie­lone krze­sełka. Po chwili poja­wiła się ekipa tele­wi­zyjna. Był też repor­ter kon­ku­ren­cji i trzech foto­gra­fów, wol­nych strzel­ców. Pod­nio­sła głowę i zoba­czyła lej po bom­bie. Na górze, nad nią, krą­żyło pięć śmi­głow­ców, przy­naj­mniej dwa nale­żały do prasy.

- Annika!

Johan Hen­riks­son był foto­gra­fem, odby­wał staż w "Kvällspressen". Miał dwa­dzie­ścia trzy lata, wcze­śniej pra­co­wał dla jakiejś lokal­nej gazety w Östersund. Był inte­li­gentny i ambitny. Pod­biegł z dwoma apa­ra­tami na piersi, na ramie­niu pod­ska­ki­wała mu torba na sprzęt.

- Co masz? - spy­tała Annika, wycią­ga­jąc blo­czek i ołó­wek.

- Byłem tu jakieś pół minuty po stra­ża­kach. Zdą­ży­łem jesz­cze poga­dać z kie­rowcą karetki, która zabrała tak­sów­ka­rza. Podobno był tylko poka­le­czony. Stra­żacy mieli pro­blem z dopro­wa­dze­niem wody na try­buny, w końcu wje­chali wozem na sta­dion. Pstryk­ną­łem kilka zdjęć wozu z zewnątrz, ale na samą płytę nie udało mi się wejść. Kilka minut temu gli­nia­rze, tam, na dole, zaczęli bie­gać jak wście­kli. Coś się musiało stać.

- Albo coś zna­leźli - stwier­dziła Annika i scho­wała blo­czek.

Trzy­ma­jąc w ręku ołó­wek niczym pałeczkę szta­fety, ruszyła bie­giem w stronę naj­dal­szego wej­ścia. O ile dobrze pamię­tała, powinno być po pra­wej stro­nie, pod zawa­loną try­buną. W tym cha­osie nikt nie pró­bo­wał jej zatrzy­mać. Bie­gła mię­dzy kawał­kami betonu, poskrę­ca­nymi prę­tami zbro­je­nio­wymi i zie­lo­nymi pla­sti­ko­wymi krze­seł­kami. Do wej­ścia pro­wa­dziły czte­ro­bie­gowe schody, zdy­szana dotarła na szczyt. Poli­cja zdą­żyła już wygro­dzić teren przed wej­ściem, ale to nie miało zna­cze­nia. Zoba­czyła to, na czym jej zale­żało. Brama nie była uszko­dzona, wyglą­dała na zamkniętą. Firmy ochro­niar­skie miały w zwy­czaju przy­kle­jać nalepki ze swoim logo na drzwiach budyn­ków, które chro­niły. Sta­dion nie oka­zał się wyjąt­kiem. Annika znów wycią­gnęła blo­czek i szybko zapi­sała nazwę firmy i numer tele­fonu.

- Pro­simy opu­ścić teren! Ryzyko zawa­le­nia! Powta­rzam...

Radio­wóz wypo­sa­żony w mega­fon jechał powoli po pły­cie. Ludzie wyco­fy­wali się pospiesz­nie w stronę obiek­tów tre­nin­go­wych i mia­steczka olim­pij­skiego. Ruszyła wzdłuż zewnętrz­nej ściany sta­dionu, nie chciała znów scho­dzić na płytę. Szła wzdłuż rampy pro­wa­dzą­cej łagod­nym łukiem wokół całej budowli. Wejść było wię­cej, chciała się przyj­rzeć wszyst­kim. Żadne nie było uszko­dzone, żadne drzwi nie były wyła­mane.

- Prze­pra­szam, ale musi pani stąd iść - powie­dział młody funk­cjo­na­riusz, kła­dąc jej rękę na ramie­niu.

- Kto tu dowo­dzi? - spy­tała i poka­zała mu legi­ty­ma­cję pra­sową.

- Szef nie ma czasu. Pro­szę stąd iść. Musimy opróż­nić cały teren.

Zaczął ją cią­gnąć za rękę, był zde­ner­wo­wany. Wyswo­bo­dziła się i sta­nęła przed nim. Posta­no­wiła zary­zy­ko­wać:

- Co zna­leź­li­ście na sta­dio­nie?

Zwil­żył języ­kiem wargi.

- Dokład­nie nie wiem, zresztą nie wolno mi nic mówić.

Bingo!

- A kto może mi udzie­lić jakichś infor­ma­cji? I kiedy?

- Nie wiem. Pro­po­nuję skon­tak­to­wać się z dyżur­nym wydziału kry­mi­nal­nego. A teraz pro­szę już iść!

Poli­cja wygro­dziła teren aż do hali spor­to­wej, odda­lo­nej od sta­dionu o dobre kil­ka­set metrów. Przy budynku, w któ­rym w przy­szło­ści miały się mie­ścić restau­ra­cje i kino, Annika wpa­dła na Hen­riks­sona. Na chod­niku przy poczcie, tam, gdzie było naj­sze­rzej, zaczęło powsta­wać pro­wi­zo­ryczne cen­trum pra­sowe. Dzien­ni­ka­rzy cały czas przy­by­wało, krą­żyli i witali się z kole­gami. Annika nie prze­pa­dała za takim kole­żeń­skim pokle­py­wa­niem po ple­cach. Pomy­ślała, że to miej­sce zbrodni, a ludzie zacho­wują się, jakby byli na impre­zie. Cof­nęła się, pocią­ga­jąc za sobą foto­grafa.

- Nie musisz jechać do redak­cji? - spy­tała. - Pierw­sze wyda­nie idzie zaraz do druku.

- Prze­ka­za­łem zdję­cia, więc spo­koj­nie.

- Dobrze. Mam prze­czu­cie, że coś może się tu zacząć dziać.

Wóz trans­mi­syjny jed­nej ze sta­cji tele­wi­zyj­nych zapar­ko­wał obok nich. Odwró­cili się i ruszyli w prze­ciwną stronę. Minęli bank i aptekę i skie­ro­wali się w stronę kanału. Po chwili się zatrzy­mali, Annika spoj­rzała na sta­dion. Na pły­cie na­dal stali poli­cjanci i stra­żacy. Co tam się dzieje? - zasta­na­wiała się. Od wody wiał lodo­waty wiatr, w oddali widać było jezioro Hammarbysjö. Skru­szony na środku lód zosta­wił błysz­czący pas wody, czarną ranę na bia­łym śniegu. Annika odwró­ciła się ple­cami do wia­tru, pró­bo­wała ogrzać nos ręka­wiczką. Nagle mię­dzy pal­cami zoba­czyła dwa białe samo­chody, jechały kładką dla pie­szych od strony Södermalmu. O cho­lera, karetka! I samo­chód pomocy lekar­skiej. Spoj­rzała na zega­rek, pięć po wpół do pią­tej. Dopiero za trzy godziny będzie mogła zadzwo­nić do infor­ma­tora. Wło­żyła do ucha słu­chawkę i spró­bo­wała się połą­czyć z dyżur­nym wydziału kry­mi­nal­nego. Zajęte. Wybrała numer Jans­sona, wci­snęła jedynkę.

- O co cho­dzi? - zapy­tał.

- Na sta­dion jadą karetki.

- Za sie­dem minut koń­czą skład.

Sły­szała, jak ude­rza pal­cami w kla­wia­turę.

- Co podaje Agen­cja Infor­ma­cyjna TT? Wspo­mi­nali o ran­nych?

- Podali, że tak­sów­karz tra­fił do szpi­tala, ale nie roz­ma­wiali z nim. No i że są duże znisz­cze­nia. To infor­ma­cja od dyżur­nego z wydziału kry­mi­nal­nego. Poza tym same ogól­niki.

- Tak­sów­ka­rza karetka zabrała już godzinę temu, to musi być coś innego. Poli­cyjne radio mil­czy?

- Nie podają nic waż­nego.

- Nikt nic nie mówi?

- Nikt.

- "Echo"?

- Na razie nie. Na szó­stą zapo­wie­dziano spe­cjalne wyda­nie "Raportu".

- Widzia­łam ich wóz trans­mi­syjny.

- Trzy­maj rękę na pul­sie. Ode­zwę się, kiedy jedynka pój­dzie do druku.

Roz­łą­czył się. Annika wci­snęła "zakończ", ale nie wyjęła słu­chawki z ucha.

- Po co ci to? - spy­tał Hen­riks­son, wska­zu­jąc na kabe­lek zwi­sa­jący jej przy policzku.

- Mózg się lasuje od tego pro­mie­nio­wa­nia. Nie wie­dzia­łeś? - Roze­śmiała się. - To bar­dzo prak­tyczne roz­wią­za­nie. Mogę iść i pisać i jed­no­cze­śnie roz­ma­wiać przez komórkę. Poza tym postronni nic nie sły­szą.

Od mrozu oczy zaszły jej łzami, musiała się wysi­lić, żeby doj­rzeć, co dzieje się obok sta­dionu.

- Masz duży tele­obiek­tyw?

- W tych ciem­no­ściach nic ci nie da.

- Weź naj­więk­szy, jaki masz, i spró­buj zoba­czyć, co tam się dzieje - powie­działa, wska­zu­jąc ręka­wiczką na coś w oddali.

Hen­riks­son wes­tchnął. Posta­wił torbę z apa­ra­tami na ziemi, wziął obiek­tyw i spoj­rzał przez niego.

- Przy­dałby się sta­tyw - mruk­nął.

Samo­chody wje­chały zbo­czem na górę i zatrzy­mały się przy scho­dach, przy jed­nym z dużych wejść. Z karetki wysia­dło trzech męż­czyzn. Sta­nęli za nią i zaczęli roz­ma­wiać. Po chwili pod­szedł do nich funk­cjo­na­riusz w mun­du­rze, przy­wi­tał się. Obok dru­giego samo­chodu nic się nie działo.

- Nie wygląda na to, żeby im się spie­szyło - rzu­cił Hen­riks­son.

Pode­szło jesz­cze dwóch funk­cjo­na­riu­szy: jeden w mun­du­rze, drugi w cywilu. Roz­ma­wiali, gesty­ku­lu­jąc, jeden wska­zał na lej po bom­bie.

Zadzwo­niła komórka Anniki. Wci­snęła "odbierz".

- Tak?

- Co z karet­kami?

- Nic. Cze­kają.

- Więc co dajemy?

- Ktoś roz­ma­wiał z tak­sów­ka­rzem w szpi­talu?

- Jesz­cze nie, ale mamy tam ludzi. Facet jest sin­glem, mieszka sam.

- Skon­tak­to­wa­li­ście się z sze­fową komi­tetu olim­pij­skiego Chri­stiną Fur­hage?

- Nie udało nam się jej zła­pać.

- To musi być dla niej straszne, bar­dzo się w to zaan­ga­żo­wała... Może napi­sać coś o tym? Co z igrzy­skami? Uda się napra­wić try­buny na czas? Jak to komen­tuje Sama­ranch? I tak dalej.

- Pra­cu­jemy nad tym.

- Więc ja się zajmę samą eks­plo­zją. To musiał być sabo­taż. Mamy trzy arty­kuły: poli­cja ściga zama­chowca, miej­sce zbrodni i...

Urwała.

- Bengt­zon?

- Ratow­nicy otwie­rają tylne drzwi karetki. Wysu­wają nosze, idą z nimi do wej­ścia na sta­dion. Niech to szlag, jest jesz­cze jedna ofiara!

- W porządku. Pościg, Byłam na miej­scu i Ofiara. Daję ci szóstkę, sió­demkę, ósemkę i śro­dek.

Połą­cze­nie zostało prze­rwane.

Annika przy­glą­dała się w napię­ciu, jak ratow­nicy idą w stronę sta­dionu. Usły­szała, że Hen­riks­son szy­kuje kamerę. Nikt z pozo­sta­łych dzien­ni­ka­rzy nie zauwa­żył karetki, boiska zasła­niały im widok.

- Pie­kiel­nie zimno - powie­dział Hen­riks­son, kiedy ratow­nicy znik­nęli na pły­cie.

- Wsiądźmy do samo­chodu, muszę zadzwo­nić w kilka miejsc - powie­działa Annika.

Ruszyli z powro­tem w stronę dzien­ni­ka­rzy. Wszy­scy mar­zli, ekipa z tele­wi­zji roz­wi­jała kable, kilku repor­te­rów stało i chu­chało na dłu­go­pisy. Że też się nie nauczą brać ołów­ków, kiedy tem­pe­ra­tura spada poni­żej zera, pomy­ślała Annika i uśmiech­nęła się. Radiowcy z urzą­dze­niami do nada­wa­nia na ple­cach wyglą­dali jak owady. Wszy­scy cze­kali. Dzien­ni­karz, który pra­co­wał dla "Kvällspressen" jako wolny strze­lec, wła­śnie wró­cił z redak­cji.

- O szó­stej mają coś podać - powie­dział.

- Pod­czas spe­cjal­nego wyda­nia "Raportu", wspa­niale - wymam­ro­tała Annika.

Oka­zało się, że Hen­riks­son zosta­wił samo­chód na tyłach kor­tów teni­so­wych i przy­chodni.

- Przy­je­cha­łem drogą, którą zamknęli jako pierw­szą - powie­dział prze­pra­sza­jąco.

Musieli przejść spory kawa­łek. Annika powoli zaczy­nała tra­cić czu­cie w sto­pach. W powie­trzu wiro­wały drobne płatki śniegu, utrud­niały robie­nie zdjęć tele­obiek­ty­wem. Kiedy dotarli do saaba Hen­riks­sona, musieli odśnie­żyć przed­nią szybę.

- Tu będzie dobrze - stwier­dziła Annika, patrząc w stronę sta­dionu. - Widać karetkę i ten drugi samo­chód. Mamy wszystko pod kon­trolą.

Wsie­dli. Hen­riks­son włą­czył sil­nik i ogrze­wa­nie.

Annika zaczęła dzwo­nić. Naj­pierw spró­bo­wała jesz­cze raz połą­czyć się z dyżur­nym wydziału kry­mi­nal­nego. Zajęte. Zadzwo­niła na numer ratun­kowy, spy­tała, kto pierw­szy powia­do­mił cen­tralę o wybu­chu i ile mają zgło­szeń. Czy ktoś z loka­to­rów miesz­kań, w któ­rych wyle­ciały szyby, został ranny i czy można wstęp­nie osza­co­wać straty. Jak zwy­kle nikt nie potra­fił jej nic powie­dzieć.

Następ­nie wybrała numer agen­cji ochrony, który spi­sała z naklejki przy wej­ściu na sta­dion. Oka­zało się, że to tele­fon do cen­trali mają­cej sie­dzibę w Stad­sha­gen na Kung­shol­men. Spy­tała, czy wcze­śnie rano odno­to­wali alarm na sta­dionie olim­pij­skim.

- Tego rodzaju infor­ma­cje są objęte tajem­nicą - odpo­wie­dział męż­czy­zna po dru­giej stro­nie.

- Rozu­miem, ale nie pytam o sygnał, który ode­bra­li­ście, tylko o ten, któ­rego, jak podej­rze­wam, nie ode­bra­li­ście.

- Nie odpo­wia­damy na żadne pyta­nia doty­czące sygna­łów alar­mo­wych.

- Rozu­miem - powtó­rzyła Annika cier­pli­wie. - Cho­dzi mi o to, czy w ogóle ode­bra­li­ście jakiś sygnał alar­mowy ze sta­dionu.

- Czy pani ma pro­blemy ze słu­chem?

- No dobrze. W takim razie pro­szę mi powie­dzieć, co się dzieje, kiedy odbie­ra­cie sygnał alar­mowy.

- No, tra­fia do nas.

- Do cen­trali?

- Oczy­wi­ście. Tra­fia do sys­temu kom­pu­te­ro­wego. Infor­ma­cja wyświe­tla się na naszych ekra­nach razem z pla­nem dzia­ła­nia, żeby­śmy wie­dzieli, co robić.

- Więc jeśli ze sta­dionu nadej­dzie sygnał, to zoba­czy go pan na moni­to­rze?

- No tak.

- Wraz z instruk­cją, co w tym kon­kret­nym przy­padku należy zro­bić?

- No tak.

- Więc co zro­bi­li­ście w nocy na sta­dio­nie? Nie zauwa­ży­łam tam ani jed­nego waszego wozu.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział.

- Na sta­dio­nie doszło do wybu­chu, to fakt. Co w takim przy­padku powinna zro­bić ochrona? To zna­czy jeśli wybuch­nie pożar albo ktoś zosta­nie ranny?

- To okre­śli kom­pu­ter.

- Więc co zro­bi­li­ście?

Męż­czy­zna znów nie odpo­wie­dział.

- Nie otrzy­ma­li­ście zgło­sze­nia ze sta­dionu. Mam rację? - spy­tała Annika spo­koj­nie.

Chwila mil­cze­nia.

- Nie mogę się wypo­wia­dać na temat zgło­szeń, któ­rych nie otrzy­ma­li­śmy - ode­zwał się w końcu.

Annika zaczerp­nęła głę­boko powie­trza i uśmiech­nęła się.

- Dzię­kuję - powie­działa.

- Rozu­miem, że nie napi­sze pani nic o tym, co pani powie­dzia­łem? - spy­tał męż­czy­zna. Był zanie­po­ko­jony.

- Co pan mi powie­dział? Prze­cież pan mi nic nie powie­dział. Zwró­cił mi pan tylko uwagę na to, że obo­wią­zuje pana tajem­nica służ­bowa.

Roz­łą­czyła się. Miała arty­kuł. Wzięła głę­boki oddech i spoj­rzała przez szybę samo­chodu.

Jeden z wozów stra­żac­kich odje­chał, ale karetka i samo­chód pomocy lekar­skiej zostały. Przy­je­chali też tech­nicy, ich samo­chody stały w kilku miej­scach na pły­cie. Męż­czyźni w sza­rych kom­bi­ne­zo­nach zaczęli wyno­sić potrzebne sprzęty. Ogień już nie pło­nął, nie było już nawet widać dymu.

- Kto nam prze­ka­zał tę wia­do­mość? - spy­tała.

- Smi­dig.

Każda redak­cja miała kilku mniej lub bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nych infor­ma­to­rów. Kon­tro­lo­wali wszystko, co się działo, każdy na swoim tere­nie. Redak­cja "Kvällspressen" nie była wyjąt­kiem. Naj­lepsi byli Smi­dig i Leif, mówiło się, że sypiają z poli­cyj­nym radiem przy uchu. Jak tylko coś się działo, natych­miast dzwo­nili i infor­mo­wali, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dziło o coś poważ­nego, czy o coś mniej istot­nego.

Annika się zamy­śliła, powio­dła wzro­kiem po zabu­do­wa­niach sta­dionu. Na wprost wzno­sił się dzie­się­cio­pię­trowy budy­nek, w któ­rym miała pra­co­wać tech­niczna obsługa igrzysk. Z dachu w stronę góry pro­wa­dziła kładka. Dziwne. Kto miałby nią cho­dzić? - zasta­na­wiała się.

- Hen­riks­son, chcia­ła­bym, żebyś zro­bił jesz­cze jedno zdję­cie.

Spoj­rzała na zega­rek. Wpół do szó­stej. Powinni zdą­żyć na kon­fe­ren­cję pra­sową.

- Gdyby tak się wdra­pać na górę, tam, koło zni­cza olim­pij­skiego... byłby stam­tąd nie­zły widok.

- Tak myślisz? - spy­tał foto­graf, nie do końca prze­ko­nany. - Oto­czyli wszystko wyso­kim murem, żeby nikt nie oglą­dał bez biletu.

- Płyta, na któ­rej wal­czą zawod­nicy, na pewno jest osło­nięta, ale pół­nocną try­bunę stam­tąd widać, a to ona nas inte­re­suje.

Hen­riks­son spoj­rzał na zega­rek.

- Zdą­żymy? Może ci ze śmi­głowca już zro­bili te zdję­cia? Nie powin­ni­śmy raczej pil­no­wać karetki?

Annika przy­gry­zła wargi.

- Śmi­głowca w tej chwili nie ma. Może poli­cja kazała im lądo­wać. Popro­simy któ­re­goś z wol­nych strzel­ców, żeby miał oko na samo­chody. Chodź, idziemy.

Inni dzien­ni­ka­rze też już zauwa­żyli karetki. Pyta­nia fru­wały w powie­trzu. Ekipa "Raportu" prze­sta­wiła wóz bli­żej kanału, żeby lepiej widzieć sta­dion. Zmar­z­nięty repor­ter przy­go­to­wy­wał wstawkę do wyda­nia, które miało pójść o szó­stej. W pobliżu nie było widać żad­nego funk­cjo­na­riu­sza. Annika prze­ka­zała jed­nemu z dzien­ni­ka­rzy instruk­cje i ruszyli.

Podej­ście było dłuż­sze i trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wała. Stok był śli­ski, kamie­ni­sty. Poty­kali się w ciem­no­ściach, klęli. Hen­riks­son dźwi­gał duży sta­tyw. Nie musieli jed­nak poko­ny­wać żad­nych barie­rek i po chwili byli na miej­scu. Natknęli się na beto­nowy mur - wysoki na dwa metry.

- Nie wie­rzę wła­snym oczom - jęk­nął Hen­riks­son.

- No i dobrze. Wejdź mi na ramiona, to cię pod­niosę. A potem wdra­piesz się na znicz. Stam­tąd powi­nie­neś coś zoba­czyć.

Foto­graf patrzył na nią zdzi­wiony.

- Miał­bym sta­nąć na zni­czu olim­pij­skim?

- A dla­czego nie? Nie jest zapa­lony i nie jest ogro­dzony. Na pewno dasz radę się tam wdra­pać, to pew­nie nie­cały metr od muru. Skoro ma unieść cię­żar wiecz­nego ognia, to twój też wytrzyma. Wchodź!

Podała mu sta­tyw i torbę z apa­ra­tami, wszedł na meta­lową kon­struk­cję.

- Pełno tu małych dziu­rek! - krzyk­nął.

- To otwory na gaz. Widzisz try­bunę? - dopy­ty­wała się.

Wstał i spoj­rzał na płytę sta­dionu.

- Widzisz coś? - zawo­łała Annika z dołu.

- A niech to, tak! - Pod­niósł powoli apa­rat i zaczął robić zdję­cia.

- Co widzisz?

Nie spusz­cza­jąc wzroku z płyty, opu­ścił apa­rat.

- Oświe­tlili część try­buny. Jest tam jakieś dzie­sięć osób. Cho­dzą w kółko i zbie­rają coś do małych folio­wych tore­bek. Są też ratow­nicy. Też coś zbie­rają. Są bar­dzo dokładni.

Znów uniósł apa­rat. Annika poczuła, że jeżą jej się włosy na karku. Niech to szlag. Naprawdę jest aż tak źle? Hen­riks­son zaczął usta­wiać sta­tyw. Wypstry­kał trzy rolki, skoń­czył i ruszyli bie­giem na dół. Chwi­lami śli­zgali się po kamie­niach. Byli wzbu­rzeni i było im nie­do­brze. Co ratow­nicy medyczni mogli zbie­rać do folio­wych tore­bek? Resztki mate­ria­łów wybu­cho­wych? Wąt­pliwe.

Kilka minut przed szó­stą byli na dole. Zebrali się tam już pozo­stali dzien­ni­ka­rze. Nie­bie­skawe świa­tło kamer spra­wiało, że płatki śniegu skrzyły się w powie­trzu. Dzien­ni­ka­rze "Raportu" spraw­dzali połą­cze­nie, spra­woz­dawcy przy­pu­dro­wano twarz. Grupa poli­cjan­tów z sze­fem na czele zmie­rzała w ich stronę. Jeden z nich uniósł pla­sti­kową taśmę, ale nie poszedł dalej.

Dzien­ni­ka­rze stali, two­rząc zwarty mur. Zapa­dła cisza. Szef zmru­żył oczy w ostrym świe­tle. Spoj­rzał na kartkę, którą miał przed sobą, pod­niósł wzrok i zaczął mówić:

- O trze­ciej sie­dem­na­ście na Sta­dio­nie Vic­to­rii eks­plo­do­wał ładu­nek wybu­chowy. Nie wiemy, jakiego rodzaju mate­riału użyto. Wybuch poważ­nie naru­szył kon­struk­cję pół­noc­nej try­buny. Nie wia­domo, czy da się ją napra­wić.

Prze­rwał i znów spoj­rzał na kartkę. Apa­raty pstry­kały, bety pra­co­wały. Annika sta­nęła na skraju po lewej stro­nie, żeby móc słu­chać i jed­no­cze­śnie obser­wo­wać karetkę.

- Po wybu­chu na sta­dio­nie wybuchł pożar, obec­nie jest już pod kon­trolą.

Kolejna prze­rwa.

- W wyniku wybu­chu ranny został tak­sów­karz. Kawa­łek zbro­je­nia roz­bił szybę i wpadł do samo­chodu - cią­gnął funk­cjo­na­riusz. - Tak­sów­karz został prze­wie­ziony do Szpi­tala Połu­dnio­wego. Czuje się dobrze. W dzie­się­ciu miesz­ka­niach w domach po dru­giej stro­nie kanału z okien wyle­ciały szyby, część budyn­ków ma uszko­dzone fasady. Część z nich cią­gle jesz­cze jest w trak­cie budowy. Nie mamy infor­ma­cji o ewen­tu­al­nych ran­nych.

Kolejna prze­rwa. Funk­cjo­na­riusz wyglą­dał na zmę­czo­nego, mówił krót­kimi, ury­wa­nymi zda­niami.

- To był sabo­taż. Ładu­nek miał dużą moc. Poli­cja zabez­pie­cza ślady. Uży­jemy wszel­kich dostęp­nych środ­ków, żeby ująć sprawcę. To wszystko, co na obec­nym eta­pie mamy wam do prze­ka­za­nia. Dzię­kuję.

Odwró­cił się i zaczął cofać się za taśmę. Usły­szał pod­nie­sione głosy i krzyki i zatrzy­mał się.

- ...jakiś podej­rzany...

- ...jakieś ofiary...

- ...ratow­nicy medyczni są na miej­scu?

- W tej chwili to wszystko - powtó­rzył funk­cjo­na­riusz i odszedł.

Szedł szyb­kim kro­kiem, ze spusz­czoną głową. Jego kole­dzy podą­żyli za nim. Dzien­ni­ka­rze się roz­pro­szyli. Repor­ter "Raportu" sta­nął w świe­tle reflek­to­rów, odczy­tał przy­go­to­wany tekst i oddał głos do stu­dia. Wszy­scy się­gnęli po komórki i dłu­go­pisy.

- No to nie­wiele się dowie­dzie­li­śmy - powie­dział Hen­riks­son.

- Pora ruszać - stwier­dziła Annika.

Zosta­wili jed­nego z wol­nych strzel­ców na miej­scu i zaczęli iść w stronę samo­chodu Hen­riks­sona.

- Prze­je­dziemy obok Vin­ter­tul­l­stor­get i poroz­ma­wiamy ze świad­kami - rzu­ciła Annika.

Posta­no­wili zacząć od tych, któ­rzy miesz­kali naj­bli­żej sta­dionu. Roz­ma­wiali z rodzi­nami z dziećmi, z eme­ry­tami, z alko­ho­li­kami i japi­szo­nami. Wszy­scy mówili o huku, który ich obu­dził. Na­dal nie mogli się z tego otrzą­snąć, byli w szoku.

- No, dosyć tego - stwier­dziła Annika za kwa­drans siódma. - Musimy to wszystko jesz­cze upo­rząd­ko­wać.

W mil­cze­niu ruszyli do redak­cji. Annika ukła­dała w gło­wie frag­menty rela­cji i pod­pisy do zdjęć, Hen­riks­son prze­glą­dał w pamięci nega­tywy, porząd­ko­wał je, odrzu­cał nie­które, inne wywo­ły­wał, naświe­tlał filmy.

Śnieg sypał, tem­pe­ra­tura zde­cy­do­wa­nie się pod­nio­sła, nawierzch­nia była nie­bez­piecz­nie śli­ska. Na Essin­ge­le­den zde­rzyły się cztery samo­chody. Hen­riks­son zatrzy­mał się i pstryk­nął zdję­cie.

Tuż przed siódmą dotarli do redak­cji. Wszy­scy byli sku­pieni, pra­co­wali w napię­ciu.

Jans­son był na miej­scu. W week­endy szef noc­nej zmiany odpo­wia­dał także za wyda­nia pod­miej­skie. Zwy­kle w soboty wymie­niano po pro­stu jakiś poje­dyn­czy arty­kuł, ale w razie potrzeby zespół zawsze musiał być gotowy do prze­re­da­go­wa­nia cało­ści. Tak jak teraz.

- Wie­cie już coś? - spy­tał i pod­niósł się z krze­sła.

- Na try­bu­nach na pewno jest trup. Nie­stety mogę się zało­żyć, że w kawał­kach. Za pół godziny będę wie­działa na pewno.

Jans­son stał i koły­sał się na pię­tach.

- Za pół godziny? Wcze­śniej się nie da?

Spoj­rzała na niego przez ramię i zaczęła zdej­mo­wać płaszcz. Wzięła wyda­nie pod­miej­skie i poszła do swo­jego pokoju.

- W porządku - mruk­nął Jans­son pod nosem i wró­cił na krze­sło.

Annika naj­pierw zabrała się za arty­kuł o tym, co się stało. Po pro­stu uzu­peł­niła notatkę z noc­nego wyda­nia, dodała kilka wypo­wie­dzi oko­licz­nych miesz­kań­ców i infor­ma­cję, że ogień jest już pod kon­trolą. Następ­nie prze­szła do wła­snych wra­żeń. Typowy arty­kuł z cyklu: byłam tam. Uzu­peł­niła swoje wcze­śniej­sze notatki: napi­sała o tym, co sły­szała na miej­scu, podała kilka szcze­gó­łów. Dwie minuty przed wpół do ósmej zadzwo­niła do infor­ma­tora.

- Nic jesz­cze nie mogę ci powie­dzieć - usły­szała.

- Wiem. Dla­tego to ja będę mówić, a ty będziesz albo mil­czał, albo zaprze­czał...

- Tym razem nie mogę - prze­rwał jej.

Szlag. Zaczerp­nęła powie­trza i posta­no­wiła przy­stą­pić do ataku.

- Naj­pierw mnie wysłu­chaj. Wydaje mi się, że sytu­acja przed­sta­wia się nastę­pu­jąco: dzi­siaj w nocy na sta­dio­nie olim­pij­skim zgi­nął czło­wiek. Pod try­bu­nami leżą poroz­rzu­cane strzępy jego ciała. Wła­śnie je zbie­ra­cie. To robota kogoś z pra­cow­ni­ków, bo wszyst­kie urzą­dze­nia alar­mowe były wyłą­czone. A w takim obiek­cie muszą ich być setki: alarmy antyw­ła­ma­niowe, poża­rowe, czuj­niki uru­cha­miane ruchem, wszystko było wyłą­czone. Żadne drzwi nie były wyła­mane. Ten, kto tam wszedł, posłu­żył się klu­czem, znał kody do alar­mów i je wyłą­czył. Zro­biła to albo ofiara, albo sprawca. Wła­śnie pró­bu­je­cie usta­lić kto.

Zamil­kła i wstrzy­mała oddech.

- Nie wolno ci tego napi­sać - ode­zwał się poli­cjant.

Wypu­ściła powie­trze, szybko, gwał­tow­nie.

- Czego?

- Że zro­bił to ktoś z pra­cow­ni­ków. Na razie chcemy zacho­wać to w tajem­nicy. Alarmy były sprawne, ale zostały odłą­czone. Ktoś zgi­nął, to prawda. Jesz­cze nie wiemy kto.

Sły­chać było, że jest wykoń­czony.

- Kiedy będzie­cie wie­dzieć?

- Nie mam poję­cia. Trudno będzie ziden­ty­fi­ko­wać ofiarę wzro­kowo, że tak to okre­ślę. Cho­ciaż oczy­wi­ście mamy i inne ślady. Nic wię­cej nie mogę ci powie­dzieć.

- Męż­czy­zna czy kobieta?

Zawa­hał się.

- Nie teraz - powie­dział i roz­łą­czył się.

Annika pobie­gła do Jans­sona.

- Zgon został potwier­dzony, ale poli­cja nie wie, kim jest ofiara.

- Sie­ka­nina? - spy­tał Jans­son.

Prze­łknęła ślinę i ski­nęła głową.

Helena Starke obu­dziła się z nie­praw­do­po­dob­nym kacem. Dopóki leżała w łóżku, było jesz­cze nie­źle, ale jak tylko wstała, żeby przy­nieść szklankę wody, zwy­mio­to­wała na chod­nik w holu. Stała chwilę na czwo­ra­kach, z tru­dem łapiąc powie­trze, potem pod­nio­sła się i na chwiej­nych nogach ruszyła do łazienki. Napeł­niła wodą szklankę do płu­ka­nia zębów i zaczęła łap­czy­wie pić. Boże drogi, już ni­gdy się tak nie upije. Pod­nio­sła głowę i mię­dzy pla­mami po paście do zębów na lustrze zoba­czyła swoje prze­krwione oczy. Naprawdę ni­gdy się nie nauczy? Otwo­rzyła szafkę, wyjęła bli­ster pano­dilu i wyci­snęła dwie tabletki. Prze­łknęła je, popi­ja­jąc dużą ilo­ścią wody. Modliła się w duchu, żeby nie zwy­mio­to­wać.

Lekko się zata­cza­jąc, doszła do kuchni i usia­dła przy stole. Sie­dze­nie pod jej nagimi udami było zimne, poczuła lekki ból w pod­brzu­szu. Ile wła­ści­wie wypiła? Butelka po koniaku stała na bla­cie, była pusta. Przy­ło­żyła poli­czek do blatu, pró­bo­wała przy­wo­łać wspo­mnie­nia z poprzed­niego wie­czoru. Knajpa, muzyka, twa­rze, wszystko zle­wało się w jedno. Boże drogi, nie była nawet w sta­nie przy­po­mnieć sobie, jak dotarła do domu! Była z nią Chri­stina, a może nie? Wra­cały razem, tak?

Jęk­nęła, wstała, napeł­niła dzba­nek wodą i zanio­sła do sypialni. Prze­cho­dząc przez hol, zwi­nęła chod­nik i wrzu­ciła go do sto­ją­cego w gar­de­ro­bie kosza z brud­nymi rze­czami. Poczuła odór wymio­cin i znów zro­biło jej się nie­do­brze.

Na sto­ją­cym przy łóżku budziku z radiem była za pięć dzie­wiąta. Jęk­nęła. Im była star­sza, tym wcze­śniej się budziła, szcze­gól­nie jeśli poprzed­niego dnia za dużo wypiła. Kie­dyś potra­fiła prze­spać cały dzień. Ale to było kie­dyś. Teraz budziła się wcze­śnie, czuła się fatal­nie, a potem leżała cały dzień w łóżku i się pociła. Zda­rzały się krót­kie chwile, kiedy odpły­wała, ale zasnąć nie była w sta­nie. Z tru­dem się­gnęła po wodę, wypiła łyk pro­sto z dzbanka. Oparła poduszki o wez­gło­wie i uło­żyła się wygod­niej. Nagle zauwa­żyła, że ubra­nie, które miała na sobie poprzed­niego dnia, leży sta­ran­nie zło­żone na komo­dzie pod oknem, i prze­szył ją dreszcz. Kto, do dia­bła, mógł je tak zło­żyć? Pew­nie zro­biła to sama. To było naj­gor­sze: kiedy piła, nic potem nie pamię­tała. Cho­dziła jak zombi, robiła mnó­stwo naj­róż­niej­szych rze­czy i w ogóle nie zda­wała sobie z tego sprawy. Wzdry­gnęła się i włą­czyła radio. Cze­ka­jąc, aż pano­dil zacznie dzia­łać, rów­nie dobrze mogła wysłu­chać "Echa".

Pierw­sza wia­do­mość spra­wiła, że znów zwy­mio­to­wała. Teraz już wie­działa na pewno, że ten dzień na pewno nie będzie spo­kojny.

Spu­ściła w wuce­cie wodę z wymio­ci­nami, pod­nio­sła słu­chawkę i zadzwo­niła do Chri­stiny.

Agen­cja Infor­ma­cyjna TT powtó­rzyła to, o czym napi­sała Annika o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści cztery. A więc "Kvällspressen" pierw­sza podała wia­do­mość o śmier­tel­nej ofie­rze wybu­chu na sta­dio­nie olim­pij­skim. Nagłówki krzy­czały:

W WYNIKU WYBU­CHU NA STA­DIO­NIE OLIM­PIJ­SKIM ZGI­NĘŁA JEDNA OSOBA

i

ZAMA­CHO­WIEC ŚCI­GANY ZA MOR­DER­STWO

To ostat­nie nie było do końca pewne, ale Jans­son się uparł, żeby tak napi­sali. Śro­dek wypeł­niało zdję­cie Hen­riks­sona, zro­bione z pod­stawy zni­cza, nie­zwy­kle suge­stywne: oświe­tlony krąg nieco poni­żej leja, pochy­leni męż­czyźni i tań­czące w powie­trzu płatki śniegu. Robiło wra­że­nie, ale nie było maka­bryczne. Żad­nej krwi, żad­nych zwłok, jedy­nie świa­do­mość tego, co robią widoczni na nim ludzie. Już zdą­żyli je sprze­dać Reu­ter­sowi. W "Rapor­cie" o dzie­sią­tej też cyto­wano "Kvällspressen", pod­czas gdy "Echo" uznało, że to ich wła­sny news.

Kiedy wyda­nie miej­skie poszło do druku, repor­te­rzy śled­czy i sze­fo­wie działu wia­do­mo­ści zebrali się w gabi­ne­cie Anniki. W rogu pię­trzyły się kar­tony z segre­ga­to­rami i sta­rymi wycin­kami pra­so­wymi. Kanapę odzie­dzi­czyła po poprzed­nim loka­to­rze, ale biurko było nowe. Dostała pokój dwa mie­siące wcze­śniej, kiedy została sze­fową redak­cji kry­mi­nal­nej.

- Jest kilka kwe­stii, któ­rym musimy się przyj­rzeć. No i trzeba też roz­dzie­lić zada­nia - zaczęła.

Poło­żyła nogi na biurku. Kiedy numer poszedł do druku, nagle dopa­dło ją zmę­cze­nie, jakby ktoś tra­fił ją cegłą w tył głowy. Musi się sku­pić. Odchy­liła się na krze­śle i się­gnęła po kubek z kawą.

- Mamy pięć punk­tów. Pierw­szy: kim jest trup z try­bun. To główny temat jutrzej­szego wyda­nia, zde­cy­do­wa­nie roz­wo­jowy. Drugi: poszu­ki­wa­nie mor­dercy. Trzeci: kon­tekst olim­pij­ski. Czwarty: jak mogło do tego dojść. I piąty: tak­sów­karz. Nikt z nim jesz­cze nie roz­ma­wiał. Może coś widział, coś sły­szał?

Pod­nio­sła głowę i spoj­rzała na zebra­nych w pokoju ludzi. Pró­bo­wała się zorien­to­wać, co myślą. Jans­son przy­sy­piał. Wkrótce miał skoń­czyć zmianę i wró­cić do domu. Szef działu wia­do­mo­ści, Ingvar Johans­son, patrzył na nią pustym wzro­kiem. Repor­ter Nils Lan­geby jak zwy­kle nie był w sta­nie ukryć wro­go­ści. Miał pięć­dzie­siąt trzy lata i był naj­star­szy w redak­cji kry­mi­nal­nej. Drugi repor­ter, Patrik Nils­son, słu­chał jej w abso­lut­nym sku­pie­niu. Widać było, że jest pod wra­że­niem. Trze­cia z zespołu repor­terów, Berit Ham­rin, ze spo­ko­jem wsłu­chi­wała się w jej słowa.

Bra­ko­wało tylko Evy-Britt Qvist, która peł­niła dwie funk­cje: rese­ar­chera i sekre­ta­rza redak­cji.

- Cho­ler­nie mi się nie podoba nasze podej­ście do sprawy - oświad­czył Nils.

Annika wes­tchnęła. Znów się zaczyna.

- A co według cie­bie powin­ni­śmy zro­bić?

- Za dużo miej­sca poświę­camy tego rodzaju spek­ta­ku­lar­nym aktom prze­mocy. A co z ochroną śro­do­wi­ska? O tym ni­gdy nie piszemy. No i jest jesz­cze prze­stęp­czość szkolna.

- To prawda, powin­ni­śmy poświę­cić wię­cej uwagi takim zagad­nie­niom...

- Jasne, że powin­ni­śmy! A zamiast tego nurzamy się w jakimś cho­ler­nym bagnie, ronimy łzy nad roz­hi­ste­ry­zo­wa­nymi babami, bom­bami i woj­nami gan­gów moto­cy­klo­wych.

Annika wzięła głę­boki oddech i poli­czyła do trzech. Dopiero wtedy odpo­wie­działa:

- Pod­ją­łeś ważny temat, Nils, ale mam wra­że­nie, że nie jest to naj­lep­szy moment, żeby o tym...

- Dla­czego nie? Myślisz, że nie potra­fię sam zde­cy­do­wać, jakie tematy poru­szyć, a jakich nie?

Uniósł się na krze­śle.

- Ochrona śro­do­wi­ska i szkoły to twoja spe­cjal­ność - powie­działa Annika spo­koj­nie. - Pra­cu­jesz nad tym na co dzień. Uwa­żasz, że nie­po­trzeb­nie zaj­mu­jemy ci czas, dzwo­niąc do cie­bie w takiej sytu­acji?

- Tak wła­śnie uwa­żam - zagrzmiał.

Annika przy­glą­dała mu się. Był wście­kły. Jak, do dia­bła, miała sobie z nim pora­dzić? Gdyby do niego nie zadzwo­niła, na pewno byłby zły, że nie został wezwany i nie może pisać o zama­chowcu. Była pewna, że jeśli teraz wyzna­czy mu jakieś zada­nie, naj­pierw odmówi, a potem wszystko zawali. Jeśli nato­miast każe mu zostać w redak­cji na dyżu­rze, zapewne uzna, że ska­zała go na zamra­żarkę.

Wszedł redak­tor naczelny Anders Schy­man i prze­rwał jej roz­my­śla­nia. Wszy­scy, łącz­nie z Anniką, przy­wi­tali się z nim i popra­wili na krze­słach i w fote­lach.

- Gra­tu­luję, Annika! A tobie, Jans­son, dzię­kuję za świetną robotę - powie­dział. - Pobi­li­śmy wszyst­kich. Słowo honoru! A zdję­cie na roz­kła­dówce jest fan­ta­styczne! Nikt takiego nie ma. Jak wam się to udało, Annika? - spy­tał, sia­da­jąc na jed­nym z kar­to­nów w rogu.

Annika opo­wie­działa histo­rię zdję­cia. Wszy­scy byli zachwy­ceni. Kolejna aneg­dotka, którą potem będzie się opo­wia­dać na spo­tka­niach w Klu­bie Prasy.

- Co dalej?

Annika opu­ściła stopy na pod­łogę, nachy­liła się nad biur­kiem i zaczęła odha­czać kolejne punkty na liście.

- Patrik zaj­mie się polo­wa­niem na mor­dercę - powie­działa. - Zbierz dowody tech­niczne, skon­tak­tuj się z sze­fem poli­cji i ze śled­czymi - zwró­ciła się do repor­tera. - Po połu­dniu ma się odbyć kon­fe­ren­cja pra­sowa. Dowiedz się o któ­rej, a wcze­śniej załatw zdję­cia. Powin­ni­śmy tam pójść wszy­scy.

Patrik ski­nął głową.

- Berit zosta­wiam ofiarę. Dowiedz się, kto to jest i dla­czego zgi­nął. No i jesz­cze nasz stary olim­pij­ski zama­cho­wiec. Tiger. Tak go wtedy nazwano. Na pewno jest wśród podej­rza­nych, nawet jeśli jego bombki to nic w porów­na­niu z tym, co się teraz stało. Trzeba spraw­dzić, co robi i gdzie był w nocy. Spró­buję go zła­pać. Robi­łam z nim wtedy wywiad. Nils może się zająć kwe­stią bez­pie­czeń­stwa w związku z igrzy­skami. Jak to moż­liwe, że coś takiego ma miej­sce sie­dem mie­sięcy przed olim­piadą? Jaki jest stan zabez­pie­cze­nia obiektu?

- To mało istotna kwe­stia - wszedł jej w słowo Lan­geby.

- Naprawdę? Jestem innego zda­nia - stwier­dził Schy­man. - Uwa­żam, że to wręcz jedna z naj­waż­niej­szych, naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych kwe­stii. Drą­żąc sprawę, poka­zu­jemy to zda­rze­nie nie tylko w kon­tek­ście spo­łecz­nym, ale i glo­bal­nym. Jak taki zamach wpływa na sport w ogóle? To jeden z naj­waż­niej­szych tema­tów dnia, Nils.

Lan­geby nie bar­dzo wie­dział, jak zare­ago­wać. Czy ma się czuć wyróż­niony tym, że powie­rzono mu tak ważne zada­nie, czy ura­żony, bo zwró­cono mu uwagę? Jak zwy­kle wybrał to, co było dla niego naj­bar­dziej pochlebne. Wypro­sto­wał się.

- Jasne, wszystko zależy od tego, jak się to zrobi - stwier­dził.

Annika spoj­rzała na Schy­mana z wdzięcz­no­ścią.

- Może nocna zmiana zaj­mie się komen­ta­rzem w związku z olim­piadą? I tak­sów­ka­rzem?

Johans­son ski­nął głową.

- Nasz zespół wła­śnie wie­zie tak­sów­ka­rza do hotelu, do cen­trum. Facet mieszka w kawa­lerce w Bagar­mos­sen, ale tam każdy go znaj­dzie. Ukry­jemy go do jutra w hotelu Royal Viking. Janet Ull­berg spró­buje dopaść Chri­stinę Fur­hage, jej zdję­cie na tle leja po bom­bie byłoby strza­łem w dzie­siątkę. Zwer­bo­wa­li­śmy stu­den­tów dzien­ni­kar­stwa do odbie­ra­nia tele­fo­nów w ramach ankiety tele­fo­nicz­nej "zadzwoń i podziel się opi­nią"...

- Na jaki temat? - prze­rwał mu Schy­man, się­ga­jąc po gazetę.

- Czy mamy się wyco­fać z orga­ni­za­cji igrzysk olim­pij­skich. Zadzwoń dzi­siaj mię­dzy sie­dem­na­stą a dzie­więt­na­stą. Wydaje się oczy­wi­ste, że to sprawka Tigera albo jakiejś grupy, która nie chce, żeby Szwe­cja była gospo­da­rzem igrzysk.

Annika nie była tego pewna.

- Na pewno należy o tym wspo­mnieć, ale nie jestem prze­ko­nana, czy rze­czy­wi­ście tak jest.

- Tak? - zdzi­wił się Johans­son. - Moim zda­niem nie powin­ni­śmy się od tego odci­nać. Głów­nym tema­tem jutrzej­szego wyda­nia będzie oczy­wi­ście ofiara, ale wątek ataku ter­ro­ry­stycz­nego też poru­szymy.

- Nie for­sujmy teo­rii sabo­tażu - prze­strze­gła Annika, prze­kli­na­jąc w duchu, że obie­cała nie wspo­mi­nać o tym, że sprawcą mógł być ktoś z pra­cow­ni­ków. - Dopóki nie wiemy, kim jest ofiara, nie możemy spe­ku­lo­wać, prze­ciwko komu czy czemu był skie­ro­wany zamach.

- Oczy­wi­ście, że możemy - zapro­te­sto­wał Johans­son. - Popro­simy poli­cję o komen­tarz, cho­ciaż w tej sytu­acji pew­nie nie będą w sta­nie ani nic potwier­dzić, ani zde­men­to­wać.

Schy­man posta­no­wił zabrać głos:

- Nie roz­strzy­gajmy o niczym. Bądźmy otwarci na wszyst­kie moż­li­wo­ści i pra­cujmy dalej. Temat dnia wybie­rzemy potem. Coś jesz­cze?

- Nie, na razie za mało wiemy. Kiedy ofiara zosta­nie ziden­ty­fi­ko­wana, będziemy mogli spró­bo­wać się skon­tak­to­wać z rodziną.

- Pamię­taj­cie, że trzeba to zro­bić z wyczu­ciem - pod­kre­ślił Schy­man. - Nie chciał­bym, żeby nam zarzu­cono, że naru­szamy czy­jąś pry­wat­ność.

Annika się uśmiech­nęła.

- Sama się tym zajmę.

Kiedy zebra­nie dobie­gło końca, zadzwo­niła do domu. Ode­brał Kalle, jej pię­cio­letni synek.

- Cześć, jak się czu­jesz? - spy­tała.

- Dobrze. Idziemy do McDo­nalda, a Ellen wylała sok poma­rań­czowy na 101 dal­ma­tyń­czy­ków. Jest głu­pia, bo teraz nie będziemy mogli go oglą­dać...

Zamilkł, sły­szała tylko jego szloch.

- To rze­czy­wi­ście przy­kre. Ale jak to się stało? Dla­czego kaseta leżała na stole w kuchni?

- Nie leżała na stole w kuchni, tylko na pod­ło­dze w pokoju. Ellen kop­nęła szklankę, kiedy szła zro­bić siu­siu.

- Posta­wi­łeś szklankę na pod­ło­dze? Tyle razy mówi­łam, że nie wolno zabie­rać śnia­da­nia do pokoju i jeść przed tele­wi­zo­rem!

Czuła, jak nara­sta w niej złość. Wystar­czyło, że wyszła z domu, a natych­miast coś się działo. Wszyst­kie zasady prze­sta­wały obo­wią­zy­wać.

- To nie moja wina - pła­kał Kalle. - To wszystko przez Ellen! To ona znisz­czyła film.

Roz­pła­kał się na dobre. Puścił słu­chawkę i gdzieś pobiegł.

- Kalle! Halo! Kalle!

Cho­lera, że też zawsze koń­czyło się tak samo. A prze­cież zadzwo­niła, żeby poroz­ma­wiać chwilę z dziećmi i zagłu­szyć wyrzuty sumie­nia. Usły­szała, jak Tho­mas pod­cho­dzi do tele­fonu i bie­rze słu­chawkę.

- Co mu powie­dzia­łaś?

Wes­tchnęła i poczuła, że zaraz roz­boli ją głowa.

- Dla­czego jedli śnia­da­nie przed tele­wi­zo­rem?

- Nie jedli - powie­dział Tho­mas. Sta­rał się zacho­wać spo­kój. - Pozwo­li­łem Kal­lemu wziąć do pokoju szklankę z sokiem. Co, zwa­żyw­szy na kon­se­kwen­cje, rze­czy­wi­ście nie było naj­lep­szym pomy­słem, ale prze­ku­pię ich obia­dem w McDo­nal­dzie, a potem kupimy nowy film. Bez cie­bie też jakoś sobie pora­dzimy. Skup się na swo­ich arty­ku­łach. Jak ci idzie?

Prze­łknęła ślinę.

- Wyjąt­kowo paskudna sprawa. Mor­der­stwo, samo­bój­stwo, a może po pro­stu wypa­dek. Nic jesz­cze nie wiemy.

- Tak, sły­sza­łem. Pew­nie wró­cisz późno?

- To dopiero począ­tek.

- Kocham cię.

Dziwne, ale poczuła, że ma łzy w oczach.

- Ja cie­bie też - wyszep­tała.

Jej infor­ma­tor pra­co­wał całą noc i zdą­żył już pójść do domu, więc musiała sko­rzy­stać ze zwy­kłych źró­deł. Do połu­dnia nie wyda­rzyło się wła­ści­wie nic wię­cej. Na­dal nie ziden­ty­fi­ko­wano ofiary, ale udało się uga­sić pożar. Na sta­dio­nie pra­co­wali tech­nicy.

Posta­no­wiła poje­chać tam jesz­cze raz, z innym foto­gra­fem, mło­dym sta­ży­stą Ulfem Ols­so­nem.

- Chyba jestem nie­wła­ści­wie ubrany - stwier­dził Ulf, kiedy zjeż­dżali windą do garażu.

Annika spoj­rzała na niego zdzi­wiona.

- Co masz na myśli?

Miał na sobie ciem­no­szary weł­niany płaszcz, pół­buty i gar­ni­tur.

- Mia­łem foto­gra­fo­wać tłum w teatrze, w Dra­ma­ten. Ktoś powi­nien mnie uprze­dzić, że jedziemy na miej­sce zbrodni. Musie­li­ście o tym wie­dzieć już od kilku godzin.

Spoj­rzał na nią wyzy­wa­jąco i nagle w jej gło­wie nastą­piło zwar­cie. Zmę­cze­nie zro­biło swoje.

- Nie mów mi, co powin­nam, a czego nie powin­nam robić! - krzyk­nęła. - Jesteś foto­gra­fem, musisz być przy­go­to­wany na wszystko, od wypad­ków dro­go­wych po galę w teatrze. A jeśli nie chcesz foto­gra­fo­wać jatki w gar­ni­tu­rze od Arma­niego, to noś ze sobą kom­bi­ne­zon, do dia­bła!

Kop­nęła drzwi i weszli do garażu. Ama­to­rzy, niech ich szlag!

- Nie podoba mi się ton, jakim do mnie mówisz - powie­dział foto­graf pod­nie­sio­nym gło­sem.

Wybuch­nęła. Odwró­ciła się do niego.

- Jesteś strasz­nie deli­katny - wysy­czała. - Poza tym chyba nic nie stoi na prze­szko­dzie, żebyś się sam zorien­to­wał, co się dzieje w redak­cji. Ocze­ku­jesz, że ja albo ktoś inny będziemy cię infor­mo­wać, jak masz się ubrać?

Chło­pak prze­łknął ślinę i zaci­snął pię­ści.

- Uwa­żam, że jesteś bar­dzo nie­spra­wie­dliwa - wymam­ro­tał.

- Na litość boską, prze­stań maru­dzić. Sia­daj za kie­row­nicą i jedź. A może ja mam to zro­bić?

Zwy­kle kiedy wyjeż­dżali w teren, pro­wa­dził foto­graf, także wtedy, kiedy korzy­stali z samo­chodu redak­cji. W wielu gaze­tach samo­chody redak­cji były z zasady służ­bo­wymi samo­cho­dami foto­grafów. Nie­ustanne kłót­nie o roz­li­cza­nie prze­jaz­dów spra­wiły, że redak­cja "Kvällspressen" odstą­piła od takiego roz­wią­za­nia.

Annika usia­dła za kie­row­nicą i ruszyła Essin­ge­le­den w stronę Ham­mar­by­ham­nen. Atmos­fera była gęsta. Posta­no­wiła poje­chać inną drogą: skrę­ciła w Ham­marby Fabriksväg, ale nie­wiele im to dało. Całe mia­steczko olim­pij­skie było ogro­dzone. Poiry­to­wana zauwa­żyła, że foto­graf naj­wy­raź­niej ode­tchnął z ulgą, że nie pobru­dzi sobie butów.

- Musimy mieć zdję­cie try­buny w dzien­nym świe­tle - powie­działa, zawra­ca­jąc przed pla­sti­kową taśmą przy Lumavägen. - Jedna ze sta­cji tele­wi­zyj­nych ma tu sie­dzibę. Mam tam zna­jomą, więc jeśli będziemy mieli szczę­ście, może ktoś nas wpu­ści na dach.

Się­gnęła po komórkę i wybrała numer kole­żanki, Anne Snap­phane, pro­du­centki talk show dla kobiet w tele­wi­zji kablo­wej.

- Wła­śnie coś reda­guję - wark­nęła Anne. - Kto mówi?

Pięć minut póź­niej stali na dachu daw­nej fabryki lamp w połu­dnio­wej czę­ści Ham­mar­by­ham­nen. Widok na znisz­czony sta­dion był nie­sa­mo­wity. Ols­son nało­żył tele­obiek­tyw i wypstry­kał cały film. Powinno star­czyć.

W dro­dze powrot­nej oboje mil­czeli.

- O dru­giej zaczyna się kon­fe­ren­cja pra­sowa! - krzyk­nął Patrik, jak tylko weszła do redak­cji. - Zdję­cia cze­kają.

Poma­chała mu w odpo­wie­dzi i weszła do swo­jego pokoju. Powie­siła płaszcz na wie­szaku, rzu­ciła torbę na biurko, wymie­niła bate­rię w komórce, starą pod­łą­czyła do łado­warki.

Awan­tura z foto­gra­fem wyczer­pała ją. Była z sie­bie nie­za­do­wo­lona. Dla­czego zare­ago­wała tak gwał­tow­nie? Dla­czego tak oso­bi­ście potrak­to­wała jego uwagi? Zawa­hała się i wybrała numer szefa.

- Oczy­wi­ście, że mam dla cie­bie czas - usły­szała w słu­chawce głos Schy­mana.

Prze­szła przez otwarte biuro do znaj­du­ją­cego się w rogu pokoju szefa. W redak­cji nie działo się pra­wie nic. Ingvar Johans­son sie­dział ze słu­chaw­kami na uszach i jadł sałatkę z tuń­czyka. Pelle Oscars­son kli­kał od nie­chce­nia w Pho­to­shopa, jeden z redak­to­rów roz­pla­no­wy­wał w kom­pu­te­rze strony jutrzej­szego wyda­nia.

Zamknęła za sobą drzwi i w tym momen­cie z radia dobiegł sygnał połu­dnio­wego wyda­nia "Echa". Pro­wa­dzący obsta­wał przy teo­rii sabo­tażu. Twier­dził, że poli­cja poszu­kuje sza­leńca, który nie­na­wi­dzi igrzysk olim­pij­skich. Nic wię­cej nie mieli.

- Cał­ko­wi­cie błędne zało­że­nie - powie­działa Annika. - Poli­cja podej­rzewa, że sprawcą jest ktoś z pra­cow­ni­ków.

Schy­man aż zagwiz­dał.

- Jak to?

- Nie ma śla­dów wła­ma­nia, a wszyst­kie alarmy były odłą­czone. Albo zro­biła to ofiara, albo zama­cho­wiec. I jedno, i dru­gie ozna­cza, że mamy do czy­nie­nia z kimś z pra­cow­ni­ków.

- Nie­ko­niecz­nie, alarmy mogły być nie­sprawne.

- Nie, były sprawne, zostały odłą­czone.

- Może ktoś zapo­mniał je włą­czyć - upie­rał się Schy­man.

Poki­wała głową i zaczęła się zasta­na­wiać. Rze­czy­wi­ście, tak też mogło być.

Usie­dli na wygod­nych kana­pach sto­ją­cych pod ścianą. Oboje jed­nym uchem słu­chali radia. Annika spoj­rzała na budy­nek amba­sady rosyj­skiej. Dzień odcho­dził, zanim naprawdę zdą­żył nadejść. W sza­rej mżawce okna spra­wiały wra­że­nie brud­nych. Zauwa­żyła, że ktoś się w końcu zli­to­wał i wsta­wił do gabi­netu doniczki z czer­wo­nymi gwiaz­dami betle­jem­skimi i dwa adwen­towe świecz­niki.

- Huk­nę­łam dzi­siaj na Ols­sona - zaczęła.

Schy­man mil­czał, cze­kał na dal­szy ciąg.

- Skar­żył się, że nie jest wła­ści­wie ubrany, żeby jechać do Ham­mar­by­ham­nen. Uznał, że to moja wina. Że powin­nam go uprze­dzić, dokąd jedziemy.

Zamil­kła. Schy­man przy­glą­dał się jej chwilę.

- Nie ty wybie­rasz sobie foto­grafa. O tym decy­duje szef działu zdję­cio­wego. Poza tym i repor­te­rzy, i foto­gra­fo­wie powinni być ubrani tak, żeby mogli pra­co­wać w każ­dych warun­kach i o każ­dej porze. Na tym polega ich praca.

- Rzu­ci­łam kilka ostrych słów - przy­znała się.

- To nie było zbyt roz­sądne. Na twoim miej­scu prze­pro­sił­bym go za język, a przy oka­zji udzie­lił kilku rad na temat stroju. Poza tym uwa­żaj na to, co piszemy o sabo­tażu, żeby­śmy nie wpa­dli w pułapkę. Może się oka­zać, że to fał­szywy trop.

Wstał, dając jej w ten spo­sób znak, że skoń­czyli.

Poczuła ulgę: szef poparł jej wer­sję wyda­rzeń, no i zdo­była się na to, żeby powie­dzieć mu, że się wście­kła. To prawda, że w redak­cji cią­gle ktoś się na kogoś wście­kał, ale ona była kobietą - od nie­dawna na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku. Wie­działa, że będzie pod obstrza­łem i że musi się do tego przy­zwy­czaić.

Poszła pro­sto do pokoju foto­gra­fów. Po dro­dze wzięła dużą torbę z logo gazety. Ulf Ols­son był sam, sie­dział i prze­glą­dał jakieś ele­ganc­kie pismo dla męż­czyzn.

- Prze­pra­szam, że na cie­bie nakrzy­cza­łam - zaczęła. - Pro­szę, to torba, do któ­rej możesz wło­żyć zimowe ubra­nia: dłu­gie kale­sony, zimowe buty, czapkę i ręka­wice. Wstaw ją do swo­jej szafki albo włóż do bagaż­nika.

Spoj­rzał na nią skwa­szony.

- Powin­naś była mnie uprze­dzić, że...

- O tym powi­nie­neś poroz­ma­wiać ze swoim sze­fem albo z redak­to­rem naczel­nym. Wywo­ła­łeś zdję­cia?

- Nie, ja...

- To zrób to.

Wyszła, czu­jąc na ple­cach jego wzrok. W dro­dze do swo­jego pokoju uświa­do­miła sobie, że cały dzień nic nie jadła, nawet śnia­da­nia. Poszła do sto­łówki, kupiła kanapkę z klop­si­kami i colę light.

Wia­do­mość o wybu­chu na sta­dio­nie olim­pij­skim obie­gła już świat. Wszyst­kie duże sta­cje tele­wi­zyjne i zagra­niczne gazety wysłały przed­sta­wi­cieli na kon­fe­ren­cję pra­sową, która miała się odbyć o czter­na­stej w komen­dzie poli­cji. Zja­wili się dzien­ni­ka­rze CNN, Sky News, BBC, tele­wi­zji skan­dy­naw­skich, kore­spon­denci "Le Monde", "Euro­pean", "Timesa", "Die Zeit" i wielu innych. Wozy trans­mi­syjne blo­ko­wały nie­mal cały pod­jazd.

Annika przy­szła w towa­rzy­stwie czte­rech współ­pra­cow­ni­ków: dwojga repor­te­rów, Berit i Patrika, i dwóch foto­gra­fów. Sala była wypeł­niona ludźmi i sprzę­tem. Annika i towa­rzy­szący jej repor­te­rzy usie­dli na krze­słach przy wyj­ściu, foto­gra­fo­wie pró­bo­wali się prze­pchnąć jak naj­bli­żej podium. Ludzie z tele­wi­zji jak zwy­kle usta­wili się tuż przed nim i zasła­niali widok pozo­sta­łym. Wszy­scy poty­kali się o ich kilo­me­trowe kable, które wiły się po całej pod­ło­dze. Było oczy­wi­ste, że to redak­to­rzy z tele­wi­zji pierwsi będą zada­wać pyta­nia. Reflek­tory oświe­tlały całą salę, więk­szość była skie­ro­wana na pro­wi­zo­ryczną scenę, z któ­rej poli­cjanci wkrótce mieli prze­mó­wić do ludu. Wiele sta­cji nada­wało na żywo, mię­dzy innymi CNN, SKY i szwedzki "Raport". Dzien­ni­ka­rze ćwi­czyli swoje kwe­stie, coś noto­wali, foto­gra­fo­wie zakła­dali filmy, repor­te­rzy radiowi spraw­dzali magne­to­fony: raz, dwa, raz, dwa. Panu­jący w sali gwar przy­po­mi­nał szum wodo­spadu. Już było potwor­nie gorąco. Annika jęk­nęła i rzu­ciła płaszcz na pod­łogę.

W końcu w bocz­nych drzwiach obok pode­stu sta­nęli poli­cjanci. Głosy zamarły, zastą­pił je trzask apa­ra­tów. Na podium weszło czte­rech męż­czyzn: rzecz­nik pra­sowy sztok­holm­skiej poli­cji, pro­ku­ra­tor rejo­nowy Kjell Lindström, śled­czy z wydziału kry­mi­nal­nego, któ­rego nazwi­ska Annika nie mogła sobie przy­po­mnieć, i Evert Daniels­son z sekre­ta­riatu komi­tetu orga­ni­za­cyj­nego igrzysk. Powoli zaj­mo­wali miej­sca za sto­łem, każdy z nich się­gnął po obo­wiąz­kową szklankę wody mine­ral­nej.

Zaczął rzecz­nik pra­sowy poli­cji. Przy­to­czył znane już powszech­nie fakty: doszło do wybu­chu, jedna osoba zgi­nęła, są straty mate­rialne, bada­nia tech­niczne trwają. Już spra­wiał wra­że­nie zmę­czo­nego. Annika zaczęła się zasta­na­wiać, jak będzie wyglą­dał po kilku dniach docho­dze­nia.

Po nim głos zabrał pro­ku­ra­tor:

- Nie udało nam się jesz­cze ziden­ty­fi­ko­wać osoby, która ponio­sła śmierć na sta­dio­nie - oznaj­mił. - Prace się prze­dłu­żają mię­dzy innymi z powodu złego stanu ciała. Mamy jed­nak cały sze­reg innych śla­dów, które, jak sądzimy, pozwolą nam usta­lić toż­sa­mość ofiary. Próbki mate­riału wybu­cho­wego zostały prze­słane do ana­lizy do Lon­dynu. Nie wiemy jesz­cze nic kon­kret­nego, ale ze wstęp­nych danych wynika, że praw­do­po­dob­nie cho­dzi o mate­riał wybu­chowy do użytku cywil­nego, co zna­czy, że nie użyto broni ani żad­nych mate­riałów, z któ­rych korzy­sta woj­sko. - Wypił kilka łyków wody. Było sły­chać, jak pra­cują kamery. - Poszu­ku­jemy męż­czy­zny, który sie­dem lat temu został ska­zany za pod­ło­że­nie bomb, które wów­czas uszko­dziły dwa obiekty spor­towe. Na razie nie jest o nic podej­rzany, ale chcie­li­by­śmy go prze­słu­chać. - Spoj­rzał na notatki i jakby się zawa­hał. Po chwili pod­niósł głowę i zaczął mówić wprost do kamery "Raportu". - Tuż przed wybu­chem przy sta­dio­nie widziano czło­wieka w ciem­nym ubra­niu. Zwra­camy się z ape­lem o zgła­sza­nie wszyst­kiego, co mogło mieć zwią­zek z ostat­nimi wyda­rze­niami na Sta­dio­nie Vic­to­rii. Poli­cja prosi o kon­takt wszyst­kich, któ­rzy byli w por­cie Södra Ham­marby mię­dzy pół­nocą a godziną trze­cią dwa­dzie­ścia rano. Nawet jeśli to, co wie­cie, wydaje wam się nie­istotne, może się oka­zać ostat­nią, roz­strzy­ga­jącą czę­ścią ukła­danki.

Wyre­cy­to­wał kilka nume­rów tele­fo­nów, które "Raport" miał poka­zać na plan­szach po pro­gra­mie. Kiedy skoń­czył, Evert Daniels­son z sekre­ta­riatu komi­tetu orga­ni­za­cyj­nego igrzysk odchrząk­nął i prze­jął mikro­fon.

- Tak, to wielka tra­ge­dia - zaczął zde­ner­wo­wany. - Zarówno dla Szwe­cji, jako gospo­da­rza igrzysk, jak i dla sportu w ogóle. Igrzy­ska olim­pij­skie sym­bo­li­zują rywa­li­za­cję na rów­nych zasa­dach, bez względu na rasę, reli­gię, prze­ko­na­nia poli­tyczne czy płeć. Dla­tego to bar­dzo smutne, że ktoś obrał sta­dion za cel ataku ter­ro­ry­stycz­nego.

Annika sta­nęła na pal­cach, żeby móc cokol­wiek zoba­czyć ponad kamerą CNN. Była cie­kawa, jak poli­cja i pro­ku­ra­tor rejo­nowy zare­agują na wygła­szane przez Daniels­sona peany na cześć igrzysk. Tak jak się spo­dzie­wała, wzdry­gnęli się, kiedy stało się jasne, że Daniels­son nie tylko podał motyw, ale też powie­dział, co się stało. Stwier­dził wyraź­nie, że był to atak ter­ro­ry­styczny skie­ro­wany prze­ciwko igrzy­skom. A prze­cież poli­cja na­dal nie miała poję­cia, kim jest ofiara. A może coś się zmie­niło? Zaczęła się zasta­na­wiać, czy Daniels­son nie wie tego, co jej już się udało usta­lić, a mia­no­wi­cie że sprawcą praw­do­po­dob­nie był ktoś, kto miał dostęp do sta­dionu.

Pro­ku­ra­tor pró­bo­wał prze­rwać sło­wo­tok Daniels­sona, ale on pero­ro­wał dalej:

- Ape­luję do wszyst­kich, któ­rzy mogli coś widzieć, o pilny kon­takt z poli­cją. Zatrzy­ma­nie win­nego jest sprawą naj­wyż­szej... Tak, o co cho­dzi?

Spoj­rzał zdzi­wiony na pro­ku­ra­tora, który kopał go pod sto­łem.

- Chcę tylko pod­kre­ślić - pro­ku­ra­tor nachy­lił się do mikro­fonu - że w obec­nej sytu­acji nie możemy wska­zać motywu. - Spoj­rzał krzywo na Daniels­sona. - Nic, powta­rzam, nic nie wska­zuje na to, że był to atak ter­ro­ry­styczny skie­ro­wany prze­ciwko igrzy­skom olim­pij­skim. Nikt nie gro­ził, że dokona zama­chu na obiekt spor­towy, nie gro­żono też komi­te­towi orga­ni­za­cyj­nemu. Jeste­śmy więc otwarci na wszel­kie motywy. - Odchy­lił się do tyłu. - Jakieś pyta­nia?

Repor­te­rzy tylko na to cze­kali. Natych­miast zaczęli się prze­krzy­ki­wać. Pierw­sze pyta­nia doty­czyły jak zwy­kle spraw, o któ­rych już była mowa, ale mówiono o nich zbyt zawile i roz­wle­kle, żeby się zmie­ściły w pół­to­ra­mi­nu­to­wej wstawce. Repor­te­rzy powta­rzali je, mając nadzieję, że tym razem odpo­wiedź będzie krót­sza i zwięź­lej­sza.

- Macie podej­rza­nego?

- Są jakieś ślady?

- Ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście ofiarę?

- To mógł być zamach ter­ro­ry­styczny?

Annika wes­tchnęła. Cho­dziła na takie kon­fe­ren­cje przede wszyst­kim po to, żeby obser­wo­wać śled­czych. Ich wypo­wie­dzi tra­fiały do mediów, ale mimika tych, któ­rych nie obej­mo­wała kamera, była nie­kiedy bar­dziej wymowna niż słowa. Zauwa­żyła na przy­kład, że Kjell Lindström był wście­kły na Daniels­sona, kiedy ten zaczął mówić o ataku ter­ro­ry­stycz­nym.

Jeśli było coś, do czego szwedzka poli­cja nie chciała dopu­ścić, to na pewno do tego, żeby zaczęto mówić o Sztok­hol­mie jako o mie­ście zagro­żo­nym ter­ro­ry­zmem, szcze­gól­nie teraz, przed igrzy­skami. Poza tym naj­praw­do­po­dob­niej był to fał­szywy trop. Przy­znali, że poja­wiły się nowe poszlaki, co było rze­czą dość wyjąt­kową.

Naba­zgrała w note­sie kilka pytań. W oko­li­cach sta­dionu widziano czło­wieka w ciem­nym ubra­niu: kiedy i gdzie? Oka­zuje się, że jest świa­dek: kto to jest i co tam robił? Próbki mate­ria­łów wybu­cho­wych wysłano do Lon­dynu: dla­czego? Dla­czego nie zle­cono ana­lizy wydzia­łowi kry­mi­nalno-tech­nicz­nemu w Linköping? No i kiedy można się spo­dzie­wać odpo­wie­dzi? Skąd wia­domo, że mate­riały nie pocho­dziły z zapa­sów woj­ska? Jakie to ma zna­cze­nie dla docho­dze­nia? Zawęża je czy wręcz prze­ciw­nie? Jak łatwo dostępne są mate­riały wybu­chowe prze­zna­czone do użytku cywil­nego? Ile potrwa naprawa pół­noc­nej try­buny? Czy sta­dion jest ubez­pie­czony? A jeśli tak, to gdzie? No i kim jest ofiara? Czy poli­cja już to wie? O jakich śla­dach wspo­mi­nał Kjell Lindström i w jaki spo­sób mia­łyby pomóc w iden­ty­fi­ka­cji ofiary?

Znów wes­tchnęła. Wyglą­dało na to, że docho­dze­nie może się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność.

Pro­ku­ra­tor rejo­nowy Kjell Lindström szedł kory­ta­rzem na tyłach sali kon­fe­ren­cyj­nej. Twarz miał białą, kur­czowo ści­skał aktówkę. Musiał zająć czymś ręce, ina­czej udu­siłby Daniels­sona, szefa sekre­ta­riatu komi­tetu orga­ni­za­cyj­nego. Za nim kro­czyli pozo­stali uczest­nicy kon­fe­ren­cji i trzech funk­cjo­na­riu­szy w mun­du­rach. Pil­no­wali porządku. Jeden z nich zamknął za wszyst­kimi drzwi, tuż przed nosem ostat­nich, naj­bar­dziej namol­nych dzien­ni­ka­rzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki