18 grudnia, sobota
DŹWIĘK DZWONKA DOTARŁ DO NIEJ w środku dziwnego erotycznego snu. Leżała
na szklanym podwyższeniu w statku kosmicznym, Thomas leżał na niej,
czuła go w sobie. Obok stało trzech mężczyzn, prowadzili radiowy program
Studio 6 i patrzyli na nich oczami bez wyrazu. Czuła, że musi oddać
mocz.
- Nie możesz teraz iść do łazienki, lecimy w kosmos - powiedział Thomas.
Wyjrzała przez panoramiczne okno. Miał rację.
Drugi dzwonek rozerwał kosmos. Leżała w mroku, spocona i spragniona. Nad
nią w ciemnościach unosił się sufit.
- Odbierz, do diabła, zanim wszyscy się obudzą - wymamrotał Thomas
niezadowolony, gdzieś wśród poduszek.
Odwróciła głowę i spojrzała na zegarek: trzecia dwadzieścia dwie. Całe
podniecenie nagle gdzieś uleciało. Ciężką jak z ołowiu ręką sięgnęła po
leżącą na podłodze słuchawkę. Dzwonił Jansson, szef nocnej zmiany.
- Stadion Victorii wyleciał w powietrze. Hajcuje się jak diabli. Nasz
reporter jest już na miejscu, ale potrzebujemy cię do wydania
podmiejskiego. Jak szybko dasz radę przyjechać?
Oddychała chwilę, starała się zrozumieć, co się stało. Poczuła, jak fala
adrenaliny przechodzi przez jej ciało i dociera do mózgu. Stadion
olimpijski, pomyślała. Pożar, chaos, niech to szlag! Południowa część
miasta. Obwodnica Południowa albo most Skanstullsbron.
- Jak sytuacja na mieście? Ulice są przejezdne?
Jej głos brzmiał chrapliwie, bardziej, niżby chciała.
- Obwodnica Południowa jest zablokowana. Estakada obok stadionu się
zawaliła, ale to wszystko, co wiemy. Tunel Söder też może być zamknięty,
jedź raczej górą.
- Kto robi zdjęcia?
- Henriksson właśnie tam pojechał, część reporterów jest już na miejscu.
Rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Wsłuchiwała się jeszcze chwilę
w martwy szum, po czym położyła słuchawkę z powrotem na podłodze.
- Co tym razem?
Westchnęła bezgłośnie.
- Doszło do eksplozji na stadionie olimpijskim. Muszę tam jechać. Pewnie
zajmie mi to cały dzień. - Zawahała się. - I może też wieczór - dodała.
Thomas wymamrotał coś ledwie słyszalnie.
Ostrożnie wyswobodziła się z wilgotnej od potu piżamy Ellen. Chłonęła
zapach dziecka: słodki zapach skóry i kwaśny z ust, w których cały czas
tkwił kciuk. Pocałowała aksamitnie gładką główkę córeczki. Ellen
przeciągnęła się rozkosznie, po czym zwinęła się w kłębek. Miała trzy
latka i zawsze była sobą, nawet we śnie. Annika ręką jak z ołowiu
wybrała numer korporacji taksówkowej, wstała z przyjemnie ciepłego łóżka
i usiadła na podłodze.
- Poproszę taksówkę na Hantaverkargatan 32. Bengtzon. Zależy mi na
czasie. Na stadion olimpijski. Tak, wiem o pożarze.
Poczuła, że musi natychmiast oddać mocz, inaczej umrze.
Na dworze było przenikliwie zimno, co najmniej dziesięć stopni mrozu.
Podniosła kołnierz płaszcza, naciągnęła czapkę na uszy, jej
przesiąknięty zapachem pasty do zębów oddech unosił się wokół niej
niczym chmura. Taksówka podjechała w chwili, gdy usłyszała, jak zamykają
się za nią drzwi.
- Hammarbyhamnen, stadion olimpijski - rzuciła, kiedy razem ze swoją
wielką torbą wylądowała na tylnym siedzeniu.
Kierowca spojrzał na nią w lusterku.
- Bengtzon? Z "Kvällspressen", tak? - upewnił się, uśmiechając się
niepewnie. - Czytam pani felietony. Podobało mi się to, co pani pisała o Korei. Moje dzieciaki są stamtąd. Adoptowałem je. Byłem w Panmundżonie,
świetnie pani opisała, jak ci żołnierze stoją tam i na siebie patrzą,
ale nie wolno im słowa ze sobą zamienić. Świetny artykuł.
Słuchała pochwał, ale nie brała ich do siebie. Bała się, że zniknie
magia, która sprawia, że jej teksty jakby się unosiły w powietrzu.
- Dziękuję - powiedziała. - Miło, że się panu podobał. Sądzi pan, że uda
nam się przejechać przez tunel? - zmieniła temat. - Czy może raczej
pojedziemy górą?
Taksówkarz, jak większość jego kolegów, był na bieżąco. Jeśli o czwartej
nad ranem gdziekolwiek w kraju coś się dzieje, zawsze należy wykonać dwa
telefony: na policję i do taksówkarzy. I ma się gotowy artykuł do
porannego wydania. Policja potwierdza, a taksówkarz zawsze jest w stanie
przytoczyć zeznanie naocznego świadka.
- Byłem na Götgatan, kiedy usłyszałem huk - powiedział kierowca,
zawracając na linii ciągłej. - Nieźle grzmotnęło, aż latarnie zadrżały.
Cholera, pomyślałem, pewnie atomówka. Ruscy przyszli. Próbowałem wywołać
kogoś przez radio. Co się dzieje, do cholery, pomyślałem. Wtedy
usłyszałem, że Stadion Victorii wyleciał w powietrze. Jeden z kolegów
był tam właśnie w tym momencie, miał kurs do tego nielegalnego klubu, w tamtych nowych domach, wie pani...
Taksówka mknęła w stronę ratusza. Annika wyłowiła z torby notatnik i ołówek.
- Co z nim, z tym pana kolegą?
- Chyba w porządku. Kawałek metalu przebił szybę i wleciał do środka,
minął go o kilka centymetrów. Rany cięte twarzy, tak mówili w radiu.
Minęli stację metra Gamla Stan, zbliżali się do Slussen.
- Dokąd go zabrali?
- Kogo?
- Tego pańskiego kolegę, z kawałkiem metalu.
- Brattström. Tak się nazywa. Pewnie do Szpitala Południowego, jest
najbliżej.
- Jak ma na imię?
- Nie wiem, ale mogę spytać przez radio...
Miał na imię Arne. Annika sięgnęła po komórkę, włożyła do ucha
słuchawkę, wcisnęła jedynkę i połączyła się bezpośrednio z Janssonem.
Był w redakcji. Na ekranie zobaczył jej numer. Odebrał.
- Ranny taksówkarz. Arne Brattström. Został przewieziony do Szpitala
Południowego. Może ktoś od nas go tam odwiedzi, mamy szansę zdążyć do
pierwszego wydania...
- Dobrze, sprawdzimy go w bazie danych.
Jansson odłożył słuchawkę i krzyknął do reportera nocnego:
- Sprawdź dane Arnego Brattströma, dowiedz się, czy policja zawiadomiła
rodzinę. Jeśli tak, zadzwoń do żony, jeśli jakąś ma. - Potem znów
sięgnął po słuchawkę: - Mamy zdjęcie z lotu ptaka. Kiedy tam będziesz?
- Za jakieś siedem, osiem minut. Wszystko zależy od tego, czy wygrodzili
już teren. Co planujecie?
- Mamy opis zdarzenia, komentarz policji, reporterzy dzwonią do mieszkań
w domach po drugiej stronie ulicy i zbierają wypowiedzi ludzi, jeden z reporterów jest na miejscu, na stadionie, ale wkrótce wraca do domu.
Poza tym zrekapitulujemy wcześniejsze zamachy związane z igrzyskami,
napiszemy o facecie, który zarzucił petardami stadiony w Sztokholmie,
kiedy miasto starało się o przyznanie...
Ktoś mu przerwał, Annika w taksówce poczuła, że wszyscy w redakcji są
zestresowani.
- Dam znać, jak się dowiem czegoś więcej - rzuciła szybko.
- Wygląda na to, że wygrodzono cały teren wokół boisk treningowych -
powiedział kierowca. - Proponuję podjechać od tyłu.
Skręcili w Folkungagatan i ruszyli w stronę trasy Värmdöleden. Annika
wybrała kolejny numer. Czekając na połączenie, przyglądała się
imprezowiczom. którzy po upojnej nocy, wrzeszcząc i zataczając się,
wracali do domów. Było ich wielu, znaczniej więcej, niż się spodziewała.
Sama wychodziła na miasto, tylko kiedy gdzieś popełniono przestępstwo.
Zapomniała, że miasto żyje nie tylko zbrodnią i pracą, wyparła z pamięci, że jest też życie, które się toczy jedynie nocą.
Połączyła się ze swoim informatorem, był zdenerwowany.
- Wiem, że jeszcze nic nie możesz mi przekazać - zaczęła. - Powiedz,
kiedy będziesz mógł rozmawiać. Zadzwonię, tylko podaj jakąś godzinę.
Mężczyzna po drugiej stronie westchnął.
- Bengtzon, do cholery, nie wiem. Po prostu nie wiem. Zadzwoń później.
Zerknęła na zegarek.
- Jest za dwadzieścia czwarta. Piszę do wydania podmiejskiego. Może być
wpół do ósmej?
- Dobrze, może być.
Obiecał jej, trudno mu będzie się wycofać. Policjanci nie lubili, kiedy
dziennikarze dzwonili tuż po zdarzeniu i natychmiast chcieli wszystko
wiedzieć. Nawet jeśli coś już wiedzieli, zwykle nie potrafili jeszcze
ocenić, co można podać do publicznej wiadomości, a czego nie. Koło wpół
do ósmej będzie miała własne obserwacje, pytania i teorie, a policja już
będzie wiedziała, co może powiedzieć, a czego nie. Będzie dobrze.
- Widać dym - zauważył taksówkarz.
Annika pochyliła się do przodu i spojrzała w prawo.
- Rzeczywiście.
Cienka czarna smuga unosiła się na niebie, wskazywała w stronę bladego
półksiężyca. Taksówkarz zjechał z obwodnicy Värmdöleden i skręcił w południową obwodnicę.
Autostrada była zamknięta już kilkaset metrów od wylotu tunelu i stadionu. Obok blokad stało jakieś dziesięć samochodów. Taksówkarz
zatrzymał się za nimi, Annika podała mu służbową kartę klienta.
- Kiedy pani wraca? Mam zaczekać? - spytał.
Uśmiechnęła się niepewnie.
- Nie, dziękuję, to może trochę potrwać.
Zaczęła się zbierać. Wzięła notatnik, ołówek i komórkę.
- Wesołych świąt! - zawołał taksówkarz, zanim zamknęła drzwi i wysiadła.
Boże drogi, pomyślała. Do świąt jeszcze cały tydzień, a już zaczyna się
festiwal życzeń?
- Nawzajem - rzuciła w stronę tylnej szyby.
Przeciskając się przez tłum między samochodami, dotarła do barierek. Na
szczęście to nie policja je tam ustawiła. Policyjny zakaz na pewno by
uszanowała, a tak... nawet nie zwolniła. Szybko przeskoczyła przez
barierki i pobiegła dalej.
Nie słyszała dobiegających zza jej pleców oburzonych głosów. Patrzyła w górę, na wznoszący się przed nią potężny obiekt. Wiele razy przejeżdżała
tędy samochodem i za każdym razem przyglądała mu się zafascynowana.
Stadion był wbudowany w skałę, jakby wyżłobiony w stoku. Ekolodzy
oczywiście protestowali, jak zawsze, kiedy trzeba wyciąć kilka drzew.
Obwodnica Południowa prowadziła dalej, w głąb góry, pod stadionem. Ale
teraz wlot do tunelu był zastawiony dużymi betonowymi blokami i pojazdami służb ratunkowych. Żółtoczerwone migoczące światła na dachach
odbijały się w pokrytym lodem asfalcie. Północne trybuny, sterczące nad
wlotem do tunelu niczym kapelusz wielkiego grzyba, były zniszczone. To
tam musiało dojść do wybuchu. Części porozdzieranej okrągłej konstrukcji
sterczały na tle nocnego nieba. Annika biegła dalej. Podejrzewała, że
wkrótce ktoś ją zatrzyma. I rzeczywiście.
- Zaraz, zaraz, a dokąd to? - usłyszała głos jakiegoś strażaka.
- Na górę! - krzyknęła.
- Tam wszystko jest wygrodzone!
- Tak? No to mnie zatrzymajcie! - mruknęła pod nosem.
Pobiegła dalej, cały czas starała się kierować w prawo. Pod nogami miała
teraz zamarznięty kanał Sickla. Nieco dalej, po drugiej stronie
pokrytego lodem kanału, widać było betonową podmurówkę, na której
opierała się jezdnia obwodnicy, tuż przed wlotem do tunelu. Annika
złapała się balustrady, podciągnęła się i skoczyła z wysokości ponad
metra. Wylądowała na ziemi, torba uderzyła ją w plecy.
Zatrzymała się na chwilę i rozejrzała. Była tam wcześniej dwa razy, raz
latem, na pokazie dla prasy, i jesienią, w niedzielne popołudnie, razem
z Anne Snapphane. Po prawej widać było na wpół gotowe budynki w nabrzeżnej części Hammarby, które w przyszłości miały się stać wioską
olimpijską. To tam podczas igrzysk mieli mieszkać sportowcy. Okna
zamieniły się w czarne dziury, wszystkie szyby w okolicy wyleciały.
Gdzieś w dali, w ciemnościach, widać było zarysy jednego z boisk. Po
lewej wznosiła się dziesięciometrowa betonowa ściana. To tam, na górze,
znajdowała się płyta z głównym wejściem na stadion.
Ruszyła biegiem wzdłuż ściany. Próbowała rozpoznać dźwięki, które do
niej docierały: dalekie wycie syreny, głosy i syk armatki wodnej czy
może wentylatora. Na ścianie tańczyły czerwone światła pojazdów
ratunkowych. Okrążyła ją i zaczęła zbiegać po schodach do wejścia
dokładnie w momencie, kiedy policjanci zaczęli rozwijać swoje
biało-niebieskie taśmy.
- Wygradzamy teren! - krzyknął jeden z nich.
- Tam na górze jest mój fotograf! - wrzasnęła. - Pójdę po niego.
Policjant dał jej znać ręką, że ma przejść.
Schody składały się z trzech równej długości biegów. Dotarła na górę i nagle poczuła, że brakuje jej powietrza. Spojrzała w dół: płyta była
zastawiona pojazdami z migoczącymi światłami, wszędzie biegali ludzie.
Dwa filary podtrzymujące północne trybuny zawaliły się, leżały
roztrzaskane na ziemi. Wszędzie były porozrzucane powykręcane zielone
krzesełka. Po chwili pojawiła się ekipa telewizyjna. Był też reporter
konkurencji i trzech fotografów, wolnych strzelców. Podniosła głowę i zobaczyła lej po bombie. Na górze, nad nią, krążyło pięć śmigłowców,
przynajmniej dwa należały do prasy.
- Annika!
Johan Henriksson był fotografem, odbywał staż w "Kvällspressen". Miał
dwadzieścia trzy lata, wcześniej pracował dla jakiejś lokalnej gazety w Östersund. Był inteligentny i ambitny. Podbiegł z dwoma aparatami na
piersi, na ramieniu podskakiwała mu torba na sprzęt.
- Co masz? - spytała Annika, wyciągając bloczek i ołówek.
- Byłem tu jakieś pół minuty po strażakach. Zdążyłem jeszcze pogadać z kierowcą karetki, która zabrała taksówkarza. Podobno był tylko
pokaleczony. Strażacy mieli problem z doprowadzeniem wody na trybuny, w końcu wjechali wozem na stadion. Pstryknąłem kilka zdjęć wozu z zewnątrz, ale na samą płytę nie udało mi się wejść. Kilka minut temu
gliniarze, tam, na dole, zaczęli biegać jak wściekli. Coś się musiało
stać.
- Albo coś znaleźli - stwierdziła Annika i schowała bloczek.
Trzymając w ręku ołówek niczym pałeczkę sztafety, ruszyła biegiem w stronę najdalszego wejścia. O ile dobrze pamiętała, powinno być po
prawej stronie, pod zawaloną trybuną. W tym chaosie nikt nie próbował
jej zatrzymać. Biegła między kawałkami betonu, poskręcanymi prętami
zbrojeniowymi i zielonymi plastikowymi krzesełkami. Do wejścia
prowadziły czterobiegowe schody, zdyszana dotarła na szczyt. Policja
zdążyła już wygrodzić teren przed wejściem, ale to nie miało znaczenia.
Zobaczyła to, na czym jej zależało. Brama nie była uszkodzona, wyglądała
na zamkniętą. Firmy ochroniarskie miały w zwyczaju przyklejać nalepki ze
swoim logo na drzwiach budynków, które chroniły. Stadion nie okazał się
wyjątkiem. Annika znów wyciągnęła bloczek i szybko zapisała nazwę firmy
i numer telefonu.
- Prosimy opuścić teren! Ryzyko zawalenia! Powtarzam...
Radiowóz wyposażony w megafon jechał powoli po płycie. Ludzie wycofywali
się pospiesznie w stronę obiektów treningowych i miasteczka
olimpijskiego. Ruszyła wzdłuż zewnętrznej ściany stadionu, nie chciała
znów schodzić na płytę. Szła wzdłuż rampy prowadzącej łagodnym łukiem
wokół całej budowli. Wejść było więcej, chciała się przyjrzeć wszystkim.
Żadne nie było uszkodzone, żadne drzwi nie były wyłamane.
- Przepraszam, ale musi pani stąd iść - powiedział młody funkcjonariusz,
kładąc jej rękę na ramieniu.
- Kto tu dowodzi? - spytała i pokazała mu legitymację prasową.
- Szef nie ma czasu. Proszę stąd iść. Musimy opróżnić cały teren.
Zaczął ją ciągnąć za rękę, był zdenerwowany. Wyswobodziła się i stanęła
przed nim. Postanowiła zaryzykować:
- Co znaleźliście na stadionie?
Zwilżył językiem wargi.
- Dokładnie nie wiem, zresztą nie wolno mi nic mówić.
Bingo!
- A kto może mi udzielić jakichś informacji? I kiedy?
- Nie wiem. Proponuję skontaktować się z dyżurnym wydziału kryminalnego.
A teraz proszę już iść!
Policja wygrodziła teren aż do hali sportowej, oddalonej od stadionu o dobre kilkaset metrów. Przy budynku, w którym w przyszłości miały się
mieścić restauracje i kino, Annika wpadła na Henrikssona. Na chodniku
przy poczcie, tam, gdzie było najszerzej, zaczęło powstawać
prowizoryczne centrum prasowe. Dziennikarzy cały czas przybywało,
krążyli i witali się z kolegami. Annika nie przepadała za takim
koleżeńskim poklepywaniem po plecach. Pomyślała, że to miejsce zbrodni,
a ludzie zachowują się, jakby byli na imprezie. Cofnęła się, pociągając
za sobą fotografa.
- Nie musisz jechać do redakcji? - spytała. - Pierwsze wydanie idzie
zaraz do druku.
- Przekazałem zdjęcia, więc spokojnie.
- Dobrze. Mam przeczucie, że coś może się tu zacząć dziać.
Wóz transmisyjny jednej ze stacji telewizyjnych zaparkował obok nich.
Odwrócili się i ruszyli w przeciwną stronę. Minęli bank i aptekę i skierowali się w stronę kanału. Po chwili się zatrzymali, Annika
spojrzała na stadion. Na płycie nadal stali policjanci i strażacy. Co
tam się dzieje? - zastanawiała się. Od wody wiał lodowaty wiatr, w oddali widać było jezioro Hammarbysjö. Skruszony na środku lód zostawił
błyszczący pas wody, czarną ranę na białym śniegu. Annika odwróciła się
plecami do wiatru, próbowała ogrzać nos rękawiczką. Nagle między palcami
zobaczyła dwa białe samochody, jechały kładką dla pieszych od strony
Södermalmu. O cholera, karetka! I samochód pomocy lekarskiej. Spojrzała
na zegarek, pięć po wpół do piątej. Dopiero za trzy godziny będzie mogła
zadzwonić do informatora. Włożyła do ucha słuchawkę i spróbowała się
połączyć z dyżurnym wydziału kryminalnego. Zajęte. Wybrała numer
Janssona, wcisnęła jedynkę.
- O co chodzi? - zapytał.
- Na stadion jadą karetki.
- Za siedem minut kończą skład.
Słyszała, jak uderza palcami w klawiaturę.
- Co podaje Agencja Informacyjna TT? Wspominali o rannych?
- Podali, że taksówkarz trafił do szpitala, ale nie rozmawiali z nim. No
i że są duże zniszczenia. To informacja od dyżurnego z wydziału
kryminalnego. Poza tym same ogólniki.
- Taksówkarza karetka zabrała już godzinę temu, to musi być coś innego.
Policyjne radio milczy?
- Nie podają nic ważnego.
- Nikt nic nie mówi?
- Nikt.
- "Echo"?
- Na razie nie. Na szóstą zapowiedziano specjalne wydanie "Raportu".
- Widziałam ich wóz transmisyjny.
- Trzymaj rękę na pulsie. Odezwę się, kiedy jedynka pójdzie do druku.
Rozłączył się. Annika wcisnęła "zakończ", ale nie wyjęła słuchawki z ucha.
- Po co ci to? - spytał Henriksson, wskazując na kabelek zwisający jej
przy policzku.
- Mózg się lasuje od tego promieniowania. Nie wiedziałeś? - Roześmiała
się. - To bardzo praktyczne rozwiązanie. Mogę iść i pisać i jednocześnie
rozmawiać przez komórkę. Poza tym postronni nic nie słyszą.
Od mrozu oczy zaszły jej łzami, musiała się wysilić, żeby dojrzeć, co
dzieje się obok stadionu.
- Masz duży teleobiektyw?
- W tych ciemnościach nic ci nie da.
- Weź największy, jaki masz, i spróbuj zobaczyć, co tam się dzieje -
powiedziała, wskazując rękawiczką na coś w oddali.
Henriksson westchnął. Postawił torbę z aparatami na ziemi, wziął
obiektyw i spojrzał przez niego.
- Przydałby się statyw - mruknął.
Samochody wjechały zboczem na górę i zatrzymały się przy schodach, przy
jednym z dużych wejść. Z karetki wysiadło trzech mężczyzn. Stanęli za
nią i zaczęli rozmawiać. Po chwili podszedł do nich funkcjonariusz w mundurze, przywitał się. Obok drugiego samochodu nic się nie działo.
- Nie wygląda na to, żeby im się spieszyło - rzucił Henriksson.
Podeszło jeszcze dwóch funkcjonariuszy: jeden w mundurze, drugi w cywilu. Rozmawiali, gestykulując, jeden wskazał na lej po bombie.
Zadzwoniła komórka Anniki. Wcisnęła "odbierz".
- Tak?
- Co z karetkami?
- Nic. Czekają.
- Więc co dajemy?
- Ktoś rozmawiał z taksówkarzem w szpitalu?
- Jeszcze nie, ale mamy tam ludzi. Facet jest singlem, mieszka sam.
- Skontaktowaliście się z szefową komitetu olimpijskiego Christiną
Furhage?
- Nie udało nam się jej złapać.
- To musi być dla niej straszne, bardzo się w to zaangażowała... Może
napisać coś o tym? Co z igrzyskami? Uda się naprawić trybuny na czas?
Jak to komentuje Samaranch? I tak dalej.
- Pracujemy nad tym.
- Więc ja się zajmę samą eksplozją. To musiał być sabotaż. Mamy trzy
artykuły: policja ściga zamachowca, miejsce zbrodni i...
Urwała.
- Bengtzon?
- Ratownicy otwierają tylne drzwi karetki. Wysuwają nosze, idą z nimi do
wejścia na stadion. Niech to szlag, jest jeszcze jedna ofiara!
- W porządku. Pościg, Byłam na miejscu i Ofiara. Daję ci szóstkę,
siódemkę, ósemkę i środek.
Połączenie zostało przerwane.
Annika przyglądała się w napięciu, jak ratownicy idą w stronę stadionu.
Usłyszała, że Henriksson szykuje kamerę. Nikt z pozostałych dziennikarzy
nie zauważył karetki, boiska zasłaniały im widok.
- Piekielnie zimno - powiedział Henriksson, kiedy ratownicy zniknęli na
płycie.
- Wsiądźmy do samochodu, muszę zadzwonić w kilka miejsc - powiedziała
Annika.
Ruszyli z powrotem w stronę dziennikarzy. Wszyscy marzli, ekipa z telewizji rozwijała kable, kilku reporterów stało i chuchało na
długopisy. Że też się nie nauczą brać ołówków, kiedy temperatura spada
poniżej zera, pomyślała Annika i uśmiechnęła się. Radiowcy z urządzeniami do nadawania na plecach wyglądali jak owady. Wszyscy
czekali. Dziennikarz, który pracował dla "Kvällspressen" jako wolny
strzelec, właśnie wrócił z redakcji.
- O szóstej mają coś podać - powiedział.
- Podczas specjalnego wydania "Raportu", wspaniale - wymamrotała Annika.
Okazało się, że Henriksson zostawił samochód na tyłach kortów tenisowych
i przychodni.
- Przyjechałem drogą, którą zamknęli jako pierwszą - powiedział
przepraszająco.
Musieli przejść spory kawałek. Annika powoli zaczynała tracić czucie w stopach. W powietrzu wirowały drobne płatki śniegu, utrudniały robienie
zdjęć teleobiektywem. Kiedy dotarli do saaba Henrikssona, musieli
odśnieżyć przednią szybę.
- Tu będzie dobrze - stwierdziła Annika, patrząc w stronę stadionu. -
Widać karetkę i ten drugi samochód. Mamy wszystko pod kontrolą.
Wsiedli. Henriksson włączył silnik i ogrzewanie.
Annika zaczęła dzwonić. Najpierw spróbowała jeszcze raz połączyć się z dyżurnym wydziału kryminalnego. Zajęte. Zadzwoniła na numer ratunkowy,
spytała, kto pierwszy powiadomił centralę o wybuchu i ile mają zgłoszeń.
Czy ktoś z lokatorów mieszkań, w których wyleciały szyby, został ranny i czy można wstępnie oszacować straty. Jak zwykle nikt nie potrafił jej
nic powiedzieć.
Następnie wybrała numer agencji ochrony, który spisała z naklejki przy
wejściu na stadion. Okazało się, że to telefon do centrali mającej
siedzibę w Stadshagen na Kungsholmen. Spytała, czy wcześnie rano
odnotowali alarm na stadionie olimpijskim.
- Tego rodzaju informacje są objęte tajemnicą - odpowiedział mężczyzna
po drugiej stronie.
- Rozumiem, ale nie pytam o sygnał, który odebraliście, tylko o ten,
którego, jak podejrzewam, nie odebraliście.
- Nie odpowiadamy na żadne pytania dotyczące sygnałów alarmowych.
- Rozumiem - powtórzyła Annika cierpliwie. - Chodzi mi o to, czy w ogóle
odebraliście jakiś sygnał alarmowy ze stadionu.
- Czy pani ma problemy ze słuchem?
- No dobrze. W takim razie proszę mi powiedzieć, co się dzieje, kiedy
odbieracie sygnał alarmowy.
- No, trafia do nas.
- Do centrali?
- Oczywiście. Trafia do systemu komputerowego. Informacja wyświetla się
na naszych ekranach razem z planem działania, żebyśmy wiedzieli, co
robić.
- Więc jeśli ze stadionu nadejdzie sygnał, to zobaczy go pan na
monitorze?
- No tak.
- Wraz z instrukcją, co w tym konkretnym przypadku należy zrobić?
- No tak.
- Więc co zrobiliście w nocy na stadionie? Nie zauważyłam tam ani
jednego waszego wozu.
Mężczyzna nie odpowiedział.
- Na stadionie doszło do wybuchu, to fakt. Co w takim przypadku powinna
zrobić ochrona? To znaczy jeśli wybuchnie pożar albo ktoś zostanie
ranny?
- To określi komputer.
- Więc co zrobiliście?
Mężczyzna znów nie odpowiedział.
- Nie otrzymaliście zgłoszenia ze stadionu. Mam rację? - spytała Annika
spokojnie.
Chwila milczenia.
- Nie mogę się wypowiadać na temat zgłoszeń, których nie otrzymaliśmy -
odezwał się w końcu.
Annika zaczerpnęła głęboko powietrza i uśmiechnęła się.
- Dziękuję - powiedziała.
- Rozumiem, że nie napisze pani nic o tym, co pani powiedziałem? -
spytał mężczyzna. Był zaniepokojony.
- Co pan mi powiedział? Przecież pan mi nic nie powiedział. Zwrócił mi
pan tylko uwagę na to, że obowiązuje pana tajemnica służbowa.
Rozłączyła się. Miała artykuł. Wzięła głęboki oddech i spojrzała przez
szybę samochodu.
Jeden z wozów strażackich odjechał, ale karetka i samochód pomocy
lekarskiej zostały. Przyjechali też technicy, ich samochody stały w kilku miejscach na płycie. Mężczyźni w szarych kombinezonach zaczęli
wynosić potrzebne sprzęty. Ogień już nie płonął, nie było już nawet
widać dymu.
- Kto nam przekazał tę wiadomość? - spytała.
- Smidig.
Każda redakcja miała kilku mniej lub bardziej profesjonalnych
informatorów. Kontrolowali wszystko, co się działo, każdy na swoim
terenie. Redakcja "Kvällspressen" nie była wyjątkiem. Najlepsi byli
Smidig i Leif, mówiło się, że sypiają z policyjnym radiem przy uchu. Jak
tylko coś się działo, natychmiast dzwonili i informowali, niezależnie od
tego, czy chodziło o coś poważnego, czy o coś mniej istotnego.
Annika się zamyśliła, powiodła wzrokiem po zabudowaniach stadionu. Na
wprost wznosił się dziesięciopiętrowy budynek, w którym miała pracować
techniczna obsługa igrzysk. Z dachu w stronę góry prowadziła kładka.
Dziwne. Kto miałby nią chodzić? - zastanawiała się.
- Henriksson, chciałabym, żebyś zrobił jeszcze jedno zdjęcie.
Spojrzała na zegarek. Wpół do szóstej. Powinni zdążyć na konferencję
prasową.
- Gdyby tak się wdrapać na górę, tam, koło znicza olimpijskiego... byłby
stamtąd niezły widok.
- Tak myślisz? - spytał fotograf, nie do końca przekonany. - Otoczyli
wszystko wysokim murem, żeby nikt nie oglądał bez biletu.
- Płyta, na której walczą zawodnicy, na pewno jest osłonięta, ale
północną trybunę stamtąd widać, a to ona nas interesuje.
Henriksson spojrzał na zegarek.
- Zdążymy? Może ci ze śmigłowca już zrobili te zdjęcia? Nie powinniśmy
raczej pilnować karetki?
Annika przygryzła wargi.
- Śmigłowca w tej chwili nie ma. Może policja kazała im lądować.
Poprosimy któregoś z wolnych strzelców, żeby miał oko na samochody.
Chodź, idziemy.
Inni dziennikarze też już zauważyli karetki. Pytania fruwały w powietrzu. Ekipa "Raportu" przestawiła wóz bliżej kanału, żeby lepiej
widzieć stadion. Zmarznięty reporter przygotowywał wstawkę do wydania,
które miało pójść o szóstej. W pobliżu nie było widać żadnego
funkcjonariusza. Annika przekazała jednemu z dziennikarzy instrukcje i ruszyli.
Podejście było dłuższe i trudniejsze, niż się spodziewała. Stok był
śliski, kamienisty. Potykali się w ciemnościach, klęli. Henriksson
dźwigał duży statyw. Nie musieli jednak pokonywać żadnych barierek i po
chwili byli na miejscu. Natknęli się na betonowy mur - wysoki na dwa
metry.
- Nie wierzę własnym oczom - jęknął Henriksson.
- No i dobrze. Wejdź mi na ramiona, to cię podniosę. A potem wdrapiesz
się na znicz. Stamtąd powinieneś coś zobaczyć.
Fotograf patrzył na nią zdziwiony.
- Miałbym stanąć na zniczu olimpijskim?
- A dlaczego nie? Nie jest zapalony i nie jest ogrodzony. Na pewno dasz
radę się tam wdrapać, to pewnie niecały metr od muru. Skoro ma unieść
ciężar wiecznego ognia, to twój też wytrzyma. Wchodź!
Podała mu statyw i torbę z aparatami, wszedł na metalową konstrukcję.
- Pełno tu małych dziurek! - krzyknął.
- To otwory na gaz. Widzisz trybunę? - dopytywała się.
Wstał i spojrzał na płytę stadionu.
- Widzisz coś? - zawołała Annika z dołu.
- A niech to, tak! - Podniósł powoli aparat i zaczął robić zdjęcia.
- Co widzisz?
Nie spuszczając wzroku z płyty, opuścił aparat.
- Oświetlili część trybuny. Jest tam jakieś dziesięć osób. Chodzą w kółko i zbierają coś do małych foliowych torebek. Są też ratownicy. Też
coś zbierają. Są bardzo dokładni.
Znów uniósł aparat. Annika poczuła, że jeżą jej się włosy na karku.
Niech to szlag. Naprawdę jest aż tak źle? Henriksson zaczął ustawiać
statyw. Wypstrykał trzy rolki, skończył i ruszyli biegiem na dół.
Chwilami ślizgali się po kamieniach. Byli wzburzeni i było im niedobrze.
Co ratownicy medyczni mogli zbierać do foliowych torebek? Resztki
materiałów wybuchowych? Wątpliwe.
Kilka minut przed szóstą byli na dole. Zebrali się tam już pozostali
dziennikarze. Niebieskawe światło kamer sprawiało, że płatki śniegu
skrzyły się w powietrzu. Dziennikarze "Raportu" sprawdzali połączenie,
sprawozdawcy przypudrowano twarz. Grupa policjantów z szefem na czele
zmierzała w ich stronę. Jeden z nich uniósł plastikową taśmę, ale nie
poszedł dalej.
Dziennikarze stali, tworząc zwarty mur. Zapadła cisza. Szef zmrużył oczy
w ostrym świetle. Spojrzał na kartkę, którą miał przed sobą, podniósł
wzrok i zaczął mówić:
- O trzeciej siedemnaście na Stadionie Victorii eksplodował ładunek
wybuchowy. Nie wiemy, jakiego rodzaju materiału użyto. Wybuch poważnie
naruszył konstrukcję północnej trybuny. Nie wiadomo, czy da się ją
naprawić.
Przerwał i znów spojrzał na kartkę. Aparaty pstrykały, bety pracowały.
Annika stanęła na skraju po lewej stronie, żeby móc słuchać i jednocześnie obserwować karetkę.
- Po wybuchu na stadionie wybuchł pożar, obecnie jest już pod kontrolą.
Kolejna przerwa.
- W wyniku wybuchu ranny został taksówkarz. Kawałek zbrojenia rozbił
szybę i wpadł do samochodu - ciągnął funkcjonariusz. - Taksówkarz został
przewieziony do Szpitala Południowego. Czuje się dobrze. W dziesięciu
mieszkaniach w domach po drugiej stronie kanału z okien wyleciały szyby,
część budynków ma uszkodzone fasady. Część z nich ciągle jeszcze jest w trakcie budowy. Nie mamy informacji o ewentualnych rannych.
Kolejna przerwa. Funkcjonariusz wyglądał na zmęczonego, mówił krótkimi,
urywanymi zdaniami.
- To był sabotaż. Ładunek miał dużą moc. Policja zabezpiecza ślady.
Użyjemy wszelkich dostępnych środków, żeby ująć sprawcę. To wszystko, co
na obecnym etapie mamy wam do przekazania. Dziękuję.
Odwrócił się i zaczął cofać się za taśmę. Usłyszał podniesione głosy i krzyki i zatrzymał się.
- ...jakiś podejrzany...
- ...jakieś ofiary...
- ...ratownicy medyczni są na miejscu?
- W tej chwili to wszystko - powtórzył funkcjonariusz i odszedł.
Szedł szybkim krokiem, ze spuszczoną głową. Jego koledzy podążyli za
nim. Dziennikarze się rozproszyli. Reporter "Raportu" stanął w świetle
reflektorów, odczytał przygotowany tekst i oddał głos do studia. Wszyscy
sięgnęli po komórki i długopisy.
- No to niewiele się dowiedzieliśmy - powiedział Henriksson.
- Pora ruszać - stwierdziła Annika.
Zostawili jednego z wolnych strzelców na miejscu i zaczęli iść w stronę
samochodu Henrikssona.
- Przejedziemy obok Vintertullstorget i porozmawiamy ze świadkami -
rzuciła Annika.
Postanowili zacząć od tych, którzy mieszkali najbliżej stadionu.
Rozmawiali z rodzinami z dziećmi, z emerytami, z alkoholikami i japiszonami. Wszyscy mówili o huku, który ich obudził. Nadal nie mogli
się z tego otrząsnąć, byli w szoku.
- No, dosyć tego - stwierdziła Annika za kwadrans siódma. - Musimy to
wszystko jeszcze uporządkować.
W milczeniu ruszyli do redakcji. Annika układała w głowie fragmenty
relacji i podpisy do zdjęć, Henriksson przeglądał w pamięci negatywy,
porządkował je, odrzucał niektóre, inne wywoływał, naświetlał filmy.
Śnieg sypał, temperatura zdecydowanie się podniosła, nawierzchnia była
niebezpiecznie śliska. Na Essingeleden zderzyły się cztery samochody.
Henriksson zatrzymał się i pstryknął zdjęcie.
Tuż przed siódmą dotarli do redakcji. Wszyscy byli skupieni, pracowali w napięciu.
Jansson był na miejscu. W weekendy szef nocnej zmiany odpowiadał także
za wydania podmiejskie. Zwykle w soboty wymieniano po prostu jakiś
pojedynczy artykuł, ale w razie potrzeby zespół zawsze musiał być gotowy
do przeredagowania całości. Tak jak teraz.
- Wiecie już coś? - spytał i podniósł się z krzesła.
- Na trybunach na pewno jest trup. Niestety mogę się założyć, że w kawałkach. Za pół godziny będę wiedziała na pewno.
Jansson stał i kołysał się na piętach.
- Za pół godziny? Wcześniej się nie da?
Spojrzała na niego przez ramię i zaczęła zdejmować płaszcz. Wzięła
wydanie podmiejskie i poszła do swojego pokoju.
- W porządku - mruknął Jansson pod nosem i wrócił na krzesło.
Annika najpierw zabrała się za artykuł o tym, co się stało. Po prostu
uzupełniła notatkę z nocnego wydania, dodała kilka wypowiedzi
okolicznych mieszkańców i informację, że ogień jest już pod kontrolą.
Następnie przeszła do własnych wrażeń. Typowy artykuł z cyklu: byłam
tam. Uzupełniła swoje wcześniejsze notatki: napisała o tym, co słyszała
na miejscu, podała kilka szczegółów. Dwie minuty przed wpół do ósmej
zadzwoniła do informatora.
- Nic jeszcze nie mogę ci powiedzieć - usłyszała.
- Wiem. Dlatego to ja będę mówić, a ty będziesz albo milczał, albo
zaprzeczał...
- Tym razem nie mogę - przerwał jej.
Szlag. Zaczerpnęła powietrza i postanowiła przystąpić do ataku.
- Najpierw mnie wysłuchaj. Wydaje mi się, że sytuacja przedstawia się
następująco: dzisiaj w nocy na stadionie olimpijskim zginął człowiek.
Pod trybunami leżą porozrzucane strzępy jego ciała. Właśnie je
zbieracie. To robota kogoś z pracowników, bo wszystkie urządzenia
alarmowe były wyłączone. A w takim obiekcie muszą ich być setki: alarmy
antywłamaniowe, pożarowe, czujniki uruchamiane ruchem, wszystko było
wyłączone. Żadne drzwi nie były wyłamane. Ten, kto tam wszedł, posłużył
się kluczem, znał kody do alarmów i je wyłączył. Zrobiła to albo ofiara,
albo sprawca. Właśnie próbujecie ustalić kto.
Zamilkła i wstrzymała oddech.
- Nie wolno ci tego napisać - odezwał się policjant.
Wypuściła powietrze, szybko, gwałtownie.
- Czego?
- Że zrobił to ktoś z pracowników. Na razie chcemy zachować to w tajemnicy. Alarmy były sprawne, ale zostały odłączone. Ktoś zginął, to
prawda. Jeszcze nie wiemy kto.
Słychać było, że jest wykończony.
- Kiedy będziecie wiedzieć?
- Nie mam pojęcia. Trudno będzie zidentyfikować ofiarę wzrokowo, że tak
to określę. Chociaż oczywiście mamy i inne ślady. Nic więcej nie mogę ci
powiedzieć.
- Mężczyzna czy kobieta?
Zawahał się.
- Nie teraz - powiedział i rozłączył się.
Annika pobiegła do Janssona.
- Zgon został potwierdzony, ale policja nie wie, kim jest ofiara.
- Siekanina? - spytał Jansson.
Przełknęła ślinę i skinęła głową.
Helena Starke obudziła się z nieprawdopodobnym kacem. Dopóki leżała w łóżku, było jeszcze nieźle, ale jak tylko wstała, żeby przynieść
szklankę wody, zwymiotowała na chodnik w holu. Stała chwilę na
czworakach, z trudem łapiąc powietrze, potem podniosła się i na
chwiejnych nogach ruszyła do łazienki. Napełniła wodą szklankę do
płukania zębów i zaczęła łapczywie pić. Boże drogi, już nigdy się tak
nie upije. Podniosła głowę i między plamami po paście do zębów na
lustrze zobaczyła swoje przekrwione oczy. Naprawdę nigdy się nie nauczy?
Otworzyła szafkę, wyjęła blister panodilu i wycisnęła dwie tabletki.
Przełknęła je, popijając dużą ilością wody. Modliła się w duchu, żeby
nie zwymiotować.
Lekko się zataczając, doszła do kuchni i usiadła przy stole. Siedzenie
pod jej nagimi udami było zimne, poczuła lekki ból w podbrzuszu. Ile
właściwie wypiła? Butelka po koniaku stała na blacie, była pusta.
Przyłożyła policzek do blatu, próbowała przywołać wspomnienia z poprzedniego wieczoru. Knajpa, muzyka, twarze, wszystko zlewało się w jedno. Boże drogi, nie była nawet w stanie przypomnieć sobie, jak
dotarła do domu! Była z nią Christina, a może nie? Wracały razem, tak?
Jęknęła, wstała, napełniła dzbanek wodą i zaniosła do sypialni.
Przechodząc przez hol, zwinęła chodnik i wrzuciła go do stojącego w garderobie kosza z brudnymi rzeczami. Poczuła odór wymiocin i znów
zrobiło jej się niedobrze.
Na stojącym przy łóżku budziku z radiem była za pięć dziewiąta. Jęknęła.
Im była starsza, tym wcześniej się budziła, szczególnie jeśli
poprzedniego dnia za dużo wypiła. Kiedyś potrafiła przespać cały dzień.
Ale to było kiedyś. Teraz budziła się wcześnie, czuła się fatalnie, a potem leżała cały dzień w łóżku i się pociła. Zdarzały się krótkie
chwile, kiedy odpływała, ale zasnąć nie była w stanie. Z trudem sięgnęła
po wodę, wypiła łyk prosto z dzbanka. Oparła poduszki o wezgłowie i ułożyła się wygodniej. Nagle zauważyła, że ubranie, które miała na sobie
poprzedniego dnia, leży starannie złożone na komodzie pod oknem, i przeszył ją dreszcz. Kto, do diabła, mógł je tak złożyć? Pewnie zrobiła
to sama. To było najgorsze: kiedy piła, nic potem nie pamiętała.
Chodziła jak zombi, robiła mnóstwo najróżniejszych rzeczy i w ogóle nie
zdawała sobie z tego sprawy. Wzdrygnęła się i włączyła radio. Czekając,
aż panodil zacznie działać, równie dobrze mogła wysłuchać "Echa".
Pierwsza wiadomość sprawiła, że znów zwymiotowała. Teraz już wiedziała
na pewno, że ten dzień na pewno nie będzie spokojny.
Spuściła w wucecie wodę z wymiocinami, podniosła słuchawkę i zadzwoniła
do Christiny.
Agencja Informacyjna TT powtórzyła to, o czym napisała Annika o dziewiątej trzydzieści cztery. A więc "Kvällspressen" pierwsza podała
wiadomość o śmiertelnej ofierze wybuchu na stadionie olimpijskim.
Nagłówki krzyczały:
W WYNIKU WYBUCHU NA STADIONIE OLIMPIJSKIM ZGINĘŁA JEDNA OSOBA
i
ZAMACHOWIEC ŚCIGANY ZA MORDERSTWO
To ostatnie nie było do końca pewne, ale Jansson się uparł, żeby tak
napisali. Środek wypełniało zdjęcie Henrikssona, zrobione z podstawy
znicza, niezwykle sugestywne: oświetlony krąg nieco poniżej leja,
pochyleni mężczyźni i tańczące w powietrzu płatki śniegu. Robiło
wrażenie, ale nie było makabryczne. Żadnej krwi, żadnych zwłok, jedynie
świadomość tego, co robią widoczni na nim ludzie. Już zdążyli je
sprzedać Reutersowi. W "Raporcie" o dziesiątej też cytowano
"Kvällspressen", podczas gdy "Echo" uznało, że to ich własny news.
Kiedy wydanie miejskie poszło do druku, reporterzy śledczy i szefowie
działu wiadomości zebrali się w gabinecie Anniki. W rogu piętrzyły się
kartony z segregatorami i starymi wycinkami prasowymi. Kanapę
odziedziczyła po poprzednim lokatorze, ale biurko było nowe. Dostała
pokój dwa miesiące wcześniej, kiedy została szefową redakcji
kryminalnej.
- Jest kilka kwestii, którym musimy się przyjrzeć. No i trzeba też
rozdzielić zadania - zaczęła.
Położyła nogi na biurku. Kiedy numer poszedł do druku, nagle dopadło ją
zmęczenie, jakby ktoś trafił ją cegłą w tył głowy. Musi się skupić.
Odchyliła się na krześle i sięgnęła po kubek z kawą.
- Mamy pięć punktów. Pierwszy: kim jest trup z trybun. To główny temat
jutrzejszego wydania, zdecydowanie rozwojowy. Drugi: poszukiwanie
mordercy. Trzeci: kontekst olimpijski. Czwarty: jak mogło do tego dojść.
I piąty: taksówkarz. Nikt z nim jeszcze nie rozmawiał. Może coś widział,
coś słyszał?
Podniosła głowę i spojrzała na zebranych w pokoju ludzi. Próbowała się
zorientować, co myślą. Jansson przysypiał. Wkrótce miał skończyć zmianę
i wrócić do domu. Szef działu wiadomości, Ingvar Johansson, patrzył na
nią pustym wzrokiem. Reporter Nils Langeby jak zwykle nie był w stanie
ukryć wrogości. Miał pięćdziesiąt trzy lata i był najstarszy w redakcji
kryminalnej. Drugi reporter, Patrik Nilsson, słuchał jej w absolutnym
skupieniu. Widać było, że jest pod wrażeniem. Trzecia z zespołu
reporterów, Berit Hamrin, ze spokojem wsłuchiwała się w jej słowa.
Brakowało tylko Evy-Britt Qvist, która pełniła dwie funkcje: researchera
i sekretarza redakcji.
- Cholernie mi się nie podoba nasze podejście do sprawy - oświadczył
Nils.
Annika westchnęła. Znów się zaczyna.
- A co według ciebie powinniśmy zrobić?
- Za dużo miejsca poświęcamy tego rodzaju spektakularnym aktom przemocy.
A co z ochroną środowiska? O tym nigdy nie piszemy. No i jest jeszcze
przestępczość szkolna.
- To prawda, powinniśmy poświęcić więcej uwagi takim zagadnieniom...
- Jasne, że powinniśmy! A zamiast tego nurzamy się w jakimś cholernym
bagnie, ronimy łzy nad rozhisteryzowanymi babami, bombami i wojnami
gangów motocyklowych.
Annika wzięła głęboki oddech i policzyła do trzech. Dopiero wtedy
odpowiedziała:
- Podjąłeś ważny temat, Nils, ale mam wrażenie, że nie jest to najlepszy
moment, żeby o tym...
- Dlaczego nie? Myślisz, że nie potrafię sam zdecydować, jakie tematy
poruszyć, a jakich nie?
Uniósł się na krześle.
- Ochrona środowiska i szkoły to twoja specjalność - powiedziała Annika
spokojnie. - Pracujesz nad tym na co dzień. Uważasz, że niepotrzebnie
zajmujemy ci czas, dzwoniąc do ciebie w takiej sytuacji?
- Tak właśnie uważam - zagrzmiał.
Annika przyglądała mu się. Był wściekły. Jak, do diabła, miała sobie z nim poradzić? Gdyby do niego nie zadzwoniła, na pewno byłby zły, że nie
został wezwany i nie może pisać o zamachowcu. Była pewna, że jeśli teraz
wyznaczy mu jakieś zadanie, najpierw odmówi, a potem wszystko zawali.
Jeśli natomiast każe mu zostać w redakcji na dyżurze, zapewne uzna, że
skazała go na zamrażarkę.
Wszedł redaktor naczelny Anders Schyman i przerwał jej rozmyślania.
Wszyscy, łącznie z Anniką, przywitali się z nim i poprawili na krzesłach
i w fotelach.
- Gratuluję, Annika! A tobie, Jansson, dziękuję za świetną robotę -
powiedział. - Pobiliśmy wszystkich. Słowo honoru! A zdjęcie na
rozkładówce jest fantastyczne! Nikt takiego nie ma. Jak wam się to
udało, Annika? - spytał, siadając na jednym z kartonów w rogu.
Annika opowiedziała historię zdjęcia. Wszyscy byli zachwyceni. Kolejna
anegdotka, którą potem będzie się opowiadać na spotkaniach w Klubie
Prasy.
- Co dalej?
Annika opuściła stopy na podłogę, nachyliła się nad biurkiem i zaczęła
odhaczać kolejne punkty na liście.
- Patrik zajmie się polowaniem na mordercę - powiedziała. - Zbierz
dowody techniczne, skontaktuj się z szefem policji i ze śledczymi -
zwróciła się do reportera. - Po południu ma się odbyć konferencja
prasowa. Dowiedz się o której, a wcześniej załatw zdjęcia. Powinniśmy
tam pójść wszyscy.
Patrik skinął głową.
- Berit zostawiam ofiarę. Dowiedz się, kto to jest i dlaczego zginął. No
i jeszcze nasz stary olimpijski zamachowiec. Tiger. Tak go wtedy
nazwano. Na pewno jest wśród podejrzanych, nawet jeśli jego bombki to
nic w porównaniu z tym, co się teraz stało. Trzeba sprawdzić, co robi i gdzie był w nocy. Spróbuję go złapać. Robiłam z nim wtedy wywiad. Nils
może się zająć kwestią bezpieczeństwa w związku z igrzyskami. Jak to
możliwe, że coś takiego ma miejsce siedem miesięcy przed olimpiadą? Jaki
jest stan zabezpieczenia obiektu?
- To mało istotna kwestia - wszedł jej w słowo Langeby.
- Naprawdę? Jestem innego zdania - stwierdził Schyman. - Uważam, że to
wręcz jedna z najważniejszych, najbardziej podstawowych kwestii. Drążąc
sprawę, pokazujemy to zdarzenie nie tylko w kontekście społecznym, ale i globalnym. Jak taki zamach wpływa na sport w ogóle? To jeden z najważniejszych tematów dnia, Nils.
Langeby nie bardzo wiedział, jak zareagować. Czy ma się czuć wyróżniony
tym, że powierzono mu tak ważne zadanie, czy urażony, bo zwrócono mu
uwagę? Jak zwykle wybrał to, co było dla niego najbardziej pochlebne.
Wyprostował się.
- Jasne, wszystko zależy od tego, jak się to zrobi - stwierdził.
Annika spojrzała na Schymana z wdzięcznością.
- Może nocna zmiana zajmie się komentarzem w związku z olimpiadą? I taksówkarzem?
Johansson skinął głową.
- Nasz zespół właśnie wiezie taksówkarza do hotelu, do centrum. Facet
mieszka w kawalerce w Bagarmossen, ale tam każdy go znajdzie. Ukryjemy
go do jutra w hotelu Royal Viking. Janet Ullberg spróbuje dopaść
Christinę Furhage, jej zdjęcie na tle leja po bombie byłoby strzałem w dziesiątkę. Zwerbowaliśmy studentów dziennikarstwa do odbierania
telefonów w ramach ankiety telefonicznej "zadzwoń i podziel się opinią"...
- Na jaki temat? - przerwał mu Schyman, sięgając po gazetę.
- Czy mamy się wycofać z organizacji igrzysk olimpijskich. Zadzwoń
dzisiaj między siedemnastą a dziewiętnastą. Wydaje się oczywiste, że to
sprawka Tigera albo jakiejś grupy, która nie chce, żeby Szwecja była
gospodarzem igrzysk.
Annika nie była tego pewna.
- Na pewno należy o tym wspomnieć, ale nie jestem przekonana, czy
rzeczywiście tak jest.
- Tak? - zdziwił się Johansson. - Moim zdaniem nie powinniśmy się od
tego odcinać. Głównym tematem jutrzejszego wydania będzie oczywiście
ofiara, ale wątek ataku terrorystycznego też poruszymy.
- Nie forsujmy teorii sabotażu - przestrzegła Annika, przeklinając w duchu, że obiecała nie wspominać o tym, że sprawcą mógł być ktoś z pracowników. - Dopóki nie wiemy, kim jest ofiara, nie możemy spekulować,
przeciwko komu czy czemu był skierowany zamach.
- Oczywiście, że możemy - zaprotestował Johansson. - Poprosimy policję o komentarz, chociaż w tej sytuacji pewnie nie będą w stanie ani nic
potwierdzić, ani zdementować.
Schyman postanowił zabrać głos:
- Nie rozstrzygajmy o niczym. Bądźmy otwarci na wszystkie możliwości i pracujmy dalej. Temat dnia wybierzemy potem. Coś jeszcze?
- Nie, na razie za mało wiemy. Kiedy ofiara zostanie zidentyfikowana,
będziemy mogli spróbować się skontaktować z rodziną.
- Pamiętajcie, że trzeba to zrobić z wyczuciem - podkreślił Schyman. -
Nie chciałbym, żeby nam zarzucono, że naruszamy czyjąś prywatność.
Annika się uśmiechnęła.
- Sama się tym zajmę.
Kiedy zebranie dobiegło końca, zadzwoniła do domu. Odebrał Kalle, jej
pięcioletni synek.
- Cześć, jak się czujesz? - spytała.
- Dobrze. Idziemy do McDonalda, a Ellen wylała sok pomarańczowy na 101
dalmatyńczyków. Jest głupia, bo teraz nie będziemy mogli go oglądać...
Zamilkł, słyszała tylko jego szloch.
- To rzeczywiście przykre. Ale jak to się stało? Dlaczego kaseta leżała
na stole w kuchni?
- Nie leżała na stole w kuchni, tylko na podłodze w pokoju. Ellen
kopnęła szklankę, kiedy szła zrobić siusiu.
- Postawiłeś szklankę na podłodze? Tyle razy mówiłam, że nie wolno
zabierać śniadania do pokoju i jeść przed telewizorem!
Czuła, jak narasta w niej złość. Wystarczyło, że wyszła z domu, a natychmiast coś się działo. Wszystkie zasady przestawały obowiązywać.
- To nie moja wina - płakał Kalle. - To wszystko przez Ellen! To ona
zniszczyła film.
Rozpłakał się na dobre. Puścił słuchawkę i gdzieś pobiegł.
- Kalle! Halo! Kalle!
Cholera, że też zawsze kończyło się tak samo. A przecież zadzwoniła,
żeby porozmawiać chwilę z dziećmi i zagłuszyć wyrzuty sumienia.
Usłyszała, jak Thomas podchodzi do telefonu i bierze słuchawkę.
- Co mu powiedziałaś?
Westchnęła i poczuła, że zaraz rozboli ją głowa.
- Dlaczego jedli śniadanie przed telewizorem?
- Nie jedli - powiedział Thomas. Starał się zachować spokój. -
Pozwoliłem Kallemu wziąć do pokoju szklankę z sokiem. Co, zważywszy na
konsekwencje, rzeczywiście nie było najlepszym pomysłem, ale przekupię
ich obiadem w McDonaldzie, a potem kupimy nowy film. Bez ciebie też
jakoś sobie poradzimy. Skup się na swoich artykułach. Jak ci idzie?
Przełknęła ślinę.
- Wyjątkowo paskudna sprawa. Morderstwo, samobójstwo, a może po prostu
wypadek. Nic jeszcze nie wiemy.
- Tak, słyszałem. Pewnie wrócisz późno?
- To dopiero początek.
- Kocham cię.
Dziwne, ale poczuła, że ma łzy w oczach.
- Ja ciebie też - wyszeptała.
Jej informator pracował całą noc i zdążył już pójść do domu, więc
musiała skorzystać ze zwykłych źródeł. Do południa nie wydarzyło się
właściwie nic więcej. Nadal nie zidentyfikowano ofiary, ale udało się
ugasić pożar. Na stadionie pracowali technicy.
Postanowiła pojechać tam jeszcze raz, z innym fotografem, młodym
stażystą Ulfem Olssonem.
- Chyba jestem niewłaściwie ubrany - stwierdził Ulf, kiedy zjeżdżali
windą do garażu.
Annika spojrzała na niego zdziwiona.
- Co masz na myśli?
Miał na sobie ciemnoszary wełniany płaszcz, półbuty i garnitur.
- Miałem fotografować tłum w teatrze, w Dramaten. Ktoś powinien mnie
uprzedzić, że jedziemy na miejsce zbrodni. Musieliście o tym wiedzieć
już od kilku godzin.
Spojrzał na nią wyzywająco i nagle w jej głowie nastąpiło zwarcie.
Zmęczenie zrobiło swoje.
- Nie mów mi, co powinnam, a czego nie powinnam robić! - krzyknęła. -
Jesteś fotografem, musisz być przygotowany na wszystko, od wypadków
drogowych po galę w teatrze. A jeśli nie chcesz fotografować jatki w garniturze od Armaniego, to noś ze sobą kombinezon, do diabła!
Kopnęła drzwi i weszli do garażu. Amatorzy, niech ich szlag!
- Nie podoba mi się ton, jakim do mnie mówisz - powiedział fotograf
podniesionym głosem.
Wybuchnęła. Odwróciła się do niego.
- Jesteś strasznie delikatny - wysyczała. - Poza tym chyba nic nie stoi
na przeszkodzie, żebyś się sam zorientował, co się dzieje w redakcji.
Oczekujesz, że ja albo ktoś inny będziemy cię informować, jak masz się
ubrać?
Chłopak przełknął ślinę i zacisnął pięści.
- Uważam, że jesteś bardzo niesprawiedliwa - wymamrotał.
- Na litość boską, przestań marudzić. Siadaj za kierownicą i jedź. A może ja mam to zrobić?
Zwykle kiedy wyjeżdżali w teren, prowadził fotograf, także wtedy, kiedy
korzystali z samochodu redakcji. W wielu gazetach samochody redakcji
były z zasady służbowymi samochodami fotografów. Nieustanne kłótnie o rozliczanie przejazdów sprawiły, że redakcja "Kvällspressen" odstąpiła
od takiego rozwiązania.
Annika usiadła za kierownicą i ruszyła Essingeleden w stronę
Hammarbyhamnen. Atmosfera była gęsta. Postanowiła pojechać inną drogą:
skręciła w Hammarby Fabriksväg, ale niewiele im to dało. Całe miasteczko
olimpijskie było ogrodzone. Poirytowana zauważyła, że fotograf
najwyraźniej odetchnął z ulgą, że nie pobrudzi sobie butów.
- Musimy mieć zdjęcie trybuny w dziennym świetle - powiedziała,
zawracając przed plastikową taśmą przy Lumavägen. - Jedna ze stacji
telewizyjnych ma tu siedzibę. Mam tam znajomą, więc jeśli będziemy mieli
szczęście, może ktoś nas wpuści na dach.
Sięgnęła po komórkę i wybrała numer koleżanki, Anne Snapphane,
producentki talk show dla kobiet w telewizji kablowej.
- Właśnie coś redaguję - warknęła Anne. - Kto mówi?
Pięć minut później stali na dachu dawnej fabryki lamp w południowej
części Hammarbyhamnen. Widok na zniszczony stadion był niesamowity.
Olsson nałożył teleobiektyw i wypstrykał cały film. Powinno starczyć.
W drodze powrotnej oboje milczeli.
- O drugiej zaczyna się konferencja prasowa! - krzyknął Patrik, jak
tylko weszła do redakcji. - Zdjęcia czekają.
Pomachała mu w odpowiedzi i weszła do swojego pokoju. Powiesiła płaszcz
na wieszaku, rzuciła torbę na biurko, wymieniła baterię w komórce, starą
podłączyła do ładowarki.
Awantura z fotografem wyczerpała ją. Była z siebie niezadowolona.
Dlaczego zareagowała tak gwałtownie? Dlaczego tak osobiście potraktowała
jego uwagi? Zawahała się i wybrała numer szefa.
- Oczywiście, że mam dla ciebie czas - usłyszała w słuchawce głos
Schymana.
Przeszła przez otwarte biuro do znajdującego się w rogu pokoju szefa. W redakcji nie działo się prawie nic. Ingvar Johansson siedział ze
słuchawkami na uszach i jadł sałatkę z tuńczyka. Pelle Oscarsson klikał
od niechcenia w Photoshopa, jeden z redaktorów rozplanowywał w komputerze strony jutrzejszego wydania.
Zamknęła za sobą drzwi i w tym momencie z radia dobiegł sygnał
południowego wydania "Echa". Prowadzący obstawał przy teorii sabotażu.
Twierdził, że policja poszukuje szaleńca, który nienawidzi igrzysk
olimpijskich. Nic więcej nie mieli.
- Całkowicie błędne założenie - powiedziała Annika. - Policja
podejrzewa, że sprawcą jest ktoś z pracowników.
Schyman aż zagwizdał.
- Jak to?
- Nie ma śladów włamania, a wszystkie alarmy były odłączone. Albo
zrobiła to ofiara, albo zamachowiec. I jedno, i drugie oznacza, że mamy
do czynienia z kimś z pracowników.
- Niekoniecznie, alarmy mogły być niesprawne.
- Nie, były sprawne, zostały odłączone.
- Może ktoś zapomniał je włączyć - upierał się Schyman.
Pokiwała głową i zaczęła się zastanawiać. Rzeczywiście, tak też mogło
być.
Usiedli na wygodnych kanapach stojących pod ścianą. Oboje jednym uchem
słuchali radia. Annika spojrzała na budynek ambasady rosyjskiej. Dzień
odchodził, zanim naprawdę zdążył nadejść. W szarej mżawce okna sprawiały
wrażenie brudnych. Zauważyła, że ktoś się w końcu zlitował i wstawił do
gabinetu doniczki z czerwonymi gwiazdami betlejemskimi i dwa adwentowe
świeczniki.
- Huknęłam dzisiaj na Olssona - zaczęła.
Schyman milczał, czekał na dalszy ciąg.
- Skarżył się, że nie jest właściwie ubrany, żeby jechać do
Hammarbyhamnen. Uznał, że to moja wina. Że powinnam go uprzedzić, dokąd
jedziemy.
Zamilkła. Schyman przyglądał się jej chwilę.
- Nie ty wybierasz sobie fotografa. O tym decyduje szef działu
zdjęciowego. Poza tym i reporterzy, i fotografowie powinni być ubrani
tak, żeby mogli pracować w każdych warunkach i o każdej porze. Na tym
polega ich praca.
- Rzuciłam kilka ostrych słów - przyznała się.
- To nie było zbyt rozsądne. Na twoim miejscu przeprosiłbym go za język,
a przy okazji udzielił kilku rad na temat stroju. Poza tym uważaj na to,
co piszemy o sabotażu, żebyśmy nie wpadli w pułapkę. Może się okazać, że
to fałszywy trop.
Wstał, dając jej w ten sposób znak, że skończyli.
Poczuła ulgę: szef poparł jej wersję wydarzeń, no i zdobyła się na to,
żeby powiedzieć mu, że się wściekła. To prawda, że w redakcji ciągle
ktoś się na kogoś wściekał, ale ona była kobietą - od niedawna na
kierowniczym stanowisku. Wiedziała, że będzie pod obstrzałem i że musi
się do tego przyzwyczaić.
Poszła prosto do pokoju fotografów. Po drodze wzięła dużą torbę z logo
gazety. Ulf Olsson był sam, siedział i przeglądał jakieś eleganckie
pismo dla mężczyzn.
- Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam - zaczęła. - Proszę, to torba,
do której możesz włożyć zimowe ubrania: długie kalesony, zimowe buty,
czapkę i rękawice. Wstaw ją do swojej szafki albo włóż do bagażnika.
Spojrzał na nią skwaszony.
- Powinnaś była mnie uprzedzić, że...
- O tym powinieneś porozmawiać ze swoim szefem albo z redaktorem
naczelnym. Wywołałeś zdjęcia?
- Nie, ja...
- To zrób to.
Wyszła, czując na plecach jego wzrok. W drodze do swojego pokoju
uświadomiła sobie, że cały dzień nic nie jadła, nawet śniadania. Poszła
do stołówki, kupiła kanapkę z klopsikami i colę light.
Wiadomość o wybuchu na stadionie olimpijskim obiegła już świat.
Wszystkie duże stacje telewizyjne i zagraniczne gazety wysłały
przedstawicieli na konferencję prasową, która miała się odbyć o czternastej w komendzie policji. Zjawili się dziennikarze CNN, Sky News,
BBC, telewizji skandynawskich, korespondenci "Le Monde", "European",
"Timesa", "Die Zeit" i wielu innych. Wozy transmisyjne blokowały niemal
cały podjazd.
Annika przyszła w towarzystwie czterech współpracowników: dwojga
reporterów, Berit i Patrika, i dwóch fotografów. Sala była wypełniona
ludźmi i sprzętem. Annika i towarzyszący jej reporterzy usiedli na
krzesłach przy wyjściu, fotografowie próbowali się przepchnąć jak
najbliżej podium. Ludzie z telewizji jak zwykle ustawili się tuż przed
nim i zasłaniali widok pozostałym. Wszyscy potykali się o ich
kilometrowe kable, które wiły się po całej podłodze. Było oczywiste, że
to redaktorzy z telewizji pierwsi będą zadawać pytania. Reflektory
oświetlały całą salę, większość była skierowana na prowizoryczną scenę,
z której policjanci wkrótce mieli przemówić do ludu. Wiele stacji
nadawało na żywo, między innymi CNN, SKY i szwedzki "Raport".
Dziennikarze ćwiczyli swoje kwestie, coś notowali, fotografowie
zakładali filmy, reporterzy radiowi sprawdzali magnetofony: raz, dwa,
raz, dwa. Panujący w sali gwar przypominał szum wodospadu. Już było
potwornie gorąco. Annika jęknęła i rzuciła płaszcz na podłogę.
W końcu w bocznych drzwiach obok podestu stanęli policjanci. Głosy
zamarły, zastąpił je trzask aparatów. Na podium weszło czterech
mężczyzn: rzecznik prasowy sztokholmskiej policji, prokurator rejonowy
Kjell Lindström, śledczy z wydziału kryminalnego, którego nazwiska
Annika nie mogła sobie przypomnieć, i Evert Danielsson z sekretariatu
komitetu organizacyjnego igrzysk. Powoli zajmowali miejsca za stołem,
każdy z nich sięgnął po obowiązkową szklankę wody mineralnej.
Zaczął rzecznik prasowy policji. Przytoczył znane już powszechnie fakty:
doszło do wybuchu, jedna osoba zginęła, są straty materialne, badania
techniczne trwają. Już sprawiał wrażenie zmęczonego. Annika zaczęła się
zastanawiać, jak będzie wyglądał po kilku dniach dochodzenia.
Po nim głos zabrał prokurator:
- Nie udało nam się jeszcze zidentyfikować osoby, która poniosła śmierć
na stadionie - oznajmił. - Prace się przedłużają między innymi z powodu
złego stanu ciała. Mamy jednak cały szereg innych śladów, które, jak
sądzimy, pozwolą nam ustalić tożsamość ofiary. Próbki materiału
wybuchowego zostały przesłane do analizy do Londynu. Nie wiemy jeszcze
nic konkretnego, ale ze wstępnych danych wynika, że prawdopodobnie
chodzi o materiał wybuchowy do użytku cywilnego, co znaczy, że nie użyto
broni ani żadnych materiałów, z których korzysta wojsko. - Wypił kilka
łyków wody. Było słychać, jak pracują kamery. - Poszukujemy mężczyzny,
który siedem lat temu został skazany za podłożenie bomb, które wówczas
uszkodziły dwa obiekty sportowe. Na razie nie jest o nic podejrzany, ale
chcielibyśmy go przesłuchać. - Spojrzał na notatki i jakby się zawahał.
Po chwili podniósł głowę i zaczął mówić wprost do kamery "Raportu". -
Tuż przed wybuchem przy stadionie widziano człowieka w ciemnym ubraniu.
Zwracamy się z apelem o zgłaszanie wszystkiego, co mogło mieć związek z ostatnimi wydarzeniami na Stadionie Victorii. Policja prosi o kontakt
wszystkich, którzy byli w porcie Södra Hammarby między północą a godziną
trzecią dwadzieścia rano. Nawet jeśli to, co wiecie, wydaje wam się
nieistotne, może się okazać ostatnią, rozstrzygającą częścią układanki.
Wyrecytował kilka numerów telefonów, które "Raport" miał pokazać na
planszach po programie. Kiedy skończył, Evert Danielsson z sekretariatu
komitetu organizacyjnego igrzysk odchrząknął i przejął mikrofon.
- Tak, to wielka tragedia - zaczął zdenerwowany. - Zarówno dla Szwecji,
jako gospodarza igrzysk, jak i dla sportu w ogóle. Igrzyska olimpijskie
symbolizują rywalizację na równych zasadach, bez względu na rasę,
religię, przekonania polityczne czy płeć. Dlatego to bardzo smutne, że
ktoś obrał stadion za cel ataku terrorystycznego.
Annika stanęła na palcach, żeby móc cokolwiek zobaczyć ponad kamerą CNN.
Była ciekawa, jak policja i prokurator rejonowy zareagują na wygłaszane
przez Danielssona peany na cześć igrzysk. Tak jak się spodziewała,
wzdrygnęli się, kiedy stało się jasne, że Danielsson nie tylko podał
motyw, ale też powiedział, co się stało. Stwierdził wyraźnie, że był to
atak terrorystyczny skierowany przeciwko igrzyskom. A przecież policja
nadal nie miała pojęcia, kim jest ofiara. A może coś się zmieniło?
Zaczęła się zastanawiać, czy Danielsson nie wie tego, co jej już się
udało ustalić, a mianowicie że sprawcą prawdopodobnie był ktoś, kto miał
dostęp do stadionu.
Prokurator próbował przerwać słowotok Danielssona, ale on perorował
dalej:
- Apeluję do wszystkich, którzy mogli coś widzieć, o pilny kontakt z policją. Zatrzymanie winnego jest sprawą najwyższej... Tak, o co chodzi?
Spojrzał zdziwiony na prokuratora, który kopał go pod stołem.
- Chcę tylko podkreślić - prokurator nachylił się do mikrofonu - że w obecnej sytuacji nie możemy wskazać motywu. - Spojrzał krzywo na
Danielssona. - Nic, powtarzam, nic nie wskazuje na to, że był to atak
terrorystyczny skierowany przeciwko igrzyskom olimpijskim. Nikt nie
groził, że dokona zamachu na obiekt sportowy, nie grożono też komitetowi
organizacyjnemu. Jesteśmy więc otwarci na wszelkie motywy. - Odchylił
się do tyłu. - Jakieś pytania?
Reporterzy tylko na to czekali. Natychmiast zaczęli się przekrzykiwać.
Pierwsze pytania dotyczyły jak zwykle spraw, o których już była mowa,
ale mówiono o nich zbyt zawile i rozwlekle, żeby się zmieściły w półtoraminutowej wstawce. Reporterzy powtarzali je, mając nadzieję, że
tym razem odpowiedź będzie krótsza i zwięźlejsza.
- Macie podejrzanego?
- Są jakieś ślady?
- Zidentyfikowaliście ofiarę?
- To mógł być zamach terrorystyczny?
Annika westchnęła. Chodziła na takie konferencje przede wszystkim po to,
żeby obserwować śledczych. Ich wypowiedzi trafiały do mediów, ale mimika
tych, których nie obejmowała kamera, była niekiedy bardziej wymowna niż
słowa. Zauważyła na przykład, że Kjell Lindström był wściekły na
Danielssona, kiedy ten zaczął mówić o ataku terrorystycznym.
Jeśli było coś, do czego szwedzka policja nie chciała dopuścić, to na
pewno do tego, żeby zaczęto mówić o Sztokholmie jako o mieście
zagrożonym terroryzmem, szczególnie teraz, przed igrzyskami. Poza tym
najprawdopodobniej był to fałszywy trop. Przyznali, że pojawiły się nowe
poszlaki, co było rzeczą dość wyjątkową.
Nabazgrała w notesie kilka pytań. W okolicach stadionu widziano
człowieka w ciemnym ubraniu: kiedy i gdzie? Okazuje się, że jest
świadek: kto to jest i co tam robił? Próbki materiałów wybuchowych
wysłano do Londynu: dlaczego? Dlaczego nie zlecono analizy wydziałowi
kryminalno-technicznemu w Linköping? No i kiedy można się spodziewać
odpowiedzi? Skąd wiadomo, że materiały nie pochodziły z zapasów wojska?
Jakie to ma znaczenie dla dochodzenia? Zawęża je czy wręcz przeciwnie?
Jak łatwo dostępne są materiały wybuchowe przeznaczone do użytku
cywilnego? Ile potrwa naprawa północnej trybuny? Czy stadion jest
ubezpieczony? A jeśli tak, to gdzie? No i kim jest ofiara? Czy policja
już to wie? O jakich śladach wspominał Kjell Lindström i w jaki sposób
miałyby pomóc w identyfikacji ofiary?
Znów westchnęła. Wyglądało na to, że dochodzenie może się ciągnąć w nieskończoność.
Prokurator rejonowy Kjell Lindström szedł korytarzem na tyłach sali
konferencyjnej. Twarz miał białą, kurczowo ściskał aktówkę. Musiał zająć
czymś ręce, inaczej udusiłby Danielssona, szefa sekretariatu komitetu
organizacyjnego. Za nim kroczyli pozostali uczestnicy konferencji i trzech funkcjonariuszy w mundurach. Pilnowali porządku. Jeden z nich
zamknął za wszystkimi drzwi, tuż przed nosem ostatnich, najbardziej
namolnych dziennikarzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki