Annabelle Schwartzman. Odsłona. Tom 1 - Danielle Girard

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

-rozdział pierwszy

San Francisco, Kalifornia

Doktor Annabelle Schwartzman nawlekała nić na półokrągłą igłę chirurgiczną numer pięć, jakiej zazwyczaj używa się w chirurgii ortopedycznej. Naciągnęła brzegi nacięcia w kształcie litery "Y", aby zamknąć tors ofiary.

Klatka piersiowa i tułów były mocno poparzone, ogień sprawił, że skóra stała się krucha. Ponieważ nie planowano wystawienia ciała w otwartej trumnie, zgodnie ze standardową procedurą mogła je zamknąć zszywkami. Wolała jednak tradycyjne szwy. Choć zszywki wydawały się praktyczniejsze, uważała je za bezosobowe. Tradycyjne łączenie tkanek nicią trwało dłużej, ale ceniła te ostatnie chwile z ciałem, ponieważ miała czas, aby w pełni zrozumieć daną śmierć, zanim skontaktuje się ze śledczym.

W pracy lekarza medycyny sądowej to, co najbardziej ją poruszało i dawało satysfakcję, to bycie ostatnim głosem ofiary. Teraz to Schwartzman jako ostatnia miała kontakt ze zwłokami i to ona decydowała, czy śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, czy w wyniku działania innego człowieka. To była cicha, wymagająca skupienia praca - godziny spędzane na analizie każdego elementu zagadki, którą należało rozwikłać.

W trakcie studiów medycznych wielu jej rówieśników wybierało specjalizacje pozwalające na kontakt z pacjentami - ginekologię dla cudu narodzin, pediatrię z miłości do dzieci.

Jednak te dziedziny miały również swoje cienie. Ciąże nie zawsze kończyły się szczęśliwym rozwiązaniem, a dzieci chorowały i umierały.

Schwartzman jako lekarka medycyny sądowej wchodziła w kontakt z pacjentami w bardziej zażyłym wymiarze - bez ograniczeń w głębokości analizy, by poprawnie zdiagnozować przyczynę ich śmierci. Dla wielu medycyna sądowa byłaby nie do pomyślenia, jednak dla niej stanowiła jedyny możliwy wybór. Większość osób decydowała się na studia medyczne, żeby zostać bohaterami. W prosektorium nie chodziło o heroizm, a pytania, które potrzebowały odpowiedzi.

Zgasły górne lampy. Lekarka pomachała ręką, aby aktywować czujnik ruchu. Po dziewiętnastej światła wyłączały się automatycznie po dziesięciu minutach bezczynności na sali. Zamontowany w kącie halogen zatrzeszczał gniewnie i zamrugał, nim zapłonął mocnym blaskiem. Korytarze tonęły w ciemności, w pomieszczeniu panowała cisza.

Inni lekarze medycyny sądowej w departamencie często pracowali przy głośnej muzyce, ale Schwartzman wolała ciszę. To jeden z powodów, dla których lubiła pracować w prosektorium o tak dziwnych porach.

Wracając z kolacji z koleżankami z policji, poczuła nagły impuls, by zajrzeć do prosektorium. Myśl o nim dodała jej energii i sprawiła, że była gotowa do pracy.

Nie przychodziła do kostnicy tylko po to, żeby wypełniać obowiązki służbowe - one zawsze na nią czekały. Jednak ceniła sobie przede wszystkim przestrzeń, a także zapach balsamu grejpfrutowego, którego używała po myciu rąk, a przed założeniem rękawiczek, oraz lekką octową woń zdezynfekowanych narzędzi i stołu.

Zawsze wyczuwała te aromaty, zanim dochodził do niej smród ciała.

Wieczór spędzony z koleżankami z policji pozwolił jej lepiej poznać inspektor Hailey Wyatt z wydziału zabójstw, w końcu spotkały się z dala od miejsc zbrodni, przy których razem pracowały. Schwartzman zadziwiła samą siebie, gdy zdobyła się na szczerość i wyjawiła historię jej i Spencera.

Ile minęło czasu, odkąd się otworzyła?

Zbliżyła się do kogoś na ostatnim roku studiów medycznych - sześć i pół roku temu - a była to Melanie.

Zawibrowała jej komórka, dając znać o wiadomości od Hailey: "Fajnie, że byłaś. Do jutra".

Schwartzman się uśmiechnęła. Czuła, że rodzi się między nimi więź. Być może nawet się zaprzyjaźnią.

Spencer skutecznie ją izolował, nie tylko podczas trwania małżeństwa, ale nawet po tym, gdy udało jej się od niego uciec. Zdołał wmówić jej, że zawsze czai się w pobliżu - a zaufanie komukolwiek będzie jak wręczenie klucza, który mógłby zostać przeciw niej użyty.

Jednak wcale nie czuła się w ten sposób podczas tej kolacji. Ulżyło jej, gdy w końcu mogła powiedzieć prawdę o tym, że prześladuje ją mężczyzna, którego nie widziała od ponad siedmiu lat. To przez niego uwierzyła, że jej matka trafiła do szpitala. Zdołał ominąć ochronę w budynku, w którym mieszka, i dostarczyć jej bukiet żółtych kwiatów - tę barwę Spencer uwielbia, ale ona jej nienawidzi.

Musiał być jednak głupcem, jeśli sądził, że ma nad nią jakąkolwiek władzę.

Pracowała w policji. Bukiet trafił w ręce Rogera Sampersa - samego szefa wydziału kryminalistyki. Po zaledwie sześciu miesiącach San Francisco zaczęło stawać się jej domem. Tutaj po raz pierwszy w życiu miała przestrzeń dla siebie. Sama kierowała swoją pracą, więc mogła poświęcić jej należną uwagę i doskonalić się w czymś, co tak uwielbiała.

Była dobra w swojej robocie, zatem ją doceniano. Mogła liczyć na wsparcie współpracowników. Miała... przyjaciół. Brzmiało to absurdalnie jak na trzydziestopięciolatkę, ale taka właśnie była prawda. Dobrze czuła się w tym mieście.

Seattle wydawało się w sam raz na tamten okres jej życia. Teraz była już lekarką gotową rozpocząć karierę i zapuścić korzenie. Wystarczająco długo już oglądała się przez ramię. W tym momencie przyświecała jej determinacja, aby zostać w San Francisco, a szczególnie po wieczorze, który spędziła z kobietami z wydziału.

Uzupełniła notatki i zakończyła pracę. Kiedy wsuwała ciało do chłodni, w kieszeni jej fartucha zawibrował telefon. Zdjęła rękawiczki i wyjęła komórkę. Dzwonił Hal.

- Masz dar jasnowidztwa? - rzuciła do telefonu, zamiast się przywitać.

- Co? - zapytał inspektor Hal Harris z wydziału zabójstw. Po pół roku współpracy potrafili swobodnie rozmawiać, dzięki czemu uwielbiała prowadzić z nim śledztwa. - Dlaczego tak mówisz?

- Bo właśnie skończyłam autopsję naszej spalonej ofiary.

- I?

- Sekcja wykazała masywną, obustronną zatorowość płucną i martwicę tkanek.

Hal jęknął.

- A po ludzku, Schwartzman?

- Zgon z przyczyn naturalnych - przyznała. - Miał spore zakrzepy w płucach.

- Gość zszedł z przyczyn naturalnych, a potem upuścił papierosa do łóżka i spalił cały dom. - Hal miał talent do wyłapywania ironii w ich robocie, ale zawsze cieszyli się, gdy sekcja zwłok wskazywała na naturalne przyczyny śmierci.

- No tak. Mam zadzwonić do Hailey?

- Nie. Przekażę jej - oświadczył. - Gotowa na kolejnego nieboszczyka?

- Jasne - odparła. Zawsze była chętna na następne śledztwo. Najlepiej czuła się przy pracy w prosektorium albo gdy zostawała sam na sam z książką lub czarno-białym filmem; zwykle takimi, które uwielbiał jej ojciec.

Te drobne ucieczki od rzeczywistości stały się cenne, odkąd Spencer znów ją odnalazł. Dziwne telefony, przerażający bukiet żółtych kwiatów, który zastała przed drzwiami mieszkania. Jeszcze gorsze było to, że nikt w pilnie strzeżonym apartamentowcu nie potrafił wyjaśnić, jakim cudem dostawca wjechał na jej piętro. Minęło siedem lat i pięć miesięcy, od kiedy odeszła, a on wciąż nie dawał za wygraną.

- Wyślę ci adres i fotkę z dyspozytorni - dodał Hal. - Będę za jakieś pięć minut na miejscu.

- Postaram się wyjechać w ciągu dziesięciu.

- Świetnie - skwitował. - To na razie. - Miała się rozłączyć, ale wtrącił: - Ej, Schwartzman?

- Tak?

- Dobra robota z tym ostatnim śledztwem.

Uśmiechnęła się. Hal potrafił doceniać ludzi - ją, techników kryminalistyki, policjantów. To była jedna z jego bardziej ujmujących cech.

- Dzięki, Hal.

Rozłączyła się, zdjęła fartuch i powiesiła go w wąskiej szafce. Zmieniła pomarańczowe crocsy, których używała w prosektorium, na zwykłe buty i spakowała walizkę, z którą pracowała na miejscu zbrodni. Zawibrował jej telefon, dając znać o wiadomości od Hala. Dwukrotnie kliknęła na dołączone zdjęcie i czekała, aż się załaduje.

Obraz nabrał ostrości.

Kobieta i to w wieku zbliżonym do niej samej. Falowane brązowe włosy. Leżała na łóżku. Dreszcz przeszedł ciało Annabelle niczym wstrząsy wtórne po trzęsieniu ziemi. Ktoś nakrył już jej nogi i brzuch prześcieradłem, jakby znaleziono ją nago, ale przy jej talii widać było fragment ubrania. Gdyby nie nienaturalna bladość, można by pomyśleć, że śpi.

W jej dłoniach znajdował się mały bukiet żółtych kwiatów.

-rozdział trzeci

San Francisco, Kalifornia

- Schwartzman! - Dobiegł jej uszu ostry, zaniepokojony kobiecy głos.

Starała się otrząsnąć i przypomnieć sobie, gdzie właściwie się znajduje. Na wysokości oczu miała beżowy dywan i zieloną kołdrę. Pochylali się nad nią Hailey i Hal. Siedziała na podłodze oparta plecami o ścianę.

- Pomóż mi ją podnieść - poleciła policjantka koledze.

Schwartzman wzdrygnęła się, czując dłonie Hala na ramieniu i plecach, ale już po chwili stała o własnych siłach. Nakazała sobie wziąć się w garść. Nie była rozdygotaną panienką w opałach, a lekarką, naukowczynią.

- Ktoś może podać jej wody?! - zawołała Hailey w stronę korytarza.

Hailey i Hal - im mogła powiedzieć. Przecież musieli poznać prawdę.

- Nic mi nie jest - odparła i odchrząknęła. - Naprawdę. Po prostu mnie to zaskoczyło.

Na pewno pomyślą, że jej odbiło. Tak zawsze reagowała jej matka... Mówiła, że przesadza, robi z igły widły.

To przecież nie było nic takiego. A może jednak to coś znaczy. Przesadzała. Potrzebowała czasu, by ochłonąć i wszystko sobie przemyśleć, zanim im powie. Nigdy nie zakładaj wyniku, przypomniała sobie jedną z podstawowych zasad swojej pracy. Zdawała się na naukę, kierowała dowodami. Odpowiedzi dostarczy ciało.

- Chodzi o naszyjnik? - zagadnęła Hailey.

- Jest nietypowy.

Hal i Hailey wymienili wymowne spojrzenia. Tak, chodziło o naszyjnik. Ale był zwykły. Oczywiście, że na świecie istniało wiele takich jak ten. To, że nigdy nie widziała podobnego, nie oznaczało, że ich nie było.

Do pomieszczenia weszła jedna z techniczek, Naomi Muir, i podała Halowi butelkę wody.

Odkręcił ją i wcisnął do rąk Schwartzman.

- Napij się.

Lodowata ciecz orzeźwiła ją na tyle, że odzyskała skupienie i znów mogła być tu i teraz. Oddała butelkę.

- Już mi lepiej. - Rozpięła kombinezon, aby uwolnić nagromadzone pod nim ciepło. - Chyba się trochę zgrzałam.

Hailey przyglądała się jej podejrzliwie. Schwartzman poczuła, że się garbi. Jednak musiała sprawić, by jej uwierzyli. Co zrobi, jeśli nie dadzą wiary jej słowom? San Francisco miało być nowym rozdziałem jej życia. Czystą kartą. Marzyła o świeżym starcie, ale dobrze wiedziała, że życie nie jest takie proste.

Złapała kombinezon przy suwaku i nim poruszała, żeby dopuścić do siebie trochę świeżego powietrza, a potem znów go zapięła.

Włożyła świeże rękawiczki i wróciła do ciała. Przyjrzała się niewielkiemu garbowi na grzbiecie nosa denatki, przesunęła palcami po chrząstce, szukając oznak złamania. Ale żadnych nie znalazła. Podobnie jak Schwartzman, Victoria Stein urodziła się z zaokrągloną chrząstką przegrody, co przywodziło na myśl typowo żydowski wygląd nosa. Matka w szesnaste urodziny Schwartzman zaproponowała jej, że opłaci korektę plastyczną, mając nadzieję, że córka zdecyduje się na bardziej prosty, arystokratyczny, podobny do tego jej nos.

- Znalazłaś coś? - zapytał Hal.

Schwartzman pokręciła głową i skupiła się na badaniu żuchwy i kości policzkowych. Nie znalazła jednak nic, co mogłoby wskazywać na przyczynę śmierci. W końcu otworzyła ofierze usta i przyjrzała się zębom - regularnie wybielanym i prostym.

Żadnych urazów.

Cofnęła się i jeszcze raz rozejrzała po otoczeniu denatki, a potem obejrzała ciało od stóp w górę, szukając stłuczeń lub innych obrażeń. Zmierzyła temperaturę zwłok, zabezpieczyła dłonie, aby zachować ślady do sekcji.

- Bez autopsji nie jestem w stanie podać przyczyny zgonu - oznajmiła, zdejmując rękawiczki. - Brak widocznych ran czy stłuczeń, żadnych urazów wskazujących na to, co mogło ją zabić.

- Ale na pewno nie zeszła z przyczyn naturalnych - dodał Hal.

- Nie. Na pewno nie - odparła.

Zauważyła, że Hailey wciąż przenosi wzrok pomiędzy nią a denatką. Wciąż je porównywała. Ciemne włosy, wzrost, waga. Równie dobrze mogłyby być siostrami.

- Na pewno nie ma żadnego powodu, by łączyć cię z ofiarą?

- Tylko jeśli popadniemy w paranoję - powiedziała to bardziej do siebie niż do nich. Nie zamierzała panikować. On właśnie na to liczył. Chciałby pozostać w jej świadomości, aby każde najmniejsze skojarzenie przypominało jej o nim. Ale nie zamierzała na to pozwalać. San Francisco miało być nowym początkiem, świeżym startem. - Ofiara faktycznie jest do mnie podobna. I trzyma w ręce bukiet żółtych kwiatów...

- Wyglądają znajomo? - zapytał Hal, przy czym poczuła na sobie jego spojrzenie.

Oczywiście, że Hal wiedział o kwiatach. Roger na pewno mu o nich wspomniał.

Rozmawiali o niej. Poczuła się, jakby naruszyli jej prywatność, chociaż w ogóle nie o to chodziło. Chronili ją jako współpracownicy. Zrobiłaby dla nich to samo.

- To nie są te same kwiaty. Bukiet, który dostałam, wydawał się bardziej formalny. - Zastanawiała się, czy Roger wciąż go badał. - Roger gdzieś tu jest? Chciałam go zapytać, czy znalazł coś przy tym, który mi podrzucono.

- Jeszcze się z nim nie widziałem, ale zapytam go o to, gdy tylko się zjawi - oświadczył Hal.

Laboratorium z pewnością miało pełne ręce roboty przy prawdziwych śledztwach, jednak Schwartzman miała nadzieję, że dość szybko zbadają te jej kwiatki.

- To raczej dzikie kwiaty, a ja dostałam elegancki bukiet.

Sukienka na pewno była w guście Spencera, jednak lekarka nie była w stanie wypowiedzieć tych słów na głos.

To nie był żaden dowód, a domysły nikomu nie pomogą.

- Denatka pochodzi z miasta, które sąsiaduje z twoim rodzinnym - ciągnął Hal.

- W Greenville mieszka ponad sześćdziesiąt tysięcy ludzi, a w Spartanburgu pewnie kolejne czterdzieści tysięcy. Przecież nie znamy się tam wszyscy. Nie mam pojęcia, kim jest ta kobieta.

- Dobra - przyznał.

- Chcesz coś jeszcze dodać, Schwartzman? - dopytywała Hailey.

Lekarka się wyprostowała i dotknęła dekoltu. Czuła się, jakby Hailey zorientowała się, że coś ukrywa.

Policjantka z pewnością powiązała to wszystko z wyznaniem Schwartzman na temat tego, że nadal boi się Spencera. Pracowała jako śledcza, więc skojarzenia nasunęły jej się zapewne same. Wyjęła naszyjnik spod koszulki. Popatrzyła Hailey prosto w oczy i postanowiła jej zaufać.

- Chodzi o to... Mój ojciec zaprojektował to dla mamy na rocznicę ich ślubu.

Hal się przysunął.

- Niech mnie szlag.

Zanim ktokolwiek zdążył coś dodać, Schwartzman skupiła się na pakowaniu walizki.

- Zabiorę się za sekcję z samego rana.

Hailey delikatnie położyła dłoń na jej ramieniu, jakby chciała ją zapewnić, że są przyjaciółkami.

- Zgodzisz się, żebyśmy wzięli twój naszyjnik do zbadania? - zapytała. Hailey stała po jej stronie. Wszyscy byli po tej samej. W walce ze Spencerem miała w końcu sojuszników. - Aby porównać z tamtym - naciskała.

Schwartzman dotknęła zawieszki, którą nosiła na swojej szyi od śmierci ojca.

- Jak to może pomóc?

- Może wcale - odparła policjantka. - A być może twój powie nam coś, czego nie znajdziemy w tamtym.

Lekarka miała mdłości na samą myśl, że musi go zdjąć. Nosiła go codziennie, bo była to jedyna namacalna rzecz, którą łączyła ją z ojcem.

Ale to tylko ozdoba. Przedmiot. Policjanci potrzebowali go, by pochwycić zabójcę.

Nie mogła odmówić, więc kiedy Hailey podała jej torebkę na dowody, odpięła łańcuszek i wrzuciła biżuterię do woreczka.

- Przypilnuję, żeby oddali ci go najszybciej, jak to będzie możliwe - zapewniła.

Schwartzman po przekazaniu naszyjnika nie mogła się doczekać, aby wyjść, znaleźć się jak najdalej od miejsca zbrodni. Usilnie starała się zachowywać normalnie, gdy zdejmowała kombinezon, a potem pakowała go do worka, który miał dołączyć do materiałów dowodowych.

Podłoga drżała pod jej stopami, gdy szła przez apartament.

Mieszkała ze Spencerem w domu, który wyglądał dość podobnie - dekorowały go kwiaty i stonowane kolory. Wszystko zawsze musiało być na swoim miejscu. Były mąż jak kameleon potrafił się zmieniać w okamgnieniu. Niekiedy był pełen uroku, wrażliwy, pomocny, zasłoniłby ją własnym ciałem, żeby nie została pochlapana przez samochody na ulicy. Potrafił dobierać poduszki na kanapę, by pasowały do zasłon. A jednocześnie był mężczyzną, który rzucał ciężarną żoną przez pokój, jeśli zrobiła cokolwiek nie po jego myśli.

Nie jest twoim byłym.

Wciąż nie zgadzał się na rozwód. W stanie Karolina Południowa prawo chroniło instytucję małżeństwa.

Porządne kobiety z Południa nie odchodziły od mężów.

Zmieniła buty, a potem wyszła z budynku, pragnąc się przewietrzyć. Walizka jej ciążyła, obcasy w botkach zdawały się za wysokie. Było jej zarówno zimno, jak i gorąco.

Marzyła tylko o tym, by znaleźć się w domu, a jednocześnie nie chciała zostać sama. Położyła sobie rękę na brzuchu i przycisnęła kość łokciową do przepony. Oddychała powoli, walcząc z napływającymi wspomnieniami.

O tym, jak od samego początku nią manipulował. Jak łatwo dała się wciągnąć w jego grę.

Na pierwszą randkę przyszedł w eleganckich letnich spodniach oraz granatowej marynarce, w dodatku przyniósł jej kwiaty. Radosny żółty bukiet. Niezbyt duży, by nie okazał się nietaktowny, ale w sam raz - jako wyraz szacunku i coś, co mogło ją rozweselić.

Na kolacji w country clubie, do którego należał, czuła się jak gwiazda. Kiedy sięgał po jej dłoń, odnosiła wrażenie, że znajduje się w centrum uwagi wszystkich na sali. Mijające ich stolik kobiety patrzyły na nią z jawną zazdrością. Spencer MacDonald cieszył się niemałym powodzeniem. Bogaty, przystojny i z koneksjami był najbardziej pożądanym kawalerem w Greenville.

Tamtej nocy, gdy na zakończenie wieczoru zaproponował jej drinka, nie odmówiła. Wypiła szampana i wino, ale w głowie kręciło jej się najbardziej z powodu spotkania z nim.

Kiedy poszła z nim do domu, poczęstował ją drugim drinkiem, a potem powalił na podłogę i zgwałcił na kosztownej perskiej wykładzinie dywanowej w swoim gabinecie.

Pierwszy seks był bolesny, bo cały czas z nim walczyła. Kiedy skończył, uśmiechnął się, ujął jej twarz w dłonie, jakby zrobili coś czułego, czego i ona pragnęła. Potem zapłakaną i krwawiącą zaprowadził do łazienki i napuścił jej wody do wanny. Nalegał, żeby się wykąpała, zapalił świeczki, podał wodę i tabletki przeciwbólowe, choć ich nie wzięła. Potem odwiózł ją do domu, jakby zupełnie nic się nie stało.

- Pani doktor? Hej?

Schwartzman obróciła głowę i spojrzała na Kena. Okropne wspomnienia zbladły, gdy zobaczyła przyjazną twarz policjanta.

Była bezpieczna. Spencer jej tu nie towarzyszył.

Ale nie mogła się od niego uwolnić. Nigdy nie czuła, by był tak blisko.

- Wszystko w porządku? - zapytał Macy.

Przełknęła ślinę i pokręciła przecząco głową.

- Jesteś trochę blada.

- Bo mi niedobrze - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Najpewniej dokuczało jej również wyczerpanie. To była długa noc. Prześpi się i od razu jej się poprawi.

- Mam cię odwieźć do domu?

- Nie. - Poleganie na innych odbierało jej poczucie bezpieczeństwa. Prawdziwe ukojenie stanowiła samotność. Ruszyła powolnym krokiem w stronę ulicy. - Dziękuję - dodała, bo nie chciała go martwić. - Muszę się przewietrzyć. - Mgła sprawiała, że wraz z każdym oddechem do jej płuc napływało zimne powietrze.

Ken powiedział coś o restauracji śródziemnomorskiej. Wychwyciła tylko słowo "dolma", co przywiodło jej skojarzenie z hiszpańskim określeniem na ból - "dolor". Qué dolor. W klinice, w której Schwartzman odbywała praktyki studenckie, przebywała kobieta w kryzysie bezdomności. "Qué dolor" - mawiała, obejmując głowę. Głowa. Pęczek tylny rdzenia składający się z dwóch pęczków wstępujących - smukłego i klinowatego, a także zstępującego przecinkowatego. Potem był kolejny...

- Pani doktor?! - zawołał stanowczo Ken.

Wzdrygnęła się. Zamrugała gwałtownie. Skupiła wzrok na jego twarzy, tłumiąc silną potrzebę ziewnięcia, które wiązało się ze stresem. Sportowcy ziewali przed zawodami, spadochroniarze przed skokiem. Miało to związek z podwzgórzem i reakcją organizmu typu "walcz lub uciekaj".

W ten sposób objawiał się strach.

- Chyba powinienem cię odwieźć do domu - stwierdził Ken.

- Nie ma mowy - odparła, walcząc z reakcją fizjologiczną własnego ciała. Wolała strach niż zależność. Sama potrafiła o siebie zadbać. - Poradzę sobie.

Miała mętlik w głowie, przez co trudno jej było znieść dobitne spojrzenie funkcjonariusza.

- Okej, ale tylko jeśli zadzwonisz do mnie, gdy wejdziesz do domu, i dasz znać, że jesteś cała. - Uniósł jej komórkę. - Zapiszę ci swój numer. - Rozpoznała etui w czarno-białą kratkę, choć nie wiedziała, jakim cudem miał jej telefon. Podał jej go, ale nie puścił. - Zapisałem jako Ken Macy, ale wystarczy, jeśli wpiszesz samo imię. Naprawdę powinnaś...

Przestała go słuchać, gdy myślami wróciła do miejsca zbrodni. Dotknęła skóry na dekolcie, gdzie zawsze miała naszyjnik.

Dwie identyczne zawieszki. Dwa krzyżyki, które nie tylko były podobne, były wręcz takie same.

Kiedy policjant zamilkł, Schwartzman włożyła komórkę do kieszeni kurtki. Przesunęła walizkę przed siebie, ściskając rączkę w obu dłoniach. Nogi nie chciały jej słuchać. Idąc, czuła się, jakby brodziła w błocie.

Podeszła do samochodu. Był niezamknięty.

Ken wziął od niej walizkę, włożył do bagażnika, a potem otworzył przed nią drzwi. Pochylił się, gdy wsiadła.

- Na pewno dobrze się czujesz?

Znów pokiwała głową, nie ufając własnemu gardłu.

Odsunął się, zamknął jej drzwi. Stał przez chwilę przy jej aucie, nim się odwrócił i poszedł pilnować budynku. Czuwał nad nią. Ale odszedł. I dobrze. Czekała, aż zniknie z jej pola widzenia. Niezdarnie wsunęła kluczyk do stacyjki, ale nie uruchomiła silnika.

Bała się wracać do domu.

Powinna odjechać, zanim współpracownicy ją zauważą. Nie była osobą, która lubiła siedzieć bezczynnie. Cechowały ją zdecydowanie i profesjonalizm. Miejsce zbrodni nie było odpowiednią lokalizacją na załamanie nerwowe.

Jednak Schwartzman nie chciała odjeżdżać. Czuła się tu spokojniejsza - pośród gwaru, gdy cała grupa pracowała w jednym celu. Czuła się tu bezpieczna.

A w jej mieszkaniu panowała jedynie cisza.

Jedną ręką złapała za kierownicę, drugą sprawdzała puls na swojej szyi. Wciąż bił. Jak dodatkowe serce, jakby objętość krwi w jej organizmie podwoiła się i krążyła dwa razy szybciej niż zwykle. Czuła, że zarumieniła się od zwężenia naczyń obwodowych i napięcia mięśni. Była gotowa do ucieczki, którą podpowiadał jej współczulny układ nerwowy.

Typowa panika. Fizjologiczny strach. Instynkt. Możesz go kontrolować. Oddychaj. Jego tu nie ma. Nie może go tu być.

Adrenalina przyniosła kolejną falę gorąca.

Wracaj do domu, w którym w ciszy poradzisz sobie z emocjami. Przekręciła kluczyk w stacyjce. Włączyła odmrażanie, ogrzewanie i klimatyzację, bez której sam nawiew powodował jedynie zaparowanie szyb. Zapięła pasy, wrzuciła bieg. Odetchnęła głośno, jakby biegła. Jakby po raz pierwszy w życiu prowadziła samochód.

Jechała powoli, co zazwyczaj irytowało wszystkich na drodze. Na Van Ness kierowcy trąbili i ją wyprzedzali. Ktoś krzyknął: "Zatrudnij szofera, panienko Daisy!".

Po dłuższej chwili już nikogo za nią nie było, bo wszyscy ją wyprzedzili.

Zmniejszyła więc ogrzewanie i opuściła nieco szybę. W mieszkaniu będziesz bezpieczna, powiedziała sobie. Po aferze z kwiatami pod jej drzwiami zarządca budynku zamontował monitoring przy wszystkich wejściach. Czterech ochroniarzy kręciło się po korytarzach i klatkach schodowych, a w recepcji zawsze ktoś dyżurował, bo zatrudniono drugiego pracownika. Blok stał się bezpieczny jak pilnie strzeżona twierdza. Schwartzman poczuła niewielką ulgę.

Skręciła w prawo z Jackson. To samo zrobił podążający za nią samochód. W mieście panował wzmożony ruch, nie to, co na przedmieściach Greenville. Tutaj zawsze ktoś za kimś jechał. Zerkała w lusterko wsteczne, gdy auto przejechało za nią przez jedno skrzyżowanie, a potem drugie.

Dobra, powiedziała sobie w duchu. Skręcaj.

Udała się w lewo.

Samochód podążył za nią.

Włączyła klimatyzację na maksimum i się obejrzała, ale reflektory świeciły za jasno, żeby mogła zobaczyć osobę za kierownicą. Przez cienie wydawało się, że ktoś siedzi również na miejscu pasażera. Przyjrzała się więc w lusterku wstecznym, pragnąc dostrzec twarz kierowcy. Z pewnością rozpoznałaby zaokrągloną żuchwę Spencera i jego mocno zaciśnięte usta. O mało nie wjechała przez to w zaparkowany na poboczu samochód. Kiedy gwałtownie pociągnęła kierownicę w lewo, krzyk uwiązł jej w gardle.

- Ogarnij się - rzuciła na głos do samej siebie.

Przez pół roku od przeprowadzki do San Francisco, gdy pracowała jako lekarka medycyny sądowej, czuła się bezpiecznie. Nic nie wskazywało na to, aby Spencer próbował się z nią kontaktować, ani że w ogóle zdawał sobie sprawę, dokąd się przeniosła.

Aż do telefonu do prosektorium, gdy przekazał, że jej matka trafiła do szpitala.

Następnie przysłał jej bukiet żółtych kwiatów.

Przez lata studiów, gdy mieszkała w Seattle, Spencer ani razu się nie pokazał.

A przynajmniej nie mogła tego udowodnić.

Mimo to jakimś cudem śledził jej poczynania. Znajdowała liściki w szafce w szpitalu. Oczywiście pisane na maszynie. I o niejasnej treści.

"Powodzenia na ustnym".

"Zajęłaś się pacjentką z 3107 jak profesjonalistka".

Wszystkie te wiadomości podpisywał jako "TDzP" - Twój Dżentelmen z Południa. Żart z weselszych czasów ich małżeństwa. Nigdy nieudokumentowany.

Niekiedy dwa liściki pojawiały się w jednym tygodniu, a czasami przez kilka miesięcy nie było żadnego. Nigdy nie wiedziała, czego i kiedy się spodziewać.

Pewnego razu poszła ze znajomymi z roku do baru. W połowie wieczoru kelner podszedł do ich stolika i powiedział, że dzwoni jej mąż, bo musi pilnie z nią porozmawiać. Kiedy odmówiła, kelner nalegał: "Pani to Annabelle Schwartzman?". Została zmuszona do odebrania telefonu. Chociaż połączenie trwało jedynie kilka sekund, jego pełen zadowolenia z siebie śmiech jeszcze długo prześladował ją w koszmarach. Dopiero później stało się jasne, że namierzył ją po wyciągach z karty kredytowej.

Pewnego popołudnia wróciła z wykładów i zastała na poduszce kostkę ulubionego mydła o zapachu wiciokrzewu, które produkowano tylko w Greenville. Udekorowano je małą, żółtą kokardką.

To przelało czarę, więc znalazła w Seattle prawnika specjalizującego się w sprawach przemocy domowej. Pomógł jej zatrudnić prywatnego detektywa, który zajął się przypadkiem Spencera. Kosztowało ją to tysiące dolarów, których nie miała. Musiała podjąć dodatkową pracę w innym szpitalu w Seattle, żeby móc opłacić rachunek. W jednym wzięła urlop, w drugim dorabiała.

Detektyw nie znalazł jednak nic, aby dowieść, że Spencer nie jest uczciwym obywatelem i odnoszącym sukcesy biznesmenem.

Prawnik poradził, by dała sobie spokój.

"Takiemu mężczyźnie nigdy pani nic nie udowodni" - powiedział. "To wszystko tylko pogorszy sprawę".

Nigdy nie zapytała, co miał na myśli, mówiąc o "takim mężczyźnie". Teraz już wiedziała - bezwzględny, niebezpieczny, nieustępliwy. Odkąd wyjechała z Karoliny Południowej, Spencer nie ograniczył się w swoim zastraszaniu dalej niż do listów czy telefonów.

Teraz jednak sytuacja stała się dużo poważniejsza. Przypuszczała, że posunął się do zabójstwa. A udział Spencera w czymś takim oznaczałby niewiarygodnie wielką eskalację problemu.

To musiała być koincydencja, a Schwartzman wciąż cieszyła się bezpieczeństwem.

W tym mieście jest dużo ludzi. Nie jesteś sama.

Aby potwierdzić swoją teorię, jechała dalej powoli i rozglądała się uważnie. Na chodniku spacerowała para z dużym, podobnym do wilka psem. Huskym. Ale samochód wciąż za nią jechał. Zwolniła tak bardzo, że niemal się zatrzymała. Niech ją minie albo zrobi cokolwiek innego. Przeciętny kierowca nie miałby przecież do niej cierpliwości. Dlaczego nie trąbił?

Samochód wciąż wisiał jej na ogonie. Dodała gazu, przejechała do końca ulicy. Skręciła w prawo, minęła dwie przecznice, a potem udała się w kierunku podziemnego garażu budynku, w którym mieszkała. Auto nadal było za nią. Nie skręciła do garażu. O nie. Pomyślała, że nie może zaprowadzić tej osoby do domu.

Zamiast tego czekała, aż samochód znajdzie się tuż za nią, a potem wzięła telefon. Odblokowała ekran, znalazła numer Hala. Zatrzymała palec nad zieloną słuchawką, wrzuciła na luz i zaciągnęła hamulec ręczny.

Ale jak Hal miałby jej pomóc? W najlepszym przypadku przyjedzie w dziesięć czy piętnaście minut.

Do tego czasu będzie po wszystkim. Otworzyła drzwi i wysiadła. Odwaga kłębiła się w niej niczym chmura gradowa. Czuła chłodny pot na górnej wardze, gdy krew spływała jej do kończyn, aby przygotować jej ciało do walki lub ucieczki. Podeszła do dziwnego pojazdu.

Szyba zjechała w dół. Schwartzman zobaczyła nieznajomego mężczyznę.

- Dlaczego pan za mną jedzie? - zapytała.

Położył duże dłonie na kierownicy.

- Byłem za blisko?

- Czego pan chce? - rzuciła stanowczym tonem, spoglądając na telefon, aby zobaczyć, czy na ekranie wciąż wyświetla się numer Hala.

Siedząca na fotelu pasażera kobieta przysunęła się do okna.

- Nie przyzna się, że zabłądziliśmy - sarknęła, kładąc rękę na przedramieniu mężczyzny. - Podaj pani adres, Peter. Może powie nam, dokąd mamy jechać.

- Szukamy Macondray Lane. Miało to być gdzieś w pobliżu Leavenworth i Green. Przejeżdżamy przez miasto i mieliśmy zatrzymać się u znajomych.

Schwartzman ogarnęła tak wielka ulga, że aż zmiękły jej kolana.

- To tam - powiedziała, kiedy już wzięła się w garść. Wskazała na apartamentowiec, w którym mieszkała. - Skręćcie w lewo i przejedźcie przecznicę. Weźcie przepustkę od ochroniarza, żeby wjechać na parking, albo znajdźcie miejsce na ulicy.

- Widzisz, Peter? - odezwała się kobieta. - Wiedziałam, że jesteśmy blisko. Jedziemy z Chico do Santa Barbara. Na ślub...

Schwartzman nie chciała słuchać dalszych wyjaśnień. Układ współczulny odzyskał kontrolę nad organizmem, dopuścił do głosu bolący pusty żołądek, mdłości i wyczerpanie. Wróciła więc do samochodu. Dopiero kiedy zamknęła drzwi i zapięła pas, poczuła się tak, jakby znów mogła oddychać.

Para przejechała obok niej. Zbyt blisko. Ich obecność nią wstrząsnęła, gdy kobieta do niej pomachała.

Schwartzman czekała, aż skręcą na skrzyżowaniu, a potem pojechała za nimi. Zawróciła w niedozwolonym miejscu i przejechała przez ulicę, zmierzając do garażu podziemnego.

Otworzyła bramę za pomocą karty magnetycznej, a potem pomachała do ochroniarza.

Wszystko było jak zawsze.

Ale coś jej nie pasowało. Miała jakieś dziwne przeczucie. Czy oszalała, sądząc, że za śmiercią Victorii Stein stał Spencer? A może wariactwem było myśleć, że wcale nie?

Listy, niechciane prezenty, dziwaczne telefony - wszystko to wydawało się niepokojące, a nawet przerażające. Kiedy otrzymała list polecony z informacją, że Spencer wniósł przeciwko niej pozew z powodu tego, że złamała umowę małżeńską, wydała ponad pięćset dolarów na opłaty sądowe, żeby udowodnić, że się myli. Okazało się - w co trudno uwierzyć - że nawet w Karolinie Południowej żona może swobodnie odejść od męża. Nie żeby dla Schwartzman miało to jakiekolwiek znaczenie. Bez względu na to, co mówiło prawo, Spencer nie uznawał rozwodów.

Jego ciągłe intrygi i podstępy frustrowały ją i stanowiły nieustanne przypomnienie o tym, że nigdy nie będzie w pełni wolna.

Odnosiła wrażenie, że robi to wszystko po to, aby wróciła do Karoliny Południowej. Nie wyobrażała sobie, jaki inny cel mogłyby mieć jego działania.

Ale zabójstwo zmieniało narrację.

Kwiaty, ofiara podobna do niej samej, fakt, że kobieta pochodziła ze Spartanburga. Naszyjnik. Stawka była o wiele wyższa, co oznaczało, iż zaszła zmiana. Co takiego popchnęłoby go do morderstwa?

Chyba że to nie miało ze Spencerem nic wspólnego.

Ale ani przez chwilę w to nie wierzyła.

-rozdział drugi

San Francisco, Kalifornia

Schwartzman wpatrywała się w migające koguty zaparkowanego przy chodniku radiowozu. Pomiędzy błyskami niebieskiego światła widziała barwę kwitnących żonkili. Nie potrafiła wyrzucić z głowy obrazu bukietu, który czekał na nią pod drzwiami. Nie dostała powiadomienia z recepcji, że przyjechał dostawca. Ostrzegł ją jedynie dzwonek do drzwi. Wyjrzała przez wizjer, ale zobaczyła tylko pusty korytarz. Otworzyła je i zastała oparty o futrynę ogromny bukiet złożony z bladożółtych i jaskrawożółtych róż, kalii, frezji i margerytek.

Zacisnęła pięści, walcząc z atakującym ją strachem.

Kolorowe światła na ulicy rzucały cienie na fasadę otynkowanego budynku i rozświetlały spody liści dębów rosnących wzdłuż bulwaru, sprawiając, że wszystko wyglądało, jakby znalazło się pod wodą.

Sąsiedzi stali wzdłuż chodnika, z narzuconymi na piżamy kurtkami albo w dresach, chroniąc się przed nocnym chłodem San Francisco. Stłoczyli się w niewielkich grupach i obserwowali wydarzenia z założonymi na piersiach rękami. Czekali na odpowiedzi. To nie była dzielnica, w której dochodziło do zabójstw. Mieszkańcy wyglądali na zmarzniętych i wystraszonych. Schwartzman czuła się podobnie.

Nie zamierzała ulegać strachowi. Nie miała dowodów na to, że za tym zabójstwem stał Spencer. Zasada numer jeden w medycynie sądowej: nie zakładaj z góry żadnego wyniku. I właśnie to ceniła w tej robocie. Nie można było iść w niej na skróty.

Wysiadła z samochodu, a potem otworzyła bagażnik, z którego wyjęła czarną walizkę. Skoncentrowana przeszła chodnikiem do budynku, przy drzwiach okazała legitymację i weszła do środka.

Na progu powitał ją funkcjonariusz Ken Macy.

- Dobry wieczór, pani doktor.

Schwartzman uśmiechnęła się na widok przyjaznej twarzy.

- Dobry wieczór, Ken. Nie spodziewałam się, że zobaczę cię dziś w pracy. - Zdjęła niskie, czarne botki i włożyła granatowe crocsy, których używała w pomieszczeniach na miejscu przestępstwa.

- Zamieniłem się z Hardym. Dostał bilety na dzisiejszy mecz Warriorsów, więc poszedł z rodziną.

- Szczęściarz - skwitowała, ciesząc się niezobowiązującą pogawędką.

- Świetnie, nie?

Schwartzman nałożyła na obuwie ochraniacze z niebieskiej folii.

- Masz do polecenia jakieś nowe restauracje do mojej listy?

- A byłaś już w tej libańskiej knajpce, którą ostatnio ci proponowałem? - dociekał.

- Mówisz o Mazzat? - upewniła się. - Tak. Byłam w zeszłym tygodniu. Miałam ci napisać. Jadłam koftę. Niesamowita.

Ken się uśmiechnął.

- To też jedno z moich ulubionych dań. Tak samo jak bamia. - Mężczyzna najwyraźniej znał w tym mieście najlepsze restauracje etniczne z całego świata.

- Jestem gotowa spróbować czegoś nowego.

- No jasne - ucieszył się. - Kiedy będziesz wychodzić, coś ci podpowiem.

- Super. Na pewno będę głodna - odparła.

Jedną z rzeczy, które zauważyła po przeprowadzce do San Francisco, to jej zwiększony apetyt. Seattle oferowało znakomite restauracje, ale tamten okres jej życia był pełen napięć i skupienia. Stresu z powodu Spencera i studiów, więc rzadko jadała na mieście, a w domu przygotowywała posiłki bardziej z konieczności niż dla przyjemności.

Teraz, gdy mieszkała w nowej okolicy i zrzuciła z barków część dawnego ciężaru, odzyskała apetyt. Nie dziwiło jej już, że po oględzinach miejsca zbrodni miała ochotę na drugą kolację. Wzięła walizkę i skupiła się na wnętrzu budynku, jednocześnie wchodząc w tryb zadaniowy. Zerknęła do korytarza, niepewna, dokąd ma się udać.

- Ach, racja - mruknął Ken, kręcąc głową. - Przepraszam. Windą na czwarte. Jest czysto. Żadnej krwi.

- Dzięki, Ken - powiedziała i weszła z walizką do holu.

Budynek najprawdopodobniej pochodził z lat czterdziestych, miał wąskie wejście, duże, marmurowe płytki w łososiowym odcieniu, który był wtedy modny. Minęła kobietę w piżamie, a potem wskoczyła do pustej windy, gdy drzwi zaczęły się zasuwać. Kabina podskoczyła i zadrżała, nim ruszyła na górę. Schwartzman i tak była wdzięczna za tę przejażdżkę. Nie znosiła schodów, zwłaszcza jeśli musiała tachać walizkę.

Mieszkanie ofiary niedawno przeszło remont. Podłogę wyłożono szerokimi deskami, ściany wykończono farbą, która imitowała beton. Lekarka znała ten materiał pod nazwą American Clay o barwie szałwiowej zieleni. Na dwóch największych ścianach zawieszono duże obrazy olejne. Oba przedstawiały sielskie pejzaże - na jednym widniały rzeka i młyn, na drugim stara stodoła. Stała tu też stylowa, pluszowa kanapa z jedwabnymi poduszkami w kwiaty.

Pomimo eleganckiego wystroju wyczuwało się w nim niepokój. Salon wydawał się zbyt jasny, zbyt perfekcyjny. Oprawione w ramki fotografie stały na stoliku ustawione względem siebie pod idealnymi kątami. Wszystko starannie uporządkowano.

Właściciel przywykł do kontrolowania.

A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie.

Jako pierwsze przyszło jej na myśl zabójstwo przez członka rodziny. Wszyscy zakładali, że najczęściej zbrodni dopuszczają się alkoholicy i narkomani, ale tak perfekcyjny ład w mieszkaniu bywał równie niepokojący, jak zaniedbanie.

Pod całą tą iluzją idealności często kryła się brzydota.

W domu Spencera wszystko miało swoje miejsce. Nawet biały porcelanowy kubek, w którym znajdowała się nieużywana szczoteczka do zębów. To, jak ręczniki wisiały na uchwytach, kierunek, w jakim rozwijał się papier toaletowy. Sama już od siedmiu lat nie składała ręczników. Nie wiedziała również, jak rozwija się rolka w jej łazience. Po prostu nie zwracała na to uwagi. Postęp.

Hailey Wyatt stała po drugiej stronie salonu z technikiem kryminalistyki, z którym żywiołowo o czymś dyskutowała. Podobnie jak Schwartzman, policjantka również miała na sobie to, w czym poszła dziś na kolację. Nie chcąc jej przeszkadzać, lekarka przeszła obok kuchni. Na blacie stał kieliszek z odrobiną czerwonego wina na dnie, a obok leżała deska do krojenia z ciemnego drewna z bambusową wstawką. Na jej krawędzi spoczywał cienki nóż, którego ostrze wystawało poza jej brzeg, jakby zaraz miało spaść. Zobaczyła okruszki. Być może po kolacji - wino i chleb z serem. Ulubiona kompozycja Schwartzman.

Z krótkiego korytarza dało się przejść do trzech pomieszczeń. Pokoje były schludne, kobiece, urządzone w podobnym stylu jak salon. Nie znalazła oznak stałej obecności innej osoby. Zatrzymała się przy drzwiach do gabinetu. Tutaj również wszystko starannie poukładano. Na biurku leżała otwarta książka z żółtą zakładką pomiędzy kartkami. Żadnego komputera czy dokumentów. Wszystko uporządkowane. Aż za bardzo. Poszła dalej.

W kolejnym pomieszczeniu znajdowało się ciało.

Zmarli jej nie przerażali. Złuszczanie naskórka, pęcherze, czerniejące od rozkładu tkanki - wszystko to stanowiło naturalne etapy śmierci. Nawet zapach nie robił na niej większego wrażenia - z czasem nauczyła się go znosić. Nie był zbyt intensywny, gdy zwłoki odnajdywano dość wcześnie, jak w tym przypadku.

W pokoju wciąż było czuć subtelną woń palonej świecy. Coś ziemistego z nutą pikanterii. Może drzewo sandałowe.

Kiedy Schwartzman weszła do sypialni, inspektor Hal Harris z wydziału zabójstw stał przy łóżku i wpatrywał się w ofiarę. Detektywów w San Francisco wciąż nazywano inspektorami, choć kogo by nie zapytała, nikt nie umiał jej tego wyjaśnić.

Nawet w tak przestronnym pomieszczeniu Hal zajmował sporo miejsca. Miał imponującą sylwetkę - metr dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu i dobre sto kilogramów wagi. Hal szczycił się gładką, ciemną skórą, która w jasnym świetle podkreślała zielone nuty w jego piwnych oczach. Ze swoją surową miną sprawiał wrażenie kogoś, z kim lepiej nie zadzierać. Pod maską stanowczości krył się jednak pogodny i wyjątkowo życzliwy człowiek.

Schwartzman ogromnie się cieszyła, że zarówno jego, jak i Hailey przydzielono do tego śledztwa. Odkąd przyjechała do San Francisco, widziała, jak rozwiązali razem kilka trudnych spraw. Inteligencja i determinacja stanowiły świetne połączenie. Kwiaty na zdjęciu ją zaniepokoiły, więc obecność jej ulubionych policjantów ją uspokajała.

Hal nie zasypał jej pytaniami, gdy pojawiła się na miejscu zbrodni. Jak zwykle nie odezwał się ani słowem.

Sypialnia była przestronna, co rzucało się w oczy szczególnie w mieście, w którym każdy metr kwadratowy kosztował fortunę. Jak przy każdym śledztwie Schwartzman przyjrzała się najpierw pomieszczeniu, zanim skupiła się na ciele. Często to właśnie otoczenie nadawało śmierci kontekst. Wystrój w tym miejscu również był schludny. Dostrzegła tylko jeden nijaki obraz na ścianie przedstawiający łąkę oraz wysokie kłosy pszenicy, które pochylały się na wietrze.

W salonie na ławie stało kilka oprawionych fotografii, lecz w sypialni nie zastała żadnej. Nie zauważyła też osobistych przedmiotów.

Ciało leżało na starannie pościelonym łóżku. Prześcieradło widniejące na zdjęciu z dyspozytorni usunięto. Ofiara nie była naga. Miała na sobie żółtą sukienkę w subtelny wzorek.

Schwartzman przypomniały się identyczne stroje od Lilly Pulitzer, które tak bardzo uwielbiał Spencer. Boże Narodzenie, Wielkanoc, Święto Niepodległości - każde stanowiło okazję do zakupu nowej sukienki dla niej i pasującej odcieniem koszuli dla niego. Jakby byli dziećmi ubieranymi przez bogatą panią domu.

W tej chwili nie można było znaleźć ani odrobiny żółci w jej szafie. Ba, w całym domu.

Żółta sukienka ofiary została starannie rozłożona i wygładzona na kołdrze. Kobieta miała na stopach złote baleriny od Tory Burch - Schwartzman zauważyła na podeszwach znajome logo.

I te żółte kwiaty.

Nie były podobne do tych w bukiecie, który otrzymała od Spencera. Tamten był elegancki, niemal jak ślubny, a te przypominały dzikie kwiaty o długich łodygach i drobnych pąkach. Przewiązano je białym, przypominającym kuchenną dratwę sznurkiem. Były zupełnie inne. Dwa różne bukiety żółtych kwiatów. Koincydencja.

Nie wszystko musiało sprowadzać się do Spencera.

On tylko oczekiwał, aby tak myślała.

Położyła walizkę na podłodze, a potem ją otworzyła i wyjęła świeży kombinezon ochronny, próbując przy tym wyrzucić z głowy dręczące ją myśli.

Ofiara spoczywała w swojej sypialni. Zamożna kobieta rasy białej, około trzydziestokilkuletnia, mieszkająca w budynku z ochroną.

Schwartzman wsunęła stopy do nogawek kombinezonu, następnie naciągnęła go na ciemne spodnie. W mieszkaniu było dość ciepło. Z folią nałożoną do pasa rozpięła szary sweter z kaszmiru, zdjęła go i włożyła do walizki obok pudełka z rękawiczkami, po czym podciągnęła szeleszczący materiał ochronny na ramiona. Nie znosiła jego dotyku na gołej skórze, ale w mieszkaniu było za gorąco, aby coś pod nim zachować. Pot pod kombinezonem ochronnym potrafił rozproszyć, a musiała czuć się na tyle komfortowo, aby w pełni skoncentrować się na zbadaniu miejsca zbrodni.

Zerknęła do otwartej torby, zapamiętała, gdzie ma termometr i notes, w którym zapisze początkowe obserwacje.

- Co już wiemy? - zapytała, wkładając rękawiczki i podchodząc do denatki.

- Zgłoszenie wpłynęło od siostry - odparł Hal. - Przyjechała z Południowej Kalifornii i znalazła ją w takim stanie.

Schwartzman nacisnęła palcami na skórę. Plamy opadowe wyraźnie znaczyły prawą stronę ręki ofiary.

- Ciało zostało przeniesione.

- Też tak myślę. Tu jest za czysto jak na miejsce zbrodni.

Schwartzman zbadała skórę, szukając świeżych sińców, zajrzała do oczu, poszukując wybroczyn, ale nie znalazła żadnych. Dotknęła klatki piersiowej ofiary, potem szyi.

- Nie była duszona. Brak widocznych urazów. Przyczynę śmierci podam dopiero w prosektorium.

- Tak sądziłem - oznajmił Hal. - A narkotyki?

Schwartzman z pomocą niewielkiej latarki zajrzała do nosa i ust denatki. Drogi oddechowe okazały się czyste. Pochyliła się, aby powąchać. Wyczuła nieco nieświeżą woń, ale bez śladów substancji psychoaktywnych.

- Możliwe, ale nie wygląda mi to na przedawkowanie. Nie widzę żadnych śladów w nosie czy ustach. - Zdjęła rękawiczkę. - W kuchni stoi kieliszek po winie.

- Poprosiłem ludzi z ekipy Rogera, żeby go zabezpieczyli.

Szef techników, Roger Sampers, był niezwykle dokładną osobą. Jakimś cudem Hal zawsze potrafił go ściągnąć do większości swoich śledztw, co tylko potwierdzało, jak wielkim szacunkiem cieszył się inspektor. Rogera cechowały drobiazgowość oraz zdrowa inteligencja, a także wrodzona skłonność do żartów. A chociaż często wypowiadał się autoironicznie, nie pozwalał sobie na kpiny z innych.

- I dobrze. - Skóra lekarki była rozgrzana, a dłonie zimne i spocone. Może łapało ją jakieś przeziębienie. - Co wiemy o denatce?

- To Victoria Stein. Mieszkała sama. Siostra nic nie wie na temat jej aktualnego partnera. Według niej nasza ofiara kilka lat temu się rozwiodła, a niedawno przeprowadziła do San Francisco i kupiła ten apartament.

Schwartzman włożyła świeże rękawiczki, odchyliła górną część sukienki ofiary i wskazała na plamy opadowe.

- Wygląda na to, że zmarła, leżąc na boku. To zmniejsza prawdopodobieństwo przedawkowania, ponieważ w takich przypadkach często dochodzi do zachłyśnięcia.

- Mogła się zachłysnąć w takiej pozycji?

- Tak - odparła. - Ale to rzadko się zdarza. - Zbadała skórę głowy denatki, szukając śladów stłuczeń. - Mówiłeś, że nie jest z Kalifornii?

- Skądś z południa.

- Tak? A skąd dokładnie?

Czaszka pozostawała bez zmian. Lekarka nie zobaczyła żadnych urazów wskazujących na przyczynę śmierci.

Hal zerknął do notesu.

- Pochodzi z... Spartanburga. Siostra mówiła, że to blisko...

- Greenville - dokończyła za niego Schwartzman. To tuż obok jej rodzinnego miasta.

- Wiesz, gdzie to jest? - zapytał zaskoczony.

Ofiara miała przekłute uszy, ale nie nosiła kolczyków. Na komodzie nie leżała żadna biżuteria.

- Siostra wspominała, że brakuje jakichś jej ozdób?

- Nie. Stein chyba żadnych nie nosiła.

Trochę to nietypowe. Z doświadczenia Schwartzman wynikało, że większość kobiet lubuje się w biżuterii. Im zamożniejsza osoba, tym droższe dodatki. Oczywiście zdarzały się wyjątki. Sama była tego przykładem. Tak długo nie nosiła już kolczyków, że dziurki w jej uszach się zrosły. Spencer nie lubił kolczyków. Małżowiny musiały pozostawać naturalne. To była jedna z jego zasad. Coś, co zawsze jej o nim przypominało.

Uniosła dłonie ofiary, sprawdzając, czy nie ma śladów obrony.

- Widzisz coś?

- Jeszcze nie - przyznała. - Paznokcie są dość krótkie, więc przy potencjalnej walce nie musiały się połamać. - Obejrzała je od spodu. - Ale nie widzę pod nimi żadnej tkanki. - Odwróciła dłoń i sprawdziła palce pod kątem odcisku lub opalenizny po obrączce. Ale nic nie znalazła.

Żadnych kolczyków, pierścionków. Może miała alergię na metale.

Odsunęła jednak sukienkę ofiary na dekolcie i znalazła złoty łańcuszek. Wyjęła go spod materiału, aby przyjrzeć się zawieszce - złotemu krzyżykowi, który po prawej stronie miał niewielki otwór, może wielkości główki od szpilki. Taki, przez który jubilerzy wpuszczają światło do kamieni. Położyła sobie wisiorek na dłoni w rękawiczce, a potem drugą ręką go obróciła. W prawe ramię krzyża wtopiono Gwiazdę Dawida.

- O Boże. - Puściła wisiorek i odskoczyła od ciała. Zerwała rękawiczki i rzuciła je na podłogę.

- Co się stało? - zapytał Hal, podchodząc do niej. Złapał ją za ramiona. Silny dotyk ukoił narastający paniczny strach, od którego mało nie ugięły się pod nią kolana. To nie mógł być zbieg okoliczności. - Schwartzman - powiedział stanowczo. - Mów do mnie. Dobrze się czujesz?

Przysunęła się do niego i powoli pokręciła głową.

- Co się stało? - W drzwiach stanęła Hailey Wyatt.

Zaledwie kilka godzin wcześniej rozmawiały o Spencerze. Opowiedziała o nim Hailey i innym. Wyznała, że w małżeństwie z nim czuła się jak w pułapce, a teraz... Objęła się rękami, próbując zapanować nad drżeniem ciała.

- Boże, wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha, Schwartzman - zauważyła Hailey. - Dobrze się czujesz?

Gdyby tylko Spencer był duchem... Ale mężczyzna wydawał się aż nazbyt prawdziwy. Ofiara ubrana była w żółtą sukienkę, nie miała biżuterii, ale to wszystko były przypadki.

- Szlag. Znałaś ją?

- Nie. Nie chodzi o nią... - Położyła sobie dłoń na piersi. Jej własny krzyżyk wisiał na swoim miejscu. Nagle poczuła się bezbronna. Jakby mówiąc podczas kolacji o Spencerze, przywołała go tutaj. Otworzyła się i opowiedziała o nim, a on tu był.

- Dlaczego sądzisz, że znała ofiarę? - dociekał Hal.

- Nie mam pojęcia, ale są podobne - oświadczyła Hailey. - Mają falowane włosy, zbliżony owal twarzy, nos. Pewnie to ją wystraszyło.

Rzeczywiście były podobne. Boże, jakim cudem znalazł kogoś, kto wyglądał jak ona? To nie była projekcja. Brak biżuterii, sukienka, kwiaty. Wszystko wskazywało na niego.

- Nie - powiedział Hal. - Zareagowała dopiero na widok naszyjnika.

Schwartzman pozostała przy ścianie, przyciskając dłonie do szyi. Jej skóra była lodowata i śliska, jak wyjęte z prosektoryjnej chłodni ciało, które niedawno umyto.

- To krzyżyk z Gwiazdą Dawida - stwierdziła Hailey. - I z niewielkim kamykiem pośrodku.

Czy uznają ją za wariatkę, gdy im go pokaże? Przez wiele miesięcy starała się pozyskać ich zaufanie. Tak niewiele wystarczyło, żeby zburzyć je w jednej chwili. Ale miała jakieś wyjście? Przecież nie mogła tego przed nimi ukrywać.

Z wysiłkiem opuściła dłonie.

- To chrześcijański krzyż z Gwiazdą Dawida - wydusiła z trudem. - Gwiazda znajduje się dokładnie tam, gdzie byłoby serce, gdyby zamiast krzyża była postać kobiety. I ma w środku maleńki brylant. - Dotknęła łańcuszka na swojej szyi, a potem wyciągnęła go spod koszulki na ramiączkach.

Jej ojciec zaprojektował ten wzór dla matki w pierwszą rocznicę ich ślubu.

Zakręciło się jej w głowie, więc zamknęła oczy.

Wisiorek Schwartzman był identyczny z tym, który znajdował się na zwłokach.

-rozdział czwarty

San Francisco, Kalifornia

Hal wciąż stał w salonie Victorii Stein. Zdjął lateksowe rękawiczki i włożył do tylnej kieszeni spodni, żeby je później wyrzucić. W samochodzie zawsze miał ich spory zapas. W wydziale nigdy nie można było dostać czegoś większego niż rozmiar "L", a miał dłonie tak duże, że obejmował piłkę do koszykówki, jakby była jajkiem wielkanocnym.

Odruchowo podrapał się po grzbiecie ręki. Doktor Schwartzman zazwyczaj trudno rozgryźć, ale tym razem było jasne jak słońce, że ofiara ją przeraziła.

I chyba ciężko jej się dziwić. Denatka wyglądała, jakby była jej siostrą, w dodatku trzymała w dłoni pęk żółtych kwiatów, a Schwartzman dostała podobne od byłego męża.

I jeszcze ten naszyjnik - jak, do diabła, to wyjaśnić?

Hal widział w swoim życiu wiele takich krzyżyków, ale żaden nie był podobny do tego konkretnego. I nie chodziło jedynie o zbliżony wygląd, ale te dwie zawieszki były identyczne.

Schwartzman natychmiast to zauważyła. Zbladła, a jej spojrzenie zrobiło się puste. Nigdy wcześniej jej takiej nie widział.

Nie. To nieprawda. Zastał ją raz w takim stanie, gdy przyjechał do prosektorium po tym, jak jej były zadzwonił i powiedział, że jej matka wylądowała w szpitalu. Okazało się jednak, że wcale tam nie trafiła. Miała się całkiem dobrze, a ten drań po prostu postanowił ją podręczyć tym chorym żartem. Hal najchętniej by go dorwał w swoje łapy i odpłacił mu za wszystko to, co jej zrobił. Ale mieli tu do czynienia z zabójstwem. Jeśli naprawdę to jego sprawka, to gra toczyła się o zupełnie inną stawkę.

- Musimy ubiec pytania o nią w tym śledztwie - zauważyła Hailey.

- Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł ją z tym łączyć - odparł Hal.

Niemniej inspektorka miała rację. Pytania o związek lekarki z ofiarą i tak się pojawią.

- Mnie też nie - mruknęła Hailey. - Ale musimy wziąć pod uwagę każdy możliwy scenariusz.

Powinni się przygotować, bo wcześniej czy później wszystko i tak skupi się na niej. Zatem lepiej mieć odpowiedzi, nim ktokolwiek zada pytania.

- Sprawdzę tego jej byłego. Wiesz, jak on się nazywa? - dociekał.

- Nie mówiła zbyt wiele o przeszłości. Aż do dzisiejszej kolacji nawet nie wiedziałam, że była mężatką. Ma na imię Spencer, ale to pewnie zbyt wiele nam nie da.

- Trzeba ustalić ramy czasowe. Jeśli to jego robota, musiał mieć powód, by zrobić to właśnie teraz.

- Tamte kwiaty dostała... Ile? Z tydzień temu?

- Może już ze dwa.

Daty mogły coś znaczyć. Musieli dowiedzieć się więcej. Hailey podejrzewała Spencera, ale to wciąż była jedynie hipoteza. Naszyjnik, żółte kwiaty, ofiara, która była podobna do Schwartzman, i jeszcze to, że pochodziła z sąsiedniego miasta...

Ale zabójstwo?

To nie było zwykłe nękanie, a przerażająca eskalacja.

Hal pamiętał, jak wyglądała Schwartzman tamtego dnia w prosektorium, gdy sądziła, że jej matka trafiła do szpitala. Przypominała cień samej siebie - przestała być kobietą, którą znał z pracy. Aż włosy stanęły mu na karku i obudziły się w nim wszelkie instynkty ochronne.

Musiał się dowiedzieć, co mogło łączyć ją z denatką. Należało szczerze porozmawiać ze Schwartzman.

- Inspektorze Harris? - W wejściu do salonu pojawił się któryś z funkcjonariuszy. - Mamy tu sąsiadkę. Chce z panem rozmawiać.

- Dzięki. Zaraz przyjdę. - Obrócił się do Hailey. - Idziesz ze mną?

- Zamierzałam pogadać z Rogerem. - Zerknęła na telefon. - Właściwie Dave leci jutro rano na Wschodnie Wybrzeże. Chciałam wpaść do niego po drodze do domu. Mogę wrócić za jakąś godzinę.

Halowi to pasowało. Policjantka miała za sobą dwa naprawdę trudne lata. Zmarł jej mąż John i została sama z dwoma córkami.

Dave był facetem, którego by jej życzył. Dobrym, uczciwym. Nie takim jak John.

Harris miał przeczucie, że ta sprawa pochłonie ich bez reszty. Lepiej, żeby spędziła czas z Dave'em, póki jeszcze może.

- Jedź - rzucił. - Porozmawiam z sąsiadką, a potem złapię Rogera.

- A Schwartzman?

Myślał o tym samym.

- Zadzwonię do niej i sprawdzę, czy uda mi się z nią spotkać na posterunku.

- Albo możemy do niej pojechać.

Nie była podejrzaną, a ofiarą. Koleżanką z pracy.

Przyjaciółką.

- Świetny pomysł.

- Poradzisz sobie z sąsiadką?

Harris i tak nie miał nic innego do roboty. Czuł adrenalinę wiążącą się z całkiem nowym śledztwem.

- Pewnie - odparł, pocierając grzbietem dłoni o dżinsy. Ręce zawsze go swędziały, gdy nosił rękawiczki.

- Dzięki, Hal.

- Nie ma sprawy.

Wskazała miejsce, w którym się drapał.

- Ciągle ci powtarzam, że musisz używać tych bez lateksu.

Przestał drażnić skórę.

- Wiem, ale mam całe pudełko takich.

Hailey wzruszyła ramionami.

- Jak chcesz, ale do czasu, gdy je skończysz, możesz nie mieć już skóry. - Szturchnęła go, po czym oboje przeszli przez apartament aż na korytarz.

Na każdym piętrze znajdowały się tylko dwa mieszkania. Wejścia do obu mieściły się po zachodniej stronie. Drzwi Victorii Stein otwierały się w prawo, a sąsiadki w lewo. Pomiędzy nimi stała duża donica z paprocią, rozdzielając obydwa apartamenty i zasłaniając widok. Chociaż jeśli sąsiadka wracała lub wychodziła w tym samym czasie co zabójca, to mogła go widzieć.

Kiedy Hailey poszła do windy, Hal udał się do kobiety stojącej obok policjanta. Miała na sobie spodnie od piżamy, w pierniki, i znoszone jasnoniebieskie, puchate kapcie. W dłoni trzymała kubek.

Funkcjonariusz się cofnął i wskazał na Hala.

- Pani Fletcher, to inspektor Harris.

- Dobry wieczór. - Hal szacował, że kobieta była w wieku pomiędzy trzydziestym a czterdziestym rokiem życia, choć im był starszy, tym mniej ufał własnym ocenom.

- Jestem przeziębiona - przyznała, nie podając mu ręki. Sprawiała wrażenie opanowanej, choć na jej twarzy malował się niepokój. Patrzyła prosto na niego i nie przestępowała z nogi na nogę. Nie wzbudziła w nim żadnych podejrzeń.

- Proszę się nie niepokoić. Chcę zadać pani tylko kilka pytań o sąsiadkę.

Przycisnęła kubek do piersi.

- Jasne... - Wskazała na swoje drzwi. - A moglibyśmy usiąść?

- Chętnie.

Jedna z zasad śledztwa mówiła: "Zawsze przyjmuj zaproszenie do czyjegoś domu". Ludzie w znajomych miejscach czuli się znacznie swobodniej i od razu się otwierali. Poza tym trudniej im było zakończyć rozmowę i wyjść.

- Gdyby ktoś mnie szukał, będę u pani Fletcher - powiedział do policjanta.

W przedpokoju kobiety wisiały duże zdjęcia mostu Golden Gate o różnych porach roku. Przy prawym dolnym rogu każdej fotografii znajdował się ten sam złożony z zawijasów podpis. Hal zatrzymał się przy widoku mostu, który tonął w śniegu. Ostatni raz miało to miejsce w zatoce w latach siedemdziesiątych.

- Poprawiane w Photoshopie?

- Nie. To prawdziwy śnieg na moście. - Oparła się o ścianę i uniosła kubek do ust. - Świetne, nie?

- Kiedy...

- Piątego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego.

Zerknął na nią. Była za młoda, by sama zrobiła to zdjęcie.

- Nie jest pani jego autorką.

- Nie. Mama amatorsko zajmowała się fotografowaniem. Mam tu wiele jej zdjęć. To była jej pasja, a z biegiem lat stała się moim hobby.

- Wspaniałe ujęcie.

- Dziękuję.

W salonie na ścianach również wisiało mnóstwo fotografii. Większość przedstawiała miejsca, które rozpoznawał z zatoki, jak Fort Ord, Presidio i Pałac Sztuk Pięknych, ale zobaczył również Wieżę Eiffla, Stonehenge i olbrzymią sekwoję. Na kilku widział tak stare kościoły, że zdjęcia na pewno nie powstały w Ameryce. Najwyraźniej matka kobiety sporo podróżowała. Wszystkie ujęcia wisiały w takich samych, przygotowanych na zamówienie ramach. Mówiło to o zamożności rodziny.

- Czym się pani zajmuje zawodowo, pani Fletcher?

- Może pan mówić mi Carol. Pracuję w firmie tworzącej gry online. Zarządzam projektami, ale jestem tam trochę od wszystkiego.

Harris rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegł komputer na stole w jadalni, a także stosy dokumentów. Meble były nowoczesne, kanciaste, wyglądały na kosztowne i niewygodne. Za kanapą, na wysokim postumencie umieszczono rzeźbę z dmuchanego szkła. Hal zobaczył cienką linię w miejscu, w którym odpadł czubek, a następnie został przyklejony. Bok lakierowanego stolika kawowego szpeciła głęboka rysa, akurat na wysokości robota sprzątającego.

Kobieta miała pieniądze, ale nie po przodkach. Hal wiedział, że dziedzicząc rodzinną fortunę, znacznie lepiej dba się o detale. Dla takich ludzi sprawianie wrażenia nieskazitelności liczyło się niemal tak samo - a może nawet bardziej - niż kasa.

- Pracuje pani w domu?

- W głębi mieszkania mam gabinet, ale niekiedy siadam tutaj, żeby zmienić otoczenie.

Najlepszymi świadkami zawsze byli ci, którzy nie mieli zwykle zbyt dużo do roboty. Zwracali uwagę na to, kto kręcił się w pobliżu. Jeśli Fletcher pracowała w domu, mogła zobaczyć lub usłyszeć coś, co okaże się kluczowe dla śledztwa.

Wskazał na kanapę.

- Mogę usiąść?

- Jasne, bardzo proszę.

Hal odsunął na bok kwadratową poduszkę w czerwono-brązowe geometryczne wzory i usiadł na skraju. Mebel był wąski, z niskim oparciem, które sięgało mu tylko do łopatek, ale siedzisko zdawało się sprężyste, a tkanina obiciowa luksusowa. Założył nogę na nogę, jednak sofa okazała się za niska, więc nie było mu wygodnie. Postawił stopę na dywanie, a notes na kolanach. Zwykle nigdzie się nie mieścił.

A już zwłaszcza w miejscach zajmowanych przez samotne kobiety.

Otworzył notatnik.

- Jak długo pani tu mieszka?

- Będzie z piętnaście lat.

Zapisał informację.

- To długo. Mogę zapytać, ile ma pani lat, pani Fletcher? Przepraszam, pani Carol?

Uśmiechnęła się.

- Trzydzieści cztery.

Pomyślał, że odgadł nawet prawidłowo. Policzył jednak w głowie i nieco się zdziwił.

- Czyli mieszka tu pani od dziewiętnastego roku życia?

- Tata kupił mi to mieszkanie po śmierci mamy. Wydaje mi się, że chciał mnie w ten sposób pocieszyć. Porzucił rodzinę, gdy miałam trzy lata, więc kiedy umarła mama, szarpnął się na coś takiego.

Hal w geście szacunku dla matki przez chwilę się nie ruszał, a potem uniósł długopis i wszystko to zanotował.

- Kiedy wprowadziła się pani Stein?

- Chyba jakieś cztery miesiące temu. Po Nowym Roku.

- Wie pani, gdzie pracowała?

- Wspominała, że w banku. - Zawahała się. - Ale nie pamiętam w którym. Na pewno nie w Wells Fargo. W każdym razie centrala przysłała ją tutaj, żeby rozkręciła filię. Ale nie wiem dokładnie gdzie.

Chociaż Hal już domyślał się odpowiedzi, musiał zapytać:

- Jak dobrze ją pani znała?

- Wpadłam do niej raz czy dwa na kieliszek wina. Raczej tylko pilnowałyśmy sobie nawzajem mieszkań. W marcu, gdy wyjechałam na kilka dni, doglądała mojego kota, a ja podlewałam jej kwiatki, gdy kilka razy wybywała służbowo.

- Ma pani klucz do jej mieszkania? - dociekał.

- Teraz nie. Zostawiała mi go, kiedy wyjeżdżała albo chciała, żebym kogoś wpuściła.

Inspektor nie doszukał się śladów włamania, więc do środka dostał się ktoś, kto miał klucz.

- Kiedy po raz ostatni wpuszczała pani kogoś do jej mieszkania?

- W lutym przyszedł hydraulik. Chyba wtedy.

- Czy pani Stein przyjmowała wielu gości?

- Nie zauważyłam, ale prowadzimy zupełnie inny tryb życia.

- Pracuje pani nocami? - zagadnął.

- Właściwie to wcześnie rano - wyjaśniła. - Wstaję około czwartej, zwykle pracuję do czternastej czy piętnastej. Potem załatwiam różne sprawy, spotykam się ze znajomymi. Kładę się spać o dziewiętnastej lub dwudziestej.

Pracowała pełne dziesięć godzin, czyli nie żyła z funduszu powierniczego ojca. Chociaż miała dość nietypowy grafik.

- Serio? - mruknął. - Trochę nie pasuje mi to do stereotypu pracy w branży gier.

- Często to słyszę - wyznała. - Ale większość problemów technicznych spływa nad ranem, po wielogodzinnych sesjach grania.

- Czyli powinna pani teraz spać.

- Obudził mnie domofon, gdy zadzwoniła siostra Victorii. A potem ona, gdy już ją znalazła... Cóż, nie mogłam zasnąć - powiedziała, patrząc na ścianę.

- Była pani w nocy sama?

- Rzadko miewam gości. Partner mieszka daleko, a ja nie jestem za bardzo towarzyska.

Hal zastanawiał się nad kosztownym wystrojem tego mieszkania. Meble nie do końca pasowały do tej kobiety. Może dostała już urządzony lokal? Może to przejaw gustu ojca?

- Rozumiem. - Również nie zapraszał do siebie gości, ale głównie dlatego, że całe jego mieszkanie było wielkości kuchni tej kobiety. - Czy miała pani wrażenie, że Victoria się czymś martwiła?

Carol pokręciła głową.

- Nie. Wszystko jej się układało. Nie zauważyłam przy niej nikogo podejrzanego.

- Wiedziała pani, że zeszłej nocy szwankowały kamery w budynku?

- Nie, ale to nic nowego - westchnęła. - Mamy tu przestarzały monitoring. Pada kilka razy w miesiącu.

Hal to zapisał. Nawet jeśli kamery tak często zawodziły, nie podobał mu się wczorajszy zbieg okoliczności.

- Administracją zajmuje się firma z zewnątrz?

- Nie. Pracuje tu kilka osób na recepcji. Zmieniają się.

- Zapewne nie przyjęto ich na cały etat.

- Ale wszyscy pracują tu od dłuższego czasu. Najnowszy jest ten wysoki. Chyba ma na imię Liam. Jednak po trzeciej nikogo nie ma. Dlatego Victoria poprosiła, żebym wpuściła jej siostrę.

- To jej siostra zadzwoniła domofonem do pani?

- Tak. Ma na imię Terri. Przyjechała z Los Angeles. Mieszka tam. Zadzwoniła domofonem, więc ją wpuściłam.

- Ale nie miała pani klucza do mieszkania Victorii? - doprecyzował Hal, przeglądając notatki.

- Nie - powiedziała Fletcher. - Terri miała własny. Wpuściłam ją jedynie do budynku. Szłam do łóżka, gdy usłyszałam krzyk. Terri weszła do sypialni i znalazła siostrę. - Zasłoniła dłonią usta. - To było straszne.

- Wierzę - dodał Hal. - Proszę dać mi znać, jeśli potrzebuje pani przerwy.

Carol spojrzała na kubek z herbatą i pokręciła głową.

- Kiedy Victoria miała przyjechać?

- Chyba dopiero jutro. Miała szkolenie w Sacramento i zamierzała wrócić około południa. - Spojrzała w dywan.

Z doświadczenia znał taki wyraz twarzy. Wspominała widok ciała. Ci, którzy nie mieli na co dzień do czynienia ze śmiercią, często tak reagowali - uciekali wzrokiem, krzyżowali ręce na piersiach, siedzieli w zamkniętej postawie. Hal pomyślał, że zapewne niczego się więcej nie dowie.

Wyjął z tylnej kieszeni spodni portfel i podał Fletcher wizytówkę.

- Proszę zadzwonić, jeśli przypomni sobie pani coś, co może nam pomóc.

Wzięła kartonik.

- Oczywiście. Zrobię wszystko, żebyście dorwali tego, kto jej to zrobił.

Hal podziękował za poświęcony mu czas i wrócił do mieszkania Victorii Stein. Rozmowa z sąsiadką przebiegła standardowo. Jakoś go to nie zdziwiło. Ludzie nie przyjaźnili się z sąsiadami tak jak dawniej. Świadkowie bywali coraz mniej wiarygodni.

Na początku swojej kariery spotykał takich, którzy zwracali uwagę na to, co dzieje się za ścianą. Dziś żyło się w sieci - na Facebooku lub Instagramie - nikt już niczego nie widział na własne oczy. W niektórych przypadkach internet ułatwiał mu pracę. Lecz nie w tym. To śledztwo będzie wymagało staromodnego podejścia.

Po powrocie do mieszkania Stein zastał Rogera kucającego obok dużego pojemnika, w którym miał zestaw do pracy w terenie. Plastikowy kontener miał może z metr szerokości i sześćdziesiąt centymetrów wysokości. Był jasnopomarańczowy z czarnymi uchwytami, które trzymały pokrywę. W którejś chwili Roger, a raczej jedno z jego dzieci, umieściło z boku dużą naklejkę SF Giants. Zadrapania na niej wskazywały, że była na pudle już od kilku dobrych sezonów baseballowych.

Hal stał w takim miejscu, że widział, jak padające z sufitu światło odbija się od łysej głowy Rogera jak od lustra. Mężczyzna trafił do laboratorium mniej więcej w tym samym czasie, w którym Harris został inspektorem. Cierpiał z powodu łysienia całkowitego - nie miał włosów na całym ciele. Na początku Hal słyszał, jak Roger wyjaśniał swoją przypadłość współpracownikom. Pewnego dnia zapytał mężczyznę, czy poruszanie tej kwestii go nie wpienia. Sampers był wyrozumiały, ale inspektor podejrzewał, że te nieustanne pytania musiały być nużące. Znalazł więc naklejkę na zderzak z hasłem: "Z takim ciałem, komu potrzebne włosy?". Do dziś znajdowała się nad biurkiem laboranta.

- Cześć, Roger - przywitał się Hal. - Muszę założyć okulary przeciwsłoneczne.

Roger parsknął śmiechem, nawet nie unosząc głowy.

- To przez te halogeny, stary. Ich światło pięknie odbija się od łysej głowy, co?

Harris przesunął palcami po własnej łysinie.

- Chyba tak. Jak się prezentuję?

- Niestety, nie masz aż takiego połysku - zauważył. - Musiałbyś być całkiem łysy i blady jak ściana, a ty spełniasz tylko połowę kryteriów.

- Mam kilka fotek, na których błyszczę - stwierdził Hal, wchodząc, po czym stanął nieopodal mężczyzny. - Znalazłeś coś ciekawego?

Roger przytaknął.

- Właściwie to parę rzeczy - powiedział, podnosząc się z kucek. - Na blacie był tylko jeden kieliszek do wina, ale w szafce znaleźliśmy drugi. Wygląda, jakby został pospiesznie opłukany i schowany.

- Jakieś odciski?

- Na obu. Nie wiem jeszcze, czy te same ani czy należą do ofiary. Wyjdzie w laboratorium.

Jeśli dwie osoby piły wino, to Stein musiała znać zabójcę. Czy umył kieliszek tylko po to, żeby zatrzeć odciski palców, a może chciał ukryć fakt, że Stein zginęła z ręki kogoś, kogo dobrze znała?

- Zatem miała gościa.

- Rozmawiałeś z sąsiadką? - zapytał Roger.

- Tak, ale niczego nie słyszała.

- Te mieszkania mają grube ściany - zauważył Sampers. - Dopóki ktoś nie zacząłby krzyczeć, wątpię, żeby cokolwiek dobiegło do sąsiadów.

- To zdecydowanie bogata dzielnica.

- Bez jaj. Przy obecnych cenach w mieście to mieszkanie warte jest ze dwa, może trzy miliony.

Hal gwizdnął pod nosem. Tyle to on mógł zarobić przez całe swoje życie, a ktoś był w stanie zapłacić taką kwotę za około stumetrowe mieszkanie. Bez ustawowej regulacji czynszów w ogóle nie stać by go było na San Francisco. Swój lokal zajmował od szesnastu lat i płacił tysiąc sto siedemdziesiąt pięć dolarów. W dzisiejszych czasach nie wynajęłoby się za tę cenę nawet wnęki w bramie.

- Można by pomyśleć, że przy takich cenach stać ich będzie na lepszy monitoring.

- Racja. Informatycy to sprawdzają. Podejrzewają wirusa. System padł jakiś kwadrans przed trzecią, czyli wtedy, gdy...

- Kiedy recepcjonista kończy pracę - dopowiedział Hal.

- No właśnie.

- Czyli ktoś wpuszcza wirusa i siada cały system. Można niepostrzeżenie wejść i wyjść.

To wskazywało, że ktoś wcześniej to zaplanował, a Hal wiedział, że tego zabójstwa nie dokonano w afekcie. Ktoś to zaaranżował z zimną krwią, co oznaczało, że nie będzie łatwo dojść do sprawcy.

Harris próbował wyobrazić sobie Schwartzman jako żonę mężczyzny, który byłby zdolny do czegoś takiego.

- To nawet nie musi być tak zmyślnie zaplanowane. Według recepcjonisty problemy z wirusami występują tu dość często. Chodzi o coś z nocnymi aktualizacjami i kiepskim antywirusem.

Hal potarł głowę.

- Czyli chcesz powiedzieć, że to nie był celowy atak? To trochę zbyt wielki zbieg okoliczności.

- Z pewnością - zgodził się Roger. - Miało to miejsce kwadrans przed końcem zmiany. Recepcjonista mówił, że próbował dodzwonić się do serwisu, ale kiedy poinformował szefa, że przez tę awarię może zostać dłużej, ten odesłał go do domu. Dzieciak zapewniał, że chętnie by został. Przydałaby mu się kasa za nadgodziny.

Hal jęknął.

- Czyli kamery nie działały przez całą noc.

- Informatycy sprawdzają, czy da się namierzyć źródło wirusa. Może im się uda, ale nie dawali gwarancji.

- Poza kieliszkiem i awarią systemu mamy jeszcze coś wartego uwagi?

- Na razie nie. Zabezpieczyliśmy kwiaty, żeby porównać je z tymi, które dostała doktor Schwartzman. Do tej pory jej bukiet nie był priorytetowy.

Wszyscy skupią się na Schwartzman. Będą porównywać kwiaty, szukać podobieństw, odcisków palców, komórek naskórka, czegokolwiek, co da się zbadać genetycznie. Czegokolwiek, co wskaże podejrzanych.

- To zajmie nam parę dni. Mamy śmietniki z kuchni i łazienek. Przejrzymy je pod kątem odcisków palców i innych dowodów. Na podłodze w kuchni są fragmenty potłuczonego szkła, ale nie ma go w kuble. Posłałem ludzi do przeszukania kontenerów na dole.

- Jeśli dopisze nam szczęście, może trafią na jakieś użyteczne odciski.

- Na to właśnie liczę - stwierdził Roger. - Rozmawiałeś już z siostrą ofiary?

- Jeszcze nie - odparł Hal. - Stein miała wrócić dopiero jutro w południe, więc dała siostrze klucz. Sąsiadka wpuściła ją do budynku domofonem - dodał. - Pogadam z tą dziewczyną.

Mieszkanie niewiele mówiło o ofierze. Hal musiał mieć listę znajomych oraz współpracowników denatki. Ktoś z pewnością coś wiedział. Powinien ruszyć właściwym tropem, ale żeby to zrobić, potrzebował śladu, od którego mógłby zacząć.

Sampers wyjął z kieszeni woreczek.

- Ken to przyniósł.

Hal się odwrócił i spojrzał na znajdujący się w środku paragon.

- Kwit ze stacji benzynowej. Siostra tankowała na Vasco Road w Livermore o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt.

Inspektor wyjął telefon, żeby sprawdzić, jak daleko mieściło się to miasto od mieszkania Stein.

- Już zerknąłem na Google Maps - oznajmił Roger.

Hal opuścił telefon.

- No i?

- Tankowała na godzinę i dwadzieścia pięć minut przed zgłoszeniem, które do nas napłynęło - poinformował Roger. - Przejazd stamtąd zajmuje co najmniej godzinę, może nawet godzinę dziesięć.

Hal schował telefon do kieszeni. Solidne alibi.

- Nie miałaby czasu, żeby tu dojechać, zabić siostrę, posprzątać, ułożyć ciało, wyjść, a potem dać się wpuścić sąsiadce i zadzwonić do nas. Poza tym... - Przypomniał sobie zdjęcie, które pokazał mu Ken Macy; była na nim drobna, skulona na kanapie kobieta.

- Przeczucie podpowiada ci, że to niemożliwe - wtrącił Roger.

- Coś w tym stylu.

- Mnie również.

Hal ufał swojej intuicji. I tej Rogera też. Siostra nie była sprawczynią.

Poszukał w pamięci kogoś, kto by się wyróżniał. Ofiara została specyficznie ułożona, co oznaczało, że sprawca mógł zostać w pobliżu, żeby obserwować reakcje. Naomi sfotografowała stojących na ulicy gapiów, ale większość stała w małych grupkach i miała na sobie piżamy. Najpewniej to sąsiedzi i żaden z nich nie wyglądał podejrzanie.

- Jakieś inne tropy? - zagadnął Roger.

Hal oddał mu woreczek z paragonem, zastanawiając się, kto jeszcze był blisko miejsca zbrodni. Sąsiadka, ale staranne ułożenie ciała sugerowało podtekst seksualny. To nie wyglądało na sprzeczkę dwóch kobiet o to, która z nich podleje kwiatka rosnącego na korytarzu między ich drzwiami.

- Pogadam z recepcjonistami. Jeden ponoć jest nowy. Młody, o imieniu Liam. Potem spróbuję dotrzeć do ludzi z jej pracy, ale w zasadzie nic jeszcze nie mam.

Hal musiał namierzyć byłego męża Schwartzman. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby ktoś miał zabić kobietę podobną do swojej byłej żony, a potem ułożyć jej ciało z kwiatami i naszyjnikiem tylko po to, aby nastraszyć lekarkę. Jeśli naprawdę chciał ją przerazić, dlaczego nie włamał się do jej mieszkania? Albo chociaż nie zaatakował kogoś, kogo ona zna? Poza tym, że kobiety wyglądały podobnie i pochodziły z sąsiednich miast, nie było pomiędzy nimi żadnego oczywistego powiązania.

Żółte kwiaty i naszyjnik.

To jednak za mało.

Dwa bukiety trudno uznać za przekonujący dowód. A co do wisiorków, możliwe, że istniały przynajmniej dwa. Schwartzman była przekonana, że tata zaprojektował go dla mamy. Piękna, romantyczna historia, ale niekoniecznie prawdziwa.

A jednak wisiorek nie dawał mu spokoju. Wzór był unikatowy, a obie ozdoby identyczne. Trudno było uwierzyć, że zupełnie przypadkowo ofiara miała taką samą biżuterię jak Schwartzman.

Roger spakował sprzęt do swojego kontenera.

- Dostałem krzyżyk od Hailey. Odezwę się, jak tylko coś ustalę.

- Sprawdźcie oba wisiorki jak najszybciej - poprosił Hal. - Chciałbym wiedzieć, gdzie je wykonano.

Przede wszystkim pragnął wykluczyć możliwość, że zrobiła je ta sama osoba. Bo jeśli tak, to wszystko wiązało się jakoś ze Schwartzman. Miał jednak wielką nadzieję, że to nieprawda. Ponieważ w innym wypadku oznaczało to, że była żoną naprawdę niebezpiecznego typa.

- Dobrze - potwierdził Sampers. - Nadam im najwyższy priorytet.

Hal poklepał go po plecach.

- Dzięki, Roger. A teraz idź spać.

- Ty też.

- Jasne. Spróbuję.

Jednak Hal nie zamierzał się kłaść. Martwił się o Schwartzman. Jeżeli jej były mąż chciał się nią zabawić, po co robić to aż tak ostentacyjnie? Co więcej, czuł w kościach, że coś tu nie gra. To był ten dziwny dyskomfort, jak ten w trzonowcach, gdy zjadło się za dużo cukru albo gdy nie zamierzał godzić się z faktami w trakcie trwającego śledztwa.

Czy to naprawdę była tylko zabawa tego faceta? A jeśli naprawdę toczył tu jakąś chorą rozgrywkę, do czego jeszcze się posunie?

Text copyright ? 2016 Danielle Girard All rights reserved. Copyright for Polish translation ? by Katarzyna Agnieszka Dyrek, 2025 Copyright for this edition ? by Grupa Wydawnicza Foksal, 2025

Redakcja: Magdalena Gonta-Biernat | To się WydaKorekta: Olga Smolec-Kmoch | To się WydaSkład i łamanie: Gabriel Gonta | To się WydaProjekt okładki: Małgorzata Drabina | Yellow Room

Tytuł oryginału: Exhume (Dr. Schwartzman, #1)

Wydanie IWarszawa 2025ISBN 978-83-8425-881-1

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o. ul. Marszałkowska 116/12200-017 Warszawa

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Napisz do nas na adres: chmury@gwfoksal.pl

Zobacz nas na