-rozdział czwarty
San Francisco, Kalifornia
Hal wciąż stał w salonie Victorii Stein. Zdjął lateksowe rękawiczki i włożył do tylnej kieszeni spodni, żeby je później wyrzucić. W samochodzie zawsze miał ich spory zapas. W wydziale nigdy nie można było dostać czegoś większego niż rozmiar "L", a miał dłonie tak duże, że obejmował piłkę do koszykówki, jakby była jajkiem wielkanocnym.
Odruchowo podrapał się po grzbiecie ręki. Doktor Schwartzman zazwyczaj trudno rozgryźć, ale tym razem było jasne jak słońce, że ofiara ją przeraziła.
I chyba ciężko jej się dziwić. Denatka wyglądała, jakby była jej siostrą, w dodatku trzymała w dłoni pęk żółtych kwiatów, a Schwartzman dostała podobne od byłego męża.
I jeszcze ten naszyjnik - jak, do diabła, to wyjaśnić?
Hal widział w swoim życiu wiele takich krzyżyków, ale żaden nie był podobny do tego konkretnego. I nie chodziło jedynie o zbliżony wygląd, ale te dwie zawieszki były identyczne.
Schwartzman natychmiast to zauważyła. Zbladła, a jej spojrzenie zrobiło się puste. Nigdy wcześniej jej takiej nie widział.
Nie. To nieprawda. Zastał ją raz w takim stanie, gdy przyjechał do prosektorium po tym, jak jej były zadzwonił i powiedział, że jej matka wylądowała w szpitalu. Okazało się jednak, że wcale tam nie trafiła. Miała się całkiem dobrze, a ten drań po prostu postanowił ją podręczyć tym chorym żartem. Hal najchętniej by go dorwał w swoje łapy i odpłacił mu za wszystko to, co jej zrobił. Ale mieli tu do czynienia z zabójstwem. Jeśli naprawdę to jego sprawka, to gra toczyła się o zupełnie inną stawkę.
- Musimy ubiec pytania o nią w tym śledztwie - zauważyła Hailey.
- Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł ją z tym łączyć - odparł Hal.
Niemniej inspektorka miała rację. Pytania o związek lekarki z ofiarą i tak się pojawią.
- Mnie też nie - mruknęła Hailey. - Ale musimy wziąć pod uwagę każdy możliwy scenariusz.
Powinni się przygotować, bo wcześniej czy później wszystko i tak skupi się na niej. Zatem lepiej mieć odpowiedzi, nim ktokolwiek zada pytania.
- Sprawdzę tego jej byłego. Wiesz, jak on się nazywa? - dociekał.
- Nie mówiła zbyt wiele o przeszłości. Aż do dzisiejszej kolacji nawet nie wiedziałam, że była mężatką. Ma na imię Spencer, ale to pewnie zbyt wiele nam nie da.
- Trzeba ustalić ramy czasowe. Jeśli to jego robota, musiał mieć powód, by zrobić to właśnie teraz.
- Tamte kwiaty dostała... Ile? Z tydzień temu?
- Może już ze dwa.
Daty mogły coś znaczyć. Musieli dowiedzieć się więcej. Hailey podejrzewała Spencera, ale to wciąż była jedynie hipoteza. Naszyjnik, żółte kwiaty, ofiara, która była podobna do Schwartzman, i jeszcze to, że pochodziła z sąsiedniego miasta...
Ale zabójstwo?
To nie było zwykłe nękanie, a przerażająca eskalacja.
Hal pamiętał, jak wyglądała Schwartzman tamtego dnia w prosektorium, gdy sądziła, że jej matka trafiła do szpitala. Przypominała cień samej siebie - przestała być kobietą, którą znał z pracy. Aż włosy stanęły mu na karku i obudziły się w nim wszelkie instynkty ochronne.
Musiał się dowiedzieć, co mogło łączyć ją z denatką. Należało szczerze porozmawiać ze Schwartzman.
- Inspektorze Harris? - W wejściu do salonu pojawił się któryś z funkcjonariuszy. - Mamy tu sąsiadkę. Chce z panem rozmawiać.
- Dzięki. Zaraz przyjdę. - Obrócił się do Hailey. - Idziesz ze mną?
- Zamierzałam pogadać z Rogerem. - Zerknęła na telefon. - Właściwie Dave leci jutro rano na Wschodnie Wybrzeże. Chciałam wpaść do niego po drodze do domu. Mogę wrócić za jakąś godzinę.
Halowi to pasowało. Policjantka miała za sobą dwa naprawdę trudne lata. Zmarł jej mąż John i została sama z dwoma córkami.
Dave był facetem, którego by jej życzył. Dobrym, uczciwym. Nie takim jak John.
Harris miał przeczucie, że ta sprawa pochłonie ich bez reszty. Lepiej, żeby spędziła czas z Dave'em, póki jeszcze może.
- Jedź - rzucił. - Porozmawiam z sąsiadką, a potem złapię Rogera.
- A Schwartzman?
Myślał o tym samym.
- Zadzwonię do niej i sprawdzę, czy uda mi się z nią spotkać na posterunku.
- Albo możemy do niej pojechać.
Nie była podejrzaną, a ofiarą. Koleżanką z pracy.
Przyjaciółką.
- Świetny pomysł.
- Poradzisz sobie z sąsiadką?
Harris i tak nie miał nic innego do roboty. Czuł adrenalinę wiążącą się z całkiem nowym śledztwem.
- Pewnie - odparł, pocierając grzbietem dłoni o dżinsy. Ręce zawsze go swędziały, gdy nosił rękawiczki.
- Dzięki, Hal.
- Nie ma sprawy.
Wskazała miejsce, w którym się drapał.
- Ciągle ci powtarzam, że musisz używać tych bez lateksu.
Przestał drażnić skórę.
- Wiem, ale mam całe pudełko takich.
Hailey wzruszyła ramionami.
- Jak chcesz, ale do czasu, gdy je skończysz, możesz nie mieć już skóry. - Szturchnęła go, po czym oboje przeszli przez apartament aż na korytarz.
Na każdym piętrze znajdowały się tylko dwa mieszkania. Wejścia do obu mieściły się po zachodniej stronie. Drzwi Victorii Stein otwierały się w prawo, a sąsiadki w lewo. Pomiędzy nimi stała duża donica z paprocią, rozdzielając obydwa apartamenty i zasłaniając widok. Chociaż jeśli sąsiadka wracała lub wychodziła w tym samym czasie co zabójca, to mogła go widzieć.
Kiedy Hailey poszła do windy, Hal udał się do kobiety stojącej obok policjanta. Miała na sobie spodnie od piżamy, w pierniki, i znoszone jasnoniebieskie, puchate kapcie. W dłoni trzymała kubek.
Funkcjonariusz się cofnął i wskazał na Hala.
- Pani Fletcher, to inspektor Harris.
- Dobry wieczór. - Hal szacował, że kobieta była w wieku pomiędzy trzydziestym a czterdziestym rokiem życia, choć im był starszy, tym mniej ufał własnym ocenom.
- Jestem przeziębiona - przyznała, nie podając mu ręki. Sprawiała wrażenie opanowanej, choć na jej twarzy malował się niepokój. Patrzyła prosto na niego i nie przestępowała z nogi na nogę. Nie wzbudziła w nim żadnych podejrzeń.
- Proszę się nie niepokoić. Chcę zadać pani tylko kilka pytań o sąsiadkę.
Przycisnęła kubek do piersi.
- Jasne... - Wskazała na swoje drzwi. - A moglibyśmy usiąść?
- Chętnie.
Jedna z zasad śledztwa mówiła: "Zawsze przyjmuj zaproszenie do czyjegoś domu". Ludzie w znajomych miejscach czuli się znacznie swobodniej i od razu się otwierali. Poza tym trudniej im było zakończyć rozmowę i wyjść.
- Gdyby ktoś mnie szukał, będę u pani Fletcher - powiedział do policjanta.
W przedpokoju kobiety wisiały duże zdjęcia mostu Golden Gate o różnych porach roku. Przy prawym dolnym rogu każdej fotografii znajdował się ten sam złożony z zawijasów podpis. Hal zatrzymał się przy widoku mostu, który tonął w śniegu. Ostatni raz miało to miejsce w zatoce w latach siedemdziesiątych.
- Poprawiane w Photoshopie?
- Nie. To prawdziwy śnieg na moście. - Oparła się o ścianę i uniosła kubek do ust. - Świetne, nie?
- Kiedy...
- Piątego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego.
Zerknął na nią. Była za młoda, by sama zrobiła to zdjęcie.
- Nie jest pani jego autorką.
- Nie. Mama amatorsko zajmowała się fotografowaniem. Mam tu wiele jej zdjęć. To była jej pasja, a z biegiem lat stała się moim hobby.
- Wspaniałe ujęcie.
- Dziękuję.
W salonie na ścianach również wisiało mnóstwo fotografii. Większość przedstawiała miejsca, które rozpoznawał z zatoki, jak Fort Ord, Presidio i Pałac Sztuk Pięknych, ale zobaczył również Wieżę Eiffla, Stonehenge i olbrzymią sekwoję. Na kilku widział tak stare kościoły, że zdjęcia na pewno nie powstały w Ameryce. Najwyraźniej matka kobiety sporo podróżowała. Wszystkie ujęcia wisiały w takich samych, przygotowanych na zamówienie ramach. Mówiło to o zamożności rodziny.
- Czym się pani zajmuje zawodowo, pani Fletcher?
- Może pan mówić mi Carol. Pracuję w firmie tworzącej gry online. Zarządzam projektami, ale jestem tam trochę od wszystkiego.
Harris rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegł komputer na stole w jadalni, a także stosy dokumentów. Meble były nowoczesne, kanciaste, wyglądały na kosztowne i niewygodne. Za kanapą, na wysokim postumencie umieszczono rzeźbę z dmuchanego szkła. Hal zobaczył cienką linię w miejscu, w którym odpadł czubek, a następnie został przyklejony. Bok lakierowanego stolika kawowego szpeciła głęboka rysa, akurat na wysokości robota sprzątającego.
Kobieta miała pieniądze, ale nie po przodkach. Hal wiedział, że dziedzicząc rodzinną fortunę, znacznie lepiej dba się o detale. Dla takich ludzi sprawianie wrażenia nieskazitelności liczyło się niemal tak samo - a może nawet bardziej - niż kasa.
- Pracuje pani w domu?
- W głębi mieszkania mam gabinet, ale niekiedy siadam tutaj, żeby zmienić otoczenie.
Najlepszymi świadkami zawsze byli ci, którzy nie mieli zwykle zbyt dużo do roboty. Zwracali uwagę na to, kto kręcił się w pobliżu. Jeśli Fletcher pracowała w domu, mogła zobaczyć lub usłyszeć coś, co okaże się kluczowe dla śledztwa.
Wskazał na kanapę.
- Mogę usiąść?
- Jasne, bardzo proszę.
Hal odsunął na bok kwadratową poduszkę w czerwono-brązowe geometryczne wzory i usiadł na skraju. Mebel był wąski, z niskim oparciem, które sięgało mu tylko do łopatek, ale siedzisko zdawało się sprężyste, a tkanina obiciowa luksusowa. Założył nogę na nogę, jednak sofa okazała się za niska, więc nie było mu wygodnie. Postawił stopę na dywanie, a notes na kolanach. Zwykle nigdzie się nie mieścił.
A już zwłaszcza w miejscach zajmowanych przez samotne kobiety.
Otworzył notatnik.
- Jak długo pani tu mieszka?
- Będzie z piętnaście lat.
Zapisał informację.
- To długo. Mogę zapytać, ile ma pani lat, pani Fletcher? Przepraszam, pani Carol?
Uśmiechnęła się.
- Trzydzieści cztery.
Pomyślał, że odgadł nawet prawidłowo. Policzył jednak w głowie i nieco się zdziwił.
- Czyli mieszka tu pani od dziewiętnastego roku życia?
- Tata kupił mi to mieszkanie po śmierci mamy. Wydaje mi się, że chciał mnie w ten sposób pocieszyć. Porzucił rodzinę, gdy miałam trzy lata, więc kiedy umarła mama, szarpnął się na coś takiego.
Hal w geście szacunku dla matki przez chwilę się nie ruszał, a potem uniósł długopis i wszystko to zanotował.
- Kiedy wprowadziła się pani Stein?
- Chyba jakieś cztery miesiące temu. Po Nowym Roku.
- Wie pani, gdzie pracowała?
- Wspominała, że w banku. - Zawahała się. - Ale nie pamiętam w którym. Na pewno nie w Wells Fargo. W każdym razie centrala przysłała ją tutaj, żeby rozkręciła filię. Ale nie wiem dokładnie gdzie.
Chociaż Hal już domyślał się odpowiedzi, musiał zapytać:
- Jak dobrze ją pani znała?
- Wpadłam do niej raz czy dwa na kieliszek wina. Raczej tylko pilnowałyśmy sobie nawzajem mieszkań. W marcu, gdy wyjechałam na kilka dni, doglądała mojego kota, a ja podlewałam jej kwiatki, gdy kilka razy wybywała służbowo.
- Ma pani klucz do jej mieszkania? - dociekał.
- Teraz nie. Zostawiała mi go, kiedy wyjeżdżała albo chciała, żebym kogoś wpuściła.
Inspektor nie doszukał się śladów włamania, więc do środka dostał się ktoś, kto miał klucz.
- Kiedy po raz ostatni wpuszczała pani kogoś do jej mieszkania?
- W lutym przyszedł hydraulik. Chyba wtedy.
- Czy pani Stein przyjmowała wielu gości?
- Nie zauważyłam, ale prowadzimy zupełnie inny tryb życia.
- Pracuje pani nocami? - zagadnął.
- Właściwie to wcześnie rano - wyjaśniła. - Wstaję około czwartej, zwykle pracuję do czternastej czy piętnastej. Potem załatwiam różne sprawy, spotykam się ze znajomymi. Kładę się spać o dziewiętnastej lub dwudziestej.
Pracowała pełne dziesięć godzin, czyli nie żyła z funduszu powierniczego ojca. Chociaż miała dość nietypowy grafik.
- Serio? - mruknął. - Trochę nie pasuje mi to do stereotypu pracy w branży gier.
- Często to słyszę - wyznała. - Ale większość problemów technicznych spływa nad ranem, po wielogodzinnych sesjach grania.
- Czyli powinna pani teraz spać.
- Obudził mnie domofon, gdy zadzwoniła siostra Victorii. A potem ona, gdy już ją znalazła... Cóż, nie mogłam zasnąć - powiedziała, patrząc na ścianę.
- Była pani w nocy sama?
- Rzadko miewam gości. Partner mieszka daleko, a ja nie jestem za bardzo towarzyska.
Hal zastanawiał się nad kosztownym wystrojem tego mieszkania. Meble nie do końca pasowały do tej kobiety. Może dostała już urządzony lokal? Może to przejaw gustu ojca?
- Rozumiem. - Również nie zapraszał do siebie gości, ale głównie dlatego, że całe jego mieszkanie było wielkości kuchni tej kobiety. - Czy miała pani wrażenie, że Victoria się czymś martwiła?
Carol pokręciła głową.
- Nie. Wszystko jej się układało. Nie zauważyłam przy niej nikogo podejrzanego.
- Wiedziała pani, że zeszłej nocy szwankowały kamery w budynku?
- Nie, ale to nic nowego - westchnęła. - Mamy tu przestarzały monitoring. Pada kilka razy w miesiącu.
Hal to zapisał. Nawet jeśli kamery tak często zawodziły, nie podobał mu się wczorajszy zbieg okoliczności.
- Administracją zajmuje się firma z zewnątrz?
- Nie. Pracuje tu kilka osób na recepcji. Zmieniają się.
- Zapewne nie przyjęto ich na cały etat.
- Ale wszyscy pracują tu od dłuższego czasu. Najnowszy jest ten wysoki. Chyba ma na imię Liam. Jednak po trzeciej nikogo nie ma. Dlatego Victoria poprosiła, żebym wpuściła jej siostrę.
- To jej siostra zadzwoniła domofonem do pani?
- Tak. Ma na imię Terri. Przyjechała z Los Angeles. Mieszka tam. Zadzwoniła domofonem, więc ją wpuściłam.
- Ale nie miała pani klucza do mieszkania Victorii? - doprecyzował Hal, przeglądając notatki.
- Nie - powiedziała Fletcher. - Terri miała własny. Wpuściłam ją jedynie do budynku. Szłam do łóżka, gdy usłyszałam krzyk. Terri weszła do sypialni i znalazła siostrę. - Zasłoniła dłonią usta. - To było straszne.
- Wierzę - dodał Hal. - Proszę dać mi znać, jeśli potrzebuje pani przerwy.
Carol spojrzała na kubek z herbatą i pokręciła głową.
- Kiedy Victoria miała przyjechać?
- Chyba dopiero jutro. Miała szkolenie w Sacramento i zamierzała wrócić około południa. - Spojrzała w dywan.
Z doświadczenia znał taki wyraz twarzy. Wspominała widok ciała. Ci, którzy nie mieli na co dzień do czynienia ze śmiercią, często tak reagowali - uciekali wzrokiem, krzyżowali ręce na piersiach, siedzieli w zamkniętej postawie. Hal pomyślał, że zapewne niczego się więcej nie dowie.
Wyjął z tylnej kieszeni spodni portfel i podał Fletcher wizytówkę.
- Proszę zadzwonić, jeśli przypomni sobie pani coś, co może nam pomóc.
Wzięła kartonik.
- Oczywiście. Zrobię wszystko, żebyście dorwali tego, kto jej to zrobił.
Hal podziękował za poświęcony mu czas i wrócił do mieszkania Victorii Stein. Rozmowa z sąsiadką przebiegła standardowo. Jakoś go to nie zdziwiło. Ludzie nie przyjaźnili się z sąsiadami tak jak dawniej. Świadkowie bywali coraz mniej wiarygodni.
Na początku swojej kariery spotykał takich, którzy zwracali uwagę na to, co dzieje się za ścianą. Dziś żyło się w sieci - na Facebooku lub Instagramie - nikt już niczego nie widział na własne oczy. W niektórych przypadkach internet ułatwiał mu pracę. Lecz nie w tym. To śledztwo będzie wymagało staromodnego podejścia.
Po powrocie do mieszkania Stein zastał Rogera kucającego obok dużego pojemnika, w którym miał zestaw do pracy w terenie. Plastikowy kontener miał może z metr szerokości i sześćdziesiąt centymetrów wysokości. Był jasnopomarańczowy z czarnymi uchwytami, które trzymały pokrywę. W którejś chwili Roger, a raczej jedno z jego dzieci, umieściło z boku dużą naklejkę SF Giants. Zadrapania na niej wskazywały, że była na pudle już od kilku dobrych sezonów baseballowych.
Hal stał w takim miejscu, że widział, jak padające z sufitu światło odbija się od łysej głowy Rogera jak od lustra. Mężczyzna trafił do laboratorium mniej więcej w tym samym czasie, w którym Harris został inspektorem. Cierpiał z powodu łysienia całkowitego - nie miał włosów na całym ciele. Na początku Hal słyszał, jak Roger wyjaśniał swoją przypadłość współpracownikom. Pewnego dnia zapytał mężczyznę, czy poruszanie tej kwestii go nie wpienia. Sampers był wyrozumiały, ale inspektor podejrzewał, że te nieustanne pytania musiały być nużące. Znalazł więc naklejkę na zderzak z hasłem: "Z takim ciałem, komu potrzebne włosy?". Do dziś znajdowała się nad biurkiem laboranta.
- Cześć, Roger - przywitał się Hal. - Muszę założyć okulary przeciwsłoneczne.
Roger parsknął śmiechem, nawet nie unosząc głowy.
- To przez te halogeny, stary. Ich światło pięknie odbija się od łysej głowy, co?
Harris przesunął palcami po własnej łysinie.
- Chyba tak. Jak się prezentuję?
- Niestety, nie masz aż takiego połysku - zauważył. - Musiałbyś być całkiem łysy i blady jak ściana, a ty spełniasz tylko połowę kryteriów.
- Mam kilka fotek, na których błyszczę - stwierdził Hal, wchodząc, po czym stanął nieopodal mężczyzny. - Znalazłeś coś ciekawego?
Roger przytaknął.
- Właściwie to parę rzeczy - powiedział, podnosząc się z kucek. - Na blacie był tylko jeden kieliszek do wina, ale w szafce znaleźliśmy drugi. Wygląda, jakby został pospiesznie opłukany i schowany.
- Jakieś odciski?
- Na obu. Nie wiem jeszcze, czy te same ani czy należą do ofiary. Wyjdzie w laboratorium.
Jeśli dwie osoby piły wino, to Stein musiała znać zabójcę. Czy umył kieliszek tylko po to, żeby zatrzeć odciski palców, a może chciał ukryć fakt, że Stein zginęła z ręki kogoś, kogo dobrze znała?
- Zatem miała gościa.
- Rozmawiałeś z sąsiadką? - zapytał Roger.
- Tak, ale niczego nie słyszała.
- Te mieszkania mają grube ściany - zauważył Sampers. - Dopóki ktoś nie zacząłby krzyczeć, wątpię, żeby cokolwiek dobiegło do sąsiadów.
- To zdecydowanie bogata dzielnica.
- Bez jaj. Przy obecnych cenach w mieście to mieszkanie warte jest ze dwa, może trzy miliony.
Hal gwizdnął pod nosem. Tyle to on mógł zarobić przez całe swoje życie, a ktoś był w stanie zapłacić taką kwotę za około stumetrowe mieszkanie. Bez ustawowej regulacji czynszów w ogóle nie stać by go było na San Francisco. Swój lokal zajmował od szesnastu lat i płacił tysiąc sto siedemdziesiąt pięć dolarów. W dzisiejszych czasach nie wynajęłoby się za tę cenę nawet wnęki w bramie.
- Można by pomyśleć, że przy takich cenach stać ich będzie na lepszy monitoring.
- Racja. Informatycy to sprawdzają. Podejrzewają wirusa. System padł jakiś kwadrans przed trzecią, czyli wtedy, gdy...
- Kiedy recepcjonista kończy pracę - dopowiedział Hal.
- No właśnie.
- Czyli ktoś wpuszcza wirusa i siada cały system. Można niepostrzeżenie wejść i wyjść.
To wskazywało, że ktoś wcześniej to zaplanował, a Hal wiedział, że tego zabójstwa nie dokonano w afekcie. Ktoś to zaaranżował z zimną krwią, co oznaczało, że nie będzie łatwo dojść do sprawcy.
Harris próbował wyobrazić sobie Schwartzman jako żonę mężczyzny, który byłby zdolny do czegoś takiego.
- To nawet nie musi być tak zmyślnie zaplanowane. Według recepcjonisty problemy z wirusami występują tu dość często. Chodzi o coś z nocnymi aktualizacjami i kiepskim antywirusem.
Hal potarł głowę.
- Czyli chcesz powiedzieć, że to nie był celowy atak? To trochę zbyt wielki zbieg okoliczności.
- Z pewnością - zgodził się Roger. - Miało to miejsce kwadrans przed końcem zmiany. Recepcjonista mówił, że próbował dodzwonić się do serwisu, ale kiedy poinformował szefa, że przez tę awarię może zostać dłużej, ten odesłał go do domu. Dzieciak zapewniał, że chętnie by został. Przydałaby mu się kasa za nadgodziny.
Hal jęknął.
- Czyli kamery nie działały przez całą noc.
- Informatycy sprawdzają, czy da się namierzyć źródło wirusa. Może im się uda, ale nie dawali gwarancji.
- Poza kieliszkiem i awarią systemu mamy jeszcze coś wartego uwagi?
- Na razie nie. Zabezpieczyliśmy kwiaty, żeby porównać je z tymi, które dostała doktor Schwartzman. Do tej pory jej bukiet nie był priorytetowy.
Wszyscy skupią się na Schwartzman. Będą porównywać kwiaty, szukać podobieństw, odcisków palców, komórek naskórka, czegokolwiek, co da się zbadać genetycznie. Czegokolwiek, co wskaże podejrzanych.
- To zajmie nam parę dni. Mamy śmietniki z kuchni i łazienek. Przejrzymy je pod kątem odcisków palców i innych dowodów. Na podłodze w kuchni są fragmenty potłuczonego szkła, ale nie ma go w kuble. Posłałem ludzi do przeszukania kontenerów na dole.
- Jeśli dopisze nam szczęście, może trafią na jakieś użyteczne odciski.
- Na to właśnie liczę - stwierdził Roger. - Rozmawiałeś już z siostrą ofiary?
- Jeszcze nie - odparł Hal. - Stein miała wrócić dopiero jutro w południe, więc dała siostrze klucz. Sąsiadka wpuściła ją do budynku domofonem - dodał. - Pogadam z tą dziewczyną.
Mieszkanie niewiele mówiło o ofierze. Hal musiał mieć listę znajomych oraz współpracowników denatki. Ktoś z pewnością coś wiedział. Powinien ruszyć właściwym tropem, ale żeby to zrobić, potrzebował śladu, od którego mógłby zacząć.
Sampers wyjął z kieszeni woreczek.
- Ken to przyniósł.
Hal się odwrócił i spojrzał na znajdujący się w środku paragon.
- Kwit ze stacji benzynowej. Siostra tankowała na Vasco Road w Livermore o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt.
Inspektor wyjął telefon, żeby sprawdzić, jak daleko mieściło się to miasto od mieszkania Stein.
- Już zerknąłem na Google Maps - oznajmił Roger.
Hal opuścił telefon.
- No i?
- Tankowała na godzinę i dwadzieścia pięć minut przed zgłoszeniem, które do nas napłynęło - poinformował Roger. - Przejazd stamtąd zajmuje co najmniej godzinę, może nawet godzinę dziesięć.
Hal schował telefon do kieszeni. Solidne alibi.
- Nie miałaby czasu, żeby tu dojechać, zabić siostrę, posprzątać, ułożyć ciało, wyjść, a potem dać się wpuścić sąsiadce i zadzwonić do nas. Poza tym... - Przypomniał sobie zdjęcie, które pokazał mu Ken Macy; była na nim drobna, skulona na kanapie kobieta.
- Przeczucie podpowiada ci, że to niemożliwe - wtrącił Roger.
- Coś w tym stylu.
- Mnie również.
Hal ufał swojej intuicji. I tej Rogera też. Siostra nie była sprawczynią.
Poszukał w pamięci kogoś, kto by się wyróżniał. Ofiara została specyficznie ułożona, co oznaczało, że sprawca mógł zostać w pobliżu, żeby obserwować reakcje. Naomi sfotografowała stojących na ulicy gapiów, ale większość stała w małych grupkach i miała na sobie piżamy. Najpewniej to sąsiedzi i żaden z nich nie wyglądał podejrzanie.
- Jakieś inne tropy? - zagadnął Roger.
Hal oddał mu woreczek z paragonem, zastanawiając się, kto jeszcze był blisko miejsca zbrodni. Sąsiadka, ale staranne ułożenie ciała sugerowało podtekst seksualny. To nie wyglądało na sprzeczkę dwóch kobiet o to, która z nich podleje kwiatka rosnącego na korytarzu między ich drzwiami.
- Pogadam z recepcjonistami. Jeden ponoć jest nowy. Młody, o imieniu Liam. Potem spróbuję dotrzeć do ludzi z jej pracy, ale w zasadzie nic jeszcze nie mam.
Hal musiał namierzyć byłego męża Schwartzman. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, aby ktoś miał zabić kobietę podobną do swojej byłej żony, a potem ułożyć jej ciało z kwiatami i naszyjnikiem tylko po to, aby nastraszyć lekarkę. Jeśli naprawdę chciał ją przerazić, dlaczego nie włamał się do jej mieszkania? Albo chociaż nie zaatakował kogoś, kogo ona zna? Poza tym, że kobiety wyglądały podobnie i pochodziły z sąsiednich miast, nie było pomiędzy nimi żadnego oczywistego powiązania.
Żółte kwiaty i naszyjnik.
To jednak za mało.
Dwa bukiety trudno uznać za przekonujący dowód. A co do wisiorków, możliwe, że istniały przynajmniej dwa. Schwartzman była przekonana, że tata zaprojektował go dla mamy. Piękna, romantyczna historia, ale niekoniecznie prawdziwa.
A jednak wisiorek nie dawał mu spokoju. Wzór był unikatowy, a obie ozdoby identyczne. Trudno było uwierzyć, że zupełnie przypadkowo ofiara miała taką samą biżuterię jak Schwartzman.
Roger spakował sprzęt do swojego kontenera.
- Dostałem krzyżyk od Hailey. Odezwę się, jak tylko coś ustalę.
- Sprawdźcie oba wisiorki jak najszybciej - poprosił Hal. - Chciałbym wiedzieć, gdzie je wykonano.
Przede wszystkim pragnął wykluczyć możliwość, że zrobiła je ta sama osoba. Bo jeśli tak, to wszystko wiązało się jakoś ze Schwartzman. Miał jednak wielką nadzieję, że to nieprawda. Ponieważ w innym wypadku oznaczało to, że była żoną naprawdę niebezpiecznego typa.
- Dobrze - potwierdził Sampers. - Nadam im najwyższy priorytet.
Hal poklepał go po plecach.
- Dzięki, Roger. A teraz idź spać.
- Ty też.
- Jasne. Spróbuję.
Jednak Hal nie zamierzał się kłaść. Martwił się o Schwartzman. Jeżeli jej były mąż chciał się nią zabawić, po co robić to aż tak ostentacyjnie? Co więcej, czuł w kościach, że coś tu nie gra. To był ten dziwny dyskomfort, jak ten w trzonowcach, gdy zjadło się za dużo cukru albo gdy nie zamierzał godzić się z faktami w trakcie trwającego śledztwa.
Czy to naprawdę była tylko zabawa tego faceta? A jeśli naprawdę toczył tu jakąś chorą rozgrywkę, do czego jeszcze się posunie?