Wstęp
Wstęp
Szwedzki historyk Herman Lindqvist w swojej sztandarowej publikacji
Wazowie. Historia burzliwa i brutalna uznał Annę Wazównę za
najinteligentniejszą kobietę Rzeczypospolitej czasów Zygmunta III Wazy.
Trochę przesadził, bo inteligentnych kobiet w ówczesnym państwie nie
brakowało, ale z całą pewnością bohaterka tej publikacji błyszczała na
tym tle najjaśniejszym blaskiem. Od reszty odróżniała się bowiem
gruntownym wykształceniem, biegłą znajomością sześciu języków i naukowymi zainteresowaniami, pod tym względem przewyższała wielu
mężczyzn, nawet tych, którzy mogli się poszczycić ukończeniem
znamienitych zagranicznych uczelni. Z relacji z epoki wynika, że zarówno
jej ojciec Jan III Waza, jak i starszy brat Zygmunt III Waza często
zasięgali u niej opinii i ufali jej w takim samym stopniu jak
doświadczonym doradcom i politykom płci męskiej. Jako starosta brodnicki
i golubski dowiodła, że białogłowa może być równie dobrym zarządcą dóbr
jak mężczyzna. Mało tego, prowadziła aptekę, w której można było nabyć
wytwarzane przez nią ziołowe leki. Można przypuszczać, że gdyby żyła w innym kraju, byłaby bardziej znana, być może stałaby się bohaterką wielu
utworów literackich, a współcześnie jej biografia mogłaby posłużyć za
kanwę filmu. Kto wie, może nawet uznano by ją za ikonę feminizmu, skoro
w czasach, w których o losie kobiet decydowali mężczyźni, ich ojcowie,
mężowie i bracia, Anna odważyła się iść własną drogą i żyć na własnych
zasadach.
Jak na ironię w Polsce, gdzie przecież spędziła większość życia, jest
mało znana. Pamięć o Annie Wazównie pielęgnowana jest w zasadzie tylko w Brodnicy i Golubiu-Dobrzyniu, miastach, które tak wiele jej zawdzięczały
-?przed brodnicką biblioteką, mieszczącą się w niegdysiejszej rezydencji
królewny, wzniesiono jej pomnik, a na ścianie kamienicy przy ulicy
Paderewskiego 2 można oglądać mural z jej wizerunkiem. W Golubiu-Dobrzyniu zaś, którego starostą z woli swego królewskiego brata
została w 1611 roku, można podobno zobaczyć królewnę, której duch
regularnie nawiedza jej tamtejsze włości. Ale tej zjawy nie trzeba się
bać, bo Wazówna nikomu nigdy nie zaszkodziła, a spotkanie z nią uchodzi
za dobry omen. Świadczy o tym legenda o uratowaniu przez ducha królewny
Polaków uwięzionych podczas potopu przez Szwedów, których Anna miała
wyprowadzić korytarzem wydrążonym pod rzeką Drwęcą. Gdy tylko
uciekinierzy wyszli na zewnątrz, korytarz się zawalił, grzebiąc
ścigających prześladowców. Co roku podczas organizowanego na terenie
zamku balu sylwestrowego można spotkać Wazównę, w której postać wciela
się zawsze aktualna Miss Polski. Jest to jednak drobna nieścisłość, bo
akurat uroda nie była mocnym atutem królewny.
Anna Wazówna została zapamiętana jako siostra królewskiego brata,
którego pomnik, górujący nad Starym Miastem w Warszawie, zna każdy
mieszkaniec stolicy Polski i każdy turysta, który przyjeżdża do tego
miasta. Zarówno Zygmunt III Waza, jak i jego młodsza siostra, której
jest poświęcona ta publikacja, byli członkami dwóch dynastii -?Wazów i Jagiellonów, notabene to właśnie pokrewieństwo z dynastią władającą
przez dwa wieki Rzeczpospolitą było głównym argumentem decydującym o wybraniu Zygmunta na krakowski tron. Pewną ciekawostką jest fakt, że ani
współcześni królowi, ani późniejsi historycy nie uważali za stosowne
używać wobec Zygmunta III i jego synów, a zarazem następców, królów
Władysława IV i Jana Kazimierza, nazwiska Waza. Jako pierwszy uczynił to
dopiero profesor Henryk Wisner (1936-2025). I chociaż w zamyśle uczonego
nie leżało dyskredytowanie tych władców, to w oczach wielu Polaków
królowie ci, podobnie jak sascy Wettinowie, są przedstawicielami obcej,
szwedzkiej dynastii. A przecież ciotka Zygmunta i Anny, a zarazem główna
architektka osadzenia siostrzeńca na tronie Rzeczypospolitej,
przekonując szlachtę do jego kandydatury, nazywała go "ostatnią
latoroślą krwi zacnych Jagiellonów".
Inna sprawa, że Zygmunt nigdy nie wyrzekł się praw do korony szwedzkiej
i całą politykę zagraniczną podporządkował jej odzyskaniu. Co więcej,
wszystko wskazuje na to, że nosił się z zamiarem przekazania, a nawet
odsprzedaży praw do polskiego tronu jednemu z arcyksiążąt habsburskich,
zostawiając swoim poddanym na osłodę inną "latorośl krwi zacnej
Jagiellonów", swoją siostrę, królewnę Annę, którą planował wydać za
Habsburga. Wielu historyków jest zdania, że Rzeczpospolita mogłaby na
tym skorzystać, królewna bowiem przewyższała brata intelektualnie i była
całkiem niezłym politykiem. Tak się jednak nie stało, Anna zaś nigdy nie
wyszła za mąż, poświęcając się swojej największej naukowej pasji -
botanice i farmacji.
O życiu Wazówny w zasadzie niewiele wiemy, poza podstawowymi
informacjami biograficznymi, które możemy znaleźć w każdym jej
encyklopedycznym czy internetowym biogramie. Pisanie jej biografii
przypomina składanie puzzli, czy jak kto woli, jakiegoś zabytkowego
przedmiotu, z którego na skutek zawirowań dziejowych zostały jedynie
skorupy. Wazówna zostawiła po sobie całkiem sporą korespondencję -?jak
dotąd odnaleziono kilkaset listów jej autorstwa -?w przeważającej
większości dotyczą one jednak spraw oficjalnych, związanych z pełnionym
przez nią urzędem starosty brodnickiego i golubskiego. A korespondencja
o bardziej prywatnym charakterze, którą prowadziła z zaprzyjaźnioną
szarą eminencją dworu Wazów Urszulą Meierin, dotyczy głównie chorób i samopoczucia Anny w ostatnim okresie jej życia.
Niewiele także da się wywnioskować ze szwedzkiego utworu o dość miernej
wartości artystycznej, o którego autorstwo podejrzewany jest jej stryj,
Karol Sudermański, i który prawdopodobnie powstał w latach 1604-1620, a więc za życia Wazówny. Jest to bowiem zwyczajny paszkwil,
przedstawiający królewnę w bardzo niekorzystnym świetle, przypisując jej
rozwiązłość seksualną i paranie się czarami. Tam też pojawiają się
nazwiska dwóch mężczyzn, z którymi Annę miało łączyć silne uczucie, a nawet intymne relacje. O ile w przypadku jej ukochanego z lat
młodzieńczych Gustawa Brahego, wydaje się to dość prawdopodobne, to nie
wiadomo, jak sprawa przedstawiała się w przypadku drugiego z jej
domniemanych kochanków, o nie do końca zidentyfikowanej tożsamości.
Część historyków uważa to za wysoce prawdopodobne, ale większość tezę o romansie nawiązanym przez mocno schorowaną księżniczkę kładzie między
bajki.
Jeżeli jednak Rymowana kronika króla Karola IX faktycznie była dziełem
szwedzkiego monarchy, to dowodzi ona jednego -?Karol obawiał się Anny
znacznie bardziej niż jej brata. Ta de facto słaba i cierpiąca na wiele
problemów zdrowotnych kobieta była dla niego znacznie bardziej
niebezpieczna niż król Zygmunt, dysponujący przecież całą siłą zbrojną
Rzeczypospolitej. Nie dość, że Anna była córką króla Jana III Wazy,
który bardzo dobrze zapisał się pamięci poddanych, to była także
luteranką, w dodatku mądrą i niebywale inteligentną. Gdyby zatem, co
spędzało sen z oczu Karola, poślubiła jakiegoś szwedzkiego szlachcica i protestanta, to z łatwością mogłaby sięgnąć po koronę Szwecji, odsuwając
swojego stryja w polityczny niebyt. Należało ją zatem oczernić w oczach
potencjalnych poddanych, ukazując ją jako "szpetną czarownicę", na
dodatek rozwiązłą.
Wiele informacji dotyczących życia Anny i cech jej osobowości możemy za
to pozyskać z panegiryku na jej cześć napisanego przez Martina Opitza na
zamówienie jej bratanka, króla Władysława IV, z okazji ceremonii
pogrzebowej Wazówny w Toruniu. Wprawdzie jest to typowy utwór funeralny,
a jego zasadniczym zadaniem jest opiewanie cnót zmarłej osoby, której
jest poświęcony, ale talent literacki jego autora sprawił, że udało mu
się odmalować bardzo sympatyczny portret Wazówny. Poeta nawet przemycił
informację o jej słabościach, w tym o zamiłowaniu do strojnych sukien,
bogato zdobionych klejnotami. Anna była zresztą właścicielką jednej z najwspanialszych kolekcji klejnotów i biżuterii, która jednak nie
przetrwała do naszych czasów i nikt nie wie, co się z nią stało. Zapewne
została rozkradziona albo, co jest znacznie mniej prawdopodobne, została
po śmierci królewny zmyślnie ukryta w podziemiach brodnickiego zamku,
gdzie wciąż czeka na znalazcę.
Z całą pewnością Anna doradzała swojemu bratu w kwestiach politycznych,
była też urodzoną dyplomatką, czego dowodem jest powierzenie jej
dyskretnego nadzoru nad sprawami państwowymi Szwecji, kiedy Zygmunt
przebywał na terenie Rzeczypospolitej. Pomimo starań królewny unia
Rzeczypospolitej i Szwecji okazała się jednak oparta na zbyt słabych
podstawach, by przetrwać. Ostatecznie Zygmunt przegrał rywalizację o władzę ze swoim stryjem Karolem Sudermańskim, a jego siostra wraz z nim
wyjechała do Polski, gdzie oboje spędzili resztę życia.
Anna w Rzeczypospolitej nie miała łatwego życia, głównie z powodu
swojego wyznania, bo jak wcześniej wspomniano, pomimo że jej brat był
tak gorliwym katolikiem, że jego pobożność ocierała się wręcz o dewocję,
ona do końca życia trwała przy luteranizmie. Wprawdzie zarówno Zygmunt,
jak i jego siostra byli wychowani w katolicyzmie, a na dworze ich
rodziców nie brakowało jezuitów, ale dociekliwa, lubująca się w uczonych
księgach Wazówna uznała, że nauki Lutra są bliższe jej pojmowaniu Boga i wiary, dlatego jako nastolatka zdecydowała się na konwersję na
luteranizm. Mało tego, po przyjeździe do Polski nie zmieniła zdania,
pomimo że większość poddanych jej brata była katolikami, podobnie jak
jego dwie kolejne żony, a od dnia, w którym postawiła stopę na polskiej
ziemi, była namawiana do powrotu na łono Kościoła katolickiego. I to nie
tylko przez swoją drugą bratową, wielką zwolenniczkę kontrreformacji,
królową Konstancję, ale nawet przez papieskich nuncjuszy: po przyjeździe
nad Wisłę każdy z nich prędzej czy później zjawiał się u królewskiej
siostry ze szlachetną misją przekonania jej o wyższości katolickiego
wyznania nad "kacerską herezją", za jaką uważano protestantyzm. Ale ona
była nieugięta. Ten upór w końcu tak zaostrzył sytuację między nią a królową, że konieczne okazało się odseparowanie od siebie obu bliskich
sercu monarchy kobiet. Idealnym rozwiązaniem okazało się przydzielenie
Annie przez króla starostwa brodnickiego, a z czasem także golubskiego,
co pozwoliło królewnie na sporą niezależność finansową. Wazówna tym
samym przetarła nowy szlak dla kobiet, była bowiem pierwszą
przedstawicielką płci pięknej piastującą to stanowisko.
W Brodnicy Anna stworzyła prawdziwy azyl dla swoich współwyznawców, ale
nie tylko, bo prowadziła również aptekę, w której badała rośliny
lecznicze i samodzielnie produkowała rozmaite leki, by potem udostępniać
je okolicznej ludności. Niemal do końca życia uczyła się i systematycznie poszerzała swoją wiedzę, ale także sponsorowała uczonych,
finansując chociażby wydanie ilustrowanego Zielnika Szymona
Syreniusza, monumentalnego dzieła z zakresu botaniki.
Anna zmarła 6 lutego 1625 roku w Brodnicy, pozostawiając po sobie
wdzięczną pamięć mieszkańców podległych jej starostw, a ta publikacja
jest próbą odtworzenia losów oraz osobowości tej niezwykłej damy o naukowych aspiracjach, która poważyła się żyć na własnych warunkach, do
końca życia zachowując niezależność.
1. Rodzinne dramaty
1
Rodzinne dramaty
Wyrodny brat
Mało brakowało, a nie mielibyśmy o kim pisać, bo bohaterka naszej
opowieści mogła się nigdy nie urodzić. Matka Anny Wazówny Katarzyna
Jagiellonka, córka Bony Sforzy i Zygmunta Starego, mogłaby skończyć na
szafocie albo zostać skrytobójczo zamordowana przez własnego szwagra,
ewentualnie zakończyć życie jako żona słynącego z okrucieństwa
rosyjskiego władcy Iwana IV Groźnego. A los jego małżonek był nie do
pozazdroszczenia...
Na szczęście do tragedii nie doszło, chociaż, jak się przekonamy,
niewiele brakowało. Gdyby tak się stało, to brzemię winy spadłoby na
barki starszego brata Katarzyny króla Zygmunta Augusta, ostatniego
przedstawiciela dumnej dynastii Jagiellonów na tronie Rzeczypospolitej
Obojga Narodów. Doprawdy dziwny był to król i człowiek pełen
sprzeczności, do dziś wymykający się jednoznacznej ocenie. Bez wątpienia
monarchę opromieniał blask "złotego wieku", jak potomni nazwali okres
największej świetności Polski, w którym nasza ojczyzna cieszyła się
statusem niekwestionowanego mocarstwa. Rzeczpospolita, pozostająca we
władaniu ostatniego Jagiellona, chwalebnie odstawała od wielu
europejskich krajów, w których codziennością był widok heretyków
płonących na stosach, gdyż państwo Zygmunta Augusta było prawdziwym
azylem dla innowierców. To właśnie nad Wisłą, w państwie, którego władca
mawiał: "Nie jestem królem waszych sumień", znajdowali schronienie przed
prześladowaniami i mogli swobodnie praktykować swoją wiarę. Ale
stworzenie najbardziej tolerancyjnego państwa w Europie i uchronienie
swoich poddanych od widma wojen religijnych nie było jedyną zasługą tego
ostatniego Jagiellona. Zygmunt August przeprowadził też gruntowne
reformy państwa, a przede wszystkim zawarł unię lubelską, doprowadzając
do powstania Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Bez wątpienia Zygmunt
August był pierwszym, a zarazem ostatnim polskim władcą, który prowadził
konsekwentną politykę bałtycką, organizując m.in. flotę kaperską.
Nie wszyscy współcześni historycy rozpływają się w zachwytach nad
dokonaniami monarchy. Wielu, jak chociażby doktor habilitowany Marek
Ferenc, ma mu sporo do zarzucenia. "Mówiono o nim "król dojutrek",
według mnie trafnie, bo ciągle odkładał ważne sprawy, dlatego wielu nie
załatwił. To świadczy o krótkowzroczności i braku
konsekwencji"1. Znacznie gorszą kwestią niż wspomniane
przez historyka "dojutrkowanie" okazało się jednak zaniedbanie przez
władcę sprawy sukcesji tronu, ponieważ z żadnego z trzech małżeństw nie
doczekał się potomstwa, chociaż do końca życia łudził się, iż spłodzi
dziecko z którąś ze swoich licznych kochanek, nie zastanawiając się, jak
zapewni swojemu bastardowi koronę. Trudno nie zgodzić się z doktorem
Ferencem, że Zygmunt August nie przygotował państwa na swoje odejście.
Nie zadbał o właściwe przygotowanie zasad, a dokładniej mówiąc,
regulaminu wolnej elekcji. W ówczesnej Rzeczypospolitej obowiązywała
wprawdzie zasada elekcji viritim, tj. wybór króla z udziałem całej
szlachty, zagwarantowana jeszcze przez jego ojca Zygmunta Starego, ale
pozostałe, bardziej konkretne przepisy sformułowano dopiero po śmierci
ostatniego Jagiellona, pod dyktando magnatów i w wielkim pośpiechu,
przez co nie były one wolne od wad.
Na usprawiedliwienie władcy można dodać, że pomimo trapiących go
rozmaitych schorzeń, ufny w przepowiednię astrologa, który oznajmił mu,
iż umrze w siedemdziesiątym drugim roku życia, sądził, że dożyje właśnie
takiego wieku. A jako że jego ojciec powitał syna, a zarazem następcę
tronu jako pięćdziesięciotrzylatek, potem zaś spłodził jeszcze czwórkę
dzieci, ostatnie w wieku sześćdziesięciu lat, Zygmunt August był pewien,
że jeszcze doczeka się sukcesora. Tymczasem albo gwiazdy oszukały
monarchę, albo astrolog błędnie zinterpretował ich wskazania, król zmarł
bowiem jako niespełna pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, 7 lipca 1572
roku.
Zygmunta Augusta można różnie oceniać jako władcę, ale trzeba przyznać,
że był beznadziejnym, żeby nie powiedzieć wyrodnym, bratem dla swoich
młodszych sióstr. A miał ich trzy: urodzoną w 1522 roku Zofię, młodszą
od niej o rok Annę i najmłodszą Katarzynę, która przyszła na świat 1
listopada 1526 roku. "Przez te dziesięć lat inaczem nie znała, jeno
jakoby mi bratem nie był"2 -?pisała w 1572 roku Katarzyna do swej
średniej siostry Anny, w reakcji na wieść o śmierci brata, dodając
jeszcze: "Jego Królewska Mość przeciwko nam, siostrom swoim, był
srogiego umysłu"3. Pod tą surową oceną króla mogła się podpisać
właściwie każda z jego sióstr, gdyż z żadną z nich nie łączyły go
bliższe relacje i śmiało można twierdzić, iż egocentryczny z natury
Zygmunt chyba nawet nie zauważał ich istnienia. Bliższą więź udało mu
się zawiązać jedynie ze swoją starszą siostrą, najstarszym dzieckiem
Zygmunta Starego i Bony, królewną Izabelą, jeżeli nie najładniejszą, to
z pewnością najinteligentniejszą z królewskich córek.
Izabela była też jedyną z sióstr Zygmunta Augusta, której małżeństwo
obchodziło obojga rodziców. Bona widziała w roli zięcia jakiegoś
francuskiego lub włoskiego księcia, jej mąż natomiast opowiadał się za
kimś ze znienawidzonego przez królową rodu Habsburgów. Ostatecznie
królewna poślubiła Jana Zapolyę, obranego w 1526 roku królem Węgier
przez partię narodową. Małżeństwo z córą potężnego rodu Jagiellonów
miało umocnić jego pozycję na tronie, bo poważnie zagrażali mu
Habsburgowie, którzy rościli sobie prawo do węgierskiej korony. Władca
był starszy od swojej małżonki o przeszło trzydzieści lat, a na dodatek
był bratem pierwszej żony swojego teścia, Barbary Zapolyi. Mając na
uwadze interesy polskie i monarchii Jagiellonów, wydanie najstarszej
córki Zygmunta Starego za Jana Zapolyę nie było dobrym posunięciem, co
dostrzegł nawet agent Mikołaj Lipszyc, który pisał w jednym ze swoich
listów, że małżeństwo owo "można by jeszcze przeboleć, gdyby królewnie
Izabeli oddano w ten sposób dobrą przysługę"4. Dalej donosił
swemu chlebodawcy, że: "nasza Izabela otrzyma bardzo niespokojne
królestwo i do tego poczciwego starego króla, równego mi prawie wiekiem,
gdyż poznałem J.K. Mość jako chłopiec"5. Co więcej, nawet
Stańczyk, królewski trefniś, słynący z ciętego języka i niebywałej
przenikliwości politycznej, nie wierzył w sens tego mariażu, odważył się
zażartować, pytając przewrotnie władcę: "Królu, po cóż ty tam tę córkę
twą do Węgier dajesz? Być ci jej zaś u ciebie: a przeto zbuduj w czas
jej kamienicę tu w Krakowie, żeby miała gdzie mieszkać"6.
Czas pokazał, że były to prorocze słowa, bo zawarte w 1539 roku
małżeństwo trwało wyjątkowo krótko, gdyż Zapolya zmarł 22 lipca 1540
roku, doznawszy rozległego wylewu. Zaledwie piętnaście dni wcześniej
jego królewska małżonka powiła syna i następcę tronu, Jana Zygmunta. W ten sposób siostra Zygmunta Augusta została królową regentką, panującą w imieniu małoletniego syna. Niestety w 1551 roku stało się tak, jak
przepowiedział Stańczyk -?Jagiellonka straciła prawa do tronu na rzecz
Habsburgów i zmuszona była do powrotu do ojczystego kraju, pod
opiekuńcze skrzydła rodziców. Wróciła po pięciu latach, by z woli
opozycji habsburskiej władać Siedmiogrodem jako regentka. Zmarła,
stanowczo przedwcześnie, 15 września 1559 roku, nie zdążywszy się
wykazać w świecie polityki.
Przyglądając się losom młodszych sióstr Zygmunta Augusta, można odnieść
wrażenie, że ich rodzicom zupełnie nie zależało na wydaniu ich za mąż.
Przedsiębiorcza Bona była tak bardzo zaangażowana w próby odzyskania
korony Węgier dla córki i wnuka i zafrasowana małżeńskimi perypetiami
swojego jedynego syna, że nie miała ani czasu, ani tym bardziej serca
dla swoich młodszych córek. O relacjach królowej z Zofią, Anną i Katarzyną świadczy dobitnie fakt, że królewny nie doczekały się własnego
dworu, co było ewenementem na skalę europejską. W rodzinach królewskich
dzieci władców zawsze miały większe lub mniejsze, ale własne dwory, ze
służbą, dwórkami i wszystkimi należnymi atrybutami, bo to świadczyło o ich wysokiej pozycji i dodawało im prestiżu. Tymczasem Zofia, Anna i Katarzyna były obsługiwane przez dworzan i dwórki Bony, mieszkały
wspólnie, niewykluczone nawet, że dzieliły jedną komnatę. Nie znaczy to
oczywiście, że cierpiały niedostatek, wręcz przeciwnie: z zachowanych
rachunków wynika, że niczego im nie brakowało. Wszystkie nosiły bogato
zdobione stroje, na wystrój zajmowanych przez nich komnat, bądź komnaty,
nie szczędzono pieniędzy. Zadbano również o ich należyte wykształcenie -
królewny władały biegle językiem włoskim, znały podstawy niemieckiego
oraz posługiwały się łaciną, a ich ojciec mawiał, że jego córki "z mowy
i obyczaju" są na równi Polkami, jak i Włoszkami. Bona była tak wielką
indywidualnością i cieszyła się u córek takim autorytetem, że dziewczęta
zapewne nawet oddychały pod dyktando matki. Kiedy królowa kogoś darzyła
sympatią, mógł też liczyć na przychylność jej córek, kiedy kogoś nie
lubiła, także i one były wobec niego nieżyczliwe. Ich opinie, o ile w ogóle miały okazje je wyrazić, zawsze były tożsame ze zdaniem matki.
Ale Bona żadnej z nich nie kochała tak bardzo jak Izabeli i Zygmunta.
Zdaniem niektórych przyczyny tej matczynej obojętności wobec
najmłodszych córek należy upatrywać w rozczarowaniu królowej brakiem
urody dziewcząt, gdyż żadna nie wdała się w matkę, która w młodości była
blondwłosą pięknością, olśniewającą nie tylko urodą, ale także
intelektem. Żadnej z królewien nie można było uznać ani za wybitnie
urodziwą, ani za intelektualistkę, może poza najstarszą z całej trójki
Zofią, która inteligencją przyćmiewała dwie najmłodsze Jagiellonki.
Królewny zaniedbywane przez matkę stanowiły nierozłączne trio, a postronni i niezorientowani w rodzinnych relacjach rodziny królewskiej
mogli odnieść wrażenie, że królowa uwielbia swoje córki i nie potrafi
bez nich egzystować, bo towarzyszyły jej zawsze i wszędzie. Kiedy
siedziała na tronie, one zawsze stały za nią, pięknie wystrojone i wyniośle milczące. W dodatku nosiły identyczne suknie i taką samą
biżuterię, Bona bowiem traktowała je jak trojaczki. Pewnym
usprawiedliwieniem zaniedbania kwestii zamęścia córek była choroba
króla, który na starość popadł w demencję, i związane z tym
zaangażowanie monarchini w opiekę nad schorowanym małżonkiem oraz
przejęcie przez nią obowiązków władcy. Bona nie miała po prostu czasu,
by szukać odpowiednich kandydatów na mężów na obcych dworach.
A można było to zrobić wcześniej, kiedy Zygmunt Stary był jeszcze w dobrej kondycji. Wszak kiedy najstarsza z jego córek opuszczała rodzinny
dom, Zofia, druga pod względem starszeństwa, miała już siedemnaście lat,
a więc była w wieku, w którym mogła, a nawet powinna iść w ślady
starszej siostry i założyć własną rodzinę. Jej rodzice wprawdzie nie
poczynili żadnych kroków w tym kierunku, ale o krewną zatroszczył się
jej kuzyn ze strony ojca, książę pruski Albrecht Hohenzollern, który
chciał ją wyswatać z królem Anglii Henrykiem VIII.
Czterdziestoośmioletni monarcha był wówczas wdowcem, bo jego trzecia
żona, matka następcy tronu, Jane Seymour, od trzech lat spoczywała w grobie, podobnie jak jej poprzedniczki w życiu i łożu króla. Zabiegi
matrymonialne pruskiego władcy zakończyły się jednak niepowodzeniem, co
chyba wyszło na dobre polskiej królewnie.
Zofia straciła kolejną szansę na małżeństwo osiem lat później, kiedy o jej rękę ubiegał się niedoszły architekt jej mariażu z Henrykiem VIII,
owdowiały Albrecht Hohenzollern. Prawdę mówiąc, Zofia była jego drugim
wyborem, bo książę pragnął poślubić Katarzynę, najmłodszą, a zarazem
najładniejszą córkę swojego wuja Zygmunta Starego, ale ponieważ strona
polska nie chciała wydać młodszej siostry przed starszymi, Albrecht
ostatecznie poprosił o rękę Zofii. Mariaż ten byłby korzystny zarówno
dla Polski, jak i dla księcia. Cesarz Karol V nie uznał bowiem ani
sekularyzacji Zakonu, ani Albrechta jako władcy Prus, które były wszak
lennem Rzeczypospolitej. Obawiając się wypowiedzenia wojny przez
Habsburgów, Albrecht chciał związać się małżeństwem z Jagiellonami i mieć w nich sojuszników.
Zalotnik Zofii miał już wprawdzie pięćdziesiąt osiem lat, ale królewna
nie wybrzydzała, bo jako dwudziestosześciolatka była już według
tamtejszych standardów uważana za starą pannę posuniętą w latach.
Dziadek Zygmunta Augusta ze strony ojca, Kazimierz Jagiellończyk,
obdarzony sporą gromadką dzieci, wydał za mąż swoją najstarszą córkę,
królewnę Jadwigę, kiedy miała lat osiemnaście, jej młodsze siostry,
Zofia i Anna, zmieniły stan cywilny jako piętnastolatki. Wyjątkiem była
księżniczka Elżbieta, najmłodsza, a zarazem ukochana córka władcy i jego
żony Elżbiety Rakuszanki, którą wydał za mąż jako bez mała
trzydziestotrzyletnią kobietę. Zygmunt Stary, który zanim związał się z Boną Sforzą, miał już dwie córki z poprzedniego małżeństwa z Barbarą
Zapolyą, Jadwigę i Annę -?pierwszą wyswatał w dwudziestej drugiej
wiośnie życia, drugiej nie było dane dożyć dojrzałego wieku, bo zmarła
jako niespełna pięcioletnia dziewczynka.
Z mariażu Zofii z pruskim władcą ostatecznie nic nie wyszło, o co w zasadzie można by obwinić jej brata, był to bowiem czas, kiedy Zygmunt
August walczył o uznanie małżeństwa z miłością swego życia, Barbarą
Radziwiłłówną. Stary król, z niepokojem obserwujący rozwój sytuacji,
obawiał się, że wydając córkę za pruskiego księcia, zachęci
skonfliktowaną z jego synem szlachtę do ofiarowania korony Albrechtowi,
przez matkę spokrewnionemu z Jagiellonami. W sukurs władcy przyszedł
polski Kościół, którego hierarchowie ostro zaprotestowali przeciwko
małżeństwu katolickiej królewny z protestanckim księciem. Odtrącony
Albrecht, już po śmierci swego wuja i niedoszłego teścia, ożenił się z księżną brunszwicką Anną Marią, a Zofia nadal pozostawała w panieństwie.
Córki Bony i Zygmunta, trzymane z dala od zagadnień państwowych,
niewiele wiedziały o sprawach, które zaprzątały głowę ich matki.
Głównymi zajęciami królewien były robótki ręczne oraz modlitwy, a modliły się długo i często, bo wiedziały, że innowiercy w Polsce coraz
głośniej upominają się o swoje prawa, dlatego starały się bronić
katolicyzmu, wznosząc modły do Boga. W efekcie bywało, że w kościelnych
ławach przesiadywały tak długo, że w końcu odbiło się to negatywnie na
ich zdrowiu i popadły w chorobę. A kiedy urażona poczynaniami syna Bona
wyniosła się na Mazowsze, zabrała całą trójkę ze sobą. Przeprowadzka
królowej zdecydowanie wyszła na dobre tej dzielnicy, ale niekoniecznie
było to korzystne dla królewien, które oddaliły się jeszcze bardziej od
brata.
Na domiar złego Bona, skłócona z synem, postanowiła wyjechać z Polski i osiąść w rodzinnym księstwie Bari. Jej córki miały zostać w kraju, poza
Zofią, którą w lutym 1556 roku wydała za księcia brunszwickiego Henryka
II. Księstwo brunszwickie nie było potężnym i liczącym się w Europie
państwem, lecz jednym z pomniejszych księstw Rzeszy. Niemiecki władca
liczył, że przez małżeństwo z Jagiellonką zbliży się do Rzeczypospolitej
i w przypadku ewentualnego konfliktu z Hohenzollernami, bądź innymi
książętami protestanckimi, będzie mógł liczyć na wsparcie wojskowe. Nie
był to zatem mariaż godny córy Jagiellonów, w dodatku kobiety tej miary
co Zofia, bo wychodząc za pomniejszego księcia Rzeszy Niemieckiej, nie
miała nawet cienia szansy, by odegrać jakąś poważniejszą rolę w historii. A szkoda, bo gdyby znaleziono jej godniejszego małżonka, z pewnością mówilibyśmy o niej jako o jednej z najwybitniejszych postaci
swoich czasów.
Co ciekawe, mimo że była żoną udzielnego księcia Rzeszy Niemieckiej,
Zofię do końca życia w listach z ojczystego kraju tytułowano "Miłościwą
Królewną". Jak wyjaśnia Paweł Jasienica: "Godność najwyższa nie mogła
ustąpić miejsca niższej. Nawet ślub kościelny dokonać tego nie był
władny. [...] Córkę pomazańca dożywotnio opromieniał blask berła. Mogła
tylko pójść w górę, sama zostając monarchinią, nigdy w dół. Kwestia
tytulatury feudalnej, to jakby klucz do jednego z szyfrów
historii"7. Przy okazji warto dodać, że tytuły "królewna" i "królewicz" istnieją wyłącznie w nomenklaturze polskiej i nie mają
odpowiednika w innych językach, w których zarówno córki i synów książąt,
jak i koronowanych królów nazywa się po prostu "księżniczkami" i "książętami". Bywa również, że wobec tych ostatnich używa się określenia
"księżniczki i książęta krwi", zaś córki cesarskich władców z dynastii
habsburskiej nazywane są "arcyksiężniczkami", a ich synowie
"arcyksiążętami".
Wydawszy Zofię za mąż, Bona wyjechała do Bari. Być może nawet chciała
zabrać dwie młodsze córki ze sobą, ale po pierwsze nie wiedziała, jaką
sytuację zastanie w swoim rodzinnym Bari, a po drugie wyjazd królewien
generowałby dodatkowe koszty. Poza tym na wyjazd Katarzyny i Anny
zapewne nie zgodziłby się Zygmunt, i to bynajmniej nie dlatego, że nagle
obudziłyby się w nim braterskie uczucia, lecz byłaby to kolejna okazja,
by dokuczyć matce, z którą był od dawna skonfliktowany. Bona opuściła
Rzeczpospolitą, zabierając ze sobą cały swój ruchomy majątek, a przedtem
wysłała do Włoch część klejnotów i pieniędzy. Podobno jej syn planował
nawet napad na transport matczynych skarbów, ale ostatecznie nic z tego
nie wyszło. Bona swój wyjazd tłumaczyła koniecznością kuracji chorych
oczu, zapewniając, że wróci, kiedy tylko jej się polepszy, ale nikt w to
nie wierzył. Nigdy już nie zobaczyła ani swojego ukochanego Mazowsza,
ani Wawelu, ani córek, o wyrodnym synu nie wspominając. Zmarła 19
listopada 1557 roku, otruta przez dworzanina Jana Wawrzyńca Pappacodę,
działającego z polecenia Habsburgów.
Kiedy ich matka wyruszała w podróż do Bari, a Zofia, świeżo upieczona
mężatka, wyjeżdżała do księstwa brunszwickiego, Anna i Katarzyna były
już w dość zaawansowanym wieku: Anna skończyła dwadzieścia dziewięć lat,
a najmłodsza Katarzyna dwadzieścia sześć. I żadna nie była pięknością,
chociaż młodsza z królewien uchodziła za ładniejszą, a dodatkowym atutem
była figura, według ówczesnych przekonań sugerowała łatwość zajścia w ciążę i dawała nadzieję na liczne potomstwo. Urok królewny zadziałał na
arcyksięcia Ferdynanda, brata cesarza Maksymiliana i Katarzyny
Habsburżanki, trzeciej żony Zygmunta Augusta, który w 1553 roku
uczestniczył w trwających aż dziesięć dni uroczystościach ślubnych
Katarzyny i polskiego monarchy. Wówczas, jak zauważyli dworzanie, książę
najwyraźniej "był serce przysłonił"8 ku najmłodszej siostrze
królewskiej. Nie tylko otwarcie ją adorował, ale nawet ostentacyjnie
składał jej dary. Jego zabiegi nie uszły uwadze królowej Katarzyny,
która całym sercem poparła projekt mariażu polskiej królewny ze swoim
bratem. Tymczasem jej mąż stanowczo oświadczył, że nie wyda młodszej z sióstr przed starszą Anną, którą akurat w tym czasie nikt nie był
zainteresowany. Plany matrymonialne spaliły zatem na panewce.
Po śmierci Zygmunta Starego, która nastąpiła 1 kwietnia 1548 roku,
obowiązek wydania młodszych sióstr za mąż spadł na jego następcę, króla
Zygmunta Augusta, który się jakoś do tego nie palił. Królewny wciąż
mieszkały w Warszawie, otoczone stosunkowo niewielkim dworem, a monarcha
nie utrzymywał z nimi żadnego kontaktu. Był wówczas bardzo nieszczęśliwy
i przeraźliwie samotny, w dodatku pogrążał się w rozpuście. Jego
małżeństwo z Katarzyną okazało się nieudane, bo chora na epilepsję
królowa nie mogła mu dać potomka i z czasem budziła w nim jedynie
wstręt. Monarcha nie odwiedzał już jej alkowy, spędzając noce w otoczeniu kochanek. To, co było słabością króla, paradoksalnie okazało
się korzystne dla jego sióstr, których wartość na rynku matrymonialnym
znacznie wzrosła pomimo ich zaawansowanego, przynajmniej jak na ówczesne
standardy, wieku. Unieważnienie małżeństwa z Habsburżanką, o co usilnie
zabiegał Zygmunt August, graniczyło z cudem, a to oznaczało, że nie
doczeka się dziecka z legalnego związku i nie będzie miał następcy. To z kolei generowało realne szanse na koronę dla męża którejś z jego sióstr,
bo chociaż w Rzeczypospolitej króla obierała szlachta, to wszyscy
wiedzieli o jej przywiązaniu do dynastii Jagiellonów.
Istniał jeszcze jeden aspekt, który przyciągał kolejnych adoratorów:
obie królewny odziedziczyły sporą część majątku Bony, którą mogły wnieść
w posagu, a to znacznie podnosiło ich wartość w oczach potencjalnych
adoratorów. Król musiał zdawać sobie z tego sprawę, dlatego ściągnął
obie siostry na wileński dwór, bo Wilno było jego ukochanym miejscem na
ziemi i przebywał tam znacznie częściej niż w nielubianym Krakowie.
Szwedzkie zaloty
Wieści o dwóch królewnach tkwiących w staropanieństwie, a w zasadzie o ich potencjalnym posagu, dotarły do cara Rosji Iwana IV Groźnego. W 1560
roku wysłał w charakterze swatów dwóch posłów, Sukina i Fiodora, przy
czym polecił im wybrać ładniejszą z sióstr, bo władca był czuły na
kobiece wdzięki. W tym celu należało oczywiście dokonać oględzin
królewskich sióstr, ale nikt nie zamierzał wystawiać Jagiellonek na
pokaz niczym rasowych klaczy. Istnieją dwie wersje mówiące o tym, w jaki
sposób wysłannicy cara mogli obejrzeć kandydatki na żonę swego
chlebodawcy -?według jednej z nich pozwolono im zajrzeć przez niewielkie
okienko do komnaty, w której obie królewny przędły kądziel, w dodatku
przy dość słabym oświetleniu. Był to oczywiście zabieg celowy, bo w takim mdłym świetle starsza z nich wyglądała młodziej i korzystniej.
Ksiądz Piotr Myszkowski, ówczesny kanonik krakowski i gnieźnieński,
uznawany za trzeciego człowieka w Rzeczypospolitej, twierdził natomiast,
że widział obu posłów obserwujących Annę i Katarzynę modlące się w kaplicy św. Kazimierza.
Niezależnie od tego, kiedy i gdzie oglądali królewskie siostry, to
Katarzyna bardziej im się spodobała i to o jej rękę poprosili w imieniu
cara, co nie wywołało niczyjej radości. Co więcej, na samą myśl o wysłaniu którejkolwiek z królewien do Moskwy wielu jeżyły się włosy na
głowie. Iwan słynął bowiem z niebywałego okrucieństwa, a w Rzeczypospolitej krążyły o nim straszliwe opowieści: mówiono, że swoim
wrogom każe jeść mięso ich dzieci, a mięsem niewolników karmi
niedźwiedzie w swojej menażerii. Niewiele w tym było przesady, bo car
dopuszczał się naprawdę straszliwych zbrodni, a o jego okrucieństwie
przekonały się również jego żony, z których trzy zostały otrute, jedna
odesłana do klasztoru, inna zaś zabita z rozkazu cara i wrzucona do
wody. Na szczęście dla Katarzyny posłowie zostali odprawieni z kwitkiem,
ale rosyjski władca potraktował to jak zniewagę i nigdy nie zrezygnował
z planów poślubienia Jagiellonki.
W końcu jednak pojawili się kandydaci, na których Zygmunt August
spojrzał bardziej przychylnym okiem: Jan i Magnus, książęta ze
szwedzkiej dynastii Wazów, przyrodni bracia ówczesnego króla Szwecji
Eryka XIV. Z woli poprzedniego monarchy i ojca książąt, Gustawa I Wazy,
wszyscy jego synowie otrzymali we władanie dziedziczne księstwa. I tak
najstarszemu, Erykowi, przypadło księstwo w południowej części kraju, ze
stolicą w Kalmarze, Janowi -??bo, Kumog?rd oraz Raseborg w Finlandii,
jak również Wyspy Alandzkie, Magnusowi -?Dalsland Östergötland oraz
Västergötland w południowo-zachodniej Szwecji, a najmłodszemu, Karolowi
-?Södermanland, Närke i Värmland w środkowej Szwecji. Drugi pod względem
starszeństwa syn Gustawa objął we władanie nadane mu przez ojca księstwo
jeszcze za życia króla, w stosunkowo młodym wieku, bo jako
osiemnastoletni młodzieniec, ale okazał się nadspodziewanie dobrym
gospodarzem. Finlandia wprawdzie nie była w pełni niezależnym państwem,
formalnie stanowiła bowiem część Szwecji, a władający nią książę nie
mógł samodzielnie prowadzić polityki zagranicznej, za to nosił książęcy
tytuł i dysponował własnym wojskiem. Niewątpliwym sukcesem młodego
księcia było stworzenie administracji wzorowanej na szwedzkiej, jak
również ustanowienie rady, pełniącej funkcję czegoś na kształt
współczesnego rządu, w której skład weszli członkowie najznamienitszych
rodów fińskich. Bezpośrednio po objęciu władzy książę objechał swoje
włości, odwiedzając tereny, do których wcześniej nie dotarł żaden
szwedzki monarcha.
Trzeba przyznać, że Jan otrzymał staranne wykształcenie i został
wychowany na renesansowego władcę z prawdziwego zdarzenia. Zarówno on,
jak i jego bracia uczyli się już od szóstego roku życia pod czujnym
okiem najlepszych pedagogów sprowadzonych na szwedzki dwór z Niemiec, a program ich edukacji nie odbiegał od programu kształcenia wszystkich
synów ówczesnych władców europejskich: chłopcy uczyli się zatem łaciny,
jak również poznawali zagadnienia z dziedziny przyrody, ziołolecznictwa,
a nawet astrologii, którą interesował się zwłaszcza starszy brat Jana
Eryk. Nawiasem mówiąc, z woli króla obaj książęta, których różnica wieku
wynosiła cztery lata, mieszkali w jednej komnacie, co w zamiarach ojca
miało zagwarantować wytworzenie między nimi silnej, braterskiej więzi.
Jak się przekonamy, ten szczytny zamysł jednak się nie powiódł, chociaż
chłopcy rzeczywiście spędzali wiele czasu razem. O ile jednak starszy z braci bardzo lubił ćwiczenia fizyczne, począwszy od strzelania z kuszy,
a na fechtunku kończąc, a także grę w piłkę, młodszy przesiadywał
głównie nad książką, co bardzo martwiło jego ojca. Król obawiał się, że
lektury i brak ruchu wpędzą go w końcu w melancholię, jak w owych
czasach nazywano depresję. Obaj książęta biegle władali łaciną,
niemieckim i francuskim, a Jan mówił również po angielsku, gdyż we
wczesnej młodości przez pewien czas przebywał w Londynie. Ale o angielskiej wyprawie księcia opowiemy szerzej nieco później.
Król Gustaw troszczył się również o dobry ożenek swoich synów -?w jego
mniemaniu najbardziej godną małżonką dla Eryka byłaby jakaś niemiecka
księżniczka, ze wskazaniem na córkę Filipa Heskiego lub bratanicę
księcia Saksonii, w roli żony dla Jana widział zaś którąś z sióstr
Zygmunta Augusta, władającego wciąż potężną Rzeczpospolitą. Tymczasem
Jan ulokował uczucia w swojej metresie Karin Hansdotter, niegdysiejszej
damie dworu królowej Katarzyny Stenbock, trzeciej żony Gustawa I. Para
nawiązała romans jeszcze w Sztokholmie, a książę ściągnął ukochaną,
która w tym czasie urodziła ich córkę, do ?bo. Kiedy dziewczynka
przyszła na świat, jej ojciec był jeszcze bardzo młody, miał bowiem
dopiero dziewiętnaście lat. Karin, z woli kochanka otoczona własnym
dworem niczym udzielna księżna, pełniła tam de facto funkcję
nieformalnej małżonki władcy i pani na włościach. Urodziła swojemu
kochankowi jeszcze troje dzieci -?dwóch synów i córkę.
Tymczasem Eryk, mając w głębokim poważaniu ojcowskie plany matrymonialne
dotyczące jego osoby, zdecydował się ubiegać o rękę... młodszej córki
niesławnego Henryka VIII, królowej Elżbiety, zasiadającej na tronie
Anglii od 1559 roku i cieszącej się opinią najpiękniejszej kobiety
Europy. W dodatku, co w przypadku księcia lubującego się w rudowłosych
damach było nie do przecenienia, po swoim ojcu władczyni odziedziczyła
właśnie taki płomienny kolor włosów. Ambitne plany Eryka nie spotkały
się z przychylnością jego królewskiego ojca, który uznał pomysł
małżeństwa z angielską królową za zupełnie niedorzeczny i co ważniejsze,
stanowczo zbyt kosztowny, ale uparty książę postawił na swoim. Gustaw
ostatecznie skapitulował i wysłał do Londynu poselstwo, na którego czele
stanął książę Jan. Prawdę mówiąc, zarówno monarcha, jak i Eryk nie mogli
wybrać lepszego kandydata na posła w tej delikatnej sprawie, bo młodszy
z książąt nadawał się jak nikt inny do reprezentowania potencjalnego
narzeczonego władczyni. Był przystojny, miał 176 centymetrów wzrostu, co
w dobie renesansu wystarczyło, by uchodzić za wysokiego, inteligentny
oraz elokwentny, świetnie tańczył i był muzykalny.
Był jednak pewien, dość poważny problem -?wyprawa na Wyspy oznaczała
duże wydatki, co przyprawiało o ból głowy króla Gustawa, którego
oszczędność graniczyła ze skąpstwem. W dodatku musiał sięgnąć po swoje
żelazne zapasy, które od lat gromadził w tzw. srebrnej komnacie,
znajdującej się w północnej części zamku Gripsholm, rezydencji królów
szwedzkich, znajdującego się nad jeziorem Melar. 8 lipca 1599 roku
książę Jan osobiście pofatygował się do wspomnianej komnaty i pokwitował
odbiór przeszło dwudziestu sześciu tysięcy talarów, zaś 5 sierpnia
otrzymał kolejne osiemnaście tysięcy. Ale to nie wszystko, bo 2 sierpnia
odebrał wyroby futrzarskie, a dzięki zachowanym zapisom jednego z królewskich urzędników wiemy, że ojciec przeznaczył "na angielską
podróż" swojego syna "4 futra z rysia, 36 futer z lisa i osiem białych
futer z lisa górskiego"9. Jan i jego świta otrzymali później
dodatkowo 7 futer ze żbika, jak również "czerwone i czarne futra
sobolowe, a także kilka "odpowiednich" futer z kuny, kilka futer z wilka
i futra bobrowe, jak również trochę innych futer o łącznej wartości 2210
talarów"10. Ale to nie wszystkie wydatki, bo przecież trzeba
było wyposażyć grupę okrętów wojennych, na których Jego Książęca Mość
oraz jego dwustuosobowa świta mieli wyruszyć na morze, a to też dużo
kosztowało. W dodatku Jan w Londynie miał działać na własną rękę i prosząc o rękę księżniczki dla brata, musiał pamiętać, że reprezentuje
Szwecję, a więc dbać także o żywotne interesy swojej ojczyzny. Jego
ojciec niemal do dnia wyjazdu zamęczał go instrukcjami i zaleceniami,
polecając mu, aby pod żadnym pozorem nie podpisywał żadnych umów i porozumień, które naruszałyby ustawę o dziedziczeniu tronu z 1544 roku,
jak również inne obowiązujące w Szwecji prawa, a przede wszystkim -?żeby
nie zgadzał się na dziedziczenie tronu przez kobietę. Król zalecił także
synowi, aby ostrożnie wydawał pieniądze, i na wszelki wypadek wysłał z nim swojego zaufanego człowieka, a zarazem wuja księcia, Stena Erikssona
Leijonhufvuda.
Zgodnie z obyczajem dyplomatycznym w lipcu do Anglii wysłano
kilkuosobową delegację z zadaniem przygotowania wizyty, w której skład
weszło nie tylko kilku dostojników szwedzkich, ale także jeden francuski
dyplomata, umiejętnie poruszający się na europejskich dworach, Charles
de Mornay, który już kiedyś odwiedził Elżbietę. 11 września, kiedy
wszystkie formalności pomyślnie załatwiono, flotylla statków z Janem na
pokładzie wyruszyła w rejs, by po pięciu dniach dobić do portu w Harwich. Zanim książę i jego świta udali się do Londynu, Jan wysłał
swojego dworzanina do Ipswich z zadaniem kupna odpowiednich strojów dla
siebie i towarzyszącej mu świty, co kosztowało 69 talarów. Wydatek się
opłacił, bo kiedy 4 października Jan wraz z towarzyszącymi mu
dostojnikami wkroczył do Londynu, zrobił naprawdę oszałamiające
wrażenie. Chcąc zachować się z klasą, hojną ręką rozdawał datki
zgromadzonym tam ubogim. Gdyby jego ojciec widział taką rozrzutność, z pewnością wyrywałby włosy z głowy.
A czas pokazał, że to nie były wszystkie wydatki księcia. Jan wraz z towarzyszącą mu świtą zamieszkał w pałacu biskupa Winchesteru, na
południowym brzegu Tamizy, gdzie czterdzieści lat później powstanie
słynny szekspirowski Globe Theatre. Swoją drogą Anglicy mieli dość
osobliwe pojęcie o gościnności, skoro stan lokum, w którym zakwaterowano
dostojnych gości, wołał o pomstę do nieba. Na polecenie Jana szklarze
wstawili szyby w oknach pałacu, a po przyjeździe książę musiał zatrudnić
dwie kobiety do mycia podłóg i wypożyczyć, oczywiście odpłatnie, aż
trzydzieści pięć łóżek. Musiał również zatrudnić praczki do prania ubrań
i nie szczędził pieniędzy na kosztowne prezenty dla angielskich
urzędników.
Ale młody książę wiedział, co robi, bo dbając o swój image, dbał
jednocześnie o wizerunek kraju, który reprezentował, jak również o wizerunek swego brata. Młody władca rzeczywiście wywarł na Anglikach
wyjątkowo dobre wrażenie. "Jest tu teraz książę Finlandii, który w imieniu swojego brata zabiega na drodze dyplomatycznej, aby wspomóc jego
starania o rękę królowej -?pisał sekretarz Elżbiety, a zarazem jej
zaufany doradca William Cecil. -?Jest bardzo grzeczny, a jednocześnie
szczodry, jak na władcę przystało, choć bywa też oszczędny, jeśli
zachodzi taka potrzeba. Mówi dobrze po łacinie. I tylko Bóg jeden wie,
jak mu się powiedzie"11. Inny dworzanin odnotował natomiast,
że szwedzki książę "sprawia wrażenie osoby obdarzonej darem wysławiania
się. Bije od niego pewien majestat, bo trzyma się prosto, jest wysokiego
wzrostu i ma jasną cerę, jego ruchy i gesty są eleganckie; jeśli zaś
chodzi o twarz, widać na niej powszechny dla tego ludu defekt, a mianowicie, że nos jest zbyt krótki, a górne zęby trochę za
długie"12.
Trzeba przyznać, że Jan miał dość trudne zadanie, gdyż w owym czasie na
angielski dwór przyjechali również posłowie Habsburgów zabiegający o rękę królowej w imieniu austriackiego arcyksięcia Karola. A jednak
Szwedzi mieli asa w rękawie -?Eryk bowiem starał się o względy Elżbiety,
zanim jeszcze zasiadła na tronie, a jej los był niepewny, gdyż
podejrzana o knucie przeciwko siostrze przebywała w więzieniu. Królowa
przyznała, że brat Jana wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chodzi mu o nią, a nie o tron Anglii, co dawało mu przewagę nad innymi konkurentami.
Mając nadzieję na pozytywny rezultat swojej misji, Jan postanowił kuć
żelazo póki gorące i złożył propozycję uregulowania relacji między
Szwecją a Anglią, gdyby mariaż Elżbiety i Eryka doszedł do skutku. Oba
państwa miały zawrzeć unię personalną, przy czym Jan przyrzekł, że zanim
jego brat postawi stopę na angielskiej ziemi, zostanie koronowany na
króla Szwecji, dzięki czemu zrówna się statusem ze swoją przyszłą żoną.
Obiecał ponadto, że po przyjeździe Eryk wręczy Elżbiecie dar w wysokości
czterdziestu tysięcy talarów, a potem będzie łożył na utrzymanie swojego
angielskiego dworu i bez zgody królowej nie opuści Anglii. Przyrzekł
również, że oba państwa zachowają wprawdzie niezależność polityczną, ale
zwiążą się sojuszem obronnym. Na mocy jego postanowień, w przypadku
gdyby jedno z państw znalazło się w konflikcie zbrojnym z innym
państwem, drugie wesprze je wojskiem liczącym od sześciu do ośmiu
tysięcy ludzi oraz dostarczy okręty, które dowiozą tę armię na miejsce.
Trzeba przyznać, że młody Waza poczynał sobie całkiem śmiało, bo jego
ojciec z całą pewnością nie przystałby na takie porozumienie. Ale książę
mógł sobie na to pozwolić, ponieważ wuj, którego wysłał szwedzki
monarcha, aby pilnował jego poczynań, na początku listopada wyjechał do
Szwecji, by zdać raport królowi z dotychczasowego przebiegu misji. Jan
miał zatem wolną rękę i był przekonany, że wszystkie zawarte przez niego
porozumienia służą dobru Szwecji; nawet nie przypuszczał, iż w przyszłości odbiją się mu czkawką, a wręcz zagrożą jego życiu i życiu
jego bliskich.
Jan nad Tamizą zrobił bardzo dobre wrażenie na dworze i na monarchini,
która po latach przyznała, że wobec szwedzkiego gościa zachowywała się w sposób przekraczający przyjęte wówczas dyplomatyczne konwenanse. I trudno jej się dziwić, bo wprawdzie Elżbieta nigdy nie wyszła za mąż,
ale miała słabość do przystojnych młodzieńców, a do takich niewątpliwie
zaliczał się Waza. W dodatku młody książę błyskawicznie opanował mowę
Szekspira i nauczył się grać w tenisa, który był ulubionym sportem
angielskiej arystokracji, jak również ulubioną grą poprzedniego władcy,
ojca Elżbiety, Henryka VIII. Popisał się także sztuką dyplomacji,
omawiając przed angielskimi dostojnikami projekt unii personalnej i naświetlając korzyści, które przyniesie Anglii potencjalne małżeństwo
jego brata z Elżbietą. Niestety nawet osobisty urok Jana nie przekonał
królowej do przyjęcia oświadczyn Eryka, gdyż monarchini nie zamierzała
wychodzić ani za Eryka, ani za nikogo innego. Swoich poglądów nie
wyjawiła Janowi, dyplomatycznie oświadczając księciu, że nie może
poślubić człowieka, którego nigdy nie widziała.
Mimo że misja się nie udała, książę wrócił do domu zadowolony, zwłaszcza
że nie zjawiał się z pustymi rękoma: przywiózł bowiem kufry wypełnione
po brzegi rozmaitymi modnymi ubraniami, których w Szwecji nigdy nie
widziano, jak również dmuchane piłki do gry, rakiety i piłeczki do
tenisa. Do Skandynawii trafił też w jego bagażu nieznany tam wcześniej
rodzaj broni białej -?rapiery -?oraz... widelce. Ojciec Jana całkiem
słusznie uznał jego misję za fiasko, ale Eryk nie stracił nadziei na
poślubienie angielskiej władczyni -?był przekonany, że gdy pokaże się w Londynie osobiście, Elżbieta zakocha się w nim bez pamięci. Na razie
jednak za morze się nie wybierał, znajdując radość i pocieszenie się w ramionach licznych kochanek.
Gustaw I Waza zmarł 29 września 1560 roku, przeżywszy sześćdziesiąt
cztery lata, ale nie doczekał się ślubu żadnego ze swoich synów. 29
czerwca następnego roku jego najstarszy syn Eryk koronował się na króla
w katedrze w Uppsali, urządzając z tej okazji najwspanialszą ceremonię
koronacyjną w dotychczasowych dziejach swojej ojczyzny. I wkrótce potem,
w celu umocnienia swojej władzy, przeforsował w Riksdagu, szwedzkim
parlamencie, ustawę ustalającą jego zwierzchnictwo nad wszystkimi
księstwami wchodzącymi w skład monarchii. Władający nimi książęta, z księciem Finlandii Janem na czele, złożyli na dokumencie podpisy.
Wprawdzie Janowi od jakiegoś czasu marzyła się niezależność, ale nie
chciał wchodzić w konflikty ze swoim królewskim bratem, zwłaszcza że
planował ożenek, który mógł mu pomóc tę niezależność osiągnąć. Wciąż
kochał swoją Karin, ale obowiązki władcy przeważyły w nim nad uczuciami
i Jan nie zamierzał jej poślubić. Wiedział, że jako książę musi ożenić
się z księżniczką krwi, a nawet miał już upatrzoną kandydatkę na żonę,
była to Katarzyna, najmłodsza siostra Zygmunta Augusta. Zawczasu wysłał
na dwór Jagiellonów swoich posłów, od których dowiedział się, że młodsza
z królewien przewyższa urodą starszą. Fakt, że Jagiellonki były od niego
znacznie starsze (różnica wieku między nim a Anną wynosiła czternaście,
zaś między nim a Katarzyną jedenaście lat), nie miał w tym przypadku
żadnego znaczenia. Ważne było jedynie, że obie były jeszcze w wieku, w którym mogły zajść w ciążę i urodzić dziecko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki