Anna w Nowym Jorku. Czyli życie z (ob) ciachem - Gitty Daneshvari


Reflow text when sidebars are open.
Przyszłam na świat jako pokorna poddana w królestwie nieudaczników, w tym piekle, z którego zbiegło naprawdę niewielu, a jeszcze mniej uprawiało seks. Przez trzynaście okropnych lat moje nieudacznictwo określało mnie w oczach świata. Byłam nieatrakcyjną, nieśmiałą dziewczyną, obawiającą się wszelkich kontaktów towarzyskich z rówieśnikami. Nie miałam też żadnego hobby, nie miałam przyjaciół ani osiągnięć, z wyjątkiem celujących ocen w szkole. Choć gdyby sięgnąć do samych początków, to moje życie zaczęło się nie najgorzej. Bowiem przez pierwsze dziesięć lat tego życia cieszyłam się egzystencją niczym się niewyróżniającą. Miałam najzwyklejsze piwne oczy i ciemne włosy, byłam średniego wzrostu i cechowała mnie lekka, bynajmniej nie dramatyczna, skłonność do zapasienia. W tamtym okresie zwracałam na siebie uwagę jedynie predylekcją do udzielania długich i pedantycznych odpowiedzi na pytania nauczycieli. Na przykład, zapytana o stolicę Ohio, nie potrafiłam powiedzieć po prostu "Columbus". Nie, ja, działając pod wpływem wewnętrznego przymusu, wyjaśniałam, że od powstania stanu, w roku 1803, do roku 1816 - z dwuletnią przerwą w latach 1810-1812, kiedy to stolica została przeniesiona do Zanesville - w tej roli funkcjonowało Chillicothe. Owa szczególna cecha mojej osobowości wkurzała co prawda nieco moich rówieśników, dawała się jednak tolerować. W każdym razie do chwili, kiedy skończyłam dziesięć lat i zaczął się u mnie obsuw w brzydotę.
Okres dojrzewania zdecydowanie dał mi popalić i wycisnął ze mnie wszelką dotychczasową zwyczajność. Moje pukle do ramion w kolorze kawy oklapły wskutek nadaktywności gruczołów łojowych w skórze głowy. Moje średniej wielkości usta, średniej wielkości piwne oczy i średniej wielkości nos składały się dotychczas na twarz, która wyróżniała się jedynie bladością. Kiedy jednak wezbrały we mnie hormony, tę moją nierzucającą się poprzednio w oczy buźkę oszpeciły trądzik i grube krzaczaste brwi. Co do całości mojego organizmu, to kości, mięśnie i wszelkie narządy okazały się całkiem nieprzygotowane na morderczy atak otyłości, który nastąpił w chwili, gdy mój metabolizm zwolnił i zaczął działać w dosłownie żółwim tempie.
Raptowne pogorszenie wyglądu zbiegło się z faktem, że dzieciaki z mojej klasy przyswoiły sobie sztukę Wyszukanego i Bezlitosnego Karania. Współzawodnicząc zawzięcie o palmę pierwszeństwa w zawodach w doprowadzaniu mnie do płaczu, wszyscy moi koledzy rzucali pod moim adresem obelgi. I dziwne, ale im bardziej mi dogryzali z powodu mojego okropnego wyglądu, tym okropniejszy ten wygląd się stawał. Zamiast skłonić do pójścia na siłownię czy do dermatologa, ich przezwiska wpędzały mnie tylko w coraz większe poczucie bezradności. To, co przetrwało najdłużej, wymyślił w piątej klasie prowodyr, który uznał, że będzie super, jeżeli nada się wszystkim ksywki pochodzące z kreskówki o Troskliwych Misiach, będącej w tym czasie ogólnokrajowym hitem. No i na tle różnych klasowych "Misiów-Ciach", "Misiów-Zgrywusków" czy "Misiów-Laseczek" przezwisko "Miś-Upiorny Pulpet" naprawdę bolało. Modliłam się co noc, żeby minęła wreszcie moda na te pastelowe stworki, i miałam cichą nadzieję, że wyprze ją z rynku moda na przykład na gliniane zwierzaczki zwane Chia Pets. Niestety, okazało się, że później, gdy byłam w szkole średniej, doszło do tego, że przezwisko "Miś-Upiorny Pulpet" musiałam uznać wręcz za komplement.
Moim niehigienicznym azylem była w tamtych czasach damska toaleta w Liceum imienia Paula Revere'a. Chroniłam się w niej przed wścibskimi spojrzeniami, chcąc pochłonąć swój lunch w samotności. Czyniłam to skulona za metalowym śmietnikiem, wbijając wzrok w kafelki posadzki i marząc, żeby mnie nikt nie zobaczył. Jednak moje marzenia się nie spełniały, bo do środka wparowywały czasem - na papierosa albo żeby się podmalować - różne laski. Widząc, co robię, natychmiast zaczynały się ze mnie nabijać. Na co ja - zawsze i nieodmiennie - odpowiadałam milczeniem, wlepiając wzrok w swoją kanapkę z Cudownego Chleba z mortadelą i majonezem. Gapiąc się tak, czekałam, aż skończą. A czekając, sprawdzałam, ile majonezu jest na kanapce. Bo trzeba powiedzieć, że znaczenie tego sosu w moim młodocianym życiu było po prostu nie do przecenienia. Pamiętam, że wymyśliłam nawet test na właściwą ilość tej kremowej substancji. Musiała ona mianowicie wypływać spomiędzy kromek kanapki, bo w przeciwnym razie ja, pakując sobie do ust kolejne kęsy, nie czułam się najedzona. Skutek tego wszystkiego był taki, że na moich T-shirtach widniały bezustannie obrzydliwe tłuste plamy wielkości ziarna fasoli. Jednak gorsze od plam okazywały się żółknące drobinki białego chleba, które zdobiły mój aparat do prostowania zębów, powodując, że zarówno wszyscy uczniowie, jak i nauczyciele z obrzydzeniem odwracali ode mnie wzrok. Muszę uczciwie przyznać, że mój okropny wygląd zawdzięczałam swoim nawykom żywieniowym w stopniu stosunkowo niewielkim. Najgorsze bowiem pod tym względem były moje włosy i ubrania. Tłuste brązowe kosmyki oblepiające twarz pozostawały w ostrym kontraście z poplątanymi szczurzymi gniazdami znajdującymi się z tyłu mojej głowy. Za każdym razem, kiedy matka usiłowała te kołtuny rozczesać, mnie do oczu napływały łzy. No bo w końcu z niektórymi z nich byłam zżyta od początku moich dni. Stanowiły naprawdę ważny element mojego dzieciństwa. A poza tym, pomijając nostalgię i ból, każdy ruch szczotki powodował, że z głowy sypała mi się istna śnieżyca dużych białych płatków łupieżu. A to oczywiście jeszcze bardziej zniechęcało mnie do szczotkowania, bo wszelkie tarcie skóry głowy kończyło się tym, że moje bluzki były nimi dokładnie pokryte. Same bluzki natomiast były koszmarami we fluorescencyjnych kolorach i występowały najczęściej w zestawieniu z wyblakłymi czarnymi spodniami ze streczu. W epoce białych T-shirtów z wywijanymi rękawkami i jasnych dżinsów taki ubiór przypieczętowywał naturalnie mój status odzieżowej pariaski.
Moje uporczywe dążenie do sukcesów w nauce miało w zakresie poprawiania niskiego statusu towarzyskiego skutki wręcz opłakane. Pozbawiona absorbujących przyjaciół, którzy wyczerpywaliby moje zasoby energii, mogłam skupiać się wyłącznie na kuciu i ryciu. I w tym rzeczywiście byłam doskonała. Szczerze mówiąc, te moje naukowe zdolności stanowiły coś w rodzaju genetycznej anomalii, bo przecież wychowali mnie rodzice, którzy czynność czytania ograniczali do pobytów w toalecie. Matka często robiła kąśliwe uwagi na temat skłonności ojca do czytania podczas posiedzeń w tym przybytku wszystkiego - od etykietek na szamponach aż po napisy na pudełkach z tamponami. Podczas gdy sama zdecydowanie wolała "Książki wybrane" wydawnictwa Reader's Digest. Trzeba tu nadmienić, że moja rodzicielka, nosząca nazwisko Mary Norton, była kobietą średniego wzrostu i przy kości. Jej włosy były ciemne i sztywne od lakieru. Chodziła też w okularach, będących w jej pojęciu krzykiem mody z lat siedemdziesiątych, i pozostawała teraz, w latach osiemdziesiątych, wciąż do nich bardzo przywiązana. Wcale przy tym nie ukrywała, że absolutnie nie są jej potrzebne. Uważała jednak, że dla kobiety, która chce, żeby w "biznesie" brano ją poważnie, są akcesorium niezbędnym. Po krótkim zastanowieniu dodawała jeszcze, że "okulary dla kobiety są tym, czym krawat dla mężczyzny, stanowią standard w biznesie i symbol kompetencji". Jak większość jej życiowych mądrości, sentencja ta była oczywiście pozbawiona sensu, zwłaszcza że padała z ust emerytowanej pracownicy biura podróży. Trzeba też dodać, że matka całkiem bez skrępowania wygłaszała swoje zdanie na wszelkie możliwe tematy - od zamawiania potraw w restauracji poczynając, a kończąc na opinii o tym, "co tak naprawdę rozwściecza czarnych". I że - chcąc podkreślić to, co mówi - zsuwała na czubek nosa te swoje fałszywe okulary. Jej światopogląd był zdecydowanie ograniczony, choć ona sama dyskutowała z powyższym twierdzeniem, przytaczając na dowód fakt, że zna zachodnioeuropejskie regulaminy lotniskowe.
Mój ojciec natomiast, noszący imię Fred, był skromnym, bardzo małomównym człowiekiem i od czasu ukończenia studiów na Uniwersytecie Stanu Ohio pracował na menedżerskim stanowisku w firmie ubezpieczeniowej Allstate Insurance. Właściwie mogę go określić jako niezdiagnozowanego niemowę. Jego małomówność zapewniała nam "szczęśliwe" życie rodzinne, ponieważ dzięki niej agresja matki rozpływała się zawsze w absolutnej ciszy. Choć żadne z moich rodziców nie żaliło się głośno, że kiedyś wydali dwadzieścia dolarów na sędziego pokoju, ich małżeństwo z całą pewnością nie było związkiem opartym na miłości. Ani nawet, trzeba to powiedzieć, na zwykłej sympatii. Zatem fakt, że zaowocowało spłodzeniem Barneya i mnie, był raczej zaskakujący.
Mój o dwa lata starszy brat Barney był jedyną w mieście Norfolk w stanie Ohio osobą podlegającą większemu niż ja ostracyzmowi. Tyle że on, w przeciwieństwie do mnie, najzupełniej ten fakt olewał. Grywał sobie w Dungeons and Dragons, intensywnie się masturbował i ogólnie biorąc, czuł się całkiem zadowolony z życia. Był też przystojny inaczej i - ku irytacji matki - spędzał większość swoich młodych lat z księgą pamiątkową swojego szkolnego rocznika w łazience na parterze naszego domu. "Barney, co ty tam robisz z tą księgą?", pytała podejrzliwie matka, zsuwając na czubek nosa okulary. "Uczę się nazwisk kolegów z klasy", odpowiadał jej na to. Wydawało mi się, że ona to kupuje, ale jej zwykła w takich sytuacjach odpowiedź: "Za godzinę kolacja i nie zapomnij umyć rąk", nasuwa mi teraz przypuszczenie, że wiedziała, o co chodzi.
Szczęściem jednak dla mojego małego pęcherza wymyślono Internet. I dla Barneya wynalazek ten okazał się przełomem, istną odmianą życia. Mój drogi braciszek wprowadził w nim od tego czasu fundamentalny podział: na erę PI (Przed Internetem) oraz ZI (Z Internetem). Dla osobników takich jak on, czyli żyjących w izolacji społecznej, możliwość ukrycia się za monitorem komputera jest istnym cudem. Dlatego po zakupieniu komputera podróże Barneya z księgą pamiątkową do łazienki całkiem ustały, rozpoczęła się natomiast w jego życiu epoka zamykania się na klucz w sypialni. "Barney, dlaczego drzwi są zamknięte?", pytała matka, przystawiając do wspomnianych drzwi ucho. "Gimnastykuję się... nago... tak podobno szybciej spala się kalorie" - brzmiała odpowiedź. "Aha, to nie zapomnij umyć rąk" - konkludowała rodzicielka.
Tak więc mój brat Barney przez wiele godzin doskonalił się za zamkniętymi drzwiami. Ja natomiast z determinacją dążyłam do tego, żeby błyszczeć w klasie. Poza wyżej wspomnianą skłonnością do demonstrowania wiedzy encyklopedycznej na wszelki zadany temat, znana byłam również z tego, że robię na każdy temat notatki - a to na wypadek, gdyby takowe okazały się potrzebne któremuś z nauczycieli. Opisywałam wszystko - od szkolnych wyjść pożarowych po klasową frekwencję. Nic więc dziwnego, że wśród rówieśników wzrosło zainteresowanie moją osobą jako celem docinków i szykan.
Pewnego chłodnego dnia w listopadzie, podczas lekcji nauki o społeczeństwie w ósmej klasie, stałam pod tablicą w swoich ulubionych czarnych spodniach ze streczu i limonkowozielonym T-shircie, odczytując referat o Indianach Chumash. Zadowolona z tego, że pan Van Leeuwin uznał mój referat za najlepszy, niezbyt jednak dobrze się czułam, stojąc tak na widoku. Kiedy dobrnęłam do podsumowania i wniosków, po klasie zaczęła krążyć jakaś karteczka, powodując nieopanowane wybuchy śmiechu. Uznałam w swojej naiwności, że dotyczy pana Van Leeuwina, który nosił farbowane nierównomiernie koszulki, a to przecież był dostateczny powód do chichotów. Kiedy skończyłam czytać i starannie wciągnąwszy brzuch, wróciłam na swoje miejsce, siedzący o dwie ławki za mną i mający największe powodzenie wśród dziewczyn Kyle Mander podał mi tę karteczkę.
A muszę tu powiedzieć, że podkochiwałam się w Kyle'u skrycie od dnia, w którym podczas rozgrywek koszykówki zdobył punkty decydujące o zwycięstwie. Uczynił to z absolutnie zimną krwią - podrzucił piłkę i nie sprawdzając, czy wpadła do kosza, podniósł ręce tryumfalnym gestem, skandując własne imię. Ta jego niewiarygodna pewność siebie uwiodła mnie do tego stopnia, że natychmiast zaczęłam na jego temat nader szczegółowo fantazjować.
Fantazjowanie zresztą stanowiło w owym czasie moją główną rozrywkę. Co całkiem zrozumiałe, zważywszy na fakt, że wciąż mi ktoś przypominał, że jestem podobna do Roseanne Barr. Tyle że "z trądzikiem i naprawdę okropnymi włosami". Porównania tego rodzaju nieodmiennie zatruwały mi życie - aż do chwili, gdy pojawił się program Rosie O'Donnell Show i gdy wszyscy doszli do wniosku, że wyglądam jak Rosie. "Z tym, że mam jeszcze dodatkowo trądzik i naprawdę okropne włosy". Nie wytrzymałam wtedy i wysłałam do naszego lokalnego kongresmena list z prośbą o ogólnokrajowe moratorium na niepochlebne porównania z celebrytami. I do dziś czekam na jego odpowiedź.
Fantazje stanowiły zatem dla mnie jedyną ucieczkę od wiecznych upokorzeń. A fantazjując, poświęcałam mnóstwo czasu na konstruowanie wybujałych fikcyjnych scenariuszy. Na przykład takich jak ten, w którym podobna do Alyssy Milano, wykonywałam wysokooktanowe numery w stylu Backstreet Boys i 'N Sync. Albo ten, w którym, po obejrzeniu moich występów z tańcem w stylu Britney Spears, odwiedzali mnie różni celebryci. A podczas przerw w ogólnokrajowych tournée oglądałam Kyle'a startującego w mistrzostwach stanowych i wrzucającego piłkę do kosza. W tych moich fantazjach siedziałam na trybunach, a Kyle podbiegał do mnie, roztrącając tłumek rodziców oraz różnych, mających większe czy mniejsze powodzenie, dziewczyn i chłopaków. Po czym brał moje ciało w rozmiarze XXL w ramiona. Publiczność wstrzymywała oddech, a on składał na moich ustach najromantyczniejszy pocałunek, jaki ósmoklasistka mogła widzieć poza kinem. "Anno, mówił, grałem dzisiaj i będę odtąd grał tylko dla ciebie. Jesteś moją dziewczyną". "Och, Kyle, jesteś bardziej romantyczny niż Michael Bolton". "To prawda. Napisałem nawet piosenkę dla ciebie. I'm your maaan" - śpiewał, po czym obejmował mnie zaborczym gestem.
Zadrżałam więc teraz z podniecenia, ale słysząc wypowiedziane głośno słowa: "Hej, patrzcie, ta Pulpecica próbuje coś zatańczyć", powróciłam do rzeczywistości. Rozłożyłam karteczkę od Kyle'a, dopuszczając myśl, że zamiast kpiny z nauczyciela zawiera wyznanie miłości. Serce podeszło mi do gardła, blokując pobieranie tlenu, co sprawiło, że poczerwieniałam na twarzy. Na pierwszy rzut oka słowa okazały się nieczytelne - na kartce widniała jedynie plątanina liter. Wytęsknionego "Anno, lubię cię... Możemy ze sobą chodzić?" wcale nie zobaczyłam. Podobnie jak żadnej uwagi na temat hipisowskiego stylu ubierania się pana Van Leeuwina. Nie. Nic z tych rzeczy. Widniały tam natomiast słowa: "Anna Norton ma raciczkę, bo masturbuje się szybko wiążącym klejem". Jeżeli chodzi o ścisłość, wcale nie miałam raciczki - to był tylko gruby szew w kroku moich streczowych spodni. Co do masturbacji natomiast, to byłam tak nieświadoma własnej cielesności, że nie miałam bladego pojęcia, w jaki sposób posłużyć się swoim ciałem, żeby uzyskać przyjemność. Zszokowana i upokorzona, upuściłam kartkę na podłogę.
Na prawo ode mnie siedziała Sally Worthington - moja siostra w nieudacznikowskiej niedoli. Najwyraźniej świadoma treści notatki, patrzyła teraz, jak cierpię. Na jej twarzy nie było przy tym zrozumienia ani współczucia. Malował się na niej raczej wyraz szczerego obrzydzenia. Prawda jest taka, że - w odróżnieniu od hydraulików czy nauczycieli - nieudacznicy nie mają związku zawodowego. "Gdybyś wyszczotkowała włosy i usunęła okruchy z twarzy, nie pastwiliby się tak nad tobą", odezwała się Sally z zaskakującą irytacją. Nie byłam wtedy w stanie zrozumieć, dlaczego się mną w ogóle interesuje. Teraz jednak wiem, że postrzegała mnie jako kogoś, kto robi jej złą prasę. Kompromitowałam przecież wszystkich nieudaczników. Bo być osobą towarzysko nieatrakcyjną i niemodnie ubraną to jedno, jednak ignorować społeczne normy schludności to coś całkiem innego. I wprost niewybaczalnego. Słowa Sally sprawiły, że mnie zamurowało. Zerwałam się i wybiegłam z klasy do szatni, szukając tam choćby odrobiny prywatności.
Jednak szkoła średnia to miejsce pełne okrucieństwa. Nie było mi zatem pisane doznać luksusu samotnego płaczu. "Hej, Norton, chyba mogę cię wspomóc radą. Idź do domu, wsadź gębę w masło orzechowe i niech twój pies ci ją potem wyliże!" - zadrwiła, przechodząc obok, nasza klasowa królowa piękności Jordan Marins. Po czym wraz z bandą ciągnących się za nią idiotek wybuchnęła śmiechem. Chciałam powiedzieć, że mi jej żal, bo podczas gdy ja zaliczyłam sto punktów na sto z egzaminu z historii, jej udało się zaliczyć zaledwie siedem, gdyż pomyliła jej się wojna secesyjna z wojną w Wietnamie. Zamiast tego jednak bąknęłam tylko: "Ja nie mam psa". "Aha, pewnie dlatego, że sama nim jesteś", odwarknęła Jordan. A ja pocieszyłam się myślą, że ona - kiedy już obleje egzamin wstępny do szkoły kosmetyczek - skończy za ladą w McDonaldzie. Uwielbiałam tego rodzaju fantazje, a ta okazała się tak potężna, że nie usłyszałam, jak Jordan na odchodnym zaszczekała mi tryumfalnie do ucha.
Z biegiem lat i w miarę nasilania się obraźliwych zagrań rówieśników moje ukochane fantazje przestały być dla mnie taką osłoną jak na początku. A wtedy w moim własnym wnętrzu pojawił się głos bardziej jadowity i wstrętny niż wszystko, co spotykało mnie na szkolnych korytarzach. Jako osoba nader pilna, wymyśliłam sobie pamiętnik, mający za zadanie unicestwić w zarodku wszelką kierowaną pod moim adresem zewnętrzną krytykę. Nadałam mu tytuł Cześć, Pulpecie i zaczęłam własną wybujałą inwencją unicestwiać cudze obelgi. Musiałam przy tym przez cały czas przewyższać nią inwencję tych, którzy mnie obrzucali błotem, znieczulać się na to błoto, stwarzać sobie barierę ochronną przeciwko słownej agresji moich wrogów. "Hej, Norton, wiesz, że jesteś zapasiona jak świnia i masz szczurzą mordę?" - wrzasnął kiedyś na cały korytarz Kyle podczas przerwy między lekcjami.
A ja mogłam na to zareagować jedynie litością. Nie potrafił się zdobyć na nic lepszego? Szczurza morda? Zapasiona? Jak świnia? Ja sama wymyślałam przecież rzeczy znacznie gorsze!
Cześć, Pulpecie!
Tłuszcz na twoich nogach zbija się w ohydne grudy cellulitu. Zwały sadła narosły na nich jak pleśń albo grzyby. Te giry masz już takie grube, że śmierdzą zgniłymi jajami. Twoje otłuszczone uda trą o siebie tak mocno, że tworzą się ropnie, a kiedy wchodzisz do klasy przed lekcją historii, ropnie eksplodują i twoja bielizna zaczyna do złudzenia przypominać gatki gówniarza, który się zesrał na stojąco. Jesteś tak wstrętna, że koledzy na twój widok rzygają bez opamiętania.
Anna
Pisanie pamiętnika stało się moim codziennym rytuałem. Dzień w dzień, przez całe liceum, po powrocie ze szkoły mój plan wyglądał następująco: odrabianie lekcji, obiad, trochę wyimaginowanego tańca z wyimaginowanym kumplem i nieodmiennie obrzucanie się obelgami na łamach pamiętnika, który ukrywałam bardzo starannie przed matką, ponieważ ta miała zwyczaj "sprzątać mój pokój", pod którym to kryptonimem kryło się "poszukiwanie narkotyków". Przekonania, że palę "trawkę", nabrała po obejrzeniu pewnego telewizyjnego programu, który nasunął jej myśl, że jedynym logicznym wyjaśnieniem mojego potężnego apetytu może być tylko fakt, że "biorę". Przespawszy się z tą myślą, przypuściła na mnie atak. Po południu na drugi dzień, kiedy odrabiałam lekcje, wlepiła podejrzliwe spojrzenie w okruchy na mojej bluzce. Znosiłam to dość długo, w końcu jednak nie zdzierżyłam.
- O co chodzi?! - wydarłam się.
- Anno, muszę ci zadać poważne pytanie - padło na to z jej ust.
Wydałam z siebie jedynie pomruk, oblizując przy tym do czysta palce.
- Czy zażywasz nielegalne substancje odurzające, znane pod nazwami "trawka", "marihuana" lub też jakimiś innymi?
- Co?! Oczywiście, że nie! - zawołałam oburzona. - Dlaczego w ogóle mnie o to pytasz? - dodałam zaraz w odruchu obronnym, tak przecież naturalnym u nastolatki z nadwagą.
- No bo spójrz tylko na siebie. Jesteś cała w okruchach z czipsów Doritos i Pringles! Ty cierpisz na kompulsję. Masz przymus jedzenia!
- Jak możesz tak mówić?! - próbowałam się bronić. - Wiesz przecież, że ja jestem po prostu gruba!
Gruba. To słowo prześladowało mnie przez całe życie. Miałam tego dość. Nie chciałam być gruba! A ściślej mówiąc: nie chciałam być. Tak w ogóle. Wszystkie moje fantazje nie zdały się absolutnie na nic. Nie stanowiły żadnej ochrony. Potrzebowałam czegoś zupełnie innego. A raczej kogoś. Tak, potrzebna mi była Dobra Wróżka. Byłam już za duża, żeby wierzyć w Świętego Mikołaja, we Wróżkę od Wypadających Zębów albo w Wielkanocnego Zajączka. Jednak istnienie Dobrej Wróżki uważałam za prawdę bezsporną i niewymagającą dowodu. Dobra Wróżka istniała i miała bardzo proste zadanie: interweniować w wypadku, kiedy rodzice nie są w stanie dostrzec, że sposób ubierania, a ogólniej wygląd ich dziecka powoduje jego banicję do strefy nieudaczników. Powyższy opis tego zadania nie był bezpośrednio zaczerpnięty z żadnej bajki. To prawda. Gdyż ja, po przeczytaniu niezliczonej ich liczby, podjęłam się stworzenia ich współczesnej wersji. A potem, studiując pewnego razu numer magazynu "People" poświęcony odchudzaniu, trafiłam na historię metamorfozy pewnej nastolatki. Dziewczyna ta "przed" wyglądała jak... no jak ja po prostu. A "po" - była zachwycającą, szczupłą i pociągającą laską. Jak jej się to udało? - zadawałam sobie pytanie. Stała się całkiem inną osobą dzięki gruntownej przemianie, jakiej mogła dokonać tylko oddana jej Dobra Wróżka - brzmiała moja odpowiedź. Wniosek ten sprawił, że odtąd, gdziekolwiek się znalazłam, zwracałam uwagę na tego rodzaju osiągnięcia owej dobroczynnej istoty. I wierzyłam w nią coraz mocniej.
Moja teoria, aczkolwiek z naukowego punktu widzenia oparta na błędnych przesłankach, stanowiła jednak dla mnie doskonałą osłonę. W sensie emocjonalnym - gdyż moja niezłomna wiara w Dobrą Wróżkę działała niczym tarcza, chroniąc mnie przed codziennym opluwaniem, drwinami i samotnością. W gruncie rzeczy cały ten horror nie przestał mnie dotykać. Jednak ja się już nim nie przejmowałam. Stracił on bowiem moc pod wpływem magicznej wiary, że Dobra Wróżka potrafi zmienić mój wygląd i natchnąć mnie pewnością siebie. Było przy tym oczywiste, że nie ma ona czasu na interwencje w sprawach byle kogo. Dziewczyny bez nadwagi, labiedzące nad tym, że wystawił je do wiatru chłopak, z którym miały iść na bal maturalny, albo nad tym, że mają za grube kostki, nie miały u niej żadnych szans, ponieważ warunkiem niezbędnym dla jej interwencji musiał być długotrwały towarzyski i emocjonalny niebyt. Dlatego ja witałam taki niebyt w swoim życiu bardzo chętnie. Bo co mnie nie zabiło, czyniło mnie mocniejszą kandydatką do takiej transformacji spowodowanej jej działaniem.
W ostatniej klasie szkoły średniej odważyłam się uwierzyć, że w przyszłym roku wszystko się w moim życiu zmieni. Zostanę studentką i na uczelni przeżyję tę wytęsknioną chwilę - moment, w którym Dobra Wróżka weźmie mnie pod swoje skrzydła i doprowadzi do całkowitej przemiany - w dziewczynę o przeciętnym wyglądzie i umiarkowanie szczęśliwą. Nie spodziewałam się przy tym, że ukaże mi się starsza pani wyposażona w różdżkę, za którą będzie dreptało stadko myszy. Nie. Dobra Wróżka mogła przybrać różne postacie, choćby nawet postać wściekłej hieny, żądnej krwi dziewic. Dla mnie nie miało to znaczenia. Musiała jednak przyjść. I to jak najprędzej.
Żałuję bardzo, ale nie mogę powiedzieć, że Dobra Wróżka znalazła mnie na Uniwersytecie Stanu Pensylwania, bo prawda jest taka, że pomimo usilnych starań nie natknęłam się tutaj na nią. Nie pojawiła się pod postacią mojej współlokatorki z pokoju w akademiku, choć ja bardzo podekscytowana oczekiwałam spotkania z tą dziewczyną i wyobrażałam ją sobie mnóstwo razy. Całymi dniami marzyłam o naszych wspólnych zajęciach. Nareszcie, myślałam, będę miała przyjaciółkę, która - nie zważając na mój okropny wygląd - będzie uwielbiała ze mną przebywać. Tworzyłam w głowie najróżniejsze scenariusze - oczami wyobraźni widziałam nasze późnowieczorne imprezy z pizzą, nasze przedpołudniowe poszukiwania batoników czekoladowych, a także popołudniowe orgie obżarstwa, podczas których miałyśmy pochłaniać słodkie płatki śniadaniowe. Naprawdę, było tego mnóstwo... Jednak moje marzenie obróciło się w proch, i to już kilka godzin po przyjeździe do akademika, podczas rozmowy ze sprawiającym wrażenie nieudacznika i dziwnie podobnym do Howdiego Doody Doradcą Mieszkańców.
- Anna Norton? - zapytał ostrożnie ten chuderlawy rudzielec, odszukując w spisie numer mojego pokoju. - Co do mnie, to jestem Doradcą Mieszkańców. Nazywam się George Macadamia, ale wszyscy mówią na mnie Orzech. Oczywiście ze względu na to nazwisko. Orzechy z drzewa makadamii są bardzo popularne na Hawajach. Nie byłem tam, ale czytałem o tym w Internecie - nawijał, nie patrząc mi w oczy.
Poczułam się świetnie. Orzech bowiem, jeżeli chodzi o skrępowanie i chaotyczność, zdecydowanie mnie przewyższał.
- Chcę z tobą porozmawiać o Jane Zelisky - powiedział cały spięty.
- O nie! - zawołałam dramatycznym tonem, zasłaniając sobie dłonią usta niczym bohaterka serialu. - Czy ona jest cała i zdrowa? Czy miała wypadek?
- Yyy... Sądzę, że... - jąkał się Orzech.
- Czy Jane nie żyje? Czy moja przyjaciółka straciła życie? - zawołałam, kładąc nacisk na słowo "przyjaciółka".
Zgięłam się przy tym wpół, łapiąc się za brzuch jak ktoś, kogo otruto, a następnie wyprostowałam się, waląc pięściami w klatkę piersiową.
- Yyy... yyy - jąkał się nadal Orzech, którego mój wybuch najwyraźniej wprawił w jeszcze większe zakłopotanie.
- Wiedziałam! - zawołałam. - Ona nie żyje! O Boże, dlaczego?! Dlaczego zabiłeś moją przyjaciółkę?! - zawodziłam ze łzami w oczach.
Przekonanie, że Orzech jest takim samym jak ja nieudacznikiem, wyzwoliło we mnie całe pokłady aktorskiego talentu.
- Jane wzięła po prostu urlop - doszedł wreszcie do głosu. - Na cały rok... Więc wygląda na to, że będziesz miała pokój dla siebie.
Gdyby straciła życie, pomyślałam z żalem, ja miałabym większe pole do aktorskich popisów. Zaraz jednak wzięłam się w garść i powiedziałam:
- Mmm... A czy nie ma jakiejś innej dziewczyny, która chciałaby mieć współlokatorkę?
- Nie - zabrzmiała odpowiedź. - Jeżeli jednak będziesz czegoś potrzebowała, to ja mieszkam naprzeciwko.
Przywołując ponownie utajone zdolności aktorskie, odegrałam teraz znaną z filmów telewizyjnych scenę: osunęłam się po drzwiach, dając wyraz swemu powalającemu z nóg przygnębieniu. A chwilę potem, siedząc już na podłodze, przeżyłam wizję: oczami wyobraźni zobaczyłam toaletę damską w szkole imienia Paula Revere'a. I wizja ta wywołała nader przekonujący strumień łez, który popłynął teraz po moich policzkach. Bo oto przyjaźń, ta wiecznie ulotna kochanka, po raz kolejny wystrychnęła mnie na dudka. Wskutek czego, jeżeli nie liczyć upiornego Doradcy Mieszkańców, noszącego ksywkę Orzech, zostałam z absolutnie pustymi rękami. Chociaż zaraz... było przecież coś jeszcze... Czy Orzech, zastanowiłam się, o tym, gdzie jest jego pokój, informuje wszystkie mieszkanki akademika? Może ta informacja to propozycja przyjaźni? Albo nawet czegoś więcej? Orzech był meganieudacznikiem, to prawda, to jednak nie odbierało intensywności mojemu pragnieniu uwiedzenia go kobiecymi wdziękami. Nikt nigdy mnie nie lubił. Przez dwanaście lat formalnej edukacji nie zakochał się we mnie żaden chłopak. Dziewczyny bez ręki, dziewczyny bez nogi, dziewczyny z wąsami, z cuchnącym oddechem i z chronicznymi krwawieniami z nosa - wszystkie one doświadczały poczucia, że są lubiane. Ja - nigdy. Tak było dotąd. A teraz bardzo chciałam wierzyć, że tu, na uczelni, moja przeszłość nie będzie się liczyła. Tak, myślałam, ten nieudacznik z ksywką zostanie moim rycerzem! Czyżby jego istnienie, zastanawiałam się dalej, było pierwszą oznaką interwencji Dobrej Wróżki? Utrata niedoszłej przyjaciółki doprowadzała mnie do rozpaczy, mimo to zaczynałam już skupiać myśli na osobie przyszłego chłopaka - faceta zwanego Orzech.
Cześć, Pulpecie!
Spotkałam faceta, który... pozbawi mnie dziewictwa... zapoczątkowując w ten sposób długo wyczekiwaną i spowodowaną interwencją Dobrej Wróżki przemianę. Ten facet ma ksywkę Orzech, a ja... no, mogę jedynie stwierdzić, że za nim po prostu SZALEJĘ. Nieudacznica + nieudacznik = miłość...
Anna
Na drugi dzień rano, o siódmej trzydzieści, wkroczyłam do jadalni z oczywistym zamiarem nawiązania relacji z Orzechem. Sprężając się maksymalnie, wydobyłam z siebie lekko chropawy głos - konieczny, żeby kogoś uwieść.
- Ehem. Cześć, Orzech - zagadnęłam, dokładając starań, żeby jak najlepiej imitować Melanie Griffith.
Choć znał mój prawdziwy głos - bezdźwięczny i wyrażający skrępowanie - był teraz (a przynajmniej taką miałam nadzieję) pod wrażeniem. Dlatego nie miał wyjścia, musiał odpowiedzieć.
- Co? - umknął w bok wzrokiem.
- Powiedziałam "Cześć, Orzech" - odrzekłam szeptem.
- Och. Okej. Cześć... Chyba... - powiedział, żując gumę.
- Chyba? Co chyba? - jęknęłam, zapominając o opracowanych w duchu didaskaliach i oblizując uwodzicielsko wargi.
- Okej. Cześć.
- Wiesz, że zawsze uwielbiałam orzechy z drzewa makadamii? - kontynuowałam, dryfując w stronę upokorzenia.
- Naprawdę?
- Tak, to moje ulubione...
- Moje też - oznajmił i spojrzał mi wreszcie w oczy. - Wiesz, w dzieciństwie miałem alergię na orzechy, ale w szkole średniej, kiedy kumple dali mi tę ksywkę, alergia zniknęła.
- Łał! No to muszę ci powiedzieć, że jesteś medycznym fenomenem! - zawołałam, nie zadając sobie trudu, żeby nadal wydawać z siebie tamten głos seksownej laski.
- No wiesz... Nie, chyba nie. Alergia potrafi pojawić się nagle. I równie nagle zniknąć - wyjaśnił z pełnymi ustami. - Muszę już iść - dodał zaraz. - Spieszę się. Kończę niedługo studia, więc to moja ostatnia szansa. Bo wiesz, chcę być z chłopakami... Zdobyć kumpli, takich braci na całe życie...
- Aha. Tak, rozumiem. Ja też muszę już lecieć. Z tym, że wiesz... ja mam brata. Więc pomyślałam, że dla równowagi dobrze by było zdobyć kilka sióstr. Hej, dziewczyny! Hej, siostry! Tu Anna, która na was czeka!
Określenie "korporacje studentek" wywoływało w mojej wyobraźni obraz dziewczyn, które ze złośliwym śmiechem zakreślają flamastrami otłuszczone miejsca na moim ciele. Wątpiłam, by któraś z tych "sióstr" zechciała pozwolić mi kupić bluzę z logo swojej korporacji. Jednak rozpaczliwie pragnęłam mieć coś, co by mnie połączyło z Orzechem, a mój Pakiet orientacyjny studenta pierwszego roku - siedemdziesięciostronicowy dokument, z którego natychmiast zrobiłam sobie notatki i którego treść w większości postarałam się zapamiętać - zalecał pośpiech jako doskonały sposób na poznawanie ludzi. Sądziłam, że musi istnieć korporacja dla nieudacznic - no bo w końcu ta moja uczelnia należała do Ivy League! I było tu pełno nieudaczników płci obojga. Więc musiała się też znaleźć odpowiednia dla mnie grupa.
Otworzyłam pakiet i przeczytałam część dotyczącą życia studenckiego, badając swoje opcje. Dlaczego musiałam się urodzić jako biała bezbożnica? - zadałam sobie pytanie. Czy nie dość wycierpiałam i bez tego? Fakt nieprzynależności do żadnego wyznania czy mniejszości etnicznej uniemożliwiał mi niestety przynależność do pewnych grup nieudacznic, które wymieniały uczenie się i oglądanie telewizji na swojej liście aktywności. Po rozważeniu paru nader nieetycznych możliwości postanowiłam w końcu spróbować z Delta Beta, która jest ultrakonserwatywną żeńską korporacją, szczycącą się tym, że jej członkinie przestrzegają standardów akademickich, odznaczają się konserwatyzmem w poglądach politycznych i są oddane ochronie cnót kobiecych. Wyjąwszy konserwatyzm poglądów politycznych, pasowałam tu bardzo dobrze, jako że odznaczałam się inteligencją i byłam dziewicą. Jednak co do poglądów politycznych, to w związku ze swoją postawą pro-choice uważałam się zawsze za niepraktykującą liberałkę. Byłam jednak tak zdeterminowana, że machnęłam na to ręką i zarejestrowałam się w Internecie do grup republikańskich. Wskutek czego ja, Anna Norton, byłam teraz członkinią następujących organizacji: ROCKING REPUBS, NASTOLATKI PRZECIW TERROROWI oraz MÓJ SŁOŃ JEST DOSKONAŁYM STUDENTEM W PRZECIWIEŃSTWIE DO TWOJEGO OSŁA. A chcąc zredukować dojmujące poczucie, że się sprzedaję, porzucając własne przekonania, wybrałam spośród tych grup naprawdę skrajną awangardę.
Na spotkaniu wprowadzającym nowe członkinie Delta Beta pojawiło się osób zaledwie dwanaście. Wyglądało więc na to, że antyalkoholowa polityka tej korporacji nie przysparzała jej specjalnie popularności. Ucieszyło mnie to, bo znacznie zwiększało moje szanse na przyjęcie w poczet jej członkiń. Wieczór zaczął się od zagajenia korporacyjnej liderki noszącej imię Maureen, która następnie zapytała, kogo każda z nas uznaje za swego idola. Los sprawił, że poszłam na pierwszy ogień i jako takiego wymieniłam Jezusa Chrystusa. Następne dziewczyny natomiast stawiały przeważnie na Ronalda Reagana, Richarda Nixona, Geralda Forda i George'a Busha, więc szybko stało się jasne, że na tle tej ogarniętej obsesją polityczną grupy mój wybór jest dość nietypowy. Maureen wysłuchała bez słowa wszystkich odpowiedzi, po czym zabrała się do drążenia głębiej. No i ponownie traf chciał, że zaczęła ode mnie.
- Anna Norton?
- Tak? - odpowiedziałam ostrożnie.
- Wybrałaś na swego idola Jezusa.
- Tak... Panie Jezu Chryste... - zaintonowałam, starając się o nabożny ton.
- A jakie elementy nauczania Jezusa miały wpływ na twoje życie?
- Yyy... yyy... - zająknęłam się, po czym wyrzuciłam z siebie pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy: - Nie głosuj na demokratów...? Albo też: ...Nie pal papierosów?
- Przepraszam, co powiedziałaś? - zapytała Maureen.
- Yyy - odrzekłam, szukając gorączkowo w głowie jakichś jezuizmów.
Ta moja pieprzona matka! Dlaczego nie posyłała mnie do szkoły niedzielnej?
- A więc? - nastawała Maureen.
- Nie pożądaj żony bliźniego mego...
- A co to dla ciebie znaczy?
- No... że nie można pożądać kobiet... które należą do... - jąkałam.
- Przejdźmy do następnych kandydatek - powiedziała z irytacją Maureen.
Uświadomiłam sobie, że to, co powiedziałam, musiało zabrzmieć lesbijsko. A jeżeli nie lesbijsko, to co najmniej jak słowa fałszywej czcicielki Jezusa, zwłaszcza że pozostałe dziewczyny opisywały swoich idoli, używając haseł w rodzaju "wartości rodzinne", "patriotyzm" czy "wolność".
Widziałam, że moje szanse na przyjęcie do organizacji raczej wyparowały. Postanowiłam zatem zakomunikować Maureen swój żal z powodu niewłaściwych odpowiedzi i pragnienie przynależności. Zaczęłam spoglądać na nią to ze smutkiem, to z entuzjazmem. Okazało się to jednak kolejnym błędem. Maureen zmierzyła mnie bowiem wzrokiem pełnym niepokoju, po czym zapytała, czy nie potrzebna mi pomoc lekarska. Kiedy ją zapewniłam, że czuję się doskonale, prychnęła tylko: "To kwestia osobistej opinii", odwróciła się na pięcie i wyszła pogadać z "siostrami" o wynikach pierwszej rundy. Zacisnęłam kciuki i kolana i zaczęłam odmawiać modlitwę. Do Dobrej Wróżki. Przegrałam pierwszą rundę, ale bardzo chciałam zostać przyjęta do Żeńskiej Korporacji Podróżujących Sweterków Bliźniaków w rundzie drugiej. Uparłam się bowiem przy opinii, że przerwie to trwający całe moje dotychczasowe życie okres wykluczenia.
Gdy po paru chwilach Maureen wróciła wraz z siostrami, na jej twarzy malował się wyraz pewności siebie, tak charakterystyczny dla osoby, która ma władzę. Poczułam skurcz żołądka, próbowałam jednak myśleć pozytywnie.
- Przede wszystkim - zaczęła Maureen - chcę wam podziękować za to, że staracie się o przyjęcie do naszej korporacji. Niestety jednak nie możemy przyjąć was wszystkich... ponieważ... - tu przerwała, szukając w myśli najtrafniejszego wyjaśnienia. - No cóż... ponieważ jedna z was nam się... zupełnie... nie spodobała. A oto nazwiska dziewcząt, które przechodzą do drugiej rundy: Jennifer Fantini, Laurel Harrison, Theodora Marshall, Jane Murray, Harriet Nielsen, Judith Green, Bree Wallis, Marie Gordon, Alexa Hardin, Susie Coplan, Stephanie Benedict.
Przyjęła więc wszystkie oprócz mnie. W ten sposób po raz kolejny doświadczyłam odrzucenia. Nie zadałam sobie trudu, żeby jej podziękować. Po prostu wstałam i wyszłam. Goń się, Maureen! - pomyślałam. Byłam tak wściekła, że nie straciłam poczucia własnej wartości. Po co w ogóle starałam się o przyjęcie do tej korporacji? - zapytałam sama siebie. Przecież one reprezentują wszystko, co moim zdaniem jest godne pogardy - w dziewczynach i w społeczeństwie. I tak pomyślawszy, pomaszerowałam prosto do akademika - z nadzieją, że wieczorne fantazjowanie na temat Orzecha usunie z mojej pamięci wspomnienie faszystowskiej korporacji młodych republikanek.
Pod drzwiami swojego pokoju zastałam właśnie jego. Stał tam i pukał. Czyżby to był znak od Boga? Boga nieudaczników oczywiście. Pierwszy znak, że działa moja Dobra Wróżka?
- Szukasz mnie, Orzech? - zapytałam, daremnie próbując ukryć zdziwienie.
- Cześć. Mogę w twoim pokoju obejrzeć Felicity? Wysiadł mi telewizor, a nikt inny nie chce mnie do siebie wpuścić.
- Oczywiście. Bardzo się cieszę, że będę cię mogła gościć.
- Przyniosłem doritos - dodał i usiadł obok mnie na łóżku, przyjmując na siebie rolę oficjalnego dystrybutora tych czipsów.
- Ben jest świetny, nie? - westchnął z rozkoszą, gdy tymczasem temat muzyczny z Felicity wypełnił swoimi dźwiękami moje ciasne mieszkanko.
- Uwielbiam go prawie jak doritos - wypaliłam, wydając z siebie coś, co, miałam nadzieję, było zalotnym chichotem.
- I masz rację - zabrzmiała inteligentna odpowiedź.
A potem siedzieliśmy dalej, z zadowoleniem pakując sobie do ust kolejne garście czipsów.
Telewizja okazała się fundamentem naszej przyjaźni. Cieszyliśmy się odtąd cotygodniowymi randkami, podczas których oglądaliśmy seriale Felicity i Jezioro marzeń, pożerając przy tym fury śmieciowego żarcia z miejscowego marketu. Z odcinka na odcinek przysuwałam się do Orzecha coraz bliżej. Aż zaczęłam na niego napierać i pewnego wieczoru doszłam do wniosku, że czas przemieścić naszą relację na inny poziom. Orzech był fanem sztruksowych szortów, eksponujących jego długie, usiane piegami nogi. A ja, pod naporem hormonów i skumulowanej agresji seksualnej, zadarłam skraj swojej ciążowej dżinsowej spódnicy, odsłaniając blade i zwiotczałe udo. Po krzyżu przebiegł mi dreszcz, ale niezbyt przyjemny. Mimo to nie dawałam za wygraną. Założyłam lewą nogę na nogę Orzecha, zagarniając ją pod siebie niczym tsunami połykające ponton. To okropne, ale - trąc nogą o jego nogę - nie potrafiłam odwrócić wzroku. Orzech tymczasem wgapiał się w ekran, nie odrywając oczu od Bena Covingtona. Z powodu słabej formy fizycznej musiałam wkrótce zwolnić tempo wykonywanych ruchów. A gdy już byłam bliska skurczu, doznałam prawdziwej ulgi, gdy Orzech zerwał się jednym skokiem z łóżka.
- Chyba muszę ci coś uświadomić. - Tu przerwał, jakby w oczekiwaniu na tryl werbli. - To naprawdę ważne. Ja... jestem... wielkim fanem Bena. Rozumiesz?
- Tak. Wiem, co masz na myśli - zagruchałam uwodzicielsko.
- Nie, nie. Nie sądzę, żebyś rozumiała. Mam na myśli to, że... no... Trudniej mi to wyznać tobie niż własnym rodzicom... Jestem gejem.
- Gejem? Ale... ale to niemożliwe - zawołałam zraniona.
- Musiałaś o tym wiedzieć - stwierdził Orzech.
- Nie. Nie wiedziałam - powiedziałam cicho i niewyraźnie.
No bo jak mój chłopak... No dobrze, udawany chłopak... jak mógłby być gejem?
- Posłuchaj, dziewczyno, przesiaduję tu z tobą wieczorami, oglądamy telewizję. Czy nie sądzisz, że gdybym był hetero, to uganiałbym się, jak inni faceci, za laskami?
Miał rację, a ja byłam Lizą Minnelli akademika. Tak, Lizą Minnelli, tylko zdecydowanie mniej atrakcyjną. Okazało się to zbyt bolesne do przetrawienia.
- Zaczyna się Jezioro marzeń. Chcesz obejrzeć? - zaproponowałam, kładąc kres niebotycznemu upokorzeniu i seksualnym zapędom.
W ciągu pierwszego roku moich studiów tkwiliśmy razem z Orzechem przed telewizorem co najmniej po osiem godzin tygodniowo. To on, Orzech, stanowił moje całe życie towarzyskie, a ja byłam mu za to ogromnie wdzięczna. Po raz pierwszy od czasu, gdy zaczęłam pisać pamiętnik, nic w nim nie zapisywałam. Poszłam na uroczystość rozdania dyplomów, podczas której Orzech pod togą miał swoje ulubione sztruksowe szorty. Kiedy wręczyli mu dyplom, pomachał ręką rodzicom. A ja, siedząc o kilka rzędów za nimi, odpowiedziałam na to promiennym uśmiechem, bo wyobraziłam sobie, że macha do mnie. Orzech miał jeden jedyny plan na przyszłość: przenieść się do Kalifornii i zamieszkać w San Francisco. Innych planów nie miał.
- Ale przecież - protestowałam - znajdujemy się o dwie godziny drogi od Nowego Jorku. Więc po co masz się pchać na drugi koniec kraju?
- Anno, popatrz mi w oczy - odpowiedział dramatycznym tonem, a ja go posłuchałam, zastanawiając się przy tym, czy lubiłby mnie, gdyby był hetero. - Jeżeli kiedykolwiek ma mi się przytrafić stosunek... - przerwał, a ja poczułam, że się ślinię - ...z facetem, to musi się to zdarzyć między swoimi.
Westchnęłam i szczerze pożałowałam, że nie jestem homo. Bo przecież świetnie byłoby należeć do "swoich".
Jesienią, następnego roku, gdy Orzech mieszkał już w San Francisco, wpadłam w głęboką depresję. Bo przecież tutaj, w Penn (a praktycznie biorąc, na całym bożym świecie), Orzech był moim jedynym przyjacielem. Teraz, gdy pozostałam znowu zupełnie sama w swoim jednoosobowym pokoju, samotność mnie po prostu zalała, pochłonęła i zmusiła do powrotu do pamiętnika, wskutek czego zapisane zostały kolejne zeszyty. Pożerana rozpaczliwą tęsknotą za jakimś towarzystwem, oglądałam w swoim małym telewizorku program za programem. I całkowicie pozbawiona męskiego ramienia, doszłam pewnego dnia do wniosku, że moją jedyną możliwością jest teraz Barney. Pomysł okazał się naprawdę inteligentny, bo mój brat do życia uniwersyteckiego miał podejście naprawdę odlotowe. Wyleciał ze studiów z różnych powodów, z których większość miała swoje źródło w jego lenistwie, jednak wciąż nie wyzbył się przekonania, że będzie na kampusie naprawdę kimś. Ubrany w bluzę z uniwersyteckim logo i czapkę zakupioną przez Internet pojawił się na dziedzińcu w chwili, gdy ja byłam na jakichś zajęciach. Po czym, siedząc samotnie na uczelnianym trawniku, czekał cierpliwie, aż ktoś do niego zagada. Jednak na próżno. Sfrustrowany, wziął więc sprawy w swoje ręce.
- Co studiujesz? - spytał zastraszoną brunetkę, która także siedziała sama.
- Astronomię - odpowiedziała, przybierając znudzoną pozę.
- Ooo. Założę się, że mnóstwo ludzi... Wiesz co... wyglądasz jak gwiazda filmowa...
Dziewczyna, usłyszawszy to, obdarzyła go pełnym obrzydzenia spojrzeniem, po czym wstała i odeszła.
A Barney, gdy później, w moim pokoju, relacjonował mi tę rozmowę, był naprawdę przygnębiony. Ja zaś go rozumiałam. Tak, rozumiałam go aż za dobrze. Podsunęłam mu torebkę z lukrowanymi ciasteczkami i pomyślałam, że z całą pewnością jesteśmy pokrewnymi duszami. No i, co oczywiste, parą nieudaczników.
Każdy były nieudacznik przeżył chwilę, która stała się w jego życiu katalizatorem zmiany. Dla mnie taką chwilą był dzień moich dwudziestych trzecich urodzin - a raczej wieczór, pełen zażenowania, obelg na tle rasowym i, najogólniej mówiąc, totalnego obciachu. Na wieczór ten został zaproszony mój pierwszy chłopak, Harry. Ze swoim wyglądem prosiaka, we flanelowej koszuli i w dżinsach ze zwężającymi się ku dołowi nogawkami Harry bardzo podobał się mojej rodzinie. A przy tym wszystkim czoło miał szekspirowskie, co, jak twierdził, było skutkiem działania leku, jaki brał na trądzik. Cóż, wygląda na to, że idealna cera musi mieć swoją cenę.
Życie to jeden wielki kompromis, twierdził nie raz i nie dwa Harry; i oczywiście nie mijał się ze znaną mi już wcześniej prawdą. Bo weźmy mnie samą: objadałam się do woli, więc w nagrodę miałam chłopaka takiego jak on. Gwoli ścisłości, licząc sobie lat dwadzieścia trzy, miałam trzydzieści cztery kilogramy nadwagi, co moja matka uznawała za "zdrowe", a na dodatek od czoła aż po barki obsypał mnie trądzik. I wszystko to było dojrzewaniem - już w fazie dorosłości i w najokrutniejszej formie, jaką można sobie wyobrazić.
Harry'ego poznałam trzy i pół roku po próbie uwiedzenia Orzecha. Tak, poznałam go na zajęciach z fizyki kwantowej. A ściślej, w restauracji Denny's, gdzie oboje oddawaliśmy się studiom, jedząc jajecznicę ze smażonymi ziemniakami w plasterkach.
- Hej, mogę pożyczyć od ciebie keczup? - zagadnął mnie Harry.
- Oczywiście, bierz - odrzekłam, nie odrywając oczu od podręcznika fizyki.
- Chodzimy razem na zajęcia u profesora Shapiro - oznajmił.
Szok, jakiego doznałam, uświadamiając sobie nagle, że ktoś zauważył mnie na zajęciach i przyznał to na dodatek poza salą wykładową, sprawił, że przestałam rozumieć, co czytam. I skupiłam na tym kimś całą uwagę. No i okazało się oczywiście, że ów osobnik jest, pomimo pozbawionej porów cery, wyjątkowo nieatrakcyjny.
- Tak, wiem - odrzekłam. - Zakuwam właśnie na jutro. Bo trochę się boję - wyznałam jeszcze.
- No to może chciałabyś, żebym cię przepytał? - padła najbardziej romantyczna propozycja, jaką w życiu otrzymałam, po czym Harry przysiadł się do mnie i natychmiast przywołał kelnerkę.
- Poprosimy dwa śniadania deluxe, a do tego frytki z kremowym sosem do sałatek - zwrócił się do niej.
A mnie bardzo się spodobało, że zamawia ten właśnie sos. Po czym nasz związek przypieczętował fakt, że oboje pochodzimy z Ohio i wyrośliśmy w odległości zaledwie dwóch hrabstw od siebie. Czegóż więcej można chcieć, szukając partnera? Oboje uwielbialiśmy się uczyć. I jeść. I biorąc pod uwagę brak innych możliwości, uznaliśmy, że to wystarczy.
Jednak związek nasz, w odróżnieniu od związków naszych napędzanych hormonami rówieśników, nie był zbytnio nasycony seksem. Czasami całowaliśmy się z języczkiem, ale poza tym niespecjalnie posuwaliśmy się dalej. Zdarzało się, że Harry, sięgając po karbowane kartoflane czipsy Lay's, otarł się o moją pierś. Jednak nie znaczyło to nawet tyle, co zaliczenie wybicia w baseballu.
Na dwa tygodnie przed uzyskaniem dyplomu oglądaliśmy razem Star Trek, objadając się równocześnie bitą śmietaną. Miałam jej właśnie pełne usta, gdy Harry zwrócił się do mnie z poważną miną:
- Posłuchaj, Anno - powiedział zawstydzony. - Ja cię naprawdę lubię. Ale jeżeli wkrótce nie odbędziemy stosunku, to... obawiam się, że zacznę oglądać... pornosy...
- Pornosy? - powtórzyłam.
- Tak. I to raczej hard porno - odrzekł, odwracając wzrok.
Widać było wyraźnie, że słowo "pornosy" niesie dla niego znacznie więcej negatywnych konotacji niż dla mnie. Jako siostra swego brata Barneya uważałam, że wszyscy mężczyźni spędzają większość czasu w ciągu dnia na oglądaniu gołych bab.
- No cóż - powiedziałam bez emocji. - Co do mnie, to zdecydowanie nie mam ochoty być dziewczyną, która sprowadziła cię na taką drogę.
- Więc zrobisz to?
- Aha. Dobrze...
- Teraz?
- Mhm. Oczywiście.
- Nie potrzebujesz czasu, żeby się przygotować?
- Nie. A ty?
- Chyba nie - odrzekł niepewnie. - No... może chwilę. Na miętówkę i... kondom.
- Słusznie. A czy ja też mogę... - zapytałam i szybko wyjaśniłam: - ...to znaczy dostać miętówkę.
No bo po co by mi była prezerwatywa?
Byłam pewna, że prezerwatywa mi niepotrzebna, ale szczerze mówiąc, nie miałam pewności co do mechanizmów rządzących seksem.
Harry nie zwrócił na moje słowa uwagi.
- Cieszę się bardzo - uśmiechnął się szeroko.
A ja dzielnie odpowiedziałam mu uśmiechem. Nie mogę jednak powiedzieć, że podzielałam jego entuzjazm. Chodziło raczej o to, że miałam już prawie dwadzieścia trzy lata i wstydziłam się, że jestem jeszcze dziewicą. Kobiety bardziej przypominają mężczyzn, niż same sądzą. W każdym razie dotyczy to kobiet nieudaczniczek.
- Mam wyłączyć telewizor? - zapytał Harry, wrzucając sobie do ust miętówkę.
- Nie, zostaw włączony - zabrzmiała moja strategiczna odpowiedź, gdyż wiedziałam, że przyda mi się trochę balsamu dla oczu w formie widoku Toma Parisa.
Pięć minut później było po wszystkim. Okazało się to zaskakująco bezbolesne i nieistotne. Nie poczułam się wcale kobietą. Nie miałam orgazmu. Nie zdjęłam nawet stanika. Jednak, co było zdecydowaną zaletą, dzięki temu, co się stało, nie skończyłam studiów jako dziewica. Więc może mimo wszystko miałam Dobrą Wróżkę? No bo ktoś dostarczył mi przecież chłopaka i zapewnił seks? A może potrzebna jej była większa dawka leków albo lepsze okulary? Dobra Wróżka z nadwzrocznością - to brzmiało dość rozsądnie, w żałosnym sensie tego słowa.
Kilka tygodni po obronie dyplomów każde z nas wróciło do swoich rodziców w Ohio. Harry'emu nie udało się jeszcze znaleźć takiej pracy, o jakiej by marzył, a ja miałam szczęście, ponieważ zaproponowano mi staż w Werner Research Institute przy analizach DNA - ludzkiego i naczelnych. Harry w najmniejszym stopniu nie przejmował się brakiem pracy - za bardzo był na to zajęty staraniami o okazję do uprawiania seksu ze mną. Co najmniej dwa razy dziennie wspominał o tym, że w razie gdybym miała ochotę, pożyczy od matki samochód. Jednak, w czym nie ma nic dziwnego, w ciągu dwóch tygodni poprzedzających moje urodziny ta ochota nie pojawiła się u mnie ani razu.
Na kolację urodzinową matka wybrała Benihanę. Uwielbiała "egzotyczną" kuchnię, a Benihana jest, jak na Ohio, szczytem egzotyki. Wieczór zaczął się od standardowych koktajli z truskawkowego wina z bąbelkami i talerza warzyw. Wszystko to skonsumowaliśmy w domu, po czym matka, tato, Barney, Harry i ja zapakowaliśmy się do brązowego chryslera kombi i ruszyliśmy do Benihany. A tam, siedząc wokół skwierczącego grilla i patrząc, jak szef kuchni sieka, kroi i smaży, wydawaliśmy z siebie "ochy" i "achy". Nie zadawaliśmy sobie przy tym trudu, żeby prowadzić konwersację. Była to jedna z zalet Benihany - obecność szefa kuchni pozwalała bez skrępowania ignorować się nawzajem. Niestety matka złamała obowiązującą tu kardynalną zasadę milczenia i zadzwoniła w kieliszek, na znak, że chce wygłosić toast. Kiedy już wstała, chwiała się z lekka, co było głównie skutkiem wchłonięcia w siebie zbyt wielu wódek z tonikiem. Muszę tu nadmienić, że matka nie była alkoholiczką, jednak jakieś trzy razy do roku zalewała się do nieprzytomności. Najlepiej pamiętam tego rodzaju przypadek z okresu, gdy miałam szesnaście lat. Wysłano mnie wtedy, żebym odebrała rodziców z lotniska, gdy wracali z dwutygodniowego pobytu w Meksyku. Na lotnisku zastałam matkę na wózku inwalidzkim, kompletnie zalaną. Tato tymczasem szedł w milczeniu za stewardem z Mexican Airlines, który usilnie go prosił, żeby matka nigdy więcej nie latała ich liniami. Alkohol, podobnie zresztą jak wszelkie formy kontaktu z ludźmi, sprawiał, że z matki wychodziła oszołomka. Bo mówienie tu o alkoholu jest po prostu szukaniem winnego, alkohol jest kozłem ofiarnym.
Więc wtedy, w Benihanie, uśmiechając się tak, jak uśmiechają się tylko pijani, matka rozpoczęła wygłaszanie toastu, nie zwracając przy tym uwagi na to, że z jej kielicha obfitym bluzgiem wylewa się płyn, który z sykiem ląduje na rozgrzanym grillu.
- Oto moja córeczka, absolwentka Uniwersytetu Stanu Pensylwania! Kiedy na ciebie patrzę, rozpiera mnie duma. Tak się cieszę, że jesteś już w domu, że mieszkasz znowu w swoim pokoju i masz prawdziwą pracę. Jakież to cudowne! - Tu matka przerwała, a jej radosny nastrój przeszedł nagle w taki, któremu dała wyraz w ostrych słowach: - Oczywiście, czcząc ten fakt, musimy się przygotować na nadciągającą destrukcję. - Siorbnęła głośno, wchłaniając w siebie jeszcze trochę wódki z tonikiem, po czym mówiła dalej: - Ten kraj atakuje cicha zaraza. Epidemia tak jadowita, że zdolna jest zniszczyć najistotniejszą tkankę amerykańskiej rodziny.
Wlepiłam w nią wzrok, zastanawiając się, czy zanosi się na kolejną dyskusję z cyklu "Powiedz NIE narkotykom". Matka była bowiem zagorzałą republikanką, osobą, która naprawdę uważnie słuchała, gdy Nancy Reagan zalecała narodowi, by "miał odwagę powiedzieć NIE". Ukuła nawet swój własny antynarkotykowy slogan: "Bądź czysty: myj się zamiast ćpać". Uważała go za genialny, bo propagował przecież zarówno higienę osobistą, jak i postawy antynarkotykowe. I osłupiała ze zdumienia, kiedy producenci mydła - Ivory, Jergens, Irish Spring i Dove - nie zareagowali na jej propozycję, by pod tym hasłem zorganizować kampanię reklamową.
Teraz natomiast szykowała się na to, że będzie ciągnąć swój spicz dalej. Zsunęła fałszywe okulary na czubek nosa. A zaraz potem, zaskakująco nowym dla nas dramatycznym gestem, w ogóle je zdjęła.
- W całym naszym pięknym, będącym bastionem demokracji kraju aż roi się od cierpiących na nadwagę, łysiejących mężczyzn w średnim wieku, którzy zdają sobie sprawę, że minęły lata ich chwały. Jak dotąd, ci mężczyźni zadowalali się swoimi żonami, rodzinami - słowem, swoim życiem w domach na przedmieściach.
W tym miejscu zorientowaliśmy się, że obecny toast, nawet jak na matkę, poważnie odbiega od normy. Barney - który, znajdując się z dala od monitora komputera, rzadko okazywał emocje - wyglądał na autentycznie zaniepokojonego.
- Ten kraj zalewają drobne, malutkie, gibkie orientalne ślicznotki. I kradną nam naszych mężczyzn w średnim wieku. Tak, zmagamy się z inwazją gejsz. Te dziewuchy nie chcą młodych. One chcą takich, co zgromadzili już kapitał na funduszach emerytalnych. Więc możecie chować głowy w piach, ale wierzcie mi, one nadchodzą. I są uzbrojone!
Pierwszym nasuwającym się w tym momencie pytaniem było: "Uzbrojone? Ale w co?". Wyobraziłam sobie oddziały piechoty złożone z seksownych Azjatek (setki razy mówiłam matce, że słowa orientalny używa się tylko, mówiąc o dywanach), lądujących na międzynarodowym lotnisku w Cleveland, uzbrojonych w pasy do pończoch, wysokie obcasy, a także być może, od czasu do czasu, w sztuczny penis. Zanim domyślałam do końca tę perwersyjną myśl, odezwał się tato:
- Odchodzę od matki do Sarah - oznajmił tonem całkiem bezbarwnym.
- A kto to jest Sarah? - zawołał falsetem Barney. - Poznałeś ją w Internecie? To moja wina! Bo wprowadziłem do domu DSL - dodał, waląc pięściami w blat stołu.
- Ming - powiedziałam cicho, ignorując jego pokaz aktorskich zdolności. - On mówi o Ming.
Sarah była sekretarką taty w Allstate Insurance. Pochodziła z Filipin, ale matka uważała ją za Chinkę i dlatego nadała jej przezwisko Ming. I uważała, że bardzo dowcipnie jest podczas każdej rozmowy telefonicznej mówić jej, że życie trzeba brać "cum grano ryżu".
Jednak nawet cały ryż świata nie byłby w stanie uratować dzisiejszej sytuacji. Barney poprosił o rachunek. Harry, który podczas przemówienia matki nie przestawał jeść, poprosił teraz o torebkę dla psa. Nie znosił marnować jedzenia, zwłaszcza kiedy płacił ktoś inny. W drodze na parking, kiedy nasza rozbita rodzina zbliżała się do chryslera, szepnął mi do ucha:
- Dziś na całą noc dostałem minivana od mamy.
- To naprawdę nie jest chwi... - zaczęłam i zaraz urwałam.
Nie potrafiłam wyartykułować odpowiedzi na tak pozbawioną wrażliwości i tak nieodpowiedzialną propozycję.
- Można z niego usunąć siedzenie - szeptał dalej Harry.
Miałam ochotę zawyć mu w twarz, ale nie byłam w stanie. Od chwili, gdy tato wygłosił swoje oświadczenie, byłam ogarnięta bezbrzeżnym poczuciem straty. A więc to tak. Takie jest moje życie. I nie zmieni go ani żadne fantazjowanie, ani snucie marzeń. Po raz pierwszy od dziesięciu lat spojrzałam na własne odbicie w oknie samochodu. Miałam pewność, że po latach unikania luster zobaczę twarz, która się zmieniła i dojrzała. Jednak się myliłam. Moja twarz była taka jak kiedyś. Okrągła o obwisłej skórze, zsypana trądzikiem. Był to wciąż Miś-Upiorny Pulpet. I było całkiem jasne, że taki pozostanie.
Cześć, Pulpecie!
Dobra Wróżka jakoś nie nadchodzi. Brak mi wiary w siebie, w rodziców, w Harry'ego, no i oczywiście w Dobrą Wróżkę. Jeżeli Dobra Wróżka nie pojawiła się do dziś, to z pewnością nie istnieje. Jestem sama.
Anna
Cicho płacząc na krytym gniecionym welurem siedzeniu samochodu rodziców, doszłam do wniosku, że albo się zmienię, albo umrę. Nie mogłam pozwolić sobie na marnowanie życia w Ohio. Musiałam, w miarę własnych sił, wymyślić siebie na nowo. Nie miałam w głowie listy miejsc, do których mogłabym się udać. Wiedziałam jednak, że Nowy Jork to mekka dla tych, co chcą to zrobić. Jeżeli nawet ma mi się nie udać, to lepiej będzie, jeżeli nie uda się w Nowym Jorku niż w Norfolk w stanie Ohio.
Tego wieczoru tata spakował swoje rzeczy przy akompaniamencie wrzasku matki i płaczu Barneya. Barneyowi nie udawało się nigdy nic w swoim życiu zmienić, co wyjaśniało, dlaczego nie potrafił wyprowadzić się od rodziców. Ja z Harrym siedzieliśmy na krawężniku przed domem, udając, że nie słyszymy implozji, która wstrząsa moją rodziną. Cała ta sytuacja sprawiła, że całkiem zapomniałam o tym, że są to moje urodziny.
- Posłuchaj, Anno, nie dałem ci jeszcze prezentu.
- W porządku. Właściwie to nie jestem w nastroju - westchnęłam.
- A czy masz nastrój na cokolwiek innego? - zapytał Harry, kładąc szczególny nacisk na słowo cokolwiek.
- Raczej nie - wymamrotałam, patrząc na beton pod swoimi brzydkimi brązowymi butami.
- Trzeci rząd można łatwo usunąć. A wtedy człowiek ma wrażenie, że tam, z tyłu, jest jak w prawdziwym łóżku.
Harry po prostu nie mógł zrozumieć, że w tej chwili nie interesuje mnie pieprzenie się w tylnej części minivana jego matki. Nie obchodziło go, że moi rodzice zepsuli mi urodziny. Nie obchodził go okropny stan emocjonalny, w jakim się znajdowałam. Chciał zaspokoić swoje potrzeby. A we mnie zabulgotała cicha furia. Wściekłość - na Harry'ego, na własną rodzinę, na całe Ohio.
- Posłuchaj, Harry, koniec z nami! I to ze skutkiem natychmiastowym - oznajmiłam.
- Co?! - zawołał na to on. - Nic z tego nie rozumiem! Przecież idealnie do siebie pasujemy.
I to właśnie była smutna strona tego wszystkiego. Harry naprawdę uważał, że we mnie nie ma nic więcej. Że jestem po prostu uległą, godzącą się na wszystko dziewczyną, która lubi jeść, uczyć się, uprawiać seks i prawie nic poza tym. Dla Harry'ego wszystko to oznaczało dobre życie. A dla mnie była to jednokierunkowa droga prowadząca do otyłości i samobójstwa. Patrząc w te jego duże i niewiarygodnie pozbawione wyrazu oczy, nie miałam serca powiedzieć, że go nienawidzę. A nienawidziłam go za to, że był lustrem pokazującym mi, czym sama się stałam.
- Wyjeżdżam stąd, Harry. Nie znoszę tu mieszkać.
- A dokąd pojedziesz?
- Do Nowego Jorku - odpowiedziałam, wiedząc, że gdy wypowiem to głośno, sprawię, że tak się stanie.
Patrzyłam, jak lasuje mu się mózg - z wysiłku, żeby ogarnąć tę sytuację. Zauważyłam w jego oczach przebłysk nadziei i natychmiast poczułam, że muszę go zgasić.
- Nie nadaję się do stałego związku. To za trudne... zbyt bolesne... - skłamałam.
- Och, jeszcze nieco sos, proszę pana - dobiegł ze środka wrzask matki z koszmarnym chińskim akcentem.
- A co z twoją pracą? - zapytał Harry, ignorując to zakłócenie spokoju.
- W Nowym Jorku też są placówki badawcze.
- Okej - powiedział spokojnie.
- Okej - odwzajemniłam mu się nerwowo, nie mając pewności, czy jest dotknięty, zły, czy nękają go może uczucia ambiwalentne.
- Masz ryż w uszach?! Halo?! Słyszysz mnie?!
- Dziękuję ci za to, że pozbawiłaś mnie dziewictwa.
- Proszę bardzo - odrzekłam zażenowana.
- Mogę zatrzymać torebkę dla psa?
- Oczywiście.
- Założę się, że masz już żółty penis!
Harry przytulił mnie mocno, a potem złożył na moich ustach pocałunek, który sprawił, że odniosłam wrażenie, że dostał ataku epilepsji. Miałam ochotę wyrwać mu się i powiedzieć, że smakuje jak sos terijaki, ale się powstrzymałam. Zasłużył przecież na to "romantyczne" pożegnanie. Zasłużył na to, żeby móc myśleć, że znał mnie naprawdę - nawet w przypadku, gdy osoba, którą znał, była nędzną namiastką tej tryskającej energią dziewczyny, która kryła się pod trzydziestoma warstwami tłuszczu. Jeżeli to było najlepsze, co mogła zaoferować mi Dobra Wróżka, to - pomyślałam - sama muszę nią zostać dla siebie.
Od chwili mojej przeprowadzki do kawalerki na Brooklynie, w okolicy zwanej Bushwick, minęły trzy dni, osiem kawałków pizzy, czternaście chińskich krokietów i jedno objawienie. Ze względu na wspólną łazienkę w korytarzu mieszkanie to jest nawet gorsze niż pokój, który zajmowałam w akademiku. Nic nie wskazuje lepiej na to, że to nie dom, niż konieczność wchodzenia pod prysznic w klapkach i używania papierowych krążków ochronnych na sedes. No, ale mieszkanie jest tanie, a dla bezrobotnej absolwentki uczelni taniość przebija wszystkie inne zalety. Na szczęście, albo na nieszczęście, mieszkam na takim odcinku ulicy, między dwoma przecznicami, gdzie pełno jest przybytków ze śmieciowym żarciem: sześć chińskich knajpek, cztery pizzerie i dwie hiszpańskie bodegi. W ciągu ostatnich trzech dni zamówiłam do domu więcej takiego żarcia niż przez całe poprzednie życie. Matka zawsze martwiła się, że dostawca wróci, splądruje dom i dokona na nią napaści seksualnej. Mnie natomiast, nawet gdy zbliżałam się już do dwudziestki, nie uznawała za wartą takiej napaści. No, ale to są dygresje. Natomiast wracając do tematu: zaszyłam się w swoim "salonie" z kupą tłuszczów nasyconych. A takie zachowanie jest sprzeczne z moimi planami odmiany życia. Jednak brutalność tego objawienia zmusiła mnie do spędzenia kilku dni na mającym podłoże emocjonalne wchłanianiu kalorii.
A do objawienia doszło w sposób następujący. Zapewniwszy sobie dach nad głową, zaczęłam włóczyć się po Manhattanie. Z szeroko otwartymi i promieniejącymi optymizmem oczami. Przeszłam pod łukiem w parku przy Washington Square, przypominając sobie, ileż to razy widziałam ten łuk w różnych filmach. Na widok okrągłych ciasteczek na wystawie w Magnolia Bakery napłynęła mi do ust ślina, w Cafe Cluny, która, ku memu rozczarowaniu, nie miała nic wspólnego ze znanym aktorem, zjadłam bardzo drogą sałatkę, a potem, zanim wyszłam z księgarni McNally'ego i Jacksona, by nadal udawać, że jestem rodowitą mieszkanką tego miasta, długo przeglądałam książki. Kilka przecznic dalej, na rogu ulic Mięsistej i Otłuszczonej Dupy, przystanęłam i podniosłam wzrok, żeby ocenić wygląd przechodniów. I w ciągu trzech sekund doznałam olśnienia: nigdy się tutaj nie zaadaptuję, bo jestem gruba! Tak, GRUBA! To oczywiste, że od dawna znałam swój status Upiornego Pulpeta. Fakt, że mój żołądek działa jako przedsionek dolnych części mojego ciała, nie był żadną nowiną. Objawienie nie polegało na tym, że zdałam sobie sprawę, że jestem gruba, tylko na tym, że jestem gruba wprost niewiarygodnie. Według norm Środkowego Zachodu jestem gruba, ale według norm panujących na Manhattanie jestem Członkinią Klubu Otyłych Kobiet, które doprowadzają Richarda Simmonsa do płaczu. Żeńska populacja Manhattanu składa się z osobniczek tak chudych, że podnosi to o pięćdziesiąt procent mój indeks masy ciała. A na dodatek te mieszkanki Manhattanu są znacznie bardziej obyte i znacznie lepiej ubrane. Jak taka ekstremalna chudość jest w ogóle możliwa? - zastanowiłam się, po czym, po całym dniu oglądania mieszkań i wystaw sklepowych, doszłam do jedynego możliwego wniosku: kobiety w tym mieście muszą odmawiać sobie jedzenia, żeby być w stanie płacić czynsz i kupować sobie ubrania. Trawiąc te informacje, uświadomiłam sobie, że jedyną racjonalną reakcją będzie zagłuszyć świadomość swoich niedoskonałości trzydniową orgią obżarstwa.
Cześć, Pulpecie!
Jeśli spotkasz Dobrą Wróżkę, jeżeli ona w ogóle istnieje, powiedz jej, niech się goni!
Anna
PS
Przepraszam za to bluźnierstwo. To gadanie płynie ze śmieciowego żarcia. A jeżeli Dobra Wróżka naprawdę istnieje, powiedz jej, że przepraszam i że ją kocham... i że jest mi potrzebna.
Drugiego dnia mojej orgii obżarstwa obudziłam się z burczeniem w brzuchu, które było jednym z wielu symptomów trawienia przetworzonej, sztucznie barwionej żywności, przesyconej na dodatek chemikaliami o nazwach niedających się wymówić. Gdzieś między wieprzowiną kung pao z cebulowymi pierścionkami zwanymi Funyuns a pizzą maczaną w kremowym sosie wysłałam niezbyt składny, chaotyczny e-mail do Toma Stetersona, swojego byłego profesora statystyki. Ponieważ przez dwa lata byłam jego asystentką, Tom znał mnie osobiście, a co ważniejsze, sam także zmagał się z otłuszczeniem własnego ciała. Studenci z całym charakterystycznym dla swego wieku okrucieństwem przezywali go Profesorek Zaciążorek. Co do mnie, to oczywiście nie brałam udziału w tych żartach. A w tej chwili, zorientowawszy się, jak surowe wymagania co do wagi i modnego stroju obowiązują na Manhattanie, poczułam, że okropnie potrzebuję profesjonalnego doradcy. Sądziłam, że on, jako masywny facet robiący imponującą karierę, potrafi mi doradzić, jak, mając wygląd Upiornego Pulpeta, żeglować po wodach świata biznesu. A pragnąc, żeby nastawił się do mnie dobrze, sprytnie unikałam w swoim e-mailu jakiejkolwiek wzmianki o pulpetowatości.
Dwa dni później rozmasowuję sobie napakowany brzuch, snując reminiscencje na temat trzech pełnych dni samotnych zawodów w obżarstwie. Ach, co bym dała za to, żeby móc być dumna z takiego osiągnięcia! Sprawdzam pocztę, tłumiąc pachnące cheetosami ziewanie. Moja skrzynka odbiorcza zawiera dwie wiadomości - obie jednakowo ważne. Pierwszą - od firmy Phatbands produkującej innowacyjny produkt: pasy, które okiełznują ludzki apetyt, wysyłając pulsacyjne sygnały do komórek pamięci mięśniowej i ujędrniając w ten sposób ciało bez ćwiczeń gimnastycznych. Przeczytawszy ją, wierzę przez ułamek sekundy, że nauka w końcu zdoła zaspokoić moje potrzeby. Zaraz jednak przypominam sobie, że naukowe odkrycia w zakresie medycyny nie są raczej ogłaszane za pośrednictwem spamu. Trochę przygnębiona, idę dalej i otwieram drugą wiadomość - odpowiedź pana Stetersona. "Anno, jestem zachwycony. Więc wylądowałaś w Nowym Jorku! Nie dziwi mnie wcale, że trochę Ci trudno wsunąć stopę w drzwi. Nowy Jork to dla introwertyków miasto naprawdę trudne. Pozwoliłem sobie zadzwonić do Martina Johnsona, który stoi na czele nowojorskiego stowarzyszenia absolwentów Penn i jest wiceprezesem zarządu Goldman Sachs. To bystry facet, który potrafi rozpoznać, kto ma talent. Spodziewa się telefonu od ciebie. Wszystkiego najlepszego, Tom". Jestem zachwycona faktem, że pan Steterson podpisał się z taką swobodą - Tom. Zachwycona tym nawet bardziej niż protekcją, jaką mi zaoferował w Goldman Sachs. Myśl, że owego "Toma" mogę teraz uważać za przyjaciela, daje mi potężnego energetycznego kopa. Zwracanie się do siebie po imieniu jest podstawą przyjaźni. Tak w każdym razie słyszałam. Podbudowana tą myślą, dzwonię więc do biura Martina Johnsona, a tam, ku mojemu zaskoczeniu, już wiedzą, kim jestem. Asystentka proponuje nawet spotkanie w dziale personalnym dotyczące czegoś w rodzaju stażu. A ja, w ekstazie, przyjmuję tę propozycję. Zmierzam więc prosto na Wall Street! Na mojej wizytówce pojawią się wkrótce słowa: "Anna Norton, Zażarta Maklerka". Brzmi to świetnie, podoba mi się. I choć zawsze chciałam robić karierę naukową, przyjechałam przecież do Nowego Jorku, żeby się zmienić, więc to jest z pewnością krok w dobrym kierunku. Mogę zatem teraz trochę się odprężyć i cieszyć się swoją nową rolą - rolą osoby dążącej do zrobienia kariery i mającej wielu przyjaciół.
Po trzech wypełnionych na wpół śmieciowym żarciem dniach udaję się do Dzielnicy Finansowej i wkraczam do siedziby banku inwestycyjnego Goldman Sachs w tanim, źle leżącym granatowym garniturze. Garnitur jest zdecydowanie mniej niż doskonały, ale ja się tym nie przejmuję. Muszę się skupić na staraniach o pracę. Na gromadzenie seksownej i eleganckiej garderoby przyjdzie jeszcze czas - kiedy już zasłużę sobie na prawo odbierania telefonów i parzenia kawy. Wtedy będę kupowała ubrania, o których sprzedawcy - ze względu na ich klasyczny dla każdego wieku styl i wysoką cenę - mówią, że są inwestycją. Płynę na fali, mam perspektywy, czuję się jak pijana. Nie bardzo mogę uwierzyć, że to prawda. Mam ochotę zadzwonić do rodziny i powiedzieć, że nie jesteśmy, mimo wszystko, dziedzicznie obciążeni brakiem serotoniny i niezdolnością do optymizmu. Ale się powstrzymuję.
Naprzeciwko mnie zasiada nadszarpnięty zębem czasu i opryskliwy facet z działu personalnego i ze sceptyczną miną ogląda moje CV. Głębokie bruzdy poniżej ust świadczą o jego skłonności do przybierania naburmuszonej miny. W normalnych warunkach wystarczyłoby, żebym się znalazła naprzeciwko takiego starego pedanta, a odwróciłabym się natychmiast na pięcie i wybiegła z budynku. Ale nie dzisiaj. Dziś jestem zbyt podekscytowana tym, co ma przynieść przyszłość, żeby przejmować się jakimś bliskim samobójstwa urzędasem. Nie mam nawet nic przeciwko temu, żeby się wykończył, byle tylko najpierw przyjął mnie do pracy. Zsuwając, jak moja matka, okulary na czubek nosa, Scott Lantern patrzy na mnie wściekle.
- Większość naszych stażystów ma studia biznesowe albo w zakresie finansów.
- Tak, wiem, że tak jest. Ale, z całym szacunkiem, proszę pana, dyplom z biologii molekularnej na Uniwersytecie Stanu Pensylwania i wysoka średnia ocen świadczą o mojej wysokiej etyce pracy i zdolnościach intelektualnych. Nie mam żadnych wątpliwości, że posiadam wystarczające wykształcenie, żeby analizować trendy rynkowe i opracowywać strategie inwestowania.
Scott Lantern nadal gapi się na mnie ponad okularami, a na jego twarzy maluje się wyraz przygnębienia i niechęci.
- A jak z umiejętnościami interpersonalnymi? Tutejsze środowisko pracy potrafi być bardzo stresujące. Ludzi wrażliwych nie zachęca się do podejmowania takiej pracy, bo nie wytrzymują w niej nawet jednego dnia. Chyba to jasne, co mam na myśli?
- Oczywiście, jak najbardziej - odpowiadam z entuzjazmem. - Na studiach nosiłam przydomek "Skóra Nosorożca". Zapewniam pana, że niczego nie biorę do siebie.
Dlaczego wybrałam takie przezwisko? Przecież jest tak mało pochlebne. Ten facet pomyśli z pewnością, że mam łuszczycę. Powinnam raczej dać do zrozumienia, że mam bardzo nasilony syndrom Aspergera.
- Mhm - kiwa głową Scott. - No cóż, muszę panią ostrzec, że chłopcy są tutaj trochę obcesowi.
- Poradzę sobie - odpowiadam pewnie, z kiwnięciem głową, które sprawia, że drżą jedynie niektóre z moich podbródków.
- A więc dobrze. Ale zanim zacznę zadawać pani pytania, chcę, żeby pani, jako nasz pracownik in spe, poznała innych stażystów i zorientowała się, jak u nas jest. Proszę za mną.
Scott Lantern idzie krokiem boksera zmierzającego na ring - jest silny, twardy, agresywny. Asystenci i brokerzy schodzą mu z drogi, gdy tak posuwa się przez labirynt boksów z dzwoniącymi telefonami. Zatrzymuje się przed jakimiś otwartymi drzwiami, wydaje z siebie burknięcie i wkracza do biura. Ja wchodzę za nim, ale dopiero wtedy, kiedy zauważam bezprzewodowe i błyszczące słuchawki jednego z pracowników. Marzę o tym, żeby kręcić się po swoim narożnym biurze w takich słuchawkach, żeby wykrzykiwać różne paskudne rzeczy pomiędzy komendami "Kupuj!" i "Sprzedawaj!". Scott kiwa głową w stronę trzech przystojnych i dobrze ubranych młodych mężczyzn.
- Oto Morgan Atterson, Jonathan Door i Eric Smith - mówi z uśmiechem. - Trzej spośród naszych najlepszych stażystów. Wszyscy po Harvardzie. A to Anna Norton, kandydatka na stażystkę i od niedawna absolwentka Penn.
- Miło mi - mówią bezbarwnym tonem Morgan, Jonathan i Eric.
- Mnie też jest miło poznać - odpowiadam, podając rękę każdemu po kolei.
- Posłuchaj, Scott - chichocze Morgan. - Czy to z powodu tej historii z Tiffany?
- Nie - mówi surowo Scott, po czym zwraca się do mnie: - Proszę zaczekać na zewnątrz. Chcę, żeby pani poznała jeszcze kilka osób, ale muszę sprawdzić, czy są w biurze.
- Aha. Dobrze. Cześć - zwracam się do stażystów. - Mam nadzieję, że się wkrótce znowu spotkamy - szczebioczę jeszcze optymistycznie, zmierzając ku drzwiom.
Trzej młodzi ludzie nie odpowiadają. Zamiast tego wymieniają porozumiewawcze uśmieszki, tak jakby dzielili się sobie tylko znanym żartem. Marzę o tym, żeby być częścią biurowego teamu i wymieniać się z kolegami złośliwostkami na temat szefów. I już to wszystko widzę oczami wyobraźni: hordy elegancko ubranych mężczyzn i kobiet wpadają do mnie, by beztrosko wymienić się plotkami. Będą się nawet zwracali do mnie zdrobniale: Annie. A idąc korytarzem, będę słyszała szepty: "Nie mogę się już doczekać, kiedy to powiem Annie". Pogrążona w myślach o swoim nowym życiu, opieram się o drzwi.
- Dopóki nie przestaniesz przelatywać wszystkich świetnych lasek, Scott będzie zatrudniał takie zapasione kupy tłuszczu.
Głos Erica niesie się zza drzwi biura po całym korytarzu. Przywołując mnie do rzeczywistości. I to błyskawicznie. Śmiem twierdzić, że zdecydowanie zbyt błyskawicznie. Dostaję emocjonalnej choroby kesonowej.
- Ta na pewno jest pomyślana jako kara dla mnie. W życiu nie widziałem gorszej poczwary - powiada Morgan.
- Prawie nie przypomina ludzkiej istoty! - włącza się Jonathan i wszyscy trzej wybuchają śmiechem.
A w tej samej chwili panna Anna Norton umiera ze wstydu i upokorzenia. Twarz mi purpurowieje, nad górną wargą wyrastają gęste wąsy ze skroplonego potu. Tymczasem Scott wraca i daje mi znak dłonią, żebym szła za nim.
- Okej, Anno, są gotowi.
Wrosłam w ziemię. Nie jestem w stanie nic odpowiedzieć. Scott gapi się na mnie, a mnie zmiata z powierzchni tsunami przygnębienia. Łzy forsują sobie drogę na zewnątrz przez wytuszowane rzęsy. Jestem otłuszczoną dupą, która płacze przy ludziach. To żałosne. To świadectwo mojego słabego charakteru, a także niezdolności do radzenia sobie w tym mieście. Scott gestem rezygnacji pociera sobie czoło. Jest jasne, że już to przerabiał.
- Skóra Nosorożca - mówi, wręczając mi papierową chusteczkę. - Tam, za rogiem, jest druga winda.
Chcę powiedzieć "dziękuję", ale nie jestem w stanie. Moja krtań zanika wraz z resztkami poczucia własnej wartości. Kiedy idę szybko do windy, czuję całą powierzchnią zwiotczałej skóry, jak wygląda koszmarna prawda. Jestem ohydną poczwarą, nie tylko we własnych oczach, ale w oczach całego świata. Wstydzę się, że w ogóle żyję, i cierpię na myśl, że uważałam, że potrafię przetrwać w takim miejscu. Jestem osobą, z której ludzie szydzą i wyśmiewają się za plecami. Osoby takie jak ja nie potrafią się zmienić, mogą się tylko ukryć. Muszę wracać do Ohio i zmierzyć się z tą koszmarną prawdą, od której usiłowałam uciec. Muszę przyznać się do własnej kasty i pogodzić się z koniecznością zaaranżowanego małżeństwa wraz z ogromem nieszczęść, jakie ono ze sobą niesie.
Po tym jak wpłaciłam kaucję i zapłaciłam za pierwszy i ostatni miesiąc zamieszkiwania w najtańszej kawalerce, jaką udało mi się znaleźć w czterech gazetach, i po tym, jak kartą kredytową, przeznaczoną tylko na wypadek nagłych potrzeb, zapłaciłam za ogromne ilości śmieciowego żarcia, jestem prawie całkiem spłukana. Nigdy nie brałam pod uwagę możliwości powrotu do domu, więc nie podjęłam żadnych kroków, by zaplanować taką ewentualność. Jestem zupełnie sama. Telefonowanie do matki jest wykluczone. Wycisnęłaby ze mnie informacje o tym koszmarnym niepowodzeniu, a potem zmusiła, żebym wysłuchała wszystkiego o jej rozdzierającym flaki rozczarowaniu. Taka rozmowa telefoniczna to więcej niż mogłabym znieść. Raczej przyczaję się na dwa tygodnie, a potem wrócę do domu z historyjką o różnych ofertach pracy oraz objawieniu, że najlepiej jest żyć blisko rodziny. Po prostu nie potrafię strawić sytuacji, w której moje niepowodzenie znajdzie odbicie w jej oczach. Nakłamię więc z rozmachem na temat Nowego Jorku. A potem skulę się, zaszyję w mysiej dziurze i będę po tym okropnym doświadczeniu dochodziła do siebie. A jeszcze później, kiedy już będę na to gotowa, wyciągnę rękę do Harry'ego. Obiecam mu posiłek Pod Czerwonym Homarem i seks w minivanie mamusi. Modlę się tylko o to, by jego obrośnięte cellulitem ramiona nie znalazły sobie do tej pory innej kupy sadła do obejmowania.
W stanie ekstremalnego stresu i łagodnej histerii wytaczam się kaczym chodem z Dzielnicy Finansowej, szukając jakiejś agencji pośrednictwa pracy. To, że wcześniej myślałam o Dobrej Wróżce i że miałam w sobie ziarenko optymizmu, sprawia, że płaczę jeszcze bardziej. Odczuwam ból w klatce piersiowej, co jest fizycznym symptomem melancholii.
- Proszę... proszę... proszę... - mamroczę niewyraźnie, mijając licznych tutaj przechodniów.
Aż wreszcie, obok jakiejś bodegi: jest. Moje zbawienie. Agencja pośrednictwa pracy. Numer jeden na terenie całego Wielkiego Jabłka.
Wdzieranie się do tego przybytku bez CV i w stanie absolutnego braku równowagi emocjonalnej jest raczej nierozsądne. Ja jednak nie mogę się powstrzymać. Więc wkraczam. A starsza, siedząca za tanim biurkiem ze sztucznego drewna kobieta na mój widok mówi bez namysłu:
- Nie ma tu ogólnodostępnej toalety. Proszę spróbować w Quiznos.
- Ja nie szukam toalety. Ja szukam pracy... Jakiejkolwiek. Skończyłam studia na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Mam dyplom z biologii molekularnej - mówię, wycierając dłonią kroplę wiszącą u nosa.
- Dam pani znać, gdy będę wiedziała o jakiejś posadzie dla specjalisty w tej dziedzinie - odpowiada ze śmiertelną powagą kobieta.
- Ja mówię poważnie - błagam ją. - Może pani do nich zadzwonić.
- Do nich? Do wszystkich tych naukowców zajmujących się biologią molekularną?
- Na Uniwersytet Stanu Pensylwania.
- Oczywiście. Zaraz zadzwonię do dziekana. On panią zna?
- Właściwie nie. Ale w dziekanacie trzymają wszystkie papiery. Zwykle mam przy sobie CV, ale tym razem ostatnią kopię zostawiłam w banku Goldman Sachs.
- A. Tam? No to niech zgadnę. Potrzebowali biologa molekularnego?
- Wyzwali mnie od kupy tłuszczu - labiedzę, siadając naprzeciw jej biurka.
- Zawsze trafiają mi się świry - mruczy ona do siebie.
- Przepraszam panią, ale ja muszę znaleźć pracę. Naprawdę. Nie jestem wariatką. Jestem tylko gruba.
- Proszę nie płakać. Nikt nie zatrudnia beks.
- Ani kup sadła - jąkam się, powstrzymując łzy.
- Więc przyjmie pani jakąkolwiek pracę? - uśmiecha się ironicznie kobieta.
Kiwam głową, a ona wstaje i znika w korytarzu. Mnie tymczasem wciąż napływają do oczu łzy i co jakieś trzy sekundy spływają strumieniem po bulwiastych policzkach. Wszystko mi się rozmazuje przed oczami. Biurka, lampy i ludzie rozpływają się w feerii zwariowanych kolorów, a ja krztuszę się własnym przygnębieniem.
- Proszę pani? - słyszę głos kobiety, więc natychmiast ocieram łzy i przełykam ślinę.
Przede mną znajduje się ta sama otyła kobieta, z którą przed chwilą rozmawiałam, ale mój wzrok skupia się nie na niej. Bo z głębi korytarza, skąpana w popołudniowym świetle, ze złotą aureolą nad głową, nadchodzi inna kobieta. Ubrana na biało, podnosi w górę lewą rękę i wskazuje długopisem niebo. Długopisem, błyszczącym i srebrzystym, przypominającym do złudzenia różdżkę. No, w każdym razie w moich oczach.
- Proszę pani? Halo? - wścieka się agentka, odwracając moją uwagę od owej domniemanej Dobrej Wróżki. - Proszę, tu jest papier. Niech pani napisze swoje CV, nie pomijając Harvardu...
- Ale ja studiowałam w Penn, nie na Harvardzie, chociaż i tam się dostałam - mówię z dumą, przebijając się przez mgłę upokorzenia.
- No to proszę tak napisać. Polityka firm jest taka: Nie ma CV, nie ma pracy. A czy może pani zawrzeć umowę na rok?
- Oczywiście - odpowiadam, wyobrażając sobie, jak znikam po zrealizowaniu pierwszego i jedynego czeku na wypłatę.
- Właściwie to mam coś, co może pani odpowiadać - mówi kobieta z odcieniem groźby w głosie. - Sądzę, że ona szuka kogoś dokładnie takiego jak pani. Chce pani pracować za płacę minimalną, tak?
- Jeżeli nikt nie będzie mówił "kupa tłuszczu" ani że jestem gruba, to tak.
- Świetnie.
- A co to za praca? - pytam ostrożnie.
Nie żeby to miało jakieś znaczenie - wezmę każdą, zwłaszcza że jest to tylko chwilowe upokorzenie na drodze do całego życia takich upokorzeń.
- Asystentka katererki. Za pół godziny ma się pani z nią spotkać w kuchni.
- Powinnam się przebrać i wziąć oryginał mojego CV...
- Nie ma pani na to czasu - przerywa mi agentka. - Zrobię fotokopię tego. Będzie musiała wystarczyć - dodaje, biorąc kartkę, na której pisałam. - Tutaj jest adres. I jeżeli ona pani nie zatrudni, niech pani tu więcej nie przychodzi. To samo dotyczy jej.
- Jej też? - pytam zaskoczona.
- Tak. Jest pani ósmą osobą, którą jej w tym roku posyłamy.
Oho. To dobrze nie wróży.
Dwa tygodnie, przypominam sobie w windzie towarowej, którą jadę gdzieś na Lower East Side. Muszę tu przetrwać tylko dwa tygodnie, a potem mogę spokojnie wycofać się w objęcia rodzinnej niedoli w Ohio. To krócej niż obóz szkolny. Uda mi się przetrwać. A poza tym posada w firmie mającej coś wspólnego z jedzeniem to wielkie pocieszenie. Jeżeli będzie trzeba, zacznę podkradać żarcie i, dla uspokojenia nerwów, podjadać w toalecie. Zatrzymuję się przed metalowymi drzwiami, na których widnieje tabliczka z napisem "D&D Catering". Ścieram spod oczu resztki tuszu do rzęs i pukam. Słyszę, że po drugiej stronie ktoś podchodzi do drzwi, żeby wyjrzeć przez wizjer.
- Przysłali mnie tu z agencji - wyrzucam z siebie. - Nazywam się Anna Norton - dodaję, po czym słyszę znajome szczęknięcie zasuwki.
- Witam - mówi kobieta, mierząc mnie od stóp do głów wzrokiem.
Robię wdech i, zszokowana, cofam się o krok.
- Ty... ty jesteś moją DW - jąkam się śmiesznie, gapiąc się na kobietę, którą widziałam w agencji pośrednictwa pracy.
Jest ubrana elegancko lecz swobodnie, w białą lnianą sukienkę, miękkie złotobrązowe włosy ma ściągnięte w kok, a w uszach kolczyki z brylantami.
- Twoją czym? - pyta.
A ja gapię się na nią nadal, całkiem osłupiała. W tak wielkim mieście spotkać tę samą osobę dwa razy... no, no. Czyżby to był znak z nieba, na który tak czekam?
- Czy pani nie była... nie jest osobą, którą widziałam przed paroma minutami w agencji?
- Tak. Byłam tam, ale wróciłam tutaj, żeby się spotkać z tobą. Jak mnie nazwałaś? DW? - pyta podejrzliwie.
- To taki skrót zamiast... zamiast Douw Weng, co oznacza po holendersku rozmowę kwalifikacyjną - usiłuję nieudolnie skłamać.
- Jesteś Holenderką?
- Nie... myślałam, że pani nią jest.
- Nazywam się Janice Delviddio. Czy twoim zdaniem brzmi to po holendersku?
- To pewnie z powodu akcentu tej kobiety w agencji... Brzmiało bardzo po flamandzku.
- Gdzie twoje CV?
Wręczam jej fotokopię.
- Czy to jakieś żarty? Aha, rozumiem. To kara dla mnie za to, że przestrzegam wysokich standardów.
Janice, zirytowana, otwiera szerzej drzwi i gestem daje mi znak, żebym weszła. Gdy przyjmuję do wiadomości obecność DW, ogarnia mnie dziwny spokój. Nie mogę zapomnieć tego widoku: ona skąpana w ciepłym świetle, z różdżką w dłoni.
- Więc skończyłaś Penn? - mówi Janice, patrząc na mój nabazgrolony życiorys.
- Tak. Zwykle nie piszę CV ręcznie, ale widzi pani... - odpowiadam i przerywam, żeby sprawdzić, jaką ona ma minę.
Moja Dobra Wróżka wydaje się nagle mną rozczarowana, niczym osoba, która zasługuje na więcej. Co się dzieje? Moja DW mnie odrzuca?
- Czy wszystko w porządku? - wybąkuję, zmrożona jej ostrym spojrzeniem.
- Raczej nie. Ale nie mam specjalnego wyboru.
Za jej plecami widzę profesjonalną kuchnię z urządzeniami z nierdzewnej stali i mnóstwem miejsca na ladach. Między dwoma oprawionymi w ramki plakatami zaaranżowano przestrzeń do siedzenia. Obszerny loft bardzo przypomina studio programu o gotowaniu pokazywanego w telewizji kablowej.