Przylgnęła plecami do chropowatej ściany kamienicy o wysokich, smukłych oknach ciągle jeszcze pogrążonych w ciemnościach. W Toruniu wszystkie kamienice były smukłe, a okna wysokie. I prawie wszyscy w tym mieście, o czym była przekonana do tej pory, byli bogaci. Sięgnęła za siebie i kurczowo zacisnęła drobne, spocone palce na krzemiennej nierówności. Kamień kształtu pięści był niby pomocny, dobry ojciec, który, jeśli tu dziewczynka nie zemrze, to ją stąd zabierze. Listopadowy chłód wprawiał ją w jeszcze większy niepokój, niż to po co tu przyszła, na co czekała, co było powodem, że wymknęła się z domu wbrew woli ojca i matki, a teraz stała między ponurymi, wilgotnymi murami. Zimny wiatr szarpał jej dziecięcą suknię, wdzierał się wysoko po nogawiczkach, dotykał kolan, a sól i wilgoć drażniły nos i oczy. Nie powinno jej tu być! Zwłaszcza między małymi Polakami, Żydami i łobuzami z portu, dziećmi nie wiadomo czyimi. Ledwie świtało. Żółty i słaby blask łojowej lampki rozbłysnął w oknie na piętrze.
Drgnęła. Tłum gęstniał, przypierał ją do ściany. Bała się. Takich ludzi nie widziała nigdy wcześniej. Niby dzieci, niby dorośli. Mali, chudzi, co drugi pokrzywiony. Jeden, wydawało się, był w jej wieku, ale zmarszczki miał wokół oczu niby starzec. Właśnie, oczy! Złe, czujne, harde i lśniące gorączką. Grupa cuchnących wyrostków tłoczyła się przed nią, prawie zasłaniając widok. Jeden co raz odwracał się i chciwie spoglądał na dorodne srebrne guziki u szerokiego krótkiego płaszczyka dziewczynki. Na pewno byli od bandy Maternów, która zrabowała kiedyś składy ojca do polepy! Do tego bała się, że jest tu tak bardzo nie na miejscu, że ten wiatr albo ją porwie, przewróci, albo ktoś na jakiś powróz weźmie i ojcu przyprowadzi. Albo, co chyba jeszcze gorsze, wszystkim w mieście rozpowie, że Anna Krüger, córka Henryka Krügera, jest nieposłuszna!
Ludzi przybywało coraz więcej. Robiło się duszno, brakowało jej tchu.
- Idzie!... Idzie!... - rozległy się podniecone szepty pacholików i mieszczan.
- Stójcie!
- Cicho!
Zza rogu wyłoniła się kobieca postać, której wszyscy wypatrywali, dla której zebrali się pod kościołem, zanim jeszcze jaskrawe słońce pojawiło się na niebie. Anna wyciągnęła cienką szyję, żeby zobaczyć zjawisko, o którym mówiła ciotka Kordula.
- Jest! Okaż się! Pokaż co! - ryczały wyrostki.
- Nic nie widzę!
- Masz taki kolor? - piszczała mała prostytutka, unosząc suknię i obnażając na zielono barwiony trójkąt między nogami.
Niewiasta szła wolnym krokiem między rozkrzyczanym szpalerem. Z daleka zacne mieszczki w szerokich czepcach przystawały, niby coś poprawić w koszyczku, a patrycjuszowskie żony wstrzymywały kolebki, by tylko wobec kościoła się przeżegnać zza aksamitnych zasłon, ale naprawdę, by zobaczyć ją. Ostatnią beginkę1 w szarej szacie ostałą przy tercjankach w ich ubogim domu.
Prosta, miękka i wełniana suknia tylko podkreślała doskonałe kształty dojrzałej niewiasty. Szła, jakby nie słyszała nawoływań i zaczepek. Patrzyła przed siebie z twarzą spokojną i pogodną. Niewidząca, niema.
Nagle ktoś Annę wypchnął przed tłum. Wśród śmiechu świadków próbowała zawrócić przerażona, ale nikt pod bezpieczną ścianę nie chciał jej wpuścić z powrotem. Gawiedź zamilkła nagle, bo beginka przystanęła przy dziewczynce i uraczyła ją najbardziej zielonym wejrzeniem, jakie mała widziała do tej pory. Krügerówna stała z otwartymi ustami, kiedy niewiasta wcisnęła jej w zmarzniętą dłoń gałązkę rozmarynu i szepnęła:
- Nie bój się, Anno. - Po czym poszła dalej odprowadzana głośnymi okrzykami.
Annie serce biło mocno i szybko. Beginka znała jej imię! Skąd?! Beginki kształcić Annę przychodziły, ale krótko. Matka, ku rozpaczy Anny, odsyłała jedną za drugą czegoś niezadowolona. Potem do duchaczek sama córkę prowadzała, ale gdy ją nauczyły pisać, czytać i haftować, a śpiewać nie, to już do żadnych klasztornych jej nie posyłała.
Rozejrzała się wystraszona po nieładnie się na nią gapiących. Milczeli i patrzyli z zazdrością na skarb w ręce Krügerówny. Odwróciła się i zbiegła. Nie chciała, by ktoś zabrał jej taką pamiątkę! Zacisnęła dłoń. "Chcę być taka jak beginka! I nigdy nie będę się niczego bać!", myślała rozgorączkowana. Pobiegła do domu na Szeroką.
Wsunęła się do wielkiej kwadratowej sieni z piecem, przemknęła pod nieoświetloną ścianą, potem zdjęła patynki i ostrożnie minęła ciężkie drzwi, za którymi słyszała podniesiony głos matki:
- Cztery od sta?! Chce nas obrazić?
Dobrze, że byli w sypialni, w sieni służącej za kantor, zaraz by ją odkryli. Anna słyszała spokojną odpowiedź ojca. Wolno wypowiadał każde słowo. Gdy tak się zdarzało, znaczyło to, iż długo z kancelarii nie wyjdzie ani on, ani pani Krystyna Krügerowa. Wstali bardzo wcześnie, widać stało się coś, o czym obydwoje zostali powiadomieni. A kiedy tak się działo, jakowaś gorączka wstępowała z porankiem do domu i rodziciele jakby nieobecni potem cały dzień byli.
Cicho weszła głębiej, minęła salę, gdzie jak miała nadzieję, jeszcze spali bracia, i wbiegła po krótkich schodkach do swojej komnatki. W pośpiechu zsunęła z głowy ciasną czapeczkę i przygładziła zwinięty na karku warkoczyk. Dysząc po biegu, zasiadła do stolika, na brzeg odstawiła konterfekt matki i ojca, które zawsze jedno z nich stawiało na środku tak, że musiała je odsuwać, by móc coś zapisać. Stale patrzeć musiała na kolekcję podobizn rodzinnych. Ciotek, dziadów, babek i starego wuja. Wuj Łukasz... Dreszczem przejmował ją zawsze wzrok przecież niegroźnego, płaskiego wizerunku. Delikatnie odwróciła wuja do okna, przeprosiwszy go w myślach. Odsunęła spod łokcia gruby papier i próbowała zebrać myśli, rozglądając się po kątach pokoju.
Niemal chwilę potem wszedł za nią ojciec. Zbladła. Dziś? Teraz? Z rana? Widział ją?
Przyszedł tylko po nowe pióro, ale przyjrzał się córce z uwagą.
- Choraś? Zimno ci? - zapytał z troską na widok wypieków na krągłych policzkach dwunastolatki i płaszcza na grzbiecie o tak wczesnej porze.
Zaprzeczyła ruchem głowy. Chciała coś powiedzieć, ale do sali wsunęła się Kordula. Na chwilę zamilkła na widok wuja i cofnęła się do wyjścia, ale szeroki uśmiech niemal natychmiast zagościł na jej ustach i pewnie wkroczyła do środka.
Krüger zmarszczył brwi. Śliczna, niedobra Kordula. Siostra jego żony. W sukni z głębokim dekoltem obnażającym różową skórę na piersiach. Była prawie w wieku Anny, prawie zamężna, ale roślejsza od niej, dworniejsza i świegotliwa.2 "Wiecznie bez okrycia. Na pohańbienie" - pomyślał.
- Nie śpicie to u siebie, kuzynko? - zapytał.
Ucałowała z szacunkiem dłoń szwagra i rzekła cicho:
- A wy?
Cofnął rękę.
Wyprostowała się i szeroko uśmiechnięta czekała, aż Krüger wyjdzie. Zrobił to wreszcie, obrzucając szwagierkę surowym spojrzeniem.
Młoda ciotka wypaliła, gdy zostały same:
- Uciekłaś! Tchórz jesteś!
- Nie jestem!
- Zbiegłaś i tylko podeszwy bucików plaskały na bruku!
- Musiałam!
- Musiałaś? To ja musiałam cię ścigać!
Anna uśmiechnęła się szeroko.
- Dostałam podarek!
Kordula natychmiast zamilkła i podbiegła do Anny, ledwo hamując ciekawość.
- Coś ci dała? Pokaż!
Anna wyjęła zwiędłą gałązkę z rękawa i podała ciotce z ociąganiem.
- Iiii... ziele... - Tamta rozczarowana westchnęła. - I wcale ta beginka nie taka piękna, jak gadają...
Mówiła coś jeszcze, ale Anna nie słuchała. Dla niej beginka była niczym Matka Boża, czego nigdy nikomu nie powie. Najpierw bała się iść zobaczyć najpiękniejszą niewiastę na świecie, kiedyś ladacznicę, teraz zakonnicę, co za haniebne czyny odpokutowywała, pędząc życie w cnocie. Ponoć panią mogła zostać niejednego męża, któren dla niej siły i fortunę stracił. Drogę hańby opuściła, nie po to jednak by wielką panią zostać, ale ku rozpaczy panów, beginką, znaczy, żeby Bogu tylko służyć.
Anna nie wiedziała, czy chce Bogu służyć, ale wiedziała, iż chciała, by to jej służono, jak tamtej. Odłożyła do kuferka mały i nieudany konterfekt matki. Malunek, za który ojciec zapłacił głupio dużo, nie przypominał ani w części pani Krüger. Nawet sukni takiej nigdy nie nosiła, a zielony nie był jej ulubionym kolorem.
- Ludzie z obrazków nie są nigdy tacy, jacy są naprawdę - odezwała się. - Po co zatem ich malować?
- Żeby zdali się lepsi i piękniejsi. Chociaż kuzynka Katarzyna nawet na malunku wygląda okropnie - odpowiedziała Kordula i rozparła się na wysokim łóżku Anny, zadowolona, że nikt nie zauważył ich wyjścia.
- Katarzyna jest piękna. Taka wysoka!
- Jeszcze młoda jesteś, nic nie wiesz o urodzie - oceniła Kordula.
- Ty też jesteś piękna - powiedziała Anna.
- Może trochę... - Spojrzała w mętną gomółkę okna, próbując dostrzec swą ładną, krągłą twarz.
Bez pukania do komnatki wsunęła się służka Gerta, starsza od Korduli i Anny. Bez słowa została powitana i bez słowa postawiła na wysokiej skrzyni dwa duże kubki gorącego piwa z twarogiem.
- Po co przyniosłaś? - zapytała nieufnie Kordula.
Dziewczyna skłoniła się ślicznie, poprawiła filcową czapeczkę.
- Panie zziębnięte.
- Jakie zziębnięte?! - Prawie rzuciła się Kordula do dziewczyny.
- Wróciły panienki zziębnięte - powtórzyła.
- My? - zapytała Anna, udając spokój.
- Nigdzie nie byłyśmy - pomagała ciotka.
- Byłyście.
- Podła! - rzuciła poczerwieniała Kordula. - Każę cię obić i do duchaczek na najpodlejszą posługę oddać!
Gerta skromnie skubała fartuszek z prostym haftem na brzegach.
- Nikt mnie nigdzie nie odda, bo wróciłyście z miasta. A pan niezadowolony będzie, jak się dowie, żeście z domu zbiegły, a już jak pani się zwiedzie... - Złapała się za głowę.
- Dziewka! - syknęła Kordula. - Skąd wiesz?
- Byłam i ja. Ale mnie nikt nie ukarze.
- Powiemy, że zmyślasz - odparła Kordula.
- Pani mi uwierzy.
- Tobie? Słudze? - drwiła Kordula.
- Jej - rzekła smutno Anna.
- Czego chcesz? - zapytała Kordula dziewczyny.
- Monety.
Anna siedziała chwilę, jakby się nad czymś namyślała, po czym wstała, podeszła do małego kuferka na półce, wyciągnęła z niego grosz i podała Gercie.
- Teraz idź sobie - rzekła.
Dziewczyna oddaliła się zadowolona.
- Po coś jej dała? - burknęła Kordula.
- Nic to.
- Jak to? Będzie chciała więcej!
Krügerówna usiadła wyprostowana i zaczęła:
- Nic to. Rano powiem matce, że mi grosza brakuje. Wyszczerbiony był. Matka mi go dała. Matka znajdzie ten grosz, choćby miała przeszukać dom i spichlerz. Znajdzie u Gerty. - Uśmiechnęła się.
Kordula spojrzała na nią z podziwem i głośno nabrała powietrza.
- Anno, czasem się ciebie boję...
Nagle mała Krügerówna podskoczyła.
- Co tobie?! - zawołała wystraszona Kordula.
Anna szarpnęła płaszczyk na piersi.
- Guziki! Ukradli guziki! Kiedy?! - krzyknęła wzburzona.
Kordula roześmiała się na cały głos.