Rozdział I
1530
Anna spoglądała przez okno w przedbramiu na przejeżdżający poniżej powóz, podekscytowana wytworną zmysłowością swej nowej jedwabnej sukni i w pełni świadoma, czego oczekują od niej rodzice. Dziewczyna w wieku czternastu lat powinna doskonale znać etykietę i umieć oczarować gości swoimi zaletami.
Każdego lata vater, dla poddanych książę Jan III, przywoził małżonkę i dzieci do wielkiego pałacu Schwanenburg, który stał na stromym skalistym wzgórzu, górując nad potężnym Renem i pięknym miastem Kleve. Tego dnia na krótko dołączyli do nich sympatyczny onkel Otto von Wylich, pan Gennep, oraz tante Elżbieta, która nie pozwalała nikomu zapomnieć, że jest wnuczką księcia Jana I. Wraz z nimi miał przybyć Otto, bękarci syn onkela. Mimo że dwór kliwijski cieszył się opinią moralnie prawego, nieślubne dzieci miały na nim swoje miejsce. Dziadek Anny ze strony ojca, książę Jan II, któremu nie bez powodu nadano przydomek Dzieciorób, spłodził ich sześćdziesiąt troje. Chociaż zmarł, gdy Anna miała sześć lat i pamiętała go jak przez mgłę, żywe świadectwo jego niebywałej płodności mogła dostrzec wokół siebie na dworze oraz w szeregach wielkich rodów kliwijskich. Wydawało się nawet, że była spokrewniona z niemal wszystkimi w zjednoczonych księstwach i hrabstwach Kleve, Mark, Jülich, Berg, Ravensberg, Zutphen i Ravenstein, którymi władał jej ojciec.
Kiedy powóz zatrzymał się przed bramą, książę Jan powitał gości. Był jak zwykle odziany w strojne szaty, jego ciemne włosy zostały pięknie ułożone, grzywka i broda starannie przystrzyżone, a postawną sylwetkę okrywał szkarłatny adamaszek. A że uwielbiał zadawać szyku, również żonie i dzieciom polecił wystroić się w wytworne jedwabie i założyć klejnoty.
Anna stała w rzędzie ze swoim młodszym rodzeństwem, Wilhelmem i Amalią. Vater i mutter nie musieli przypominać dzieciom o ukłonach, gdyż kurtuazję wpajano im od kołyski. Nie dawano im też zapomnieć, że są potomkami królów Francji i Anglii oraz kuzynami potężnego Karola V, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, władcy vatera. We wszystkich ich działaniach musiała być odzwierciedlona świadomość tego faktu.
Gdy młody Otto von Wylich opuścił karocę, serce Anny niemal zamarło. Stąpający po bruku starszy o dwa lata kuzyn, nie przez więzy krwi, a powinowactwo, wyglądał niczym dar od Boga. Och, był taki piękny - te fale niesfornych kasztanowych kosmyków, wyraziste kości policzkowe, mocno zarysowana szczęka, pełne usta i radosne oczy; ten jego czar, gdy witał się ze wszystkimi, okazując gospodarzom należyty szacunek, z niewielką dozą nieporadności często spotykanej u chłopców w tym wieku... Kiedy podniósł się z ukłonu przed Anną, obezwładnił ją uśmiechem.
Była już zaręczona, a więc niemal zamężna, i to od jedenastego roku życia. Przy oficjalnych okazjach nazywano ją Madame la Marquise, jako że jej przyszłym mężem miał zostać Franciszek, markiz Pont-a-Mousson, najstarszy syn księcia Lotaryngii, Antoniego. Nigdy się nie spotkali, nie widziała nawet jego portretu, a perspektywa małżeństwa wciąż wydawała się nierealna, chociaż ciągle przypominano o jej doniosłym przeznaczeniu. Część posagu została już przekazana i przez długi czas przewidywała, że ślub odbędzie się, gdy Franciszek osiągnie czternaście lat (co miało nastąpić w tym właśnie roku), a więc będzie w wieku uprawniającym go do wstąpienia w związek małżeński.
Ze względu na młody wiek nie brała udziału w ceremonii zaręczyn, jej zgoda zaś była domniemana w kontrakcie, który podpisał za nią ojciec. Przyuczana do swoich obowiązków od niemowlęctwa, zaakceptowała bez zastrzeżeń wybranego dla niej męża, lecz teraz, ujrzawszy Ottona von Wylicha, po raz pierwszy zapragnęła, by nie decydowano za nią. Nie mogła oderwać wzroku od jego ujmującego uśmiechu.
Kiedy starała się ukryć fakt, że jej świat właśnie zadrżał w posadach, vater prowadził gości przez imponującą Salę Rycerską, a jego poważna twarz o wyrazistych rysach ożywiła się, gdy wskazał Ottonowi zdobne rzeźby.
- Powiada się, że salę tę zbudował sam Juliusz Cezar - oznajmił z dumą.
- Dobrze pamiętam wielkie uroczystości, które się tu odbywały - dodała tante Elżbieta.
Powoli przeszli przez pokoje reprezentacyjne. Dla Anny w tej chwili istniał jedynie stojący blisko Otto i jego skupiony na niej wzrok.
- Urządziliśmy te apartamenty na wzór wielkich francuskich pałaców nad Loarą - chełpił się vater, wskazując na wspaniałe meble i arrasy. Anna spostrzegła, jak wuj i ciotka wymienili zazdrosne spojrzenia. Mutter wydawała się tego zupełnie nie zauważać - cały ten splendor się jej należał, ponieważ była wielką dziedziczką i wniosła vaterowi w wianie rozległe włości i tytuły, uświetniając dwór Kleve w sposób jednocześnie królewski i pokorny, pełna godności, jak przystało kobiecie. Zarówno ona, jak i vater ściśle przestrzegali zawiłych reguł etykiety ustanowionych przez książąt na wzór ich burgundzkich przodków - w kwestiach kurtuazji i stylu dwór Burgundii od prawie wieku wiódł bowiem prym w wytwornym świecie chrześcijańskim. Mutter i vater przyjmowali również nowe idee ze znakomitego dworu francuskiego, położonego niedaleko na zachód od Kleve, oraz prądy intelektualne z Włoch, docierające na północ za pośrednictwem gości podróżujących w górę Renu. Anna czasami wyczuwała, że dwór vatera jest zbyt wyrafinowany i wolnomyślicielski jak na gust mutter i znacznie bardziej liberalny niż dwór w Jülich. Matka jednak nigdy nie krytykowała tego, co działo się w Kleve.
Gdy dotarli do prywatnych apartamentów, podano wino, musujące Elbling, które vater regularnie sprowadzał z winnic nad Mozelą. Onkel Otto i tante Elżbieta ochoczo przyjęli swoje puchary. Szczęśliwie nie było jeszcze wieczoru - zasady na dworze panowały bowiem surowe i od godziny dziewiątej Hofmeister, który bardzo poważnie podchodził do swoich obowiązków, trzymał wino pod kluczem, nawet to należące do księcia.
Popijając z kielichów wykonanych z najwyższej jakości szkła weneckiego, dorośli rozmawiali, początkowo zdystansowani, a potem stopniowo się rozluźniając, podczas gdy ich dzieci siedziały, przysłuchując się w milczeniu. Anna była doskonale świadoma obecności Ottona, który usiadł obok niej.
- Twój ojciec ma wspaniały pałac - powiedział.
- Mam nadzieję, że będziesz miał okazję obejrzeć go dokładniej - odparła.
Współczuła mu, ponieważ jako bękart - choć przecież nie był temu winien - nie mógł odziedziczyć wspaniałych rezydencji.
- Jestem przekonana, że dobrze ci się żyje w Gennep.
- Nie tak dobrze, jak tobie tutaj, Anno - odpowiedział, po raz kolejny uśmiechając się zniewalająco. Słysząc swoje imię z jego ust, poczuła ekscytację. - Mam jednak wiele szczęścia. Ojciec i macocha, nie mając innych dzieci, traktują mnie jak prawowitego syna.
- Ale masz przyjaciół?
- Tak. Pobieram także nauki i mam życzliwego tutora. Pewnego dnia jednak będę musiał znaleźć własną drogę w świecie, prawdopodobnie w Kościele.
- O nie! - wykrzyknęła, nie zdoławszy się powstrzymać. - To znaczy... z pewnością mógłbyś wieść szczęśliwsze życie, robiąc coś innego.
Uśmiechnął się.
- Masz na myśli przyjemności, z których musiałbym zrezygnować - powiedział, sprawiając, że się zarumieniła. - Uwierz mi, ja też o nich myślę. Nie jestem jednak dziedzicem, Anno, i po śmierci ojca wszystko przejdzie na mego kuzyna. Cóż innego mógłbym zrobić?
- Vater znajdzie ci tu posadę lub uczyni to doktor Olisleger, jego kanclerz. Jestem tego pewna!
- To miłe z twojej strony, Anno - szepnął.
Ich oczy spotkały się, a ona wyczytała w jego spojrzeniu wszystko, czego właśnie pragnęła.
- Niczego nie chciałbym bardziej niż trafić na dwór Kleve. W ten sposób mógłbym widywać cię częściej.
Na te słowa zaparło jej dech w piersiach.
- W takim razie wstawię się za tobą - obiecała.
Zauważyła, że matka przygląda się im z lekkim grymasem dezaprobaty na twarzy. Vater z kolei zaczynał przechodzić do swojego ulubionego tematu i czuła, że niebawem padnie imię Erazma. Wielki uczony humanista był autorytetem vatera, człowiekiem, którego ów podziwiał ponad wszystko i do którego porad uciekał się w sprawach religijnych.
- Erazm mówi, że Kościół to nie papież, biskupi i duchowieństwo - oświadczył. - To cały lud chrześcijański.
Tante Elżbieta spojrzała nań z powątpiewaniem, podczas gdy wyraz twarzy mutter pozostał nieodgadniony.
Anna wiedziała, że mutter nie zgadzała się z vaterem w kwestiach wiary. Pobożna jak zakonnica, prawdopodobnie zadrżała w sercu, słysząc, że lekceważy się Ojca Świętego w Rzymie, tak jakby nie miał żadnego znaczenia.
- Erazm głosi powszechny pokój i tolerancję - kontynuował vater, nie bacząc na nic. - Nie może istnieć wyższy ideał niż właśnie to. Stanowi on inspirację dla sposobu, w jaki żyję, w jaki rządzę moim księstwem i dworem, a także w jaki wychowuję moje dzieci.
- To wielki ideał - zauważył onkel Otto - acz niebezpieczny. Nawet jeśli nie ma takiego celu, podjudza przeciwników Kościoła, a od tego już tylko krok do herezji Marcina Lutra.
- Luter w wielu kwestiach mówi rozsądnie - odparł vater. - W Kościele istnieją nadużycia i należy je skorygować.
- Mój pan zakazał dzieł Lutra - wtrąciła szybko mutter.
- W rzeczy samej, zrobiłem to dwukrotnie - potwierdził. - Niektóre z jego zarzutów wobec Kościoła są jednak uzasadnione. Nikt nie powinien płacić księżom za odpuszczanie grzechów i wybawianie z czyśćca. Źle także, że książęta Kościoła żyją w zbytku, podczas gdy nasz Pan był prostym cieślą. Jednakże odrzucenie pięciu sakramentów jest zwykłą herezją.
- Twój zięć by się z tobą nie zgodził - zauważył onkel Otto.
- Elektor Saksonii ma skrajne przekonania - powiedział vater z troską - i obawiam się, że Sybilla została nimi zarażona, ponieważ jako żona winna podążać za swoim mężem. Elektor chce, abym dołączył do jego związku szmalkaldzkiego niemieckich książąt luterańskich, ale nigdy tego nie zrobię.
- A jednak sprzymierzyłeś się z nim przez ożenek - upierał się onkel. - Masz koneksje ze związkiem, czy ci się to podoba, czy nie.
Teraz to mutter wyglądała na strapioną. Wydanie córki za protestanta musiało być całkowicie sprzeczne z jej przekonaniami.
Zapowiadał się spór, ale właśnie wtedy dzwon na szczycie Johannisturm na wewnętrznym dziedzińcu wybił godzinę czwartą i mutter wykorzystała okazję do jego zażegnania. Anna domyśliła się, że matka nie chce, aby potomstwo słyszało więcej krytycznych uwag na temat Kościoła i prawdziwej wiary, w której je wychowała.
- Dzieci - powiedziała pogodnie - może oprowadzicie kuzyna Ottona po innych częściach pałacu?
Młodzianie poderwali się na równe nogi, a Anna rozradowała się w duchu.
- To będzie dla nas przyjemność - powiedział z przekonaniem trzynastoletni Wilhelm. Anna przeczuwała, że Otto wkrótce usłyszy wykład na temat architektury Schwanenburga i chwalebnej historii Kleve, i nie pomyliła się. Gdy wracali przez apartamenty reprezentacyjne, Wilhelm, który miał wszystkie zalety z wyjątkiem poczucia humoru, pokory i taktu, zaczął opowiadać o swych narodzinach w Schwanenburgu i o tym, jak bogate i dostatnie jest to księstwo.
- Naszego ojca nazywają Janem Pokojowym, bo rządzi rozsądnie - przechwalał się. - Kiedy ożenił się z naszą matką, wniosła mu w wianie księstwa Jülich i Berg. Gdy zostanę księciem kliwijskim, odziedziczę to wszystko i będę tak mądry jak ojciec.
Anna dostrzegła, że kuzyn powstrzymuje uśmiech.
- Otto nie przybył, by tego słuchać, bracie - powiedziała. - Mamy piękny dzień, a ciebie zwolniono z popołudniowych lekcji.
Odwróciła się do Ottona i poczuła, że robi się jej gorąco.
- Chciałbyś wejść na Schwanenturm? Widoki są wspaniałe, a ja mogę opowiedzieć ci legendę o Lohengrinie.
- Jest zbyt gorąco, by wspinać się tak wysoko po schodach - zaprotestowała Amalia, zaciskając usta w dzióbek.
- Amalio, ależ jesteś leniwa - westchnęła Anna.
- Chciałbym zobaczyć te widoki - powiedział Otto, wciąż wpatrując się w Annę błyszczącymi oczami - a wysiłek dobrze nam zrobi.
- Myślę, że kuzyn Otto wolałby zobaczyć Spiegelturm - rzucił Wilhelm, jak gdyby go nie słyszał. - Książęce archiwa są bardzo interesujące.
- Och, Wilhelmie, zawsze musi być tak, jak ty chcesz! - zawołała Amalia.
- Możesz zabrać tam Ottona potem - oznajmiła Anna stanowczo. - Najpierw chce zobaczyć Schwanenturm.
- W takim razie ty go tam zabierz - zarządził brat. - Ja pójdę obejrzeć kilka rzeczy, które chcę mu pokazać.
- Idę z tobą - postanowiła Amalia. - Pomogę ci je znaleźć.
- Po prostu nie chce ci się wchodzić po schodach - zadrwił Wilhelm. Perspektywa towarzystwa dwunastoletniej siostry najwyraźniej nie wzbudziła jego zadowolenia.
- Chodźmy - zwróciła się Anna do Ottona. - Niech sami się kłócą.
Odciągnęła kuzyna, zanim Wilhelm zdążył ją powstrzymać. Nigdy wcześniej nie czuła takiego szczęścia. Jej życie było wypełnione szyciem i obrządkami religijnymi, obwarowane zasadami i nieustającą czujnością matki, a szansa na krótką chwilę sam na sam z tym najprzystojniejszym w świecie młodzieńcem przekraczała jej najśmielsze marzenia. Niewiarygodne, że udało się to tak łatwo, bez żadnego wysiłku z jej strony.
Mutter nie pochwaliłaby tej eskapady, zawsze bowiem pouczała, że młoda dama nie powinna przebywać sama z mężczyzną, aby nie narazić na szwank swojej reputacji. I chociaż nie wyjaśniła dokładnie, w jaki sposób mogłoby się to stać, niewątpliwie była to rzecz straszna. Ale Otto się nie liczył, prawda? Należał do rodziny i był niewiele starszy od Anny.
Nad nimi górował potężny Schwanenturm, kładąc swój kwadratowy cień na brukowanym dziedzińcu. Anna zdawała sobie sprawę, że Otto kroczy tuż za nią, i cieszyła się, że włożyła nową suknię z czerwonego jedwabiu ze złotym gorsetem wyszywanym perłami. W takim stroju i z rozpuszczonymi na plecach jasnymi włosami mogła czuć się pięknie. Wszyscy wprawdzie zgadzali się co do tego, że pięknością rodu jest jej siostra Sybilla, której portret urzekł elektora skośnymi oczami i długimi złotymi włosami, ale teraz Anna rozkoszowała się myślą, że i ona może wyglądać ładnie.
Na ich widok strażnicy pełniący służbę przy wrotach stanęli na baczność.
- Wieżę tę postawił mój przodek, książę Adolf - wyjaśniła, pchając toporne drzwi.
- Pozwól - rzekł Otto, przejmując jej trud.
Anna poszła przodem, unosząc swą piękną spódnicę, by wejść po schodach.
- Stara wieża zawaliła się jakieś sto lat temu - ciągnęła, starając się ukryć skrępowanie. - Książę Adolf odbudował ją znacznie większą, niż była wcześniej.
- Jest zdecydowanie wysoka! - zauważył Otto. - Te schody ciągną się w nieskończoność. Odpoczniemy trochę?
Anna odwróciła się i zobaczyła, że patrzył na nią z podziwem.
- Jesteś bardzo ładna - powiedział - a ta suknia tak pięknie na tobie leży.
Jego spojrzenie powędrowało z uznaniem od jej smukłej talii do obfitych piersi skrytych pod aksamitnym gorsetem.
Podekscytowana pochwałami, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Wiedziała, że nie powinna pozwalać mu na poufałość, a sobie na przyjmowanie komplementów, a jednak rozpierała ją taka duma, że nie chciała odejść ani zepsuć chwili.
Z lekką zadyszką weszli na ostatnie schody prowadzące do wieżyczki na szczycie budowli i wkroczyli do wąskiego, skąpo umeblowanego pokoju z oknami po każdej stronie. Sfatygowany turecki kobierzec musiał w swoim czasie kosztować fortunę. Anna podeszła do okna z widokiem na rzekę. Przed nią rozciągało się miasto Kleve z mozaiką czerwonych dachów i iglic.
Otto stanął tuż za nią.
- Piękny widok - zauważył, spoglądając jej przez ramię. Czuła jego oddech na uchu. - Opowiedz mi zatem o Lohengrinie.
Jego głos był jak pieszczota.
Próbowała skupić się na legendzie, którą obiecała opowiedzieć, ale zawładnęło nią dziwne, upajające uczucie. Czy to była miłość? Widziała, jak mocno kochali się jej rodzice, a słuchając plotek dam i pokojówek, dowiedziała się, że miłość może być również rodzajem szaleństwa, które sprawia, że ludzie zachowują się tak, jakby postradali zmysły; że potrafi ona uczynić człowieka ekstatycznie szczęśliwym lub rozpaczliwie smutnym. A teraz, stojąc w tym zakurzonym małym pokoju, bez świadków, po raz pierwszy sam na sam z młodym mężczyzną, zrozumiała, co znaczy fascynacja drugą osobą. To było wspaniałe, ale też przerażające uczucie, popychające ku czemuś doniosłemu i niebezpiecznemu, przed czym nie potrafiła się powstrzymać.
A powinna! Wkrótce miała zostać mężatką i dotąd wpajano jej absolutną wierność wobec przyszłego męża.
- Czy wiesz, dlaczego to miejsce nazywa się Łabędzią Wieżą? - zwróciła się do Ottona, zmuszając się do zebrania myśli. - Przypuszczam, że w Limburgii niewiele słyszałeś legend związanych z Kleve.
- Matka opowiadała mi je, gdy byłem mały - odparł - ale większości nie pamiętam.
- Nad nami, na szczycie wieżyczki, znajduje się złoty wiatrowskaz - powiedziała Anna, wstrzymując nieco oddech. - Widnieje na nim łabędź, którego starzy hrabiowie Kleve umieszczali na swoich herbach na cześć Rycerza Łabędzia, tajemniczego Lohengrina... Spójrz tutaj.
Odwróciła się i wyciągnęła z gorsetu emaliowany wisior.
- To mój osobisty znak. Dwa białe łabędzie symbolizują niewinność i czystość.
Otto ujął jej dłoń w swoją i pochylił się, by spojrzeć z bliska, po czym nieoczekiwanie musnął pocałunkiem nadgarstek. To przyprawiło ją o wyjątkowo przyjemny dreszcz.
Nie była zupełnie szalona - jeszcze nie. Uczono ją, że cnotliwa kobieta nie może pozwolić mężczyźnie na pocałunki, dopóki nie uczyni jej swoją narzeczoną. Cofnęła dłoń, a Otto wyprostował się.
Jej głos nieco drżał, gdy kontynuowała opowieść:
- Łódź Lohengrina prowadziły dwa białe łabędzie, kiedy dawno temu płynął po Renie do księżniczki Kleve o imieniu Elsa. Była w trudnym położeniu, ponieważ miejsce jej zmarłego męża próbował zająć tyran, zmuszając ją do ślubu. Lohengrin przyszedł księżniczce z pomocą, obalił tyrana i sam ją poślubił.
Oczy Ottona odbijały się w oczach Anny.
- Jeśli była tak piękna, jak pewna księżniczka z Kleve, którą znam, to chylę czoła przed Lohengrinem - odparł nieco zachrypniętym głosem.
Policzki Anny nagle rozgorzały. Nie miała pojęcia, jak zareagować na taki komplement.
- Był słynnym bohaterem - wyjaśniła, starając się zachować spokój - ale dzień po ślubie kazał Elsie obiecać, że nigdy nie zapyta o jego imię ani pochodzenie. Nie wiedziała, że był rycerzem Świętego Graala i często wysyłano go na tajne misje, niemniej zgodziła się i żyli razem bardzo szczęśliwie, doczekawszy się trzech wspaniałych synów. Byli moimi przodkami.
- Zaraz powiesz, że wszystko źle się skończyło - domyślił się Otto.
- Tak właśnie było. Elsa chciała się dowiedzieć, czy jej synowie odziedziczą po ojcu wielki spadek i nie mogąc się powstrzymać, zadała mu pytanie, którego przysięgła nigdy nie stawiać. Kiedy to zrobiła, zrozpaczony Lohengrin wyrwał się z jej objęć i opuścił zamek - dokładnie ten zamek. Na dole, na rzece, czekała na niego łódź z dwoma łabędziami, którą przybył do Kleve. Odpłynął na niej i nigdy więcej go nie widziano.
Otto kręcił głową, przyglądając się jej.
- A co się stało z Elsą?
- Nieszczęsna pogrążyła się w żalu i zmarła. Tak mocno kochała Lohengrina.
Po raz pierwszy do Anny dotarło, jak straszna musiała to być strata dla Elsy. Ta przykra świadomość najpewniej odbiła się wyraźnie na jej twarzy, ponieważ Otto bez ostrzeżenia podszedł bliżej, przyciągnął ją do siebie i objął. Zanim zdążyła go powstrzymać, przywarł ustami do jej warg i dotknął jej języka swoim. To była najdziwniejsza rzecz, jakiej doświadczyła - jednocześnie cudowna i odpychająca. Nigdy nie sądziła, że całowanie może być właśnie takie! Wiedziała natomiast, że nie powinna tego robić. Co pomyśleliby o niej rodzice?
- Nie - rzekła, odpychając go. Przytrzymał ją jednak mocno w uścisku.
- Tak! - szeptał. - Proszę, nie odmawiaj nam tej przyjemności! To przecież nic złego. Nie musisz się obawiać.
- Mogę stać się brzemienna - odparła, a on ku jej zaskoczeniu wybuchnął śmiechem.
- Mogę - przestrzegła. - Matka Lowe powiedziała, że całowanie prowadzi do dzieci.
- A kim jest matka Lowe? - zapytał, muskając jej nos swoim, gdy bezskutecznie próbowała uwolnić się z objęć.
- To moja piastunka.
- Co ona wie! Nie rodzi się dzieci od całowania. To zupełnie niewinne i widać było, że ci się podobało.
Wciąż trzymał ją mocno, uśmiechając się tak ujmująco, że poczuła, jak miękną jej kolana. Rozmowa o takich rzeczach z mężczyzną była ekscytująca.
Pocałował ją ponownie, tym razem delikatnie i czule, a potem położył ją na dywanie, całując jej oczy i głaszcząc policzki. Jednocześnie jego dłonie powędrowały gdzie indziej, a wspaniałe doznania, które w niej wzbudził, zagłuszyły zdrowy rozsądek. Powiedział, że nie ma się czego obawiać, a ona mu uwierzyła. Był gościem w domu jej ojca - dobrze wychowanym młodym mężczyzną, który przecież wiedział, jak należy postępować. I było w nim rosnące, zapierające dech w piersiach podniecenie, które się jej udzieliło.
- Och, Anno! - szeptał, wpatrując się w nią i owijając jej włosy wokół palców. Jego oddech stawał się coraz szybszy i bardziej drżący. - Pozwól mi się kochać! Nie skrzywdzę cię.
Jego usta ponownie zwarły się z ustami Anny, z większą żarliwością, a potem sięgnął w dół, odsunął na bok piękne jedwabne spódnice i koszulkę i, ku jej zdumieniu, zaczął delikatnie dotykać intymnych części ciała. Nie opierała się, pogrążona w doznaniach i wrażeniach, o których nigdy wcześniej nawet nie śniła.
- Takie usta jak tu - wyszeptał, pieszcząc językiem jej wargi - masz i tam, i służą do tego samego celu.
Opuszki jego palców poruszały się rytmicznie, coraz śmielej eksplorując jej wnętrze, a Anna poczuła, jak narasta w niej najwspanialsza przyjemność. Nie czuła szoku ani żadnego wstydu, tylko zdziwienie, jak mało zna własne ciało. Oto było szaleństwo, o którym mówiły kobiety! Czy dotychczas w ogóle żyła?
To, co nastąpiło, było absolutnie wspaniałe, a ona poddała się temu bez dalszego namysłu, niezdolna zachować rozsądku. Odrobina bólu i zaraz uniosła się do nieba! W miarę narastania przyjemności poczuła skurcz ciała Ottona. Westchnął, a potem, gdy powoli rozluźnił się na niej i w niej, trzymając ją mocno i mrucząc nieskładnie wyznania miłości, uległa fali niepowstrzymanej ekstazy, która narastała i narastała, aż zdawało jej się, że zemdleje.
Leżała oszołomiona, gdy odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się.
- Podobał ci się nasz pocałunek, Anno?
Przytaknęła, myśląc, jak piękne są jego oczy.
- Och, słodka Anno - mruknął, całując ją - podobało ci się, prawda? To było widać.
- Tak - westchnęła. - Nigdy nie sądziłam, że może istnieć taka przyjemność.
Leżała w jego ramionach z błogim uczuciem, pragnąc przeciągnąć tę chwilę najdłużej jak to możliwe.
- Właśnie to Bóg zaplanował dla mężczyzn i kobiet! - uśmiechnął się.
- Nie uczyniliśmy nic złego, prawda?
Wracała jej trzeźwość myślenia, a wraz z nią świadomość, że uczestniczyła w czymś zakazanym.
- Oczywiście, że nie. - Uwolnił ją z objęć i usiadł, sznurując spodnie. - Ale niech pozostanie to naszą tajemnicą. Nasi rodzice by tego nie zrozumieli. Uważają, że takie przyjemności powinny być zachowane do ślubu, ale nie widzę nic złego w cieszeniu się nimi wcześniej.
Annę ogarnęło poczucie winy, że uniesiona falą szaleństwa złamała zasady wpajane jej przez matkę. Ale to było tak cudowne! Dlaczego zatem czuła wkradający się strach? Zapewne odczuwała lęk przed zdemaskowaniem, to wszystko. Lecz jakże mogła żałować czegoś, co przyniosło jej tyle radości?
- Czy możemy się pobrać, Anno? - zapytał Otto, patrząc na nią tęsknie.
- Och, bardzo bym tego chciała! - zawołała. - Jestem jednak przyrzeczona synowi księcia Lotaryngii.
Głos uwiązł jej w gardle.
Patrzył na nią zdziwiony.
- Nie wiedziałem.
Pokręciła głową.
- Nie tego chcę, ale ojciec dąży do sojuszu z Lotaryngią.
Z opóźnieniem zdała sobie sprawę, że to, co zrobiła z Ottonem, miało być zachowane do ślubu, i że skradli coś, co słusznie należało się Franciszkowi.
- Zaręczyny można zerwać - zauważył Otto.
Anna potrząsnęła głową.
- Wątpię.
Poczuła łzy napływające do oczu, mając świadomość, że na jej twarzy rysuje się udręka.
Wstała, doprowadziła się do porządku i ruszyła w stronę drzwi.
- Dokąd się wybierasz, najdroższa? - zapytał Otto, patrząc na nią zdumiony.
- Powinniśmy wracać. Jesteśmy tu zbyt długo - powiedziała.
Wziął ją w ramiona i pocałował ponownie, długo i tęsknie, nie pozostawiając wątpliwości co do swoich uczuć. Teraz należeli do siebie i nic nie mogło tego zmienić: to właśnie mówiły jego usta. Wrzała od emocji. Chciała, żeby ta chwila trwała wiecznie, ale zmusiła się do odejścia, nie mając odwagi dłużej pozostawać z nim w odosobnieniu.
- Kocham cię, Anno - usłyszała jego szept.
Ignorując ból między nogami, pospiesznie zeszła po schodach. Osamotniona i zrozpaczona, chciała wypłakać smutek w swej komnacie, gdzie czekała czysta woda, mydło i ręczniki, które usuną ślady grzeszności, i gdzie będzie mogła zdjąć suknię, z której była tak dumna, a która teraz nosiła piętno utraty jej godności. Otto miał rację: to, co między nimi zaszło, musiało pozostać tajemnicą.
Anna nie potrafiła opisać tego, co się wydarzyło, lecz miała świadomość, że gdyby rodzice się dowiedzieli, zostałaby obarczona winą. Nie powinna była zostawać sama z Ottonem, nie mówiąc o tym, że pozwoliła mu się całować i pieścić. Powiedzieliby, że będąc gościem w domu jej ojca, zhańbił ją, księżniczkę Kleve. A jednak tak nie było! Oddała mu się dobrowolnie i przeżyła rozkosz, Otto zaś wyznał jej miłość i mówił o małżeństwie, choć nigdy nie będą do siebie należeć.
Gdy wyszła z wieży, łzy ponownie napłynęły jej do oczu. Modliła się, by strażnicy nie zauważyli jej zgryzoty.
- Anno? - zawołał za nią Otto. - Wszystko w porządku?
- Spiegelturm jest tam - zawołała łamiącym się głosem. - Będą na ciebie czekać. Powiedz im, że boli mnie głowa i że poszłam się położyć.
Zostawiwszy go, pospiesznie udała się do swojej komnaty. Na szczęście była pusta, bo matka Lowe oddawała się popołudniowej drzemce.
Z płaczem rozpięła gorset i rękawy, pozwoliła sukni opaść na podłogę, po czym nalała wody z dzbana do stojącej obok miski. Kiedy się szorowała, zauważyła krew na koszulce. Czy to była miesięczna dolegliwość, przed którą ostrzegała ją mutter? Kiedy zapytała, dlaczego kobiety muszą krwawić, mutter powiedziała po prostu, że taka jest wola Boga i że dowie się więcej po ślubie.
Czy krew miała coś wspólnego z tym, co się wydarzyło?
Zmieniła koszulkę, a tę zabrudzoną włożyła do miski z wodą. Co zrobić z sukienką? Na jej podszewce także była krew, więc wzięła wilgotną szmatkę, której użyła do umycia się i starła ją. Wkrótce plama prawie zniknęła i by ją dostrzec, trzeba było wiedzieć o jej istnieniu. Odłożyła wilgotną suknię do skrzyni i założyła inną, z kremowego jedwabiu w karmazynowe pasy, następnie przejrzała się w lustrze, sprawdzając, czy aby nie widać, że płakała. Jej oczy były nieco zaczerwienione, ale mogła to zrzucić na ból głowy. Zresztą taka była prawda - głowa bolała ją od ciężaru miłości, poczucia winy i rozpaczy, które teraz będzie musiała dźwigać.
Kiedy dzwon w wieży oznajmił porę wieczerzy, zbiegła po schodach i na czas dotarła do komnaty jadalnej. Vater nie tolerował spóźnień. Otto już tam był, razem z onkelem Ottonem i tante Elżbietą. Mimo że miała ochotę rzucić mu się w ramiona i wiedziała, że on gorączkowo łaknie jej spojrzenia, zmusiła się, by na niego nie patrzeć. Nikt nie mógł domyślić się tajemnicy, która ich połączyła.
- Czujesz się już lepiej, moja droga? - zapytała tante Elżbieta.
- Znacznie lepiej, dziękuję - odpowiedziała.
- Zmieniłaś suknię, dziecko - zauważyła mutter.
- W tamtej było mi za gorąco.
Modliła się, by Otto nie zdradził ich sekretu jakimś przypadkowym słowem lub spojrzeniem, zwłaszcza że mutter potrafiła być bardzo spostrzegawcza.
Posiłek stanowił istną udrękę, ale starała się zachowywać zwyczajnie i spokojnie jeść podanego karpia i pieczoną wieprzowinę. Nie śmiała myśleć o tym, co wydarzyło się wcześniej, bo rumieniec na twarzy mógłby ją zdradzić, ale nie było to łatwe - bliskość siedzącego nieopodal, prezentującego się wspaniale Ottona powodowała bowiem, że odczuwała w brzuchu pulsowanie miłości i pożądania. Z całych sił starała się zachowywać spokój i nie sądziła, by ktokolwiek zauważył, że coś jest nie tak.
Po kolacji przybyli muzykanci księcia z trąbkami, lutniami i harfami. Mutter najchętniej słuchała muzyki harfowej, był to jej ulubiony instrument, a gdy wybrzmiała ostatnia nuta, obdarzyła grających uśmiechem, który tak rzadko zdobił jej oblicze.
- Chciałabym potańczyć - powiedziała Amalia tęsknie - albo pośpiewać.
Mutter zmarszczyła brwi.
- Moje drogie dziecko, wiesz, że publiczny kobiecy śpiew i taniec są nieskromne.
- Wiem - mruknęła Amalia ponuro - ale tak bardzo kocham muzykę i tańce.
Tante Elżbieta spojrzała na nią z dezaprobatą.
- Odziedziczyła miłość do muzyki po mnie - rzekła mutter tonem wyjaśnienia
Elżbieta posłała jej słaby uśmiech, podczas gdy mężczyźni rozmawiali o polityce.
- Cesarz ma ambicje. Chce księstwa Geldrii dla siebie - mówił vater - ale przypadnie ono narzeczonemu Anny.
Anna dostrzegła, że Otto zmarkotniał. Vater kontynuował, nie bacząc na to.
- Książę Karol jest bezdzietny, a Franciszek, jako jego prawnuk, będzie dziedziczył. Sam mam roszczenia do księstwa Geldrii, ale zrzekłem się ich w ramach umowy zaręczynowej i jestem zadowolony, że moja córka będzie księżną geldryjską.
Anna starała się zachować spokój, nie cieszyła jej bowiem ta perspektywa. Jej wyobrażenie na temat Franciszka przeszło od wizji uprzejmego i uśmiechniętego chłopca do obrazu podejrzliwego i pełnego dezaprobaty mężczyzny.
- Cesarz również ma prawa do Geldrii, czyż nie? - zapytał onkel Otto.
- Tak, poprzez swą matkę - odparł vater. - Jeśli jednak zacznie naciskać, będziemy na to przygotowani. Kleve może i jest częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, ale jest też jednym z głównych niemieckich księstw. Nie pozwolimy, by dyktował nam warunki i będziemy chronić naszą niezależność. Mamy własne sądy i własną armię, a ja sprawuję kontrolę nad naszą polityką zagraniczną.
Wilhelm słuchał uważnie.
- Jednak Karol jest bardzo potężny, mielibyście nie lada orzech do zgryzienia - powiedział onkel Otto.
- Równie dobrze może wyruszyć na wojnę z Anglią, jeśli król Henryk, pragnący poślubić nałożnicę, będzie nadal dążył do rozwodu z ciotką Jego Cesarskiej Mości, Katarzyną. Liczę na to, że będzie zbyt zajęty zarówno tą sprawą, jak i Turkami wkraczającymi na jego wschodnie granice, by przejmować się Geldrią. Mam odpowiednie środki, by zebrać potężną armię.
Książę przerwał, gdy służący napełniał mu ponownie kielich.
- Poznałem króla Anglii, gdy osiem lat temu odwiedziłem jego królestwo w świcie cesarza.
- Jaki on jest? - zapytał Wilhelm.
- Przystojny, zuchwały i dumny ze swojego nowego tytułu. Za napisanie dzieła przeciwko Marcinowi Lutrowi papież właśnie mianował go Obrońcą Wiary.
Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność.
Anna nie miała szans na jakąkolwiek wymianę zdań z Ottonem, ponieważ między nią a nim posadzono Wilhelma i Amalię, a teraz, dokładnie o dziewiątej, Hofmeister przybył po wino, sygnalizując, że nadszedł czas spoczynku. Dworzanom nie wolno było przesiadywać do późna, grać w karty, pić czy choćby rozmawiać, a vater lubił dawać dobry przykład.
Zgromadzeni rozeszli się zatem, życząc sobie dobrej nocy. Opuszczając komnatę, Anna poczuła czyjąś dłoń wciskającą jej coś do ręki, a gdy się odwróciła, zobaczyła tęskne spojrzenie Ottona. Na szczęście nikt tego nie zauważył, wyszła więc z jadalni, by przyjąć błogosławieństwo rodziców i pospieszyła do swojej komnaty.
Dopiero tam otworzyła dłoń, w której ujrzała malutką paczuszkę zawiniętą w skrawek adamaszku. W środku znajdował się pierścień pokryty czerwoną emalią, a obok karteczka z napisem: "Słodka Anno, przyjmij ten dowód mojego szacunku. W herbie mojej rodziny widnieje czerwony pierścień, więc przedmiot ten ma dla mnie wielkie znaczenie. Mam nadzieję, że będziesz go nosić i myśleć życzliwie o swoim słudze".
Podarował jej swój wyjątkowy pierścień! Nie był to wprawdzie pierścionek zaręczynowy, lecz przecież tak samo symbolizował wieczną miłość. Nie odważyła się zatrzymać liściku i chociaż pękało jej serce, podarła go na drobne kawałki i wyrzuciła przez okno. Pierścionek zaś ukryła pod obluzowaną deską w rogu swojego łóżka.
Dwa dni później, kiedy rodzina von Wylichów wyjechała, Anna czuła się rozdarta między nieszczęściem z powodu konieczności pożegnania się z Ottonem, a ulgą, że nie musiała odpierać jego żarliwych, potajemnych prób rozmowy z nią. Kiedy zniknął, zabierając ze sobą obawę przed zdemaskowaniem, mogła odetchnąć i upominać samą siebie, że dla własnego dobra nie powinna o nim rozmyślać. Nie odważyła się też poprosić ojca o miejsce dla niego na dworze, aby jej jawne zainteresowanie losem kuzyna nie doprowadziło do niezręcznych pytań. A jednak niezwykle trudno było powrócić do niekończącej się, codziennej rutyny i czasu spędzanego wraz z Amalią głównie w apartamentach matki, pośród innych kobiet. Rzadko bywały same, z wyjątkiem nocy w ich wspólnej sypialni.
Więcej szczęścia miał Wilhelm, który od siódmego roku życia kształcił się pod okiem uczonego radcy vatera, pana Heresbacha, którego polecił im sam Erazm. Kiedy brat był ledwie pięcioletnim dzieckiem, Erazm zadedykował mu książkę i chłopiec nigdy nie przestał się tym przechwalać, teraz zaś biegle władał łaciną i francuskim. Anna i Amalia mówiły tylko po niemiecku, ponieważ mutter nie była zwolenniczką edukacji kobiet wykraczającej poza naukę czytania i pisania.
- Niestosownym jest, by wielkie damy zajmowały się nauką - powtarzała. - Nie ma potrzeby, byście władały innymi językami.
Anna nie potrafiła sobie wyobrazić, aby matka kiedykolwiek uległa takiej namiętności, jakiej doświadczyła ona sama. Mutter, którą Anna bardzo przypominała z wyglądu, lecz nie pod innym względem, była na to zbyt dostojna, opanowana i pobożna. Pilnowała swoich córek niemal bezustannie i nawet gdy odpoczywały na świeżym powietrzu, pozostawała w pobliżu, podążając za nimi ze swoimi damami w pewnej odległości.
- Nigdy nie oddalamy się na krok! - narzekała Amalia, gdy mutter obserwowała, jak przechadzają się po ogrodzie. Annę ta czujność drażniła jeszcze bardziej.
- Księżna to mądra dama - zganiła ją matka Lowe, gdy siostry po powrocie do domu skarżyły się na zasady mutter. - Rzadko widuje się matkę, która tak sumiennie opiekowałaby się swymi dziećmi.
Matka Lowe - mimo swej pulchności, pucołowatych policzków i warkoczy ciasno zwiniętych wokół uszu - również była wielce dostojna. Anna i Amalia wiedziały ponad wszelką wątpliwość, że kobieta darzy je miłością, choć w porozumieniu z mutter nakazywała im skromność, czystość i pokorę. Wszystko, czego się nauczyły, miało na celu uczynienie ich cnotliwymi żonami książąt, a jeśliby zboczyły z wyznaczonej dla nich wąskiej ścieżki lub poddały się fantazjom, mutter i matka Lowe zaraz skierowałyby ich uwagę ku nabożeństwom i robótkom ręcznym. Nie daj Boże - modliła się Anna - by kiedykolwiek dowiedziały się, jak bardzo nie posłuchała ich pouczeń!
- Musicie być jak mniszki - powtarzała mutter.
Miała skłonność do wygłaszania krótkich morałów, gdy zasiadały do szycia. Minął już tydzień od wyjazdu gości i Anna zastanawiała się z niepokojem, czy matka dostrzegła jej zachowanie wobec Ottona.
- Musisz nauczyć się trzymać spojrzenie na wodzy. Nigdy nie pozwól mu błądzić tam, gdzie nie powinno. Bądź powściągliwa w gestach i mimice.
Nawet jeśli mutter coś zauważyła, nie mogła wiedzieć o wszystkim - pocieszała się Anna, tłumiąc dręczące ją bezustannie poczucie winy i wciąż dziwiąc się, że zlekceważyła nauki mutter. Władanie spojrzeniem? Niczym nie władała!
Nie jestem godna bycia żoną - wymawiała sobie z żalem. - Nie jestem godna miłości mojej rodziny. Gdyby wiedzieli, jaka naprawdę jestem, odrzuciliby mnie, bo na to właśnie zasługuję.
Nie wspomniała o swoim nieszczęściu. Musiała zachować ten sekret dla siebie, znosząc w milczeniu radość, smutek i poczucie winy - to była jej kara.
Teraz częściej pragnęła rozrywki, która urozmaiciłaby dni wypełnione powtarzającym się cyklem modlitw, robótek ręcznych, tkania, gotowania i nauk związanych z prowadzeniem wielkiego domu. Można by było posłuchać muzyki, ale grę i śpiewy potępiano tu jako nieprzyzwoite. Amalia, która sprytnie obeszła tę zasadę, miała lutnię ukrytą w stercie rzeczy upchniętych pod łóżkiem. Grała na niej cicho w nocy lub gdy udało jej się wyrwać na chwilę do komnaty i wiecznie zapisywała słowa układanych przez siebie piosenek. Annie jednak brakowało śmiałości i odwagi, poza tym nie umiała grać na żadnym instrumencie, a już na pewno nie potrafiła śpiewać.
Wydawało się, że świat Anny na zawsze będzie mieścił się w granicach zamku i kaplicy, choć niekiedy - ze względu na fakt, że w Kleve wychowywano córki na dobre gospodynie - pozwalano jej i siostrze podejmować gości na wieczerzy wraz z księciem i księżną. Goście, których odpowiednio dobierano, należeli do kręgu uczonych humanistów, duchownych lub rajców, których vater faworyzował. Chwalili wdzięk i łaskawość Anny, na co mutter patrzyła z aprobatą. Uważała, że dobrze postąpiła, wychowując córki w cnocie.
Anna kochała swoją surową mutter. Była ona opoką, na której opierał się ich świat, ich ostoją w potrzebie. Jej opanowanie i spokojny ton symbolizowały dobro i bezpieczeństwo, a jej wiara była inspirująca.
Podobnie jak vater, mutter przyjaźniła się z uczonymi humanistami, ale grono osób mile widziane w jej kręgu i przy jej stole było jednomyślne w negowaniu nauk Marcina Lutra. W kwestii duchowego pokrzepienia mutter polegała na swoim spowiedniku, ojcu Gerechcie, przeorze klasztoru w Cantave niedaleko jej rodzinnego Jülich. Był on mnichem z bardzo surowego zakonu kartuzów, lecz choć preferował ascetyczne życie i odosobnienie w swoim klasztorze, okazywał czułą troskę i miłość wobec duszyczek wciąż przebywających w świecie i co tydzień odwiedzał dwór. Napisał dwa traktaty przeciwko Lutrowi, ale nie zionęły one nienawiścią. Anna uwielbiała słuchać jego kazań, ponieważ mówił wyłącznie o miłości.
- Nigdy nie zapominajcie o miłości Boga do człowieka - napominał, uśmiechając się życzliwie do niej i Amalii, gdy siedziały z mutter przy stole. - Jesteście chrześcijańskimi księżniczkami i musicie mieć przed sobą Najświętsze Serce Boże jako obiekt szczególnej czci i naśladowania.
Anna starała się postępować zgodnie z jego radami, ale z wiekiem zaczęła odkrywać, że świat oferuje zbyt wiele rozrywek, z których większość była dla niej zakazana. Mutter, oczywiście, nie zważała na pokusy ze świata. Jej misją było wychowanie dzieci na dobrych katolików.
- Zawsze przypominam im o rodzinnej dewizie: Candida nostra fides, nasza wiara jest czysta - rzekła, sącząc subtelnie wino. - I tak musi pozostać. Dwór mojego męża to szkoła tej nowej nauki. Co prawda możemy się wiele nauczyć z owych niedawno odkrytych na nowo tekstów starożytnej Grecji i Rzymu, ale obawiam się, że inspirują one ludzi do kwestionowania nauk Kościoła.
- Nowe studia nad dawnymi dziełami wydawały się cudownym objawieniem kilka lat temu - oświadczył ojciec Gerecht, gdy podano owoce - jednak Wasza Miłość ma rację, okazało się to również niebezpieczne, ponieważ rzeczywiście doprowadziło ludzi do kontestowania spraw wiary i doktryny.
Wyglądał na strapionego.
- Niektórzy uważają, że Pismo Święte powinno być dostępne dla wszystkich.
Nie wymienił nazwiska Erazma; nie musiał tego robić, ponieważ wszyscy wiedzieli, że Erazm opowiadał się za tłumaczeniem Pisma Świętego na języki ojczyste i sam przetłumaczył jego część. Powszechnie wiadomo było, że vater się z nim zgadzał.
Mutter nigdy nie skrytykowałaby vatera ani otwarcie nie podważyłaby jego zdania, a ponieważ vater kochał Erazma, nie chciała go krytykować. Po prostu siedziała zamyślona, z gracją manewrując sztućcami.
Ojciec Gerecht pokręcił głową.
- Jeśli osobom świeckim pozwoli się czytać Pismo Święte, mogą zacząć się chełpić, że rozumieją je lepiej niż duchowni, którzy wszak są specjalnie kształceni i obdarzeni mocą Ducha poprzez święcenia kapłańskie, by je interpretować.
Wilhelm, przysłuchujący się z zainteresowaniem rozmowie, nagle przemówił.
- Wybacz mi, ojcze, ale słyszałem, że nie wszyscy księża uczą się właściwie interpretować Pismo Święte dla swojej trzody, a niektórzy interpretują je wybiórczo dla własnych celów.
- Wilhelmie! - wykrzyknęła zaskoczona mutter.
Stary mnich uśmiechnął się.
- Wasza Łaskawość, to naturalne dla chłopca w tym wieku, by zadawać pytania, a jeśli słyszał takie opinie, powinien usłyszeć też, że bardzo rzadko tak się dzieje. Niestety, we wszystkich dziedzinach życia, nawet w kapłaństwie, zdarzają się przewrotne dusze. Większość jednak jest pobożna i sumienna w swoim powołaniu. Czy taka odpowiedź cię ukontentuje, młody paniczu?
- Tak, ojcze.
Wilhelm nie wyglądał na przekonanego.
- Mam taką nadzieję - powiedziała surowo mutter.
Wilhelm pochylił głowę.
Do piętnastych urodzin Anny pozostało już niewiele czasu. Przypadały we wrześniu, a Amalii w październiku i zawsze obchodziły je wspólnie - zazwyczaj była to skromna kolacja z udziałem rodziców i kilkorga wybranych gości, którzy przynosili podarki i składali życzenia. Niemniej była to okazja, by się wystroić.
Anna stała w koszuli na środku swojej komnaty, przyglądając się pięknym szatom rozłożonym na łóżku. Amalia wierciła się niecierpliwie, ubrana już w suknię o barwie soczystej zieleni, z szerokim pasem z czarnego aksamitu i misternymi nacięciami na przylegających rękawach.
- Czarny aksamit wygląda zbyt ponuro, Anno - powiedziała.
- Tak, ale to moja najdroższa suknia.
Anna pochyliła się nad piętrzącym się przed nią, dużym kłębem karmazynowego aksamitu.
- Wybiorę tę. A na głowę założę to nowe nakrycie, odsłaniające warkocze.
Podniosła Stickelchen1 wysadzany klejnotami, z pięknymi haftami i zdobnym złotym obszyciem.
- Pasuje doskonale, Madame la Marquise - potwierdziła matka Lowe, wbiegając do pokoju ze stertą czystej bielizny, by włożyć ją do skrzyni u podstawy łóżka. - Teraz, gdy jesteś już prawie piętnastoletnią damą, musisz wyglądać stosownie do swej roli! Lecz ten karmazyn nie pasuje do czepka. Może założysz czerwoną jedwabną suknię?
Anna zawahała się. Nie wkładała sukni od czerwca i nie chciała tego robić teraz. Widniało na niej niezatarte piętno tego, co zaszło między nią a Ottonem, i ktoś mógłby je dostrzec.
- Nie, chyba założę czarną - powiedziała szybko. - Ten złoty pas z dużą klamrą będzie świetnie pasował.
Matka Lowe zasznurowała jej suknię.
- Muszę stwierdzić, moja pani, że przybrałaś na wadze - zauważyła. - Ostatnim razem sznurowałam ją ciaśniej.
- To dlatego, że za bardzo lubi swoje Kuchen - zadrwiła Amalia.
Annie nie było do śmiechu. Nie jadła więcej ciasta niż zwykle, ale zdawała sobie sprawę, że jej biust urósł dość szybko w ciągu ostatnich tygodni, a brzuch stał się bardziej okrągły. Wiedziała, że to normalne w wieku dorastania, ale i tak nie chciała utyć.
Założyła pas. To była prawda. Przybrała w talii.
- Będę musiała zwrócić uwagę na dietę - powiedziała.
- Młode damy w twoim wieku często stają się pulchniejsze - pocieszyła ją matka Lowe. - Jeśli będziesz mniej jeść, wszystko wróci do normy, uwierz mi na słowo.
Tak się jednak nie stało. Miesiąc później, gdy jak każdej zimy wiatr smagał szczyty wież, bruk był śliski od wilgotnych, rdzawych liści, a domownicy przygotowywali się do przeprowadzki do Düsseldorfu, Anna musiała zmierzyć się z faktem, że jej brzuch i piersi zdecydowanie nabrzmiały. Czy możliwe, że coś było z nią nie tak, skoro czuła się bardzo dobrze? I jaka mogłaby to być choroba?
Do głowy przyszło jej przerażające wyjaśnienie: kiedy zamężne damy dworu jej matki zachodziły w ciążę, puchły im brzuchy. Znikały potem na kilka miesięcy w swoich włościach, po czym pojawiały się na dworze, szczupłe jak trzcina i rozprawiały o swoich nowych dzieciach. Ale ona nie miała prawa być w ciąży! Po pierwsze nie była mężatką, a Otto zapewniał, że pocałunki, nawet te bardziej intymne, niczym nie grożą. Matka Lowe straszyła zaś nimi jedynie po to, by zniechęcać podopieczne do całowania się z każdym młodzieńcem, z którym zechcą.
Lecz jeśli Otto się mylił? Jeśli całowanie nie było tak niewinne, jak twierdził?
1 Nakrycie głowy noszone przez kobiety w XVI wieku na obszarze Nadrenii Północnej-Westfalii. Czepek wykonywano z jedwabiu i zdobiono perłami oraz innymi kamieniami szlachetnymi. Anna Kliwijska nosi Stickelchen na słynnym portrecie pędzla Hansa Holbeina Młodszego z 1539 roku.
Rozdział II
1530-1531
Kiedy pakowanie do podróży niemal dobiegało końca, nadszedł listopad, a z nim mgły. Nazajutrz mieli opuścić Schwanenburg.
Tej nocy Anna nie mogła zasnąć i leżała z dłońmi ułożonymi na brzuchu, na którym wyczuwała wyraźną wypukłość. Musiała też co chwilę korzystać z sedesu pokojowego.
Wstała i uklękła przy łóżku. Podniosła listwę i wyjęła pierścionek od Ottona. Musiała zabrać klejnot ze sobą, było to bowiem wszystko, co pozostało jej po ukochanym.
Wróciła do łóżka, ale sen nie nadchodził. Czy ośmieli się zasięgnąć porady ojcowskiego lekarza? Medycy składali przysięgę, że nie wyjawią niczego o swoich pacjentach, ale czy doktor Schultz nie uzna lojalności wobec swego księcia za ważniejszą z moralnego punktu widzenia? I jak Anna miałaby ubrać w słowa to, co zrobiła z Ottonem?
Musiała jednak dowiedzieć się, co jej dolega, w przeciwnym razie może umrzeć lub, nie daj Boże, urodzić dziecko. Nie zdoła utrzymywać dłużej swoich objawów w tajemnicy, skoro już teraz zaciskała pasy tak mocno, jak tylko mogła, i każdego ranka zakładała na siebie najgrubsze i najbardziej obszerne koszule na spotkanie z matką Lowe, która przychodziła pomóc jej się ubrać. Z pewnością wkrótce piastunka coś zauważy.
Matki Lowe nie dało się oszukać. Następnego ranka ta zacna niewiasta weszła do pokoju, zanim Anna zdążyła wstać z łóżka.
- No prędzej, Madame la Marquise - pospieszała. - Mamy do przejechania sto pięćdziesiąt kilometrów i twój pan ojciec chce jak najszybciej wyruszyć w drogę, by możliwie najdłużej jechać za dnia. Już ci nalewam gorącą wodę, a bieliznę położę przy piecu, by się nagrzała.
Anna zwlekła się z łóżka. Jeszcze niedawno nie przeszkadzałoby jej rozbieranie się i mycie przed opiekunką. Odwróciwszy się plecami, opuściła nocną koszulę do pasa, wzięła czystą szmatkę i zaczęła namydlać twarz i ramiona, modląc się w duchu, by kobieta nie zauważyła zmian w jej ciele.
- Anno, spójrz na mnie!
Matka Lowe zwróciła się do niej tak, jak gdyby znów była dzieckiem, a kategoryczny ton nie pozostawiał wątpliwości, że sekret został odkryty. Odwróciła się, przyciskając do piersi wilgotną koszulę. Na twarzy opiekunki malowało się przerażenie, które przyprawiło ją o dreszcz.
- Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć, moje dziecko? - wydusiła z siebie. - Mein Gott, żywiłam pewne podejrzenia, ale powtarzałam sobie: nie, nie moja Anna, to niemożliwe. To dobra dziewczyna, niezdolna do takich rzeczy. Anna nie zrobiłaby czegoś takiego... Powiedz, że nie okryłeś nas wszystkich hańbą!
Anna zalała się łzami.
- Nie wiem! - zawodziła. - Powiedział, że to nikomu nie zaszkodzi.
Matka Lowe przyłożyła dłoń do ust.
- On? Najlepiej wszystko mi opowiedz! - Starała się odzyskać panowanie nad sobą, ale jej oszołomienie nie mogło dziwić.
Anna zwiesiła głowę, przygotowując się do stawienia czoła konsekwencjom swojej niegodziwości, świadoma, że piastunka nie będzie mogła jej w tym pomóc. Mimo to, gdy smutna prawda wychodziła na jaw - nieskładnie, pośród zająknięć i oględnych objaśnień - czuła ulgę, że się wyzwala.
Anna opowiadała, a matka Lowe ubierała ją drżącymi rękami. Rozumiała, że to, co zaszło, będzie źle świadczyło o jej piastunce. Mutter zapewne powie, że nie zadbała należycie o wychowankę albo że nie zaszczepiła w niej wystarczającej przyzwoitości. Ale nie będzie to sprawiedliwe, skoro mutter sama sugerowała, by Anna, Amalia i Wilhelm oprowadzili Ottona po zamku i wiedząc, że matka Lowe udała się na drzemkę, nie kazała im jej szukać. Ponadto mutter, wpajając Annie cnotliwość, także nie wywiązała się ze swojego obowiązku, ponieważ nie wyjaśniła, czego dokładnie powinna się wystrzegać.
- On na pewno wszedł w ciebie? - wykrztusiła matka Lowe, a na jej policzki wypłynął rumieniec.
- Tak - bąknęła Anna. - Powiedział, że to tylko niewinne pocałunki.
- Niewinne, a to ci dopiero! W ten właśnie sposób mężczyzna i kobieta mogą powołać na świat dziecko. I wygląda, że właśnie to się stało, moja biedna owieczko. - Piastunka głęboko westchnęła. - Nie wiem, co począć. Trzeba będzie powiedzieć twojej pani matce.
- Nie! - krzyknęła Anna, w przypływie wściekłości na Ottona za to, że ją oszukał (czy zrobił to celowo?) i zdruzgotana perspektywą zdumienia i rozczarowania mutter oraz jej nieuniknionego gniewu.
- Nie mam wyboru - oznajmiła stanowczo matka Lowe. - Ona musi wiedzieć, żeby zadecydować, co robić. Ale zostaw to mnie, opowiem jej wszystko po swojemu, żeby zrozumiała, że choć postąpiłaś niemądrze i niestosownie, zostałaś wykorzystana przez młodego łajdaka!
Anna zadrżała. Chciała zaprotestować, że to nie było tak, ale nie odważyła się. Potrzebowała pomocy matki Lowe.
- Jak myślisz, co powie? - wyszeptała.
- To, co każda matka na taką wieść! - odparła piastunka. - I musisz pozwolić jej na gniew. Znam ją jednak na tyle, by wierzyć, że okaże ci sprawiedliwość, kiedy wzburzenie opadnie.
- Zamierzasz powiadomić ją teraz? - wydukała.
- Nie, dziecko.
Matka Lowe zdjęła płaszcz Anny z drążka.
- Musimy już ruszać. Najlepiej będzie zaczekać, aż dotrzemy do Düsseldorfu.
- Ale to dopiero za trzy dni! - zawołała Anna.
- W podróży nie będzie warunków do dyskretnej rozmowy, musimy więc poczekać, aż dojedziemy na miejsce. Potrzebuję też czasu, by się zastanowić, w jaki sposób przedstawić to wszystko twojej pani matce.
Podróż jeszcze nigdy tak się nie dłużyła i minęła wieczność, zanim w oddali pośród mgieł zamajaczyły mury, wieże i cebulaste kopuły książęcej stolicy.
To tutaj, w pałacu z widokiem na Ren, Anna przyszła na świat i stąd Sybilla wyruszyła poślubić elektora Saksonii. Tego dnia jednak Anna nie potrafiła czerpać przyjemności z tego, co zwykle kojarzyło się jej z radosnym powrotem do domu. Przepełniał ją strach. Gdy wysiadała z powozu na dziedzińcu zewnętrznym, myślała tylko o tym: że tego wieczoru pozna swój przyszły los. Nie umiała sobie wyobrazić, co ją czeka. Czy jej zaręczyny zostaną zerwane? Czy wyślą ją do klasztoru, by dożyła swych dni w hańbie? I, co najgorsze, czy rodzice się jej wyrzekną? A może - i tu kiełkował złoty promyk nadziei - czy zmuszą Ottona do poślubienia jej i wszystko dobrze się skończy?
Vater zsiadał z konia, spoglądając z satysfakcją na dwie zwieńczone kopułami wieże po bokach otwartej części wielkiego dziedzińca. Mutter kazała służącym zająć się jej prywatnym bagażem.
- Dziewczęta, idźcie do swoich pokoi - zwróciła się do córek. - Anno, postaraj się wyglądać nieco pogodniej. Wkrótce będzie Boże Narodzenie.
- Tak, moja pani - odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu, po czym odwróciła się szybko, by mutter nie zobaczyła łez napływających jej do oczu. Do Bożego Narodzenia może już zostać wydziedziczona.
Ruszyła w stronę schodów, a Amalia podążyła za nią, aż dotarły do swoich komnat na drugim piętrze. Przepych prywatnych apartamentów, który zawsze uderzał Annę, gdy tu przyjeżdżała, tego dnia nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Zamknęła za sobą drzwi komnaty i tłumiąc szloch, opadła na rzeźbione krzesło, a gdy zapukała służąca, pytając, czy rozpakować rzeczy, odesłała ją.
Była zbyt roztrzęsiona, by czytać lub haftować. Mogła tylko spoglądać przez okno na pokryte szarymi dachówkami galerie i loggie, które rozciągały się wzdłuż nabrzeża. W pokojach poniżej mutter właśnie się urządzała, nieświadoma, że jej świat zaraz się zawali. Na samą myśl o tym Anna znów się rozpłakała.
Wieczerzę, jak zwykle, podano książęcym dzieciom w ich własnych komnatach. Anna rzuciła okiem na stojący przed nią Sauerbraten i smażony szpinak i odesłała je, czując mdłości.
- Nie jestem głodna - wyjaśniła służącej.
Pogrążona w trwodze zastanawiała się, czy matka Lowe rozmawiała już z mutter. Dopiero gdy dzwon bił na siódmą wieczór, piastunka weszła do jej komnaty z poważną miną.
- Twoja pani matka chce cię widzieć - oznajmiła.
Anna wstała chwiejnie, niezdolna wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Ruszyła przed matką Lowe po schodach i czując, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa, udała się przez pomieszczenia wspólne aż do komnaty mutter. Na miejscu strażnicy stanęli na baczność, unosząc skrzyżowane piki. Odźwierny ruszył naprzód i pchnął drzwi.
- Madame la Marquise de Pont-a-Mousson! - ogłosił.
Anna przeszła obok niego, szukając wzrokiem matki, której złożyła ukłon.
Księżna była sama; siedziała w swym codziennym krześle. Na jej skinienie drzwi zamknęły się za Anną i matką Lowe. Annę zdumiał widok śladów łez na twarzy mutter, która przecież nigdy nie płakała. Powierzała bowiem swoje kłopoty Bogu, pewna, że on ją wspomoże, ale najwyraźniej próba, na którą skazała ją Anna, była poza możliwościami boskiej pieczy.
- Usiądź, Anno - powiedziała mutter drżącym głosem, wskazując stołek. - Wiesz, dlaczego cię wezwałam. Zbyt bolesne jest dla mnie powtarzanie tego, co opowiedziała mi matka Lowe, więc nie będziemy się nad tym rozwodzić. Musisz iść do spowiedzi, odprawić pokutę i pogodzić się z Bogiem. Martwi mnie tylko to, co nastąpi. Matka Lowe szacuje, że jesteś w piątym miesiącu...
Anna mimowolnie zadrżała.
- Tak, moja pani - wyszeptała. - Przykro mi.
- Jestem pewna, że ci przykro. - Głos mutter był cierpki. - Kiedy myślę o tych wszystkich razach, gdy nakłaniałam cię do cnotliwego postępowania, zbiera mi się na płacz. Gdybyś mnie słuchała, nie byłoby dziś tej rozmowy, ale bez względu na nasz smutek nie sposób cofnąć tego, co zaszło. Matka Lowe powiedziała mi, że bardzo martwisz się konsekwencjami swojego grzechu. Pamiętam twoje młode lata i twoją niewinność i pragnę wierzyć, że raczej zostałaś obciążona grzechem, aniżeli zgrzeszyłaś.
Anna pochyliła głowę. Nie zasługiwała na wyrozumiałość i będzie dozgonnie wdzięczna matce Lowe za taką pobłażliwość wobec jej występku.
Teraz zaś nadeszła chwila, by błagać o lepszą przyszłość.
- Moja pani - zaryzykowała - popełniliśmy z Ottonem błąd, ale się kochamy. On chce się ze mną ożenić!
- Czyś ty postradała zmysły, dziewczyno? - Matka nie kryła oszołomienia. - Naprawdę sądzisz, że twój pan ojciec wyda cię za bękarta?
Anna nigdy wcześniej nie widziała matki tak wzburzonej.
- Moglibyśmy uniknąć hańby, moja pani - wyszeptała.
- Są na to inne sposoby! - Zrozpaczona księżna potrząsnęła głową. - Anno, posłuchaj mnie: pod żadnym pozorem nikt nie może się dowiedzieć, że jesteś brzemienna... Powiedziałaś komuś?
- Nie, pani. Ale czy Otto nie powinien zostać powiadomiony?
Mutter ze zdumienia otworzyła szerzej oczy.
- Absolutnie nie! Powinien zostać ukarany za to, co ci zrobił, lecz lepiej, by nie wiedział o skutkach. Twój ojciec także nie może się dowiedzieć... To złamałoby mu serce... tak jak złamało moje.
Jej głos znów się załamał, a Annę ogarnęły wyrzuty sumienia i żal. Wiedziała, że bardzo zraniła matkę, mimo iż ta zachowywała się jej zdaniem nierozsądnie.
- A więc - ton mutter znów się ożywił - powiemy, że jesteś chora i masz kłopoty z żołądkiem. Matka Lowe mówiła mi, że ostatnio nie masz apetytu, więc może inni także to zauważyli. Zostaniesz w zamku Burg, gdzie powietrze jest zdrowe, a wiosną, jeśli Bóg pozwoli, w pełni wyzdrowiejesz. Matka Lowe będzie ci towarzyszyć i zatrudni położną, która zajmie się tobą w odpowiednim czasie. Kiedy... kiedy wszystko się skończy, będziesz mogła wrócić na dwór, jakby nic się nie stało.
- Tak, mutter - odpowiedziała apatycznie Anna. Miała świadomość, że mogła dostać o wiele surowszą karę, a nawet stracić miłość matki, ale czy mutter nie mogłaby okazać nieco więcej wyrozumiałości i wykorzystać swych wpływów, by przekonać vatera do jej ślubu z Ottonem? Jakże Anna byłaby wówczas szczęśliwa! A tymczasem...
- A co z dzieckiem? - zapytała, próbując rozegrać ostatnią kartą. - Ono potrzebuje ojca.
Usta mutter zacisnęły się.
- Powinnaś była pomyśleć o tym wcześniej! Zostanie oddane na wychowanie i nikt nigdy nie dowie się, kim byli jego rodzice. Matko Lowe, zajmiesz się tym podczas pobytu w Solingen.
- Tak, pani - zgodziła się opiekunka, księżna zaś zwróciła się do córki:
- Teraz możesz w to wątpić, ale uwierz, że tak będzie najlepiej. Proszę cię jedynie o lojalność i dyskrecję.
- Tak, pani - wyszeptała Anna, niezdolna dłużej powstrzymywać łez. - Czy będę musiała wyspowiadać się ojcu Gerechtowi?
Na samą myśl o tym zemdliło ją i nagle przestraszyła się wszystkiego, czego będzie musiała doświadczyć bez kojącego wsparcia mutter.
- Nie. Matka Lowe postara się o księdza, który odwiedzi cię w zamku Burg - powiedziała matka. - Kogoś, kto cię nie zna.
Pomimo żalu Anna wiedziała, że ma dużo szczęścia.
- Pani, nie potrafię wyrazić wdzięczności, jaką odczuwam na myśl o twej dobroci. Wiem, że na nią nie zasłużyłam - oświadczyła ze łzami w oczach. - Bardzo mi przykro, że tak cię zasmuciłam i będę za tobą tęsknić.
Upadła na kolana, skrywając twarz w dłoniach, a jej ciałem wstrząsnęły spazmy. Kiedy poczuła delikatny dotyk na ramieniu, uniosła wilgotną od łez twarz i ujrzała pochylającą się nad nią mutter.
- Ja również będę za tobą tęsknić, moja Anno - szepnęła łagodniejszym tonem.
Anna zrozumiała, że powściągliwość matki wynikała nie tyle z dezaprobaty, ile ze smutku. Jak zawsze trzymała emocje na wodzy, podczas gdy córka nie opanowała jeszcze tej sztuki. Objęła matkę w pasie.
- Nie pozbywaj się mnie na zawsze! - zawołała. - Proszę, nie wypędzaj mnie. Wolę umrzeć niż stracić twoją miłość.
Mutter chwyciła jej ręce w swoje dłonie.
- Nikt cię nie wypędza, Anno. Robię to, co dla ciebie najlepsze, bo cię kocham. A teraz idź do swojej komnaty, połóż się do łóżka i udawaj chorą. Kiedy wyjedziesz, będziemy do siebie pisać i będziesz mnie informować, jak się sprawy mają. Idź z moim błogosławieństwem i niechaj Bóg cię strzeże.
Zamek Burg, w którym Anna spędziła większą część dzieciństwa, zawsze należał do jej ulubionych miejsc. Wspaniały pałac, położony na skalistym płaskowyżu wysoko nad rzeką Wupper i otoczony gęstymi lasami, był również ulubioną siedzibą księcia ze względu na doskonałe warunki do polowań, a także dlatego, że idealnie nadawał się do organizowania dworskich uroczystości, które ów uwielbiał. W odległych czasach była to solidna twierdza obronna i główna siedziba przodków księżnej Marii, hrabiów Bergu, teraz pełna charakterystycznych wieżyczek i uroczych czarno-białych drewnianych zabudowań okalających masywny donżon. Vater cenił pałac za okazałość i bezpieczeństwo, jakie zapewniał jego rodzinie, a także za znacznie zdrowsze powietrze niż w mieście, takim jak Düsseldorf.
Anna szła powoli przez dziedziniec, wspierając się na ramieniu matki Lowe, w asyście jednej służącej wybranej przez piastunkę. Zauważyła, że dwaj żołnierze z eskorty przyglądają się jej ze współczuciem. Najwyraźniej przekonująco udawała chorobę i bez wątpienia myśleli, że przybyła tu w rozpaczliwej nadziei na ocalenie życia. Szczęśliwie był to czas zimowy, więc gruby futrzany płaszcz maskował jej duży brzuch.
Powolnym, ostrożnym krokiem weszła po wielkich schodach paradnych do wspólnych pomieszczeń na pierwszym piętrze, skąd udali się do Rittersaal, ogromnej Sali Rycerskiej, od dawna wykorzystywanej do wielkich uroczystości państwowych organizowanych przez książąt Kleve, a wcześniej hrabiów Bergu. Mutter i vater pobrali się w tej sali dwadzieścia lat temu, a Sybilla zaręczyła się w niej z elektorem.
Tego dnia w dwóch wytwornych kominkach w stylu francuskim płonął ogień, lecz w komancie panował chłód, jakby trzeba było ją dogrzać obecnością gromady ludzi. Nie rozpalono świec, przez co sala sprawiała ponure wrażenie, a gdy Anna przechodziła obok kamiennych filarów wspierających wysoki, belkowany sufit, zadrżała zarówno z zimna, jak i poczucia osamotnienia.
Za Rittersaal znajdowały się przestronne prywatne apartamenty zajmowane zwykle przez rodzinę książęcą. Anna spędziła wiele dni w niewieściej komnacie mutter, Kemenate, którą pod nieobecność vatera zamieszkiwały kobiety z rodziny. Wszystkie okna zapewniały doskonałe widoki na panoramę wokół zamku. Za Kemenate mieściła się kaplica, w której księżna podczas pobytu w rezydencji codziennie uczestniczyła w liturgii godzin, recytując Boże Oficjum, a za nią klęczały jej dzieci.
Służba przygotowała sypialnię Anny. Napalono w zielonym kaflowym piecu w rogu pokoju, wietrzono pierzynę, a na ścianach zawieszono kwieciste arrasy. Matka Lowe kazała drobniutkiej służącej, Gerdzie, pospiesznie rozpakować skrzynie Anny i wkrótce pokój wyglądał jak namiastka domu - choć brakowało niemal wszystkich, których obecność sprawiała, że zamek Burg rzeczywiście stawał się domem.
Gdy nadeszła zima, a dziecko urosło i zaczęło kopać, Anna pozostawała głównie w swojej komnacie pod opieką matki Lowe i Gerdy, której powiedziano, że jej pani cierpi na ciężką puchlinę. Tego, czy podejrzewała prawdę, Anna nigdy się nie dowiedziała. Mimo że dziewczyna była prostą chłopką o wybujałej wyobraźni, okazała się pomocna i bardzo dobra dla Anny i pozostawało mieć nadzieję, że nigdy nie przyjdzie jej do głowy kwestionować prawdomówności chlebodawców.
Kiedy Anna po raz pierwszy poczuła ruchy dziecka, z całą mocą dotarła do niej świadomość kształtującego się w niej życia. Płakała na myśl, że jej skazany na sieroctwo potomek nigdy nie zazna matczynej ani ojcowskiej miłości i starała się nie myśleć o Ottonie, aby nie oszaleć z tęsknoty i żalu. Powinien tutaj być, u jej boku... Trzymanie go w niewiedzy zdawało się złem...
W międzyczasie matka Lowe poczyniła dyskretne poszukiwania w okolicy i znalazła doświadczoną położną, której opowiedziała historię, jak to jedna z zamężnych dam księżnej znalazła się w niefortunnym położeniu, po czym uzyskała zgodę na schronienie się w zamku i teraz wymaga pomocy i absolutnej dyskrecji. W zamian za jedno i drugie obiecała akuszerce sowitą zapłatę, a ta, zadowolona z okazji do zarobku, podjęła się znalezienia zaufanej mamki. Padło na jej siostrę, która była w ciąży i mogła służyć pomocą, zwłaszcza że przy poprzednim dziecku miała dużo mleka. Co więcej, położna znała rodzinę, która straciła sześcioro niemowląt po urodzeniu, jedno po drugim, i rozpaczliwie pragnęła dziecka - mąż, mistrz Schmidt, był dobrze prosperującym rzemieślnikiem i szanowanym płatnerzem, mieszkającym w pięknym domu, a jego żonę cechowała wielka pobożność. W opiece nad dzieckiem miały ich zaś wspierać zakonnice z klasztoru Gräfrath.
Tak oto wszystko zostało zaplanowane.
Anna wiedziała, że nie ma wyboru, ale nie godziła się ze stanowczym stwierdzeniem mutter, że tak będzie najlepiej.
Czas dłużył się jej w nieskończoność. Dni upływały na szyciu wyprawki dla dziecka, którą miało zabrać ze sobą do domu przybranych rodziców, na łagodnej gimnastyce lub modlitwie. Co tydzień pisywała do matki, ale nie miała jej zbyt wiele do przekazania poza tym, że jest zdrowa i właściwie się odżywia. I rzeczywiście czuła się dobrze, dzięki świeżemu powietrzu w okolicach zamku Burg, wokół którego każdego dnia spacerowała, przechodząc przez bramę i wchodząc do ogrodów na stromym zboczu wzgórza, prowadzących do urwiska z rzeką Wupper daleko w dole.
W tym górzystym otoczeniu, wśród lasów, łatwo było dać wiarę wszystkim zasłyszanym opowieściom o czarownicach, wróżkach i duchach. Gerda utrzymywała, że zamek jest nawiedzony, ale matka Lowe stanowczo zakazała jej opowiadania takich historii.
- Nie wolno straszyć ciężarnych - szeptała do ucha Anny, ale ta, desperacko pragnąc rozrywki, chciała wiedzieć, czy Gerda sama coś widziała lub słyszała.
- Nie, pani - musiała przyznać dziewczyna - ale mój kuzyn, który jest tu stajennym, widział kiedyś wysoką postać w czarnym kapturze stojącą przy oknie w Rittersaal.
To mogłam być ja - pomyślała Anna. - Ja, w swym ciemnym płaszczu. Jestem wystarczająco smutna, by nawiedzać to miejsce i stać się duchem obecnych czasów.
- Nigdy nie doświadczyłam tu niczego nadzwyczajnego - powiedziała - uwielbiam jednak opowieści o duchach.
Gerda znała ich mnóstwo i potrafiła umilić Annie dłużące się dni. Pomimo różnicy w statusie i położeniu zaprzyjaźniły się, a zwykle dbająca o etykietę matka Lowe nie odwodziła ich od tego. Wiedziała, jak bardzo Anna jest samotna, jak mocno tęskni za rodziną i jak szalenie potrzebuje towarzystwa. I oto pojawiła się Gerda, lnianowłosa dziewczyna w podobnym wieku, gadatliwa, o radosnym usposobieniu, która - gdy tylko kończyła swoje obowiązki - pojawiała się w komnacie Anny i zaczynała trajkotać. Tak więc ostatnie tygodnie ciąży upłynęły Annie pod znakiem wielu mrocznych i magicznych opowieści.
W miarę jak dziecko rosło w jej brzuchu, dni się wydłużały, aż w końcu zaczęły pojawiać się pierwsze wiosenne pąki.
Pewnego ranka, w połowie marca, poczuła skurcze. Położna, która dwa tygodnie wcześniej wszystko przygotowała, powiedziała jej, czego może się spodziewać. Potem mówiła, że to był łatwy poród, ale Anny nic nie mogło przygotować na tak mocne, trwające wiele godzin bóle. Była jednak młoda i silna i dobrze je zniosła. Dopiero pod koniec poczuła, że nie zdoła wytrzymać dłużej - ale właśnie wtedy, przynaglona do ostatniego, największego wysiłku - poczuła, jak dziecko wysuwa się na świat, a męka dobiega końca.
Matka Lowe położyła maleńkie niemowlę w jej ramionach - tylko na kilka chwil, aby mogło otrzymać matczyne błogosławieństwo, zanim rozstaną się na zawsze. Serce Anny zamarło na widok syna; był idealny i taki uroczy - ujrzała w nim Ottona. I chociaż nie wchodziło to w rachubę, nigdy nie odczuła tak gorącego pragnienia jak to, by móc go zatrzymać. Gdy matka Lowe sięgnęła po dziecko, w życiu Anny nadeszła najokrutniejsza i najgorsza chwila, dzielnie jednak przełknęła łzy, pocałowała główkę i oddała maleństwo.
- Ma na imię Jan - wyszeptała. - Po moim panu ojcu.
Potem, pozostawiona sama sobie, leżała pogrążona w rozpaczy. Czuła się tak, jakby wyrwano jej połowę serca.
Kiedy matka Lowe wróciła, zachęciła:
- Wyrzuć to z siebie, moja owieczko! Już, już... Wierz mi, tak było najlepiej. Postarałam się, by co jakiś czas przesyłano mi wieści, abyś wiedziała, że jest szczęśliwy i ma się dobrze. Teraz jednak musisz myśleć o przyszłości. Masz do spełnienia swoje przeznaczenie jako księżniczka i wiem, że zrobisz to z godnością. Miałaś łatwy poród, a kłopoty są już za tobą. Dopisało ci szczęście.
- Szczęście? - zapytała gorzko Anna. - Kiedy ręce usychają mi z żalu za moim maleństwem? Kiedy tak strasznie za nim tęsknię? Jeśli to jest szczęście, jak wygląda nieszczęście?
Z czasem jej ciało wydobrzało, a mleko przestało płynąć z piersi, ale puste ramiona nadal tęskniły za utraconym dzieckiem. Wróciła do Düsseldorfu w pełni zdrowa, lecz serce krwawiło jej z powodu tego, co się nie wydarzy. Powrót do dawnego życia wydawał się niemożliwy, bo już nigdy nie będzie taka sama. A jednak, w miarę mijających miesięcy, gdy jej tajony smutek zamieniał się w otępienie, zaczęła dostrzegać mądrość słów matki Lowe - w kwestii uniknięcia skandalu rzeczywiście miała niebywałe szczęście. Wciąż jednak chciało się jej płakać na myśl o tym, jak inaczej wyglądałoby życie, gdyby mogła je dzielić z ukochanym mężczyzną i dzieckiem.
Rozdział III
1538-1539
Vater umierał i nie było już dla niego nadziei. Przez ostatnie cztery lata jego stan psychiczny powoli, ale systematycznie się pogarszał i jak kiedyś nadano mu przydomek Pokojowy, tak teraz nazwano go Prostym.
Anna nie wiedziała, co mu dolega, i wyglądało na to, że lekarze także nie mają o tym pojęcia. Trzy lata po jej powrocie z zamku Burg vater zaczął zapominać o drobiazgach, wygłaszać uwagi nie w swoim stylu lub zwracać się do ludzi niewłaściwymi imionami. Niekiedy mutter nabierała nadziei, że jednak nic mu nie dolega, ale potem robił lub mówił coś na tyle osobliwego, że wszyscy znów zaczynali się martwić.
W październiku zapadł na inną chorobę i gdy dostał dreszczy, doktor Cepher wykorzystał ten pretekst do wnikliwszych oględzin.
- Zamęt, który odczuwa, jest kwestią umysłu - powiedział do zaniepokojonej mutter, która czekała przed sypialnią w otoczeniu dzieci - lecz jego odruchy fizyczne również są zaburzone. To coś nowego i nie wiem co, bo nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem.
- Czy to poważne? - zapytała zatroskana księżna.
- Niestety nie wiem, pani. Musimy zobaczyć, jak choroba będzie się rozwijać.
- Będę się za niego modlić - rzekła, po czym zaprowadziła córki do kaplicy, gdzie spędziły kilka następnych godzin, błagając Boga o zdrowie dla vatera.
W listopadzie, kiedy książę niespodziewanie osunął się na podłogę, przekonały się, że jest naprawdę źle. Nie potknął się ani nie poślizgnął; po prostu stracił władanie nad swoimi członkami, wobec czego lekarze pozostali zupełnie bezradni.
Choroba postępowała nieubłaganie, aż osiągnęła stadium, w którym książę nie zawsze rozpoznawał swoją małżonkę. Czasami nazywał ją imieniem swej matki Matyldy. Przed Bożym Narodzeniem był już przykuty do łóżka i miał trudności z mową. Jednego z rzadkich dni, kiedy rozpoznawał mutter, Anna zauważyła, jak próbował chwycić ją za rękę, patrząc na nią wzrokiem pełnym miłości.
-Musisz... przeżywać... katusze... potępieńców - wydobył z siebie po długich, pełnych bólu minutach i była to ostatnia spójna wypowiedź, jaką Anna usłyszała z jego ust.
W styczniu jego stan się pogorszył. Lekarze wciąż kręcili głowami i powtarzali, że nic nie mogą zrobić, mutter zaś snuła się jak widmo, próbując przekonać samą siebie, że taka jest wola Boża.
- Odszedł ode mnie człowiek, którego kochałam, a przebywanie z tą cielesną powłoką, która po nim została, napawa mnie niewyobrażalnym bólem - powiedziała.
Annie krwawiło serce nad obojgiem rodziców, kiedy stała przy łożu ojca i przyglądała się, jak śpi niespokojnie, a strużka śliny spływa mu po jego szpakowatej brodzie. Czy ta wyniszczona ludzka skorupa naprawdę była kiedyś szarmanckim kawalerem, który lubił olśniewać poddanych, paradując w swych wytwornych atłasach, aksamitach i nakryciach głowy przybranych piórami?
- To nie potrwa długo - szepnął doktor Cepher do mutter, która uczyniła znak krzyża i posłała po Wilhelma.
Od miesięcy był on księciem pod każdym względem prócz tytułu. Miał dwadzieścia dwa lata i wyrósł na średniego wzrostu mężczyznę o zgrabnej, muskularnej sylwetce i gęstej brodzie tej samej barwy co ciemnobrązowe włosy, które nosił przycięte do uszu. Jak zawsze był poważny i brakowało mu poczucia humoru, ale chwalono go za uprzejmość i charakter; nigdy też nie przyłapano by go w tawernie ani w ramionach nierządnicy. Annę niekiedy drażnił jego purytański sposób bycia i niezachwiana wiara we własne racje, ale teraz, obserwując go siedzącego przy łożu vatera, z wyrazem napięcia malującym się na twarzy o ostrych rysach i łzami w pięknych oczach, ujrzała w nim zadatki na wielkiego władcę. Nie dość, że został znakomicie wykształcony i pośród książąt niemieckich cieszył się opinią najbieglejszego w języku francuskim i najlepiej obeznanego z włoskimi manierami, to jeszcze był zdeterminowany, by Kleve zyskało szacunek w całym chrześcijańskim świecie.
Wkrótce do Wilhelma będzie należało wszystko - Kleve wraz z jego księstwami i terytoriami. Anna od dawna była względem niego ostrożna, bo gdyby odkrył jej sekret, z pewnością poniosłaby srogie konsekwencje. Pewnego razu widziała, i nigdy tego nie zapomniała, jak wpadł w złość na wieść o tym, że siostra jednego z książęcych rajców porzuciła męża, i oznajmił, że zabiłby ją, gdyby była jego siostrą. Modliła się więc, by nigdy nie dowiedział się o istnieniu nieznanego siostrzeńca, który - jak wynikało ze (zbyt rzadkich) relacji matki Lowe - dobrze się miewał w Solingen i wzorem przybranego ojca pragnął zostać płatnerzem. Płatnerz - i wnuk księcia Kleve! Tęsknota za dzieckiem wywoływała w niej nieustające cierpienie.
Tymczasem Wilhelm patrzył na umierającego ojca z bólem wypisanym na twarzy.
- Cóż za nieszczęście! Był najbardziej pokojowym władcą swoich czasów.
Gdy opuścili duszną sypialnię i otworzyli okna na galerii, wpuszczając do wnętrza czyste, zimne powietrze, Anna odezwała się ściszonym głosem:
- Mutter widzi w chorobie vatera karę boską za to, że odrzucił autorytet papieża i Kościoła rzymskiego. Powiedziała, że nigdy nie było wolą Boga, aby Kościół kliwijski znalazł się pod zwierzchnictwem władz państwa.
Pogrążona w smutku matka była niezwykle szczera.
- Mutter może tak myśleć - zauważył Wilhelm, zerkając na nią. - Jest pobożną córką Kościoła rzymskiego, ale vater wierzył w słuszność swoich czynów. Ponadto, w przeciwieństwie do króla Anglii, który zerwał z papieżem tylko dlatego, że chciał poślubić nową żonę, vater działał zgodnie z zasadami i dbał o utrzymanie jak najbardziej przyjaznych stosunków z Watykanem. Nie zmienię tego, cokolwiek powie mutter.
Anna uniosła brwi. Nie było tajemnicą, że Wilhelm, na podobieństwo vatera, jest zwolennikiem reform, a także przyjacielem i obrońcą swoich luterańskich poddanych, i że jednego z nich zaprosił nawet do wygłoszenia kazania na dworze. W głębi serca pozostawał jednak gorliwym katolikiem i wielu miało nadzieję, że usłucha nalegań matki i powróci na łono Kościoła rzymskiego. Sam zresztą często powtarzał, że nie podejmuje żadnej decyzji bez konsultacji z mutter i Anna zakładała, że uczyni to w kwestii religii. Cokolwiek postanowi, matka nie będzie się mu sprzeciwiać i jak postępowała z mężem, tak będzie postępować z synem.
Anna miała wrażenie, że odkąd Wilhelm przejął suwerenną władzę, restrykcje się zaostrzają. Gorliwie chronił swoje domowniczki i był znacznie bardziej ortodoksyjny w kwestii godnego zachowania kobiet niż vater. Mutter była surowa, ale Wilhelm okazał się jeszcze bardziej wymagający i stało się jasne, że do czasu ślubu - z wyjątkiem okazji państwowych - Anna i Amalia pozostaną odizolowane z matką w prywatnych apartamentach. Odkąd jednak przed czterema laty zerwano zaręczyny Anny, nie zanosiło się na kolejną propozycję matrymonialną dla niej. Miała już dwadzieścia trzy lata i żaden inny książę nie starał się o jej rękę, a nawet gdyby tak się stało, Wilhelm prawdopodobnie by odmówił. Jego skarbiec był nadwyrężony i nie mógłby zapewnić jej posagu.
Siedząc w komnacie mutter i porządkując wraz z Amalią haftowane jedwabie, Anna zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby poślubiła Franciszka Lotaryńskiego. Kiedy vater oznajmił, że umowa przedślubna została unieważniona, nawet nie poczuła smutku i nie ma się czemu dziwić, skoro ani ona, ani Franciszek nie wyrazili świadomej zgody na małżeństwo. Odczuła jedynie ulgę. Kiedyś, wiele lat temu, pewnie zaczęłaby na nowo marzyć o poślubieniu Ottona, którego pierścień nadal przechowywała w małej szkatułce, w której znajdowało się kilka jej osobistych skarbów; nie potrafiła pozbyć się prezentu nawet na wieść o tym, że się ożenił. Nie widziała go od tamtej pamiętnej wizyty i czasami zastanawiała się, jaki jest teraz i czy kiedykolwiek ją wspomina. Na myśl o nim czuła wzruszenie i wdzięczność, że przynajmniej poznała cud fizycznej miłości - zwłaszcza że może jej już nigdy nie zaznać.
Niewykluczone, że zerwanie zaręczyn było częścią Bożego planu, by mogła pozostać w Kleve, gdy matka będzie jej potrzebowała; może Bóg uchronił ją przed uwikłaniem się w wojnę. Kiedy ku wściekłości księcia Lotaryngii bezdzietny książę Guelders został przekonany o tym, że jego księstwo skuteczniej utrzyma niezależność w rękach Wilhelma i właśnie jego wyznaczył na swojego spadkobiercę, zniknęły powody, dla których Anna miałaby poślubić Franciszka.
Przed rokiem książę Guelders zmarł, a Wilhelm został władcą tej krainy, jeszcze bardziej poszerzając granice ziem podległych Kleve. Rozwścieczyło to cesarza, który ogłosił, że Guelders należy do niego, a ludzie zaczęli szeptać, że chce je dostać za wszelką cenę.
- Oczywiście, że jest wzburzony - powiedział Wilhelm z błyskiem w oczach. - Wie, że Guelders daje mi ogromne korzyści strategiczne. Do tej pory Kleve nie miało dostępu do morza, a teraz mamy dostęp do zatoki Zuiderzee i Morza Północnego, co zwiększa nasz potencjał militarny. Poza tym musi przejechać przez moje ziemie, by dostać się do swojej Burgundii.
Tak więc mogło dojść do wojny. Zresztą doszłoby do niej nawet wtedy, gdyby Anna poślubiła Franciszka, bo cesarz mógłby się sprzeciwić przejęciu Guelders przez jej męża i wówczas znalazłaby się w środku konfliktu.
Niemniej chciałaby mieć jakieś perspektywy na małżeństwo. Wciąż wyobrażała sobie, jakby to było dzielić fizyczną przyjemność z mężem, którego może zdołałaby pokochać. Wiele razy kusiło ją, by popełnić to, co według Kościoła było grzechem śmiertelnym, który mógł skazać ją na potępienie, jeśliby się nie przyznała i nie odpokutowała. Nie chciałaby wspominać o tym ani ojcu Gerechtowi, ani żadnemu innemu duchownemu, bo jak mieliby ją zrozumieć, skoro ślubowali celibat? Z pewnością byliby zszokowani, gdyby przyznała się do tak niecnych pragnień. Co więcej, skrucha oznaczała postanowienie, że nigdy więcej nie popełni grzechu i obawiała się, że temu nie podoła. Święty Paweł pisał, że lepiej żyć w małżeństwie niż płonąć i dokładnie rozumiała, co miał na myśli, ale bez widoków na małżeństwo mogła jedynie płonąć.
Anna była sama, kiedy w ostatnim tygodniu stycznia Wilhelm przyszedł do komnaty niewieściej w Düsseldorfie. Mutter przebywała w kaplicy, a Amalia czuwała przy ojcu.
Kiedy napełniła kielich winem, brat przyjął go ze skinieniem głowy i usiadł.
- Mam wieści, które dotyczą ciebie - oznajmił. - Sybilla napisała, że wysłannicy króla Anglii przybyli na dwór Saksonii i zwrócili się do elektorskiego wicekanclerza w sprawie możliwości zawarcia sojuszu z Kleve. Oni wiedzą, że vater podupada na zdrowiu i że elektor jest moim niewzruszonym stronnikiem. W tej sprawie można mu zaufać, ponieważ chce wciągnąć Kleve do związku szmalkaldzkiego... Pamiętasz zapewne z wizyty sprzed dwóch lat jego wicekanclerza, Franza Burcharda. Był w Anglii i ma tam znajomości. To porządny, rozsądny i godny zaufania człowiek, więc możemy wierzyć, że zajmie się tą sprawą należycie i dyskretnie.
- Dlaczego to mnie dotyczy? - zapytała, upijając łyk wina.
Wilhelm wyprostował się w fotelu.
- Wygląda na to - w jego głosie dało się wyczuć rzadko spotykane podekscytowanie - że królewski sekretarz, lord Cromwell, polecił cię królowi Henrykowi jako kandydatkę na żonę, a ów wyraził zainteresowanie sojuszem. Anno, mogłabyś zostać królową Anglii!
Na moment zaniemówiła, a potem zadrżała. Matrymonialne perypetie króla Henryka od lat były bowiem pożywką dla plotek w całym świecie chrześcijańskim. Miał trzy żony i wszystkie marnie skończyły - pierwsza, jak głosiła fama, została otruta, drugą ścięto mieczem, a trzecia zmarła w połogu zaledwie przed rokiem. Według wszelkich przekazów był tyranem zarówno w sypialni, jak i poza nią.
- Nie wyglądasz na zadowoloną - zauważył Wilhelm, nieco speszony.
- Dziwisz się? - odparła. - Co warta jest korona, jeśli mężczyzna będzie potworem?
- Niektórzy powiedzieliby, że nie miał szczęścia. Jego dwie pierwsze królowe nie dały mu potomka, a trzecia zmarła.
- Ale drugą kazał ściąć! Chcesz, żebym ryzykowała życiem?
- Była ladacznicą, która zdradzała go z innymi mężczyznami. Ty, Anno, jesteś z innej gliny. Ciebie nigdy nie spotkałby żaden skandal.
Anna poczuła, jak jej policzki płoną z poczucia winy.
- Mam nadzieję, że nie - powiedziała, wewnętrznie rozedrgana. Co by się stało, gdyby straszliwy Henryk odkrył, że nie jest dziewicą?
- Nie chcę takiego męża - oświadczyła.
- Ależ Anno, sojusz z Anglią będzie bardzo korzystny dla Kleve - zaoponował srogo. - Twoim obowiązkiem jest pomóc krajowi poprzez zawarcie dobrego małżeństwa.
Wyraźnie dało się wyczuć, że był już zdecydowany i Anna zrozumiała, że nie ma wielkiego wyboru w tej sprawie.
- Dlaczego Anglia chce się sprzymierzyć z Kleve? - zapytała.
- Przejdźmy się, a ja to wyjaśnię.
Wzięli płaszcze i rękawiczki i Wilhelm wyprowadził Annę na galerię i loggię od strony nabrzeża, gdzie przystanęli, by obserwować łodzie płynące wzdłuż Renu i wyładowujące swoje towary na nabrzeżach.
- Papież niedawno ekskomunikował króla Henryka - wyjawił. - W konsekwencji dwaj pobożni synowie Kościoła, cesarz i król Francji, sprzymierzyli się ze sobą i Henryk został sam. Anglia nie jest tak potężna jak cesarstwo czy Francja, ale do niedawna, sprzymierzając się z jednym lub drugim, utrzymywała równowagę sił w świecie chrześcijańskim. Henryk od dawna prowadził negocjacje w sprawie małżeństwa z księżną Mediolanu, siostrzenicą cesarza, ale nowy pakt między Karolem a królem Franciszkiem pokrzyżował te plany i bardzo go rozdrażnił. Teraz zaś przygotowuje się do wojny i szuka innych sprzymierzeńców, a także innej narzeczonej. Potrzebuje sojusznika, który wesprze go w walce z wrogami; sojusznika, z którym połączą go więzy krwi.
Anna potrafiła zrozumieć, dlaczego Henryka interesowało Kleve, które pozostawało jednym z najważniejszych księstw w Niemczech i było zdolne do przewodzenia wielkiej armii.
- Sojusz między Anglią, Kleve a naszymi przyjaciółmi, protestanckimi książętami niemieckimi, przechyliłby ponownie równowagę sił w Europie na korzyść Anglii - wyjaśnił Wilhelm, wskazując, by szli dalej, ponieważ wzmógł się chłodny wiatr. Anna podążyła za nim przez bramę w murze, która prowadziła do jego ogrodu. - Jak wiesz, protestanckie kraje niemieckie są solą w oku cesarza, gdyż opierają się jego próbom narzucenia wiary katolickiej w całym cesarstwie; sojusz między nimi a Anglią odciągnąłby Karola od myśli o połączeniu się z Francją w celu wypowiedzenia wojny Henrykowi. To dlatego król chce się z nami sprzymierzyć i poślubić cię. Lord Cromwell, główny doradca Jego Królewskiej Mości, naciska na ten związek. Jest reformatorem, podobnie jak vater i ja.
Anna zatrzymała się przy zegarze słonecznym, obrysowując palcem jego kształt. Wyglądało na to, że król również był zdecydowany w tej sprawie. Cóż dobrego przyniosłoby jej, zwykłej kobiecie, sprzeciwianie się?
- Schwester, jesteś rozważna - powiedział Wilhelm, podchodząc do niej. - To wspaniały związek. Zostaniesz królową.
- Będę w niebezpieczeństwie.
Westchnął.
- Nie, dopóki ja cię chronię.
- Cesarz, mimo całej swojej potęgi, niewiele zrobił, by ochronić ciotkę, królową Katarzynę, gdy król Henryk ją odsunął!
- Prawdę mówiąc, to obawa króla Henryka przed inwazją armii cesarskiej na Anglię sprawiła, że powstrzymywał się przed atakowaniem Katarzyny. Anno, zawsze wiedziałem, że twoja cnota i słodki wygląd zapewnią ci dobrego męża. Nie lękaj się, król Henryk cię pokocha. Poza tym potrzebuje mojej przyjaźni, więc możesz być pewna, że będzie cię dobrze traktował. My także potrzebujemy tego sojuszu, bo i nam zagraża ten nowy pakt Francji z cesarstwem. Gdyby Franciszek poparł roszczenia Karola do Guelders, musielibyśmy wypowiedzieć wojnę. Z angielską pomocą możemy ją wygrać!
Anna wiedziała, że jest bezsilna w obliczu zapału Wilhelma, woli króla Henryka i zagrożenia dla kraju. Podjęła jednak ostatnią próbę uratowania się przed losem, który próbowano jej narzucić.
- Czy król nie mógłby poślubić Amalii?
Gdy tylko wypowiedziała te słowa, znienawidziła się za nie. Jakże była nikczemna, życząc siostrze małżeństwa, które sama uważała za odrażające!
- Ty jesteś oczywistym wyborem, Anno. Jako starsza z moich sióstr odziedziczysz Kleve, jeśli ja i Sybilla umrzemy bezpotomnie. Sybilla ma oczywiście trzech synów, ale król spośród wszystkich ludzi najlepiej wie, że małe dzieci umierają z różnych nieszczęśliwych przyczyn.
Anna przeżegnała się.
- Amen! - dodał skwapliwie Wilhelm, chwytając ją za ramię i kierując z powrotem w stronę drzwi. - Dopóki król Henryk myśli, że dzięki tobie ma szansę zdobyć Kleve, dopóty będziesz jego pierwszą wybranką.
Anna odwróciła się do niego.
- Co w takim wypadku zrobiłby vater?
- To samo, co ja - odparł brat stanowczo. - Opowiedziałby się za sojuszem.
Anna czuwała przy ojcu, modląc się, aby się obudził i choćby na kilka chwil znów stał się sobą. Na wieść, że pokój, który zapewnił Kleve, jest zagrożony, z pewnością byłby strwożony, ale czy oddałby córkę tyranowi w zamian za ratunek? Wierzyła, że nie, pomimo tego, co twierdził Wilhelm. Ale vater się nie obudził. Był nieświadomy otaczającego go świata, połączony niemal z aniołami.
Pogrążona w smutku Anna wstała, wygładziła narzutę i nalała kordiału, który najprawdopodobniej nigdy nie zostanie wypity. Potem poszła poszukać mutter.
Matka wiedziała dokładnie, o czym dyskutuje się w Saksonii.
- Przyznaję, że jestem rozdarta - powiedziała, gdy usiadły po dwóch przeciwległych stronach do haftowania ołtarzowego sukna. - To byłby ważny sojusz dla Kleve, ale wzdragam się przed oddaniem córki ekskomunikowanemu, którego każdy prawdziwy katolik potępia za apostazję i niemoralność. Kiedy księżna Mediolanu go odrzuciła, rzekła, że gdyby tylko miała dwie głowy, jedna byłaby do dyspozycji Jego Łaskawości! Jakże ją podziwiam!
- Czy powiedziałaś to Wilhelmowi? - zapytała Anna z nadzieją. Wilhelm zawsze słuchał tego, co mówiła mutter.
- Powiedziałam, że to on musi podjąć decyzję. Mimo że popieram sojusz, nie wezmę udziału w pertraktacjach dotyczących twojego ślubu z tym człowiekiem.
Nie było więc nadziei, zwłaszcza że elektor napisał do Wilhelma. Król Henryk chciał wiedzieć, czy obaj książęta Kleve, ojciec i syn, nadal są wierni biskupowi Rzymu, jak zwykł nazywać papieża; czy są wyznawcami starej, papieskiej tradycji, a jeśli tak, to czy byliby skłonni zmienić swoje poglądy.
- Myślę, że możemy spokojnie spełnić oczekiwania króla w tej kwestii. - Wilhelm uśmiechnął się do Anny. - I jeszcze jedno, jego wysłannik wypytywał dyskretnie o twoją urodę i zalety charakteru. Chciał wiedzieć wszystko o twoim wzroście, figurze i cerze; o tym, czego się uczysz, jakie aktywności lubisz i jak się prowadzisz.
Anna poczuła, że robi się jej gorąco.
- O mojej figurze? Czy to nie jest niestosowne? Bracie, mam nadzieję, że nie odpowiesz na to pytanie!
Wilhelm wzruszył ramionami.
- Anno, kiedy książęta nie mogą osobiście spotkać się z przyszłymi narzeczonymi, muszą polegać na opisach przesłanych przez ambasadorów oraz na portretach. Król poprosił o przysłanie mu twojej podobizny.
Annę ogarnęła wściekłość.
- Więc ten niezwykle ważny sojusz zależy od tego, czy spodoba mu się moja twarz, figura i zachowanie! Rzecz jasna, nie ma znaczenia to, czego ja chcę ani czy mam upodobania względem mężczyzny, którego pragnęłabym poślubić. Muszę wyjść za mąż dla dobra mojego kraju, nie zważając na to, że król jest podłym człowiekiem!
Trzęsła się z oburzenia.
- Schwester, uspokój się - rzucił Wilhelm, wstając zza stołu i podsuwając jej stołek. - Nic nie jest jeszcze postanowione. Tak naprawdę zamierzam grać na zwłokę.
To ją zdziwiło.
- Dlaczego?
- Nie jestem zadowolony ze stanowiska Anglików. Ich ambasador uprawia wobec nas jakieś podchody i elektorowi nie podoba się, że Henryk nie prosi o ciebie wprost. Wygląda na to, że chcą, abyśmy sami mu ciebie zaproponowali, czego z kolei zabrania moja duma, bo to mężczyzna powinien starać się o pannę młodą. Jego wysłannicy, zdaje się, mniemają, iż poślubienie ich króla jest najwyższym zaszczytem, jaki może spotkać ród Kleve. Przedstawiają to tak, jakby wyświadczał nam wielką przysługę.
- W takim razie masz rację, grając na zwłokę - syknęła. - Nigdy nie czułam się tak znieważona!
Śmierć vatera w pierwszym tygodniu lutego była dla niego łaskawym wybawieniem, ale choć spodziewano się jej od dawna, przyniosła ze sobą wielki smutek.
Mutter ubrała się w najgłębszą czerń i batystowy Stickelchen niczym zakonny kwef i zaszyła się w kaplicy, by modlić się za jego duszę. Anna i Amalia uklękły za nią, pogrążone w żałobie i płaczu.
Nowy książę - Wilhelm V - pozostawiwszy je, aby mogły skupić się na opłakiwaniu, podążył za orszakiem z trumną ojca do miejsca jego pochówku w Kleve. Po powrocie zaś położył się do łoża, ciężko chory, i przez kilka tygodni zdawało się, że pójdzie w ślady księcia Jana.
Gdyby Wilhelm, uchowaj Bóg, umarł, suwerenną księżną Kleve zostałaby Sybilla. Czy kontynuowałaby dążenie do sojuszu z Anglią? Niemal na pewno, gdyż jej mąż, elektor, był zwolennikiem tego układu. Bez względu więc na to, kto będzie panował - czy brat, czy siostra - Anna nie miała wyboru.
Tymczasem powoli, ku uldze wszystkich, stan Wilhelma zaczął się poprawiać. W trzecim tygodniu marca, choć wychudzony i blady, był już w stanie zasiąść na krześle i przyjmować gości.
Któregoś dnia Anna dostrzegła przez okno galopującego przez dziedziniec posłańca w liberii elektora, a godzinę później Wilhelm wezwał ją do swojej komnaty i oznajmił z niejaką radością, że poselstwo angielskie jest zaniepokojone tak niewielkimi postępami w rozmowach i że król Henryk wysyła ambasadorów do samego Kleve, aby omówić warunki sojuszu. Wysłannicy poprosili elektora, aby nakłonił Wilhelma do poważnego rozważenia sprawy, ponieważ dotyczyła króla.
A co ze mną? - Anna wzdrygnęła się mimowolnie.
- Anglicy się niepokoją! - powiedział Wilhelm. - Elektor pisze, że nieustannie mu przypominają, iż protestanci mogą wiele zyskać dzięki luterańskiej królowej w Anglii. Król jest bowiem tak bardzo oddany sprawom małżeńskim, że najlepszą drogą do wywierania wpływu na niego są jego żony.
- Ja nie jestem luteranką! - zaoponowała gwałtownie. - Jak śmią tak przypuszczać!
- Oni tylko zabiegają o względy elektora, Anno, a ów już obiecał, że uczyni wszystko co w jego mocy, by przyspieszyć sojusz. Namawia mnie do wydania zgody na małżeństwo i obiecał wysłać twój portret do Anglii.
- Powinien był najpierw skonsultować się z tobą - odparła. - Nie miał prawa działać w imieniu Kleve.
- Schwester - uspokajał cierpliwie - on działał w moim imieniu... Musiał, skoro byłem chory. Portret jednak nie zostanie wysłany, w każdym razie jeszcze nie teraz. Aby dać mi czas na rozważenie sprawy, powiedział wysłannikom, że jego malarz, meister Cranach, jest chory.
Czuła wdzięczność za wszelkie opóźnienia.
- Przypuszczam, iż nikt nie zasugerował, że i ja chciałabym zobaczyć portret króla - stwierdziła. - Czy jest tak przystojny, jak mówią? Czy nikomu nie przyszło do głowy, że może to mieć dla mnie znaczenie?
Brat spojrzał na nią surowo.
- Nie powinno. W sprawie zaręczyn chodzi o coś ważniejszego. Twoim obowiązkiem będzie kochać męża i musisz się o to postarać, a także dobrze go poznać, by umieć go zadowolić.
- Oczywiście, mam nadzieję kochać mego męża - odparła. - Ale jest ogromna różnica między obowiązkiem miłości, o którym mówisz, a prawdziwą miłością, która łączyła mutter i vatera, i której Sybilla wyraźnie doświadcza u boku elektora. Tego właśnie oczekuję od małżeństwa.
- W takim razie będę się modlił, aby było ci to dane, Anno, jednak książęce małżeństwo to coś więcej. Królowi Henrykowi powiedziano już o twej urodzie i cnotach, a Sybilla i elektor chwalą twoją sprawiedliwość, uczciwość i dostojność.
- Mam nadzieję, że nie zasugerują, jakobym była wzorem piękna i kobiecej doskonałości, gdyż jestem tylko człowiekiem! Nie chcę, by król został wprowadzony w błąd.
- Jako mężczyzna, Anno, mogę założyć, że większość panów uznałaby cię za atrakcyjną.
Był to tak rzadki komplement z ust Wilhelma, który potępiał grzech próżności, że wzruszona Anna pocałowała go w policzek.
- A więc dostosujesz się do mojej woli? - zapytał, unosząc jedną brew.
- Tak - przyznała z westchnieniem. - Będę oczekiwać z wdzięcznością przybycia angielskich ambasadorów.
Po powrocie do swej komnaty pocieszała się myślą, że wszystko jest jeszcze niepewne, że negocjacje małżeńskie mogą przeciągać się długi czas, a zaręczyny można zerwać. Podniosła lustro i przyjrzała się sobie w wypolerowanym srebrze. Tak, była ładna, ale czy piękna? Nie. Miała różową cerę, twarz w kształcie serca, ładne usta i delikatnie zarysowane brwi, ale powieki były zbyt ciężkie, podbródek za spiczasty, a nos nazbyt długi i szeroko zakończony. Była jednak wysoka i zgrabna, miała atrakcyjną, smukłą figurę i delikatne dłonie. Tylko czy to wystarczy, by spodobać się mężczyźnie takiemu jak król Henryk, za którym prawdopodobnie nieustannie szalały piękne kobiety? A może król, podobnie jak jej brat, ceni w damach bardziej subtelne cechy, takie jak skromność, pokora i pobożność? Modliła się, by wolał to drugie.
*
Wczesną wiosną, w ogniu spekulacji na dworze, doktor Heinrich Olisleger, wicekanclerz, a także inni kliwijscy dostojnicy wysokiej rangi powrócili z Kolonii i pospieszyli złożyć relację księciu. A ponieważ Wilhelm nakazał Annie, mutter i Amalii stawić się na audiencji, siedziały teraz dyskretnie w rogu komnaty.
Doktor Olisleger był postawnym mężczyzną po trzydziestce, miał brodę przyciętą w kwadrat i pokaźne wąsy. Był lojalnym, zamożnym mieszczaninem, zdeklarowanym humanistą i jednym z najbardziej zaufanych doradców vatera.
- Wasza Łaskawość - zaczął - spotkaliśmy się z angielskimi wysłannikami i odbyliśmy z nimi wstępne pertraktacje. Doktor Wotton jest ich przedstawicielem, prawnikiem, herr Carne uczonym i dyplomatą, herr Berde członkiem prywatnych apartamentów królewskich. Herr Barnes jest Waszej Łaskawości znany jako główny poseł króla do protestanckich książąt. Posłano go w nadziei, że znajdzie przychylność Waszej Łaskawości. Wszyscy dobrze mówią po niemiecku.
Wilhelm skinął głową.
- Czy opowiedzieli o otrzymanych rozkazach?
Doktor Olisleger pozwolił sobie na zawadiacki uśmiech.
- Na pewno chcieli poznać wygląd i charakter księżniczki. - Ukłonił się Annie. - I sądzę, że byli zadowoleni z tego, co im powiedzieliśmy, ponieważ natychmiast oświadczyli, że są uprawnieni do tego, by zaoferować Waszej Łaskawości przyjaźń króla Henryka. I proszą o audiencję. Podejrzewam, że chcą się upewnić, czy Wasza Łaskawość jest szczerze zainteresowany sojuszem. Jeśli tak, chcieliby zobaczyć księżniczkę i jej portret, aby wysłać go królowi. Jeśli wizerunek mu się spodoba, z przyjemnością zaszczyci dom i rodzinę Waszej Łaskawości sojuszem.
Anna z trudem hamowała gniew. Oburzało ją, że król Henryk uzależniał tak ważny sojusz od jej wyglądu! Jednocześnie stopniowo docierało do niej, że być może, podobnie jak i ona, król pragnął małżeństwa, w którym mogłaby rozkwitnąć miłość. I któż mógłby go winić za to, że nie chciał ryzykować po raz czwarty? Choć nie było to małżeństwo, o jakim kiedyś marzyła, być może przy obustronnej woli mogłoby się im udać. I było to w interesie wszystkich.
Wilhelm zamyślił się.
- Nie chcę sprawiać wrażenia, że rzucam się w otwarte ramiona angielskiego króla, ciesząc się szczęściem siostry. Trzymając Jego Wysokość w pełnym nadziei oczekiwaniu, możemy więcej zyskać. I, co najważniejsze, pragnę mieć pewność, że Anna będzie dobrze traktowana w Anglii i otrzyma należne jej względy. Jego Wysokość powinien mieć świadomość, że została wychowana w cnocie w domu naszej pani matki i że martwię się, jak odnajdzie się jako królowa na dworze znanym z rozwiązłości. Biorąc pod uwagę to, co stało się z innymi żonami króla, muszę zadbać o jej szczęście.
Anna poczuła nagły przypływ wdzięczności wobec Wilhelma, ale doktor Olisleger wyglądał na zaniepokojonego.
- Wasza Miłość, król może stracić cierpliwość. Może poczuć się urażony jakąkolwiek zwłoką z naszej strony i jeśli małżeństwo nie dojdzie do skutku, zaprzepaścimy szansę na wszelkie możliwe korzyści. Moim skromnym zdaniem negocjacje powinny zostać zakończone tak szybko, jak to możliwe.
- Niech będzie - zgodził się Wilhelm. - Przekaż wysłannikom, by stawili się w Kleve za dwa dni, a ja ich przyjmę.
Minęły dwa dni. Wilhelm wciąż przebywał w Düsseldorfie i dopiero wieczorem wyruszył do Kleve.
- To niegrzeczne z jego strony, że kazał wysłannikom czekać - zwróciła się Anna do Amalii, gdy siedziały późną porą na jej łóżku, odziane w koszule nocne. - Potrzebuje tego sojuszu tak samo jak król Henryk. Chciałabym, żeby przestali prowadzić te swoje gierki i wreszcie załatwili sprawę.
- Coraz bardziej podoba ci się pomysł poślubienia króla - zauważyła Amalia, splatając swoje długie włosy w warkocze.
- Nie jestem pewna - przyznała Anna. - Na początku byłam przerażona, ale dostrzegam zalety sojuszu i chcę zrobić dla Kleve to, co słuszne.
- Szlachetna panna poświęcająca się dla swojego ludu! - zakrzyknęła siostra, przerzucając warkocz przez ramię.
Anna uśmiechnęła się.
- Coś w tym rodzaju.
- Będę za tobą tęsknić - wyznała Amalia, bliska łez.
- Jeszcze nie wyjechałam i nie ma pewności, że to zrobię - odpowiedziała Anna, czując uścisk w gardle na myśl o opuszczeniu (być może na zawsze) Kleve, siostry i wszystkich tych, których kochała. Perspektywa pożegnania rodziny i kraju rozdzierała jej serce, mimo że została wychowana w świadomości, iż pewnego dnia może to nastąpić; mimo że widziała Sybillę wyjeżdżającą do Saksonii w wieku zaledwie czternastu lat i wiedziała, że sama miała szczęście, tak długo pozostając w domu. Była pewna, że będzie cierpieć z tęsknoty.
- Będziemy do siebie pisać i może odwiedzisz mnie w Anglii - powiedziała z taką pogodą ducha, na jaką potrafiła się zdobyć.
- Chciałabym pojechać do Anglii i zostać królową - westchnęła Amalia.
- I poślubić mężczyznę, który pochował trzy nieszczęsne żony?
- Może to on był przez nie nieszczęśliwy?
Anna powątpiewała.
- Przypuśćmy, że to możliwe.
- Pomyśl nad tym - powiedziała Amalia, rzucając się z powrotem na poduszki i przeciągając się jak kot. - Potrzebował dziedzica i skoro pierwsza żona nie mogła mu go dać, próbował się z nią rozwieść, a ponieważ trwała w uporze i nie chciała się na to zgodzić, miał powody się gniewać. Druga, Anna Boleyn, również nie urodziła mu syna i była niewierna, za co spotkała ją zasłużona kara. Z trzecią był szczęśliwy i przecież nie zawinił, że zmarła w połogu, nieprawdaż?
- To prawda - zgodziła się Anna. - Chodzi o to, że jest ode mnie ponad dwa razy starszy. Obawiam się, że go nie zadowolę, a jeśli tak się stanie, spotka mnie coś strasznego.
- Nonsens, Anno! Każdy mężczyzna byłby szczęśliwy, mając cię u boku. Zakocha się w tobie natychmiast, gdy tylko cię ujrzy.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. Jeśli odnajdę taką miłość, jaka łączyła naszych rodziców, będę zadowolona.
Gdy Amalia udała się na spoczynek, ona leżała, niezdolna zasnąć. Odnosiła wrażenie, że król Henryk jest jej przychylny i rzeczywiście szuka szczęścia w małżeństwie. Jeśli go zadowoli i postara się niczym nie urazić, jeśli będzie zachowywała się tak, by nikt nie mógł jej niczego zarzucić, a on nie zauważy niczego podejrzanego podczas nocy poślubnej, nic złego nie może jej spotkać i może nawet odnajdzie spełnienie w małżeństwie. Było jednak zbyt wiele niewiadomych!
Wilhelm wrócił z Kleve. Anna nie kryła rozczarowania, gdy usłyszała od mutter, że nie spotkał się z wysłannikami, każąc im czekać w nieskończoność. W ślad za nim przybył doktor Olisleger, który rozmawiał z posłami. Kiedy Wilhelm wezwał Annę do swego gabinetu, by wysłuchała wieści o spotkaniu, Olisleger już tam na nią czekał.
- Moja pani Anno - zaczął - długo rozprawiałem z Anglikami w towarzystwie kanclerza Hograve'a i innych przedstawicieli księcia.
- Nie rozmawiałeś z nimi osobiście? - Anna skonfrontowała się z bratem.
- Wicekanclerz Olisleger, zgodnie z poleceniem, usprawiedliwił moją nieobecność. - Wilhelm uśmiechnął się nieznacznie. - Nie powinniśmy sprawiać wrażenia nadmiernie gorliwych.
Anna obrzuciła go spojrzeniem pełnym irytacji. Jego zwlekanie mogło kosztować Kleve sojusz.
- Zapewniłem angielskich wysłanników, że opóźnienie z naszej strony nie było zamierzone - odezwał się Olisleger. - Ale, mój panie, oni nadal zachowują się tak, jakby król wyświadczał nam wielką łaskę, i wyrażają zdumienie, że nie rzucasz się z radością do przyjęcia zaszczytu, jaki spotyka panią Annę. Uważają, że zwlekasz, by uzyskać jak najkorzystniejsze warunki sojuszu.
- Mają rację - odparł Wilhelm. - Nie jestem pewien, czy stać mnie na zapewnienie mojej siostrze odpowiedniego posagu. Chcę też wiedzieć więcej o warunkach proponowanych przez króla Henryka i o tym, jakie zapewni jej utrzymanie. Wtedy zdecyduję, jaką dać odpowiedź.
- Właśnie tak im powiedziałem, mój panie. Poinformowałem ich również, zgodnie z rozkazem Waszej Wysokości, że w ciągu czternastu dni otrzymają portrety obu dam.
- Obu dam? - powtórzyła Anna, zaskoczona.
- Tak, pani. O to właśnie prosił król.
Anna spojrzała gniewnie na Wilhelma.
- Sądziłam, że to ja, jako starsza, jestem brana pod uwagę.
- Tak mi się wydawało - odparł - ale Jego Wysokość chce dokonać wyboru.
Anna nie była pewna własnych uczuć. Po części poczuła ulgę, że być może nie będzie musiała opuszczać Kleve, a po części czuła się nieco urażona. I co, jeśli królowi bardziej spodoba się Amalia? Gdyby wybrano młodszą siostrę i poślubiono ją jako pierwszą, Anna doznałaby wielkiego upokorzenia i na zawsze zostałaby zapamiętana jako niechciana panna młoda.
Wilhelm rozmawiał z doktorem Olislegerem, nie zważając na jej zaniepokojenie.
- Mogą otrzymać portrety sprzed pół roku.
- Nie, nie mój, proszę! - sprzeciwiła się.
Nie dość, że sportretowano ją z profilu, w upiornym kapeluszu wybranym przez mutter, to jeszcze na portrecie wyglądała na pulchną, o zbyt dużym podbródku, i nie chciała, by król Henryk czy ktokolwiek inny oglądał ją w takim wydaniu. Podobizna Amalii była znacznie bliższa rzeczywistości i bardzo korzystna, więc nie miała wątpliwości, kogo król by wybrał.
Wilhelm zmarszczył czoło.
- Jeśli mogę wyrazić swoją opinię, panie - wtrącił Olisleger - ów portret lady Anny rzeczywiście nie oddaje jej wyglądu.
Anna uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.
- W takim razie będziemy musieli zlecić wykonanie kolejnego - powiedział książę - i znaleźć lepszego artystę.
- Dopilnuję tego, panie - obiecał Olisleger.
Wysłannicy trwonili czas w Kleve już od pięciu tygodni. Nawet elektor Saksonii tracił cierpliwość do Wilhelma i wysłał wicekanclerza Burcharda, aby nakłonił go do przyspieszenia negocjacji. Wilhelm nalegał, aby Anna i Amalia były obecne w czasie, gdy przyjmował tego wielce szanowanego i wpływowego męża stanu, i dopilnował, by angielscy wysłannicy również znaleźli się na miejscu.
Kiedy Anna przygotowała się do wywarcia na nich dobrego wrażenia, Wilhelm wspomniał, że wysłannicy nie zostaną przedstawieni ani jej, ani Amalii.
- Nie będziecie pośród tłumu. Staniecie za moim krzesłem i obie ubierzecie się zgodnie z zaleceniami matki. Poprosiłem ją, by zadbała o skromne i nienachalne stroje.
Oznaczało to, że siostry będą odziane w obszerne czarne suknie od szyi do stóp i założą opadające kapelusze z piórami, które przysłonią ich twarze.
Doprawdy - pomyślała Anna - nie mogłyby wyglądać bardziej nieodpowiednio!
- Wyglądamy jak straszydła! - ubolewała Amalia, idąc spokojnie do komnaty audiencyjnej.
- Pomyślą, że Wilhelm ukrywa nas przed ludzkim wzrokiem, bo jesteśmy zdeformowane lub odrażające - odezwała się Anna.
- Twój brat ma swoje powody - powiedziała stanowczo mutter i nie dała się wciągnąć w dyskusję.
Podczas audiencji wicekanclerz Burchard, spowity w dostojną czarną togę, ukłonił się Wilhelmowi. Miał znużoną twarz, bystre spojrzenie i obwisłe policzki. Anna dyskretnie przeniosła wzrok na angielskich wysłanników, którzy stali nieco dalej. Ich przedstawiciel, doktor Wotton, był człowiekiem o szczupłym obliczu i uprzejmym wyrazie twarzy, i wraz z pozostałymi wpatrywał się w nią i Amalię z nieskrywanym zainteresowaniem.
Spotkanie polegało na wymianie uprzejmości i dopiero po południu, gdy Burchard udał się z Wilhelmem i Olislegerem do prywatnego gabinetu, rozpoczęły się właściwe obrady. Anna, siedząca z Amalią i mutter przy stole, obserwowała, jak Wilhelm opiera się namowom Burcharda do zatwierdzenia sojuszu.
- Anglicy są zmęczeni opóźnieniami i wymówkami - argumentował Burchard. - Mówią, że ty, wicekanclerzu Olisleger, wiesz o tym doskonale.
Olisleger zachmurzył się.
- W rzeczy samej.
Spojrzał z rozpaczą na wściekłego Wilhelma.
- Najbardziej niepokoi ich to, że nie widzieli młodych dam, a raczej nie widzieli ich w pełnej krasie. Przy wieczerzy narzekali na stroje, które gracje przywdziały dziś rano. Nazwali je koszmarnymi (wybaczcie, moje panie) i powiedzieli, że nie ujrzeli ich twarzy ani sylwetek. Niestety, dałem się ponieść emocjom i zapytałem, czy chcieliby je ujrzeć... nagie!
- Doprawdy! - wykrzyknęła mutter.
Anna skrzywiła się z zażenowania, Amalia zachichotała.
- Przepraszam Wasze Łaskawości. - Olisleger nie krył zawstydzenia. - Mówili, że chcą tylko zobaczyć damy. Powiedziałem, że wkrótce to załatwię.
- Mój książę - wtrącił się Burchard - czy nie mógłbyś wysłać ambasadorów do króla i ofiarować mu ręki Anny? Przynajmniej będziesz wiedział, panie, na czym stoisz i jakie warunki zaoferuje król.
Olisleger skinął głową na znak zgody.
- Nie mogę teraz nikogo oddelegować - odparł Wilhelm z irytacją. - Potrzebuję moich dyplomatów na spotkanie w Guelders.
Kanclerz westchnął.
- Mój panie, to nas donikąd nie doprowadzi. Może powinieneś wyjawić prawdziwy powód, dla którego martwisz się o przyszłość tego małżeństwa, który musiałem wyjawić angielskim wysłannikom w tajemnicy?
Anna spojrzała na brata. Wilhelm przez chwilę sprawiał wrażenie zakłopotanego, ale zaraz się otrząsnął.
- Anno, obawiam się, że twoje zaręczyny z Franciszkiem Lotaryńskim są nadal ważne i nie możesz poślubić kogo innego.
Była zdumiona.
- Vater twierdził, że umowa przedślubna nie ma mocy, ponieważ została zawarta między ojcami, a ja i Franciszek byliśmy zbyt młodzi, by wyrazić na nią świadomą zgodę. Mówił, że możemy się pobrać z innymi osobami.
- Mnie też tak powiedział - oświadczyła stanowczo mutter.
- I taka jest prawda, o czym kilkakrotnie zapewniałem Jego Łaskawość - odparł Olisleger - oraz wysłanników.
- W takim razie, mój synu, czym tu się martwić? - zapytała matka.
Wilhelm westchnął.
- Pani, wiem, że ojciec uważał umowę przedwstępną za nieważną, ale nigdy nie została ona formalnie unieważniona.
- To nie było konieczne - wtrącił Burchard. - Najwyraźniej książę Lotaryngii też tak uważa, skoro negocjuje ślub swego syna z córką francuskiego króla.
Olisleger zwrócił się do Wilhelma:
- Zapewniam Waszą Łaskawość, że nie musi się tym więcej martwić. Na miłość boską, przejdźmy do negocjacji!
Nastąpiła długa pauza.
- Niech będzie - rzucił Wilhelm. - Wyślę moich ambasadorów do Anglii.
Anna poczuła napięcie. Wyglądało na to, że może zostać królową Anglii.
Dalsza część dostępna w pełnej wersji.