Rozdział VIII
VIII
Gdy profesor odjechał, Siergiej Iwanowicz zwrócił się do brata:
- Bardzo się cieszę, że przyjechałeś. Na długo? Co tam w gospodarstwie?
Lewin wiedział, że gospodarstwo mało interesuje starszego brata i tylko
przez wzgląd na niego zadał pytanie, dlatego powiedział zaledwie o sprzedaży pszenicy i pieniądzach.
Postanowił zwierzyć się bratu ze swojego zamiaru ożenku i poprosić o radę, nawet mocno to postanowił. Jednak gdy zobaczył brata, posłuchał
jego rozmowy z profesorem, gdy później zauważył ten mimowolnie
protekcjonalny ton, jakim brat pytał go o sprawy gospodarcze (majątku po
matce nie podzielili i Lewin zarządzał obydwiema częściami), poczuł, że
jakoś nie może podjąć z bratem rozmowy o swojej decyzji małżeńskiej.
Czuł, że brat spojrzy na to nie tak, jak on by chciał.
- A co z waszym ziemstwem? - spytał Siergiej Iwanowicz, który bardzo
interesował się ziemstwem i przypisywał mu duże znaczenie.
- Prawdę mówiąc, nie wiem...
- Jak to? Przecież jesteś członkiem zarządu?
- Nie już nie jestem, wystąpiłem - odparł Konstantin - i nie bywam już
na zebraniach.
- Szkoda! - powiedział Koznyszew i spochmurniał.
Lewin, usprawiedliwiając się, zaczął opowiadać, co się działo na
zebraniach w jego powiecie.
- Jak zwykle! - przerwał mu Siergiej Iwanowicz. - My, Rosjanie, zawsze
tak samo. Możliwe, że to nasza dobra cecha - zdolność dostrzegania
swoich wad, jednak przesadzamy, zadowalamy się ironią, którą zawsze mamy
na końcu języka. Powiem ci tylko, że gdyby te same prawa, jakie mają
nasze ziemskie instytucje, otrzymał inny europejski naród, to Niemcy i Anglicy wypracowaliby z nich wolność, podczas gdy my tylko się
wyśmiewamy.
- Cóż jednak robić? - powiedział Lewin ze skruchą. - To była moja
ostatnia próba. Z całego serca się starałem. Nie mogę. Nie jestem
zdolny.
- Zdolności ci nie brak - oświadczył Siergiej Iwanowicz - tylko źle
patrzysz na rzeczy.
- Być może - z smutkiem przyznał Lewin.
- A czy wiesz, że Nikołaj znowu tu jest.
Nikołaj było rodzonym starszym bratem Konstantina Lewina i przyrodnim
bratem Siergieja Iwanowicza. Był to człowiek wykolejony, który
roztrwonił większość swego majątku, obracał się w złym towarzystwie i był z braćmi skłócony.
- Co ty mówisz? - wykrzyknął Konstantin z przerażeniem. - Skąd to wiesz?
- Prokofij widział go na ulicy.
- Tutaj, w Moskwie? Gdzie jest? Wiesz? - Lewin wstał z krzesła, jakby
miał zamiar natychmiast wyjść.
- Żałuję, że ci to powiedziałem - rzekł Siergiej Iwanycz, kręcąc głową z powodu wzburzenia młodszego brata. - Posłałem, żeby się dowiedzieć,
gdzie mieszka i przekazałem mu weksel wystawiony Trubinowi, który
wykupiłem. A oto co mi odpisał.
Siergiej Iwanowicz podał bratu kartkę wyjętą spod przycisku.
Lewin przeczytał słowa napisane dziwnym, choć bliskim mu charakterem
pisma: "Pokornie proszę o pozostawienie mnie w spokoju. To jedno, czego
domagam się od moich drogich braciszków. Nikołaj Lewin".
Konstantin przeczytał i z kartką w dłoni, nie podnosząc głowy, stał
przed przyrodnim bratem. W jego duszy ścierało się pragnienie, żeby
zapomnieć o nieszczęsnym bracie, ze świadomością, że byłoby to złe.
- Wydaje się, że chce mnie obrazić - podjął Siergiej Iwanowicz - lecz
obrazić mnie nie może. Z całego serca chciałbym mu pomóc, lecz wiem, że
to niemożliwe.
- Tak, tak - przytaknął Lewin. - Rozumiem i doceniam twój stosunek do
niego, jednak ja tam pojadę.
- Jedź, jeśli chcesz - zgodził się Siergiej Iwanowicz. - Jednak ci
odradzam. To znaczy, mnie na tym nie zależy, on ciebie ze mną nie
skłóci, lecz radzę ci, lepiej nie jedź. Pomóc mu nie można. Zresztą rób
jak chcesz.
- Możliwe, że nie można mu pomóc, lecz czuję, szczególnie w tej chwili -
ale to inna sprawa - czuję, że nie miałbym spokoju.
- No, tego nie rozumiem - powiedział Siergiej Iwanowicz. - Rozumiem
tylko, że to lekcja pokory. Teraz, gdy brat Nikołaj stał się tym, kim
jest, zacząłem bardziej wyrozumiale patrzeć na to, co się nazywa
podłością... Wiesz przecież, co zrobił...
- Ach, to straszne, straszne! - powtórzył Lewin.
Otrzymawszy od lokaja Siergieja Iwanowicza adres brata, Lewin zamierzał
od razu do niego pojechać, lecz po namyśle postanowił odłożyć to do
wieczora. Przede wszystkim dlatego, że aby osiągnąć wewnętrzny spokój,
należało załatwić sprawę, dla której przyjechał do Moskwy. Od brata
pojechał więc do urzędu Obłońskiego, a gdy dowiedział się o Szczerbackich, pojechał tam, gdzie jak mu powiedziano, może spotkać
Kitty.
Rozdział IX
IX
Czując bicie serca, Lewin o godzinie czwartej wysiadł z dorożki przy
ogrodzie zoologicznym i ruszył chodnikiem w stronę torów saneczkowych i ślizgawki. Wiedział na pewno, że ją tam znajdzie, gdyż dostrzegł karetę
Szczerbackich.
Był jasny, mroźny dzień. Przed bramą do ogrodu stały karety, sanie,
dorożki i żandarmi. Przy wejściu i na odśnieżonych chodnikach między
domkami w rosyjskim stylu, z rzeźbioną kalenicą, roiło się od elegancko
ubranych ludzi w połyskujących w słońcu kapeluszach. Nawet wydawało się,
że stare kędzierzawe brzozy parku, ze zwisającymi pod ciężarem śniegu
gałęziami, wystroiły się w nowe uroczyste szaty.
Szedł chodnikiem w stronę ślizgawki i zwracając się do swojego serca,
mówił: Nie można się denerwować, trzeba się uspokoić. O co ci chodzi?
Czego chcesz? Milcz, głupie. A im bardziej starał się uspokoić, tym
bardziej brakowało mu tchu. Ktoś znajomy idący naprzeciwko zawołał do
niego, lecz on nawet nie poznał, kto to był. Podszedł do torów, na
których dzwoniły łańcuchy zwalnianych i wciąganych sanek, hałasowały
sanki zjeżdżające w dół i rozbrzmiewały wesołe głosy. Po kilku krokach
odsłoniła się przed nim ślizgawka i od razu wśród łyżwiarzy ją
rozpoznał.
To, że tu jest, podpowiedziały mu radość i strach, które ogarnęły jego
serce. Stała na przeciwległym skraju ślizgawki, rozmawiając z jakąś
kobietą. Zdawało się, że nie było niczego szczególnego ani w jej stroju,
ani w pozie. Lecz Lewinowi tak łatwo było ją dostrzec w tym tłumie, jak
łatwo widzi się różę w pokrzywach. Wszystko rozjaśniał jej blask. Była
uśmiechem, który opromieniał całe otoczenie. Czyżbym mógł zejść tam, na
lód i podejść do niej? - pomyślał. Miejsce, w którym stała, wydawało mu
się niedostępne i święte i był moment, że omal się nie wycofał, taki
opanował go strach. Trzeba było wielkiego wysiłku, żeby się zmusić do
zastanowienia, że wokół niej chodzą różni ludzie, że również on mógł tu
przyjść, żeby jeździć na łyżwach. Zszedł na dół, starając się jak
najdłużej na nią nie patrzeć, niczym na słońce, lecz nawet nie patrząc,
widział ją jak słońce.
W tym dniu tygodnia i o tej właśnie porze na ślizgawce zbierali się
ludzie należący do tego samego kółka, dobrze się znający. Byli tu
zarówno mistrzowie jazdy na łyżwach, popisujący się swoją sztuką, i dopiero uczący się jeździć za fotelikami, wykonujący nieśmiałe,
niezręczne ruchy, i mali chłopcy, i starzy ludzie, którzy ślizgali się
dla zdrowia. Wszyscy wydawali mu się szczęśliwymi wybrańcami, ponieważ
byli blisko niej. Zdawało się, że wszyscy na ślizgawce zupełnie
obojętnie doganiali ją i wyprzedzali, nawet zagadywali do niej i niezależnie, bez jej udziału, weselili się, korzystając ze znakomitego
lodu oraz pięknej pogody.
Nikołaj Szczerbacki, stryjeczny brat Kitty, w króciutkim żakiecie i wąskich spodniach, siedział na ławce z łyżwami na nogach i widząc
Lewina, zawołał:
- A, pierwszy łyżwiarz Rosji! Od dawna? Wspaniały lód, niechże pan
przypina łyżwy.
- Ja nawet nie mam łyżew - odparł Konstantin, dziwiąc się śmiałości i pewności siebie w jej obecności i ani na moment nie tracąc jej z oczu,
chociaż na nią nie patrzył. Czuł, że słońce zbliżało się do niego. Była
na zakręcie i ślizgała się w jego stronę z widoczną obawą, niepewnie
stawiając szczupłe nóżki w wysokich bucikach. Wyprzedzał ją chłopiec w rosyjskim stroju, przygięty do ziemi i zamaszyście wymachujący rękami.
Ona zaś ślizgała się z niewielką wprawą. Wyjęła ręce z maleńkiej mufki i trzymała je w pogotowiu. Patrząc na Lewina, którego poznała, uśmiechała
się do niego, a trochę ze strachu. Na końcu zakrętu odepchnęła się
sprężystą nóżką, podjechała prosto do Szczerbackiego i chwyciwszy się
jego ręki, z uśmiechem skinęła głową Konstantinowi. Była piękniejsza,
niż sobie wyobrażał.
Kiedy o niej myślał, mógł ją sobie wyobrazić całą jak żywą, szczególny
zaś urok miała ta zachowująca dziecięcą jasność i dobroć niewielka blond
główka, tak swobodnie osadzona na kształtnych dziewczęcych ramionach.
Nadzwyczajny wdzięk dostrzegał w dziecinnym wyrazie jej twarzy
połączonym z subtelnym pięknem kibici. Doskonale go pamiętał, lecz tym,
co zawsze niespodziewanie go uderzało, był wyraz jej oczu, łagodnych,
spokojnych i szczerych, a w szczególności jej uśmiech, który zawsze
przenosił go do zaczarowanego świata, gdzie odnajdował w sobie czułość i łagodność, tak jak bywało w rzadkich dniach jego wczesnego dzieciństwa.
- Od dawna pan tu jest? - zapytała, wyciągając do niego rękę. - Dziękuję
- dodała, gdy podał jej chusteczkę, która wypadła z jej mufki.
- Ja? Od niedawna, wczoraj... to znaczy dzisiaj... przyjechałem - odparł, ze
wzruszenia nie od razu pojąwszy jej pytanie. - Chciałem państwa
odwiedzić - powiedział i na myśl o zamiarze, z jakim jej poszukiwał,
zawstydził się i poczerwieniał. - Nie wiedziałem, że pani jeździ na
łyżwach i to tak pięknie.
Spojrzała na niego uważnie, jakby chciała zrozumieć przyczynę jego
zawstydzenia.
- Pańską pochwałę należy cenić. Tu krążą legendy, że jest pan najlepszym
łyżwiarzem - odparła, strząsając maleńką rączką w czarnej rękawiczce
igiełki szronu, które spadły na jej mufkę.
- Tak, kiedyś pasjonowałem się łyżwami, chciałem dojść do doskonałości.
- Pan wszystko, jak się zdaje, robi z pasją - oznajmiła z uśmiechem. -
Tak bym chciała zobaczyć, jak pan jeździ. Niechże pan przypina łyżwy,
poślizgamy się razem.
Ślizgać się razem! Czy to możliwe? - myślał, patrząc na nią.
- Zaraz przypnę - odparł.
I poszedł wypożyczyć łyżwy.
- Dawno pan u nas nie był - odezwał się posługacz, przytrzymując mu nogę
i przykręcając łyżwę do obcasa. - Po panu już nie ma takich mistrzów.
Czy tak będzie dobrze? - spytał, naciągając pasek.
- Dobrze, dobrze, szybciej, proszę - powiedział Lewin, z trudem
powstrzymując uśmiech szczęścia, który mimowolnie pojawił się na jego
twarzy.
Tak - myślał - oto jest życie, oto jest szczęście! Razem, powiedziała,
żebyśmy poślizgali się razem. Czy oświadczyć się jej teraz? Lecz
przecież dlatego boję się to powiedzieć, że teraz jestem szczęśliwy,
szczęśliwy chociaż nadzieją... A potem? Lecz przecież trzeba! Precz,
słabości!
Wstał, zdjął palto i rozpędziwszy się po chropowatym lodzie przed
domkiem, wyjechał na gładki lód i pojechał bez wysiłku, jak gdyby samą
tylko swoją wolą przyspieszając, skracając i kierując swój pęd. Zbliżył
się do niej z lękiem, lecz znowu jej uśmiech go uspokoił. Podała mu rękę
i pojechali obok siebie, zwiększając prędkość, a im szybciej sunęli, tym
mocniej ściskała jego dłoń.
- Z panem prędzej bym się nauczyła, nie wiem dlaczego, ale przy panu
czuję się pewnie - powiedziała.
- I ja czuję się pewnie, gdy pani opiera się o mnie - odparł, lecz
natychmiast przestraszył się tego, co powiedział i się zaczerwienił. I rzeczywiście, gdy tylko wymówił te słowa, nagle jakby słońce zaszło za
chmury, jej twarz straciła całą serdeczność, na gładkim czole nabrzmiała
zmarszczka i poznał znaną grę jej twarzy, gdy o czymś intensywnie
myślała.
- Czy nie stało się coś przykrego? Zresztą, nie mam prawa pytać -
powiedział szybko.
- Skądże? Nie, nie doznałam żadnej przykrości - odparła chłodno i od
razu dodała: - Widział się pan z mademoiselle Linon?
- Jeszcze nie.
- Proszę podejść do niej, ona tak pana lubi.
Co to znaczy? Zasmuciłem ją. Boże, pomóż mi! - pomyślał i podjechał do
siedzącej na ławce starej Francuzki z siwymi loczkami. Uśmiechając się i pokazując sztuczne zęby, powitała go jak starego przyjaciela.
- Tak, dorastamy, jak widać - powiedziała, wskazując oczami na Kitty - i starzejemy się. Tiny bear5 już dorósł! - śmiała się Francuzka i przypomniała mu jego żart o trzech pannach, które porównywał do trzech
niedźwiadków z angielskiej bajki. - Pamięta pan, że kiedyś tak pan
mówił?
Absolutnie tego nie pamiętał, lecz ona już z dziesięć lat śmiała się z tego ulubionego żartu.
- No, niech pan idzie, idzie się ślizgać. Ale dobrze już sobie radzi
nasza Kitty, czyż nie?
Kiedy Lewin ponownie pojechał do Kitty, jej twarz już nie była surowa,
oczy patrzyły tak samo szczerze i serdecznie, lecz wydało mu się, że jej
serdeczność nabrała szczególnego, rozmyślnie spokojnego odcienia.
Opowiedziała o swojej starej guwernantce, o jej dziwactwach, po czym
spytała o jego życie.
- Czy naprawdę nie nudzi się pan zimą na wsi?
- Nie, nie nudzę się, jestem bardzo zajęty - odparł, czując, że Kitty
narzuca mu swój spokojny ton, z którego on nie będzie w stanie się
wyrwać, tak jak to było na początku zimy.
- Na długo pan przyjechał?
- Nie wiem - odrzekł, nie zastanawiając się, co mówi. Przyszło mu na
myśl, że jeśli ulegnie temu tonowi spokojnej przyjaźni, to znowu
wyjedzie z niczym, i postanowił się zbuntować.
- Jak to nie wie pan?
- Nie wiem. To zależy od pani - wyznał i natychmiast przeraził się tych
słów.
Nie słyszała czy może nie chciała słyszeć jego odpowiedzi, jakby się
potknęła i dwa razy odepchnąwszy się nóżką, pospiesznie się oddaliła.
Podjechała do mademoiselle Linon, coś do niej powiedziała i ruszyła w stronę domku, w którym panie zdejmowały łyżwy.
Boże, co ja zrobiłem! O mój Boże! Pomóż mi, oświeć mnie - powtarzał
Lewin, modląc się, a zarazem czując potrzebę szybkiego ruchu,
rozpędzając się i wyrysowując kręgi przechylony to w jedną, to w drugą
stronę.
W tym czasie jeden z kawalerów, najlepszy z nowych łyżwiarzy, z papierosem w ustach, wyszedł na łyżwach z kawiarni i nabierając rozpędu,
puścił się w dół po schodkach, podskakując i stukocząc na stopniach.
Runął na dół i nawet nie zmieniając swobodnego układu rąk, pojechał po
lodzie.
- Ach, to nowa sztuczka! - powiedział Lewin i natychmiast pobiegł na
górę, żeby tę nową sztuczkę powtórzyć.
- Niech się pan nie zabije, potrzeba do tego wprawy! - zawołał Nikołaj
Szczerbacki.
Konstantin wszedł na stopnie, rozpędził się z góry ile sił i runął w dół, balansując w niezwykłym dla siebie ruchu rękami. Na ostatnim
stopniu zaczepił o coś łyżwą, lecz tylko musnąwszy dłonią lodu, szybko
się wyprostował i ze śmiechem pojechał dalej.
Wspaniały, kochany - pomyślała Kitty, gdy właśnie wychodziła z mademoiselle Linon z domku i patrzyła na niego z uśmiechem spokojnej
serdeczności, jak na kochanego brata. - Czy to rzeczywiście moja wina,
czyżbym zrobiła coś złego? Mówią, że to kokieteria. Wiem, że kocham nie
jego. Jednak tak mi z nim radośnie i taki jest wspaniały. Tylko po co mi
to powiedział?
Widząc wychodzącą Kitty i matkę, która czekała na nią na schodkach,
Lewin, zaczerwieniony po szybkim pędzie, zatrzymał i zamyślił. Zdjął
łyżwy i dogonił matkę i córkę przy wyjściu z ogrodu.
- Bardzo się cieszę, że pana widzę - powiedziała księżna. - Przyjmujemy
jak zawsze w czwartki.
- To znaczy dzisiaj?
- Będzie nam bardzo miło pana zobaczyć - sucho odparła księżna.
Ta oschłość sprawiła Kitty przykrość, więc nie mogła się powstrzymać od
pragnienia, żeby złagodzić chłód matki. Odwróciła głowę i z uśmiechem
powiedziała:
- Do zobaczenia.
W tym czasie Obłoński, w kapeluszu na bakier, z jaśniejącą twarzą i błyskiem w oku, wchodził do ogrodu niczym radosny zwycięzca. Jednak
podchodząc do teściowej, ze smutną i skruszoną miną odpowiadał na
pytania o zdrowie Dolly. Po cichej i markotnej rozmowie z księżną
wreszcie głęboko odetchnął i wziął Lewina pod rękę.
- No to co, jedziemy? - spytał. - Stale o tobie myślałem i bardzo się
cieszę, że przyjechałeś - oznajmił, patrząc mu znacząco w oczy.
- Jedźmy, jedźmy - odparł uszczęśliwiony Lewin, wciąż słysząc brzmienie
głosu, który powiedział: "Do zobaczenia", i widząc uśmiech, z którym
zostało to powiedziane.
- Do "Anglii" czy do "Ermitażu"?
- Wszystko mi jedno.
- To do "Anglii" - zdecydował Stiwa, gdyż tam, w "Anglii", był bardziej
zadłużony niż w "Ermitażu". Sądził więc, że nie wypada unikać tego
hotelu. - Masz dorożkę? To świetnie, bo ja odesłałem karetę.
Przez całą drogę przyjaciele milczeli. Konstantin myślał o tym, co
oznaczała zmiana wyrazu twarzy Kitty i to upewniał się, że jest
nadzieja, to znowu wpadał w rozpacz i wyraźnie widział, że jego nadzieja
nie ma sensu, a jednocześnie czuł się zupełnie innym człowiekiem,
niepodobnym do tego, którym był przed jej uśmiechem i słowami do
zobaczenia.
Stiepan Arkadjicz po drodze układał menu.
- Lubisz turbota? - odezwał się, gdy podjechali.
- Co? - spytał Lewin. - Turbota? Tak, strasznie lubię turbota.
Rozdział X
X
Gdy Lewin wszedł z Obłońskim do hotelu, nie mógł nie zauważyć pewnej
osobliwości wyrazu twarzy i całej postaci Stiepana Arkadjicza, który
jakby zawierał w sobie przytłumiony blask. Stiwa zdjął palto i w kapeluszu na bakier wszedł do jadalni, wydając polecenia lgnącym do
niego Tatarom we frakach i z serwetkami. Kłaniając się na ledwo i na
prawo radośnie witającym go znajomym, których jak wszędzie nie brakło
również tutaj, podszedł do bufetu, wódkę zakąsił rybką i coś takiego
powiedział wymalowanej, wystrojonej we wstążki, koronki i wyfiokowanej
Francuzce, która siedziała przy kasie, że nawet ona szczerze się
roześmiała. Lewin tylko dlatego nie wypił wódki, że mierził go widok tej
Francuzki, całej złożonej, jak się wydawało, z cudzych włosów, poudre
de riz i vinaigre de toilette6. Odszedł od niej pospiesznie,
jak od miejsca skażonego. Przepełniony był wspomnieniami Kitty i w jego
oczach jaśniał uśmiech zwycięstwa i szczęścia.
- Proszę tutaj, jaśnie panie, tu nikt nie będzie niepokoił waszej
ekscelencji - powtarzał najbardziej nadskakujący blady stary Tatar z połami fraka rozwiewającymi się nad jego szerokimi biodrami. - Poproszę
kapelusz waszej ekscelencji - zwracał się do Lewina, na znak szacunku do
Stiepana Arkadjicza starając się okazać uprzejmość także jego gościowi.
Błyskawicznie rozłożył świeżą serwetę na zasłanym już serwetą okrągłym
stoliku pod kinkietem z brązu, przysunął aksamitne krzesła i w oczekiwaniu na polecenia stanął przed Stiepanem Arkadjiczem z serwetką i kartą w ręce.
- Jeśli wasza ekscelencja woli, osobny gabinet za chwilę się zwolni,
książę Golicyn jest z damą. Dostaliśmy świeże ostrygi.
- A, ostrygi.
Obłoński się zamyślił.
- Może zmienimy plan, co Lewin? - zaproponował, zatrzymując palec na
karcie. Jego twarz wyrażała przy tym poważne zakłopotanie. - Czy dobre
te ostrygi? Tylko mi nie kręć!
- Flensburskie, wasza ekscelencjo, ostendzkich nie mamy.
- Flensburskie to flensburskie, ale czy świeże?
- Wczoraj dostaliśmy.
- No cóż, może zaczniemy od ostryg, a potem cały plan trzeba będzie
zmienić, co?
- Mnie wszystko jedno. Osobiście wolałbym kapuśniak i kaszę, ale tu
przecież tego nie ma.
- Kasza a la rius7, pan każe? - wtrącił Tatar, pochylając się nad
Lewinem jak niania nad dzieckiem.
- Nie, bez żartów. Co wybierzesz, będzie dobrze. Pojeździłem na łyżwach
i zgłodniałem. I nie myśl - dodał, widząc niezadowoloną minę Obłońskiego
- że nie doceniam twego wyboru. Z przyjemnością dobrze zjem.
- Ba! Cokolwiek by mówić, jedzenie to jedna z przyjemności życia -
stwierdził Stiepan Arkadjicz. - No więc, daj nam, bracie ty mój, ostryg
dwie, a może mało - trzy dziesiątki, zupę jarzynową...
- Prentanjer - podchwycił Tatar. Jednak Stiepan Arkadjicz najwyraźniej
nie chciał sprawiać mu przyjemności nazywania dań po francusku.
- Jarzynową, rozumiesz? Potem turbot w gęstym sosie, potem... rostbef.
Tylko uważaj, żeby był dobry. Potem może kapłony, no i kompot.
Kelner przypomniał sobie manierę Obłońskiego nienazywania dań według
francuskiej karty, więc nie powtarzał za nim, lecz teraz zrobił sobie
przyjemność i wyrecytował całe zamówienie: Sup prentanjer, turbo, sos
bomarsze, pulard a lestragon, maseduan de friui... - po czym
błyskawicznie, jak na sprężynach, odłożył jedną kartę w twardej oprawie,
a schwycił drugą - listę win i podał Stiepanowi Arkadjiczowi.
- Co będziemy pili?
- Co chcesz, byle niedużo, może szampana - odpowiedział Konstantin.
- Jak to? Na początek? A zresztą, prawda, niech będzie. Lubisz z białym
korkiem?
- Kasze blan - podchwycił Tatar.
- Podaj więc tę markę do ostryg, potem zobaczymy.
- Służę uprzejmie. Stołowe, jakie wasza ekscelencja sobie życzy?
- Podaj nuits. Albo lepiej klasyczne chablis.
- Służę uprzejmie. Ser - pański mam podać?
- No tak, parmezan. A może lubisz inny?
- Nie, wszystko mi jedno - nie mogąc powstrzymać uśmiechu, odparł Lewin.
Tatar z rozwianymi połami fraka nad szerokimi biodrami pobiegł i po
pięciu minutach wrócił z półmiskiem otwartych ostryg w perłowych
muszlach i z butelką między palcami.
Stiepan Arkadjicz zmiął wykrochmaloną serwetkę, wsunął ją za kamizelkę,
oparł wygodnie ręce i zabrał się do ostryg.
- A, niezłe - pochwalił, zdzierając srebrnym widelczykiem mlaskające
małże z perłowych muszli i połykając jedną za drugą. - Niezłe -
powtórzył, podnosząc wilgotne, błyszczące oczy to na Lewina, to na
kelnera.
Konstantin jadł ostrygi, chociaż wolał biały chleb z serem. Teraz z przyjemnością patrzył na Obłońskiego. Nawet Tatar, który wyciągnął korek
i rozlewał perliste wino do złoconych cienkich kieliszków, poprawiając
swój biały krawat, z widocznym uśmiechem zadowolenia spoglądał na
Stiepana Arkadjicza.
- A ty nie bardzo lubisz ostrygi? - odezwał się Stiepan Arkadjicz,
wypijając swój kieliszek wina. - A może masz jakieś problemy? Co?
Chciał, żeby Lewin był wesoły. Jednak on nie to, żeby był markotny, ale
raczej skrępowany. Z tym, co nosił w sercu, był okropnie skrępowany w restauracji, w pobliżu gabinetów, gdzie jadano z paniami, pośród tej
bieganiny i krzątaniny. Otoczenie pełne brązów, luster, gazu, Tatarów -
wszystko to było dla niego odstręczające. Bał się zbrukać to, co
przepełniało jego serce.
- Ja? Tak, mam problemy. Poza tym to wszystko mnie krępuje - odrzekł. -
Nie wyobrażasz sobie, jak dla mnie, wieśniaka, wszystko to jest
dziwaczne, jak choćby paznokcie tego pana, którego poznałem u ciebie...
- Tak, widziałem, że paznokcie biednego Hryniewicza bardzo cię
zainteresowały - powiedział ze śmiechem Obłoński.
- Ja tak nie mogę - wyznał Lewin. - Spróbuj postawić się na moim
miejscu, spojrzeć z perspektywy mieszkańca wsi. My tam staramy się tak
pielęgnować ręce, żeby było wygodnie nimi pracować. Po to obcinamy
paznokcie, czasem zawijamy rękawy. A tu ludzie umyślnie zapuszczają
paznokcie długie, jak tylko się da, i przypinają spinki wielkości
spodka, żeby już nic nie można było robić rękami.
Stiwa uśmiechał się wesoło.
- Tak, to znak, że takiemu człowiekowi ciężka praca nie jest potrzebna.
Pracuje umysłowo...
- Możliwe. Jednak dla mnie jest to dziwaczne, podobnie jak dziwaczne
jest teraz to, że my, wieśniacy, staramy się jak najszybciej najeść,
żeby móc podjąć swoją pracę, tymczasem my tu obaj staramy się jak tylko
można najdłużej się nie najeść i dlatego jemy ostrygi...
- No, oczywiście - przyznał Stiepan Arkadjicz. - Lecz to jest celem
edukacji: ze wszystkiego można czerpać przyjemność.
- No, jeśli to jest celem, to wolałbym być dzikusem.
- Ty i tak jesteś dzikusem. Wy wszyscy, Lewinowie, jesteście dzikusami.
Konstantin westchnął. Przypomniał sobie brata Nikołaja, ogarnął go
wstyd, poczuł ból i spochmurniał, jednak Obłoński podjął temat, który
odwrócił jego uwagę.
- No cóż, pojedziesz tego wieczora do naszych, to znaczy do
Szczerbackich? - zapytał ze znaczącym błyskiem oczu, odsuwając puste
chropawe muszle i przysuwając ser.
- Tak, na pewno pojadę - odparł Lewin. - Aczkolwiek wydało mi się, że
księżna niechętnie mnie zapraszała.
- Coś ty! Bzdura! To taka jej maniera... No, dawajże, bracie, zupę! To jej
maniera, grand dame8 - powiedział Stiepan Arkadjicz. - Ja
również przyjadę, ale wcześniej muszę być na próbie chóru u hrabiny
Baniny. No więc, czy nie jesteś dzikus? Czym można wytłumaczyć to, że
nagle zniknąłeś z Moskwy? Szczerbaccy ciągle mnie pytali o ciebie,
jakbym ja miał wiedzieć. A ja wiem tylko jedno: zawsze robisz to, czego
nikt nie robi.
- Tak - odrzekł Lewin powoli i ze wzburzeniem. - Masz rację, jestem
dzikus. Jednak o mojej dzikości świadczy nie to, że wyjechałem, ale to,
że teraz przyjechałem. Teraz przyjechałem.
- O, jakiś ty szczęśliwy - podjął Stiepan Arkadjicz, patrząc
przyjacielowi w oczy.
- Czemu?
- Poznaje się rącze konie po ich znakowaniu, zakochanych młodzieńców -
po oczach9 - zadeklamował Stiepan Arkadjicz. - Ty masz jeszcze
wszystko przed sobą.
- Czyżbyś ty już miał za sobą?
- Nie, może nie za sobą, lecz ty masz przed sobą przyszłość, a ja to, co
teraz, a z tym bywa rozmaicie.
- Jak to?
- Nie najlepiej. No, ale nie mówmy o mnie, zwłaszcza że tego nie da się
wytłumaczyć - powiedział Obłoński. - Więc po co przyjechałeś do Moskwy?
Ej, zabierz no to! - zawołał do kelnera.
- Nie domyślasz się? - odparł Lewin, nie spuszczając z Obłońskiego
swoich do głębi rozświetlonych oczu.
- Domyślam się, lecz nie mogę o tym mówić pierwszy. Już z tego możesz
wnioskować, dobrze czy niedobrze się domyślam - powiedział Stiwa,
spoglądając z delikatnym uśmiechem na przyjaciela.
- Cóż więc mi powiesz? - zapytał tamten drżącym głosem, czując, jak mu
drgają wszystkie mięśnie twarzy. - Jak się na to zapatrujesz?
Stiepan Arkadjicz, nie spuszczając wzroku z Lewina, powoli wysączył swój
kieliszek chablis.
- Ja? Niczego bym tak nie pragnął jak tego. Niczego. Tak byłoby
najlepiej.
- Ale czy się nie mylisz? Wiesz, o czym mówimy? - zaniepokoił się Lewin,
wpijając się wzrokiem w swego rozmówcę. - Myślisz, że to możliwie?
- Myślę, że możliwe. Czemuż miałoby być niemożliwe?
- Nie, naprawdę myślisz, że to możliwe? Nie, powiedz wszystko, co
myślisz! No, a jeśli czeka mnie odmowa? Jestem nawet pewien...
- Czemu tak myślisz? - Stiepan Arkadjicz uśmiechnął się, widząc
zdenerwowanie przyjaciela.
- Tak mi się czasem zdaje. Przecież to będzie straszne zarówno dla mnie,
jak i dla niej.
- No, w każdym razie dla dziewczyny niczego strasznego w tym nie ma.
Każda jest dumna z oświadczyn.
- Tak, każda dziewczyna, lecz nie ona.
Obłoński się uśmiechnął. Doskonale znał uczucia Lewina, wiedział, że dla
niego dziewczyny dzielą się na dwie kategorie: jedna - to wszystkie
dziewczyny na świecie oprócz niej i mają one wszelkie ludzkie słabości,
są to bowiem całkiem zwyczajne dziewczęta. Druga kategoria - ona jedna,
niemająca żadnych ułomności i stojąca ponad wszystkim co ludzkie.
- Zaczekaj, weź sosu - powiedział, przytrzymując rękę przyjaciela, który
odsuwał od siebie sosjerkę.
Lewin posłusznie nabrał trochę sosu, lecz nie pozwolił jeść
przyjacielowi.
- Nie, zaczekaj, zaczekaj - gorączkował się. - Zrozum, że jest to dla
mnie sprawa życia i śmierci. Nigdy jeszcze i z nikim o tym nie
rozmawiałem. I z nikim nie mogę tak o tym rozmawiać jak z tobą. Chociaż
różnimy się we wszystkim: mamy zupełnie inne gusta, poglądy, wszystko.
Jednak wiem, że mnie lubisz i rozumiesz i dlatego ja ciebie też
strasznie lubię. Lecz błagam cię, bądź ze mną zupełnie szczery.
- Mówię ci, co myślę - powiedział Stiepan Arkadjicz z uśmiechem. -
Więcej ci powiem, moja żona to zadziwiająca kobieta. - Westchnął na
wspomnienie swoich relacji z żoną i po chwili milczenia kontynuował: -
Ma dar jasnowidzenia. Widzi ludzi na wskroś, mało tego - wie, co będzie,
zwłaszcza gdy idzie o małżeństwa. Na przykład przepowiedziała, że
Szachowska wyjdzie za Brentielna. Nikt nie chciał w to wierzyć, a tak
się stało. I ona jest po twojej stronie.
- To znaczy?
- To, że ona mało, że cię lubi, ona mówi, że Kitty na pewno będzie twoją
żoną.
Na te słowa twarz Lewina rozjaśnił uśmiech, tak bliski łzom
rozrzewnienia.
- Tak mówi! - wykrzyknął. - Zawsze powtarzam, że twoja żona jest
cudowna! No, dosyć, dosyć mówić na ten temat - powiedział, podnosząc się
z miejsca.
- Dobrze, ale siadajże, niosą zupę.
Lecz Lewin nie mógł usiedzieć. Energicznym krokiem dwukrotnie
przemierzył mały pokoik, pomrugał powiekami, żeby nie było widać łez, i dopiero wtedy wrócił do stołu.
- Zrozum - zaczął - to nie jest miłość. Byłem już zakochany, ale teraz
to co innego. To nie moje uczucie mną zawładnęło, lecz jakaś obca siła.
Przecież dlatego wyjechałem, bo uznałem, że to jest niemożliwe,
rozumiesz, jak szczęście, którego nie ma na ziemi. Jednak walczyłem ze
sobą i widzę, że bez tego nie ma życia. I trzeba to rozstrzygnąć...
- Po co wyjechałeś?
- Ach, zaczekaj! Ach, ileż myśli! Ile pytań! Posłuchaj. Nie możesz sobie
wyobrazić, ile zrobiłeś dla mnie tym, co powiedziałeś. Jestem tak
szczęśliwy, że aż staję się podły - o wszystkim zapomniałem. Dzisiaj
dowiedziałem się, że brat Nikołaj... wiesz, jest tutaj... a ja o nim
zapomniałem. Wydaje mi się, że i on jest szczęśliwy. To jakieś
szaleństwo. Jedno tylko jest straszne... Tyś się ożenił, znasz to uczucie...
Straszne jest to, że my - starzy, już z przeszłością... nie w miłości,
lecz w grzechach... nagle zbliżamy się do istoty czystej, niewinnej. To
wstrętne i dlatego nie można nie czuć się niegodnym.
- No, ty masz niewiele grzechów.
- A jednak - odparł Lewin - jednak "ze wstrętem i przestrachem czytam
własne dzieje, Sam na siebie pomsty wzywam, i serdecznie żałuję i gorzkie łzy leję"10. Tak.
- Co robić, tak jest świat urządzony.
- Jednak jest pociecha, jak w tej modlitwie, którą zawsze lubiłem, że
nie wedle mych zasług odpuść mi, lecz wedle miłosierdzia. Więc tylko ona
może mi przebaczyć.
Rozdział XI
XI
Lewin wypił swoje wino i przez chwilę milczeli.
- Powinienem ci jeszcze coś powiedzieć. Znasz Wrońskiego? - odezwał się
Stiwa.
- Nie, nie znam. A czemu pytasz?
- Podaj następną - Obłoński zwrócił się do kelnera nalewającego do
kieliszków i kręcącego się wokół nich właśnie wtedy, gdy nie był
potrzebny.
- Dlaczego miałbym znać Wrońskiego?
- Dlatego miałbyś znać Wrońskiego, że to jeden z twoich rywali.
- Co to za jeden, ten Wroński? - spytał Lewin i jego twarz pełna
dziecinnego uniesienia, którym przed chwilą cieszył się Obłoński, nagle
stała się zła i nieprzyjemna.
- Wroński to jeden z synów hrabiego Kiriłła Iwanowicza Wrońskiego i jeden z najlepszych okazów petersburskiej złotej młodzieży. Poznałem go
w Twerze, kiedy tam pracowałem, a on przyjeżdżał na pobór rekruta.
Bardzo bogaty, przystojny, znakomicie ustosunkowany, fligeladiutant, a ponadto - miły, sympatyczny chłopak. Nawet więcej niż sympatyczny.
Poznałem go bliżej i wiem, że jest wykształcony i bardzo mądry. To
człowiek, który wysoko zajdzie.
Lewin posępniał coraz bardziej i milczał.
- Zjawił się tu zaraz po twoim wyjeździe i widzę, że jest po uszy
zakochany w Kitty, więc sam rozumiesz, że matka...
- Wybacz, lecz niczego nie rozumiem. - Konstantin zasępił się. Nagle
przypomniał mu się brat Nikołaj i poczułeś winny, że mógł o nim
zapomnieć.
- Zaczekaj, zaczekaj - podjął Obłoński, z uśmiechem poklepując Lewina po
ręce. - Powiedziałem, co wiem, i powtarzam, że w tej delikatnej,
subtelnej sprawie, na ile można się domyślać, wydaje mi się, że szanse
są po twojej stronie.
Lewin odchylił się na oparcie krzesła, twarz mu pobladła.
- Jednak radziłbym ci rozstrzygnąć sprawę jak najszybciej - dodał
Obłoński, dolewając mu wina.
- Nie, dziękuję bardzo, więcej nie mogę pić - zaprotestował Konstantin,
odsuwając kieliszek. - Bo się upiję... No, a co u ciebie słychać? - dodał,
najwyraźniej chcąc zmienić temat rozmowy.
- Jeszcze słowo: w każdym razie radzę szybko załatwić sprawę. Dzisiaj
lepiej nic nie mówić. Jedź jutro z rana z klasycznymi oświadczynami i niech ci Bóg błogosławi...
- Tyle razy miałeś przyjechać do mnie na polowanie. Przyjedź wiosną na
ciągi - powiedział Lewin.
Teraz wyrzucał sobie, że zaczął tę rozmowę z Obłońskim. Jego
szczególne uczucie zostało zbrukane rozmową o konkurencji jakiegoś
petersburskiego oficera, przypuszczeniami i radami Stiwy.
Stiepan Arkadjicz uśmiechnął się. Rozumiał, co się działo w duszy
przyjaciela.
- Przyjadę kiedyś - obiecał. - Tak, bracie, kobiety to śruba, wokół
której się wszystko obraca. Moje sprawy też stoją kiepsko, bardzo
kiepsko. A wszystko przez kobiety. Powiedz mi szczerze - wyjął cygaro, a w drugiej ręce trzymał kieliszek - poradź mi.
- Względem czego?
- Oto czego. Załóżmy, że jesteś żonaty, kochasz żonę, lecz
zainteresowałeś się inną kobietą...
- Wybacz, lecz ja absolutnie nie rozumiem tego, jak by... nie rozumiem,
żebym teraz, najedzony, przechodził obok piekarni i ukradł rogala.
Oczy Stiepana Arkadjicza błyszczały bardziej niż zwykle.
- A dlaczego? Rogal czasem tak pachnie, że się nie oprzesz.
Himmlisch ist's, wenn ich bezwungen
Meine irdische Begier;
Aber doch wenn's nicht gelungen,
Hatt'ich auch recht hübsch Plaisir!11
Mówiąc to, Stiepan Arkadjicz subtelnie się uśmiechał, Lewin również nie
mógł się nie uśmiechnąć.
- Tak, ale już bez żartów - podjął Obłoński. - Zrozum, że ta kobieta,
miła, łagodna, kochająca istota jest samotna i wszystko poświęciła.
Teraz, gdy już jest po wszystkim - zrozum - czy można ją porzucić?
Załóżmy, trzeba się rozstać, żeby nie zepsuć życia rodzinnego, lecz czy
można nie litować się nad nią, nie pochylić się nad jej losem, nie
złagodzić go?
- No, przepraszam cię, ale... Wiesz, że dla mnie wszystkie kobiety dzielą
się na dwie kategorie... to znaczy nie... raczej są kobiety i są...
Czarujących upadłych istot nie widywałem i nie widzę, takie zaś, jak ta
wymalowana Francuzka przy kasie, z loczkami - to dla mnie gadziny tak
jak i wszystkie upadłe.
- A Ewangelia?
- Ach, przestań! Chrystus nigdy nie powiedziałby tych słów, gdyby
wiedział, jak będą nadużywane. Z całej Ewangelii pamięta się tylko te
słowa. Zresztą mówię nie to, co myślę, ale to, co czuję. Czuję odrazę do
upadłych kobiet. Ty się boisz pająków, a ja tych gadzin. Z pewnością
podobnie jak ja nie prowadziłeś badań nad pająkami i nie znasz ich
zwyczajów.
- Łatwo ci tak mówić. Wszystko to jest podobne temu Dickensowskiemu
jegomościowi, który trudne kwestie przerzuca lewą ręką przez prawe
ramię. Jednak negowanie faktu - to nie odpowiedź. Co robić, powiedz mi,
co robić? Żona się starzeje, a ty jesteś pełen życia. Ani się obejrzysz,
jak już czujesz, że nie możesz prawdziwie kochać żony, żebyś nie wiem
jak ją szanował. A tu nagle nawinie się miłość i przepadłeś, przepadłeś!
- ze smętną rozpaczą zakończył Stiepan Arkadjicz.
Lewin się uśmiechnął.
- Tak, przepadłeś - podsumował Obłoński. - Cóż jednak robić?
- Nie kraść rogali.
Stiepan Arkadjicz roześmiał się.
- O, moralisto! Zrozum jednak, że są tu dwie kobiety: jedna domaga się
tylko swoich praw, a te prawa to twoja miłość, której nie możesz jej
dać. Druga zaś poświęca dla ciebie wszystko i niczego nie wymaga. Co
począć? Jak postąpić? W tym jest straszny dramat.
- Jeśli czekasz na moją spowiedź w tej materii, to powiem ci, że nie
wierzę, żeby w tym był dramat. Oto dlaczego. Moim zdaniem miłość... obie
miłości, które, jak pamiętasz, Platon określa w swojej Uczcie, obie
miłości są kamieniem probierczym dla ludzi. Jedni ludzie rozumieją tylko
jedną z nich, inni drugą. I ci, którzy rozumieją tylko miłość
nieplatoniczną, niepotrzebnie mówią o dramacie. Przy takiej miłości nie
może być żadnego dramatu. "Uniżenie dziękuję za przyjemność, moje
uszanowanie", ot i cały dramat. Natomiast w miłości platonicznej nie
może być żadnego dramatu, ponieważ w takiej miłości wszystko jest jasne
i czyste, gdyż...
W tym momencie przypomniał sobie własne grzechy i walkę wewnętrzną,
którą przeżył. I nieoczekiwanie dodał:
- A zresztą, być może, masz rację. Bardzo być może... Lecz nie wiem,
naprawdę nie wiem.
- Widzisz - powiedział Obłoński - ty jesteś bardzo jednolitym
człowiekiem. To twoja zaleta i twoja wada. Masz naturę stworzoną z jednego kawałka i chcesz, żeby całe życie składało się z jednolitych
zjawisk, a to się nie zdarza. Gardzisz służbą publiczną, ponieważ
chciałbyś, żeby praca stale odpowiadała celowi, a to się nie zdarza.
Chcesz również, żeby działalność jednego człowieka zawsze miała cel.
Żeby miłość i życie rodzinne zawsze tworzyły jedność. A to się nie
zdarza. Cała różnorodność, cały urok, całe piękno życia składa się ze
światła i cienia.
Lewin westchnął i nic nie odpowiedział. Myślał o swoich sprawach i nie
słuchał przyjaciela.
I nagle obaj poczuli, że chociaż są przyjaciółmi, mimo że spożyli razem
obiad i pili wino, które powinno jeszcze bardziej ich zbliżyć, to każdy
z nich myśli tylko o tym, co jego osobiście nurtuje i problemy drugiego
są mu obce. Obłoński już nieraz doświadczał tej zdarzającej się po
obiedzie skrajnej obcości zamiast zbliżenia i wiedział, co wtedy należy
zrobić.
- Płacić! - krzyknął i wyszedł do sąsiedniej sali, gdzie od razu spotkał
znajomego adiutanta i rozpoczął z nim pogawędkę o pewnej aktorce i jej
sponsorze. I podczas wymiany zdań z adiutantem natychmiast poczuł ulgę i wytchnienie po rozmowie z Lewinem, który zawsze go zmuszał do zbyt
wielkiego wysiłku umysłowego i duchowego.
Gdy Tatar pojawił się z rachunkiem na dwadzieścia sześć rubli z kopiejkami, nie licząc napiwku, Lewin, którego kiedy indziej jako
wieśniaka wprawiłaby w przerażenie przypadająca na niego suma czternastu
rubli, teraz nie zwrócił na to uwagi, zapłacił i ruszył do domu, żeby
się przebrać i pojechać do Szczerbackich, gdzie miał się rozstrzygnąć
jego los.
Rozdział XII
XII
Księżniczka Kitty Szczerbacka skończyła osiemnaście lat. Tej zimy
zaczęła bywać. Miała większe powodzenie niż obie starsze siostry,
większe nawet, niż spodziewała się księżna. Mało tego, że młodzieńcy
tańczący na moskiewskich balach prawie wszyscy kochali się w Kitty, to
już pierwszej zimy pojawiły się dwie poważne partie: Lewin i zaraz po
jego wyjeździe hrabia Wroński.
Zjawienie się Lewina na początku zimy, jego częste wizyty i nieskrywana
miłość do Kitty były powodem pierwszych poważnych rozmów rodziców na
temat jej przyszłości oraz sporów między książęcą parą. Książę trzymał
stronę Lewina, mówił, że niczego lepszego dla córki nie pragnie. Księżna
natomiast, zwyczajem kobiet, omijała sedno sprawy i mówiła, że Kitty
jest jeszcze za młoda, że Lewin niczym nie zdradza poważnych zamiarów,
że Kitty nie jest nim zainteresowana, przytaczała też inne argumenty.
Nie mówiła jednak najważniejszego, tego mianowicie, że spodziewa się
lepszej partii dla córki i że Lewin nie budzi jej sympatii i go nie
rozumie. Kiedy zaś nagle wyjechał, księżna była rada i z triumfem mówiła
do męża: "Widzisz, miałam rację". Kiedy zaś pojawił się Wroński, była
jeszcze bardziej rada, utwierdzając się w przekonaniu, że Kitty powinna
zrobić nie po prostu dobrą, lecz świetną partię.
Dla matki nie było żadnego porównania między Wrońskim a Lewinem. Nie
podobały się jej dziwne i wyraziste poglądy Konstantina, jego towarzyska
nieporadność, wynikająca, jak się jej wydawało, z zarozumiałości, a także dziwaczne w jej pojęciu życie na wsi oraz zajmowanie się bydłem i chłopami. Bardzo nie podobało się także to, że zakochany w jej córce,
odwiedzał ich dom przez półtora miesiąca i jakby na coś czekał,
wypatrywał, jakby się obawiał, czy nie za duży uczyni honor, jeśli się
oświadczy, i nie rozumiał, że jeśli bywa się w domu, w którym jest panna
na wydaniu, należy się właściwie zachować. I nagle bez wyjaśnienia
wyjechał. Dobrze, że jest tak niepociągający, że Kitty się w nim nie
zakochała - myślała.
Wroński natomiast odpowiadał wszelkim pragnieniom matki. Człowiek bardzo
bogaty, mądry, znacznego rodu, na drodze do wspaniałej kariery
wojskowo-dworskiej i do tego czarujący. O niczym lepszym nie można
marzyć.
Na balach Wroński wyraźnie zalecał się do Kitty, tańczył z nią i bywał u nich, tak więc nie można było wątpić w jego poważne zamiary. Mimo to
matka przez całą zimę była bardzo niespokojna i zdenerwowana.
Sama księżna wyszła za mąż przed trzydziestoma laty, wyswatana przez
ciotkę. Narzeczony, o którym już wcześniej wszystko było wiadome,
przyjechał, zobaczył narzeczoną i jego również obejrzano, ciotka-swatka
wywiedziała się i przekazała, jakie młodzi wywarli na sobie wrażenie.
Było ono dobre, więc w oznaczonym dniu zostały złożone rodzicom i przyjęte oświadczyny. Wszystko odbyło się łatwo i prosto. W każdym razie
tak się wydawało księżnej. Jednak na przykładzie swoich córek
doświadczyła, jak niełatwa i nieprosta jest ta na pozór zwyczajna sprawa
- wydanie córek za mąż. Ile trzeba było przeżyć obaw, ile przemyśleń,
ile wydać pieniędzy, ile odbyć sprzeczek z mężem przy wydawaniu za mąż
dwu starszych, Darii i Natalii! Podczas wprowadzania teraz w świat
najmłodszej pojawiły się te same obawy, te same wątpliwości i jeszcze
gorętsze niż z powodu tamtych spory z mężem. Stary książę, jak wszyscy
ojcowie przeczulony na punkcie czci i niewinności swych córek, był o nie
przesadnie zazdrosny, zwłaszcza o Kitty, która była jego ulubienicą, i na każdym kroku robił księżnej sceny, że kompromituje córkę. Księżna
przywykła do tego już przy starszych córkach, teraz jednak czuła, że
drażliwość męża jest bardziej uzasadniona. Dostrzegała, że w ostatnim
czasie wiele zmieniło się w zwyczajach towarzyskich, przez co obowiązki
matki stały się jeszcze trudniejsze. Wiedziała, że rówieśniczki Kitty
zakładały jakieś stowarzyszenia, chodziły na jakieś kursy, swobodnie
rozmawiały z mężczyznami, same jeździły po mieście, wiele z nich nie
dygało, a co najważniejsze, wszystkie były przekonane, że wybór męża
jest ich sprawą, a nie rodziców. Teraz już tak nie wydaje się za mąż jak
dawniej - myślały i mówiły wszystkie te młode dziewczęta, a nawet starzy
ludzie. Jak więc teraz wydaje się za mąż, księżna nie mogła się od
nikogo dowiedzieć. Zwyczaj francuski, że rodzice decydują o losie
dzieci, był poddany krytyce i nie został przyjęty. Angielski zwyczaj -
dopuszczający całkowitą swobodę dziewczyny - również uznano za
niemożliwy w rosyjskim społeczeństwie. Rosyjski zwyczaj swatania uważano
za coś paskudnego, wszyscy go wyśmiewali, nawet sama księżna. Jednak jak
należy wychodzić i wydawać za mąż, nie wiedział nikt. Wszyscy, z którymi
księżna miała okazję o tym rozmawiać, mówili jej to samo: "Na miłość
boską, dzisiaj już czas zapomnieć te dawne dzieje. Przecież to młodzi
ludzie mają zawrzeć małżeństwo, a nie rodzice, trzeba więc młodym dać
spokój, niech się dobierają, jak sami chcą". Ale jednak dobrze tak było
mówić tym, którzy nie mieli córek. Księżna zaś rozumiała, że przy
bliższych kontaktach córka mogła się zakochać i to nawet w tym, kto nie
zechce się żenić, lub w tym, kto nie będzie stosowny na męża. Choćby nie
wiadomo ile sugerowano księżnej, że w naszych czasach młodzi sami
powinni brać przyszłość w swoje ręce, ona nie mogła dać temu wiary,
podobnie jak nie mogłaby uwierzyć, że bez względu na czasy najlepszymi
zabawkami dla pięcioletnich dzieci miałyby być nabite pistolety. Dlatego
księżna niepokoiła się o Kitty bardziej niż o starsze córki.
Teraz bała się, żeby Wroński nie ograniczył się tylko do zalecania się
do córki. Widziała, że Kitty już jest w nim zakochana, lecz uspokajała
się, że Wroński to człowiek uczciwy, więc tak nie postąpi. Wiedziała
zarazem, że przy obecnej swobodzie obejścia łatwo jest zawrócić
dziewczęciu w głowie i że mężczyźni w ogóle lekko traktują tę sprawę. W ubiegłym tygodniu Kitty powtórzyła matce swoją rozmowę z Wrońskim
podczas mazura. Ta rozmowa nieco uspokoiła księżnę, lecz całkiem
spokojna nie mogła być. Wroński powiedział Kitty, że on i brat tak
przywykli we wszystkim słuchać matki, że bez naradzenia się z nią nigdy
nie odważą się przedsięwziąć nic ważnego. "I teraz czekam jak
szczególnego szczęścia przyjazdu mateczki z Petersburga" - powiedział.
Kitty powtórzyła jego słowa, nie przywiązując do nich żadnego znaczenia.
Jednak matka zrozumiała je po swojemu. Wiedziała, że hrabina jest
oczekiwana z dnia na dzień, wiedziała, że starsza pani będzie zadowolona
z wyboru syna, lecz dziwiło ją, że on, bojąc się uchybić matce, nie
oświadcza się. Wszelako tak pragnęła tego małżeństwa, a co więcej,
uspokojenia swych niepokojów, że wierzyła w te słowa. Chociaż księżna
teraz z goryczą patrzyła na nieszczęście starszej córki Dolly, która
zamierzała odejść od męża, to niepokój o rozstrzygające się losy
najmłodszej pochłaniał wszystkie jej uczucia. Pojawienie się Lewina ten
niepokój powiększyło. Bała się, żeby córka, której w swoim czasie, jak
jej się zdawało, Konstantin nie był obojętny, przez zbytek skrupułów nie
odmówiła Wrońskiemu i w ogóle, żeby przyjazd Lewina nie poplątał, nie
powstrzymał sprawy tak bliskiej rozstrzygnięcia.
- A cóż, czy dawno przyjechał? - spytała księżna o Lewina po powrocie do
domu.
- Dzisiaj, maman.
- Chcę tylko powiedzieć... - zaczęła księżna i z poważnego oraz przejętego
wyrazu jej twarzy Kitty wyczytała, o czym będzie mowa.
- Mamo - zaczęła, czerwieniąc się i szybko odwracając się do niej -
proszę, proszę nic o tym nie mówić. Wiem, ja wszystko wiem.
Pragnęła tego samego co matka, lecz motywy księżnej ją obrażały.
- Chcę tylko powiedzieć, że dając nadzieję jednemu...
- Mamo kochana, na miłość boską, proszę nie mówić. To okropne - mówić o tym.
- Nie będę, nie - odparła matka, widząc łzy w oczach córki - lecz tylko
to jedno, moja duszko: obiecałaś mi, że nie będziesz miała przede mną
sekretów. Nie będziesz miała?
- Nigdy, mamo, żadnych - zapewniła Kitty, rumieniąc się i patrząc matce
w oczy. - Lecz teraz nie mam nic do powiedzenia. Ja... ja... gdybym nawet
chciała, to nie wiem, co mam powiedzieć i jak... nie wiem...
Nie, z tymi oczami nie może powiedzieć nieprawdy - pomyślała matka,
uśmiechając się na myśl o jej wzruszeniu i szczęściu. Księżna wiedziała,
jak biednemu dziewczęciu wydaje się wielkie i ważne to, teraz się dzieje
w jej duszy.
Rozdział XIII
XIII
Po obiedzie aż do wieczora Kitty przeżywała to, co czuje młodzieniec
przed bitwą. Mocno biło jej serce i myśli na niczym nie mogły się
skupić.
Myślała, że ten wieczór, gdy obaj spotkają się po raz pierwszy, powinien
rozstrzygnąć jej los. Dlatego nieustannie wyobrażała ich sobie, to
każdego z osobna, to obydwu razem. Myśląc o przeszłości, z rozrzewnieniem zatrzymywała się na znajomości z Lewinem. Wspomnienia
dzieciństwa i przyjaźni Konstantina z jej zmarłym bratem nadawały jej
relacjom z nim szczególnego poetycznego uroku. Jego miłość, której była
pewna, pochlebiała jej i ją cieszyła. I było jej miło wspominać Lewina.
Ze wspomnieniami o Wrońskim zaś, chociaż był w najwyższym stopniu
światowym i spokojnym człowiekiem, łączyło się coś niezręcznego, jakby
jakaś fałszywa nuta - nie w nim, on był bardzo naturalny i miły - lecz w niej samej, podczas gdy z Lewinem czuła się absolutnie swobodna i szczera. Ale gdy tylko pomyślała o przyszłości z Wrońskim, pojawiała się
przed nią perspektywa świetności i szczęścia. U boku Lewina codzienność
tonęła we mgle.
Gdy weszła na piętro, żeby się przebrać na wieczór, i spojrzała w lustro, z radością zobaczyła, że ma dobry dzień i w pełni panuje nad
sobą, co tak było jej potrzebne w sytuacji, która miała nastąpić: czuła,
że wygląda na spokojną, a jej ruchy są pełne swobodnej gracji.
O wpół do ósmej, gdy właśnie zeszła do salonu, lokaj zameldował:
"Konstantin Dmitricz Lewin". Księżna jeszcze była w swoim pokoju, książę
również się nie ukazał. Stało się - pomyślała Kitty i cała krew
odpłynęła jej do serca. Spojrzała w lustro i przeraziła się własnej
bladości.
Teraz wiedziała na pewno, że po to przyjechał wcześniej, żeby zastać ją
samą i oświadczyć się. I w tej chwili dopiero po raz pierwszy spojrzała
na całą rzecz z zupełnie innej, nowej strony. Dopiero teraz uświadomiła
sobie, że sprawa dotyczy nie tylko jej - nie tylko tego, z kim będzie
szczęśliwa i kogo kocha - lecz że w tej chwili będzie musiała zranić
człowieka, którego kocha. I to zranić okrutnie... Za co? Za to, że on,
najmilszy, kocha ją, jest w niej zakochany. Lecz cóż robić, tak trzeba,
tak musi być.
Mój Boże, czy muszę sama to mu powiedzieć? - pomyślała. - Ale co mu
powiem? Czy mu powiem, że go nie kocham? To będzie nieprawda. Więc cóż
mu powiem? Powiem, że kocham innego? Nie, to niemożliwe. Pójdę stąd,
pójdę.
Podchodziła już do drzwi, gdy usłyszała jego kroki. Nie! To nieuczciwe.
Czego mam się bać? Nic złego nie zrobiłam. Co będzie, to będzie! Powiem
prawdę. Zresztą z nim nie mogę być skrępowana. Oto i on - powiedziała do
siebie na widok jego silnej i pełnej nieśmiałości postaci z błyszczącymi, wpatrzonymi w nią oczami. Spojrzała mu prosto w twarz,
jakby błagając o litość, i podała rękę.
- Przyszedłem nie w porę, za wcześnie - odezwał się, spoglądając na
pusty salon. Gdy zobaczył, że jego oczekiwanie się spełniło, że nikt nie
przeszkadza mu się wypowiedzieć, twarz mu spochmurniała.
- O, nie - odparła Kitty i poprowadziła go do stołu.
- Lecz tego tylko pragnąłem, żeby zastać panią samą - zaczął, nie
siadając i nie patrząc na nią, żeby nie stracić odwagi.
- Mama zaraz przyjdzie. Wczoraj bardzo się zmęczyła. Wczoraj...
Mówiła, nie wiedząc, co wymawiają jej wargi i nie spuszczała z niego
błagalnego i tkliwego spojrzenia.
Spojrzał na nią, zarumieniła się i zamilkła.
- Powiedziałem pani, że nie wiem, czy na długo przyjechałem... że to
zależy od pani...
Schylała głowę coraz niżej, nie wiedząc, co odpowie na to, co się
zbliża.
- Że to zależy od pani - powtórzył. - Chciałem powiedzieć... chciałem
powiedzieć... Po to właśnie przyjechałem... abyś była moją żoną! -
wykrztusił, nie wiedząc, co mówi, jednak zdał sobie sprawę, że
najstraszniejsze zostało powiedziane, zamilkł i popatrzył na nią.
Oddychała z trudem i nie podnosiła oczu. Czuła zachwyt. Jej dusza była
przepełniona szczęściem. W żaden sposób nie spodziewała się, że
wypowiedziana przez niego miłość wywrze na niej tak mocne wrażenie.
Jednak trwało to tylko moment. Przypomniała sobie o Wrońskim. Podniosła
na Lewina swoje jasne, szczere oczy i widząc jego zrozpaczoną minę,
pospiesznie powiedziała:
- To niemożliwe... proszę mi wybaczyć...
Jak chwilę temu była mu droga, jak ważna w jego życiu! I jak teraz stała
się obca i daleka!
Ukłonił się i chciał odejść.
Rozdział XIV
XIV
W tym momencie weszła księżna. Gdy zobaczyła ich przygnębione twarze, na
jej obliczu pojawiło się przerażenie. Lewin ukłonił się, nic nie mówiąc.
Kitty też milczała i nie podnosiła oczu. Chwała Bogu, odmówiła -
pomyślała matka i jej twarz rozjaśniła się zwykłym uśmiechem, którym w czwartki witała gości. Usiadła i zaczęła wypytywać Lewina o jego życie
na wsi. On również usiadł w oczekiwaniu na gości, gdyż zamierzał wyjść
niezauważalnie.
Pięć minut później przybyła hrabina Nordson, przyjaciółka Kitty, która
poprzedniej zimy wyszła za mąż.
Była to sucha, o żółtej cerze, nerwowa kobieta z czarnymi, chorobliwie
błyszczącymi oczami. Lubiła Kitty, a jej przyjaźń, jak zawsze przyjaźń
zamężnych kobiet do panien, wyrażała się w chęci wydania Kitty za mąż
według własnego ideału szczęścia i dlatego chciała ją wydać za
Wrońskiego. Lewin, którego na początku zimy często u nich widywała,
zawsze wydawał się jej niesympatyczny. Jej stałym ulubionym zajęciem
przy takich okazjach było dokuczanie mu.
- Lubię, gdy z wysokości patrzy na mnie albo przerywa rozmowę ze mną, bo
jestem za głupia, lub zniża się do mojego poziomu. Bardzo to lubię:
zniża się do mnie! Ogromnie się cieszę, że mnie nie znosi - mówiła.
Miała rację, gdyż rzeczywiście Lewin jej nie znosił i gardził nią za to,
z czego była dumna i co poczytywała sobie za zaletę - za jej nerwowość,
za jej wysublimowaną pogardę i obojętność dla wszystkiego, co proste i powszednie.
Wytworzyła się między nimi owa nierzadko spotykana w towarzystwie
relacja, że dwoje ludzi, pozostających na pozór w przyjacielskich
stosunkach, pogardza sobą do takiego stopnia, że nie mogą poważnie ze
sobą rozmawiać, a nawet nie mogą się wzajemnie obrazić.
Hrabina Nordston natychmiast rzuciła się na Lewina.
- A! Konstantin Dmitricz! Znowu przybył do naszego rozpustnego Babilonu
- powiedziała, podając mu maleńką żółtą rączkę i przypominając jego
słowa, wypowiedziane kiedyś na początku zimy, że Moskwa to Babilon. - No
co, Babilon się poprawił czy pan się zepsuł? - dodała z uśmieszkiem,
zerkając na Kitty.
- Bardzo mi pochlebia, hrabino, że pani pamięta moje słowa - odparł
Lewin, który zdążył ochłonąć i z przyzwyczajenia przybrał swój
żartobliwie wrogi ton wobec Nordston. - Widocznie bardzo silnie na panią
działają.
- Ach, oczywiście! Wszystkie je zapisuję. No co, Kitty, znowu byłaś na
łyżwach?
I zaczęła rozmawiać z Kitty. Chociaż Lewinowi było niezręcznie wyjść
teraz, to jednak lepiej było popełnić tę niezręczność, niż pozostać i przez cały wieczór patrzeć na Kitty, która z rzadka spoglądała na niego
i unikała jego spojrzenia. Chciał wstać, lecz księżna, zauważywszy, że
milczy, zwróciła się do niego:
- Na długo przyjechał pan do Moskwy? Zdaje się, że działa pan w ziemstwie i nie może na długo wyjeżdżać.
- Nie, księżno, już nie zajmuję się ziemstwem - wyjaśnił. - Przyjechałem
na kilka dni.
Coś dzisiaj dzieje się z nim szczególnego - pomyślała hrabina Nordston i wpatrzyła się jego surową, poważną twarz - nie rozpoczyna swoich
wywodów. Ale ja lubię wystrychnąć go na dudka wobec Kitty i zrobię to.
- Konstantinie Dmitriczu - zwróciła się do niego - proszę mi
wytłumaczyć, co to znaczy - pan przecież wszystko wie - że w naszej wsi
pod Kaługą wszyscy chłopi i wszystkie baby przepili to, co mieli, a teraz nic nam nie płacą. Co to znaczy? Pan tak zawsze chwali chłopów.
W tej chwili do pokoju weszła jeszcze jedna dama i Lewin wstał.
- Pani wybaczy, hrabino, lecz ja naprawdę nic o tym nie wiem i nic nie
mogę pani powiedzieć - odparł i popatrzył na wchodzącego ślad za damą
wojskowego.
To musi być Wroński - pomyślał i żeby się upewnić, popatrzył na Kitty.
Zdążyła już spojrzeć na Wrońskiego i obejrzała się na Lewina. I po tym
spojrzeniu mimowolnie pojaśniałych oczu zrozumiał, że kocha tego
człowieka, zrozumiał tak samo dobrze, jakby oznajmiła mu to słowami.
Lecz cóż to za człowiek?
Teraz już - dobrze to czy źle - nie mógł wyjść, musiał się dowiedzieć,
kim był ten, którego Kitty kochała.
Są ludzie, którzy spotykając swego szczęśliwego w czymkolwiek rywala,
gotowi są natychmiast odrzucić wszystko, co tylko jest w nim dobrego, i widzieć tylko wady. Są ludzie, którzy przeciwnie, ponad wszystko pragną
dostrzec w szczęśliwym rywalu te zalety, dzięki którym ich pokonał, i z dławiącym serce bólem szukają w nim tylko dobrego. Do takich właśnie
osób zaliczał się Lewin. Nietrudno mu było dostrzec dobre i pociągające
cechy Wrońskiego. Od razu rzucały się w oczy. Był to niewysoki, dobrze
zbudowany brunet o dobrodusznej i pięknej, a zarazem nadzwyczaj
spokojnej i pełnej energii twarzy. W jego minie i figurze, od krótko
ostrzyżonych czarnych włosów i świeżo wygolonego podbródka do luźnego,
nowego jak spod igły munduru, wszystko było proste, a zarazem
eleganckie. Wroński przepuścił wchodzącą damę, podszedł do księżnej,
następnie do Kitty.
Gdy zbliżał się do niej, jego piękne oczy zabłysły ze szczególną
czułością i z ledwie dostrzegalnym szczęśliwym i wyrażającym skromne
zwycięstwo (tak się wydawało Lewinowi) uśmiechem, statecznie i z szacunkiem skłonił się przed nią i podał jej swą małą, lecz szeroką
dłoń.
Po przywitaniu się ze wszystkimi i wymianie kilku słów usiadł, ani razu
nie spojrzawszy na niespuszczającego z niego wzroku Lewina.
- Panowie pozwolą, że ich przedstawię - odezwała się księżna, zwracając
się do Lewina. - Konstantin Dmitricz Lewin. Hrabia Aleksiej Kiriłłowicz
Wroński.
Wroński wstał i przyjaźnie patrząc Lewinowi w oczy, uścisnął mu rękę.
- Miałem zdaje się być tej zimy razem z panem na jakimś obiedzie -
powiedział z prostym i szczerym uśmiechem - pan jednak nieoczekiwanie
wyjechał na wieś.
- Konstantin Dmitricz nienawidzi miasta i gardzi nim, a wraz z nim i nami, mieszczuchami - wtrąciła hrabina Nordston.
- Wydaje się, że moje słowa mocno działają na panią, że tak je pani
pamięta - odezwał się i poczerwieniał, gdy sobie uświadomił, że już to
wcześniej powiedział.
Wroński spojrzał na Lewina i hrabinę Nordston i się uśmiechnął.
- A pan stale na wsi? - spytał. - Myślę, że zimą jest nudno?
- Nie jest nudno, jeśli ma się zajęcia, zresztą sam ze sobą się nie
nudzę - szorstko odparł Lewin.
- Lubię wieś - wyznał Wroński, udając, że nie zauważył tonu rozmówcy.
- Mam jednak nadzieję, hrabio, że nie zgodziłyby się pan stale mieszkać
na wsi - wtrąciła hrabina Nordston.
- Nie wiem, nie próbowałem zbyt długo. Miałem dziwne uczucie - mówił. -
Nigdzie tak nie tęskniłem za wsią, rosyjską wsią, z łapciami i chłopami,
jak wtedy, gdy zimę spędzaliśmy z mateczką w Nicei. Wiecie państwo, to
miasto samo w sobie jest nudne. Zresztą i Neapol czy Sorrento są dobre
tylko na krótko. I właśnie tam szczególnie żywo przypomina się Rosja,
zwłaszcza wieś. Są dokładnie jak...
Mówił, zwracając się do Kitty i do Lewina, przenosząc swoje spokojne i życzliwe spojrzenie z jednego na drugie - mówił z pewnością to, co
przychodziło mu na myśl.
Gdy spostrzegł, że hrabina Nordston chciała coś dodać, umilkł, nie
kończąc zdania, i zaczął uważnie jej słuchać.
Rozmowa nie milkła ani na chwilę, więc stara księżna, która gdyby
zabrakło tematu, zawsze miała w zapasie dwa działa ciężkiego kalibru:
wykształcenie klasyczne czy realne oraz powszechny obowiązek wojskowy,
nie musiała ich wytaczać, a hrabina Nordston nie miała okazji, żeby
podrażnić Konstantina.
Ten chciał, ale nie mógł włączyć się do ogólnej rozmowy, co chwilę mówił
sobie "teraz wychodzę", lecz nie wychodził, na coś czekał.
Tymczasem zaczęto rozmawiać o wirujących stolikach i o duchach; hrabina
Nordston, która wierzyła w spirytyzm, zaczęła opowiadać o cudach, które
widziała.
- Ach, hrabino, koniecznie proszę mnie zabrać, na miłość boską, proszę
mnie tam zabrać! Nigdy nie widziałem niczego niezwykłego, chociaż
wszędzie szukam - powiedział Wroński z uśmiechem.
- Dobrze, w przyszłą sobotę - obiecała. - A pan, Konstantinie Dmitriczu,
wierzy? - zwróciła się do Lewina.
- Czemu pani pyta? Przecież pani wie, co odpowiem.
- Ale chcę usłyszeć pana opinię.
- Moja opinia jest taka - odparł - że te wirujące stoły dowodzą, że tak
zwane wykształcone społeczeństwo nie stoi wyżej od chłopów. Oni wierzą w złe oko, w urok i w czary, a my...
- Więc pan nie wierzy?
- Nie mogę wierzyć, hrabino.
- Lecz jeśli sama widziałam?
- Baby też opowiadają, że widziały skrzaty.
- Więc sądzi pan, że mówię nieprawdę?
Roześmiała się z pewnym przymusem.
- Ależ nie, Maszo, Konstantin Dmitricz mówi, że nie może wierzyć -
powiedziała Kitty, czerwieniąc się za Lewina, a on to zrozumiał i jeszcze bardziej rozdrażniony chciał odpowiedzieć, lecz Wroński ze swym
szczerym i wesołym uśmiechem natychmiast przyszedł w sukurs, gdyż
rozmowa mogła przybrać przykry obrót.
- Nie dopuszcza pan zupełnie takiej możliwości? - spytał. - A dlaczegoż
to dopuszczamy istnienie elektryczności, o której nic nie wiemy,
dlaczego nie miałaby istnieć nowa siła, jeszcze nam nieznana, która...
- Kiedy odkryto elektryczność - szybko przerwał mu Lewin - poznano tylko
zjawisko i nie było wiadomo, skąd się bierze i co powoduje. Całe wieki
upłynęły, zanim wymyślono jej zastosowanie. Spirytyści, przeciwnie,
zaczęli od tego, że ich stoliki tańczą i duchy do nich przychodzą, a dopiero później zaczęli mówić, że to nieznana siła.
Wroński jak zwykle z uwagą słuchał Lewina, wyraźnie zainteresowany jego
słowami.
- Tak, lecz spirytyści mówią: teraz nie wiemy, co to za siła, lecz ta
siła istnieje i działa w takich oto warunkach. Uczeni zaś niech badają,
na czym ta siła polega. Nie, nie rozumiem, dlaczego nie miałaby to być
nowa siła, jeśli ona...
- A dlatego - Lewin znowu wpadł mu w słowo - że przy elektryczności, gdy
potrze pan żywicą o wełnę, za każdym razem powstaje określone zjawisko,
tutaj natomiast nie za każdym razem, tak więc nie jest to zjawisko
przyrody.
Prawdopodobnie wyczuwając, że rozmowa przybiera zbyt poważny charakter
dla salonu, Wroński nie oponował, lecz chcąc zmienić temat, wesoło się
uśmiechnął i zwrócił w stronę pań.
- To może spróbujemy od razu, hrabino - zaczął, jednak Lewin chciał
powiedzieć do końca to, o czym myślał.
- Sądzę - ciągnął - że te próby tłumaczenia przez spirytystów ich cudów
istnieniem jakiejś nowej siły są zdecydowanie nieudane. Oni wprost mówią
o sile duchowej i chcą ją poddawać materialnym doświadczeniom.
Wszyscy czekali, aż skończy, i on to czuł.
- A ja myślę, że z pana byłoby znakomite medium - oznajmiła hrabina
Nordston - jest w panu jakaś egzaltacja.
Lewin otworzył usta, chciał coś powiedzieć, ale tylko zaczerwienił się i milczał.
- To teraz, księżniczko, proszę, wypróbujmy stoliki - zaproponował
Wroński. - Księżno, czy pani pozwoli?
I wstał, rozglądając się za stolikiem.
Kitty podniosła się i przechodząc obok, wymieniła spojrzenie z Lewinem.
Z całego serca było jej go żal, tym bardziej że współczuła mu w nieszczęściu, którego sama była powodem. Jeśli można mi wybaczyć, to
proszę wybaczyć - powiedziało jej spojrzenie - taka jestem szczęśliwa.
Nienawidzę wszystkich, i pani, i siebie - odpowiedziało jego spojrzenie
i sięgnął po kapelusz. Jednak nie dane mu było wyjść.
Właśnie zaczęto zajmować miejsca wokół stolika, a Lewin zbierał się do
wyjścia, gdy pojawił się stary książę i po przywitaniu z damami zwrócił
się do niego.
- A! - zaczął radośnie. - Dawno przyjechałeś? Nawet nie wiedziałem, że
jesteś tutaj. Bardzo się cieszę, że pana widzę.
Stary książę zwracał się do Lewina czasem na "ty", czasem na "pan",
objął go i rozmawiając z nim, nie zauważał Wrońskiego, który wstał i spokojnie czekał, aż książę zwróci się do niego.
Kitty czuła, jak po tym, co zaszło, serdeczność ojca ciążyła Lewinowi.
Widziała też, jak chłodno ojciec odpowiedział wreszcie na ukłon
Wrońskiego, jak ten z przyjaznym zdziwieniem spojrzał na jej ojca,
starając się zrozumieć i nie rozumiał, jak i za co można być
nieprzychylnie do niego usposobionym, i zaczerwieniła się.
- Niech nam książę odda Konstantina Dmitricza - odezwała się hrabina
Nordston. - Chcemy przeprowadzić eksperyment.
- Jaki eksperyment? Stoliki obracać? Wybaczcie mi, panie i panowie, ale
moim zdaniem to już weselsza byłaby zabawa w pierścionek - odparł stary
książę, patrząc na Wrońskiego i domyślając się, że to jego pomysł. -
Pierścionek ma przynajmniej jakiś sens.
Wroński ze zdziwieniem rzucił na księcia twarde spojrzenie i z leciutkim
uśmiechem zaczął rozmawiać z hrabiną Nordston o planowanym na przyszły
tydzień wielkim balu.
- Mam nadzieję, że pani będzie? - zwrócił się do Kitty.
Gdy tylko stary książę się odwrócił, Lewin niezauważalnie wyszedł i ostatnim wrażeniem, jakie wyniósł z tego wieczoru, była uśmiechnięta,
szczęśliwa twarz Kitty odpowiadającej Wrońskiemu na pytanie o bal.
Rozdział XV
XV
Gdy wieczór dobiegł końca, Kitty opowiedziała matce o swojej rozmowie z Lewinem i mimo współczucia, jakie do niego żywiła, cieszyła ją myśl, że
się jej oświadczono. Nie miała wątpliwości, że postąpiła tak, jak
należało. Jednak długo nie mogła zasnąć. Nie mogła się pozbyć pewnego
obrazu - twarzy Konstantina ze zmarszczonymi brwiami i patrzącymi spod
nich poczciwymi, a tak mrocznymi i smutnymi oczami, kiedy stał,
słuchając ojca i spoglądając na nią i Wrońskiego. I tak zrobiło się jej
żal, że łzy napłynęły do oczu. Jednak od razu pomyślała o tym, kto miał
go zastąpić. Jak żywa przypomniała się jej ta męska, energiczna twarz,
szlachetny spokój i jaśniejąca dobroć wobec wszystkich. Przypomniała
sobie miłość tego, kogo kochała, i znowu poczuła radość w sercu i ze
szczęśliwym uśmiechem położyła głowę na poduszce. Szkoda mi go, lecz cóż
robić? Nie jestem winna - powtarzała sobie, jednak głos wewnętrzny mówił
co innego. Nie wiedziała, czy żałowała, że zawładnęła sercem Lewina, czy
tego, że mu odmówiła, lecz jej szczęście zatruwały wątpliwości. Boże
zmiłuj się! Boże zmiłuj się! - szeptała, dopóki nie zasnęła.
W tym czasie na dole, w maleńkim gabinecie księcia, rozgrywała się scena
- jedna z tych, które tak często powtarzały się między rodzicami z powodu kochanej córki.
- Co? Oto, co! - krzyczał książę, wymachując rękami, a jednocześnie
otulając się szlafrokiem na popielicowym futrze. - To, że nie ma pani
ambicji, godności, że hańbi pani i gubi córkę tym swataniem, podłym i głupim!
- Ależ zmiłuj się, na miłość boską, książę, co ja zrobiłam? - broniła
się księżna nieomal z płaczem.
Szczęśliwa i zadowolona po rozmowie z córką, ustalonym zwyczajem
zajrzała do męża, żeby powiedzieć dobranoc, i chociaż nie miała zamiaru
mówić mu o oświadczynach Lewina i odmowie Kitty, to napomknęła, że
wydaje się jej, iż sprawa z Wrońskim jest rozstrzygnięta i będzie
przypieczętowana, gdy tylko przyjedzie jego matka. I wtedy właśnie, po
tych słowach, książę nagle wybuchnął i zaczął wykrzykiwać nieprzyzwoite
słowa.
- Co pani zrobiła? A to po pierwsze, wabi pani kawalera i cała Moskwa
będzie o tym mówić. I słusznie. Jeśli urządza pani wieczorki, to trzeba
zapraszać wszystkich, a nie tylko wybranych kawalerów. Zaprosić tych
wszystkich gogusiów (tak książę nazywał moskiewskich młodzieńców),
wynająć tapera, niech tańczą, a nie tak jak dzisiaj - konkurencików
zwabiać. Ze wstrętem, doprawdy ze wstrętem patrzę na to, co pani
osiągnęła, zawróciła dziewczynce w głowie. Lewin jest tysiąc razy
lepszym człowiekiem. A ten fircyk petersburski, ich seryjnie produkują,
wszyscy są na jedno kopyto i wszyscy byle co. A niechby nawet był
księciem krwi, to moja córka nikogo takiego nie potrzebuje!
- A cóż to ja zrobiłam?
- A to... - z gniewem krzyknął książę.
- Wiem, że jeśli będę ciebie słuchała - przerwała księżna - to nigdy nie
wydamy córki za mąż. Jeśli tak, to trzeba wyjechać na wieś.
- Oczywiście, że lepiej wyjechać.
- Pozwól jednak. Czy ja zabiegam o czyjekolwiek względy? Wcale nie
zabiegam. Tymczasem młody człowiek, bardzo porządny, zakochał się i ona,
zdaje się...
- Tak, właśnie się pani zdaje. A jeśli rzeczywiście się zakocha, a on
tyle samo myśli o żeniaczce jak ja...? Och! Niechby moje oczy tego nie
widziały! "Ach, spirytyzm, ach, Nicea, ach, na balu..." - I książę,
naśladując żonę, dygał przy każdym słowie. - Ale jeśli doprowadzimy do
nieszczęścia Katieńki, jeśli rzeczywiście wbije sobie do głowy...
- Czemu tak myślisz?
- Nie myślę, wiem. Po to mamy oczy my, a nie wy, baby! Widzę człowieka,
który ma poważne zamiary, to jest Lewin, i widzę też fircyka, jak ten
lekkoduch, który tylko by się pobawił.
- Jak ty sobie coś uroisz...
- Wspomnisz moje słowa, ale będzie za późno, jak z Daszeńką.
- No dobrze, dobrze, nie mówmy o tym - powstrzymała go księżna,
przypomniawszy sobie nieszczęście Dolly.
- No i świetnie, dobranoc!
Małżonkowie przeżegnali się i pocałowali, lecz czuli, że każde pozostało
przy swoim zdaniu i w tym stanie się rozstali.
Księżna początkowo była całkowicie przekonana, że dzisiejszy wieczór
rozstrzygnął o losie Kitty i że nie może być wątpliwości co do zamiarów
Wrońskiego, lecz po słowach męża poczuła się niepewnie. Gdy wróciła do
siebie, podobnie jak Kitty zalękniona wobec nieznanej przyszłości,
kilkakrotnie powtarzała w duchu: Boże zmiłuj się, Boże zmiłuj się, Boże
zmiłuj się!
Rozdział XVI
XVI
Wroński nigdy nie zaznał życia rodzinnego. Jego matka w przeszłości była
wspaniałą ozdobą salonów, w czasie swego małżeństwa, a zwłaszcza gdy
owdowiała, miała wiele głośnych w towarzystwie romansów. Ojca prawie nie
pamiętał, wychowywał się w Korpusie Paziów. Szkołę opuścił jako bardzo
młody i doskonały oficer i od razu znalazł się w orbicie bogatych
petersburskich wojskowych. Z rzadka bywał na petersburskich salonach i wszystkie jego miłosne sprawy pozostawały poza towarzystwem.
Po zbytkownym i prostackim życiu petersburskim w Moskwie po raz pierwszy
zakosztował uroku obcowania z miłą i niewinną dziewczyną z towarzystwa,
która go pokochała. Do głowy mu nie przyszło, że może być coś
niewłaściwego w jego relacjach z Kitty. Na balach tańczył głównie z nią,
bywał w jej domu. Rozmawiał z nią o tym, o czym zwykle rozmawia się w salonach, o wszelkich głupstwach, którym mimowolnie specjalnie dla niej
nadawał jakiś sens. Chociaż nie powiedział jej niczego takiego, czego
nie mógłby powiedzieć przy wszystkich, czuł, że ona coraz bardziej staje
się od niego zależna, a im wyraźniej to czuł, tym było to dla niego
przyjemniejsze i tym bardziej tkliwe stawały się jego uczucia do niej.
Nie wiedział, że jego zachowanie wobec Kitty ma określoną nazwę, że jest
to uwodzenie panien bez zamiaru poślubienia i że to uwodzenie należy do
złych uczynków, nad którymi tacy jak on młodzi mężczyźni przechodzą do
porządku dziennego. Wydawało mu się, że to on pierwszy odkrył tę
przyjemność i napawał się swoim odkryciem.
Gdyby mógł usłyszeć, co mówili jej rodzice tego wieczoru, gdyby mógł
przyjąć punkt widzenia rodziny i uświadomić sobie, że Kitty będzie
nieszczęśliwa, jeśli się z nią nie ożeni, bardzo by się zdziwił i w to
nie uwierzył. Nie mógłby uwierzyć, że to, co sprawia jemu, a zwłaszcza
jej, tak wielką i niewinną przyjemność, może być złe. Tym bardziej nie
mógłby uwierzyć, że powinien się ożenić.
Ożenek nigdy nie wydawał mu się możliwy. Nie tylko nie lubił życia
rodzinnego, ale w rodzinie, a w szczególności w mężu, według
ugruntowanej opinii świata kawalerskiego, w którym żył, widział coś
obcego, wrogiego, a co gorsza - śmiesznego. I chociaż nawet nie
podejrzewał, co mówili rodzice, to gdy wyszedł od Szczerbackich, poczuł,
że ten tajemniczy duchowy związek, który istniał między nim i Kitty,
umocnił się tego wieczora tak bardzo, że coś należało z tym zrobić.
Jednak co należało zrobić, nie wiedział.
To właśnie jest urocze - myślał, wracając od Szczerbackich i wynosząc od
nich jak zawsze przyjemne uczucie czystości i świeżości - biorące się w pewnej mierze również stąd, że przez cały wieczór nie palił - a zarazem
nowe uczucie rozrzewnienia wobec jej miłości. I to jest urocze, że nic
nie zostało powiedziane ani przeze mnie, ani przez nią, lecz tak
rozumieliśmy się w tej niewidzialnej rozmowie spojrzeń i intonacji, że
dzisiaj wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej powiedziała mi, że kocha. I tak miło, prosto, a najważniejsze - z zaufaniem! Sam się czuję lepszy,
czystszy. Czuję, że mam serce i jest we mnie wiele dobrego. Te miłe
zakochane oczy! Kiedy powiedziała: nawet bardzo...
No i cóż? No i nic. Mnie dobrze i jej dobrze. I zastanowił się, gdzie
mógłby spędzić resztę wieczoru.
Przywołał na myśl miejsca, do których mógłby pojechać. Klub? Partyjka
bezika, szampan z Ignatowem? Nie, nie pojadę. Château des fleurs,
zastanę tam Obłońskiego, będą kuplety i kankan? Nie, mam tego dosyć.
Właśnie za to lubię Szczerbackich, że staję się lepszy. Pojadę do domu.
Wszedł wprost do swego numeru w hotelu "Dussault", kazał sobie podać
kolację, po czym nierozebrany ledwie zdążył położyć głowę na poduszce,
zasnął mocnym i spokojnym jak zawsze snem.
Rozdział XVII
XVII
Na drugi dzień o godzinie jedenastej rano Wroński wyjechał dworzec
Petersburski po matkę i pierwszą osobą napotkaną przy wielkich schodach
był Obłoński, który na ten sam pociąg wyszedł po siostrę.
- A! Wasza ekscelencjo! - zawołał Obłoński. - Ty po kogo?
- Po mateczkę - uśmiechając się jak wszyscy, którzy spotykali się z Obłońskim, oznajmił Wroński, ściskając jego rękę, i razem z nim wszedł
na schody. - Właśnie ma przybyć z Petersburga.
- A ja na ciebie czekałem do drugiej godziny. Dokąd pojechałeś po
Szczerbackich?
- Do domu - odparł Wroński. - Muszę powiedzieć, że tak mi było
przyjemnie po wieczorze u Szczerbackich, że już nie miałem ochoty
nigdzie jechać.
- Poznaję rącze konie po ich znakowaniu, zakochanych młodzieńców poznaję
po ich oczach - zadeklamował Stiepan Arkadjicz, tak samo jak poprzednio
Lewinowi.
Wroński uśmiechnął się z miną, która miała mówić, że się nie wypiera,
ale od razu zmienił temat.
- A ty na kogo czekasz? - spytał.
- Ja? Na śliczną kobietę - odparł Obłoński.
- No proszę!
- Honny soit qui mal y pense!12 Na siostrę Annę.
- Ach, na Kareninę?
- Zapewne ją znasz?
- Zdaje się, że znam. Albo nie... Naprawdę nie pamiętam - z roztargnieniem
odpowiedział Wroński, mgliście kojarząc z nazwiskiem Kareniny coś
sztywnego i nudnego.
- Ale Aleksieja Aleksandrowicza, mojego znakomitego szwagra, na pewno
znasz. Cały świat go zna.
- Znam go z opinii i z widzenia. Wiem, że jest mądry, uczony,
świątobliwy tak jakoś... Ale wiesz, to nie w mojej... not in my
line13 - odparł Wroński.
- Tak, to bardzo wspaniały człowiek. Odrobinę konserwatywny. Lecz bardzo
zacny - powiedział Stiepan Arkadjicz. - Zacny człowiek.
- Tym lepiej dla niego - zauważył Wroński z uśmiechem. - A, jesteś -
zwrócił się do wysokiego starego lokaja matki, który stał przy drzwiach
- wejdź tutaj.
Wroński, niezależnie od sympatii, jaką we wszystkich budził Obłoński, w ostatnim czasie czuł się z nim związany także i przez to, że w jego
wyobraźni kojarzył się z Kitty.
- No co, w niedzielę zorganizujemy kolację dla diwy? - spytał z uśmiechem, biorąc go pod rękę.
- Oczywiście. Zbiorę składkę. Ach, czy poznałeś się wczoraj z moim
przyjacielem Lewinem?
- A jakże. Ale czegoś prędko wyszedł.
- Wspaniały chłopak - dodał Obłoński. - Nie sądzisz?
- Nie wiem dlaczego - powiedział Wroński - wszyscy moskwianie,
oczywiście z wyjątkiem tych, z którymi rozmawiam - dodał żartobliwie -
mają w sobie jakąś ostrość. Ciągle stają dęba, złoszczą się, jak gdyby
coś chcieli dać do zrozumienia...
- Coś w tym chyba jest - śmiejąc się wesoło, odparł Stiepan Arkadjicz.
- No co, długo jeszcze? - zwrócił się Wroński do pracownika kolei.
- Pociąg nadjeżdża - odparł kolejarz.
Zbliżanie się pociągu coraz bardziej zaznaczało się przygotowaniami na
stacji, bieganiem tragarzy, pojawieniem się żandarmów i urzędników
kolejowych oraz przybyciem witających. Poprzez zasłonę pary widać było
robotników w kożuszkach i miękkich walonkach, którzy przechodzili w poprzek zakręcających przed stacją torów. Słychać było gwizd parowozu na
dalekim torze i ruch czegoś ciężkiego.
- Nie - odezwał się Stiepan Arkadjicz, który miał wielką chęć
opowiedzenia Wrońskiemu o zamiarach Lewina względem Kitty. - Nie, ty źle
oceniłeś mojego Lewina. To bardzo nerwowy człowiek i bywa nieprzyjemny,
to prawda, za to czasem bywa bardzo sympatyczny. To taka czysta, szczera
natura i złote serce. Tymczasem wczoraj były szczególne powody - mówił
ze znaczącym uśmiechem, całkowicie zapominając o szczerym współczuciu,
które wczoraj miał dla swego przyjaciela, a teraz miał je tylko dla
Wrońskiego. - Tak, był powód, że mógł być albo szczególnie szczęśliwy,
albo szczególnie nieszczęśliwy.
Wroński zatrzymał się i spytał wprost:
- Co takiego? Czyżby wczoraj oświadczył się twojej
belle-soeur?14
- Możliwe - odparł Obłoński. - Wczoraj wydało mi się coś takiego. Jeśli
wcześnie wyszedł i do tego był w złym humorze, to tak było... Od tak dawna
ją kocha i bardzo mi go żal.
- A więc to tak! Myślę, nawiasem mówiąc, że ona może liczyć na lepszą
partię - powiedział Wroński, odetchnął głęboko i na nowo podjął spacer.
- Zresztą nie znam go - dodał. - Tak, to trudna sytuacja! Stąd też
większość z nas woli znajomości z Klarami. Tam niepowodzenie oznacza
tylko tyle, że zabrakło ci pieniędzy, a tu - twoja duma znalazła się na
szali. Ale jest wreszcie pociąg.
Rzeczywiście, w oddali już gwizdał parowóz. Po kilku minutach peron
zadrżał i buchając w dół kłębami gęstniejącej na mrozie pary, wtoczył
się parowóz z powoli i miarowo napinającą się i rozciągającą dźwignią
średniego koła i kłaniającym się opatulonym i oszronionym maszynistą, a za węglarką, coraz wolniej i mocniej wstrząsając peronem, zaczął
przesuwać się wagon z bagażami i piszczącym psem, aż wreszcie,
podrygując przed zatrzymaniem się, podjechały wagony pasażerskie.
Dziarski konduktor gwizdnął i zeskoczył w biegu, za nim pojedynczo
zaczęli wysiadać co bardziej niecierpliwi pasażerowie: wyprostowany i rozglądający się surowo oficer gwardii, ruchliwy, wesoło uśmiechnięty
kupczyk z torbą i chłop z workiem przerzuconym przez ramię.
Wroński stał przy Obłońskim, patrzył na wagony i wysiadających ludzi i zupełnie zapomniał o matce. To, czego właśnie dowiedział się o Kitty,
podniecało go i cieszyło. Jego pierś mimowolnie wyprężyła się, oczy
błyszczały. Czuł się zwycięzcą.
- Hrabina Wrońska jest w tamtym wagonie - powiedział dziarski konduktor,
podchodząc do Wrońskiego.
Słowa konduktora obudziły go i zmusiły do przypomnienia sobie o matce i oczekiwanym spotkaniu z nią. W duchu nie żywił szacunku do matki i nie
zdając sobie z tego sprawy - nie kochał jej, chociaż według pojęć kręgu,
w którym się obracał, a także zgodnie z otrzymanym wychowaniem, nie mógł
sobie wyobrazić innego stosunku do matki jak tylko nacechowanego
najwyższą pokorą i szacunkiem. Na zewnątrz okazywał matce tym więcej
pokory i szacunku, im mniej w duszy ją kochał.
Rozdział XVIII
XVIII
Wroński wszedł za konduktorem do wagonu i przy drzwiach do przedziału
zatrzymał się, żeby przepuścić wychodzącą damę. Wystarczyło jedno
spojrzenie na jej powierzchowność, aby z taktem właściwym człowiekowi
światowemu określił jej przynależność do wyższych sfer. Przeprosił i już
miał wejść do środka, lecz poczuł potrzebę raz jeszcze spojrzeć na nią -
nie dlatego, że była bardzo piękna, nie dlatego, że cała jej postać
tchnęła elegancją i pewnym dyskretnym czarem, lecz dlatego, że w wyrazie
jej ślicznej twarzy, gdy przechodziła obok niego, było coś szczególnie
łagodnego i tkliwego. Gdy się obejrzał, ona także odwróciła głowę.
Błyszczące szare oczy, wydające się ciemne pod gęstymi rzęsami, z przyjazną uwagą zatrzymały się na jego twarzy, jak gdyby go
rozpoznawała, ale od razu przeniosły się na przechodzący tłum, jakby w poszukiwaniu kogoś. W tym krótkim spojrzeniu Wroński zdążył dostrzec
wstrzemięźliwe ożywienie, które błąkało się w jej twarzy i przelatywało
od błyszczących oczu do ledwie widocznego uśmiechu, wyginającego jej
rumiane wargi. Jakby przepełniał ją nadmiar czegoś, co mimo woli
wyrażało się to w błysku spojrzenia, to w uśmiechu. Umyślnie przygasiła
blask oczu, lecz wbrew jej woli świecił się w ledwie zauważalnym
uśmiechu.
Wroński wszedł do przedziału. Matka, zasuszona staruszka z czarnymi
oczami i loczkami, mrużąc oczy, wpatrywała się w syna i z lekka
uśmiechała się wąskimi wargami. Wstała z kanapy, oddała pokojówce
torebkę, synowi zaś podała drobną, suchą dłoń i unosząc jego głowę znad
ręki, pocałowała go w twarz.
- Dostałeś telegram? Jesteś zdrowy? Chwała Bogu.
- Jak podróż? - powiedział syn, usiadł obok niej i mimo woli
przysłuchiwał się kobiecemu głosowi za drzwiami. Wiedział, że to był
głos tej damy, którą spotkał przy wejściu.
- Jednak nie mogę się z panem zgodzić - mówił głos.
- Petersburskie spojrzenie, proszę pani.
- Nie petersburskie, ale po prostu kobiece.
- No, pozwoli pani ucałować rączkę.
- Do widzenia, Iwanie Pietrowiczu. Proszę spojrzeć, czy jest tu gdzieś
brat i przysłać go do mnie - powiedziała dama przy samych drzwiach i z powrotem weszła do przedziału.
- I co, znalazła pani brata? - zapytała Wrońska, zwracając się do niej.
Wroński naraz uświadomił sobie, że to jest Karenina.
- Brat pani jest tutaj - rzekł, wstając. - Proszę wybaczyć, nie poznałem
pani, zresztą nasza znajomość była tak przelotna, że z pewnością pani
mnie nie pamięta.
- O, nie, poznałabym pana, gdyż z pańską mateczką chyba przez całą drogę
tylko o panu rozmawiałyśmy - odparła, pozwalając wreszcie usiłującemu
się wydobyć na zewnątrz ożywieniu wyrazić się w uśmiechu. - A mojego
brata jednak nie ma.
- Poprośże go, Alosza - powiedziała stara hrabina.
Wroński wyszedł na peron i krzyknął:
- Obłoński! Tutaj!
Karenina jednak nie czekała na brata, a ujrzawszy go, szybkim, lekkim
krokiem wysiadła z wagonu. I gdy tylko brat do niej podszedł, pewnym
ruchem, który poraził Wrońskiego swym zdecydowaniem i gracją, objęła
brata lewą ręką za szyję, szybko przyciągnęła do siebie i mocno
pocałowała. Wroński, nie odrywając wzroku, patrzał na nią, sam nie
wiedząc dlaczego. Jednak przypomniał sobie, że matka na niego czeka i wrócił do przedziału.
- Czy nie uważasz, że jest bardzo miła? - odezwała się hrabina. - Mąż
umieścił ją w moim przedziale i bardzo była zadowolona. Rozmawiałyśmy
przez całą drogę. No a ty, mówią... vous filez le parfait amour. Tant
mieux, mon cher, tant mieux15.
- Nie rozumiem tej aluzji, maman - chłodno odparł syn. - Cóż, maman,
chodźmy.
Karenina znowu wróciła do wagonu, żeby pożegnać hrabinę.
- Tak więc, hrabino, spotkała pani syna, a ja brata - powiedziała
wesoło. - I wszystkie moje historie się wyczerpały, nie miałabym już nic
do opowiadania.
- Ach nie, kochana - zaprotestowała hrabina, ujmując jej dłoń. - Ja bym
z panią objechała świat dookoła i nie nudziłabym się. Jest pani jedną z tych miłych kobiet, z którymi przyjemnie jest i porozmawiać, i pomilczeć. I proszę nie myśleć o synku - niepodobna nigdy się nie
rozstawać.
Karenina stała bez ruchu, trzymając się nadzwyczaj prosto, a jej oczy
się uśmiechały.
- Anna Arkadjewna - wyjaśniła hrabina synowi - ma ośmioletniego, zdaje
się, synka, nigdy się z nim nie rozstawała i teraz się martwi, że go
zostawiła samego.
- Tak, przez cały czas rozmawiałyśmy z hrabiną, ja o swoim, ona o swoim
synu - dodała Karenina i znowu jej twarz rozjaśnił przyjazny uśmiech
skierowany do niego.
- Prawdopodobnie bardzo się to pani znudziło - podjął Wroński, w lot
chwytając tę piłeczkę kokieterii, którą rzuciła do niego. Jednak ona
wyraźnie nie chciała kontynuować rozmowy w tym tonie i zwróciła się do
starej hrabiny:
- Bardzo pani dziękuję. Nawet nie wiem, jak mi zleciał dzień. Do
widzenia, hrabino.
- Żegnam panią, moja duszko - odparła hrabina. - Niech no pocałuję pani
śliczną buzię. Mówię wprost, jak staruszka, że bardzo panią polubiłam.
Jakkolwiek było to powiedziane formalnie, Karenina widocznie uwierzyła i ucieszyła się. Zarumieniona lekko się nachyliła, zbliżyła twarz do ust
hrabiny, znowu się wyprostowała i z tym samym uśmiechem, który błąkał
się między ustami i oczami, podała rękę Wrońskiemu. Uścisnął podaną mu
drobną dłoń i jak z czegoś niezwykłego ucieszył się z energicznego
uścisku, przy którym mocno i śmiało potrząsnęła jego rękę. Wyszła
szybkim krokiem, który tak dziwnie lekko niósł jej dosyć zaokrąglone
kształty.
- Bardzo miła - powiedziała staruszka.
Tak samo myślał jej syn. Odprowadzał ją wzrokiem, dopóki jej zgrabna
postać nie zniknęła, i uśmiech nie schodził z jego twarzy. Widział przez
okno, jak podeszła do brata, położyła rękę na jego ręce i z ożywieniem
zaczęła mu mówić coś, co wyraźnie nie miało z nim, Wrońskim, nic
wspólnego, czym poczuł się urażony.
- No, a jak zdrowie maman, wszystko w porządku? - zwrócił się do
matki.
- Wszystko dobrze, znakomicie. Alexandre był bardzo miły. I Marie
bardzo wyładniała. Jest bardzo interesująca.
I znowu zaczęła opowiadać o tym, co ją najbardziej interesowało, o chrzcinach wnuka, na które jeździła do Petersburga, i o szczególnej
łaskawości cesarza dla starszego syna.
- A oto i Ławrientij - oznajmił Wroński, patrząc przez okno. - Jeśli
mama sobie życzy, możemy już iść.
Stary kamerdyner, który przyjechał z hrabiną, wszedł do wagonu, żeby
oznajmić, że wszystko gotowe, więc hrabina podniosła się, gotowa do
wyjścia.
- Chodźmy, teraz już jest mało ludzi - powiedział Wroński.
Pokojówka niosła torebkę i pieska, kamerdyner i tragarz pozostałe
bagaże. Wroński wziął matkę pod rękę. Gdy już wychodzili z wagonu, nagle
przebiegło obok nich kilka osób z przestrachem na twarzach. Pędził
również zawiadowca stacji w czapce jakiegoś niezwykłego koloru.
Najwyraźniej musiało się coś stać. Pasażerowie biegli w stronę ostatnich
wagonów pociągu.
- Co...? Co...? Gdzie...? Rzucił się...? Przejechany...! - słychać było wśród
przechodzących obok.
Obłoński z siostrą pod rękę i z przestrachem na twarzy również się
cofnął. Unikając tłumu, stanęli przy drzwiach wagonu.
Panie weszły do środka, zaś Wroński ze Stiepanem Arkadjiczem poszli
dowiedzieć się o szczegóły tragedii.
Stróż, czy był pijany, czy zbyt opatulony z powodu silnego mrozu, nie
usłyszał cofającego się pociągu i został przejechany.
Zanim Obłoński i Wroński wrócili, panie już dowiedziały się o wypadku od
kamerdynera.
Obaj mężczyźni widzieli zmasakrowanego trupa. Obłoński wyraźnie
cierpiał. Był pochmurny i zdawało się, że zapłacze.
- Ach, jakie to straszne! Ach, Anno, gdybyś widziała! Ach, jakie to
straszne! - powtarzał.
Wroński milczał, jego piękna twarz była poważna, lecz całkowicie
spokojna.
- Ach, gdyby pani widziała, hrabino - mówił Stiepan Arkadjicz. - I jego
żona tam jest... Okropnie było patrzeć na nią... Rzuciła się na ciało.
Mówią, że on sam utrzymywał bardzo liczną rodzinę. To okropne!
- Czy nie można by czegoś dla niej zrobić - szepnęła wzruszona Karenina.
Wroński spojrzał na nią i natychmiast wyszedł z wagonu.
- Zaraz wrócę, maman - powiedział od drzwi.
Gdy po kilku minutach wrócił, Stiepan Arkadjicz już rozmawiał z hrabiną
o nowej śpiewaczce, hrabina zaś niecierpliwe spoglądała na drzwi,
oczekując syna.
- Teraz już chodźmy - polecił Wroński.
Wyszli razem. Wroński z matką szedł przodem. Za nimi Karenina z bratem.
Przed opuszczeniem stacji dogonił ich zawiadowca, który podszedł do
Wrońskiego.
- Wręczył pan mojemu zastępcy dwieście rubli. Byłby pan łaskaw wskazać,
dla kogo mają być przeznaczone?
- Dla wdowy - odparł Wroński, wzruszając ramionami. - Nie rozumiem, jak
można pytać.
- Dał pan? - krzyknął z tyłu Obłoński i przyciskając ramię siostry,
dodał: - To bardzo ładnie, bardzo ładnie! Prawda, że wspaniały chłopak?
Moje uszanowanie, hrabino.
I oboje z siostrą zatrzymali się, rozglądając się za jej pokojówką.
Gdy opuścili dworzec, kareta Wrońskich już odjechała. Wychodzący ludzie
wciąż jeszcze rozmawiali o tym, co się stało.
- Jaka okropna śmierć! - odezwał się jakiś mężczyzna. - Mówią, że na
pół.
- A ja myślę, że przeciwnie, najlżejsza, natychmiastowa - powiedział
inny.
- Dlaczego nie zachowują ostrożności - mówił trzeci.
Karenina wsiadła do karety, a Stiepan Arkadjicz zauważył, że jej wargi
drżą i z trudem powstrzymuje łzy.
- Co z tobą, Anno? - spytał, gdy odjechali kilkaset sążni.
- Zła wróżba - odparła.
- Co za głupstwo! - obruszył się. - Przyjechałaś, to najważniejsze. Nie
możesz sobie wyobrazić, jak liczę na ciebie.
- A ty dawno znasz Wrońskiego? - spytała.
- Dawno. Wiesz, mamy nadzieję, że ożeni się z Kitty.
- Tak? - szepnęła. - No, to mówmy o tobie - dodała, potrząsając głową,
jakby chciała fizycznie odrzucić coś, co jej przeszkadzało. -
Porozmawiajmy o twoich sprawach. Dostałam twój list, więc przyjechałam.
- Tak, cała nadzieja w tobie - powiedział Stiepan Arkadjicz.
- To wszystko mi opowiedz.
I Stiepan Arkadjicz zaczął opowiadać.
Przed domem Obłoński wysadził siostrę, westchnął, uścisnął jej rękę i odjechał do swego urzędu.
Rozdział XIX
XIX
Gdy Anna weszła do pokoju, Dolly siedziała w małej bawialni z jasnowłosym, pulchnym chłopczykiem, już teraz podobnym do ojca, i odrabiała z nim lekcję czytania po francusku. Chłopczyk czytał, kręcąc
palcami i usiłując oderwać ledwo trzymający się guzik od kurteczki.
Dolly kilka razy odsuwała jego dłoń, lecz pulchna rączka znowu chwytała
za guzik. Matka go oderwała i włożyła do kieszeni.
- Uspokójże się, Grisza - powiedziała i znów zabrała się do kołdry, swej
odwiecznej robótki na drutach, którą zawsze zajmowała się w ciężkich
chwilach, a teraz dziergała nerwowo, popychała druty palcem i liczyła
oczka. Chociaż wczoraj kazała powiedzieć mężowi, że nie interesuje jej
to, czy jego siostra przyjedzie, czy nie, przygotowała wszystko na jej
przyjazd i z niepokojem oczekiwała na szwagierkę.
Dolly była przybita swoim nieszczęściem i całkowicie nim pochłonięta.
Pamiętała jednak, że Anna była żoną jednej z najważniejszych osób w Petersburgu i tamtejszą grande dame. Ze względu na to nie postąpiła
tak, jak powiedziała mężowi, to znaczy nie zapomniała o jej przyjedzie.
Ostatecznie, Anna nie jest niczemu winna - myślała. - Znam ją tylko z najlepszej strony - okazywała mi jedynie serdeczność i przyjaźń.
Wprawdzie jak pamiętała swoje wrażenia z Petersburga, dom Kareninów jej
się nie podobał, było bowiem coś fałszywego w całym układzie ich życia
rodzinnego. Lecz czemu miałabym jej nie przyjąć? Żeby tylko nie śmiała
mnie pocieszać! - myślała Dolly. Wszelkie pocieszenia, perswazje i chrześcijańskie przebaczenia - już to tysiąc razy przemyślałam i to
wszystko nie ma sensu.
Ostatnie dni Dolly spędziła z dziećmi. Nie chciała, a nawet nie mogła
rozmawiać z kimkolwiek o swoim nieszczęściu. Wiedziała, że tak czy
inaczej, wszystko opowie Annie i zarówno cieszyła ją myśl, że to opowie,
jak i złościła konieczność rozmowy z nią, jego siostrą, o swoim
poniżeniu i wysłuchiwania jej gotowych frazesów perswazji i pocieszenia.
Spoglądając na zegar, z każdą chwilą oczekiwała Anny i jak nieraz się
zdarza, przeoczyła moment przyjazdu i nie usłyszała dzwonka.
Na dochodzący szum sukni i lekkich kroków już w drzwiach, obejrzała się
i na jej wymęczonej twarzy odruchowo odbiła się nie radość, lecz
zdziwienie. Wstała i objęła szwagierkę.
- Co, już przyjechałaś? - powiedziała, całując ją.
- Dolly, jak się cieszę, że cię widzę!
- I ja się cieszę - odparła Dolly, starając się z wyrazu twarzy Anny
wyczytać, czy już wszystko wie. Na pewno wie - pomyślała, widząc jej
współczującą minę. - No, chodźmy, zaprowadzę się do twego pokoju -
dodała, starając się odsunąć, jak tylko się da, chwilę wyjaśnień.
- To Grisza? Mój Boże, jak wyrósł! - ucieszyła się Anna, pocałowała go i nie spuszczając oczu z Dolly, zatrzymała się i zarumieniła. - Nie,
proszę cię, zostańmy tutaj.
Zdjęła chustkę, kapelusz i potrząsając głową, próbowała uwolnić
przyczepione do niego pasmo swoich czarnych, falujących włosów.
- A ty promieniejesz szczęściem i zdrowiem! - prawie z zazdrością
odezwała się Dolly.
- Ja? Tak - odparła Anna. - Mój Boże, Tania! Rówieśniczka mojego
Sierioży - dodała, zwracając się do biegnącej do niej dziewczynki.
Wzięła ją na ręce i pocałowała. - Śliczna dziewczynka, cudo! Pokażże mi
je wszystkie.
Wymieniała nie tylko imiona wszystkich dzieci, ale przypominała też
lata, miesiące, ich charaktery i choroby, więc Dolly nie mogła tego nie
docenić.
- To chodźmy do nich - powiedziała. - Szkoda tylko, że Wasia teraz śpi.
Po obejrzeniu dzieci już same usiadły w salonie przy kawie. Anna
sięgnęła po tacę, ale po chwili ją odsunęła.
- Dolly - odezwała się. - Stiwa już mi wyznał.
Dolly chłodno spojrzała na Annę. Spodziewała się teraz frazesów
udawanego współczucia, lecz ta niczego takiego nie powiedziała.
- Dolly, kochana! - zaczęła - nie chcę wstawiać się za nim ani ciebie
pocieszać, to niemożliwe. Tylko mi, moja duszko, po prostu ciebie żal,
żal mi ciebie z całego serca!
Zza jej gęstych rzęs na błyszczących oczach nagle pojawiły się łzy.
Przysiadła się bliżej szwagierki i ujęła jej rękę swoją energiczną
maleńką dłonią. Dolly nie odsunęła się, ale też oschły wyraz nie zniknął
z jej twarzy. Oznajmiła:
- Pocieszyć mnie nie można. Wszystko stracone po tym, co zaszło,
wszystko przepadło.
I gdy tylko to powiedziała, wyraz jej twarzy złagodniał. Anna podniosła
suchą, chudą dłoń Dolly, pocałowała ją i zapytała:
- Cóż jednak robić, Dolly, co robić? Jak lepiej postąpić w tej okropnej
sytuacji? Warto o tym pomyśleć.
- Wszystko skończone, nic się nie da zrobić - odparła Dolly. - Najgorsze
jest to, zechciej mnie zrozumieć, że nie mogę go porzucić. Są dzieci,
jestem związana. A żyć z nim nie mogę, sam jego widok sprawia mi ból.
- Dolly, kochana, chociaż mi mówił, chciałabym jednak usłyszeć to od
ciebie. Opowiedz mi o wszystkim.
Dolly popatrzyła na nią pytająco.
Na twarzy Anny malowało się nieudawane współczucie i miłość.
- Cóż. - Nagle się zdecydowała. - Opowiem ci od początku. Wiesz, jak
wyszłam za mąż. Przy metodzie wychowania maman nie tylko byłam
niewinna, ale i głupia. Nie znałam niczego. Mówią, wiem o tym, że
mężowie opowiadają żonom o swym wcześniejszym życiu, lecz Stiwa... -
poprawiła się - Stiepan Arkadjicz nic mi o sobie nie powiedział. Nie
dasz wiary, ale do tej pory myślałam, że jestem jedyną kobietą, którą
znał. Tak żyłam przez osiem lat. Zrozum, że nie tylko nie podejrzewałam
niewierności, lecz uważałam, że to niemożliwe, a tu, wyobraź sobie, z takim moim pojęciem nagle dowiedziałam się o całej tej okropności, całej
tej podłości. Zrozum mnie. Być całkowicie pewną swego szczęścia i nagle...
- tłumiąc szloch, mówiła Dolly - przeczytać list... jego list do kochanki,
do byłej guwernantki moich dzieci. Nie, to zbyt okropne. - Pospiesznie
wyjęła chusteczkę i zasłoniła nią twarz. - Zrozumiałabym jeszcze jakąś
fascynację - podjęła po chwili milczenia - lecz w sposób przemyślany,
chytrze mnie oszukiwać... i z kim...? Być w dalszym ciągu moim mężem razem z nią... to okropne! Nie możesz sobie wyobrazić...
- O nie, ja rozumiem! Rozumiem, kochana Dolly, doskonale rozumiem -
mówiła Anna, ściskając jej rękę.
- I myślisz, że on zdaje sobie sprawę, w jak okropnej jestem sytuacji? -
pytała Dolly. - Bynajmniej! Jest szczęśliwy i zadowolony.
- Ach, nie! - szybko wtrąciła Anna. - Jest żałosny, przybity skruchą...
- Czy on jest zdolny do skruchy? - przerwała jej Dolly, z uwagą
wpatrując się w twarz szwagierki.
- Tak, znam go. Nie mogę bez żalu na niego patrzeć. Obie go znamy. Jest
dobry, ale dumny, a teraz tak poniżony. Najbardziej, co mnie poruszyło -
i tu Anna domyśliła się, co najbardziej mogło również poruszyć Dolly -
że męczą go dwie rzeczy: wstyd przed dziećmi i to, że kochając ciebie...
tak, tak, kochając najbardziej na świecie - pospiesznie nie dała dojść
do głosu pragnącej zaprzeczyć Dolly - wyrządził ci krzywdę, jak gdyby
cię zabił. "Nie, nie, ona nie wybaczy" - stale powtarza.
Dolly, słuchając tych słów, nie patrzyła na Annę. Zamyśliła się.
- Tak, zdaję sobie sprawę, że jego sytuacja jest okropna. Winny czuje
się gorzej od niewinnego - powiedziała - jeśli czuje, że jest winien
całego nieszczęścia. Lecz jak mam wybaczyć, jak po tej zdradzie znowu
być jego żoną? Życie z nim teraz będzie męczarnią, właśnie dlatego, że
go kochałam, że tak jest mi droga moja miniona miłość do niego...
Łkanie przerwało jej słowa.
Lecz jakby umyślnie za każdym razem, gdy nieco łagodniała, na nowo
zaczynała mówić o tym, co ją najbardziej drażniło.
- Przecież ona jest młoda, jest piękna. Czy ty, Anno, rozumiesz, kto
zabrał moją młodość i urodę? On i jego dzieci. Służyłam mu i tej służbie
oddałam całą siebie, a jemu teraz oczywiście milsze jest świeże,
pospolite stworzenie. Z pewnością rozmawiali o mnie albo jeszcze gorzej
- przemilczali. Rozumiesz? - Jej oczy znowu zapłonęły nienawiścią. - I po tym będzie mi mówił... A ja cóż, będę mu wierzyć? Nigdy. Nie, skończyło
się wszystko, co dawało pociechę, nagrodę za pracę, za cierpienia... Czy
dasz wiarę? Dzisiaj uczyłam Griszę. Dawniej to była to dla mnie radość,
teraz męczarnia. Po co się staram, trudzę? Na co te dzieci? Okropne jest
to, że nagle moja dusza się wywróciła i zamiast miłości i czułości mam
dla niego tylko samą złość, tak, złość. Zabiłabym go i...
- Dolly, kochanie, ja cię rozumiem, lecz nie dręcz się tak. Jesteś
skrzywdzona i rozdrażniona, więc wiele rzeczy widzisz w niewłaściwym
świetle.
Dolly przycichła i i obie przez dłuższą chwilę milczały.
- Co robić, pomyśl, Anno, pomóż. Ja wszystko przemyślałam i nie widzę
żadnego wyjścia.
Anna niczego nie potrafiła wymyślić, lecz jej serce reagowało na każde
słowo, na każdą zmianę wyrazu twarzy bratowej.
- Powiem tylko jedno - zaczęła - jestem jego siostrą, znam jego
charakter, tę jego umiejętność zapominania dosłownie wszystkiego
(machnęła ręką, jakby odpędzała coś z czoła), tę skłonność do pełnej
satysfakcji, lecz również zdolność do całkowitej skruchy. On teraz nie
wierzy, nie rozumie, jak mógł zrobić to, co zrobił.
- Nie, on rozumie, rozumiał - przerwała jej Dolly. - Lecz ja... zapominasz
o mnie... czy mnie jest lżej?
- Zaczekaj! Kiedy mi opowiadał, przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy z całej okropności twojej sytuacji. Myślałam tylko o nim i o tym, że
rodzina się rozpada. Było mi go żal, lecz gdy porozmawiałam z tobą, jako
kobieta widzę co innego. Widzę twoje cierpienia i jest mi, nawet nie
wiem, jak ci to powiedzieć, bardzo ciebie żal! Dolly, kochana,
całkowicie rozumiem twoje cierpienia, jednego tylko nie wiem. Nie wiem...
ja nie wiem, ile w twoim sercu jest jeszcze miłości do niego. Tylko ty
wiesz, czy jest tyle, że można by wybaczyć. Jeśli jest - to wybacz!
- Nie - zaczęła Dolly, lecz Anna przerwała jej, całując jeszcze raz jej
rękę.
- Lepiej od ciebie znam świat - powiedziała. - Znam takich ludzi jak
Stiwa, wiem, jak na to patrzą. Mówisz, że rozmawiał z nią o tobie. Na
pewno nie. Tacy ludzie dopuszczają się zdrad, lecz własne ognisko domowe
i żona - to dla nich świętość. Jakoś tak jest, że tamte kobiety mają w pogardzie i nie przeszkadzają im one w życiu rodzinnym. Jakąś
nieprzekraczalną linią oddzielają rodzinę i tamto. Ja tego nie rozumiem,
ale tak jest.
- Tak, lecz on ją całował...
- Dolly, kochana, zaczekaj. Widziałam Stiwę, jak był zakochany w tobie.
Pamiętam czas, kiedy przyjeżdżał do mnie i płakał, gdy mówił o tobie, że
byłaś dla niego uosobieniem poezji i wzniosłości i wiem, że im dłużej z tobą żył, tym większą stawałaś się dla niego wzniosłością. Nawet
zdarzało się, że śmialiśmy się z niego, gdy do każdego słowa dodawał:
"Dolly to zadziwiająca kobieta". Zawsze byłaś dla niego bóstwem i pozostałaś nim, a tamto nie było fascynacją jego serca...
- No, a jeśli ta fascynacja się powtórzy?
- Według mnie nie może.
- Tak, ale czy ty byś wybaczyła?
- Nie wiem. Nie mogę się o tym wypowiadać... Nie, owszem - odrzekła Anna
po zastanowieniu. I gdy już oceniła sytuację i zważyła wszystko na
wewnętrznej szali, dodała: - Nie, mogę, mogę, mogę. Tak, wybaczyłabym.
Nie byłabym taka sama, to prawda, lecz wybaczyłabym - tak jakby w ogóle
nic się nie stało.
- No, oczywiście - Dolly szybko wpadła jej w słowo, jakby mówiła to, o czym często myślała - bo inaczej nie byłoby to przebaczenie. Jeśli
wybaczyć, to całkowicie, całkowicie. No, chodźmy, zaprowadzę cię do
twego pokoju - powiedziała, wstając i po drodze objęła Annę. - Moja
kochana, jak się cieszę, że przyjechałaś, jak się cieszę. Jest mi lżej
na sercu, znacznie lżej.
Rozdział XX
XX
Cały ten dzień Anna spędziła w domu, to znaczy u Obłońskich, nikogo nie
przyjmowała, chociaż niektórzy znajomi zdążyli już się dowiedzieć o jej
przyjeździe i przybyli z wizytą. Cały ranek spędziła z Dolly i dziećmi.
Posłała jedynie liścik do brata, żeby koniecznie przyjechał na obiad do
domu. "Przyjedź. Bóg jest miłosierny" - napisała.
Obłoński był na obiedzie w domu. Przy stole toczyła się ogólna rozmowa,
Dolly odzywała się do męża i zwracała się do niego "ty", czego przedtem
nie było. W relacjach małżonków wciąż była obcość, lecz nie było już
mowy o rozstaniu, w czym Stiepan Arkadjicz widział możliwość wyjaśnień i pogodzenia się.
Zaraz po obiedzie przyjechała Kitty. Bardzo mało znała Annę Arkadjewnę,
jechała więc do siostry nie bez obawy, jak ją przyjmie petersburska
światowa dama, którą tak wszyscy wychwalali. Jednak podobała się Annie,
poczuła to od razu. Karenina wyraźnie zachwycała się jej urodą i młodością i Kitty nawet nie zauważyła, kiedy już poczuła się nie tylko
zawojowana przez nią, ale wręcz w niej zakochana, jak zdolne są zakochać
się młode panienki w starszych mężatkach. Anna nie wyglądała na światową
damę ani na matkę ośmioletniego syna, można by ją było wziąć raczej za
dwudziestoletnią dziewczynę - tak jej ruchy były sprężyste, twarz świeża
i widoczne to w uśmiechu, to w spojrzeniu stałe ożywienie - gdyby nie
poważny, chwilami smutny wyraz jej oczu, który uderzał i przyciągał
Kitty do siebie. Czuła, że Anna była pełna prostoty i niczego nie
ukrywała, lecz miała w sobie też jakiś inny, wyższy świat niedostępnych,
skomplikowanych i poetycznych zainteresowań.
Po obiedzie, gdy Dolly wyszła do swojego pokoju, Anna szybko wstała i podeszła do brata, który właśnie zapalał cygaro.
- Stiwa - powiedziała, wesoło mrugając, kreśląc nad nim znak krzyża i wskazując oczami drzwi. - Idź i niech ci Pan Bóg dopomoże.
Zrozumiał, rzucił cygaro i zniknął za drzwiami.
Gdy Stiepan Arkadjicz wyszedł, wróciła na kanapę i siedziała na niej
otoczona dziećmi. Czy dlatego, że dzieci widziały, że mama kocha tę
ciocię, czy może dlatego, że same wyczuwały w niej szczególny urok,
dwoje starszych, a za nimi również młodsze, jak to często bywa u dzieci,
jeszcze przed obiadem przylgnęły do nowej cioci i nie odchodziły ani na
krok. Wymyśliły nawet coś w rodzaju zabawy, żeby siedzieć jak tylko
można najbliżej cioci, dotykać jej, trzymać ją za maleńką rękę, bawić
się jej pierścionkiem czy chociaż dotykać falbanek jej sukni.
- No, no, siadajmy jak przedtem - powiedziała Anna Arkadjewna i zajęła
swoje miejsce.
I znowu Grisza podsunął głowę pod jej rękę, przytulił się do jej sukni,
a jego buzię rozjaśniły duma i szczęście.
- No więc, kiedy będzie bal? - zwróciła się do Kitty.
- W przyszłym tygodniu i będzie to wspaniały bal. Jeden z tych, na
których zawsze jest wesoło.
- Czy są takie, na których jest zawsze wesoło? - spytała z delikatną
ironią.
- To dziwne, ale są. U Bobriszczowów jest zawsze wesoło, u Nikitinów
również, a u Mieszkowów zawsze nudno. Czy nie zauważyła pani?
- Nie. Moja duszko, na balach już nie jest mi wesoło - odparła Anna i Kitty dostrzegła w jej oczach ten szczególny świat, którego jeszcze nie
znała. - Teraz bale mogą być dla mnie co najwyżej mniej męczące i nudne.
- Jak może być nudno na balu pani?
- A czemu mnie miałoby nie być nudno?
Kitty zauważyła, że Anna wiedziała, jaka będzie odpowiedź.
- Dlatego, że pani zawsze jest najpiękniejsza.
Anna umiała się rumienić. Zarumieniła się i powiedziała:
- Po pierwsze, czasem. Po drugie, gdyby nawet tak było, to co mi z tego?
- Czy będzie pani na tym balu? - spytała Kitty.
- Myślę, że nie da się nie być. Może weź sobie ten - zwróciła się do
Tani, która ściągała luźny pierścionek z jej białego, szczupłego na
końcu palca.
- Bardzo będzie mi miło, jeśli pani się pojawi. Tak chciałabym zobaczyć
panią na balu.
- W każdym razie, jeśli się wybiorę, będę pocieszać się myślą, że sprawi
to pani przyjemność... Grisza, nie szarp, proszę, i tak jestem już
potargana - powiedziała, poprawiając luźny kosmyk włosów, którym bawił
się chłopczyk.
- Na balu wyobrażam sobie panią w kolorze lila.
- Czemu właśnie w lila? - spytała z uśmiechem Anna. - No, dzieci, idźcie
już, idźcie. Słyszycie, miss Hull prosi na herbatę - poleciła,
odrywając od siebie dzieci i kierując je do stołowego.
- Wiem, dlaczego zaprasza mnie pani na bal. Wiele się pani po nim
spodziewa, chciałaby pani, żeby wszyscy tam byli i żeby wszyscy brali w tym udział.
- Skąd pani wie? Rzeczywiście tak jest!
- O, jak piękne przeżywa pani chwile - mówiła Anna. - Pamiętam i znam tę
błękitną mgłę, jakby w górach Szwajcarii. Mgłę, która okrywa wszystko w tym najszczęśliwszym czasie, kiedy już ma się skończyć dzieciństwo i z tego ogromnego kręgu, szczęśliwego, wesołego, wysnuwa się droga coraz
węższa i węższa. Z radością i lękiem wchodzi się do tej amfilady, choć
jest ona jasna i piękna... Która z nas przez to nie przechodziła?
Kitty uśmiechała się w milczeniu. A jak ona przechodziła przez to? Jakże
bym chciała znać cały jej romans - pomyślała, wspominając niepoetycką
powierzchowność Aleksieja Aleksandrowicza, jej męża.
- Trochę wiem. Stiwa mi mówił i gratuluję pani, bardzo mi się podoba -
odezwała się Anna. - Spotkałam Wrońskiego na stacji.
- Ach, był tam? - spytała Kitty i zaczerwieniła się. - I co Stiwa pani
powiedział?
- Wszystko mi wypaplał. I bardzo mi było przyjemnie tego słuchać.
Jechałam wczoraj z matką Wrońskiego - dodała - która przez całą drogę
bez przerwy o nim mówiła. To jej ulubieniec, wiem, jak matki są
zapatrzone, lecz...
- Cóż matka o nim opowiadała?
- Ach, dużo! I wiem, że jest jej ulubieńcem, ale i tak widać, że to
istny rycerz... No, na przykład opowiadała, że chciał oddać cały majątek
bratu, że w dzieciństwie zrobił coś niezwykłego, uratował tonącą
kobietę. Jednym słowem, bohater - ciągnęła Anna, uśmiechając się i wspominając dwieście rubli, które Wroński dał na stacji.
Jednak o dwustu rublach nie powiedziała. Jakoś nieprzyjemnie jej było o tym mówić. Czuła, że było w tym coś, co dotyczyło jej, coś, czego być
nie powinno.
- Bardzo prosiła, żebym ją odwiedziła - mówiła Anna - z chęcią odwiedzę
staruszkę i jutro do niej pojadę. Bogu dzięki, Stiwa długo jest w pokoju
Dolly - dodała, zmieniając temat i wstając, jak się wydało Kitty, z czegoś niezadowolona.
- Nie, ja pierwszy! Nie, ja! - krzyczały dzieci, biegnąc do cioci Anny
po skończonej herbacie.
- Wszystkie razem! - powiedziała Anna i śmiejąc się, pobiegła ku nim,
objęła całą kłębiącą się i piszczącą z zachwytu gromadkę i przewróciła
na kanapę.
Rozdział XXI
XXI
Na herbatę dorosłych Dolly wyszła z pokoju. Stiwa się nie pojawił. Jak
się wydaje, wyszedł od żony tylnym wyjściem.
- Obawiam się, że będzie ci zimno na piętrze - Dolly zwróciła się do
Anny - chciałabym cię przenieść na dół, byłybyśmy też bliżej siebie.
- Ach, proszę, o mnie się nie troszcz - odparła Anna, wpatrując się w twarz Dolly i starając się wybadać, czy nastąpiło pojednanie.
- Będzie ci tu jaśniej - dodała bratowa.
- Mówię ci, że zawsze i wszędzie śpię jak suseł.
- O czym rozmawiacie? - wchodząc do pokoju, Stiepan Arkadjicz zwrócił
się do żony.
Z jego tonu Kitty i Anna wywnioskowały, że małżonkowie się pogodzili.
- Chcę przenieść Annę na dół, ale trzeba by zmienić firanki. Nikt tego
nie zrobi, muszę sama - odpowiedziała mężowi.
- Ach, przestań, Dolly, ze wszystkiego robić trudności - odparł. - Jeśli
chcesz, ja to wszystko załatwię...
Chyba się pogodzili - pomyślała Anna.
- Wiem, jak to załatwisz - odpowiedziała Dolly - każesz Matwiejowi
zrobić coś niewykonalnego, sam odjedziesz, a on wszystko pokręci. - Gdy
to mówiła, zwykły ironiczny uśmiech zmarszczył kąciki jej ust.
Całkowita zgoda, całkowita, całkowita - pomyślała Anna - dzięki Bogu! I uradowana, że miała w tym udział, podeszła do Dolly i pocałowała ją.
- Ależ wcale nie, czemu tak lekceważysz mnie i Matwieja? - zaprotestował
Stiepan Arkadjicz z ledwie zauważalnym uśmiechem.
Przez cały wieczór Dolly jak zawsze była z lekka ironiczna wobec męża,
on zaś zadowolony i pogodny, lecz tylko na tyle, żeby nie pokazać, że
chociaż mu wybaczono, zapomniał swoją winę.
O wpół do dziesiątej wesołą i miłą wieczorną pogawędkę przy herbacie u Obłońskich zakłóciło najzwyczajniejsze na pozór zdarzenie, lecz z jakiegoś powodu wszystkim wydało się ono dziwne. Pomówiwszy o wspólnych
petersburskich znajomych, Anna zerwała się.
- Mam jej fotografię w albumie - powiedziała - a przy okazji pokażę wam
mojego Sieriożę - dodała z dumnym macierzyńskim uśmiechem.
Przed dziesiątą zwykle żegnała się z synem i często zanim wyjechała na
bal, sama kładła go do snu. Teraz zrobiło się jej smutno, że jest tak
daleko od niego. O czymkolwiek by mówiono, ona i tak wracała myślą do
swego kędzierzawego Sierioży. Zapragnęła popatrzeć na jego zdjęcie i porozmawiać o nim. Skorzystała więc z pierwszego pretekstu, wstała i swoim lekkim, zdecydowanym krokiem poszła po album. Schody na piętro
prowadzące do jej pokoju wychodziły na podest innych ogrzewanych schodów
wewnętrznych.
Gdy wychodziła z salonu, w przedpokoju zabrzmiał dzwonek.
- Kto to może być? - zainteresowała się Dolly.
- Po mnie jeszcze za wcześnie, a na kogoś innego za późno - zauważyła
Kitty.
- Pewnie do mnie z dokumentami - dodał Obłoński.
Gdy Anna przechodziła obok schodów, służący biegł na górę, żeby
zaanonsować przybyłego, który stał pod lampą. Anna spojrzała w dół i natychmiast poznała Wrońskiego. W jej sercu nagle drgnęło dziwne uczucie
zadowolenia i zarazem niejasnej obawy. Stał, nie zdejmując palta, i wyjmował coś z kieszeni. Kiedy doszła do połowy schodów, uniósł oczy,
zobaczył ją i na jego twarzy odmalowało się jakieś zawstydzenie i przestrach. Ona zaś z lekka skinęła mu głową i poszła dalej, słysząc z tyłu gromki głos Stiepana Arkadjicza zapraszający przybyłego i cichy,
łagodny i spokojny głos Wrońskiego, który się wymawiał.
Kiedy Anna wróciła z albumem, Wrońskiego już nie było, a Stiwa mówił, że
wstąpił, żeby się dowiedzieć w sprawie obiadu, którym jutro podejmowali
jakąś przyjezdną znakomitość.
- Za nic nie chciał wejść. Jakiś on jest dziwny - dodał.
Kitty się zaczerwieniła. Sądziła, że tylko ona domyśliła się, po co
Wroński przyjechał i dlaczego nie wszedł. Był u nas - rozważała - nie
zastał mnie i pomyślał, że jestem tutaj, jednak nie wszedł, gdyż
wiedział, że już za późno i że Anna tu jest.
Wszyscy popatrzyli na siebie, nic nie mówiąc, i zaczęli oglądać album
Anny.
Nic niezwykłego ani dziwnego nie było w tym, że człowiek wstąpił do
przyjaciela przed dziesiątą, żeby się dowiedzieć o szczegółach
planowanego obiadu i nie wszedł do środka. Jednak wszystkim wydało się
to dziwne. Najbardziej dziwne i niewłaściwe wydało się to Annie.
Rozdział XXII
XXII
Bal dopiero się rozpoczął, gdy Kitty z matką wchodziła na wielkie, jasno
oświetlone schody, udekorowane kwiatami, z upudrowanymi lokajami w czerwonych kaftanach. Z salonów dobiegł jednostajny jak w ulu szmer i kiedy poprawiały fryzury przed lustrem ustawionym na podeście między
drzewkami, z sali balowej dały się słyszeć delikatne, ale wyraźne
dźwięki skrzypiec orkiestry, która zaczęła grać pierwszego walca.
Staruszek po cywilnemu, który przed innym lustrem poprawiał siwe baczki
i od którego bił zapach perfum, zderzył się z nimi na schodach i usunął
się, wyraźnie zachwycony nieznaną mu Kitty. Ogolony młodzieniec, jeden z tych, których stary książę Szczerbacki nazywał gogusiami, w przesadnie
wyciętej kamizelce, poprawiając w biegu biały krawat, ukłonił się i wyprzedziwszy panie, zawrócił i zaprosił Kitty do kadryla. Pierwszy
kadryl już był obiecany Wrońskiemu, więc przyrzekła młodzieńcowi
drugiego. Ubraną w różową suknię Kitty zachwycał się również wojskowy,
który usunąwszy się z wejścia, stał przy drzwiach, zapinając rękawiczkę
i muskając wąsa.
Mimo iż do stroju, uczesania i przygotowań do balu Kitty dołożyła wiele
starań i namysłu, teraz w swej tiulowej sukni na różowym spodzie
wkroczyła na bal tak swobodnie i lekko, jakby tym wszystkim rozetkom i koronkom, wszystkim drobiazgom stroju ani ona, ani domownicy nie
poświęcili nawet chwili uwagi, jak gdyby urodziła się w tym tiulu,
koronkach i z różą z dwoma listkami na szczycie wysokiej fryzury.
Gdy stara księżna chciała przed wejściem na salę balową poprawić jej
podwiniętą wstążkę w pasie, Kitty z lekka się odsunęła. Czuła, że
wszystko samo przez się jest na niej piękne i pełne gracji i że niczego
nie trzeba poprawiać.
Kitty miała szczęśliwy dzień. Suknia nigdzie nie uciskała, koronkowa
berta16 nigdzie nie opadła, rozetki się nie pogniotły i nie
oderwały, różowe pantofelki na wysokich wygiętych obcasikach nie
uwierały, przeciwnie - sprawiały nóżce radość. Gęste pasma jasnych
włosów trzymały się na maleńkiej główce, jakby były własne. Nie oderwał
się żaden z trzech guziczków zapiętych na długiej rękawiczce, która
naciągnięta ciasno nie zniekształcała dłoni. Czarna aksamitka medalionu
bardzo delikatnie otaczała jej szyję. Aksamitka była cudowna i w domu,
kiedy w lustrze oglądała swoją szyję, czuła, że ta aksamitka aż
przemawiała. Co do wszystkiego można było mieć wątpliwości, lecz ta
aksamitka była wspaniała. Kitty uśmiechnęła się także i tu, na balu,
kiedy spojrzała na nią w lustrze. W obnażonych ramionach i rękach czuła
chłód marmuru - wrażenie, które szczególnie lubiła. Oczy jej błyszczały,
a karminowe wargi, świadome swego uroku, nie mogły się nie uśmiechać.
Nie zdążyła jeszcze wejść na salę i dotrzeć do strojnej w tiule, wstążki
i koronki kolorowej ciżby pań oczekujących na zaproszenie do tańca
(Kitty nigdy nie stawała w tym tłumie), gdy już została zaproszona do
walca przez najlepszego kawalera, najlepszego tancerza w balowej
hierarchii, znakomitego wodzireja balów i mistrza ceremonii, żonatego,
pięknego i postawnego mężczyznę Jegoruszkę Korsuńskiego. Właśnie
podziękował hrabinie Boninie, z którą przetańczył pierwszą turę walca, i dokonywał przeglądu swych szeregów, to znaczy kilku par, które pierwsze
ruszyły do tańca, gdy zobaczył wchodzącą Kitty. Podbiegł do niej tym
szczególnym, właściwym tylko wodzirejom balów swobodnym inochodem i ukłoniwszy się, nawet nie pytając o zgodę, podniósł rękę, żeby objąć jej
talię. Obejrzała się, komu mogłaby zostawić wachlarz, a pani domu wzięła
go z uśmiechem.
- Jak dobrze, że przyjechała pani punktualnie - powiedział, obejmując ją
- bo cóż to za zwyczaj, żeby się spóźniać na bal.
Położyła zgiętą lewą rękę na jego ramieniu i szczuplutkie nóżki w różowych pantofelkach szybko, lekko i rytmicznie zaczęły się poruszać w takt muzyki po śliskim parkiecie.
- Tańcząc z panią walca, odpoczywa się - dodał Korsuński, rozpoczynając
pierwsze, wolne kroki walca. - Cudownie, jaka lekkość,
précision17 - powtarzał jej to, co mówił prawie wszystkim
dobrym znajomym.
Uśmiechnęła się na tę pochwałę i przez jego ramię rozglądała się po
sali. Nie była już debiutantką, której wszystkie twarze zlewają się w jedno czarujące wrażenie. Nie należała też do panien, które tyle razy
ciągano po balach, że twarze uczestników były jej znane aż do znudzenia.
Była pośrodku tych dwóch kategorii - czuła się podniecona, a zarazem na
tyle opanowana, żeby obserwować. W lewym rogu sali balowej widziała
skupioną śmietankę towarzystwa. Była tam do niemożliwości wydekoltowana
piękna Liddy, żona Korsuńskiego. Była też pani domu, święcił łysiną
Kriwin, który zawsze bywał tam, gdzie zbierało się najlepsze
towarzystwo. Spoglądała w tę stronę młodzież, nie mając śmiałości
podejść. Tam również odnalazła wzrokiem Stiwę, a następnie dostrzegła
głowę Anny i jej zachwycającą postać w czarnej aksamitnej sukni. Był tam
również on. Kitty nie widziała się z Wrońskim od tamtego wieczora,
kiedy odrzuciła oświadczyny Lewina. Swoim dalekowzrocznym spojrzeniem
natychmiast go poznała, a nawet zauważyła, że na nią patrzy.
- Może przetańczymy jaszcze jedną turę? Nie jest pani zmęczona? - spytał
z lekka zdyszany Korsuński.
- Nie, dziękuję panu.
- Dokąd panią odprowadzić?
- Zdaje się, że Karenina jest na balu, proszę odprowadzić mnie do niej.
- Jak pani sobie życzy.
I Korsuński poprowadził ją w walcu, zwalniając kroku, wprost do
towarzystwa skupionego w lewym rogu sali, powtarzając raz po raz:
Pardon, mesdames, pardon, pardon, mesdames18 i lawirując
pośród morza koronek, tiulu i wstążek, nie zaczepiwszy bodaj za jedno
piórko, ostro obrócił swą damę tak, że odsłoniły się jej szczupłe nóżki
w ażurowych pończoszkach, tren rozpostarł się jak wachlarz i przykrył
kolana Kriwina. Korsuński ukłonił się, wypiął pierś w wyciętej kamizelce
i podał Kitty ramię, żeby ją podprowadzić do Anny Arkadjewny. Kitty
zarumieniła się, zgarnęła tren z kolan Kriwina i czując lekki zawrót
głowy, obejrzała się, szukając wzrokiem Anny. Karenina rozmawiała,
stojąc w otoczeniu pań i mężczyzn. Nie była w sukni lila, jak tego
bardzo pragnęła Kitty, lecz w czarnej, głęboko wyciętej aksamitnej
kreacji, odsłaniającej jej kształtne, jakby wytoczone ze starej kości
słoniowej, pełne ramiona i piersi oraz krągłe ręce o subtelnych,
maleńkich dłoniach. Cała jej suknia była obszyta wenecką gipiurą. Na
głowie, w czarnych włosach bez wstawek, miała maleńką girlandę z bratków
i taka sama girlanda zdobiła czarną wstążkę pasa wzdłuż białych koronek.
Samo jej uczesanie zdawało się niezauważalne - widoczne były tylko
zdobiące ją kapryśne, krótkie pierścionki kędzierzawych włosów, zawsze
wymykające się na karku i na skroniach. Na kształtnej, mocnej szyi miała
sznur pereł.
Kitty widywała się z Anną codziennie, była w niej zakochana i wyobrażała
ją sobie koniecznie w kolorze lila. Teraz jednak, gdy zobaczyła ją w czerni, uświadomiła sobie, że nie znała całego jej uroku. Dziś widziała
ją zupełnie inną, niż się spodziewała. Zrozumiała, że Anna nie mogła
mieć kreacji lila i że jej urok polegał na tym, iż wyłaniała się ze swej
sukni, że suknia na niej była jakby niewidoczna. Na tę czarną kreację ze
wspaniałymi koronkami nikt nie patrzył - to była jedynie ramka, widoczna
zaś była tylko ona, prosta, naturalna, wykwintna, a zarazem wesoła i ożywiona.
Stała, trzymając się jak zawsze bardzo prosto, a kiedy Kitty podeszła do
tej gromadki, rozmawiała z panem domu, z lekka kierując ku niemu głowę.
- Nie, nie rzucę kamieniem, chociaż nie rozumiem - odpowiadała mu,
wzruszając ramionami, i od razu z czułym opiekuńczym uśmiechem zwróciła
się do Kitty. Szybkim kobiecym spojrzeniem obrzuciła jej suknię i zrobiła prawie niewidoczny, lecz zrozumiały dla Kitty ruch głową,
wyrażający pochwałę dla jej stroju i urody. - Pani nawet wchodzi na
salę, tańcząc - powiedziała.
- To jest jedna z moich najważniejszych pomocnic - oznajmił Korsuński,
kłaniając się Annie Arkadjewnie, której dziś jeszcze nie widział. -
Księżniczka sprawia, że bal staje się wesoły i piękny. Anno Arkadjewno,
proszę o turę walca - dodał z ukłonem.
- Państwo się znają? - spytał pan domu.
- A kogo my nie znamy? Oboje z żoną jesteśmy jak zły szeląg, wszyscy nas
znają. Proszę o turę walca, Anno Arkadjewno.
- Nie tańczę, jeśli można nie tańczyć - odparła.
- Dzisiaj jednak nie można - zapewnił Korsuński.
W tej chwili podszedł Wroński.
- No, jeśli dzisiaj nie wolno nie tańczyć, to chodźmy - powiedziała, nie
dostrzegając ukłonu Wrońskiego, i szybko położyła rękę na ramieniu
Korsuńskiego.
Czemu jest z niego niezadowolona? - pomyślała Kitty, widząc, że Anna
umyślnie nie odpowiedziała na ukłon Wrońskiego. Ten podszedł do Kitty,
przypomniał o pierwszym kadrylu i wyraził żal, że aż do tej pory nie
miał przyjemności jej widzieć. Kitty słuchała go i z zachwytem patrzyła
na tańczącą Annę. Spodziewała się, że Wroński poprosi ją do walca, ale
nie poprosił, więc spojrzała na niego pytająco. Zaczerwienił się i pospiesznie chciał rozpocząć taniec, lecz gdy tylko objął jej smukłą
talię i zrobił pierwszy krok, muzyka umilkła. Kitty spojrzała mu w twarz, która była tak blisko, i to pełne miłości spojrzenie, na które
nie odpowiedział, długo później, po latach, męczącym wstydem raniło jej
serce.
- Pardon, pardon! Walc, walc! - z drugiego końca sali zawołał
Korsuński, pochwycił pierwszą z brzegu pannę i zaczął tańczyć.
Rozdział XXIII
XXIII
Wroński przetańczył z Kitty kilka tur walca. Po tańcu Kitty podeszła do
matki i ledwie zdążyła wymienić kilka słów z hrabiną Nordston, gdy
Wroński przyszedł po nią, prosząc do pierwszego kadryla. Podczas tego
tańca nic znaczącego nie zostało powiedziane, przerywana rozmowa
dotyczyła to małżonków Korsuńskich, których zabawnie określał jako miłe
czterdziestoletnie dzieci, to planowanego teatru amatorskiego i tylko
raz poruszyło ją do głębi, gdy spytał o Lewina, czy jest tutaj, i dodał,
że bardzo mu się podobał. Jednak Kitty nie spodziewała się niczego
więcej po kadrylu. Z zamierającym sercem oczekiwała mazura. Zdawało się
jej, że w mazurze wszystko się rozstrzygnie. Wcale jej nie niepokoiło,
że podczas kadryla nie poprosił o mazura. Była pewna, że zatańczy mazura
z nim, tak jak na poprzednich balach, i nie przyjęła pięciu propozycji,
mówiąc, że nie tańczy. Cały bal aż do ostatniego kadryla był dla Kitty
czarodziejskim snem, pełnym radosnych barw, dźwięków i poruszeń. Nie
tańczyła tylko wtedy, gdy czuła się zbyt zmęczona i prosiła o odpoczynek. Jednak gdy tańczyła ostatniego kadryla z jednym z nudnych
chłopców, któremu nie można było odmówić, znalazła się vis-a-vis
Wrońskiego i Anny. Od początku balu nie miała okazji porozmawiać z Anną
i teraz nieoczekiwanie znowu zobaczyła ją zupełnie inną. Dostrzegła w niej tak znane jej samej podniecenie sukcesem. Widziała, że Anna upaja
się rozkoszą wywoływanego zachwytu. Znała to uczucie i jego oznaki.
Widziała je w Annie - migotliwy, wzniecający się blask oczu, uśmiech
szczęścia i podniecenia, mimowolnie wyginający wargi, i wyrazista
gracja, pewność i lekkość ruchów.
Kto? - zadawała sobie pytanie. - Wszyscy czy ktoś jeden? Nie wspierając
tańczącego z nią młodzieńca w rozmowie, której wątek zgubił i nie mógł
do niego nawiązać, a przez to się męczył, na pozór stosowała się do
wesołych gromkich komend Korsuńskiego, który to rzucał wszystkie pary to
do grand rond19, to do chaîne20, obserwowała i serce
ściskało się jej coraz bardziej. Nie, to nie uwielbienie tłumu ją
upoiło, lecz zachwyt kogoś jednego. Kogo? Czyżby to był on? Za każdym
razem, gdy mówił do Anny, w jej oczach zapalał się radosny blask i uśmiech szczęścia pojawiał się na jej czerwonych ustach. Lecz cóż on?
Kitty popatrzyła na Wrońskiego i ogarnęło ją przerażenie. To, co tak
wyraźnie widziała w lustrze jej twarzy, zobaczyła też w nim. Gdzie się
podział jego zawsze opanowany, stanowczy sposób bycia oraz beztroski i spokojny wyraz twarzy? O nie, teraz za każdym razem, gdy się do niej
zwracał, pochylał nieco głowę, jak gdyby chciał przed nią uklęknąć i jego spojrzenie wyrażało jedynie pokorę i lęk. Nie chcę pani urazić -
jakby za każdym razem mówiło jego spojrzenie - lecz chciałbym ratować
siebie, a nie wiem jak. Jego twarz miała taki wyraz, jakiego nigdy
przedtem nie widziała.
Rozmawiali o wspólnych znajomych, mówili o jak najbardziej błahych
rzeczach, lecz Kitty wydawało się, że każde wypowiedziane przez nich
słowo rozstrzygało o ich i jej losie. I dziwne było to, że chociaż
rzeczywiście mówili, jak śmieszny jest Iwan Iwanowicz ze swoją
francuszczyzną i o tym, że dla Jeleckiej można byłoby znaleźć inną
partię, to słowa te miały dla nich jakieś inne znaczenie i czuli to
podobnie jak Kitty. W jej sercu cały bal, cały świat, wszystko okryła
mgła. Jedynie twarda szkoła wychowania, jaką miała za sobą,
podtrzymywała ją i zmuszała, aby robiła to, czego od niej wymagano, to
znaczy tańczyła, odpowiadała na pytania, rozmawiała, nawet się
uśmiechała. Jednak kiedy miał się rozpocząć mazur, kiedy już zaczęto
odsuwać krzesła i niektóre pary ruszyły z małych salonów do dużej sali,
ogarnęły ją rozpacz i przerażenie. Odmówiła pięciu kawalerom i teraz
została sama. Nie było najmniejszej nadziei, że ktoś ją poprosi, gdyż
miała zbyt wielkie powodzenie w towarzystwie i nikomu do głowy by nie
przyszło, że do tej pory nie została zaproszona. Trzeba było powiedzieć
matce, że jest chora i wracać do domu, lecz na to nie starczyło jej sił.
Czuła się unicestwiona.
Weszła do małego saloniku i osunęła się na fotel. Zwiewny dół sukni
uniósł się jak obłok wokół jej wąskiej talii, jedna obnażona, szczupła,
delikatna ręka, bezsilnie opuszczona, utonęła w fałdach różowej tuniki.
W drugiej trzymała wachlarz i szybkimi, krótkimi ruchami chłodziła
rozpaloną twarz. Jednak mimo pozorów motyla, który właśnie przysiadł na
źdźble trawy i już gotów odfrunąć, rozprostować tęczowe skrzydła,
straszna rozpacz dławiła jej serce.
A może się mylę, może nic takiego nie było?
I na nowo rozpamiętywała wszystko, co widziała.
- Kitty, a cóż to takiego? - odezwała się hrabina Nordston, która
bezszelestnie po dywanie podeszła do niej. - Nic nie rozumiem.
Kitty szybko się podniosła, jej dolna warga drgnęła.
- Nie tańczysz mazura?
- Nie, nie - odparła Kitty głosem łamiącym się od łez.
- Przy mnie poprosił ją do mazura - powiedziała hrabina, pewna, że Kitty
zrozumie, kim są on i ona. - A ona odparła: czy nie tańczy pan z księżniczką Szczerbacką?
- Ach, wszystko mi jedno! - odrzekła Kitty.
Nikt poza nią samą nie rozumiał jej sytuacji, nikt nie wiedział, że
wczoraj odmówiła ręki człowiekowi, którego być może kochała, a odmówiła
dlatego, że wierzyła drugiemu.
Hrabina Nordston odszukała Korsuńskiego, z którym miała tańczyć mazura,
i nakazała mu, żeby poprosił do tańca Kitty.
Tańczyła w pierwszej parze i na szczęście nie musiała nic mówić, gdyż
Korsuński ciągle biegał, dyrygując balem. Wroński i Anna tańczyli niemal
naprzeciwko niej. Widziała ich swymi dalekowzrocznymi oczami, widziała
też z bliska, gdy stykali się parami, a im dłużej na nich patrzyła, tym
bardziej upewniała się, że stało się nieszczęście. Widziała, że czują
się sami w tej pełnej sali. Na twarzy Wrońskiego, zawsze tak stanowczej
i pewnej siebie, widziała to, co ją uderzyło - wyraz bezradności i pokory, podobny do miny mądrego psa, kiedy czuje swoją winę.
Anna uśmiechała się i ten uśmiech udzielał się jemu, zamyślała się - i on stawał się poważny. Jakaś nadprzyrodzona siła przyciągała wzrok Kitty
do twarzy Anny. Była cudowna w swojej czarnej sukni, cudowne były jej
krągłe ręce w bransoletkach, cudowna jędrna szyja ze sznurem pereł,
cudowne falujące włosy nieco wzburzonej fryzury, cudowne lekkie ruchy
drobnych stóp i dłoni, cudowna jej piękna twarz w swoim ożywieniu.
Jednak w jej piękności było coś strasznego i okrutnego.
Kitty zachwycała się nią jeszcze bardziej niż wcześniej i coraz bardziej
cierpiała. Czuła się zmiażdżona i na jej twarzy było to widać. Kiedy
zetknęli się w mazurze, Wroński omal jej nie poznał - tak była
zmieniona.
- Piękny bal - odezwał się do niej, żeby coś powiedzieć.
- Tak - ucięła.
W połowie mazura, wykonując skomplikowaną figurę, świeżo wymyśloną przez
Korsuńskiego, Anna wyszła na środek koła, wybrała dwóch tancerzy i poprosiła do siebie jedną z dam oraz Kitty. Podchodząc, Kitty spojrzała
na nią z lękiem. Anna patrzyła zmrużonymi oczami, uścisnęła jej dłoń i uśmiechnęła się. Jednak widząc, że Kitty w odpowiedzi na jej uśmiech
spojrzała na nią z rozpaczą i zdziwieniem, odwróciła się i zaczęła
wesoło rozmawiać z drugą damą.
Tak, ona ma w sobie coś obcego, szatańskiego i uroczego zarazem -
pomyślała Kitty.
Anna nie chciała zostać na kolacji, lecz pan domu zaczął ją upraszać.
- Ależ, Anno Arkadjewno - zaczął Korsuński, chowając jej obnażone ramię
pod rękawem swego fraka. - Jaki mam pomysł do kotyliona! Un
bijou!21
I z wolna posuwał się, pociągając Annę za sobą. Pan domu uśmiechał się z aprobatą.
- Nie, nie zostanę - odparła Anna z uśmiechem. Jednak mimo uśmiechu
zarówno Korsuński, jak i pan domu z jej stanowczego tonu zrozumieli, że
nie zostanie.
- Nie, bo i tak na jednym państwa balu tańczyłam więcej niż w Petersburgu przez całą zimę - dodała, spoglądając na stojącego obok niej
Wrońskiego. - Muszę odpocząć przed podróżą.
- Zdecydowanie jutro pani odjeżdża? - spytał Wroński.
- Myślę, że tak - odparła, jakby zdziwiona śmiałością jego pytania.
Jednak gdy to mówiła, sparzył go uśmiech i drżący blask oczu, którego
nie potrafiła powstrzymać.
Anna Arkadjewna nie została na kolacji i odjechała do domu.
Rozdział XXIV
XXIV
Tak, jest we mnie coś wstrętnego i odpychającego - myślał Lewin, gdy
szedł do brata po wyjściu od Szczerbackich. - Nie pasuję do innych
ludzi. Pycha, mówią. Nie, we mnie nawet nie ma pychy. Gdyby była, nie
znalazłbym się w takiej sytuacji. I wyobrażał sobie Wrońskiego,
szczęśliwego, dobrego, mądrego i statecznego, który nigdy nie był w tak
okropnej sytuacji, w jakiej jemu przyszło być tego wieczora. Tak,
musiała wybrać jego. Tak trzeba i do nikogo ani o co nie mogę mieć
pretensji. Sam sobie jestem winny. Jakie miałem prawo myśleć, że zechce
połączyć swoje życie z moim? Kim ja jestem? I czym? Marnym człowiekiem,
nikomu i do niczego niepotrzebnym. Przyszedł mu na myśl brat Nikołaj i z radością zatrzymał się przy tym wspomnieniu. Czy nie ma racji, że
wszystko na świecie jest głupie i wstrętne? Wątpię, czy słusznie myślimy
i myśleliśmy o bracie Nikołaju. Oczywiście, z punktu widzenia Prokofija,
który widział go pijanego i w porwanym futrze, to człowiek godny
pogardy. Jednak znam go innego. Znam jego duszę i wiem, że jesteśmy do
siebie podobni. Tymczasem zamiast go odszukać, pojechałem na obiad, a potem tutaj. Podszedł do latarni, odczytał adres brata, który miał w portfelu, i zawołał dorożkę. Przez całą długą drogę do Nikołaja
odtwarzał w pamięci wszystkie znane mu wydarzenia z jego życia.
Wspominał, jak brat na uniwersytecie i rok po studiach, nie bacząc na
kpiny kolegów, żył jak mnich, ściśle przestrzegając wszelkich obrzędów
religijnych, nabożeństw, postów i unikał jakichkolwiek przyjemności, w szczególności kobiet. I potem coś w nim pękło, zbliżył się do
najnędzniejszych ludzi i pogrążył w najbardziej rozwiązłym rozpasaniu.
Później przypomniała mu się historia chłopca, którego brat zabrał ze wsi
na wychowanie i w ataku złości tak go zbił, że wytoczono mu sprawę o spowodowanie kalectwa. Potem przypomniał sobie historię z szulerem, do
którego Nikołaj przegrał pewną sumę, wystawił mu weksel, a potem sam go
zaskarżył, dowodząc, że tamten go oszukał. (Były to właśnie pieniądze,
które zapłacił Siergiej Iwanycz). Przypomniał też sobie, jak brat
spędził noc w areszcie z powodu wszczętej burdy. Wspomniał też
skandaliczny proces z bratem, Siergiejem Iwanyczem, o to, że tamten
rzekomo nie wypłacił mu należnej części spadku po matce, i ostatnią
sprawę, kiedy Nikołaj przyjął posadę w zachodniej części imperium i trafił tam pod sąd za pobicie wójta... Wszystko to było obrzydliwe, lecz
Konstantinowi wydawało się wcale nie tak straszne, jak mogli widzieć to
ci, którzy nie znali Nikołaja Lewina, nie znali całej jego historii ani
jego serca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Cytaty z Pisma Świętego za: Biblia Tysiąclecia. Tu: Rz 12,19 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
2. Mój skarbie (wł.). [wróć]
3. Ziercało - w starej ruszczyźnie - lustro. Tu - symbol praw. Taką nazwę nosiła ustawiana w głównej sali carskich urzędów trójstronna piramida z dwugłowym orłem na szczycie i wypisanymi po bokach trzema dekretami Piotra I. [wróć]
4. Tu: szajki (fr.). [wróć]
5. Niedźwiadek (ang.). [wróć]
6. Ryżowy puder i ocet toaletowy (fr.). [wróć]
7. Tu i dalej - w oryginale niepoprawny język francuski kelnera. [wróć]
8. Wielkiej damy (fr.). [wróć]
9. Luźne nawiązanie do wiersza A. Puszkina Z Anakreonta. [wróć]
10. A. Puszkin, Przypomnienie, przekład A. Mickiewicz. [wróć]
11. Jest niebiańsko, gdy przemogłem moją ziemską żądzę, lecz również gdy mi się to nie udawało, miałem niemałą przyjemność. H. Heine, przekład z Wikipedii. [wróć]
12. Niech się wstydzi ten, kto opacznie to zrozumie (fr.). [wróć]
13. Nie w moim guście (ang.). [wróć]
14. Szwagierka (fr.). [wróć]
15. Wciąż jeszcze wyznajesz idealną miłość. Tym lepiej, mój kochany, tym lepiej (fr.). [wróć]
16. Ozdobna lamówka, np. z koronki, wokół dekoltu sukni balowej. [wróć]
17. Precyzja (fr.). [wróć]
18. Przepraszam panie, przepraszam, przepraszam panie (fr.). [wróć]
19. Wielkie koło (fr.). [wróć]
20. Łańcuch (fr.). [wróć]
Rozdział I
I
Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa
rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.
W domu Obłońskich powstało zamieszanie. Żona dowiedziała się, że mąż
wdał się w amory z Francuzką, guwernantką ich dzieci, i oświadczyła, że
nie może mieszkać z nim w jednym domu. Ta sytuacja trwała już trzeci
dzień i była męcząca zarówno dla samych małżonków, jak i dla wszystkich
członków rodziny oraz domowników. Wszyscy członkowie rodziny i domownicy
czuli, że ich współżycie nie ma sensu i że w każdym zajeździe
przypadkowo poznani ludzie są bardziej związani ze sobą niż oni,
członkowie rodziny i domownicy Obłońskich. Żona nie wychodziła ze swoich
pokoi, męża od trzech dni nie było w domu. Dzieci biegały jak porzucone,
bowiem angielska bona posprzeczała się z klucznicą i wysłała do
przyjaciółki karteczkę z prośbą o znalezienie jej nowego miejsca. Kucharz odszedł wczoraj akurat w czasie
obiadu. Gotująca dla służby kucharka oraz stangret prosili o odprawę.
Na trzeci dzień po kłótni książę Stiepan Arkadjicz Obłoński - Stiwa, jak
go nazywano w towarzystwie - o zwykłej porze, to znaczy o ósmej rano,
obudził się nie w sypialni żony, ale w swoim gabinecie na safianowej
kanapie. Obrócił swoje pełne, wypielęgnowane ciało na sprężynach kanapy,
jak gdyby chciał znowu zasnąć na długo, objął mocno poduszkę i przylgnął
do niej policzkiem. Jednak nagle się zerwał, usiadł na kanapie i otworzył oczy.
Tak, tak, jak to było? - myślał, przypominając sobie sen. - Jak to było?
Tak! Alabin wydawał obiad w Darmstadcie; nie, nie w Darmstadcie, to było
coś amerykańskiego. Tak, lecz tam Darmstadt był w Ameryce. Tak, Alabin
wydawał obiad na szklanych stołach, tak - i stoły śpiewały: Il mio
tesoro2, nawet nie Il mio tesoro, ale coś lepszego i były
jakieś maleńkie karafeczki, a one były kobietami - przypominał sobie.
Oczy Stiepana Arkadjicza wesoło rozbłysły i z uśmiechem się zamyślił.
Tak, dobrze było, bardzo dobrze. Było tam jeszcze wiele znakomitych
rzeczy, ale nie da się wypowiedzieć słowami, a nawet myślami na jawie
wyrazić. Zobaczył smugę światła, która przebiła się z boku jednej ze
stor, wesoło spuścił nogi z kanapy, namacał nimi wyhaftowane przez żonę
(prezent urodzinowy w ubiegłym roku), wykończone złocistym safianem
kapcie i zgodnie ze starym, dziewięcioletnim już nawykiem, nie wstając,
wyciągnął rękę tam, gdzie w sypialni wisiał jego szlafrok. Wtedy naraz
przypomniał sobie, jak i dlaczego nie śpi w sypialni żony, lecz w gabinecie. Uśmiech spełzł z jego twarzy i czoło się zmarszczyło.
Ach, ach, ach! Aaa...! - stęknął, przypominając sobie wszystko, co
zaszło. I w wyobraźni na nowo ożyły wszystkie szczegóły kłótni z żoną,
cała beznadziejność jego sytuacji i najbardziej męcząca jego własna
wina.
Tak! Nie wybaczy mi i nie może wybaczyć. A najstraszniejsze jest to, że
wszystko to ma być moja wina, moja wina, chociaż nie jestem winny. W tym
właśnie cały dramat - myślał. - Ach, ach, ach! - powtarzał z rozpaczą,
wspominając najtrudniejsze dla siebie wrażenia z tej kłótni.
Najbardziej przykra była ta pierwsza chwila, kiedy po powrocie z teatru,
wesoły i zadowolony, z wielką gruszką dla żony w ręce, nie znalazł żony
w salonie; ku swemu zdziwieniu nie znalazł jej również w gabinecie, w końcu zobaczył ją w sypialni z nieszczęsną, ujawniającą wszystko kartką
w dłoniach.
Wiecznie zatroskana, zabiegana i ograniczona, jak o niej myślał, Dolly
siedziała nieruchomo z liścikiem w ręce i patrzyła na niego z wyrazem
przerażenia, rozpaczy i gniewu.
- Co to jest? To? - pytała, pokazując liścik.
I przy tym wspomnieniu, jak to często bywa, męczyło Stiepana Arkadjicza
nie tyle samo zdarzenie, ile to, jak odpowiedział na te słowa żony.
W owej chwili stało się z nim to, co dzieje się z ludźmi, gdy
nieoczekiwanie są złapani na czymś zbyt haniebnym. Nie potrafił
przygotować swojej twarzy na sytuację, w której się znalazł po
ujawnieniu jego winy. Zamiast się obrazić, zaprzeczać, tłumaczyć,
przepraszać, nawet pozostać obojętnym - wszystko byłoby lepsze niż to,
co zrobił! - nagle całkowicie mimowolnie (odruchy mózgu - pomyślał
Stiepan Arkadjicz, który lubił fizjologię), uśmiechnął się zwykłym,
dobrym i dlatego głupim uśmiechem.
Tego głupiego uśmiechu nie mógł sobie darować. Ujrzawszy ten uśmiech,
Dolly wzdrygnęła się jak od fizycznego bólu, wybuchła z właściwą jej
porywczością potokiem bezlitosnych słów i wybiegła z pokoju. Od tej
chwili nie chciała widzieć męża.
Wszystkiemu winien ten głupi uśmiech -myślał Stiepan Arkadjicz. - Lecz cóż robić? cóż robić? - powtarzał z rozpaczą i nie znajdował odpowiedzi.
Rozdział II
II
Stiepan Arkadjicz był człowiekiem wobec siebie uczciwym. Nie potrafił
się oszukiwać i wmawiać sobie, iż żałuje swego postępku. Nie mógł teraz
żałować tego, za co się kajał kiedyś, może sześć lat temu, gdy dopuścił
się pierwszej niewierności wobec żony. Nie mógł żałować tego, że jako
trzydziestoczteroletni, przystojny, kochliwy mężczyzna nie był zakochany
w zaledwie o rok młodszej od siebie żonie, matce pięciorga żywych i dwójki zmarłych dzieci. Żałował jedynie, że nie potrafił lepiej ukryć
się przed żoną. Jednak czuł cały ciężar swej sytuacji i współczuł żonie,
dzieciom oraz sobie. Być może, potrafiłby lepiej ukryć swoje grzechy,
gdyby spodziewał się, że wiadomość tak na żonę podziała.
Nigdy nie przemyślał tej sprawy do końca, jednak mgliście wydawało mu
się, iż żona od dawna się domyślała, że nie jest jej wierny, i patrzy na
to przez palce. Nawet przypuszczał, że ona, zmizerowana, postarzała, już
nieładna, zwyczajna i prosta kobieta, a jedynie dobra matka rodziny, z poczucia sprawiedliwości powinna być pobłażliwa. Okazało się, że jest
wprost przeciwnie.
Ach, to straszne! Aj, aj, aj! Straszne! - powtarzał sobie Stiwa i nic
nie potrafił wymyślić. - Jak dobrze było dotąd, jak dobrze nam się żyło!
Była zadowoloną, szczęśliwą matką, nie przeszkadzałem jej w niczym,
umożliwiałem zajmowanie się dziećmi i domem, tak jak chciała. To prawda,
źle się stało, że ona była guwernantką w naszym domu. Niedobrze! Jest
coś trywialnego, pospolitego w zalecaniu się do własnej guwernantki.
Lecz jaka guwernantka! (Żywo wyobraził sobie czarne szelmowskie oczy
mademoiselle Roland i jej uśmiech). Ale przecież dopóki była u nas w domu, na nic sobie nie pozwalałem. I najgorsze jest to, że ona już...
Zdaje się, że wszystko to jakby specjalnie. Aj, aj, aj! Ajaj! Lecz cóż,
cóż robić?
Odpowiedzi nie było oprócz tej ogólnej, jaką życie daje na wszystkie
najtrudniejsze i nierozwiązywalne problemy. Oto ona: trzeba żyć
potrzebami dnia, to znaczy starać się zapomnieć. Zanurzyć się we śnie
już nie można, w każdym razie przed nocą, nie można też wrócić do tej
muzyki, którą nuciły karafeczki-kobiety. Trzeba więc pogrążyć się we
śnie życia.
Potem się zobaczy - powiedział sobie Stiwa, wstał, nałożył szary
szlafrok na błękitnej jedwabnej podszewce, przewiązał się sznurem,
obficie nabrał powietrza do swej szerokiej klatki piersiowej, zwykłym
rześkim krokiem stawianych na zewnątrz stóp, które tak lekko nosiły jego
pełne ciało, podszedł do okna, odciągnął storę i głośno zadzwonił. Na
dzwonek natychmiast zjawił się stary przyjaciel, kamerdyner Matwiej,
niosący ubranie, buty i telegram. W ślad za Matwiejem wszedł fryzjer z przyborami do golenia.
- Są papiery z urzędu? - spytał Stiepan Arkadjicz, wziął telegram i usiadł przed lustrem.
- Na stole - odparł Matwiej, spojrzał na pana pytająco i ze
współczuciem, a po chwili dodał z chytrym uśmieszkiem: - Od właściciela
dorożki przychodzili.
Stiepan Arkadjicz nie odpowiedział, tylko w lustrze spojrzał na
Matwieja. W spojrzeniu, którym się spotkali, było widać, że się
wzajemnie rozumieją. Spojrzenie Stiepana Arkadjicza jak gdyby pytało: Po
co mi to mówisz? Czyżbyś nie wiedział?
Matwiej wsunął dłonie do kieszeni kamizelki, odstawił w bok nogę i milcząc, dobrodusznie, z lekka się uśmiechając, popatrzył na swego pana.
- Kazałem przyjść w niedzielę, a do tej pory żeby niepotrzebnie nie
niepokoili pana i siebie - wygłosił, jak się wydaje, przygotowane
zdanie.
Stiepan Arkadjicz domyślił się, że Matwiej chciał zażartować i zwrócić
na siebie uwagę. Otworzył depeszę i przeczytał ją, w myśli poprawiając
przekłamane jak zwykle słowa, i twarz mu pojaśniała.
- Matwieju, siostra Anna Arkadjewna będzie jutro - oznajmił, zatrzymując
na chwilę gładziutką, pulchną rączkę cyrulika, która oczyszczała różową
drogę między długimi, kędzierzawymi bokobrodami.
- Dzięki Bogu - powiedział Matwiej, pokazując w ten sposób, że rozumie
tak samo jak pan znaczenie tego przyjazdu, to znaczy, że Anna
Arkadjewna, ukochana siostra Stiepana Arkadjicza, może pomóc w pogodzeniu męża z żoną.
- Jaśnie pani sama czy z małżonkiem? - spytał Matwiej.
Stiepan Arkadjicz nie mógł mówić, ponieważ fryzjer był zajęty jego górną
wargą, więc podniósł jeden palec. Matwiej kiwnął głową do lustra.
- Sama. Na górze przygotować?
- Zamelduj Darii Aleksandrownie. Przygotuj, gdzie każe.
- Darii Aleksandrownie? - jakby wątpiąc, odezwał się Matwiej.
- Tak, zamelduj. I weź telegram. Przekaż mi, co Daria Aleksandrowna
powie.
Spróbować chcesz - domyślił się Matwiej, lecz odrzekł tylko:
- Tak jest.
Stiepan Arkadjicz, już umyty i uczesany, miał zamiar się ubierać, gdy
Matwiej, powoli stąpając poskrzypującymi butami po miękkim dywanie, z telegramem w dłoni, wrócił do pokoju. Fryzjera już nie było.
- Daria Aleksandrowna kazali powiedzieć, że wyjeżdża. Niech robią jaśnie
pan, jak im się podoba - oznajmił, śmiejąc się samymi oczami, i spoglądał na pana z głową przechyloną na bok i dłońmi w kieszeniach
kamizelki.
Stiepan Arkadjicz milczał przez chwilę. Później na jego urodziwej twarzy
pojawił się dobroduszny i nieco markotny uśmiech.
- No? Matwieju? - odezwał się, kiwając głową.
- To nic, jaśnie książę, ułoży się - odparł Matwiej.
- Ułoży się?
- Tak jest.
- Myślisz? A tam kto? - spytał Stiepan Arkadjicz, słysząc za drzwiami
szelest kobiecej sukni.
- To ja - odezwał się stanowczy i przyjemny kobiecy głos i zza drzwi
wysunęła się surowa, dziobata twarz niani, Matriony Filimonowny.
- No co, Matriosza? - spytał Stiepan Arkadjicz, wychodząc do niej.
Mimo że Stiepan Arkadjicz był absolutnie winny wobec żony i sam to czuł,
prawie wszyscy w domu, nawet niania, najlepsza przyjaciółka Darii
Aleksandrowny, byli po jego stronie.
- No co? - powtórzył z przygnębieniem.
- Niech jaśnie książę pójdzie, przeprosi jeszcze raz. Może Bóg da.
Bardzo się męczy i żal patrzeć, a i wszystkim w domu jest okropnie
ciężko. Nad dziećmi, jaśnie panie, trzeba się użalić. Niech jaśnie
książę przeprosi. Co robić! Cierp ciało...
- Przecież nie przyjmie...
- A jaśnie książę niech zrobi swoje. Bóg jest miłosierny. Módlcie się do
Boga, jaśnie panie. Módlcie się do Boga.
- No dobrze, możesz odejść - powiedział nagle poczerwieniały Stiepan
Arkadjicz. - No to ubierajmy się - zwrócił się do Matwieja i zdecydowanie zrzucił szlafrok.
Matwiej, zdmuchując coś niewidzialnego, już trzymał koszulę niczym
chomąto i z wyraźną przyjemnością nałożył ją na wypielęgnowane ciało
pana.
Rozdział III
III
Obłoński, już ubrany, spryskał się perfumami, wyciągnął rękawy koszuli,
nawykłym ruchem rozłożył po kieszeniach papierosy, portfel, zapałki,
zegarek z dwoma łańcuszkami i brelokami, po czym, strzepnąwszy
chusteczkę do nosa, poczuł się czysty, pachnący, zdrowy i mimo swego
nieszczęścia wesoły, więc z lekka przestępując z nogi na nogę, przeszedł
do stołowego, gdzie już czekała na niego kawa i ułożone obok listy i papiery z urzędu.
Stiepan Arkadjicz usiadł i przeczytał listy. Jeden był bardzo
nieprzyjemny - od przedsiębiorcy, który kupował las w majątku żony. Las
trzeba było sprzedać, jednak w obecnej sytuacji, przed pogodzeniem się z żoną, nie mogło być o tym mowy. Najgorsze było to, że do pogodzenia się
z żoną mieszał się interes pieniężny. Czuł się urażony samą myślą, że
mógłby się kierować korzyścią i dla sprzedaży lasu szukać pojednania z żoną.
Gdy skończył z listami, przysunął bliżej papiery z urzędu, szybko
przekartkował dwie sprawy, długim ołówkiem zanotował kilka uwag i odsunąwszy papiery, sięgnął po rogalika. Przy kawie rozpostarł jeszcze
wilgotną poranną gazetę i zaczął czytać.
Stiepan Arkadjicz prenumerował i czytał liberalną gazetę o kierunku nie
skrajnym, lecz tym samym, który podzielała większość, mimo że ani nauka,
ani sztuka, ani polityka właściwie go nie interesowały. Twardo trzymał
się takich poglądów na wszystkie sprawy, jakie wyznawała większość i jego gazeta, oraz zmieniał je tylko wtedy, gdy ta większość je zmieniała
lub ściślej - nie zmieniał ich, gdyż one same się w nim niezauważalnie
zmieniały.
Obłoński nie wybierał ani kierunku, ani poglądów. Te kierunki i poglądy
same przychodziły do niego, dokładnie tak samo nie wybierał fasonu
kapelusza czy surduta, ale brał te, które są noszone. Jemu, który żył w wiadomym społeczeństwie, przy potrzebie pewnej aktywności umysłowej,
rozwijającej się zazwyczaj w latach dojrzałości, własne poglądy był tak
samo niezbędne jak posiadanie kapelusza. Jeśli nawet istniała przyczyna,
dla której przedkładał kierunek liberalny nad konserwatywny, z którym
wiązało się wiele osób jego kręgu, to stało się tak nie dlatego, że
uważał kierunek liberalny za bardziej rozumny, lecz dlatego, że bardziej
pasował do jego trybu życia. Partia liberalna mówiła, że w Rosji
wszystko jest niedobre, i rzeczywiście - Stiepan Arkadjicz długów miał
dużo, a pieniędzy zdecydowanie nie wystarczało. Partia liberalna mówiła,
że małżeństwo to przeżyta instytucja i że konieczne jest jej
zreformowanie, i rzeczywiście - życie rodzinne dawało mu mało
zadowolenia i zmuszało do kłamstwa i udawania, co było wstrętne jego
naturze. Partia liberalna mówiła czy może raczej miała na myśli, że
religia jest tylko uzdą dla barbarzyńskiej części społeczeństwa i rzeczywiście - Stiwa bez bólu w nogach nie mógł znieść nawet krótkiego
nabożeństwa i nie potrafił zrozumieć, czemu służą te straszne i górnolotne słowa o tamtym świecie, gdy i na tym świecie można by było
żyć bardzo wesoło. Jednocześnie Stiepanowi Arkadjiczowi, który lubił
wesoły żart, było przyjemnie czasem zaskoczyć spokojnego człowieka
stwierdzeniem, że jeśli już szczycić się rasą, to nie warto zatrzymywać
się na Ruryku i wypierać pierwszego protoplasty - małpy. Kierunek
liberalny stał się więc przyzwyczajeniem Obłońskiego i lubił swoją
gazetę, tak jak cygaro po obiedzie, za lekką mgłę, którą wywoływała w jego głowie. Przeczytał czołówkę, w której mówiono, że obecnie zupełnie
niepotrzebnie podnosi się krzyk, że radykalizm jakoby grozi połknięciem
wszelkich elementów konserwatywnych oraz jakoby rząd musi przedsięwziąć
kroki w celu zdławienia hydry rewolucji, że przeciwnie: "naszym zdaniem
niebezpieczeństwo tkwi nie w rzekomej hydrze rewolucyjnej, ale w uporze
tradycjonalizmu hamującym postęp" itd. Przeczytał również drugi artykuł,
finansowy, w którym wspominano o Benthamie i Millu i wbijano subtelne
szpilki ministerstwu. Z właściwą sobie bystrością umysłu kojarzył
znaczenie każdej szpilki: od kogo i na kogo oraz z jakiej okazji była
wycelowana, a to jak zawsze sprawiało mu pewną przyjemność. Jednak
dzisiaj tę przyjemność zatruwało wspomnienie rad Matriony Filimonowny
oraz tego, że w domu źle się dzieje. Przeczytał i o tym, że hrabia
Benst, jak słychać, przeniósł się do Wiesbaden, i o tym, że można już
nie mieć siwych włosów, i o sprzedaży lekkiej karety, i propozycji
młodej osoby; jednak te wiadomości nie sprawiały mu jak przedtem cichej
przyjemności.
Po skończeniu lektury gazety i po spożyciu drugiej filiżanki kawy i rogalika z masłem wstał, strząsnął okruszki z kamizelki, rozprostował
szeroką pierś i radośnie się uśmiechnął, nie dlatego, żeby czuł w sobie
cokolwiek szczególnie przyjemnego - radosny uśmiech wywołało dobre
trawienie.
Od razu jednak uśmiech przypomniał mu wszystko, więc się zamyślił.
Dwa dziecięce głosy (Stiepan Arkadjicz poznał głosy Griszy, młodszego
synka, i Tani, starszej córeczki) dały się słyszeć za drzwiami. Coś
wieźli i upuścili.
- Mówiłam, że na dachu nie można sadzać pasażerów - krzyczała po
angielsku dziewczynka - teraz zbieraj!
Wszystko się pomieszało - pomyślał Stiepan Arkadjicz - moje dzieci
biegają bez opieki. Ruszył do drzwi i je zawołał. Zostawiły szkatułkę
udającą pociąg i podeszły do ojca.
Córeczka, jego ulubienica, wbiegła śmiało, objęła go, śmiejąc się,
zawisła mu na szyi, jak zawsze ciesząc się ze znanego zapachu perfum,
który roztaczały jego bokobrody. Po czym pocałowała go w poczerwieniałą
od schylenia się i jaśniejącą czułością twarz, odjęła ręce i chciała
odbiec z powrotem, lecz ojciec ją zatrzymał.
- Jak tam mama? - zapytał, głaszcząc delikatną szyję Tani. - Dzień dobry
- powiedział do witającego się z nim synka.
Zdawał sobie sprawę, że mniej kochał syna i choć starał się nie okazywać
różnicy, jednak chłopczyk czuł to i nie odpowiedział uśmiechem na
chłodny uśmiech ojca.
- Mama? Wstała - odparła dziewczynka.
Obłoński westchnął. Znaczy, że znowu nie spała całą noc - pomyślał.
- I cóż, czy jest wesoła?
Córka wiedziała, że ojciec posprzeczał się z matką, i że matka nie mogła
być wesoła, i że ojciec powinien to wiedzieć, i że udaje, pytając o to
tak lekko. Zarumieniła się więc za niego. On natychmiast to zrozumiał i również się zaczerwienił.
- Nie wiem - odparła. - Nie kazała nam się uczyć, tylko iść z miss Hull
na spacer do babci.
- To idź, moja Tańczureczko. Ach tak, zaczekaj - powiedział, zatrzymując
ją jednak i gładząc jej delikatną rączkę.
Zdjął z kominka postawione tam wczoraj pudełko cukierków i dał jej dwa,
wybierając jej ulubione: czekoladowego i pomadkę.
- Dla Griszy? - zapytała dziewczynka, wskazując czekoladowego.
- Tak, tak. - I raz jeszcze pogłaskawszy ją po ramionku, pocałował w szyję u nasady włosów i pozwolił jej odejść.
- Kareta czeka - oznajmił Matwiej. - I jest petentka - dodał.
- Od dawna jest? - spytał Stiepan Arkadjicz.
- Może pół godzinki.
- Ile razy ci nakazuję, żeby natychmiast meldować!
- Ale przecież trzeba dać jaśnie księciu chociaż kawy się napić -
powiedział Matwiej tym przyjacielsko-gburowatym tonem, na który nie
można się było gniewać.
- To prośże co prędzej - polecił Obłoński, marszcząc brwi z niezadowoleniem.
Petentka, sztabskapitanowa Kalinina, prosiła o coś niemożliwego i bezsensownego, jednak Stiepan Arkadjicz swoim zwyczajem poprosił, żeby
usiadła, z uwagą, nie przerywając, wysłuchał i udzielił szczegółowych
rad, do kogo i w jaki sposób ma się zwrócić, a nawet swym dużym,
zamaszystym, ładnym i wyraźnym pismem szybko i rzeczowo sporządził
notatkę do osoby, która mogła jej pomóc. Pożegnawszy sztabskapitanową,
Stiepan Arkadjicz wziął kapelusz i przystanął, zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniał. Okazało się, że o niczym nie zapomniał, poza tym o czym chciał zapomnieć - o żonie.
Ach, tak! Spuścił głowę i na jego urodziwym obliczu pojawiło się
przygnębienie. Iść czy nie iść? - wahał się. Głos wewnętrzny mówił mu,
że nie ma co chodzić, że z tego nic oprócz fałszu nie może wyniknąć, że
nie da się poprawić, skleić ich stosunków, ponieważ jej nie można na
nowo uczynić atrakcyjną i wzbudzającą miłość ani jego uczynić starcem
niezdolnym do miłości. Oprócz fałszu i kłamstwa teraz nic nie może
wyniknąć, a fałsz i kłamstwo były sprzeczne z jego naturą.
Jednak kiedyś trzeba będzie, przecież to nie może tak zostać - pomyślał,
starając się dodać sobie śmiałości. Wyprężył pierś, wyjął papierosa,
zapalił, pociągnął dwa razy i wrzucił go do perłowej muszli -
popielniczki, szybkim krokiem przeszedł przez mroczny salon i otworzył
drugie drzwi prowadzące do sypialni żony.
Rozdział IV
IV
Daria Aleksandrowna z wychudłą twarzą o wielkich oczach, które na jej
wymizerowanej twarzy wydawały się wylęknione, stała tylko w bluzce, ze
spiętymi na tyle głowy warkoczami już przerzedzonych, a niegdyś gęstych
i pięknych włosów, stała pośród rozrzuconych po pokoju rzeczy, przed
otwartą bieliźniarką, z której coś wyjmowała. Słysząc kroki męża,
odwróciła się do drzwi, bezskutecznie próbując nadać twarzy surowy i pogardliwy wyraz. Czuła, że boi się go i boi się tej rozmowy. Dopiero co
po raz dziesiąty w ciągu tych trzech dni próbowała wybrać dziecięce i własne rzeczy, które zabierze do matki - i znowu nie mogła się na to
zdecydować, lecz i teraz, tak jak poprzednio, powtarzała sobie, że to
nie może tak zostać, że powinna coś przedsięwziąć, ukarać go, wystawić
na wstyd, pomścić bodaj małą cząstkę tego bólu, który jej zadał. Wciąż
jeszcze powtarzała, że wyjedzie, lecz czuła, że to niemożliwe.
Niemożliwe dlatego, że nie umiała odwyknąć od myśli, że to jej mąż i nie
mogła przestać go kochać. Poza tym myślała, że jeśli tu, we własnym
domu, ledwie zdążała z opieką nad swoim pięciorgiem dzieci, to tam,
dokąd pojedzie z nimi wszystkimi, będzie jeszcze gorzej. W dodatku
ostatnio najmłodszy synek zachorował, gdyż nakarmiono go niedobrym
rosołem, a pozostałe dzieci zostały wczoraj prawie bez obiadu. Czuła, że
wyjazd jest niemożliwy, lecz oszukiwała się, wybierała rzeczy i udawała,
że wyjedzie.
Na widok męża włożyła ręce do szuflady bieliźniarki, jak gdyby czegoś
szukała, i odwróciła się do niego dopiero wtedy, gdy podszedł całkiem
blisko. Jednak na jej twarzy, której chciała nadać surowy i zdecydowany
wyraz, malowało się zagubienie i cierpienie.
- Dolly! - odezwał się cichym i nieśmiałym głosem. Wtulił głowę w ramiona, starając się mieć żałosny i pokorny wygląd, lecz ciągle
promieniał świeżością i zdrowiem.
Szybkim spojrzeniem obrzuciła od głów do stóp jego postać tryskającą
świeżością i zdrowiem. Tak, jest szczęśliwy i zadowolony! - pomyślała -
a ja?! I ta obrzydliwa dobroć, za którą wszyscy go tak lubią i chwalą.
Nienawidzę tej jego dobroci. Jej usta zacisnęły się, zadrgał mięsień
policzka po prawej stronie bladej, nerwowej twarzy.
- Czego pan chce? - spytała szybkim, jakimś nie swoim, głębokim głosem.
- Dolly! - powtórzył z drżeniem głosu. - Anna dzisiaj przyjeżdża.
- I cóż mi z tego? Nie mogę jej przyjąć! - wykrzyknęła.
- Jednak trzeba przecież, Dolly...
- Proszę wyjść, wyjść, wyjść! - wykrzyknęła, nie patrząc na niego, jakby
ten krzyk był spowodowany bólem fizycznym.
Stiepan Arkadjicz mógł być spokojny, gdy myślał o żonie, mógł mieć
nadzieję, że wszystko ułoży się, jak się wyraził Matwiej, mógł
spokojnie czytać gazetę i pić kawę. Gdy jednak pokorny i zrozpaczony
zobaczył jej wymęczoną, zbolałą twarz, usłyszał to brzmienie głosu,
zabrakło mu tchu, coś podeszło do gardła i oczy zaszkliły mu się łzami.
- O mój Boże, co ja zrobiłem! Dolly! Proszę! Przecież... - Nie mógł dalej
mówić, łkanie ścisnęło mu gardło.
Zatrzasnęła bieliźniarkę i spojrzała na niego.
- Dolly, co ja mogę powiedzieć? Tylko jedno: wybacz, wybacz... Wspomnij...
czy dziewięć lat życia nie może odkupić chwili, chwili...
Stała ze spuszczonym wzrokiem i słuchała, czekając, co powie, jak gdyby
błagała go, żeby jakoś jej wyperswadował.
- Chwili... chwili namiętności... - powiedział i chciał mówić dalej, lecz po
tych słowach jej wargi jakby z fizycznego bólu znowu się zacisnęły i znowu zadrgał mięsień prawego policzka.
- Proszę stąd wyjść, proszę wyjść! - krzyknęła jeszcze bardziej
przenikliwie - i proszę mi nie mówić o swoich namiętnościach i tych
swoich obrzydliwościach!
Chciała odejść, lecz potknęła się i szukając oparcia, chwyciła za
oparcie krzesła. Jego twarz jakby się rozszerzyła, wargi napuchły, oczy
napełniły się łzami.
- Dolly! - jęknął, już łkając. - Proszę, pomyśl o dzieciach, one niczemu
nie są winne. Ja jestem winny, ukarz mnie, każ mi odkupić winę. Na
wszystko jestem gotowy! Jestem winny, brak mi słów jak winny! Lecz
wybacz mi, Dolly!
Usiadła. Słyszał jej ciężki, głośny oddech i było mu jej
niewypowiedzianie żal. Kilka razy chciała podjąć rozmowę, lecz nie
mogła. Czekał.
- Ty myślisz tylko, żeby się z dziećmi bawić, a ja pamiętam o nich i wiem, że teraz są zgubione - wymówiła, jak się wydaje, jedno ze zdań,
które przez te trzy dni często sobie powtarzała.
Powiedziała do niego "ty", więc spojrzał na nią z wdzięcznością i poruszył się, żeby wziąć ją za rękę, lecz odsunęła się z obrzydzeniem.
- Pamiętam o dzieciach i dlatego zrobiłabym wszystko, żeby je uratować,
lecz sama nie wiem, w jaki sposób je uratuję, czy lepiej będzie, gdy
wywiozę je od ojca, czy kiedy pozostawię z rozpustnym ojcem - tak, z rozpustnym ojcem... No, proszę powiedzieć, po tym... co było, czy możemy żyć
razem? Czy to możliwe? No, proszę powiedzieć, czy to możliwe? -
powtórzyła, podnosząc głos. - Po tym jak mój mąż, ojciec moich dzieci,
wchodzi w miłosne kontakty z ich guwernantką...
- No cóż.... No cóż robić? - pytał żałośnie i sam nie wiedział, co mówi,
więc coraz niżej i niżej spuszczał głowę.
- Jest pan wstrętny, obrzydliwy! - wykrzyczała, coraz bardziej i bardziej się gorączkując. - Pańskie łzy to woda! Pan nigdy mnie nie
kochał, nie ma pan ani serca, ani szlachetności! Jest pan obrzydliwy,
wstrętny, obcy. Tak, obcy! - z bólem i złością wymówiła to straszne dla
niej słowo obcy.
Popatrzył na nią i złość malująca się na jej twarzy przestraszyła go i zdziwiła. Nie rozumiał, że drażni ją jego litość. Widziała w nim nie
miłość do niej, lecz współczucie. Nie, ona mnie nienawidzi. Nie wybaczy
- pomyślał.
- To straszne! Straszne! - powiedział.
W tym czasie w sąsiednim pokoju krzyknęło dziecko, prawdopodobnie się
przewróciło. Daria Aleksandrowna natężyła słuch i nagle twarz jej
złagodniała.
Jak się wydaje, przez kilka sekund zastanawiała się, jakby nie wiedząc,
gdzie jest i co ma robić, po czym szybko wstała i skierowała się do
drzwi.
A przecież kocha moje dziecko - pomyślał, gdy dostrzegł zmianę w jej
twarzy po krzyku dziecka - jego dziecka. Jakże więc może nienawidzić
mnie?
- Dolly, jeszcze tylko słowo - powiedział.
- Jeśli pójdzie pan za mną, zawołam służbę, dzieci! Niech wszyscy
wiedzą, że jest pan łajdakiem! Dzisiaj wyjeżdżam, a pan niech żyje ze
swoją kochanką!
I wyszła, trzasnąwszy drzwiami.
Stiepan Arkadjicz westchnął, przetarł twarz i powoli ruszył do drzwi.
Matwiej mówi: uładzi się, lecz jak? Nie widzę żadnej możliwości. Ach,
ach, co za okropność! I jak trywialnie krzyczała - mówił sam do siebie,
wspominając jej krzyk i słowa: podlec i kochanka. - A być może
dziewczynki słyszały! Okropnie trywialnie, okropnie. Stiepan Arkadjicz
postał parę chwil w samotności, wytarł oczy, westchnął i zaczerpnąwszy
głęboko powietrza, wyszedł z pokoju.
Był piątek i w jadalni zegarmistrz Niemiec nakręcał zegar. Stiepan
Arkadjicz przypomniał sobie, jak żartem mówił o tym punktualnym łysym
zegarmistrzu, że Niemiec sam został nakręcony na całe życie, żeby
nakręcać zegary - i uśmiechnął się. Lubił dobry żart. A być może i uładzi się! Dobre powiedzonko: uładzi się - pomyślał. - Trzeba o tym
opowiedzieć.
- Matwiej! - krzyknął. - Przygotujcie z Marią wszystko w saloniku dla
Anny Arkadjewny - polecił, gdy kamerdyner się pojawił.
- Tak jest.
Stiepan Arkadjicz nałożył futro i wyszedł na ganek.
- Obiadu w domu jaśnie książę nie będzie jadł? - spytał odprowadzający
go Matwiej.
- Jak wypadnie. Ale weź na wydatki - powiedział, wyjmując dziesięć rubli
z portfela. - Wystarczy?
- Wystarczy czy nie wystarczy, trzeba sobie jakoś radzić - odparł
Matwiej, zatrzaskując drzwiczki karety i cofając się na ganek.
Tymczasem Daria Aleksandrowna, kiedy już uspokoiła dziecko i po
odgłosach karety stwierdziła, że mąż odjechał, powróciła do sypialni.
Było to jej jedyne schronienie przed domowymi kłopotami, które ją
oblegały, gdy tylko się pojawiała. Nawet teraz, w tym krótkim czasie,
gdy weszła do pokoju dzieci, Angielka i Matriona Filimonowna zdążyły jej
zadać kilka pytań niecierpiących zwłoki, na które tylko ona mogła
odpowiedzieć: w co ubrać dzieci na spacer? czy dawać im mleko? czy nie
posłać po innego kucharza?
- Ach, dajcie mi spokój! Dajcie mi spokój! - zawołała i po powrocie do
sypialni znów usiadła tam, gdzie siedziała podczas rozmowy z mężem,
splotła wychudłe dłonie z pierścionkami zsuwającymi się z koślawych
palców i zaczęła odtwarzać w myśli całą rozmowę. Pojechał! Lecz czy
skończył z nią? - zastanawiała się. - Czy się z nią widuje? Czemuż go
nie spytałam? Nie, nie, zejść się nie można. Jeśli nawet pozostaniemy w jednym domu - to jesteśmy obcy. Na zawsze obcy! - ponownie ze
szczególnym naciskiem powtórzyła dziwne dla niej słowo. A jak ja
kochałam, mój Boże, jak ja go kochałam! Jak kochałam! A czy teraz go nie
kocham? Nie bardziej niż przedtem go kocham? Co najważniejsze, to
okropne, że... - zaczęła, lecz nie dokończyła swojej myśli, gdyż zza drzwi
wychyliła się Matriona Filimonowna.
- To już kazałaby jaśnie pani posłać po mojego brata - powiedziała -
zawszeć obiad ugotuje. Bo inaczej to jak wczoraj dzieci do szóstej nie
będą jadły.
- No dobrze, zaraz wyjdę i wydam polecenie. A czy posłano po świeże
mleko?
I Daria Aleksandrowna pogrążyła się w powszednich troskach i na pewien
czas utopiła w nich swoje strapienie.
Rozdział V
V
Stiwa dzięki swoim zdolnościom w szkole dobrze się uczył, ponieważ
jednak był leniwy i skłonny do psot, ukończył ją wśród ostatnich
uczniów, lecz mimo hulaszczego trybu życia, niewysokiej rangi i młodego
wieku zajmował godną i dobrze opłacaną posadę naczelnika w jednym z moskiewskich urzędów. Posadę otrzymał dzięki mężowi swojej siostry Anny,
Aleksiejowi Aleksandrowiczowi Kareninowi, zajmującemu jedno z najważniejszych stanowisk w ministerstwie, do którego należał urząd.
Gdyby jednak Karenin nie mianował szwagra na to stanowisko, to przez
setkę innych osób, braci, siostry, krewnych, powinowatych, wujów i ciotki, Stiwa Obłoński dostałby to miejsce lub inne podobne z jakimiś
sześcioma tysiącami poborów, które były mu potrzebne, ponieważ jego
sytuacja mimo znacznego majątku żony była kiepska.
Połowa Moskwy i Petersburga to byli krewni i przyjaciele Stiwy
Obłońskiego. Urodził się w środowisku ludzi, którzy należeli do możnych
tego świata. Trzecia część starych działaczy państwowych należała do
grona przyjaciół ojca i znała go od kołyski. Następna trzecia część była
z nim na "ty", a jeszcze jedną trzecią tworzyli dobrzy znajomi. Tak więc
wszyscy szafarze dóbr doczesnych w postaci stanowisk, dzierżaw, koncesji
i temu podobnych byli jego przyjaciółmi i nie mogli go zawieść. Obłoński
nie musiał się szczególnie starać, żeby dostać korzystne stanowisko,
trzeba było jedynie nie odmawiać, nie zazdrościć, nie kłócić się i nie
obrażać, czego przy wrodzonej dobroci nigdy nie robił. Wydałoby mu się
śmieszne, gdyby ktoś powiedział, że nie otrzyma posady z takim
uposażeniem, jakie było mu potrzebne, zwłaszcza że nie wymagał czegoś
nadzwyczajnego, chciał tylko tego, co otrzymali jego rówieśnicy, a sprawować takie stanowisko mógł nie gorzej niż ktokolwiek inny.
Stiepana Arkadjicza wszyscy, którzy go znali, lubili nie tylko za jego
wesołe usposobienie i niewątpliwą uczciwość; w nim, w jego pięknej,
ujmującej powierzchowności, błyszczących oczach, czarnych brwiach i włosach, białości i rumieńcu twarzy było też coś fizycznie
oddziałującego przyjaźnie i wesoło na ludzi, którzy się z nim spotykali.
Aha! Stiwa! Obłoński! Oto i on! - mówiono przy spotkaniu z nim niemal
zawsze z radosnym, uśmiechem. Jeśli nawet zdarzało się czasem, że
podczas rozmowy nic szczególnie radosnego się nie zdarzyło, to i tak na
drugi albo trzeci dzień przy spotkaniu z nim znowu tak samo wszyscy się
cieszyli.
Zajmując trzeci rok stanowisko naczelnika jednego z urzędów w Moskwie,
Stiepan Arkadjicz zyskał sobie oprócz sympatii również szacunek
współpracowników, podwładnych, przełożonych oraz wszystkich, którzy
mieli z nim do czynienia. Głównymi cechami Stiepana Arkadjicza, które
zjednały mu powszechne uznanie w pracy, były, po pierwsze, nadzwyczajna
wyrozumiałość wobec ludzi, oparta na świadomości własnych
niedoskonałości, po drugie, całkowita liberalność - nie ta, o której
wyczytał w gazetach, lecz którą miał we krwi i która kazała mu jednakowo
traktować wszystkich ludzi, bez względu na ich stan majątkowy i stanowisko, i po trzecie - najważniejsze - absolutna obojętność wobec
spraw, którymi się zajmował, dzięki czemu nigdy się nie pasjonował i nie
popełniał błędów.
Po przyjeździe do pracy Stiepan Arkadjicz, odprowadzany przez pełnego
uszanowania woźnego, z teczką w ręce udał się do malutkiego gabinetu,
włożył mundur i wszedł do dużej sali urzędu. Pisarze i urzędnicy
jednocześnie wstali i ukłonili mu się z uśmiechem i uszanowaniem.
Obłoński jak zwykle pospiesznie ruszył do swojego miejsca, podał rękę
kolegom i usiadł. Pożartował i porozmawiał dokładnie tyle, ile wypadało,
i przystąpił do pracy. Nikt lepiej niż on nie umiał wyczuć tej granicy
swobody, prostoty i oficjalności, której potrzeba do przyjemnego zajęcia
się sprawami. Sekretarz z uśmiechem i szacunkiem, jak wszyscy w urzędzie, podszedł z dokumentami i odezwał się familiarno-liberalnym
tonem, który wprowadził Stiepan Arkadjicz.
- Jednak udało nam się wydębić informacje z penzeńskiego urzędu
gubernialnego. Czy nie zechciałby pan?...
- Nareszcie są? - odezwał się Stiepan Arkadjicz, zakładając palcem
dokumenty. - No więc, panowie... - I urzędowanie się rozpoczęło.
Gdyby oni wiedzieli - myślał, słuchając sprawozdania z poważną miną i pochyloną głową - jakim skarconym chłopczykiem był ich prezes pół
godziny temu! Oczy śmiały mu się podczas czytania akt. Do godziny
drugiej praca powinna trwać bez przerwy, o drugiej zaś - przerwa
śniadaniowa.
Nie było jeszcze drugiej, gdy duże przeszklone drzwi sali w urzędzie
nagle się otworzyły i ktoś wszedł. Wszyscy pracownicy spod portretu i zza ziercała3, radzi odmiany, spojrzeli na drzwi. Jednak
stojący tam woźny natychmiast wyprosił przybysza i zamknął za nim
szklane wejście.
Gdy akta zostały przeczytane, Stiepan Arkadjicz wstał, przeciągnął się i ulegając liberalności epoki, wyjął papierosa i udał się do swojego
gabinetu. Dwaj jego koledzy, stary wyga Nikitin i kamerjunkier
Hryniewicz, wyszli razem z nim.
- Zdążymy skończyć po śniadaniu - powiedział Stiepan Arkadjicz.
- Z pewnością zdążymy! - potwierdził Nikitin.
- Niezły krętacz musi być z tego Fomina - ocenił Hryniewicz jedną z osób
zaangażowanych w sprawie, którą się zajmowali.
Stiepan Arkadjicz skrzywił się na te słowa, dając do zrozumienia, że
niewłaściwe jest przedwczesne wydawanie ocen i nic nie odpowiedział.
- Kto tu zaglądał? - spytał woźnego.
- Jakiś wlazł bez pozwolenia, wasza ekscelencjo, gdy się tylko
odwróciłem. Pytał o waszą ekscelencję. Ja mówię: kiedy urzędnicy wyjdą,
to...
- Gdzie on jest?
- Chyba w sieni, bo tu ciągle spacerował. To ten. - Woźny wskazał
krzepkiego mężczyznę z szerokimi barami i kędzierzawą brodą, który, nie
zdejmując baraniej czapki, szybko i lekko wbiegał po wytartych stopniach
kamiennych schodów. Schodzący z innymi chudy urzędnik z teczką
przystanął i z dezaprobatą popatrzył na nogi biegnącego, po czym
spojrzał pytająco na Obłońskiego.
Stiepan Arkadjicz stał u góry. Jego dobrodusznie promieniejąca twarz
ponad haftowanym kołnierzem munduru jeszcze bardziej pojaśniała, gdy
poznał biegnącego.
- Tak myślałem! Lewin - nareszcie! - powiedział z przyjacielskim
ironicznym uśmiechem, spoglądając na zbliżającego się mężczyznę. - Nie
pogardziłeś odszukaniem mnie w tej jaskini? - Stiepan Arkadjicz, nie
zadowalając się uściskiem dłoni, ucałował przyjaciela. - Od dawna
jesteś?
- Właśnie przyjechałem i bardzo chciałem się z tobą zobaczyć - odparł
Lewin, wstydliwie, a zarazem gniewnie i z niepokojem rozglądając się
dookoła.
- No to chodźmy do gabinetu - mówiąc to, Stiepan Arkadjicz, który znał
ambicje i drażliwość swego przyjaciela, schwycił go za rękę i pociągnął
za sobą, jakby prowadząc przez niebezpieczeństwa.
Stiepan Arkadjicz był na "ty" prawie ze wszystkimi swymi znajomymi:
sześćdziesięcioletnimi staruszkami, dwudziestoletnimi chłopaczkami,
aktorami, ministrami, kupcami i generał-adiutantami. Wielu z nich
pozostawało na dwóch skrajnych punktach drabiny społecznej i bardzo
byliby zdziwieni, gdyby się dowiedzieli, że przez Obłońskiego coś ich ze
sobą łączy. Był na "ty" ze wszystkimi, z którymi pijał szampana, a pił
szampana ze wszystkimi, dlatego spotykając się w obecności podwładnych
ze swoimi wstydliwymi "ty", jak żartem mówił o niektórych swoich
przyjaciołach, z właściwym sobie taktem potrafił zmniejszać nieprzyjemne
wrażenie z tych spotkań. Lewin nie był wstydliwym "ty", lecz Obłoński
taktownie wyczuł, iż gość przypuszcza, że może nie chcieć wobec
podwładnych okazywać ich bliskości, dlatego pospieszył zabrać go do
gabinetu.
Lewin był prawie rówieśnikiem Obłońskiego i byli na "ty" nie tylko po
szampanie. Był kolegą i przyjacielem z wczesnej młodości. Mimo różnic w charakterach i upodobaniach lubili się, tak jak lubią się przyjaciele
znający się od najmłodszych lat. Ale jak to często bywa z ludźmi, którzy
wybrali odmienny rodzaj działalności, każdy z nich, chociaż po namyśle
akceptował zajęcie drugiego, to w duchu nim gardził. Każdemu się
zdawało, że życie, które sam prowadzi, jest jedynym prawdziwym życiem,
zaś to, które wiedzie przyjaciel - to tylko pozór. Na widok Lewina
Obłoński nie mógł powstrzymać lekkiego kpiącego uśmiechu. Który to już
raz widział go, przyjeżdżającego do Moskwy ze wsi, gdzie coś robił, ale
co dokładnie, tego Stiwa nigdy nie mógł końca zrozumieć, zresztą nawet
go to nie ciekawiło. Lewin, gdy odwiedzał Moskwę, ciągle się spieszył,
był nieustannie zaaferowany, nieco skrępowany i zdenerwowany tym
skrępowaniem i najczęściej głosił zupełnie nowe, nieoczekiwane poglądy.
Stiepan Arkadjicz śmiał się z tego, ale i to lubił. Tak samo i Lewin w duchu gardził miejskim stylem życia swego przyjaciela i jego pracą,
którą uważał za błahostkę i śmiał się z niej. Różnica polegała na tym,
że Obłoński, robiąc to, co wszyscy robią, śmiał się z pewnością siebie i dobrodusznie, Lewin zaś niepewnie, a czasem gniewnie.
- Od dawna na ciebie czekamy - powiedział Obłoński, gdy po wejściu do
gabinetu wypuścił rękę Lewina, jakby chciał pokazać, że tu
niebezpieczeństwa się skończyły. - Bardzo, bardzo jestem rad, że cię
widzę - ciągnął. - No, a co u ciebie? Kiedy przyjechałeś?
Lewin milczał, spoglądając na nieznane sobie twarze dwóch kolegów
Obłońskiego, a w szczególności na dłoń eleganckiego Hryniewicza, z tak
białymi, cienkimi palcami, z tak długimi, błyszczącymi i zaginającymi
się na końcu paznokciami, że te ręce wyraźnie pochłaniały całą jego
uwagę i nie pozwalały mu swobodnie myśleć. Obłoński natychmiast to
zauważył i uśmiechnął się.
- Ach tak, pozwólcie, że was przedstawię - rzekł. - Moi koledzy: Filip
Iwanycz Nikitin, Michaił Stanisławicz Hryniewicz - i zwracając się w stronę Lewina: - działacz ziemstwa, nowy tam człowiek, atleta podnoszący
pięć pudów jedną ręką, hodowca bydła i myśliwy, mój przyjaciel
Konstantin Dmitricz Lewin, brat Siergieja Iwanycza Koznyszewa.
- Bardzo przyjemnie - odezwał się Nikitin.
- Mam zaszczyt znać pańskiego brata Siergieja Iwanycza - oznajmił
Hryniewicz, podając swoją delikatną dłoń z długimi paznokciami.
Lewin nachmurzył się, chłodno uścisnął jego rękę i zaraz odwrócił się do
Obłońskiego. Mimo że bardzo szanował swego przyrodniego brata, pisarza
znanego w całej Rosji, to nie znosił, gdy zwracano się do niego nie jak
do Konstantina Lewina, ale jak do brata sławnego Koznyszewa.
- Nie, już nie jestem działaczem ziemstwa. Pokłóciłem się ze wszystkimi
i nie jeżdżę na zebrania - zaprzeczył, zwracając się do Obłońskiego.
- To prędko! - Stiwa się uśmiechnął. - Lecz jak? Dlaczego?
- Długa historia. Opowiem przy okazji - odparł Lewin, ale zaczął od
razu. - No, krótko mówiąc, przekonałem się, że żadnej działalności
ziemskiej nie ma i być nie może - powiedział takim tonem, jakby ktoś
właśnie go obraził - z jednej strony zabawa, bawią się w parlament, a ja
ani nie jestem dość młody, ani dość stary, żeby bawić się zabawkami. Z drugiej zaś strony - tu się zaciął - to jest sposób zbijania pieniędzy
przez powiatową coterie4. Przedtem opiekuństwa, sądy, a teraz
ziemstwo... nie jako łapówki, ale jako niezasłużona synekura - mówił tak
żarliwie, jak gdyby ktoś z obecnych zaprzeczał jego opinii.
- Ehe-he! Ale ty, jak widzę, wszedłeś w nową fazę - konserwatywną -
wtrącił Obłoński. - Zresztą porozmawiamy o tym później.
- Tak, później. Bardzo chciałem się z tobą zobaczyć - dodał Lewin, z nienawiścią wpatrując się w dłoń Hryniewicza.
Stiwa nieznacznie się uśmiechnął.
- Mówiłeś kiedyś, że nigdy nie włożysz europejskiego ubrania? -
przypomniał, oglądając nowy strój Lewina pochodzący z pewnością od
francuskiego krawca. - Tak! Widzę, że to nowa faza.
Lewin nagle się zaczerwienił, wcale nie tak, jak czerwienią się ludzie
dorośli - z lekka, sami tego nie zauważając, lecz tak, jak się
czerwienią chłopcy, gdy czują, że ich nieśmiałość jest śmieszna i w efekcie wstydzą się i czerwienią jeszcze bardziej, niemal do łez.
Dziwnie było patrzeć na tę rozumną, męską twarz z tak dziecinną miną, że
Obłoński skierował spojrzenie w inną stronę.
- A więc, gdzie się zobaczymy? Bardzo, ale to bardzo potrzebuję z tobą
pomówić - powtórzył Lewin.
Obłoński jakby się zastanawiał.
- W takim razie jedźmy do Turina na śniadanie i tam porozmawiamy. Do
trzeciej jestem wolny.
- Nie - po chwili namysłu odparł Lewin. - Muszę jeszcze gdzieś pojechać.
- No dobrze, to zjedzmy razem obiad.
- Obiad? Ale to nic wielkiego, chcę powiedzieć tylko dwa słowa, spytać,
a później pogadamy.
- To powiedz teraz te dwa słowa, a porozmawiamy przy obiedzie.
- No, więc te dwa słowa - zaczął Lewin - zresztą to nic takiego.
Wysiłek, z jakim próbował przełamać swoją nieśmiałość, sprawił, że na
jego twarzy nagle pojawiła się złość.
- Co porabiają Szczerbaccy? Wszystko po staremu? - spytał.
Obłoński, który wiedział od dawna, że Lewin jest zakochany w jego
szwagierce Kitty, nieznacznie się uśmiechnął i jego oczy wesoło
rozbłysły.
- Powiedziałeś dwa słowa, a ja w dwóch słowach nie mogę odpowiedzieć,
gdyż... Przepraszam na chwilkę.
Wszedł sekretarz z dokumentami i z szacunkiem niepozbawionym poufałości
oraz pewną właściwą wszystkim sekretarzom skromną świadomością przewagi
nad przełożonym w znajomości spraw zaczął w formie pytania wyjaśniać
Obłońskiemu jakieś trudności. Stiepan Arkadjicz nie pozwolił
sekretarzowi skończyć, przyjaźnie położył mu dłoń na rękawie.
- Nie, nie, proszę zrobić tak, jak mówiłem - polecił i uśmiechem
zmiękczył swoją uwagę, po czym krótko wyjaśniwszy, jak rozumie sprawę,
odsunął akta i dodał: - Niech więc pan tak zrobi, Zacharze Nikiticzu.
Proszę, właśnie tak.
Skonfundowany sekretarz wyszedł. Lewin, który w czasie narady z sekretarzem zupełnie otrząsnął się z zakłopotania, stał z wyrazem
ironicznego skupienia na twarzy, oburącz opierając się o oparcie
krzesła.
- Nie rozumiem, nie rozumiem - powiedział.
- Czegoż nie rozumiesz? - spytał Obłoński, wciąż wesoło uśmiechając się
i sięgając po papierosa. Spodziewał się jakiegoś dziwnego wybryku
Lewina.
- Nie rozumiem, co robicie - wyjaśnił Lewin, wzruszając ramionami. - Jak
możesz to poważnie traktować?
- Dlaczego nie?
- A dlatego, że nie ma tu nic do roboty.
- Tak sądzisz, tymczasem jesteśmy zawaleni sprawami.
- Papierkowymi. A zresztą masz talent do tego - dodał Lewin.
- To znaczy myślisz, że mam coś nie po kolei?
- Być może tak - odparł Lewin. - Mimo wszystko zachwyca mnie twoja
wspaniałość i jestem dumny, że moim przyjacielem jest tak wielki
człowiek. Jednak nie odpowiedziałeś na moje pytanie - dodał, z rozpaczliwym napięciem wpatrując się Obłońskiemu w oczy.
- No dobrze, dobrze. Jeszcze trochę i ty do tego dojdziesz. Dobrze, że
masz swoje trzy tysiące dziesięcin w karazińskim powiecie, takie muskuły
i świeżość dwunastoletniej dziewczynki, ale i ty kiedyś przyjdziesz do
nas. Co zaś do twego pytania: nic się nie zmieniło, lecz szkoda, że tak
dawno nie byłeś.
- Bo co? - z przestrachem spytał Lewin.
- A nic - odparł Obłoński. - Porozmawiamy. A właściwie po co
przyjechałeś?
- Ach, o tym pomówimy później - odparł Lewin i znowu zaczerwienił się po
uszy.
- No dobrze. Jasne - zgodził się Stiwa. - Wiesz co, zaprosiłbym cię do
siebie, lecz żona nie najlepiej się czuje. Ale jeśli chcesz się z nimi
zobaczyć, to z całą pewnością będą dzisiaj w ogrodzie zoologicznym
między czwartą a piątą. Kitty jeździ na łyżwach. Idź tam, wstąpię po
ciebie i pójdziemy gdzieś na obiad.
- Znakomicie. To - do zobaczenia.
- No, ale uważaj, ja cię znam, zapomnisz, albo nagle wyjedziesz na wieś!
- ze śmiechem zawołał za nim Obłoński
- Nie, będę na pewno.
Lewin wyszedł z gabinetu, przypominając sobie dopiero w drzwiach, że
zapomniał pożegnać się z kolegami Obłońskiego.
- Wydaje się, że to bardzo energiczny pan - zauważył Hryniewicz po
wyjściu Lewina.
- Tak, kochaneńki - przytaknął Stiepan Arkadjicz, kiwając głową - to
prawdziwy szczęściarz! Trzy tysiące dziesięcin w karazińskim powiecie,
wszystko ma przed sobą, a ile świeżości! Nie to co ja.
- I pan jeszcze narzeka, Stiepanie Arkadjiczu?
- Cóż, kiedy paskudnie jest i źle. - Obłoński ciężko westchnął.
Rozdział VI
VI
Kiedy Stiwa spytał Lewina, właściwie po co przyjechał, ten zaczerwienił
się i rozgniewał na siebie za to, że poczerwieniał, gdyż nie mógł
odpowiedzieć przyjacielowi: "Przyjechałem oświadczyć się twojej
szwagierce", chociaż przyjechał właśnie tylko po to.
Lewinowie i Szczerbaccy stanowili stare rody moskiewskiej szlachty,
które zawsze pozostawały w bliskich i przyjacielskich stosunkach. Te
kontakty jeszcze bardziej się zacieśniły w studenckich latach Lewina.
Razem z młodym księciem Szczerbackim, bratem Dolly i Kitty,
przygotowywał się do studiów i razem wstąpili na uniwersytet. W tym
czasie często bywał w domu Szczerbackich i zakochał się w tej rodzinie.
Jakkolwiek dziwne to by się wydawało, Konstantin Lewin był zakochany
właśnie w domu, w rodzinie, a w szczególności w kobiecej połowie rodziny
Szczerbackich. On sam nie pamiętał swojej matki, a jedyna siostra była
od niego starsza. W domu Szczerbackich po raz pierwszy ujrzał więc owo
środowisko starego szlacheckiego, wykształconego i światłego rodu,
którego został pozbawiony z powodu śmierci ojca i matki. Wszyscy
członkowie tej rodziny, a zwłaszcza kobieca połowa wydawała mu się
otulona jakąś tajemniczą, poetycką zasłoną i nie tylko nie widział w nich żadnych wad, ale pod tą poetycką zasłoną dopatrywał się wzniosłych
uczuć i najrozmaitszych doskonałości. Dlaczego trzy panienki musiały
jednego dnia rozmawiać po francusku, drugiego po angielsku; czemu w określonych godzinach po kolei grały na fortepianie, którego dźwięki
zawsze było słychać na piętrze u brata, gdzie uczyli się studenci; po co
przyjeżdżali ci nauczyciele literatury francuskiej, muzyki, rysunku i tańców. Czemu o określonej porze wszystkie trzy panienki z mademoiselle Linon jeździły powozem na bulwar Twerski w swoich
atłasowych futerkach - Dolly w długim, Natalie w półdługim, a Kitty w zupełnie krótkim, tak że wszyscy mogli zobaczyć jej kształtne nóżki w bardzo obcisłych czerwonych pończoszkach. Po co musiały w asyście lokaja
chodzić po bulwarze Twerskim - wszystkiego tego i wielu innych rzeczy,
które działy się w ich tajemniczym świecie, nie rozumiał, lecz wiedział,
że wszystko, co się tam działo, było piękne i kochał właśnie tę
tajemniczość.
W czasie studiów omal nie zakochał się w najstarszej, Dolly, lecz
wkrótce wydano ją za mąż za Obłońskiego. Później zaczął się podkochiwać
w drugiej z kolei. Jak gdyby czuł, że powinien zakochać się w jednej z sióstr, tylko nie mógł się zdecydować, w której. Lecz i Natalie, ledwie
zaczęła bywać w towarzystwie, wyszła za mąż za dyplomatę ze Lwowa. Kitty
zaś była jeszcze dzieckiem, gdy Lewin ukończył uniwersytet. Kiedy młody
Szczerbacki, który zaciągnął się do marynarki, utonął w Morzu Bałtyckim,
kontakty Lewina ze Szczerbackimi, niezależnie od jego przyjaźni z Obłońskim, stały się rzadsze. Jednak gdy po roku spędzonym na wsi na
początku zimy przyjechał do Moskwy i zobaczył się ze Szczerbackimi,
uświadomił sobie, w której z trójki sióstr było mu sądzone się zakochać.
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, żeby on, człowiek dobrze
urodzony, raczej bogaty niż biedny, mający trzydzieści dwa lata,
oświadczył się o rękę księżniczki Szczerbackiej. Wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa od razu byłby uznany za dobrą partię. Jednak był
zakochany i dlatego wydawało mu się, że Kitty jest taką doskonałością
pod każdym względem, istotą tak bardzo przewyższającą wszystko, co
ziemskie, a on stworzeniem tak ziemskim i nikczemnym, że nie mógł nawet
pomyśleć, żeby inni i ona sama uznali, że jest jej godny.
Przez dwa miesiące żył w Moskwie jakby w odurzeniu, prawie codziennie
widując się z Kitty w domach, do których zaczął jeździć, żeby ją
zobaczyć, i nagle uznał, że jego pragnienie nie może się ziścić i wyjechał na wieś.
Przekonanie Lewina o nierealności jego marzeń brało się z myśli, że w oczach jej rodziny jest niekorzystną partią, niegodną ślicznej Kitty, a i ona sama nie może go pokochać. W oczach jej krewnych nie miał żadnego
określonego zajęcia i pozycji towarzyskiej, podczas gdy jego koledzy
obecnie, gdy miał trzydzieści dwa lata, byli już pułkownikami i fligeladiutantami, profesorami, szanowanymi przewodniczącymi,
dyrektorami banku i kolei lub jak Obłoński prezesami instytucji. On zaś
(doskonale wiedział, jaki musiał wydawać się innym) był ziemianinem
zajmującym się gospodarstwem, hodowlą krów i polowaniem na bekasy, to
znaczy nieudolnym chłopakiem, który niczego nie osiągnął, według
przyjętych opinii trudniącym się tym, co robią ludzie do niczego
niezdatni.
Tajemnicza prześliczna Kitty nie mogła przecież kochać tak brzydkiego,
za jakiego się uważał, człowieka, a co najważniejsze, człowieka tak
prostego i przeciętnego. Poza tym jego wcześniejsze relacje z Kitty -
stosunek dorosłego do dziecka w wyniku przyjaźni z jej bratem - wydawały
mu się dodatkowo nową przeszkodą dla miłości. Brzydkiego, dobrego
człowieka, za jakiego się uważał, można, jak przypuszczał, lubić jako
przyjaciela, lecz żeby być kochanym taką miłością, jaką on darzył Kitty,
trzeba być człowiekiem pięknym, a co najważniejsze - nieprzeciętnym.
Zdarzało mu się słyszeć, że kobiety często kochają brzydkich, prostych
mężczyzn, lecz w to nie wierzył, ponieważ sądził według siebie - sam
mógł kochać tylko piękne, tajemnicze i nieprzeciętne kobiety.
Jednak po spędzeniu dwóch miesięcy na wsi przekonał się, że tym razem
nie był to jeden z tych porywów miłosnych, które przeżywał we wczesnej
młodości, że to uczucie nie dawało mu spokoju, że nie mógł żyć bez
wyjaśnienia kwestii, czy ona będzie, czy nie będzie jego żoną, że jego
zwątpienie brało się wyłącznie z jego wyobrażeń i że nie ma żadnych
dowodów, iż spotka go odmowa. Dlatego przyjechał do Moskwy z mocnym
postanowieniem, że się oświadczy i ożeni, jeśli będzie przyjęty. Lub...
jednak nie mógł myśleć o tym, co z nim będzie, jeśli spotka go odmowa.
Rozdział VII
VII
Lewin przyjechał do Moskwy porannym pociągiem i zatrzymał się u starszego przyrodniego brata Koznyszewa. Przebrał się i wszedł do jego
gabinetu z myślą, że powie mu, po co przyjechał i poprosi o radę. Jednak
brat nie był sam. Siedział u niego znany profesor filozofii, specjalnie
przybyły z Charkowa, żeby wyjaśnić nieporozumienie, jakie powstało
między nimi w bardzo ważnej kwestii filozoficznej. Profesor prowadził
gorącą polemikę z materialistami, zaś Siergiej Koznyszew z zainteresowaniem śledził jej przebieg, a po przeczytaniu ostatniego
artykułu profesora napisał do niego list z uwagami krytycznymi. Zarzucał
profesorowi zbyt wielkie ustępstwa wobec materialistów. Dlatego profesor
natychmiast przyjechał, żeby się z nim porozumieć. Chodziło o modną
kwestię: czy w działalności człowieka istnieje granica między zjawiskami
psychicznymi i fizjologicznymi, a jeśli tak, to gdzie przebiega?
Siergiej Iwanowicz przywitał brata jednakowym wobec wszystkich
miło-chłodnym uśmiechem i przedstawiwszy go profesorowi, wrócił do
rozmowy.
Maleńki żółty człowieczek w okularach, z wąskim czołem, na chwilę
oderwał się od rozmowy, żeby się przywitać, po czym kontynuował swoją
wypowiedź, nie zwracając uwagi na Lewina. Ten zaś usiadł w oczekiwaniu
na wyjście profesora, lecz wkrótce zainteresował się przedmiotem
dyskusji.
Lewin napotykał w czasopismach artykuły, o których była mowa, czytał je
z zainteresowaniem, gdyż rozwijały znane mu z uniwersytetu podstawy
przyrodoznawstwa, lecz nigdy nie odnosił naukowych wniosków o pochodzeniu człowieka jako zwierzęcia, o odruchach, o biologii i socjologii do swoich pytań o znaczenie życia i śmierci, które w ostatnim
czasie coraz częściej przychodziły mu na myśl.
Przysłuchując się rozmowie brata z profesorem, zauważył, że kojarzyli
problemy naukowe ze sprawami intymnymi, kilka razy podchodzili blisko do
najważniejszego, jak mu się wydawało, problemu, lecz zaraz pospiesznie
się oddalali i znowu zagłębiali w sferę subtelnych podziałów,
zastrzeżeń, cytatów, aluzji i odwołań do autorytetów, tak że z trudem
rozumiał, o czym mówią.
- Nie mogę się zgodzić - powiedział Siergiej Iwanowicz ze zwykłą sobie
jasnością i wyrazistością słowa oraz wykwintnością dykcji - w żadnym
razie nie mogę zgodzić się z Keithem, że całe moje pojęcie o świecie
zewnętrznym wynika z wrażeń. Najbardziej fundamentalnego pojęcia bytu
nie uzmysłowiłem sobie przez wrażenia, bowiem nie ma specjalnego narządu
do przekazywania tego pojęcia.
- Tak, lecz oni, i Wurst, i Knaust, i Pripasow, odpowiedzą panu, że
pańska świadomość bytu wynika z sumy wszystkich wrażeń, że ta świadomość
bytu jest wynikiem wrażeń. Wurst nawet wprost mówi, że skoro nie ma
wrażenia, to nie ma także i pojęcia bytu.
- Powiem, że wprost przeciwnie - zaczął Siergiej Iwanowicz.
W tym momencie Lewinowi wydało się, że dyskutanci, podchodząc do
najważniejszego, znowu się cofają, i zdecydował się zadać profesorowi
pytanie.
- To znaczy, że jeśli moje zmysły zostaną unicestwione, jeśli moje ciało
umrze, to żadnego istnienia już nie może być?
Profesor z irytacją, jakby wtrącenie się sprawiło mu ból, obejrzał się
na dziwnego pytającego, podobnego raczej do burłaka niż do filozofa, i przeniósł spojrzenie na Siergieja Iwanowicza, jak gdyby pytając: cóż tu
mówić? Jednak Koznyszew, który nie mówił z takim zacięciem i jednostronnością jak profesor i miał głowę na tyle otwartą, żeby
odpowiadać profesorowi, a zarazem rozumieć ten prosty i naturalny punkt
widzenia, z którego wynikało postawione pytanie, uśmiechnął się i powiedział:
- W tej kwestii nie mamy jeszcze prawa się wypowiadać...
- Nie mamy danych - potwierdził profesor i na nowo podjął swoje racje. -
Nie - mówił - ja wskazuję na to, że jeśli, jak wprost mówi Pripasow,
doznanie opiera się na wrażeniu, to musimy ściśle rozgraniczyć te
pojęcia.
Lewin już nie słuchał i czekał, kiedy profesor wyjdzie.