Anna Karenina - Lew Tołstoj

Kup ebooka

99.90 zł
82.92 zł (69,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział VIII

VIII

Gdy pro­fe­sor odje­chał, Sier­giej Iwa­no­wicz zwró­cił się do brata:

- Bar­dzo się cie­szę, że przy­je­cha­łeś. Na długo? Co tam w gospo­dar­stwie?

Lewin wie­dział, że gospo­dar­stwo mało inte­re­suje star­szego brata i tylko przez wzgląd na niego zadał pyta­nie, dla­tego powie­dział zale­d­wie o sprze­daży psze­nicy i pie­nią­dzach.

Posta­no­wił zwie­rzyć się bratu ze swo­jego zamiaru ożenku i popro­sić o radę, nawet mocno to posta­no­wił. Jed­nak gdy zoba­czył brata, posłu­chał jego roz­mowy z pro­fe­so­rem, gdy póź­niej zauwa­żył ten mimo­wol­nie pro­tek­cjo­nalny ton, jakim brat pytał go o sprawy gospo­dar­cze (majątku po matce nie podzie­lili i Lewin zarzą­dzał oby­dwiema czę­ściami), poczuł, że jakoś nie może pod­jąć z bra­tem roz­mowy o swo­jej decy­zji mał­żeń­skiej. Czuł, że brat spoj­rzy na to nie tak, jak on by chciał.

- A co z waszym ziem­stwem? - spy­tał Sier­giej Iwa­no­wicz, który bar­dzo inte­re­so­wał się ziem­stwem i przy­pi­sy­wał mu duże zna­cze­nie.

- Prawdę mówiąc, nie wiem...

- Jak to? Prze­cież jesteś człon­kiem zarządu?

- Nie już nie jestem, wystą­pi­łem - odparł Kon­stan­tin - i nie bywam już na zebra­niach.

- Szkoda! - powie­dział Kozny­szew i spo­chmur­niał.

Lewin, uspra­wie­dli­wia­jąc się, zaczął opo­wia­dać, co się działo na zebra­niach w jego powie­cie.

- Jak zwy­kle! - prze­rwał mu Sier­giej Iwa­no­wicz. - My, Rosja­nie, zawsze tak samo. Moż­liwe, że to nasza dobra cecha - zdol­ność dostrze­ga­nia swo­ich wad, jed­nak prze­sa­dzamy, zado­wa­lamy się iro­nią, którą zawsze mamy na końcu języka. Powiem ci tylko, że gdyby te same prawa, jakie mają nasze ziem­skie insty­tu­cje, otrzy­mał inny euro­pej­ski naród, to Niemcy i Anglicy wypra­co­wa­liby z nich wol­ność, pod­czas gdy my tylko się wyśmie­wamy.

- Cóż jed­nak robić? - powie­dział Lewin ze skru­chą. - To była moja ostat­nia próba. Z całego serca się sta­ra­łem. Nie mogę. Nie jestem zdolny.

- Zdol­no­ści ci nie brak - oświad­czył Sier­giej Iwa­no­wicz - tylko źle patrzysz na rze­czy.

- Być może - z smut­kiem przy­znał Lewin.

- A czy wiesz, że Niko­łaj znowu tu jest.

Niko­łaj było rodzo­nym star­szym bra­tem Kon­stan­tina Lewina i przy­rod­nim bra­tem Sier­gieja Iwa­no­wi­cza. Był to czło­wiek wyko­le­jony, który roz­trwo­nił więk­szość swego majątku, obra­cał się w złym towa­rzy­stwie i był z braćmi skłó­cony.

- Co ty mówisz? - wykrzyk­nął Kon­stan­tin z prze­ra­że­niem. - Skąd to wiesz?

- Pro­ko­fij widział go na ulicy.

- Tutaj, w Moskwie? Gdzie jest? Wiesz? - Lewin wstał z krze­sła, jakby miał zamiar natych­miast wyjść.

- Żałuję, że ci to powie­dzia­łem - rzekł Sier­giej Iwa­nycz, krę­cąc głową z powodu wzbu­rze­nia młod­szego brata. - Posła­łem, żeby się dowie­dzieć, gdzie mieszka i prze­ka­za­łem mu weksel wysta­wiony Tru­bi­nowi, który wyku­pi­łem. A oto co mi odpi­sał.

Sier­giej Iwa­no­wicz podał bratu kartkę wyjętą spod przy­ci­sku.

Lewin prze­czy­tał słowa napi­sane dziw­nym, choć bli­skim mu cha­rak­te­rem pisma: "Pokor­nie pro­szę o pozo­sta­wie­nie mnie w spo­koju. To jedno, czego doma­gam się od moich dro­gich bra­cisz­ków. Niko­łaj Lewin".

Kon­stan­tin prze­czy­tał i z kartką w dłoni, nie pod­no­sząc głowy, stał przed przy­rod­nim bra­tem. W jego duszy ście­rało się pra­gnie­nie, żeby zapo­mnieć o nie­szczę­snym bra­cie, ze świa­do­mo­ścią, że byłoby to złe.

- Wydaje się, że chce mnie obra­zić - pod­jął Sier­giej Iwa­no­wicz - lecz obra­zić mnie nie może. Z całego serca chciał­bym mu pomóc, lecz wiem, że to nie­moż­liwe.

- Tak, tak - przy­tak­nął Lewin. - Rozu­miem i doce­niam twój sto­su­nek do niego, jed­nak ja tam pojadę.

- Jedź, jeśli chcesz - zgo­dził się Sier­giej Iwa­no­wicz. - Jed­nak ci odra­dzam. To zna­czy, mnie na tym nie zależy, on cie­bie ze mną nie skłóci, lecz radzę ci, lepiej nie jedź. Pomóc mu nie można. Zresztą rób jak chcesz.

- Moż­liwe, że nie można mu pomóc, lecz czuję, szcze­gól­nie w tej chwili - ale to inna sprawa - czuję, że nie miał­bym spo­koju.

- No, tego nie rozu­miem - powie­dział Sier­giej Iwa­no­wicz. - Rozu­miem tylko, że to lek­cja pokory. Teraz, gdy brat Niko­łaj stał się tym, kim jest, zaczą­łem bar­dziej wyro­zu­miale patrzeć na to, co się nazywa pod­ło­ścią... Wiesz prze­cież, co zro­bił...

- Ach, to straszne, straszne! - powtó­rzył Lewin.

Otrzy­maw­szy od lokaja Sier­gieja Iwa­no­wi­cza adres brata, Lewin zamie­rzał od razu do niego poje­chać, lecz po namy­śle posta­no­wił odło­żyć to do wie­czora. Przede wszyst­kim dla­tego, że aby osią­gnąć wewnętrzny spo­kój, nale­żało zała­twić sprawę, dla któ­rej przy­je­chał do Moskwy. Od brata poje­chał więc do urzędu Obłoń­skiego, a gdy dowie­dział się o Szczer­bac­kich, poje­chał tam, gdzie jak mu powie­dziano, może spo­tkać Kitty.

Rozdział IX

IX

Czu­jąc bicie serca, Lewin o godzi­nie czwar­tej wysiadł z dorożki przy ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym i ruszył chod­ni­kiem w stronę torów sanecz­ko­wych i śli­zgawki. Wie­dział na pewno, że ją tam znaj­dzie, gdyż dostrzegł karetę Szczer­bac­kich.

Był jasny, mroźny dzień. Przed bramą do ogrodu stały karety, sanie, dorożki i żan­darmi. Przy wej­ściu i na odśnie­żo­nych chod­ni­kach mię­dzy dom­kami w rosyj­skim stylu, z rzeź­bioną kale­nicą, roiło się od ele­gancko ubra­nych ludzi w poły­sku­ją­cych w słońcu kape­lu­szach. Nawet wyda­wało się, że stare kędzie­rzawe brzozy parku, ze zwi­sa­ją­cymi pod cię­ża­rem śniegu gałę­ziami, wystro­iły się w nowe uro­czy­ste szaty.

Szedł chod­ni­kiem w stronę śli­zgawki i zwra­ca­jąc się do swo­jego serca, mówił: Nie można się dener­wo­wać, trzeba się uspo­koić. O co ci cho­dzi? Czego chcesz? Milcz, głu­pie. A im bar­dziej sta­rał się uspo­koić, tym bar­dziej bra­ko­wało mu tchu. Ktoś zna­jomy idący naprze­ciwko zawo­łał do niego, lecz on nawet nie poznał, kto to był. Pod­szedł do torów, na któ­rych dzwo­niły łań­cu­chy zwal­nia­nych i wcią­ga­nych sanek, hała­so­wały sanki zjeż­dża­jące w dół i roz­brzmie­wały wesołe głosy. Po kilku kro­kach odsło­niła się przed nim śli­zgawka i od razu wśród łyż­wia­rzy ją roz­po­znał.

To, że tu jest, pod­po­wie­działy mu radość i strach, które ogar­nęły jego serce. Stała na prze­ciw­le­głym skraju śli­zgawki, roz­ma­wia­jąc z jakąś kobietą. Zda­wało się, że nie było niczego szcze­gól­nego ani w jej stroju, ani w pozie. Lecz Lewi­nowi tak łatwo było ją dostrzec w tym tłu­mie, jak łatwo widzi się różę w pokrzy­wach. Wszystko roz­ja­śniał jej blask. Była uśmie­chem, który opro­mie­niał całe oto­cze­nie. Czyż­bym mógł zejść tam, na lód i podejść do niej? - pomy­ślał. Miej­sce, w któ­rym stała, wyda­wało mu się nie­do­stępne i święte i był moment, że omal się nie wyco­fał, taki opa­no­wał go strach. Trzeba było wiel­kiego wysiłku, żeby się zmu­sić do zasta­no­wie­nia, że wokół niej cho­dzą różni ludzie, że rów­nież on mógł tu przyjść, żeby jeź­dzić na łyż­wach. Zszedł na dół, sta­ra­jąc się jak naj­dłu­żej na nią nie patrzeć, niczym na słońce, lecz nawet nie patrząc, widział ją jak słońce.

W tym dniu tygo­dnia i o tej wła­śnie porze na śli­zgawce zbie­rali się ludzie nale­żący do tego samego kółka, dobrze się zna­jący. Byli tu zarówno mistrzo­wie jazdy na łyż­wach, popi­su­jący się swoją sztuką, i dopiero uczący się jeź­dzić za fote­li­kami, wyko­nu­jący nie­śmiałe, nie­zręczne ruchy, i mali chłopcy, i sta­rzy ludzie, któ­rzy śli­zgali się dla zdro­wia. Wszy­scy wyda­wali mu się szczę­śli­wymi wybrań­cami, ponie­waż byli bli­sko niej. Zda­wało się, że wszy­scy na śli­zgawce zupeł­nie obo­jęt­nie doga­niali ją i wyprze­dzali, nawet zaga­dy­wali do niej i nie­za­leż­nie, bez jej udziału, wese­lili się, korzy­sta­jąc ze zna­ko­mi­tego lodu oraz pięk­nej pogody.

Niko­łaj Szczer­backi, stry­jeczny brat Kitty, w kró­ciut­kim żakie­cie i wąskich spodniach, sie­dział na ławce z łyż­wami na nogach i widząc Lewina, zawo­łał:

- A, pierw­szy łyż­wiarz Rosji! Od dawna? Wspa­niały lód, niech­że pan przy­pina łyżwy.

- Ja nawet nie mam łyżew - odparł Kon­stan­tin, dzi­wiąc się śmia­ło­ści i pew­no­ści sie­bie w jej obec­no­ści i ani na moment nie tra­cąc jej z oczu, cho­ciaż na nią nie patrzył. Czuł, że słońce zbli­żało się do niego. Była na zakrę­cie i śli­zgała się w jego stronę z widoczną obawą, nie­pew­nie sta­wia­jąc szczu­płe nóżki w wyso­kich buci­kach. Wyprze­dzał ją chło­piec w rosyj­skim stroju, przy­gięty do ziemi i zama­szy­ście wyma­chu­jący rękami. Ona zaś śli­zgała się z nie­wielką wprawą. Wyjęła ręce z maleń­kiej mufki i trzy­mała je w pogo­to­wiu. Patrząc na Lewina, któ­rego poznała, uśmie­chała się do niego, a tro­chę ze stra­chu. Na końcu zakrętu ode­pchnęła się sprę­ży­stą nóżką, pod­je­chała pro­sto do Szczer­bac­kiego i chwy­ciw­szy się jego ręki, z uśmie­chem ski­nęła głową Kon­stan­tinowi. Była pięk­niej­sza, niż sobie wyobra­żał.

Kiedy o niej myślał, mógł ją sobie wyobra­zić całą jak żywą, szcze­gólny zaś urok miała ta zacho­wu­jąca dzie­cięcą jasność i dobroć nie­wielka blond główka, tak swo­bod­nie osa­dzona na kształt­nych dziew­czę­cych ramio­nach. Nad­zwy­czajny wdzięk dostrze­gał w dzie­cin­nym wyra­zie jej twa­rzy połą­czo­nym z sub­tel­nym pięk­nem kibici. Dosko­nale go pamię­tał, lecz tym, co zawsze nie­spo­dzie­wa­nie go ude­rzało, był wyraz jej oczu, łagod­nych, spo­koj­nych i szcze­rych, a w szcze­gól­no­ści jej uśmiech, który zawsze prze­no­sił go do zacza­ro­wa­nego świata, gdzie odnaj­do­wał w sobie czu­łość i łagod­ność, tak jak bywało w rzad­kich dniach jego wcze­snego dzie­ciń­stwa.

- Od dawna pan tu jest? - zapy­tała, wycią­ga­jąc do niego rękę. - Dzię­kuję - dodała, gdy podał jej chu­s­teczkę, która wypa­dła z jej mufki.

- Ja? Od nie­dawna, wczo­raj... to zna­czy dzi­siaj... przy­je­cha­łem - odparł, ze wzru­sze­nia nie od razu pojąw­szy jej pyta­nie. - Chcia­łem pań­stwa odwie­dzić - powie­dział i na myśl o zamia­rze, z jakim jej poszu­ki­wał, zawsty­dził się i poczer­wie­niał. - Nie wie­dzia­łem, że pani jeź­dzi na łyż­wach i to tak pięk­nie.

Spoj­rzała na niego uważ­nie, jakby chciała zro­zu­mieć przy­czynę jego zawsty­dze­nia.

- Pań­ską pochwałę należy cenić. Tu krążą legendy, że jest pan naj­lep­szym łyż­wia­rzem - odparła, strzą­sa­jąc maleńką rączką w czar­nej ręka­wiczce igiełki szronu, które spa­dły na jej mufkę.

- Tak, kie­dyś pasjo­no­wa­łem się łyż­wami, chcia­łem dojść do dosko­na­ło­ści.

- Pan wszystko, jak się zdaje, robi z pasją - oznaj­miła z uśmie­chem. - Tak bym chciała zoba­czyć, jak pan jeź­dzi. Niech­że pan przy­pina łyżwy, pośli­zgamy się razem.

Śli­zgać się razem! Czy to moż­liwe? - myślał, patrząc na nią.

- Zaraz przy­pnę - odparł.

I poszedł wypo­ży­czyć łyżwy.

- Dawno pan u nas nie był - ode­zwał się posłu­gacz, przy­trzy­mu­jąc mu nogę i przy­krę­ca­jąc łyżwę do obcasa. - Po panu już nie ma takich mistrzów. Czy tak będzie dobrze? - spy­tał, nacią­ga­jąc pasek.

- Dobrze, dobrze, szyb­ciej, pro­szę - powie­dział Lewin, z tru­dem powstrzy­mu­jąc uśmiech szczę­ścia, który mimo­wol­nie poja­wił się na jego twa­rzy.

Tak - myślał - oto jest życie, oto jest szczę­ście! Razem, powie­działa, żeby­śmy pośli­zgali się razem. Czy oświad­czyć się jej teraz? Lecz prze­cież dla­tego boję się to powie­dzieć, że teraz jestem szczę­śliwy, szczę­śliwy cho­ciaż nadzieją... A potem? Lecz prze­cież trzeba! Precz, sła­bo­ści!

Wstał, zdjął palto i roz­pę­dziw­szy się po chro­po­wa­tym lodzie przed dom­kiem, wyje­chał na gładki lód i poje­chał bez wysiłku, jak gdyby samą tylko swoją wolą przy­spie­sza­jąc, skra­ca­jąc i kie­ru­jąc swój pęd. Zbli­żył się do niej z lękiem, lecz znowu jej uśmiech go uspo­koił. Podała mu rękę i poje­chali obok sie­bie, zwięk­sza­jąc pręd­kość, a im szyb­ciej sunęli, tym moc­niej ści­skała jego dłoń.

- Z panem prę­dzej bym się nauczyła, nie wiem dla­czego, ale przy panu czuję się pew­nie - powie­działa.

- I ja czuję się pew­nie, gdy pani opiera się o mnie - odparł, lecz natych­miast prze­stra­szył się tego, co powie­dział i się zaczer­wie­nił. I rze­czy­wi­ście, gdy tylko wymó­wił te słowa, nagle jakby słońce zaszło za chmury, jej twarz stra­ciła całą ser­decz­ność, na gład­kim czole nabrzmiała zmarszczka i poznał znaną grę jej twa­rzy, gdy o czymś inten­syw­nie myślała.

- Czy nie stało się coś przy­krego? Zresztą, nie mam prawa pytać - powie­dział szybko.

- Skądże? Nie, nie dozna­łam żad­nej przy­kro­ści - odparła chłodno i od razu dodała: - Widział się pan z made­mo­iselle Linon?

- Jesz­cze nie.

- Pro­szę podejść do niej, ona tak pana lubi.

Co to zna­czy? Zasmu­ci­łem ją. Boże, pomóż mi! - pomy­ślał i pod­je­chał do sie­dzą­cej na ławce sta­rej Fran­cuzki z siwymi locz­kami. Uśmie­cha­jąc się i poka­zu­jąc sztuczne zęby, powi­tała go jak sta­rego przy­ja­ciela.

- Tak, dora­stamy, jak widać - powie­działa, wska­zu­jąc oczami na Kitty - i sta­rze­jemy się. Tiny bear5 już dorósł! - śmiała się Fran­cuzka i przy­po­mniała mu jego żart o trzech pan­nach, które porów­ny­wał do trzech niedź­wiad­ków z angiel­skiej bajki. - Pamięta pan, że kie­dyś tak pan mówił?

Abso­lut­nie tego nie pamię­tał, lecz ona już z dzie­sięć lat śmiała się z tego ulu­bio­nego żartu.

- No, niech pan idzie, idzie się śli­zgać. Ale dobrze już sobie radzi nasza Kitty, czyż nie?

Kiedy Lewin ponow­nie poje­chał do Kitty, jej twarz już nie była surowa, oczy patrzyły tak samo szcze­rze i ser­decz­nie, lecz wydało mu się, że jej ser­decz­ność nabrała szcze­gól­nego, roz­myśl­nie spo­koj­nego odcie­nia. Opo­wie­działa o swo­jej sta­rej guwer­nantce, o jej dzi­wac­twach, po czym spy­tała o jego życie.

- Czy naprawdę nie nudzi się pan zimą na wsi?

- Nie, nie nudzę się, jestem bar­dzo zajęty - odparł, czu­jąc, że Kitty narzuca mu swój spo­kojny ton, z któ­rego on nie będzie w sta­nie się wyrwać, tak jak to było na początku zimy.

- Na długo pan przy­je­chał?

- Nie wiem - odrzekł, nie zasta­na­wia­jąc się, co mówi. Przy­szło mu na myśl, że jeśli ule­gnie temu tonowi spo­koj­nej przy­jaźni, to znowu wyje­dzie z niczym, i posta­no­wił się zbun­to­wać.

- Jak to nie wie pan?

- Nie wiem. To zależy od pani - wyznał i natych­miast prze­ra­ził się tych słów.

Nie sły­szała czy może nie chciała sły­szeć jego odpo­wie­dzi, jakby się potknęła i dwa razy ode­pchnąw­szy się nóżką, pospiesz­nie się odda­liła. Pod­je­chała do made­mo­iselle Linon, coś do niej powie­działa i ruszyła w stronę domku, w któ­rym panie zdej­mo­wały łyżwy.

Boże, co ja zro­bi­łem! O mój Boże! Pomóż mi, oświeć mnie - powta­rzał Lewin, modląc się, a zara­zem czu­jąc potrzebę szyb­kiego ruchu, roz­pę­dza­jąc się i wyry­so­wu­jąc kręgi prze­chy­lony to w jedną, to w drugą stronę.

W tym cza­sie jeden z kawa­le­rów, naj­lep­szy z nowych łyż­wia­rzy, z papie­ro­sem w ustach, wyszedł na łyż­wach z kawiarni i nabie­ra­jąc roz­pędu, puścił się w dół po schod­kach, pod­ska­ku­jąc i stu­ko­cząc na stop­niach. Runął na dół i nawet nie zmie­nia­jąc swo­bod­nego układu rąk, poje­chał po lodzie.

- Ach, to nowa sztuczka! - powie­dział Lewin i natych­miast pobiegł na górę, żeby tę nową sztuczkę powtó­rzyć.

- Niech się pan nie zabije, potrzeba do tego wprawy! - zawo­łał Niko­łaj Szczer­backi.

Kon­stan­tin wszedł na stop­nie, roz­pę­dził się z góry ile sił i runął w dół, balan­su­jąc w nie­zwy­kłym dla sie­bie ruchu rękami. Na ostat­nim stop­niu zacze­pił o coś łyżwą, lecz tylko musnąw­szy dło­nią lodu, szybko się wypro­sto­wał i ze śmie­chem poje­chał dalej.

Wspa­niały, kochany - pomy­ślała Kitty, gdy wła­śnie wycho­dziła z made­mo­iselle Linon z domku i patrzyła na niego z uśmie­chem spo­koj­nej ser­decz­no­ści, jak na kocha­nego brata. - Czy to rze­czy­wi­ście moja wina, czyż­bym zro­biła coś złego? Mówią, że to kokie­te­ria. Wiem, że kocham nie jego. Jed­nak tak mi z nim rado­śnie i taki jest wspa­niały. Tylko po co mi to powie­dział?

Widząc wycho­dzącą Kitty i matkę, która cze­kała na nią na schod­kach, Lewin, zaczer­wie­niony po szyb­kim pędzie, zatrzy­mał i zamy­ślił. Zdjął łyżwy i dogo­nił matkę i córkę przy wyj­ściu z ogrodu.

- Bar­dzo się cie­szę, że pana widzę - powie­działa księżna. - Przyj­mu­jemy jak zawsze w czwartki.

- To zna­czy dzi­siaj?

- Będzie nam bar­dzo miło pana zoba­czyć - sucho odparła księżna.

Ta oschłość spra­wiła Kitty przy­krość, więc nie mogła się powstrzy­mać od pra­gnie­nia, żeby zła­go­dzić chłód matki. Odwró­ciła głowę i z uśmie­chem powie­działa:

- Do zoba­cze­nia.

W tym cza­sie Obłoń­ski, w kape­lu­szu na bakier, z jaśnie­jącą twa­rzą i bły­skiem w oku, wcho­dził do ogrodu niczym rado­sny zwy­cięzca. Jed­nak pod­cho­dząc do teścio­wej, ze smutną i skru­szoną miną odpo­wia­dał na pyta­nia o zdro­wie Dolly. Po cichej i mar­kot­nej roz­mo­wie z księżną wresz­cie głę­boko ode­tchnął i wziął Lewina pod rękę.

- No to co, jedziemy? - spy­tał. - Stale o tobie myśla­łem i bar­dzo się cie­szę, że przy­je­cha­łeś - oznaj­mił, patrząc mu zna­cząco w oczy.

- Jedźmy, jedźmy - odparł uszczę­śli­wiony Lewin, wciąż sły­sząc brzmie­nie głosu, który powie­dział: "Do zoba­cze­nia", i widząc uśmiech, z któ­rym zostało to powie­dziane.

- Do "Anglii" czy do "Ermi­tażu"?

- Wszystko mi jedno.

- To do "Anglii" - zde­cy­do­wał Stiwa, gdyż tam, w "Anglii", był bar­dziej zadłu­żony niż w "Ermi­tażu". Sądził więc, że nie wypada uni­kać tego hotelu. - Masz dorożkę? To świet­nie, bo ja ode­sła­łem karetę.

Przez całą drogę przy­ja­ciele mil­czeli. Kon­stan­tin myślał o tym, co ozna­czała zmiana wyrazu twa­rzy Kitty i to upew­niał się, że jest nadzieja, to znowu wpa­dał w roz­pacz i wyraź­nie widział, że jego nadzieja nie ma sensu, a jed­no­cze­śnie czuł się zupeł­nie innym czło­wie­kiem, nie­po­dob­nym do tego, któ­rym był przed jej uśmie­chem i sło­wami do zoba­cze­nia.

Stie­pan Arka­djicz po dro­dze ukła­dał menu.

- Lubisz tur­bota? - ode­zwał się, gdy pod­je­chali.

- Co? - spy­tał Lewin. - Tur­bota? Tak, strasz­nie lubię tur­bota.

Rozdział X

X

Gdy Lewin wszedł z Obłoń­skim do hotelu, nie mógł nie zauwa­żyć pew­nej oso­bli­wo­ści wyrazu twa­rzy i całej postaci Stie­pana Arka­dji­cza, który jakby zawie­rał w sobie przy­tłu­miony blask. Stiwa zdjął palto i w kape­lu­szu na bakier wszedł do jadalni, wyda­jąc pole­ce­nia lgną­cym do niego Tata­rom we fra­kach i z ser­wet­kami. Kła­nia­jąc się na ledwo i na prawo rado­śnie wita­ją­cym go zna­jo­mym, któ­rych jak wszę­dzie nie bra­kło rów­nież tutaj, pod­szedł do bufetu, wódkę zaką­sił rybką i coś takiego powie­dział wyma­lo­wa­nej, wystro­jo­nej we wstążki, koronki i wyfio­ko­wa­nej Fran­cuzce, która sie­działa przy kasie, że nawet ona szcze­rze się roze­śmiała. Lewin tylko dla­tego nie wypił wódki, że mier­ził go widok tej Fran­cuzki, całej zło­żo­nej, jak się wyda­wało, z cudzych wło­sów, poudre de riz i vina­igre de toilette6. Odszedł od niej pospiesz­nie, jak od miej­sca ska­żo­nego. Prze­peł­niony był wspo­mnie­niami Kitty i w jego oczach jaśniał uśmiech zwy­cię­stwa i szczę­ścia.

- Pro­szę tutaj, jaśnie panie, tu nikt nie będzie nie­po­koił waszej eks­ce­len­cji - powta­rzał naj­bar­dziej nad­ska­ku­jący blady stary Tatar z połami fraka roz­wie­wa­ją­cymi się nad jego sze­ro­kimi bio­drami. - Popro­szę kape­lusz waszej eks­ce­len­cji - zwra­cał się do Lewina, na znak sza­cunku do Stie­pana Arka­dji­cza sta­ra­jąc się oka­zać uprzej­mość także jego gościowi.

Bły­ska­wicz­nie roz­ło­żył świeżą ser­wetę na zasła­nym już ser­wetą okrą­głym sto­liku pod kin­kie­tem z brązu, przy­su­nął aksa­mitne krze­sła i w ocze­ki­wa­niu na pole­ce­nia sta­nął przed Stie­pa­nem Arka­dji­czem z ser­wetką i kartą w ręce.

- Jeśli wasza eks­ce­len­cja woli, osobny gabi­net za chwilę się zwolni, książę Goli­cyn jest z damą. Dosta­li­śmy świeże ostrygi.

- A, ostrygi.

Obłoń­ski się zamy­ślił.

- Może zmie­nimy plan, co Lewin? - zapro­po­no­wał, zatrzy­mu­jąc palec na kar­cie. Jego twarz wyra­żała przy tym poważne zakło­po­ta­nie. - Czy dobre te ostrygi? Tylko mi nie kręć!

- Flens­bur­skie, wasza eks­ce­len­cjo, ostendz­kich nie mamy.

- Flens­bur­skie to flens­bur­skie, ale czy świeże?

- Wczo­raj dosta­li­śmy.

- No cóż, może zaczniemy od ostryg, a potem cały plan trzeba będzie zmie­nić, co?

- Mnie wszystko jedno. Oso­bi­ście wolał­bym kapu­śniak i kaszę, ale tu prze­cież tego nie ma.

- Kasza a la rius7, pan każe? - wtrą­cił Tatar, pochy­la­jąc się nad Lewi­nem jak nia­nia nad dziec­kiem.

- Nie, bez żar­tów. Co wybie­rzesz, będzie dobrze. Pojeź­dzi­łem na łyż­wach i zgłod­nia­łem. I nie myśl - dodał, widząc nie­za­do­wo­loną minę Obłoń­skiego - że nie doce­niam twego wyboru. Z przy­jem­no­ścią dobrze zjem.

- Ba! Cokol­wiek by mówić, jedze­nie to jedna z przy­jem­no­ści życia - stwier­dził Stie­pan Arka­djicz. - No więc, daj nam, bra­cie ty mój, ostryg dwie, a może mało - trzy dzie­siątki, zupę jarzy­nową...

- Pren­tan­jer - pod­chwy­cił Tatar. Jed­nak Stie­pan Arka­djicz naj­wy­raź­niej nie chciał spra­wiać mu przy­jem­no­ści nazy­wa­nia dań po fran­cu­sku.

- Jarzy­nową, rozu­miesz? Potem tur­bot w gęstym sosie, potem... rost­bef. Tylko uwa­żaj, żeby był dobry. Potem może kapłony, no i kom­pot.

Kel­ner przy­po­mniał sobie manierę Obłoń­skiego nie­na­zy­wa­nia dań według fran­cu­skiej karty, więc nie powta­rzał za nim, lecz teraz zro­bił sobie przy­jem­ność i wyre­cy­to­wał całe zamó­wie­nie: Sup pren­tan­jer, turbo, sos bomar­sze, pulard a lestra­gon, mase­duan de friui... - po czym bły­ska­wicz­nie, jak na sprę­ży­nach, odło­żył jedną kartę w twar­dej opra­wie, a schwy­cił drugą - listę win i podał Stie­pa­nowi Arka­dji­czowi.

- Co będziemy pili?

- Co chcesz, byle nie­dużo, może szam­pana - odpo­wie­dział Kon­stan­tin.

- Jak to? Na począ­tek? A zresztą, prawda, niech będzie. Lubisz z bia­łym kor­kiem?

- Kasze blan - pod­chwy­cił Tatar.

- Podaj więc tę markę do ostryg, potem zoba­czymy.

- Służę uprzej­mie. Sto­łowe, jakie wasza eks­ce­len­cja sobie życzy?

- Podaj nuits. Albo lepiej kla­syczne cha­blis.

- Służę uprzej­mie. Ser - pań­ski mam podać?

- No tak, par­me­zan. A może lubisz inny?

- Nie, wszystko mi jedno - nie mogąc powstrzy­mać uśmie­chu, odparł Lewin.

Tatar z roz­wia­nymi połami fraka nad sze­ro­kimi bio­drami pobiegł i po pię­ciu minu­tach wró­cił z pół­mi­skiem otwar­tych ostryg w per­ło­wych musz­lach i z butelką mię­dzy pal­cami.

Stie­pan Arka­djicz zmiął wykroch­ma­loną ser­wetkę, wsu­nął ją za kami­zelkę, oparł wygod­nie ręce i zabrał się do ostryg.

- A, nie­złe - pochwa­lił, zdzie­ra­jąc srebr­nym widel­czy­kiem mla­ska­jące małże z per­ło­wych muszli i poły­ka­jąc jedną za drugą. - Nie­złe - powtó­rzył, pod­no­sząc wil­gotne, błysz­czące oczy to na Lewina, to na kel­nera.

Kon­stan­tin jadł ostrygi, cho­ciaż wolał biały chleb z serem. Teraz z przy­jem­no­ścią patrzył na Obłoń­skiego. Nawet Tatar, który wycią­gnął korek i roz­le­wał per­li­ste wino do zło­co­nych cien­kich kie­lisz­ków, popra­wia­jąc swój biały kra­wat, z widocz­nym uśmie­chem zado­wo­le­nia spo­glą­dał na Stie­pana Arka­dji­cza.

- A ty nie bar­dzo lubisz ostrygi? - ode­zwał się Stie­pan Arka­djicz, wypi­ja­jąc swój kie­li­szek wina. - A może masz jakieś pro­blemy? Co?

Chciał, żeby Lewin był wesoły. Jed­nak on nie to, żeby był mar­kotny, ale raczej skrę­po­wany. Z tym, co nosił w sercu, był okrop­nie skrę­po­wany w restau­ra­cji, w pobliżu gabi­ne­tów, gdzie jadano z paniami, pośród tej bie­ga­niny i krzą­ta­niny. Oto­cze­nie pełne brą­zów, luster, gazu, Tata­rów - wszystko to było dla niego odstrę­cza­jące. Bał się zbru­kać to, co prze­peł­niało jego serce.

- Ja? Tak, mam pro­blemy. Poza tym to wszystko mnie krę­puje - odrzekł. - Nie wyobra­żasz sobie, jak dla mnie, wie­śniaka, wszystko to jest dzi­waczne, jak choćby paznok­cie tego pana, któ­rego pozna­łem u cie­bie...

- Tak, widzia­łem, że paznok­cie bied­nego Hry­nie­wi­cza bar­dzo cię zain­te­re­so­wały - powie­dział ze śmie­chem Obłoń­ski.

- Ja tak nie mogę - wyznał Lewin. - Spró­buj posta­wić się na moim miej­scu, spoj­rzeć z per­spek­tywy miesz­kańca wsi. My tam sta­ramy się tak pie­lę­gno­wać ręce, żeby było wygod­nie nimi pra­co­wać. Po to obci­namy paznok­cie, cza­sem zawi­jamy rękawy. A tu ludzie umyśl­nie zapusz­czają paznok­cie dłu­gie, jak tylko się da, i przy­pi­nają spinki wiel­ko­ści spodka, żeby już nic nie można było robić rękami.

Stiwa uśmie­chał się wesoło.

- Tak, to znak, że takiemu czło­wie­kowi ciężka praca nie jest potrzebna. Pra­cuje umy­słowo...

- Moż­liwe. Jed­nak dla mnie jest to dzi­waczne, podob­nie jak dzi­waczne jest teraz to, że my, wie­śniacy, sta­ramy się jak naj­szyb­ciej najeść, żeby móc pod­jąć swoją pracę, tym­cza­sem my tu obaj sta­ramy się jak tylko można naj­dłu­żej się nie najeść i dla­tego jemy ostrygi...

- No, oczy­wi­ście - przy­znał Stie­pan Arka­djicz. - Lecz to jest celem edu­ka­cji: ze wszyst­kiego można czer­pać przy­jem­ność.

- No, jeśli to jest celem, to wolał­bym być dzi­ku­sem.

- Ty i tak jesteś dzi­ku­sem. Wy wszy­scy, Lewi­no­wie, jeste­ście dzi­ku­sami.

Kon­stan­tin wes­tchnął. Przy­po­mniał sobie brata Niko­łaja, ogar­nął go wstyd, poczuł ból i spo­chmur­niał, jed­nak Obłoń­ski pod­jął temat, który odwró­cił jego uwagę.

- No cóż, poje­dziesz tego wie­czora do naszych, to zna­czy do Szczer­bac­kich? - zapy­tał ze zna­czą­cym bły­skiem oczu, odsu­wa­jąc puste chro­pawe muszle i przy­su­wa­jąc ser.

- Tak, na pewno pojadę - odparł Lewin. - Acz­kol­wiek wydało mi się, że księżna nie­chęt­nie mnie zapra­szała.

- Coś ty! Bzdura! To taka jej maniera... No, dawajże, bra­cie, zupę! To jej maniera, grand dame8 - powie­dział Stie­pan Arka­djicz. - Ja rów­nież przy­jadę, ale wcze­śniej muszę być na pró­bie chóru u hra­biny Baniny. No więc, czy nie jesteś dzi­kus? Czym można wytłu­ma­czyć to, że nagle znik­ną­łeś z Moskwy? Szczer­baccy cią­gle mnie pytali o cie­bie, jak­bym ja miał wie­dzieć. A ja wiem tylko jedno: zawsze robisz to, czego nikt nie robi.

- Tak - odrzekł Lewin powoli i ze wzbu­rze­niem. - Masz rację, jestem dzi­kus. Jed­nak o mojej dzi­ko­ści świad­czy nie to, że wyje­cha­łem, ale to, że teraz przy­je­cha­łem. Teraz przy­je­cha­łem.

- O, jakiś ty szczę­śliwy - pod­jął Stie­pan Arka­djicz, patrząc przy­ja­cie­lowi w oczy.

- Czemu?

- Poznaje się rącze konie po ich zna­ko­wa­niu, zako­cha­nych mło­dzień­ców - po oczach9 - zade­kla­mo­wał Stie­pan Arka­djicz. - Ty masz jesz­cze wszystko przed sobą.

- Czyż­byś ty już miał za sobą?

- Nie, może nie za sobą, lecz ty masz przed sobą przy­szłość, a ja to, co teraz, a z tym bywa roz­ma­icie.

- Jak to?

- Nie naj­le­piej. No, ale nie mówmy o mnie, zwłasz­cza że tego nie da się wytłu­ma­czyć - powie­dział Obłoń­ski. - Więc po co przy­je­cha­łeś do Moskwy? Ej, zabierz no to! - zawo­łał do kel­nera.

- Nie domy­ślasz się? - odparł Lewin, nie spusz­cza­jąc z Obłoń­skiego swo­ich do głębi roz­świe­tlo­nych oczu.

- Domy­ślam się, lecz nie mogę o tym mówić pierw­szy. Już z tego możesz wnio­sko­wać, dobrze czy nie­do­brze się domy­ślam - powie­dział Stiwa, spo­glą­da­jąc z deli­kat­nym uśmie­chem na przy­ja­ciela.

- Cóż więc mi powiesz? - zapy­tał tam­ten drżą­cym gło­sem, czu­jąc, jak mu drgają wszyst­kie mię­śnie twa­rzy. - Jak się na to zapa­tru­jesz?

Stie­pan Arka­djicz, nie spusz­cza­jąc wzroku z Lewina, powoli wysą­czył swój kie­li­szek cha­blis.

- Ja? Niczego bym tak nie pra­gnął jak tego. Niczego. Tak byłoby naj­le­piej.

- Ale czy się nie mylisz? Wiesz, o czym mówimy? - zanie­po­koił się Lewin, wpi­ja­jąc się wzro­kiem w swego roz­mówcę. - Myślisz, że to moż­li­wie?

- Myślę, że moż­liwe. Cze­muż mia­łoby być niemoż­liwe?

- Nie, naprawdę myślisz, że to moż­liwe? Nie, powiedz wszystko, co myślisz! No, a jeśli czeka mnie odmowa? Jestem nawet pewien...

- Czemu tak myślisz? - Stie­pan Arka­djicz uśmiech­nął się, widząc zde­ner­wo­wa­nie przy­ja­ciela.

- Tak mi się cza­sem zdaje. Prze­cież to będzie straszne zarówno dla mnie, jak i dla niej.

- No, w każ­dym razie dla dziew­czyny niczego strasz­nego w tym nie ma. Każda jest dumna z oświad­czyn.

- Tak, każda dziew­czyna, lecz nie ona.

Obłoń­ski się uśmiech­nął. Dosko­nale znał uczu­cia Lewina, wie­dział, że dla niego dziew­czyny dzielą się na dwie kate­go­rie: jedna - to wszyst­kie dziew­czyny na świe­cie oprócz niej i mają one wszel­kie ludz­kie sła­bo­ści, są to bowiem cał­kiem zwy­czajne dziew­częta. Druga kate­go­ria - ona jedna, nie­ma­jąca żad­nych ułom­no­ści i sto­jąca ponad wszyst­kim co ludz­kie.

- Zacze­kaj, weź sosu - powie­dział, przy­trzy­mu­jąc rękę przy­ja­ciela, który odsu­wał od sie­bie sosjerkę.

Lewin posłusz­nie nabrał tro­chę sosu, lecz nie pozwo­lił jeść przy­ja­cie­lowi.

- Nie, zacze­kaj, zacze­kaj - gorącz­ko­wał się. - Zro­zum, że jest to dla mnie sprawa życia i śmierci. Ni­gdy jesz­cze i z nikim o tym nie roz­ma­wia­łem. I z nikim nie mogę tak o tym roz­ma­wiać jak z tobą. Cho­ciaż róż­nimy się we wszyst­kim: mamy zupeł­nie inne gusta, poglądy, wszystko. Jed­nak wiem, że mnie lubisz i rozu­miesz i dla­tego ja cie­bie też strasz­nie lubię. Lecz bła­gam cię, bądź ze mną zupeł­nie szczery.

- Mówię ci, co myślę - powie­dział Stie­pan Arka­djicz z uśmie­chem. - Wię­cej ci powiem, moja żona to zadzi­wia­jąca kobieta. - Wes­tchnął na wspo­mnie­nie swo­ich rela­cji z żoną i po chwili mil­cze­nia kon­ty­nu­ował: - Ma dar jasno­wi­dze­nia. Widzi ludzi na wskroś, mało tego - wie, co będzie, zwłasz­cza gdy idzie o mał­żeń­stwa. Na przy­kład przepowie­działa, że Sza­chow­ska wyj­dzie za Bren­tielna. Nikt nie chciał w to wie­rzyć, a tak się stało. I ona jest po two­jej stro­nie.

- To zna­czy?

- To, że ona mało, że cię lubi, ona mówi, że Kitty na pewno będzie twoją żoną.

Na te słowa twarz Lewina roz­ja­śnił uśmiech, tak bli­ski łzom roz­rzew­nie­nia.

- Tak mówi! - wykrzyk­nął. - Zawsze powta­rzam, że twoja żona jest cudowna! No, dosyć, dosyć mówić na ten temat - powie­dział, pod­no­sząc się z miej­sca.

- Dobrze, ale sia­dajże, niosą zupę.

Lecz Lewin nie mógł usie­dzieć. Ener­gicz­nym kro­kiem dwu­krot­nie prze­mie­rzył mały pokoik, pomru­gał powie­kami, żeby nie było widać łez, i dopiero wtedy wró­cił do stołu.

- Zro­zum - zaczął - to nie jest miłość. Byłem już zako­chany, ale teraz to co innego. To nie moje uczu­cie mną zawład­nęło, lecz jakaś obca siła. Prze­cież dla­tego wyje­cha­łem, bo uzna­łem, że to jest nie­moż­liwe, rozu­miesz, jak szczę­ście, któ­rego nie ma na ziemi. Jed­nak wal­czy­łem ze sobą i widzę, że bez tego nie ma życia. I trzeba to roz­strzy­gnąć...

- Po co wyje­cha­łeś?

- Ach, zacze­kaj! Ach, ileż myśli! Ile pytań! Posłu­chaj. Nie możesz sobie wyobra­zić, ile zro­bi­łeś dla mnie tym, co powie­dzia­łeś. Jestem tak szczę­śliwy, że aż staję się podły - o wszyst­kim zapo­mnia­łem. Dzi­siaj dowie­dzia­łem się, że brat Niko­łaj... wiesz, jest tutaj... a ja o nim zapo­mnia­łem. Wydaje mi się, że i on jest szczę­śliwy. To jakieś sza­leń­stwo. Jedno tylko jest straszne... Tyś się oże­nił, znasz to uczu­cie... Straszne jest to, że my - sta­rzy, już z prze­szło­ścią... nie w miło­ści, lecz w grze­chach... nagle zbli­żamy się do istoty czy­stej, nie­win­nej. To wstrętne i dla­tego nie można nie czuć się nie­god­nym.

- No, ty masz nie­wiele grze­chów.

- A jed­nak - odparł Lewin - jed­nak "ze wstrę­tem i prze­stra­chem czy­tam wła­sne dzieje, Sam na sie­bie pomsty wzy­wam, i ser­decz­nie żałuję i gorz­kie łzy leję"10. Tak.

- Co robić, tak jest świat urzą­dzony.

- Jed­nak jest pocie­cha, jak w tej modli­twie, którą zawsze lubi­łem, że nie wedle mych zasług odpuść mi, lecz wedle miło­sier­dzia. Więc tylko ona może mi prze­ba­czyć.

Rozdział XI

XI

Lewin wypił swoje wino i przez chwilę mil­czeli.

- Powi­nie­nem ci jesz­cze coś powie­dzieć. Znasz Wroń­skiego? - ode­zwał się Stiwa.

- Nie, nie znam. A czemu pytasz?

- Podaj następną - Obłoń­ski zwró­cił się do kel­nera nale­wa­ją­cego do kie­lisz­ków i krę­cą­cego się wokół nich wła­śnie wtedy, gdy nie był potrzebny.

- Dla­czego miał­bym znać Wroń­skiego?

- Dla­tego miał­byś znać Wroń­skiego, że to jeden z two­ich rywali.

- Co to za jeden, ten Wroń­ski? - spy­tał Lewin i jego twarz pełna dzie­cin­nego unie­sie­nia, któ­rym przed chwilą cie­szył się Obłoń­ski, nagle stała się zła i nie­przy­jemna.

- Wroń­ski to jeden z synów hra­biego Kiriłła Iwa­no­wi­cza Wroń­skiego i jeden z naj­lep­szych oka­zów peters­bur­skiej zło­tej mło­dzieży. Pozna­łem go w Twe­rze, kiedy tam pra­co­wa­łem, a on przy­jeż­dżał na pobór rekruta. Bar­dzo bogaty, przy­stojny, zna­ko­mi­cie usto­sun­ko­wany, fli­ge­la­diu­tant, a ponadto - miły, sym­pa­tyczny chło­pak. Nawet wię­cej niż sym­pa­tyczny. Pozna­łem go bli­żej i wiem, że jest wykształ­cony i bar­dzo mądry. To czło­wiek, który wysoko zaj­dzie.

Lewin posęp­niał coraz bar­dziej i mil­czał.

- Zja­wił się tu zaraz po twoim wyjeź­dzie i widzę, że jest po uszy zako­chany w Kitty, więc sam rozu­miesz, że matka...

- Wybacz, lecz niczego nie rozu­miem. - Kon­stan­tin zasę­pił się. Nagle przy­po­mniał mu się brat Niko­łaj i poczu­łeś winny, że mógł o nim zapo­mnieć.

- Zacze­kaj, zacze­kaj - pod­jął Obłoń­ski, z uśmie­chem pokle­pu­jąc Lewina po ręce. - Powie­dzia­łem, co wiem, i powta­rzam, że w tej deli­kat­nej, sub­tel­nej spra­wie, na ile można się domy­ślać, wydaje mi się, że szanse są po two­jej stro­nie.

Lewin odchy­lił się na opar­cie krze­sła, twarz mu pobla­dła.

- Jed­nak radził­bym ci roz­strzy­gnąć sprawę jak naj­szyb­ciej - dodał Obłoń­ski, dole­wa­jąc mu wina.

- Nie, dzię­kuję bar­dzo, wię­cej nie mogę pić - zapro­te­sto­wał Kon­stan­tin, odsu­wa­jąc kie­li­szek. - Bo się upiję... No, a co u cie­bie sły­chać? - dodał, naj­wy­raź­niej chcąc zmie­nić temat roz­mowy.

- Jesz­cze słowo: w każ­dym razie radzę szybko zała­twić sprawę. Dzi­siaj lepiej nic nie mówić. Jedź jutro z rana z kla­sycz­nymi oświad­czy­nami i niech ci Bóg bło­go­sławi...

- Tyle razy mia­łeś przy­je­chać do mnie na polo­wa­nie. Przy­jedź wio­sną na ciągi - powie­dział Lewin.

Teraz wyrzu­cał sobie, że zaczął tę roz­mowę z Obłoń­skim. Jego szcze­gólne uczu­cie zostało zbru­kane roz­mową o kon­ku­ren­cji jakie­goś peters­bur­skiego ofi­cera, przy­pusz­cze­niami i radami Stiwy.

Stie­pan Arka­djicz uśmiech­nął się. Rozu­miał, co się działo w duszy przy­ja­ciela.

- Przy­jadę kie­dyś - obie­cał. - Tak, bra­cie, kobiety to śruba, wokół któ­rej się wszystko obraca. Moje sprawy też stoją kiep­sko, bar­dzo kiep­sko. A wszystko przez kobiety. Powiedz mi szcze­rze - wyjął cygaro, a w dru­giej ręce trzy­mał kie­li­szek - poradź mi.

- Wzglę­dem czego?

- Oto czego. Załóżmy, że jesteś żonaty, kochasz żonę, lecz zain­te­re­so­wa­łeś się inną kobietą...

- Wybacz, lecz ja abso­lut­nie nie rozu­miem tego, jak by... nie rozu­miem, żebym teraz, naje­dzony, prze­cho­dził obok pie­karni i ukradł rogala.

Oczy Stie­pana Arka­dji­cza błysz­czały bar­dziej niż zwy­kle.

- A dla­czego? Rogal cza­sem tak pach­nie, że się nie oprzesz.

Him­m­lisch ist's, wenn ich bez­wun­gen Meine irdi­sche Begier; Aber doch wenn's nicht gelun­gen, Hatt'ich auch recht hübsch Pla­isir!11

Mówiąc to, Stie­pan Arka­djicz sub­tel­nie się uśmie­chał, Lewin rów­nież nie mógł się nie uśmiech­nąć.

- Tak, ale już bez żar­tów - pod­jął Obłoń­ski. - Zro­zum, że ta kobieta, miła, łagodna, kocha­jąca istota jest samotna i wszystko poświę­ciła. Teraz, gdy już jest po wszyst­kim - zro­zum - czy można ją porzu­cić? Załóżmy, trzeba się roz­stać, żeby nie zepsuć życia rodzin­nego, lecz czy można nie lito­wać się nad nią, nie pochy­lić się nad jej losem, nie zła­go­dzić go?

- No, prze­pra­szam cię, ale... Wiesz, że dla mnie wszyst­kie kobiety dzielą się na dwie kate­go­rie... to zna­czy nie... raczej są kobiety i są... Cza­ru­ją­cych upa­dłych istot nie widy­wa­łem i nie widzę, takie zaś, jak ta wyma­lo­wana Fran­cuzka przy kasie, z locz­kami - to dla mnie gadziny tak jak i wszyst­kie upa­dłe.

- A Ewan­ge­lia?

- Ach, prze­stań! Chry­stus ni­gdy nie powie­działby tych słów, gdyby wie­dział, jak będą nad­uży­wane. Z całej Ewan­ge­lii pamięta się tylko te słowa. Zresztą mówię nie to, co myślę, ale to, co czuję. Czuję odrazę do upa­dłych kobiet. Ty się boisz pają­ków, a ja tych gadzin. Z pew­no­ścią podob­nie jak ja nie pro­wa­dzi­łeś badań nad pają­kami i nie znasz ich zwy­cza­jów.

- Łatwo ci tak mówić. Wszystko to jest podobne temu Dic­ken­sow­skiemu jego­mo­ściowi, który trudne kwe­stie prze­rzuca lewą ręką przez prawe ramię. Jed­nak nego­wa­nie faktu - to nie odpo­wiedź. Co robić, powiedz mi, co robić? Żona się sta­rzeje, a ty jesteś pełen życia. Ani się obej­rzysz, jak już czu­jesz, że nie możesz praw­dzi­wie kochać żony, żebyś nie wiem jak ją sza­no­wał. A tu nagle nawi­nie się miłość i prze­pa­dłeś, prze­pa­dłeś! - ze smętną roz­pa­czą zakoń­czył Stie­pan Arka­djicz.

Lewin się uśmiech­nął.

- Tak, prze­pa­dłeś - pod­su­mo­wał Obłoń­ski. - Cóż jed­nak robić?

- Nie kraść rogali.

Stie­pan Arka­djicz roze­śmiał się.

- O, mora­li­sto! Zro­zum jed­nak, że są tu dwie kobiety: jedna domaga się tylko swo­ich praw, a te prawa to twoja miłość, któ­rej nie możesz jej dać. Druga zaś poświęca dla cie­bie wszystko i niczego nie wymaga. Co począć? Jak postą­pić? W tym jest straszny dra­mat.

- Jeśli cze­kasz na moją spo­wiedź w tej mate­rii, to powiem ci, że nie wie­rzę, żeby w tym był dra­mat. Oto dla­czego. Moim zda­niem miłość... obie miło­ści, które, jak pamię­tasz, Pla­ton okre­śla w swo­jej Uczcie, obie miło­ści są kamie­niem pro­bier­czym dla ludzi. Jedni ludzie rozu­mieją tylko jedną z nich, inni drugą. I ci, któ­rzy rozu­mieją tylko miłość nie­pla­to­niczną, nie­po­trzeb­nie mówią o dra­ma­cie. Przy takiej miło­ści nie może być żad­nego dra­matu. "Uni­że­nie dzię­kuję za przy­jem­ność, moje usza­no­wa­nie", ot i cały dra­mat. Nato­miast w miło­ści pla­to­nicz­nej nie może być żad­nego dra­matu, ponie­waż w takiej miło­ści wszystko jest jasne i czy­ste, gdyż...

W tym momen­cie przy­po­mniał sobie wła­sne grze­chy i walkę wewnętrzną, którą prze­żył. I nie­ocze­ki­wa­nie dodał:

- A zresztą, być może, masz rację. Bar­dzo być może... Lecz nie wiem, naprawdę nie wiem.

- Widzisz - powie­dział Obłoń­ski - ty jesteś bar­dzo jed­no­li­tym czło­wie­kiem. To twoja zaleta i twoja wada. Masz naturę stwo­rzoną z jed­nego kawałka i chcesz, żeby całe życie skła­dało się z jed­no­li­tych zja­wisk, a to się nie zda­rza. Gar­dzisz służbą publiczną, ponie­waż chciał­byś, żeby praca stale odpo­wia­dała celowi, a to się nie zda­rza. Chcesz rów­nież, żeby dzia­łal­ność jed­nego czło­wieka zawsze miała cel. Żeby miłość i życie rodzinne zawsze two­rzyły jed­ność. A to się nie zda­rza. Cała róż­no­rod­ność, cały urok, całe piękno życia składa się ze świa­tła i cie­nia.

Lewin wes­tchnął i nic nie odpo­wie­dział. Myślał o swo­ich spra­wach i nie słu­chał przy­ja­ciela.

I nagle obaj poczuli, że cho­ciaż są przy­ja­ciółmi, mimo że spo­żyli razem obiad i pili wino, które powinno jesz­cze bar­dziej ich zbli­żyć, to każdy z nich myśli tylko o tym, co jego oso­bi­ście nur­tuje i pro­blemy dru­giego są mu obce. Obłoń­ski już nie­raz doświad­czał tej zda­rza­ją­cej się po obie­dzie skraj­nej obco­ści zamiast zbli­że­nia i wie­dział, co wtedy należy zro­bić.

- Pła­cić! - krzyk­nął i wyszedł do sąsied­niej sali, gdzie od razu spo­tkał zna­jo­mego adiu­tanta i roz­po­czął z nim poga­wędkę o pew­nej aktorce i jej spon­so­rze. I pod­czas wymiany zdań z adiu­tan­tem natych­miast poczuł ulgę i wytchnie­nie po roz­mo­wie z Lewi­nem, który zawsze go zmu­szał do zbyt wiel­kiego wysiłku umy­sło­wego i ducho­wego.

Gdy Tatar poja­wił się z rachun­kiem na dwa­dzie­ścia sześć rubli z kopiej­kami, nie licząc napiwku, Lewin, któ­rego kiedy indziej jako wie­śniaka wpra­wi­łaby w prze­ra­że­nie przy­pa­da­jąca na niego suma czter­na­stu rubli, teraz nie zwró­cił na to uwagi, zapła­cił i ruszył do domu, żeby się prze­brać i poje­chać do Szczer­bac­kich, gdzie miał się roz­strzy­gnąć jego los.

Rozdział XII

XII

Księż­niczka Kitty Szczer­backa skoń­czyła osiem­na­ście lat. Tej zimy zaczęła bywać. Miała więk­sze powo­dze­nie niż obie star­sze sio­stry, więk­sze nawet, niż spo­dzie­wała się księżna. Mało tego, że mło­dzieńcy tań­czący na moskiew­skich balach pra­wie wszy­scy kochali się w Kitty, to już pierw­szej zimy poja­wiły się dwie poważne par­tie: Lewin i zaraz po jego wyjeź­dzie hra­bia Wroń­ski.

Zja­wie­nie się Lewina na początku zimy, jego czę­ste wizyty i nie­skry­wana miłość do Kitty były powo­dem pierw­szych poważ­nych roz­mów rodzi­ców na temat jej przy­szło­ści oraz spo­rów mię­dzy ksią­żęcą parą. Książę trzy­mał stronę Lewina, mówił, że niczego lep­szego dla córki nie pra­gnie. Księżna nato­miast, zwy­cza­jem kobiet, omi­jała sedno sprawy i mówiła, że Kitty jest jesz­cze za młoda, że Lewin niczym nie zdra­dza poważ­nych zamia­rów, że Kitty nie jest nim zain­te­re­so­wana, przy­ta­czała też inne argu­menty. Nie mówiła jed­nak naj­waż­niej­szego, tego mia­no­wi­cie, że spo­dziewa się lep­szej par­tii dla córki i że Lewin nie budzi jej sym­pa­tii i go nie rozu­mie. Kiedy zaś nagle wyje­chał, księżna była rada i z trium­fem mówiła do męża: "Widzisz, mia­łam rację". Kiedy zaś poja­wił się Wroń­ski, była jesz­cze bar­dziej rada, utwier­dza­jąc się w prze­ko­na­niu, że Kitty powinna zro­bić nie po pro­stu dobrą, lecz świetną par­tię.

Dla matki nie było żad­nego porów­na­nia mię­dzy Wroń­skim a Lewi­nem. Nie podo­bały się jej dziwne i wyra­zi­ste poglądy Kon­stan­tina, jego towa­rzy­ska nie­po­rad­ność, wyni­ka­jąca, jak się jej wyda­wało, z zaro­zu­mia­ło­ści, a także dzi­waczne w jej poję­ciu życie na wsi oraz zaj­mo­wa­nie się bydłem i chło­pami. Bar­dzo nie podo­bało się także to, że zako­chany w jej córce, odwie­dzał ich dom przez pół­tora mie­siąca i jakby na coś cze­kał, wypa­try­wał, jakby się oba­wiał, czy nie za duży uczyni honor, jeśli się oświad­czy, i nie rozu­miał, że jeśli bywa się w domu, w któ­rym jest panna na wyda­niu, należy się wła­ści­wie zacho­wać. I nagle bez wyja­śnie­nia wyje­chał. Dobrze, że jest tak nie­po­cią­ga­jący, że Kitty się w nim nie zako­chała - myślała.

Wroń­ski nato­miast odpo­wia­dał wszel­kim pra­gnie­niom matki. Czło­wiek bar­dzo bogaty, mądry, znacz­nego rodu, na dro­dze do wspa­nia­łej kariery woj­skowo-dwor­skiej i do tego cza­ru­jący. O niczym lep­szym nie można marzyć.

Na balach Wroń­ski wyraź­nie zale­cał się do Kitty, tań­czył z nią i bywał u nich, tak więc nie można było wąt­pić w jego poważne zamiary. Mimo to matka przez całą zimę była bar­dzo nie­spo­kojna i zde­ner­wo­wana.

Sama księżna wyszła za mąż przed trzy­dzie­stoma laty, wyswa­tana przez ciotkę. Narze­czony, o któ­rym już wcze­śniej wszystko było wia­dome, przy­je­chał, zoba­czył narze­czoną i jego rów­nież obej­rzano, ciotka-swatka wywie­działa się i prze­ka­zała, jakie mło­dzi wywarli na sobie wra­że­nie. Było ono dobre, więc w ozna­czo­nym dniu zostały zło­żone rodzi­com i przy­jęte oświad­czyny. Wszystko odbyło się łatwo i pro­sto. W każ­dym razie tak się wyda­wało księż­nej. Jed­nak na przy­kła­dzie swo­ich córek doświad­czyła, jak nie­ła­twa i nie­pro­sta jest ta na pozór zwy­czajna sprawa - wyda­nie córek za mąż. Ile trzeba było prze­żyć obaw, ile prze­my­śleń, ile wydać pie­nię­dzy, ile odbyć sprze­czek z mężem przy wyda­wa­niu za mąż dwu star­szych, Darii i Nata­lii! Pod­czas wpro­wa­dza­nia teraz w świat naj­młod­szej poja­wiły się te same obawy, te same wąt­pli­wo­ści i jesz­cze goręt­sze niż z powodu tam­tych spory z mężem. Stary książę, jak wszy­scy ojco­wie prze­czu­lony na punk­cie czci i nie­win­no­ści swych córek, był o nie prze­sad­nie zazdro­sny, zwłasz­cza o Kitty, która była jego ulu­bie­nicą, i na każ­dym kroku robił księż­nej sceny, że kom­pro­mi­tuje córkę. Księżna przy­wy­kła do tego już przy star­szych cór­kach, teraz jed­nak czuła, że draż­li­wość męża jest bar­dziej uza­sad­niona. Dostrze­gała, że w ostat­nim cza­sie wiele zmie­niło się w zwy­cza­jach towa­rzy­skich, przez co obo­wiązki matki stały się jesz­cze trud­niej­sze. Wie­działa, że rówie­śniczki Kitty zakła­dały jakieś sto­wa­rzy­sze­nia, cho­dziły na jakieś kursy, swo­bod­nie roz­ma­wiały z męż­czy­znami, same jeź­dziły po mie­ście, wiele z nich nie dygało, a co naj­waż­niej­sze, wszyst­kie były prze­ko­nane, że wybór męża jest ich sprawą, a nie rodzi­ców. Teraz już tak nie wydaje się za mąż jak daw­niej - myślały i mówiły wszyst­kie te młode dziew­częta, a nawet sta­rzy ludzie. Jak więc teraz wydaje się za mąż, księżna nie mogła się od nikogo dowie­dzieć. Zwy­czaj fran­cu­ski, że rodzice decy­dują o losie dzieci, był pod­dany kry­tyce i nie został przy­jęty. Angiel­ski zwy­czaj - dopusz­cza­jący cał­ko­witą swo­bodę dziew­czyny - rów­nież uznano za nie­moż­liwy w rosyj­skim spo­łe­czeń­stwie. Rosyj­ski zwy­czaj swa­ta­nia uwa­żano za coś paskud­nego, wszy­scy go wyśmie­wali, nawet sama księżna. Jed­nak jak należy wycho­dzić i wyda­wać za mąż, nie wie­dział nikt. Wszy­scy, z któ­rymi księżna miała oka­zję o tym roz­ma­wiać, mówili jej to samo: "Na miłość boską, dzi­siaj już czas zapo­mnieć te dawne dzieje. Prze­cież to mło­dzi ludzie mają zawrzeć mał­żeń­stwo, a nie rodzice, trzeba więc mło­dym dać spo­kój, niech się dobie­rają, jak sami chcą". Ale jed­nak dobrze tak było mówić tym, któ­rzy nie mieli córek. Księżna zaś rozu­miała, że przy bliż­szych kon­tak­tach córka mogła się zako­chać i to nawet w tym, kto nie zechce się żenić, lub w tym, kto nie będzie sto­sowny na męża. Choćby nie wia­domo ile suge­ro­wano księż­nej, że w naszych cza­sach mło­dzi sami powinni brać przy­szłość w swoje ręce, ona nie mogła dać temu wiary, podob­nie jak nie mogłaby uwie­rzyć, że bez względu na czasy naj­lep­szymi zabaw­kami dla pię­cio­let­nich dzieci mia­łyby być nabite pisto­lety. Dla­tego księżna nie­po­ko­iła się o Kitty bar­dziej niż o star­sze córki.

Teraz bała się, żeby Wroń­ski nie ogra­ni­czył się tylko do zale­ca­nia się do córki. Widziała, że Kitty już jest w nim zako­chana, lecz uspo­ka­jała się, że Wroń­ski to czło­wiek uczciwy, więc tak nie postąpi. Wie­działa zara­zem, że przy obec­nej swo­bo­dzie obej­ścia łatwo jest zawró­cić dziew­czę­ciu w gło­wie i że męż­czyźni w ogóle lekko trak­tują tę sprawę. W ubie­głym tygo­dniu Kitty powtó­rzyła matce swoją roz­mowę z Wroń­skim pod­czas mazura. Ta roz­mowa nieco uspo­ko­iła księżnę, lecz cał­kiem spo­kojna nie mogła być. Wroń­ski powie­dział Kitty, że on i brat tak przy­wy­kli we wszyst­kim słu­chać matki, że bez nara­dze­nia się z nią ni­gdy nie odważą się przed­się­wziąć nic waż­nego. "I teraz cze­kam jak szcze­gól­nego szczę­ścia przy­jazdu mateczki z Peters­burga" - powie­dział.

Kitty powtó­rzyła jego słowa, nie przy­wią­zu­jąc do nich żad­nego zna­cze­nia. Jed­nak matka zro­zu­miała je po swo­jemu. Wie­działa, że hra­bina jest ocze­ki­wana z dnia na dzień, wie­działa, że star­sza pani będzie zado­wo­lona z wyboru syna, lecz dzi­wiło ją, że on, bojąc się uchy­bić matce, nie oświad­cza się. Wsze­lako tak pra­gnęła tego mał­żeń­stwa, a co wię­cej, uspo­ko­je­nia swych nie­po­ko­jów, że wie­rzyła w te słowa. Cho­ciaż księżna teraz z gory­czą patrzyła na nie­szczę­ście star­szej córki Dolly, która zamie­rzała odejść od męża, to nie­po­kój o roz­strzy­ga­jące się losy naj­młod­szej pochła­niał wszyst­kie jej uczu­cia. Poja­wie­nie się Lewina ten nie­po­kój powięk­szyło. Bała się, żeby córka, któ­rej w swoim cza­sie, jak jej się zda­wało, Kon­stan­tin nie był obo­jętny, przez zby­tek skru­pu­łów nie odmó­wiła Wroń­skiemu i w ogóle, żeby przy­jazd Lewina nie poplą­tał, nie powstrzy­mał sprawy tak bli­skiej roz­strzy­gnię­cia.

- A cóż, czy dawno przy­je­chał? - spy­tała księżna o Lewina po powro­cie do domu.

- Dzi­siaj, maman.

- Chcę tylko powie­dzieć... - zaczęła księżna i z poważ­nego oraz prze­ję­tego wyrazu jej twa­rzy Kitty wyczy­tała, o czym będzie mowa.

- Mamo - zaczęła, czer­wie­niąc się i szybko odwra­ca­jąc się do niej - pro­szę, pro­szę nic o tym nie mówić. Wiem, ja wszystko wiem.

Pra­gnęła tego samego co matka, lecz motywy księż­nej ją obra­żały.

- Chcę tylko powie­dzieć, że dając nadzieję jed­nemu...

- Mamo kochana, na miłość boską, pro­szę nie mówić. To okropne - mówić o tym.

- Nie będę, nie - odparła matka, widząc łzy w oczach córki - lecz tylko to jedno, moja duszko: obie­ca­łaś mi, że nie będziesz miała przede mną sekre­tów. Nie będziesz miała?

- Ni­gdy, mamo, żad­nych - zapew­niła Kitty, rumie­niąc się i patrząc matce w oczy. - Lecz teraz nie mam nic do powie­dze­nia. Ja... ja... gdy­bym nawet chciała, to nie wiem, co mam powie­dzieć i jak... nie wiem...

Nie, z tymi oczami nie może powie­dzieć nie­prawdy - pomy­ślała matka, uśmie­cha­jąc się na myśl o jej wzru­sze­niu i szczę­ściu. Księżna wie­działa, jak bied­nemu dziew­czę­ciu wydaje się wiel­kie i ważne to, teraz się dzieje w jej duszy.

Rozdział XIII

XIII

Po obie­dzie aż do wie­czora Kitty prze­ży­wała to, co czuje mło­dzie­niec przed bitwą. Mocno biło jej serce i myśli na niczym nie mogły się sku­pić.

Myślała, że ten wie­czór, gdy obaj spo­tkają się po raz pierw­szy, powi­nien roz­strzy­gnąć jej los. Dla­tego nie­ustan­nie wyobra­żała ich sobie, to każ­dego z osobna, to oby­dwu razem. Myśląc o prze­szło­ści, z roz­rzew­nie­niem zatrzy­my­wała się na zna­jo­mo­ści z Lewi­nem. Wspo­mnie­nia dzie­ciń­stwa i przy­jaźni Kon­stan­tina z jej zmar­łym bra­tem nada­wały jej rela­cjom z nim szcze­gól­nego poetycz­nego uroku. Jego miłość, któ­rej była pewna, pochle­biała jej i ją cie­szyła. I było jej miło wspo­mi­nać Lewina. Ze wspo­mnie­niami o Wroń­skim zaś, cho­ciaż był w naj­wyż­szym stop­niu świa­to­wym i spo­koj­nym czło­wie­kiem, łączyło się coś nie­zręcz­nego, jakby jakaś fał­szywa nuta - nie w nim, on był bar­dzo natu­ralny i miły - lecz w niej samej, pod­czas gdy z Lewi­nem czuła się abso­lut­nie swo­bodna i szczera. Ale gdy tylko pomy­ślała o przy­szło­ści z Wroń­skim, poja­wiała się przed nią per­spek­tywa świet­no­ści i szczę­ścia. U boku Lewina codzien­ność tonęła we mgle.

Gdy weszła na pię­tro, żeby się prze­brać na wie­czór, i spoj­rzała w lustro, z rado­ścią zoba­czyła, że ma dobry dzień i w pełni panuje nad sobą, co tak było jej potrzebne w sytu­acji, która miała nastą­pić: czuła, że wygląda na spo­kojną, a jej ruchy są pełne swo­bod­nej gra­cji.

O wpół do ósmej, gdy wła­śnie zeszła do salonu, lokaj zamel­do­wał: "Kon­stan­tin Dmi­tricz Lewin". Księżna jesz­cze była w swoim pokoju, książę rów­nież się nie uka­zał. Stało się - pomy­ślała Kitty i cała krew odpły­nęła jej do serca. Spoj­rzała w lustro i prze­ra­ziła się wła­snej bla­do­ści.

Teraz wie­działa na pewno, że po to przy­je­chał wcze­śniej, żeby zastać ją samą i oświad­czyć się. I w tej chwili dopiero po raz pierw­szy spoj­rzała na całą rzecz z zupeł­nie innej, nowej strony. Dopiero teraz uświa­do­miła sobie, że sprawa doty­czy nie tylko jej - nie tylko tego, z kim będzie szczę­śliwa i kogo kocha - lecz że w tej chwili będzie musiała zra­nić czło­wieka, któ­rego kocha. I to zra­nić okrut­nie... Za co? Za to, że on, naj­mil­szy, kocha ją, jest w niej zako­chany. Lecz cóż robić, tak trzeba, tak musi być.

Mój Boże, czy muszę sama to mu powie­dzieć? - pomy­ślała. - Ale co mu powiem? Czy mu powiem, że go nie kocham? To będzie nie­prawda. Więc cóż mu powiem? Powiem, że kocham innego? Nie, to nie­moż­liwe. Pójdę stąd, pójdę.

Pod­cho­dziła już do drzwi, gdy usły­szała jego kroki. Nie! To nie­uczciwe. Czego mam się bać? Nic złego nie zro­bi­łam. Co będzie, to będzie! Powiem prawdę. Zresztą z nim nie mogę być skrę­po­wana. Oto i on - powie­działa do sie­bie na widok jego sil­nej i peł­nej nie­śmia­ło­ści postaci z błysz­czą­cymi, wpa­trzo­nymi w nią oczami. Spoj­rzała mu pro­sto w twarz, jakby bła­ga­jąc o litość, i podała rękę.

- Przy­sze­dłem nie w porę, za wcze­śnie - ode­zwał się, spo­glą­da­jąc na pusty salon. Gdy zoba­czył, że jego ocze­ki­wa­nie się speł­niło, że nikt nie prze­szka­dza mu się wypo­wie­dzieć, twarz mu spo­chmur­niała.

- O, nie - odparła Kitty i popro­wa­dziła go do stołu.

- Lecz tego tylko pra­gną­łem, żeby zastać panią samą - zaczął, nie sia­da­jąc i nie patrząc na nią, żeby nie stra­cić odwagi.

- Mama zaraz przyj­dzie. Wczo­raj bar­dzo się zmę­czyła. Wczo­raj...

Mówiła, nie wie­dząc, co wyma­wiają jej wargi i nie spusz­czała z niego bła­gal­nego i tkli­wego spoj­rze­nia.

Spoj­rzał na nią, zaru­mie­niła się i zamil­kła.

- Powie­dzia­łem pani, że nie wiem, czy na długo przy­je­cha­łem... że to zależy od pani...

Schy­lała głowę coraz niżej, nie wie­dząc, co odpo­wie na to, co się zbliża.

- Że to zależy od pani - powtó­rzył. - Chcia­łem powie­dzieć... chcia­łem powie­dzieć... Po to wła­śnie przy­je­cha­łem... abyś była moją żoną! - wykrztu­sił, nie wie­dząc, co mówi, jed­nak zdał sobie sprawę, że naj­strasz­niej­sze zostało powie­dziane, zamilkł i popa­trzył na nią.

Oddy­chała z tru­dem i nie pod­no­siła oczu. Czuła zachwyt. Jej dusza była prze­peł­niona szczę­ściem. W żaden spo­sób nie spo­dzie­wała się, że wypo­wie­dziana przez niego miłość wywrze na niej tak mocne wra­że­nie. Jed­nak trwało to tylko moment. Przy­po­mniała sobie o Wroń­skim. Pod­nio­sła na Lewina swoje jasne, szczere oczy i widząc jego zroz­pa­czoną minę, pospiesz­nie powie­działa:

- To nie­moż­liwe... pro­szę mi wyba­czyć...

Jak chwilę temu była mu droga, jak ważna w jego życiu! I jak teraz stała się obca i daleka!

Ukło­nił się i chciał odejść.

Rozdział XIV

XIV

W tym momen­cie weszła księżna. Gdy zoba­czyła ich przy­gnę­bione twa­rze, na jej obli­czu poja­wiło się prze­ra­że­nie. Lewin ukło­nił się, nic nie mówiąc. Kitty też mil­czała i nie pod­no­siła oczu. Chwała Bogu, odmó­wiła - pomy­ślała matka i jej twarz roz­ja­śniła się zwy­kłym uśmie­chem, któ­rym w czwartki witała gości. Usia­dła i zaczęła wypy­ty­wać Lewina o jego życie na wsi. On rów­nież usiadł w ocze­ki­wa­niu na gości, gdyż zamie­rzał wyjść nie­zau­wa­żal­nie.

Pięć minut póź­niej przy­była hra­bina Nord­son, przy­ja­ciółka Kitty, która poprzed­niej zimy wyszła za mąż.

Była to sucha, o żół­tej cerze, ner­wowa kobieta z czar­nymi, cho­ro­bli­wie błysz­czą­cymi oczami. Lubiła Kitty, a jej przy­jaźń, jak zawsze przy­jaźń zamęż­nych kobiet do panien, wyra­żała się w chęci wyda­nia Kitty za mąż według wła­snego ide­ału szczę­ścia i dla­tego chciała ją wydać za Wroń­skiego. Lewin, któ­rego na początku zimy czę­sto u nich widy­wała, zawsze wyda­wał się jej nie­sym­pa­tyczny. Jej sta­łym ulu­bio­nym zaję­ciem przy takich oka­zjach było doku­cza­nie mu.

- Lubię, gdy z wyso­ko­ści patrzy na mnie albo prze­rywa roz­mowę ze mną, bo jestem za głu­pia, lub zniża się do mojego poziomu. Bar­dzo to lubię: zniża się do mnie! Ogrom­nie się cie­szę, że mnie nie znosi - mówiła.

Miała rację, gdyż rze­czy­wi­ście Lewin jej nie zno­sił i gar­dził nią za to, z czego była dumna i co poczy­ty­wała sobie za zaletę - za jej ner­wo­wość, za jej wysu­bli­mo­waną pogardę i obo­jęt­ność dla wszyst­kiego, co pro­ste i powsze­dnie.

Wytwo­rzyła się mię­dzy nimi owa nie­rzadko spo­ty­kana w towa­rzy­stwie rela­cja, że dwoje ludzi, pozo­sta­ją­cych na pozór w przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach, pogar­dza sobą do takiego stop­nia, że nie mogą poważ­nie ze sobą roz­ma­wiać, a nawet nie mogą się wza­jem­nie obra­zić.

Hra­bina Nord­ston natych­miast rzu­ciła się na Lewina.

- A! Kon­stan­tin Dmi­tricz! Znowu przy­był do naszego roz­pust­nego Babi­lonu - powie­działa, poda­jąc mu maleńką żółtą rączkę i przy­po­mi­na­jąc jego słowa, wypo­wie­dziane kie­dyś na początku zimy, że Moskwa to Babi­lon. - No co, Babi­lon się popra­wił czy pan się zepsuł? - dodała z uśmiesz­kiem, zer­ka­jąc na Kitty.

- Bar­dzo mi pochle­bia, hra­bino, że pani pamięta moje słowa - odparł Lewin, który zdą­żył ochło­nąć i z przy­zwy­cza­je­nia przy­brał swój żar­to­bli­wie wrogi ton wobec Nord­ston. - Widocz­nie bar­dzo sil­nie na panią dzia­łają.

- Ach, oczy­wi­ście! Wszyst­kie je zapi­suję. No co, Kitty, znowu byłaś na łyż­wach?

I zaczęła roz­ma­wiać z Kitty. Cho­ciaż Lewi­nowi było nie­zręcz­nie wyjść teraz, to jed­nak lepiej było popeł­nić tę nie­zręcz­ność, niż pozo­stać i przez cały wie­czór patrzeć na Kitty, która z rzadka spo­glą­dała na niego i uni­kała jego spoj­rze­nia. Chciał wstać, lecz księżna, zauwa­żyw­szy, że mil­czy, zwró­ciła się do niego:

- Na długo przy­je­chał pan do Moskwy? Zdaje się, że działa pan w ziem­stwie i nie może na długo wyjeż­dżać.

- Nie, księżno, już nie zaj­muję się ziem­stwem - wyja­śnił. - Przy­je­cha­łem na kilka dni.

Coś dzi­siaj dzieje się z nim szcze­gól­nego - pomy­ślała hra­bina Nord­ston i wpa­trzyła się jego surową, poważną twarz - nie roz­po­czyna swo­ich wywo­dów. Ale ja lubię wystrych­nąć go na dudka wobec Kitty i zro­bię to.

- Kon­stan­ti­nie Dmi­tri­czu - zwró­ciła się do niego - pro­szę mi wytłu­ma­czyć, co to zna­czy - pan prze­cież wszystko wie - że w naszej wsi pod Kaługą wszy­scy chłopi i wszyst­kie baby prze­pili to, co mieli, a teraz nic nam nie płacą. Co to zna­czy? Pan tak zawsze chwali chło­pów.

W tej chwili do pokoju weszła jesz­cze jedna dama i Lewin wstał.

- Pani wyba­czy, hra­bino, lecz ja naprawdę nic o tym nie wiem i nic nie mogę pani powie­dzieć - odparł i popa­trzył na wcho­dzą­cego ślad za damą woj­sko­wego.

To musi być Wroń­ski - pomy­ślał i żeby się upew­nić, popa­trzył na Kitty. Zdą­żyła już spoj­rzeć na Wroń­skiego i obej­rzała się na Lewina. I po tym spoj­rze­niu mimo­wol­nie poja­śnia­łych oczu zro­zu­miał, że kocha tego czło­wieka, zro­zu­miał tak samo dobrze, jakby oznaj­miła mu to sło­wami. Lecz cóż to za czło­wiek?

Teraz już - dobrze to czy źle - nie mógł wyjść, musiał się dowie­dzieć, kim był ten, któ­rego Kitty kochała.

Są ludzie, któ­rzy spo­ty­ka­jąc swego szczę­śli­wego w czym­kol­wiek rywala, gotowi są natych­miast odrzu­cić wszystko, co tylko jest w nim dobrego, i widzieć tylko wady. Są ludzie, któ­rzy prze­ciw­nie, ponad wszystko pra­gną dostrzec w szczę­śli­wym rywalu te zalety, dzięki któ­rym ich poko­nał, i z dła­wią­cym serce bólem szu­kają w nim tylko dobrego. Do takich wła­śnie osób zali­czał się Lewin. Nie­trudno mu było dostrzec dobre i pocią­ga­jące cechy Wroń­skiego. Od razu rzu­cały się w oczy. Był to nie­wy­soki, dobrze zbu­do­wany bru­net o dobro­dusz­nej i pięk­nej, a zara­zem nad­zwy­czaj spo­koj­nej i peł­nej ener­gii twa­rzy. W jego minie i figu­rze, od krótko ostrzy­żo­nych czar­nych wło­sów i świeżo wygo­lo­nego pod­bródka do luź­nego, nowego jak spod igły mun­duru, wszystko było pro­ste, a zara­zem ele­ganc­kie. Wroń­ski prze­pu­ścił wcho­dzącą damę, pod­szedł do księż­nej, następ­nie do Kitty.

Gdy zbli­żał się do niej, jego piękne oczy zabły­sły ze szcze­gólną czu­ło­ścią i z led­wie dostrze­gal­nym szczę­śli­wym i wyra­ża­ją­cym skromne zwy­cię­stwo (tak się wyda­wało Lewi­nowi) uśmie­chem, sta­tecz­nie i z sza­cun­kiem skło­nił się przed nią i podał jej swą małą, lecz sze­roką dłoń.

Po przy­wi­ta­niu się ze wszyst­kimi i wymia­nie kilku słów usiadł, ani razu nie spoj­rzaw­szy na nie­spusz­cza­ją­cego z niego wzroku Lewina.

- Pano­wie pozwolą, że ich przed­sta­wię - ode­zwała się księżna, zwra­ca­jąc się do Lewina. - Kon­stan­tin Dmi­tricz Lewin. Hra­bia Alek­siej Kirił­ło­wicz Wroń­ski.

Wroń­ski wstał i przy­jaź­nie patrząc Lewi­nowi w oczy, uści­snął mu rękę.

- Mia­łem zdaje się być tej zimy razem z panem na jakimś obie­dzie - powie­dział z pro­stym i szcze­rym uśmie­chem - pan jed­nak nie­ocze­ki­wa­nie wyje­chał na wieś.

- Kon­stan­tin Dmi­tricz nie­na­wi­dzi mia­sta i gar­dzi nim, a wraz z nim i nami, miesz­czu­chami - wtrą­ciła hra­bina Nord­ston.

- Wydaje się, że moje słowa mocno dzia­łają na panią, że tak je pani pamięta - ode­zwał się i poczer­wie­niał, gdy sobie uświa­do­mił, że już to wcze­śniej powie­dział.

Wroń­ski spoj­rzał na Lewina i hra­binę Nord­ston i się uśmiech­nął.

- A pan stale na wsi? - spy­tał. - Myślę, że zimą jest nudno?

- Nie jest nudno, jeśli ma się zaję­cia, zresztą sam ze sobą się nie nudzę - szorstko odparł Lewin.

- Lubię wieś - wyznał Wroń­ski, uda­jąc, że nie zauwa­żył tonu roz­mówcy.

- Mam jed­nak nadzieję, hra­bio, że nie zgo­dzi­łyby się pan stale miesz­kać na wsi - wtrą­ciła hra­bina Nord­ston.

- Nie wiem, nie pró­bo­wa­łem zbyt długo. Mia­łem dziwne uczu­cie - mówił. - Ni­gdzie tak nie tęsk­ni­łem za wsią, rosyj­ską wsią, z łap­ciami i chło­pami, jak wtedy, gdy zimę spę­dza­li­śmy z mateczką w Nicei. Wie­cie pań­stwo, to mia­sto samo w sobie jest nudne. Zresztą i Neapol czy Sor­rento są dobre tylko na krótko. I wła­śnie tam szcze­gól­nie żywo przy­po­mina się Rosja, zwłasz­cza wieś. Są dokład­nie jak...

Mówił, zwra­ca­jąc się do Kitty i do Lewina, prze­no­sząc swoje spo­kojne i życz­liwe spoj­rze­nie z jed­nego na dru­gie - mówił z pew­no­ścią to, co przy­cho­dziło mu na myśl.

Gdy spo­strzegł, że hra­bina Nord­ston chciała coś dodać, umilkł, nie koń­cząc zda­nia, i zaczął uważ­nie jej słu­chać.

Roz­mowa nie mil­kła ani na chwilę, więc stara księżna, która gdyby zabra­kło tematu, zawsze miała w zapa­sie dwa działa cięż­kiego kali­bru: wykształ­ce­nie kla­syczne czy realne oraz powszechny obo­wią­zek woj­skowy, nie musiała ich wyta­czać, a hra­bina Nord­ston nie miała oka­zji, żeby podraż­nić Kon­stan­tina.

Ten chciał, ale nie mógł włą­czyć się do ogól­nej roz­mowy, co chwilę mówił sobie "teraz wycho­dzę", lecz nie wycho­dził, na coś cze­kał.

Tym­cza­sem zaczęto roz­ma­wiać o wiru­ją­cych sto­li­kach i o duchach; hra­bina Nord­ston, która wie­rzyła w spi­ry­tyzm, zaczęła opo­wia­dać o cudach, które widziała.

- Ach, hra­bino, koniecz­nie pro­szę mnie zabrać, na miłość boską, pro­szę mnie tam zabrać! Ni­gdy nie widzia­łem niczego nie­zwy­kłego, cho­ciaż wszę­dzie szu­kam - powie­dział Wroń­ski z uśmie­chem.

- Dobrze, w przy­szłą sobotę - obie­cała. - A pan, Kon­stan­ti­nie Dmi­tri­czu, wie­rzy? - zwró­ciła się do Lewina.

- Czemu pani pyta? Prze­cież pani wie, co odpo­wiem.

- Ale chcę usły­szeć pana opi­nię.

- Moja opi­nia jest taka - odparł - że te wiru­jące stoły dowo­dzą, że tak zwane wykształ­cone spo­łe­czeń­stwo nie stoi wyżej od chło­pów. Oni wie­rzą w złe oko, w urok i w czary, a my...

- Więc pan nie wie­rzy?

- Nie mogę wie­rzyć, hra­bino.

- Lecz jeśli sama widzia­łam?

- Baby też opo­wia­dają, że widziały skrzaty.

- Więc sądzi pan, że mówię nie­prawdę?

Roze­śmiała się z pew­nym przy­mu­sem.

- Ależ nie, Maszo, Kon­stan­tin Dmi­tricz mówi, że nie może wie­rzyć - powie­działa Kitty, czer­wie­niąc się za Lewina, a on to zro­zu­miał i jesz­cze bar­dziej roz­draż­niony chciał odpo­wie­dzieć, lecz Wroń­ski ze swym szcze­rym i weso­łym uśmie­chem natych­miast przy­szedł w sukurs, gdyż roz­mowa mogła przy­brać przy­kry obrót.

- Nie dopusz­cza pan zupeł­nie takiej moż­li­wo­ści? - spy­tał. - A dla­cze­goż to dopusz­czamy ist­nie­nie elek­trycz­no­ści, o któ­rej nic nie wiemy, dla­czego nie mia­łaby ist­nieć nowa siła, jesz­cze nam nie­znana, która...

- Kiedy odkryto elek­trycz­ność - szybko prze­rwał mu Lewin - poznano tylko zja­wi­sko i nie było wia­domo, skąd się bie­rze i co powo­duje. Całe wieki upły­nęły, zanim wymy­ślono jej zasto­so­wa­nie. Spi­ry­ty­ści, prze­ciw­nie, zaczęli od tego, że ich sto­liki tań­czą i duchy do nich przy­cho­dzą, a dopiero póź­niej zaczęli mówić, że to nie­znana siła.

Wroń­ski jak zwy­kle z uwagą słu­chał Lewina, wyraź­nie zain­te­re­so­wany jego sło­wami.

- Tak, lecz spi­ry­ty­ści mówią: teraz nie wiemy, co to za siła, lecz ta siła ist­nieje i działa w takich oto warun­kach. Uczeni zaś niech badają, na czym ta siła polega. Nie, nie rozu­miem, dla­czego nie mia­łaby to być nowa siła, jeśli ona...

- A dla­tego - Lewin znowu wpadł mu w słowo - że przy elek­trycz­no­ści, gdy potrze pan żywicą o wełnę, za każ­dym razem powstaje okre­ślone zja­wi­sko, tutaj nato­miast nie za każ­dym razem, tak więc nie jest to zja­wi­sko przy­rody.

Praw­do­po­dob­nie wyczu­wa­jąc, że roz­mowa przy­biera zbyt poważny cha­rak­ter dla salonu, Wroń­ski nie opo­no­wał, lecz chcąc zmie­nić temat, wesoło się uśmiech­nął i zwró­cił w stronę pań.

- To może spró­bu­jemy od razu, hra­bino - zaczął, jed­nak Lewin chciał powie­dzieć do końca to, o czym myślał.

- Sądzę - cią­gnął - że te próby tłu­ma­cze­nia przez spi­ry­ty­stów ich cudów ist­nie­niem jakiejś nowej siły są zde­cy­do­wa­nie nie­udane. Oni wprost mówią o sile ducho­wej i chcą ją pod­da­wać mate­rial­nym doświad­cze­niom.

Wszy­scy cze­kali, aż skoń­czy, i on to czuł.

- A ja myślę, że z pana byłoby zna­ko­mite medium - oznaj­miła hra­bina Nord­ston - jest w panu jakaś egzal­ta­cja.

Lewin otwo­rzył usta, chciał coś powie­dzieć, ale tylko zaczer­wie­nił się i mil­czał.

- To teraz, księż­niczko, pro­szę, wypró­bujmy sto­liki - zapro­po­no­wał Wroń­ski. - Księżno, czy pani pozwoli?

I wstał, roz­glą­da­jąc się za sto­li­kiem.

Kitty pod­nio­sła się i prze­cho­dząc obok, wymie­niła spoj­rze­nie z Lewi­nem. Z całego serca było jej go żal, tym bar­dziej że współ­czuła mu w nie­szczę­ściu, któ­rego sama była powo­dem. Jeśli można mi wyba­czyć, to pro­szę wyba­czyć - powie­działo jej spoj­rze­nie - taka jestem szczę­śliwa.

Nie­na­wi­dzę wszyst­kich, i pani, i sie­bie - odpo­wie­działo jego spoj­rze­nie i się­gnął po kape­lusz. Jed­nak nie dane mu było wyjść.

Wła­śnie zaczęto zaj­mo­wać miej­sca wokół sto­lika, a Lewin zbie­rał się do wyj­ścia, gdy poja­wił się stary książę i po przy­wi­ta­niu z damami zwró­cił się do niego.

- A! - zaczął rado­śnie. - Dawno przy­je­cha­łeś? Nawet nie wie­dzia­łem, że jesteś tutaj. Bar­dzo się cie­szę, że pana widzę.

Stary książę zwra­cał się do Lewina cza­sem na "ty", cza­sem na "pan", objął go i roz­ma­wia­jąc z nim, nie zauwa­żał Wroń­skiego, który wstał i spo­koj­nie cze­kał, aż książę zwróci się do niego.

Kitty czuła, jak po tym, co zaszło, ser­decz­ność ojca cią­żyła Lewi­nowi. Widziała też, jak chłodno ojciec odpo­wie­dział wresz­cie na ukłon Wroń­skiego, jak ten z przy­ja­znym zdzi­wie­niem spoj­rzał na jej ojca, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć i nie rozu­miał, jak i za co można być nie­przy­chyl­nie do niego uspo­so­bio­nym, i zaczer­wie­niła się.

- Niech nam książę odda Kon­stan­tina Dmi­tri­cza - ode­zwała się hra­bina Nord­ston. - Chcemy prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment.

- Jaki eks­pe­ry­ment? Sto­liki obra­cać? Wybacz­cie mi, panie i pano­wie, ale moim zda­niem to już wesel­sza byłaby zabawa w pier­ścio­nek - odparł stary książę, patrząc na Wroń­skiego i domy­śla­jąc się, że to jego pomysł. - Pier­ścio­nek ma przy­naj­mniej jakiś sens.

Wroń­ski ze zdzi­wie­niem rzu­cił na księ­cia twarde spoj­rze­nie i z leciut­kim uśmie­chem zaczął roz­ma­wiać z hra­biną Nord­ston o pla­no­wa­nym na przy­szły tydzień wiel­kim balu.

- Mam nadzieję, że pani będzie? - zwró­cił się do Kitty.

Gdy tylko stary książę się odwró­cił, Lewin nie­zau­wa­żal­nie wyszedł i ostat­nim wra­że­niem, jakie wyniósł z tego wie­czoru, była uśmiech­nięta, szczę­śliwa twarz Kitty odpo­wia­da­ją­cej Wroń­skiemu na pyta­nie o bal.

Rozdział XV

XV

Gdy wie­czór dobiegł końca, Kitty opo­wie­działa matce o swo­jej roz­mo­wie z Lewi­nem i mimo współ­czu­cia, jakie do niego żywiła, cie­szyła ją myśl, że się jej oświad­czono. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że postą­piła tak, jak nale­żało. Jed­nak długo nie mogła zasnąć. Nie mogła się pozbyć pew­nego obrazu - twa­rzy Kon­stan­tina ze zmarsz­czo­nymi brwiami i patrzą­cymi spod nich poczci­wymi, a tak mrocz­nymi i smut­nymi oczami, kiedy stał, słu­cha­jąc ojca i spo­glą­da­jąc na nią i Wroń­skiego. I tak zro­biło się jej żal, że łzy napły­nęły do oczu. Jed­nak od razu pomy­ślała o tym, kto miał go zastą­pić. Jak żywa przy­po­mniała się jej ta męska, ener­giczna twarz, szla­chetny spo­kój i jaśnie­jąca dobroć wobec wszyst­kich. Przy­po­mniała sobie miłość tego, kogo kochała, i znowu poczuła radość w sercu i ze szczę­śli­wym uśmie­chem poło­żyła głowę na poduszce. Szkoda mi go, lecz cóż robić? Nie jestem winna - powta­rzała sobie, jed­nak głos wewnętrzny mówił co innego. Nie wie­działa, czy żało­wała, że zawład­nęła ser­cem Lewina, czy tego, że mu odmó­wiła, lecz jej szczę­ście zatru­wały wąt­pli­wo­ści. Boże zmi­łuj się! Boże zmi­łuj się! - szep­tała, dopóki nie zasnęła.

W tym cza­sie na dole, w maleń­kim gabi­ne­cie księ­cia, roz­gry­wała się scena - jedna z tych, które tak czę­sto powta­rzały się mię­dzy rodzi­cami z powodu kocha­nej córki.

- Co? Oto, co! - krzy­czał książę, wyma­chu­jąc rękami, a jed­no­cze­śnie otu­la­jąc się szla­fro­kiem na popie­li­co­wym futrze. - To, że nie ma pani ambi­cji, god­no­ści, że hańbi pani i gubi córkę tym swa­ta­niem, pod­łym i głu­pim!

- Ależ zmi­łuj się, na miłość boską, książę, co ja zro­bi­łam? - bro­niła się księżna nie­omal z pła­czem.

Szczę­śliwa i zado­wo­lona po roz­mo­wie z córką, usta­lo­nym zwy­cza­jem zaj­rzała do męża, żeby powie­dzieć dobra­noc, i cho­ciaż nie miała zamiaru mówić mu o oświad­czy­nach Lewina i odmo­wie Kitty, to napo­mknęła, że wydaje się jej, iż sprawa z Wroń­skim jest roz­strzy­gnięta i będzie przy­pie­czę­to­wana, gdy tylko przy­je­dzie jego matka. I wtedy wła­śnie, po tych sło­wach, książę nagle wybuch­nął i zaczął wykrzy­ki­wać nie­przy­zwo­ite słowa.

- Co pani zro­biła? A to po pierw­sze, wabi pani kawa­lera i cała Moskwa będzie o tym mówić. I słusz­nie. Jeśli urzą­dza pani wie­czorki, to trzeba zapra­szać wszyst­kich, a nie tylko wybra­nych kawa­le­rów. Zapro­sić tych wszyst­kich gogu­siów (tak książę nazy­wał moskiew­skich mło­dzień­ców), wyna­jąć tapera, niech tań­czą, a nie tak jak dzi­siaj - kon­ku­ren­ci­ków zwa­biać. Ze wstrę­tem, doprawdy ze wstrę­tem patrzę na to, co pani osią­gnęła, zawró­ciła dziew­czynce w gło­wie. Lewin jest tysiąc razy lep­szym czło­wie­kiem. A ten fir­cyk peters­bur­ski, ich seryj­nie pro­du­kują, wszy­scy są na jedno kopyto i wszy­scy byle co. A niech­by nawet był księ­ciem krwi, to moja córka nikogo takiego nie potrze­buje!

- A cóż to ja zro­bi­łam?

- A to... - z gnie­wem krzyk­nął książę.

- Wiem, że jeśli będę cie­bie słu­chała - prze­rwała księżna - to ni­gdy nie wydamy córki za mąż. Jeśli tak, to trzeba wyje­chać na wieś.

- Oczy­wi­ście, że lepiej wyje­chać.

- Pozwól jed­nak. Czy ja zabie­gam o czy­je­kol­wiek względy? Wcale nie zabie­gam. Tym­cza­sem młody czło­wiek, bar­dzo porządny, zako­chał się i ona, zdaje się...

- Tak, wła­śnie się pani zdaje. A jeśli rze­czy­wi­ście się zako­cha, a on tyle samo myśli o żeniaczce jak ja...? Och! Niech­by moje oczy tego nie widziały! "Ach, spi­ry­tyzm, ach, Nicea, ach, na balu..." - I książę, naśla­du­jąc żonę, dygał przy każ­dym sło­wie. - Ale jeśli dopro­wa­dzimy do nie­szczę­ścia Katieńki, jeśli rze­czy­wi­ście wbije sobie do głowy...

- Czemu tak myślisz?

- Nie myślę, wiem. Po to mamy oczy my, a nie wy, baby! Widzę czło­wieka, który ma poważne zamiary, to jest Lewin, i widzę też fir­cyka, jak ten lek­ko­duch, który tylko by się poba­wił.

- Jak ty sobie coś uro­isz...

- Wspo­mnisz moje słowa, ale będzie za późno, jak z Daszeńką.

- No dobrze, dobrze, nie mówmy o tym - powstrzy­mała go księżna, przy­po­mniaw­szy sobie nie­szczę­ście Dolly.

- No i świet­nie, dobra­noc!

Mał­żon­ko­wie prze­że­gnali się i poca­ło­wali, lecz czuli, że każde pozo­stało przy swoim zda­niu i w tym sta­nie się roz­stali.

Księżna począt­kowo była cał­ko­wi­cie prze­ko­nana, że dzi­siej­szy wie­czór roz­strzy­gnął o losie Kitty i że nie może być wąt­pli­wo­ści co do zamia­rów Wroń­skiego, lecz po sło­wach męża poczuła się nie­pew­nie. Gdy wró­ciła do sie­bie, podob­nie jak Kitty zalęk­niona wobec nie­zna­nej przy­szło­ści, kil­ka­krot­nie powta­rzała w duchu: Boże zmi­łuj się, Boże zmi­łuj się, Boże zmi­łuj się!

Rozdział XVI

XVI

Wroń­ski ni­gdy nie zaznał życia rodzin­nego. Jego matka w prze­szło­ści była wspa­niałą ozdobą salo­nów, w cza­sie swego mał­żeń­stwa, a zwłasz­cza gdy owdo­wiała, miała wiele gło­śnych w towa­rzy­stwie roman­sów. Ojca pra­wie nie pamię­tał, wycho­wy­wał się w Kor­pu­sie Paziów. Szkołę opu­ścił jako bar­dzo młody i dosko­nały ofi­cer i od razu zna­lazł się w orbi­cie boga­tych peters­bur­skich woj­sko­wych. Z rzadka bywał na peters­bur­skich salo­nach i wszyst­kie jego miło­sne sprawy pozo­sta­wały poza towa­rzy­stwem.

Po zbyt­kow­nym i pro­stac­kim życiu peters­bur­skim w Moskwie po raz pierw­szy zakosz­to­wał uroku obco­wa­nia z miłą i nie­winną dziew­czyną z towa­rzy­stwa, która go poko­chała. Do głowy mu nie przy­szło, że może być coś nie­wła­ści­wego w jego rela­cjach z Kitty. Na balach tań­czył głów­nie z nią, bywał w jej domu. Roz­ma­wiał z nią o tym, o czym zwy­kle roz­ma­wia się w salo­nach, o wszel­kich głup­stwach, któ­rym mimo­wol­nie spe­cjal­nie dla niej nada­wał jakiś sens. Cho­ciaż nie powie­dział jej niczego takiego, czego nie mógłby powie­dzieć przy wszyst­kich, czuł, że ona coraz bar­dziej staje się od niego zależna, a im wyraź­niej to czuł, tym było to dla niego przy­jem­niej­sze i tym bar­dziej tkliwe sta­wały się jego uczu­cia do niej. Nie wie­dział, że jego zacho­wa­nie wobec Kitty ma okre­śloną nazwę, że jest to uwo­dze­nie panien bez zamiaru poślu­bie­nia i że to uwo­dze­nie należy do złych uczyn­ków, nad któ­rymi tacy jak on mło­dzi męż­czyźni prze­cho­dzą do porządku dzien­nego. Wyda­wało mu się, że to on pierw­szy odkrył tę przy­jem­ność i napa­wał się swoim odkry­ciem.

Gdyby mógł usły­szeć, co mówili jej rodzice tego wie­czoru, gdyby mógł przy­jąć punkt widze­nia rodziny i uświa­do­mić sobie, że Kitty będzie nie­szczę­śliwa, jeśli się z nią nie ożeni, bar­dzo by się zdzi­wił i w to nie uwie­rzył. Nie mógłby uwie­rzyć, że to, co spra­wia jemu, a zwłasz­cza jej, tak wielką i nie­winną przy­jem­ność, może być złe. Tym bar­dziej nie mógłby uwie­rzyć, że powi­nien się oże­nić.

Oże­nek ni­gdy nie wyda­wał mu się moż­liwy. Nie tylko nie lubił życia rodzin­nego, ale w rodzi­nie, a w szcze­gól­no­ści w mężu, według ugrun­to­wa­nej opi­nii świata kawa­ler­skiego, w któ­rym żył, widział coś obcego, wro­giego, a co gor­sza - śmiesz­nego. I cho­ciaż nawet nie podej­rze­wał, co mówili rodzice, to gdy wyszedł od Szczer­bac­kich, poczuł, że ten tajem­ni­czy duchowy zwią­zek, który ist­niał mię­dzy nim i Kitty, umoc­nił się tego wie­czora tak bar­dzo, że coś nale­żało z tym zro­bić. Jed­nak co nale­żało zro­bić, nie wie­dział.

To wła­śnie jest uro­cze - myślał, wra­ca­jąc od Szczer­bac­kich i wyno­sząc od nich jak zawsze przy­jemne uczu­cie czy­sto­ści i świe­żo­ści - bio­rące się w pew­nej mie­rze rów­nież stąd, że przez cały wie­czór nie palił - a zara­zem nowe uczu­cie roz­rzew­nie­nia wobec jej miło­ści. I to jest uro­cze, że nic nie zostało powie­dziane ani przeze mnie, ani przez nią, lecz tak rozu­mie­li­śmy się w tej nie­wi­dzial­nej roz­mo­wie spoj­rzeń i into­na­cji, że dzi­siaj wyraź­niej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej powie­działa mi, że kocha. I tak miło, pro­sto, a naj­waż­niej­sze - z zaufa­niem! Sam się czuję lep­szy, czyst­szy. Czuję, że mam serce i jest we mnie wiele dobrego. Te miłe zako­chane oczy! Kiedy powie­działa: nawet bar­dzo...

No i cóż? No i nic. Mnie dobrze i jej dobrze. I zasta­no­wił się, gdzie mógłby spę­dzić resztę wie­czoru.

Przy­wo­łał na myśl miej­sca, do któ­rych mógłby poje­chać. Klub? Par­tyjka bezika, szam­pan z Igna­to­wem? Nie, nie pojadę. Château des fleurs, zastanę tam Obłoń­skiego, będą kuplety i kan­kan? Nie, mam tego dosyć. Wła­śnie za to lubię Szczer­bac­kich, że staję się lep­szy. Pojadę do domu. Wszedł wprost do swego numeru w hotelu "Dus­sault", kazał sobie podać kola­cję, po czym nie­ro­ze­brany led­wie zdą­żył poło­żyć głowę na poduszce, zasnął moc­nym i spo­koj­nym jak zawsze snem.

Rozdział XVII

XVII

Na drugi dzień o godzi­nie jede­na­stej rano Wroń­ski wyje­chał dwo­rzec Peters­bur­ski po matkę i pierw­szą osobą napo­tkaną przy wiel­kich scho­dach był Obłoń­ski, który na ten sam pociąg wyszedł po sio­strę.

- A! Wasza eks­ce­len­cjo! - zawo­łał Obłoń­ski. - Ty po kogo?

- Po mateczkę - uśmie­cha­jąc się jak wszy­scy, któ­rzy spo­ty­kali się z Obłoń­skim, oznaj­mił Wroń­ski, ści­ska­jąc jego rękę, i razem z nim wszedł na schody. - Wła­śnie ma przy­być z Peters­burga.

- A ja na cie­bie cze­ka­łem do dru­giej godziny. Dokąd poje­cha­łeś po Szczer­bac­kich?

- Do domu - odparł Wroń­ski. - Muszę powie­dzieć, że tak mi było przy­jem­nie po wie­czo­rze u Szczer­bac­kich, że już nie mia­łem ochoty ni­gdzie jechać.

- Poznaję rącze konie po ich zna­ko­wa­niu, zako­cha­nych mło­dzień­ców poznaję po ich oczach - zade­kla­mo­wał Stie­pan Arka­djicz, tak samo jak poprzed­nio Lewi­nowi.

Wroń­ski uśmiech­nął się z miną, która miała mówić, że się nie wypiera, ale od razu zmie­nił temat.

- A ty na kogo cze­kasz? - spy­tał.

- Ja? Na śliczną kobietę - odparł Obłoń­ski.

- No pro­szę!

- Honny soit qui mal y pense!12 Na sio­strę Annę.

- Ach, na Kare­ninę?

- Zapewne ją znasz?

- Zdaje się, że znam. Albo nie... Naprawdę nie pamię­tam - z roz­tar­gnie­niem odpo­wie­dział Wroń­ski, mgli­ście koja­rząc z nazwi­skiem Kare­niny coś sztyw­nego i nud­nego.

- Ale Alek­sieja Alek­san­dro­wi­cza, mojego zna­ko­mi­tego szwa­gra, na pewno znasz. Cały świat go zna.

- Znam go z opi­nii i z widze­nia. Wiem, że jest mądry, uczony, świą­to­bliwy tak jakoś... Ale wiesz, to nie w mojej... not in my line13 - odparł Wroń­ski.

- Tak, to bar­dzo wspa­niały czło­wiek. Odro­binę kon­ser­wa­tywny. Lecz bar­dzo zacny - powie­dział Stie­pan Arka­djicz. - Zacny czło­wiek.

- Tym lepiej dla niego - zauwa­żył Wroń­ski z uśmie­chem. - A, jesteś - zwró­cił się do wyso­kiego sta­rego lokaja matki, który stał przy drzwiach - wejdź tutaj.

Wroń­ski, nie­za­leż­nie od sym­pa­tii, jaką we wszyst­kich budził Obłoń­ski, w ostat­nim cza­sie czuł się z nim zwią­zany także i przez to, że w jego wyobraźni koja­rzył się z Kitty.

- No co, w nie­dzielę zor­ga­ni­zu­jemy kola­cję dla diwy? - spy­tał z uśmie­chem, bio­rąc go pod rękę.

- Oczy­wi­ście. Zbiorę składkę. Ach, czy pozna­łeś się wczo­raj z moim przy­ja­cie­lem Lewi­nem?

- A jakże. Ale cze­goś prędko wyszedł.

- Wspa­niały chło­pak - dodał Obłoń­ski. - Nie sądzisz?

- Nie wiem dla­czego - powie­dział Wroń­ski - wszy­scy moskwia­nie, oczy­wi­ście z wyjąt­kiem tych, z któ­rymi roz­ma­wiam - dodał żar­to­bli­wie - mają w sobie jakąś ostrość. Cią­gle stają dęba, złosz­czą się, jak gdyby coś chcieli dać do zro­zu­mie­nia...

- Coś w tym chyba jest - śmie­jąc się wesoło, odparł Stie­pan Arka­djicz.

- No co, długo jesz­cze? - zwró­cił się Wroń­ski do pra­cow­nika kolei.

- Pociąg nad­jeż­dża - odparł kole­jarz.

Zbli­ża­nie się pociągu coraz bar­dziej zazna­czało się przy­go­to­wa­niami na sta­cji, bie­ga­niem tra­ga­rzy, poja­wie­niem się żan­dar­mów i urzęd­ni­ków kole­jo­wych oraz przy­by­ciem wita­ją­cych. Poprzez zasłonę pary widać było robot­ni­ków w kożusz­kach i mięk­kich walon­kach, któ­rzy prze­cho­dzili w poprzek zakrę­ca­ją­cych przed sta­cją torów. Sły­chać było gwizd paro­wozu na dale­kim torze i ruch cze­goś cięż­kiego.

- Nie - ode­zwał się Stie­pan Arka­djicz, który miał wielką chęć opo­wie­dze­nia Wroń­skiemu o zamia­rach Lewina wzglę­dem Kitty. - Nie, ty źle oce­ni­łeś mojego Lewina. To bar­dzo ner­wowy czło­wiek i bywa nie­przy­jemny, to prawda, za to cza­sem bywa bar­dzo sym­pa­tyczny. To taka czy­sta, szczera natura i złote serce. Tymcza­sem wczo­raj były szcze­gólne powody - mówił ze zna­czą­cym uśmie­chem, cał­ko­wi­cie zapo­mi­na­jąc o szcze­rym współ­czu­ciu, które wczo­raj miał dla swego przy­ja­ciela, a teraz miał je tylko dla Wroń­skiego. - Tak, był powód, że mógł być albo szcze­gól­nie szczę­śliwy, albo szcze­gól­nie nieszczę­śliwy.

Wroń­ski zatrzy­mał się i spy­tał wprost:

- Co takiego? Czyżby wczo­raj oświad­czył się two­jej belle-soeur?14

- Moż­liwe - odparł Obłoń­ski. - Wczo­raj wydało mi się coś takiego. Jeśli wcze­śnie wyszedł i do tego był w złym humo­rze, to tak było... Od tak dawna ją kocha i bar­dzo mi go żal.

- A więc to tak! Myślę, nawia­sem mówiąc, że ona może liczyć na lep­szą par­tię - powie­dział Wroń­ski, ode­tchnął głę­boko i na nowo pod­jął spa­cer. - Zresztą nie znam go - dodał. - Tak, to trudna sytu­acja! Stąd też więk­szość z nas woli zna­jo­mo­ści z Kla­rami. Tam nie­po­wo­dze­nie ozna­cza tylko tyle, że zabra­kło ci pie­nię­dzy, a tu - twoja duma zna­la­zła się na szali. Ale jest wresz­cie pociąg.

Rze­czy­wi­ście, w oddali już gwiz­dał paro­wóz. Po kilku minu­tach peron zadrżał i bucha­jąc w dół kłę­bami gęst­nie­ją­cej na mro­zie pary, wto­czył się paro­wóz z powoli i mia­rowo napi­na­jącą się i roz­cią­ga­jącą dźwi­gnią śred­niego koła i kła­nia­ją­cym się opa­tu­lo­nym i oszro­nio­nym maszy­ni­stą, a za węglarką, coraz wol­niej i moc­niej wstrzą­sa­jąc pero­nem, zaczął prze­su­wać się wagon z baga­żami i pisz­czą­cym psem, aż wresz­cie, podry­gu­jąc przed zatrzy­ma­niem się, pod­je­chały wagony pasa­żer­skie.

Dziar­ski kon­duk­tor gwizd­nął i zesko­czył w biegu, za nim poje­dyn­czo zaczęli wysia­dać co bar­dziej nie­cier­pliwi pasa­że­ro­wie: wypro­sto­wany i roz­glą­da­jący się surowo ofi­cer gwar­dii, ruchliwy, wesoło uśmiech­nięty kup­czyk z torbą i chłop z wor­kiem prze­rzu­co­nym przez ramię.

Wroń­ski stał przy Obłoń­skim, patrzył na wagony i wysia­da­ją­cych ludzi i zupeł­nie zapo­mniał o matce. To, czego wła­śnie dowie­dział się o Kitty, pod­nie­cało go i cie­szyło. Jego pierś mimo­wol­nie wyprę­żyła się, oczy błysz­czały. Czuł się zwy­cięzcą.

- Hra­bina Wroń­ska jest w tam­tym wago­nie - powie­dział dziar­ski kon­duk­tor, pod­cho­dząc do Wroń­skiego.

Słowa kon­duk­tora obu­dziły go i zmu­siły do przy­po­mnie­nia sobie o matce i ocze­ki­wa­nym spo­tka­niu z nią. W duchu nie żywił sza­cunku do matki i nie zda­jąc sobie z tego sprawy - nie kochał jej, cho­ciaż według pojęć kręgu, w któ­rym się obra­cał, a także zgod­nie z otrzy­ma­nym wycho­wa­niem, nie mógł sobie wyobra­zić innego sto­sunku do matki jak tylko nace­cho­wa­nego naj­wyż­szą pokorą i sza­cun­kiem. Na zewnątrz oka­zy­wał matce tym wię­cej pokory i sza­cunku, im mniej w duszy ją kochał.

Rozdział XVIII

XVIII

Wroń­ski wszedł za kon­duk­to­rem do wagonu i przy drzwiach do prze­działu zatrzy­mał się, żeby prze­pu­ścić wycho­dzącą damę. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie na jej powierz­chow­ność, aby z tak­tem wła­ści­wym czło­wie­kowi świa­to­wemu okre­ślił jej przy­na­leż­ność do wyż­szych sfer. Prze­pro­sił i już miał wejść do środka, lecz poczuł potrzebę raz jesz­cze spoj­rzeć na nią - nie dla­tego, że była bar­dzo piękna, nie dla­tego, że cała jej postać tchnęła ele­gan­cją i pew­nym dys­kret­nym cza­rem, lecz dla­tego, że w wyra­zie jej ślicz­nej twa­rzy, gdy prze­cho­dziła obok niego, było coś szcze­gól­nie łagod­nego i tkli­wego. Gdy się obej­rzał, ona także odwró­ciła głowę. Błysz­czące szare oczy, wyda­jące się ciemne pod gęstymi rzę­sami, z przy­ja­zną uwagą zatrzy­mały się na jego twa­rzy, jak gdyby go roz­po­zna­wała, ale od razu prze­nio­sły się na prze­cho­dzący tłum, jakby w poszu­ki­wa­niu kogoś. W tym krót­kim spoj­rze­niu Wroń­ski zdą­żył dostrzec wstrze­mięź­liwe oży­wie­nie, które błą­kało się w jej twa­rzy i prze­la­ty­wało od błysz­czą­cych oczu do led­wie widocz­nego uśmie­chu, wygi­na­ją­cego jej rumiane wargi. Jakby prze­peł­niał ją nad­miar cze­goś, co mimo woli wyra­żało się to w bły­sku spoj­rze­nia, to w uśmie­chu. Umyśl­nie przy­ga­siła blask oczu, lecz wbrew jej woli świe­cił się w led­wie zauwa­żal­nym uśmie­chu.

Wroń­ski wszedł do prze­działu. Matka, zasu­szona sta­ruszka z czar­nymi oczami i locz­kami, mru­żąc oczy, wpa­try­wała się w syna i z lekka uśmie­chała się wąskimi war­gami. Wstała z kanapy, oddała poko­jówce torebkę, synowi zaś podała drobną, suchą dłoń i uno­sząc jego głowę znad ręki, poca­ło­wała go w twarz.

- Dosta­łeś tele­gram? Jesteś zdrowy? Chwała Bogu.

- Jak podróż? - powie­dział syn, usiadł obok niej i mimo woli przy­słu­chi­wał się kobie­cemu gło­sowi za drzwiami. Wie­dział, że to był głos tej damy, którą spo­tkał przy wej­ściu.

- Jed­nak nie mogę się z panem zgo­dzić - mówił głos.

- Peters­bur­skie spoj­rze­nie, pro­szę pani.

- Nie peters­bur­skie, ale po pro­stu kobiece.

- No, pozwoli pani uca­ło­wać rączkę.

- Do widze­nia, Iwa­nie Pie­tro­wi­czu. Pro­szę spoj­rzeć, czy jest tu gdzieś brat i przy­słać go do mnie - powie­działa dama przy samych drzwiach i z powro­tem weszła do prze­działu.

- I co, zna­la­zła pani brata? - zapy­tała Wroń­ska, zwra­ca­jąc się do niej.

Wroń­ski naraz uświa­do­mił sobie, że to jest Kare­nina.

- Brat pani jest tutaj - rzekł, wsta­jąc. - Pro­szę wyba­czyć, nie pozna­łem pani, zresztą nasza zna­jo­mość była tak prze­lotna, że z pew­no­ścią pani mnie nie pamięta.

- O, nie, pozna­ła­bym pana, gdyż z pań­ską mateczką chyba przez całą drogę tylko o panu roz­ma­wia­ły­śmy - odparła, pozwa­la­jąc wresz­cie usi­łu­ją­cemu się wydo­być na zewnątrz oży­wie­niu wyra­zić się w uśmie­chu. - A mojego brata jed­nak nie ma.

- Poprośże go, Alo­sza - powie­działa stara hra­bina.

Wroń­ski wyszedł na peron i krzyk­nął:

- Obłoń­ski! Tutaj!

Kare­nina jed­nak nie cze­kała na brata, a ujrzaw­szy go, szyb­kim, lek­kim kro­kiem wysia­dła z wagonu. I gdy tylko brat do niej pod­szedł, pew­nym ruchem, który pora­ził Wroń­skiego swym zde­cy­do­wa­niem i gra­cją, objęła brata lewą ręką za szyję, szybko przy­cią­gnęła do sie­bie i mocno poca­ło­wała. Wroń­ski, nie odry­wa­jąc wzroku, patrzał na nią, sam nie wie­dząc dla­czego. Jed­nak przy­po­mniał sobie, że matka na niego czeka i wró­cił do prze­działu.

- Czy nie uwa­żasz, że jest bar­dzo miła? - ode­zwała się hra­bina. - Mąż umie­ścił ją w moim prze­dziale i bar­dzo była zado­wo­lona. Roz­ma­wia­ły­śmy przez całą drogę. No a ty, mówią... vous filez le par­fait amour. Tant mieux, mon cher, tant mieux15.

- Nie rozu­miem tej alu­zji, maman - chłodno odparł syn. - Cóż, maman, chodźmy.

Kare­nina znowu wró­ciła do wagonu, żeby poże­gnać hra­binę.

- Tak więc, hra­bino, spo­tkała pani syna, a ja brata - powie­działa wesoło. - I wszyst­kie moje histo­rie się wyczer­pały, nie mia­ła­bym już nic do opo­wia­da­nia.

- Ach nie, kochana - zapro­te­sto­wała hra­bina, ujmu­jąc jej dłoń. - Ja bym z panią obje­chała świat dookoła i nie nudzi­ła­bym się. Jest pani jedną z tych miłych kobiet, z któ­rymi przy­jem­nie jest i poroz­ma­wiać, i pomil­czeć. I pro­szę nie myśleć o synku - nie­po­dobna ni­gdy się nie roz­sta­wać.

Kare­nina stała bez ruchu, trzy­ma­jąc się nad­zwy­czaj pro­sto, a jej oczy się uśmie­chały.

- Anna Arka­djewna - wyja­śniła hra­bina synowi - ma ośmio­let­niego, zdaje się, synka, ni­gdy się z nim nie roz­sta­wała i teraz się mar­twi, że go zosta­wiła samego.

- Tak, przez cały czas roz­ma­wia­ły­śmy z hra­biną, ja o swoim, ona o swoim synu - dodała Kare­nina i znowu jej twarz roz­ja­śnił przy­ja­zny uśmiech skie­ro­wany do niego.

- Praw­do­po­dob­nie bar­dzo się to pani znu­dziło - pod­jął Wroń­ski, w lot chwy­ta­jąc tę piłeczkę kokie­te­rii, którą rzu­ciła do niego. Jed­nak ona wyraź­nie nie chciała kon­ty­nu­ować roz­mowy w tym tonie i zwró­ciła się do sta­rej hra­biny:

- Bar­dzo pani dzię­kuję. Nawet nie wiem, jak mi zle­ciał dzień. Do widze­nia, hra­bino.

- Żegnam panią, moja duszko - odparła hra­bina. - Niech no poca­łuję pani śliczną buzię. Mówię wprost, jak sta­ruszka, że bar­dzo panią polu­bi­łam.

Jak­kol­wiek było to powie­dziane for­mal­nie, Kare­nina widocz­nie uwie­rzyła i ucie­szyła się. Zaru­mie­niona lekko się nachy­liła, zbli­żyła twarz do ust hra­biny, znowu się wypro­sto­wała i z tym samym uśmie­chem, który błą­kał się mię­dzy ustami i oczami, podała rękę Wroń­skiemu. Uści­snął podaną mu drobną dłoń i jak z cze­goś nie­zwy­kłego ucie­szył się z ener­gicz­nego uści­sku, przy któ­rym mocno i śmiało potrzą­snęła jego rękę. Wyszła szyb­kim kro­kiem, który tak dziw­nie lekko niósł jej dosyć zaokrą­glone kształty.

- Bar­dzo miła - powie­działa sta­ruszka.

Tak samo myślał jej syn. Odpro­wa­dzał ją wzro­kiem, dopóki jej zgrabna postać nie znik­nęła, i uśmiech nie scho­dził z jego twa­rzy. Widział przez okno, jak pode­szła do brata, poło­żyła rękę na jego ręce i z oży­wie­niem zaczęła mu mówić coś, co wyraź­nie nie miało z nim, Wroń­skim, nic wspól­nego, czym poczuł się ura­żony.

- No, a jak zdro­wie maman, wszystko w porządku? - zwró­cił się do matki.

- Wszystko dobrze, zna­ko­mi­cie. Ale­xan­dre był bar­dzo miły. I Marie bar­dzo wyład­niała. Jest bar­dzo inte­re­su­jąca.

I znowu zaczęła opo­wia­dać o tym, co ją naj­bar­dziej inte­re­so­wało, o chrzci­nach wnuka, na które jeź­dziła do Peters­burga, i o szcze­gól­nej łaska­wo­ści cesa­rza dla star­szego syna.

- A oto i Ław­rien­tij - oznaj­mił Wroń­ski, patrząc przez okno. - Jeśli mama sobie życzy, możemy już iść.

Stary kamer­dy­ner, który przy­je­chał z hra­biną, wszedł do wagonu, żeby oznaj­mić, że wszystko gotowe, więc hra­bina pod­nio­sła się, gotowa do wyj­ścia.

- Chodźmy, teraz już jest mało ludzi - powie­dział Wroń­ski.

Poko­jówka nio­sła torebkę i pie­ska, kamer­dy­ner i tra­garz pozo­stałe bagaże. Wroń­ski wziął matkę pod rękę. Gdy już wycho­dzili z wagonu, nagle prze­bie­gło obok nich kilka osób z prze­stra­chem na twa­rzach. Pędził rów­nież zawia­dowca sta­cji w czapce jakie­goś nie­zwy­kłego koloru. Naj­wy­raź­niej musiało się coś stać. Pasa­że­ro­wie bie­gli w stronę ostat­nich wago­nów pociągu.

- Co...? Co...? Gdzie...? Rzu­cił się...? Prze­je­chany...! - sły­chać było wśród prze­cho­dzą­cych obok.

Obłoń­ski z sio­strą pod rękę i z prze­stra­chem na twa­rzy rów­nież się cof­nął. Uni­ka­jąc tłumu, sta­nęli przy drzwiach wagonu.

Panie weszły do środka, zaś Wroń­ski ze Stie­pa­nem Arka­dji­czem poszli dowie­dzieć się o szcze­góły tra­ge­dii.

Stróż, czy był pijany, czy zbyt opa­tu­lony z powodu sil­nego mrozu, nie usły­szał cofa­ją­cego się pociągu i został prze­je­chany.

Zanim Obłoń­ski i Wroń­ski wró­cili, panie już dowie­działy się o wypadku od kamer­dy­nera.

Obaj męż­czyźni widzieli zma­sa­kro­wa­nego trupa. Obłoń­ski wyraź­nie cier­piał. Był pochmurny i zda­wało się, że zapła­cze.

- Ach, jakie to straszne! Ach, Anno, gdy­byś widziała! Ach, jakie to straszne! - powta­rzał.

Wroń­ski mil­czał, jego piękna twarz była poważna, lecz cał­ko­wi­cie spo­kojna.

- Ach, gdyby pani widziała, hra­bino - mówił Stie­pan Arka­djicz. - I jego żona tam jest... Okrop­nie było patrzeć na nią... Rzu­ciła się na ciało. Mówią, że on sam utrzy­my­wał bar­dzo liczną rodzinę. To okropne!

- Czy nie można by cze­goś dla niej zro­bić - szep­nęła wzru­szona Kare­nina.

Wroń­ski spoj­rzał na nią i natych­miast wyszedł z wagonu.

- Zaraz wrócę, maman - powie­dział od drzwi.

Gdy po kilku minu­tach wró­cił, Stie­pan Arka­djicz już roz­ma­wiał z hra­biną o nowej śpie­waczce, hra­bina zaś nie­cier­pliwe spo­glą­dała na drzwi, ocze­ku­jąc syna.

- Teraz już chodźmy - pole­cił Wroń­ski.

Wyszli razem. Wroń­ski z matką szedł przo­dem. Za nimi Kare­nina z bra­tem. Przed opusz­cze­niem sta­cji dogo­nił ich zawia­dowca, który pod­szedł do Wroń­skiego.

- Wrę­czył pan mojemu zastępcy dwie­ście rubli. Byłby pan łaskaw wska­zać, dla kogo mają być prze­zna­czone?

- Dla wdowy - odparł Wroń­ski, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Nie rozu­miem, jak można pytać.

- Dał pan? - krzyk­nął z tyłu Obłoń­ski i przy­ci­ska­jąc ramię sio­stry, dodał: - To bar­dzo ład­nie, bar­dzo ład­nie! Prawda, że wspa­niały chło­pak? Moje usza­no­wa­nie, hra­bino.

I oboje z sio­strą zatrzy­mali się, roz­glą­da­jąc się za jej poko­jówką.

Gdy opu­ścili dwo­rzec, kareta Wroń­skich już odje­chała. Wycho­dzący ludzie wciąż jesz­cze roz­ma­wiali o tym, co się stało.

- Jaka okropna śmierć! - ode­zwał się jakiś męż­czy­zna. - Mówią, że na pół.

- A ja myślę, że prze­ciw­nie, naj­lżej­sza, natych­mia­stowa - powie­dział inny.

- Dla­czego nie zacho­wują ostroż­no­ści - mówił trzeci.

Kare­nina wsia­dła do karety, a Stie­pan Arka­djicz zauwa­żył, że jej wargi drżą i z tru­dem powstrzy­muje łzy.

- Co z tobą, Anno? - spy­tał, gdy odje­chali kil­ka­set sążni.

- Zła wróżba - odparła.

- Co za głup­stwo! - obru­szył się. - Przy­je­cha­łaś, to naj­waż­niej­sze. Nie możesz sobie wyobra­zić, jak liczę na cie­bie.

- A ty dawno znasz Wroń­skiego? - spy­tała.

- Dawno. Wiesz, mamy nadzieję, że ożeni się z Kitty.

- Tak? - szep­nęła. - No, to mówmy o tobie - dodała, potrzą­sa­jąc głową, jakby chciała fizycz­nie odrzu­cić coś, co jej prze­szka­dzało. - Poroz­ma­wiajmy o two­ich spra­wach. Dosta­łam twój list, więc przy­je­cha­łam.

- Tak, cała nadzieja w tobie - powie­dział Stie­pan Arka­djicz.

- To wszystko mi opo­wiedz.

I Stie­pan Arka­djicz zaczął opo­wia­dać.

Przed domem Obłoń­ski wysa­dził sio­strę, wes­tchnął, uści­snął jej rękę i odje­chał do swego urzędu.

Rozdział XIX

XIX

Gdy Anna weszła do pokoju, Dolly sie­działa w małej bawialni z jasno­wło­sym, pulch­nym chłop­czy­kiem, już teraz podob­nym do ojca, i odra­biała z nim lek­cję czy­ta­nia po fran­cu­sku. Chłop­czyk czy­tał, krę­cąc pal­cami i usi­łu­jąc ode­rwać ledwo trzy­ma­jący się guzik od kur­teczki. Dolly kilka razy odsu­wała jego dłoń, lecz pulchna rączka znowu chwy­tała za guzik. Matka go ode­rwała i wło­żyła do kie­szeni.

- Uspo­kójże się, Gri­sza - powie­działa i znów zabrała się do koł­dry, swej odwiecz­nej robótki na dru­tach, którą zawsze zaj­mo­wała się w cięż­kich chwi­lach, a teraz dzier­gała ner­wowo, popy­chała druty pal­cem i liczyła oczka. Cho­ciaż wczo­raj kazała powie­dzieć mężowi, że nie inte­re­suje jej to, czy jego sio­stra przy­je­dzie, czy nie, przy­go­to­wała wszystko na jej przy­jazd i z nie­po­ko­jem ocze­ki­wała na szwa­gierkę.

Dolly była przy­bita swoim nie­szczę­ściem i cał­ko­wi­cie nim pochło­nięta. Pamię­tała jed­nak, że Anna była żoną jed­nej z naj­waż­niej­szych osób w Peters­burgu i tam­tej­szą grande dame. Ze względu na to nie postą­piła tak, jak powie­działa mężowi, to zna­czy nie zapo­mniała o jej przy­je­dzie. Osta­tecz­nie, Anna nie jest niczemu winna - myślała. - Znam ją tylko z naj­lep­szej strony - oka­zy­wała mi jedy­nie ser­decz­ność i przy­jaźń. Wpraw­dzie jak pamię­tała swoje wra­że­nia z Peters­burga, dom Kare­ni­nów jej się nie podo­bał, było bowiem coś fał­szy­wego w całym ukła­dzie ich życia rodzin­nego. Lecz czemu mia­ła­bym jej nie przy­jąć? Żeby tylko nie śmiała mnie pocie­szać! - myślała Dolly. Wszel­kie pocie­sze­nia, per­swa­zje i chrze­ści­jań­skie prze­ba­cze­nia - już to tysiąc razy prze­my­śla­łam i to wszystko nie ma sensu.

Ostat­nie dni Dolly spę­dziła z dziećmi. Nie chciała, a nawet nie mogła roz­ma­wiać z kim­kol­wiek o swoim nie­szczę­ściu. Wie­działa, że tak czy ina­czej, wszystko opo­wie Annie i zarówno cie­szyła ją myśl, że to opo­wie, jak i zło­ściła koniecz­ność roz­mowy z nią, jego sio­strą, o swoim poni­że­niu i wysłu­chi­wa­nia jej goto­wych fra­ze­sów per­swa­zji i pocie­sze­nia.

Spo­glą­da­jąc na zegar, z każdą chwilą ocze­ki­wała Anny i jak nie­raz się zda­rza, prze­oczyła moment przy­jazdu i nie usły­szała dzwonka.

Na docho­dzący szum sukni i lek­kich kro­ków już w drzwiach, obej­rzała się i na jej wymę­czo­nej twa­rzy odru­chowo odbiła się nie radość, lecz zdzi­wie­nie. Wstała i objęła szwa­gierkę.

- Co, już przy­je­cha­łaś? - powie­działa, cału­jąc ją.

- Dolly, jak się cie­szę, że cię widzę!

- I ja się cie­szę - odparła Dolly, sta­ra­jąc się z wyrazu twa­rzy Anny wyczy­tać, czy już wszystko wie. Na pewno wie - pomy­ślała, widząc jej współ­czu­jącą minę. - No, chodźmy, zapro­wa­dzę się do twego pokoju - dodała, sta­ra­jąc się odsu­nąć, jak tylko się da, chwilę wyja­śnień.

- To Gri­sza? Mój Boże, jak wyrósł! - ucie­szyła się Anna, poca­ło­wała go i nie spusz­cza­jąc oczu z Dolly, zatrzy­mała się i zaru­mie­niła. - Nie, pro­szę cię, zostańmy tutaj.

Zdjęła chustkę, kape­lusz i potrzą­sa­jąc głową, pró­bo­wała uwol­nić przy­cze­pione do niego pasmo swo­ich czar­nych, falu­ją­cych wło­sów.

- A ty pro­mie­nie­jesz szczę­ściem i zdro­wiem! - pra­wie z zazdro­ścią ode­zwała się Dolly.

- Ja? Tak - odparła Anna. - Mój Boże, Tania! Rówie­śniczka mojego Sie­rioży - dodała, zwra­ca­jąc się do bie­gną­cej do niej dziew­czynki. Wzięła ją na ręce i poca­ło­wała. - Śliczna dziew­czynka, cudo! Pokażże mi je wszyst­kie.

Wymie­niała nie tylko imiona wszyst­kich dzieci, ale przy­po­mi­nała też lata, mie­siące, ich cha­rak­tery i cho­roby, więc Dolly nie mogła tego nie doce­nić.

- To chodźmy do nich - powie­działa. - Szkoda tylko, że Wasia teraz śpi.

Po obej­rze­niu dzieci już same usia­dły w salo­nie przy kawie. Anna się­gnęła po tacę, ale po chwili ją odsu­nęła.

- Dolly - ode­zwała się. - Stiwa już mi wyznał.

Dolly chłodno spoj­rzała na Annę. Spo­dzie­wała się teraz fra­ze­sów uda­wa­nego współ­czu­cia, lecz ta niczego takiego nie powie­działa.

- Dolly, kochana! - zaczęła - nie chcę wsta­wiać się za nim ani cie­bie pocie­szać, to nie­moż­liwe. Tylko mi, moja duszko, po pro­stu cie­bie żal, żal mi cie­bie z całego serca!

Zza jej gęstych rzęs na błysz­czą­cych oczach nagle poja­wiły się łzy. Przy­sia­dła się bli­żej szwa­gierki i ujęła jej rękę swoją ener­giczną maleńką dło­nią. Dolly nie odsu­nęła się, ale też oschły wyraz nie znik­nął z jej twa­rzy. Oznaj­miła:

- Pocie­szyć mnie nie można. Wszystko stra­cone po tym, co zaszło, wszystko prze­pa­dło.

I gdy tylko to powie­działa, wyraz jej twa­rzy zła­god­niał. Anna pod­nio­sła suchą, chudą dłoń Dolly, poca­ło­wała ją i zapy­tała:

- Cóż jed­nak robić, Dolly, co robić? Jak lepiej postą­pić w tej okrop­nej sytu­acji? Warto o tym pomy­śleć.

- Wszystko skoń­czone, nic się nie da zro­bić - odparła Dolly. - Naj­gor­sze jest to, zechciej mnie zro­zu­mieć, że nie mogę go porzu­cić. Są dzieci, jestem zwią­zana. A żyć z nim nie mogę, sam jego widok spra­wia mi ból.

- Dolly, kochana, cho­ciaż mi mówił, chcia­ła­bym jed­nak usły­szeć to od cie­bie. Opo­wiedz mi o wszyst­kim.

Dolly popa­trzyła na nią pyta­jąco.

Na twa­rzy Anny malo­wało się nie­uda­wane współ­czu­cie i miłość.

- Cóż. - Nagle się zde­cy­do­wała. - Opo­wiem ci od początku. Wiesz, jak wyszłam za mąż. Przy meto­dzie wycho­wa­nia maman nie tylko byłam nie­winna, ale i głu­pia. Nie zna­łam niczego. Mówią, wiem o tym, że mężo­wie opo­wia­dają żonom o swym wcze­śniej­szym życiu, lecz Stiwa... - popra­wiła się - Stie­pan Arka­djicz nic mi o sobie nie powie­dział. Nie dasz wiary, ale do tej pory myśla­łam, że jestem jedyną kobietą, którą znał. Tak żyłam przez osiem lat. Zro­zum, że nie tylko nie podej­rze­wa­łam nie­wier­no­ści, lecz uwa­ża­łam, że to nie­moż­liwe, a tu, wyobraź sobie, z takim moim poję­ciem nagle dowie­dzia­łam się o całej tej okrop­no­ści, całej tej pod­ło­ści. Zro­zum mnie. Być cał­ko­wi­cie pewną swego szczę­ścia i nagle... - tłu­miąc szloch, mówiła Dolly - prze­czy­tać list... jego list do kochanki, do byłej guwer­nantki moich dzieci. Nie, to zbyt okropne. - Pospiesz­nie wyjęła chu­s­teczkę i zasło­niła nią twarz. - Zro­zumiałabym jesz­cze jakąś fascy­na­cję - pod­jęła po chwili mil­cze­nia - lecz w spo­sób prze­my­ślany, chy­trze mnie oszu­ki­wać... i z kim...? Być w dal­szym ciągu moim mężem razem z nią... to okropne! Nie możesz sobie wyobra­zić...

- O nie, ja rozu­miem! Rozu­miem, kochana Dolly, dosko­nale rozu­miem - mówiła Anna, ści­ska­jąc jej rękę.

- I myślisz, że on zdaje sobie sprawę, w jak okrop­nej jestem sytu­acji? - pytała Dolly. - By­naj­mniej! Jest szczę­śliwy i zado­wo­lony.

- Ach, nie! - szybko wtrą­ciła Anna. - Jest żało­sny, przy­bity skru­chą...

- Czy on jest zdolny do skru­chy? - prze­rwała jej Dolly, z uwagą wpa­tru­jąc się w twarz szwa­gierki.

- Tak, znam go. Nie mogę bez żalu na niego patrzeć. Obie go znamy. Jest dobry, ale dumny, a teraz tak poni­żony. Naj­bar­dziej, co mnie poru­szyło - i tu Anna domy­śliła się, co naj­bar­dziej mogło rów­nież poru­szyć Dolly - że męczą go dwie rze­czy: wstyd przed dziećmi i to, że kocha­jąc cie­bie... tak, tak, kocha­jąc naj­bar­dziej na świe­cie - pospiesz­nie nie dała dojść do głosu pra­gną­cej zaprze­czyć Dolly - wyrzą­dził ci krzywdę, jak gdyby cię zabił. "Nie, nie, ona nie wyba­czy" - stale powta­rza.

Dolly, słu­cha­jąc tych słów, nie patrzyła na Annę. Zamy­śliła się.

- Tak, zdaję sobie sprawę, że jego sytu­acja jest okropna. Winny czuje się gorzej od nie­win­nego - powie­działa - jeśli czuje, że jest winien całego nie­szczę­ścia. Lecz jak mam wyba­czyć, jak po tej zdra­dzie znowu być jego żoną? Życie z nim teraz będzie męczar­nią, wła­śnie dla­tego, że go kocha­łam, że tak jest mi droga moja miniona miłość do niego...

Łka­nie prze­rwało jej słowa.

Lecz jakby umyśl­nie za każ­dym razem, gdy nieco łagod­niała, na nowo zaczy­nała mówić o tym, co ją naj­bar­dziej draż­niło.

- Prze­cież ona jest młoda, jest piękna. Czy ty, Anno, rozu­miesz, kto zabrał moją mło­dość i urodę? On i jego dzieci. Słu­ży­łam mu i tej służ­bie odda­łam całą sie­bie, a jemu teraz oczy­wi­ście mil­sze jest świeże, pospo­lite stwo­rze­nie. Z pew­no­ścią roz­ma­wiali o mnie albo jesz­cze gorzej - prze­mil­czali. Rozu­miesz? - Jej oczy znowu zapło­nęły nie­na­wi­ścią. - I po tym będzie mi mówił... A ja cóż, będę mu wie­rzyć? Ni­gdy. Nie, skoń­czyło się wszystko, co dawało pocie­chę, nagrodę za pracę, za cier­pie­nia... Czy dasz wiarę? Dzi­siaj uczy­łam Gri­szę. Daw­niej to była to dla mnie radość, teraz męczar­nia. Po co się sta­ram, tru­dzę? Na co te dzieci? Okropne jest to, że nagle moja dusza się wywró­ciła i zamiast miło­ści i czu­ło­ści mam dla niego tylko samą złość, tak, złość. Zabi­ła­bym go i...

- Dolly, kocha­nie, ja cię rozu­miem, lecz nie dręcz się tak. Jesteś skrzyw­dzona i roz­draż­niona, więc wiele rze­czy widzisz w nie­wła­ści­wym świe­tle.

Dolly przy­ci­chła i i obie przez dłuż­szą chwilę mil­czały.

- Co robić, pomyśl, Anno, pomóż. Ja wszystko prze­my­śla­łam i nie widzę żad­nego wyj­ścia.

Anna niczego nie potra­fiła wymy­ślić, lecz jej serce reago­wało na każde słowo, na każdą zmianę wyrazu twa­rzy bra­to­wej.

- Powiem tylko jedno - zaczęła - jestem jego sio­strą, znam jego cha­rak­ter, tę jego umie­jęt­ność zapo­mi­na­nia dosłow­nie wszyst­kiego (mach­nęła ręką, jakby odpę­dzała coś z czoła), tę skłon­ność do peł­nej satys­fak­cji, lecz rów­nież zdol­ność do cał­ko­wi­tej skru­chy. On teraz nie wie­rzy, nie rozu­mie, jak mógł zro­bić to, co zro­bił.

- Nie, on rozu­mie, rozu­miał - prze­rwała jej Dolly. - Lecz ja... zapo­mi­nasz o mnie... czy mnie jest lżej?

- Zacze­kaj! Kiedy mi opo­wia­dał, przy­znam, że nie zda­wa­łam sobie sprawy z całej okrop­no­ści two­jej sytu­acji. Myśla­łam tylko o nim i o tym, że rodzina się roz­pada. Było mi go żal, lecz gdy poroz­ma­wia­łam z tobą, jako kobieta widzę co innego. Widzę twoje cier­pie­nia i jest mi, nawet nie wiem, jak ci to powie­dzieć, bar­dzo cie­bie żal! Dolly, kochana, cał­ko­wi­cie rozu­miem twoje cier­pie­nia, jed­nego tylko nie wiem. Nie wiem... ja nie wiem, ile w twoim sercu jest jesz­cze miło­ści do niego. Tylko ty wiesz, czy jest tyle, że można by wyba­czyć. Jeśli jest - to wybacz!

- Nie - zaczęła Dolly, lecz Anna prze­rwała jej, cału­jąc jesz­cze raz jej rękę.

- Lepiej od cie­bie znam świat - powie­działa. - Znam takich ludzi jak Stiwa, wiem, jak na to patrzą. Mówisz, że roz­ma­wiał z nią o tobie. Na pewno nie. Tacy ludzie dopusz­czają się zdrad, lecz wła­sne ogni­sko domowe i żona - to dla nich świę­tość. Jakoś tak jest, że tamte kobiety mają w pogar­dzie i nie prze­szka­dzają im one w życiu rodzin­nym. Jakąś nie­prze­kra­czalną linią oddzie­lają rodzinę i tamto. Ja tego nie rozu­miem, ale tak jest.

- Tak, lecz on ją cało­wał...

- Dolly, kochana, zacze­kaj. Widzia­łam Stiwę, jak był zako­chany w tobie. Pamię­tam czas, kiedy przy­jeż­dżał do mnie i pła­kał, gdy mówił o tobie, że byłaś dla niego uoso­bie­niem poezji i wznio­sło­ści i wiem, że im dłu­żej z tobą żył, tym więk­szą sta­wa­łaś się dla niego wznio­sło­ścią. Nawet zda­rzało się, że śmia­li­śmy się z niego, gdy do każ­dego słowa doda­wał: "Dolly to zadzi­wia­jąca kobieta". Zawsze byłaś dla niego bóstwem i pozo­sta­łaś nim, a tamto nie było fascy­na­cją jego serca...

- No, a jeśli ta fascy­na­cja się powtó­rzy?

- Według mnie nie może.

- Tak, ale czy ty byś wyba­czyła?

- Nie wiem. Nie mogę się o tym wypo­wia­dać... Nie, ow­szem - odrze­kła Anna po zasta­no­wie­niu. I gdy już oce­niła sytu­ację i zwa­żyła wszystko na wewnętrz­nej szali, dodała: - Nie, mogę, mogę, mogę. Tak, wyba­czy­ła­bym. Nie była­bym taka sama, to prawda, lecz wyba­czy­ła­bym - tak jakby w ogóle nic się nie stało.

- No, oczy­wi­ście - Dolly szybko wpa­dła jej w słowo, jakby mówiła to, o czym czę­sto myślała - bo ina­czej nie byłoby to prze­ba­cze­nie. Jeśli wyba­czyć, to cał­ko­wi­cie, cał­ko­wi­cie. No, chodźmy, zapro­wa­dzę cię do twego pokoju - powie­działa, wsta­jąc i po dro­dze objęła Annę. - Moja kochana, jak się cie­szę, że przy­je­cha­łaś, jak się cie­szę. Jest mi lżej na sercu, znacz­nie lżej.

Rozdział XX

XX

Cały ten dzień Anna spę­dziła w domu, to zna­czy u Obłoń­skich, nikogo nie przyj­mo­wała, cho­ciaż nie­któ­rzy zna­jomi zdą­żyli już się dowie­dzieć o jej przy­jeź­dzie i przy­byli z wizytą. Cały ranek spę­dziła z Dolly i dziećmi. Posłała jedy­nie liścik do brata, żeby koniecz­nie przy­je­chał na obiad do domu. "Przy­jedź. Bóg jest miło­sierny" - napi­sała.

Obłoń­ski był na obie­dzie w domu. Przy stole toczyła się ogólna roz­mowa, Dolly odzy­wała się do męża i zwra­cała się do niego "ty", czego przed­tem nie było. W rela­cjach mał­żon­ków wciąż była obcość, lecz nie było już mowy o roz­sta­niu, w czym Stie­pan Arka­djicz widział moż­li­wość wyja­śnień i pogo­dze­nia się.

Zaraz po obie­dzie przy­je­chała Kitty. Bar­dzo mało znała Annę Arka­djewnę, jechała więc do sio­stry nie bez obawy, jak ją przyj­mie peters­bur­ska świa­towa dama, którą tak wszy­scy wychwa­lali. Jed­nak podo­bała się Annie, poczuła to od razu. Kare­nina wyraź­nie zachwy­cała się jej urodą i mło­do­ścią i Kitty nawet nie zauwa­żyła, kiedy już poczuła się nie tylko zawo­jo­wana przez nią, ale wręcz w niej zako­chana, jak zdolne są zako­chać się młode panienki w star­szych mężat­kach. Anna nie wyglą­dała na świa­tową damę ani na matkę ośmio­let­niego syna, można by ją było wziąć raczej za dwu­dzie­sto­let­nią dziew­czynę - tak jej ruchy były sprę­ży­ste, twarz świeża i widoczne to w uśmie­chu, to w spoj­rze­niu stałe oży­wie­nie - gdyby nie poważny, chwi­lami smutny wyraz jej oczu, który ude­rzał i przy­cią­gał Kitty do sie­bie. Czuła, że Anna była pełna pro­stoty i niczego nie ukry­wała, lecz miała w sobie też jakiś inny, wyż­szy świat nie­do­stęp­nych, skom­pli­ko­wa­nych i poetycz­nych zain­te­re­so­wań.

Po obie­dzie, gdy Dolly wyszła do swo­jego pokoju, Anna szybko wstała i pode­szła do brata, który wła­śnie zapa­lał cygaro.

- Stiwa - powie­działa, wesoło mru­ga­jąc, kre­śląc nad nim znak krzyża i wska­zu­jąc oczami drzwi. - Idź i niech ci Pan Bóg dopo­może.

Zro­zu­miał, rzu­cił cygaro i znik­nął za drzwiami.

Gdy Stie­pan Arka­djicz wyszedł, wró­ciła na kanapę i sie­działa na niej oto­czona dziećmi. Czy dla­tego, że dzieci widziały, że mama kocha tę cio­cię, czy może dla­tego, że same wyczu­wały w niej szcze­gólny urok, dwoje star­szych, a za nimi rów­nież młod­sze, jak to czę­sto bywa u dzieci, jesz­cze przed obia­dem przy­lgnęły do nowej cioci i nie odcho­dziły ani na krok. Wymy­śliły nawet coś w rodzaju zabawy, żeby sie­dzieć jak tylko można naj­bli­żej cioci, doty­kać jej, trzy­mać ją za maleńką rękę, bawić się jej pier­ścion­kiem czy cho­ciaż doty­kać fal­ba­nek jej sukni.

- No, no, sia­dajmy jak przed­tem - powie­działa Anna Arka­djewna i zajęła swoje miej­sce.

I znowu Gri­sza pod­su­nął głowę pod jej rękę, przy­tu­lił się do jej sukni, a jego buzię roz­ja­śniły duma i szczę­ście.

- No więc, kiedy będzie bal? - zwró­ciła się do Kitty.

- W przy­szłym tygo­dniu i będzie to wspa­niały bal. Jeden z tych, na któ­rych zawsze jest wesoło.

- Czy są takie, na któ­rych jest zawsze wesoło? - spy­tała z deli­katną iro­nią.

- To dziwne, ale są. U Bobrisz­czo­wów jest zawsze wesoło, u Niki­ti­nów rów­nież, a u Miesz­ko­wów zawsze nudno. Czy nie zauwa­żyła pani?

- Nie. Moja duszko, na balach już nie jest mi wesoło - odparła Anna i Kitty dostrze­gła w jej oczach ten szcze­gólny świat, któ­rego jesz­cze nie znała. - Teraz bale mogą być dla mnie co naj­wy­żej mniej męczące i nudne.

- Jak może być nudno na balu pani?

- A czemu mnie mia­łoby nie być nudno?

Kitty zauwa­żyła, że Anna wie­działa, jaka będzie odpo­wiedź.

- Dla­tego, że pani zawsze jest naj­pięk­niej­sza.

Anna umiała się rumie­nić. Zaru­mie­niła się i powie­działa:

- Po pierw­sze, cza­sem. Po dru­gie, gdyby nawet tak było, to co mi z tego?

- Czy będzie pani na tym balu? - spy­tała Kitty.

- Myślę, że nie da się nie być. Może weź sobie ten - zwró­ciła się do Tani, która ścią­gała luźny pier­ścio­nek z jej bia­łego, szczu­płego na końcu palca.

- Bar­dzo będzie mi miło, jeśli pani się pojawi. Tak chcia­ła­bym zoba­czyć panią na balu.

- W każ­dym razie, jeśli się wybiorę, będę pocie­szać się myślą, że sprawi to pani przy­jem­ność... Gri­sza, nie szarp, pro­szę, i tak jestem już potar­gana - powie­działa, popra­wia­jąc luźny kosmyk wło­sów, któ­rym bawił się chłop­czyk.

- Na balu wyobra­żam sobie panią w kolo­rze lila.

- Czemu wła­śnie w lila? - spy­tała z uśmie­chem Anna. - No, dzieci, idź­cie już, idź­cie. Sły­szy­cie, miss Hull prosi na her­batę - pole­ciła, odry­wa­jąc od sie­bie dzieci i kie­ru­jąc je do sto­ło­wego.

- Wiem, dla­czego zapra­sza mnie pani na bal. Wiele się pani po nim spo­dziewa, chcia­łaby pani, żeby wszy­scy tam byli i żeby wszy­scy brali w tym udział.

- Skąd pani wie? Rze­czy­wi­ście tak jest!

- O, jak piękne prze­żywa pani chwile - mówiła Anna. - Pamię­tam i znam tę błę­kitną mgłę, jakby w górach Szwaj­ca­rii. Mgłę, która okrywa wszystko w tym naj­szczę­śliw­szym cza­sie, kiedy już ma się skoń­czyć dzie­ciń­stwo i z tego ogrom­nego kręgu, szczę­śli­wego, weso­łego, wysnuwa się droga coraz węż­sza i węż­sza. Z rado­ścią i lękiem wcho­dzi się do tej amfi­lady, choć jest ona jasna i piękna... Która z nas przez to nie prze­cho­dziła?

Kitty uśmie­chała się w mil­cze­niu. A jak ona prze­cho­dziła przez to? Jakże bym chciała znać cały jej romans - pomy­ślała, wspo­mi­na­jąc nie­po­etycką powierz­chow­ność Alek­sieja Alek­san­dro­wi­cza, jej męża.

- Tro­chę wiem. Stiwa mi mówił i gra­tu­luję pani, bar­dzo mi się podoba - ode­zwała się Anna. - Spo­tka­łam Wroń­skiego na sta­cji.

- Ach, był tam? - spy­tała Kitty i zaczer­wie­niła się. - I co Stiwa pani powie­dział?

- Wszystko mi wypa­plał. I bar­dzo mi było przy­jem­nie tego słu­chać. Jecha­łam wczo­raj z matką Wroń­skiego - dodała - która przez całą drogę bez prze­rwy o nim mówiła. To jej ulu­bie­niec, wiem, jak matki są zapa­trzone, lecz...

- Cóż matka o nim opo­wia­dała?

- Ach, dużo! I wiem, że jest jej ulu­bień­cem, ale i tak widać, że to istny rycerz... No, na przy­kład opo­wia­dała, że chciał oddać cały mają­tek bratu, że w dzie­ciń­stwie zro­bił coś nie­zwy­kłego, ura­to­wał tonącą kobietę. Jed­nym sło­wem, boha­ter - cią­gnęła Anna, uśmie­cha­jąc się i wspo­mi­na­jąc dwie­ście rubli, które Wroń­ski dał na sta­cji.

Jed­nak o dwu­stu rublach nie powie­działa. Jakoś nie­przy­jem­nie jej było o tym mówić. Czuła, że było w tym coś, co doty­czyło jej, coś, czego być nie powinno.

- Bar­dzo pro­siła, żebym ją odwie­dziła - mówiła Anna - z chę­cią odwie­dzę sta­ruszkę i jutro do niej pojadę. Bogu dzięki, Stiwa długo jest w pokoju Dolly - dodała, zmie­nia­jąc temat i wsta­jąc, jak się wydało Kitty, z cze­goś nie­za­do­wo­lona.

- Nie, ja pierw­szy! Nie, ja! - krzy­czały dzieci, bie­gnąc do cioci Anny po skoń­czo­nej her­ba­cie.

- Wszyst­kie razem! - powie­działa Anna i śmie­jąc się, pobie­gła ku nim, objęła całą kłę­biącą się i pisz­czącą z zachwytu gro­madkę i prze­wró­ciła na kanapę.

Rozdział XXI

XXI

Na her­batę doro­słych Dolly wyszła z pokoju. Stiwa się nie poja­wił. Jak się wydaje, wyszedł od żony tyl­nym wyj­ściem.

- Oba­wiam się, że będzie ci zimno na pię­trze - Dolly zwró­ciła się do Anny - chcia­ła­bym cię prze­nieść na dół, były­by­śmy też bli­żej sie­bie.

- Ach, pro­szę, o mnie się nie troszcz - odparła Anna, wpa­tru­jąc się w twarz Dolly i sta­ra­jąc się wyba­dać, czy nastą­piło pojed­na­nie.

- Będzie ci tu jaśniej - dodała bra­towa.

- Mówię ci, że zawsze i wszę­dzie śpię jak suseł.

- O czym roz­ma­wia­cie? - wcho­dząc do pokoju, Stie­pan Arka­djicz zwró­cił się do żony.

Z jego tonu Kitty i Anna wywnio­sko­wały, że mał­żon­ko­wie się pogo­dzili.

- Chcę prze­nieść Annę na dół, ale trzeba by zmie­nić firanki. Nikt tego nie zrobi, muszę sama - odpo­wie­działa mężowi.

- Ach, prze­stań, Dolly, ze wszyst­kiego robić trud­no­ści - odparł. - Jeśli chcesz, ja to wszystko zała­twię...

Chyba się pogo­dzili - pomy­ślała Anna.

- Wiem, jak to zała­twisz - odpo­wie­działa Dolly - każesz Matwie­jowi zro­bić coś nie­wy­ko­nal­nego, sam odje­dziesz, a on wszystko pokręci. - Gdy to mówiła, zwy­kły iro­niczny uśmiech zmarsz­czył kąciki jej ust.

Cał­ko­wita zgoda, cał­ko­wita, cał­ko­wita - pomy­ślała Anna - dzięki Bogu! I ura­do­wana, że miała w tym udział, pode­szła do Dolly i poca­ło­wała ją.

- Ależ wcale nie, czemu tak lek­ce­wa­żysz mnie i Matwieja? - zapro­te­sto­wał Stie­pan Arka­djicz z led­wie zauwa­żal­nym uśmie­chem.

Przez cały wie­czór Dolly jak zawsze była z lekka iro­niczna wobec męża, on zaś zado­wo­lony i pogodny, lecz tylko na tyle, żeby nie poka­zać, że cho­ciaż mu wyba­czono, zapo­mniał swoją winę.

O wpół do dzie­sią­tej wesołą i miłą wie­czorną poga­wędkę przy her­ba­cie u Obłoń­skich zakłó­ciło naj­zwy­czaj­niej­sze na pozór zda­rze­nie, lecz z jakie­goś powodu wszyst­kim wydało się ono dziwne. Pomó­wiw­szy o wspól­nych peters­bur­skich zna­jo­mych, Anna zerwała się.

- Mam jej foto­gra­fię w albu­mie - powie­działa - a przy oka­zji pokażę wam mojego Sie­riożę - dodała z dum­nym macie­rzyń­skim uśmie­chem.

Przed dzie­siątą zwy­kle żegnała się z synem i czę­sto zanim wyje­chała na bal, sama kła­dła go do snu. Teraz zro­biło się jej smutno, że jest tak daleko od niego. O czym­kol­wiek by mówiono, ona i tak wra­cała myślą do swego kędzie­rza­wego Sie­rioży. Zapra­gnęła popa­trzeć na jego zdję­cie i poroz­ma­wiać o nim. Sko­rzy­stała więc z pierw­szego pre­tek­stu, wstała i swoim lek­kim, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem poszła po album. Schody na pię­tro pro­wa­dzące do jej pokoju wycho­dziły na podest innych ogrze­wa­nych scho­dów wewnętrz­nych.

Gdy wycho­dziła z salonu, w przed­po­koju zabrzmiał dzwo­nek.

- Kto to może być? - zain­te­re­so­wała się Dolly.

- Po mnie jesz­cze za wcze­śnie, a na kogoś innego za późno - zauwa­żyła Kitty.

- Pew­nie do mnie z doku­men­tami - dodał Obłoń­ski.

Gdy Anna prze­cho­dziła obok scho­dów, słu­żący biegł na górę, żeby zaanon­so­wać przy­by­łego, który stał pod lampą. Anna spoj­rzała w dół i natych­miast poznała Wroń­skiego. W jej sercu nagle drgnęło dziwne uczu­cie zado­wo­le­nia i zara­zem nie­ja­snej obawy. Stał, nie zdej­mu­jąc palta, i wyj­mo­wał coś z kie­szeni. Kiedy doszła do połowy scho­dów, uniósł oczy, zoba­czył ją i na jego twa­rzy odma­lo­wało się jakieś zawsty­dze­nie i prze­strach. Ona zaś z lekka ski­nęła mu głową i poszła dalej, sły­sząc z tyłu gromki głos Stie­pana Arka­dji­cza zapra­sza­jący przy­by­łego i cichy, łagodny i spo­kojny głos Wroń­skiego, który się wyma­wiał.

Kiedy Anna wró­ciła z albu­mem, Wroń­skiego już nie było, a Stiwa mówił, że wstą­pił, żeby się dowie­dzieć w spra­wie obiadu, któ­rym jutro podej­mo­wali jakąś przy­jezdną zna­ko­mi­tość.

- Za nic nie chciał wejść. Jakiś on jest dziwny - dodał.

Kitty się zaczer­wie­niła. Sądziła, że tylko ona domy­śliła się, po co Wroń­ski przy­je­chał i dla­czego nie wszedł. Był u nas - roz­wa­żała - nie zastał mnie i pomy­ślał, że jestem tutaj, jed­nak nie wszedł, gdyż wie­dział, że już za późno i że Anna tu jest.

Wszy­scy popa­trzyli na sie­bie, nic nie mówiąc, i zaczęli oglą­dać album Anny.

Nic nie­zwy­kłego ani dziw­nego nie było w tym, że czło­wiek wstą­pił do przy­ja­ciela przed dzie­siątą, żeby się dowie­dzieć o szcze­gó­łach pla­no­wa­nego obiadu i nie wszedł do środka. Jed­nak wszyst­kim wydało się to dziwne. Naj­bar­dziej dziwne i nie­wła­ściwe wydało się to Annie.

Rozdział XXII

XXII

Bal dopiero się roz­po­czął, gdy Kitty z matką wcho­dziła na wiel­kie, jasno oświe­tlone schody, ude­ko­ro­wane kwia­tami, z upu­dro­wa­nymi loka­jami w czer­wo­nych kafta­nach. Z salo­nów dobiegł jed­no­stajny jak w ulu szmer i kiedy popra­wiały fry­zury przed lustrem usta­wio­nym na pode­ście mię­dzy drzew­kami, z sali balo­wej dały się sły­szeć deli­katne, ale wyraźne dźwięki skrzy­piec orkie­stry, która zaczęła grać pierw­szego walca. Sta­ru­szek po cywil­nemu, który przed innym lustrem popra­wiał siwe baczki i od któ­rego bił zapach per­fum, zde­rzył się z nimi na scho­dach i usu­nął się, wyraź­nie zachwy­cony nie­znaną mu Kitty. Ogo­lony mło­dzie­niec, jeden z tych, któ­rych stary książę Szczer­backi nazy­wał gogu­siami, w prze­sad­nie wycię­tej kami­zelce, popra­wia­jąc w biegu biały kra­wat, ukło­nił się i wyprze­dziw­szy panie, zawró­cił i zapro­sił Kitty do kadryla. Pierw­szy kadryl już był obie­cany Wroń­skiemu, więc przy­rze­kła mło­dzień­cowi dru­giego. Ubraną w różową suk­nię Kitty zachwy­cał się rów­nież woj­skowy, który usu­nąw­szy się z wej­ścia, stał przy drzwiach, zapi­na­jąc ręka­wiczkę i muska­jąc wąsa.

Mimo iż do stroju, ucze­sa­nia i przy­go­to­wań do balu Kitty doło­żyła wiele sta­rań i namy­słu, teraz w swej tiu­lo­wej sukni na różo­wym spo­dzie wkro­czyła na bal tak swo­bod­nie i lekko, jakby tym wszyst­kim roze­tkom i koron­kom, wszyst­kim dro­bia­zgom stroju ani ona, ani domow­nicy nie poświę­cili nawet chwili uwagi, jak gdyby uro­dziła się w tym tiulu, koron­kach i z różą z dwoma list­kami na szczy­cie wyso­kiej fry­zury.

Gdy stara księżna chciała przed wej­ściem na salę balową popra­wić jej pod­wi­niętą wstążkę w pasie, Kitty z lekka się odsu­nęła. Czuła, że wszystko samo przez się jest na niej piękne i pełne gra­cji i że niczego nie trzeba popra­wiać.

Kitty miała szczę­śliwy dzień. Suk­nia ni­gdzie nie uci­skała, koron­kowa berta16 ni­gdzie nie opa­dła, roze­tki się nie pognio­tły i nie ode­rwały, różowe pan­to­felki na wyso­kich wygię­tych obca­si­kach nie uwie­rały, prze­ciw­nie - spra­wiały nóżce radość. Gęste pasma jasnych wło­sów trzy­mały się na maleń­kiej główce, jakby były wła­sne. Nie ode­rwał się żaden z trzech guzicz­ków zapię­tych na dłu­giej ręka­wiczce, która nacią­gnięta cia­sno nie znie­kształ­cała dłoni. Czarna aksa­mitka meda­lionu bar­dzo deli­kat­nie ota­czała jej szyję. Aksa­mitka była cudowna i w domu, kiedy w lustrze oglą­dała swoją szyję, czuła, że ta aksa­mitka aż prze­ma­wiała. Co do wszyst­kiego można było mieć wąt­pli­wo­ści, lecz ta aksa­mitka była wspa­niała. Kitty uśmiech­nęła się także i tu, na balu, kiedy spoj­rzała na nią w lustrze. W obna­żo­nych ramio­nach i rękach czuła chłód mar­muru - wra­że­nie, które szcze­gól­nie lubiła. Oczy jej błysz­czały, a kar­mi­nowe wargi, świa­dome swego uroku, nie mogły się nie uśmie­chać. Nie zdą­żyła jesz­cze wejść na salę i dotrzeć do stroj­nej w tiule, wstążki i koronki kolo­ro­wej ciżby pań ocze­ku­ją­cych na zapro­sze­nie do tańca (Kitty ni­gdy nie sta­wała w tym tłu­mie), gdy już została zapro­szona do walca przez naj­lep­szego kawa­lera, naj­lep­szego tan­ce­rza w balo­wej hie­rar­chii, zna­ko­mi­tego wodzi­reja balów i mistrza cere­mo­nii, żona­tego, pięk­nego i postaw­nego męż­czy­znę Jego­ruszkę Kor­suń­skiego. Wła­śnie podzię­ko­wał hra­bi­nie Boni­nie, z którą prze­tań­czył pierw­szą turę walca, i doko­ny­wał prze­glądu swych sze­re­gów, to zna­czy kilku par, które pierw­sze ruszyły do tańca, gdy zoba­czył wcho­dzącą Kitty. Pod­biegł do niej tym szcze­gól­nym, wła­ści­wym tylko wodzi­re­jom balów swo­bod­nym ino­cho­dem i ukło­niw­szy się, nawet nie pyta­jąc o zgodę, pod­niósł rękę, żeby objąć jej talię. Obej­rzała się, komu mogłaby zosta­wić wachlarz, a pani domu wzięła go z uśmie­chem.

- Jak dobrze, że przy­je­chała pani punk­tu­al­nie - powie­dział, obej­mu­jąc ją - bo cóż to za zwy­czaj, żeby się spóź­niać na bal.

Poło­żyła zgiętą lewą rękę na jego ramie­niu i szczu­plut­kie nóżki w różo­wych pan­to­fel­kach szybko, lekko i ryt­micz­nie zaczęły się poru­szać w takt muzyki po śli­skim par­kie­cie.

- Tań­cząc z panią walca, odpo­czywa się - dodał Kor­suń­ski, roz­po­czy­na­jąc pierw­sze, wolne kroki walca. - Cudow­nie, jaka lek­kość, précision17 - powta­rzał jej to, co mówił pra­wie wszyst­kim dobrym zna­jo­mym.

Uśmiech­nęła się na tę pochwałę i przez jego ramię roz­glą­dała się po sali. Nie była już debiu­tantką, któ­rej wszyst­kie twa­rze zle­wają się w jedno cza­ru­jące wra­że­nie. Nie nale­żała też do panien, które tyle razy cią­gano po balach, że twa­rze uczest­ni­ków były jej znane aż do znu­dze­nia. Była pośrodku tych dwóch kate­go­rii - czuła się pod­nie­cona, a zara­zem na tyle opa­no­wana, żeby obser­wo­wać. W lewym rogu sali balo­wej widziała sku­pioną śmie­tankę towa­rzy­stwa. Była tam do nie­moż­li­wo­ści wyde­kol­to­wana piękna Liddy, żona Kor­suń­skiego. Była też pani domu, świę­cił łysiną Kri­win, który zawsze bywał tam, gdzie zbie­rało się naj­lep­sze towa­rzy­stwo. Spo­glą­dała w tę stronę mło­dzież, nie mając śmia­ło­ści podejść. Tam rów­nież odna­la­zła wzro­kiem Stiwę, a następ­nie dostrze­gła głowę Anny i jej zachwy­ca­jącą postać w czar­nej aksa­mit­nej sukni. Był tam rów­nież on. Kitty nie widziała się z Wroń­skim od tam­tego wie­czora, kiedy odrzu­ciła oświad­czyny Lewina. Swoim dale­ko­wzrocz­nym spoj­rze­niem natych­miast go poznała, a nawet zauwa­żyła, że na nią patrzy.

- Może prze­tań­czymy jasz­cze jedną turę? Nie jest pani zmę­czona? - spy­tał z lekka zdy­szany Kor­suń­ski.

- Nie, dzię­kuję panu.

- Dokąd panią odpro­wa­dzić?

- Zdaje się, że Kare­nina jest na balu, pro­szę odpro­wa­dzić mnie do niej.

- Jak pani sobie życzy.

I Kor­suń­ski popro­wa­dził ją w walcu, zwal­nia­jąc kroku, wprost do towa­rzy­stwa sku­pio­nego w lewym rogu sali, powta­rza­jąc raz po raz: Par­don, mes­da­mes, par­don, par­don, mes­da­mes18 i lawi­ru­jąc pośród morza koro­nek, tiulu i wstą­żek, nie zacze­piw­szy bodaj za jedno piórko, ostro obró­cił swą damę tak, że odsło­niły się jej szczu­płe nóżki w ażu­ro­wych poń­czosz­kach, tren roz­po­starł się jak wachlarz i przy­krył kolana Kri­wina. Kor­suń­ski ukło­nił się, wypiął pierś w wycię­tej kami­zelce i podał Kitty ramię, żeby ją pod­pro­wa­dzić do Anny Arka­djewny. Kitty zaru­mie­niła się, zgar­nęła tren z kolan Kri­wina i czu­jąc lekki zawrót głowy, obej­rzała się, szu­ka­jąc wzro­kiem Anny. Kare­nina roz­ma­wiała, sto­jąc w oto­cze­niu pań i męż­czyzn. Nie była w sukni lila, jak tego bar­dzo pra­gnęła Kitty, lecz w czar­nej, głę­boko wycię­tej aksa­mit­nej kre­acji, odsła­nia­ją­cej jej kształtne, jakby wyto­czone ze sta­rej kości sło­nio­wej, pełne ramiona i piersi oraz krą­głe ręce o sub­tel­nych, maleń­kich dło­niach. Cała jej suk­nia była obszyta wenecką gipiurą. Na gło­wie, w czar­nych wło­sach bez wsta­wek, miała maleńką gir­landę z brat­ków i taka sama gir­landa zdo­biła czarną wstążkę pasa wzdłuż bia­łych koro­nek. Samo jej ucze­sa­nie zda­wało się nie­zau­wa­żalne - widoczne były tylko zdo­biące ją kapry­śne, krót­kie pier­ścionki kędzie­rza­wych wło­sów, zawsze wymy­ka­jące się na karku i na skro­niach. Na kształt­nej, moc­nej szyi miała sznur pereł.

Kitty widy­wała się z Anną codzien­nie, była w niej zako­chana i wyobra­żała ją sobie koniecz­nie w kolo­rze lila. Teraz jed­nak, gdy zoba­czyła ją w czerni, uświa­do­miła sobie, że nie znała całego jej uroku. Dziś widziała ją zupeł­nie inną, niż się spo­dzie­wała. Zro­zu­miała, że Anna nie mogła mieć kre­acji lila i że jej urok pole­gał na tym, iż wyła­niała się ze swej sukni, że suk­nia na niej była jakby nie­wi­doczna. Na tę czarną kre­ację ze wspa­nia­łymi koron­kami nikt nie patrzył - to była jedy­nie ramka, widoczna zaś była tylko ona, pro­sta, natu­ralna, wykwintna, a zara­zem wesoła i oży­wiona.

Stała, trzy­ma­jąc się jak zawsze bar­dzo pro­sto, a kiedy Kitty pode­szła do tej gro­madki, roz­ma­wiała z panem domu, z lekka kie­ru­jąc ku niemu głowę.

- Nie, nie rzucę kamie­niem, cho­ciaż nie rozu­miem - odpo­wia­dała mu, wzru­sza­jąc ramio­nami, i od razu z czu­łym opie­kuń­czym uśmie­chem zwró­ciła się do Kitty. Szyb­kim kobie­cym spoj­rze­niem obrzu­ciła jej suk­nię i zro­biła pra­wie nie­wi­doczny, lecz zro­zu­miały dla Kitty ruch głową, wyra­ża­jący pochwałę dla jej stroju i urody. - Pani nawet wcho­dzi na salę, tań­cząc - powie­działa.

- To jest jedna z moich naj­waż­niej­szych pomoc­nic - oznaj­mił Kor­suń­ski, kła­nia­jąc się Annie Arka­djew­nie, któ­rej dziś jesz­cze nie widział. - Księż­niczka spra­wia, że bal staje się wesoły i piękny. Anno Arka­djewno, pro­szę o turę walca - dodał z ukło­nem.

- Pań­stwo się znają? - spy­tał pan domu.

- A kogo my nie znamy? Oboje z żoną jeste­śmy jak zły sze­ląg, wszy­scy nas znają. Pro­szę o turę walca, Anno Arka­djewno.

- Nie tań­czę, jeśli można nie tań­czyć - odparła.

- Dzi­siaj jed­nak nie można - zapew­nił Kor­suń­ski.

W tej chwili pod­szedł Wroń­ski.

- No, jeśli dzi­siaj nie wolno nie tań­czyć, to chodźmy - powie­działa, nie dostrze­ga­jąc ukłonu Wroń­skiego, i szybko poło­żyła rękę na ramie­niu Kor­suń­skiego.

Czemu jest z niego nie­za­do­wo­lona? - pomy­ślała Kitty, widząc, że Anna umyśl­nie nie odpo­wie­działa na ukłon Wroń­skiego. Ten pod­szedł do Kitty, przy­po­mniał o pierw­szym kadrylu i wyra­ził żal, że aż do tej pory nie miał przy­jem­no­ści jej widzieć. Kitty słu­chała go i z zachwy­tem patrzyła na tań­czącą Annę. Spo­dzie­wała się, że Wroń­ski poprosi ją do walca, ale nie popro­sił, więc spoj­rzała na niego pyta­jąco. Zaczer­wie­nił się i pospiesz­nie chciał roz­po­cząć taniec, lecz gdy tylko objął jej smu­kłą talię i zro­bił pierw­szy krok, muzyka umil­kła. Kitty spoj­rzała mu w twarz, która była tak bli­sko, i to pełne miło­ści spoj­rze­nie, na które nie odpo­wie­dział, długo póź­niej, po latach, męczą­cym wsty­dem raniło jej serce.

- Par­don, par­don! Walc, walc! - z dru­giego końca sali zawo­łał Kor­suń­ski, pochwy­cił pierw­szą z brzegu pannę i zaczął tań­czyć.

Rozdział XXIII

XXIII

Wroń­ski prze­tań­czył z Kitty kilka tur walca. Po tańcu Kitty pode­szła do matki i led­wie zdą­żyła wymie­nić kilka słów z hra­biną Nord­ston, gdy Wroń­ski przy­szedł po nią, pro­sząc do pierw­szego kadryla. Pod­czas tego tańca nic zna­czą­cego nie zostało powie­dziane, prze­ry­wana roz­mowa doty­czyła to mał­żon­ków Kor­suń­skich, któ­rych zabaw­nie okre­ślał jako miłe czter­dzie­sto­let­nie dzieci, to pla­no­wa­nego teatru ama­tor­skiego i tylko raz poru­szyło ją do głębi, gdy spy­tał o Lewina, czy jest tutaj, i dodał, że bar­dzo mu się podo­bał. Jed­nak Kitty nie spo­dzie­wała się niczego wię­cej po kadrylu. Z zamie­ra­ją­cym ser­cem ocze­ki­wała mazura. Zda­wało się jej, że w mazu­rze wszystko się roz­strzy­gnie. Wcale jej nie nie­po­ko­iło, że pod­czas kadryla nie popro­sił o mazura. Była pewna, że zatań­czy mazura z nim, tak jak na poprzed­nich balach, i nie przy­jęła pię­ciu pro­po­zy­cji, mówiąc, że nie tań­czy. Cały bal aż do ostat­niego kadryla był dla Kitty cza­ro­dziej­skim snem, peł­nym rado­snych barw, dźwię­ków i poru­szeń. Nie tań­czyła tylko wtedy, gdy czuła się zbyt zmę­czona i pro­siła o odpo­czy­nek. Jed­nak gdy tań­czyła ostat­niego kadryla z jed­nym z nud­nych chłop­ców, któ­remu nie można było odmó­wić, zna­la­zła się vis-a-vis Wroń­skiego i Anny. Od początku balu nie miała oka­zji poroz­ma­wiać z Anną i teraz nie­ocze­ki­wa­nie znowu zoba­czyła ją zupeł­nie inną. Dostrze­gła w niej tak znane jej samej pod­nie­ce­nie suk­ce­sem. Widziała, że Anna upaja się roz­ko­szą wywo­ły­wa­nego zachwytu. Znała to uczu­cie i jego oznaki. Widziała je w Annie - migo­tliwy, wznie­ca­jący się blask oczu, uśmiech szczę­ścia i pod­nie­ce­nia, mimo­wol­nie wygi­na­jący wargi, i wyra­zi­sta gra­cja, pew­ność i lek­kość ruchów.

Kto? - zada­wała sobie pyta­nie. - Wszy­scy czy ktoś jeden? Nie wspie­ra­jąc tań­czą­cego z nią mło­dzieńca w roz­mo­wie, któ­rej wątek zgu­bił i nie mógł do niego nawią­zać, a przez to się męczył, na pozór sto­so­wała się do weso­łych grom­kich komend Kor­suń­skiego, który to rzu­cał wszyst­kie pary to do grand rond19, to do chaîne20, obser­wo­wała i serce ści­skało się jej coraz bar­dziej. Nie, to nie uwiel­bie­nie tłumu ją upo­iło, lecz zachwyt kogoś jed­nego. Kogo? Czyżby to był on? Za każ­dym razem, gdy mówił do Anny, w jej oczach zapa­lał się rado­sny blask i uśmiech szczę­ścia poja­wiał się na jej czer­wo­nych ustach. Lecz cóż on? Kitty popa­trzyła na Wroń­skiego i ogar­nęło ją prze­ra­że­nie. To, co tak wyraź­nie widziała w lustrze jej twa­rzy, zoba­czyła też w nim. Gdzie się podział jego zawsze opa­no­wany, sta­now­czy spo­sób bycia oraz bez­tro­ski i spo­kojny wyraz twa­rzy? O nie, teraz za każ­dym razem, gdy się do niej zwra­cał, pochy­lał nieco głowę, jak gdyby chciał przed nią uklęk­nąć i jego spoj­rze­nie wyra­żało jedy­nie pokorę i lęk. Nie chcę pani ura­zić - jakby za każ­dym razem mówiło jego spoj­rze­nie - lecz chciał­bym rato­wać sie­bie, a nie wiem jak. Jego twarz miała taki wyraz, jakiego ni­gdy przed­tem nie widziała.

Roz­ma­wiali o wspól­nych zna­jo­mych, mówili o jak naj­bar­dziej bła­hych rze­czach, lecz Kitty wyda­wało się, że każde wypo­wie­dziane przez nich słowo roz­strzy­gało o ich i jej losie. I dziwne było to, że cho­ciaż rze­czy­wi­ście mówili, jak śmieszny jest Iwan Iwa­no­wicz ze swoją fran­cusz­czy­zną i o tym, że dla Jelec­kiej można byłoby zna­leźć inną par­tię, to słowa te miały dla nich jakieś inne zna­cze­nie i czuli to podob­nie jak Kitty. W jej sercu cały bal, cały świat, wszystko okryła mgła. Jedy­nie twarda szkoła wycho­wa­nia, jaką miała za sobą, pod­trzy­my­wała ją i zmu­szała, aby robiła to, czego od niej wyma­gano, to zna­czy tań­czyła, odpo­wia­dała na pyta­nia, roz­ma­wiała, nawet się uśmie­chała. Jed­nak kiedy miał się roz­po­cząć mazur, kiedy już zaczęto odsu­wać krze­sła i nie­które pary ruszyły z małych salo­nów do dużej sali, ogar­nęły ją roz­pacz i prze­ra­że­nie. Odmó­wiła pię­ciu kawa­le­rom i teraz została sama. Nie było naj­mniej­szej nadziei, że ktoś ją poprosi, gdyż miała zbyt wiel­kie powo­dze­nie w towa­rzy­stwie i nikomu do głowy by nie przy­szło, że do tej pory nie została zapro­szona. Trzeba było powie­dzieć matce, że jest chora i wra­cać do domu, lecz na to nie star­czyło jej sił. Czuła się uni­ce­stwiona.

Weszła do małego salo­niku i osu­nęła się na fotel. Zwiewny dół sukni uniósł się jak obłok wokół jej wąskiej talii, jedna obna­żona, szczu­pła, deli­katna ręka, bez­sil­nie opusz­czona, uto­nęła w fał­dach różo­wej tuniki. W dru­giej trzy­mała wachlarz i szyb­kimi, krót­kimi ruchami chło­dziła roz­pa­loną twarz. Jed­nak mimo pozo­rów motyla, który wła­śnie przy­siadł na źdźble trawy i już gotów odfru­nąć, roz­pro­sto­wać tęczowe skrzy­dła, straszna roz­pacz dła­wiła jej serce.

A może się mylę, może nic takiego nie było?

I na nowo roz­pa­mię­ty­wała wszystko, co widziała.

- Kitty, a cóż to takiego? - ode­zwała się hra­bina Nord­ston, która bez­sze­lest­nie po dywa­nie pode­szła do niej. - Nic nie rozu­miem.

Kitty szybko się pod­nio­sła, jej dolna warga drgnęła.

- Nie tań­czysz mazura?

- Nie, nie - odparła Kitty gło­sem łamią­cym się od łez.

- Przy mnie popro­sił ją do mazura - powie­działa hra­bina, pewna, że Kitty zro­zu­mie, kim są on i ona. - A ona odparła: czy nie tań­czy pan z księż­niczką Szczer­backą?

- Ach, wszystko mi jedno! - odrze­kła Kitty.

Nikt poza nią samą nie rozu­miał jej sytu­acji, nikt nie wie­dział, że wczo­raj odmó­wiła ręki czło­wie­kowi, któ­rego być może kochała, a odmó­wiła dla­tego, że wie­rzyła dru­giemu.

Hra­bina Nord­ston odszu­kała Kor­suń­skiego, z któ­rym miała tań­czyć mazura, i naka­zała mu, żeby popro­sił do tańca Kitty.

Tań­czyła w pierw­szej parze i na szczę­ście nie musiała nic mówić, gdyż Kor­suń­ski cią­gle bie­gał, dyry­gu­jąc balem. Wroń­ski i Anna tań­czyli nie­mal naprze­ciwko niej. Widziała ich swymi dale­ko­wzrocz­nymi oczami, widziała też z bli­ska, gdy sty­kali się parami, a im dłu­żej na nich patrzyła, tym bar­dziej upew­niała się, że stało się nieszczę­ście. Widziała, że czują się sami w tej peł­nej sali. Na twa­rzy Wroń­skiego, zawsze tak sta­now­czej i pew­nej sie­bie, widziała to, co ją ude­rzyło - wyraz bez­rad­no­ści i pokory, podobny do miny mądrego psa, kiedy czuje swoją winę.

Anna uśmie­chała się i ten uśmiech udzie­lał się jemu, zamy­ślała się - i on sta­wał się poważny. Jakaś nad­przy­ro­dzona siła przy­cią­gała wzrok Kitty do twa­rzy Anny. Była cudowna w swo­jej czar­nej sukni, cudowne były jej krą­głe ręce w bran­so­let­kach, cudowna jędrna szyja ze sznu­rem pereł, cudowne falu­jące włosy nieco wzbu­rzo­nej fry­zury, cudowne lek­kie ruchy drob­nych stóp i dłoni, cudowna jej piękna twarz w swoim oży­wie­niu. Jed­nak w jej pięk­no­ści było coś strasz­nego i okrut­nego.

Kitty zachwy­cała się nią jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej i coraz bar­dziej cier­piała. Czuła się zmiaż­dżona i na jej twa­rzy było to widać. Kiedy zetknęli się w mazu­rze, Wroń­ski omal jej nie poznał - tak była zmie­niona.

- Piękny bal - ode­zwał się do niej, żeby coś powie­dzieć.

- Tak - ucięła.

W poło­wie mazura, wyko­nu­jąc skom­pli­ko­waną figurę, świeżo wymy­śloną przez Kor­suń­skiego, Anna wyszła na śro­dek koła, wybrała dwóch tan­ce­rzy i popro­siła do sie­bie jedną z dam oraz Kitty. Pod­cho­dząc, Kitty spoj­rzała na nią z lękiem. Anna patrzyła zmru­żo­nymi oczami, uści­snęła jej dłoń i uśmiech­nęła się. Jed­nak widząc, że Kitty w odpo­wie­dzi na jej uśmiech spoj­rzała na nią z roz­pa­czą i zdzi­wie­niem, odwró­ciła się i zaczęła wesoło roz­ma­wiać z drugą damą.

Tak, ona ma w sobie coś obcego, sza­tań­skiego i uro­czego zara­zem - pomy­ślała Kitty.

Anna nie chciała zostać na kola­cji, lecz pan domu zaczął ją upra­szać.

- Ależ, Anno Arka­djewno - zaczął Kor­suń­ski, cho­wa­jąc jej obna­żone ramię pod ręka­wem swego fraka. - Jaki mam pomysł do koty­liona! Un bijou!21

I z wolna posu­wał się, pocią­ga­jąc Annę za sobą. Pan domu uśmie­chał się z apro­batą.

- Nie, nie zostanę - odparła Anna z uśmie­chem. Jed­nak mimo uśmie­chu zarówno Kor­suń­ski, jak i pan domu z jej sta­now­czego tonu zro­zu­mieli, że nie zosta­nie.

- Nie, bo i tak na jed­nym pań­stwa balu tań­czy­łam wię­cej niż w Peters­burgu przez całą zimę - dodała, spo­glą­da­jąc na sto­ją­cego obok niej Wroń­skiego. - Muszę odpo­cząć przed podróżą.

- Zde­cy­do­wa­nie jutro pani odjeż­dża? - spy­tał Wroń­ski.

- Myślę, że tak - odparła, jakby zdzi­wiona śmia­ło­ścią jego pyta­nia. Jed­nak gdy to mówiła, spa­rzył go uśmiech i drżący blask oczu, któ­rego nie potra­fiła powstrzy­mać.

Anna Arka­djewna nie została na kola­cji i odje­chała do domu.

Rozdział XXIV

XXIV

Tak, jest we mnie coś wstręt­nego i odpy­cha­ją­cego - myślał Lewin, gdy szedł do brata po wyj­ściu od Szczer­bac­kich. - Nie pasuję do innych ludzi. Pycha, mówią. Nie, we mnie nawet nie ma pychy. Gdyby była, nie zna­la­zł­bym się w takiej sytu­acji. I wyobra­żał sobie Wroń­skiego, szczę­śli­wego, dobrego, mądrego i sta­tecz­nego, który ni­gdy nie był w tak okrop­nej sytu­acji, w jakiej jemu przy­szło być tego wie­czora. Tak, musiała wybrać jego. Tak trzeba i do nikogo ani o co nie mogę mieć pre­ten­sji. Sam sobie jestem winny. Jakie mia­łem prawo myśleć, że zechce połą­czyć swoje życie z moim? Kim ja jestem? I czym? Mar­nym czło­wie­kiem, nikomu i do niczego nie­po­trzeb­nym. Przy­szedł mu na myśl brat Niko­łaj i z rado­ścią zatrzy­mał się przy tym wspo­mnie­niu. Czy nie ma racji, że wszystko na świe­cie jest głu­pie i wstrętne? Wąt­pię, czy słusz­nie myślimy i myśle­li­śmy o bra­cie Niko­łaju. Oczy­wi­ście, z punktu widze­nia Pro­ko­fija, który widział go pija­nego i w porwa­nym futrze, to czło­wiek godny pogardy. Jed­nak znam go innego. Znam jego duszę i wiem, że jeste­śmy do sie­bie podobni. Tym­cza­sem zamiast go odszu­kać, poje­cha­łem na obiad, a potem tutaj. Pod­szedł do latarni, odczy­tał adres brata, który miał w port­felu, i zawo­łał dorożkę. Przez całą długą drogę do Niko­łaja odtwa­rzał w pamięci wszyst­kie znane mu wyda­rze­nia z jego życia. Wspo­mi­nał, jak brat na uni­wer­sy­te­cie i rok po stu­diach, nie bacząc na kpiny kole­gów, żył jak mnich, ści­śle prze­strze­ga­jąc wszel­kich obrzę­dów reli­gij­nych, nabo­żeństw, postów i uni­kał jakich­kol­wiek przy­jem­no­ści, w szcze­gól­no­ści kobiet. I potem coś w nim pękło, zbli­żył się do naj­nędz­niej­szych ludzi i pogrą­żył w naj­bar­dziej roz­wią­złym roz­pa­sa­niu. Póź­niej przy­po­mniała mu się histo­ria chłopca, któ­rego brat zabrał ze wsi na wycho­wa­nie i w ataku zło­ści tak go zbił, że wyto­czono mu sprawę o spo­wo­do­wa­nie kalec­twa. Potem przy­po­mniał sobie histo­rię z szu­le­rem, do któ­rego Niko­łaj prze­grał pewną sumę, wysta­wił mu weksel, a potem sam go zaskar­żył, dowo­dząc, że tam­ten go oszu­kał. (Były to wła­śnie pie­nią­dze, które zapła­cił Sier­giej Iwa­nycz). Przy­po­mniał też sobie, jak brat spę­dził noc w aresz­cie z powodu wsz­czę­tej burdy. Wspo­mniał też skan­da­liczny pro­ces z bra­tem, Sier­giejem Iwa­nyczem, o to, że tam­ten rze­komo nie wypła­cił mu należ­nej czę­ści spadku po matce, i ostat­nią sprawę, kiedy Niko­łaj przy­jął posadę w zachod­niej czę­ści impe­rium i tra­fił tam pod sąd za pobi­cie wójta... Wszystko to było obrzy­dliwe, lecz Kon­stan­ti­nowi wyda­wało się wcale nie tak straszne, jak mogli widzieć to ci, któ­rzy nie znali Niko­łaja Lewina, nie znali całej jego histo­rii ani jego serca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Cytaty z Pisma Świę­tego za: Biblia Tysiąc­le­cia. Tu: Rz 12,19 (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

2. Mój skar­bie (wł.). [wróć]

3. Zier­cało - w sta­rej rusz­czyź­nie - lustro. Tu - sym­bol praw. Taką nazwę nosiła usta­wiana w głów­nej sali car­skich urzę­dów trój­stronna pira­mida z dwu­gło­wym orłem na szczy­cie i wypi­sa­nymi po bokach trzema dekre­tami Pio­tra I. [wróć]

4. Tu: szajki (fr.). [wróć]

5. Niedź­wia­dek (ang.). [wróć]

6. Ryżowy puder i ocet toa­le­towy (fr.). [wróć]

7. Tu i dalej - w ory­gi­nale nie­po­prawny język fran­cu­ski kel­nera. [wróć]

8. Wiel­kiej damy (fr.). [wróć]

9. Luźne nawią­za­nie do wier­sza A. Pusz­kina Z Ana­kre­onta. [wróć]

10. A. Pusz­kin, Przy­po­mnie­nie, prze­kład A. Mic­kie­wicz. [wróć]

11. Jest nie­biań­sko, gdy prze­mo­głem moją ziem­ską żądzę, lecz rów­nież gdy mi się to nie uda­wało, mia­łem nie­małą przy­jem­ność. H. Heine, prze­kład z Wiki­pe­dii. [wróć]

12. Niech się wsty­dzi ten, kto opacz­nie to zro­zu­mie (fr.). [wróć]

13. Nie w moim guście (ang.). [wróć]

14. Szwa­gierka (fr.). [wróć]

15. Wciąż jesz­cze wyzna­jesz ide­alną miłość. Tym lepiej, mój kochany, tym lepiej (fr.). [wróć]

16. Ozdobna lamówka, np. z koronki, wokół dekoltu sukni balo­wej. [wróć]

17. Pre­cy­zja (fr.). [wróć]

18. Prze­pra­szam panie, prze­pra­szam, prze­pra­szam panie (fr.). [wróć]

19. Wiel­kie koło (fr.). [wróć]

20. Łań­cuch (fr.). [wróć]

21. Cudo (fr.). [wróć]

Rozdział I

I

Wszyst­kie szczę­śliwe rodziny są do sie­bie podobne, każda nie­szczę­śliwa rodzina jest nie­szczę­śliwa na swój spo­sób.

W domu Obłoń­skich powstało zamie­sza­nie. Żona dowie­działa się, że mąż wdał się w amory z Fran­cuzką, guwer­nantką ich dzieci, i oświad­czyła, że nie może miesz­kać z nim w jed­nym domu. Ta sytu­acja trwała już trzeci dzień i była męcząca zarówno dla samych mał­żon­ków, jak i dla wszyst­kich człon­ków rodziny oraz domow­ni­ków. Wszy­scy człon­ko­wie rodziny i domow­nicy czuli, że ich współ­ży­cie nie ma sensu i że w każ­dym zajeź­dzie przy­pad­kowo poznani ludzie są bar­dziej zwią­zani ze sobą niż oni, człon­ko­wie rodziny i domow­nicy Obłoń­skich. Żona nie wycho­dziła ze swo­ich pokoi, męża od trzech dni nie było w domu. Dzieci bie­gały jak porzu­cone, bowiem angiel­ska bona posprze­czała się z klucz­nicą i wysłała do przy­ja­ciółki kar­teczkę z prośbą o zna­le­zie­nie jej nowego miej­sca. Kucharz odszedł wczo­raj aku­rat w cza­sie obiadu. Gotu­jąca dla służby kucharka oraz stan­gret pro­sili o odprawę.

Na trzeci dzień po kłótni książę Stie­pan Arka­djicz Obłoń­ski - Stiwa, jak go nazy­wano w towa­rzy­stwie - o zwy­kłej porze, to zna­czy o ósmej rano, obu­dził się nie w sypialni żony, ale w swoim gabi­ne­cie na safia­no­wej kana­pie. Obró­cił swoje pełne, wypie­lę­gno­wane ciało na sprę­ży­nach kanapy, jak gdyby chciał znowu zasnąć na długo, objął mocno poduszkę i przy­lgnął do niej policz­kiem. Jed­nak nagle się zerwał, usiadł na kana­pie i otwo­rzył oczy.

Tak, tak, jak to było? - myślał, przy­po­mi­na­jąc sobie sen. - Jak to było? Tak! Ala­bin wyda­wał obiad w Darm­stad­cie; nie, nie w Darm­stad­cie, to było coś ame­ry­kań­skiego. Tak, lecz tam Darm­stadt był w Ame­ryce. Tak, Ala­bin wyda­wał obiad na szkla­nych sto­łach, tak - i stoły śpie­wały: Il mio tesoro2, nawet nie Il mio tesoro, ale coś lep­szego i były jakieś maleń­kie kara­feczki, a one były kobie­tami - przy­po­mi­nał sobie. Oczy Stie­pana Arka­dji­cza wesoło roz­bły­sły i z uśmie­chem się zamy­ślił. Tak, dobrze było, bar­dzo dobrze. Było tam jesz­cze wiele zna­ko­mi­tych rze­czy, ale nie da się wypo­wie­dzieć sło­wami, a nawet myślami na jawie wyra­zić. Zoba­czył smugę świa­tła, która prze­biła się z boku jed­nej ze stor, wesoło spu­ścił nogi z kanapy, nama­cał nimi wyha­fto­wane przez żonę (pre­zent uro­dzi­nowy w ubie­głym roku), wykoń­czone zło­ci­stym safia­nem kap­cie i zgod­nie ze sta­rym, dzie­wię­cio­let­nim już nawy­kiem, nie wsta­jąc, wycią­gnął rękę tam, gdzie w sypialni wisiał jego szla­frok. Wtedy naraz przy­po­mniał sobie, jak i dla­czego nie śpi w sypialni żony, lecz w gabi­ne­cie. Uśmiech spełzł z jego twa­rzy i czoło się zmarsz­czyło.

Ach, ach, ach! Aaa...! - stęk­nął, przy­po­mi­na­jąc sobie wszystko, co zaszło. I w wyobraźni na nowo ożyły wszyst­kie szcze­góły kłótni z żoną, cała bez­na­dziej­ność jego sytu­acji i naj­bar­dziej męcząca jego wła­sna wina.

Tak! Nie wyba­czy mi i nie może wyba­czyć. A naj­strasz­niej­sze jest to, że wszystko to ma być moja wina, moja wina, cho­ciaż nie jestem winny. W tym wła­śnie cały dra­mat - myślał. - Ach, ach, ach! - powta­rzał z roz­pa­czą, wspo­mi­na­jąc naj­trud­niej­sze dla sie­bie wra­że­nia z tej kłótni.

Naj­bar­dziej przy­kra była ta pierw­sza chwila, kiedy po powro­cie z teatru, wesoły i zado­wo­lony, z wielką gruszką dla żony w ręce, nie zna­lazł żony w salo­nie; ku swemu zdzi­wie­niu nie zna­lazł jej rów­nież w gabi­ne­cie, w końcu zoba­czył ją w sypialni z nie­szczę­sną, ujaw­nia­jącą wszystko kartką w dło­niach.

Wiecz­nie zatro­skana, zabie­gana i ogra­ni­czona, jak o niej myślał, Dolly sie­działa nie­ru­chomo z liści­kiem w ręce i patrzyła na niego z wyra­zem prze­ra­że­nia, roz­pa­czy i gniewu.

- Co to jest? To? - pytała, poka­zu­jąc liścik.

I przy tym wspo­mnie­niu, jak to czę­sto bywa, męczyło Stie­pana Arka­dji­cza nie tyle samo zda­rze­nie, ile to, jak odpo­wie­dział na te słowa żony.

W owej chwili stało się z nim to, co dzieje się z ludźmi, gdy nie­ocze­ki­wa­nie są zła­pani na czymś zbyt hanieb­nym. Nie potra­fił przy­go­to­wać swo­jej twa­rzy na sytu­ację, w któ­rej się zna­lazł po ujaw­nie­niu jego winy. Zamiast się obra­zić, zaprze­czać, tłu­ma­czyć, prze­pra­szać, nawet pozo­stać obo­jęt­nym - wszystko byłoby lep­sze niż to, co zro­bił! - nagle cał­ko­wi­cie mimo­wol­nie (odru­chy mózgu - pomy­ślał Stie­pan Arka­djicz, który lubił fizjo­lo­gię), uśmiech­nął się zwy­kłym, dobrym i dla­tego głu­pim uśmie­chem.

Tego głu­piego uśmie­chu nie mógł sobie daro­wać. Ujrzaw­szy ten uśmiech, Dolly wzdry­gnęła się jak od fizycz­nego bólu, wybu­chła z wła­ściwą jej poryw­czo­ścią poto­kiem bez­li­to­snych słów i wybie­gła z pokoju. Od tej chwili nie chciała widzieć męża.

Wszyst­kiemu winien ten głupi uśmiech -myślał Stie­pan Arka­djicz. - Lecz cóż robić? cóż robić? - powta­rzał z roz­pa­czą i nie znaj­do­wał odpo­wie­dzi.

Rozdział II

II

Stie­pan Arka­djicz był czło­wie­kiem wobec sie­bie uczci­wym. Nie potra­fił się oszu­ki­wać i wma­wiać sobie, iż żałuje swego postępku. Nie mógł teraz żało­wać tego, za co się kajał kie­dyś, może sześć lat temu, gdy dopu­ścił się pierw­szej nie­wier­no­ści wobec żony. Nie mógł żało­wać tego, że jako trzy­dzie­stocz­te­ro­letni, przy­stojny, kochliwy męż­czy­zna nie był zako­chany w zale­d­wie o rok młod­szej od sie­bie żonie, matce pię­ciorga żywych i dwójki zmar­łych dzieci. Żało­wał jedy­nie, że nie potra­fił lepiej ukryć się przed żoną. Jed­nak czuł cały cię­żar swej sytu­acji i współ­czuł żonie, dzie­ciom oraz sobie. Być może, potra­fiłby lepiej ukryć swoje grze­chy, gdyby spo­dzie­wał się, że wia­do­mość tak na żonę podziała.

Ni­gdy nie prze­my­ślał tej sprawy do końca, jed­nak mgli­ście wyda­wało mu się, iż żona od dawna się domy­ślała, że nie jest jej wierny, i patrzy na to przez palce. Nawet przy­pusz­czał, że ona, zmi­ze­ro­wana, posta­rzała, już nie­ładna, zwy­czajna i pro­sta kobieta, a jedy­nie dobra matka rodziny, z poczu­cia spra­wie­dli­wo­ści powinna być pobłaż­liwa. Oka­zało się, że jest wprost prze­ciw­nie.

Ach, to straszne! Aj, aj, aj! Straszne! - powta­rzał sobie Stiwa i nic nie potra­fił wymy­ślić. - Jak dobrze było dotąd, jak dobrze nam się żyło! Była zado­wo­loną, szczę­śliwą matką, nie prze­szka­dza­łem jej w niczym, umoż­li­wia­łem zaj­mo­wa­nie się dziećmi i domem, tak jak chciała. To prawda, źle się stało, że ona była guwer­nantką w naszym domu. Nie­do­brze! Jest coś try­wial­nego, pospo­li­tego w zale­ca­niu się do wła­snej guwer­nantki. Lecz jaka guwer­nantka! (Żywo wyobra­ził sobie czarne szel­mow­skie oczy made­mo­iselle Roland i jej uśmiech). Ale prze­cież dopóki była u nas w domu, na nic sobie nie pozwa­la­łem. I naj­gor­sze jest to, że ona już... Zdaje się, że wszystko to jakby spe­cjal­nie. Aj, aj, aj! Ajaj! Lecz cóż, cóż robić?

Odpo­wie­dzi nie było oprócz tej ogól­nej, jaką życie daje na wszyst­kie naj­trud­niej­sze i nie­roz­wią­zy­walne pro­blemy. Oto ona: trzeba żyć potrze­bami dnia, to zna­czy sta­rać się zapo­mnieć. Zanu­rzyć się we śnie już nie można, w każ­dym razie przed nocą, nie można też wró­cić do tej muzyki, którą nuciły kara­feczki-kobiety. Trzeba więc pogrą­żyć się we śnie życia.

Potem się zoba­czy - powie­dział sobie Stiwa, wstał, nało­żył szary szla­frok na błę­kit­nej jedwab­nej pod­szewce, prze­wią­zał się sznu­rem, obfi­cie nabrał powie­trza do swej sze­ro­kiej klatki pier­sio­wej, zwy­kłym rześ­kim kro­kiem sta­wia­nych na zewnątrz stóp, które tak lekko nosiły jego pełne ciało, pod­szedł do okna, odcią­gnął storę i gło­śno zadzwo­nił. Na dzwo­nek natych­miast zja­wił się stary przy­ja­ciel, kamer­dy­ner Matwiej, nio­sący ubra­nie, buty i tele­gram. W ślad za Matwie­jem wszedł fry­zjer z przy­bo­rami do gole­nia.

- Są papiery z urzędu? - spy­tał Stie­pan Arka­djicz, wziął tele­gram i usiadł przed lustrem.

- Na stole - odparł Matwiej, spoj­rzał na pana pyta­jąco i ze współ­czu­ciem, a po chwili dodał z chy­trym uśmiesz­kiem: - Od wła­ści­ciela dorożki przy­cho­dzili.

Stie­pan Arka­djicz nie odpo­wie­dział, tylko w lustrze spoj­rzał na Matwieja. W spoj­rze­niu, któ­rym się spo­tkali, było widać, że się wza­jem­nie rozu­mieją. Spoj­rze­nie Stie­pana Arka­djicza jak gdyby pytało: Po co mi to mówisz? Czyż­byś nie wie­dział?

Matwiej wsu­nął dło­nie do kie­szeni kami­zelki, odsta­wił w bok nogę i mil­cząc, dobro­dusz­nie, z lekka się uśmie­cha­jąc, popa­trzył na swego pana.

- Kaza­łem przyjść w nie­dzielę, a do tej pory żeby nie­po­trzeb­nie nie nie­po­ko­ili pana i sie­bie - wygło­sił, jak się wydaje, przy­go­to­wane zda­nie.

Stie­pan Arka­djicz domy­ślił się, że Matwiej chciał zażar­to­wać i zwró­cić na sie­bie uwagę. Otwo­rzył depe­szę i prze­czy­tał ją, w myśli popra­wia­jąc prze­kła­mane jak zwy­kle słowa, i twarz mu poja­śniała.

- Matwieju, sio­stra Anna Arka­djewna będzie jutro - oznaj­mił, zatrzy­mu­jąc na chwilę gła­dziutką, pulchną rączkę cyru­lika, która oczysz­czała różową drogę mię­dzy dłu­gimi, kędzie­rza­wymi boko­bro­dami.

- Dzięki Bogu - powie­dział Matwiej, poka­zu­jąc w ten spo­sób, że rozu­mie tak samo jak pan zna­cze­nie tego przy­jazdu, to zna­czy, że Anna Arka­djewna, uko­chana sio­stra Stie­pana Arka­dji­cza, może pomóc w pogo­dze­niu męża z żoną.

- Jaśnie pani sama czy z mał­żon­kiem? - spy­tał Matwiej.

Stie­pan Arka­djicz nie mógł mówić, ponie­waż fry­zjer był zajęty jego górną wargą, więc pod­niósł jeden palec. Matwiej kiw­nął głową do lustra.

- Sama. Na górze przy­go­to­wać?

- Zamel­duj Darii Alek­san­drow­nie. Przy­go­tuj, gdzie każe.

- Darii Alek­san­drow­nie? - jakby wąt­piąc, ode­zwał się Matwiej.

- Tak, zamel­duj. I weź tele­gram. Prze­każ mi, co Daria Alek­san­drowna powie.

Spró­bo­wać chcesz - domy­ślił się Matwiej, lecz odrzekł tylko:

- Tak jest.

Stie­pan Arka­djicz, już umyty i ucze­sany, miał zamiar się ubie­rać, gdy Matwiej, powoli stą­pa­jąc poskrzy­pu­ją­cymi butami po mięk­kim dywa­nie, z tele­gra­mem w dłoni, wró­cił do pokoju. Fry­zjera już nie było.

- Daria Alek­san­drowna kazali powie­dzieć, że wyjeż­dża. Niech robią jaśnie pan, jak im się podoba - oznaj­mił, śmie­jąc się samymi oczami, i spo­glą­dał na pana z głową prze­chy­loną na bok i dłońmi w kie­sze­niach kami­zelki.

Stie­pan Arka­djicz mil­czał przez chwilę. Póź­niej na jego uro­dzi­wej twa­rzy poja­wił się dobro­duszny i nieco mar­kotny uśmiech.

- No? Matwieju? - ode­zwał się, kiwa­jąc głową.

- To nic, jaśnie książę, ułoży się - odparł Matwiej.

- Ułoży się?

- Tak jest.

- Myślisz? A tam kto? - spy­tał Stie­pan Arka­djicz, sły­sząc za drzwiami sze­lest kobie­cej sukni.

- To ja - ode­zwał się sta­now­czy i przy­jemny kobiecy głos i zza drzwi wysu­nęła się surowa, dzio­bata twarz niani, Matriony Fili­mo­nowny.

- No co, Matrio­sza? - spy­tał Stie­pan Arka­djicz, wycho­dząc do niej.

Mimo że Stie­pan Arka­djicz był abso­lut­nie winny wobec żony i sam to czuł, pra­wie wszy­scy w domu, nawet nia­nia, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Darii Alek­san­drowny, byli po jego stro­nie.

- No co? - powtó­rzył z przy­gnę­bie­niem.

- Niech jaśnie książę pój­dzie, prze­prosi jesz­cze raz. Może Bóg da. Bar­dzo się męczy i żal patrzeć, a i wszyst­kim w domu jest okrop­nie ciężko. Nad dziećmi, jaśnie panie, trzeba się uża­lić. Niech jaśnie książę prze­prosi. Co robić! Cierp ciało...

- Prze­cież nie przyj­mie...

- A jaśnie książę niech zrobi swoje. Bóg jest miło­sierny. Módl­cie się do Boga, jaśnie panie. Módl­cie się do Boga.

- No dobrze, możesz odejść - powie­dział nagle poczer­wie­niały Stie­pan Arka­djicz. - No to ubie­rajmy się - zwró­cił się do Matwieja i zde­cy­do­wa­nie zrzu­cił szla­frok.

Matwiej, zdmu­chu­jąc coś nie­wi­dzial­nego, już trzy­mał koszulę niczym cho­mąto i z wyraźną przy­jem­no­ścią nało­żył ją na wypie­lę­gno­wane ciało pana.

Rozdział III

III

Obłoń­ski, już ubrany, spry­skał się per­fu­mami, wycią­gnął rękawy koszuli, nawy­kłym ruchem roz­ło­żył po kie­sze­niach papie­rosy, port­fel, zapałki, zega­rek z dwoma łań­cusz­kami i bre­lo­kami, po czym, strzep­nąw­szy chu­s­teczkę do nosa, poczuł się czy­sty, pach­nący, zdrowy i mimo swego nie­szczę­ścia wesoły, więc z lekka prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, prze­szedł do sto­ło­wego, gdzie już cze­kała na niego kawa i uło­żone obok listy i papiery z urzędu.

Stie­pan Arka­djicz usiadł i prze­czy­tał listy. Jeden był bar­dzo nie­przy­jemny - od przed­się­biorcy, który kupo­wał las w majątku żony. Las trzeba było sprze­dać, jed­nak w obec­nej sytu­acji, przed pogo­dze­niem się z żoną, nie mogło być o tym mowy. Naj­gor­sze było to, że do pogo­dze­nia się z żoną mie­szał się inte­res pie­niężny. Czuł się ura­żony samą myślą, że mógłby się kie­ro­wać korzy­ścią i dla sprze­daży lasu szu­kać pojed­na­nia z żoną.

Gdy skoń­czył z listami, przy­su­nął bli­żej papiery z urzędu, szybko prze­kart­ko­wał dwie sprawy, dłu­gim ołów­kiem zano­to­wał kilka uwag i odsu­nąw­szy papiery, się­gnął po roga­lika. Przy kawie roz­po­starł jesz­cze wil­gotną poranną gazetę i zaczął czy­tać.

Stie­pan Arka­djicz pre­nu­me­ro­wał i czy­tał libe­ralną gazetę o kie­runku nie skraj­nym, lecz tym samym, który podzie­lała więk­szość, mimo że ani nauka, ani sztuka, ani poli­tyka wła­ści­wie go nie inte­re­so­wały. Twardo trzy­mał się takich poglą­dów na wszyst­kie sprawy, jakie wyzna­wała więk­szość i jego gazeta, oraz zmie­niał je tylko wtedy, gdy ta więk­szość je zmie­niała lub ści­ślej - nie zmie­niał ich, gdyż one same się w nim nie­zau­wa­żal­nie zmie­niały.

Obłoń­ski nie wybie­rał ani kie­runku, ani poglą­dów. Te kie­runki i poglądy same przy­cho­dziły do niego, dokład­nie tak samo nie wybie­rał fasonu kape­lu­sza czy sur­duta, ale brał te, które są noszone. Jemu, który żył w wia­do­mym spo­łe­czeń­stwie, przy potrze­bie pew­nej aktyw­no­ści umy­sło­wej, roz­wi­ja­ją­cej się zazwy­czaj w latach doj­rza­ło­ści, wła­sne poglądy był tak samo nie­zbędne jak posia­da­nie kape­lu­sza. Jeśli nawet ist­niała przy­czyna, dla któ­rej przed­kła­dał kie­ru­nek libe­ralny nad kon­ser­wa­tywny, z któ­rym wią­zało się wiele osób jego kręgu, to stało się tak nie dla­tego, że uwa­żał kie­ru­nek libe­ralny za bar­dziej rozumny, lecz dla­tego, że bar­dziej paso­wał do jego trybu życia. Par­tia libe­ralna mówiła, że w Rosji wszystko jest nie­do­bre, i rze­czy­wi­ście - Stie­pan Arka­djicz dłu­gów miał dużo, a pie­nię­dzy zde­cy­do­wa­nie nie wystar­czało. Par­tia libe­ralna mówiła, że mał­żeń­stwo to prze­żyta insty­tu­cja i że konieczne jest jej zre­for­mo­wa­nie, i rze­czy­wi­ście - życie rodzinne dawało mu mało zado­wo­le­nia i zmu­szało do kłam­stwa i uda­wa­nia, co było wstrętne jego natu­rze. Par­tia libe­ralna mówiła czy może raczej miała na myśli, że reli­gia jest tylko uzdą dla bar­ba­rzyń­skiej czę­ści spo­łe­czeń­stwa i rze­czy­wi­ście - Stiwa bez bólu w nogach nie mógł znieść nawet krót­kiego nabo­żeń­stwa i nie potra­fił zro­zu­mieć, czemu służą te straszne i gór­no­lotne słowa o tam­tym świe­cie, gdy i na tym świe­cie można by było żyć bar­dzo wesoło. Jed­no­cze­śnie Stie­panowi Arka­djiczowi, który lubił wesoły żart, było przy­jem­nie cza­sem zasko­czyć spo­koj­nego czło­wieka stwier­dze­niem, że jeśli już szczy­cić się rasą, to nie warto zatrzy­my­wać się na Ruryku i wypie­rać pierw­szego pro­to­pla­sty - małpy. Kie­ru­nek libe­ralny stał się więc przy­zwy­cza­je­niem Obłoń­skiego i lubił swoją gazetę, tak jak cygaro po obie­dzie, za lekką mgłę, którą wywo­ły­wała w jego gło­wie. Prze­czy­tał czo­łówkę, w któ­rej mówiono, że obec­nie zupeł­nie nie­po­trzeb­nie pod­nosi się krzyk, że rady­ka­lizm jakoby grozi połknię­ciem wszel­kich ele­men­tów kon­ser­wa­tywnych oraz jakoby rząd musi przed­się­wziąć kroki w celu zdła­wie­nia hydry rewo­lu­cji, że prze­ciw­nie: "naszym zda­niem nie­bez­pie­czeń­stwo tkwi nie w rze­ko­mej hydrze rewo­lu­cyj­nej, ale w upo­rze tra­dy­cjo­na­li­zmu hamu­ją­cym postęp" itd. Prze­czy­tał rów­nież drugi arty­kuł, finan­sowy, w któ­rym wspo­mi­nano o Ben­tha­mie i Millu i wbi­jano sub­telne szpilki mini­ster­stwu. Z wła­ściwą sobie bystro­ścią umy­słu koja­rzył zna­cze­nie każ­dej szpilki: od kogo i na kogo oraz z jakiej oka­zji była wyce­lo­wana, a to jak zawsze spra­wiało mu pewną przy­jem­ność. Jed­nak dzi­siaj tę przy­jem­ność zatru­wało wspo­mnie­nie rad Matriony Fili­mo­nowny oraz tego, że w domu źle się dzieje. Prze­czy­tał i o tym, że hra­bia Benst, jak sły­chać, prze­niósł się do Wies­ba­den, i o tym, że można już nie mieć siwych wło­sów, i o sprze­daży lek­kiej karety, i pro­po­zy­cji mło­dej osoby; jed­nak te wia­do­mo­ści nie spra­wiały mu jak przed­tem cichej przy­jem­no­ści.

Po skoń­cze­niu lek­tury gazety i po spo­ży­ciu dru­giej fili­żanki kawy i roga­lika z masłem wstał, strzą­snął okruszki z kami­zelki, roz­pro­sto­wał sze­roką pierś i rado­śnie się uśmiech­nął, nie dla­tego, żeby czuł w sobie cokol­wiek szcze­gól­nie przy­jem­nego - rado­sny uśmiech wywo­łało dobre tra­wie­nie.

Od razu jed­nak uśmiech przy­po­mniał mu wszystko, więc się zamy­ślił.

Dwa dzie­cięce głosy (Stie­pan Arka­djicz poznał głosy Gri­szy, młod­szego synka, i Tani, star­szej córeczki) dały się sły­szeć za drzwiami. Coś wieźli i upu­ścili.

- Mówi­łam, że na dachu nie można sadzać pasa­że­rów - krzy­czała po angiel­sku dziew­czynka - teraz zbie­raj!

Wszystko się pomie­szało - pomy­ślał Stie­pan Arka­djicz - moje dzieci bie­gają bez opieki. Ruszył do drzwi i je zawo­łał. Zosta­wiły szka­tułkę uda­jącą pociąg i pode­szły do ojca.

Córeczka, jego ulu­bie­nica, wbie­gła śmiało, objęła go, śmie­jąc się, zawi­sła mu na szyi, jak zawsze cie­sząc się ze zna­nego zapa­chu per­fum, który roz­ta­czały jego boko­brody. Po czym poca­ło­wała go w poczer­wie­niałą od schy­le­nia się i jaśnie­jącą czu­ło­ścią twarz, odjęła ręce i chciała odbiec z powro­tem, lecz ojciec ją zatrzy­mał.

- Jak tam mama? - zapy­tał, głasz­cząc deli­katną szyję Tani. - Dzień dobry - powie­dział do wita­ją­cego się z nim synka.

Zda­wał sobie sprawę, że mniej kochał syna i choć sta­rał się nie oka­zy­wać róż­nicy, jed­nak chłop­czyk czuł to i nie odpo­wie­dział uśmie­chem na chłodny uśmiech ojca.

- Mama? Wstała - odparła dziew­czynka.

Obłoń­ski wes­tchnął. Zna­czy, że znowu nie spała całą noc - pomy­ślał.

- I cóż, czy jest wesoła?

Córka wie­działa, że ojciec posprze­czał się z matką, i że matka nie mogła być wesoła, i że ojciec powi­nien to wie­dzieć, i że udaje, pyta­jąc o to tak lekko. Zaru­mie­niła się więc za niego. On natych­miast to zro­zu­miał i rów­nież się zaczer­wie­nił.

- Nie wiem - odparła. - Nie kazała nam się uczyć, tylko iść z miss Hull na spa­cer do babci.

- To idź, moja Tań­czu­reczko. Ach tak, zacze­kaj - powie­dział, zatrzy­mu­jąc ją jed­nak i gła­dząc jej deli­katną rączkę.

Zdjął z kominka posta­wione tam wczo­raj pudełko cukier­ków i dał jej dwa, wybie­ra­jąc jej ulu­bione: cze­ko­la­do­wego i pomadkę.

- Dla Gri­szy? - zapy­tała dziew­czynka, wska­zu­jąc cze­ko­la­do­wego.

- Tak, tak. - I raz jesz­cze pogła­skaw­szy ją po ramionku, poca­ło­wał w szyję u nasady wło­sów i pozwo­lił jej odejść.

- Kareta czeka - oznaj­mił Matwiej. - I jest petentka - dodał.

- Od dawna jest? - spy­tał Stie­pan Arka­djicz.

- Może pół godzinki.

- Ile razy ci naka­zuję, żeby natych­miast mel­do­wać!

- Ale prze­cież trzeba dać jaśnie księ­ciu cho­ciaż kawy się napić - powie­dział Matwiej tym przy­ja­ciel­sko-gbu­ro­wa­tym tonem, na który nie można się było gnie­wać.

- To prośże co prę­dzej - pole­cił Obłoń­ski, marsz­cząc brwi z nie­za­do­wo­le­niem.

Petentka, sztab­ska­pi­ta­nowa Kali­nina, pro­siła o coś nie­moż­li­wego i bez­sen­sow­nego, jed­nak Stie­pan Arka­djicz swoim zwy­cza­jem popro­sił, żeby usia­dła, z uwagą, nie prze­ry­wa­jąc, wysłu­chał i udzie­lił szcze­gó­ło­wych rad, do kogo i w jaki spo­sób ma się zwró­cić, a nawet swym dużym, zama­szy­stym, ład­nym i wyraź­nym pismem szybko i rze­czowo spo­rzą­dził notatkę do osoby, która mogła jej pomóc. Poże­gnaw­szy sztab­ska­pi­ta­nową, Stie­pan Arka­djicz wziął kape­lusz i przy­sta­nął, zasta­na­wia­jąc się, czy o czymś nie zapo­mniał. Oka­zało się, że o niczym nie zapo­mniał, poza tym o czym chciał zapo­mnieć - o żonie.

Ach, tak! Spu­ścił głowę i na jego uro­dzi­wym obli­czu poja­wiło się przy­gnę­bie­nie. Iść czy nie iść? - wahał się. Głos wewnętrzny mówił mu, że nie ma co cho­dzić, że z tego nic oprócz fał­szu nie może wynik­nąć, że nie da się popra­wić, skleić ich sto­sun­ków, ponie­waż jej nie można na nowo uczy­nić atrak­cyjną i wzbu­dza­jącą miłość ani jego uczy­nić star­cem nie­zdol­nym do miło­ści. Oprócz fał­szu i kłam­stwa teraz nic nie może wynik­nąć, a fałsz i kłam­stwo były sprzeczne z jego naturą.

Jed­nak kie­dyś trzeba będzie, prze­cież to nie może tak zostać - pomy­ślał, sta­ra­jąc się dodać sobie śmia­ło­ści. Wyprę­żył pierś, wyjął papie­rosa, zapa­lił, pocią­gnął dwa razy i wrzu­cił go do per­ło­wej muszli - popiel­niczki, szyb­kim kro­kiem prze­szedł przez mroczny salon i otwo­rzył dru­gie drzwi pro­wa­dzące do sypialni żony.

Rozdział IV

IV

Daria Alek­san­drowna z wychu­dłą twa­rzą o wiel­kich oczach, które na jej wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy wyda­wały się wylęk­nione, stała tylko w bluzce, ze spię­tymi na tyle głowy war­ko­czami już prze­rze­dzo­nych, a nie­gdyś gęstych i pięk­nych wło­sów, stała pośród roz­rzu­co­nych po pokoju rze­czy, przed otwartą bie­liź­niarką, z któ­rej coś wyj­mo­wała. Sły­sząc kroki męża, odwró­ciła się do drzwi, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc nadać twa­rzy surowy i pogar­dliwy wyraz. Czuła, że boi się go i boi się tej roz­mowy. Dopiero co po raz dzie­siąty w ciągu tych trzech dni pró­bo­wała wybrać dzie­cięce i wła­sne rze­czy, które zabie­rze do matki - i znowu nie mogła się na to zde­cy­do­wać, lecz i teraz, tak jak poprzed­nio, powta­rzała sobie, że to nie może tak zostać, że powinna coś przed­się­wziąć, uka­rać go, wysta­wić na wstyd, pomścić bodaj małą cząstkę tego bólu, który jej zadał. Wciąż jesz­cze powta­rzała, że wyje­dzie, lecz czuła, że to nie­moż­liwe. Nie­moż­liwe dla­tego, że nie umiała odwyk­nąć od myśli, że to jej mąż i nie mogła prze­stać go kochać. Poza tym myślała, że jeśli tu, we wła­snym domu, led­wie zdą­żała z opieką nad swoim pię­cior­giem dzieci, to tam, dokąd poje­dzie z nimi wszyst­kimi, będzie jesz­cze gorzej. W dodatku ostat­nio naj­młod­szy synek zacho­ro­wał, gdyż nakar­miono go nie­do­brym roso­łem, a pozo­stałe dzieci zostały wczo­raj pra­wie bez obiadu. Czuła, że wyjazd jest nie­moż­liwy, lecz oszu­ki­wała się, wybie­rała rze­czy i uda­wała, że wyje­dzie.

Na widok męża wło­żyła ręce do szu­flady bie­liź­niarki, jak gdyby cze­goś szu­kała, i odwró­ciła się do niego dopiero wtedy, gdy pod­szedł cał­kiem bli­sko. Jed­nak na jej twa­rzy, któ­rej chciała nadać surowy i zde­cy­do­wany wyraz, malo­wało się zagu­bie­nie i cier­pie­nie.

- Dolly! - ode­zwał się cichym i nie­śmia­łym gło­sem. Wtu­lił głowę w ramiona, sta­ra­jąc się mieć żało­sny i pokorny wygląd, lecz cią­gle pro­mie­niał świe­żo­ścią i zdro­wiem.

Szyb­kim spoj­rze­niem obrzu­ciła od głów do stóp jego postać try­ska­jącą świe­żo­ścią i zdro­wiem. Tak, jest szczę­śliwy i zado­wo­lony! - pomy­ślała - a ja?! I ta obrzy­dliwa dobroć, za którą wszy­scy go tak lubią i chwalą. Nie­na­wi­dzę tej jego dobroci. Jej usta zaci­snęły się, zadrgał mię­sień policzka po pra­wej stro­nie bla­dej, ner­wo­wej twa­rzy.

- Czego pan chce? - spy­tała szyb­kim, jakimś nie swoim, głę­bo­kim gło­sem.

- Dolly! - powtó­rzył z drże­niem głosu. - Anna dzi­siaj przy­jeż­dża.

- I cóż mi z tego? Nie mogę jej przy­jąć! - wykrzyk­nęła.

- Jed­nak trzeba prze­cież, Dolly...

- Pro­szę wyjść, wyjść, wyjść! - wykrzyk­nęła, nie patrząc na niego, jakby ten krzyk był spo­wo­do­wany bólem fizycz­nym.

Stie­pan Arka­djicz mógł być spo­kojny, gdy myślał o żonie, mógł mieć nadzieję, że wszystko ułoży się, jak się wyra­ził Matwiej, mógł spo­koj­nie czy­tać gazetę i pić kawę. Gdy jed­nak pokorny i zroz­pa­czony zoba­czył jej wymę­czoną, zbo­lałą twarz, usły­szał to brzmie­nie głosu, zabra­kło mu tchu, coś pode­szło do gar­dła i oczy zaszkliły mu się łzami.

- O mój Boże, co ja zro­bi­łem! Dolly! Pro­szę! Prze­cież... - Nie mógł dalej mówić, łka­nie ści­snęło mu gar­dło.

Zatrza­snęła bie­liź­niarkę i spoj­rzała na niego.

- Dolly, co ja mogę powie­dzieć? Tylko jedno: wybacz, wybacz... Wspo­mnij... czy dzie­więć lat życia nie może odku­pić chwili, chwili...

Stała ze spusz­czo­nym wzro­kiem i słu­chała, cze­ka­jąc, co powie, jak gdyby bła­gała go, żeby jakoś jej wyper­swa­do­wał.

- Chwili... chwili namięt­no­ści... - powie­dział i chciał mówić dalej, lecz po tych sło­wach jej wargi jakby z fizycz­nego bólu znowu się zaci­snęły i znowu zadrgał mię­sień pra­wego policzka.

- Pro­szę stąd wyjść, pro­szę wyjść! - krzyk­nęła jesz­cze bar­dziej prze­ni­kli­wie - i pro­szę mi nie mówić o swo­ich namięt­no­ściach i tych swo­ich obrzy­dli­wo­ściach!

Chciała odejść, lecz potknęła się i szu­ka­jąc opar­cia, chwy­ciła za opar­cie krze­sła. Jego twarz jakby się roz­sze­rzyła, wargi napu­chły, oczy napeł­niły się łzami.

- Dolly! - jęk­nął, już łka­jąc. - Pro­szę, pomyśl o dzie­ciach, one niczemu nie są winne. Ja jestem winny, ukarz mnie, każ mi odku­pić winę. Na wszystko jestem gotowy! Jestem winny, brak mi słów jak winny! Lecz wybacz mi, Dolly!

Usia­dła. Sły­szał jej ciężki, gło­śny oddech i było mu jej nie­wy­po­wie­dzia­nie żal. Kilka razy chciała pod­jąć roz­mowę, lecz nie mogła. Cze­kał.

- Ty myślisz tylko, żeby się z dziećmi bawić, a ja pamię­tam o nich i wiem, że teraz są zgu­bione - wymó­wiła, jak się wydaje, jedno ze zdań, które przez te trzy dni czę­sto sobie powta­rzała.

Powie­działa do niego "ty", więc spoj­rzał na nią z wdzięcz­no­ścią i poru­szył się, żeby wziąć ją za rękę, lecz odsu­nęła się z obrzy­dze­niem.

- Pamię­tam o dzie­ciach i dla­tego zro­bi­ła­bym wszystko, żeby je ura­to­wać, lecz sama nie wiem, w jaki spo­sób je ura­tuję, czy lepiej będzie, gdy wywiozę je od ojca, czy kiedy pozo­sta­wię z roz­pust­nym ojcem - tak, z roz­pust­nym ojcem... No, pro­szę powie­dzieć, po tym... co było, czy możemy żyć razem? Czy to moż­liwe? No, pro­szę powie­dzieć, czy to moż­liwe? - powtó­rzyła, pod­no­sząc głos. - Po tym jak mój mąż, ojciec moich dzieci, wcho­dzi w miło­sne kon­takty z ich guwer­nantką...

- No cóż.... No cóż robić? - pytał żało­śnie i sam nie wie­dział, co mówi, więc coraz niżej i niżej spusz­czał głowę.

- Jest pan wstrętny, obrzy­dliwy! - wykrzy­czała, coraz bar­dziej i bar­dziej się gorącz­ku­jąc. - Pań­skie łzy to woda! Pan ni­gdy mnie nie kochał, nie ma pan ani serca, ani szla­chet­no­ści! Jest pan obrzy­dliwy, wstrętny, obcy. Tak, obcy! - z bólem i zło­ścią wymó­wiła to straszne dla niej słowo obcy.

Popa­trzył na nią i złość malu­jąca się na jej twa­rzy prze­stra­szyła go i zdzi­wiła. Nie rozu­miał, że drażni ją jego litość. Widziała w nim nie miłość do niej, lecz współ­czu­cie. Nie, ona mnie nie­na­wi­dzi. Nie wyba­czy - pomy­ślał.

- To straszne! Straszne! - powie­dział.

W tym cza­sie w sąsied­nim pokoju krzyk­nęło dziecko, praw­do­po­dob­nie się prze­wró­ciło. Daria Alek­san­drowna natę­żyła słuch i nagle twarz jej zła­god­niała.

Jak się wydaje, przez kilka sekund zasta­na­wiała się, jakby nie wie­dząc, gdzie jest i co ma robić, po czym szybko wstała i skie­ro­wała się do drzwi.

A prze­cież kocha moje dziecko - pomy­ślał, gdy dostrzegł zmianę w jej twa­rzy po krzyku dziecka - jego dziecka. Jakże więc może nie­na­wi­dzić mnie?

- Dolly, jesz­cze tylko słowo - powie­dział.

- Jeśli pój­dzie pan za mną, zawo­łam służbę, dzieci! Niech wszy­scy wie­dzą, że jest pan łaj­da­kiem! Dzi­siaj wyjeż­dżam, a pan niech żyje ze swoją kochanką!

I wyszła, trza­snąw­szy drzwiami.

Stie­pan Arka­djicz wes­tchnął, prze­tarł twarz i powoli ruszył do drzwi. Matwiej mówi: uła­dzi się, lecz jak? Nie widzę żad­nej moż­li­wo­ści. Ach, ach, co za okrop­ność! I jak try­wial­nie krzy­czała - mówił sam do sie­bie, wspo­mi­na­jąc jej krzyk i słowa: pod­lec i kochanka. - A być może dziew­czynki sły­szały! Okrop­nie try­wial­nie, okrop­nie. Stie­pan Arka­djicz postał parę chwil w samot­no­ści, wytarł oczy, wes­tchnął i zaczerp­nąw­szy głę­boko powie­trza, wyszedł z pokoju.

Był pią­tek i w jadalni zegar­mistrz Nie­miec nakrę­cał zegar. Stie­pan Arka­djicz przy­po­mniał sobie, jak żar­tem mówił o tym punk­tu­al­nym łysym zegar­mistrzu, że Nie­miec sam został nakrę­cony na całe życie, żeby nakrę­cać zegary - i uśmiech­nął się. Lubił dobry żart. A być może i uła­dzi się! Dobre powie­dzonko: uła­dzi się - pomy­ślał. - Trzeba o tym opo­wie­dzieć.

- Matwiej! - krzyk­nął. - Przy­go­tuj­cie z Marią wszystko w salo­niku dla Anny Arka­djewny - pole­cił, gdy kamer­dy­ner się poja­wił.

- Tak jest.

Stie­pan Arka­djicz nało­żył futro i wyszedł na ganek.

- Obiadu w domu jaśnie książę nie będzie jadł? - spy­tał odpro­wa­dza­jący go Matwiej.

- Jak wypad­nie. Ale weź na wydatki - powie­dział, wyj­mu­jąc dzie­sięć rubli z port­fela. - Wystar­czy?

- Wystar­czy czy nie wystar­czy, trzeba sobie jakoś radzić - odparł Matwiej, zatrza­sku­jąc drzwiczki karety i cofa­jąc się na ganek.

Tym­cza­sem Daria Alek­san­drowna, kiedy już uspo­ko­iła dziecko i po odgło­sach karety stwier­dziła, że mąż odje­chał, powró­ciła do sypialni. Było to jej jedyne schro­nie­nie przed domo­wymi kło­po­tami, które ją oble­gały, gdy tylko się poja­wiała. Nawet teraz, w tym krót­kim cza­sie, gdy weszła do pokoju dzieci, Angielka i Matriona Fili­mo­nowna zdą­żyły jej zadać kilka pytań nie­cier­pią­cych zwłoki, na które tylko ona mogła odpo­wie­dzieć: w co ubrać dzieci na spa­cer? czy dawać im mleko? czy nie posłać po innego kucha­rza?

- Ach, daj­cie mi spo­kój! Daj­cie mi spo­kój! - zawo­łała i po powro­cie do sypialni znów usia­dła tam, gdzie sie­działa pod­czas roz­mowy z mężem, splo­tła wychu­dłe dło­nie z pier­ścion­kami zsu­wa­ją­cymi się z kośla­wych pal­ców i zaczęła odtwa­rzać w myśli całą roz­mowę. Poje­chał! Lecz czy skoń­czył z nią? - zasta­na­wiała się. - Czy się z nią widuje? Cze­muż go nie spy­ta­łam? Nie, nie, zejść się nie można. Jeśli nawet pozo­sta­niemy w jed­nym domu - to jeste­śmy obcy. Na zawsze obcy! - ponow­nie ze szcze­gól­nym naci­skiem powtó­rzyła dziwne dla niej słowo. A jak ja kocha­łam, mój Boże, jak ja go kocha­łam! Jak kocha­łam! A czy teraz go nie kocham? Nie bar­dziej niż przed­tem go kocham? Co naj­waż­niej­sze, to okropne, że... - zaczęła, lecz nie dokoń­czyła swo­jej myśli, gdyż zza drzwi wychy­liła się Matriona Fili­mo­nowna.

- To już kaza­łaby jaśnie pani posłać po mojego brata - powie­działa - zawszeć obiad ugo­tuje. Bo ina­czej to jak wczo­raj dzieci do szó­stej nie będą jadły.

- No dobrze, zaraz wyjdę i wydam pole­ce­nie. A czy posłano po świeże mleko?

I Daria Alek­san­drowna pogrą­żyła się w powsze­dnich tro­skach i na pewien czas uto­piła w nich swoje stra­pie­nie.

Rozdział V

V

Stiwa dzięki swoim zdol­no­ściom w szkole dobrze się uczył, ponie­waż jed­nak był leniwy i skłonny do psot, ukoń­czył ją wśród ostat­nich uczniów, lecz mimo hulasz­czego trybu życia, nie­wy­so­kiej rangi i mło­dego wieku zaj­mo­wał godną i dobrze opła­caną posadę naczel­nika w jed­nym z moskiew­skich urzę­dów. Posadę otrzy­mał dzięki mężowi swo­jej sio­stry Anny, Alek­sie­jowi Alek­san­dro­wi­czowi Kare­ni­nowi, zaj­mu­ją­cemu jedno z naj­waż­niej­szych sta­no­wisk w mini­ster­stwie, do któ­rego nale­żał urząd. Gdyby jed­nak Kare­nin nie mia­no­wał szwa­gra na to sta­no­wisko, to przez setkę innych osób, braci, sio­stry, krew­nych, powi­no­wa­tych, wujów i ciotki, Stiwa Obłoń­ski dostałby to miej­sce lub inne podobne z jaki­miś sze­ścioma tysią­cami pobo­rów, które były mu potrzebne, ponie­waż jego sytu­acja mimo znacz­nego majątku żony była kiep­ska.

Połowa Moskwy i Peters­burga to byli krewni i przy­ja­ciele Stiwy Obłoń­skiego. Uro­dził się w śro­do­wi­sku ludzi, któ­rzy nale­żeli do moż­nych tego świata. Trze­cia część sta­rych dzia­ła­czy pań­stwo­wych nale­żała do grona przy­ja­ciół ojca i znała go od koły­ski. Następna trze­cia część była z nim na "ty", a jesz­cze jedną trze­cią two­rzyli dobrzy zna­jomi. Tak więc wszy­scy sza­fa­rze dóbr docze­snych w postaci sta­no­wisk, dzier­żaw, kon­ce­sji i temu podob­nych byli jego przy­ja­ciółmi i nie mogli go zawieść. Obłoń­ski nie musiał się szcze­gól­nie sta­rać, żeby dostać korzystne sta­no­wisko, trzeba było jedy­nie nie odma­wiać, nie zazdro­ścić, nie kłó­cić się i nie obra­żać, czego przy wro­dzo­nej dobroci ni­gdy nie robił. Wyda­łoby mu się śmieszne, gdyby ktoś powie­dział, że nie otrzyma posady z takim upo­sa­że­niem, jakie było mu potrzebne, zwłasz­cza że nie wyma­gał cze­goś nad­zwy­czaj­nego, chciał tylko tego, co otrzy­mali jego rówie­śnicy, a spra­wo­wać takie sta­no­wisko mógł nie gorzej niż kto­kol­wiek inny.

Stie­pana Arka­dji­cza wszy­scy, któ­rzy go znali, lubili nie tylko za jego wesołe uspo­so­bie­nie i nie­wąt­pliwą uczci­wość; w nim, w jego pięk­nej, ujmu­ją­cej powierz­chow­no­ści, błysz­czą­cych oczach, czar­nych brwiach i wło­sach, bia­ło­ści i rumieńcu twa­rzy było też coś fizycz­nie oddzia­łu­ją­cego przy­jaź­nie i wesoło na ludzi, któ­rzy się z nim spo­ty­kali. Aha! Stiwa! Obłoń­ski! Oto i on! - mówiono przy spo­tka­niu z nim nie­mal zawsze z rado­snym, uśmie­chem. Jeśli nawet zda­rzało się cza­sem, że pod­czas roz­mowy nic szcze­gól­nie rado­snego się nie zda­rzyło, to i tak na drugi albo trzeci dzień przy spo­tka­niu z nim znowu tak samo wszy­scy się cie­szyli.

Zaj­mu­jąc trzeci rok sta­no­wi­sko naczel­nika jed­nego z urzę­dów w Moskwie, Stie­pan Arka­djicz zyskał sobie oprócz sym­pa­tii rów­nież sza­cu­nek współ­pra­cow­ni­ków, pod­wład­nych, prze­ło­żo­nych oraz wszyst­kich, któ­rzy mieli z nim do czy­nie­nia. Głów­nymi cechami Stie­pana Arka­djicza, które zjed­nały mu powszechne uzna­nie w pracy, były, po pierw­sze, nad­zwy­czajna wyro­zu­mia­łość wobec ludzi, oparta na świa­do­mo­ści wła­snych nie­do­sko­na­ło­ści, po dru­gie, cał­ko­wita libe­ral­ność - nie ta, o któ­rej wyczy­tał w gaze­tach, lecz którą miał we krwi i która kazała mu jed­na­kowo trak­to­wać wszyst­kich ludzi, bez względu na ich stan mająt­kowy i sta­no­wi­sko, i po trze­cie - naj­waż­niej­sze - abso­lutna obo­jęt­ność wobec spraw, któ­rymi się zaj­mo­wał, dzięki czemu ni­gdy się nie pasjo­no­wał i nie popeł­niał błę­dów.

Po przy­jeź­dzie do pracy Stie­pan Arka­djicz, odpro­wa­dzany przez peł­nego usza­no­wa­nia woź­nego, z teczką w ręce udał się do malut­kiego gabi­netu, wło­żył mun­dur i wszedł do dużej sali urzędu. Pisa­rze i urzęd­nicy jed­no­cze­śnie wstali i ukło­nili mu się z uśmie­chem i usza­no­wa­niem. Obłoń­ski jak zwy­kle pospiesz­nie ruszył do swo­jego miej­sca, podał rękę kole­gom i usiadł. Pożar­to­wał i poroz­ma­wiał dokład­nie tyle, ile wypa­dało, i przy­stą­pił do pracy. Nikt lepiej niż on nie umiał wyczuć tej gra­nicy swo­body, pro­stoty i ofi­cjal­no­ści, któ­rej potrzeba do przy­jem­nego zaję­cia się spra­wami. Sekre­tarz z uśmie­chem i sza­cun­kiem, jak wszy­scy w urzę­dzie, pod­szedł z doku­men­tami i ode­zwał się fami­liarno-libe­ral­nym tonem, który wpro­wa­dził Stie­pan Arka­djicz.

- Jed­nak udało nam się wydę­bić infor­ma­cje z pen­zeń­skiego urzędu guber­nial­nego. Czy nie zechciałby pan?...

- Naresz­cie są? - ode­zwał się Stie­pan Arka­djicz, zakła­da­jąc pal­cem doku­menty. - No więc, pano­wie... - I urzę­do­wa­nie się roz­po­częło.

Gdyby oni wie­dzieli - myślał, słu­cha­jąc spra­woz­da­nia z poważną miną i pochy­loną głową - jakim skar­co­nym chłop­czy­kiem był ich pre­zes pół godziny temu! Oczy śmiały mu się pod­czas czy­ta­nia akt. Do godziny dru­giej praca powinna trwać bez prze­rwy, o dru­giej zaś - prze­rwa śnia­da­niowa.

Nie było jesz­cze dru­giej, gdy duże prze­szklone drzwi sali w urzę­dzie nagle się otwo­rzyły i ktoś wszedł. Wszy­scy pra­cow­nicy spod por­tretu i zza zier­cała3, radzi odmiany, spoj­rzeli na drzwi. Jed­nak sto­jący tam woźny natych­miast wypro­sił przy­by­sza i zamknął za nim szklane wej­ście.

Gdy akta zostały prze­czy­tane, Stie­pan Arka­djicz wstał, prze­cią­gnął się i ule­ga­jąc libe­ral­no­ści epoki, wyjął papie­rosa i udał się do swo­jego gabi­netu. Dwaj jego kole­dzy, stary wyga Niki­tin i kamer­jun­kier Hry­nie­wicz, wyszli razem z nim.

- Zdą­żymy skoń­czyć po śnia­da­niu - powie­dział Stie­pan Arka­djicz.

- Z pew­no­ścią zdą­żymy! - potwier­dził Niki­tin.

- Nie­zły krę­tacz musi być z tego Fomina - oce­nił Hry­nie­wicz jedną z osób zaan­ga­żo­wa­nych w spra­wie, którą się zaj­mo­wali.

Stie­pan Arka­djicz skrzy­wił się na te słowa, dając do zro­zu­mie­nia, że nie­wła­ściwe jest przed­wcze­sne wyda­wa­nie ocen i nic nie odpo­wie­dział.

- Kto tu zaglą­dał? - spy­tał woź­nego.

- Jakiś wlazł bez pozwo­le­nia, wasza eks­ce­len­cjo, gdy się tylko odwró­ci­łem. Pytał o waszą eks­ce­len­cję. Ja mówię: kiedy urzęd­nicy wyjdą, to...

- Gdzie on jest?

- Chyba w sieni, bo tu cią­gle spa­ce­ro­wał. To ten. - Woźny wska­zał krzep­kiego męż­czy­znę z sze­ro­kimi barami i kędzie­rzawą brodą, który, nie zdej­mu­jąc bara­niej czapki, szybko i lekko wbie­gał po wytar­tych stop­niach kamien­nych scho­dów. Scho­dzący z innymi chudy urzęd­nik z teczką przy­sta­nął i z dez­apro­batą popa­trzył na nogi bie­gną­cego, po czym spoj­rzał pyta­jąco na Obłoń­skiego.

Stie­pan Arka­djicz stał u góry. Jego dobro­dusz­nie pro­mie­nie­jąca twarz ponad hafto­wa­nym koł­nie­rzem mun­duru jesz­cze bar­dziej poja­śniała, gdy poznał bie­gną­cego.

- Tak myśla­łem! Lewin - naresz­cie! - powie­dział z przy­ja­ciel­skim iro­nicz­nym uśmie­chem, spo­glą­da­jąc na zbli­ża­ją­cego się męż­czy­znę. - Nie pogar­dzi­łeś odszu­ka­niem mnie w tej jaskini? - Stie­pan Arka­djicz, nie zado­wa­la­jąc się uści­skiem dłoni, uca­ło­wał przy­ja­ciela. - Od dawna jesteś?

- Wła­śnie przy­je­cha­łem i bar­dzo chcia­łem się z tobą zoba­czyć - odparł Lewin, wsty­dli­wie, a zara­zem gniew­nie i z nie­po­ko­jem roz­glą­da­jąc się dookoła.

- No to chodźmy do gabi­netu - mówiąc to, Stie­pan Arka­djicz, który znał ambi­cje i draż­li­wość swego przy­ja­ciela, schwy­cił go za rękę i pocią­gnął za sobą, jakby pro­wa­dząc przez nie­bez­pie­czeń­stwa.

Stie­pan Arka­djicz był na "ty" pra­wie ze wszyst­kimi swymi zna­jo­mymi: sześć­dzie­się­cio­let­nimi sta­rusz­kami, dwu­dzie­sto­let­nimi chło­pacz­kami, akto­rami, mini­strami, kup­cami i gene­rał-adiu­tan­tami. Wielu z nich pozo­sta­wało na dwóch skraj­nych punk­tach dra­biny spo­łecz­nej i bar­dzo byliby zdzi­wieni, gdyby się dowie­dzieli, że przez Obłoń­skiego coś ich ze sobą łączy. Był na "ty" ze wszyst­kimi, z któ­rymi pijał szam­pana, a pił szam­pana ze wszyst­kimi, dla­tego spo­ty­ka­jąc się w obec­no­ści pod­wład­nych ze swo­imi wsty­dli­wymi "ty", jak żar­tem mówił o nie­któ­rych swo­ich przy­ja­cio­łach, z wła­ści­wym sobie tak­tem potra­fił zmniej­szać nie­przy­jemne wra­że­nie z tych spo­tkań. Lewin nie był wsty­dli­wym "ty", lecz Obłoń­ski tak­tow­nie wyczuł, iż gość przy­pusz­cza, że może nie chcieć wobec pod­wład­nych oka­zy­wać ich bli­sko­ści, dla­tego pospie­szył zabrać go do gabi­netu.

Lewin był pra­wie rówie­śni­kiem Obłoń­skiego i byli na "ty" nie tylko po szam­pa­nie. Był kolegą i przy­ja­cie­lem z wcze­snej mło­do­ści. Mimo róż­nic w cha­rak­te­rach i upodo­ba­niach lubili się, tak jak lubią się przy­ja­ciele zna­jący się od naj­młod­szych lat. Ale jak to czę­sto bywa z ludźmi, któ­rzy wybrali odmienny rodzaj dzia­łal­no­ści, każdy z nich, cho­ciaż po namy­śle akcep­to­wał zaję­cie dru­giego, to w duchu nim gar­dził. Każ­demu się zda­wało, że życie, które sam pro­wa­dzi, jest jedy­nym praw­dzi­wym życiem, zaś to, które wie­dzie przy­ja­ciel - to tylko pozór. Na widok Lewina Obłoń­ski nie mógł powstrzy­mać lek­kiego kpią­cego uśmie­chu. Który to już raz widział go, przy­jeż­dża­ją­cego do Moskwy ze wsi, gdzie coś robił, ale co dokład­nie, tego Stiwa ni­gdy nie mógł końca zro­zu­mieć, zresztą nawet go to nie cie­ka­wiło. Lewin, gdy odwie­dzał Moskwę, cią­gle się spie­szył, był nie­ustan­nie zaafe­ro­wany, nieco skrę­po­wany i zde­ner­wo­wany tym skrę­po­wa­niem i naj­czę­ściej gło­sił zupeł­nie nowe, nie­ocze­ki­wane poglądy. Stie­pan Arka­djicz śmiał się z tego, ale i to lubił. Tak samo i Lewin w duchu gar­dził miej­skim sty­lem życia swego przy­ja­ciela i jego pracą, którą uwa­żał za bła­hostkę i śmiał się z niej. Róż­nica pole­gała na tym, że Obłoń­ski, robiąc to, co wszy­scy robią, śmiał się z pew­no­ścią sie­bie i dobro­dusz­nie, Lewin zaś nie­pew­nie, a cza­sem gniew­nie.

- Od dawna na cie­bie cze­kamy - powie­dział Obłoń­ski, gdy po wej­ściu do gabi­netu wypu­ścił rękę Lewina, jakby chciał poka­zać, że tu nie­bez­pie­czeń­stwa się skoń­czyły. - Bar­dzo, bar­dzo jestem rad, że cię widzę - cią­gnął. - No, a co u cie­bie? Kiedy przy­je­cha­łeś?

Lewin mil­czał, spo­glą­da­jąc na nie­znane sobie twa­rze dwóch kole­gów Obłoń­skiego, a w szcze­gól­no­ści na dłoń ele­ganc­kiego Hry­nie­wi­cza, z tak bia­łymi, cien­kimi pal­cami, z tak dłu­gimi, błysz­czą­cymi i zagi­na­ją­cymi się na końcu paznok­ciami, że te ręce wyraź­nie pochła­niały całą jego uwagę i nie pozwa­lały mu swo­bod­nie myśleć. Obłoń­ski natych­miast to zauwa­żył i uśmiech­nął się.

- Ach tak, pozwól­cie, że was przed­sta­wię - rzekł. - Moi kole­dzy: Filip Iwa­nycz Niki­tin, Michaił Sta­ni­sła­wicz Hry­nie­wicz - i zwra­ca­jąc się w stronę Lewina: - dzia­łacz ziem­stwa, nowy tam czło­wiek, atleta pod­no­szący pięć pudów jedną ręką, hodowca bydła i myśliwy, mój przy­ja­ciel Kon­stan­tin Dmi­tricz Lewin, brat Sier­gieja Iwa­nycza Kozny­szewa.

- Bar­dzo przy­jem­nie - ode­zwał się Niki­tin.

- Mam zaszczyt znać pań­skiego brata Sier­gieja Iwa­ny­cza - oznaj­mił Hry­nie­wicz, poda­jąc swoją deli­katną dłoń z dłu­gimi paznok­ciami.

Lewin nachmu­rzył się, chłodno uści­snął jego rękę i zaraz odwró­cił się do Obłoń­skiego. Mimo że bar­dzo sza­no­wał swego przy­rod­niego brata, pisa­rza zna­nego w całej Rosji, to nie zno­sił, gdy zwra­cano się do niego nie jak do Kon­stan­tina Lewina, ale jak do brata sław­nego Kozny­szewa.

- Nie, już nie jestem dzia­ła­czem ziem­stwa. Pokłó­ci­łem się ze wszyst­kimi i nie jeż­dżę na zebra­nia - zaprze­czył, zwra­ca­jąc się do Obłoń­skiego.

- To prędko! - Stiwa się uśmiech­nął. - Lecz jak? Dla­czego?

- Długa histo­ria. Opo­wiem przy oka­zji - odparł Lewin, ale zaczął od razu. - No, krótko mówiąc, prze­ko­na­łem się, że żad­nej dzia­łal­no­ści ziem­skiej nie ma i być nie może - powie­dział takim tonem, jakby ktoś wła­śnie go obra­ził - z jed­nej strony zabawa, bawią się w par­la­ment, a ja ani nie jestem dość młody, ani dość stary, żeby bawić się zabaw­kami. Z dru­giej zaś strony - tu się zaciął - to jest spo­sób zbi­ja­nia pie­nię­dzy przez powia­tową cote­rie4. Przed­tem opie­kuń­stwa, sądy, a teraz ziem­stwo... nie jako łapówki, ale jako nie­za­słu­żona syne­kura - mówił tak żar­li­wie, jak gdyby ktoś z obec­nych zaprze­czał jego opi­nii.

- Ehe-he! Ale ty, jak widzę, wsze­dłeś w nową fazę - kon­ser­wa­tywną - wtrą­cił Obłoń­ski. - Zresztą poroz­ma­wiamy o tym póź­niej.

- Tak, póź­niej. Bar­dzo chcia­łem się z tobą zoba­czyć - dodał Lewin, z nie­na­wi­ścią wpa­tru­jąc się w dłoń Hry­nie­wi­cza.

Stiwa nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

- Mówi­łeś kie­dyś, że ni­gdy nie wło­żysz euro­pej­skiego ubra­nia? - przy­po­mniał, oglą­da­jąc nowy strój Lewina pocho­dzący z pew­no­ścią od fran­cu­skiego krawca. - Tak! Widzę, że to nowa faza.

Lewin nagle się zaczer­wie­nił, wcale nie tak, jak czer­wie­nią się ludzie doro­śli - z lekka, sami tego nie zauwa­ża­jąc, lecz tak, jak się czer­wie­nią chłopcy, gdy czują, że ich nie­śmia­łość jest śmieszna i w efek­cie wsty­dzą się i czer­wie­nią jesz­cze bar­dziej, nie­mal do łez. Dziw­nie było patrzeć na tę rozumną, męską twarz z tak dzie­cinną miną, że Obłoń­ski skie­ro­wał spoj­rze­nie w inną stronę.

- A więc, gdzie się zoba­czymy? Bar­dzo, ale to bar­dzo potrze­buję z tobą pomó­wić - powtó­rzył Lewin.

Obłoń­ski jakby się zasta­na­wiał.

- W takim razie jedźmy do Turina na śnia­da­nie i tam poroz­ma­wiamy. Do trze­ciej jestem wolny.

- Nie - po chwili namy­słu odparł Lewin. - Muszę jesz­cze gdzieś poje­chać.

- No dobrze, to zjedzmy razem obiad.

- Obiad? Ale to nic wiel­kiego, chcę powie­dzieć tylko dwa słowa, spy­tać, a póź­niej poga­damy.

- To powiedz teraz te dwa słowa, a poroz­ma­wiamy przy obie­dzie.

- No, więc te dwa słowa - zaczął Lewin - zresztą to nic takiego.

Wysi­łek, z jakim pró­bo­wał prze­ła­mać swoją nie­śmia­łość, spra­wił, że na jego twa­rzy nagle poja­wiła się złość.

- Co pora­biają Szczer­baccy? Wszystko po sta­remu? - spy­tał.

Obłoń­ski, który wie­dział od dawna, że Lewin jest zako­chany w jego szwa­gierce Kitty, nie­znacz­nie się uśmiech­nął i jego oczy wesoło roz­bły­sły.

- Powie­dzia­łeś dwa słowa, a ja w dwóch sło­wach nie mogę odpo­wie­dzieć, gdyż... Prze­pra­szam na chwilkę.

Wszedł sekre­tarz z doku­men­tami i z sza­cun­kiem nie­po­zba­wio­nym poufa­ło­ści oraz pewną wła­ściwą wszyst­kim sekre­tarzom skromną świa­do­mo­ścią prze­wagi nad prze­ło­żo­nym w zna­jo­mo­ści spraw zaczął w for­mie pyta­nia wyja­śniać Obłoń­skiemu jakieś trud­no­ści. Stie­pan Arka­djicz nie pozwo­lił sekre­tarzowi skoń­czyć, przy­jaź­nie poło­żył mu dłoń na ręka­wie.

- Nie, nie, pro­szę zro­bić tak, jak mówi­łem - pole­cił i uśmie­chem zmięk­czył swoją uwagę, po czym krótko wyja­śniw­szy, jak rozu­mie sprawę, odsu­nął akta i dodał: - Niech więc pan tak zrobi, Zacha­rze Niki­ti­czu. Pro­szę, wła­śnie tak.

Skon­fun­do­wany sekre­tarz wyszedł. Lewin, który w cza­sie narady z sekre­tarzem zupeł­nie otrzą­snął się z zakło­po­ta­nia, stał z wyra­zem iro­nicz­nego sku­pie­nia na twa­rzy, obu­rącz opie­ra­jąc się o opar­cie krze­sła.

- Nie rozu­miem, nie rozu­miem - powie­dział.

- Cze­goż nie rozu­miesz? - spy­tał Obłoń­ski, wciąż wesoło uśmie­cha­jąc się i się­ga­jąc po papie­rosa. Spo­dzie­wał się jakie­goś dziw­nego wybryku Lewina.

- Nie rozu­miem, co robi­cie - wyja­śnił Lewin, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Jak możesz to poważ­nie trak­to­wać?

- Dla­czego nie?

- A dla­tego, że nie ma tu nic do roboty.

- Tak sądzisz, tym­cza­sem jeste­śmy zawa­leni spra­wami.

- Papier­ko­wymi. A zresztą masz talent do tego - dodał Lewin.

- To zna­czy myślisz, że mam coś nie po kolei?

- Być może tak - odparł Lewin. - Mimo wszystko zachwyca mnie twoja wspa­nia­łość i jestem dumny, że moim przy­ja­cie­lem jest tak wielki czło­wiek. Jed­nak nie odpo­wie­dzia­łeś na moje pyta­nie - dodał, z roz­pacz­li­wym napię­ciem wpa­tru­jąc się Obłoń­skiemu w oczy.

- No dobrze, dobrze. Jesz­cze tro­chę i ty do tego doj­dziesz. Dobrze, że masz swoje trzy tysiące dzie­się­cin w kara­ziń­skim powie­cie, takie muskuły i świe­żość dwu­na­sto­let­niej dziew­czynki, ale i ty kie­dyś przyj­dziesz do nas. Co zaś do twego pyta­nia: nic się nie zmie­niło, lecz szkoda, że tak dawno nie byłeś.

- Bo co? - z prze­stra­chem spy­tał Lewin.

- A nic - odparł Obłoń­ski. - Poroz­ma­wiamy. A wła­ści­wie po co przy­je­cha­łeś?

- Ach, o tym pomó­wimy póź­niej - odparł Lewin i znowu zaczer­wie­nił się po uszy.

- No dobrze. Jasne - zgo­dził się Stiwa. - Wiesz co, zapro­sił­bym cię do sie­bie, lecz żona nie naj­le­piej się czuje. Ale jeśli chcesz się z nimi zoba­czyć, to z całą pew­no­ścią będą dzi­siaj w ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym mię­dzy czwartą a piątą. Kitty jeź­dzi na łyż­wach. Idź tam, wstą­pię po cie­bie i pój­dziemy gdzieś na obiad.

- Zna­ko­mi­cie. To - do zoba­cze­nia.

- No, ale uwa­żaj, ja cię znam, zapo­mnisz, albo nagle wyje­dziesz na wieś! - ze śmie­chem zawo­łał za nim Obłoń­ski

- Nie, będę na pewno.

Lewin wyszedł z gabi­netu, przy­po­mi­na­jąc sobie dopiero w drzwiach, że zapo­mniał poże­gnać się z kole­gami Obłoń­skiego.

- Wydaje się, że to bar­dzo ener­giczny pan - zauwa­żył Hry­nie­wicz po wyj­ściu Lewina.

- Tak, kocha­neńki - przy­tak­nął Stie­pan Arka­djicz, kiwa­jąc głową - to praw­dziwy szczę­ściarz! Trzy tysiące dzie­się­cin w kara­ziń­skim powie­cie, wszystko ma przed sobą, a ile świe­żo­ści! Nie to co ja.

- I pan jesz­cze narzeka, Stie­pa­nie Arka­dji­czu?

- Cóż, kiedy paskud­nie jest i źle. - Obłoń­ski ciężko wes­tchnął.

Rozdział VI

VI

Kiedy Stiwa spy­tał Lewina, wła­ści­wie po co przy­je­chał, ten zaczer­wie­nił się i roz­gnie­wał na sie­bie za to, że poczer­wie­niał, gdyż nie mógł odpo­wie­dzieć przy­ja­cie­lowi: "Przy­je­cha­łem oświad­czyć się two­jej szwa­gierce", cho­ciaż przy­je­chał wła­śnie tylko po to.

Lewi­no­wie i Szczer­baccy sta­no­wili stare rody moskiew­skiej szlachty, które zawsze pozo­sta­wały w bli­skich i przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach. Te kon­takty jesz­cze bar­dziej się zacie­śniły w stu­denc­kich latach Lewina. Razem z mło­dym księ­ciem Szczer­bac­kim, bra­tem Dolly i Kitty, przy­go­to­wy­wał się do stu­diów i razem wstą­pili na uni­wer­sy­tet. W tym cza­sie czę­sto bywał w domu Szczer­bac­kich i zako­chał się w tej rodzi­nie. Jak­kol­wiek dziwne to by się wyda­wało, Kon­stan­tin Lewin był zako­chany wła­śnie w domu, w rodzi­nie, a w szcze­gól­no­ści w kobie­cej poło­wie rodziny Szczer­bac­kich. On sam nie pamię­tał swo­jej matki, a jedyna sio­stra była od niego star­sza. W domu Szczer­bac­kich po raz pierw­szy ujrzał więc owo śro­do­wi­sko sta­rego szla­chec­kiego, wykształ­co­nego i świa­tłego rodu, któ­rego został pozba­wiony z powodu śmierci ojca i matki. Wszy­scy człon­ko­wie tej rodziny, a zwłasz­cza kobieca połowa wyda­wała mu się otu­lona jakąś tajem­ni­czą, poetycką zasłoną i nie tylko nie widział w nich żad­nych wad, ale pod tą poetycką zasłoną dopa­try­wał się wznio­słych uczuć i naj­roz­ma­it­szych dosko­na­ło­ści. Dla­czego trzy panienki musiały jed­nego dnia roz­ma­wiać po fran­cu­sku, dru­giego po angiel­sku; czemu w okre­ślo­nych godzi­nach po kolei grały na for­te­pia­nie, któ­rego dźwięki zawsze było sły­chać na pię­trze u brata, gdzie uczyli się stu­denci; po co przy­jeż­dżali ci nauczy­ciele lite­ra­tury fran­cu­skiej, muzyki, rysunku i tań­ców. Czemu o okre­ślo­nej porze wszyst­kie trzy panienki z made­mo­iselle Linon jeź­dziły powo­zem na bul­war Twer­ski w swo­ich atła­so­wych futer­kach - Dolly w dłu­gim, Nata­lie w półdłu­gim, a Kitty w zupeł­nie krót­kim, tak że wszy­scy mogli zoba­czyć jej kształtne nóżki w bar­dzo obci­słych czer­wo­nych poń­czosz­kach. Po co musiały w asy­ście lokaja cho­dzić po bul­warze Twer­skim - wszyst­kiego tego i wielu innych rze­czy, które działy się w ich tajem­ni­czym świe­cie, nie rozu­miał, lecz wie­dział, że wszystko, co się tam działo, było piękne i kochał wła­śnie tę tajem­ni­czość.

W cza­sie stu­diów omal nie zako­chał się w naj­star­szej, Dolly, lecz wkrótce wydano ją za mąż za Obłoń­skiego. Póź­niej zaczął się pod­ko­chi­wać w dru­giej z kolei. Jak gdyby czuł, że powi­nien zako­chać się w jed­nej z sióstr, tylko nie mógł się zde­cy­do­wać, w któ­rej. Lecz i Nata­lie, led­wie zaczęła bywać w towa­rzy­stwie, wyszła za mąż za dyplo­matę ze Lwowa. Kitty zaś była jesz­cze dziec­kiem, gdy Lewin ukoń­czył uni­wer­sy­tet. Kiedy młody Szczer­backi, który zacią­gnął się do mary­narki, uto­nął w Morzu Bał­tyc­kim, kon­takty Lewina ze Szczer­backimi, nie­za­leż­nie od jego przy­jaźni z Obłoń­skim, stały się rzad­sze. Jed­nak gdy po roku spę­dzo­nym na wsi na początku zimy przy­je­chał do Moskwy i zoba­czył się ze Szczer­backimi, uświa­do­mił sobie, w któ­rej z trójki sióstr było mu sądzone się zako­chać.

Wyda­wa­łoby się, że nie ma nic prost­szego, żeby on, czło­wiek dobrze uro­dzony, raczej bogaty niż biedny, mający trzy­dzie­ści dwa lata, oświad­czył się o rękę księż­niczki Szczer­bac­kiej. Wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa od razu byłby uznany za dobrą par­tię. Jed­nak był zako­chany i dla­tego wyda­wało mu się, że Kitty jest taką dosko­na­ło­ścią pod każ­dym wzglę­dem, istotą tak bar­dzo prze­wyż­sza­jącą wszystko, co ziem­skie, a on stwo­rze­niem tak ziem­skim i nik­czem­nym, że nie mógł nawet pomy­śleć, żeby inni i ona sama uznali, że jest jej godny.

Przez dwa mie­siące żył w Moskwie jakby w odu­rze­niu, pra­wie codzien­nie widu­jąc się z Kitty w domach, do któ­rych zaczął jeź­dzić, żeby ją zoba­czyć, i nagle uznał, że jego pra­gnie­nie nie może się ziścić i wyje­chał na wieś.

Prze­ko­na­nie Lewina o nie­re­al­no­ści jego marzeń brało się z myśli, że w oczach jej rodziny jest nie­ko­rzystną par­tią, nie­godną ślicz­nej Kitty, a i ona sama nie może go poko­chać. W oczach jej krew­nych nie miał żad­nego okre­ślo­nego zaję­cia i pozy­cji towa­rzy­skiej, pod­czas gdy jego kole­dzy obec­nie, gdy miał trzy­dzie­ści dwa lata, byli już puł­kow­ni­kami i fli­ge­la­diu­tan­tami, pro­fe­so­rami, sza­no­wa­nymi prze­wod­ni­czą­cymi, dyrek­to­rami banku i kolei lub jak Obłoń­ski pre­ze­sami insty­tu­cji. On zaś (dosko­nale wie­dział, jaki musiał wyda­wać się innym) był zie­mia­ni­nem zaj­mu­ją­cym się gospo­dar­stwem, hodowlą krów i polo­wa­niem na bekasy, to zna­czy nie­udol­nym chło­pa­kiem, który niczego nie osią­gnął, według przy­ję­tych opi­nii trud­nią­cym się tym, co robią ludzie do niczego nie­zdatni.

Tajem­ni­cza prze­śliczna Kitty nie mogła prze­cież kochać tak brzyd­kiego, za jakiego się uwa­żał, czło­wieka, a co naj­waż­niej­sze, czło­wieka tak pro­stego i prze­cięt­nego. Poza tym jego wcze­śniej­sze rela­cje z Kitty - sto­su­nek doro­słego do dziecka w wyniku przy­jaźni z jej bra­tem - wyda­wały mu się dodat­kowo nową prze­szkodą dla miło­ści. Brzyd­kiego, dobrego czło­wieka, za jakiego się uwa­żał, można, jak przy­pusz­czał, lubić jako przy­ja­ciela, lecz żeby być kocha­nym taką miło­ścią, jaką on darzył Kitty, trzeba być czło­wie­kiem pięk­nym, a co naj­waż­niej­sze - nie­prze­cięt­nym.

Zda­rzało mu się sły­szeć, że kobiety czę­sto kochają brzyd­kich, pro­stych męż­czyzn, lecz w to nie wie­rzył, ponie­waż sądził według sie­bie - sam mógł kochać tylko piękne, tajem­ni­cze i nie­prze­ciętne kobiety.

Jed­nak po spę­dze­niu dwóch mie­sięcy na wsi prze­ko­nał się, że tym razem nie był to jeden z tych pory­wów miło­snych, które prze­ży­wał we wcze­snej mło­do­ści, że to uczu­cie nie dawało mu spo­koju, że nie mógł żyć bez wyja­śnie­nia kwe­stii, czy ona będzie, czy nie będzie jego żoną, że jego zwąt­pie­nie brało się wyłącz­nie z jego wyobra­żeń i że nie ma żad­nych dowo­dów, iż spo­tka go odmowa. Dla­tego przy­je­chał do Moskwy z moc­nym posta­no­wie­niem, że się oświad­czy i ożeni, jeśli będzie przy­jęty. Lub... jed­nak nie mógł myśleć o tym, co z nim będzie, jeśli spo­tka go odmowa.

Rozdział VII

VII

Lewin przy­je­chał do Moskwy poran­nym pocią­giem i zatrzy­mał się u star­szego przy­rod­niego brata Kozny­szewa. Prze­brał się i wszedł do jego gabi­netu z myślą, że powie mu, po co przy­je­chał i poprosi o radę. Jed­nak brat nie był sam. Sie­dział u niego znany pro­fe­sor filo­zo­fii, spe­cjal­nie przy­były z Char­kowa, żeby wyja­śnić nie­po­ro­zu­mie­nie, jakie powstało mię­dzy nimi w bar­dzo waż­nej kwe­stii filo­zo­ficz­nej. Pro­fe­sor pro­wa­dził gorącą pole­mikę z mate­ria­li­stami, zaś Sier­giej Kozny­szew z zain­te­re­so­wa­niem śle­dził jej prze­bieg, a po prze­czy­ta­niu ostat­niego arty­kułu pro­fe­sora napi­sał do niego list z uwa­gami kry­tycz­nymi. Zarzu­cał pro­fe­sorowi zbyt wiel­kie ustęp­stwa wobec mate­ria­li­stów. Dla­tego pro­fe­sor natych­miast przy­je­chał, żeby się z nim poro­zu­mieć. Cho­dziło o modną kwe­stię: czy w dzia­łal­no­ści czło­wieka ist­nieje gra­nica mię­dzy zja­wi­skami psy­chicz­nymi i fizjo­lo­gicz­nymi, a jeśli tak, to gdzie prze­biega?

Sier­giej Iwa­no­wicz przy­wi­tał brata jed­na­ko­wym wobec wszyst­kich miło-chłod­nym uśmie­chem i przed­sta­wiw­szy go pro­fe­so­rowi, wró­cił do roz­mowy.

Maleńki żółty czło­wie­czek w oku­la­rach, z wąskim czo­łem, na chwilę ode­rwał się od roz­mowy, żeby się przy­wi­tać, po czym kon­ty­nu­ował swoją wypo­wiedź, nie zwra­ca­jąc uwagi na Lewina. Ten zaś usiadł w ocze­ki­wa­niu na wyj­ście pro­fe­sora, lecz wkrótce zain­te­re­so­wał się przed­mio­tem dys­ku­sji.

Lewin napo­ty­kał w cza­so­pi­smach arty­kuły, o któ­rych była mowa, czy­tał je z zain­te­re­so­wa­niem, gdyż roz­wi­jały znane mu z uni­wer­sy­tetu pod­stawy przy­ro­do­znaw­stwa, lecz ni­gdy nie odno­sił nauko­wych wnio­sków o pocho­dze­niu czło­wieka jako zwie­rzę­cia, o odru­chach, o bio­lo­gii i socjo­lo­gii do swo­ich pytań o zna­cze­nie życia i śmierci, które w ostat­nim cza­sie coraz czę­ściej przy­cho­dziły mu na myśl.

Przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie brata z pro­fe­so­rem, zauwa­żył, że koja­rzyli pro­blemy naukowe ze spra­wami intym­nymi, kilka razy pod­cho­dzili bli­sko do naj­waż­niej­szego, jak mu się wyda­wało, pro­blemu, lecz zaraz pospiesz­nie się odda­lali i znowu zagłę­biali w sferę sub­tel­nych podzia­łów, zastrze­żeń, cyta­tów, alu­zji i odwo­łań do auto­ry­te­tów, tak że z tru­dem rozu­miał, o czym mówią.

- Nie mogę się zgo­dzić - powie­dział Sier­giej Iwa­no­wicz ze zwy­kłą sobie jasno­ścią i wyra­zi­sto­ścią słowa oraz wykwint­no­ścią dyk­cji - w żad­nym razie nie mogę zgo­dzić się z Keithem, że całe moje poję­cie o świe­cie zewnętrz­nym wynika z wra­żeń. Naj­bar­dziej fun­da­men­tal­nego poję­cia bytu nie uzmy­sło­wi­łem sobie przez wra­że­nia, bowiem nie ma spe­cjal­nego narządu do prze­ka­zy­wa­nia tego poję­cia.

- Tak, lecz oni, i Wurst, i Knaust, i Pri­pa­sow, odpo­wie­dzą panu, że pań­ska świa­do­mość bytu wynika z sumy wszyst­kich wra­żeń, że ta świa­do­mość bytu jest wyni­kiem wra­żeń. Wurst nawet wprost mówi, że skoro nie ma wra­że­nia, to nie ma także i poję­cia bytu.

- Powiem, że wprost prze­ciw­nie - zaczął Sier­giej Iwa­no­wicz.

W tym momen­cie Lewi­nowi wydało się, że dys­ku­tanci, pod­cho­dząc do naj­waż­niej­szego, znowu się cofają, i zde­cy­do­wał się zadać pro­fe­so­rowi pyta­nie.

- To zna­czy, że jeśli moje zmy­sły zostaną uni­ce­stwione, jeśli moje ciało umrze, to żad­nego ist­nie­nia już nie może być?

Pro­fe­sor z iry­ta­cją, jakby wtrą­ce­nie się spra­wiło mu ból, obej­rzał się na dziw­nego pyta­ją­cego, podob­nego raczej do bur­łaka niż do filo­zofa, i prze­niósł spoj­rze­nie na Sier­gieja Iwa­no­wi­cza, jak gdyby pyta­jąc: cóż tu mówić? Jed­nak Kozny­szew, który nie mówił z takim zacię­ciem i jed­no­stron­no­ścią jak pro­fe­sor i miał głowę na tyle otwartą, żeby odpo­wia­dać pro­fe­sorowi, a zara­zem rozu­mieć ten pro­sty i natu­ralny punkt widze­nia, z któ­rego wyni­kało posta­wione pyta­nie, uśmiech­nął się i powie­dział:

- W tej kwe­stii nie mamy jesz­cze prawa się wypo­wia­dać...

- Nie mamy danych - potwier­dził pro­fe­sor i na nowo pod­jął swoje racje. - Nie - mówił - ja wska­zuję na to, że jeśli, jak wprost mówi Pri­pa­sow, dozna­nie opiera się na wra­że­niu, to musimy ści­śle roz­gra­ni­czyć te poję­cia.

Lewin już nie słu­chał i cze­kał, kiedy pro­fe­sor wyj­dzie.