Anka. LGBT. Część 3 - Ola Maj
16.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy mijają tablicę z nazwą miejscowości, Anka czuje ścisk w gardle, jakby wracając tutaj, przyznawała się do porażki. Tak to widzi i chyba tak właśnie jest. Kuba na pewno świetnie radzi sobie w Poznaniu, inni dobrze uczący się w liceum też, a tu... kto tu został? Niedojdy i dziewczyny, które jeszcze przed maturą zaszły w ciążę. I tych wszystkich będzie musiała teraz mijać. Codziennie. Co powie, kiedy zapytają? Oblałam studia? Wyrzucili mnie? Jestem bez grosza?
- O czym myślisz? - pyta Patrycja, która kątem oka zauważa jej grymas.
- Muszę jeszcze dzisiaj zadzwonić do DrewuxMadu.
- Od razu?
- Tak - odpowiada - Potrzebuję pieniędzy.
- Zaraz będziemy w domu, zadzwonisz na spokojnie.
Anka kiwa głową i modli się, żeby nie trafiła tutaj na Baśkę. Tą samą, która wrzuciła do sieci video zmontowane przez Moni. Jest pewna, że ta suka na pewno nigdzie nie wyjechała, bo i z czym? Ledwo zdawała z klasy do klasy. W tym samym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że ona miała z czym wyjechać i co? Jajco. Jest w tym syfie z powrotem. Drapie się po brodzie i nie potrafi zrozumieć, jak mogła do tego doprowadzić? Co za siara.
Chodorewicz parkuje pod domem, Anka wysiada i bierze z bagażnika walizkę. Oddycha ciężko, zupełnie jakby postawienie stopy w tym mieście było jakąś karą.
Wchodzą na korytarz, biologica chwilę szuka kluczy, a potem otwiera drzwi. Anka wsuwa się za nią do środka, zdejmuje buty i się rozgląda.
- Remont? - pyta, patrząc na zupełnie zmieniony przedpokój.
- Mhm. - Słyszy potwierdzenie.
- Pani... tfu, twój tato jest w domu?
- Nie ma.
- Mam iść do tego pokoju, co wcześniej? - dopytuje dla pewności.
- Tak, tak, rozgość się, ja skoczę do łazienki i zaraz nastawię herbatę.
Anka widzi, jak zamykają się za nią drzwi toalety, a potem ciągnie swoją walizkę w stronę pokoju. Nowy kolor ścian wpada lekko w błękitny, a lekko w szary. Zniknęły stare dekoracje, a na ścianach pojawiły się jakieś obrazki. Dziwne trochę, pełne kropek. Staje przed jednym z nich i zastanawia się, o co chodzi? Na podłodze lustrzanego pokoju leży ciemnowłosa kobieta w czerwonym kostiumie. Pod nią i wokół niej, dosłownie wszędzie, coś jak poduszki. Białe, nadziane czerwonymi kropkami. Wpatruje się w to coś przez chwilę i wydaje jej się, że jest w tym jakaś psychoza. Coś niespokojnego. Nakrapianych obrazów jest więcej. Odrywa wzrok, bo na to nie można długo patrzeć i wchodzi do pokoju, który zajmowała wcześniej.
- Uff - szepcze, widząc, że tutaj na szczęście nic się nie zmieniło.
Siada na brzegu łóżka i wyjmuje telefon. Szuka numeru do DrewuxMadu, a kiedy go znajduje, wybiera połączenie, ale trafia na pocztę głosową.
Z łazienki słychać spuszczanie wody, więc wstaje i idzie do kuchni. Byłoby chyba nieładnie, gdyby od razu zamknęła się w pokoju. Nie jest u siebie. Staje na progu kuchni i tu również widzi zmiany. Nowy ekspres do kawy, nowy blat, jakieś fantazyjne pojemniczki na przyprawy.
- Ledwo żyję - odzywa się Patrycja, która staje nagle za jej plecami. - Dobrze, że zdrzemnęłyśmy się na trasie.
- To może ja nastawię herbatę? - proponuje Anka.
- Już wskakujesz w rolę gosposi?
- Ba! Za darmo mieszkać nie będę. - odpowiada i sięga po elektryczny czajnik.
- Zawsze marzyła mi się służba - żartuje Patrycja, mrugając do niej okiem. - Kubki są w szafce nad tosterem, herbata też. - dodaje i siada na krześle.
Anka przekręca kurek w kranie, nalewa wody i włącza czajnik.
- Dużo tu się zmieniło - mówi, wyjmując kubki. - Co to za obrazy w przedpokoju? Te kropki?
- To Kusama. Podobają mi się. W ostatnim miesiącu zrobiłam remont.
- Kusama?
- Japonka, Yayoi Kusama. Podobno najdroższa malarka na świecie, nieco, hmm... szalona.
- To samo pomyślałam, patrząc na obrazy. To oryginały?
- Skąd! - Patrycja się śmieje. - Na oryginały nie byłoby mnie z nauczycielskiej pensji stać, nawet gdybym pracowała przez kilka wcieleń. Ładnie wydrukowane plakaty z sieci. Trzydzieści złotych sztuka.
- Nie mogłabym na nie długo patrzeć. - stwierdza Anka. - Dziwne są.
- To prawda, tak jak i ich twórczyni. - przyznaje kobieta - Ale jest w nich coś magicznego.
Czajnik pstryka i za chwilę Anka podaje na stół herbatę.
- Dzięki - Patrycja otula kubek dłońmi.
- Dzwoniłam do tartaku, ale na razie włącza się poczta. - Anka siada obok i bierze dwa łyki, ale napój jest zbyt gorący.
- Spokojnie, zdążysz. Tu raczej nie ma tłumu chętnych, którzy zabraliby ci tę robotę od ręki.
- Mam nadzieję.
- Niemniej, cieszę się, że od razu o tym myślisz. - dodaje jej dawna nauczycielka.
Anka wpatruje się w kubek, bo właściwie ona z niczego się teraz nie cieszy. Jedyny plus, jaki widzi, jest w tym, że ma gdzie mieszkać i ktoś zapłaci za jej jedzenie. Dramat.
- A kiedy wraca twój tato? - Zmienia temat, żeby nie wpaść w rozmowę o pracy, swoim własnym upadku i studiach.
Patrycja przez moment nie odpowiada.
- Nie wraca. - mówi wreszcie. - Zmarł dzień po Bożym Narodzeniu.
- Co? - Anka robi wielkie oczy. - Ale jak to?
- Miał wylew. Byłam wtedy na spacerze...
- O Boże.
- To już kilka miesięcy Aniu - Przerywa jej, jakby nie chciała o tym rozmawiać. - Zaczynam się przyzwyczajać do jego nieobecności.
- Bardzo mi przykro Patrycja, naprawdę...
- Dziękuję.
Chodorewicz wstaje i zerka do lodówki, a Anka zdaje sobie sprawę z tego, że o niczym nie wiedziała i robi jej się głupio. Ta kobieta pomagała jej, kiedy była w najgorszej sytuacji, niczego nie oczekiwała w zamian, ratowała dupę, a ona... hm, nawet raz nie zainteresowała się tym, co u niej. Patrzy na przedpokój i zaczyna rozumieć, skąd ten remont, skąd te psychodeliczne kropki. Czuje się, jak totalna egoistka. Mimowolnie wraca myślą do tamtego dnia, kiedy jej ojciec znalazł ją w parku i zaproponował herbatę. Czy ona mu wtedy w ogóle podziękowała?
Podnosi się z krzesła i patrzy, jak Patrycja kładzie na blacie plastikowy pojemnik z jakimś jedzeniem.
- Mam fasolkę po bretońsku, z przedwczoraj, zjesz? - pyta.
- Bardzo chętnie. - odpowiada jej, a potem, widząc, że kobieta przekłada zawartość opakowania do garnka, dodaje. - Nie... moment, chwila.
Patrycja podnosi na nią wzrok i marszczy brwi, nie rozumiejąc. Anka wykorzystuje moment jej zawahania, podchodzi bliżej i obejmuje ją ramionami, mocno do siebie przyciskając.
- Boże, naprawdę strasznie mi przykro. - mówi i czuje, jak kobieta się spina. - Bardzo lubiłam twojego tatę. Strasznie współczuję...
Przytula ją, ale Patrycja jest sztywna jak kołek, jakby była tym gestem kompletnie zaskoczona. Stoją tak przez chwilę, a Ance łzy podchodzą do oczu.
- Przepraszam - mówi cicho.
Patrycja wypuszcza wstrzymywane powietrze i trochę się rozluźnia.
- Dziękuję... Aniu - Kobieta cedzi słowa, a potem zgrabnie się od niej odsuwa. - Ja swoje wypłakałam, więc nie potrzebuję już pocieszenia, ale to bardzo miłe z twojej strony.
Chwyta rączkę garnka, wrzuca do niego resztę fasolki i zanosi na kuchenkę gazową.