Anioły. Życie po śmierci - Paddy McMahon

Reflow text when sidebars are open.
Jeśli istnieje coś, czego wszyscy możemy być pewni, to że umrzemy. Większość moich rówieśników, a skończyłem siedemdziesiąt sześć lat, już nie żyje.
Gdy miałem dwadzieścia kilka lat, wraz z czterema innymi osobami, tworzyliśmy paczkę przyjaciół. Należeliśmy do kółka teatralnego i przez wiele lat spotykaliśmy się co sobotę, a często także w ciągu tygodnia. Utrzymywaliśmy kontakt, choć stał się on sporadyczny, gdy nasze życie zdominowały obowiązki rodzinne. Cztery z tych osób już odeszły i, jeśli można tak to ująć, jestem ostatnim z naszego grona, który przetrwał. W niezbyt odległej przyszłości moja kolej nadejdzie nieubłaganie.
Wielu z moich przyjaciół i znajomych pożegnało się z życiem nagle, bez żadnych wyraźnych przyczyn zdrowotnych, podczas codziennych czynności. Pewien kolega zmarł, oglądając telewizję, inny w łóżku, kolejny podczas gry w golfa, a jeden z przyjaciół jedząc śniadanie. Mógłbym przytoczyć więcej podobnych przykładów. Część znanych mi osób straciła życie na skutek wypadków samochodowych; inne popełniły samobójstwo. Niektóre z tych śmierci były szokujące; innych można było się spodziewać po wielu miesiącach lub nawet latach choroby. Po części oczywistą przyczyną był podeszły wiek, tak jak to będzie w przypadku wielu z nas.
Pamiętam, jak w 1977 roku, tuż przed tym, zanim moje życie zmieniło się pod wieloma względami, co opisuję w niniejszej książce, patrzyłem na spoczywające w trumnie nieruchome i zimne ciało Tadgha Murraya, jednego z moich przyjaciół. Za życia był bardzo energicznym, elokwentnym mężczyzną, którego zainteresowanie teatrem wpłynęło na to, jak odnosił się do świata. W jego sposobie bycia oraz ubierania się nie było nic krzykliwego ani ostentacyjnego, a jednak potrafił barwnie opisywać nawet najbardziej banalne wydarzenia. Był miły i bardzo lubiany, rozchwytywany jako aktor oraz reżyser w kręgach teatrów amatorskich.
Kiedy odczuwając przytłaczające poczucie straty, zasmucony, stałem nad jego zwłokami, wydawało mi się zupełnie niezrozumiałe, że tego ożywienia już nie będzie. Z całą pewnością śmierć ciała nie mogła być końcem życia, które wywarło tak głęboki wpływ na wszystkich, którzy znali Tadgha.
Niecałe sześć miesięcy później zostałem wprowadzony w całkowicie nowy świat i aby go doświadczyć, nie musiałem opuszczać swojego ciała. Z powodu tego, co nastąpiło wówczas, nie boję się śmierci. Całkowicie zaakceptowałem ciągłość życia, ponieważ uzyskałem wyczerpujące informacje o tym, co dzieje się z odchodzącą duszą w bezpośrednim następstwie śmierci ciała, a także jak jej nastawienie wpływa na dalsze wydarzenia. Wielką pociechą i radością była dla mnie informacja, że każda odchodząca dusza może uzyskać pomoc w takim zakresie, w jakim jest gotowa na jej przyjęcie.
Lęk odgrywa główną rolę w życiu każdego z nas. Szczerze mówiąc, mało prawdopodobne, że istnieje lub kiedykolwiek istniał człowiek, który się nie bał. Lęk przybiera wiele form i na wiele sposobów kontroluje nasze życie. Czujemy strach przed nieznanym, potencjalnym zagrożeniem czającym się za rogiem. Obawiamy się, że ktoś uzna nas za głupich lub żałosnych, że wyśmieją nas, jak wyrazimy swoje zdanie. Boimy się kary zarówno doczesnej, jak i wiecznej, która nas spotka, jeśli nie spełnimy jakichś oczekiwań. Lękamy się, że nikt nas nie pokocha lub że nie będziemy potrafili kochać, a nawet, że nie będziemy umieli okazać miłości i doświadczyć szczęścia. Przeraża nas, że być może nie znajdziemy pracy, nie poradzimy sobie finansowo, stracimy kontrolę nad własnym ciałem lub umysłem wskutek starości czy wypadku. Obawiamy się przyszłości i tego, co stanie się z naszymi dziećmi, jeśli nie będzie nas przy nich po to, byśmy pomogli im wyrosnąć na osoby szczęśliwe i odnoszące sukcesy. Wymienione okoliczności to tylko wierzchołek góry lodowej. Nawet jeśli pominiemy strach przed śmiercią, codziennie życie pozostaje wyzwaniem dla człowieka i rodzi lęk. Do pewnego stopnia ów lęk góruje nad wszystkimi innymi obawami i być może jest podstawą, na której one się opierają.
Słowo "śmierć" implikuje koniec. Pomiędzy naszymi narodzinami a śmiercią kończą się różne dziedziny aktywności, na przykład następuje koniec związku, pracy, wyczerpuje się sprawność fizyczna lub umysłowa. Istnieją rozmaite rodzaje śmierci; choć nie są ostateczne jak śmierć ciała, mimo wszystko oznaczają definitywny koniec czegoś, co było żywotne i żywe.
Boimy się rozstania z życiem nie tylko dlatego, że podczas istnienia doświadczamy namiastek śmierci i w efekcie obawiamy się możliwości, że mogłoby stać się coś jeszcze gorszego. Lękamy się śmierci, ponieważ nie wiemy, co się z nami stanie.
A wszyscy jesteśmy ciekawi tego, co oznacza ostateczne pożegnanie się z życiem. Niektórzy uważają, że śmierć oznacza kres. Inni wierzą, że udajemy się gdzieś dalej, ale nie są zgodni co do tego dokąd. Tak czy inaczej nie jesteśmy pewni, co śmierć nam szykuje, a to budzi w nas głęboki lęk.
Niniejsza książka zawiera odpowiedzi nie tylko na pytanie, co się dzieje, gdy umieramy, lecz także na wiele innych pytań. Jej głównym celem jest pomóc ludziom przejść przez życie na ziemi z przekonaniem, że nasze istnienie zmierza ku całkowitej wolności ducha i że nie trzeba bać się śmierci. Mam nadzieję, że książka ta sprawi, że życie stanie się łatwiejsze, a także, co byłoby bardzo pożądane, uwolni nas od lęku.
Moje życie i sposób, w jaki funkcjonuję, zmieniły się całkowicie, gdy odkryłem, że wszyscy mamy aniołów stróżów, inaczej przewodników duchowych, którzy bez przeszkód i chętnie pomagają nam we wszystkich aspektach życia, o ile tylko tego zapragniemy. Niekiedy takimi przewodnikami są nasi zmarli bliscy; innym razem są to dusze o zaawansowanej świadomości, które chcą pomagać istotom z niższych poziomów. Wszyscy znają życie i związane z nim wyzwania, a zatem potrafią i mogą przeprowadzić nas przez pole minowe, jakim są potencjalne problemy, stanowiące nieodłączną część naszego istnienia.
Od wielu lat kontynuuję tę niezwykle ważną, przełomową podróż, podczas której nawiązałem aktywny kontakt z przewodnikami. W niniejszej książce dzielę się szczegółami tej podróży oraz radzę, w jaki sposób można pomóc innym nawiązać taki kontakt, jeśli go zapragną.
Myślę, że jednym z najwspanialszych przejawów życia jest to, iż każdy człowiek jest niepowtarzalny - robi coś po swojemu i ma własny pogląd na życie. Przewodnicy mogą nam pomagać i wspierać we wszystkim, co zdecydujemy się robić, niezależnie od tego, jak postanowimy to uczynić. W najmniejszym stopniu nie ograniczą oni naszej wolnej woli; przeciwnie, będą nas zachęcać i wspierać nas w tym, abyśmy znaleźli najlepszy sposób wyrażania i przejawiania siebie. Przewodnicy duchowi lub aniołowie stróże, jak czasem ich nazywamy, to nie magicy. Nie wierzą w to, że wszyscy ludzie potrzebują tego samego. Mogą nam pomagać na różne sposoby. Filozofia, którą stworzyłem i rozwinąłem w oparciu o indywidualne konsultacje, warsztaty, rozmowy i słowo pisane, zasadza się na wspieraniu innych, aby odnaleźli indywidualny sposób na życie i dzięki temu byli szczęśliwi.
Do napisania niniejszej książki zainspirowały mnie kontakty z duszą, która pełniła rolę mojego przewodnika duchowego, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy mniej więcej do czasu ukończenia czterdziestu lat. Inni przewodnicy wnieśli znaczący wkład w powstanie filozofii życia, jaka mi odpowiada. Przedstawiłem tę filozofię bardziej szczegółowo w niniejszej książce.
Jestem głęboko zaszczycony tym, że żyję wystarczająco długo, by móc podzielić się wiadomościami z tymi, których one zaciekawią, i żywię nadzieję, iż pomogą one czytelnikowi spojrzeć na tajemnicę życia i śmierci w radosny, w pełni pokrzepiający sposób.
Paddy McMahon
Rozdział 1
Lęk przed śmiercią towarzyszył mi właściwie nieustannie od czasu, gdy byłem dzieckiem, nastolatkiem czy młodzieńcem. Miejsce, w którym dorastałem, otaczała magiczna, mistyczna aura. Istnienie duchów i wróżek przyjmowało się za pewnik, a ścieżkami, które prowadziły do ich czarodziejskich fortów, nie wolno było chodzić ani nawet ich przekraczać. Nie przypominam sobie, aby ktoś mi o tym opowiedział; była to część folkloru tego miejsca. W dzieciństwie szczerze wierzyłem, że przekroczenie ścieżki lub spacer po forcie wróżek przyniesie pecha. Prawdę mówiąc, do czasu ukończenia dziesięciu czy jedenastu lat przy podejmowaniu decyzji brałem pod uwagę, czy przyniesie mi ona pecha, czy szczęście. Nawet jako młodzieniec nie uznawałem swoich przekonań za "nadnaturalne". Od wczesnych lat uważałem za oczywiste, że istnieją dwa światy - materialny i niematerialny. Łatwo więc było uwierzyć, że oprócz tego, co widzialne, może istnieć coś jeszcze.
Na wsi, gdzie się wychowałem, tradycyjnie snuło się opowieści. Pewien starzec - wówczas wydawało mi się, że jest stary, ale prawdopodobnie był o wiele młodszy niż ja obecnie - który mieszkał około ćwierć mili od mojego domu, dysponował niewyczerpanym zasobem gawęd. Spędziłem wiele wieczorów, słuchając go jak urzeczony. Znaczna ich część traktowała o duchach, a te wręcz mnie fascynowały, zwłaszcza że, aby wrócić do domu, musiałem iść ciemną dróżką, po obu stronach której znajdowały się zarośla. Byłem przekonany, że zza każdego krzaka może na mnie wyskoczyć duch, co jednak nie przeszkodziło mi wciąż wracać do starca, by posłuchać dalszych opowieści.
Religią mojego dzieciństwa był ortodoksyjny katolicyzm. Niebiosa przyzywały tych, którzy byli nieskalani i autentycznie dobrzy; czyściec czekał na tych z nas, którzy byli po trosze dobrzy i po trosze źli; piekło było dla tych, którzy popełnili choćby jeden grzech śmiertelny, i właśnie tam mieli płonąć w ogniu piekielnym przez całą wieczność. Ojciec zaprzestał praktyk religijnych, gdy miałem około sześciu lat, i bardzo się bałem, że skończy w piekle. Święcie wierzyłem, że jedynym sposobem, by uniknąć wiecznego potępienia, jest spowiedź przed księdzem, przedstawicielem Boga, oraz okazanie szczerej skruchy, co pozwoli zasłużyć na boskie wybaczenie. Odwracając się od religii, ojciec nie mógł oczyścić się z grzechów i zostać zbawiony. Prześladowały mnie myśli o tym i o jego prawdopodobnym losie.
W przeciwieństwie do ojca matka była niezwykle religijna, podobnie jak ja. Często zamartwiałem się tym, co dzieje się z ludźmi po śmierci, i bez wątpienia wzięło się to z troski o ojca.
Jeden element wychowania religijnego nie został skażony lękiem. W dzieciństwie aniołowie stróże byli dla mnie realni i w najtrudniejszych chwilach czułem, że są przy mnie, aby mnie wesprzeć. Nie wyobrażałem ich sobie, po prostu uznałem, że anioły to życzliwe istoty, które unoszą się w powietrzu i pomagają ludziom. Nie zastanawiałem się nad tym, czy kiedyś były ludźmi, istotami realnymi. Żywiłem niezachwiane przekonanie o ich życzliwej obecności i wierzyłem w to, że mogą prowadzić mnie przez życie, a także chronić mnie i moich bliskich. Co noc przed zaśnięciem prosiłem je, aby opiekowały się mną i moją rodziną. Zazwyczaj modliłem się tak: "Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż duszy, ciała mego i zaprowadź mnie do żywota wiecznego". Cowieczorne odmawianie tej modlitwy stało się dla mnie niemal rytuałem.
W 1952 roku dostałem posadę urzędnika państwowego w irlandzkiej administracji w Dublinie. W końcu roku wybrałem się do domu, do hrabstwa Clare, na święta Bożego Narodzenia, aby spędzić je z rodziną. Po świętach ojciec odprowadził mnie do autobusu, którym zamierzałem wrócić do Dublina. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłem przeżycia parapsychicznego. Choć na moje oko ojciec nie wyglądał na chorego, żegnając się z nim, poczułem pewność, że więcej nie ujrzę go żywego. Mało tego, byłem przekonany, że i on o tym wie. Postanowiłem, że napiszę do niego długi list, w którym wyrażę to, co zawsze chciałem mu powiedzieć, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Przede wszystkim, jak bardzo go kocham. Zanim zdążyłem się do tego zabrać, w lutym 1953 roku dostałem telefoniczną wiadomość, że ojciec zmarł po krótkiej chorobie.
Czuwałem przy jego zwłokach całą noc. Nie powodowały mną tradycyjne pobudki religijne, po prostu chciałem tak postąpić. Głęboko żałowałem, że jednak nie napisałem do niego listu. Siedząc przy ojcu, wspominałem, z jaką czułością odnosił się do nas, swoich dzieci, gdy byliśmy mali. Ogarnął mnie smutek niemal nie do zniesienia. Tej nocy inne osoby odwiedzały zmarłego, zostawały tylko na chwilę i wychodziły. Komentowały, że wygląda bardzo spokojnie, natomiast ja zastanawiałem się, gdzie jest i co się z nim dzieje. Wiedziałem, że nie wyraził skruchy, jaką zazwyczaj odczuwają ci, którzy leżą na łożu śmierci. Bolesna była dla mnie myśl, że nawet gdy czuwałem przy nim, jego dusza mogła doświadczać niewyobrażalnej kary piekielnego ognia. Żałowałem, że nie porozmawiałem z nim bardziej otwarcie, w szczególności okazując troskę o jego wieczne zbawienie, która przecież nieustannie mi towarzyszyła.
Odejście ojca wywarło na mnie ogromny wpływ i zapoczątkowało proces, który ostatecznie doprowadził do całkowitej przemiany mojej świadomości. Nie umiałem wyobrazić sobie wieczności. Raczej przeczuwałem, niż niezłomnie wierzyłem, że znowu zobaczę ojca, ale nie miałem pojęcia, jak mogłoby do tego dojść. Czułem się osamotniony i zagubiony, lecz nie traciłem nadziei, że spotkamy się znowu. To, czego doświadczamy w świecie materialnym, nie przygotowuje nas do ogarnięcia myślą pojęcia nieskończoności; jednakże nawet z moim ograniczonym rozumieniem tego pojęcia uznałem, że istnieje szansa. Ponieważ długość życia ludzkiego mogła być zaledwie ułamkiem sekundy w wieczności, czyny człowieka nie mogły być sprawiedliwie osądzone w kategoriach wieczności, bez względu na to, jak wielkie grzechy mógłby popełnić. Odszedłem od ortodoksyjnych zasad wiary, które wpajano mi w dzieciństwie, i postanowiłem, że już nie pozwolę, aby mój sposób myślenia był kontrolowany przez lęk, dogmaty lub instytucje zbudowane na fundamencie lęku.
Zmartwiony i niespokojny, przygnębiony odejściem ojca, wróciłem do Dublina. Życie ma to do siebie, że toczy się dalej, niezależnie od tego, jak głębokiej traumy doświadczamy. Tak też było ze mną. Nadal pracowałem w administracji publicznej, zaangażowałem się również w działalność teatru amatorskiego jako reżyser i także zacząłem pisać. Ożeniłem się, urodziło mi się dwoje dzieci, syn i córka. Pochłaniały mnie obowiązki rodzinne i domowe oraz rozwój zawodowy.
Wyrzuciłem z pamięci doświadczenie parapsychiczne, które poprzedziło śmierć ojca. Innym godnym uwagi tego typu przeżyciem był sen o tym, że koń o imieniu Never Say Die[1] zwycięży w angielskim derby. Wygrał. Niestety, nie miałem na tyle zaufania do snu, aby postawić na konia więcej niż kilka szylingów, i od tego czasu nie przydarzyły mi się prorocze sny (na co zasłużyłem brakiem zaufania). Później traktowałem ten sen jako rodzaj kosmicznego żartu, który zwiastował to, co miało mi się przytrafić w przyszłości.
Matka zmarła w 1974 roku, kiedy miałem czterdzieści lat. Była cudowną kobietą, która wspaniale radziła sobie z prowadzeniem domu także wówczas, gdy brakowało pieniędzy. Pogrążony w żałobie, ubolewałem nad tym, że życie matki nie było lżejsze, łatwiejsze. Nie musiałem się jednak martwić o jej los po śmierci, tak jak to było w przypadku ojca, którego odejście było katalizatorem zmian, jakie się we mnie dokonały. Na tym etapie porzuciłem oparte na lęku sztywne zasady i przekonania, wpojone mi w dzieciństwie. Byłem otwarty na nowe idee - na najbardziej instynktownym poziomie.
Pewnego dnia, w 1978 roku, kiedy miałem czterdzieści kilka lat, poszedłem do biblioteki publicznej w Dun Laoghaire, w hrabstwie Dublin, znajdującej się nieopodal miejsca, w którym wówczas mieszkałem. Uczęszczałem do niej w miarę regularnie, ale tamtego dnia zajrzałem do działu, w którym wcześniej nie przeglądałem książek. Nie szukałem niczego specjalnego, zazwyczaj bowiem wypożyczałem przede wszystkim beletrystykę, a okazjonalnie biografie. Rzuciła mi się w oczy książka zatytułowana A World Beyond pióra Ruth Montgomery, amerykańskiej dziennikarki. Patrząc wstecz, myślę, że ani w tytule, ani w okładce nie było niczego szczególnego, co przyciągnęłoby moją uwagę. W każdym razie wypożyczyłem tę książkę, a czytając ją, byłem zafascynowany przedstawionym w niej scenariuszem życia po śmierci. Ruth Montgomery otrzymywała przekazy od Arthura Forda, znanego medium amerykańskiego, aż do jego śmierci w 1971 roku, i w książce A World Beyond opisuje wszystko, czego się od niego nauczyła. Byłem jak porażony.
Tak się złożyło, że niedługo potem obejrzałem program telewizyjny, w którym ktoś opowiadał, że przewodnicy w postaci duchów nieustannie komunikują się z ludźmi. Kojące poczucie obecności aniołów stróżów, którego doświadczałem w dzieciństwie, a które później zniknęło, powróciło i wraz z przesłaniem zawartym w książce Ruth Montgomery sprawiło, że pojąłem, iż dzieje się coś ważnego.
Trudno mi opisać to, co nastąpiło później. Nagle w mojej głowie pojawiły się głosy, które nieustannie mówiły, a ja miałem świadomość, że nie należą do mnie. Nie rozprawiały o sensie życia ani o głębokich problemach filozoficznych; przypominało to raczej pogawędkę o zwykłych sprawach, jaką na co dzień prowadzą ludzie. Co, do licha, się działo? Głosy towarzyszyły mi rano, podczas pracy, gdy rozmawiałem z żoną Phyllis i kiedy bawiłem się z Brianem i Aisling, moimi dziećmi, oraz gdy kładłem się spać.
Głosy w mojej głowie? Zastanawiałem się czy jestem poczytalny. Niekiedy ogarniały mnie wątpliwości i lęki związane z przekonaniami wpajanymi mi w dzieciństwie. Czy możliwe, że wyobrażam sobie to wszystko? A może to szatan i jego świta złych duchów stroją sobie ze mnie żarty? Głosy nie były jednak złośliwe i nie budziły przerażenia. To, co mówiły, nie było nawet ważne ani godne zapamiętania. Zwróciły moją uwagę, ponieważ towarzyszyło mi głębokie przekonanie, że nie były moje. To były duchy opiekuńcze, inaczej aniołowie stróże, które komunikowały się ze mną. Nie widziałem ich, jedynie okazjonalnie przyjmowały postać świetlistych kształtów, ale słyszałem je równie wyraźnie jak ludzi.
Pod pewnym względami była to sytuacja, o której myśli się jak o cezurze, w kategoriach "przed" i "po". Wcześniej żyłem i pracowałem z dnia na dzień, w zwyczajnym rytmie. Po tym zdarzeniu na pozór robiłem to samo, ale mój wewnętrzny świat rozpadł się na kawałki.
Dlaczego to się działo? Czy nie byłoby dla mnie lepiej, gdybym pozostał taki jak dawniej?
A jednak nie chciałem wrócić do tego, co było - choć z dużym trudem radziłem sobie ze zwykłym funkcjonowaniem. Zapragnąłem wyjechać, by móc się nacieszyć tym, co mnie spotkało, a jednocześnie towarzyszyło mi przekonanie, że trzeba kontynuować wykonywanie codziennych obowiązków, związanych z rodziną i pracą. Tak się złożyło, że nikt nie zauważył niczego nietypowego w moim zachowaniu. Być może pomogło mi doświadczenie aktorskie. Nie chciałem rozmawiać o moich przeżyciach z nikim, nawet z rodziną.
Po kilku miesiącach zrozumiałem, że nie mogę dalej żyć tak, jakbym jednocześnie przebywał w wielu światach. Głosy zaczęły mnie zbytnio rozpraszać. Skoro przebywałem i działałem na ziemskiej planecie, to albo powinienem ją opuścić, albo stanąć na niej mocno nogami i zacząć jej w pełni doświadczać. Wówczas pojąłem, że rozwiązanie jest proste - mogłem poprosić moich opiekunów, żeby kierowali tym, co do mnie dociera, tak by dochodziło do tego za obopólną zgodą. Poprosiłem ich o to w myślach i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kontakt, który do tej pory płynął nieprzerwanym strumieniem, natychmiast ustał. Jak na ironię, byłem rozczarowany, ale przynajmniej mogłem lepiej funkcjonować w otaczającym mnie świecie.
Jak później się dowiedziałem, ta paplanina była rodzajem intensywnego kursu, dzięki któremu miałem przyswoić sobie, jak pogodzić kontakt z przewodnikami z codziennym życiem. Pokazywali mi oni, że porozumiewanie się z innymi jest czymś najzwyczajniejszym w świecie, i osiągnęli swój cel. Jeden z moich przewodników wyjaśnił mi, że kontakt zawsze będzie możliwy, ale zależeć będzie od tego, czy będę na niego gotowy.
Jak to wyglądało? Komunikowałem się, formułując myśli. Najlepiej opisać to jako rodzaj telepatii - porozumiewałem się z przewodnikami z pomocą umysłu, a oni korzystali z tego samego sposobu. Przypuszczam, że podobnie jest z modlitwą w myślach tuż przed zaśnięciem. Ludzie nie odmawiają jej na głos, ale mimo wszystko się komunikują.
O ile mi wiadomo, w latach siedemdziesiątych oraz na początku lat osiemdziesiątych klimat w Irlandii nie sprzyjał zjawiskom, które można by określić jako paranormalne. Z tej przyczyny, a może dlatego, że byłem bardzo wyczulony na to, aby nikt nie uznał, że jestem inny, dziwny czy też potrzebuję pomocy psychiatry, bardzo długo prowadziłem podwójne życie. Miałem sekretne wewnętrzne życie, dzielone z eterycznymi istotami, i udawało mi się godzić je ze zwyczajną egzystencją, dostosowując się do zasad społecznych. Ta skomplikowana sytuacja nie była dla mnie źródłem stresu, co więcej, sprawiała mi przyjemność.
Ludzie często pytają mnie, w jaki sposób stałem się świadomy daru, dzięki któremu zdołałem nawiązać łączność z innym światem. Nie myślałem o tym jak o wyjątkowej umiejętności. Prawdę mówiąc, wierzyłem i nadal mocno wierzę, że potrafi to każdy, kto nie odrzuca takiej możliwości. Próbowałem opisać ten rodzaj wewnętrznej rewolucji, która, jak się wydawało, zdarzyła się nagle. Zupełnie jakby w mózgu powstała dziura, przez którą zaczęły wpływać różne rzeczy. Być może to właśnie jest najlepsze porównanie; gdyby ludzie wiedzieli, czego doświadczam, mogliby pomyśleć, że z moją głową naprawdę coś jest nie w porządku.
Wieść się rozchodzi
Pewnego wieczoru odwiedziłem dom, w którym zebrało się niewielkie grono znajomych. Rozmowa zeszła na temat aury. Wówczas pomysł, że ludzi otacza aura, która przejawia się w postaci światła promieniującego wzdłuż konturów ciała, z pewnością nie był popularny wśród osób, z którymi miałem kontakt. Było to nieco ryzykowne przekonanie i prawdopodobnie dość kontrowersyjne. Od tego czasu istnienie aur zostało, jak sądzę, powszechnie zaakceptowane, a nawet udowodnione z pomocą specjalnej fotografii znanej jako fotografia kirlianowska. Nazwa pochodzi od nazwiska rosyjskiego technika, Siemiona D. Kirliana, który opracował ją w 1939 roku. Fotografia kirlianowska dotarła do USA dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku, a w Irlandii z pewnością została odkryta jeszcze później. Było to coś nowego i ktoś w naszym gronie zaproponował, żebyśmy spróbowali zobaczyć nawzajem swoje aury.
Prawdopodobnie aurę można najlepiej opisać jako pole energetyczne, które otacza nasze ciało, a właściwie jest przez nie emitowane. Wszyscy ją posiadamy, ale tamtego wieczoru pytanie brzmiało: czy potrafimy ją dostrzec? Uznaliśmy, że mamy największe szanse, by nam się to udało, jeśli każdy po kolei usiądzie na białym tle. Reszta miała się rozluźnić najbardziej, jak to tylko możliwe, i w skupieniu patrzeć na tę osobę i na otaczającą ją przestrzeń. Niektórzy ze znajomych szybko dostrzegli światło wokół osoby zajmującej miejsce na tle - białe lub kolorowe. Ja nie widziałem niczego, ale ni stąd, ni zowąd zacząłem odbierać różne myśli dotyczące tej osoby: o jej związku z partnerem, odczuciach dotyczących kariery zawodowej, o miejscu, w którym mieszkała. Powiedziałem o tym, a ta osoba odparła, że te uwagi nie tylko były trafne, ale i bardzo pomocne, jeśli chodzi o to, co aktualnie działo się w jej życiu.
Następnie inni uczestnicy spotkania poprosili mnie, abym i dla nich zrobił to samo, i efekty były podobne. Obecnie pamiętam jedynie, że znajomi okazali zaskoczenie i zainteresowanie - przypuszczam, że ja też bym tak zareagował. Wszystko to było bardzo dziwne.
Ponieważ nie chciałem, żeby zaczęto mnie uważać za guru, poprosiłem obecnych, aby nikomu nie mówili o tym, co się stało. Od chwili, gdy objawili mi się przewodnicy duchowi, za wszelką cenę starałem się unikać rozgłosu i tak jest po dziś dzień. To są prywatne rozmowy i choć zawsze z największą radością wykorzystuję otrzymane od nich informacje, aby pomóc ludziom, bardzo łatwo byłoby się stać nowoczesnym medium i stracić kontrolę nad własnym życiem. Celowo usiłowałem zapomnieć o wszystkim, co pojawiało się podczas indywidualnych sesji, na wypadek gdybym nieświadomie mógł ujawnić poufne informacje.
Powoli, lecz nieubłaganie mur, którym starałem się otoczyć sekretne życie, zaczął się kruszyć. Niekiedy, ku mojemu zażenowaniu, po kilku drinkach zbyt gorliwie pragnąłem podzielić się informacjami otrzymanymi od duchowych przewodników. W efekcie wieści zaczęły się rozchodzić i liczba osób, które prosiły mnie o spotkanie, gwałtownie rosła. Nadal pilnie uważałem, aby rozmowy i sesje nie kolidowały z życiem zawodowym, i w miejscu pracy nawet słówkiem nie wspomniałem o odkrytych możliwościach i umiejętnościach. Natomiast życie osobiste i towarzyskie zaczęło się toczyć nowym torem. Kontakt z osobami, które szukały sensu i ukierunkowania w życiu, był dla mnie potwierdzeniem. Musiałem zaakceptować, że otrzymywałem wskazówki od życzliwego źródła lub źródeł poza sobą, które brałem za przewodników.
To, że udzielałem porad ludziom, wprawiało mnie w konsternację. Nie uważałem się za nadzwyczajnie spostrzegawczego, a mimo to potrafiłem powiedzieć innym wiele o nich samych, o ich przeszłości, rodzinach, związkach, życiu zawodowym i talentach, słowem o tym, o czym sam, bez pomocy, nie mogłem wiedzieć. Wielu tych osób nie znałem, a informacje, które o nich otrzymywałem, były zdumiewająco szczegółowe i trafne. W tamtym czasie nadal nie byłem pewien, skąd to się brało. Rozpatrywałem wszystkie oczywiste wyjaśnienia, takie jak telepatia, podświadoma lub nieświadoma sugestia, jednak w moim przypadku nie były trafne. Gdybym miał zdolności paranormalne, to ujawniałyby się przez cały czas, a nie tylko wtedy, gdy ludzie przychodzili do mnie po wskazówki. Pilnowałem zasady, żeby bez zgody i prośby zainteresowanej osoby nie naruszać jej prywatności.
Problem polegał na tym, że wieści o moich umiejętnościach zaczęły się rozchodzić za szybko. Pełniłem wyższe stanowisko kierownicze w administracji publicznej, a moja działalność polegała między innymi na wdrażaniu ważnego programu reorganizacji, związanego z rejestracją nieruchomości. Lubiłem swoją pracę, dawała mi poczucie radości i spełnienia, ale była czasochłonna. W domu telefon dzwonił nieustannie, w dzień i w nocy, co oczywiście było bardzo kłopotliwe dla rodziny. Ludzie, którzy usłyszeli od innych, że mam kontakt z przewodnikami duchowymi, pilnie szukali porady. Starałem się jakoś radzić sobie z podwójnym życiem do chwili, gdy uzyskałem możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę w 1988 roku. To był dla mnie punkt przełomowy. Nadszedł czas, aby coś zmienić.
Rodzina poparła zamiar przejścia na emeryturę. Żona od dawna interesowała się zagadnieniem kontaktu z przewodnikami duchowymi. Myślę, że domownicy ucieszyli się, że już mogłem odbierać telefony, bo tym samym pozbywali się kłopotu. Naturalnie, mogłem częściej spełniać prośby osób, które chciały się ze mną spotkać. Po sesji ze mną opowiadały o jej efektach znajomym i w rezultacie odbierałem coraz więcej telefonów, przy czym ich liczba rosła lawinowo. Początkowo nie brałem pieniędzy za konsultację, ale po jakimś czasie poprosiłem o datki od tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić.
Podczas wielu lat miałem zaszczyt spotkać się osobiście z tysiącami ludzi. The Royal Dublin Society zaproponował mi wygłoszenie wykładu zatytułowanego Badając świadomość, który został tak dobrze przyjęty, że poproszono mnie o kolejny wykład. Potem zaczęły napływać następne zaproszenia. Nie przygotowywałem się do wykładów; mówiłem to, co podpowiadali mi przewodnicy duchowi. Niekiedy prosiłem publiczność o wykonanie prostego ćwiczenia, odpowiadałem na pytania i kończyłem medytacją. Z czasem zacząłem prowadzić warsztaty i wygłaszać wykłady w Irlandii, Anglii, Szwajcarii i w Ameryce.
W kolejnych latach napisałem jedenaście książek pod pseudonimem Patrick Francis, we współpracy z trojgiem przewodników duchowych, z którymi nawiązałem bliski kontakt. Pierwszy z nich to była zakonnica, Margaret Anna Cusack, siostra Franciszka Klara; drugim był Szabaka[2] - egipski faraon, od którego nazwę wzięła Stela Szabaki[3] znajdująca się obecnie w Muzeum Brytyjskim. Ten kamień został podarowany muzeum przez pierwszego lorda admiralicji, George'a Johna Spencera, hrabiego Spencer (przodka księżnej Diany), w 1805 roku i wprowadzony do rejestru muzeum 13 lipca tego samego roku. Początkowo zapisałem imię Szebaki przez "e" zamiast przez "a", ponieważ nic o nim nie wiedziałem, a informacja o Steli była dla mnie ogromną niespodzianką. Trzecim przewodnikiem był Jiddu Krishnamurti, znany indyjski filozof i nauczyciel. Założyłem własne wydawnictwo, ale nie starałem się o rozgłos ani też się nie reklamowałem. Wierzyłem, że książki przyciągną tych, którzy będą zainteresowani zawartymi w nich informacjami czy też dzięki nim skorzystają. Taka sytuacja mi odpowiadała i sprawdziła się w praktyce.
Jednym z elementów nowej działalności, który dawał mi największą satysfakcję i sprzyjał rozwojowi, były indywidualne sesje. W ich trakcie pojawiały się najrozmaitsze kwestie, takie jak różnego rodzaju lęki, kłopoty w związkach, problemy zawodowe, poszukiwanie sensu życia, depresja, brak pieniędzy, poczucie winy, przeszłe wcielenia, pragnienie kontaktu ze zmarłymi bliskimi, kontakt z przewodnikami duchowymi, dolegliwości zdrowotne, ciekawość, co dzieje się po śmierci ciała fizycznego, i wiele innych. Większość z tych kwestii wykraczała poza moje doświadczenie, dzięki czemu łatwiej przychodziło mi zachować neutralną postawę. Ludzie zwracali się do mnie z każdą możliwą sprawą, a podczas sesji była poruszana tematyka wykraczająca poza konkretny problem, który chciała rozwiązać dana osoba. W trakcie wspomnianych spotkań zarówno ja, jak i mój gość często byliśmy zdumieni dalszym rozwojem sytuacji.
Nadal byłem przeciwny naruszaniu cudzej prywatności, chyba że dana osoba była otwarta na to, co przewodnicy duchowi mieli jej do powiedzenia. O większości odwiedzających mnie osób nic nie wiedziałem i w pełni ufałem, że przewodnicy duchowi dadzą mi taki wgląd, jaki będzie leżał w najlepiej pojętym interesie moich gości.
Moje życie uległo przemianie, a dzięki temu przyczyniłem się do zmiany życia innych ludzi. Moja historia jednak na tym się nie kończy; w rzeczywistości był to zaledwie początek. Nadal poświęcałem dużo czasu na przekazywanie wskazówek, które otrzymywałem od przewodników duchowych. W dalszej części książki bardziej szczegółowo piszę o nich i o tym, jak zyskać kontakt z własnym przewodnikiem, jeśli się tego pragnie. Ponieważ książka traktuje przede wszystkim o tym, co dzieje się z ludźmi po śmierci, muszę najpierw przedstawić duszę, która zainspirowała mnie do napisania niniejszego tomu, a żyła na ziemi w latach 1829-1899 jako Margaret Anna Cusack.
1 Never Say Die (ang.) - Nie poddawaj się za wcześnie, gdy jeszcze istnieje szansa wygranej (przyp. tłum.).
2 Szabaka - władca starożytnego Egiptu z końca Trzeciego Okresu Przejściowego, zaliczany do XXV dynastii kuszyckiej, rezydujący najpierw w Tebach, następnie w Memfis (przyp. red.).
3 Stela Szabaki - bazaltowa stela, na której faraon rozkazał spisać zasady kosmogonii memfickiej (przyp. red.).