Anioł w kapeluszu - Monika Szwaja

Kup ebooka

29.99 zł
24.89 zł (24,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Anioł w kapeluszu

Je­den był gra­na­to­wy, z bia­łą wstąż­ką.

Dru­gi bia­ły, z bu­kie­ci­kiem ma­ków.

Trze­ci zie­lo­ny, z ru­dym pió­rem.

Strona Jaśminy

Śmierć pro­fe­so­ra Lu­do­mi­ra Ta­ran­ka za­chwy­ci­ła wszyst­kich obec­nych na do­rocz­nym Ba­lu Pro­fe­so­rów. Mo­że z wy­jąt­kiem kil­ku za­pie­kłych tech­no­kra­tów, po­zba­wio­nych pod­sta­wo­we­go wy­czu­cia ro­man­ty­zmu.

No i z wy­jąt­kiem żo­ny.

Bal był sza­le­nie ele­ganc­ki, jak zwy­kle. Kwa­drans po pół­no­cy pro­fe­so­ro­stwo Ta­ran­ko­stwo - a wła­ści­wie pro­fe­sor Ta­ra­nek i pro­fe­sor Ta­ran­ko­wa, każ­de bę­dą­ce zna­ko­mi­to­ścią w swo­jej dzie­dzi­nie - ogrom­ną więk­szo­ścią gło­sów zwy­cię­ży­li w ple­bi­scy­cie na Naj­pięk­niej­szą Pro­fe­sor­ską Pa­rę Kar­na­wa­łu. Rze­czy­wi­ście, wy­glą­da­li wspa­nia­le - on z tą swo­ją słyn­ną grzy­wą si­wych wło­sów, we fra­ku, ona w po­pie­la­tych je­dwa­biach, z de­li­kat­nie per­ło­wą ró­żą przy de­kol­cie (nie­zbyt wy­bit­nym, na­wia­sem mó­wiąc, ale cóż: jesz­cze dzie­sięć lat te­mu mia­ła lep­szy). Obo­je wy­so­cy, uro­dzi­wi, choć nie­mło­dzi, po pro­stu lu­dzie z nie­prze­cięt­ną kla­są.

Dwa­dzie­ścia mi­nut po pół­no­cy or­kie­stra za­gra­ła sta­ry prze­bój ze­spo­łu Man­hat­tan Trans­fer - "Chan­son d'amo­ur". Lu­do­mir Ta­ra­nek skło­nił się dwor­nie przed wła­sną żo­ną Ja­śmi­ną, wziął ją - cza­ru­ją­co uśmiech­nię­tą - w ob­ję­cia i obo­je ru­szy­li w ta­niec, wzbu­dza­jąc ogól­ny za­chwyt i rów­nie ogól­ną za­zdrość.

Trzy­na­ście se­kund póź­niej pro­fe­sor bez żad­ne­go ostrze­że­nia upadł na par­kiet, omal nie po­cią­ga­jąc za so­bą prze­ra­żo­nej part­ner­ki. Na­tych­miast pod­bie­gli doń licz­nie obec­ni na ba­lu pro­fe­so­ro­wie róż­nych dzie­dzin me­dy­cy­ny - tyl­ko po to, że­by stwier­dzić zgon. Ktoś oto­czył przy­ja­znym ra­mie­niem oszo­ło­mio­ną pa­nią Ja­śmi­nę i od­pro­wa­dził ją do sto­li­ka, ktoś in­ny pró­bow­zał re­ani­ma­cji, jesz­cze ktoś za­dzwo­nił po ka­ret­kę. Nie­ste­ty, przy­by­ły le­karz mógł tyl­ko kon­ty­nu­ować dzia­ła­nia po­zor­ne, a tak na­praw­dę po­zo­sta­ło mu wy­pi­sa­nie sto­sow­ne­go kwi­tu.

Bal się skoń­czył.

Ne­kro­lo­gi we wszyst­kich ga­ze­tach by­ły im­po­nu­ją­ce. Pre­zy­dent i pre­mier wy­ra­zi­li głę­bo­ki żal. Śro­do­wi­sko na­uko­we nie ską­pi­ło su­per­la­ty­wów. Tu cie­ka­wost­ka: jak naj­bar­dziej szcze­rych. Pro­fe­sor Ta­ra­nek był nie tyl­ko wy­bit­nym uczo­nym, jed­nym z nie­wie­lu w świe­cie tak zna­ko­mi­tych spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nie za­awan­so­wa­nej to­po­lo­gii kom­bi­na­to­rycz­nej. Był też czło­wie­kiem uro­czym, nie­na­wi­dzą­cym kon­flik­tów i ni­g­dy, prze­nig­dy nie­da­ją­cym się w nie wcią­gać. Jak mu się to uda­wa­ło, nie wia­do­mo. Tak czy ina­czej, u stu­den­tów od lat miał wie­le mó­wią­ce prze­zwi­sko "Ar­cha­nioł". Był z nie­go bar­dzo za­do­wo­lo­ny, bo­wiem lu­bił swo­ich stu­den­tów i cie­szył się, że oni go ko­cha­ją.

I tak do nie­bie­skie­go chó­ru ar­cha­niel­skie­go do­łą­czył Ar­cha­nioł Lu­do­mir, na zie­mi zaś po­zo­sta­ła oszo­ło­mio­na i przy­bi­ta pa­ni Ja­śmi­na.

Strona Jonasza

Ta­to nie ra­dził so­bie z rur­ką. Par­skał, pry­chał, po­plu­wał, po czym nie­odmien­nie za­czy­nał się du­sić i wy­nu­rzał na po­wierzch­nię, co­raz bar­dziej wście­kły. Jo­na­szo­wi nur­ko­wa­nie szło bez po­rów­na­nia le­piej. Po­win­no to bu­dzić du­mę ro­dzi­ciel­ską, ale ta­to bar­dziej niż rze­czo­ną du­mę miał roz­wi­nię­tą mi­łość wła­sną. Wku­rza­ło go, że nie po­tra­fił do­rów­nać wła­sne­mu syn­ko­wi. Wku­rza­ły go śmiesz­ki i żar­ci­ki żo­ny i jej głu­piej psiap­sió­ły wy­ło­żo­nych na pły­wa­ku ka­ta­ma­ra­nu. Wku­rza­ły suk­ce­sy pły­wac­kie głu­pie­go mę­ża głu­piej psiap­sió­ły, wy­wi­ja­ją­ce­go w wo­dzie ko­zły dla po­ka­za­nia tro­skli­wie ho­do­wa­nej mu­sku­la­tu­ry (mu­sku­la­tu­ra ta­ty by­ła ta­ka so­bie). Jo­na­szo­wi by­ło ta­ty tro­chę szko­da i na­wet pró­bo­wał mu po­ka­zać, jak ujarz­mić rur­kę, ale nic z te­go nie wy­szło. Zra­nio­na am­bi­cja nie przyj­mu­je po­mo­cy. Ro­man Za­wadz­ki, rzut­ki przed­się­bior­ca i współ­wła­ści­ciel (z żo­ną) ro­sną­cej w si­łę agen­cji re­kla­mo­wej, wy­do­stał się na łód­kę, sa­piąc i chla­piąc.

- Jo­nasz, wy­łaź!

Jo­nasz sły­szał do­sko­na­le, ale uda­wał, że jest wprost prze­ciw­nie. Za­nur­ko­wał głę­biej.

- Jo­nasz, wy­łaź! Chris, wy­cią­gnij go, pro­szę!

Wła­ści­ciel ka­ta­ma­ra­nu i in­struk­tor nur­ko­wa­nia w jed­nej oso­bie nie dys­ku­to­wał z do­raź­nym chle­bo­daw­cą, pod­pły­nął do chłop­ca, stuk­nął go w ra­mię, a kie­dy ten się od­wró­cił, po­ka­zał mu pal­cem nie­bo. Zna­czy: Jo­nasz, wy­łaź. W oczach dzie­cia­ka zo­ba­czył ta­ki żal, że pra­wie, pra­wie był go­tów per­trak­to­wać w je­go imie­niu z oj­cem i obie­cać ja­kąś spe­cjal­ną opie­kę czy coś. Niech­by ma­ły na­cie­szył się szma­rag­do­wym mo­rzem i ra­fą z ca­łym bo­gac­twem pod­wod­ne­go ży­cia. Na tej swo­jej da­le­kiej pół­no­cy nie obej­rzy cze­goś ta­kie­go. Ale Chris miał jed­ną nie­pod­wa­żal­ną za­sa­dę, któ­ra zresz­tą gwa­ran­to­wa­ła mu spo­kój w pra­cy: nie dys­ku­to­wał z płat­ni­ka­mi i nie wy­bie­gał przed or­kie­strę. Uśmiech­nął się po­cie­sza­ją­co i po­mógł ma­łe­mu wy­do­stać się na po­kład.

- Ta­to­oo... - Jo­nasz pró­bo­wał ne­go­cja­cji, ale bez­sku­tecz­nie.

- Sy­nu, nie ma­rudź. Nie mo­gę cię zo­sta­wić w wo­dzie sa­me­go, bez opie­ki. Nic nie mów. Ja wiem, że jest Chris i jest pan Arek, ale to oj­ciec jest za cie­bie od­po­wie­dzial­ny. Czy­li ja.

Chris, in­te­li­gent­ny po­to­mek ka­ra­ib­skich Kre­oli, do­my­ślił się ar­gu­men­tów te­go ca­łe­go roz­ge­sty­ku­lo­wa­ne­go Ro­ma­na i z tru­dem po­wstrzy­mał coś po­mię­dzy wy­bu­chem szcze­re­go śmie­chu a prych­nię­ciem obu­rze­nia. Ten ma­ły ra­dził so­bie w wo­dzie do­sko­na­le i gdy­by przy­szło co do cze­go, to pew­nie on tasz­czył­by ta­tu­sia na su­che.

Nie je­go, Chri­sa, spra­wa.

Uśmie­chał się mi­le, ale tak na­praw­dę nie lu­bił po­dob­nych klien­tów. Dwa mał­żeń­stwa z dzieć­mi; wi­dać, że zro­bi­li nie­daw­no ja­kąś du­żą for­sę, któ­ra im za­szko­dzi­ła na mó­zgi. Oczy­wi­ście to, że przy­le­cie­li na Wy­spy Dzie­wi­cze po­pły­wać, po­nur­ko­wać (cha, cha!), po­opa­lać się i wy­na­ję­li w tym ce­lu je­go, Chri­sa, wraz z wy­god­nym ka­ta­ma­ra­nem, jest ze wszech miar słusz­ne i god­ne po­chwa­ły. Na­to­miast spo­sób, w ja­ki de­mon­stro­wa­li swo­ją wyż­szość, bia­ła­sy ża­ło­sne, był ra­czej obrzy­dli­wy. Na­wet dzie­się­cio­let­nia có­recz­ka tych dru­gich za­cho­wy­wa­ła się jak ma­ła księż­nicz­ka. Na szczę­ście naj­bar­dziej lu­bi­ła sie­dzieć w ka­bi­nie i wy­pa­pry­wać mat­czy­ne la­kie­ry do pa­znok­ci. Tyl­ko ten Jo­nas był nor­mal­niej­szy, po­za tym naj­le­piej z nich wszyst­kich mó­wił po an­giel­sku.

Chris po­sta­no­wił, że na po­cie­chę opo­wie ma­łe­mu o tych faj­nych ryb­kach, pą­klach i ukwia­łach, któ­re Jo­nas zdą­żył zo­ba­czyć. I po­da­ru­je chłop­cu wiel­ką musz­lę, na któ­rej da się za­trą­bić.

Strona Mirandy

- Mó­wię ci, Sa­szeń­ka, gdy­by nie ty, to ja nie wiem, czy ona w ogó­le by się z kim­kol­wiek kon­tak­to­wa­ła. Mar­twię się o nią.

- Ja też się mar­twię, Li­lu ko­cha­na. To nie jest na­sza daw­na po­god­na Mi­ran­da.

- Nie wiem, ja­ka ona by­ła wcze­śniej, bo ja ją prze­cież po­zna­łam już w nie­szczę­ściu. Przy­po­mi­nam ci, że mi ją przy­wio­złeś znie­nac­ka...

- Li­lu naj­droż­sza, a ko­mu mo­głem przy­wieźć dziew­czy­nę w nie­szczę­ściu? Zresz­tą to Ma­resz­ka nas wszyst­kich zwa­li­ła ci na gło­wę. I wie­dzia­ła, co ro­bi.

- No tak. Mo­ja gło­wa twar­da, od by­le cze­go się nie roz­le­ci. Sa­sza, a jej ko­le­dzy z ro­ku al­bo i nie z ro­ku? Ty znasz to ca­łe to­wa­rzy­stwo, nie?

- Naj­bar­dziej to ona by­ła zży­ta ze swo­im Sta­sin­kiem, ale wiesz, jak to się skoń­czy­ło...

- Bo­że, wiem. Ona mu nie prze­ba­czy­ła?

- Chy­ba nie. I jesz­cze mia­ła ta­ką ko­le­żan­kę sym­pa­tycz­ną, Go­nię, ale ta Go­nia pe­cho­wo tra­fi­ła oka­zję wy­jaz­du na rok do Sta­nów, o ile wiem, wciąż tam sie­dzi. Dłu­gi... a mo­że Du­ży. Też był ta­ki chło­pak, z Po­li­tech­ni­ki, ro­bi­li ra­zem tę swo­ją stu­denc­ką te­le­wi­zję. On był kom­ple­tem do Go­ni. Te­le­wi­zja im się tro­chę roz­le­cia­ła, ktoś tam jesz­cze pró­bo­wał ją ro­bić, ale to ich czwór­ka mia­ła do te­go naj­wię­cej ser­ca.

- Sa­szeń­ka, a jesz­cze mi coś po­wiedz. Tam by­ła ja­kaś upior­na ba­ba, wy­kła­dow­czy­ni, czy coś. Na­sza Mi­ran­da wciąż ją spo­ty­ka? Prze­cież to ona ją wcią­gnę­ła w to wszyst­ko...

- Nie­ste­ty, Li­lu, o ile wiem, ta oso­ba czu­je się świet­nie. I to jest o ty­le nie­do­brze, po­mi­ja­jąc wzglę­dy oczy­wi­ste, to zna­czy, że mo­że da­lej szko­dzić ma­ło świa­do­mym dziew­czy­nom...

- Sa­sza, na li­tość bo­ską, cze­mu mó­wisz ta­ki­mi dłu­gi­mi zda­nia­mi?!

- Że­by ci się po­chwa­lić, ko­cha­na przy­ja­ciół­ko, jak ład­nie opa­no­wa­łem wasz ję­zyk. Nasz ję­zyk. Ale mo­gę mó­wić pro­ściej.

- To mów, bo ja się gu­bię. Tyl­ko cza­sa­mi! Cze­kaj, to ty masz na­sze oby­wa­tel­stwo?

- Jak naj­bar­dziej.

- No to wy­ba­czam ci dłu­gie zda­nia, ale sta­raj się ogra­ni­czać. A co z tą ba­bą?

- Ba­ba, nie­ste­ty, wy­kła­da na uni­wer­ku i Mi­ran­da cho­dzi na jej za­ję­cia. A mo­że bę­dzie cho­dzić. To jej chy­ba nie ro­bi naj­le­piej.

- O mój Bo­że! Pew­nie, że nie ro­bi! Nie ma sił na ta­ką gan­gre­nę?

- Wy­glą­da na to, że nie ma, Li­lu.

Strona Jaśminy

Ogrom­ne, przed­wo­jen­ne miesz­ka­nie przy Lwow­skiej po śmier­ci Lu­do­mi­ra zro­bi­ło się po pro­stu nie do wy­trzy­ma­nia pu­ste. Wpraw­dzie wciąż miesz­ka­li z Ja­śmi­ną jej trzej do­ro­śli sy­no­wie, a tak­że le­ci­wa po­moc do­mo­wa, He­niu­sia Do­ja­dło, któ­ra słu­ży­ła jesz­cze u sta­rych pro­fe­so­ro­stwa Ta­ran­ków, ro­dzi­ców Lu­do­mi­ra, co chwi­la też po­ja­wia­li się go­ście, przy­ja­cie­le, dzien­ni­ka­rze, przy­ja­cie­le, dzien­ni­ka­rze, dzien­ni­ka­rze... ale nie by­ło te­go wła­ści­we­go czło­wie­ka, któ­ry jed­nym ge­stem zli­kwi­do­wał­by ca­ły zgiełk, po czym za­siadł­by w fo­te­lu ko­ło wy­ku­sza okien­ne­go i za­głę­bił się w lek­tu­rze, wpro­wa­dza­jąc do at­mos­fe­ry spo­kój i ro­dzin­ną po­go­dę.

Pro­fe­sor Lu­do­mir Ta­ra­nek był za ży­cia eks­per­tem od wpro­wa­dza­nia po­god­nej at­mos­fe­ry w do­mu i za­gro­dzie, jak na­zy­wał swo­ją ka­te­drę na uni­wer­sy­te­cie. "Słod­ki ze mnie czło­wiek" - ma­wiał tek­stem z Sien­kie­wi­cza i nie od­bie­gał, jak wie­my, od praw­dy. Sło­dycz tę, po­dob­nie jak ta­lent do na­uk ści­słych, odzie­dzi­czył po ro­dzi­cach, lu­dziach uczo­nych, któ­rzy dla od­mia­ny wy­kła­da­li na Po­li­tech­ni­ce War­szaw­skiej. Stąd zresz­tą mie­li owo gi­gan­tycz­ne, zwłasz­cza jak na po­przed­ni ustrój, miesz­ka­nie.

Ja­śmi­nę wy­pa­trzył Lu­do­mir pra­wie czter­dzie­ści lat te­mu w Ta­trach. Śmi­ga­ła po ska­łach jak mło­da ko­zi­ca, co mu za­im­po­no­wa­ło, bo sam, choć też śmi­gał, to jed­nak odro­bi­nę bał się wy­so­ko­ści. Miał też tro­chę kom­plek­sów, in­te­li­genc­kie dziec­ko - zu­peł­nie bez sen­su, bo ani uro­dy, ani krze­py, ani mó­zgu mu nie bra­ko­wa­ło. Kie­dy o pięć lat młod­sza stu­dent­ka psy­cho­lo­gii zwró­ci­ła uwa­gę na je­go nie­śmia­łe kom­ple­men­ty, uznał, że Pa­na Bo­ga za no­gi zła­pał, i czym prę­dzej jej się oświad­czył. Jesz­cze te­go sa­me­go la­ta. Uła­twie­niem by­ło to, że obo­je ko­czo­wa­li w schro­ni­sku na Ka­la­tów­kach, po­tem na Kon­dra­to­wej, a osta­tecz­nie w Pię­ciu Sta­wach. Tak im się zło­ży­ło, pra­wie cał­ko­wi­tym przy­pad­kiem - ich gru­py mia­ły od daw­na za­mó­wio­ne i Ka­la­tów­ki, i Kon­dra­to­wą, do­pie­ro po­tem Lu­do­mir odłą­czył się od swo­ich asy­sten­tów uni­wer­sy­tec­kich i po­dą­żył do Pię­ciu Sta­wów śla­dem psy­cho­lo­gów in spe.

W ja­kim tem­pie Lu­do­mir się oświad­czył, w ta­kim Ja­śmi­na go przy­ję­ła. Ni­g­dy żad­ne z nich te­go kro­ku nie po­ża­ło­wa­ło. Oczy­wi­ście, w obu ro­dzi­nach zro­bił się po­cząt­ko­wo pe­wien po­pło­szek, bo kto to wi­dział, że­by tak szyb­ko, a mo­że dziec­ko w dro­dze?! Nie w dro­dze? To po co tak szyb­ko... i tak da­lej. Po­pło­szek skoń­czył się jak no­żem uciął wraz z oso­bi­stym po­zna­niem oboj­ga mło­dych przez po­ten­cjal­nych te­ściów (w przy­pad­ku Lu­do­mi­ra już tyl­ko te­ścio­wą, nie­ste­ty). Mło­dzi się po­bra­li i za­czę­li na­wza­jem jesz­cze bar­dziej się uwiel­biać. Ja­kimś nie­sły­cha­nie rzad­ko spo­ty­ka­nym cu­dem wszyst­ko im się zga­dza­ło: od sek­su po­przez sze­ro­kie za­in­te­re­so­wa­nia aż do po­czu­cia hu­mo­ru.

Obo­je by­li nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ni i pa­sjo­no­wa­li się każ­de swo­ją ga­łę­zią wie­dzy. Rzecz oczy­wi­sta, że pol­skie pie­kieł­ko jak mo­gło, tak utrud­nia­ło im zro­bie­nie ka­rie­ry, ale oni par­li jak bu­rza, nie­spe­cjal­nie przej­mu­jąc się pie­kieł­kiem. Lu­do­mir dość szyb­ko zy­skał mię­dzy­na­ro­do­wy au­to­ry­tet ja­ko wy­bit­ny ma­te­ma­tyk. Ja­śmi­na z cza­sem sta­ła się zna­ko­mi­to­ścią ja­ko psy­cho­loż­ka kli­nicz­na i psy­cho­te­ra­peut­ka Pol­skie­go To­wa­rzy­stwa Psy­cho­lo­gicz­ne­go.

Obo­je za­wsze by­li ludź­mi otwar­ty­mi i nie mie­li nic prze­ciw­ko sze­rze­niu zdro­we­go roz­sąd­ku, a przy oka­zji po­pu­la­ry­za­cji (na­wet szcząt­ko­wej) swo­jej nie­ma­łej wie­dzy w me­diach, to­też me­dia ich uwiel­bia­ły. Oni zaś w ra­diu, te­le­wi­zji i wszel­kich pi­smach sta­ra­li się prze­bić przez dzien­ni­kar­ską igno­ran­cję, aby od­bior­com co nie­co w gło­wach po­zo­sta­ło. Tak, tak, mie­li wiel­ki au­to­ry­tet nie tyl­ko w swo­ich na­uko­wych śro­do­wi­skach, ale i w spo­łe­czeń­stwie. Ich słod­ką ta­jem­ni­cą by­ła ca­ły­mi la­ta­mi przez naj­młod­sze­go sy­na pro­wa­dzo­na ta­bel­ka po­rów­naw­cza - co ja­kiś czas przy ko­la­cji ro­dzi­na, za­ry­ku­jąc się ze śmie­chu, pod­li­cza­ła, kto ostat­nio do­stał wię­cej tek­stu na ła­mach i mi­nut w stu­dio. Wy­gra­ny miał obo­wią­zek przy­go­to­wać uro­czy­stą ro­dzin­ną ko­la­cję.

W pię­ciu du­żych po­ko­jach ze służ­bów­ką, ob­szer­ną kuch­nią i ła­zien­ką jak nie­wiel­ka pły­wal­nia miesz­ka­ła po­cząt­ko­wo spo­ra fa­mi­lia. Dziad­ko­wie Ta­ran­ko­wie z nie­od­łącz­ną He­niu­sią, Lu­do­mir, Ja­śmi­na i trzech Bu­dry­sów: Ku­ba, Ma­ciek i Krzyś. Cór­ki Ta­ran­kom młod­szym na­tu­ra po­ską­pi­ła. Choć dzia­dek ma­ru­dził, że strrrr­rasz­nie chce mieć wnucz­kę... i że nie­słusz­nie oraz grzesz­nie jest po­prze­sta­wać na mi­zer­nej trój­ce po­tom­stwa. I kto to mó­wił, oj­ciec je­dy­na­ka!

Dziad­ko­wie zmar­li w od­stę­pie ro­ku pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Wier­na He­niu­sia za­mie­rza­ła pójść w śla­dy uko­cha­nych pań­stwa, tyl­ko na szczę­ście nie wie­dzia­ła, jak się do te­go za­brać. Po ja­kimś cza­sie da­ła się uko­ić, bo i młod­szych pań­stwa, i chłop­ców ko­cha­ła ca­łym swym le­ci­wym ser­cem. Nie mo­gło być ina­czej - na­sta­ła do ro­dzi­ny jesz­cze w po­cząt­ku woj­ny ja­ko sie­dem­na­sto­let­nia wrze­śnio­wa sie­ro­ta. Kie­dy za­czę­li ro­dzić się syn­ko­wie, sta­ła się dla nich trze­cią bab­cią.

Bab­cia nu­mer dwa, ze stro­ny Ja­śmi­ny, ist­nia­ła tak­że, jak naj­bar­dziej, i miesz­ka­ła w Szcze­ci­nie. Ja­śmi­na by­ła ro­do­wi­tą szcze­ci­nian­ką prze­flan­co­wa­ną na grunt war­szaw­ski, i to nie do koń­ca. Czę­sto wpa­da­ła na tu­tej­szą Aka­de­mię Me­dycz­ną a to z wy­kła­da­mi, a to z ja­kimś se­mi­na­rium. A kie­dy za­czę­to mó­wić po­waż­nie o otwar­ciu no­we­go uni­wer­sy­te­tu, na­mó­wi­ła Lu­do­mi­ra, że­by za­an­ga­żo­wał się w je­go or­ga­ni­za­cję, a po­tem an­ga­żo­wał się da­lej. Lu­do­mir ni­cze­go jej ni­g­dy nie od­ma­wiał, a zresz­tą lu­bił no­we wy­zwa­nia. Skoń­czy­ło się na tym, że obo­je fru­wa­li mię­dzy War­sza­wą a Szcze­ci­nem, pró­bu­jąc tak ukła­dać gra­fi­ki, że­by wy­pa­da­ło im syn­chro­nicz­nie.

Bab­cia Ju­lian­na Fi­lasz­ko­wa, czy­li ba­bul­ka Jul­ka, w skró­cie Bul­ka, by­ła pio­nier­ką i żo­ną pio­nie­ra Szcze­ci­na - nie­zu­peł­nie z wła­snej wo­li. Chęt­nie po­zo­sta­ła­by wiej­ską na­uczy­ciel­ką na swo­jej da­le­kiej Lu­belsz­czyź­nie, ale sze­ro­kie skrzy­dła Ak­cji W za­gar­nę­ły jej ro­dzi­nę i wy­mio­tły na Zie­mie Od­zy­ska­ne. "My­śmy tu nie przy­szli, my­śmy tu wró­ci­li" - gło­si­ły dum­ne ha­sła. Obo­je pań­stwo Fi­lasz­ko­wie nie mie­li co do te­go prze­ko­na­nia. Szcze­cin w tam­tych la­tach nie był mia­stem ani przy­ja­znym, ani bez­piecz­nym. A już w dziel­ni­cach ta­kich jak nad­rzecz­na cał­kiem ła­two moż­na by­ło do­stać w łeb - od ukry­wa­ją­ce­go się Niem­ca z We­hr­wol­fu, od sza­brow­ni­ka, a wresz­cie od przy­pad­ko­we­go ło­bu­za. Jed­nak wła­śnie tu za­miesz­kał Kon­stan­ty Fi­la­szek z żo­ną, ro­dzi­ca­mi żo­ny i wła­sną mat­ką (oj­ciec zgi­nął w par­ty­zant­ce). Przy­czy­na by­ła pro­sta: miesz­ka­nie. Wła­ści­wie dom. Co lep­sze wil­le na Po­god­nie by­ły już wów­czas za­ję­te przez bar­dziej pio­nier­skich pio­nie­rów. Pod­czas gdy ko­bie­ty wraz z mar­ny­mi okru­cha­mi do­byt­ku prze­cze­ki­wa­ły w ja­kiejś szko­le, gdzie zor­ga­ni­zo­wa­no pro­wi­zo­rycz­ną sie­dzi­bę dla "re­pa­trian­tów" (to chy­ba by­ła ja­kaś li­cen­tia po­eti­ca), Kon­stan­ty wraz z te­ściem w dwa dni prze­bie­gli ca­łe mia­sto w po­szu­ki­wa­niu miej­sca na no­we ży­cie. Ja­kimś cu­dem zna­leź­li dom nie­ru­szo­ny przez alianc­kie bom­by i pra­wie nie­tknię­ty przez sza­brow­ni­ków - to dru­gie chy­ba dla­te­go, że był nie­mal cał­ko­wi­cie ukry­ty w gę­stych za­ro­ślach czar­ne­go bzu, li­la­ka i ja­śmi­nu. A to pierw­sze wy­łącz­nie zrzą­dze­niem lo­su, do­oko­ła bo­wiem stra­szy­ły je­dy­nie ru­iny in­nych do­mów, zbu­rzo­nych po fun­da­men­ty. Kon­stan­ty zo­sta­wił te­ścia z "pa­miąt­ko­wą" pa­ra­bel­ką na stra­ży, a sam po­pę­dził, aby przy­wieźć ko­bie­ty.

Wszyst­kie trzy na wi­dok no­we­go gniaz­da dla ro­dzi­ny zgod­nie za­la­ły się łza­mi. Co to w ogó­le jest, cha­łu­pa na wy­so­kiej skar­pie, za­ro­śnię­ta chasz­cza­mi, gdzie jej do go­spo­dar­stwa na pięk­nej rów­ni­nie, jak tu bę­dzie moż­na ży­wio­łę cho­wać, jak upra­wiać tę stro­mi­znę?

- Nie becz­cie, ba­by - po­wie­dział su­ro­wo Kon­stan­ty, któ­ry spła­kał się rze­tel­nie, opusz­cza­jąc swo­ją wieś, i wi­docz­nie łzy mu się skoń­czy­ły. - Mia­sto jest, chleb bę­dzie­my w skle­pie ku­po­wać. Miej­sce na ogród prze­cież ma­my, ka­wa­łek rów­ne­go cał­kiem du­ży, tyl­ko z oj­cem wy­kar­czu­je­my te chę­chy. Po­sa­dzi­cie i kar­to­fle, i ka­pu­stę, i co bę­dzie­cie chcia­ły. A te­raz chodź­cie, coś wam po­ka­żę.

Wpro­wa­dził je do do­mu. Cu­dów nie uświad­czy­li, ja­cyś sza­brow­ni­cy tu dzia­ła­li, ale praw­do­po­dob­nie szyb­ko ucie­kli, bo zo­sta­wi­li pięk­ne, sty­lo­we me­ble, za­bie­ra­jąc tyl­ko rze­czy ma­łe. Co nie zna­czy ma­ło waż­ne. W wy­cią­gnię­tej szu­fla­dzie wiel­kie­go kre­den­su z czar­ne­go dę­bu nie by­ło ani jed­nej ły­żecz­ki, ani jed­ne­go wi­del­ca. Za­pew­ne zro­bio­no je ze sre­bra, więc sta­no­wi­ły cen­ny łup. Po­zo­stał cał­kiem ład­ny fa­jans w nie­bie­skie wzor­ki i tro­chę pięk­nej por­ce­la­ny. Na ścia­nie ciem­nia­ły śla­dy po kil­ku nie­wiel­kich ob­raz­kach ("Pew­nie Le­onar­da" - prych­nął Kon­stan­ty). W dwóch miej­scach - w ko­ry­ta­rzu i ła­zien­ce - roz­ku­to ścia­nę. Schow­ki zia­ły pust­ką. Mo­że to zresz­tą daw­ni wła­ści­cie­le zdą­ży­li po­za­bie­rać, co naj­cen­niej­sze?

- Już wam le­piej?

Ko­bie­ty spoj­rza­ły po so­bie, siąp­nę­ły zgod­nie no­sa­mi i od­rze­kły, że ow­szem. Le­piej. Da się tu żyć.

- To chodź­cie na gór­kę, po­ka­żę wam coś.

Wy­bu­ja­łe bzy i ja­śmi­ny nie zdą­ży­ły jesz­cze się­gnąć man­sar­do­wych okien pierw­sze­go pię­tra. Oczy ko­biet, przy­zwy­cza­jo­ne do roz­le­głe­go i pła­skie­go kra­jo­bra­zu ro­dzi­mych pól, zo­ba­czy­ły przede wszyst­kim mnó­stwo wo­dy. By­ła bli­żej i da­lej też by­ła. Obok błę­ki­tu wo­dy i nie­ba kró­lo­wa­ła zie­leń traw, z któ­rej wy­ra­sta­ły kę­py krza­ków i po­je­dyn­cze drze­wa. Wi­dać też by­ło tro­chę zruj­no­wa­nych do­mów i mu­ry ja­kiejś fa­bry­ki.

- To pa­pier­nia - wy­ja­śnił Kon­stan­ty. - Nie­miec­ka - do­dał nie­po­trzeb­nie. - Tu bli­żej jest rze­ka, a tam da­lej to chy­ba ja­kieś je­zio­ro.

- A nie mo­rze? - za­su­ge­ro­wa­ła nie­śmia­ło ma­ma Fi­lasz­ko­wa.

- Nie, ma­much­nu. Do mo­rza to jesz­cze ma­my sto ki­lo­me­trów. Ale my­ślę, że tę­dy stat­ki pły­ną do mo­rza. Po­patrz, tam są ja­kieś la­tar­nie.

W isto­cie, z okna wi­dać by­ło ozna­ko­wa­nie na­wi­ga­cyj­ne na to­rze wod­nym.

Ja­kiś czas póź­niej obaj pa­no­wie, Fi­la­szek i Dasz­ko, do­sko­na­le opa­no­wa­li taj­ni­ki te­goż ozna­ko­wa­nia, po­nie­waż skom­bi­no­waw­szy (wte­dy ra­czej się kom­bi­no­wa­ło, niż ku­po­wa­ło) sta­rą ry­bac­ką kry­pę, chęt­nie i czę­sto wy­pły­wa­li ze zna­le­zio­ny­mi we wła­snej piw­ni­cy węd­ka­mi po­lo­wać na wiel­kie lesz­cze, san­da­cze, a na­wet wę­go­rze. Do­trzy­ma­li też obiet­ni­cy i wy­kar­czo­wa­li więk­szość za­ro­śli, a ko­bie­ty po­sa­dzi­ły kar­to­fle (w tym na spe­cjal­nej grząd­ce kil­ka przy­wie­zio­nych z do­mu sa­dze­nia­ków), ka­pu­stę, mar­chew, pie­trusz­kę, se­le­ry, po­ry, po­mi­do­ry i ogór­ki, że nie wspo­mnę o ko­per­ku i ko­lo­ro­wych kwiat­kach, bez któ­rych nie ma ży­cia.

Jesz­cze póź­niej obaj męż­czyź­ni do­sta­li do­brą pra­cę, choć nie na ro­li, ale przy re­or­ga­ni­za­cji pa­pier­ni. Oj­ciec Dasz­ko ja­ko bry­ga­dzi­sta od re­mon­tów, a Kon­stan­ty zgo­ła w kie­row­nic­twie. Był prze­cież przed­wo­jen­nym in­ży­nie­rem - cóż, że rol­ni­kiem, po SGGW, ale ze spe­cjal­no­ścią me­cha­ni­za­cja rol­nic­twa. Tu ma­szy­ny i tu ma­szy­ny, stwier­dzo­no. Nie bez ra­cji - in­ży­nier Fi­la­szek dał ra­dę tak zna­ko­mi­cie, że nie­ba­wem za­czę­to go prze­zy­wać "in­ży­nie­rem Fi­lar­kiem". Że ni­by ta­ki z nie­go fi­lar od­bu­do­wy. Ju­lian­na wró­ci­ła do za­wo­du na­uczy­ciel­ki - w naj­bliż­szej szko­le pod­sta­wo­wej. Obie ma­my za­ję­ły się in­ten­syw­nie do­mem i ogro­dem - jed­no i dru­gie nie­ba­wem wy­pie­ści­ły do bla­sku. Wszy­scy ode­tchnę­li i za­czę­li pa­trzeć na ży­cie opty­mi­stycz­niej, cho­ciaż tę­sk­no­ta wciąż ich gry­zła.

- Już tam nie wró­ci­my, mo­je dzie­ci - mó­wi­ła ma­ma Dasz­ko­wa. - Nie ma co. Do­brze, chłop­cy, że­ście nie wy­cię­li tych wszyst­kich bzów i ja­śmi­nów, bo te ja­śmi­ny to zu­peł­nie pach­ną jak na­sze, w Ja­śmi­nów­ce... Ko­stuś... nie, ty nie bę­dziesz wie­dział ta­kich rze­czy. Ju­lecz­ko, a po­wiedz mi ty, jest ta­kie imię Ja­śmi­na? Bo jak­by­ście mie­li có­recz­kę...

Strona Jonasza

- Ra­ny bo­skie, co tu się dzie­je?! Czy wy­ście kom­plet­nie po­wa­rio­wa­li?

An­dże­li­ka Za­wadz­ka wpa­dła do po­ko­ju swe­go syn­ka i za­sta­ła sce­nę ro­dza­jo­wą z ga­tun­ku "gry i za­ba­wy na­szych mi­lu­siń­skich". Na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie okna sie­dział kosz­mar­ny Ma­re­czek Ko­za (Ile ra­zy mó­wi­łam ci, Jo­na­szu, że­byś się nie ko­le­go­wał z tym pro­sta­kiem!), żuł gu­mę, za­śmie­wał się ser­decz­nie i ma­chał no­ga­mi, za każ­dym mach­nię­ciem po­więk­sza­jąc brud­ną pla­mę pod pa­ra­pe­tem. Jo­nasz z ca­łej si­ły dął w musz­lę, któ­rą do­stał od te­go idio­ty Chri­sa na Ka­ra­ibach. Musz­la wy­ła po­twor­nie, ale chy­ba jesz­cze gło­śniej i po­twor­niej wył ohyd­ny kun­del Ma­recz­ka Ko­zy, jak mu tam, bo­daj Dżar­dżar. Swo­ją dro­gą, skąd Ko­za wy­trza­snął te­go psa? Du­że czar­ne by­dlę z jed­ną ła­pą w ko­lo­rze brud­no­bia­łym... ze­ro ra­sy, ze­ro wy­szko­le­nia! Ale cze­go się moż­na spo­dzie­wać po wie­lo­dziet­nej ro­dzi­nie Ko­zów, tam się chy­ba już dzie­ci nie mo­gą do­li­czyć, to i ta­ka pa­sku­da im nie prze­szka­dza. Pa­to­lo­gia, cho­le­ra...

- Ci­sza!!!

Wy­cie musz­li uci­chło jak no­żem ciął. Wy­cie psa zwień­czy­ło me­lo­dyj­ne wi­bra­to pro­sto z gar­dzie­li. Wszy­scy tro­je spoj­rze­li na ma­mę Jo­na­sza. Da­ła­by so­bie pa­lec uciąć, że w oczach Ma­recz­ka by­ła zło­śli­wość, a w śle­piach je­go kun­dla - mor­der­stwo. Mo­że zresz­tą od­wrot­nie.

An­dże­li­ka, słyn­na z zim­nej krwi, ochło­nę­ła na­tych­miast i po­wró­ci­ła do swej zwy­czaj­nej wy­twor­no­ści.

- Jo­na­szu?

Jo­nasz, jesz­cze na fa­li in­ten­syw­nie prze­ży­tych wzru­szeń, z pro­mien­nym uśmie­chem na dzie­cię­cym ob­li­czu wy­cią­gnął w stro­nę mat­ki musz­lę.

- Ma­mu­siu, sły­sza­łaś, jak gra­łem? Sły­sza­łaś?

An­dże­li­ka wy­cią­gnę­ła rę­kę po musz­lę, ale Dżar­dżar wark­nął ostrze­gaw­czo, więc ją na­tych­miast cof­nę­ła.

- Trud­no by­ło nie sły­szeć. Dom się trząsł w po­sa­dach. Jo­na­szu, z to­bą po­roz­ma­wiam za chwil­kę, ale naj­pierw po­wiedz­cie mi, pro­szę, co tu ro­bi ten pies?

- Wy­je - mruk­nął praw­do­mów­nie Ma­re­czek Ko­za. - To ta musz­la. Ona go de­ner­wu­je.

- Je­steś bez­czel­ny, chłop­cze - za­wia­do­mi­ła go An­dże­li­ka, mo­du­lu­jąc głos si­nu­so­idal­nie jak nie­za­po­mnia­na i nie­by­wa­ła Ire­na Eichle­rów­na (swo­ją dro­gą, kto ją pa­mię­ta, tyl­ko ta­kie sta­re gro­py jak au­tor­ka tej po­wie­ści...). - Pro­szę na­tych­miast za­brać zwie­rzę i wyjść. I nie wra­cać do te­go do­mu. I ciesz się, że nie ka­żę two­im ro­dzi­com za­pła­cić za znisz­cze­nie ścia­ny.

Bez­czel­ny Ma­re­czek zaj­rzał pod pa­ra­pet.

- To się zmy­wa - po­wie­dział ra­do­śnie. - Pa­ni to chy­ba nie ma­lu­je w do­mu by­le ba­dziew­kiem. To akryl. Ja się na tym znam, bo ta­ta...

- Wyjdź i za­bierz psa - prze­rwa­ła mu wy­nio­śle An­dże­li­ka, któ­ra do­sko­na­le wie­dzia­ła, że star­szy Ko­za jest ma­la­rzem we­wnętrz­no-ze­wnętrz­nym, tyn­ka­rzem i ogól­nie zło­tą rącz­ką; ni­g­dy go jed­nak nie za­trud­nia­ła, bo ją brzy­dził każ­dy, za kim nie sta­ła po­waż­na fir­ma po­bie­ra­ją­ca sło­ne mar­że.

- Oj tam, oj tam - prych­nął aro­ganc­ko smar­kacz. - Jo­na, chodź na dwór.

Jo­nasz, do­świad­czo­ny ży­ciem, sie­dział jak mysz pod mio­tłą i bał się pi­snąć.

- Nie zro­zu­mia­łeś mnie, chłop­cze. - Ton An­dże­li­ki był lo­do­wa­ty jak An­tark­ty­da. - Ty wy­cho­dzisz. Pies wy­cho­dzi. Jo­nasz NIE wy­cho­dzi. DO WI­DZE­NIA.

W oczach Jo­na­sza by­ła wy­łącz­nie roz­pacz. Ma­re­czek jesz­cze coś burk­nął, ale nie do­cze­kaw­szy się re­ak­cji kum­pla, wzru­szył ra­mio­na­mi i klep­nął psa po kar­ku.

- Binks, ugryź ją!

An­dże­li­ka pod­sko­czy­ła i za­sło­ni­ła się krze­słem. Jo­nasz za­mknął oczy.

- Pa­ni się nie boi, on nie zna ta­kich słów. On tu na­wet nie na­si­ka, mógł­bym go pro­sić do ju­tra. Dżar­dżar, chodź, pies. Jo­na, niech Moc bę­dzie z to­bą.

W pew­nym wie­ku nie­mal każ­dy z nas wcho­dzi w fa­zę "Gwiezd­nych Wo­jen". Chłop­cy wła­śnie w niej prze­by­wa­li. Ma­re­czek miał taj­ne imię Lord Mar­kus. Jo­na brzmia­ło pra­wie jak Yoda. Mło­dy Ana­kin Sky­wal­ker był ich ido­lem. Sce­nę za­wo­dów ści­ga­czy ana­li­zo­wa­li z za­par­tym tchem, co chwi­la sto­pu­jąc wy­słu­żo­ne wi­deo Ko­zów. U Jo­na­sza, oczy­wi­ście, nie moż­na by­ło te­go ro­bić. An­dże­li­ka nie­na­wi­dzi­ła "Gwiezd­nych Wo­jen". Oraz wszyst­kich licz­nych gier wła­sne­go syn­ka i je­go ko­le­siów.

Za­cze­ka­ła te­raz w mil­cze­niu, aż Ko­za z psi­skiem (jak on wła­ści­wie się wa­bi, Dżar­dżar czy Binks? Zresz­tą nie­waż­ne, par­szy­wy kun­dys) do­szli do bram­ki. Jo­nasz przez ca­ły ten czas ob­le­wał się zim­nym po­tem. W koń­cu mat­ka zwró­ci­ła się do nie­go z pro­mien­nym uśmie­chem i ode­zwa­ła się ła­god­nie:

- Jo­na­szu, ko­cha­ny, ty­le ra­zy cię pro­si­łam, że­byś się nie za­da­wał z tym Ko­zą... I ten je­go brud­ny kun­del... A ty ich do do­mu spro­wa­dzasz. Te­raz bę­dę mu­sia­ła pro­sić spe­cjal­nie pa­nią Woj­tu­lo­wą, że­by przej­rza­ła twój po­kój, czy on tu pcheł nie na­zo­sta­wiał...

- Ma­mo, on nie ma pcheł...

- Skąd mo­żesz to wie­dzieć, ko­cha­nie?

- Bo my­śmy go ty­dzień te­mu ra­zem z Mar­kiem po­le­wa­li fron­tlaj­nem, to ta­ki spe­cjal­ny płyn na owa­dy. Wiesz, pchły. I że­by klesz­cza nie do­stał... A fron­tlajn dzia­ła trzy mie­sią­ce, więc...

An­dże­li­ka mach­nę­ła rę­ką.

- Fron­tlaj­nem, fron­tlaj­nem. Ale brud­ny jest. No i ścia­nę trze­ba bę­dzie umyć. Fak­tycz­nie, na tym to on się zna, ten Ko­za, far­ba jest zmy­wal­na...

Ogrom po­gar­dy w sto­sun­ku do przy­ja­cie­la wstrzą­snął Jo­na­szem.

- Nie tyl­ko na tym, ma­mu­siu, on się nie tyl­ko na tym zna! On ma naj­lep­szą śred­nią w kla­sie, on się na­praw­dę bar­dzo do­brze uczy i mnó­stwo umie, i wie...

An­dże­li­kę aż wy­pro­sto­wa­ło.

- Naj­lep­szy w kla­sie? Ko­za? A nie ty?!

- Ma­mu­siu, ja mam tyl­ko o pół punk­tu mniej, na­praw­dę... ja też je­stem naj­lep­szy...

An­dże­li­ka by­ła nie na żar­ty roz­wście­czo­na. Oczy­wi­ście nie po­ka­za­ła te­go po so­bie.

- Ko­cha­nie - po­wie­dzia­ła swo­im zmył­ko­wo ła­god­nym gło­sem. - Za­pa­mię­taj na za­wsze. Naj­lep­szy jest tyl­ko je­den. Tyl­ko je­den wy­gry­wa. I ja chcę... Zna­czy, my z ta­tu­siem chce­my, że­byś to ty był tym naj­lep­szym i tym wy­gra­nym. Naj­wyż­sze po­dium. Tyl­ko to nas in­te­re­su­je. Cie­bie też po­win­no. I słu­chaj, syn­ku. Chcę, że­byś za­czął się uczyć ro­syj­skie­go. An­giel­ski i hisz­pań­ski to waż­ne ję­zy­ki, ale coś czu­ję, że ro­syj­ski bę­dzie nie­ba­wem rów­nież bar­dzo po­trzeb­ny w biz­ne­sie. Te­raz chodź na obiad, pa­ni Woj­tu­lo­wa zro­bi­ła côte­let­te de vo­la­il­le, na­uczę cię, jak to jeść, że­by nie za­chla­pać ma­słem ubra­nia ani sto­łu. Po obie­dzie zro­bi­my no­wy gra­fik two­ich obo­wiąz­ków. A musz­lę mi daj. Nie na za­wsze, ona wciąż bę­dzie two­ja. Tyl­ko zde­po­nu­je­my ją do wi­tryn­ki, na gó­rę. Że­by cię nie ku­si­ło.

Strona Mirandy

Mi­ran­da Wie­sio­łek mó­wi­ła ostat­nio tyl­ko ty­le, ile już ab­so­lut­nie mu­sia­ła. Tro­chę mu­sia­ła, bo prze­cież by­ła stu­dent­ką po­lo­ni­sty­ki, więc co ja­kiś czas zda­wa­ła eg­za­mi­ny, od­po­wia­da­ła na py­ta­nia (prze­waż­nie bez­błęd­nie), wy­gła­sza­ła re­fe­ra­ty. Roz­ma­wia­ła też z pa­nią Li­lą, eme­ry­to­wa­ną fry­zjer­ką i pe­ru­kar­ką te­atral­ną o wy­bu­ja­łej fan­ta­zji i szcze­ro­zło­tym ser­cu, u któ­rej to pa­ni Li­li ką­tem miesz­ka­ła. I z pa­nią Ró­żą, przy­ja­ciół­ką Li­li, dla od­mia­ny usil­nie czy­nią­cą wra­że­nie puł­kow­ni­ka dra­go­nów. I z ich wspól­ny­mi, dość ge­ria­trycz­ny­mi, ale mi­ły­mi, przy­ja­ciół­mi. I w koń­cu z Sa­szą Wi­no­gra­do­wem, wy­kła­dow­cą ro­syj­skie­go i bar­dem z bo­żej ła­ski, któ­ry mia­no­wał się jej przy­szy­wa­nym star­szym bra­tem. Cza­sem wy­pa­da­ło je­chać do praw­dzi­wej ro­dzi­ny, do Ka­mie­nia Po­mor­skie­go, wciąż jed­nak mia­ła wra­że­nie, że ro­dzi­na przy­szy­wa­na ko­cha ją bar­dziej niż ta wła­ści­wa. Z wy­jąt­kiem nie­peł­no­spraw­ne­go umy­sło­wo bra­ta Wie­sia, któ­ry ją kon­se­kwent­nie ubó­stwiał. Ale na Wie­siu nie moż­na by­ło się oprzeć.

Ja­kimś cu­dem uda­ło jej się przed ro­dzi­ca­mi, sio­strą Do­ro­tą i Wie­siem uchro­nić ta­jem­ni­cę swo­jej przy­go­dy... wo­la­ła TO na­zy­wać przy­go­dą niż, jak Li­la i Sa­sza, nie­szczę­ściem. Nie ob­wi­nia­ła ni­ko­go, a już zwłasz­cza sie­bie sa­mej, za to, co ją spo­tka­ło. Po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, że je­śli ktoś ob­se­syj­nie chce mieć dzie­ci, to mo­że po­su­nąć się do róż­nych nie­ty­po­wych dzia­łań. Roz­grze­sza­ła więc Ani­tę Gra­bi­szyń­ską. Roz­grze­sza­ła też sie­bie, bo wy­na­ję­ła brzuch na cią­żę w szcze­rym prze­ko­na­niu, że jest to w mia­rę pro­sta trans­ak­cja, któ­ra za­pew­ni jej nie­zbęd­ne do ży­cia pie­nią­dze (oj­ciec nie za­mie­rzał jej za­pew­niać ni­cze­go, sko­ro uło­ży­ła so­bie ży­cie nie po je­go my­śli). O ko­bie­cie, któ­ra ją do te­go na­mó­wi­ła, nie chcia­ła my­śleć - od­su­wa­nie się od lu­dzi pod­łych by­ło jed­ną z jej me­tod na ży­cie.

A że sta­ło się, jak się sta­ło... że po­ko­cha­ła dziec­ko, któ­re uro­dzi­ła, na­ro­bi­ła głupstw, ucie­kła ze szpi­ta­la, ukry­wa­ła się przed zle­ce­nio­daw­ca­mi... Osta­tecz­nie wszyst­ko skoń­czy­ło się szczę­śli­wie.

Dla wszyst­kich oprócz niej.

Po­cząt­ko­wo co ja­kiś czas dzwo­ni­ła do niej ele­ganc­ka te­ścio­wa tam­tej mat­ki, że­by nadać krót­ki ser­wis z ży­cia ma­łe­go Ali­ka. Mi­ran­da w koń­cu po­dzię­ko­wa­ła i po­pro­si­ła, że­by te­go za­prze­sta­ła. Mo­że jej się wy­da­wa­ło, ale chy­ba usły­sza­ła w słu­chaw­ce krót­ki szloch star­szej da­my. To ją wzru­szy­ło - więc jest jesz­cze jed­na oso­ba, któ­ra jej współ­czu­je.

Mnó­stwo osób jej współ­czu­ło i po­ma­ga­ło. To na­praw­dę krze­pią­ce.

Krze­pią­ce jak cho­le­ra.

Tyl­ko że po ty­lu mie­sią­cach każ­da myśl o fa­ce­ci­ku w be­cie, o je­go śmiesz­nych łap­kach, bło­gich mi­nach, kie­dy spał al­bo się najadł, po­pi­ski­wa­niu przez sen, ma­łych, chy­trych oczkach i locz­ku na czub­ku ły­se­go łeb­ka - każ­da myśl o nim spra­wia­ła, że Mi­ran­dzie pę­ka­ło ser­ce.

Strona Jaśminy

Ja­śmin­ka Fi­lasz­ków­na uro­dzi­ła się, kie­dy Szcze­cin w więk­szej czę­ści jesz­cze le­żał w gru­zach, a je­go miesz­kań­cy tar­ga­ni by­li nie­pew­no­ścią, czy mia­sto nie zo­sta­nie Pol­sce ode­bra­ne. Te­re­nem jej dzie­cię­cych za­baw sta­ły się za­ro­śla po­ra­sta­ją­ce skar­pę, na któ­rej stał ro­dzin­ny dom, pięk­nie wy­re­mon­to­wa­ny przez oj­ca i dziad­ka. Ma­ma i bab­cie nie lu­bi­ły, kie­dy wy­cho­dzi­ła po­za wła­sny ogród, ba­ły się, że mo­gła­by, nie daj Bo­że, tra­fić na je­den z tych okrop­nych wo­jen­nych nie­wy­pa­łów, któ­rych spo­ro jesz­cze wciąż znaj­do­wa­no. Ale ona, w do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie kil­kor­ga dzie­ci z są­siedz­twa, z za­pa­łem i nie­ustra­sze­nie eks­plo­ro­wa­ła chasz­cze i ru­iny. Kie­dy by­ła ma­ła, przy­no­si­ła wio­sną do do­mu bu­kie­ci­ki fioł­ków i kon­wa­lii ro­sną­cych we­wnątrz fun­da­men­tów umar­łych do­mostw, la­tem tasz­czy­ła na­rę­cza ja­błek z na wpół zdzi­cza­łych ja­bło­ni oraz po­je­dyn­cze dzi­kie ró­że i chry­zan­te­my. Kie­dy nie­co pod­ro­sła, wzo­rem swo­ich ko­leż­ków za­czę­ła ma­rzyć o ta­aaakim nie­wy­pa­le... Ju­lian­na do­sta­wa­ła pal­pi­ta­cji na sa­mą myśl o tym, aż w koń­cu Kon­stan­ty nie wy­trzy­mał i spra­wił có­ru­ni pierw­sze i ostat­nie w jej ży­ciu la­nie. Po­parł je dłu­gim, eks­pre­syj­nym, ale i me­ry­to­rycz­nym ka­za­niem, któ­re wresz­cie do niej tra­fi­ło... Po­my­śla­ła wte­dy, że mie­li du­żo szczę­ścia, kie­dy im nie wy­bu­chły w rę­kach te dwa gra­na­ty, któ­re zna­leź­li w ru­inach i wrzu­ci­li do Od­ry. Ale ry­by pły­wa­ły po­tem do gó­ry brzu­cha­mi i mi­li­cja przy­je­cha­ła, cho­ciaż tyl­ko je­den gra­nat przy ze­tknię­ciu z wo­dą eks­plo­do­wał i lu­dzie na­ro­bi­li ra­ba­nu.

Ja­śmin­ka ro­sła, czas le­ciał, umar­ła ze sta­ro­ści bab­cia Fi­lasz­ko­wa i dru­ga bab­cia, i dzia­dek, a po­tem zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ta­to Ko­stek do­stał bia­łacz­ki i też umarł. Ja­śmi­na by­ła wte­dy na pierw­szym ro­ku psy­cho­lo­gii w Kra­ko­wie. Chcia­ła od ra­zu wra­cać do Szcze­ci­na i zo­stać z mat­ką, ale Ju­lian­na nie zgo­dzi­ła się na to. Wy­na­ję­ła pół do­mu we­so­łym stu­den­tom, odro­bi­nę tyl­ko mniej po­my­sło­wym od Ma­le­skie­go i Pat­kie­wi­cza (Ju­lian­na uwiel­bia­ła "Lal­kę"), za to uczyn­nym, skłon­nym od­mia­tać śnieg w zi­mie i ciąć krze­wy wiel­kim se­ka­to­rem w le­cie. Jed­ne­go z nich Ju­lian­na tak po­lu­bi­ła, że chęt­nie wi­dzia­ła­by go mę­żem Ja­śmin­ki, cóż kie­dy Ja­śmin­ka tra­fi­ła na te­go ja­kie­goś ma­gi­ster­ka od ma­te­ma­ty­ki...

Ten ja­kiś ma­gi­ste­rek za­wi­tał nie­ba­wem w do­mu "na Skol­wi­nie" - tak na­zy­wa­ła się dziel­ni­ca i ta­ką gra­ma­ty­kę w niej sto­so­wa­no - i z punk­tu pod­bił ser­ce swo­jej przy­szłej te­ścio­wej.

- Ja­śmin­ko - po­wie­dzia­ła do cór­ki w trze­cim dniu wi­zy­ty zię­cia in spe. - Ja ci mó­wię, że ten twój Lu­bo­mił...

- Lu­do­mir, ma­mu­siu.

- Niech mu bę­dzie, jak chce. W każ­dym ra­zie je­mu do­brze z oczu pa­trzy, mą­dry jest na pew­no i na mój nos ko­cha cię jak wa­riat. Nie wiem, co ty do nie­go czu­jesz, ale je­że­li też go ko­chasz, to go łap jak naj­szyb­ciej, bo ci go ja­kaś mał­pa od­bi­je i bę­dzie stra­ta na ca­łe ży­cie.

- Nie­do­cze­ka­nie - wark­nę­ła bo­jo­wo cór­ka. - Ma­mo, ja go też ko­cham jak wa­riat­ka i prę­dzej wy­pry­sków do­sta­nę na czo­le niż od­dam ja­kiej­kol­wiek mał­pie!

- O, to do­brze, ko­cha­ne dziec­ko - ode­tchnę­ła mat­ka. - Ka­mień mi z ser­ca spadł, bo z wa­mi, no­wo­cze­sny­mi dziew­czę­ta­mi, ni­g­dy nic nie wia­do­mo. To już ci wy­ba­czę mo­je­go Ro­ber­ci­ka...

- Ja­kie­go zno­wu... ach, te­go two­je­go stu­den­ta-lo­ka­to­ra! Ma­mu­niu, prze­cież on mnie wca­le nie chciał!

- A ty skąd wiesz? - za­py­ta­ła me­lan­cho­lij­nie Ju­lian­na. - Py­ta­łaś go?

- Nie żar­tuj. On daw­no ma na­rze­czo­ną, tyl­ko ty nie je­steś w kur­sie. O mat­ko, czy ty mu coś na­po­my­ka­łaś?...

- Za co ty mnie masz? Tak so­bie tyl­ko ma­rzy­łam po ci­chut­ku. Wiesz, że mat­ka za­wsze chce dla swo­je­go dziec­ka wszyst­kie­go co naj­lep­sze...

- Naj­lep­szy jest Lu­dek!

- No tak, te­raz wiem, ale wte­dy nie wie­dzia­łam. Ła­ska bo­ska, że wy­szło jak wy­szło!

Obie ko­bie­ty rzu­ci­ły się so­bie w ob­ję­cia i wy­ści­ska­ły, przy czym star­sza do­dat­ko­wo po­pła­ka­ła się so­lid­nie mat­czy­ny­mi łza­mi.

Ta­kie i in­ne mo­men­ty przy­po­mi­na­ła so­bie te­raz Ja­śmi­na, sie­dząc w je­go ulu­bio­nym fo­te­lu przy okien­nym wy­ku­szu, pa­trząc na nie­bo i go­łę­bie. Nie chcia­ła my­śleć. Nie chcia­ła roz­pa­mię­ty­wać.

To się jed­nak sa­mo ro­bi­ło.

Strona Jonasza

- No nie mów, czło­wie­ku, nie mów! Mia­łeś awan­tu­rę, że nie je­steś pierw­szy w kla­sie? O te głu­pie pół punk­tu? Ja nie wie­rzę. No, ja nie wie­rzę. Słu­chaj, jak chcesz, to ja so­bie ob­ni­żę, łap­nę ja­kąś pa­łę i bę­dzie do­brze. Chcesz? Jo­na, chcesz?

Jo­nasz po­czuł się wzru­szo­ny tą ko­le­żeń­ską go­to­wo­ścią do po­świę­ceń, ale po­krę­cił gło­wą.

- Coś ty, bę­dziesz so­bie ob­ni­żał. Nie wy­głu­piaj się. Mo­ja ma­ma ni­g­dy nie bę­dzie za­do­wo­lo­na.

- No tak, two­ja ma­ma jest per­cef­cjo... per­cep­cjo... per-fek-cjo-nist­ką. Wszyst­ko mu­si mieć per-fek-cyj­ne. Ja bym nie wy­trzy­mał.

Jo­nasz tyl­ko wes­tchnął i po­dra­pał Dżar­dżar Bink­sa mię­dzy wy­dat­ny­mi usza­mi, za co kun­del po­li­zał go po rę­ce. Sie­dzie­li na obu­do­wie pia­skow­ni­cy pod blo­kiem Ma­recz­ka. Gdy­by ma­ma to wi­dzia­ła, to­by by­ła zła.

Ma­re­czek wier­cił się okrop­nie i wi­dać by­ło, że nur­tu­je go ja­kiś pro­blem.

- Jo­na, słu­chaj, ja cię prze­pra­szam, ale mnie to strasz­nie cie­ka­wi... Dla­cze­go oni ci da­li ta­kie imię?

- Bo mo­ja ma­ma lu­bi­ła Jo­na­sza Ku­twę. Al­bo ja­koś tak. To ja­kiś ktoś z jej mło­do­ści. A cze­mu py­tasz?

- A bo ta­ta mi opo­wia­dał wczo­raj o pro­ro­ku Jo­na­szu... sły­sza­łeś o pro­ro­ku Jo­na­szu?

- Nie, a co to za je­den?

- Do­kład­nie nie za­pa­mię­ta­łem szcze­gó­łów, ale wie­lo­ryb go ze­żarł.

- No prze­stań, Mar­kus, wie­lo­ry­by nie je­dzą lu­dzi. Mo­że re­kin?

- Wie­lo­ryb. Mo­że w tam­tych cza­sach one by­ły dra­pież­ne. Ale to nie wszyst­ko.

Ma­re­czek tro­chę się jak­by za­wa­hał.

- Cze­kaj, Mar­kus, tak go ze­żarł i co, nic?

- Nie, on się ura­to­wał - od­po­wie­dział w roz­tar­gnie­niu Ma­re­czek. - Nie pa­mię­tam jak, bo da­wa­li "Czte­rech pan­cer­nych" i tro­chę słu­cha­łem ta­ty, a tro­chę nie. Nie wiem, czy nie prze­mia­nu­ję Dżar­dża­ra na Sza­ri­ka... Ale słu­chaj, bo jest jesz­cze coś. "Jo­nasz" się mó­wi na ko­goś, kto przy­no­si pe­cha, wiesz?

- Nie wiem.

- No. A tak jest. Jak na przy­kład na stat­ku ktoś był jo­na­szem i przez nie­go nie by­ło wia­tru, bo to ża­glow­ce by­ły, to go wy­rzu­ca­li za bur­tę i po her­ba­cie. I za­raz wia­ło, i sta­tek szedł do przo­du.

- Chcesz mnie wy­rzu­cić za bur­tę? - spy­tał Jo­nasz z nie­ja­ką go­ry­czą.

Ma­re­czek aż pod­sko­czył z obu­rze­nia.

- Co ty, głu­pi je­steś, czy co? Moc cię opu­ści­ła - po­pra­wił się. - Ja my­śla­łem tyl­ko, że mo­że to imię przy­no­si ci pe­cha. Ro­zu­miesz? Bo moż­na iść do urzę­du sta­nu cy­wil­ne­go, py­ta­łem ta­tę i on mi po­wie­dział, że moż­na iść i zmie­nić na­zwi­sko al­bo imię! To niech oni ci zmie­nią imię!

Strona Mirandy

- Czy ty już u nas kie­dy by­łeś, chłop­cze?

By­stre oczka star­szej da­my prze­świ­dro­wa­ły na wy­lot ro­słe­go mło­dzień­ca z pa­czusz­ką w wiel­kich ła­pach.

- Co tam masz, bom­bę? - do­py­ta­ła, za­nim zdą­żył jej od­po­wie­dzieć.

- Ciast­ka - od­parł mło­dzian za­sko­czo­ny. - Nie, nie by­łem. Ja do Mi­ru­si. Zna­czy do Mi­ran­dy.

- Ależ ty du­ży je­steś - skon­sta­to­wa­ła da­ma, z uzna­niem pa­trząc w gó­rę.

- Pa­ni mnie zna? - zdzi­wił się.

- Ja cie­bie? No skąd? Mi­ran­dy nie ma, ale za­raz bę­dzie. Po­szła po ka­pu­stę do wa­rzyw­nia­ka. Na mo­ją proś­bę. Za­pla­no­wa­łam go­łąb­ki, więc ka­pu­sta... sam ro­zu­miesz. Za­cze­kasz?

- Je­że­li mnie pa­ni wpu­ści...

- Ach, oczy­wi­ście, że wpusz­czę. Pro­szę, wejdź. Naj­le­piej do kuch­ni. I po­czę­stuj mnie ciast­kiem, słod­kie po mnie cho­dzi. A ja ci się zre­wan­żu­ję ka­wą. Pi­jesz ka­wę?

- Tyl­ko w cza­sie se­sji - oświad­czył rze­czo­wo du­ży mło­dzian, wcho­dząc do miesz­ka­nia. - Pomp­ka mi sia­da. Ser­ce. Śmiesz­ne, co? W mo­im wie­ku! Mógł­bym do­stać her­bat­ki? Pro­szę. To te ciast­ka. Pa­ni z ni­mi coś zro­bi?

Pa­ni Li­la wy­ję­ła z kre­den­su pa­te­rę w kwiat­ki i roz­pa­ko­wa­ła pa­czusz­kę, po czym skrzy­wi­ła się lek­ko.

- Na dru­gi raz tam nie ku­puj. Wci­snę­li ci wczo­raj­sze. Co naj­mniej. Ale da­dzą się zjeść. Mó­wi­łeś, że jak się na­zy­wasz?

- Du­ży. To zna­czy, na­zy­wam się Świa­to­pełk Ma­rzec, ksy­wę mam Du­ży. Cia­stek mi... te­go... nie wci­snę­li wczo­raj­szych. Ja je wczo­raj ku­po­wa­łem.

Pa­ni Li­la za­śmia­ła się i po­krę­ci­ła gło­wą.

- Męż­czyź­ni! Ty­po­we! No do­brze, nie bę­dę ci ro­bi­ła wy­kła­du na te­mat świe­że­go pie­czy­wa. Wiesz, chy­ba mi się ja­koś ko­ja­rzysz. Sły­sza­łam o to­bie i to nie­daw­no. Wy­ście ro­bi­li tę ca­łą te­le­wi­zję mie­dzy­uczel­nia­ną. Sa­sza mi o to­bie mó­wił. Je­steś za­przy­jaź­nio­ny z Mi­ran­dą.

- Jak naj­bar­dziej.

Pa­ni Li­la jak­by lek­ko spo­chmur­nia­ła, nie wia­do­mo czy z po­wo­du wła­snych my­śli, czy na sku­tek spró­bo­wa­nia wczo­raj­sze­go pty­sia. Du­ży po­ki­wał gło­wą nad ma­ło re­pre­zen­ta­cyj­ną tar­to­let­ką z owo­ca­mi i bi­tą śmie­ta­ną.

- Wiem, o czym pa­ni te­raz po­my­śla­ła - po­wie­dział, wą­cha­jąc wi­del­czyk. - Ona tyl­ko po­de­schła, ta śmie­ta­na, ale nie śmier­dzi. No więc mar­twi się pa­ni Mi­ran­dą, co?

Te­raz pa­ni Li­la po­ki­wa­ła gło­wą bez sło­wa.

- Wszy­scy się mar­twi­my - cią­gnął Du­ży. - Zna­czy, Go­nia na wy­jeź­dzie, ja i Sta­szek, ale ze Stasz­kiem to ona nie chce ga­dać. Zresz­tą on z nią chy­ba też nie chce, cho­ciaż się mar­twi. Go­nia się na­czy­ta­ła róż­nych dam­skich pi­se­mek i jej zda­niem Mir­ka ma de­pre­sję, i po­win­na iść do spe­cja­li­sty. Mi­ru­sia nie chce. Ja się nie znam, mo­że i moż­na ja­koś sa­me­mu so­bie po­ra­dzić z ta­ką sy­tu­acją jak jej. Sy­tu­acja. Pew­nie to wy­ma­ga cza­su. Pysz­na her­ba­ta, pro­szę pa­ni.

- Oczy­wi­ście, że ma de­pre­sję - przy­tak­nę­ła go­spo­dy­ni, do­le­wa­jąc mu her­ba­ty z wiel­kie­go por­ce­la­no­we­go dzban­ka w te sa­me kwiat­ki, co pa­te­ra. - Ja to już daw­no wiem, bo omó­wi­łam spra­wę z za­przy­jaź­nio­nym le­ka­rzem psy­chia­trą. Ale ona so­bie nie chce dać po­móc.

- Nie wiem, czy jej to po­mo­że - za­czął z za­sta­no­wie­niem w gło­sie Du­ży. - Ale mam dla niej ta­ką ma­łą nie­spo­dzian­kę. - Tu za­wie­sił głos i dziab­nął tar­to­let­kę wi­del­czy­kiem. Nie pod­da­ła się, więc po­no­wił pró­bę, tym ra­zem z suk­ce­sem. - Wła­ści­wie nie wiem, czy moż­na to na­zwać nie­spo­dzian­ką...

Oczka pa­ni Li­li za­świe­ci­ły jak dwa bry­lan­ty pierw­szej wo­dy. Uwiel­bia­ła nie­spo­dzian­ki, bez wzglę­du na to, czy by­ły prze­zna­czo­ne dla niej, czy też dla ko­go­kol­wiek in­ne­go. Du­ży zro­zu­miał ten błysk pra­wi­dło­wo. Po­krę­cił gło­wą.

- Nie mo­gę pa­ni po­wie­dzieć. Przy­kro mi. Ab­so­lut­nie nie mo­gę.

Pa­ni Li­la aż sap­nę­ła.

- Jak, nie mo­żesz? A je­śli two­ja nie­spo­dzian­ka źle na nią wpły­nie? Nie je­steś psy­cho­lo­giem, więc nie mo­żesz te­go wie­dzieć. A ja mam za­przy­jaź­nio­ne­go psy­chia­trę i mi się udzie­li­ło, po­za tym je­stem sta­ra i do­świad­czo­na. Mu­sisz mi po­wie­dzieć! Ja ci mó­wię, nie ry­zy­kuj! Dla do­bra Mi­ran­dy!

Świa­to­pełk Ma­rzec był czło­wie­kiem in­te­li­gent­nym, zro­zu­miał więc, że je­śli nie zdra­dzi pa­ni Li­li nie­bacz­nie wspo­mnia­nej ta­jem­ni­cy, to ona, zna­czy pa­ni Li­la, mo­że do­stać apo­plek­sji z nie­za­spo­ko­jo­nej cie­ka­wo­ści. Al­bo za­wa­łu. Al­bo pęk­nie. Po­wie­rze­nie jej se­kre­tu mo­gło­by się źle skoń­czyć, gdy­by się wy­ga­da­ła, ale Mi­ran­da opo­wia­da­ła o niej sa­me do­bre rze­czy. Po­dob­no nie­zła z niej sta­ra wa­riat­ka (Du­ży my­ślał tak z pew­ną do­zą czu­ło­ści), ale jed­no­cze­śnie wspa­nia­ła ko­bie­ta i w spra­wach waż­nych nie­za­wod­na. No i - nie da się ukryć - sza­le­nie sym­pa­tycz­na. Du­ży ni­g­dy jesz­cze w swo­im dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nim ży­ciu nie po­czuł tak szyb­ko sym­pa­tii do ni­ko­go.

Pa­ni Li­la cze­ka­ła w na­pię­ciu, acz z wy­raź­ną na­dzie­ją. Du­ży omal nie za­czął się śmiać.

- Czy mo­gę li­czyć na ab­so­lut­ną dys­kre­cję? Bo to spra­wa do­syć nie­przy­jem­na w su­mie...

- Ej, to czym ty jej wła­ści­wie chcesz spra­wić przy­jem­ność, tej na­szej Mi­ran­dzie? Nie­przy­jem­no­ścią?

Du­ży wes­tchnął i za­ata­ko­wał pan­cer­ny spód swo­jej tar­to­let­ki.

- To skom­pli­ko­wa­ne... ale chy­ba tak.

- Tym bar­dziej po­wi­nie­neś mi po­wie­dzieć. To się na­zy­wa kon­sul­ta­cja wstęp­na, mój dro­gi. Masz! Guz­dra­łeś się i guz­dra­łeś, i co? Przy­szła!

W isto­cie, Mi­ran­da, tasz­czą­ca wiel­ką gło­wę ka­pu­ścia­ną oraz tor­bę peł­ną ziem­nia­ków i róż­nych wa­rzyw, we­szła do kuch­ni. Wy­glą­da­ła mi­zer­nie, co zresz­tą nie by­ło żad­ną no­wo­ścią, bo ostat­nio sta­le by­ła mi­zer­na. Pa­ni Li­la za­sta­na­wia­ła się nie­je­den raz, ja­ką pięk­ną dziew­czy­ną mo­gła­by być jej lo­ka­tor­ka, gdy­by przy­bra­ła odro­bin­kę na wa­dze i gdy­by zni­kły te cie­nie pod jej ocza­mi. I gdy­by sta­ran­niej do­bra­ła gó­rę do do­łu, to zna­czy bluz­kę do spodni. I gdy­by po­szła do fry­zje­ra, za­miast wią­zać swo­je wspa­nia­łe wło­sy gum­ką re­cep­tur­ką. I gdy­by za­ło­ży­ła na te swo­je zgrab­ne sto­py ja­kieś pan­to­fel­ki za­miast wy­dep­ta­nych tram­pek!

- Je­stem, Li­lu. O, cześć. Szko­da, że nie przy­sze­dłeś dwa­dzie­ścia mi­nut wcze­śniej, po­mógł­byś mi to wszyst­ko no­sić. A tak, mam rącz­ki do ko­lan po­wy­cią­ga­ne.

Cmok­nę­ła go w prze­lo­cie i za­czę­ła po­zby­wać się ła­dun­ku, ukła­da­jąc po­rząd­nie po­ry i se­le­ry na zmia­nę z mar­chew­ka­mi w du­żym okrą­głym ko­szu. Ca­łość uwień­czy­ła ka­pu­stą i przy­sia­dła się do sto­łu.

- Mó­wi­ły­śmy ci z Go­nią, że­byś nie ku­po­wał cia­stek na za­pas. Nic nie szko­dzi, zjem sta­re. Chce mi się słod­kie­go.

- To tak jak mnie - wtrą­ci­ła po­spiesz­nie pa­ni Li­la. - Nie bierz te­go kru­che­go, wci­snę­li mu sprzed ty­go­dnia. Ptyś jest ja­dal­ny. Bar­dzo mi­ły ten twój du­ży ko­le­ga.

Ostat­nie zda­nie po­wie­dzia­ła z tak kró­lew­ską ła­ska­wo­ścią, że Du­ży od­ru­cho­wo po­de­rwał się z krze­sła i ukło­nił.

- Ko­le­ga Du­ży - po­pra­wi­ła Mi­ran­da. - To praw­da. Du­ży jest ko­cha­ny. Za­wsze był. Li­lu, ni­cze­go so­bie po nim nie obie­cuj. On ma dziew­czy­nę, na ra­zie wy­je­cha­ną, ale ma.

- A co mnie to ob­cho­dzi? - Pa­ni Li­la pod­nio­sła pod­ma­lo­wa­ne sta­ran­nie oczka w gó­rę na znak, że nic. - Ale mó­wił coś o ja­kiejś nie­spo­dzian­ce, tyl­ko nie chciał ze­znać, w czym rzecz.

Du­ży wła­śnie na­bie­rał słusz­ne­go prze­ko­na­nia, że nie uda mu się wy­rwać ze szpo­nów tej nie­wiel­kiej sta­rusz­ki. Spoj­rzał nie­co roz­pacz­li­wie na Mi­ran­dę (mar­twi­ły go jej cie­nie pod ocza­mi) i wy­mow­nie wzru­szył ra­mio­na­mi. Mi­ran­da mach­nę­ła tyl­ko rę­ką.

- Po­wiedz, po­wiedz. Pa­ni Li­la jest wzo­rem dys­kre­cji. I tak mi cier­pli­wie mat­ku­je, że coś jej się od ży­cia na­le­ży.

- Dzię­ku­ję ci, mo­ja dro­ga. Cho­ciaż wca­le ci nie mat­ku­ję, bo byś mi na to nie po­zwo­li­ła, nie­za­leż­na oso­bo. Miesz­kasz u mnie i to wszyst­ko.

- Oj, nie - za­śmia­ła się Mi­ran­da i prych­nę­ła pty­siem. - Nie wszyst­ko, nie. Mów, Du­ży.

- Ale wiesz, to do­ty­czy tych two­ich spraw... - Du­ży jesz­cze miał wąt­pli­wo­ści.

- Ro­zu­miem. - Mi­ran­da spo­chmur­nia­ła. - Nie szko­dzi. Li­la wie wszyst­ko.

Pa­ni Li­la za­mar­ła z fi­li­żan­ką ka­wy w rę­ce i na­dzie­ją w spoj­rze­niu. Du­ży stu­dent kiw­nął gło­wą na znak re­zy­gna­cji.

- I wie pa­ni, kto to jest Trum­biak?

- To ja­kiś fa­cet? - Pa­ni Li­la nie­pew­nie po­krę­ci­ła gło­wą.

- Ba­ba. - W gło­sie Mi­ran­dy za­brzmia­ła praw­dzi­wa, zim­na nie­na­wiść. - Eli­za Trum­biak. Bę­dę z nią mia­ła za­ję­cia w na­stęp­nym se­me­strze. Nie wiem, jak ja to prze­ży­ję.

- Ach! - Pa­ni Li­la zro­zu­mia­ła. - to ta, co cię wcią­gnę­ła w tę cią­żę na za­mó­wie­nie!

Mi­ran­da po­nu­ro przy­tak­nę­ła.

Du­ży, lek­ko wstrzą­śnię­ty bez­po­śred­nio­ścią pa­ni Li­li, cią­gnął ostroż­nie:

- No bo wi­dzisz, Mi­ru­sia... Mo­że nie bę­dziesz mia­ła z nią tych za­jęć... tyl­ko zu­peł­nie z kimś in­nym...

- Chcesz ją za­mor­do­wać, mło­dy czło­wie­ku? - spy­ta­ła pa­ni Li­la cie­ka­wie. - Oso­bi­ście, czy za­mie­rzasz ko­goś wy­na­jąć? O, prze­pra­szam, już nie prze­ry­wam, mów prę­dzej, bo umrę z te­go na­pię­cia!

- Sta­ram się, pro­szę pa­ni. No więc ja... ja do­ko­na­łem pew­ne­go od­kry­cia. Mi­ru­sia, ty by­łaś jej... jed­nost­ko­wym przy­pad­kiem? Czy by­ło was wię­cej?

- Z te­go, co wiem, by­łam je­dy­na. Ona tam coś ni­by pla­no­wa­ła, ka­za­ła mi się roz­glą­dać za kan­dy­dat­ka­mi na za­stęp­cze mat­ki. Ro­zu­mie­cie, stu­dent­ki z kło­po­ta­mi fi­nan­so­wy­mi. Ale osta­tecz­nie to wszyst­ko prze­cież wzię­ło w łeb. Ona mia­ła od­dać te pie­nią­dze, któ­re ja jej da­łam, ale nie wiem, czy od­da­ła. Tym Gra­bi­szyń­skim, zle­ce­nio­daw­com. My­ślę, że je za­trzy­ma­ła.

Du­ży przy­brał chy­try wy­raz twa­rzy, śred­nio pa­su­ją­cy do otwar­te­go i szcze­re­go ob­li­cza.

- A otóż, ko­cha­na mo­ja ko­le­żan­ko, a na­wet przy­ja­ciół­ko, wca­le nie jest tak, jak my­ślisz.

Li­la i Mi­ran­da spoj­rza­ły na nie­go jak na dzi­wo.

- Two­ja, za prze­pro­sze­niem, pra­co­daw­czy­ni, ow­szem, po nie­po­wo­dze­niu wa­sze­go, prze­pra­szam cię, Mi­ruś, przed­się­wzię­cia, na ja­kiś czas się przy­ta­iła. Ale od kil­ku mie­się­cy pro­wa­dzi oży­wio­ną dzia­łal­ność w za­kre­sie po­śred­nic­twa mię­dzy ko­bie­ta­mi nie­mo­gą­cy­mi zajść w cią­żę a in­ny­mi ko­bie­ta­mi, go­to­wy­mi wy­na­jąć brzuch. Co pa­nie na to?

Pa­nie jed­nym gło­sem za­py­ta­ły go, skąd wie. Chwi­lo­wo zi­gno­ro­wał tę kwe­stię.

- To jesz­cze nie wszyst­ko. Ma­da­me Trum­biak po­dej­mu­je się rów­nież po­śred­nic­twa po­mię­dzy ko­bie­ta­mi chcą­cy­mi po­zbyć się wła­sne­go dziec­ka i ludź­mi chcą­cy­mi to dziec­ko ad­op­to­wać. Za od­po­wied­nią su­mę, oczy­wi­ście. Z te­go, co wy­szpe­ra­łem, wy­ni­ka, że uda­ło jej się sko­ja­rzyć je­den ta­ki kom­plet. Ad­op­cyj­ny. I chy­ba dwa mał­żeń­stwa szu­ka­ją­ce brzu­cha skon­tak­to­wa­ła z ko­bie­ta­mi do wy­na­ję­cia. Tyl­ko tym ra­zem nie są to stu­dent­ki, a ta­kie star­sze ko­bit­ki, mię­dzy trzy­dziest­ką a czter­dziest­ką.

- Chwi­la, pa­nie Du­ży - prze­rwa­ła sta­now­czym gło­sem pa­ni Li­la. - To nie mo­że być le­gal­ne, na li­tość bo­ską!

- Nie wiem, pa­ni Li­lu. Być mo­że na­wet jest ka­ral­ne, jesz­cze nie zdą­ży­łem te­go spraw­dzić. Ale na pew­no nie by­ło­by do­brze wi­dzia­ne przez wła­dze uczel­ni.

- Mam na­dzie­ję, że wy­wa­li­li­by ją na pysk - po­wie­dzia­ła mści­wie Mi­ran­da. - W każ­dym ra­zie ży­cia by na uni­wer­ku nie mia­ła. Skąd to wszyst­ko wiesz? Grze­ba­łeś, gdzie nie po­wi­nie­neś?

- Tro­chę grze­ba­łem...

- Nie ro­zu­miem - oświad­czy­ła pa­ni Li­la. - Gdzie grze­ba­łem?

- Li­lu, on jest ge­niu­szem kom­pu­te­ro­wym. Du­ży, pro­szę, mów tak, że­by Li­la cię ro­zu­mia­ła...

- Pro­szę uprzej­mie. Pa­ni Li­lu, Mi­ru­sia ma ra­cję. Tak mi coś szep­ta­ło, że Trum­bia­ko­wa nie zre­zy­gnu­je z ka­sior­ki. Zaj­rza­łem tro­chę do róż­nych kom­pu­te­rów, pry­wat­nych i służ­bo­wych... za­czą­łem zresz­tą od naj­zu­peł­niej nie­win­nych po­szu­ki­wań w sie­ci, co to każ­de­mu wol­no. Raz ja­ko nie­speł­nio­na ma­mu­sia, in­nym ra­zem ja­ko brzuch do wy­na­ję­cia. No i tra­fi­łem, na­wet do­syć szyb­ko. By­ło kil­ka ta­kich ad­re­sów pod ha­słem: "Zro­bi­my z cie­bie szczę­śli­wą mat­kę, a to­bie, wła­ści­ciel­ko zdro­we­go brzu­cha, da­my za­ro­bić". Obej­rza­łem so­bie do­kład­nie wszyst­kie i pod jed­nym tra­fi­łem. Trum­biacz­ka, oczy­wi­ście, nie wy­stę­po­wa­ła ja­ko Trum­biacz­ka, tyl­ko ja­ko agen­cja "Na­sze dziec­ko". Pa­ni Flo­ra Zna­niec­ka, anioł do­bro­czyn­ny nie­speł­nio­nych ro­dzin. Pa­trz­cie, pra­wie otwar­tym tek­stem. Za­bez­pie­czy­ła się na róż­ne spo­so­by, nie bę­dę pań za­nu­dzał szcze­gó­ła­mi, ale ja je­stem lep­szy w te kloc­ki niż ona i gdy­by mia­ło ci to spra­wić przy­jem­ność, Mi­ru­siu, to ja ją mo­gę ujaw­nić.

- Jak to, ujaw­nić? - Pa­ni Li­la by­ła za­ró­żo­wio­na z emo­cji.

- Mo­gę ogło­sić wszem i wo­bec, w sie­ci, oczy­wi­ście, czy­li w In­ter­ne­cie, pa­ni Li­lu, że pod szyl­dem agen­cji zaj­mu­ją­cej się ta­kim a ta­kim pro­ce­de­rem dzia­ła nie kto in­ny, tyl­ko sza­no­wa­na wy­kła­dow­czy­ni uni­wer­sy­tec­ka, tu da­ne, z na­zwi­skiem, ad­re­sem i fo­to­gra­fią włącz­nie. Mo­gę ujaw­nić ca­łą jej ko­re­spon­den­cję z ewen­tu­al­ny­mi kon­tra­hen­ta­mi. Pro­szę się nie bać, bez na­zwisk tych jej klien­tów.

- Ale ona mo­że ska­so­wać wszyst­ko i się nie przy­znać!

- Po pierw­sze, mam już sko­pio­wa­ne, co ona wpa­ko­wa­ła do sie­ci. Po dru­gie, w In­ter­ne­cie nic nie gi­nie. A ja umiem zna­leźć, co zgi­nę­ło. Jak­by zgi­nę­ło.

- O mat­ko...

Pa­ni Li­la z wra­że­nia po­mie­sza­ne­go z na­głym sza­cun­kiem zmie­ni­ła Du­że­mu fi­li­żan­kę na czy­stą i na­la­ła mu her­ba­ty.

- Po­wiedz mi jesz­cze, bo nie ro­zu­miem... Je­że­li ona wy­stę­po­wa­ła ja­ko Flo­ra Ja­kaś­tam Za­niew­ska czy Za­nie­wic­ka...

- Zna­niec­ka.

- Wła­śnie. Zna­niec­ka. I ni­by skąd wie­dzia­łeś, że to Trum­biacz­ka?

- Wspo­mi­na­łem już, że wy­ko­na­łem bar­dzo po­rząd­ny re­se­arch, no, je­śli kto wo­li - zaj­rza­łem do róż­nych kom­pów, z kom­pem Trum­biacz­ki, ja­ko po­dej­rza­nej, na cze­le. A na­wet z dwo­ma kom­pa­mi Trum­biacz­ki, służ­bo­wym i pry­wat­nym. Wszyst­ko po­spraw­dza­łem na krzyż. Ona do nich, oni do niej, zna­czy, kon­tra­hen­ci. Do­tar­łem też do jej bi­lin­gów i po­twier­dzi­ło mi się, że ko­mu­ni­ko­wa­ła się z ty­mi ludź­mi rów­nież ko­mór­ko­wo. Da­ło mi to stu­pro­cen­to­wą pew­ność i stu­pro­cen­to­we do­wo­dy.

- Zaj­rza­łeś? Do­tar­łeś? Ach! Wła­ma­łeś się! Czy to zna­czy, że je­steś ha­ke­rem? - Pa­ni Li­la by­ła za­chwy­co­na. - Za­wsze chcia­łam po­znać ha­ke­ra! Zro­bię świe­żej her­bat­ki, a ty mi wszyst­ko wy­tłu­ma­czysz, że­bym zro­zu­mia­ła!

Strona Jaśminy

- Nie, ko­cha­na, nie wie­rzę! Jak mo­głaś tak się za­pu­ścić? Ty wiesz, jak wy­glą­dasz?

- Jak mio­tła wy­ści­go­wa - mruk­nę­ła po­sęp­nie Ja­śmi­na. - Nic nie mów. Nie ko­men­tuj. Mąż mi umarł.

Sty­list­ka Mo­ni­ka zro­bi­ła...

.

.

.

(fragment)...