ROZDZIAŁ 1 NOWY POCZĄTEK
Claire
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? - Teo nie odpuszcza, a ja wiem, że nie jestem na razie gotowa, by o tym mówić. - Tak, możesz już iść do siebie.
Mimo to nie jestem przekonana, czy chcę zostać sama. Jakby wbrew sobie, nogi same niosą mnie do małego przedpokoju, by odprowadzić Teo.
- Nadal nie wiem, po co ci aż trzy zamki. - Teo ogląda je uważnie, a ja nie mam pojęcia, co powiedzieć.
"Boję się przeszłości"? "Boję się wszystkiego"?
- Teo, to Nowy Jork, potrzebujesz więcej argumentów?
Mam nadzieję, że to mu wystarczy, bo nie mogę znaleźć żadnych argumentów. Nie w tym momencie.
- No bez przesady. Miasto jak każde inne, ale co ja ci będę mówił. - Unosi ręce w obronnym geście. - Ale wiesz, jeśli potrzebujesz ochrony, to ja chętnie.
Jego sugestywne poruszanie brwiami skutecznie odciąga mnie od czarnych myśli.
Zaczynam się śmiać i wręcz siłą wypycham na korytarz równie rozbawionego chłopaka.
Uwielbiam jego poczucie humoru. Jest świetnym przyjacielem, ale to wszystko. Zwyczajnie nie jest w moim typie. Co ja wygaduję!? Ja nawet nie wiem, kto jest w moim typie... Wiem za to, że między mną a Teo nie będzie niczego poza przyjaźnią. Nie chcę nawiązywać takich kontaktów, ani z nim, ani z nikim innym...
Upewniam się, że zamki są zamknięte, i wyruszam na poszukiwanie czegoś, co nadawałoby się na piżamę.
W małej, ale za to dobrze wyposażonej łazience szykuję się do kąpieli.
Ten dzień był pełen wrażeń.
Pożegnanie z rodzicami, okraszone długą rozmową na temat bezpieczeństwa. Przeprowadzka.
Najbardziej jednak obawiam się nocy. Pierwszy raz od dwóch lat spędzę ją sama w domu. Nie ma znaczenia, że mam dwadzieścia lat. Nie ma znaczenia, że w budynku, a nawet na tym samym piętrze mam sąsiadów. Nic nie ma znaczenia, kiedy ktoś uczy się od nowa, jak żyć.
Owijam się szczelnie kocem i układam na kanapie z nadzieją, że telewizja odwróci moją uwagę. Kogo ja oszukuję?
Według doniesień naszego korespondenta ciało znalezione minionej nocy w parku przy Brixton Rd należy do siedemnastolatki. Jak potwierdza policja, to już jedenasta ofiara poszukiwanego od dwóch lat seryjnego mordercy, który cechuje się szczególnym okrucieństwem. Ostatni atak miał miejsce pięć miesięcy temu, a ciało również zostało znalezione w tej okolicy. Skąd ta pewność, że właśnie z nim mamy do czynienia? Otóż dziewczyna ma charakterystyczną bliznę.
- Bliznę nad lewą piersią.
Dopiero teraz orientuję się, że mówię to na głos, jednocześnie dotykając skóry nad lewą piersią. Wyraźnie czuję wypalone znamię. Moje oczy zachodzą łzami. On wrócił...
Teo
- Gdzie byłeś?
- A od kiedy cię to interesuje? - odpowiadam mojemu starszemu bratu, który zalega na kanapie w salonie.
- Od kiedy rodzice wyjechali i jesteś pod moją opieką - stwierdza.
Prycham głośno. Opiekun od siedmiu boleści się znalazł.
- Mam dwadzieścia lat i jeśli z nas dwóch ktoś potrzebuje opieki, to raczej ty - odszczekuję.
Trevor ma dwadzieścia osiem lat i nadal jest na garnuszku rodziców.
- Śmieszne, bardzo - rzuca z przekąsem.
- Nie powinieneś być teraz z tym swoim dziwnym kumplem? - pytam.
Potyczki słowne z moim bratem nigdy nie kończą się dobrze.
- Nie interesuj się nim. - Jego do tej pory dobry humor odchodzi w zapomnienie.
Bez słowa zrywa się z kanapy, jakby właśnie sobie o czymś przypomniał.
Wzruszam ramionami. To takie w jego stylu. Wychodzi. Wraca późno w nocy albo wcześnie rano.
Ten jego kumpel Jared... Właściwie to niczego o nim nie wiem. Jedynie słyszałem plotki.
Podobno miejscowi się go boją, a zwłaszcza uliczne gangi, choć on sam do żadnego nie należy. Nie wiem, co zrobił, żeby zyskać taką opinię, i ile jest prawdy w tych plotkach, ale martwi mnie, że mój brat się z nim zadaje. Właściwie czego ktoś tak groźny jak Jared może chcieć od takiego idioty jak Trevor? Rodzice nie wiedzą o kontaktach i przyjaźniach mojego brata. Mamy umowę i choćby nie wiem, jak mnie wkurwiał, nie mogę jej złamać.
Claire
Nie minęło piętnaście minut od emisji wiadomości, a dzwoni mój telefon.
Mama.
Czyli widziała.
Mogłam się tego spodziewać. Śledzi każde wydarzenie czy to w najdalszych zakątkach Londynu, czy tu, w Stanach, a tym bardziej w Nowym Jorku. I tak już od dwóch lat.
Staram się opanować i udawać, że wcale nie oglądałam wiadomości. Wciskam zieloną słuchawkę.
- Cześć, mamo!
- Claire, skarbie, jak tam przeprowadzka?
Jej na pozór spokojny ton ma na celu wybadanie mojego stanu. Oj, mamo, przecież dobrze cię znam.
- W porządku. Jutro się rozpakuję do końca.
- Claire... córuś...
- O co chodzi, mamo?
Przeczuwam, co chce powiedzieć.
- Myślę, że źle zrobiliśmy, każąc ci wyjechać.
Wzdycham ciężko.
- Mamo, ja wiem, że on wrócił...
- Claire...
- Mamo, w porządku. Nie znajdzie mnie tu - przekonuję, ale sama nie wiem, czy ją, czy siebie.
Mimo to moje palce w nerwowym geście suną po lekko wypukłej bliźnie.
- Dzwoniłam do porucznika Andresa. Ma skontaktować się z kimś z Nowego Jorku i...
- Mamo! Nie chcę, żeby policja ciągle mnie przesłuchiwała - mówię z żalem.
Porucznik Andres to idealny przykład, że policjanci z anegdot istnieją. Niewysoki, grubawy amator pączków, który notatki robił na druczkach do wystawiania mandatów.
Przesłuchiwał mnie dwa razy, bo za pierwszym zapomniał włączyć dyktafon. Na samą myśl, że i tu trafię na tak niekompetentne osoby, chce mi się płakać.
Nie chcę jednak dokładać zmartwień mamie.
Już swoje wycierpiała.
- Proszę cię. - Nie ustępuje. Ja i tak nie mam zamiaru się jej sprzeciwiać. - Chociaż spróbuj. Jeśli chcesz, to poproszę doktora Hadsona, żeby przyjechał na czas zeznań.
- Będę współpracować, ale bez doktora Hadsona - mówię stanowczo.
Nie mam nic do niego, ale chcę zeznawać na moich warunkach. Przy nim czułabym presję. Wyczekiwałby, że otworzę się całkowicie, a ja nie mam na to teraz ochoty. Powiem wszystko, co może pomóc policji.
- Dobrze. - O dziwo nie oponuje, a nawet jej głos staje się znacznie spokojniejszy. - Późno już. Sprawdź, czy zamknęłaś drzwi, i idź spać. Dobranoc, córciu.
- Dobranoc, mamo.