Anioł stróż - Marianna Góralska

Kup ebooka

22.21 zł
18.43 zł (18,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Zuzannę obudził dziwny, złowieszczy i mrożący krew w żyłach dźwięk. Była północ i chociaż za oknem świecił księżyc, w pokoju panował półmrok. Mimo, że wcześniej zapaliła lampkę, teraz była ona zgaszona.

Znowu usłyszała ten sam odgłos, co poprzednio i zamarła, próbując usłyszeć, skąd dobiega. Sparaliżowana strachem nie mogła się ruszyć.

Coś skrobało w okiennicę. W oddali zahuczała sowa, gwałtowny podmuch wiatru szerzej uchylił otwarte okno i do pokoju wpadł strumień lodowatego powietrza.

Zuzanna zadrżała i szczelniej okryła się kołdrą.

Upiorny dźwięk rozdarł ciszę. Ni to stukot, ni to chrobot dobiegał zza drzwi.

Przerażona poczuła, jak ze strachu po plecach spływa jej strużka zimnego potu.

Zadrżała jeszcze gwałtowniej. Było jej gorąco, a serce waliło jej jak oszalałe.

I nagle dobiegł ją inny dźwięk. Bardziej intensywny, monotonny, dobiegający z wnętrza domu. Dźwięk przybierał na sile i w pewnej chwili Zuzanna usłyszała odgłos przypominający stukot metalowego łańcucha o podłogę.

Wtem klamka w drzwiach delikatnie drgnęła.

Ktoś próbował po cichu się do niej dostać!

Panicznie przestraszona wstrzymała oddech i naciągnęła kołdrę aż pod samą brodę, i utkwiła przerażone spojrzenie w powoli uchylających się drzwiach. Miała wrażenie, jakby czas się zatrzymał, a straszliwa chwila trwała całe wieki, gdy drzwi się otworzyły z cichym skrzypnięciem.

Coś sunęło w jej stronę. Jej uszu dobiegł szelest przypominający poszum zeschłych liści na wietrze.

W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, rozkładu i jeszcze czegoś dziwnego, czego nie mogła do niczego porównać.

Zapach śmierci.

Zjawa przybliżyła się, a wtedy przerażona Zuzanna ujrzała wysoką, sięgającą sufitu postać. Czarny płaszcz z kapturem szczelnie okrywał marę od góry do dołu. Ze strachu Zuzannie włosy zjeżyły się na karku, serce podeszło do gardła i miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi.

Upiorna postać zbliżyła się, stukając łańcuchami, których w ciemności nigdzie nie było widać. Powietrze zgęstniało, cisza aż dzwoniła w uszach.

Zuzanna wytężając wzrok dojrzała tylko niewyraźną, ciemniejszą plamę tuż przy swoim łóżku.

Nagle z ciemności wyłoniły się dwa intensywnie żarzące się czerwone punkty. Były to oczy demona. To właśnie te oczy prześladowały kobietę w koszmarach, które od tygodnia ją nawiedzały.

"To nie może dziać się naprawdę'', pomyślała przerażona.

Jednak upiór nachylił się nad jej łóżkiem, wyciągając w jej stronę długą, kościstą, ociekającą krwią rękę...

Rozdział 4

Dni mijały leniwie, jeden podobny do drugiego. Inwentaryzacja zbiorów szła zgodnie z planem. Kwiecień przeszedł w maj. Rozbiło się coraz cieplej i zieleniej. Również w sercu Zuzanny zachodziły zmiany. Powoli zapominała o Mateuszu, zajęta codziennymi sprawami nie myślała o tym, co było złe. Po pracy zwykle czytała albo szła na spacer do parku. Czasem zabierała ciocię Adelę, a częściej wychodziła gdzieś sama. Taka samotność nie była przykra. Zuza czuła, że dzięki tym chwilom dochodzi do równowagi, a jej życie zaczyna wracać na właściwe tory.

I wszystko pewnie toczyłoby się swoim rytmem, gdyby miesiąc później Zuzanna nie dokonała intrygującego odkrycia podczas inwentaryzacji zbiorów znajdujących się w magazynie muzealnym.

Na dnie jednego z pudeł znalazła dziwnych kształtów wazon z dopasowanym wieczkiem. Był pękaty i dość spory. Na oko miał jakieś dwadzieścia kilka centymetrów wysokości i z dziewięć szerokości. Wykonany był z porcelany.

Wzorki na wazonie - tajemnicze esy floresy w połączeniu z przerażającą, dziwną twarzą znajdującą się na wieczku budziły grozę. Wazon był czarny, a upiorna, blada twarz z czerwonymi, żarzącymi się oczami miała otwarte usta, jakby krzyczała.

Zuzanna wzdrygnęła się i, próbując opanować narastający niepokój, pociągnęła za wieczko wazonu, chcąc go otworzyć.

Pociągając z całej siły, udało jej się odkorkować upiorny wazon. Ze środka wydostał się szary dym i powoli rozpłynął się w powietrzu.

Poczuła zapach jakby kadzidła i jeszcze czegoś, stęchlizny, rozkładających się zbutwiałych liści i kurzu.

Po raz kolejny wzdrygnęła się i, robiąc krok w tył, potknęła się o wystającą z kartonu żelazną szablę.

Szabla upadła na podłogę z głośnym brzękiem.

Przestraszona Zuzanna upuściła wazon, który rozpadł się na kawałki.

Wpatrując się w osłupieniu w skorupy leżące na ziemi, mruknęła:

- Niech to szlag! Już nie da się posklejać tego wazonu. Czego ja się tak przestraszyłam? - Wzruszyła ramionami. - Przecież to zwykły wazon, fakt, może trochę dziwny, ale to tylko wazon. Nie ma się, czym przejmować. Mam tylko nadzieję, że kustosz nie potrąci mi z pensji za zniszczenie eksponatu - zmartwiła się, obawiając, że Marczakowski może ją przez to zwolnić.

Póki co nie zamierzała mu o niczym mówić i postanowiła, że powie mu o tym, gdy trafi na odpowiedni moment. Schyliła się i zaczęła zbierać skorupy z podłogi.

Ocalało jedynie wieczko z upiorną twarzą.

Zuzanna znów poczuła nieprzyjemny dreszcz, a dziwne, czerwone oczy hipnotyzowały kobietę, która nie mogła odwrócić od nich wzroku.

Poczuła, jakby ją te straszne oczy chciały wessać do środka. Zakręciło jej się w głowie, a serce niemal zamarło ze strachu.

I nagle wciągnęła ją czarna otchłań.

Przerażona Zuzanna zemdlała po raz pierwszy w życiu.

***

- Halo?! Pani Zuzanno?!

Usłyszała jakby z oddali zaniepokojony, męski głos.

Z trudem otworzyła oczy i jak przez mgłę dostrzegła pochylającego się nad nią kustosza.

Mężczyzna wyglądał na zdenerwowanego i wachlował siebie, i ją swoją dużą, kraciastą biało-niebieską chusteczką.

- Dobrze się pani czuje? - zapytał z troską, widząc, że się ocknęła.

Zuza powoli i z wysiłkiem usiadła i poczuła, że kręci jej się w głowie. Czarne mroczki wirowały jej przed oczami. W ustach jej zaschło, a w głowie miała pustkę. Zdezorientowana pomasowała się po potylicy i syknęła z bólu. Upadek sprawił, że omal nie rozbiła sobie głowy o kamienną podłogę.

- Co się stało? - spytała niewyraźnie.

- Zemdlałaś - wyjaśnił kustosz i szybko się zreflektował. Przypomniał sobie jednak, że nie byli na ''ty''. - Znalazłem panią bladą, leżącą na podłodze.

Mężczyzna był cały roztrzęsiony. Ręce mu drżały, a krople potu perliły się na jego czole.

- Nic pani nie jest? - dopytywał, uważnie się jej przyglądając i przekrzywiając głowę, przez co Zuza poczuła się, jakby była brudna na twarzy.

- Trochę boli mnie głowa. Nie wiem, co się stało. Po raz pierwszy mi się to zdarzyło - wyjaśniła niepewnie, zastanawiając się jak wybrnąć z tej sytuacji.

- Może wezwać pogotowie? - Kustosz już wyciągał telefon, gdy Zuzanna powstrzymała go, mówiąc:

- Nie, naprawdę nic mi nie jest - zapewniła. - Pójdę do domu odpocząć i jutro będę jak nowo narodzona. - Uśmiechnęła się, starając być bardziej przekonującą.

Nie lubiła szpitali i za nic w świecie nie chciała się tam znaleźć. Kojarzyły się jej z zapachem lizolu i śmiercią. Od kiedy babcia zmarła Zuzanna unikała szpitali jak diabeł święconej wody, bo kojarzyły się jej z przykrymi doświadczeniami, cierpieniem i bólem. Wciąż pamiętała bladą, wychudzoną twarz babci i jej pomarszczone, niemal sine dłonie. Strasznie przeżyła jej odejście, wcześniej odwiedzając ją niemal codziennie i obserwując, jak gaśnie w niej życie.

- To, chociaż odwiozę panią do domu - zaoferował się dyrektor Marczakowski, wyrywając ją z zamyślenia. - Nie może pani iść pieszo w takim stanie - przekonywał.

- Dobrze, dziękuję panu - zgodziła się, choć zrobiła to niechętnie.

Ale trzeba było schować dumę do kieszeni i czasem pozwolić sobie pomóc. To była właśnie jedna z takich chwil.

Kustosz pomógł jej wstać, po czym oboje opuścili magazyn.