Rozdział 1
Prowadzenie śledztwa w sprawie morderstwa wymagało skupienia,
cierpliwości, umiejętności i odpowiedniej dozy sceptycyzmu. Porucznik
Eve Dallas miała wszystkie te cechy.
Wiedziała, że samo popełnienie zbrodni jest o wiele prostsze. Zazwyczaj
ludzie zabijają ze złości, dla zabawy albo z głupoty. Zdaniem Eve to
właśnie najzwyklejsza głupota była przyczyną, dla której niejaki John
Henry Bonning wyrzucił niejakiego Charlesa Michaela Renekego z dwunastego piętra wieżowca przy Alei D.
Bonning siedział teraz przy stoliku w sali przesłuchań. Eve
przypuszczała, że wydobycie zeń odpowiednich zeznań zajmie jej nie
więcej niż dwadzieścia minut, a w ciągu następnych piętnastu będzie już
mogła sporządzić pełny raport. Być może nie wróci dziś do domu zbyt
późno.
- Daj spokój, Boner - przemawiała tonem doświadczonego gliny do równie
doświadczonego oprycha. - Bądź rozsądny. To tylko kilka zdań, możesz
zasłonić się obroną konieczną i ograniczoną poczytalnością. A potem
oboje będziemy mogli pójść na kolację. Podobno w areszcie szykują na
dzisiaj jakieś smakołyki.
- Nawet go nie tknąłem. - Tamten zacisnął grube wargi i stukał tłustymi
palcami o blat stołu. - Dupek sam wyskoczył.
Eve westchnęła głośno i usiadła przy stoliku naprzeciwko Bonninga. Nie
chciała, by ten zaczął się zasłaniać prawnikami i zepsuł jej całą
sprawę. Musiała odwieść go od takiego pomysłu i skierować przesłuchanie
na właściwe tory. Miała w tym spore doświadczenie.
Podrzędni dilerzy narkotyków pokroju Bonninga nie należeli do
bystrzaków, wiedziała jednak, że wcześniej czy później nawet on
przypomni sobie o swoich prawach. Była to wciąż ta sama zabawa w chowanego, równie stara jak samo zło. Choć dobiegał już końca rok 2058,
nic się w tej kwestii nie zmieniło.
- Wyskoczył, tak po prostu hop, siup myknął sobie przez okno. Powiedz mi
tylko, Boner, dlaczego miałby to zrobić?
Bonning zmarszczył swe małpie czółko w grymasie głębokiego namysłu.
- Bo był popieprzonym wariatem.
- Niezła myśl, ale wątpię, czy pozwoli ci to przejść do drugiej rundy
naszego małego pojedynku, Boner.
Po jakichś trzydziestu sekundach wytężonego myślenia diler wyszczerzył
zęby w szerokim uśmiechu.
- Zabawne, bardzo zabawne, Dallas.
- Tak, chyba zacznę dorabiać po godzinach jako komik. Ale wróćmy do
mojego pierwszego zajęcia: więc mówisz, że obaj łyknęliście trochę
erotiki w twoim laboratorium przy Alei D, a potem Reneke, popieprzony
wariat, uroił sobie coś w tej swojej chorej głowie i wyskoczył przez
okno, prosto przez szkło. Zanurkował dwanaście pięter w dół, odbił się
od dachu taksówki, przyprawiając niemal o zawał serca dwójkę turystów z Topeka, a potem stoczył się na ulicę, żeby tam spokojnie wylać swój
mózg.
- Odbił się... - powtórzył Bonning z czymś, co miało uchodzić za przelotny
uśmiech. - Kto by pomyślał?
Nie zamierzała oskarżać go o morderstwo pierwszego stopnia i przypuszczała, że jeśli poprzestanie na morderstwie stopnia drugiego,
przedstawiciel sądu obniży jeszcze kwalifikację czynu na zabójstwo w afekcie. Porachunki między handlarzami prochów nie przyprawiały Temidy o dreszczyk podniecenia. Boner dostanie więcej za posiadanie i rozprowadzanie zakazanych środków niż za morderstwo. Jednak nawet kara
za oba te przestępstwa nie przekroczyłaby prawdopodobnie trzech lat
więzienia.
Oparła ręce na blacie stołu i pochyliła się do przodu.
- Boner, czy ja wyglądam na idiotkę?
Handlarz, który wziął to pytanie na serio, przez chwilę przyglądał jej
się z uwagą. Miała duże brązowe oczy, w których jednak trudno byłoby
doszukać się kobiecej łagodności. Jej ładne, szerokie usta prawie nigdy
się nie uśmiechały.
- Wyglądasz jak glina - oświadczył w końcu.
- Dobra odpowiedź. Nie próbuj wodzić mnie za nos. Pokłóciłeś się ze
swoim wspólnikiem, poniosło cię i zakończyłeś znajomość, wypychając jego
grube dupsko przez okno. - Uniosła dłonie, nim tamten zdołał jej
przerwać i zaprzeczyć. - Ja widzę to w ten sposób. Wzięliście się za
łby, może poszło wam o pieniądze, może o kobietę. Obaj straciliście nad
sobą panowanie i może on cię zaatakował. Musiałeś się bronić, prawda?
- Każdy człowiek ma takie prawo - zgodził się Bonning, potakując
energicznie głową. - Ale o nic się nie kłóciliśmy. On po prostu chciał
polatać.
- Tak? A kto rozciął ci wargę i podbił oko? I dlaczego masz obtarte
kostki na prawej dłoni?
Bonning znów odsłonił zębiska w szerokim uśmiechu.
- Bójka w knajpie.
- Kiedy? Gdzie?
- A kto by to pamiętał?
- Kto by to pamiętał, powiadasz. No to radzę ci, przypomnij sobie, bo
ściągnęliśmy już krew z twoich tłustych łap i oddaliśmy ją do badania.
Jeśli się okaże, że jest też tam krew z jego DNA, oskarżę cię o morderstwo z premedytacją... Najwyższa kara, dożywocie bez prawa łaski.
Bonning zamrugał szybko powiekami, jakby miał trudności z analizą
nowych, zaskakujących informacji.
- Daj spokój, Dallas, to gówniane gadanie. Nie przekonasz nikogo, że
przyszedłem tam, bo chciałem zabić starego Chuckaroo. Byliśmy kumplami.
Nie spuszczając wzroku z jego twarzy, Eve wyciągnęła z kieszeni
komunikator.
- Daję ci ostatnią szansę. Dzwonię do mojej asystentki. Poproszę ją o wyniki testów i stwierdzę morderstwo pierwszego stopnia.
- To nie było żadne morderstwo. - Chciał wierzyć, że Dallas blefuje.
Oblizał nerwowo wargi, żałując w duchu, że nie może niczego wyczytać w jej oczach. Nie może dojrzeć niczego w tych zimnych oczach gliny. - To
był wypadek - podjął, natchniony naglą myślą. Eve tylko pokręciła głową.
- Przepychaliśmy się trochę i on... potknął się i wyleciał przez okno.
- No wiesz, teraz to już mnie obrażasz. Dorosły mężczyzna nie wypada
przypadkiem przez okno, które jest prawie metr nad podłogą. - Eve
wybrała numer. - Sierżant Peabody!
Po kilku sekundach na ekranie pojawiła się okrągła, poważna twarz
Peabody.
- Słucham, pani porucznik.
- Chciałabym poznać wyniki badań krwi. Chodzi o sprawę Bonninga. Proszę
przesłać je bezpośrednio do pokoju przesłuchań i powiadomić prokuraturę,
że mamy morderstwo pierwszego stopnia.
- Zaraz, poczekaj, nie rób tego. - Bonning przeciągnął wierzchem dłoni
po ustach.
Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę, starając się przekonać samego
siebie, że Dallas nie może niczego mu udowodnić. Wiedział jednak, że
wsadziła już za kratki znacznie grubsze ryby niż zwykły handlarz
narkotykami.
- Miałeś swoją szansę, Boner. Peabody...
- Zaatakował mnie, jak powiedziałaś. Rzucił się na mnie. Oszalał.
Opowiem ci wszystko, całe to gówno. Chcę złożyć zeznanie.
- Peabody, wstrzymuję polecenie. Poinformuj prokuratora, że pan Bonning
chce złożyć zeznanie i opowiedzieć całe to gówno. - Na ustach Peabody
nie pojawił się nawet cień uśmiechu.
- Tak jest.
Eve wsunęła komunikator do kieszeni, a potem splotła ręce na piersiach i uśmiechnęła się uprzejmie.
- No dobra, Boner, opowiadaj, jak to było.
*
Pięćdziesiąt minut później weszła do swojego maleńkiego pokoju w głównej
siedzibie nowojorskiej policji. Wyglądała jak prawdziwa policjantka -
nie tylko ze względu na pas z bronią przewieszony przez lewe ramię,
znoszone buty i wytarte dżinsy. Jej wielkie brązowe oczy dostrzegały
wszystko i prawie nigdy nie zdradzały uczuć, jakie kryły się w duszy.
Miała ostro zarysowaną twarz o wystających kościach policzkowych, z którą kontrastowały zaskakująco pełne usta i mały dołek w brodzie.
Poruszała się z wdziękiem i swobodą. Nie spieszyła się nigdzie.
Zadowolona z siebie, usiadła za biurkiem i przeciągnęła dłonią po swych
krótkich kasztanowych włosach.
Napisze raport, prześle kopie wszystkim zainteresowanym instytucjom i wróci do domu. Nie musiała się odwracać i wyglądać przez wąskie,
przyciemnione okno, by wiedzieć, że na ulicach miasta tworzą się już
coraz większe korki. Jednak wściekłe trąbienie autobusów powietrznych i warkot helikopterów nie przeszkadzały jej ani trochę. Była to
nieodłączna część życia w Nowym Jorku.
- Włącz się - poleciła i syknęła ze złością, kiedy monitor komputera
pozostał ciemny. - Do diabła, nie rób mi tego, draniu. Włącz się. No
już, ruszaj.
- Musisz podać mu osobisty kod dostępu - powiedziała Peabody, wchodząc
do pokoju.
- Myślałam, że identyfikuje mój głos.
- Tak było, ale wysiadł system. Mają naprawić do końca tygodnia.
- Szlag może człowieka trafić - narzekała Eve. - Ile numerów mamy
zapamiętać? Dwa, pięć, zero, dziewięć. - Odetchnęła z ulgą, kiedy ekran
rozjarzył się wreszcie bladym światłem. - Niechby wreszcie przysłali ten
obiecany nowy sprzęt. - Wsunęła dyskietkę do stacji. - Zachować w pliku
Bonning, John Henry, sprawa numer cztery pięć siedem dwa zero siedem
siedem-H. Skopiować i przesłać pod adres: komendant Whitney.
- Ładnie załatwiłaś tego Bonninga, Dallas.
- Ten gość ma mózg wielkości orzeszka pistacjowego. Wyrzucił swojego
partnera przez okno, bo pożarli się o głupie dwadzieścia żetonów
kredytowych. Teraz próbuje mi wmówić, że to była obrona konieczna, gdyż
bał się o własne życie. Facet, którego wyrzucił, był od niego lżejszy o pięćdziesiąt kilogramów i o pięć centymetrów niższy. Dupek - westchnęła
z rezygnacją. - Ktoś bystrzejszy powiedziałby na miejscu Bonera, że
tamten facet zamierzył się na niego nożem albo chociaż kijem.
Oparła się wygodnie i pokręciła głową, zaskoczona i zadowolona, że nie
czuje prawie żadnego napięcia czy zmęczenia po kilku godzinach pracy.
- Szkoda, że nie wszystkie sprawy są takie łatwe.
Jednym uchem wyłapywała odgłosy płynące zza okna, nieustanny jazgot i huk ulicy. Głos płynący z tramwaju powietrznego namawiał do korzystania
z miejskiej komunikacji.
- Oferujemy system zniżek, abonamenty tygodniowe, miesięczne i roczne!
Skorzystaj z usług EZ TRAM, przyjaznego i niezawodnego systemu
komunikacji powietrznej. Rozpoczynaj i kończ swój dzień z klasą.
Jeśli lubisz gnieść się jak sardynka w puszce, pomyślała Eve. W zimnym
listopadowym deszczu, który padał bez ustanku od samego rana, musiało
dochodzić do gigantycznych zatorów, zarówno na ulicach, jak i w powietrzu. Doskonałe zakończenie dnia.
- Tyle na dzisiaj - oznajmiła i sięgnęła po swoją skórzaną kurtkę. -
Wychodzę, w sam czas, zresztą. Masz jakieś gorące plany na weekend,
Peabody?
- Jak zwykle, będę zmieniać mężczyzn jak rękawiczki, łamać serca,
druzgotać dusze.
Eve uśmiechnęła się lekko. Mocno zbudowana, wysportowana Peabody mogłaby
uchodzić za wzorzec policjantki - od czarnych, krótko przyciętych włosów
do wypolerowanych, przepisowych butów.
- Jesteś okropną dzikuską, Peabody, doprawdy nie wiem, jak wytrzymujesz
takie tempo.
- Tak, to ja, królowa nowojorskich nocy. - Peabody, z cierpkim uśmiechem
na twarzy, sięgnęła do klamki, kiedy zapiszczało łącze Eve. Spojrzały ze
złością na aparat.
- Trzydzieści sekund później, a byłybyśmy już na dole.
- To pewnie Roarke chce mi przypomnieć, że wieczorem mamy ważne
przyjęcie. - Eve odebrała połączenie. - Wydział zabójstw, Dallas. - Na
ekranie pojawiły się ciemne, brzydkie, nieharmonizujące ze sobą kolory.
Z głośnika popłynęła powolna muzyka w niskiej tonacji. Eve bez namysłu
włączyła automatyczne wyszukiwanie nadawcy i patrzyła w milczeniu na
napis "Źródło nieznane", przesuwający się u dołu ekranu.
Peabody wyciągnęła z kieszeni komunikator i odeszła na bok, by
skontaktować się z centrum kontroli. W tej właśnie chwili z głośnika
rozległ się głos mężczyzny:
- Podobno jest pani najlepszym śledczym w tym mieście, porucznik Dallas.
Naprawdę jest pani taka dobra?
- Nawiązywanie łączności z zablokowanego numeru i/lub przesyłanie w ten
sposób informacji do funkcjonariusza policji jest nielegalne.
Zobowiązana jestem przestrzec pana, że to połączenie jest monitorowane
przez system CompuGuard i nagrywane.
- Wiem o tym. Ponieważ jednak popełniłem właśnie czyn, który
społeczeństwo nazywa morderstwem pierwszego stopnia, nie zamierzam
przejmować się drobnymi wykroczeniami. Zostałem wybrany przez Boga, mam
jego błogosławieństwo.
- Ach tak? - Cholera, tylko tego mi brakowało, pomyślała.
- Wezwał mnie do swego żniwa, a ja obmyłem ręce w krwi jego wrogów.
- A dużo ma tych wrogów? Ja pomyślałabym raczej, że sam zgniecie
wszystkich i że nie będzie zrzucał na ciebie brudnej roboty.
Zapadła cisza, długa chwila ciszy przerywanej tylko dźwiękami muzyki.
- Powinienem spodziewać się, że nie potraktujesz tego poważnie. - W głosie mężczyzny pobrzmiewały teraz twarde, gniewne nuty. Z trudem
tłumił wściekłość. - Jesteś jedną z bezbożnych, jakże więc mogłabyś
pojąć Boże zamysły? Dobrze, zniżę się do twojego poziomu. To będzie
zagadka. Lubi pani zagadki, porucznik Dallas?
- Nie. - Zerknęła ukradkiem na Peabody. Ta pokręciła głową, zaciskając
wargi w grymasie bezsilnej złości. - Ale mogę się założyć, że ty je
uwielbiasz.
- Dają umysłowi odpoczynek, a duszy spokój. Ta mała zagadka nazywa się
zemsta. Znajdziesz pierwszego syna grzechu w gnieździe luksusu, na
szczycie jego srebrnej wieży, tam, gdzie dołem biegnie ciemna rzeka, a woda spada z wielkiej wysokości. Błagał o życie, a potem o śmierć.
Ponieważ nigdy nie żałował swoich wielkich grzechów, jest już na wieki
potępiony.
- Dlaczego go zabiłeś?
- Bo narodziłem się, by wypełniać to zadanie.
- Bóg powiedział ci, że urodziłeś się, aby zabijać? - Eve jeszcze raz
wydała polecenie odszukania nadawcy. Syknęła z frustracją, ujrzawszy ten
sam napis na ekranie. - Jak dał ci o tym znać? Zadzwonił do ciebie,
przesłał ci faks? Może spotkaliście się w barze?
- Dość tych kpin. - Oddech mężczyzny stał się głośniejszy, drżący. -
Myślisz, że jestem gorszy od ciebie, bo masz władzę? To ja
skontaktowałem się z tobą, porucznik Dallas. Pamiętaj, że jestem górą.
Kobieta może doradzać mężczyźnie i mu pomagać, ale to mężczyzna został
stworzony, by chronić, walczyć i mścić się.
- To też powiedział ci Bóg? To pewnie ostateczny dowód na to, że i on
jest mężczyzną.
- Zadrżysz przed nim, zadrżysz przede mną.
- Tak, jasne. - Licząc na to, że tajemniczy rozmówca dobrze ją widzi,
Eve zaczęła ostentacyjnie oglądać sobie paznokcie. - Już cała się
trzęsę.
- Moje dzieło jest święte. Przerażające i cudowne. Jest napisane w Księdze Przysłów, pani porucznik, w rozdziale dwudziestym ósmym: "Gdy
człowiek zmazany krwią ludzką ucieka aż do grobu - niech go nie
wstrzymują!". Ten człowiek przestał już uciekać i nikt mu nie pomógł.
- Więc kim się stałeś, zabijając tego człowieka?
- Jestem gniewem Bożym. Masz dwadzieścia cztery godziny, żeby pokazać,
na co cię stać. Nie zawiedź mnie.
- Nie zawiodę cię, dupku - mruknęła Eve, kiedy połączenie dobiegło
końca. - Udało się coś znaleźć, Peabody?
- Nie. Zatkał wszystko tak dobrze, że nie wiadomo nawet, czy nadawał z Ziemi, czy gdzieś spoza.
- Jest na Ziemi - mruknęła Eve i usiadła. - Chce przyglądać się
wszystkiemu z bliska.
- Zapewne to jakiś wariat.
- Nie sądzę. Fanatyk, owszem, ale nie wariat. Komputer, sprawdź budynki
mieszkalne i handlowe ze słowem "luksus" w nazwie, w granicach Nowego
Jorku, z widokiem na East River albo Hudson. - Zaczęła stukać palcami w blat biurka. - Nienawidzę takich łamigłówek.
- A ja nawet lubię.
Peabody pochyliła się nad ramieniem Eve i patrzyła na ekran komputera,
ściągnąwszy brwi w pełnym napięcia grymasie.
*
Ręce Luksusu, Brytyjski Luksus, Luksusowe Miejsce, Wieże Luksusu...
- Widok na Wieże Luksusu - poleciła krótko Eve.
Przetwarzanie...
Na ekranie pojawiła się wyniosła metalowa budowla. W srebrzystych
taflach odbijał się blask słońca, na dole migotała błękitna wstęga rzeki
Hudson. Po zachodniej stronie widać było stylizowany wodospad, z którego
woda spływała skomplikowaną siecią rur i kanałów.
- Bingo.
- To nie może być takie łatwe - powątpiewała Peabody.
- On chciał, żeby było łatwe. - Bo ktoś już nie żyje, pomyślała Eve. -
Chce się z nami bawić i chełpić tym, czego dokonał. Nie może tego robić,
dopóki nie znajdziemy jego ofiary. Komputer, podaj nazwiska mieszkańców
najwyższego piętra Wież Luksusu.
Przetwarzanie... Właścicielem apartamentu jest spółka The Brennen Group.
Mieszkanie zajmuje Thomas X. Brennen z Dublina, Irlandczyk, czterdzieści
dwa lata, żonaty, trójka dzieci, prezes i dyrektor The Brennen Group,
agencji rozrywkowej i telekomunikacyjnej.
- Lepiej to sprawdźmy, Peabody. Zawiadomimy centralę po drodze.
- Poprosić o wsparcie?
- Nie, najpierw same się tam rozejrzymy. - Eve poprawiła pas z bronią i włożyła kurtkę.
*
Sytuacja na ulicach wyglądała dokładnie tak, jak Dallas się tego
spodziewała. Pojazdy sunęły w ślimaczym tempie, trąbiły na siebie,
próbowały wzbić się w powietrze i buczały jak zdezorientowane pszczoły.
Uliczni sprzedawcy stali pod rozłożystymi parasolami obok swoich wózków
z jedzeniem i przenośnych grillów, z których wydobywały się kłęby dymu
zmniejszające widoczność i zanieczyszczające powietrze.
- Skontaktuj się z operatorem i poproś o domowy numer Brennena, Peabody.
Może to tylko fałszywy alarm, a facet jest cały i zdrowy.
- Już się robi - odparła asystentka i wyciągnęła komunikator.
Poirytowana długim wyczekiwaniem w korkach, Eve włączyła syrenę. Mogła
równie dobrze wychylić się przez okno i krzyczeć - efekt byłby ten sam.
Samochody stały ściśnięte jeden przy drugim, żaden nie przesunął się
nawet o kilka centymetrów.
- Nikt nie odpowiada - poinformowała ją Peabody. - Męski głos mówi, że
wyjechał dzisiaj na dwutygodniowy urlop.
- Miejmy nadzieję, że siedzi teraz w jakimś pubie w Dublinie. - Eve
przyjrzała się jeszcze raz sznurowi samochodów, rozważając różne
wyjścia. - Jest tylko jeden sposób.
- Och nie, nie tym gratem!
Peabody, zaprawiona w bojach policjantka, zacisnęła mocno zęby i zamknęła oczy z przerażenia, kiedy Eve nacisnęła klawisz wznoszenia
pionowego. Samochód zadrżał, zatrzeszczał i podniósł się nad ziemię. Po
kilku sekundach jednak opadł ponownie z głuchym hukiem.
- Cholerna kupa gówna! - Tym razem Eve walnęła pięścią w kontrolkę z taką siłą, że starła sobie naskórek.
Pojazd zatrząsł się, uniósł w powietrze, zakołysał i gwałtownie ruszył
do przodu, gdy Eve uderzyła w dźwignię akceleratora. Urwała skrawek
parasola, przyprawiając o atak wściekłości sprzedawcę, który ścigał ją
przez następne kilkaset metrów.
- Ten cholerny handlarz prawie złapał mnie za zderzak. - Bardziej
zdumiona niż rozzłoszczona Dallas pokręciła głową. - Facet w butach
powietrznych o mały włos prześcignąłby policyjny samochód. Ten świat
schodzi na psy, Peabody.
Delia wciąż zaciskała mocno powieki.
- Przepraszam, pani porucznik, ale przeszkadza mi pani w modlitwie.
Eve nie wyłączała syreny, nawet gdy znalazła się pod samym wejściem do
Wież Luksusu. Lądowanie było szybkie i gwałtowne; Dallas zacisnęła mocno
zęby, odetchnęła jednak z ulgą, gdy przekonała się, że minie lśniący
zderzak luksusowego XRII co najmniej o trzy centymetry.
Odźwierny wypadł na chodnik niczym srebrny pocisk. Na jego twarzy
malowały się groza i oburzenie, kiedy jednym szarpnięciem otworzył
drzwiczki jej sfatygowanego wozu.
- Przykro mi, ale nie może pani parkować tutaj tego... pojazdu.
Eve wyłączyła syrenę i wyjęła swoją legitymację.
- Myli się pan.
Ujrzawszy policyjną odznakę, tamten tylko zacisnął mocniej zęby.
- Uprzejmie proszę, by zechciała pani wjechać do garażu.
Być może potraktowałaby go inaczej, gdyby nie przypominał jej tak bardzo
Summerseta, majordomusa, który cieszył się zaufaniem i szacunkiem
Roarke'a, a w niej budził najgorsze instynkty. Wychyliła się ze swojego
miejsca i zbliżywszy twarz do twarzy odźwiernego, wycedziła przez zęby:
- Samochód zostanie tam, gdzie ja zechcę, kolego. I jeśli nie chcesz,
żeby moja asystentka wpisała do rejestru, że utrudniałeś pracę
policjantowi na służbie, wprowadzisz mnie natychmiast do apartamentu
Thomasa Brennena.
Mężczyzna wciągnął powietrze przez nos.
- To niemożliwe. Pan Brennen wyjechał.
- Peabody, zapisz nazwisko i numer tożsamości tego... obywatela.
Skontaktuj się z centralą i powiedz, żeby ktoś przyjechał tu po niego.
- Tak jest.
- Nie możecie mnie aresztować. - Lśniące czarne buty portiera zatupotały
nerwowo po chodniku. - Tylko wykonuję swoją pracę.
- A przy okazji przeszkadzasz w mojej pracy. Jak sądzisz, czyje zajęcie
sąd uzna za ważniejsze?
Tamten poruszał przez chwilę ustami, jakby chciał coś powiedzieć,
wreszcie zacisnął wargi w wyrazie największej dezaprobaty. O tak,
pomyślała Eve, wykapany Summerset, choć ten tutaj był o dziesięć
kilogramów cięższy i prawie dziesięć centymetrów niższy od człowieka,
który zatruwał jej życie.
- Dobrze, ale uprzedzam, że poinformuję szefa policji o pani
skandalicznym zachowaniu. - Jeszcze raz spojrzał na odznakę. - Pani
porucznik.
- Proszę bardzo.
Eve dała znak Peabody i ruszyła śladem sztywno wyprostowanego portiera
do drzwi budynku. Przy wejściu mężczyzna zatrzymał się na moment i uruchomił androida, który miał zastąpić go na posterunku.
Hol Wież Luksusu wyglądał jak wielki tropikalny ogród z wysokimi palmami
i wielkimi kolorowymi kwiatami. Słychać tu było śpiew ptaków. W wielkiej
sadzawce stała fontanna w kształcie półnagiej kobiety, która trzymała w dłoni złotą rybkę.
Odźwierny wystukał kod na szklanej windzie i gestem zaprosił obie
policjantki do wejścia. Eve, która nie cierpiała tego rodzaju środków
transportu, stała jak przymurowana w centrum kabiny, a Peabody omal nie
wypchnęła nosem szyby, spoglądając z zachwytem na oddalający się ogród.
Sześćdziesiąt dwa piętra wyżej za drzwiami windy znajdował się mniejszy,
lecz równie oszałamiający ogród. Portier zatrzymał się przed ekranem
systemu monitoringowego, umieszczonego obok łukowatych drzwi z polerowanej stali.
- Odźwierny Strobie w towarzystwie porucznik Dallas z wydziału zabójstw
i jej asystentki.
- Pan Brennen jest w tej chwili nieobecny - odpowiedział łagodny głos ze
śpiewnym, irlandzkim akcentem.
Eve bezceremonialnie odepchnęła Strobiego na bok.
- To bardzo ważna sprawa. - Podniosła odznakę na wysokość
elektronicznego oka. - Musimy wejść do środka.
- Chwileczkę, pani porucznik. - Komputer mruczał cicho, weryfikując jej
tożsamość i porównując twarz ze zdjęciem. Potem delikatnie szczęknęły
zamki stalowych drzwi. - Może pani wejść, proszę jednak pamiętać, że
mieszkanie jest monitorowane przez system SCAN-EYE.
- Włącz nagrywanie, Peabody. Cofnij się, Strobie. - Eve położyła jedną
dłoń na kolbie rewolweru, drugą na klamce i pchnęła ramieniem drzwi.
Najpierw uderzył ją zapach. Zaklęła głośno. Zbyt często miała do
czynienia z gwałtowną śmiercią, by pomylić tę woń z czymkolwiek innym.
Smugi zakrzepłej krwi pokrywały jedwabne, niebieskie ściany korytarza,
tworząc ponure i niezrozumiałe graffiti. Po chwili zobaczyła pierwszy
fragment ciała Thomasa X. Brennena. Na puszystym, miękkim dywanie leżała
jego dłoń. Odwrócone ku górze palce były lekko zakrzywione, jakby kiwały
na nią i zachęcały do wejścia. Ręka została ucięta dokładnie w nadgarstku.
Słyszała, jak za jej plecami Strobie krztusi się i pospiesznie wycofuje
do holu. Ruszyła dalej, wyciągając broń i trzymając ją przed sobą gotową
do strzału. Instynkt podpowiadał jej wszakże, że straszliwe dzieło
zostało już zakończone, a ten, kto go dokonał, pozostaje w bezpiecznym
ukryciu, przestrzegała jednak procedury i przesuwała się powoli, krok po
kroku, w miarę możliwości unikając kontaktu z rozlaną krwią.
- Jeśli Strobie skończył już rzygać, to spytaj go, gdzie jest sypialnia
pana domu.
- Do końca korytarza i na lewo - poinformowała ją po chwili Peabody. -
Ale ten facet ciągle nie może dojść do siebie.
- Daj mu jakieś wiadro, a potem zabezpiecz windę i drzwi.
Eve przeszła do końca korytarza. Zapach stawał się coraz bardziej
intensywny, natarczywy. Zaczęła oddychać przez usta. Drzwi sypialni były
lekko uchylone. Z wnętrza dobiegały majestatyczne dźwięki muzyki
Mozarta. Wąska smuga sztucznego światła przecinała półmrok korytarza.
To, co zostało jeszcze z Brennena, rozciągnięte było na wielkim łożu ze
stylizowanym, lustrzanym baldachimem. Jedną rękę miał przymocowaną
srebrnym łańcuszkiem do ramy łóżka. Eve przypuszczała, że stopy ofiary
znajdzie porzucone gdzieś w tym rozległym mieszkaniu.
Bez wątpienia ściany apartamentu były dźwiękoszczelne i skutecznie
tłumiły przeraźliwe krzyki torturowanej ofiary. Oglądając zmasakrowane
ciało, zastanawiała się, jak długo mogło to trwać. Ile cierpienia i bólu
mógł znieść człowiek, nim jego mózg się wyłączył, a płuca wydały
ostatnie tchnienie?
*
Thomas Brennen znał odpowiedź na to pytanie.
Morderca rozebrał go do naga, a potem amputował obie stopy i jedną dłoń.
Jedyne pozostałe oko wpatrywało się z przerażeniem w lustrzane odbicie
zdeformowanego i wypatroszonego ciała.
- Słodki Jezu Chryste - wyszeptała Peabody od drzwi. - Święta Matko
Boża.
- Przynieś mi sprzęt zabezpieczający. Musimy wszystko opieczętować i wezwać ekipę. Dowiedz się, gdzie jest jego rodzina. Zadzwoń przez
zastrzeżony kanał, złap Feeneya i powiedz mu, żeby zablokował wszystkie
informacje. Media nie mogą o niczym się dowiedzieć tak długo, jak tylko
to możliwe.
Peabody musiała przełknąć dwa razy, zanim nabrała pewności, że utrzyma
lunch w żołądku.
- Tak jest.
- Zajmij się też Strobiem i dopilnuj, żeby niczego nie wypaplał.
Kiedy Eve odwróciła się do drzwi, Peabody dostrzegła w jej oczach litość
i współczucie, jednak już po kilku sekundach zastąpił je znajomy chłód i opanowanie.
- Bierzmy się do roboty. Chcę jak najszybciej dopaść tego skurczysyna.
Dochodziła już północ, gdy porucznik Dallas stanęła wreszcie przed
drzwiami własnego domu. Miała pusty żołądek, paliły ją oczy, głowa
pękała z bólu. Smród okrutnej śmierci przylgnął do niej jak zbyt ciasne
ubranie, choć przed wyjściem niemal zdarła z siebie skórę pod policyjnym
prysznicem.
Pragnęła teraz jedynie całkowitego zapomnienia i modliła się w duchu, by
kiedy zamknie oczy i pogrąży się we śnie, nie ujrzeć zmasakrowanego
ciała Thomasa Brennena.
Drzwi otworzyły się, nim dotknęła klamki. Wysoki, chudy Summerset stał
nieruchomo na tle złocistego blasku wielkiego kandelabra. Całym ciałem
okazywał jej swoją dezaprobatę i antypatię.
- Jest pani niewybaczalnie spóźniona, pani porucznik. Goście zbierają
się już do wyjścia.
Goście? Jej przeciążony umysł zmagał się przez chwilę z tym słowem, nim
przypomniała sobie wreszcie. Przyjęcie? Miała zabawiać gości po tym
wszystkim, co przeszła tej nocy?
- Pocałuj mnie w dupę - zaproponowała mu uprzejmie i weszła do środka.
Summerset chwycił ją szczupłymi palcami za ramię.
- Jako żona Roarke'a nie powinna pani uchylać się od pewnych obowiązków,
na przykład od towarzyszenia mu w czasie tak ważnej dla jego interesów
uroczystej kolacji.
W mgnieniu oka zmęczenie zamieniło się we wściekłość. Eve zacisnęła
pięści i wycedziła przez zęby:
- Puść mnie albo...
- Eve, kochanie!
Głos Roarke'a, niosący w sobie jednocześnie ciepłe powitanie,
rozbawienie i ostrzeżenie, powstrzymał jej wzniesioną pięść. Wykrzywiona
Eve odwróciła się i popatrzyła na stojącego w holu męża. Był to widok
zapierający dech w piersiach, Roarke miał na sobie doskonale skrojony
czarny garnitur. Kryło się pod nim szczupłe, wspaniale umięśnione ciało,
które mogło rozpalić każdą kobietę bez względu na to, czym było okryte
albo czym okryte nie było, a ona doskonale o tym wiedziała. Ciemne jak
noc, sięgające ramion włosy okalały jego kształtną twarz, która zdaniem
Eve pasowała raczej do renesansowych obrazów niż do rzeczywistości.
Wysoko zarysowane kości policzkowe, oczy bardziej błękitne niż samo
niebo i usta stworzone do deklamowania wierszy, wydawania rozkazów i doprowadzania kobiet do szaleństwa niezmiennie ją zachwycały.
W ciągu niecałego roku Roarke przełamał wszystkie opory Eve, otworzył
jej serce i, co najbardziej zaskakujące, zdobył nie tylko jej miłość,
ale i zaufanie.
I wciąż potrafił ją rozzłościć.
Uważała go za pierwszy i jedyny cud w swym życiu.
- Spóźniłam się. Przepraszam. - Była to raczej prowokacja niż prawdziwe
przeprosiny, Roarke przyjął je jednak z łagodnym uśmiechem i uniósł
lekko brwi.
- Jestem pewien, że to było nieuniknione.
Wyciągnął do niej rękę. Kiedy przeszła przez korytarz i podała mu dłoń,
poczuł, jak jest zziębnięta i zesztywniała. Z jej brązowych oczu biły
wściekłość i zmęczenie. Przywykł już do tego. Była blada, co
zaniepokoiło go znacznie bardziej niż jej zachowanie. Domyślił się, że
ciemne smugi na jej dżinsach to zakrzepła krew; miał tylko nadzieję, że
nie jest to krew Eve.
Uścisnął wyciągniętą dłoń delikatnie i czule, a potem podniósł ją do
ust. Ani na sekundę nie spuszczał wzroku z żony.
- Jesteś bardzo zmęczona, moja pani porucznik - szeptał aksamitnym
głosem z magiczną nutką irlandzkiego akcentu. - Zaraz ich stąd
wyprowadzę. Jeszcze tylko kilka minut, dobrze?
- Tak, jasne, w porządku. - Powoli zaczęła się uspokajać. - Przepraszam,
że nawaliłam. Wiem, że to było dla ciebie bardzo ważne spotkanie.
Wyjrzała dyskretnie zza jego ramienia. W salonie było co najmniej
kilkanaście obwieszonych klejnotami kobiet w jedwabnych sukniach i mężczyzn, ubranych w eleganckie garnitury. Jakiś ślad skrywanej dotąd
niechęci musiał chyba się pokazać na jej twarzy, bo Roarke roześmiał się
cicho.
- Pięć minut, Eve. Nie sądzę, żeby to było aż tak okropne jak twoja
dzisiejsza sprawa.
Wprowadził ją do środka. Był człowiekiem, który równie dobrze czuje się
w ociekających luksusem salonach jak na śmierdzących, pełnych przemocy
ulicach wielkiego miasta. Z naturalną swobodą przedstawił swoją żonę
tym, których jeszcze nie znała, a potem dyskretnie przypomniał jej
imiona gości, których miała już kiedyś okazję spotkać. Jednocześnie
delikatnie skierował wszystkich w stronę wyjścia.
Eve otoczył zapach perfum i wina, ale choć w powietrzu unosił się
aromatyczny dym drewna z jabłoni, które tliło się powoli w małym
kominku, ona wciąż czuła smród śmierci i krwi.
Roarke zastanawiał się, czy jego żona wie, jak wspaniale się prezentuje,
kiedy tak stoi pośród tego całego przepychu i bogactwa w znoszonej
kurtce i poplamionych krwią dżinsach. Potargane włosy okalały bladą
twarz, od której odcinały się ciemne, zmęczone oczy. Wiedział, że Eve
trzyma się na nogach jedynie siłą woli.
Pomyślał, że jego żona to kwintesencja odwagi.
Kiedy jednak zamknęli drzwi za ostatnim gościem, ze smutkiem pokręciła
głową.
- Summerset ma rację. Nie nadaję się do roli żony Roarke'a.
- Ale jesteś moją żoną.
- Co nie znaczy, że jestem w tym dobra. Znów cię zawiodłam. Powinnam
była... - przerwała raptownie, bo zamknął jej usta ciepłym stanowczym
pocałunkiem, który pomógł jej się wreszcie rozluźnić, usunąć dręczący
ból z karku i pleców. Nie zdając sobie z tego sprawy, objęła go i mocno
doń przywarła.
- No... - mruknął po chwili - ...tak lepiej. Nie przejmuj się. - Podniósł
jej głowę, gładząc palcem dołek w brodzie. - To moje interesy. Moja
praca. Ty masz swoją.
- Ale to była bardzo ważna umowa. Jakaś wielka fuzja.
- Tak, ze Scottoline... raczej przejęcie. Cała sprawa powinna być
sfinalizowana do końca przyszłego tygodnia. Nie przeszkodził nam w tym
nawet brak twojej czarującej osoby. Ale mogłaś zadzwonić. Martwiłem się.
- Zapomniałam. Ciągle mi się to zdarza. Nie jestem przyzwyczajona. -
Wbiła ręce w kieszenie i zaczęła przechadzać się nerwowo po holu. - Nie
jestem do tego przyzwyczajona. Zawsze kiedy myślę, że już to sobie
wbiłam do głowy, okazuje się, że nie mam racji. A potem wchodzę tutaj
prosto z ulicy i w dodatku wyglądam jak jakiś narkoman.
- Wręcz przeciwnie, wyglądasz jak prawdziwy gliniarz. Zdaje się, że
zrobiłaś ogromne wrażenie na niektórych gościach. Ten pistolet pod
kurtką i ślady krwi na dżinsach... Zakładam, że to nie twoja.
- Nie moja.
Nagle opadła całkiem z sił. Odwróciła się do schodów i usiadła na drugim
stopniu. Ponieważ widział ją tylko Roarke, pozwoliła sobie na chwilę
słabości i zakryła twarz dłońmi.
Roarke usiadł obok i objął ją ramieniem.
- To było okropne. Prawie zawsze mogę powiedzieć, że widziałam już
równie paskudne rzeczy albo jeszcze gorsze. Zwykle to prawda. Ale tym
razem nie potrafię sobie tego wmówić. - Czuła, jak ściska jej się
żołądek. - Nigdy w życiu nie widziałam czegoś równie przerażającego.
Wiedział, z czym ma do czynienia jego żona, sam był świadkiem wielu
potworności.
- Chcesz mi o tym opowiedzieć?
- Nie, na Boga, nawet nie chcę o tym myśleć przez następnych kilka
godzin. Nie chcę myśleć o niczym.
- Mogę ci w tym pomóc.
Uśmiechnęła się, po raz pierwszy od kilku godzin.
- O tak, wiem, że potrafisz.
- Zacznijmy może tak... - Wstał i wziął ją na ręce.
- Nie musisz mnie nieść. Dam sobie radę.
Uśmiechnął się do niej szeroko, ruszając w górę schodów.
- Może dzięki temu czuję się mężczyzną.
- W takim wypadku... - Objęła go za szyję i oparła głowę na jego ramieniu.
Było jej dobrze. Bardzo dobrze. - To chyba najmniej, co mogę dla ciebie
zrobić po tym, jak cię dzisiaj zawiodłam.
- Zdecydowanie najmniej - zgodził się z nią.
Rozdział 2
Kiedy się obudziła, za oknem zalegały jeszcze ciemności. Była cała
spocona. Senne obrazy wydawały się niewyraźne i zagmatwane. Zadowolona,
że udało jej się przed nimi umknąć, nie próbowała nawet dociec, co
przedstawiały.
Ponieważ była w łóżku sama, pozwoliła, by jej ciałem wstrząsnął długi
dreszcz.
- Światło - wydała polecenie. - Przytłumione.
Odetchnęła z ulgą, kiedy żółty blask rozproszył mrok. Jeszcze przez
moment leżała nieruchomo, a potem sprawdziła godzinę.
Piąta piętnaście. Fatalnie, pomyślała, wiedząc, że teraz już nie zaśnie.
Nie chciała zasypiać bez Roarke'a, który pomógłby jej odegnać senne
koszmary. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek nie będzie jej wstyd, że
tak bardzo uzależniła się od niego w tych sprawach. Rok temu nie miała
nawet pojęcia, że ktoś taki istnieje. Teraz stanowił treść jej życia,
był z nią nierozerwalnie związany, jak jej własne dłonie. Jak jej własne
serce.
Wyskoczyła z łóżka, chwytając po drodze jedną z tych jedwabnych koszul,
które wciąż jej kupował. Narzuciła ją na siebie, odwróciła się do
ściennego panelu i zapytała:
- Gdzie jest Roarke?
Był na parterze, w basenie.
Niezły pomysł, uznała Eve, po chwili zdecydowała jednak, że najpierw
poćwiczy trochę na siłowni, by odgonić resztki koszmarów i złe myśli.
Chcąc za wszelką cenę uniknąć spotkania z Summersetem, skorzystała z windy, a nie ze schodów. Ten człowiek był wszędzie, wysuwał się z mrocznych zakamarków, a na jego twarzy zawsze gościł pogardliwy grymas.
Nie chciała rozpocząć dnia od kłótni.
Siłownia Roarke'a była wyposażona we wszelkie urządzenia, jakich tylko
Eve mogła zapragnąć. Mogła stanąć do walki z androidem, poćwiczyć na
klasycznych przyrządach albo pozwolić, by to maszyny wykonały za nią
całą pracę. Szybko zrzuciła z siebie koszulkę i wbiła się w obcisły
strój sportowy. Potrzebowała biegu, długiego i wyczerpującego. Włożyła
buty do biegania i zaprogramowała wideotrasę.
Wybrała plażę. Było to jedyne miejsce poza miastem, gdzie wciąż czuła
się jak u siebie w domu. Wszystkie wiejskie pejzaże, leśne ścieżki czy
pozaplanetarne krajobrazy wywoływały w niej bliżej nieokreślony
niepokój.
Zaczęła od lekkiego truchtu. Za jej plecami błękitne fale z hukiem
rozbijały się o brzeg, skrawek słońca wyglądał właśnie zza horyzontu.
Mewy wrzeszczały jak szalone i kreśliły skomplikowane wzory w powietrzu.
Eve wciągnęła do płuc słone powietrze tropików, jej mięśnie zaczęły się
rozgrzewać, a nogi podkręciły tempo.
Złapała właściwy rytm po kilometrze, a jej umysł oczyścił się z wszelkich problemów.
Biegała już na tej plaży kilkakrotnie, odkąd poznała Roarke'a -
holograficznie i w rzeczywistości. Przedtem największym skupiskiem wody,
jakie widziała w swym życiu, była rzeka Hudson.
Życie się zmienia, pomyślała. Rzeczywistość też.
Na czwartym kilometrze, kiedy jej mięśnie zaczęły dopiero śpiewać,
dojrzała kątem oka jakiś ruch. Roarke, nie całkiem jeszcze wysuszony po
kąpieli, zajął miejsce obok niej i dostosował tempo do jej kroków.
- Ścigasz czy uciekasz? - spytał.
- Po prostu biegnę.
- Wcześnie dziś wstałaś, moja pani porucznik.
- Czeka mnie ciężki dzień.
Uniósł lekko brwi, kiedy podkręciła tempo. Pomyślał, że jego żona ma w sobie żyłkę sportowca, jednak bez trudu dotrzymywał jej kroku.
- Myślałem, że jesteś bardzo zmęczona.
- Byłam. - Zwolniła, zatrzymała się, a potem zgięła wpół, rozpoczynając
serię skłonów. - Ale już nie jestem. - Podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. Przypomniała sobie, że teraz nie jest to już tylko jej życie, jej
rzeczywistość. Należała do obojga. - Pewnie miałeś jakieś plany.
- Nic, czego nie dałoby się odłożyć. - Weekend na Martynice, który miał
być miłą niespodzianką, mógł zaczekać. - Przez następne czterdzieści
osiem godzin jestem zupełnie wolny, jeśli chciałabyś mnie do czegoś
wykorzystać.
Westchnęła głęboko. To była następna zmiana w jej życiu, ten podział
pracy.
- Może. Na razie chciałabym popływać.
- Pójdę z tobą.
- Myślałam, że właśnie stamtąd wróciłeś.
- No to pójdę jeszcze raz. - Dotknął palcem dołka w brodzie Eve. Wysiłek
fizyczny zaczerwienił jej policzki i pokrył skórę lśniącą warstwą potu.
- To nie jest zabronione. - Wziął ją za rękę i wyprowadził z siłowni,
prosto do wypełnionej zapachem kwiatów sali z basenem.
Palmy, liany i wielkie kwiaty otaczały basen stylizowany na morską
zatoczkę. Brzegi okolone były gładkimi kamieniami, a kilka małych
wodospadów bez przerwy dostarczało świeżą wodę.
- Muszę włożyć kostium.
Uśmiechnął się i zaczął ściągać z niej strój do biegania.
- Po co?
Jego szczupłe dłonie uwolniły ją z ubrań i zaczęły delikatnie gładzić
jej kształtne piersi. Eve uniosła lekko brwi.
- Właściwie jakie to sporty wodne miałeś na myśli?
- Wszystkie możliwe. - Ujął jej twarz w dłonie i pochylił się nad nią. -
Kocham cię, Eve.
- Wiem. - Zamknęła oczy i oparła się czołem o jego czoło. - To takie
dziwne.
Naga, odwróciła się szybko i wskoczyła do wody. Zanurkowała i przez
chwilę płynęła tuż przy dnie. Uśmiechnęła się lekko, kiedy woda
przybrała bladobłękitny odcień. Pomyślała, że Roarke zna jej potrzeby
lepiej niż ona sama. Przepłynęła dwadzieścia razy długość basenu, a potem odwróciła się na plecy, leniwie poruszając nogami. Kiedy
wyciągnęła rękę, ich palce splotły się ze sobą.
- Czuję się teraz naprawdę rozluźniona.
- Tak?
- Tak bardzo rozluźniona, że gdyby jakiś zboczeniec chciał mnie
wykorzystać, chyba nie potrafiłabym się oprzeć.
- W takim razie... - Przyciągnął ją do siebie i odwrócił tak, by widzieć
jej twarz.
- W takim razie... - Objęła go mocno nogami, pozwalając, by to on unosił
ją nad wodą.
Kiedy ich usta spotkały się ze sobą, zniknęły ostatnie ślady napięcia i niepokoju, jakie miała w sobie od poprzedniego wieczoru. Była
rozluźniona, wilgotna i pragnąca. Powoli przesuwała dłonią po jego
ciele, rozczesywała jego włosy przypominające teraz gruby, mokry jedwab.
Ciało Roarke'a było chłodne i twarde, pasowało do niej tak doskonale, że
przestała mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Omal nie zaczęła mruczeć z zadowolenia, kiedy jego dłonie ogarniały ją w delikatnym geście
posiadania.
Nagle znalazła się pod wodą, spleciona z nim w bladym, błękitnym
świecie. Kiedy jego usta zamknęły się na jej piersi, zadrżała z podniecenia, zdumiona i zafascynowana faktem, że nie może zaczerpnąć
powietrza. Jego palce były już w niej. Wprawiając ją w stan
niepohamowanego upojenia, kazały jej wynurzyć się choć na chwilę.
Zachłysnęła się powietrzem, zdezorientowana, odurzona, i znów straciła
oddech, gdy poczuła, że jego usta zastąpiły palce.
Właśnie tego potrzebowała najbardziej, całkowitego zapomnienia,
zanurzenia w rozkoszy. Jej bezradność. Jego pożądanie. Fakt, że Roarke o tym wiedział, że to rozumiał, że jej to dawał, pozostawał dla niej
niezgłębioną tajemnicą.
Odrzuciła głowę do tyłu i oparła ją na gładkiej krawędzi basenu,
poddając się rozkosznej pieszczocie.
Powoli, delikatnie, jego usta zaczęły się przesuwać ku górze, na jej
brzuch, piersi, szyję, gdzie krew pulsowała mocno, szybko.
- Jak ty panujesz nad oddechem - zdołała wykrztusić, a potem zadrżała,
kiedy wsuwał się w nią, powoli, stopniowo. - O Boże...
Patrzył na jej twarz, widział, jak krew barwi jej policzki, a ciałem
wstrząsają dreszcze podniecenia i rozkoszy. Jej włosy opadły do tyłu,
odsłaniając delikatną twarz. I te uparte, często zbyt poważne usta,
które teraz drżały z rozkoszy. Położył dłonie na biodrach Eve, uniósł je
i wszedł głębiej, jeszcze głębiej, wsłuchując się w jej ciche jęki.
Przesunął wargami po jej ustach, zwilżył je czubkiem języka i zaczął
poruszać się z wystudiowaną regularnością, która doprowadzała ich oboje
do szaleństwa.
- Dalej, Eve.
Widział, jak jej surowe, zimne oczy łagodnieją, zachodzą mgłą, słyszał,
jak wstrzymuje oddech, by potem wyrzucić z siebie głośne westchnienie,
jakby cichy szloch. Choć płonął z pożądania, nadal poruszał się powoli,
miarowo. Przedłużał tę chwilę, przeciągał ją w nieskończoność, aż szloch
zamienił się w jego imię.
On sam dochodził długo, głęboko, cudownie.
Eve zdołała jakoś wyciągnąć ręce z wody i położyła je na jego ramionach.
- Nie wypuszczaj mnie jeszcze. Pójdę na dno jak kamień.
Zachichotał słabo, a potem przyłożył wargi do jej szyi, gdzie krew wciąż
tętniła jak szalona.
- Powinnaś częściej wstawać tak rano.
- Zabilibyśmy się oboje. To cud, że nie utonęliśmy.
Roarke wciągnął w nozdrza zapach jej skóry i wody.
- Jeszcze możemy to zrobić.
- Myślisz, że uda nam się dojść do schodów?
- Jeśli nie będziesz się spieszyć...
Przesuwali się krok po kroku wzdłuż krawędzi basenu aż do kamiennych
schodów, wreszcie chwiejnym krokiem wyszli na brzeg.
- Kawy - jęknęła słabo Eve i poszła po ręczniki.
Kiedy powróciła, owinięta w gruby ręcznik frotté i niosąc drugi dla
męża, Roarke zaprogramował już w autokucharzu dwie filiżanki czarnej
kawy. Słońce rozpaliło złotym blaskiem półokrągłe okna po drugiej
stronie sali.
- Głodna?
Eve upiła łyk kawy i mruknęła z zadowolenia, kiedy zastrzyk kofeiny
trafił do jej krwiobiegu.
- Jak wilk. Ale najpierw wezmę prysznic.
- No to idziemy na górę.
Weszli na pierwsze piętro, a Eve zabrała swoją kawę pod prysznic. Gdy
Roarke stanął obok niej pod parującymi strugami, zmrużyła oczy.
- Nie waż się obniżyć temperatury, jeśli chcesz jeszcze pożyć -
ostrzegła go.
- Zimna woda otwiera pory, pobudza krążenie.
- Ty już się o to zatroszczyłeś. - Odstawiła kawę na półkę i namydliła
się szybko.
Kiedy po chwili weszła do kabiny suszącej, pokręciła z niedowierzaniem
głową, widząc, że Roarke obniżył temperaturę wody o dziesięć stopni. Na
samą myśl o takiej kąpieli przechodziły ją zimne dreszcze.
Wiedziała, że on chce, by opowiedziała mu o sprawie, która zatrzymała ją
poprzedniego wieczoru, a teraz zmusi do pracy w wolny weekend. Doceniała
to, że czekał cierpliwie, aż ona rozsiądzie się wygodnie w salonie na
piętrze, mając przed sobą następną filiżankę kawy i talerz tostów z serem i szynką.
- Naprawdę, bardzo mi przykro, że nie przyszłam wczoraj na to spotkanie.
Roarke ugryzł swojego tosta.
- Czy ja też będę musiał przepraszać za każdym razem, kiedy interesy
pokrzyżują nam wspólne plany?
Eve otworzyła usta, zamknęła je i potrząsnęła głową.
- Nie zapomniałam o kolacji, ale kiedy już byłam przy drzwiach, dostałam
sygnał na telełącze. Nie mogłyśmy odszukać nadawcy.
- Nowojorska policja ma fatalny sprzęt.
- Nie taki fatalny - mruknęła. - Ten facet to profesjonalista. Ty też
nie poradziłbyś sobie tak łatwo.
- No nie, chyba nie chcesz mnie obrazić!
Eve uśmiechnęła się drwiąco.
- Być może będziesz miał szansę to udowodnić. Facet zwrócił się do mnie
osobiście, więc nie będę zaskoczona, jeśli następnym razem zadzwoni
tutaj.
Roarke odłożył widelec i ujął filiżankę z kawą w obie dłonie. Zrobił to
bardzo swobodnie, choć całe jego ciało zastygło w pełnym napięcia
wyczekiwaniu.
- Osobiście?
- Tak, chciał rozmawiać ze mną. Najpierw gadał jakieś bzdury o swojej
misji z woli Boga. Krótko mówiąc, chodzi o to, że wykonuje Boże dzieło i że Pan chce bawić się w zagadki.
Odtworzyła całą rozmowę, obserwując twarz Roarke'a, który zmrużył oczy i zacisnął mocniej zęby. Kiedy napięcie ustąpiło miejsca ponuremu
grymasowi, pomyślała, że jej mąż ma bardzo bystre spojrzenie.
- Sprawdziłaś Wieże Luksusu.
- Zgadza się, najwyższe piętro. Zostawił rękę ofiary na korytarzu.
Reszta leżała w sypialni.
Odsunęła talerz, wstała i zaczęła przechadzać się po pokoju, odruchowo
przegarniając włosy.
- Nie widziałam jeszcze czegoś równie okropnego, Roarke, to było
odrażające. Przypuszczam, że o to właśnie chodziło mordercy, wcale nie
stracił panowania nad sobą. Prawie wszystko zostało wykonane precyzyjnie
jak operacja. Pierwsze badania wykazały, że ofiara żyła i była przytomna
niemal do samej śmierci. Ten sukinsyn nafaszerował biedaka narkotykami,
ale tak obliczył dawki, żeby tamten nie stracił świadomości, a jednocześnie odczuwał ból. A uwierz mi, musiał to być ból
niewyobrażalny. Ten człowiek został wypatroszony.
- Jezu Chryste... - Roarke wypuścił powietrze z płuc. - Starożytna kara za
przestępstwa kryminalne i polityczne. Powolna, straszliwa śmierć.
- Cholernie brudna - dodała Eve. - Morderca uciął mu obie stopy i jedną
dłoń. Kiedy ofiara jeszcze żyła, wydłubał jej oko. To jedyna część
ciała, której nie odnaleźliśmy w mieszkaniu.
- No tak. - Choć zawsze uważał, że ma mocny żołądek, nagle stracił cały
apetyt. Podniósł się z fotela i podszedł do szafy. - Oko za oko.
- To motyw zemsty, prawda? Z jakiejś sztuki.
- Z Biblii, kochanie, matki wszystkich sztuk.
Ściągnął z obrotowej półki ciemne spodnie.
- Więc znowu włączamy w to Boga. Chodzi o zemstę, może to sprawa
religijna, może osobista. Mam nadzieję, że znajdziemy motyw, kiedy już
dowiemy się czegoś więcej o ofierze. Zablokowałam wszystkie informacje,
przynajmniej do czasu, gdy skontaktujemy się z rodziną.
Roarke włożył spodnie i sięgnął po białą koszulę.
- Miał dzieci?
- Tak, trójkę.
- Masz paskudną pracę, moja pani porucznik.
- Dlatego tak bardzo ją lubię. - Przeciągnęła dłonią po twarzy. - Jego
żona i dzieci są teraz w Irlandii. Musimy ich dzisiaj odszukać.
- W Irlandii?
- Tak, zdaje się, że ten facet to twój rodak. Nie sądzę, żebyś znał
osobiście niejakiego Thomasa Brennena, co? - Uśmiech zniknął z jej
twarzy, gdy zobaczyła, jak oczy Roarke'a nagle pociemniały. - A jednak
go znałeś. Nie przyszło mi to do głowy.
- Około czterdziestki? - spytał głuchym tonem. - Blondyn, jakieś metr
osiemdziesiąt wzrostu?
- Mniej więcej. Zajmował się komunikacją i rozrywką.
- Tommy Brennen. - Wciąż trzymając w dłoni koszulę, Roarke usiadł na
oparciu fotela. - Sukinsyn.
- Przykro mi. Nie miałam pojęcia, że to twój przyjaciel.
- Nie był nim. - Roarke potrząsnął głową, jakby chciał odegnać od siebie
wspomnienia. - Przynajmniej od jakichś dziesięciu lat. Znałem go, kiedy
mieszkałem jeszcze w Dublinie. Prowadził jakiś lewy interes z komputerami, zresztą ja też robiłem wtedy różne szwindelki. Spotkaliśmy
się kilka razy przy różnych okazjach, ubiliśmy kilka interesów,
wypiliśmy parę piw. Jakieś dwanaście lat temu Tommy poznał młodą
dziewczynę z dobrej rodziny. Zakochał się po same uszy i postanowił
ustatkować. Prowadzić życie całkowicie uczciwe - dodał Roarke z krzywym
uśmiechem. - Odciął się też od grzechów młodości. Wiedziałem, że ma bazę
w Nowym Jorku, ale trzymaliśmy się z dala od siebie. Jego żona chyba nie
wie nic o tej mniej chlubnej części jego przeszłości.
Eve usiadła w fotelu naprzeciwko.
- Być może to właśnie ta mniej chlubna część jego przeszłości, te dawne
grzechy mają związek z jego śmiercią. Chcę w tym poszperać, a kiedy już
się do tego zabiorę, ilu nowych rzeczy dowiem się o tobie?
Roarke pomyślał, że to może być kłopotliwe. On sam nie przejmował się za
bardzo, wiedział jednak, że Eve potraktowałaby sprawę zupełnie inaczej.
- Zacieram za sobą ślady, pani porucznik. I jak już mówiłem, nie byliśmy
przyjaciółmi. Przez te wszystkie lata nie utrzymywałem z nim żadnego
kontaktu. Ale pamiętam go. Miał dobry głos, tenor, ciepły, miły śmiech i smykałkę do interesów. Chciał założyć rodzinę, bardzo mu na tym
zależało. Potrafił dobrze się bić, ale sam nigdy nie szukał zaczepki i starał się unikać kłopotów.
- Więc kłopoty same go znalazły. Wiesz, gdzie teraz jest jego rodzina?
Roarke pokręcił przecząco głową i wstał z fotela.
- Nie, ale mogę szybko zdobyć dla ciebie tę informację.
- Byłabym wdzięczna. - Eve także podniosła się z miejsca. - Roarke,
bardzo mi przykro, choć nawet nie wiem, co cię z nim wiąże.
- Parę wspomnień. Piosenka w zadymionym pubie w deszczowy wieczór. Mnie
też jest przykro. Będę w gabinecie. Daj mi dziesięć minut.
- Jasne.
*
Eve ubierała się powoli, niespiesznie. Czuła, że Roarke będzie
potrzebował więcej niż dziesięć minut. Nie chodziło tu o zdobycie
danych, o które prosiła. Przy jego sprzęcie i umiejętnościach zajęłoby
mu to pięć minut. Potrzebował jednak kilku chwil samotności, by poradzić
sobie z utratą tej piosenki w zadymionym pubie.
Ona nigdy nie straciła nikogo, kto byłby jej bliski. Działo się tak
pewnie dlatego, że pozwoliła, by zbliżyło się do niej tylko kilka
wybranych osób. Potem pojawił się Roarke, a Eve nie miała wyboru. Po
prostu zdobył ją, subtelnie, elegancko, niezaprzeczalnie. A teraz...
dotknęła kciukiem rzeźbionej, złotej obrączki, teraz nie mogła się bez
niego obejść.
Tym razem poszła schodami, przemierzając powolnym krokiem szerokie
korytarze wielkiego, pięknego domu. Nie musiała pukać do drzwi jego
gabinetu, ale zrobiła to i poczekała, aż rozsuną się bezszelestnie.
Przez odsłonięte okna wpadał do pokoju blask słońca. Niebo na zachodzie
było ciemne i zachmurzone, co oznaczało, że deszcz, który padał przez
cały poprzedni dzień, jeszcze całkiem się nie skończył. Roarke wolał
pracować przy staromodnym, drewnianym biurku niż przy nowoczesnej
konsoli. Podłogę pokrywały wspaniałe stare dywany, które przywiózł ze
swych licznych podróży.
Eve włożyła ręce do kieszeni. Już prawie zdążyła się przyzwyczaić do
otaczającego ją luksusu, nie miała jednak pojęcia, jak poradzić sobie ze
smutkiem Roarke'a, z żalem, który zasnuwał mgłą jego oczy.
- Posłuchaj, Roarke...
- Skopiowałem to dla ciebie. - Przesunął w jej stronę kartkę
zadrukowanego papieru. - Pomyślałem, że tak będzie prościej. Jego żona i dzieci są w tej chwili w Dublinie. To jeszcze maluchy, mają dziewięć,
siedem i sześć lat.
Zbyt zdenerwowany, by usiedzieć w jednym miejscu, Roarke wstał od biurka
i stanął przy oknie, patrząc na panoramę Nowego Jorku. Miasto było
jeszcze ciche, jakby zastygłe w bladym świetle poranka. Odszukał zdjęcia
rodziny Brennena; ładna, jasnooka kobieta obejmowała zarumienione
dzieciaki. Poruszyło go to mocniej, niż przypuszczał.
- Pieniędzy na pewno im nie zabraknie - powiedział bardziej do siebie
niż do Eve. - Tommy zatroszczył się o to. Najwyraźniej był naprawdę
dobrym mężem i ojcem.
Przeszła przez gabinet, podniosła rękę, by dotknąć ramienia męża, potem
jednak opuściła ją z rezygnacją. Do diabła, nie umiała tego robić. Nie
miała pojęcia, czy gest pocieszenia zostanie przyjęty z wdzięcznością
czy też odrzucony.
- Nie wiem, co mogłabym dla ciebie zrobić - powiedziała wreszcie.
Roarke się odwrócił; w jego błękitnych oczach smutek mieszał się z wściekłością.
- Dowiedz się, kto to zrobił. Wiem, że w tej kwestii mogę na tobie
polegać.
- Tak, możesz.
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Porucznik Dallas jak zawsze na straży prawa. - Przesunął dłonią po jej
włosach i uniósł brwi, kiedy Eve chwyciła go za nadgarstek.
- Zostaw to mnie, Roarke.
- Czy powiedziałem coś innego?
- Kiedy nic nie mówisz, to znaczy, że już coś kombinujesz. - Znała go
dobrze, na tyle dobrze, by wiedzieć, że ma swoje własne sposoby, swoje
środki i własne plany. - Jeśli zamierzałeś sam się do tego zabrać, to
natychmiast porzuć ten pomysł. To moja sprawa i tylko ja się nią
zajmuję.
Przesunął dłońmi po ramionach Eve, sprawiając że spojrzała na niego
podejrzliwe.
- Oczywiście. Mam nadzieję, że będziesz informować mnie o postępach.
Wiesz, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc.
- Poradzę sobie sama. I uważam, że będzie lepiej, jeśli na razie
postarasz się o tym nie myśleć. Po prostu na jakiś czas zapomnij o tej
sprawie.
Pocałował ją w czubek nosa.
- Nie zapomnę - odparł z uśmiechem.
- Roarke...
- Wolisz, żebym cię okłamywał, Eve? - Podał jej kopię. - Idź do pracy.
Ja zadzwonię w kilka miejsc. Do wieczora powinienem mieć już pełną listę
znajomych Tommy'ego, jego przyjaciół i współpracowników, wrogów i kochanek, ocenę jego sytuacji finansowej i tak dalej. - Prowadząc ją do
drzwi, mówił: - Myślę, że bez trudu zgromadzę wszystkie dane, a ty
będziesz miała pełen obraz.
Zdołała jeszcze zebrać myśli, nim wypchnął ją za drzwi.
- Nie mogę zabronić ci gromadzenia danych, ale nie wychodź za tę linię,
kolego. Ani o krok.
- Wiesz, jak mnie podniecasz, kiedy jesteś taka surowa.
Eve z trudem stłumiła śmiech i przywołała na twarz groźny grymas.
- Zamknij się lepiej - mruknęła, wbiła dłonie w kieszenie i odeszła
szybkim krokiem.
Patrzył za nią, czekając, aż zniknie za zakrętem korytarza. Potem wrócił
do gabinetu i włączył monitory kontrolne. Uśmiech znikł już z jego
twarzy, kiedy przyglądał się, jak Eve zbiega po schodach i chwyta w locie kurtkę, którą Summerset przewiesił dla niej przez poręcz.
- Zapomniałaś o parasolce - mruknął i westchnął cicho, gdy jego żona
wyszła prosto w zimną, dokuczliwą mżawkę.
Nie powiedział jej wszystkiego. Jak mógłby to zrobić? Nie miał też wcale
pewności, czy ma to jakiś związek ze sprawą. Musiał dowiedzieć się
czegoś więcej, nim uwikła ukochaną kobietę w ciemne grzechy swojej
przeszłości.
Wyszedł z gabinetu, kierując się do pomieszczenia, w którym przechowywał
bardzo drogi i nielegalny sprzęt. Położył dłoń na ekranie kontrolnym,
poczekał, aż system zidentyfikuje jego linie papilarne, i wszedł do
środka. Wszystkie urządzenia były niezarejestrowane i niewykrywalne
przez wszechobecny system CompuGuard. Potrzebował kilku rzeczy, by
zaplanować następny krok. Siedząc w środku ustawionych w wielkie "U"
czarnych, lśniących paneli, zaczął wyszukiwać niezbędne informacje.
Wejście do systemu komputerowego nowojorskiej policji było dlań
dziecinnie łatwą zabawą. Przepraszając w myślach żonę, wszedł do jej
plików i odszukał raport lekarski dotyczący ostatniego morderstwa.
- Widok z miejsca zbrodni na monitorze pierwszym - polecił, odsuwając
się lekko do tyłu. - Raport z sekcji zwłok na monitorze drugim, raport
oficera prowadzącego śledztwo na trzecim.
Film wideo ukazał całą grozę tego, co zrobiono Brennenowi. Roarke
patrzył na monitor ze spokojem, choć w jego oczach pojawiły się chłód i determinacja. Niewiele zostało z młodego mężczyzny, którego poznał
kiedyś, w poprzednim życiu, w Dublinie. Przeczytał suchy, treściwy
raport Eve, a potem naszpikowany fachowymi terminami opis sporządzony na
miejscu zbrodni przez lekarza.
- Skopiuj pliki pod nazwą Brennen, zakoduj Roarke'a, dostęp tylko na mój
głos. Koniec pracy.
Odwrócił się i sięgnął do domowego telełącza.
- Summerset, wejdź, proszę, na górę.
- Już idę.
Roarke wstał i podszedł do okna. Wiedział, że przeszłość może powrócić,
by go dręczyć. Dotąd czaiła się gdzieś w mrocznych zakamarkach, czekając
na dogodną chwilę, by zaatakować. Czyżby wymknęła się stamtąd teraz, by
uderzyć w Tommy'ego Brennena? Czy może był to po prostu pech,
nieszczęśliwy zbieg okoliczności?
Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, a na progu stanął odziany w czerń
Summerset.
- Jakieś problemy?
- Thomas Brennen.
Summerset zmarszczył lekko brwi, a potem jego usta rozchyliły się w grymasie, który od biedy można by nazwać uśmiechem.
- Ach tak, ten napalony haker, wielbiciel patriotycznych pieśni i guinnessa.
- Został zamordowany.
- Przykro mi to słyszeć.
- Tutaj, w Nowym Jorku - kontynuował Roarke. - Eve prowadzi śledztwo. -
Usta Summerseta powróciły do poprzedniego, surowego i wyniosłego
kształtu. - Był torturowany, przez kilka godzin utrzymywano go w przytomności narkotykami. Został wypatroszony.
Blada twarz Summerseta pobladła jeszcze mocniej.
- Zbieg okoliczności.
- Może. Miejmy nadzieję. - Roarke przez chwilę wyjmował i zapalał
papierosa. - Ten, kto to zrobił, zadzwonił do mojej żony, bo chciał,
żeby to właśnie ona zajmowała się tą sprawą.
- Jest przecież policjantką - wtrącił Summerset z nieukrywaną pogardą.
- Jest moją żoną - odparował Roarke, a w jego głosie pobrzmiewały
stalowe nutki. - Jeśli okaże się, że to jednak nie jest zbieg
okoliczności, powiem jej wszystko.
- Nie należy tak ryzykować. Morderstwo pozostaje morderstwem, nawet
jeśli większość ludzi uznałaby je za konieczne i usprawiedliwione.
- Ona o tym zadecyduje. - Roarke zaciągnął się głęboko dymem i usiadł na
skraju konsoli. - Nie chcę, żeby błądziła w ciemnościach, Summerset. Nie
postawię jej w takiej sytuacji. Ani ze względu na mnie, ani ze względu
na ciebie. - Kiedy spojrzał na rozżarzony koniec papierosa, smutek znów
zasnuwał jego oczy. - Ani ze względu na wspomnienia. Musisz być
przygotowany.
- To nie ja zapłacę najwięcej, jeśli się okaże, że prawo jest dla niej
ważniejsze od ciebie. Zrobiłeś to, co powinieneś był, co musiałeś
zrobić.
- Tak też postąpi Eve - odparł łagodnie Roarke. - Zanim jednak powiemy
jej o tym, musimy wszystko zrekonstruować. Ile pamiętasz z tamtych
czasów, kogo i co?
- Nie zapomniałem niczego.
Roarke przyglądał się przez chwilę kanciastej twarzy Summerseta i jego
zimnym oczom. Wreszcie skinął głową.
- No to bierzmy się do pracy.
*
Światełka na konsoli migotały jak gwiazdy. Uwielbiał na nie patrzeć. Nie
przeszkadzało mu, że pokój był mały i pozbawiony okien, nie wtedy, kiedy
słyszał cichy pomruk pracujących urządzeń, kiedy widział światło tych
gwiazd, które wskazywały mu drogę.
Gotów był do następnego ruchu, do rozpoczęcia kolejnej rundy. Chłopiec,
który wciąż mieszkał w jego duszy, uwielbiał rywalizację. Mężczyzna,
który wyrósł z tego chłopca, przygotowywał się do świętego dzieła.
Starannie ułożył przed sobą wszystkie narzędzia. Otworzył fiolkę z wodą
poświęconą przez biskupa i pokropił nią obficie laser, noże, młotek i gwoździe. Instrumenty świętej zemsty, narzędzia krwawej rozprawy. Za
nimi stała figurka Najświętszej Panny, zrobiona z białego marmuru, który
symbolizował czystość Marii. Ramiona Matki Boskiej rozpostarte były w geście błogosławieństwa, jej piękną twarz wypełniały spokój i akceptacja.
Pochylił się, by ucałować białe, marmurowe stopy.
Przez moment wydawało mu się, że widzi krew na swojej dłoni i że ta dłoń
drży.
Nie, jego ręce były czyste i białe. Zmył z nich krew wroga.
Znamię Kaina nosili inni, nie on. On przecież był Barankiem Bożym.
Wkrótce miał się zmierzyć z kolejnym wrogiem, już za kilka chwil. Musiał
być silny, by zwabić tamtego w pułapkę, by nosić na twarzy maskę
przyjaźni.
Odbył post, złożył ofiarę, oczyścił serce i umysł z ziemskich brudów.
Teraz zanurzył palce w małej miseczce ze święconą wodą, dotknął nimi
czoła, serca, lewego ramienia, a potem prawego. Ukląkł i położył dłoń na
szkaplerzu, który włożył specjalnie na tę okazję. Szkaplerz został
pobłogosławiony przez samego papieża. Świadomość, że pod tą ochroną nie
spotka go żadne zło, dodawała mu siły.
Wsunął go pod jedwabną koszulę tak, by dotykał bezpośrednio ciała.
Bezpieczny, umocniony, podniósł wzrok na krucyfiks, zawieszony nad
drewnianym stołem, na którym leżały narzędzia jego świętej misji.
Srebrna postać Chrystusa błyszczała jasno na tle złotego krzyża. Nie
dostrzegał żadnej ironii w tym, że postać człowieka, który głosił pokorę
i ubóstwo, została wykonana z drogocennego kruszcu.
Zapalił świece, złożył dłonie i pochyliwszy głowę, modlił się z pasją
głęboko wierzącego, z pasją szaleńca.
Prosił o łaskę i przygotowywał się do morderstwa.
Rozdział 3
W głównej sali wydziału zabójstw w centrali nowojorskiej policji
śmierdziało starą kawą i moczem. Eve przeciskała się pomiędzy
ustawionymi ciasno obok siebie biurkami. Nieustający gwar rozmów,
prowadzonych przez stłoczonych tu detektywów, w ogóle nie docierał do
jej świadomości. Sprzątający android zawzięcie pucował stare linoleum.
Stanowisko Peabody wciśnięte było w sam róg sali, gdzie prawie nie
docierało światło. Pomimo niewielkiej powierzchni i niezbyt korzystnego
położenia wydawało się równie doskonale utrzymane i zorganizowane jak
sama Delia.
- Ktoś zapomniał, gdzie są toalety? - spytała Eve z westchnieniem.
Jej asystentka odwróciła się od powyginanego metalowego biurka.
- Bailey przyprowadził jakiegoś kloszarda na przesłuchanie w sprawie
bójki na noże. Kloszardowi nie podobała się rola świadka i wyraził swoje
niezadowolenie, opróżniając pęcherz prosto na buty Baileya. Podobno
rzeczony pęcherz był naprawdę przepełniony.
- Taaak, kolejny dzień w raju. Dostaliśmy już raport z apartamentu
Brennena?
- Mają go przesłać lada moment.
- W takim razie zacznijmy od dyskietek ochrony z Wież Luksusu i mieszkania.
- Jest mały problem, pani porucznik.
Eve przechyliła głowę na bok.
- Nie zabrałaś ich stamtąd?
- Wzięłam, co było do wzięcia. - Peabody podniosła zapieczętowaną
torebkę z dyskietkami. - Systemy ochronne na najwyższym piętrze Wież
Luksusu i SCAN-EYE w mieszkaniu Brennena zostały wyłączone na okres
dwunastu godzin przed naszym przybyciem.
Eve pokiwała głową i wzięła torebkę.
- Powinnam była się domyślić, że nie będzie taki głupi. Skopiowałaś
wszystkie dane o rozmowach, jakie Brennen prowadził ostatnio ze swojego
łącza?
- Proszę. - Peabody wręczyła jej kolejną, starannie opakowaną i opisaną
dyskietkę.
- Chodźmy do mojego biura. Zobaczymy, czy jest na nich coś ciekawego.
Muszę zadzwonić do Feeneya - powiedziała Eve, wychodząc z sali. -
Będziemy potrzebowali kogoś z wydziału przestępstw elektronicznych.
- Kapitan Feeney jest w Meksyku, pani porucznik. Na wakacjach.
Eve zatrzymała się i zmarszczyła brwi.
- Cholera, zapomniałam. Będzie tam jeszcze przez tydzień, tak?
- Zgadza się. W waszej pięknej willi nad brzegiem oceanu. Do której
twoja oddana asystentka nie została jeszcze zaproszona.
Eve uniosła lekko brwi.
- Masz ochotę zobaczyć Meksyk?
- Widziałam już Meksyk, Dallas. Mam ochotę poznać jakiegoś ognistego
caballero.
Eve parsknęła z rozbawieniem i otworzyła drzwi swojej klitki.
- Jeśli uporamy się szybko z tą sprawą, Peabody, spróbuję coś
zorganizować. - Rzuciła dyskietki na zagracone biurko i zdjęła kurtkę. -
Tak czy inaczej, musimy ściągnąć kogoś z elektronicznego. Sprawdź, czy
mogą przysłać nam kogoś, kto zna się dobrze na tych sprawach. Nie chcę
tu jakiegoś drugorzędnego partacza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki