Anioł śmierci - Nora Roberts

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Pro­wa­dze­nie śledz­twa w spra­wie mor­der­stwa wyma­gało sku­pie­nia, cier­pli­wo­ści, umie­jęt­no­ści i odpo­wied­niej dozy scep­ty­cy­zmu. Porucz­nik Eve Dal­las miała wszyst­kie te cechy.

Wie­działa, że samo popeł­nie­nie zbrodni jest o wiele prost­sze. Zazwy­czaj ludzie zabi­jają ze zło­ści, dla zabawy albo z głu­poty. Zda­niem Eve to wła­śnie naj­zwy­klej­sza głu­pota była przy­czyną, dla któ­rej nie­jaki John Henry Bon­ning wyrzu­cił nie­jakiego Char­lesa Micha­ela Rene­kego z dwu­na­stego pię­tra wie­żowca przy Alei D.

Bon­ning sie­dział teraz przy sto­liku w sali prze­słu­chań. Eve przy­pusz­czała, że wydo­by­cie zeń odpo­wied­nich zeznań zaj­mie jej nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia minut, a w ciągu następ­nych pięt­na­stu będzie już mogła spo­rzą­dzić pełny raport. Być może nie wróci dziś do domu zbyt późno.

- Daj spo­kój, Boner - prze­ma­wiała tonem doświad­czo­nego gliny do rów­nie doświad­czo­nego opry­cha. - Bądź roz­sądny. To tylko kilka zdań, możesz zasło­nić się obroną konieczną i ogra­ni­czoną poczy­tal­no­ścią. A potem oboje będziemy mogli pójść na kola­cję. Podobno w aresz­cie szy­kują na dzi­siaj jakieś sma­ko­łyki.

- Nawet go nie tkną­łem. - Tam­ten zaci­snął grube wargi i stu­kał tłu­stymi pal­cami o blat stołu. - Dupek sam wysko­czył.

Eve wes­tchnęła gło­śno i usia­dła przy sto­liku naprze­ciwko Bon­ninga. Nie chciała, by ten zaczął się zasła­niać praw­ni­kami i zepsuł jej całą sprawę. Musiała odwieść go od takiego pomy­słu i skie­ro­wać prze­słu­cha­nie na wła­ściwe tory. Miała w tym spore doświad­cze­nie.

Pod­rzędni dile­rzy nar­ko­ty­ków pokroju Bon­ninga nie nale­żeli do bystrza­ków, wie­działa jed­nak, że wcze­śniej czy póź­niej nawet on przy­po­mni sobie o swo­ich pra­wach. Była to wciąż ta sama zabawa w cho­wa­nego, rów­nie stara jak samo zło. Choć dobie­gał już końca rok 2058, nic się w tej kwe­stii nie zmie­niło.

- Wysko­czył, tak po pro­stu hop, siup myk­nął sobie przez okno. Powiedz mi tylko, Boner, dla­czego miałby to zro­bić?

Bon­ning zmarsz­czył swe mał­pie czółko w gry­ma­sie głę­bo­kiego namy­słu.

- Bo był popie­przo­nym waria­tem.

- Nie­zła myśl, ale wąt­pię, czy pozwoli ci to przejść do dru­giej rundy naszego małego poje­dynku, Boner.

Po jakichś trzy­dzie­stu sekun­dach wytę­żo­nego myśle­nia diler wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Zabawne, bar­dzo zabawne, Dal­las.

- Tak, chyba zacznę dora­biać po godzi­nach jako komik. Ale wróćmy do mojego pierw­szego zaję­cia: więc mówisz, że obaj łyk­nę­li­ście tro­chę ero­tiki w twoim labo­ra­to­rium przy Alei D, a potem Reneke, popie­przony wariat, uroił sobie coś w tej swo­jej cho­rej gło­wie i wysko­czył przez okno, pro­sto przez szkło. Zanur­ko­wał dwa­na­ście pię­ter w dół, odbił się od dachu tak­sówki, przy­pra­wia­jąc nie­mal o zawał serca dwójkę tury­stów z Topeka, a potem sto­czył się na ulicę, żeby tam spo­koj­nie wylać swój mózg.

- Odbił się... - powtó­rzył Bon­ning z czymś, co miało ucho­dzić za prze­lotny uśmiech. - Kto by pomy­ślał?

Nie zamie­rzała oskar­żać go o mor­der­stwo pierw­szego stop­nia i przy­pusz­czała, że jeśli poprze­sta­nie na mor­der­stwie stop­nia dru­giego, przed­sta­wi­ciel sądu obniży jesz­cze kwa­li­fi­ka­cję czynu na zabój­stwo w afek­cie. Pora­chunki mię­dzy han­dla­rzami pro­chów nie przy­pra­wiały Temidy o dresz­czyk pod­nie­ce­nia. Boner dosta­nie wię­cej za posia­da­nie i roz­pro­wa­dza­nie zaka­za­nych środ­ków niż za mor­der­stwo. Jed­nak nawet kara za oba te prze­stęp­stwa nie prze­kro­czy­łaby praw­do­po­dob­nie trzech lat wię­zie­nia.

Oparła ręce na bla­cie stołu i pochy­liła się do przodu.

- Boner, czy ja wyglą­dam na idiotkę?

Han­dlarz, który wziął to pyta­nie na serio, przez chwilę przy­glą­dał jej się z uwagą. Miała duże brą­zowe oczy, w któ­rych jed­nak trudno byłoby doszu­kać się kobie­cej łagod­no­ści. Jej ładne, sze­ro­kie usta pra­wie ni­gdy się nie uśmie­chały.

- Wyglą­dasz jak glina - oświad­czył w końcu.

- Dobra odpo­wiedź. Nie pró­buj wodzić mnie za nos. Pokłó­ci­łeś się ze swoim wspól­ni­kiem, ponio­sło cię i zakoń­czy­łeś zna­jo­mość, wypy­cha­jąc jego grube dup­sko przez okno. - Unio­sła dło­nie, nim tam­ten zdo­łał jej prze­rwać i zaprze­czyć. - Ja widzę to w ten spo­sób. Wzię­li­ście się za łby, może poszło wam o pie­nią­dze, może o kobietę. Obaj stra­ci­li­ście nad sobą pano­wa­nie i może on cię zaata­ko­wał. Musia­łeś się bro­nić, prawda?

- Każdy czło­wiek ma takie prawo - zgo­dził się Bon­ning, pota­ku­jąc ener­gicz­nie głową. - Ale o nic się nie kłó­ci­li­śmy. On po pro­stu chciał pola­tać.

- Tak? A kto roz­ciął ci wargę i pod­bił oko? I dla­czego masz obtarte kostki na pra­wej dłoni?

Bon­ning znów odsło­nił zębi­ska w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Bójka w knaj­pie.

- Kiedy? Gdzie?

- A kto by to pamię­tał?

- Kto by to pamię­tał, powia­dasz. No to radzę ci, przy­po­mnij sobie, bo ścią­gnę­li­śmy już krew z two­ich tłu­stych łap i odda­li­śmy ją do bada­nia. Jeśli się okaże, że jest też tam krew z jego DNA, oskarżę cię o mor­der­stwo z pre­me­dy­ta­cją... Naj­wyż­sza kara, doży­wo­cie bez prawa łaski.

Bon­ning zamru­gał szybko powie­kami, jakby miał trud­no­ści z ana­lizą nowych, zaska­ku­ją­cych infor­ma­cji.

- Daj spo­kój, Dal­las, to gów­niane gada­nie. Nie prze­ko­nasz nikogo, że przy­sze­dłem tam, bo chcia­łem zabić sta­rego Chuc­ka­roo. Byli­śmy kum­plami.

Nie spusz­cza­jąc wzroku z jego twa­rzy, Eve wycią­gnęła z kie­szeni komu­ni­ka­tor.

- Daję ci ostat­nią szansę. Dzwo­nię do mojej asy­stentki. Popro­szę ją o wyniki testów i stwier­dzę mor­der­stwo pierw­szego stop­nia.

- To nie było żadne mor­der­stwo. - Chciał wie­rzyć, że Dal­las ble­fuje. Obli­zał ner­wowo wargi, żału­jąc w duchu, że nie może niczego wyczy­tać w jej oczach. Nie może doj­rzeć niczego w tych zim­nych oczach gliny. - To był wypa­dek - pod­jął, natchniony naglą myślą. Eve tylko pokrę­ciła głową. - Prze­py­cha­li­śmy się tro­chę i on... potknął się i wyle­ciał przez okno.

- No wiesz, teraz to już mnie obra­żasz. Doro­sły męż­czy­zna nie wypada przy­pad­kiem przez okno, które jest pra­wie metr nad pod­łogą. - Eve wybrała numer. - Sier­żant Peabody!

Po kilku sekun­dach na ekra­nie poja­wiła się okrą­gła, poważna twarz Peabody.

- Słu­cham, pani porucz­nik.

- Chcia­ła­bym poznać wyniki badań krwi. Cho­dzi o sprawę Bon­ninga. Pro­szę prze­słać je bez­po­śred­nio do pokoju prze­słu­chań i powia­do­mić pro­ku­ra­turę, że mamy mor­der­stwo pierw­szego stop­nia.

- Zaraz, pocze­kaj, nie rób tego. - Bon­ning prze­cią­gnął wierz­chem dłoni po ustach.

Przez chwilę toczył wewnętrzną walkę, sta­ra­jąc się prze­ko­nać samego sie­bie, że Dal­las nie może niczego mu udo­wod­nić. Wie­dział jed­nak, że wsa­dziła już za kratki znacz­nie grub­sze ryby niż zwy­kły han­dlarz nar­ko­ty­kami.

- Mia­łeś swoją szansę, Boner. Peabody...

- Zaata­ko­wał mnie, jak powie­dzia­łaś. Rzu­cił się na mnie. Osza­lał. Opo­wiem ci wszystko, całe to gówno. Chcę zło­żyć zezna­nie.

- Peabody, wstrzy­muję pole­ce­nie. Poin­for­muj pro­ku­ra­tora, że pan Bon­ning chce zło­żyć zezna­nie i opo­wie­dzieć całe to gówno. - Na ustach Peabody nie poja­wił się nawet cień uśmie­chu.

- Tak jest.

Eve wsu­nęła komu­ni­ka­tor do kie­szeni, a potem splo­tła ręce na pier­siach i uśmiech­nęła się uprzej­mie.

- No dobra, Boner, opo­wia­daj, jak to było.

*

Pięć­dzie­siąt minut póź­niej weszła do swo­jego maleń­kiego pokoju w głów­nej sie­dzi­bie nowo­jor­skiej poli­cji. Wyglą­dała jak praw­dziwa poli­cjantka - nie tylko ze względu na pas z bro­nią prze­wie­szony przez lewe ramię, zno­szone buty i wytarte dżinsy. Jej wiel­kie brą­zowe oczy dostrze­gały wszystko i pra­wie ni­gdy nie zdra­dzały uczuć, jakie kryły się w duszy. Miała ostro zary­so­waną twarz o wysta­ją­cych kościach policz­ko­wych, z którą kon­tra­sto­wały zaska­ku­jąco pełne usta i mały dołek w bro­dzie.

Poru­szała się z wdzię­kiem i swo­bodą. Nie spie­szyła się ni­gdzie. Zado­wo­lona z sie­bie, usia­dła za biur­kiem i prze­cią­gnęła dło­nią po swych krót­kich kasz­ta­no­wych wło­sach.

Napi­sze raport, prze­śle kopie wszyst­kim zain­te­re­so­wa­nym insty­tu­cjom i wróci do domu. Nie musiała się odwra­cać i wyglą­dać przez wąskie, przy­ciem­nione okno, by wie­dzieć, że na uli­cach mia­sta two­rzą się już coraz więk­sze korki. Jed­nak wście­kłe trą­bie­nie auto­bu­sów powietrz­nych i war­kot heli­kop­te­rów nie prze­szka­dzały jej ani tro­chę. Była to nie­od­łączna część życia w Nowym Jorku.

- Włącz się - pole­ciła i syk­nęła ze zło­ścią, kiedy moni­tor kom­pu­tera pozo­stał ciemny. - Do dia­bła, nie rób mi tego, dra­niu. Włącz się. No już, ruszaj.

- Musisz podać mu oso­bi­sty kod dostępu - powie­działa Peabody, wcho­dząc do pokoju.

- Myśla­łam, że iden­ty­fi­kuje mój głos.

- Tak było, ale wysiadł sys­tem. Mają napra­wić do końca tygo­dnia.

- Szlag może czło­wieka tra­fić - narze­kała Eve. - Ile nume­rów mamy zapa­mię­tać? Dwa, pięć, zero, dzie­więć. - Ode­tchnęła z ulgą, kiedy ekran roz­ja­rzył się wresz­cie bla­dym świa­tłem. - Niech­by wresz­cie przy­słali ten obie­cany nowy sprzęt. - Wsu­nęła dys­kietkę do sta­cji. - Zacho­wać w pliku Bon­ning, John Henry, sprawa numer cztery pięć sie­dem dwa zero sie­dem sie­dem-H. Sko­pio­wać i prze­słać pod adres: komen­dant Whit­ney.

- Ład­nie zała­twi­łaś tego Bon­ninga, Dal­las.

- Ten gość ma mózg wiel­ko­ści orzeszka pista­cjo­wego. Wyrzu­cił swo­jego part­nera przez okno, bo pożarli się o głu­pie dwa­dzie­ścia żeto­nów kre­dy­to­wych. Teraz pró­buje mi wmó­wić, że to była obrona konieczna, gdyż bał się o wła­sne życie. Facet, któ­rego wyrzu­cił, był od niego lżej­szy o pięć­dzie­siąt kilo­gra­mów i o pięć cen­ty­me­trów niż­szy. Dupek - wes­tchnęła z rezy­gna­cją. - Ktoś bystrzej­szy powie­działby na miej­scu Bonera, że tam­ten facet zamie­rzył się na niego nożem albo cho­ciaż kijem.

Oparła się wygod­nie i pokrę­ciła głową, zasko­czona i zado­wo­lona, że nie czuje pra­wie żad­nego napię­cia czy zmę­cze­nia po kilku godzi­nach pracy.

- Szkoda, że nie wszyst­kie sprawy są takie łatwe.

Jed­nym uchem wyła­py­wała odgłosy pły­nące zza okna, nie­ustanny jazgot i huk ulicy. Głos pły­nący z tram­waju powietrz­nego nama­wiał do korzy­sta­nia z miej­skiej komu­ni­ka­cji.

- Ofe­ru­jemy sys­tem zni­żek, abo­na­menty tygo­dniowe, mie­sięczne i roczne! Sko­rzy­staj z usług EZ TRAM, przy­ja­znego i nie­za­wod­nego sys­temu komu­ni­ka­cji powietrz­nej. Roz­po­czy­naj i kończ swój dzień z klasą.

Jeśli lubisz gnieść się jak sar­dynka w puszce, pomy­ślała Eve. W zim­nym listo­pa­do­wym desz­czu, który padał bez ustanku od samego rana, musiało docho­dzić do gigan­tycz­nych zato­rów, zarówno na uli­cach, jak i w powie­trzu. Dosko­nałe zakoń­cze­nie dnia.

- Tyle na dzi­siaj - oznaj­miła i się­gnęła po swoją skó­rzaną kurtkę. - Wycho­dzę, w sam czas, zresztą. Masz jakieś gorące plany na week­end, Peabody?

- Jak zwy­kle, będę zmie­niać męż­czyzn jak ręka­wiczki, łamać serca, dru­zgo­tać dusze.

Eve uśmiech­nęła się lekko. Mocno zbu­do­wana, wyspor­to­wana Peabody mogłaby ucho­dzić za wzo­rzec poli­cjantki - od czar­nych, krótko przy­cię­tych wło­sów do wypo­le­ro­wa­nych, prze­pi­so­wych butów.

- Jesteś okropną dzi­ku­ską, Peabody, doprawdy nie wiem, jak wytrzy­mu­jesz takie tempo.

- Tak, to ja, kró­lowa nowo­jor­skich nocy. - Peabody, z cierp­kim uśmie­chem na twa­rzy, się­gnęła do klamki, kiedy zapisz­czało łącze Eve. Spoj­rzały ze zło­ścią na apa­rat.

- Trzy­dzie­ści sekund póź­niej, a były­by­śmy już na dole.

- To pew­nie Roarke chce mi przy­po­mnieć, że wie­czo­rem mamy ważne przy­ję­cie. - Eve ode­brała połą­cze­nie. - Wydział zabójstw, Dal­las. - Na ekra­nie poja­wiły się ciemne, brzyd­kie, nie­har­mo­ni­zu­jące ze sobą kolory. Z gło­śnika popły­nęła powolna muzyka w niskiej tona­cji. Eve bez namy­słu włą­czyła auto­ma­tyczne wyszu­ki­wa­nie nadawcy i patrzyła w mil­cze­niu na napis "Źró­dło nie­znane", prze­su­wa­jący się u dołu ekranu.

Peabody wycią­gnęła z kie­szeni komu­ni­ka­tor i ode­szła na bok, by skon­tak­to­wać się z cen­trum kon­troli. W tej wła­śnie chwili z gło­śnika roz­legł się głos męż­czy­zny:

- Podobno jest pani naj­lep­szym śled­czym w tym mie­ście, porucz­nik Dal­las. Naprawdę jest pani taka dobra?

- Nawią­zy­wa­nie łącz­no­ści z zablo­ko­wa­nego numeru i/lub prze­sy­ła­nie w ten spo­sób infor­ma­cji do funk­cjo­na­riu­sza poli­cji jest nie­le­galne. Zobo­wią­zana jestem prze­strzec pana, że to połą­cze­nie jest moni­to­ro­wane przez sys­tem Com­pu­Gu­ard i nagry­wane.

- Wiem o tym. Ponie­waż jed­nak popeł­ni­łem wła­śnie czyn, który spo­łe­czeń­stwo nazywa mor­der­stwem pierw­szego stop­nia, nie zamie­rzam przej­mo­wać się drob­nymi wykro­cze­niami. Zosta­łem wybrany przez Boga, mam jego bło­go­sła­wień­stwo.

- Ach tak? - Cho­lera, tylko tego mi bra­ko­wało, pomy­ślała.

- Wezwał mnie do swego żniwa, a ja obmy­łem ręce w krwi jego wro­gów.

- A dużo ma tych wro­gów? Ja pomy­śla­ła­bym raczej, że sam zgnie­cie wszyst­kich i że nie będzie zrzu­cał na cie­bie brud­nej roboty.

Zapa­dła cisza, długa chwila ciszy prze­ry­wa­nej tylko dźwię­kami muzyki.

- Powi­nie­nem spo­dzie­wać się, że nie potrak­tu­jesz tego poważ­nie. - W gło­sie męż­czy­zny pobrzmie­wały teraz twarde, gniewne nuty. Z tru­dem tłu­mił wście­kłość. - Jesteś jedną z bez­boż­nych, jakże więc mogła­byś pojąć Boże zamy­sły? Dobrze, zniżę się do two­jego poziomu. To będzie zagadka. Lubi pani zagadki, porucz­nik Dal­las?

- Nie. - Zer­k­nęła ukrad­kiem na Peabody. Ta pokrę­ciła głową, zaci­ska­jąc wargi w gry­ma­sie bez­sil­nej zło­ści. - Ale mogę się zało­żyć, że ty je uwiel­biasz.

- Dają umy­słowi odpo­czy­nek, a duszy spo­kój. Ta mała zagadka nazywa się zemsta. Znaj­dziesz pierw­szego syna grze­chu w gnieź­dzie luk­susu, na szczy­cie jego srebr­nej wieży, tam, gdzie dołem bie­gnie ciemna rzeka, a woda spada z wiel­kiej wyso­ko­ści. Bła­gał o życie, a potem o śmierć. Ponie­waż ni­gdy nie żało­wał swo­ich wiel­kich grze­chów, jest już na wieki potę­piony.

- Dla­czego go zabi­łeś?

- Bo naro­dzi­łem się, by wypeł­niać to zada­nie.

- Bóg powie­dział ci, że uro­dzi­łeś się, aby zabi­jać? - Eve jesz­cze raz wydała pole­ce­nie odszu­ka­nia nadawcy. Syk­nęła z fru­stra­cją, ujrzaw­szy ten sam napis na ekra­nie. - Jak dał ci o tym znać? Zadzwo­nił do cie­bie, prze­słał ci faks? Może spo­tka­li­ście się w barze?

- Dość tych kpin. - Oddech męż­czy­zny stał się gło­śniej­szy, drżący. - Myślisz, że jestem gor­szy od cie­bie, bo masz wła­dzę? To ja skon­tak­to­wa­łem się z tobą, porucz­nik Dal­las. Pamię­taj, że jestem górą. Kobieta może dora­dzać męż­czyź­nie i mu poma­gać, ale to męż­czy­zna został stwo­rzony, by chro­nić, wal­czyć i mścić się.

- To też powie­dział ci Bóg? To pew­nie osta­teczny dowód na to, że i on jest męż­czy­zną.

- Zadrżysz przed nim, zadrżysz przede mną.

- Tak, jasne. - Licząc na to, że tajem­ni­czy roz­mówca dobrze ją widzi, Eve zaczęła osten­ta­cyj­nie oglą­dać sobie paznok­cie. - Już cała się trzęsę.

- Moje dzieło jest święte. Prze­ra­ża­jące i cudowne. Jest napi­sane w Księ­dze Przy­słów, pani porucz­nik, w roz­dziale dwu­dzie­stym ósmym: "Gdy czło­wiek zma­zany krwią ludzką ucieka aż do grobu - niech go nie wstrzy­mują!". Ten czło­wiek prze­stał już ucie­kać i nikt mu nie pomógł.

- Więc kim się sta­łeś, zabi­ja­jąc tego czło­wieka?

- Jestem gnie­wem Bożym. Masz dwa­dzie­ścia cztery godziny, żeby poka­zać, na co cię stać. Nie zawiedź mnie.

- Nie zawiodę cię, dupku - mruk­nęła Eve, kiedy połą­cze­nie dobie­gło końca. - Udało się coś zna­leźć, Peabody?

- Nie. Zatkał wszystko tak dobrze, że nie wia­domo nawet, czy nada­wał z Ziemi, czy gdzieś spoza.

- Jest na Ziemi - mruk­nęła Eve i usia­dła. - Chce przy­glą­dać się wszyst­kiemu z bli­ska.

- Zapewne to jakiś wariat.

- Nie sądzę. Fana­tyk, ow­szem, ale nie wariat. Kom­pu­ter, sprawdź budynki miesz­kalne i han­dlowe ze sło­wem "luk­sus" w nazwie, w gra­ni­cach Nowego Jorku, z wido­kiem na East River albo Hud­son. - Zaczęła stu­kać pal­cami w blat biurka. - Nie­na­wi­dzę takich łami­głó­wek.

- A ja nawet lubię.

Peabody pochy­liła się nad ramie­niem Eve i patrzyła na ekran kom­pu­tera, ścią­gnąw­szy brwi w peł­nym napię­cia gry­ma­sie.

*

Ręce Luk­susu, Bry­tyj­ski Luk­sus, Luk­susowe Miej­sce, Wieże Luk­susu...

- Widok na Wieże Luk­susu - pole­ciła krótko Eve.

Prze­twa­rza­nie...

Na ekra­nie poja­wiła się wynio­sła meta­lowa budowla. W sre­brzy­stych taflach odbi­jał się blask słońca, na dole migo­tała błę­kitna wstęga rzeki Hud­son. Po zachod­niej stro­nie widać było sty­li­zo­wany wodo­spad, z któ­rego woda spły­wała skom­pli­ko­waną sie­cią rur i kana­łów.

- Bingo.

- To nie może być takie łatwe - powąt­pie­wała Peabody.

- On chciał, żeby było łatwe. - Bo ktoś już nie żyje, pomy­ślała Eve. - Chce się z nami bawić i cheł­pić tym, czego doko­nał. Nie może tego robić, dopóki nie znaj­dziemy jego ofiary. Kom­pu­ter, podaj nazwi­ska miesz­kań­ców naj­wyż­szego pię­tra Wież Luk­susu.

Prze­twa­rza­nie... Wła­ści­cie­lem apar­ta­mentu jest spółka The Bren­nen Group. Miesz­ka­nie zaj­muje Tho­mas X. Bren­nen z Dublina, Irland­czyk, czter­dzie­ści dwa lata, żonaty, trójka dzieci, pre­zes i dyrek­tor The Bren­nen Group, agen­cji roz­ryw­ko­wej i tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej.

- Lepiej to sprawdźmy, Peabody. Zawia­do­mimy cen­tralę po dro­dze.

- Popro­sić o wspar­cie?

- Nie, naj­pierw same się tam rozej­rzymy. - Eve popra­wiła pas z bro­nią i wło­żyła kurtkę.

*

Sytu­acja na uli­cach wyglą­dała dokład­nie tak, jak Dal­las się tego spo­dzie­wała. Pojazdy sunęły w śli­ma­czym tem­pie, trą­biły na sie­bie, pró­bo­wały wzbić się w powie­trze i buczały jak zdez­o­rien­to­wane psz­czoły. Uliczni sprze­dawcy stali pod roz­ło­ży­stymi para­so­lami obok swo­ich wóz­ków z jedze­niem i prze­no­śnych gril­lów, z któ­rych wydo­by­wały się kłęby dymu zmniej­sza­jące widocz­ność i zanie­czysz­cza­jące powie­trze.

- Skon­tak­tuj się z ope­ra­to­rem i poproś o domowy numer Bren­nena, Peabody. Może to tylko fał­szywy alarm, a facet jest cały i zdrowy.

- Już się robi - odparła asy­stentka i wycią­gnęła komu­ni­ka­tor.

Poiry­to­wana dłu­gim wycze­ki­wa­niem w kor­kach, Eve włą­czyła syrenę. Mogła rów­nie dobrze wychy­lić się przez okno i krzy­czeć - efekt byłby ten sam. Samo­chody stały ści­śnięte jeden przy dru­gim, żaden nie prze­su­nął się nawet o kilka cen­ty­me­trów.

- Nikt nie odpo­wiada - poin­for­mo­wała ją Peabody. - Męski głos mówi, że wyje­chał dzi­siaj na dwu­ty­go­dniowy urlop.

- Miejmy nadzieję, że sie­dzi teraz w jakimś pubie w Dubli­nie. - Eve przyj­rzała się jesz­cze raz sznu­rowi samo­cho­dów, roz­wa­ża­jąc różne wyj­ścia. - Jest tylko jeden spo­sób.

- Och nie, nie tym gra­tem!

Peabody, zapra­wiona w bojach poli­cjantka, zaci­snęła mocno zęby i zamknęła oczy z prze­ra­że­nia, kiedy Eve naci­snęła kla­wisz wzno­sze­nia pio­no­wego. Samo­chód zadrżał, zatrzesz­czał i pod­niósł się nad zie­mię. Po kilku sekun­dach jed­nak opadł ponow­nie z głu­chym hukiem.

- Cho­lerna kupa gówna! - Tym razem Eve wal­nęła pię­ścią w kon­tro­lkę z taką siłą, że starła sobie naskó­rek.

Pojazd zatrząsł się, uniósł w powie­trze, zako­ły­sał i gwał­tow­nie ruszył do przodu, gdy Eve ude­rzyła w dźwi­gnię akce­le­ra­tora. Urwała skra­wek para­sola, przy­pra­wia­jąc o atak wście­kło­ści sprze­dawcę, który ści­gał ją przez następne kil­ka­set metrów.

- Ten cho­lerny han­dlarz pra­wie zła­pał mnie za zde­rzak. - Bar­dziej zdu­miona niż roz­złosz­czona Dal­las pokrę­ciła głową. - Facet w butach powietrz­nych o mały włos prze­ści­gnąłby poli­cyjny samo­chód. Ten świat scho­dzi na psy, Peabody.

Delia wciąż zaci­skała mocno powieki.

- Prze­pra­szam, pani porucz­nik, ale prze­szka­dza mi pani w modli­twie.

Eve nie wyłą­czała syreny, nawet gdy zna­la­zła się pod samym wej­ściem do Wież Luk­susu. Lądo­wa­nie było szyb­kie i gwał­towne; Dal­las zaci­snęła mocno zęby, ode­tchnęła jed­nak z ulgą, gdy prze­ko­nała się, że minie lśniący zde­rzak luk­su­so­wego XRII co naj­mniej o trzy cen­ty­me­try.

Odźwierny wypadł na chod­nik niczym srebrny pocisk. Na jego twa­rzy malo­wały się groza i obu­rze­nie, kiedy jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzył drzwiczki jej sfa­ty­go­wa­nego wozu.

- Przy­kro mi, ale nie może pani par­ko­wać tutaj tego... pojazdu.

Eve wyłą­czyła syrenę i wyjęła swoją legi­ty­ma­cję.

- Myli się pan.

Ujrzaw­szy poli­cyjną odznakę, tam­ten tylko zaci­snął moc­niej zęby.

- Uprzej­mie pro­szę, by zechciała pani wje­chać do garażu.

Być może potrak­to­wa­łaby go ina­czej, gdyby nie przy­po­mi­nał jej tak bar­dzo Sum­mer­seta, major­do­musa, który cie­szył się zaufa­niem i sza­cun­kiem Roarke'a, a w niej budził naj­gor­sze instynkty. Wychy­liła się ze swo­jego miej­sca i zbli­żyw­szy twarz do twa­rzy odźwier­nego, wyce­dziła przez zęby:

- Samo­chód zosta­nie tam, gdzie ja zechcę, kolego. I jeśli nie chcesz, żeby moja asy­stentka wpi­sała do reje­stru, że utrud­nia­łeś pracę poli­cjan­towi na służ­bie, wpro­wa­dzisz mnie natych­miast do apar­ta­mentu Tho­masa Bren­nena.

Męż­czy­zna wcią­gnął powie­trze przez nos.

- To nie­moż­liwe. Pan Bren­nen wyje­chał.

- Peabody, zapisz nazwi­sko i numer toż­sa­mo­ści tego... oby­wa­tela. Skon­tak­tuj się z cen­tralą i powiedz, żeby ktoś przy­je­chał tu po niego.

- Tak jest.

- Nie może­cie mnie aresz­to­wać. - Lśniące czarne buty por­tiera zatu­po­tały ner­wowo po chod­niku. - Tylko wyko­nuję swoją pracę.

- A przy oka­zji prze­szka­dzasz w mojej pracy. Jak sądzisz, czyje zaję­cie sąd uzna za waż­niej­sze?

Tam­ten poru­szał przez chwilę ustami, jakby chciał coś powie­dzieć, wresz­cie zaci­snął wargi w wyra­zie naj­więk­szej dez­apro­baty. O tak, pomy­ślała Eve, wyka­pany Sum­mer­set, choć ten tutaj był o dzie­sięć kilo­gra­mów cięż­szy i pra­wie dzie­sięć cen­ty­me­trów niż­szy od czło­wieka, który zatru­wał jej życie.

- Dobrze, ale uprze­dzam, że poin­for­muję szefa poli­cji o pani skan­da­licz­nym zacho­wa­niu. - Jesz­cze raz spoj­rzał na odznakę. - Pani porucz­nik.

- Pro­szę bar­dzo.

Eve dała znak Peabody i ruszyła śla­dem sztywno wypro­sto­wa­nego por­tiera do drzwi budynku. Przy wej­ściu męż­czy­zna zatrzy­mał się na moment i uru­cho­mił andro­ida, który miał zastą­pić go na poste­runku.

Hol Wież Luk­susu wyglą­dał jak wielki tro­pi­kalny ogród z wyso­kimi pal­mami i wiel­kimi kolo­ro­wymi kwia­tami. Sły­chać tu było śpiew pta­ków. W wiel­kiej sadzawce stała fon­tanna w kształ­cie pół­na­giej kobiety, która trzy­mała w dłoni złotą rybkę.

Odźwierny wystu­kał kod na szkla­nej win­dzie i gestem zapro­sił obie poli­cjantki do wej­ścia. Eve, która nie cier­piała tego rodzaju środ­ków trans­portu, stała jak przy­mu­ro­wana w cen­trum kabiny, a Peabody omal nie wypchnęła nosem szyby, spo­glą­da­jąc z zachwy­tem na odda­la­jący się ogród.

Sześć­dzie­siąt dwa pię­tra wyżej za drzwiami windy znaj­do­wał się mniej­szy, lecz rów­nie osza­ła­mia­jący ogród. Por­tier zatrzy­mał się przed ekra­nem sys­temu moni­to­rin­go­wego, umiesz­czo­nego obok łuko­wa­tych drzwi z pole­ro­wa­nej stali.

- Odźwierny Stro­bie w towa­rzy­stwie porucz­nik Dal­las z wydziału zabójstw i jej asy­stentki.

- Pan Bren­nen jest w tej chwili nie­obecny - odpo­wie­dział łagodny głos ze śpiew­nym, irlandz­kim akcen­tem.

Eve bez­ce­re­mo­nial­nie ode­pchnęła Stro­biego na bok.

- To bar­dzo ważna sprawa. - Pod­nio­sła odznakę na wyso­kość elek­tro­nicz­nego oka. - Musimy wejść do środka.

- Chwi­leczkę, pani porucz­nik. - Kom­pu­ter mru­czał cicho, wery­fi­ku­jąc jej toż­sa­mość i porów­nu­jąc twarz ze zdję­ciem. Potem deli­kat­nie szczęk­nęły zamki sta­lo­wych drzwi. - Może pani wejść, pro­szę jed­nak pamię­tać, że miesz­ka­nie jest moni­to­ro­wane przez sys­tem SCAN-EYE.

- Włącz nagry­wa­nie, Peabody. Cof­nij się, Stro­bie. - Eve poło­żyła jedną dłoń na kol­bie rewol­weru, drugą na klamce i pchnęła ramie­niem drzwi.

Naj­pierw ude­rzył ją zapach. Zaklęła gło­śno. Zbyt czę­sto miała do czy­nie­nia z gwał­towną śmier­cią, by pomy­lić tę woń z czym­kol­wiek innym.

Smugi zakrze­płej krwi pokry­wały jedwabne, nie­bie­skie ściany kory­ta­rza, two­rząc ponure i nie­zro­zu­miałe graf­fiti. Po chwili zoba­czyła pierw­szy frag­ment ciała Tho­masa X. Bren­nena. Na puszy­stym, mięk­kim dywa­nie leżała jego dłoń. Odwró­cone ku górze palce były lekko zakrzy­wione, jakby kiwały na nią i zachę­cały do wej­ścia. Ręka została ucięta dokład­nie w nad­garstku.

Sły­szała, jak za jej ple­cami Stro­bie krztusi się i pospiesz­nie wyco­fuje do holu. Ruszyła dalej, wycią­ga­jąc broń i trzy­ma­jąc ją przed sobą gotową do strzału. Instynkt pod­po­wia­dał jej wszakże, że strasz­liwe dzieło zostało już zakoń­czone, a ten, kto go doko­nał, pozo­staje w bez­piecz­nym ukry­ciu, prze­strze­gała jed­nak pro­ce­dury i prze­su­wała się powoli, krok po kroku, w miarę moż­li­wo­ści uni­ka­jąc kon­taktu z roz­laną krwią.

- Jeśli Stro­bie skoń­czył już rzy­gać, to spy­taj go, gdzie jest sypial­nia pana domu.

- Do końca kory­ta­rza i na lewo - poin­for­mo­wała ją po chwili Peabody. - Ale ten facet cią­gle nie może dojść do sie­bie.

- Daj mu jakieś wia­dro, a potem zabez­piecz windę i drzwi.

Eve prze­szła do końca kory­ta­rza. Zapach sta­wał się coraz bar­dziej inten­sywny, natar­czywy. Zaczęła oddy­chać przez usta. Drzwi sypialni były lekko uchy­lone. Z wnę­trza dobie­gały maje­sta­tyczne dźwięki muzyki Mozarta. Wąska smuga sztucz­nego świa­tła prze­ci­nała pół­mrok kory­ta­rza.

To, co zostało jesz­cze z Bren­nena, roz­cią­gnięte było na wiel­kim łożu ze sty­li­zo­wa­nym, lustrza­nym bal­da­chi­mem. Jedną rękę miał przy­mo­co­waną srebr­nym łań­cusz­kiem do ramy łóżka. Eve przy­pusz­czała, że stopy ofiary znaj­dzie porzu­cone gdzieś w tym roz­le­głym miesz­ka­niu.

Bez wąt­pie­nia ściany apar­ta­mentu były dźwię­kosz­czelne i sku­tecz­nie tłu­miły prze­raź­liwe krzyki tor­tu­ro­wa­nej ofiary. Oglą­da­jąc zma­sa­kro­wane ciało, zasta­na­wiała się, jak długo mogło to trwać. Ile cier­pie­nia i bólu mógł znieść czło­wiek, nim jego mózg się wyłą­czył, a płuca wydały ostat­nie tchnie­nie?

*

Tho­mas Bren­nen znał odpo­wiedź na to pyta­nie.

Mor­derca roze­brał go do naga, a potem ampu­to­wał obie stopy i jedną dłoń. Jedyne pozo­stałe oko wpa­try­wało się z prze­ra­że­niem w lustrzane odbi­cie zde­for­mo­wa­nego i wypa­tro­szo­nego ciała.

- Słodki Jezu Chry­ste - wyszep­tała Peabody od drzwi. - Święta Matko Boża.

- Przy­nieś mi sprzęt zabez­pie­cza­jący. Musimy wszystko opie­czę­to­wać i wezwać ekipę. Dowiedz się, gdzie jest jego rodzina. Zadzwoń przez zastrze­żony kanał, złap Feeneya i powiedz mu, żeby zablo­ko­wał wszyst­kie infor­ma­cje. Media nie mogą o niczym się dowie­dzieć tak długo, jak tylko to moż­liwe.

Peabody musiała prze­łknąć dwa razy, zanim nabrała pew­no­ści, że utrzyma lunch w żołądku.

- Tak jest.

- Zaj­mij się też Stro­biem i dopil­nuj, żeby niczego nie wypa­plał.

Kiedy Eve odwró­ciła się do drzwi, Peabody dostrze­gła w jej oczach litość i współ­czu­cie, jed­nak już po kilku sekun­dach zastą­pił je zna­jomy chłód i opa­no­wa­nie.

- Bierzmy się do roboty. Chcę jak naj­szyb­ciej dopaść tego skur­czy­syna.

Docho­dziła już pół­noc, gdy porucz­nik Dal­las sta­nęła wresz­cie przed drzwiami wła­snego domu. Miała pusty żołą­dek, paliły ją oczy, głowa pękała z bólu. Smród okrut­nej śmierci przy­lgnął do niej jak zbyt cia­sne ubra­nie, choć przed wyj­ściem nie­mal zdarła z sie­bie skórę pod poli­cyj­nym prysz­ni­cem.

Pra­gnęła teraz jedy­nie cał­ko­wi­tego zapo­mnie­nia i modliła się w duchu, by kiedy zamknie oczy i pogrąży się we śnie, nie ujrzeć zma­sa­kro­wa­nego ciała Tho­masa Bren­nena.

Drzwi otwo­rzyły się, nim dotknęła klamki. Wysoki, chudy Sum­mer­set stał nie­ru­chomo na tle zło­ci­stego bla­sku wiel­kiego kan­de­la­bra. Całym cia­łem oka­zy­wał jej swoją dez­apro­batę i anty­pa­tię.

- Jest pani nie­wy­ba­czal­nie spóź­niona, pani porucz­nik. Goście zbie­rają się już do wyj­ścia.

Goście? Jej prze­cią­żony umysł zma­gał się przez chwilę z tym sło­wem, nim przy­po­mniała sobie wresz­cie. Przy­ję­cie? Miała zaba­wiać gości po tym wszyst­kim, co prze­szła tej nocy?

- Poca­łuj mnie w dupę - zapro­po­no­wała mu uprzej­mie i weszła do środka.

Sum­mer­set chwy­cił ją szczu­płymi pal­cami za ramię.

- Jako żona Roarke'a nie powinna pani uchy­lać się od pew­nych obo­wiąz­ków, na przy­kład od towa­rzy­sze­nia mu w cza­sie tak waż­nej dla jego inte­re­sów uro­czy­stej kola­cji.

W mgnie­niu oka zmę­cze­nie zamie­niło się we wście­kłość. Eve zaci­snęła pię­ści i wyce­dziła przez zęby:

- Puść mnie albo...

- Eve, kocha­nie!

Głos Roarke'a, nio­sący w sobie jed­no­cze­śnie cie­płe powi­ta­nie, roz­ba­wie­nie i ostrze­że­nie, powstrzy­mał jej wznie­sioną pięść. Wykrzy­wiona Eve odwró­ciła się i popa­trzyła na sto­ją­cego w holu męża. Był to widok zapie­ra­jący dech w pier­siach, Roarke miał na sobie dosko­nale skro­jony czarny gar­ni­tur. Kryło się pod nim szczu­płe, wspa­niale umię­śnione ciało, które mogło roz­pa­lić każdą kobietę bez względu na to, czym było okryte albo czym okryte nie było, a ona dosko­nale o tym wie­działa. Ciemne jak noc, się­ga­jące ramion włosy oka­lały jego kształtną twarz, która zda­niem Eve paso­wała raczej do rene­san­so­wych obra­zów niż do rze­czy­wi­sto­ści. Wysoko zary­so­wane kości policz­kowe, oczy bar­dziej błę­kitne niż samo niebo i usta stwo­rzone do dekla­mo­wa­nia wier­szy, wyda­wa­nia roz­ka­zów i dopro­wa­dza­nia kobiet do sza­leń­stwa nie­zmien­nie ją zachwy­cały.

W ciągu nie­ca­łego roku Roarke prze­ła­mał wszyst­kie opory Eve, otwo­rzył jej serce i, co naj­bar­dziej zaska­ku­jące, zdo­był nie tylko jej miłość, ale i zaufa­nie.

I wciąż potra­fił ją roz­zło­ścić.

Uwa­żała go za pierw­szy i jedyny cud w swym życiu.

- Spóź­ni­łam się. Prze­pra­szam. - Była to raczej pro­wo­ka­cja niż praw­dziwe prze­pro­siny, Roarke przy­jął je jed­nak z łagod­nym uśmie­chem i uniósł lekko brwi.

- Jestem pewien, że to było nie­unik­nione.

Wycią­gnął do niej rękę. Kiedy prze­szła przez kory­tarz i podała mu dłoń, poczuł, jak jest zzięb­nięta i zesztyw­niała. Z jej brą­zo­wych oczu biły wście­kłość i zmę­cze­nie. Przy­wykł już do tego. Była blada, co zanie­po­ko­iło go znacz­nie bar­dziej niż jej zacho­wa­nie. Domy­ślił się, że ciemne smugi na jej dżin­sach to zakrze­pła krew; miał tylko nadzieję, że nie jest to krew Eve.

Uści­snął wycią­gniętą dłoń deli­kat­nie i czule, a potem pod­niósł ją do ust. Ani na sekundę nie spusz­czał wzroku z żony.

- Jesteś bar­dzo zmę­czona, moja pani porucz­nik - szep­tał aksa­mit­nym gło­sem z magiczną nutką irlandz­kiego akcentu. - Zaraz ich stąd wypro­wa­dzę. Jesz­cze tylko kilka minut, dobrze?

- Tak, jasne, w porządku. - Powoli zaczęła się uspo­ka­jać. - Prze­pra­szam, że nawa­li­łam. Wiem, że to było dla cie­bie bar­dzo ważne spo­tka­nie.

Wyj­rzała dys­kret­nie zza jego ramie­nia. W salo­nie było co naj­mniej kil­ka­na­ście obwie­szo­nych klej­no­tami kobiet w jedwab­nych suk­niach i męż­czyzn, ubra­nych w ele­ganc­kie gar­ni­tury. Jakiś ślad skry­wa­nej dotąd nie­chęci musiał chyba się poka­zać na jej twa­rzy, bo Roarke roze­śmiał się cicho.

- Pięć minut, Eve. Nie sądzę, żeby to było aż tak okropne jak twoja dzi­siej­sza sprawa.

Wpro­wa­dził ją do środka. Był czło­wie­kiem, który rów­nie dobrze czuje się w ocie­ka­ją­cych luk­su­sem salo­nach jak na śmier­dzą­cych, peł­nych prze­mocy uli­cach wiel­kiego mia­sta. Z natu­ralną swo­bodą przed­sta­wił swoją żonę tym, któ­rych jesz­cze nie znała, a potem dys­kret­nie przy­po­mniał jej imiona gości, któ­rych miała już kie­dyś oka­zję spo­tkać. Jed­no­cze­śnie deli­kat­nie skie­ro­wał wszyst­kich w stronę wyj­ścia.

Eve oto­czył zapach per­fum i wina, ale choć w powie­trzu uno­sił się aro­ma­tyczny dym drewna z jabłoni, które tliło się powoli w małym kominku, ona wciąż czuła smród śmierci i krwi.

Roarke zasta­na­wiał się, czy jego żona wie, jak wspa­niale się pre­zen­tuje, kiedy tak stoi pośród tego całego prze­py­chu i bogac­twa w zno­szo­nej kurtce i popla­mio­nych krwią dżin­sach. Potar­gane włosy oka­lały bladą twarz, od któ­rej odci­nały się ciemne, zmę­czone oczy. Wie­dział, że Eve trzyma się na nogach jedy­nie siłą woli.

Pomy­ślał, że jego żona to kwin­te­sen­cja odwagi.

Kiedy jed­nak zamknęli drzwi za ostat­nim gościem, ze smut­kiem pokrę­ciła głową.

- Sum­mer­set ma rację. Nie nadaję się do roli żony Roarke'a.

- Ale jesteś moją żoną.

- Co nie zna­czy, że jestem w tym dobra. Znów cię zawio­dłam. Powin­nam była... - prze­rwała rap­tow­nie, bo zamknął jej usta cie­płym sta­now­czym poca­łun­kiem, który pomógł jej się wresz­cie roz­luź­nić, usu­nąć drę­czący ból z karku i ple­ców. Nie zda­jąc sobie z tego sprawy, objęła go i mocno doń przy­warła.

- No... - mruk­nął po chwili - ...tak lepiej. Nie przej­muj się. - Pod­niósł jej głowę, gła­dząc pal­cem dołek w bro­dzie. - To moje inte­resy. Moja praca. Ty masz swoją.

- Ale to była bar­dzo ważna umowa. Jakaś wielka fuzja.

- Tak, ze Scot­to­line... raczej prze­ję­cie. Cała sprawa powinna być sfi­na­li­zo­wana do końca przy­szłego tygo­dnia. Nie prze­szko­dził nam w tym nawet brak two­jej cza­ru­ją­cej osoby. Ale mogłaś zadzwo­nić. Mar­twi­łem się.

- Zapo­mnia­łam. Cią­gle mi się to zda­rza. Nie jestem przy­zwy­cza­jona. - Wbiła ręce w kie­sze­nie i zaczęła prze­cha­dzać się ner­wowo po holu. - Nie jestem do tego przy­zwy­cza­jona. Zawsze kiedy myślę, że już to sobie wbi­łam do głowy, oka­zuje się, że nie mam racji. A potem wcho­dzę tutaj pro­sto z ulicy i w dodatku wyglą­dam jak jakiś nar­ko­man.

- Wręcz prze­ciw­nie, wyglą­dasz jak praw­dziwy gli­niarz. Zdaje się, że zro­bi­łaś ogromne wra­że­nie na nie­któ­rych gościach. Ten pisto­let pod kurtką i ślady krwi na dżin­sach... Zakła­dam, że to nie twoja.

- Nie moja.

Nagle opa­dła cał­kiem z sił. Odwró­ciła się do scho­dów i usia­dła na dru­gim stop­niu. Ponie­waż widział ją tylko Roarke, pozwo­liła sobie na chwilę sła­bo­ści i zakryła twarz dłońmi.

Roarke usiadł obok i objął ją ramie­niem.

- To było okropne. Pra­wie zawsze mogę powie­dzieć, że widzia­łam już rów­nie paskudne rze­czy albo jesz­cze gor­sze. Zwy­kle to prawda. Ale tym razem nie potra­fię sobie tego wmó­wić. - Czuła, jak ści­ska jej się żołą­dek. - Ni­gdy w życiu nie widzia­łam cze­goś rów­nie prze­ra­ża­ją­cego.

Wie­dział, z czym ma do czy­nie­nia jego żona, sam był świad­kiem wielu potwor­no­ści.

- Chcesz mi o tym opo­wie­dzieć?

- Nie, na Boga, nawet nie chcę o tym myśleć przez następ­nych kilka godzin. Nie chcę myśleć o niczym.

- Mogę ci w tym pomóc.

Uśmiech­nęła się, po raz pierw­szy od kilku godzin.

- O tak, wiem, że potra­fisz.

- Zacznijmy może tak... - Wstał i wziął ją na ręce.

- Nie musisz mnie nieść. Dam sobie radę.

Uśmiech­nął się do niej sze­roko, rusza­jąc w górę scho­dów.

- Może dzięki temu czuję się męż­czy­zną.

- W takim wypadku... - Objęła go za szyję i oparła głowę na jego ramie­niu. Było jej dobrze. Bar­dzo dobrze. - To chyba naj­mniej, co mogę dla cie­bie zro­bić po tym, jak cię dzi­siaj zawio­dłam.

- Zde­cy­do­wa­nie naj­mniej - zgo­dził się z nią.

Rozdział 2

Kiedy się obu­dziła, za oknem zale­gały jesz­cze ciem­no­ści. Była cała spo­cona. Senne obrazy wyda­wały się nie­wy­raźne i zagma­twane. Zado­wo­lona, że udało jej się przed nimi umknąć, nie pró­bo­wała nawet dociec, co przed­sta­wiały.

Ponie­waż była w łóżku sama, pozwo­liła, by jej cia­łem wstrzą­snął długi dreszcz.

- Świa­tło - wydała pole­ce­nie. - Przy­tłu­mione.

Ode­tchnęła z ulgą, kiedy żółty blask roz­pro­szył mrok. Jesz­cze przez moment leżała nie­ru­chomo, a potem spraw­dziła godzinę.

Piąta pięt­na­ście. Fatal­nie, pomy­ślała, wie­dząc, że teraz już nie zaśnie. Nie chciała zasy­piać bez Roarke'a, który pomógłby jej ode­gnać senne kosz­mary. Zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek nie będzie jej wstyd, że tak bar­dzo uza­leż­niła się od niego w tych spra­wach. Rok temu nie miała nawet poję­cia, że ktoś taki ist­nieje. Teraz sta­no­wił treść jej życia, był z nią nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany, jak jej wła­sne dło­nie. Jak jej wła­sne serce.

Wysko­czyła z łóżka, chwy­ta­jąc po dro­dze jedną z tych jedwab­nych koszul, które wciąż jej kupo­wał. Narzu­ciła ją na sie­bie, odwró­ciła się do ścien­nego panelu i zapy­tała:

- Gdzie jest Roarke?

Był na par­te­rze, w base­nie.

Nie­zły pomysł, uznała Eve, po chwili zde­cy­do­wała jed­nak, że naj­pierw poćwi­czy tro­chę na siłowni, by odgo­nić resztki kosz­ma­rów i złe myśli.

Chcąc za wszelką cenę unik­nąć spo­tka­nia z Sum­mer­se­tem, sko­rzy­stała z windy, a nie ze scho­dów. Ten czło­wiek był wszę­dzie, wysu­wał się z mrocz­nych zaka­mar­ków, a na jego twa­rzy zawsze gościł pogar­dliwy gry­mas. Nie chciała roz­po­cząć dnia od kłótni.

Siłow­nia Roarke'a była wypo­sa­żona we wszel­kie urzą­dze­nia, jakich tylko Eve mogła zapra­gnąć. Mogła sta­nąć do walki z andro­idem, poćwi­czyć na kla­sycz­nych przy­rzą­dach albo pozwo­lić, by to maszyny wyko­nały za nią całą pracę. Szybko zrzu­ciła z sie­bie koszulkę i wbiła się w obci­sły strój spor­towy. Potrze­bo­wała biegu, dłu­giego i wyczer­pu­ją­cego. Wło­żyła buty do bie­ga­nia i zapro­gra­mo­wała wide­otrasę.

Wybrała plażę. Było to jedyne miej­sce poza mia­stem, gdzie wciąż czuła się jak u sie­bie w domu. Wszyst­kie wiej­skie pej­zaże, leśne ścieżki czy poza­pla­ne­tarne kra­jo­brazy wywo­ły­wały w niej bli­żej nie­okre­ślony nie­po­kój.

Zaczęła od lek­kiego truchtu. Za jej ple­cami błę­kitne fale z hukiem roz­bi­jały się o brzeg, skra­wek słońca wyglą­dał wła­śnie zza hory­zontu. Mewy wrzesz­czały jak sza­lone i kre­śliły skom­pli­ko­wane wzory w powie­trzu. Eve wcią­gnęła do płuc słone powie­trze tro­pi­ków, jej mię­śnie zaczęły się roz­grze­wać, a nogi pod­krę­ciły tempo.

Zła­pała wła­ściwy rytm po kilo­me­trze, a jej umysł oczy­ścił się z wszel­kich pro­ble­mów.

Bie­gała już na tej plaży kil­ka­krot­nie, odkąd poznała Roarke'a - holo­gra­ficz­nie i w rze­czy­wi­sto­ści. Przed­tem naj­więk­szym sku­pi­skiem wody, jakie widziała w swym życiu, była rzeka Hud­son.

Życie się zmie­nia, pomy­ślała. Rze­czy­wi­stość też.

Na czwar­tym kilo­me­trze, kiedy jej mię­śnie zaczęły dopiero śpie­wać, doj­rzała kątem oka jakiś ruch. Roarke, nie cał­kiem jesz­cze wysu­szony po kąpieli, zajął miej­sce obok niej i dosto­so­wał tempo do jej kro­ków.

- Ści­gasz czy ucie­kasz? - spy­tał.

- Po pro­stu bie­gnę.

- Wcze­śnie dziś wsta­łaś, moja pani porucz­nik.

- Czeka mnie ciężki dzień.

Uniósł lekko brwi, kiedy pod­krę­ciła tempo. Pomy­ślał, że jego żona ma w sobie żyłkę spor­towca, jed­nak bez trudu dotrzy­my­wał jej kroku.

- Myśla­łem, że jesteś bar­dzo zmę­czona.

- Byłam. - Zwol­niła, zatrzy­mała się, a potem zgięła wpół, roz­po­czy­na­jąc serię skło­nów. - Ale już nie jestem. - Pod­nio­sła głowę i popa­trzyła mu w oczy. Przy­po­mniała sobie, że teraz nie jest to już tylko jej życie, jej rze­czy­wi­stość. Nale­żała do obojga. - Pew­nie mia­łeś jakieś plany.

- Nic, czego nie dałoby się odło­żyć. - Week­end na Mar­ty­nice, który miał być miłą nie­spo­dzianką, mógł zacze­kać. - Przez następne czter­dzie­ści osiem godzin jestem zupeł­nie wolny, jeśli chcia­ła­byś mnie do cze­goś wyko­rzy­stać.

Wes­tchnęła głę­boko. To była następna zmiana w jej życiu, ten podział pracy.

- Może. Na razie chcia­ła­bym popły­wać.

- Pójdę z tobą.

- Myśla­łam, że wła­śnie stam­tąd wró­ci­łeś.

- No to pójdę jesz­cze raz. - Dotknął pal­cem dołka w bro­dzie Eve. Wysi­łek fizyczny zaczer­wie­nił jej policzki i pokrył skórę lśniącą war­stwą potu. - To nie jest zabro­nione. - Wziął ją za rękę i wypro­wa­dził z siłowni, pro­sto do wypeł­nio­nej zapa­chem kwia­tów sali z base­nem.

Palmy, liany i wiel­kie kwiaty ota­czały basen sty­li­zo­wany na mor­ską zatoczkę. Brzegi oko­lone były gład­kimi kamie­niami, a kilka małych wodo­spa­dów bez prze­rwy dostar­czało świeżą wodę.

- Muszę wło­żyć kostium.

Uśmiech­nął się i zaczął ścią­gać z niej strój do bie­ga­nia.

- Po co?

Jego szczu­płe dło­nie uwol­niły ją z ubrań i zaczęły deli­kat­nie gła­dzić jej kształtne piersi. Eve unio­sła lekko brwi.

- Wła­ści­wie jakie to sporty wodne mia­łeś na myśli?

- Wszyst­kie moż­liwe. - Ujął jej twarz w dło­nie i pochy­lił się nad nią. - Kocham cię, Eve.

- Wiem. - Zamknęła oczy i oparła się czo­łem o jego czoło. - To takie dziwne.

Naga, odwró­ciła się szybko i wsko­czyła do wody. Zanur­ko­wała i przez chwilę pły­nęła tuż przy dnie. Uśmiech­nęła się lekko, kiedy woda przy­brała bla­do­błę­kitny odcień. Pomy­ślała, że Roarke zna jej potrzeby lepiej niż ona sama. Przepły­nęła dwa­dzie­ścia razy dłu­gość basenu, a potem odwró­ciła się na plecy, leni­wie poru­sza­jąc nogami. Kiedy wycią­gnęła rękę, ich palce splo­tły się ze sobą.

- Czuję się teraz naprawdę roz­luź­niona.

- Tak?

- Tak bar­dzo roz­luź­niona, że gdyby jakiś zbo­cze­niec chciał mnie wyko­rzy­stać, chyba nie potra­fi­ła­bym się oprzeć.

- W takim razie... - Przy­cią­gnął ją do sie­bie i odwró­cił tak, by widzieć jej twarz.

- W takim razie... - Objęła go mocno nogami, pozwa­la­jąc, by to on uno­sił ją nad wodą.

Kiedy ich usta spo­tkały się ze sobą, znik­nęły ostat­nie ślady napię­cia i nie­po­koju, jakie miała w sobie od poprzed­niego wie­czoru. Była roz­luź­niona, wil­gotna i pra­gnąca. Powoli prze­su­wała dło­nią po jego ciele, roz­cze­sy­wała jego włosy przy­po­mi­na­jące teraz gruby, mokry jedwab. Ciało Roarke'a było chłodne i twarde, paso­wało do niej tak dosko­nale, że prze­stała mieć jakie­kol­wiek zastrze­że­nia. Omal nie zaczęła mru­czeć z zado­wo­le­nia, kiedy jego dło­nie ogar­niały ją w deli­kat­nym geście posia­da­nia.

Nagle zna­la­zła się pod wodą, sple­ciona z nim w bla­dym, błę­kit­nym świe­cie. Kiedy jego usta zamknęły się na jej piersi, zadrżała z pod­nie­ce­nia, zdu­miona i zafa­scy­no­wana fak­tem, że nie może zaczerp­nąć powie­trza. Jego palce były już w niej. Wpra­wia­jąc ją w stan nie­po­ha­mo­wa­nego upo­je­nia, kazały jej wynu­rzyć się choć na chwilę.

Zachły­snęła się powie­trzem, zdez­o­rien­to­wana, odu­rzona, i znów stra­ciła oddech, gdy poczuła, że jego usta zastą­piły palce.

Wła­śnie tego potrze­bo­wała naj­bar­dziej, cał­ko­wi­tego zapo­mnie­nia, zanu­rze­nia w roz­ko­szy. Jej bez­rad­ność. Jego pożą­da­nie. Fakt, że Roarke o tym wie­dział, że to rozu­miał, że jej to dawał, pozo­sta­wał dla niej nie­zgłę­bioną tajem­nicą.

Odrzu­ciła głowę do tyłu i oparła ją na gład­kiej kra­wę­dzi basenu, pod­da­jąc się roz­kosz­nej piesz­czo­cie.

Powoli, deli­kat­nie, jego usta zaczęły się prze­su­wać ku górze, na jej brzuch, piersi, szyję, gdzie krew pul­so­wała mocno, szybko.

- Jak ty panu­jesz nad odde­chem - zdo­łała wykrztu­sić, a potem zadrżała, kiedy wsu­wał się w nią, powoli, stop­niowo. - O Boże...

Patrzył na jej twarz, widział, jak krew barwi jej policzki, a cia­łem wstrzą­sają dresz­cze pod­nie­ce­nia i roz­ko­szy. Jej włosy opa­dły do tyłu, odsła­nia­jąc deli­katną twarz. I te uparte, czę­sto zbyt poważne usta, które teraz drżały z roz­ko­szy. Poło­żył dło­nie na bio­drach Eve, uniósł je i wszedł głę­biej, jesz­cze głę­biej, wsłu­chu­jąc się w jej ciche jęki.

Prze­su­nął war­gami po jej ustach, zwil­żył je czub­kiem języka i zaczął poru­szać się z wystu­dio­waną regu­lar­no­ścią, która dopro­wa­dzała ich oboje do sza­leń­stwa.

- Dalej, Eve.

Widział, jak jej surowe, zimne oczy łagod­nieją, zacho­dzą mgłą, sły­szał, jak wstrzy­muje oddech, by potem wyrzu­cić z sie­bie gło­śne wes­tchnie­nie, jakby cichy szloch. Choć pło­nął z pożą­da­nia, na­dal poru­szał się powoli, mia­rowo. Prze­dłu­żał tę chwilę, prze­cią­gał ją w nie­skoń­czo­ność, aż szloch zamie­nił się w jego imię.

On sam docho­dził długo, głę­boko, cudow­nie.

Eve zdo­łała jakoś wycią­gnąć ręce z wody i poło­żyła je na jego ramio­nach.

- Nie wypusz­czaj mnie jesz­cze. Pójdę na dno jak kamień.

Zachi­cho­tał słabo, a potem przy­ło­żył wargi do jej szyi, gdzie krew wciąż tęt­niła jak sza­lona.

- Powin­naś czę­ściej wsta­wać tak rano.

- Zabi­li­by­śmy się oboje. To cud, że nie uto­nę­li­śmy.

Roarke wcią­gnął w noz­drza zapach jej skóry i wody.

- Jesz­cze możemy to zro­bić.

- Myślisz, że uda nam się dojść do scho­dów?

- Jeśli nie będziesz się spie­szyć...

Prze­su­wali się krok po kroku wzdłuż kra­wę­dzi basenu aż do kamien­nych scho­dów, wresz­cie chwiej­nym kro­kiem wyszli na brzeg.

- Kawy - jęk­nęła słabo Eve i poszła po ręcz­niki.

Kiedy powró­ciła, owi­nięta w gruby ręcz­nik frotté i nio­sąc drugi dla męża, Roarke zapro­gra­mo­wał już w auto­ku­cha­rzu dwie fili­żanki czar­nej kawy. Słońce roz­pa­liło zło­tym bla­skiem pół­okrą­głe okna po dru­giej stro­nie sali.

- Głodna?

Eve upiła łyk kawy i mruk­nęła z zado­wo­le­nia, kiedy zastrzyk kofe­iny tra­fił do jej krwio­biegu.

- Jak wilk. Ale naj­pierw wezmę prysz­nic.

- No to idziemy na górę.

Weszli na pierw­sze pię­tro, a Eve zabrała swoją kawę pod prysz­nic. Gdy Roarke sta­nął obok niej pod paru­ją­cymi stru­gami, zmru­żyła oczy.

- Nie waż się obni­żyć tem­pe­ra­tury, jeśli chcesz jesz­cze pożyć - ostrze­gła go.

- Zimna woda otwiera pory, pobu­dza krą­że­nie.

- Ty już się o to zatrosz­czy­łeś. - Odsta­wiła kawę na półkę i namy­dliła się szybko.

Kiedy po chwili weszła do kabiny suszą­cej, pokrę­ciła z nie­do­wie­rza­niem głową, widząc, że Roarke obni­żył tem­pe­ra­turę wody o dzie­sięć stopni. Na samą myśl o takiej kąpieli prze­cho­dziły ją zimne dresz­cze.

Wie­działa, że on chce, by opo­wie­działa mu o spra­wie, która zatrzy­mała ją poprzed­niego wie­czoru, a teraz zmusi do pracy w wolny week­end. Doce­niała to, że cze­kał cier­pli­wie, aż ona roz­sią­dzie się wygod­nie w salo­nie na pię­trze, mając przed sobą następną fili­żankę kawy i talerz tostów z serem i szynką.

- Naprawdę, bar­dzo mi przy­kro, że nie przy­szłam wczo­raj na to spo­tka­nie.

Roarke ugryzł swo­jego tosta.

- Czy ja też będę musiał prze­pra­szać za każ­dym razem, kiedy inte­resy pokrzy­żują nam wspólne plany?

Eve otwo­rzyła usta, zamknęła je i potrzą­snęła głową.

- Nie zapo­mnia­łam o kola­cji, ale kiedy już byłam przy drzwiach, dosta­łam sygnał na tele­łą­cze. Nie mogły­śmy odszu­kać nadawcy.

- Nowo­jor­ska poli­cja ma fatalny sprzęt.

- Nie taki fatalny - mruk­nęła. - Ten facet to pro­fe­sjo­na­li­sta. Ty też nie pora­dził­byś sobie tak łatwo.

- No nie, chyba nie chcesz mnie obra­zić!

Eve uśmiech­nęła się drwiąco.

- Być może będziesz miał szansę to udo­wod­nić. Facet zwró­cił się do mnie oso­bi­ście, więc nie będę zasko­czona, jeśli następ­nym razem zadzwoni tutaj.

Roarke odło­żył wide­lec i ujął fili­żankę z kawą w obie dło­nie. Zro­bił to bar­dzo swo­bod­nie, choć całe jego ciało zasty­gło w peł­nym napię­cia wycze­ki­wa­niu.

- Oso­bi­ście?

- Tak, chciał roz­ma­wiać ze mną. Naj­pierw gadał jakieś bzdury o swo­jej misji z woli Boga. Krótko mówiąc, cho­dzi o to, że wyko­nuje Boże dzieło i że Pan chce bawić się w zagadki.

Odtwo­rzyła całą roz­mowę, obser­wu­jąc twarz Roarke'a, który zmru­żył oczy i zaci­snął moc­niej zęby. Kiedy napię­cie ustą­piło miej­sca ponu­remu gry­ma­sowi, pomy­ślała, że jej mąż ma bar­dzo bystre spoj­rze­nie.

- Spraw­dzi­łaś Wieże Luk­susu.

- Zga­dza się, naj­wyż­sze pię­tro. Zosta­wił rękę ofiary na kory­ta­rzu. Reszta leżała w sypialni.

Odsu­nęła talerz, wstała i zaczęła prze­cha­dzać się po pokoju, odru­chowo prze­gar­nia­jąc włosy.

- Nie widzia­łam jesz­cze cze­goś rów­nie okrop­nego, Roarke, to było odra­ża­jące. Przy­pusz­czam, że o to wła­śnie cho­dziło mor­dercy, wcale nie stra­cił pano­wa­nia nad sobą. Pra­wie wszystko zostało wyko­nane pre­cy­zyj­nie jak ope­ra­cja. Pierw­sze bada­nia wyka­zały, że ofiara żyła i była przy­tomna nie­mal do samej śmierci. Ten sukin­syn nafa­sze­ro­wał bie­daka nar­ko­ty­kami, ale tak obli­czył dawki, żeby tam­ten nie stra­cił świa­do­mo­ści, a jed­no­cze­śnie odczu­wał ból. A uwierz mi, musiał to być ból nie­wy­obra­żalny. Ten czło­wiek został wypa­tro­szony.

- Jezu Chry­ste... - Roarke wypu­ścił powie­trze z płuc. - Sta­ro­żytna kara za prze­stęp­stwa kry­mi­nalne i poli­tyczne. Powolna, strasz­liwa śmierć.

- Cho­ler­nie brudna - dodała Eve. - Mor­derca uciął mu obie stopy i jedną dłoń. Kiedy ofiara jesz­cze żyła, wydłu­bał jej oko. To jedyna część ciała, któ­rej nie odna­leź­li­śmy w miesz­ka­niu.

- No tak. - Choć zawsze uwa­żał, że ma mocny żołą­dek, nagle stra­cił cały ape­tyt. Pod­niósł się z fotela i pod­szedł do szafy. - Oko za oko.

- To motyw zemsty, prawda? Z jakiejś sztuki.

- Z Biblii, kocha­nie, matki wszyst­kich sztuk.

Ścią­gnął z obro­to­wej półki ciemne spodnie.

- Więc znowu włą­czamy w to Boga. Cho­dzi o zemstę, może to sprawa reli­gijna, może oso­bi­sta. Mam nadzieję, że znaj­dziemy motyw, kiedy już dowiemy się cze­goś wię­cej o ofie­rze. Zablo­ko­wa­łam wszyst­kie infor­ma­cje, przy­naj­mniej do czasu, gdy skon­tak­tu­jemy się z rodziną.

Roarke wło­żył spodnie i się­gnął po białą koszulę.

- Miał dzieci?

- Tak, trójkę.

- Masz paskudną pracę, moja pani porucz­nik.

- Dla­tego tak bar­dzo ją lubię. - Prze­cią­gnęła dło­nią po twa­rzy. - Jego żona i dzieci są teraz w Irlan­dii. Musimy ich dzi­siaj odszu­kać.

- W Irlan­dii?

- Tak, zdaje się, że ten facet to twój rodak. Nie sądzę, żebyś znał oso­bi­ście nie­ja­kiego Tho­masa Bren­nena, co? - Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy, gdy zoba­czyła, jak oczy Roarke'a nagle pociem­niały. - A jed­nak go zna­łeś. Nie przy­szło mi to do głowy.

- Około czter­dziestki? - spy­tał głu­chym tonem. - Blon­dyn, jakieś metr osiem­dzie­siąt wzro­stu?

- Mniej wię­cej. Zaj­mo­wał się komu­ni­ka­cją i roz­rywką.

- Tommy Bren­nen. - Wciąż trzy­ma­jąc w dłoni koszulę, Roarke usiadł na opar­ciu fotela. - Sukin­syn.

- Przy­kro mi. Nie mia­łam poję­cia, że to twój przy­ja­ciel.

- Nie był nim. - Roarke potrzą­snął głową, jakby chciał ode­gnać od sie­bie wspo­mnie­nia. - Przy­naj­mniej od jakichś dzie­się­ciu lat. Zna­łem go, kiedy miesz­ka­łem jesz­cze w Dubli­nie. Pro­wa­dził jakiś lewy inte­res z kom­pu­te­rami, zresztą ja też robi­łem wtedy różne szwin­delki. Spo­tka­li­śmy się kilka razy przy róż­nych oka­zjach, ubi­li­śmy kilka inte­resów, wypi­li­śmy parę piw. Jakieś dwa­na­ście lat temu Tommy poznał młodą dziew­czynę z dobrej rodziny. Zako­chał się po same uszy i posta­no­wił ustat­ko­wać. Pro­wa­dzić życie cał­ko­wi­cie uczciwe - dodał Roarke z krzy­wym uśmie­chem. - Odciął się też od grze­chów mło­do­ści. Wie­dzia­łem, że ma bazę w Nowym Jorku, ale trzy­ma­li­śmy się z dala od sie­bie. Jego żona chyba nie wie nic o tej mniej chlub­nej czę­ści jego prze­szło­ści.

Eve usia­dła w fotelu naprze­ciwko.

- Być może to wła­śnie ta mniej chlubna część jego prze­szło­ści, te dawne grze­chy mają zwią­zek z jego śmier­cią. Chcę w tym poszpe­rać, a kiedy już się do tego zabiorę, ilu nowych rze­czy dowiem się o tobie?

Roarke pomy­ślał, że to może być kło­po­tliwe. On sam nie przej­mo­wał się za bar­dzo, wie­dział jed­nak, że Eve potrak­to­wa­łaby sprawę zupeł­nie ina­czej.

- Zacie­ram za sobą ślady, pani porucz­nik. I jak już mówi­łem, nie byli­śmy przy­ja­ciółmi. Przez te wszyst­kie lata nie utrzy­my­wa­łem z nim żad­nego kon­taktu. Ale pamię­tam go. Miał dobry głos, tenor, cie­pły, miły śmiech i smy­kałkę do inte­re­sów. Chciał zało­żyć rodzinę, bar­dzo mu na tym zale­żało. Potra­fił dobrze się bić, ale sam ni­gdy nie szu­kał zaczepki i sta­rał się uni­kać kło­po­tów.

- Więc kło­poty same go zna­la­zły. Wiesz, gdzie teraz jest jego rodzina?

Roarke pokrę­cił prze­cząco głową i wstał z fotela.

- Nie, ale mogę szybko zdo­być dla cie­bie tę infor­ma­cję.

- Była­bym wdzięczna. - Eve także pod­nio­sła się z miej­sca. - Roarke, bar­dzo mi przy­kro, choć nawet nie wiem, co cię z nim wiąże.

- Parę wspo­mnień. Pio­senka w zady­mio­nym pubie w desz­czowy wie­czór. Mnie też jest przy­kro. Będę w gabi­ne­cie. Daj mi dzie­sięć minut.

- Jasne.

*

Eve ubie­rała się powoli, nie­spiesz­nie. Czuła, że Roarke będzie potrze­bo­wał wię­cej niż dzie­sięć minut. Nie cho­dziło tu o zdo­by­cie danych, o które pro­siła. Przy jego sprzę­cie i umie­jęt­no­ściach zaję­łoby mu to pięć minut. Potrze­bo­wał jed­nak kilku chwil samot­no­ści, by pora­dzić sobie z utratą tej pio­senki w zady­mio­nym pubie.

Ona ni­gdy nie stra­ciła nikogo, kto byłby jej bli­ski. Działo się tak pew­nie dla­tego, że pozwo­liła, by zbli­żyło się do niej tylko kilka wybra­nych osób. Potem poja­wił się Roarke, a Eve nie miała wyboru. Po pro­stu zdo­był ją, sub­tel­nie, ele­gancko, nie­za­prze­czal­nie. A teraz... dotknęła kciu­kiem rzeź­bio­nej, zło­tej obrączki, teraz nie mogła się bez niego obejść.

Tym razem poszła scho­dami, prze­mie­rza­jąc powol­nym kro­kiem sze­ro­kie kory­ta­rze wiel­kiego, pięk­nego domu. Nie musiała pukać do drzwi jego gabi­netu, ale zro­biła to i pocze­kała, aż roz­suną się bez­sze­lest­nie.

Przez odsło­nięte okna wpa­dał do pokoju blask słońca. Niebo na zacho­dzie było ciemne i zachmu­rzone, co ozna­czało, że deszcz, który padał przez cały poprzedni dzień, jesz­cze cał­kiem się nie skoń­czył. Roarke wolał pra­co­wać przy sta­ro­mod­nym, drew­nia­nym biurku niż przy nowo­cze­snej kon­soli. Pod­łogę pokry­wały wspa­niałe stare dywany, które przy­wiózł ze swych licz­nych podróży.

Eve wło­żyła ręce do kie­szeni. Już pra­wie zdą­żyła się przy­zwy­czaić do ota­cza­ją­cego ją luk­susu, nie miała jed­nak poję­cia, jak pora­dzić sobie ze smut­kiem Roarke'a, z żalem, który zasnu­wał mgłą jego oczy.

- Posłu­chaj, Roarke...

- Sko­pio­wa­łem to dla cie­bie. - Prze­su­nął w jej stronę kartkę zadru­ko­wa­nego papieru. - Pomy­śla­łem, że tak będzie pro­ściej. Jego żona i dzieci są w tej chwili w Dubli­nie. To jesz­cze malu­chy, mają dzie­więć, sie­dem i sześć lat.

Zbyt zde­ner­wo­wany, by usie­dzieć w jed­nym miej­scu, Roarke wstał od biurka i sta­nął przy oknie, patrząc na pano­ramę Nowego Jorku. Mia­sto było jesz­cze ciche, jakby zasty­głe w bla­dym świe­tle poranka. Odszu­kał zdję­cia rodziny Bren­nena; ładna, jasno­oka kobieta obej­mo­wała zaru­mie­nione dzie­ciaki. Poru­szyło go to moc­niej, niż przy­pusz­czał.

- Pie­nię­dzy na pewno im nie zabrak­nie - powie­dział bar­dziej do sie­bie niż do Eve. - Tommy zatrosz­czył się o to. Naj­wy­raź­niej był naprawdę dobrym mężem i ojcem.

Prze­szła przez gabi­net, pod­nio­sła rękę, by dotknąć ramie­nia męża, potem jed­nak opu­ściła ją z rezy­gna­cją. Do dia­bła, nie umiała tego robić. Nie miała poję­cia, czy gest pocie­sze­nia zosta­nie przy­jęty z wdzięcz­no­ścią czy też odrzu­cony.

- Nie wiem, co mogła­bym dla cie­bie zro­bić - powie­działa wresz­cie.

Roarke się odwró­cił; w jego błę­kit­nych oczach smu­tek mie­szał się z wście­kło­ścią.

- Dowiedz się, kto to zro­bił. Wiem, że w tej kwe­stii mogę na tobie pole­gać.

- Tak, możesz.

Na jego twa­rzy poja­wił się lekki uśmiech.

- Porucz­nik Dal­las jak zawsze na straży prawa. - Prze­su­nął dło­nią po jej wło­sach i uniósł brwi, kiedy Eve chwy­ciła go za nad­gar­stek.

- Zostaw to mnie, Roarke.

- Czy powie­dzia­łem coś innego?

- Kiedy nic nie mówisz, to zna­czy, że już coś kom­bi­nu­jesz. - Znała go dobrze, na tyle dobrze, by wie­dzieć, że ma swoje wła­sne spo­soby, swoje środki i wła­sne plany. - Jeśli zamie­rza­łeś sam się do tego zabrać, to natych­miast porzuć ten pomysł. To moja sprawa i tylko ja się nią zaj­muję.

Prze­su­nął dłońmi po ramio­nach Eve, spra­wia­jąc że spoj­rzała na niego podejrz­liwe.

- Oczy­wi­ście. Mam nadzieję, że będziesz infor­mo­wać mnie o postę­pach. Wiesz, że zawsze możesz liczyć na moją pomoc.

- Pora­dzę sobie sama. I uwa­żam, że będzie lepiej, jeśli na razie posta­rasz się o tym nie myśleć. Po pro­stu na jakiś czas zapo­mnij o tej spra­wie.

Poca­ło­wał ją w czu­bek nosa.

- Nie zapo­mnę - odparł z uśmie­chem.

- Roarke...

- Wolisz, żebym cię okła­my­wał, Eve? - Podał jej kopię. - Idź do pracy. Ja zadzwo­nię w kilka miejsc. Do wie­czora powi­nie­nem mieć już pełną listę zna­jo­mych Tommy'ego, jego przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków, wro­gów i kocha­nek, ocenę jego sytu­acji finan­so­wej i tak dalej. - Pro­wa­dząc ją do drzwi, mówił: - Myślę, że bez trudu zgro­ma­dzę wszyst­kie dane, a ty będziesz miała pełen obraz.

Zdo­łała jesz­cze zebrać myśli, nim wypchnął ją za drzwi.

- Nie mogę zabro­nić ci gro­ma­dze­nia danych, ale nie wychodź za tę linię, kolego. Ani o krok.

- Wiesz, jak mnie pod­nie­casz, kiedy jesteś taka surowa.

Eve z tru­dem stłu­miła śmiech i przy­wo­łała na twarz groźny gry­mas.

- Zamknij się lepiej - mruk­nęła, wbiła dło­nie w kie­sze­nie i ode­szła szyb­kim kro­kiem.

Patrzył za nią, cze­ka­jąc, aż znik­nie za zakrę­tem kory­ta­rza. Potem wró­cił do gabi­netu i włą­czył moni­tory kon­tro­lne. Uśmiech znikł już z jego twa­rzy, kiedy przy­glą­dał się, jak Eve zbiega po scho­dach i chwyta w locie kurtkę, którą Sum­mer­set prze­wie­sił dla niej przez poręcz.

- Zapo­mnia­łaś o para­solce - mruk­nął i wes­tchnął cicho, gdy jego żona wyszła pro­sto w zimną, dokucz­liwą mżawkę.

Nie powie­dział jej wszyst­kiego. Jak mógłby to zro­bić? Nie miał też wcale pew­no­ści, czy ma to jakiś zwią­zek ze sprawą. Musiał dowie­dzieć się cze­goś wię­cej, nim uwi­kła uko­chaną kobietę w ciemne grze­chy swo­jej prze­szło­ści.

Wyszedł z gabi­netu, kie­ru­jąc się do pomiesz­cze­nia, w któ­rym prze­cho­wy­wał bar­dzo drogi i nie­le­galny sprzęt. Poło­żył dłoń na ekra­nie kon­tro­l­nym, pocze­kał, aż sys­tem ziden­ty­fi­kuje jego linie papi­larne, i wszedł do środka. Wszyst­kie urzą­dze­nia były nie­za­re­je­stro­wane i nie­wy­kry­walne przez wszech­obecny sys­tem Com­pu­Gu­ard. Potrze­bo­wał kilku rze­czy, by zapla­no­wać następny krok. Sie­dząc w środku usta­wio­nych w wiel­kie "U" czar­nych, lśnią­cych paneli, zaczął wyszu­ki­wać nie­zbędne infor­ma­cje.

Wej­ście do sys­temu kom­pu­te­ro­wego nowo­jor­skiej poli­cji było dlań dzie­cin­nie łatwą zabawą. Prze­pra­sza­jąc w myślach żonę, wszedł do jej pli­ków i odszu­kał raport lekar­ski doty­czący ostat­niego mor­der­stwa.

- Widok z miej­sca zbrodni na moni­to­rze pierw­szym - pole­cił, odsu­wa­jąc się lekko do tyłu. - Raport z sek­cji zwłok na moni­to­rze dru­gim, raport ofi­cera pro­wa­dzą­cego śledz­two na trze­cim.

Film wideo uka­zał całą grozę tego, co zro­biono Bren­ne­nowi. Roarke patrzył na moni­tor ze spo­ko­jem, choć w jego oczach poja­wiły się chłód i deter­mi­na­cja. Nie­wiele zostało z mło­dego męż­czy­zny, któ­rego poznał kie­dyś, w poprzed­nim życiu, w Dubli­nie. Prze­czy­tał suchy, tre­ściwy raport Eve, a potem naszpi­ko­wany facho­wymi ter­mi­nami opis spo­rzą­dzony na miej­scu zbrodni przez leka­rza.

- Sko­piuj pliki pod nazwą Bren­nen, zako­duj Roarke'a, dostęp tylko na mój głos. Koniec pracy.

Odwró­cił się i się­gnął do domo­wego tele­łą­cza.

- Sum­mer­set, wejdź, pro­szę, na górę.

- Już idę.

Roarke wstał i pod­szedł do okna. Wie­dział, że prze­szłość może powró­cić, by go drę­czyć. Dotąd cza­iła się gdzieś w mrocz­nych zaka­mar­kach, cze­ka­jąc na dogodną chwilę, by zaata­ko­wać. Czyżby wymknęła się stam­tąd teraz, by ude­rzyć w Tommy'ego Bren­nena? Czy może był to po pro­stu pech, nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści?

Drzwi roz­su­nęły się bez­sze­lest­nie, a na progu sta­nął odziany w czerń Sum­mer­set.

- Jakieś pro­blemy?

- Tho­mas Bren­nen.

Sum­mer­set zmarsz­czył lekko brwi, a potem jego usta roz­chy­liły się w gry­ma­sie, który od biedy można by nazwać uśmie­chem.

- Ach tak, ten napa­lony haker, wiel­bi­ciel patrio­tycz­nych pie­śni i guin­nessa.

- Został zamor­do­wany.

- Przy­kro mi to sły­szeć.

- Tutaj, w Nowym Jorku - kon­ty­nu­ował Roarke. - Eve pro­wa­dzi śledz­two. - Usta Sum­mer­seta powró­ciły do poprzed­niego, suro­wego i wynio­słego kształtu. - Był tor­tu­ro­wany, przez kilka godzin utrzy­my­wano go w przy­tom­no­ści nar­ko­ty­kami. Został wypa­tro­szony.

Blada twarz Sum­mer­seta pobla­dła jesz­cze moc­niej.

- Zbieg oko­licz­no­ści.

- Może. Miejmy nadzieję. - Roarke przez chwilę wyj­mo­wał i zapa­lał papie­rosa. - Ten, kto to zro­bił, zadzwo­nił do mojej żony, bo chciał, żeby to wła­śnie ona zaj­mo­wała się tą sprawą.

- Jest prze­cież poli­cjantką - wtrą­cił Sum­mer­set z nie­ukry­waną pogardą.

- Jest moją żoną - odpa­ro­wał Roarke, a w jego gło­sie pobrzmie­wały sta­lowe nutki. - Jeśli okaże się, że to jed­nak nie jest zbieg oko­licz­no­ści, powiem jej wszystko.

- Nie należy tak ryzy­ko­wać. Mor­der­stwo pozo­staje mor­der­stwem, nawet jeśli więk­szość ludzi uzna­łaby je za konieczne i uspra­wie­dli­wione.

- Ona o tym zade­cy­duje. - Roarke zacią­gnął się głę­boko dymem i usiadł na skraju kon­soli. - Nie chcę, żeby błą­dziła w ciem­no­ściach, Sum­mer­set. Nie posta­wię jej w takiej sytu­acji. Ani ze względu na mnie, ani ze względu na cie­bie. - Kiedy spoj­rzał na roz­ża­rzony koniec papie­rosa, smu­tek znów zasnu­wał jego oczy. - Ani ze względu na wspo­mnie­nia. Musisz być przy­go­to­wany.

- To nie ja zapłacę naj­wię­cej, jeśli się okaże, że prawo jest dla niej waż­niej­sze od cie­bie. Zro­bi­łeś to, co powi­nie­neś był, co musia­łeś zro­bić.

- Tak też postąpi Eve - odparł łagod­nie Roarke. - Zanim jed­nak powiemy jej o tym, musimy wszystko zre­kon­stru­ować. Ile pamię­tasz z tam­tych cza­sów, kogo i co?

- Nie zapo­mnia­łem niczego.

Roarke przy­glą­dał się przez chwilę kan­cia­stej twa­rzy Sum­mer­seta i jego zim­nym oczom. Wresz­cie ski­nął głową.

- No to bierzmy się do pracy.

*

Świa­tełka na kon­soli migo­tały jak gwiazdy. Uwiel­biał na nie patrzeć. Nie prze­szka­dzało mu, że pokój był mały i pozba­wiony okien, nie wtedy, kiedy sły­szał cichy pomruk pra­cu­ją­cych urzą­dzeń, kiedy widział świa­tło tych gwiazd, które wska­zy­wały mu drogę.

Gotów był do następ­nego ruchu, do roz­po­czę­cia kolej­nej rundy. Chło­piec, który wciąż miesz­kał w jego duszy, uwiel­biał rywa­li­za­cję. Męż­czy­zna, który wyrósł z tego chłopca, przy­go­to­wy­wał się do świę­tego dzieła.

Sta­ran­nie uło­żył przed sobą wszyst­kie narzę­dzia. Otwo­rzył fiolkę z wodą poświę­coną przez biskupa i pokro­pił nią obfi­cie laser, noże, mło­tek i gwoź­dzie. Instru­menty świę­tej zemsty, narzę­dzia krwa­wej roz­prawy. Za nimi stała figurka Naj­święt­szej Panny, zro­biona z bia­łego mar­muru, który sym­bo­li­zo­wał czy­stość Marii. Ramiona Matki Boskiej roz­po­starte były w geście bło­go­sła­wień­stwa, jej piękną twarz wypeł­niały spo­kój i akcep­ta­cja.

Pochy­lił się, by uca­ło­wać białe, mar­mu­rowe stopy.

Przez moment wyda­wało mu się, że widzi krew na swo­jej dłoni i że ta dłoń drży.

Nie, jego ręce były czy­ste i białe. Zmył z nich krew wroga.

Zna­mię Kaina nosili inni, nie on. On prze­cież był Baran­kiem Bożym. Wkrótce miał się zmie­rzyć z kolej­nym wro­giem, już za kilka chwil. Musiał być silny, by zwa­bić tam­tego w pułapkę, by nosić na twa­rzy maskę przy­jaźni.

Odbył post, zło­żył ofiarę, oczy­ścił serce i umysł z ziem­skich bru­dów. Teraz zanu­rzył palce w małej miseczce ze świę­coną wodą, dotknął nimi czoła, serca, lewego ramie­nia, a potem pra­wego. Ukląkł i poło­żył dłoń na szka­ple­rzu, który wło­żył spe­cjal­nie na tę oka­zję. Szka­plerz został pobło­go­sła­wiony przez samego papieża. Świa­do­mość, że pod tą ochroną nie spo­tka go żadne zło, doda­wała mu siły.

Wsu­nął go pod jedwabną koszulę tak, by doty­kał bez­po­śred­nio ciała.

Bez­pieczny, umoc­niony, pod­niósł wzrok na kru­cy­fiks, zawie­szony nad drew­nia­nym sto­łem, na któ­rym leżały narzę­dzia jego świę­tej misji. Srebrna postać Chry­stusa błysz­czała jasno na tle zło­tego krzyża. Nie dostrze­gał żad­nej iro­nii w tym, że postać czło­wieka, który gło­sił pokorę i ubó­stwo, została wyko­nana z dro­go­cen­nego kruszcu.

Zapa­lił świece, zło­żył dło­nie i pochy­liw­szy głowę, modlił się z pasją głę­boko wie­rzą­cego, z pasją sza­leńca.

Pro­sił o łaskę i przy­go­to­wy­wał się do mor­der­stwa.

Rozdział 3

W głów­nej sali wydziału zabójstw w cen­trali nowo­jor­skiej poli­cji śmier­działo starą kawą i moczem. Eve prze­ci­skała się pomię­dzy usta­wio­nymi cia­sno obok sie­bie biur­kami. Nie­usta­jący gwar roz­mów, pro­wa­dzo­nych przez stło­czo­nych tu detek­ty­wów, w ogóle nie docie­rał do jej świa­do­mo­ści. Sprzą­ta­jący android zawzię­cie puco­wał stare lino­leum.

Sta­no­wi­sko Peabody wci­śnięte było w sam róg sali, gdzie pra­wie nie docie­rało świa­tło. Pomimo nie­wiel­kiej powierzchni i nie­zbyt korzyst­nego poło­że­nia wyda­wało się rów­nie dosko­nale utrzy­mane i zor­ga­ni­zo­wane jak sama Delia.

- Ktoś zapo­mniał, gdzie są toa­lety? - spy­tała Eve z wes­tchnie­niem.

Jej asy­stentka odwró­ciła się od powy­gi­na­nego meta­lo­wego biurka.

- Bailey przy­pro­wa­dził jakie­goś klo­szarda na prze­słu­cha­nie w spra­wie bójki na noże. Klo­szar­dowi nie podo­bała się rola świadka i wyra­ził swoje nie­za­do­wo­le­nie, opróż­nia­jąc pęcherz pro­sto na buty Baileya. Podobno rze­czony pęcherz był naprawdę prze­peł­niony.

- Taaak, kolejny dzień w raju. Dosta­li­śmy już raport z apar­ta­mentu Bren­nena?

- Mają go prze­słać lada moment.

- W takim razie zacznijmy od dys­kie­tek ochrony z Wież Luk­susu i miesz­ka­nia.

- Jest mały pro­blem, pani porucz­nik.

Eve prze­chy­liła głowę na bok.

- Nie zabra­łaś ich stam­tąd?

- Wzię­łam, co było do wzię­cia. - Peabody pod­nio­sła zapie­czę­to­waną torebkę z dys­kiet­kami. - Sys­temy ochronne na naj­wyż­szym pię­trze Wież Luk­susu i SCAN-EYE w miesz­ka­niu Bren­nena zostały wyłą­czone na okres dwu­na­stu godzin przed naszym przy­by­ciem.

Eve poki­wała głową i wzięła torebkę.

- Powin­nam była się domy­ślić, że nie będzie taki głupi. Sko­pio­wa­łaś wszyst­kie dane o roz­mo­wach, jakie Bren­nen pro­wa­dził ostat­nio ze swo­jego łącza?

- Pro­szę. - Peabody wrę­czyła jej kolejną, sta­ran­nie opa­ko­waną i opi­saną dys­kietkę.

- Chodźmy do mojego biura. Zoba­czymy, czy jest na nich coś cie­ka­wego. Muszę zadzwo­nić do Feeneya - powie­działa Eve, wycho­dząc z sali. - Będziemy potrze­bo­wali kogoś z wydziału prze­stępstw elek­tro­nicz­nych.

- Kapi­tan Feeney jest w Mek­syku, pani porucz­nik. Na waka­cjach.

Eve zatrzy­mała się i zmarsz­czyła brwi.

- Cho­lera, zapo­mnia­łam. Będzie tam jesz­cze przez tydzień, tak?

- Zga­dza się. W waszej pięk­nej willi nad brze­giem oce­anu. Do któ­rej twoja oddana asy­stentka nie została jesz­cze zapro­szona.

Eve unio­sła lekko brwi.

- Masz ochotę zoba­czyć Mek­syk?

- Widzia­łam już Mek­syk, Dal­las. Mam ochotę poznać jakie­goś ogni­stego cabal­lero.

Eve par­sk­nęła z roz­ba­wie­niem i otwo­rzyła drzwi swo­jej klitki.

- Jeśli upo­ramy się szybko z tą sprawą, Peabody, spró­buję coś zor­ga­ni­zo­wać. - Rzu­ciła dys­kietki na zagra­cone biurko i zdjęła kurtkę. - Tak czy ina­czej, musimy ścią­gnąć kogoś z elek­tro­nicz­nego. Sprawdź, czy mogą przy­słać nam kogoś, kto zna się dobrze na tych spra­wach. Nie chcę tu jakie­goś dru­go­rzęd­nego par­ta­cza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki