Ludwik Anioł Pitoux, zaczął
osiemnasty rok życia. Był to chłopiec szczupły, wysoki, o rumianych
policzkach, jasnych blond włosach i niebieskich oczach. Na ustach
igrał mu uśmiech młodości, a z poza grubych warg, przezierały ładne
ale duże zęby. Ręce miał szerokie, nogi wygięte pałąkowato, a
kolana tak sterczące, że zawsze spodnie dziurawiły. Na wielkich
stopach buty miał ze skóry wołowej, zrudziałe ze starości; na
grzbiecie łachman jakiś ordynarny. Oto tak się przedstawiał
nazewnątrz były uczeń pana Fortier.
Potrzeba uzupełnić jego obraz krótką wzmianką o stronie
moralnej.
Anioł Pitoux osierociał bardzo wcześnie. Ojciec odumarł go
niemowlęciem, matka, gdy zaczynał dwunasty rok życia. Matka
pieściła jedynaka nadzwyczajnie i pozwalała mu na wszystko,
rozwinął się więc fizycznie, ale nie rozwinął moralnie. Urodzony w
prześlicznej wiosce Haramont, położonej o milę od miasta, pośród
ogromnych lasów, stawiał w nich pierwsze kroki, i bojował z
zamieszkałemi w nich zwierzętami. Mając lat dziesięć, był już
świetnym ptasznikiem i zręcznym myśliwym, a jedno i drugie zdobył
bez pracy, bez mozołów, zdobył instynktem, jakim natura obdarza
ludzi, pośród gąszczów leśnych zamieszkałych. Znał dokładnie
wszystkie legowiska zajęcy i królików, wiedział o wszystkich
gniazdach ptasich bez wyjątku. Dzięki silnym ramionom i wygiętym
nogom, pozwalającym mu obejmować pnie, nawet najgrubsze, wdrapywał
się po gniazda, choćby najwyżej umieszczone z taką zwinnością i
pewnością, że wzbudzał podziw we wszystkich towarzyszach.
Naśladował też głosy ptaków tak wybornie, że stadami przylatywały
do niego. Łowy na błotach, były czemś tak łatwem dla Pitoux, że nie
zajmowałby się niemi wcale, gdyby nie spory dochód, jaki mu
przynosiły. Nikt, tak jak on, nie umiał nakryć bagniska paprocią,
nikt nie umiał zastawić dokładniej gałązek z lepem, nikt nie miał
tak zręcznej ręki, ani tak bystrego oka, nikt nie potrafił takiego
jak on przyrządzić lepu.
Nic też dziwnego, że w Haramont, w pośród wieśniaków,
czerpiących z przyrody większą połowę dochodów, i mających
instynktowną do cywilizacji nienawiść, zażywał Pitoux wielkiego
uznania, dzięki czemu, matce jego, ani żartem na myśl nie przyszło,
iż syn jej po fałszywej idzie drodze, iż wychowanie choćby
najkosztowniejsze, mogło być lepszem kiedykolwiek.
Gdy jednak poczciwa kobieta, powalona została na łoże
boleści, gdy poczuła, że śmierć jej zagląda w oczy, zaczęła myśleć
nad tem, że należałoby opiekę jakąś zapewnić sierocie.
Przypomniała sobie, że przed dziesięciu laty, pewien młody
człowiek, który nocą do drzwi jej zapukał i który oddał jej na
wychowanie niemowlę, z dość okrągłą na wydatki sumką, powiedział
był, iż większy dla maleństwa fundusz, złożył u notarjusza w
Villers-Cotterets.
O tajemniczym tym człowieku z początku nie wiedziała nic
więcej nad to, że się Gilbert nazywał.
Ale przed trzema laty, znowu go raz widziała. Miał wtedy
około dwudziestu siedmiu lat, postawę cokolwiek sztywną, zdanie
stanowcze i zimne obejście. Cała jednak ta powłoka lodowa stopniała
zaraz, gdy mu tylko dziecię jego pokazała. Chłopczyna ładny był,
zdrów i uśmiechnięty, ojciec więc uściskał serdecznie rękę
poczciwej kobiety, i wyrzekł do niej te tylko słowa:
- Możecie liczyć na mnie w każdej potrzebie.
Potem wziął dziecko, zapytał o drogę do Ermenonville,
zaszedł z synem na grób Jana-Jakóba-Rousseau'a - i powrócił do
Villets-Cotterets.
Że miejscowość była zdrowa, a notarjusz nie mógł się dość
nawychwalać szkoły ojca Fortier'a, Gilbert pozostawił swego malca u
tego człowieka, zwłaszcza, że mu się powierzchowność jego
niezmiernie podobała, wyglądał bowiem na filozofa, a filozofja w
owej epoce, cieszyła się wielkiem wzięciem nawet pośród
duchowieństwa.
Załatwiwszy sprawę z dzieckiem, wyjechał do Paryża, ale
adres ojcu Fortier pozostawił.
Matka Pitoux wiedziała dobrze o tem wszystkiem a słowa:
"Możecie liczyć na mnie w każdej potrzebie" przyszły jej na myśl w
chwili niebezpieczeństwa.
To widocznie miłosierdzie boskie przywiodło jej tę
okoliczność na pamięć.
Dobroczynna to widać Opatrzność, czuwała nad tem, aby biedny
Pitoux nie został opuszczony na świecie.
Kazała poprosić do siebie księdza plebana, bo sama pisać nie
umiała i tegoż jeszcze dnia list został wyprawiony na ręce pana
Fortier, a ten zaadresował go i wrzucił zaraz w skrzynkę pocztową.
Wielki też czas był na to, bo nazajutrz biedna kobieta już
ducha wyzionęła.
Pitoux był za młody, aby odczuć ogrom nieszczęścia, jakie
nań spadło.
Popłakał trochę, nie dlatego, aby znaczenie śmierci
rozumiał, ale dlatego tylko, że widział matkę zimną, bladą,
zmienioną, że czuł instynktownie, iż mu jej zabrakło na zawsze, iż
dom osierocony opustoszeje zupełnie. Co będzie dalej, co się stanie
z nim jutro, tego nie rozumiał i wcale nie myślał o tem. Gdy
odprowadził ciało na cmentarz, gdy trumnę ziemią przysypano,
zasiadł na ukochanej mogile i ruszyć się z niej nie chciał, a na
wszelkie przekładania sąsiadów odpowiadał, że nigdy się z matką nie
rozstawał i nigdy jej nie opuści.
Przesiedział tak na grobie resztę dnia i noc całą.
Zastał go na nim nazajutrz zacno doktór, bo doktorem był ów
przyszły opiekun Pitoux, który rozumiejąc całą doniosłość
obietnicy, jaką kiedyś uczynił, przybył w niespełna czterdzieści
osiem godzin po odebraniu listu, aby świętemu obowiązkowi zadość
uczynić.
Anioł Pitoux, młodziutkim był chłopczyną gdy pierwszy raz
ujrzał doktora.
Ale wrażenia w młodości otrzymane, nie zacierają się nigdy.
Zresztą słyszał przecie tyle razy o tym człowieku w domu. On to
oddał jego matce ową maleńką dziecinę, jemu zawdzięczała ona swój
dobrobyt, jego Gilbertem nazywała, jego imię z uwielbieniem zawsze
wymawiała. A kiedy zjawił się u nich po raz drugi, już jako doktór
skończony, kiedy kazał matce liczyć zawsze na siebie, to matka tak
była szczęśliwa i tak mu była za to wdzięczna, że biedny chłopiec
czuł się także do wdzięczności obowiązanym - i lubo nie wiedział co
mówi, wybąkał jednak kilka słów, że nigdy nie zapomni o tej łasce,
o jakiej mu matka tak często powtarzała.
Skoro tylko spostrzegł doktora wchodzącego przez bramę
cmentarną i podążającego w jego stronę, poznał go zaraz, powstał i
poszedł naprzeciw niego, przeczuł bowiem, że człowiekowi, który
przybywał na wezwanie nieboszczki, nie mógł tak jak innym
odpowiedzieć: "nie, nie pójdę".
Gdy Gilbert wziął go za rękę, aby wyprowadzić z cmentarza,
sierota nie stawił żadnego oporu, odwrócił tylko głowę gdzie
znajdowała się mogiła matki, i z cicha zapłakał.
Elegancki kabrjolet czekał u wrót cmentarnych, doktór
wsadził doń malca i - pozostawiwszy dom na opiece boskiej i ludzi
poczciwych, pojechał do miasta, gdzie zatrzymał się w oberży
"Dauphin", najporządniejszej w Villers-Cotterets.
Potem posłała zaraz po krawca, który stawił się w tej chwili
z gotowemi ubraniami.
Wybrał jedno z nich dla Pitoux i udał się z nim do
dzielnicy, o której jużeśmy wspominali, do dzielnicy Pleux. W miarę
jak się tam zbliżali, Pitoux zwalniał kroku, widocznie bowiem
prowadzono go do jego ciotki Anieli. Tę ciotkę i zarazem matkę
chrzestną, co mu tak poetyczne imię Anioła wybrała; widywał bardzo
rzadko, ale zachował o niej straszne wspomnienie.
Bo rzeczywiście ciotka Aniela, nie miała nic w sobie, coby
pociągało dziecko, tak jak Pitoux pieszczone przez matkę.
Ciotka Aniela była panną, a liczyła około lat
sześćdziesięciu.
Źle zrozumiana pobożność, wyrugowała z jej serca wszystkie
słodkie a nawet ludzkie uczucia. Była to dewotka w gorszeni
znaczeniu tego wyrazu, złośliwa i chciwa do najwyższego stopnia.
Nie z samej tylko żyła jałmużny; sprzedawała nadto len,
który przędła na kołowrotku, i zajmowała się wynajmowaniem krzeseł
w kościele, na co miała pozwolenie kapituły. Małe sumki oszczędzane
zmieniała na "ludwiki" i lokowała je niewidzialnie w poduszkach
starego fotelu, na którym wysiadywała.
Pieniądze te przepadały dla świata i nie miały ujrzeć
jasności dziennych za życia starej panny.
Doktór Gilbert podążał do mieszkania tej osoby, prowadząc ze
sobą Pitoux.
Panna Róża Aniela Pitoux - była w tej chwili w usposobieniu
różowem.
Podczas gdy w kościele w Haramont odprawiano modły przy
zwłokach jej bratowej, w kościele w Villers-Cotterets udzielano
licznych chrztów i ślubów, dzięki czemu, panna Róża Aniela zebrała
za krzesła okrągłe sześć liwrów.
Zmieniwszy sousy na sztukę trzyfrankową i dodawszy ją do
poprzednio zebranego już grosza miała znowu ludwika.
Ten "ludwik" nowy powędrował dopiero co do swych braci
fotelowych, a dzień takiego zjednoczenia, był zawsze wielkiem
świętem dla cioci Anieli.
I oto akurat, gdy po otwarciu drzwi - zamykanych zawsze na
czas podobnej operacji, defilowała dookoła cennego sprzętu, aby się
przekonać, iż pozory zewnętrzne nie zdradzały wartości wewnętrznej
- wszedł doktór z Pitoux.
Scena wstępna mogłaby być uznana za scenę wzruszającą, gdyby
nie to, że Gilbert zanadto był dobrym spostrzegaczem; - dla niego
była to komedja jedynie.
Ujrzawszy siostrzeńca, stara panna zaczęła rozwodzić o swej
bratowej, którą niby serdecznie kochała, a nawet zaczęła udawać, że
łzy ociera.
Doktór, który ze swej strony zbadać chciał do głębi dewotkę
przed powzięciem jakiego postanowienia, zaczął mówić o świętych
obowiązkach ciotek względem siostrzeńców.
Ale dostrzegł, że w miarę, jak teorje swoje rozwijał, twarz
starej panny przybierała wyraz wielkiej chciwości.
Lewą ręką podparła brodę, na palcach zaś prawej
obrachowywała w myśli dochód z wynajmu krzeseł; wypadek zrządził,
że ukończyła rachunki równocześnie z monologiem doktora, tak, iż
mogła mu wnet odpowiedzieć. Odpowiedziała też, iż pomimo wielkiej
miłości, jaką czuła dla siostry, pomimo współczucia, jakie w niej
wzbudzał siostrzeniec, skromne dochody nie pozwalają ani myśleć o
tem, aby jako ciotka i matka chrzestna - zajęła się sierotą ubogim.
Doktór spodziewał się odmowy i nie zdziwił się nią wcale;
wyznawca nowych idei, pomimo, że wyszedł dopiero pierwszy tom pracy
Lavater'a, zastosował już jego zasadę badania fizjognomji, do
chudych i żółtych policzków panny Anieli.
Badanie to doprowadziło go do przekonania, że małe, świecące
oczki starej panny, długi jej nos i wąskie wargi, były uosobieniem
chciwości, egoizmu i hypokryzji.
Odmowna odpowiedź panny Róży Anieli Pitoux, jak już
powiedzieliśmy powyżej, nie wzbudziła w nim najmniejszego
zdziwienia.
Chciał jednak, jako obserwator, przekonać się w jakim
stopniu w starej dewotce panują trzy szkaradne wady.
- Ale - powiedział, Anioł Pitoux jest biednym sierotą, jest
synem brata pani, nie możesz pani zatem zostawić go na łasce losu.
- Ba! a czy pan wiesz, panie Gilbert - odpowiedziała ciotka,
że najskromniej licząc, ten chłopiec kosztowałby mnie sześć sous
dziennie, gdyż zjadać musi przynajmniej funt chleba na dzień.
Pitoux skrzywił się, zwykle zjadał on półtora funta na samo
tylko śniadanie.
- A gdzie mydło na pranie bielizny, którą, jak przypominam
sobie, szkaradnie brudzi?
- A pfe!... - rzekł doktór - a pfe, panno Anielo, pani,
osoba tak pobożna, taka miłosierna, obliczasz tak skrupulatnie, gdy
chodzi o siostrzeńca i chrześniaka.
- Nie liczę wcale wydatku na naprawę jego ubiorów,
wybuchnęła dewotka, która przypomniała sobie, że jej siostra
Magdalena ciągle prawie przyszywała nowe do bluzy wyłogi, i nowe
łaty do spodni Anioła Pitoux.
- Odmawia pani zatem przytułku u siebie siostrzeńcowi,
odpycha pani sierotę od progów swego domu; zmusza go pani żebrać na
progach obcych domów?...
Panna Aniela zrozumiała, jakiby wstręt poczuli dla niej
wszyscy, gdyby jej siostrzeniec naprawdę był zmuszonym do takiej
ostateczności.
- Nie - rzekła - nie odmawiam, podejmuję się zająć biednem
dzieckiem.
- A!... - wykrzyknął doktór, uradowany, że znalazł jakieś
lepsze uczucie w sercu, które miał za zupełnie wygasłe.
- Tak - ciągnęła dalej stara panna - wezmę go, zarekomenduję
O. O. Augustjanom z Bourg-Fontaine jako braciszka - posługacza.
Doktór był filozofem, a znaną jest wartość tego wyrazu:
"filozof", w owym czasie.
W tejże chwili postanowił on wyrwać księżom Augustjanom
neofitę i to z taką chciwością, z jaką Ojcowie radziby z pewnością
wyrwać filozofom każdego adepta.
- Nie... nie!... - zaczął zagłębiając rękę w wielkiej
kieszeni - ponieważ jesteś pani, kochana panno Anielo, w tak
trudnem położeniu, że musiałabyś z powodu braku funduszów, oddać
siostrzeńca obcym, poszukam zatem kogo innego, któryby zajął się
losem biednego sieroty, za sumę, jaką na ten cel przeznaczam. Sam
opieki przyjąć nie mogę, bo muszę wracać do Ameryki. Przed wyjazdem
umieszczę siostrzeńca u jakiego rzemieślnika na naukę. Pitoux sam
wybierze sobie rzemiosło, do jakiego ma powołanie. Podczas mojej
nieobecności wyrośnie, a po moim powrocie będzie już uzdolnionym w
fachu, i wtedy zobaczę, co można będzie zrobić dla mego. - No
dalej, moje dziecko, pożegnaj ciotkę - powiedział doktór i chodźmy.
Jeszcze Gilbert nie dokończył, gdy Pitoux podbiegł do starej
panny z wyciągniętemi ramionami, bo bardzo mu się spieszyło
pocałować ją, pod warunkiem, że będzie to pocałunek ostatni, że
będzie on znakiem rozstania się z nią na zawsze.
Ale oświadczenie doktora "za sumę jaką na ten cel
przeznaczam", jego ruch ręką w stronę kieszeni, w której
prawdopodobnie musiało się sporo znajdować grosza, rozgrzały
chciwość dewotki.
- A!... - zawołała - a czy pan wie, kochany panie Gilbert, o
jednej jeszcze rzeczy?...
- O czem?... - spytał doktór.
- Ależ o tem, Boże kochany, że nikt nie może bardziej ode
mnie kochać tego biednego dziecka!...
I powiedziawszy to, panna Róża Aniela roztworzyła ramiona i
chwyciła Pitoux w objęcia a jednocześnie złożyła na obu jego
policzkach po kwaśnym pocałunku, po których biedny chłopiec zadrżał
od stóp do głowy.
- O bezwarunkowo - odrzekł doktór - wiem o tem dobrze, i
dlatego też tylko przyprowadziłem go najpierw do pani, jako
naturalnej jego opiekunki. Ale to, co mi pani powiedziała,
przekonało mnie, że pomimo dobrych chęci, niemożliwym jest dla pani
coś zrobić dla Anioła!... Widzę dobrze, żeś pani za uboga na to,
aby nieść pomoc biedniejszym.
- Ah! drogi panie Gilbert, czyż nie ma Boga w niebie, czyż
nie żywi on wszystkich stworzeń swoich?...
- Święta to prawda - odparł Gilbert - Bóg daje pożywienie
ptakom, ale nie umieszcza sierot u rzemieślników. Małego Pitoux,
widzi pani, trzeba nauczyć rzemiosła, to dla pani, przy jej
szczupłych dochodach, byłoby poprostu nad siły...
- Gdybyś pan jednak dał tę sumkę, panie doktorze?...
- Jaką sumkę?...
- Tę, o której pan wspomniał dopiero, sumkę, którą pan ma w
kieszeni, dodała stara, wskazując palcem kieszeń garnituru doktora.
- Dałbym ją z pewnością, droga panno Anielo, ale uprzedzam,
że pod jednym tylko warunkiem.
- Pod jakim?...
- Że dziecko zdobędzie sobie jakieś stanowisko.
- Ależ zdobędzie, zdobędzie... przysięgam na mój honor, na
honor Anieli Pitoux - rzekła stara dewotka, trzymając ciągle oczy
skierowane na kieszeń doktora.
- Przyrzeka mi to pani?...
- Przyrzekam.
- Uroczyście?...
- Ależ kochany panie Gilbert, klnę się panu na Boga.
I panna Aniela wzniosła w górę wychudłą rękę.
- A zatem - rzeki doktór, wydobywając wypchany woreczek,
gotów jestem, jak pani widzi, dać pieniądze, tylko jaką dasz mi
rękojmię za dziecko?
- Przysięgam panu, panie Gilbert, przysięgam na ten krzyż
Chrystusowy.
- Nie przysięgajmy za dużo, kochana pani, ale lepiej
napiszmy i podpiszmy to co ułożymy.
- Podpiszę, panie Gilbert, podpiszę.
- U notarjusza?...
- A jakże.
- No to chodźmy do papy Niquet.
Notarjusz Niquet, którego z powodu dawnej z nim znajomości,
tak przyjacielsko nazywaj doktór Gilbert, był najpoważniejszym
notarjuszem w okolicy.
Panna Aniela, znała go dobrze, nie protestowała więc przeciw
wyborowi doktora i udała się z nim zaraz do kancelarji rejentalnej,
gdzie spisano akt, na mocy którego Róża Aniela Pitoux, podejmowała
się wyszukania dla Ludwika Anioła Pitoux, jakiegoś stosownego
zajęcia - za co dostawała zaraz sumę dwieście liwrów.
Umowa zawartą została na lat pięć, doktór złożył więc u
notarjusza osiemset liwrów, bo dwieście uiścił z góry.
Nazajutrz, uregulowawszy niektóre interesa i rachunki z
kimś, do którego później powrócimy, opuścił Villers-Cotterets.
Panna Pitoux zaś z dwóchset liwrów otrzymanych, schowała do
fotela osiem błyszczących ludwików, osiem zaś liwrów pozostałe,
schowała do fajansowego kubka, w którym przechowywała od lat
trzydziestu czy czterdziestu, rozmaite monety drobne i z których
powstawały owe sztuki złote grzebane w fotelu.