ROZDZIAŁ III
ANIOŁ PITOU U CIOTKI
Widzieliśmy już poprzednio, jak mało miał ochoty Anioł Pitou do dłuższego pobytu u dobrej ciotki Anieli. Biedne dziecko, obdarzone doskonałym instynktem, przeczuwało, ile ten pobyt wróży mu zmartwień, niepokojów i wstrętu.
Nie zaraz po wyjeździe doktora Gilberta oddała go ciotka do rzemiosła, nie to jednak było powodem złego nastawienia Pitou do swej opiekunki.
Notariusz uczynił jej raz nawet w tym względzie delikatne przypomnienie, ale panna Aniela odpowiedziała, że Anioł jest jeszcze za młody, a szczególnie za delikatny, aby zmuszać go do robót przechodzących może jego siły fizyczne.
Notariusz uznał w tym dobre serce panny Anieli i odłożył naukę do kolejnego roku.
Chłopiec kończył dopiero rok dwunasty, nie było więc nic jeszcze tak pilnego.
Zainstalowawszy się już u ciotki, która przemyśliwała jedynie, jaką z sieroty wyciągnąć korzyść, Pitou zaczął znów pośród lasów wieść w Villers-Cotter?ts takie samo życie, jakie prowadził w Haramont.
Wycieczki topograficzne wskazały mu, że na drodze do Dampleux, Compi?gne i do Vivieres znajdowały się najlepsze błota, że kanton Bruyere-au-Loup był najbogatszy w zwierzynę.
Zdobywszy powyższe wskazówki, wziął się Pitou do dzieła.
Najbardziej potrzebne mu rzeczy nie potrzebowały żadnych nakładów, bo były to: lep i gałązki z lepem. Lep przyrządzał z kory ostrokrzewu, utłuczonej w moździerzu i rozcieńczonej wodą; co do gałązek, te były przecież na brzozach.
Przygotował sobie tysiące tych gałązek, duży garnek lepu najlepszego gatunku i pewnego pięknego poranka, wziąwszy u piekarza, na rachunek ciotki, czterofuntowy bochenek chleba, wyruszył o wschodzie słońca i po całodziennej nieobecności powrócił dopiero wieczorem.
Nie powziął podobnego postanowienia bez zastanowienia się nad jego skutkami.
Przeczuwał dobrze burzę.
Nie był Sokratesem, ale znał tak dobrze charakter ciotki Anieli, jak sławny nauczyciel Alcybiadesa usposobienie żony swej Ksantypy. I nie mylił się wcale w swoich przewidywaniach; ale liczył na to, że zażegna burzę, skoro pokaże dewotce owoce trudów swoich. Nie przewidywał tylko tego, gdzie piorun weń uderzy.
Uderzył go, gdy tylko wchodził.
Panna Aniela umieściła się za drzwiami i tu czekała na powrót siostrzeńca, a gdy ten postawił tylko nogę na progu, dostał takiego kułaka w kark, że bez żadnych innych objaśnień poznał wybornie od razu kościstą rękę starej panny.
Miał Pitou kark bardzo twardy, pomimo jednak że zaledwie poczuł szturchańca, udał, dla udobruchania ciotki, rozsierdzonej bardziej jeszcze bólem palców, jakiego się nabawiła uderzeniem, udał, że został tak silnie pchnięty, iż upadł aż na drugim końcu pokoju.
Gdy jednak zauważył, że ciotunia, porwawszy kądziel, zmierzała w jego stronę, wyciągnął śpiesznie z kieszeni talizman, sądząc, iż sobie nim okupi przebaczenie. Talizmanem tym były dwa tuziny ptaków, tuzin maszek i sześć drozdów.
Panna Aniela zrobiła wielkie oczy, gderała jeszcze dla formy, ale wzięła owoc łowów siostrzeńca i zbliżyła się z nim do lampy.
- Co to takiego? - zapytała.
- Ptaki, jak widzisz, kochana cioteczko Anielo - odpowiedział Pitou.
- A zdatne to do jedzenia? - podchwyciła żywo stara panna, która jako dewotka była naturalnie strasznie łakoma.
- Czy zdatne do jedzenia! - powtórzył Pitou. - Pewno, że zdatne, toć to maszki i drozdy przecież.
- A gdzie je ukradłeś?...
- Nie ukradłem, ale złapałem. Na bagnie.
- Co to jest bagno?
Pitou spojrzał, mocno zdziwiony, na ciotkę. Nie mógł uwierzyć, aby mogło być na świecie tak głupie stworzenie, które nie wiedziałoby, co to bagno.
- Co to bagno? - powtórzył. - No bagno to jest bagno.
- Tak, ale ja nie wiem, co to takiego.
Ponieważ Pitou bardzo był względny na wszelkie nieświadomości, objaśnił zatem:
- Bagno jest to błoto w lesie, dokoła którego obsadza się gałązki z lepem; gdy ptaki przychodzą pić, na to się łapią i kwita.
- Na co się łapią?
- Na lep.
- Aha! - rzekła ciotka Aniela - teraz to rozumiem, ale skąd wziąłeś pieniądze na to?
- Pieniądze? - zawołał zdziwiony Pitou, że go posądzano o posiadanie mamony - pieniądze, ciotko Anielo?
- Tak.
- Nikt mi nie dawał żadnych pieniędzy...
- Za co kupiłeś lep?
- Sam go zrobiłem.
- A gałązki?
- Także sam zrobiłem...
- A zatem te ptaki...
- Co takiego, te ptaki?
- Nic cię nie kosztują?
- Oprócz fatygi...
- Często można chodzić na te bagna?
- Co dzień chociażby.
- No to dobrze.
- Można, ale nie trzeba...
- Nie trzeba... czego?
- Chodzić tam codziennie.
- Z jakiej przyczyny?
- Bo to rujnuje.
- Rujnuje? Kogo rujnuje?
- Bagno. Rozumie ciotka przecie, że ptaki, które się już raz złapało...
- To co?
- To już się tam nie znajdują.
- Prawda - powiedziała ciotka.
Po raz pierwszy dopiero, jak był u niej, przyznawała mu ciotka rację, toteż Pitou był zachwycony.
- Ale - powiedział - w tych dniach, w których nie chodzi się na bagniska, można się udać gdzie indziej. W dnie, w które nie łapie się ptaków, można złapać co innego.
- Co takiego?
- Króliki.
- Króliki?
- Mięso się z nich zjada, a skórki sprzedaje. Każda skórka warta jest dwa sou.
Ciotka Aniela spojrzała z zachwytem na siostrzeńca; nigdy nie sądziła, ażeby tak był oszczędny.
Teraz dopiero ukazał się jej Pitou we właściwym świetle.
- Czy ja bym sprzedawała te skórki?...
- Pewno - odpowiedział Pitou - moja matka zawsze je sprzedawała.
Dziecku ani na myśl nie przyszło, że mógłby żądać czegoś więcej za produkcje, jakich dostarczały jego łowy, ponad część swoją przy jedzeniu.
- Kiedy pójdziesz łapać króliki? - zapytała panna Aniela.
- Jak będę miał sidła.
- Zrób je sobie!
Pitou potrząsnął głową.
- Przecież sam sobie zrobiłeś lep i gałązki.
- Lep i gałązki, to prawda; ale drutu robić nie umiem. Potrzeba mi drutu mosiężnego; ten kupuje się już gotowy u kupca.
- A ile na to potrzeba?
- O, za cztery sou - odrzekł Pitou - mógłbym zrobić dwa tuziny.
- A mając dwa tuziny, ile możesz złapać królików?
- To zależy; cztery, pięć, sześć może, a zresztą te same sidła mogą służyć na kilka razy, jeżeli ich leśniczy nie znajdzie...
- Masz pięć sou - odrzekła ciotka Aniela - idź kup drutu u pana Dambrun i jutro wybierz się na króliki.
- Jutro pójdę sidła zastawić - powiedział Pitou - ale dopiero pojutrze zobaczę, czy się co złapało.
- Dobrze, niech i tak będzie.
Drut mosiężny był tańszy w mieście niż w osadzie, bo mieszkańcy z Haramont nabywali go w Villers-Cotter?ts.
Za cztery sou dostał Pitou dwadzieścia pięć kawałków, pozostałe sou zwrócił ciotce. Ta rzetelność wzruszyła starą pannę. Przez chwilę miała już zamiar podarować siostrzeńcowi pieniądz, z którego nie zrobił użytku, ale na nieszczęście była to moneta spłaszczona młotkiem, tak iż mogła uchodzić za dwa sou.
Nie chcąc pozbywać się sztuki mogącej przynieść sto procent zysku, schowała ją do kieszeni.
Pitou zauważył te ruchy, ale wcale nie zdawał sobie z nich sprawy.
Ani mu nigdy w myśli nie powstało, iż ciotka mogłaby mu sou ofiarować.
Zabrał się do składania sideł.
Nazajutrz zażądał worka od panny Anieli.
- Na co? - zapytała stara panna.
- Potrzebny mi - odparł zawsze tajemniczy Pitou. Panna Aniela dostarczyła żądany worek i włożyła weń zapas chleba i sera na śniadanie dla siostrzeńca i obiad, po czym Pitou wyszedł zaraz w stronę Bruyere-aux-Loup.
Ciotka Aniela tymczasem oskubała maszki, przeznaczone dla siebie na śniadanie i obiad, potem dwa drozdy zaniosła ojcu Fortierowi, cztery pozostałe sprzedała oberżyście z Boule-d'Or, który zapłacił po trzy sou za sztukę i obiecał po tej samej cenie brać wszystkie, jakie mu będzie przynosiła.
Pani Róża-Aniela powróciła do domu rozpromieniona. Błogosławieństwo niebios zstąpiło w jej dom razem z Pitou.
- A! - rzekła, zajadając maszki tłuste jak ortolany, a delikatne jak figojadki - wielka to prawda, że dobry uczynek nigdy nie przechodzi bez nagrody.
Wieczorem Anioł powrócił; a miał na plecach worek porządnie wypchany.
Tym razem ciotka Aniela nie oczekiwała go za drzwiami, ale na progu, nie przywitała kułakiem, lecz grymasem przypominającym cokolwiek uśmiech.
- Jestem! - zawołał Pitou, wchodząc do pokoju z miną zdradzającą zadowolone sumienie, że się dzień spędziło pożytecznie.
- Jesteś, i to z dobrym workiem - rzekła ciotka Aniela.
- A tak... - potwierdził Pitou.
- Cóż masz w tym worku? - spytała stara panna, wyciągając pożądliwie rękę.
- Buczynę - odpowiedział Pitou.
- Buczynę?...
- Rozumiesz przecie, moja ciotko, że gdyby ojciec La Jeunesse, stróż z Bruyere-aux-Loups, widział mnie kręcącego się w jego dzielnicy bez worka, zapytałby mnie na pewno: Czego ty tu chcesz, mały włóczęgo? Nie dodaję nawet, że zacząłby mnie na pewno o coś podejrzewać. Tymczasem, gdyby chciał wiedzieć, co tam robię, mając worek, odpowiedziałbym mu, że przyszedłem po buczynę, a to nie jest przecież wzbronione.
- A więc! Skoro to nie jest wzbronione, to nic by ci nie powiedział.
- Nie miałby żadnej dobrej racji.
- To ty zbierałeś przez cały dzień buczynę, próżniaku! - wrzasnęła ciotka Aniela, której zdawało się, że już przepadły króliki.
- Przeciwnie, rozstawiałem sidła, zbierając buczynę, tak iż La Jeunesse widział mnie ciągle przy robocie.
- I nic nie powiedział?
- Owszem, kazał się pokłonić ciotce. Dzielny to człowiek ten ojciec La Jeunesse.
- A króliki? - zapytała znowu ciotka Aniela, której nic od tej myśli oderwać nie było w stanie.
- Króliki? Księżyc wschodzi o północy, o pierwszej więc pójdę zobaczyć, czy się złapały.
- Gdzie?
- Do lasu.
- Jak to, o pierwszej w nocy pójdziesz do lasu?
- A jakże.
- Nie boisz się?
- Czego miałbym się bać, do licha?...
Ciotkę Anielę zachwyciła odwaga Pitou, tak jak zdziwiła ją jego przebiegłość.
Pitou, dziecko natury, nie znał żadnego z tych niebezpieczeństw urojonych, jakich boją się dzieci miasta.
Po północy wysunął się i poszedł wzdłuż muru cmentarnego.
Niewinne dziecko, które nigdy niczym nie obraziło świadomie ani Boga, ani ludzi, nie więcej bało się umarłych niż żywych.
Pitou obawiał się w tej chwili jednej tylko osoby, obawiał się ojca La Jeunesse; toteż przezornie okrążył jego dom.
Zobaczywszy, że drzwi i okna są pozamykane i pogaszone światła, Pitou upewnił się, że stróż nie był na służbie. I zaczął udawać tak dobrze szczekanie psa, że Rouflot, legawiec ojca La Jeunesse, oszukany świetnym naśladownictwem, odpowiedział mu pełnym głosem, wietrząc wkoło drzwi.
Od tej chwili Pitou był zupełnie spokojny.
Skoro Rouflot był w domu, ojciec La Jeunesse musiał się także tam znajdować.
Ojciec La Jeunesse i Rouflot tak byli nierozłączni, iż gdy się ujrzało jednego, można było być pewnym, że drugi wnet się ukaże.
Pitou uspokojony, skierował się ku Bruyere-aux-Loups.
Sidła zrobiły co należało; dwa króliki się złapały i zadusiły.
Pitou włożył je w kieszeń swego na wyrost ubrania i powrócił do ciotki.
Stara panna leżała już w łóżku, ale chciwość nie pozwalała jej zasnąć; jak Pierrette w bajce Lafontaine'a, tak i ona rachowała zyski, jakie mieć może ze sprzedaży po cztery skóry królicze tygodniowo; te rachunki tak ją właśnie rozmarzyły, że oka zmrużyć nie była w stanie. Usłyszawszy, że Pitou wrócił, wstrząsnęła się nerwowo i zapytała, co przyniósł.
- Jedną parę! Ciotko Anielo, ale to nie moja wina; króliki ojca La Jeunesse są widocznie bardzo sprytne.
Ta jedna para przeszła jednak oczekiwania ciotki Anieli.
Trzęsąc się z radości, wzięła biedne zwierzątka, obejrzała ich skóry i wyniosła do spiżarni, która nigdy nie przechowywała takich zapasów.
Potem słodkim głosem namówiła chłopca, ażeby się położył, co zmęczone dziecko zaraz zrobiło, nie dopominając się o wieczerzę i rosnąc znowu z tego powodu w opinii ciotki.
We dwa dni Pitou przedsięwziął nową wyprawę i złowił aż trzy króliki.
Dwa z nich zostały zaniesione do oberży pod Boule d'Or, trzeci na probostwo.
Ciotka bardzo dbała o ojca Fortiera, a ten przez wdzięczność polecał ją pobożnym duszom parafii.
Rzeczy szły dalej w tym samym porządku przez trzy czy cztery miesiące.
Ciotka Aniela była zachwycona, Pitou uważał, że ma żywot dosyć znośny.
Rzeczywiście nie miał tylko dawnej miłości macierzyńskiej, ale z resztą było mu w Villers-Cotter?ts prawie takie samo jak w Haramont.
Okoliczność atoli pewna, której jednak można się było spodziewać, "stłukła naczynie z mlekiem" ciotce Anieli, a siostrzeńcowi przeszkodziła w wycieczkach.
Nadszedł oto list od doktora Gilberta z Nowego Jorku.
Filozof-podróżnik, po przybyciu do Ameryki, nie zapomniał o dziecku, którym się postanowił opiekować, i napisał do papy Niqueta, z zapytaniem, czy polecenia jego zostały wypełnione; jeżeli nie, to żądał przypomnienia pannie Pitou umowy, a w razie jej oporu - natychmiastowego zerwania kontraktu.
Położenie stało się groźne. Notariusz rozumiał swoją odpowiedzialność, udał się zatem z listem doktora do ciotki Anieli Pitou i postanowił działać energicznie.
Nie było żadnego punktu wyjścia. Wszystkie opowiadania o wątłym stanie zdrowia Pitou zostały obrócone wniwecz.
Pitou był wysoki i szczupły, ale drzewa w lesie także były wysokie i szczupłe, co im jednak nie przeszkadzało cieszyć się zdrowiem doskonałym.
Panna Aniela prosiła o tydzień zwłoki, aby mogła wybrać stosowne dla siostrzeńca zajęcie.
Pitou był tak samo smutny jak ciotka.
Zajęcie, jakim się dotąd trudnił, wydawało mu się doskonałe, nie pragnął żadnego innego. Przez cały ten tydzień nie było mowy ani o bagnach, ani o zwierzynie; zresztą była to zima, a w zimie ptaki mogą pić wszędzie, bo wszędzie mają dosyć śniegu.
Pitou nie śmiał zastawiać sideł. Śnieg zdradza ślady stóp, a wielkie jego ślady powiedziałyby ojcu La Jeunesse w ciągu dwudziestu czterech godzin, gdzie ukrywa się złodziej tępiący mu zwierzynę.
Przez ten tydzień starej pannie odrosły pazurki.
Pitou odnalazł w niej znowu dawną ciotkę Anielę, która go zawsze nabawiała tak wielkiego strachu, a która chwilowo, z powodu dobrych interesów, jakie robiła, głaskała sierotę aksamitnymi łapkami.
W miarę jak zbliżał się fatalny termin, humor dewotki stawał się coraz bardziej zgryźliwy.
Z tego powodu Pitou piątego już dnia zażądał, aby mu obrano koniecznie jakikolwiek fach.
I podał nagle wzburzonej głowie dewotki myśl, która jej wracała zmącony od sześciu dni spokój.
Była to myśl poproszenia ojca Fortiera o przyjęcie Pitou do swej szkoły, bezpłatnie, i o postaranie się dla niego o stypendium seminaryjne imienia Jego Wysokości księcia Orleańskiego.
Byłaby to nauka, która nic nie kosztowałaby panią Anielę, a pan Fortier, nie licząc już drozdów, kosów i królików, miał przecież pewne obowiązki wobec siostrzeńca kobiety, która się zajmowała wynajmem krzeseł w kościele powierzonym jego zarządowi. Anioł Pitou, obok korzyści, jakie już przynosił ciotuni w chwili obecnej, mógłby się stać wtedy dojniejszą jeszcze dla niej krówką. Nadzieje nie zawiodły starej panny. Proboszcz Fortier przyjął chłopca bez żadnego wynagrodzenia.
Dzielny to był człowiek ten proboszcz i zupełnie bezinteresowny, wiedzę swoją rozdawał chętnie biednym umysłowo, groszem swoim dzielił się chętnie z biednymi, ale był nieubłagalny pod jednym względem: solecyzmy go złościły, barbaryzmy doprowadzały do wściekłości.
Na tym punkcie nie umiał panować nad sobą, nie miał wtedy ani przyjaciół, ani nieprzyjaciół, ani ubogich, ani bogatych, ani uczniów płacących, ani niepłacących; karał każdego z nich, który na to zasłużył, a że rękę miał ciężką, razy zadawał bolesne.
Rodzice wiedzieli dobrze o tej słabości pana Fortiera i wiedzieli, że gdy synów swoich u niego umieścili, trzeba im było zdać się zupełnie na niego, bo na wszelkie skargi odpowiadał proboszcz zdaniem, które kazał wyrżnąć na linii swojej i na rączce od dyscypliny:
"Kto bardzo kocha, ten bije mocno".
Za staraniem otóż pani Róży Anieli Pitou, Anioł Pitou został przyjęty w poczet uczniów ojca Fortiera.
Stara panna bardzo była z tego dumna, siostrzeniec okazywał mniej zadowolenia, przepadała bowiem swoboda i niezależność, z których korzystał dotąd.
Ciotka zawiadomiła pana Niqueta, że nie tylko uczyniła zadość obowiązkowi, ale uczyniła daleko więcej.
Doktor żądał tylko, aby Pitou miał jakieś stosowne zajęcie, ciotka zapewniała mu wyższą edukację. I gdzież miał tę edukację pobierać? W tej samej szkole, w której Sebastian Gilbert płacił za swą naukę i wychowanie po pięćdziesiąt liwrów.
Anioł Pitou uczył się i wychowywał darmo; no, ale z tym nie było potrzeby przechwalać się przed doktorem Gilbertem, zresztą znają wszyscy bezstronność i bezinteresowność ojca Fortiera. Starał się on naśladować swojego boskiego mistrza, który otwierając ramiona, mówił: "Pozwólcie dzieciom iść do mnie".
Tylko że ojcowskie ręce Fortiera nie były tak łaskawe - w jednej nosił on zawsze początkowe zasady łaciny, w drugiej pęk rózeg, nie pocieszał też płaczących dzieci, ale przywoływał je przed siebie przestraszone, a odprawiał na miejsce zabeczane.
Anioł Pitou wszedł pierwszy raz do klasy z pudłem pod pachą, z rogowym kałamarzem w ręku i kilkoma piórami za uchem.
Pudło przeznaczone było na kajety i książki. Kałamarz był podarkiem od kupca korzennego, pióra zdobyła w wigilię panna Aniela od pana Niqueta.
Anioł Pitou powitany został przez kolegów, jak zwykle bywa u dzieci, a trafia się często i u starszych, to jest wyśmiewaniem.
Cała klasa wysilała się, aby go wyszydzić.
Dwóch uczniów z powodu jego jasnych blond włosów, a dwóch innych z powodu jego kolan, o których już wspominaliśmy, dostało się do kozy.
Ci dwaj ostatni utrzymywali, że nogi Pitou podobne są do lin studziennych, na których porobiono węzły.
Porównanie to obiegło stół dokoła, zyskało ogólne uznanie i wesołość chłopców, ale obraziło ojca Fortiera.
Wychodząc w południe, to jest po czterech godzinach lekcji, Pitou przez cały ten czas nie powiedział ani słowa, miał już w klasie sześciu zdeklarowanych nieprzyjaciół.
Wrogowie ci jego ślubowali przy piecu, bo ten w klasie zastępuje ołtarz ojczyzny, że dwaj z nich powyrywają mu jego żółte włosy, dwaj poobijają niebieskie porcelanowe oczy, dwaj ostatni wyprostują sterczące kolana.
Pitou nie wiedział nic zgoła o tych układach.
Wychodząc, zapytał jednego z sąsiadów, dlaczego sześciu kolegów zostawało, gdy wszyscy się wynosili.
Sąsiad spojrzał się nań z ukosa, nazwał lizusem i oddalił się, nie chcąc wcale nawiązywać dłuższej rozmowy.
Pitou nie mógł sobie zdać z tego sprawy, jakim sposobem, nie wyrzekłszy ani jednego słowa podczas lekcji, został lizusem. Ale że nasłuchał się w klasie - to od uczniów, to od ojca Fortiera tyle niezrozumiałych rzeczy, więc i oskarżenie to zaliczył do liczby tych rzeczy, które dla jego rozumu są na razie za trudne.
W domu ciotka Aniela zapytała go, czego się nauczył. Odpowiedział, że się nauczył milczenia.
Odpowiedź godna była pitagorejczyka, tylko że ten ostatni dałby ją na migi.
Po południu powrócił nowy uczeń do klasy bez wstrętu.
Lekcja poranna poświęcona była krytyce jego powierzchowności, lekcje popołudniowe przeznaczył ojciec Fortier na zbadanie jego zdolności umysłowych.
Po egzaminie ojciec Fortier przyszedł do przekonania, że Pitou miał wielkie zacięcie do tego, aby zostać Robinsonem Cruzoe, ale że bardzo słaba jest nadzieja, iżby został Fontenellem lub Boussuetem.
Podczas całego egzaminu, bardziej niż lekcja poranna uciążliwego dla przyszłego seminarzysty, uczniowie ukarani z jego przyczyny wygrażali mu pięściami.
We wszystkich krajach, zarówno cywilizowanych, jak dzikich, znak ten uważany jest za groźbę; toteż Pitou miał się na ostrożności.
Nie pomylił się wcale: skoro tylko wyszli z obrębu domu szkolnego, sześciu tych, co siedzieli w kozie, oświadczyli, że mają z nim do załatwienia rachunek za te dwie godziny.
Pitou zrozumiał, że idzie o pojedynek na pięści. Jakkolwiek nie studiował szóstego tomu Eneidy, w którym mowa jest o tym, jak młody Dariusz i stary Entelliusz uprawiali ten sport ku wielkiej uciesze Trojan - znał przecież dobrze ten rodzaj rozrywki, bo nie była ona wcale obca mieszkańcom jego rodzinnej wioski.
Oświadczył więc, że gotów jest stanąć do walki z tym, który chciałby z nim zacząć, i że gotów jest stawić czoło wszystkim - jednemu za drugim.
Oświadczenie to sprawiło wrażenie, zjednało od razu nowicjuszowi pewien szacunek.
Podał swoje warunki, a one zostały przyjęte. Plac walki otoczyło koło ciekawskich, zapaśnicy, jeden zdjąwszy ubranie, a drugi kamizelkę, zbliżyli się ku sobie.
Mówiliśmy już o rękach Pitou. Te ręce, nieprzyjemne na wejrzenie, mniej jeszcze były przyjemne w dotknięciu.
Pomimo że boksowanie nie było jeszcze w użyciu we Francji oraz że Pitou nie posiadał żadnych nawet elementarnych o tej sztuce wiadomości, natarł tak silnie na przeciwnika i tak go poczęstował w oko, iż w jednej chwili otoczyło się ono sinym kołem, tak geometrycznie zakreślonym. iż żaden matematyk nie potrafiłby go lepiej, nawet za pomocą cyrkla oznaczyć.
Wystąpił drugi. Pitou zmęczony był pierwszą walką, ale za to nowy pojedynkowicz był o wiele słabszy od pierwszego.
Toteż rozprawa była daleko krótsza.
Ten drugi dostał tak silnie pięścią w nos, że mu z niego krew pociekła dwoma strumieniami.
Trzeci wróg postradał zęba, a był najmniej poturbowany.
Inni dali za wygraną i nie stawali wcale do walki.
Pitou, przeszedłszy pośród tłumu, który się przed nim rozstępował z szacunkiem należnym zwycięzcy, powrócił do domu ciotki.
Nazajutrz trzej uczniowie, jeden z podbitym okiem, drugi z czerwonym nosem, trzeci ze spuchniętymi wargami, byli troskliwie przez ojca Fortiera badani, ale żaden nie pisnął ani słowa, żaden się z niczym nie wygadał, i dopiero w kilka dni, pobocznie, od jednego ze świadków kłótni, dowiedział się proboszcz, że to Pitou tak poznaczył swych kolegów.
Ojciec Fortier odpowiedzialny był przed rodzicami zarówno za stan umysłowy, jak i za stan fizyczny powierzonych mu dzieci.
Ojcowie poszkodowanych wystąpili do niego ze skargą. Trzeba było dać im satysfakcję. Pitou trzy dni z rzędu odsiadywał kozę.
Pierwszego dnia pokutował za oko, drugiego za nos, trzeciego za ząb.
Koza nasunęła świetną myśl pannie Anieli. Oto za każdym razem, gdy ojciec Fortier zatrzyma Anioła w kozie, nie będzie mu dawać obiadu. To postanowienie miało na celu jedynie dobro chłopca, nie można było pozwalać, aby sobie nic z kary nie robił.
Pitou odsiadywał kozę przez trzy dni z rzędu i zadowalał się przez ten czas śniadaniem i wieczerzą.
Że się "zadowalał", może niewłaściwie powiedzieliśmy, bo Pitou nie był bynajmniej zachwycony tą przymusową dietą, ale trudno, z powodu ubóstwa języka trzeba się tym określeniem "zadowalać".
Ponieważ poddał się karze, a nie zdradził, że działał tylko w odwecie, że bronił się jedynie od napaści, pozyskał sobie ostatecznie ogólny szacunek. Prawdopodobnie pomogły mu i te trzy uderzenia, jakie zadał przeciwnikom.
Odtąd stanowisko Pitou w szkole zostało takie jak i wszystkich innych uczniów, z tą tylko różnicą, że gdy tamci jako tako radzili sobie z lekcjami, on zawsze za nie siadywał w kozie i to daleko dłużej niż towarzysze.
W tym miejscu trzeba wspomnieć o czymś, co leżało w jego naturze, a co było właściwością jego pierwotnego wychowania - a raczej tego, że żadnego wychowania nie otrzymał. Był to pociąg do zoologii.
Słynne pudło, które ciotka Aniela ochrzciła mianem kasetki, dzięki swojej obszerności i rozmaitym wewnątrz przegródkom stało się rodzajem arki Noego, zawierającej po parze najrozmaitszych stworzeń - pełzających i fruwających.
Były tam jaszczurki i chrabąszcze, były żaby i żmije, mrówkojady i inne. Chłopak tym więcej cenił te stworzenia, im więcej kar na niego ściągały.
Podczas spacerów tygodniowych wzbogacał zawsze te swoje zbiory.
Teraz pragnął koniecznie posiąść salamandrę, które w Villers-Cotter?ts bardzo były rozpowszechnione, a ponadto były herbem Franciszka I. Złapał ich wkrótce kilka.
Jedno go tylko mocno zadziwiało, a że nie był w stanie zdać sobie z tego sprawy, sądził, że było to coś, co wiedzę jego przewyższało. Nie umiał sobie oto wytłumaczyć - dlaczego te płazy znajdował zwykle w wodzie.
Poeci utrzymywali przecie, że żyją one w ogniu. Okoliczność ta źle usposobiła Pitou do poetów.
Gdy już miał salamandrę - oddał się poszukiwaniom kameleona, ale tym razem starania były daremne. Zabiegów skutek pożądany nie wieńczył.
Pitou uznał, że kameleon albo nie istniał wcale, albo też nie istniał, a przynajmniej nie żył w tych krainach.
Gdy doszedł do tego wniosku, zaniechał poszukiwań kameleona.
Inną przyczyną zatrzymującą Pitou w kozie były przeklęte solecyzmy i barbaryzmy, rozsiane wśród jego ćwiczeń niby chwasty wśród zboża.
Co do niedziel i czwartków, to jest dni wolnych od nauk, spędzał je na bagnach, na łapaniu ptaków i zwierzyny, że jednak rósł ciągle, był już pięć stóp i cztery cale wysoki, a gdy lat miał szesnaście, zdarzyło się pewne coś, co odciągało Pitou od ulubionych jego zajęć.
Na drodze do Bruyere-aux-Loups leży osada Pisseleu, bodaj czy nie ta sama nawet, od której wzięła nazwisko piękna Anna d'Weilly, kochanka Franciszka I. Była w tej osadzie zagroda ojca Billota, a na progu tej zagrody zawsze przypadkowo, ale za każdym razem, ilekroć tylko przechodził Pitou, wystawała śliczna dziewczyna, mogąca mieć lat siedemnaście do osiemnastu, świeża, żywa, wesoła, imieniem Katarzyny na chrzcie świętym nazwana, najczęściej atoli po nazwisku ojca krótko "Billot" nazywana.
Pitou najpierw zaczął się jej kłaniać nieśmiało, potem pomału odważał się na uśmiech przy ukłonie, a jednego dnia, ukłoniwszy się i uśmiechnąwszy, przystanął i zdobył się na powiedzenie:
- Dzień dobry, panno Katarzyno!
Uważał to za straszną śmiałość.
Katarzyna była bardzo dobrą dziewczyną, odpowiedziała więc chłopcu jak staremu znajomemu, bo rzeczywiście znała go dobrze, skoro od lat dwóch widywała, jak przechodził koło nich przynajmniej raz na tydzień. Tylko że Katarzyna widywała Pitou, a Pitou nie widywał Katarzyny. Bo Pitou miał wtedy lat tylko czternaście, a Katarzyna już szesnaście.
Teraz zaczęła cenić jego talent.
Pitou przynosił jej prezenty z najpiękniejszych ptaków i najtłuściejszych królików. Wynikło z tego, że Katarzyna zaczęła prawić Pitou grzeczności, on zaś, który je słyszał tak rzadko, poddał się urokowi tej nowości, i zamiast chodzić jak dawniej do Bruyere-aux-Loups, zatrzymywał się w połowie drogi, a zamiast jak dawniej spędzać dzień na zbieraniu buczyny i zastawianiu sideł, krążył około chaty ojca Billot, aby bodaj na jedną chwilkę zobaczyć Katarzynę.
Wskutek tego dochody ze skór króliczych znacznie upadły, drozdów i kosów prawie wcale nie bywało.
Ciotka Aniela bardzo się na to uskarżała.
Pitou odpowiadał, że króliki stały się bardzo niedowierzające, że ptaki zmiarkowały podstęp - i w zagłębieniach liści lub pniach drzewnych zaspokajały pragnienie.
Jedno tylko wobec tego sprytu królików i ptaków pocieszało kochaną ciotkę Anielę, mianowicie to, że siostrzeniec otrzyma stypendium, wstąpi do seminarium i po trzech latach zostanie proboszczem.
Najwyższym zaś i odwiecznym pragnieniem panny Anieli było zostać gospodynią u księdza.
Jak tylko Pitou się wyświęci, pragnienie to zostanie ziszczone, bo przecież Pitou nie będzie mógł nie wziąć ciotki do siebie po tym wszystkim, co dla niego zrobiła.
To tylko niepokoiło biedną starą pannę, że gdy mówiła ojcu Fortierowi o tych swoich marzeniach, odpowiadał jej, spuszczając głowę:
- Kochana panno Pitou, jeżeli siostrzeniec twój pragnie zostać księdzem, to niechajże mniej się poświęca historii naturalnej, a więcej, daleko więcej de viris illustribus[11], albo Selecta e profanis scriptoribus[12].
- Co to znaczy?... - pytała panna Aniela.
- To, że robi za wiele barbaryzmów i solecyzmów - odpowiadał ojciec Fortier.
Odpowiedź ta nabawiała zawsze pannę Anielę przykrej niepewności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki