Anioł Pitou - Aleksander Dumas

Kup ebooka

49.90 zł
42.91 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

W KTÓ­RYM CZY­TEL­NIK ZA­ZNA­JOMI SIĘ Z BO­HA­TE­REM TEJ PO­WIE­ŚCI I MIEJ­SCEM JEGO URO­DZE­NIA

Na gra­nicy Pi­kar­dii i So­is­son­nais, na tej czę­ści te­ry­to­rium na­ro­do­wego, które pod na­zwą Isle de France sta­no­wiło stare dzie­dzic­two na­szych kró­lów, po­środku lasu roz­cią­ga­ją­cego się na prze­strzeni ty­siąca hek­ta­rów ziemi, wznosi się małe mia­steczko Vil­lers-Cot­te­r?ts i gi­nie w cie­niu wiel­kiego parku, za­ło­żo­nego przez Fran­ciszka I i Hen­ryka II.

Vil­lers-Cot­te­r?ts sły­nie z tego, iż uj­rzał w nim świa­tło dzienne Ka­rol Al­bert De­mo­ustier, który w chwili, gdy się na­sze opo­wia­da­nie za­czyna, pi­sał Li­sty do Emi­lii o mi­to­lo­gii roz­ry­wane chci­wie przez płeć piękną owej epoki.

Do­dajmy, ku po­etycz­nej sła­wie mia­sta (nie­chętni na­zy­wają je mie­ściną, po­mimo pa­łacu kró­lew­skiego i dwóch ty­sięcy czte­ry­stu miesz­kań­ców), do­dajmy, po­wia­dam, dla do­peł­nie­nia po­etycz­nej jego sławy, że po­ło­żone jest o dwie mile od La-Ferté Mi­lon, w któ­rym uro­dził się Ra­cine, a o osiem mil od Château-Thierry, gdzie La­fon­ta­ine przy­szedł na świat boży, za­znaczmy nadto, że matka au­tora tra­ge­dii Bri­ta­ni­cus i Atha­lie stąd także po­cho­dziła, i po­wróćmy do kró­lew­skiego pa­łacu oraz dwóch ty­sięcy czte­ry­stu miesz­kań­ców.

Bu­dowę pa­łacu roz­po­czął Fran­ci­szek I, a skoń­czył Hen­ryk II, któ­rego cy­fra, po­łą­czona z cy­frą Ka­ta­rzyny Me­dy­cej­skiej, wid­nieje do­tąd na fron­to­nie.

Pa­ła­cyk ma także swoją sławę, słu­żył bo­wiem za schro­nie­nie dla mi­ło­stek króla ry­ce­rza z pa­nią d'Es­tam­pes i Lu­dwika Fi­lipa Or­le­ań­skiego z piękną pa­nią Mon­tes­son. Od śmierci tego ostat­niego stał pustką pra­wie, gdy wresz­cie Fi­lip Or­le­ań­ski, zwany póź­niej "Ega­lité", prze­mie­nił go z re­zy­den­cji mo­nar­szej w zwy­czajny do­mek my­śliw­ski.

Co do dwóch ty­sięcy czte­ry­stu miesz­kań­ców skła­dali się oni:

1. Z kilku szlach­ci­ców, spę­dza­ją­cych lato w pa­ła­cach oko­licz­nych, a zimę w Pa­ryżu, i za przy­kła­dem księ­cia ma­ją­cych tylko pied-a-terre w mia­steczku.

2. Z do­syć znacz­nej liczby miesz­czan, co­dzien­nie w po­gody i nie­po­gody po­dą­ża­ją­cych z pa­ra­so­lami w ręku na zwy­kły spa­cer po­obiedni, o ćwierć mili od mia­sta do sze­ro­kiego ka­nału, od­dzie­la­ją­cego park od lasu i na­zy­wa­nego ka­na­łem "Huha!", za­pewne z po­wodu wy­krzyk­ni­ków, ja­kie wi­dok jego wy­ry­wał z piersi ast­ma­tycz­nych, za­do­wo­lo­nych, że aż tak da­leką drogę od­były bez nad­zwy­czaj­nego zmę­cze­nia.

3. Z więk­szo­ści rze­mieśl­ni­ków, pra­cu­ją­cych cały ty­dzień i tylko w nie­dziele wy­pusz­cza­ją­cych się na wy­cieczki - z ja­kich bo­gatsi współ­bra­cia co­dzien­nie ko­rzy­stali - oraz

4. Z gar­ści bie­da­ków, dla któ­rych nie­dziele nie ist­niały, i któ­rzy na­pra­co­waw­szy się ciężko przez sześć dni po­wsze­dnich, wy­my­kali siód­mego do lasu, po to tylko, aby so­bie na­zbie­rać chru­stu na opał.

Na­tu­ral­nie, gdyby sła­wetne Vil­lers-Cot­te­r?ts (Vil­leri-ad-Co­tiam-Re­tix) miało nie­szczę­ście być mia­stem na tyle waż­nym w hi­sto­rii, by się ar­che­olo­go­wie nim zaj­mo­wali, wia­domo by­łoby na pewno, jak po­wstało i jak się roz­wi­jało, jak z osady na wieś, ze wsi na mia­sto się prze­dzierz­gało, jak do sze­regu li­chych dom­ków, roz­rzu­co­nych po obu stro­nach drogi wio­dą­cej z Pa­ryża do So­is­sons, przy­wa­biało z po­wodu pięk­nego po­ło­że­nia co­raz wię­cej miesz­kań­ców, jak z tego znowu po­wodu po­wsta­wały co­raz nowe ulice, jak wy­rósł tak zwany ry­nek, ozdobny dziś w ładne domy i w fon­tannę z po­czwór­nym ze­ga­rem sło­necz­nym, jak wresz­cie i kiedy - obok skrom­nego ko­ściółka po­ło­żono fun­da­menty pod ten po­kaźny za­mek, to kró­lew­ski, to ksią­żęcy, który dziś, smutną ko­leją lo­sów, sta­nowi przy­tu­li­sko włó­czę­gów i że­bra­ków.

W epoce, w któ­rej się opo­wia­da­nie ni­niej­sze za­czyna, za­mek ów nie był już wpraw­dzie re­zy­den­cją ksią­żęcą, ale nie był też jesz­cze że­bra­czą norą - był już pu­sty pra­wie, ale miesz­kali w nim i do­zo­ro­wali go jesz­cze: stróż, eko­nom i rządca. Okna tak te, co na park, jak i te, co na tak zwany plac zam­kowy wy­cho­dziły, szczel­nie po­za­my­kane, nada­wały jesz­cze bar­dziej po­sępny ob­raz miej­sco­wo­ści - w któ­rej jed­nym końcu znaj­do­wał się mały do­mek za­słu­gu­jący na to, aby mu po­świę­cić słów kilka.

Miał on przede wszyst­kim tę szcze­gól­ność, że wi­dać mu było tylko plecy.

Ale jak plecy by­wają nie­kiedy naj­po­kaź­niej­szą czę­ścią osob­nika, tak i plecy tego domku były naj­po­waż­niej­szą jego czę­ścią.

Do­mek na­le­żał do pro­bosz­cza, peł­nią­cego jed­no­cze­śnie obo­wiązki ka­pe­lana ko­ścioła zam­ko­wego, w któ­rym co nie­dziela za­wsze od­pra­wiała się msza święta, i nad­zorcy szkółki, przy któ­rej, dzięki ja­kimś ła­skom nad­zwy­czaj­nym, ist­niały dwa sty­pen­dia - jedno dla kan­dy­da­tów do szkoły w Ples­sis, a dru­gie dla prze­cho­dzą­cych do se­mi­na­rium w So­is­sons.

Oba sty­pen­dia opła­cał dom Or­le­anów, pierw­sze no­siło imię syna re­genta, dru­gie ochrzczone było imie­niem ojca księ­cia; oba były przed­mio­tem po­żą­da­nia ro­dzi­ców, a przy­czyną cięż­kich zgry­zot dla tych, któ­rzy, aby je zdo­być, mu­sieli ła­mać so­bie łe­pe­tyny nad naj­roz­ma­it­szymi ćwi­cze­niami czwart­ko­wymi.

Otóż w pe­wien czwar­tek lip­cowy, 1789 roku, w dzień za­chmu­rzony przez bu­rzę cią­gnącą od wschodu ku za­cho­dowi, w chwili gdy na dzwon­nicy, po­kry­tej spi­cza­stą da­chówką, wy­biła go­dzina je­de­na­sta, roz­le­gło się na­raz hura!... po­dobne do okrzyku ca­łego pułku sie­pa­czy, a za­raz po­tem, po­przez furtkę po­mię­dzy aka­cjami pro­wa­dzącą do ma­łego domku, wtło­czyła się gro­mada dzieci, które po­dzie­liw­szy się na placu na pięć czy sześć grup, za­częły za­ba­wiać się w piłkę i gry inne.

Jed­no­cze­śnie z tymi mal­cami, odzia­nymi po więk­szej czę­ści w bluzy wy­tarte na łok­ciach i w spodnie dziu­rawe na ko­la­nach, z mal­cami, któ­rych miesz­kańcy do­mów na­zy­wali pau­prami, zna­leźli się na placu chłopcy inni, chłopcy mą­drzy, jak po­wia­dały ku­moszki, chłopcy ma­jący stać się dumą swo­ich ro­dzi­ców.

Ci ostatni mieli na so­bie bluzy całe i całe spodnie, dzięki czemu byli przed­mio­tem nie­na­wi­ści chłop­ców go­rzej ubra­nych i mniej pil­no­wa­nych.

Z min ich wi­dać było, że by­liby chęt­nie po­ba­rasz­ko­wali z "pau­prami", ale kar­ność zmu­szała ich, by po­spie­szać do do­mów ro­dzi­ciel­skich, gdzie cze­kały na nich pod­wie­czorki w for­mie kro­mek chleba z ma­słem lub kon­fi­tu­rami.

Oprócz mal­ców "pau­prów" i chłop­ców "przy­szło­ści" była trze­cia jesz­cze grupa chłop­ców, którą na­zwiemy grupą "próż­nia­ków".

Ci ni­gdy nie przy­cho­dzili ra­zem z in­nymi na plac za­baw, ni­gdy rów­nie z in­nymi nie po­spie­szali do do­mów, bo pra­wie za­wsze wy­sia­dy­wali w ko­zie.

Gdy ich ko­le­dzy i to­wa­rzy­sze po­dą­żali na piłkę lub do do­mów na przy­smaki, oni ślę­czeli w kla­sie nad wy­koń­cze­niem nie­odro­bio­nych pod­czas lek­cji za­dań lub nad do­ucza­niem się cze­goś.

Gdy­by­śmy też w tej chwili udali się pod dom szkolny, usły­sze­li­by­śmy, jak w trak­cie tego, gdy je­den z "próż­nia­ków" scho­dził spiesz­nie ze scho­dów, ru­sza­jąc ra­mio­nami niby osioł grzbie­tem, gdy chce jeźdźca z sie­bie zrzu­cić, głos ja­kiś pod­nie­siony wy­krzy­ki­wał za­pa­mię­tale:

- A nie­do­wiarku!... a po­tę­pień­cze!... a ga­dzino!... wy­noś się, gdzie pieprz ro­śnie; vade, vade! By­łem długo cier­pliwy, mor­do­wa­łem się trzy lata, ale ty wy­czer­pał­byś cier­pli­wość i sa­mego Boga!... Wy­noś się, niech cię moje oczy nie wi­dzą!... Za­bie­raj so­bie swoje wie­wiórki, swoje żaby, jasz­czurki, je­dwab­niki i chra­bąsz­cze, i zmy­kaj do ciotki, je­żeli ją masz, do wuja, je­żeli po­sia­dasz, do dia­bła wresz­cie, je­żeli ci się po­doba, byle bym cię tylko nie oglą­dał.

- Ko­chany pa­nie For­tier!... - od­po­wie­dział gło­sik cienki, plą­czący - prze­bacz mi pan z ła­ski swo­jej, uli­tuj się pan nade mną. Czy go­dzi się tak gnie­wać za je­den bar­ba­ryzm[1] i za kilka so­le­cy­zmów[2], jak je pan na­zy­wasz?...

- Trzy bar­ba­ry­zmy i sie­dem so­le­cy­zmów, ośle je­den?... i to w za­da­niu zło­żo­nym z dwu­dzie­stu pię­ciu wier­szy!... - wrza­snął roz­złosz­czony pe­da­gog.

- Czwar­tek to dzień dla mnie nie­szczę­śliwy - od­parł po­kor­nie gło­sik cienki - ale gdy­bym ju­tro do­brze na­pi­sał, czy ze­chciałby mi pan prze­ba­czyć?... Niech mi pan od­po­wie, mój pa­nie!...

- Trzy lata po­wta­rzasz mi to samo, próż­niaku!... Eg­za­min na­zna­czony zo­stał na pierw­szego li­sto­pada, a ja da­łem się uwieść proś­bom two­jej ciotki Anieli i po­da­łem cię jako kan­dy­data do sty­pen­dium wa­ku­ją­cego w Po­is­son. Ład­nie będę wy­glą­dał, gdy ci go od­mó­wią, gdy o uczniu moim po­wie­dzą, to osioł, ten Anioł Pi­tou, toć to ten An­ge­lus Pi­to­vius asi­nus est![3]...

Mu­simy ob­ja­śnić czy­tel­nika, że Anioł Pi­tou, któ­rego pan For­tier tak nie­obie­cu­jąco okre­ślił po ła­ci­nie, bę­dzie bo­ha­te­rem ni­niej­szej po­wie­ści.

- O mój do­bry pa­nie For­tier!... o mój na­uczy­cielu ko­chany!... - wo­łał zroz­pa­czony uczeń.

- Co?... Ja je­stem na­uczy­cie­lem twoim?... - ryk­nął obu­rzony oj­ciec For­tier. - Nie, nie, osiołku!... dzięki Bogu, nie je­stem już na­uczy­cie­lem twoim, nie je­steś już uczniem moim. Wy­pie­ram się, ja­ko­bym znał cię kie­dy­kol­wiek, za­bra­niam ci mó­wić do mnie, za­bra­niam ci kła­niać mi się. Vade re­tro!... vade![4]...

- Pa­nie - bła­gał nie­szczę­śliwy Pi­tou, ma­jący, jak się zda­wało, ważne po­wody ku temu, aby się nie po­róż­nić ze swoim na­uczy­cie­lem - pro­szę, nie od­ma­wiaj mi opieki swo­jej z po­wodu jed­nego nie­udol­nego ćwi­cze­nia.

- Co! - wy­krzyk­nął oj­ciec For­tier, wście­kle zi­ry­to­wany tą ostat­nią prośbą - fi­lo­zo­fu­jesz, a nie umiesz zro­bić za­da­nia, do­ma­gasz się mo­jej opieki, gdy nie po­tra­fisz od­róż­nić przy­padku pierw­szego od czwar­tego?...

- Oj­cze For­tier - od­po­wie­dział na to uczeń - by­łeś tak za­wsze ła­skawy dla mnie, nie opusz­czaj mnie i te­raz; je­żeli szep­niesz jedno słówko bi­sku­powi, który eg­za­mi­nuje...

- Jak to?... Więc chcesz nie­szczę­śliwy, abym kłam­stwo za­da­wał memu wła­snemu su­mie­niu?

- Gdy cho­dzi o do­bry uczy­nek, pa­nie For­tier, to panu to Pan Bóg prze­ba­czy...

- Ni­gdy a ni­gdy!...

- Zresztą kto to wie?... może eg­za­mi­na­to­rzy nie będą su­rowsi dla mnie niż dla Se­ba­stiana Gil­berta, mego brata mlecz­nego, który w ze­szłym roku sta­rał się o sty­pen­dium pa­ry­skie.

- A to idio­tyczne do­prawdy!... - po­wie­dział oj­ciec For­tier, wy­cho­dząc na dzie­dzi­niec z dys­cy­pliną w ręku (Pi­tou sta­rał się trzy­mać od niego w przy­zwo­itej od­le­gło­ści) - a to rze­tel­nie idio­tyczne - po­wtó­rzył, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach i spo­glą­da­jąc z po­gardą na swego ucznia. - Oto na­groda za moje lek­cje dia­lek­tyki!... Czy to tak pa­mię­tasz, by­dlaku je­den, ak­sjo­mat: Noli mi­nora, lo­qui ma­jora vo­lens[5]. Gil­bert miał lat trzy­na­ście, a ty masz sie­dem­na­ście, dla Gil­berta byli po­błaż­liwi, jako dla dziecka - dla głu­piego jak ty bi­zona wcale nie będą mieli wzglę­dów.

- No... i Se­ba­stian jest przy tym sy­nem pana Ho­no­riu­sza Gil­berta, który ma osiem­na­ście ty­sięcy renty w do­brym grun­cie na rów­ni­nie de Pil­le­leux - do­dał płacz­li­wie uczeń.

Oj­ciec For­tier wy­dął wargi, zmarsz­czył brwi i spoj­rzał groź­nie na Pi­tou.

- To już mniej głu­pio po­wie­dziane - mruk­nął po chwili mil­cze­nia. - Jest to jed­nak przy­pusz­cze­nie po­zorne tylko, ni­czym nie uza­sad­nione. Spe­cies non au­tem cor­pus.[6]

- O! Gdy­bym ja miał ojca po­sia­da­ją­cego dzie­sięć ty­sięcy fran­ków renty!... - po­wtó­rzył Anioł Pi­tou, który jak się zda­wało, za­uwa­żył, że spo­strze­że­nie jego wy­warło pewne wra­że­nie na na­uczy­cielu.

- Ba!... że­byś miał... ale nie masz... taki głupi je­steś, jak ów nic­poń, o któ­rym Ju­ve­nal wspo­mina. Grzeszny to cy­tat - po­wie­dziaw­szy to, prze­że­gnał się oj­ciec For­tier - grzeszny, ale z tym wszyst­kim trafny. Ar­ca­dius Ju­ve­nis. Za­ło­żył­bym się, że ty i tego nie wiesz, co to zna­czy Ar­ca­dius?...

- Miesz­ka­niec Ar­ka­dii, ro­zu­mie się - od­po­wie­dział Anioł Pi­tou, pro­stu­jąc się z dumą.

- No więc?...

- Jak to, no więc?...

- Ar­ka­dia, kpie, była oj­czy­zną osłów, a u sta­ro­żyt­nych, tak jak i u nas te­raz, asi­nus[7] był sy­no­ni­mem stul­tus[8].

- Nie chcia­łem tego tak zro­zu­mieć - od­parł Pi­tou - nie śmiał­bym przy­pusz­czać, że taki jak pan czło­wiek po­ważny i uczony może się zni­żać aż do sa­tyry...

Oj­ciec For­tier spoj­rzał znowu z baczną uwagą na ucznia.

- Na ho­nor!... - za­wo­łał uła­go­dzony nieco po­chleb­stwem - są chwile, w któ­rych ten nic­poń wy­daje się mniej głupi, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści.

- Więc, pa­nie pro­fe­so­rze - za­wo­łał Pi­tou, który, je­żeli nie do­sły­szał ostat­nich słów na­uczy­ciela, to przy­naj­mniej wy­czy­tał na jego twa­rzy zmianę na lep­sze - prze­bacz mi pan, a zo­ba­czysz, jak się pięk­nie po­pi­szę ju­tro...

- Do­brze... przy­staję... - po­wie­dział oj­ciec For­tier, za­kła­da­jąc dys­cy­plinę za pas na znak przy­mie­rza i pod­cho­dząc do Pi­tou, który wo­bec wi­docz­nie po­ko­jo­wej de­mon­stra­cji po­zo­stał na swoim miej­scu.

- Dzięki ci, dzięki, pa­nie! - za­wo­łał.

- Za­cze­kaj no!... nie śpiesz się tak z po­dzię­ko­wa­niem... prze­ba­czę... ale pod jed­nym wa­run­kiem...

Pi­tou spu­ścił głowę, a że był na ła­sce i nie­ła­sce ojca For­tiera, cze­kał, co tam no­wego usły­szy.

- Prze­ba­czę ci, je­żeli od­po­wiesz do­brze na py­ta­nie, ja­kie ci za­dam...

- Po ła­ci­nie?... - za­py­tał str­wo­żony uczeń.

- Tak... po ła­ci­nie... - od­po­wie­dział na­uczy­ciel. Pi­tou wes­tchnął.

Pod­czas chwi­lo­wej pauzy we­soła wrzawa uczniów, za­ba­wia­ją­cych się na placu zam­ko­wym, prze­do­stała się do uszu Anioła Pi­tou.

Wes­tchnął za­tem znowu - i da­leko głę­biej jesz­cze niż po­przed­nio.

- Quid vir­tus, quid re­li­gio?[9]... - rzu­cił mu papa For­tier.

Słowa te, niby trąba ar­cha­nioła wzy­wa­ją­cego na sąd osta­teczny, ude­rzyły bied­nego Pi­tou, w oczach zro­biło mu się ciemno, a w mó­zgu tak się coś za­krę­ciło, iż przy­pusz­czał, że zmy­sły traci.

Stał jak słup i nic nie od­po­wia­dał.

Papa For­tier za­żył po­tężny niuch ta­baki.

Pi­tou zro­zu­miał, że trzeba prze­rwać ci­szę.

- Ne­scio[10] - rzekł w na­dziei, że gdy się po ła­ci­nie przy­zna do nie­świa­do­mo­ści, bę­dzie miał prze­ba­cze­nie.

- Nie wiesz, co zna­czy cnota!... - huk­nął papa For­tier, du­sząc się ze zło­ści - nie wiesz, co zna­czy re­li­gia?... hę?...

- Wiem po fran­cu­sku - od­po­wie­dział Anioł - ale nie wiem po ła­ci­nie.

- Za­tem marsz do Ar­ka­dii... Wszystko skoń­czone z nami, ny­gu­sie!...

Pi­tou był tak przy­gnę­biony, że stał jak przy­kuty do miej­sca, nie uczy­nił żad­nego wy­siłku, aby uciec, cho­ciaż oj­ciec For­tier wy­do­stał dys­cy­plinę zza pasa z taką po­wagą, jak ge­ne­rał w chwili ru­sze­nia do ataku wy­do­bywa pa­łasz z po­chwy.

- Cóż się za­tem ze mną sta­nie?... - jęk­nęło biedne dziecko, opusz­cza­jąc ręce bez­wład­nie - co się sta­nie ze mną, gdy nie będę mógł wstą­pić do se­mi­na­rium?...

- A co mnie to ob­cho­dzi, co się sta­nie z tobą, asi­nu­sie prze­klęty?... Co mnie to, jak mi Bóg miły, może ob­cho­dzić?...

Oj­ciec For­tier był tak roz­sier­dzony, że przy­się­gał, nie wie­dząc o tym.

- Za­po­mi­nasz pan chyba, pa­nie For­tier, że mo­jej ciotce zdaje się, iż już je­stem pro­bosz­czem.

- Do­wie się za­tem, że je­steś trut­niem, nie­zdol­nym na­wet na za­kry­stiana.

- Na Boga, oj­cze For­tier.

- Mó­wię ci, ru­szaj so­bie.

- Ano, to pójdę - rzekł Pi­tou, jak czło­wiek, który po­wziął bo­le­sne po­sta­no­wie­nie. - Czy pan po­zwoli mi za­brać moją szu­fladkę? - do­dał, li­cząc, że może jesz­cze zmięk­nie czułe serce na­uczy­ciela.

- Mo­żesz - od­rzekł For­tier - za­brać so­bie tę szu­fladkę, ze wszyst­kim co się tylko w niej znaj­duje.

Pi­tou po­szedł na schody, do klasy, która była na pierw­szym pię­trze. Wszedł do po­koju, gdzie ucznio­wie, ze­brani do­koła wiel­kiego stołu, uda­wali nie­zmier­nie za­ję­tych; otwo­rzył ka­setkę, zo­ba­czył, czy nic w niej nie po­zo­sta­wił i kro­kiem wol­nym po­cią­gnął na ko­ry­tarz.

Przy scho­dach stał oj­ciec For­tier z dys­cy­pliną w ręku. Anioł Pi­tou zgar­bił się do sa­mej ziemi pra­wie.

Nie po­mo­gło mu to wiele i otrzy­mał ostat­nie po­cią­gnię­cie in­stru­men­tem, któ­remu pan pro­fe­sor za­wdzię­czał naj­lep­sze po­stępy naj­lep­szych swo­ich uczniów, i który, jak­kol­wiek bar­dzo czę­sto wzglę­dem Pi­tou sto­so­wany, tak mały na niego wy­warł sku­tek.

Po­zo­stawmy Anioła Pi­tou, ocie­ra­ją­cego ostat­nią łzę i po­dą­ża­ją­cego do Pieux, dziel­nicy mia­sta, w któ­rej miesz­kała jego ciotka - i po­wiedzmy nieco o jego po­wierz­chow­no­ści i prze­szło­ści.

ROZ­DZIAŁ II

W KTÓ­RYM SIĘ OKAŻE, ŻE CIOTKA TO NIE MATKA

Lu­dwik Anioł Pi­tou za­czął osiem­na­sty rok ży­cia. Był to chło­piec szczu­pły, wy­soki, o ru­mia­nych po­licz­kach, ja­snych blond wło­sach i nie­bie­skich oczach. Na ustach igrał mu uśmiech mło­do­ści, a spoza gru­bych warg prze­zie­rały ładne, ale duże zęby. Ręce miał sze­ro­kie, nogi wy­gięte pa­łą­ko­wato, a ko­lana tak ster­czące, że za­wsze dziu­ra­wiły spodnie. Na wiel­kich sto­pach buty miał ze skóry wo­ło­wej, zru­działe ze sta­ro­ści; na grzbie­cie or­dy­narny łach­man. Oto tak się przed­sta­wiał na ze­wnątrz były uczeń pana For­tiera.

Trzeba uzu­peł­nić jego ob­raz krótką wzmianką o stro­nie mo­ral­nej.

Anioł Pi­tou zo­stał sie­rotą bar­dzo wcze­śnie. Oj­ciec umarł, gdy był nie­mow­lę­ciem, matka, gdy za­czy­nał dwu­na­sty rok ży­cia. Matka pie­ściła je­dy­naka nad­zwy­czaj­nie i po­zwa­lała mu na wszystko, roz­wi­nął się więc fi­zycz­nie, ale nie roz­wi­nął mo­ral­nie. Uro­dzony w prze­ślicz­nej wio­sce Ha­ra­mont, po­ło­żo­nej o milę od mia­sta, po­śród ogrom­nych la­sów, sta­wiał w nich pierw­sze kroki i wo­jo­wał z za­miesz­ka­łymi w nich zwie­rzę­tami. Ma­jąc lat dzie­sięć, był już świet­nym ptasz­ni­kiem i zręcz­nym my­śli­wym, a jedno i dru­gie zdo­był bez pracy, bez mo­zo­łów, zdo­był in­stynk­tem, ja­kim na­tura ob­da­rza lu­dzi za­miesz­ka­łych po­śród gąsz­czów le­śnych. Znał do­kład­nie wszyst­kie le­go­wi­ska za­jęcy i kró­li­ków, wie­dział o wszyst­kich gniaz­dach pta­sich bez wy­jątku. Dzięki sil­nym ra­mio­nom i wy­gię­tym no­gom, po­zwa­la­ją­cym mu obej­mo­wać na­wet naj­grub­sze pnie, wdra­py­wał się po gniazda, choćby naj­wy­żej umiesz­czone, z taką zwin­no­ścią i pew­no­ścią, że wzbu­dzał po­dziw we wszyst­kich to­wa­rzy­szach. Na­śla­do­wał też głosy pta­ków tak wy­bor­nie, że sta­dami przy­la­ty­wały do niego. Łowy na bło­tach były tak ła­twe dla Pi­tou, że nie zaj­mo­wałby się nimi wcale, gdyby nie spory do­chód, jaki mu przy­no­siły. Nikt, tak jak on, nie umiał na­kryć ba­gni­ska pa­pro­cią, nikt nie umiał za­sta­wić do­kład­niej ga­łą­zek z le­pem, nikt nie miał tak zręcz­nej ręki ani tak by­strego oka, nikt nie po­tra­fił ta­kiego jak on przy­rzą­dzić lepu.

Nic też dziw­nego, że w Ha­ra­mont, po­śród wie­śnia­ków czer­pią­cych z przy­rody więk­szą po­łowę do­cho­dów i ma­ją­cych in­stynk­towną nie­na­wiść do cy­wi­li­za­cji, za­ży­wał Pi­tou wiel­kiego uzna­nia, dzięki czemu matce jego ani żar­tem na myśl nie przy­szło, iż syn jej idzie po fał­szy­wej dro­dze, iż wy­cho­wa­nie, choćby naj­kosz­tow­niej­sze, mo­gło być w ja­ki­kol­wiek spo­sób lep­sze.

Gdy jed­nak po­czciwa ko­bieta po­wa­lona zo­stała na łoże bo­le­ści, gdy po­czuła, że śmierć jej za­gląda w oczy, za­częła my­śleć nad tym, że na­le­ża­łoby ja­kąś opiekę za­pew­nić sie­ro­cie.

Przy­po­mniała so­bie, że przed dzie­się­ciu laty pe­wien młody czło­wiek, który nocą do drzwi jej za­pu­kał i który od­dał jej na wy­cho­wa­nie nie­mowlę, z dość okrą­głą sumką na wy­datki, po­wie­dział, iż więk­szy fun­dusz dla ma­leń­stwa zło­żył u no­ta­riu­sza w Vil­lers-Cot­te­r?ts.

O tym ta­jem­ni­czym czło­wieku z po­czątku nie wie­działa nic wię­cej nad to, że się na­zy­wał Gil­bert.

Ale przed trzema laty znowu go zo­ba­czyła. Miał wtedy około dwu­dzie­stu sied­miu lat, po­stawę co­kol­wiek sztywną, zda­nie sta­now­cze i zimne obej­ście. Cała jed­nak ta po­włoka lo­dowa stop­niała, gdy mu tylko po­ka­zała jego dzie­cię. Chłop­czyna był ładny, zdrów i uśmiech­nięty, oj­ciec więc uści­skał ser­decz­nie rękę po­czci­wej ko­biety, i wy­rzekł do niej te tylko słowa:

- Mo­że­cie li­czyć na mnie w każ­dej po­trze­bie.

Po­tem wziął dziecko, za­py­tał o drogę do Er­me­no­nville, za­szedł z sy­nem na grób Jana Ja­kuba Ro­us­seau - i po­wró­cił do Vil­lers-Cot­te­r?ts.

Że miej­sco­wość była zdrowa, a no­ta­riusz nie mógł się dość na­wy­chwa­lać szkoły ojca For­tiera, Gil­bert po­zo­sta­wił swego malca u tego czło­wieka, zwłasz­cza że mu się po­wierz­chow­ność jego nie­zmier­nie po­do­bała, wy­glą­dał bo­wiem na fi­lo­zofa, a fi­lo­zo­fia w owej epoce cie­szyła się wiel­kim wzię­ciem na­wet po­śród du­cho­wień­stwa.

Za­ła­twiw­szy sprawę z dziec­kiem, wy­je­chał do Pa­ryża, ale ad­res ojcu For­tie­rowi po­zo­sta­wił.

Matka Pi­tou wie­działa do­brze o tym wszyst­kim, a słowa: "Mo­że­cie li­czyć na mnie w każ­dej po­trze­bie" przy­szły jej na myśl w chwili nie­bez­pie­czeń­stwa.

To wi­docz­nie mi­ło­sier­dzie bo­skie przy­wio­dło jej tę oko­licz­ność na pa­mięć.

Do­bro­czynna to wi­dać Opatrz­ność czu­wała nad tym, aby biedny Pi­tou nie zo­stał opusz­czony na świe­cie.

Ka­zała pro­sić do sie­bie księ­dza ple­bana, bo sama pi­sać nie umiała i tego jesz­cze dnia list zo­stał wy­pra­wiony na ręce pana For­tiera, a ten za­adre­so­wał go i wrzu­cił za­raz w skrzynkę pocz­tową.

Wielki też czas był na to, bo na­za­jutrz biedna ko­bieta du­cha wy­zio­nęła.

Pi­tou był za młody, aby od­czuć ogrom nie­szczę­ścia, ja­kie nań spa­dło.

Po­pła­kał tro­chę, nie dla­tego, aby zna­cze­nie śmierci ro­zu­miał, ale dla­tego tylko, że wi­dział matkę zimną, bladą, zmie­nioną, że czuł in­stynk­tow­nie, iż mu jej za­bra­kło na za­wsze, iż dom osie­ro­cony opu­sto­szeje zu­peł­nie. Co bę­dzie da­lej, co się sta­nie z nim ju­tro, tego nie ro­zu­miał i wcale nie my­ślał o tym. Gdy od­pro­wa­dził ciało na cmen­tarz, gdy trumnę zie­mią przy­sy­pano, za­siadł na uko­cha­nej mo­gile i ru­szyć się z niej nie chciał, a na wszel­kie mowy są­sia­dów od­po­wia­dał, że ni­gdy się z matką nie roz­sta­wał i ni­gdy jej nie opu­ści.

Prze­sie­dział tak na gro­bie resztę dnia i całą noc.

Za­stał go na nim na­za­jutrz za­cny dok­tor, bo dok­to­rem był ów przy­szły opie­kun Pi­tou, który ro­zu­mie­jąc całą do­nio­słość obiet­nicy, jaką kie­dyś uczy­nił, przy­był nie­spełna czter­dzie­ści osiem go­dzin po ode­bra­niu li­stu, aby uczy­nić za­dość świę­temu obo­wiąz­kowi.

Anioł Pi­tou był mło­dziut­kim chłop­czyną, gdy pierw­szy raz uj­rzał dok­tora.

Ale wra­że­nia w mło­do­ści otrzy­mane nie za­cie­rają się ni­gdy. Zresztą sły­szał tyle razy o tym czło­wieku w domu. On to od­dał jego matce ową ma­leńką dzie­cinę, jemu za­wdzię­czała ona swój do­bro­byt, jego na­zy­wała Gil­ber­tem, jego imię z uwiel­bie­niem za­wsze wy­ma­wiała. A kiedy zja­wił się u nich po raz drugi, już jako dok­tor skoń­czony, kiedy ka­zał matce li­czyć za­wsze na sie­bie, to matka tak była szczę­śliwa i tak mu była za to wdzięczna, że biedny chło­piec czuł się także do wdzięcz­no­ści zo­bo­wią­zany - i choć nie wie­dział, co mówi, wy­bą­kał jed­nak kilka słów, że ni­gdy nie za­po­mni o tej ła­sce, o ja­kiej mu matka tak czę­sto po­wta­rzała.

Skoro tylko spo­strzegł dok­tora wcho­dzą­cego przez cmen­tarną bramę i po­dą­ża­ją­cego w jego stronę, po­znał go, po­wstał i wy­szedł na­prze­ciw, prze­czuł bo­wiem, że czło­wie­kowi, który przy­by­wał na we­zwa­nie nie­boszczki, nie mógł tak jak in­nym od­po­wie­dzieć: "nie, nie pójdę".

Gdy Gil­bert wziął go za rękę, aby wy­pro­wa­dzić z cmen­ta­rza, sie­rota nie sta­wiał już żad­nego oporu, od­wró­cił tylko głowę w stronę, gdzie znaj­do­wała się mo­giła matki, i z ci­cha za­pła­kał.

Ele­gancki ka­brio­let cze­kał u wrót cmen­tar­nych, dok­tor wsa­dził doń chłopca i - po­zo­sta­wiw­szy dom na opiece bo­skiej i po­czci­wych lu­dzi, po­je­chał do mia­sta, gdzie za­trzy­mał się w obe­rży "Dau­phin", naj­po­rząd­niej­szej w Vil­lers-Cot­te­r?ts.

Po­tem po­słał za­raz po krawca, który sta­wił się z go­to­wymi ubra­niami.

Wy­brał jedno z nich dla Pi­tou i udał się z nim do dziel­nicy, o któ­rej już wspo­mi­na­li­śmy, do dziel­nicy Pieux. W miarę jak się tam zbli­żali, Pi­tou zwal­niał kroku, wi­docz­nie bo­wiem pro­wa­dzono go do jego ciotki Anieli. Tę ciotkę i za­ra­zem matkę chrzestną, co mu imię tak po­etyczne Anioła wy­brała, wi­dy­wał bar­dzo rzadko, ale za­cho­wał o niej straszne wspo­mnie­nie.

Bo rze­czy­wi­ście ciotka Aniela nie miała nic w so­bie, co po­cią­ga­łoby chłopca, tak jak Pi­tou piesz­czo­nego przez matkę.

Ciotka Aniela była panną, a li­czyła około lat sześć­dzie­się­ciu.

Źle ro­zu­miana po­boż­ność wy­ru­go­wała z jej serca wszyst­kie słod­kie, a na­wet ludz­kie uczu­cia. Była to de­wotka w naj­gor­szym zna­cze­niu tego wy­razu, zło­śliwa i chciwa do naj­wyż­szego stop­nia.

Nie z sa­mej tylko żyła jał­mużny; sprze­da­wała len, który przę­dła na ko­ło­wrotku, i zaj­mo­wała się wy­naj­mo­wa­niem krze­seł w ko­ściele, na co miała po­zwo­le­nie ka­pi­tuły. Małe sumki oszczę­dzane zmie­niała na lu­dwiki i lo­ko­wała je w po­dusz­kach sta­rego fo­tela, na któ­rym wy­sia­dy­wała.

Pie­nią­dze te prze­pa­dały dla świata i nie miały uj­rzeć ja­sno­ści dzien­nych za ży­cia sta­rej panny.

Dok­tor Gil­bert po­dą­żał do miesz­ka­nia tej osoby, pro­wa­dząc ze sobą Pi­tou.

Panna Róża Aniela Pi­tou - była w tej chwili w uspo­so­bie­niu ró­żo­wym.

Pod­czas gdy w ko­ściele w Ha­ra­mont od­pra­wiano mo­dły przy zwło­kach jej bra­to­wej, w ko­ściele w Vil­lers-Cot­te­r?ts udzie­lano licz­nych chrztów i ślu­bów, dzięki czemu panna Róża Aniela ze­brała za krze­sła okrą­głe sześć liw­rów.

Zmie­niw­szy sou na sztukę trzy­fran­kową i do­daw­szy ją do po­przed­nio ze­bra­nego już gro­sza, miała znowu lu­dwika.

Ten nowy "lu­dwik" po­wę­dro­wał do­piero co do swych braci fo­te­lo­wych, a dzień ta­kiego zjed­no­cze­nia był za­wsze wiel­kim świę­tem dla cioci Anieli.

I oto aku­rat, gdy po otwar­ciu drzwi - za­my­ka­nych za­wsze na czas po­dob­nej ope­ra­cji, de­fi­lo­wała do­okoła cen­nego sprzętu, aby się prze­ko­nać, iż po­zory ze­wnętrzne nie zdra­dzały war­to­ści we­wnętrz­nej - wszedł dok­tor z Pi­tou.

Scena wstępna mo­głaby być uznana za scenę wzru­sza­jącą, gdyby nie to, że Gil­bert za­nadto był spo­strze­gaw­czy - dla niego była to je­dy­nie ko­me­dia.

Uj­rzaw­szy sio­strzeńca, stara panna za­częła się roz­wo­dzić o swej bra­to­wej, którą niby ser­decz­nie ko­chała, a na­wet za­częła uda­wać, że łzy ociera.

Dok­tor, który ze swej strony chciał zba­dać do głębi de­wotkę przed po­wzię­ciem po­sta­no­wie­nia, za­czął mó­wić o świę­tych obo­wiąz­kach cio­tek wzglę­dem sio­strzeń­ców.

Ale do­strzegł, że w miarę jak roz­wi­jał swoje teo­rie, twarz sta­rej panny przy­bie­rała wy­raz co­raz więk­szej chci­wo­ści.

Lewą ręką pod­parła brodę, na pal­cach zaś pra­wej ra­cho­wała w my­śli do­chód z wy­najmu krze­seł; wy­pa­dek zrzą­dził, że ukoń­czyła ra­chunki rów­no­cze­śnie z mo­no­lo­giem dok­tora, tak iż mo­gła mu wnet od­po­wie­dzieć. I od­po­wie­działa mu, iż po­mimo wiel­kiej mi­ło­ści, jaką czuła dla sio­stry, po­mimo współ­czu­cia, ja­kie w niej wzbu­dzał sio­strze­niec, skromne do­chody nie po­zwa­lają ani my­śleć o tym, aby jako ciotka i matka chrzestna - za­jęła się ubo­gim sie­rotą.

Dok­tor spo­dzie­wał się od­mowy i nie zdzi­wił się nią wcale; wy­znawca no­wych idei, po­mimo że wy­szedł do­piero pierw­szy tom pracy La­va­tera, za­sto­so­wał już jego za­sadę ba­da­nia fi­zjo­no­mii do chu­dych i żół­tych po­licz­ków panny Anieli.

Ba­da­nie to do­pro­wa­dziło go do prze­ko­na­nia, że małe, świe­cące oczka sta­rej panny, długi jej nos i wą­skie wargi były uoso­bie­niem chci­wo­ści, ego­izmu i hi­po­kry­zji.

Od­mowna od­po­wiedź panny Róży Anieli Pi­tou, jak już po­wie­dzie­li­śmy po­wy­żej, nie wzbu­dziła w nim naj­mniej­szego zdzi­wie­nia.

Chciał jed­nak, jako ob­ser­wa­tor, prze­ko­nać się, w ja­kim stop­niu w sta­rej de­wotce pa­nują trzy szka­radne wady.

- Ale - po­wie­dział - Anioł Pi­tou jest bied­nym sie­rotą, jest sy­nem brata pani, nie mo­żesz pani za­tem zo­sta­wić go na ła­sce losu.

- Ba! A czy pan wiesz, pa­nie Gil­bert - od­po­wie­działa ciotka - że naj­skrom­niej li­cząc, ten chło­piec kosz­to­wałby mnie sześć sou dzien­nie, gdyż zja­dać musi przy­naj­mniej funt chleba na dzień.

Pi­tou skrzy­wił się, zwy­kle zja­dał on pół­tora funta na samo tylko śnia­da­nie.

- A gdzie my­dło na pra­nie bie­li­zny, którą, jak przy­po­mi­nam so­bie, szka­rad­nie bru­dzi?

- A pfe!... - rzekł dok­tor - a pfe, panno Anielo, pani, osoba tak po­bożna, taka mi­ło­sierna, ob­li­cza tak skru­pu­lat­nie, gdy cho­dzi o sio­strzeńca i chrze­śniaka.

- Nie li­czę wcale wy­datku na na­prawę jego ubio­rów - wy­buch­nęła de­wotka, która przy­po­mniała so­bie, że jej sio­stra Mag­da­lena cią­gle pra­wie przy­szy­wała nowe wy­łogi do bluzy i nowe łaty do spodni Anioła Pi­tou.

- Od­ma­wia pani za­tem miej­sca u sie­bie sio­strzeń­cowi, od­py­cha pani sie­rotę od pro­gów swego domu; zmu­sza go pani, by że­brał na pro­gach ob­cych do­mów?...

Panna Aniela zro­zu­miała, jaki wstręt po­czu­liby dla niej wszy­scy, gdyby jej sio­strze­niec na­prawdę był zmu­szony do ta­kiej osta­tecz­no­ści.

- Nie - rze­kła - nie od­ma­wiam, po­dej­muję się za­jąć bied­nym dziec­kiem.

- A!... - wy­krzyk­nął dok­tor, ura­do­wany, że zna­lazł ja­kieś lep­sze uczu­cie w sercu, które miał za zu­peł­nie wy­ga­słe.

- Tak - cią­gnęła da­lej stara panna - we­zmę go, za­re­ko­men­duję oj­com au­gu­stia­nom z Bo­urg-Fon­ta­ine jako bra­ciszka - po­słu­ga­cza.

Dok­tor był fi­lo­zo­fem, a znana jest war­tość wy­razu "fi­lo­zof" w owym cza­sie.

W tej chwili po­sta­no­wił więc on wy­rwać księ­żom au­gu­stia­nom neo­fitę i to z taką chci­wo­ścią, z jaką oj­co­wie ra­dzi by z pew­no­ścią wy­rwać fi­lo­zo­fom każ­dego adepta.

- Nie... nie!... - za­czął, za­głę­bia­jąc rękę w wiel­kiej kie­szeni - po­nie­waż jest pani, ko­chana panno Anielo, w tak trud­nym po­ło­że­niu, że mu­sia­ła­byś z po­wodu braku fun­du­szy od­dać sio­strzeńca ob­cym, po­szu­kam za­tem ko­goś in­nego, kto za­jąłby się lo­sem bied­nego sie­roty, za sumę, jaką na ten cel prze­zna­czam. Sam opieki przy­jąć nie mogę, bo mu­szę wra­cać do Ame­ryki. Przed wy­jaz­dem umiesz­czę sio­strzeńca u ja­kie­goś rze­mieśl­nika na na­ukę. Pi­tou sam wy­bie­rze so­bie rze­mio­sło, do ja­kiego ma po­wo­ła­nie. Pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści wy­ro­śnie, a po moim po­wro­cie bę­dzie już miał fach, i wtedy zo­ba­czę, co można bę­dzie zro­bić dla niego. No da­lej, moje dziecko, po­że­gnaj ciotkę - po­wie­dział dok­tor - i chodźmy.

Jesz­cze Gil­bert nie do­koń­czył, gdy Pi­tou pod­biegł do sta­rej panny z wy­cią­gnię­tymi ra­mio­nami, bo bar­dzo mu się spie­szyło po­ca­ło­wać ją, pod wa­run­kiem że bę­dzie to po­ca­łu­nek ostatni, że bę­dzie on zna­kiem roz­sta­nia się z nią na za­wsze.

Ale oświad­cze­nie dok­tora "za sumę, jaką na ten cel prze­zna­czam", jego ruch ręką w stronę kie­szeni, w któ­rej praw­do­po­dob­nie mu­siało się znaj­do­wać sporo gro­sza, roz­grzały chci­wość de­wotki.

- A!... - za­wo­łała - a czy pan wie, ko­chany pa­nie Gil­bert, o jed­nej jesz­cze rze­czy?...

- O czym?... - spy­tał dok­tor.

- Ależ o tym, Boże ko­chany, że nikt nie może bar­dziej ode mnie ko­chać tego bied­nego dziecka!...

I po­wie­dziaw­szy to, panna Róża Aniela otwo­rzyła ra­miona i chwy­ciła Pi­tou w ob­ję­cia, a jed­no­cze­śnie zło­żyła na obu jego po­licz­kach po kwa­śnym po­ca­łunku, po któ­rych biedny chło­piec za­drżał od stóp do głowy.

- O bez­wa­run­kowo - od­rzekł dok­tor - wiem o tym do­brze, i dla­tego też tylko przy­pro­wa­dzi­łem go naj­pierw do pani, jako na­tu­ral­nej jego opie­kunki. Ale to, co mi pani po­wie­działa, prze­ko­nało mnie, że po­mimo do­brych chęci nie może pani nic zro­bić dla Anioła!... Wi­dzę do­brze, że pani za uboga na to, aby nieść po­moc bied­niej­szym.

- Ach, drogi pa­nie Gil­bert, czy nie ma Boga w nie­bie, czy nie żywi on wszyst­kich stwo­rzeń swo­ich?...

- Święta to prawda - od­parł Gil­bert - Bóg daje po­ży­wie­nie pta­kom, ale nie umiesz­cza sie­rot u rze­mieśl­ni­ków. Ma­łego Pi­tou, wi­dzi pani, trzeba na­uczyć rze­mio­sła, to dla pani, przy jej szczu­płych do­cho­dach, by­łoby po pro­stu po­nad siły...

- Gdyby jed­nak dał mi pan tę sumkę, pa­nie dok­to­rze?...

- Jaką sumkę?...

- Tę, o któ­rej pan wspo­mniał do­piero, sumkę, którą pan ma w kie­szeni - do­dała stara, wska­zu­jąc pal­cem kie­szeń dok­tora.

- Dał­bym ją z pew­no­ścią, droga panno Anielo, ale uprze­dzam, że pod jed­nym tylko wa­run­kiem.

- Pod ja­kim?...

- Że dziecko zdo­bę­dzie ja­kieś sta­no­wi­sko.

- Ależ zdo­bę­dzie, zdo­bę­dzie... przy­się­gam na mój ho­nor, na ho­nor Anieli Pi­tou - rze­kła stara de­wotka, trzy­ma­jąc cią­gle oczy skie­ro­wane na kie­szeń dok­tora.

- Przy­rzeka mi to pani?...

- Przy­rze­kam.

- Uro­czy­ście?...

- Ależ ko­chany pa­nie Gil­bert, klnę się panu na Boga. - I panna Aniela wznio­sła w górę wy­chu­dłą rękę.

- A za­tem - rzekł dok­tor, wy­do­by­wa­jąc wy­pchany wo­re­czek - go­tów je­stem, jak pani wi­dzi, dać pie­nią­dze, tylko jaką da mi pani rę­koj­mię za dziecko?

- Przy­się­gam panu, pa­nie Gil­bert, przy­się­gam na ten krzyż Chry­stu­sowy.

- Nie przy­się­gajmy za dużo, ko­chana pani, ale le­piej na­piszmy i pod­piszmy to, co uło­żymy.

- Pod­pi­szę, pa­nie Gil­bert, pod­pi­szę.

- U no­ta­riu­sza?...

- A jakże.

- No to chodźmy do papy Ni­qu­eta.

No­ta­riusz Ni­quet, któ­rego z po­wodu daw­nej z nim zna­jo­mo­ści tak przy­ja­ciel­sko na­zy­wał dok­tor Gil­bert, był naj­po­waż­niej­szym no­ta­riu­szem w oko­licy.

Panna Aniela znała go do­brze, nie pro­te­sto­wała więc prze­ciw wy­bo­rowi dok­tora i udała się z nim za­raz do kan­ce­la­rii re­jen­tal­nej, gdzie spi­sano akt, na mocy któ­rego Róża Aniela Pi­tou po­dej­mo­wała się wy­szu­ka­nia dla Lu­dwika Anioła Pi­tou ja­kie­goś sto­sow­nego za­ję­cia - za co do­sta­wała za­raz dwie­ście liw­rów.

Umowa za­warta zo­stała na lat pięć, dok­tor zło­żył więc u no­ta­riu­sza osiem­set liw­rów, bo dwie­ście uiścił z góry.

Na­za­jutrz, ure­gu­lo­waw­szy nie­które in­te­resy i ra­chunki z kimś, do któ­rego póź­niej po­wró­cimy, opu­ścił Vil­lers-Cot­te­r?ts.

Panna Pi­tou zaś z dwu­stu otrzy­ma­nych liw­rów scho­wała do fo­tela osiem błysz­czą­cych lu­dwi­ków, osiem zaś po­zo­sta­łych liw­rów scho­wała do fa­jan­so­wego kubka, w któ­rym prze­cho­wy­wała od lat trzy­dzie­stu czy czter­dzie­stu roz­ma­ite mo­nety drobne i z któ­rych po­wsta­wały owe złote sztuki grze­bane w fo­telu.

ROZ­DZIAŁ III

ANIOŁ PI­TOU U CIOTKI

Wi­dzie­li­śmy już po­przed­nio, jak mało miał ochoty Anioł Pi­tou do dłuż­szego po­bytu u do­brej ciotki Anieli. Biedne dziecko, ob­da­rzone do­sko­na­łym in­stynk­tem, prze­czu­wało, ile ten po­byt wróży mu zmar­twień, nie­po­ko­jów i wstrętu.

Nie za­raz po wy­jeź­dzie dok­tora Gil­berta od­dała go ciotka do rze­mio­sła, nie to jed­nak było po­wo­dem złego na­sta­wie­nia Pi­tou do swej opie­kunki.

No­ta­riusz uczy­nił jej raz na­wet w tym wzglę­dzie de­li­katne przy­po­mnie­nie, ale panna Aniela od­po­wie­działa, że Anioł jest jesz­cze za młody, a szcze­gól­nie za de­li­katny, aby zmu­szać go do ro­bót prze­cho­dzą­cych może jego siły fi­zyczne.

No­ta­riusz uznał w tym do­bre serce panny Anieli i odło­żył na­ukę do ko­lej­nego roku.

Chło­piec koń­czył do­piero rok dwu­na­sty, nie było więc nic jesz­cze tak pil­nego.

Za­in­sta­lo­waw­szy się już u ciotki, która prze­my­śli­wała je­dy­nie, jaką z sie­roty wy­cią­gnąć ko­rzyść, Pi­tou za­czął znów po­śród la­sów wieść w Vil­lers-Cot­te­r?ts ta­kie samo ży­cie, ja­kie pro­wa­dził w Ha­ra­mont.

Wy­cieczki to­po­gra­ficzne wska­zały mu, że na dro­dze do Dam­pleux, Com­pi­?gne i do Vi­vie­res znaj­do­wały się naj­lep­sze błota, że kan­ton Bruy­ere-au-Loup był naj­bo­gat­szy w zwie­rzynę.

Zdo­byw­szy po­wyż­sze wska­zówki, wziął się Pi­tou do dzieła.

Naj­bar­dziej po­trzebne mu rze­czy nie po­trze­bo­wały żad­nych na­kła­dów, bo były to: lep i ga­łązki z le­pem. Lep przy­rzą­dzał z kory ostro­krzewu, utłu­czo­nej w moź­dzie­rzu i roz­cień­czo­nej wodą; co do ga­łą­zek, te były prze­cież na brzo­zach.

Przy­go­to­wał so­bie ty­siące tych ga­łą­zek, duży gar­nek lepu naj­lep­szego ga­tunku i pew­nego pięk­nego po­ranka, wziąw­szy u pie­ka­rza, na ra­chu­nek ciotki, czte­ro­fun­towy bo­che­nek chleba, wy­ru­szył o wscho­dzie słońca i po ca­ło­dzien­nej nie­obec­no­ści po­wró­cił do­piero wie­czo­rem.

Nie po­wziął po­dob­nego po­sta­no­wie­nia bez za­sta­no­wie­nia się nad jego skut­kami.

Prze­czu­wał do­brze bu­rzę.

Nie był So­kra­te­sem, ale znał tak do­brze cha­rak­ter ciotki Anieli, jak sławny na­uczy­ciel Al­cy­bia­desa uspo­so­bie­nie żony swej Ksan­typy. I nie my­lił się wcale w swo­ich prze­wi­dy­wa­niach; ale li­czył na to, że za­że­gna bu­rzę, skoro po­każe de­wotce owoce tru­dów swo­ich. Nie prze­wi­dy­wał tylko tego, gdzie pio­run weń ude­rzy.

Ude­rzył go, gdy tylko wcho­dził.

Panna Aniela umie­ściła się za drzwiami i tu cze­kała na po­wrót sio­strzeńca, a gdy ten po­sta­wił tylko nogę na progu, do­stał ta­kiego ku­łaka w kark, że bez żad­nych in­nych ob­ja­śnień po­znał wy­bor­nie od razu ko­ści­stą rękę sta­rej panny.

Miał Pi­tou kark bar­dzo twardy, po­mimo jed­nak że za­le­d­wie po­czuł sztur­chańca, udał, dla udo­bru­cha­nia ciotki, roz­sier­dzo­nej bar­dziej jesz­cze bó­lem pal­ców, ja­kiego się na­ba­wiła ude­rze­niem, udał, że zo­stał tak sil­nie pchnięty, iż upadł aż na dru­gim końcu po­koju.

Gdy jed­nak za­uwa­żył, że cio­tu­nia, po­rwaw­szy ką­dziel, zmie­rzała w jego stronę, wy­cią­gnął śpiesz­nie z kie­szeni ta­li­zman, są­dząc, iż so­bie nim okupi prze­ba­cze­nie. Ta­li­zma­nem tym były dwa tu­ziny pta­ków, tu­zin ma­szek i sześć droz­dów.

Panna Aniela zro­biła wiel­kie oczy, gde­rała jesz­cze dla formy, ale wzięła owoc ło­wów sio­strzeńca i zbli­żyła się z nim do lampy.

- Co to ta­kiego? - za­py­tała.

- Ptaki, jak wi­dzisz, ko­chana cio­teczko Anielo - od­po­wie­dział Pi­tou.

- A zdatne to do je­dze­nia? - pod­chwy­ciła żywo stara panna, która jako de­wotka była na­tu­ral­nie strasz­nie ła­koma.

- Czy zdatne do je­dze­nia! - po­wtó­rzył Pi­tou. - Pewno, że zdatne, toć to maszki i drozdy prze­cież.

- A gdzie je ukra­dłeś?...

- Nie ukra­dłem, ale zła­pa­łem. Na ba­gnie.

- Co to jest ba­gno?

Pi­tou spoj­rzał, mocno zdzi­wiony, na ciotkę. Nie mógł uwie­rzyć, aby mo­gło być na świe­cie tak głu­pie stwo­rze­nie, które nie wie­dzia­łoby, co to ba­gno.

- Co to ba­gno? - po­wtó­rzył. - No ba­gno to jest ba­gno.

- Tak, ale ja nie wiem, co to ta­kiego.

Po­nie­waż Pi­tou bar­dzo był względny na wszel­kie nie­świa­do­mo­ści, ob­ja­śnił za­tem:

- Ba­gno jest to błoto w le­sie, do­koła któ­rego ob­sa­dza się ga­łązki z le­pem; gdy ptaki przy­cho­dzą pić, na to się ła­pią i kwita.

- Na co się ła­pią?

- Na lep.

- Aha! - rze­kła ciotka Aniela - te­raz to ro­zu­miem, ale skąd wzią­łeś pie­nią­dze na to?

- Pie­nią­dze? - za­wo­łał zdzi­wiony Pi­tou, że go po­są­dzano o po­sia­da­nie ma­mony - pie­nią­dze, ciotko Anielo?

- Tak.

- Nikt mi nie da­wał żad­nych pie­nię­dzy...

- Za co ku­pi­łeś lep?

- Sam go zro­bi­łem.

- A ga­łązki?

- Także sam zro­bi­łem...

- A za­tem te ptaki...

- Co ta­kiego, te ptaki?

- Nic cię nie kosz­tują?

- Oprócz fa­tygi...

- Czę­sto można cho­dzić na te ba­gna?

- Co dzień cho­ciażby.

- No to do­brze.

- Można, ale nie trzeba...

- Nie trzeba... czego?

- Cho­dzić tam co­dzien­nie.

- Z ja­kiej przy­czyny?

- Bo to ruj­nuje.

- Ruj­nuje? Kogo ruj­nuje?

- Ba­gno. Ro­zu­mie ciotka prze­cie, że ptaki, które się już raz zła­pało...

- To co?

- To już się tam nie znaj­dują.

- Prawda - po­wie­działa ciotka.

Po raz pierw­szy do­piero, jak był u niej, przy­zna­wała mu ciotka ra­cję, to­też Pi­tou był za­chwy­cony.

- Ale - po­wie­dział - w tych dniach, w któ­rych nie cho­dzi się na ba­gni­ska, można się udać gdzie in­dziej. W dnie, w które nie ła­pie się pta­ków, można zła­pać co in­nego.

- Co ta­kiego?

- Kró­liki.

- Kró­liki?

- Mięso się z nich zjada, a skórki sprze­daje. Każda skórka warta jest dwa sou.

Ciotka Aniela spoj­rzała z za­chwy­tem na sio­strzeńca; ni­gdy nie są­dziła, ażeby tak był oszczędny.

Te­raz do­piero uka­zał się jej Pi­tou we wła­ści­wym świe­tle.

- Czy ja bym sprze­da­wała te skórki?...

- Pewno - od­po­wie­dział Pi­tou - moja matka za­wsze je sprze­da­wała.

Dziecku ani na myśl nie przy­szło, że mógłby żą­dać cze­goś wię­cej za pro­duk­cje, ja­kich do­star­czały jego łowy, po­nad część swoją przy je­dze­niu.

- Kiedy pój­dziesz ła­pać kró­liki? - za­py­tała panna Aniela.

- Jak będę miał si­dła.

- Zrób je so­bie!

Pi­tou po­trzą­snął głową.

- Prze­cież sam so­bie zro­bi­łeś lep i ga­łązki.

- Lep i ga­łązki, to prawda; ale drutu ro­bić nie umiem. Po­trzeba mi drutu mo­sięż­nego; ten ku­puje się już go­towy u kupca.

- A ile na to po­trzeba?

- O, za cztery sou - od­rzekł Pi­tou - mógł­bym zro­bić dwa tu­ziny.

- A ma­jąc dwa tu­ziny, ile mo­żesz zła­pać kró­li­ków?

- To za­leży; cztery, pięć, sześć może, a zresztą te same si­dła mogą słu­żyć na kilka razy, je­żeli ich le­śni­czy nie znaj­dzie...

- Masz pięć sou - od­rze­kła ciotka Aniela - idź kup drutu u pana Dam­brun i ju­tro wy­bierz się na kró­liki.

- Ju­tro pójdę si­dła za­sta­wić - po­wie­dział Pi­tou - ale do­piero po­ju­trze zo­ba­czę, czy się co zła­pało.

- Do­brze, niech i tak bę­dzie.

Drut mo­siężny był tań­szy w mie­ście niż w osa­dzie, bo miesz­kańcy z Ha­ra­mont na­by­wali go w Vil­lers-Cot­te­r?ts.

Za cztery sou do­stał Pi­tou dwa­dzie­ścia pięć ka­wał­ków, po­zo­stałe sou zwró­cił ciotce. Ta rze­tel­ność wzru­szyła starą pannę. Przez chwilę miała już za­miar po­da­ro­wać sio­strzeń­cowi pie­niądz, z któ­rego nie zro­bił użytku, ale na nie­szczę­ście była to mo­neta spłasz­czona młot­kiem, tak iż mo­gła ucho­dzić za dwa sou.

Nie chcąc po­zby­wać się sztuki mo­gą­cej przy­nieść sto pro­cent zy­sku, scho­wała ją do kie­szeni.

Pi­tou za­uwa­żył te ru­chy, ale wcale nie zda­wał so­bie z nich sprawy.

Ani mu ni­gdy w my­śli nie po­wstało, iż ciotka mo­głaby mu sou ofia­ro­wać.

Za­brał się do skła­da­nia si­deł.

Na­za­jutrz za­żą­dał worka od panny Anieli.

- Na co? - za­py­tała stara panna.

- Po­trzebny mi - od­parł za­wsze ta­jem­ni­czy Pi­tou. Panna Aniela do­star­czyła żą­dany wo­rek i wło­żyła weń za­pas chleba i sera na śnia­da­nie dla sio­strzeńca i obiad, po czym Pi­tou wy­szedł za­raz w stronę Bruy­ere-aux-Loup.

Ciotka Aniela tym­cza­sem osku­bała maszki, prze­zna­czone dla sie­bie na śnia­da­nie i obiad, po­tem dwa drozdy za­nio­sła ojcu For­tie­rowi, cztery po­zo­stałe sprze­dała obe­rży­ście z Bo­ule-d'Or, który za­pła­cił po trzy sou za sztukę i obie­cał po tej sa­mej ce­nie brać wszyst­kie, ja­kie mu bę­dzie przy­no­siła.

Pani Róża-Aniela po­wró­ciła do domu roz­pro­mie­niona. Bło­go­sła­wień­stwo nie­bios zstą­piło w jej dom ra­zem z Pi­tou.

- A! - rze­kła, za­ja­da­jąc maszki tłu­ste jak or­to­lany, a de­li­katne jak fi­go­jadki - wielka to prawda, że do­bry uczy­nek ni­gdy nie prze­cho­dzi bez na­grody.

Wie­czo­rem Anioł po­wró­cił; a miał na ple­cach wo­rek po­rząd­nie wy­pchany.

Tym ra­zem ciotka Aniela nie ocze­ki­wała go za drzwiami, ale na progu, nie przy­wi­tała ku­ła­kiem, lecz gry­ma­sem przy­po­mi­na­ją­cym co­kol­wiek uśmiech.

- Je­stem! - za­wo­łał Pi­tou, wcho­dząc do po­koju z miną zdra­dza­jącą za­do­wo­lone su­mie­nie, że się dzień spę­dziło po­ży­tecz­nie.

- Je­steś, i to z do­brym wor­kiem - rze­kła ciotka Aniela.

- A tak... - po­twier­dził Pi­tou.

- Cóż masz w tym worku? - spy­tała stara panna, wy­cią­ga­jąc po­żą­dli­wie rękę.

- Bu­czynę - od­po­wie­dział Pi­tou.

- Bu­czynę?...

- Ro­zu­miesz prze­cie, moja ciotko, że gdyby oj­ciec La Jeu­nesse, stróż z Bruy­ere-aux-Lo­ups, wi­dział mnie krę­cą­cego się w jego dziel­nicy bez worka, za­py­tałby mnie na pewno: Czego ty tu chcesz, mały włó­częgo? Nie do­daję na­wet, że za­cząłby mnie na pewno o coś po­dej­rze­wać. Tym­cza­sem, gdyby chciał wie­dzieć, co tam ro­bię, ma­jąc wo­rek, od­po­wie­dział­bym mu, że przy­sze­dłem po bu­czynę, a to nie jest prze­cież wzbro­nione.

- A więc! Skoro to nie jest wzbro­nione, to nic by ci nie po­wie­dział.

- Nie miałby żad­nej do­brej ra­cji.

- To ty zbie­ra­łeś przez cały dzień bu­czynę, próż­niaku! - wrza­snęła ciotka Aniela, któ­rej zda­wało się, że już prze­pa­dły kró­liki.

- Prze­ciw­nie, roz­sta­wia­łem si­dła, zbie­ra­jąc bu­czynę, tak iż La Jeu­nesse wi­dział mnie cią­gle przy ro­bo­cie.

- I nic nie po­wie­dział?

- Ow­szem, ka­zał się po­kło­nić ciotce. Dzielny to czło­wiek ten oj­ciec La Jeu­nesse.

- A kró­liki? - za­py­tała znowu ciotka Aniela, któ­rej nic od tej my­śli ode­rwać nie było w sta­nie.

- Kró­liki? Księ­życ wscho­dzi o pół­nocy, o pierw­szej więc pójdę zo­ba­czyć, czy się zła­pały.

- Gdzie?

- Do lasu.

- Jak to, o pierw­szej w nocy pój­dziesz do lasu?

- A jakże.

- Nie bo­isz się?

- Czego miał­bym się bać, do li­cha?...

Ciotkę Anielę za­chwy­ciła od­waga Pi­tou, tak jak zdzi­wiła ją jego prze­bie­głość.

Pi­tou, dziecko na­tury, nie znał żad­nego z tych nie­bez­pie­czeństw uro­jo­nych, ja­kich boją się dzieci mia­sta.

Po pół­nocy wy­su­nął się i po­szedł wzdłuż muru cmen­tar­nego.

Nie­winne dziecko, które ni­gdy ni­czym nie ob­ra­ziło świa­do­mie ani Boga, ani lu­dzi, nie wię­cej bało się umar­łych niż ży­wych.

Pi­tou oba­wiał się w tej chwili jed­nej tylko osoby, oba­wiał się ojca La Jeu­nesse; to­też prze­zor­nie okrą­żył jego dom.

Zo­ba­czyw­szy, że drzwi i okna są po­za­my­kane i po­ga­szone świa­tła, Pi­tou upew­nił się, że stróż nie był na służ­bie. I za­czął uda­wać tak do­brze szcze­ka­nie psa, że Ro­uflot, le­ga­wiec ojca La Jeu­nesse, oszu­kany świet­nym na­śla­dow­nic­twem, od­po­wie­dział mu peł­nym gło­sem, wie­trząc wkoło drzwi.

Od tej chwili Pi­tou był zu­peł­nie spo­kojny.

Skoro Ro­uflot był w domu, oj­ciec La Jeu­nesse mu­siał się także tam znaj­do­wać.

Oj­ciec La Jeu­nesse i Ro­uflot tak byli nie­roz­łączni, iż gdy się uj­rzało jed­nego, można było być pew­nym, że drugi wnet się ukaże.

Pi­tou uspo­ko­jony, skie­ro­wał się ku Bruy­ere-aux-Lo­ups.

Si­dła zro­biły co na­le­żało; dwa kró­liki się zła­pały i za­du­siły.

Pi­tou wło­żył je w kie­szeń swego na wy­rost ubra­nia i po­wró­cił do ciotki.

Stara panna le­żała już w łóżku, ale chci­wość nie po­zwa­lała jej za­snąć; jak Pier­rette w bajce La­fon­ta­ine'a, tak i ona ra­cho­wała zy­ski, ja­kie mieć może ze sprze­daży po cztery skóry kró­li­cze ty­go­dniowo; te ra­chunki tak ją wła­śnie roz­ma­rzyły, że oka zmru­żyć nie była w sta­nie. Usły­szaw­szy, że Pi­tou wró­cił, wstrzą­snęła się ner­wowo i za­py­tała, co przy­niósł.

- Jedną parę! Ciotko Anielo, ale to nie moja wina; kró­liki ojca La Jeu­nesse są wi­docz­nie bar­dzo sprytne.

Ta jedna para prze­szła jed­nak ocze­ki­wa­nia ciotki Anieli.

Trzę­sąc się z ra­do­ści, wzięła biedne zwie­rzątka, obej­rzała ich skóry i wy­nio­sła do spi­żarni, która ni­gdy nie prze­cho­wy­wała ta­kich za­pa­sów.

Po­tem słod­kim gło­sem na­mó­wiła chłopca, ażeby się po­ło­żył, co zmę­czone dziecko za­raz zro­biło, nie do­po­mi­na­jąc się o wie­cze­rzę i ro­snąc znowu z tego po­wodu w opi­nii ciotki.

We dwa dni Pi­tou przed­się­wziął nową wy­prawę i zło­wił aż trzy kró­liki.

Dwa z nich zo­stały za­nie­sione do obe­rży pod Bo­ule d'Or, trzeci na pro­bo­stwo.

Ciotka bar­dzo dbała o ojca For­tiera, a ten przez wdzięcz­ność po­le­cał ją po­boż­nym du­szom pa­ra­fii.

Rze­czy szły da­lej w tym sa­mym po­rządku przez trzy czy cztery mie­siące.

Ciotka Aniela była za­chwy­cona, Pi­tou uwa­żał, że ma ży­wot do­syć zno­śny.

Rze­czy­wi­ście nie miał tylko daw­nej mi­ło­ści ma­cie­rzyń­skiej, ale z resztą było mu w Vil­lers-Cot­te­r?ts pra­wie ta­kie samo jak w Ha­ra­mont.

Oko­licz­ność atoli pewna, któ­rej jed­nak można się było spo­dzie­wać, "stłu­kła na­czy­nie z mle­kiem" ciotce Anieli, a sio­strzeń­cowi prze­szko­dziła w wy­ciecz­kach.

Nad­szedł oto list od dok­tora Gil­berta z No­wego Jorku.

Fi­lo­zof-po­dróż­nik, po przy­by­ciu do Ame­ryki, nie za­po­mniał o dziecku, któ­rym się po­sta­no­wił opie­ko­wać, i na­pi­sał do papy Ni­qu­eta, z za­py­ta­niem, czy po­le­ce­nia jego zo­stały wy­peł­nione; je­żeli nie, to żą­dał przy­po­mnie­nia pan­nie Pi­tou umowy, a w ra­zie jej oporu - na­tych­mia­sto­wego ze­rwa­nia kon­traktu.

Po­ło­że­nie stało się groźne. No­ta­riusz ro­zu­miał swoją od­po­wie­dzial­ność, udał się za­tem z li­stem dok­tora do ciotki Anieli Pi­tou i po­sta­no­wił dzia­łać ener­gicz­nie.

Nie było żad­nego punktu wyj­ścia. Wszyst­kie opo­wia­da­nia o wą­tłym sta­nie zdro­wia Pi­tou zo­stały ob­ró­cone wni­wecz.

Pi­tou był wy­soki i szczu­pły, ale drzewa w le­sie także były wy­so­kie i szczu­płe, co im jed­nak nie prze­szka­dzało cie­szyć się zdro­wiem do­sko­na­łym.

Panna Aniela pro­siła o ty­dzień zwłoki, aby mo­gła wy­brać sto­sowne dla sio­strzeńca za­ję­cie.

Pi­tou był tak samo smutny jak ciotka.

Za­ję­cie, ja­kim się do­tąd trud­nił, wy­da­wało mu się do­sko­nałe, nie pra­gnął żad­nego in­nego. Przez cały ten ty­dzień nie było mowy ani o ba­gnach, ani o zwie­rzy­nie; zresztą była to zima, a w zi­mie ptaki mogą pić wszę­dzie, bo wszę­dzie mają do­syć śniegu.

Pi­tou nie śmiał za­sta­wiać si­deł. Śnieg zdra­dza ślady stóp, a wiel­kie jego ślady po­wie­dzia­łyby ojcu La Jeu­nesse w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, gdzie ukrywa się zło­dziej tę­piący mu zwie­rzynę.

Przez ten ty­dzień sta­rej pan­nie od­ro­sły pa­zurki.

Pi­tou od­na­lazł w niej znowu dawną ciotkę Anielę, która go za­wsze na­ba­wiała tak wiel­kiego stra­chu, a która chwi­lowo, z po­wodu do­brych in­te­re­sów, ja­kie ro­biła, gła­skała sie­rotę ak­sa­mit­nymi łap­kami.

W miarę jak zbli­żał się fa­talny ter­min, hu­mor de­wotki sta­wał się co­raz bar­dziej zgryź­liwy.

Z tego po­wodu Pi­tou pią­tego już dnia za­żą­dał, aby mu ob­rano ko­niecz­nie ja­ki­kol­wiek fach.

I po­dał na­gle wzbu­rzo­nej gło­wie de­wotki myśl, która jej wra­cała zmą­cony od sze­ściu dni spo­kój.

Była to myśl po­pro­sze­nia ojca For­tiera o przy­ję­cie Pi­tou do swej szkoły, bez­płat­nie, i o po­sta­ra­nie się dla niego o sty­pen­dium se­mi­na­ryjne imie­nia Jego Wy­so­ko­ści księ­cia Or­le­ań­skiego.

By­łaby to na­uka, która nic nie kosz­to­wa­łaby pa­nią Anielę, a pan For­tier, nie li­cząc już droz­dów, ko­sów i kró­li­ków, miał prze­cież pewne obo­wiązki wo­bec sio­strzeńca ko­biety, która się zaj­mo­wała wy­naj­mem krze­seł w ko­ściele po­wie­rzo­nym jego za­rzą­dowi. Anioł Pi­tou, obok ko­rzy­ści, ja­kie już przy­no­sił cio­tuni w chwili obec­nej, mógłby się stać wtedy doj­niej­szą jesz­cze dla niej krówką. Na­dzieje nie za­wio­dły sta­rej panny. Pro­boszcz For­tier przy­jął chłopca bez żad­nego wy­na­gro­dze­nia.

Dzielny to był czło­wiek ten pro­boszcz i zu­peł­nie bez­in­te­re­sowny, wie­dzę swoją roz­da­wał chęt­nie bied­nym umy­słowo, gro­szem swoim dzie­lił się chęt­nie z bied­nymi, ale był nie­ubła­galny pod jed­nym wzglę­dem: so­le­cy­zmy go zło­ściły, bar­ba­ry­zmy do­pro­wa­dzały do wście­kło­ści.

Na tym punk­cie nie umiał pa­no­wać nad sobą, nie miał wtedy ani przy­ja­ciół, ani nie­przy­ja­ciół, ani ubo­gich, ani bo­ga­tych, ani uczniów pła­cą­cych, ani nie­pła­cą­cych; ka­rał każ­dego z nich, który na to za­słu­żył, a że rękę miał ciężką, razy za­da­wał bo­le­sne.

Ro­dzice wie­dzieli do­brze o tej sła­bo­ści pana For­tiera i wie­dzieli, że gdy sy­nów swo­ich u niego umie­ścili, trzeba im było zdać się zu­peł­nie na niego, bo na wszel­kie skargi od­po­wia­dał pro­boszcz zda­niem, które ka­zał wy­rżnąć na li­nii swo­jej i na rączce od dys­cy­pliny:

"Kto bar­dzo ko­cha, ten bije mocno".

Za sta­ra­niem otóż pani Róży Anieli Pi­tou, Anioł Pi­tou zo­stał przy­jęty w po­czet uczniów ojca For­tiera.

Stara panna bar­dzo była z tego dumna, sio­strze­niec oka­zy­wał mniej za­do­wo­le­nia, prze­pa­dała bo­wiem swo­boda i nie­za­leż­ność, z któ­rych ko­rzy­stał do­tąd.

Ciotka za­wia­do­miła pana Ni­qu­eta, że nie tylko uczy­niła za­dość obo­wiąz­kowi, ale uczy­niła da­leko wię­cej.

Dok­tor żą­dał tylko, aby Pi­tou miał ja­kieś sto­sowne za­ję­cie, ciotka za­pew­niała mu wyż­szą edu­ka­cję. I gdzież miał tę edu­ka­cję po­bie­rać? W tej sa­mej szkole, w któ­rej Se­ba­stian Gil­bert pła­cił za swą na­ukę i wy­cho­wa­nie po pięć­dzie­siąt liw­rów.

Anioł Pi­tou uczył się i wy­cho­wy­wał darmo; no, ale z tym nie było po­trzeby prze­chwa­lać się przed dok­to­rem Gil­ber­tem, zresztą znają wszy­scy bez­stron­ność i bez­in­te­re­sow­ność ojca For­tiera. Sta­rał się on na­śla­do­wać swo­jego bo­skiego mi­strza, który otwie­ra­jąc ra­miona, mó­wił: "Po­zwól­cie dzie­ciom iść do mnie".

Tylko że oj­cow­skie ręce For­tiera nie były tak ła­skawe - w jed­nej no­sił on za­wsze po­cząt­kowe za­sady ła­ciny, w dru­giej pęk ró­zeg, nie po­cie­szał też pła­czą­cych dzieci, ale przy­wo­ły­wał je przed sie­bie prze­stra­szone, a od­pra­wiał na miej­sce za­be­czane.

Anioł Pi­tou wszedł pierw­szy raz do klasy z pu­dłem pod pa­chą, z ro­go­wym ka­ła­ma­rzem w ręku i kil­koma pió­rami za uchem.

Pu­dło prze­zna­czone było na ka­jety i książki. Ka­ła­marz był po­dar­kiem od kupca ko­rzen­nego, pióra zdo­była w wi­gi­lię panna Aniela od pana Ni­qu­eta.

Anioł Pi­tou po­wi­tany zo­stał przez ko­le­gów, jak zwy­kle bywa u dzieci, a tra­fia się czę­sto i u star­szych, to jest wy­śmie­wa­niem.

Cała klasa wy­si­lała się, aby go wy­szy­dzić.

Dwóch uczniów z po­wodu jego ja­snych blond wło­sów, a dwóch in­nych z po­wodu jego ko­lan, o któ­rych już wspo­mi­na­li­śmy, do­stało się do kozy.

Ci dwaj ostatni utrzy­my­wali, że nogi Pi­tou po­dobne są do lin stu­dzien­nych, na któ­rych po­ro­biono wę­zły.

Po­rów­na­nie to obie­gło stół do­koła, zy­skało ogólne uzna­nie i we­so­łość chłop­ców, ale ob­ra­ziło ojca For­tiera.

Wy­cho­dząc w po­łu­dnie, to jest po czte­rech go­dzi­nach lek­cji, Pi­tou przez cały ten czas nie po­wie­dział ani słowa, miał już w kla­sie sze­ściu zde­kla­ro­wa­nych nie­przy­ja­ciół.

Wro­go­wie ci jego ślu­bo­wali przy piecu, bo ten w kla­sie za­stę­puje oł­tarz oj­czy­zny, że dwaj z nich po­wy­ry­wają mu jego żółte włosy, dwaj po­obi­jają nie­bie­skie por­ce­la­nowe oczy, dwaj ostatni wy­pro­stują ster­czące ko­lana.

Pi­tou nie wie­dział nic zgoła o tych ukła­dach.

Wy­cho­dząc, za­py­tał jed­nego z są­sia­dów, dla­czego sze­ściu ko­le­gów zo­sta­wało, gdy wszy­scy się wy­no­sili.

Są­siad spoj­rzał się nań z ukosa, na­zwał li­zu­sem i od­da­lił się, nie chcąc wcale na­wią­zy­wać dłuż­szej roz­mowy.

Pi­tou nie mógł so­bie zdać z tego sprawy, ja­kim spo­so­bem, nie wy­rze­kł­szy ani jed­nego słowa pod­czas lek­cji, zo­stał li­zu­sem. Ale że na­słu­chał się w kla­sie - to od uczniów, to od ojca For­tiera tyle nie­zro­zu­mia­łych rze­czy, więc i oskar­że­nie to za­li­czył do liczby tych rze­czy, które dla jego ro­zumu są na ra­zie za trudne.

W domu ciotka Aniela za­py­tała go, czego się na­uczył. Od­po­wie­dział, że się na­uczył mil­cze­nia.

Od­po­wiedź godna była pi­ta­go­rej­czyka, tylko że ten ostatni dałby ją na migi.

Po po­łu­dniu po­wró­cił nowy uczeń do klasy bez wstrętu.

Lek­cja po­ranna po­świę­cona była kry­tyce jego po­wierz­chow­no­ści, lek­cje po­po­łu­dniowe prze­zna­czył oj­ciec For­tier na zba­da­nie jego zdol­no­ści umy­sło­wych.

Po eg­za­mi­nie oj­ciec For­tier przy­szedł do prze­ko­na­nia, że Pi­tou miał wiel­kie za­cię­cie do tego, aby zo­stać Ro­bin­so­nem Cru­zoe, ale że bar­dzo słaba jest na­dzieja, iżby zo­stał Fon­te­nel­lem lub Bo­us­su­etem.

Pod­czas ca­łego eg­za­minu, bar­dziej niż lek­cja po­ranna uciąż­li­wego dla przy­szłego se­mi­na­rzy­sty, ucznio­wie uka­rani z jego przy­czyny wy­gra­żali mu pię­ściami.

We wszyst­kich kra­jach, za­równo cy­wi­li­zo­wa­nych, jak dzi­kich, znak ten uwa­żany jest za groźbę; to­też Pi­tou miał się na ostroż­no­ści.

Nie po­my­lił się wcale: skoro tylko wy­szli z ob­rębu domu szkol­nego, sze­ściu tych, co sie­dzieli w ko­zie, oświad­czyli, że mają z nim do za­ła­twie­nia ra­chu­nek za te dwie go­dziny.

Pi­tou zro­zu­miał, że idzie o po­je­dy­nek na pię­ści. Jak­kol­wiek nie stu­dio­wał szó­stego tomu Ene­idy, w któ­rym mowa jest o tym, jak młody Da­riusz i stary En­tel­liusz upra­wiali ten sport ku wiel­kiej ucie­sze Tro­jan - znał prze­cież do­brze ten ro­dzaj roz­rywki, bo nie była ona wcale obca miesz­kań­com jego ro­dzin­nej wio­ski.

Oświad­czył więc, że go­tów jest sta­nąć do walki z tym, który chciałby z nim za­cząć, i że go­tów jest sta­wić czoło wszyst­kim - jed­nemu za dru­gim.

Oświad­cze­nie to spra­wiło wra­że­nie, zjed­nało od razu no­wi­cju­szowi pe­wien sza­cu­nek.

Po­dał swoje wa­runki, a one zo­stały przy­jęte. Plac walki oto­czyło koło cie­kaw­skich, za­pa­śnicy, je­den zdjąw­szy ubra­nie, a drugi ka­mi­zelkę, zbli­żyli się ku so­bie.

Mó­wi­li­śmy już o rę­kach Pi­tou. Te ręce, nie­przy­jemne na wej­rze­nie, mniej jesz­cze były przy­jemne w do­tknię­ciu.

Po­mimo że bok­so­wa­nie nie było jesz­cze w uży­ciu we Fran­cji oraz że Pi­tou nie po­sia­dał żad­nych na­wet ele­men­tar­nych o tej sztuce wia­do­mo­ści, na­tarł tak sil­nie na prze­ciw­nika i tak go po­czę­sto­wał w oko, iż w jed­nej chwili oto­czyło się ono si­nym ko­łem, tak geo­me­trycz­nie za­kre­ślo­nym. iż ża­den ma­te­ma­tyk nie po­tra­fiłby go le­piej, na­wet za po­mocą cyr­kla ozna­czyć.

Wy­stą­pił drugi. Pi­tou zmę­czony był pierw­szą walką, ale za to nowy po­je­dyn­ko­wicz był o wiele słab­szy od pierw­szego.

To­też roz­prawa była da­leko krót­sza.

Ten drugi do­stał tak sil­nie pię­ścią w nos, że mu z niego krew po­cie­kła dwoma stru­mie­niami.

Trzeci wróg po­stra­dał zęba, a był naj­mniej po­tur­bo­wany.

Inni dali za wy­graną i nie sta­wali wcale do walki.

Pi­tou, prze­szedł­szy po­śród tłumu, który się przed nim roz­stę­po­wał z sza­cun­kiem na­leż­nym zwy­cięzcy, po­wró­cił do domu ciotki.

Na­za­jutrz trzej ucznio­wie, je­den z pod­bi­tym okiem, drugi z czer­wo­nym no­sem, trzeci ze spuch­nię­tymi war­gami, byli tro­skli­wie przez ojca For­tiera ba­dani, ale ża­den nie pi­snął ani słowa, ża­den się z ni­czym nie wy­ga­dał, i do­piero w kilka dni, po­bocz­nie, od jed­nego ze świad­ków kłótni, do­wie­dział się pro­boszcz, że to Pi­tou tak po­zna­czył swych ko­le­gów.

Oj­ciec For­tier od­po­wie­dzialny był przed ro­dzi­cami za­równo za stan umy­słowy, jak i za stan fi­zyczny po­wie­rzo­nych mu dzieci.

Oj­co­wie po­szko­do­wa­nych wy­stą­pili do niego ze skargą. Trzeba było dać im sa­tys­fak­cję. Pi­tou trzy dni z rzędu od­sia­dy­wał kozę.

Pierw­szego dnia po­ku­to­wał za oko, dru­giego za nos, trze­ciego za ząb.

Koza na­su­nęła świetną myśl pan­nie Anieli. Oto za każ­dym ra­zem, gdy oj­ciec For­tier za­trzyma Anioła w ko­zie, nie bę­dzie mu da­wać obiadu. To po­sta­no­wie­nie miało na celu je­dy­nie do­bro chłopca, nie można było po­zwa­lać, aby so­bie nic z kary nie ro­bił.

Pi­tou od­sia­dy­wał kozę przez trzy dni z rzędu i za­do­wa­lał się przez ten czas śnia­da­niem i wie­cze­rzą.

Że się "za­do­wa­lał", może nie­wła­ści­wie po­wie­dzie­li­śmy, bo Pi­tou nie był by­naj­mniej za­chwy­cony tą przy­mu­sową dietą, ale trudno, z po­wodu ubó­stwa ję­zyka trzeba się tym okre­śle­niem "za­do­wa­lać".

Po­nie­waż pod­dał się ka­rze, a nie zdra­dził, że dzia­łał tylko w od­we­cie, że bro­nił się je­dy­nie od na­pa­ści, po­zy­skał so­bie osta­tecz­nie ogólny sza­cu­nek. Praw­do­po­dob­nie po­mo­gły mu i te trzy ude­rze­nia, ja­kie za­dał prze­ciw­ni­kom.

Od­tąd sta­no­wi­sko Pi­tou w szkole zo­stało ta­kie jak i wszyst­kich in­nych uczniów, z tą tylko róż­nicą, że gdy tamci jako tako ra­dzili so­bie z lek­cjami, on za­wsze za nie sia­dy­wał w ko­zie i to da­leko dłu­żej niż to­wa­rzy­sze.

W tym miej­scu trzeba wspo­mnieć o czymś, co le­żało w jego na­tu­rze, a co było wła­ści­wo­ścią jego pier­wot­nego wy­cho­wa­nia - a ra­czej tego, że żad­nego wy­cho­wa­nia nie otrzy­mał. Był to po­ciąg do zoo­lo­gii.

Słynne pu­dło, które ciotka Aniela ochrzciła mia­nem ka­setki, dzięki swo­jej ob­szer­no­ści i roz­ma­itym we­wnątrz prze­gród­kom stało się ro­dza­jem arki No­ego, za­wie­ra­ją­cej po pa­rze naj­roz­ma­it­szych stwo­rzeń - peł­za­ją­cych i fru­wa­ją­cych.

Były tam jasz­czurki i chra­bąsz­cze, były żaby i żmije, mrów­ko­jady i inne. Chło­pak tym wię­cej ce­nił te stwo­rze­nia, im wię­cej kar na niego ścią­gały.

Pod­czas spa­ce­rów ty­go­dnio­wych wzbo­ga­cał za­wsze te swoje zbiory.

Te­raz pra­gnął ko­niecz­nie po­siąść sa­la­man­drę, które w Vil­lers-Cot­te­r?ts bar­dzo były roz­po­wszech­nione, a po­nadto były her­bem Fran­ciszka I. Zła­pał ich wkrótce kilka.

Jedno go tylko mocno za­dzi­wiało, a że nie był w sta­nie zdać so­bie z tego sprawy, są­dził, że było to coś, co wie­dzę jego prze­wyż­szało. Nie umiał so­bie oto wy­tłu­ma­czyć - dla­czego te płazy znaj­do­wał zwy­kle w wo­dzie.

Po­eci utrzy­my­wali prze­cie, że żyją one w ogniu. Oko­licz­ność ta źle uspo­so­biła Pi­tou do po­etów.

Gdy już miał sa­la­man­drę - od­dał się po­szu­ki­wa­niom ka­me­le­ona, ale tym ra­zem sta­ra­nia były da­remne. Za­bie­gów sku­tek po­żą­dany nie wień­czył.

Pi­tou uznał, że ka­me­leon albo nie ist­niał wcale, albo też nie ist­niał, a przy­naj­mniej nie żył w tych kra­inach.

Gdy do­szedł do tego wnio­sku, za­nie­chał po­szu­ki­wań ka­me­le­ona.

Inną przy­czyną za­trzy­mu­jącą Pi­tou w ko­zie były prze­klęte so­le­cy­zmy i bar­ba­ry­zmy, roz­siane wśród jego ćwi­czeń niby chwa­sty wśród zboża.

Co do nie­dziel i czwart­ków, to jest dni wol­nych od nauk, spę­dzał je na ba­gnach, na ła­pa­niu pta­ków i zwie­rzyny, że jed­nak rósł cią­gle, był już pięć stóp i cztery cale wy­soki, a gdy lat miał szes­na­ście, zda­rzyło się pewne coś, co od­cią­gało Pi­tou od ulu­bio­nych jego za­jęć.

Na dro­dze do Bruy­ere-aux-Lo­ups leży osada Pis­se­leu, bo­daj czy nie ta sama na­wet, od któ­rej wzięła na­zwi­sko piękna Anna d'We­illy, ko­chanka Fran­ciszka I. Była w tej osa­dzie za­groda ojca Bil­lota, a na progu tej za­grody za­wsze przy­pad­kowo, ale za każ­dym ra­zem, ile­kroć tylko prze­cho­dził Pi­tou, wy­sta­wała śliczna dziew­czyna, mo­gąca mieć lat sie­dem­na­ście do osiem­na­stu, świeża, żywa, we­soła, imie­niem Ka­ta­rzyny na chrzcie świę­tym na­zwana, naj­czę­ściej atoli po na­zwi­sku ojca krótko "Bil­lot" na­zy­wana.

Pi­tou naj­pierw za­czął się jej kła­niać nie­śmiało, po­tem po­mału od­wa­żał się na uśmiech przy ukło­nie, a jed­nego dnia, ukło­niw­szy się i uśmiech­nąw­szy, przy­sta­nął i zdo­był się na po­wie­dze­nie:

- Dzień do­bry, panno Ka­ta­rzyno!

Uwa­żał to za straszną śmia­łość.

Ka­ta­rzyna była bar­dzo do­brą dziew­czyną, od­po­wie­działa więc chłopcu jak sta­remu zna­jo­memu, bo rze­czy­wi­ście znała go do­brze, skoro od lat dwóch wi­dy­wała, jak prze­cho­dził koło nich przy­naj­mniej raz na ty­dzień. Tylko że Ka­ta­rzyna wi­dy­wała Pi­tou, a Pi­tou nie wi­dy­wał Ka­ta­rzyny. Bo Pi­tou miał wtedy lat tylko czter­na­ście, a Ka­ta­rzyna już szes­na­ście.

Te­raz za­częła ce­nić jego ta­lent.

Pi­tou przy­no­sił jej pre­zenty z naj­pięk­niej­szych pta­ków i naj­tłu­ściej­szych kró­li­ków. Wy­ni­kło z tego, że Ka­ta­rzyna za­częła pra­wić Pi­tou grzecz­no­ści, on zaś, który je sły­szał tak rzadko, pod­dał się uro­kowi tej no­wo­ści, i za­miast cho­dzić jak daw­niej do Bruy­ere-aux-Lo­ups, za­trzy­my­wał się w po­ło­wie drogi, a za­miast jak daw­niej spę­dzać dzień na zbie­ra­niu bu­czyny i za­sta­wia­niu si­deł, krą­żył około chaty ojca Bil­lot, aby bo­daj na jedną chwilkę zo­ba­czyć Ka­ta­rzynę.

Wsku­tek tego do­chody ze skór kró­li­czych znacz­nie upa­dły, droz­dów i ko­sów pra­wie wcale nie by­wało.

Ciotka Aniela bar­dzo się na to uskar­żała.

Pi­tou od­po­wia­dał, że kró­liki stały się bar­dzo nie­do­wie­rza­jące, że ptaki zmiar­ko­wały pod­stęp - i w za­głę­bie­niach li­ści lub pniach drzew­nych za­spo­ka­jały pra­gnie­nie.

Jedno tylko wo­bec tego sprytu kró­li­ków i pta­ków po­cie­szało ko­chaną ciotkę Anielę, mia­no­wi­cie to, że sio­strze­niec otrzyma sty­pen­dium, wstąpi do se­mi­na­rium i po trzech la­tach zo­sta­nie pro­bosz­czem.

Naj­wyż­szym zaś i od­wiecz­nym pra­gnie­niem panny Anieli było zo­stać go­spo­dy­nią u księ­dza.

Jak tylko Pi­tou się wy­święci, pra­gnie­nie to zo­sta­nie zisz­czone, bo prze­cież Pi­tou nie bę­dzie mógł nie wziąć ciotki do sie­bie po tym wszyst­kim, co dla niego zro­biła.

To tylko nie­po­ko­iło biedną starą pannę, że gdy mó­wiła ojcu For­tie­rowi o tych swo­ich ma­rze­niach, od­po­wia­dał jej, spusz­cza­jąc głowę:

- Ko­chana panno Pi­tou, je­żeli sio­strze­niec twój pra­gnie zo­stać księ­dzem, to nie­chajże mniej się po­święca hi­sto­rii na­tu­ral­nej, a wię­cej, da­leko wię­cej de vi­ris il­lu­stri­bus[11], albo Se­lecta e pro­fa­nis scrip­to­ri­bus[12].

- Co to zna­czy?... - py­tała panna Aniela.

- To, że robi za wiele bar­ba­ry­zmów i so­le­cy­zmów - od­po­wia­dał oj­ciec For­tier.

Od­po­wiedź ta na­ba­wiała za­wsze pannę Anielę przy­krej nie­pew­no­ści.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki