Kalina
Ogromna złota gwiazda z napisem "Made in China"?
Plastikowy mikołaj, z którego brzucha dobywało się tubalne "Wesołych świąt" w pięciu różnych językach?
A może kombinezon z czerwonego pluszu, z dyndającymi wesoło na boki skórzanymi rogami?
Body z reniferem? Paputki z choinką? Czapeczka elfa?
Kalina Radecka-Piórecka nie potrafiłaby wskazać, co wyprowadziło ją z równowagi jako pierwsze. Skuliła się za stołem, całą uwagę skupiając na paznokciu małego palca lewej ręki, i udawała, że jej nie ma. Wcale jej tam nie ma. Myślami poszybowała ku pani Wandzi z salonu kosmetycznego Marilyn, która raz w miesiącu nakładała jej maseczkę z morskich alg i nagietka, piłowała paznokcie, a przy tym usilnie namawiała na pierwszą mezoterapię. Bo mezoterapia była teraz trendy i dobrze się przyznać, że chociaż raz się jej poddało.
Kalina pomyślała, że niektórym przydałaby się mezoterapia mózgu.
Słuchała zachwytów nad głębią koloru i porządnym wykonaniem, dzięki któremu kombinezon posłuży przez kolejne lata. To wprawiło ją w lekkie osłupienie i sprawiło, że po raz pierwszy prowadzonej w kuchni rozmowie zaczęła się przysłuchiwać z prawdziwym zainteresowaniem.
- Zaraz, zaraz! - wtrąciła zaniepokojona. - Jak to przez kolejne lata?
Lucyna Radecka posłała córce poirytowane spojrzenie. Dlaczego jej przerywa? Zaraz jednak spojrzała na trzymany w dłoni kostium i ponownie się rozpromieniła.
- No tak! - ciągnęła, kiwając głową i potrząsając trzymanym kłębkiem czerwieni. Skórzane poroże dyndało na boki, uderzając Marka w lewy policzek. - Bo w tym roku kostiumik włoży Basieńka, a w przyszłym roku możemy przecież przebrać Młynka, prawda?
- Nie zrobisz z mojego psa pajaca! - wykrzyknęła oburzona Kalina, a widząc utkwione w sobie spojrzenia, szybko się poprawiła. - Z dziecka też nie...
- Już tak nie histeryzuj!
- Poza tym Młynek jest większy od Basi. Naprawdę nie rozumiem, jakim cudem miałby coś po niej donaszać. Abstrahując, że to kretyńsko kretyński pomysł. - Radecka-Piórecka była gotowa bronić swojego stanowiska.
- Nie masz w sobie za grosz świątecznego nastroju. - Matka westchnęła żałobnie. - Było tak już od samego dzieciństwa. Gdy twoi koledzy majsterkowali przy bożonarodzeniowych szopkach, by pochodzić po kolędzie, ty nawlekałaś korale z wysuszonych pestek jabłek i planowałaś podróż do San Francisco.
Kalina wzruszyła niedbale ramionami.
- To bardzo ładne miasto.
- Tak, ale ty ubzdurałaś sobie, że leży gdzieś pod Kielcami, i codziennie suszyłaś nam głowy, aby cię tam zabrać!
- O, a to ciekawe! - Marek uśmiechnął się ciut złośliwie. Żona wymierzyła mu pod stołem lekkiego kopniaka. - I ususzyła?
- Ususzyła - przyznała ponuro matka - ale korale. Wyschły na wiór. A może zapleśniały? W każdym razie trzeba było je wyrzucić do kosza i skończyła się fascynacja San Francisco.
Marek roześmiał się serdecznie, przytulając nieco naburmuszoną Kalinę. Kiedy urażona Lucyna schyliła się po ozdobne pudełko, z którego wydobyła świąteczny kombinezon, pospiesznie cmoknął żonę w policzek i pocieszająco zacisnął palce na jej dłoni. Jak przystało na prywatnego detektywa, miał niezłą intuicję. Poza tym dobrze wiedział, ile nerwów kosztuje Kalinę ta wizyta i inicjatywa teściowej, by zamienić nadchodzącą Gwiazdkę w festiwal kiczu. Zresztą, co tu dużo mówić... Wszystkie spotkania Kaliny i Lucyny przypominały stąpanie po polu minowym. Nic więc dziwnego, że za każdym razem, gdy zjawiali się w mieszkaniu teściów, Marek wymijał żonę w progu i biegł do kuchni, by pochować wszystkie noże.
Drzwi od dużego pokoju zaskrzypiały i uwaga siedzących przy stole skupiła się na nadchodzącym Janie Radeckim. Wtulona w jego ramiona Basieńka wyszczerzyła do zebranych wszystkie cztery zęby. Natychmiast zapomniano o świątecznych nieporozumieniach, kiczowatych ozdobach i Młynku przebranym za renifera Rudolfa. Spojrzenia utkwiły w tym małym, ośmiomiesięcznym cudzie, który zawojował życie całej rodziny. Marek jako pierwszy wyciągnął do dziewczynki ręce w zapraszającym geście, ale zanim zdążył choćby zbliżyć się do ukochanej córeczki, teściowa trzepnęła go kraciastą ściereczką. Co prawda uczyniła to z na wpół żartobliwym uśmieszkiem, ale w jej spojrzeniu dostrzegł wyraźną groźbę: nie próbuj sięgać po to dziecko przed babcią, bo inaczej pogadamy!
Kalina zachichotała i posłała mężowi wymowne spojrzenie.
Tymczasem Basieńka przyjęła swoją ulubioną pozycję na wysokości obojczyka babci, spoglądając na resztę towarzystwa z miną adorowanej królowej. Dlaczego, patrząc na dzieci, swoje i cudze, szczerzymy się jak głupi do sera? - zastanawiała się Kalina w myślach. - Przecież to musi wyglądać kretyńsko. A im mniejsze dziecko, tym gorzej się wykrzywiamy!
Ponownie skupiła uwagę na nieco obgryzionym paznokciu, ale na dźwięk słów wypowiadanych przez matkę gwałtownie poderwała głowę.
- Zobać, kochanieńka, cio babcia ci kupiła! - Lucyna złożyła wargi w słodziutki dzióbek.
Kalina próbowała wstać zza stołu, ale poczuła zaciskającą się na nadgarstku stalową obręcz. Spojrzała na męża z wyrzutem, jednak Marek ledwie dostrzegalnie pokręcił głową. Nie, nie zrobisz zadymy, bo twoja matka znowu sepleni do dziecka, wyczytała z jego oczu.
Zobaczymy.
- Poznałam kiedyś taką dziewczynę - wycedziła więc przez zaciśnięte zęby. - To było, kiedy prowadziłam sprawę Fijusów w Kalwarii Zebrzydowskiej. I ona, ta dziewczyna, powiedziała mi, że takie seplenienie do dziecka źle wpływa na jego rozwój.
- Tak? - Matka spojrzała na nią z pobłażaniem. - No to wszystko jasne. Bo ja do ciebie dużo sepleniłam...
Tym razem stalowa obręcz zacisnęła się na drugim nadgarstku Kaliny. Marek spiorunował żonę wzrokiem, a ona odpowiedziała mu hardym spojrzeniem, które obiecywało sen na wycieraczce, unicestwienie kolekcji komiksów zachomikowanych w najniższej szufladzie komody i kluski śląskie do końca miesiąca. A do końca miesiąca była kupa czasu i jeszcze większa kupa świąt, więc zachodziła obawa, że Marek nie wiedział, na co się porywa.
Tymczasem Lucyna rozochociła się na całego i gmerając niezdarnie rękami, próbowała przycisnąć do Basi pluszowy skafander. Kalina zmarszczyła brwi. Coś jej nie grało...
- Zobać, jaki ślićny kolorek. Moja dźiewćynka będzie wyglądać prześlićnie! Jak aniołek! Babunia posadzi cię pod choinećką i zlobi ci fotećkę! A telaz cię schlupię, mniam, mniam, mniam!
Lucyna rzuciła skafander na blat stołu i wycisnęła na policzku dziewczynki soczystego całusa. Jeden ze skórzanych różków wylądował w filiżance z kawą i chlapnął beżowym płynem wprost na Kalinę.
Wściekła Radecka-Piórecka przesunęła dłonią po brunatnych plamach na białej bluzce. Niech to szlag. Taka ładna bluzka, całkiem nowa. W dodatku jedyna w szafie, która nie miała jeszcze do czynienia z dziecięcymi wymiocinami i śliną skapującą z kącików maleńkich ust. Kalina złapała za mokry róg, po czym wyciągnęła go z naczynia, wznosząc na odpowiednią wysokość i demonstrując ostentacyjnie. Kawa spłynęła na kraciasty obrus. Matka wzruszyła ramionami.
- Trzeba było pić szybciej - rzuciła zaczepnie.
- Oczywiście - mruknęła Kalina, konstatując, że Lucyna na wszystko ma gotową odpowiedź. A potem przyjrzała się pluszowemu zawiniątku spod zmarszczonych brwi. - Zaraz, zaraz... przecież to nie jest kostium dla dziecka! Dziecko nie potrzebuje dodatkowego otworu na ogon! Gdzieś ty to kupiła?!
- W Biedronce - prychnęła zapytana, ale zaraz łypnęła złowrogo na córkę. - No dobra. W zoologicznym na rogu, bo w Biedronce nie mieli odpowiedniego rozmiaru. Ale zobacz, jakie jest ładne! I wystarczy tylko troszeczkę tu przeszyć!
- Wiesz, sama się przeszyj - warknęła Kalina, uwalniając dłonie z żelaznego uścisku rozbawionego Marka. - Wracamy do domu!
- Już? - jęknęła Lucyna, odwracając się plecami do siedzących za stołem i kryjąc przed nimi Basieńkę. - Przecież nie zdążyłam nacieszyć się moją śliczną wnusią. - Spojrzała na dziewczynkę rozanielona. - No, popać, cio ta mama wymyśla. Pśiecieź to taki ślićny kośtiumik. - Nagle zmieniła ton, odwracając się i posyłając córce proszące spojrzenie. - To może chociaż Młynka przebierzemy? Mogę doszyć dłuższe nogawki i poszerzyć dziurę na ogon!
Młynek nie zamierzał czekać na dalszy rozwój sytuacji. Przestraszony zerwał się z miękkiego kocyka w rogu, na którym zawsze się wylegiwał podczas wizyt w mieszkaniu na Ruczaju, i pognał do przedpokoju. Zdecydowana do niego dołączyć Kalina gramoliła się zza stołu, bezlitośnie depcząc Markowe stopy. Lucyna nie przerywała potoku słów.
- Święta są tylko jeden raz w roku i muszą być wyjątkowe! Pamiętasz ubiegłoroczną Gwiazdkę? Jak było wspaniale?
Kalina zatrzymała się w pół kroku.
Poczuła, jak jeżą się jej włoski na karku. Czy pamiętała? Wciąż miewała koszmary związane z wigilijnym wieczorem, jaki spędziła w towarzystwie rodziców w przytulnym mieszkanku, które zajmowała z Markiem! Pamiętała każde słowo, każde westchnięcie i każde spojrzenie rzucane przez matkę w odpowiedzi na wnoszone potrawy. A czy to jej wina, że w piątym miesiącu ciąży jej pęcherz oszalał i nie pozwalał o sobie zapomnieć na dłużej niż dziesięć minut? W dziesięć minut domowych wypieków i wigilijnych potraw nie wyczarowałaby nawet Zuzanna Fijus, gospodyni idealna i jej ówczesna klientka! Czy to takie dziwne, że podała mrożone uszka, pierogi od Jędrusia i markizy w czekoladzie? I że do ubierania choinki zabrała się pięć minut przed nadejściem gości? Co mogła poradzić na to, że obrażony kalwaryjską akcją Mareczek odmówił pomocy przy rozplątywaniu choinkowych światełek? Została przecież zmuszona, by poprosić o przysługę dziewięćdziesięciosześcioletniego sąsiada z parteru!
Wzięła głęboki oddech i spojrzała matce prosto w oczy.
- Oj, pamiętam aż za dobrze! I wiesz co? To były ostatnie takie święta!
- Nie mówisz tego poważnie! - Lucyna zaśmiała się sztucznie, a ojciec Kaliny szybko zabrał jej Basieńkę i nałożył dziewczynce ciepły kombinezon. Po krakowskich ulicach hulał lodowaty, grudniowy wiatr.
- Mówię - potwierdziła Kalina, sięgając po płaszcz.
- A co ci się w nich nie podobało?
Młoda kobieta obejrzała się na matkę.
Towarzystwo, miała na końcu języka, ale jedno spojrzenie na zmęczoną twarz ojca wystarczyło, by zamilkła. Odkąd na świat przyszła Basia, stosunki między Kaliną a matką, delikatnie rzecz ujmując, można było określić jako napięte. Radecka-Piórecka miała jednak to szczęście, że mogła zabarykadować się w mieszkaniu, sięgnąć po przyniesioną z biblioteki książkę, przytulić się do ciepłego boku posapującego Młynka albo po prostu leżeć godzinami na łóżku i wpatrywać się w to cudeńko o błękitnych jak u Marka ślepkach. A tym samym unikać ostrego języka i przenikliwego spojrzenia matki. Ojciec nie miał takiej możliwości. Czasem wychodził na długie spacery nad Zakrzówek albo szedł do piwnicy, by rozegrać z sąsiadem partyjkę szachów. A na co dzień słuchał litanii narzekań dłuższej niż Koronka do miłosierdzia Bożego.
- Było nudnawo - mruknęła więc tylko i naciągając na uszy czapkę, dodała: - Ty potrzebujesz chińskich ozdóbek, a ja wrażeń. Wolałabym trupa niż kostium Rudolfa dla psa!
- Chyba żartujesz! - obruszyła się matka, ale najwyraźniej coś w wyrazie twarzy Kaliny powiedziało jej, że niespecjalnie. Machnęła więc ręką i cmoknęła do zachwyconej wnuczki, a Kalina zapięła Młynkowi smycz i uciekła na klatkę schodową. Czuła, że się dusi, i wcale nie chodziło o zbyt ciepłe okrycie wierzchnie.