pożegnanie
3 listopada, dzień Świętego Huberta, wypadł w 1991 roku w niedzielę.
Pogoda jak na tę porę roku była łagodna: niewielki deszcz i dodatnia
temperatura. W kartce z kalendarza czytam motto na ten dzień: "Każda
praca jest dobra, o ile jest dobrze wykonywana" - Albert Einstein. Przez
chwilę zastanawiam się, czy to do niego pasuje. Zdecydowanie tak, bo
praca, jej jakość i osiągnięcie artystycznych wyżyn były czymś, o czym
zawsze marzył, za czym gonił i czemu poświęcił życie.
Wieczorem Wiadomości TVP1 podały informację, że odszedł Roman
Wilhelmi, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów, znany z kreacji,
które stworzył w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie,
Teatrze Telewizji, ról w serialach telewizyjnych (Czterej pancerni i pies, Kariera Nikodema Dyzmy, Alternatywy 4) oraz w filmach
kinowych (Zaklęte rewiry, Ćma, Wojna światów - następne stulecie).
Padło zaledwie kilka zdań na podsumowanie krótkiego, lecz barwnego i burzliwego życia. W zakamarkach pamięci odnajduję tamto wspomnienie i tamtą chwilę. Musiała zrobić wrażenie, skoro przechowuję ją tak długo.
Ale wielu widzom ten fakt zapewne umknął. W Polsce działy się przecież o wiele ważniejsze sprawy. Byliśmy tuż po pierwszych, w pełni wolnych po
drugiej wojnie światowej wyborach do Sejmu i Senatu. Tę radość jednak
zakłócała obawa przed bezrobociem, które wkrótce sięgnęło dwudziestu
procent. Padały fabryki, kopalnie, pegeery. Śmierć jednego z czterech
pancernych musiała więc zejść na dalszy plan.
Nekrolog podpisany jest: "Pogrążony w smutku brat Adam z żoną i dziećmi
oraz Rodzina". Informuje, że nabożeństwo żałobne odbędzie się w piątek 8
listopada w kościele św. Anny w Wilanowie, po którym nastąpi złożenie
ciała na miejscowym cmentarzu2. W "Życiu Warszawy" Wilhelmiego
żegnają między innymi minister kultury i sztuki, dyrektor Teatru
Ateneum, Adam Hanuszkiewicz z zespołem Teatru Nowego, redakcja Teatru
Telewizji, Scena na Piętrze w Poznaniu. Ludzie i miejsca, z którymi był
związany. Lubił być w centrum uwagi i lubił czuć się ważny, więc pewnie
hołdy sprawiłyby mu przyjemność. Choć to też chichot losu, że
pośmiertnie w wielkich słowach uhonorowano człowieka, którego ani
krytycy, ani koledzy za życia nie głaskali po głowie.
To najbliżsi wystarali się, by miał grób na pięknym cmentarzu przy
kościele św. Anny. Kwatera była kosztowna i płaciło się w dolarach. Ale
dla Wilhelmiego proboszcz zrobił wyjątek.
Emilia Krakowska, aktorka, przyjaciółka: "Byłam z Lilką, ostatnią
partnerką Romka, przed pogrzebem w kaplicy. Poprosiła, żeby otworzyć
trumnę, i włożyła mu paczkę gauloises'ów. Dobrze, że w ostatnią drogę
wziął to, co kochał. Bo przecież odpalał papierosa od papierosa, to
nieodłączna część jego wizerunku".
Ewa Wiśniewska: "Trudno było mi dojechać na cmentarz, Warszawa stała w korkach, na szczęście zdążyłam. Stałam oparta o drzewo i było mi smutno,
że odszedł mój wspaniały kolega. Po kilku latach chciałam znaleźć jego
grób, ale chyba wycięli to wielkie drzewo. Do Romka nigdy już nie
trafiłam".
Maciej Domański, przyjaciel aktora z czasów Teatru Ateneum, reżyser: "Na
pogrzebie był tłum ludzi. Cała Warszawa przyszła go pożegnać. Nikt nic
nie powiedział podczas uroczystości. Nie było pożegnań, żadnego
oficjalnego wystąpienia. Niektórzy mieli za złe, że środowisko nawet po
śmierci go nie uszanowało. A mnie się podobało. Odszedł wielki człowiek
i w zasadzie nie ma już o czym mówić.
W jego mieszkanku na ulicy Bagno w Warszawie był balkonik. Siadały na
nim gołębie, niemiłosiernie brudząc wszystko dookoła. Roman zawsze
mówił, że ma dwa marzenia, a nawet dwa cele w życiu. Jeden to zdobyć
Oscara, a drugi kopnąć gołębia w dupę. Kiedy go odwiedzałem na Bagnie,
pytałem: "I jak z gołębiem?". Odpowiadał: "Ciągle mi się nie udało,
jestem coraz starszy, a gołębie coraz szybsze". Jakiś czas po pogrzebie
razem z Heniem Talarem spełniliśmy marzenie Romka, przy jego grobie
kopnęliśmy gołębia w dupę. Myślę, że to było najlepsze pożegnanie".
Trzydzieści dwa lata później w Zaduszki idę na grób Wilhelmiego. Jest
piękny jesienny dzień, błękitne niebo, jasne słońce. Przed cmentarzem
kupuję szklany znicz w kształcie serca. Symboliczny, bo wiele serc Roman
przecież złamał. Ktoś mi powiedział, że mam się kierować na zachód od
kaplicy. Bez kłopotów znajduję właściwe miejsce. Grób jest zadbany,
porośnięty oszałamiająco zielonym o tej porze roku bluszczem, zdobią go
białe chryzantemy. Kto tu przychodzi? Partnerka, wielbiciele aktorskiego
talentu, byłe narzeczone, sąsiedzi? Ostatni etap życia spędził przecież
nieopodal, na ulicy Wiktorii Wiedeńskiej, gdzie dostał piękne
mieszkanie. A może byłe kelnerki z restauracji Kuźnia, która znajduje
się tuż obok pałacu w Wilanowie? Wilhelmi miał tam swój stolik,
przychodził uczyć się tekstów.
Pomnik wykonał krakowski artysta plastyk Bolesław Chromy, ten sam, który
pod Wawelem ustawił niezbyt pięknego smoka. Pomnik na grobie Wilhelmiego
jest symboliczny, przedstawia zarys mężczyzny, którego ręce układają się
nie przez przypadek w skrzydła anioła. W końcu dozorca Stanisław Anioł
ze słynnego i zdecydowanie kultowego serialu to jedna z jego najlepszych
ról. Na pomniku jest skromny napis: "Roman Wilhelmi aktor", lata życia
"1936-1991" i jeszcze wykrzywiona maska Melpomene, muzy aktorów.
Długo byłam przekonana, że Wilhelmi umarł jako starszy mężczyzna.
Dopiero teraz dociera do mnie, że miał zaledwie pięćdziesiąt pięć lat.
Co to za wiek na umieranie? Niby żartem mówimy, że dzisiejsza
pięćdziesiątka to dawna trzydziestka, ale coś w tym jest. Człowiek jest
w pełni sił, osadzony w sobie, lecz wciąż ma marzenia i plany.
Uświadamiam sobie, że w chwili śmierci Roman Wilhelmi był niewiele
starszy ode mnie. A ze zrobionych pod koniec życia zdjęć spogląda
zmęczona, wychudzona twarz: smutne oczy, zgaszony uśmiech, głębokie
bruzdy na policzkach i czole. Wiem, że przez ostatnie lata ciężko
chorował na raka, który ostatecznie go zabił, ale kiedy patrzę na niego,
nie mogę pozbyć się myśli o tym, jak wiele w nim bólu, nawet
nieszczęścia. Uczucie to potęguje jeden z ostatnich wywiadów, jakich
udzielił już w wolnej Polsce. Wilhelmi mówi: "Zamiast być na etacie,
brać pieniądze i być świadkiem upadku teatru, wolę się przypatrywać temu
z boku albo robić coś samemu, żeby mieć zadowolenie osobiste. [...] To,
co się stało w tej chwili z kulturą, to zbrodnia. Można wyrzucić
stragany, zrobić sklepy wędliniarskie, zlikwidować je i zrobić
pasmanterie, ale nie można ruszać dwóch rzeczy: zdrowia i kultury. Takie
kroki kosztują, i to bardzo dużo. Nikt dokładnie z nas niestety nie wie,
jak można gładko przejść do kapitalizmu"3.
Czy tak może mówić człowiek, który odniósł sukces i jest zadowolony z życia? Jeden z najbardziej utalentowanych aktorów w tym kraju? Ten,
który naprawdę wierzył, że zrobi karierę na miarę Marlona Brando i zdobędzie Hollywood? Który pilnie uczył się francuskiego, żeby zburzyć
zawodowe ograniczenia i mury, pokazać kolegom, krytykom, wreszcie
publiczności, na co go stać? Zdecydowanie nie. Co więc się stało, że po
drodze stracił zapał i żar? Kiedy szedł przez życie zgodnie z planem, a w którym momencie zbłądził? Żeby to zrozumieć, sięgam do korzeni, czyli
dzieciństwa.
W życiu każdego dziecka, a zwłaszcza chłopca, najważniejszą osobą i kobietą jest matka. To ona go kocha, kształtuje, wyposaża na drogę,
wspiera albo, przeciwnie, podcina mu skrzydła. Jaka więc była Stefania,
Stefa, Wilhelmina, matka Romana? Dlatego od niej zaczynam tę opowieść.
matka
Maciej Domański: "Wydaje mi się, że miał silny kompleks Edypa. Na
szczęście na odległość, bo pani Stefania mieszkała w Poznaniu. Na ogół
faceci wielbiący swoje matki mają potrzebę to demonstrować. Roman był
oszczędny w takich deklaracjach. Mówił, że mama jest cudowna, ale nie
opowiadał o niej zbyt wiele. Nawet przede mną się nie otwierał. Miał
sfery, które były pozamykane dla wszystkich. Zapraszał matkę na premiery
do Teatru Ateneum, jednak ona nie przyjeżdżała. Nie dlatego, że miała
problemy ze zdrowiem czy była w złej formie. Po prostu Poznań wówczas
był daleko. Przykro mu było z tego powodu. Mówił, że musi dużo grać w telewizji, bo tam mama go zobaczy. Zawsze po Kobrze czy spektaklu Teatru
Telewizji czekał na telefon albo inny sygnał od mamy. To było dla niego
dużo ważniejsze niż wszystkie recenzje razem wzięte. Do domu jeździł
rzadko, ale pani Stefania była obecna w jego życiu przez cały czas".
Jan Tycner, przyjaciel, impresario, poznański animator kultury: "Roman
mówił, że matka trzymała rodzinę krótko za mordę. Po latach spotkałem ją
obok mojego bloku na poznańskim osiedlu. Miała vis comica, papierosek,
uśmiech, śniada cera. I to samo żywe co u Romana spojrzenie. Stefa była
bardzo szczupłą, filigranową osobą. Nie znam szczegółów rodzinnych, choć
potrafię sobie wyobrazić, że niełatwo jej było z trzema łobuzami, czyli
Romkiem, Gieniem i najmłodszym Adamem".
Roman, najstarszy z trzech braci Wilhelmich, przyszedł na świat 6
czerwca 1936 roku. Matka opowiada potem, że urodziła go prawie w teatrze, więc nic dziwnego, że został aktorem. Średni, Eugeniusz,
ukochany syn Stefanii, urodził się rok później, a najmłodszy, Adam, w 1939 roku. Kiedy oglądam rodzinne zdjęcie, uderza mnie, jacy wszyscy
byli piękni i jak do siebie podobni.
Z urody Romek i Eugeniusz przypominają Włochów: ciemne włosy, oczy,
śniada cera, więc można by sądzić, że w ich żyłach płynie południowa
krew. Tylko najmłodszy Adaś się wyłamie, ma zabawne blond loczki.
Zdzisława Wilhelmi, żona zmarłego w listopadzie 2023 roku Adama,
przypuszcza, że rodzina pochodziła z Niemiec. Pamięta opowieści o znajomych z RFN-u, z którymi teść rozmawiał płynnie w ich języku. Na
germańskie pochodzenie wskazywałaby też etymologia. Nazwisko wzięło się
od niemieckiego imienia Wilhelm, gdzie wille oznacza chęć i wolę, a helm opiekę i pomoc.
Zdzisława Wilhelmi: Teściowa Stefania nazywała się z domu Kaźmierczak i wywodziła się z Mosiny. Nigdy się tym jednak nie chwaliła. Nie wiem, w jakiej rodzinie się urodziła, ale musiała mieć aspiracje. Kiedy czasem
wspominała o siostrze, to w tonie, że nie dorasta jej do pięt. To
znaczy, że Stefa była na wyższym poziomie. Teść Zdzisław urodził się w Olszowie pod Krotoszynem, gdzie rodzina miała majątek ziemski i okazały
dworek. Kiedy oboje znaleźli się w Poznaniu, w jakich okolicznościach
się poznali, nie mam pojęcia, do pewnych tematów nigdy nie zostałam
dopuszczona.
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że małżeństwo Zdzisława ze Stefanią było
mezaliansem.
Nie daj Boże, by teściowa usłyszała, że to mezalians. Przecież była
warta królów. Mężczyźni całowali ją po rękach, a ona brylowała.
Niesamowita kobieta. Ale też miała poczucie wyższości. Pewnie dlatego
mnie i żonę średniego syna, Eugeniusza, Bronię, momentami traktowała
chłodno. Ja pracowałam jako nauczycielka w przedszkolu i szkole, Bronia
w biurze geodezyjnym, nie byłyśmy odpowiednimi partiami dla jej synów.
Teściowa lubiła otaczać się ludźmi, była gościnna, zawsze błyszczała w towarzystwie.
Stefania Wilhelmi z synami, Eugeniuszem, Adamem i Romanem. Fot. z archiwum Zdzisławy Wilhelmi
A jaki był ojciec, Zdzisław Wilhelmi?
Wspaniały człowiek, o którym się mówiło, że chodził po mieście z kapeluszem w dłoni. Każdemu się kłaniał, każdego szanował. Pamiętam, że
kiedy czasem miałam kłopoty z teściową, gdy coś jej się nie podobało,
kładł mi rękę na ramieniu i mówił: "Dzidka, spokojnie, damy radę, damy
radę". Bo ona potrafiła mi wypomnieć, że pochodzę z Uniejowa. Miałam
ochotę jej powiedzieć: "Kobieto, a ty niby skąd jesteś?". Nigdy nie
odważyłam się tego zrobić. Teść był cudowny i żałuję, że za krótko go
znałam. Zmarł dwa lata po moim ślubie z Adamem w 1970 roku, miał
zaledwie sześćdziesiąt cztery lata. Na pogrzeb zjechała się masa ludzi,
jakaś rodzina z Nowej Soli, o której nie miałam pojęcia, że istnieje.
Teściowa odejście męża bardzo przeżyła, musiała korzystać z pomocy, była
w szpitalu. Po jakimś czasie poznała fantastycznego faceta, Stasia,
wojskowego. Cudowny człowiek. Młodszy od niej, ale bardzo do siebie
pasowali. No i mogła pokazać się na mieście w towarzystwie przystojnego
mężczyzny. Ale pojawiły się przeszkody. Stanisław miał dorosłe dzieci,
które nie akceptowały tego związku. Nazwisko Wilhelmi nie robiło na nich
wrażenia.
Wróćmy do czasów, kiedy rodzina była w komplecie. Czym się zajmowali
Stefania i Zdzisław?
Stefa nie pracowała, choć była pielęgniarką. Kiedy przyjechała do
Poznania, przygarnął ją doktor Lipiński z żoną. Zamieszkała z nimi i tam
się wszystkiego nauczyła. Kiedy zmarli, ona z kolei zaopiekowała się ich
córką Helenką, która też była pielęgniarką. Helenka mieszkała z Wilhelmimi do końca i pomagała przy chłopcach. Teściowa wychowywała ich
praktycznie sama. Zdzisław zajmował się handlem i przez cały tydzień
rozwoził towary po Polsce. Był komiwojażerem.
Czyli, jak mówiło się w tamtych czasach, byli prywaciarzami.
Tak, Wilhelmim dobrze się powodziło, mieli ładny samochód, własne
mieszkanie.
Roman Wilhelmi z rodzicami. Fot. z archiwum Zdzisławy Wilhelmi
A jaką matką była Stefania?
Obowiązywał u niej rygor. Miała zasady, których przestrzegała. Lubiła
porządek, ale potrafiła też zaskoczyć prezentem, nieraz dostałam od niej
drobiazgi albo rano witała mnie kawką i pachnącą bułeczką. Wielu osobom
pomogła. Gorzej było z synowymi.
Opowiadała, że każdy z chłopaków, więc także Romek, musiał wykonać
jakieś zadanie. Mieli krzesełka i jeśli równiutko ułożyli na nich
ubranka, dostawali w nagrodę cukiereczek. Każdy więc się starał.
Teściowa wspaniale gotowała, lubiła gości, co tydzień urządzała
potańcówki. Ich mieszkanie na Jeżycach miało wielkie, przechodnie,
wysokie pokoje. Gdzieś stało pianino czy fortepian, na którym grali.
Stefa była podczas takich spotkań królową. Ale kiedy ktoś zaprosił
Wilhelminę do tańca, Gieniu, średni syn, trzymał się spódnicy mamy i jej
nie puścił. Taki był zazdrosny. Był z matką najbardziej związany, jej
oczko w głowie.
Stefa wychowała chłopaków dla siebie. Do końca mój mąż,
osiemdziesięciolatek, kiedy o niej wspominał, mówił "mamusia", nie
"mama". Ale ten temat był w naszym związku zakazany. Kiedy mówiłam coś o teściowej, przerywał: "O tym rozmawiać nie będziemy", i wychodził do
drugiego pokoju. A najstarszy Gieniu w drodze do pracy wieszał świeże
bułeczki na jej klamce. Romek miał z chłopaków najłatwiej, wcześnie
wyrwał się do Warszawy i zaznał swobody. Bracia mu tego zazdrościli, a on mógł wielbić matkę na odległość.
Dzięki pomocy Jana Tycnera i Telewizji Poznań udaje mi się obejrzeć
dokument o Romanie. Film Nie pasuje do Ciebie ta śmierć powstał w 1994
roku, jego współautorką jest bratanica, córka średniego brata - Karina
Wilhelmi-Tecław4. Występują w nim matka, brat, pani
Zdzisława, niania. Dla mnie najbardziej wzruszające są wmontowane klatki
z archiwalnego filmu. Kto go nakręcił? Ojciec Zdzisław? Trzej chłopcy
siedzą przy kuchennym stole i bawią się samolocikiem. Niania albo mama
przyczesuje im włosy. Jest też szkolne zdjęcie Romka w krótkich
spodenkach, z ogromną teczką i kwiatami, więc to pewnie jakaś
uroczystość.
W 1994 roku Stefania jest mocno starszą kobietą. I choć pochowała syna
zaledwie trzy lata wcześniej, opowiada o nim z uśmiechem. W ciemnych,
krótko obciętych włosach widać pasma siwizny. Dużo gestykuluje i ma
mocne, przenikliwe spojrzenie.
Mówi tak: "Romek był grzeczny, wesoły, ale jak wyszłam z domu,
rozrabiał. Nie złośliwie. Jednak kiedy chciałam go skarcić, nie mogłam.
Bladł i mówił: "Mama, ja już tego nigdy nie zrobię". I nie
uderzyłam"5.
Rozmowa odbywa się w mieszkaniu Stefanii Wilhelmi. To jej ostatni
przystanek, Roman tam nie mieszkał. Ale kiedy przyjeżdżał do rodzinnego
miasta, wpadał do matki.
dom
Poznańskie adresy rodziny: najpierw dzielnica Wilda, ulica Strumykowa 11
(dziś Sikorskiego), gdzie Roman zostaje ochrzczony. Urodził się w szachulcowej kamienicy zbudowanej około 1890 roku. Fakt ten upamiętnia
tablica ufundowana przez Radę Osiedla, odsłonięta w 2012 roku w obecności brata Adama. W czasie wojny rodzina ma do dyspozycji pokoik na
ulicy Głogowskiej, a potem trafia na Jeżyce, do kamienicy na ulicy
Roosevelta 9/10, tuż przy skrzyżowaniu z Dąbrowskiego. Dziś to jedno z bardziej ruchliwych miejsc Poznania, ale niedługo po wojnie musiało
robić na Stefie wrażenie. Niedaleko Dworca Głównego, zoo, ogrodu
botanicznego i Starego Miasta. A także Teatru Wielkiego, gdzie
Wilhelmina uwielbia chodzić, gdzie zabiera synów, tak jak oczywiście do
operetki.
Roman Wilhelmi opowiadał tak: "Chodziłem od dzieciństwa do operetki, bo
jestem z Poznania, a każdy chodził. Mama z tatą systematycznie mnie
zabierali, z przyjemnością oglądałem przedstawienia. Nie, nie pochodzę z rodziny o aktorskich tradycjach, ale wcześnie wiedziałem, że chciałbym
uprawiać właśnie ten zawód"6.
Ostatni adres rodziców to blok na ulicy Mylnej. Mieszkanie kupione za
dewizy, choć tak naprawdę to niewypał architektoniczny: ciemna kuchnia i pokoiki dziuple. Jan Tycner wspomina, że kiedy Roman przyjeżdżał z Warszawy, przywoził w prezencie mandarynki i pomarańcze kupione za
dewizy w pewexie. Chodził z nimi po piętrach bloku, częstował sąsiadów,
a Stefania puchła z dumy, że ma wspaniałego syna. Dla niego
najważniejsze było mieszkanie przy Roosevelta.
Czytam, że kamienica powstała w 1904 roku według projektu spółki
architektów Böhmer-Preul. Mieściła się w niej pracownia właścicieli
spółki, a na parterze studium baletowe. Opowiadano anegdotę, jak to
Roman z kolegami podglądali przez okno tańczące dziewczyny i robili im
psikusy.
W grudniowy dzień wysiadam na dworcu Poznań Główny i idę na Roosevelta.
Co chcę tam znaleźć, nie jestem pewna, ale liczę, że taka wizja lokalna
coś wniesie do opowieści o Romanie. Wprost z ulicy są dwa bliźniacze
wejścia: numer 9/10. Zdobią je piękne płaskorzeźby. Dziewiątka ma
obdrapane tynki, ale dziesiątka jest odnowiona i pewnie tak wyglądała
kamienica, kiedy mieszkała tu rodzina Wilhelmich. Wchodzę na klatkę
schodową i jestem zachwycona: drewniane schody, rzeźbione balustrady,
witraż w drzwiach wejściowych. Uśmiecham się na widok szerokiej poręczy.
Jestem pewna, że bracia Wilhelmi ścigali się, kto zjedzie po niej
pierwszy. Na parterze pod schodami niewielka ławeczka. Czy to tu musieli
karnie siedzieć, kiedy coś zbroili? Bracia Wilhelmi nie byli aniołkami,
choć w psoceniu zdecydowanie prym wiódł najstarszy z nich.
"Każdy z trójki był troszkę inny - wspominała niania, pani Helena - ale
Roman był z nich wszystkich najżywszy. I zawsze miał najwięcej pomysłów
dotyczących zabawy. I się bardzo dobrze uczył. Raz wraca ze szkoły:
"Dostałem jedynkę!". Wtedy to był najlepszy stopień. A ja mówię: "Chodź
do łazienki, butki ci zdejmę". A on, siedząc na krawędzi wanny, jeszcze
z entuzjazmem opowiadał, jak to było z tym najlepszym stopniem. I w pewnym momencie przy zdejmowaniu bucika podskoczył na krawędzi wanny,
stracił równowagę i wpadł do wanny. I w tej wannie jeszcze się dalej
śmiał"7.
Scenki z dzieciństwa Romana. U góry po lewej: Pierwsza choinka, 1936. U góry po prawej: Z psem Muszką, 1937. Na dole po lewej: Z tatą na
spacerze. Na dole po prawej: Z bratem Eugeniuszem. Fot. z archiwum
Zdzisławy Wilhelmi
U góry po lewej: Pierwszy dzień szkoły. U góry po prawej: Z tatą i braćmi przed gmachem Teatru Wielkiego. Na dole: Z ulubionym samolotem.
Fot. z archiwum Zdzisławy Wilhelmi
Przed budynkiem szkoły. Fot. z archiwum Zdzisławy Wilhelmi
Swoje wspomnienia ma też najmłodszy brat, Adam Wilhelmi:
"Romek to był żywy chłopak, trudno go było okiełznać, wszędzie go było
pełno. Co kilka dni pukała do naszych drzwi za każdym razem inna
koleżanka, z długim warkoczem i... skargą na brata, który notorycznie
pociągał za kokardy co ładniejsze dziewczęta. [...] Nie kto inny, tylko
Romek podczas domowej zabawy w cymbergaja stłukł szybę. Takie miał
uderzenie, taką siłę. Wszystkiemu, co robił, oddawał się bez reszty. W budynku, w którym mieszkaliśmy, były piękne reprezentacyjne delikatesy.
Któregoś słonecznego dnia Romek znalazł się w samym środku okna
wystawowego. Biegał pomiędzy poustawianymi towarami, był nie do
zatrzymania. Gdy kupiłem sobie półwyścigowy rower, jeździliśmy na nim
"na czas" wokół konsulatu amerykańskiego. Wracaliśmy do domu, już
prowadząc rower, gdyż Romuś tak bardzo chciał wygrać, że wjechał prosto
w samochód, przeleciał "kozłem" przez kierownicę i wylądował po drugiej
stronie, niszcząc nasz środek lokomocji. Tym razem miał dużo szczęścia,
ale następny wypadek rowerowy przypłacił już poważnym urazem. Mnie
ratowało, że byłem najmłodszy, ale Romek miał z tatusiem trudne
rozmowy"8.
Na pewno dom Wilhelmich jest wesoły, a chłopcy są zadbani. Mają
porządne, piękne ubrania i zawsze zabierają do szkoły drugie śniadanie.
Kobiecy dom tworzą mama, niania, a do Stefanii jeszcze przychodzą
przyjaciółki. Plotkują, a Romek im się przysłuchuje. Ojciec pojawia się
w tym świecie w piątek wieczorem. Przez cały tydzień rozwozi towary
drogeryjne po Polsce. Musi zarabiać, a utrzymanie rodziny na wysokim
poziomie kosztuje. Wspólnym dniem jest niedziela, kiedy całą piątką idą
wystrojeni do kościoła, a potem do kawiarni na ciastka. Stefania wie, że
mężczyzna, choć nieobecny, powinien czuć się głową domu. Robi więc
wszystko, żeby grał pierwsze skrzypce, ale kiedy wyjeżdża, wszystko
wraca do ustalonego porządku. I pewnie życie płynęłoby niezakłóconym
rytmem, gdyby nie pewne trzęsienie ziemi. Dotyka ono Romka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki