Anioł i prokurator - Aneta Royal

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016
? Copyright by Aneta Royal, 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Redakcja i korekta: Joanna Cybula "KorTekst"
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-996-1
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Książkę dedykuję osobom,
które miały do czynienia z prawem
Książka jest wyrazem uczuć z którymi przychodzi się mierzyć każdemu,
kto ma do czynienia z prawem i bezprawiem.
Opisane postaci i zdarzenia są fikcyjne, a wszelkie
podobieństwa wynikają z osobistych przeżyć autorki.
SPIS TREŚCI
LUKRECJA I APOLINARY
CISZA PROKURATORA
ROZMOWA
UROK LUKRECJI
ZNAJOMA
TEATRALNA MIŁOŚĆ
KANCELARIA
APOLINARY
POCAŁUNEK
MIŁOŚĆ LUKRECJI
KLEOPATRA I EUSTACHY
PROKURATOR
CHIRURG
LUKRECJA
LUKRECJA
WRÓŻKA
WERONIKA I LUKRECJA
SEN
NAUKA WERONIKI
CEZARY I WERONIKA
LUKRECJA I WERONIKA
PROKURATOR
SĄD
PROKURATOR
WERONIKA
PROKURATOR I LUKRECJA
WERONIKA
PROKURATOR I MITOMAN
SEN LUKRECJI
WERONIKA
ZDRADA
ODWET LUKRECJI
NIMFOMANKA
WERONIKA
PROFESOR
ZACHWYT WERONIKI
URODZINY LUKRECJI
APOLINARY
NARKOMANKA
PROKURATOR
SZPITAL PSYCHIATRYCZNY
LUKRECJA
KOCHANKA
APOLINARY
PLOTKI
NIMFOMANKA
WERONIKA
NAD MORZEM
CEZARY I WERONIKA
SĄD OKRĘGOWY
APOLINARY
PROSTYTUTKA
WERONIKA
POWRÓT NAD MORZE
CIERPIENIE LUKRECJI
KONFRONTACJA KŁAMSTWA Z PRAWDĄ
LUKRECJA
W swojej nieświadomości jesteś moją nagrodą od dobrego dnia. Tu i teraz zamknę czas i przestrzeń w źrenicy mojego oka, by móc patrzeć na ciebie z wysoka.
Pisząc te słowa, nie zdawał sobie sprawy, co go czeka i na co się porywa. Jego brak świadomości zagrażał coraz bardziej mojej. Bezmiar szczęścia, który mną wówczas zawładnął, wespół z jego oceanem możliwości pozwalał mi na drogę, która wiodła wprost w jego niewyobrażalnie potężne ramiona.
Sam nie był na to przygotowany, chociaż sprawił, że postanowiłam wypełnić pustą przestrzeń w swoim pojmowaniu człowieczeństwa. W swoim kobiecym. Pomiędzy egoizmem, kiedy to nikogo nie kochamy, a altruizmem, który wydaje się być miłością do wszystkich, zmierzamy do czegoś, czego w czasie nieprzeznaczonym dla nas, nie potrafimy określić, wciąż jednak podążając w jednym, pozornie nieznanym kierunku. I dopiero, kiedy ten czas staje w miejscu, zaczynamy rozkwitać w pełni. Miejsce jest tak samo istotne jak godzina, i mimo że nie jesteśmy aniołami, które spadły z niebios na krótką chwilę, stajemy się ucieleśnieniem niespełnionych obietnic i marzeń, aby ten świat wypełnić swoją osobą. Tylko, że to dziś postawiłam pytanie, na które nie ma odpowiedzi – czy jedna osoba jest w stanie zawładnąć całym światem?
– Apolinary, zbudź się.
Prokurator przetarł łzawe oczy.
– Twoja miłość była odkrywcza, Lukrecjo. Jesteś moim osobistym aniołem. – Tym jednym słowem zamknął w złotej ramie w stylu rokoko swoje uczucia do mnie.
– Oprawiony anioł to ty.
– Tak sądzisz? Ja? – Lukrecja raz po raz wpatrywała się to w zwierciadło prawdy, to w ciemne oczy prokuratora, to w lustro, przed którym stała wraz z nim. Jej pełne usta otworzyły się ponownie. – Moja mina chyba wyraża w tej chwili tytuł niepojętej tęsknoty?
Lukrecja uwielbiała przyglądać się sobie w lustrze, ponieważ tylko tak mogła należycie ocenić swoją postawę wobec niektórych zjawisk. Uważała, że lustro to nadzwyczaj osobliwe zjawisko. Zwłaszcza lustro kryształowe lub weneckie. Prokurator zerknął zaciekawiony.
– Twoje odbicie wyraża również moją tęsknotę?
– Może? Więc to ty po drugiej stronie czekasz na mnie, usychając z tęsknoty?
– Nie mogłaś mnie zobaczyć, chociaż kiedyś istniałem – ibidem.
To prawda. Zmagając się z własnym przeznaczeniem, tracąc czas na wewnętrzne rozkazy typu patrz i czytaj, pomijasz istotę problemu, którego rozstrzygnięcia nie chcesz. Tak prokuratorze – do ciebie mówię przez wieki, a ty mnie nie słuchasz! Ja anioł, wychylając się z tego passe-partout, usiadłam na pufie, jak zwykle wpatrzona w twoje ciemne oczy. Oczy wyrażające miłość, co do której już nie miałam wątpliwości.
– Jesteś chyba końcowym etapem mojej wędrówki, bo jeśli jak ty stanę się człowiekiem, nic innego mi nie pozostanie, jak walczyć tą samą bronią i tymi samymi uczuciami. Z tobą! A to byłoby straszne! Będę jak człowiek, jak kobieta, a może jak anioł?
– Jesteś dla mnie tym wszystkim, Lukrecjo.
– Naprawdę?
No i, jak to bywa w prawdziwym życiu, odwróciłam role. Znowu prowadzę swój monolog, wychylając nieznacznie głowę poza ramę, a ty jesteś dziś moim bezpośrednim słuchaczem. Apolinary, nie zapominaj o swojej profesji i o tym, że nie egzystuję z tobą, wciąż pozostając na granicy cienkiej białej linii. Linii, która dzieli moją drogę na pół. A może na złotej? W tej chwili nie wiem. To, co nastąpi, jest wciąż przede mną, więc nie oceniaj mnie według praw natury czy legacji– ex tunc. Nie znam ciebie ani ty mnie, a ten czas pozostawia wiele niespełnień, o których nic nie wiesz. Ból istnienia przenika jednak twoje ciało, tak samo jak miłość, na którą czekasz z niecierpliwym wyrazem rozedrganych ust, poranionych milczącym przyzwoleniem na coś, czego wciąż się boisz. Ogranicza cię strach przed tym uczuciem. Twój i mój, ale nie dziś. To coś, co głęboko w tobie tkwi, może i mnie wedrzeć się do serca, jeśli tylko na to pozwolę. Na razie odgrywasz rolę widza i to ci wystarcza. Po cóż zgłębiać tajemnice nauki? Czy miłości można się nauczyć? Czy pojawia się niespodziewanie w jednej chwili? Jak szczęście, które natychmiast trzeba uchwycić, aby nie uciekło. W tej todze prokuratorze jesteś mistrzem bez jakiegokolwiek atrybutu, zwykłym czytelnikiem ludzkich spraw, jak biały kruk, który nigdy nie splami swojego honoru. Władza to nie twój cel, a poezja i proza życia została utworzona bez twojego udziału. Namiętnie pochłaniasz pismo, które jest ci tak samo bliskie jak dalekie. Tylko co z tego? – Lukrecja spojrzała wyzywająco w oczy Apolinarego.
Apolinary niczego już nie był pewien.
– Czy czujesz, jaki to jest związek? I to, co pomiędzy nami tkwi w tej chwili? Co jest jak słowo, które musi się pojawić, a nawet zmaterializować. To tańczące somebody na linie własnych ograniczeń nie zaprowadzi cię na szczyt, prokuratorze, ale tobie na tym nie zależy. Nie w tej chwili, ha, ha, ha... – Lukrecja śmiała się prawie do łez, tylko, że te łzy były słone jak Morze Martwe.
– Zażyłość połączyła nasze ciała kilka miesięcy później. Duchowo byłeś mi bardzo bliski od zawsze. Apolinary! Dziś to ja stawiam zarzuty pod twoim adresem. Odpowiedz na nie! Jesteś mężczyzną, a to wiąże się z egoizmem w dobrym znaczeniu. Nie pozwól zawładnąć tchórzostwu.
Apolinary uśmiechnął się ironicznie. Ten uśmiech był potwierdzeniem tego, że prawda była blisko. Na tyle blisko, aby mogła być właściwie odczytana, nawet przez notorycznego kłamcę.
– Spróbuj skłamać, a staniesz się potwierdzeniem kłamstwa. Co więcej, twój rozmówca będzie zakładał, że twoje kłamstwo jest prawdą. Więc proszę nie oceniaj ab absurdo. Wiesz dobrze, że niektórzy milczą przez wieki. I nawet to, że czytam moich bohaterów jak żywe kartki wyrwane z książek, na tobie robi wrażenie niepodobne do innych. Wiesz dobrze, że twórca umiera, po sobie pozostawiając tylko dzieło. Żywa jest za to historia ludzi w nią uwikłanych, żywa inaczej, bo zapisana na papierze kredowym. Dlatego wszystko zapisuję. Ty, prokuratorze, tylko stąpasz po świecie zbyt cicho ze swoją dyplomatką pod pachą, ewentualnie konsumujesz miłość i odliczasz minuty do końca dnia. Plan się udał, kolejny raz postawiłeś zarzuty.
Lukrecja unosiła się wraz z ciężarem innych, za to prokurator pozostawał w swoim osobistym epicentrum.
– Całe swoje życie opierasz na architekturze pająka. I co z tego masz? Tkając nici, czekasz na następną muchę, która się w nie zaplącze?! Za to ja noszę klapki na oczach, aby nie widzieć much. Ale dziś to ty będziesz moim aniołem, więc zamienimy się rolami, jeśli tylko na to pozwolisz.
Prokurator zamknął akta, które od lat zajmowały jego najwyższą półkę, skupiając soczewki na mojej skromnej osobie i milcząco przytaknął.
– Postawiłam jedną z tysiąca tez, które się nie potwierdzą. Żyjesz? Doświadczasz? Otóż nie. Nie! Ty wiesz. Nie sądzę – ha, ha, ha, ha, ha. – Śmiech poprzez łzy wyrażał tragizm istnienia ludzi umieszczonych na kartkach zamkniętych w teczce.
– Czekasz na ich odpowiedź? Ta wiedza wystarcza ci na długie lata prokuratorze, może nawet na emeryturę. Gdyby tylko nie przytłaczająca świadomość końca czegoś, czego pragniesz, ale nie otrzymasz. Dla ciebie proza innych jest fikcją, dla innych zaś prawdą, często opartą na smutnej egzystencji. Wiesz, że tym razem jawię się jako adwokat w niewidocznej pozie. Fascynacja złem cię przeraża? Ale to nadal jest fascynacja. Wszelkie luki wypełniasz błahostkami, choć w swoim mniemaniu podwyższasz je do rangi zwycięstwa nad swoimi słabościami. Ty też jesteś żywym człowiekiem, czy tego pragniesz, czy nie! – Lukrecja zawiesiła głos, kiedy prokurator zdejmował okulary, przecierając je irchą.
– Konwenanse? Prokuratorze, nie praw mi poobiednich morałów, i uważaj, aby się nimi nie zadławić w trakcie posiłku.
– Lukrecjo, a czym są konwenanse w towarzystwie złodziei, tyranów i prostytutek, jeżeli nie eleganckim wysuwaniem zarzutów?
– Tak, wiem, i dlatego nawet ta wyszukana forma jest w pewnym sensie przerażająca.
– Ty Lukrecjo, nie masz się czego obawiać.
No i znowu wpadłam w twoje pajęcze sidła. Usiadłeś naprzeciw mnie, a ja przez krótką chwilę milczałam, chociaż wciąż miałam ci tyle do powiedzenia. Za to ty, mówca wyalienowany, patrzyłeś to na moje półnagie ramiona, to na dekolt, swoim pożądliwym wzrokiem rozbierając mnie na części pierwsze. Moja garderoba, złożona z letniej sukienki i batystowego szalu, wydawała się nie istnieć. Czułam się wówczas chora, naga, i obdarta z wszystkiego, prawie obnażona z własnych myśli. Rozchyliłam usta i zamarłam z wrażenia, jakie na mnie wywierałeś. Tak, przyznaję się do popełnienia błędu, prokuratorze... Założyłam, że i ty coś czujesz, że jesteś jednak człowiekiem przez duże C. Kiedy w swoje delikatne palce ujmowałeś oprawki, pomyślałam, że chcesz czegoś więcej. Dlaczego? Nie wiem. Dzisiaj już nie wiem, ponieważ nie posiadam tych samych uczuć. Chciałeś chyba dostrzec w moich oczach miłość? Właściwie nie panowałam nad sobą, gdy następnego ranka zdejmowałeś z moich ramion sukienkę. Gorączkowo rozpinałam guziki twojej koszuli i wszystko, co stało się potem, było naszym wcześniejszym wyobrażeniem. Zdajesz sobie z tego sprawę? Patrzyłeś na mnie prawie tak samo jak w sądzie. Wówczas to w sercu poczułam smak pulsującego życia, prawdziwej personifikacji wiedzy dzielonej na półprawdę. Prawdę, której nie sposób wydobyć na światło dzienne inaczej, jak tylko poprzez słowo kocham – prawie jak krew płynącą w żyłach. Do dziś pamiętam ten na pozór nieśmiały, śmiertelny pocałunek, który stanowił absolut, pełnię złożoną z połączenia dwóch języków. Pełnię, której próbujesz doświadczać na nowo, rozchylając swoje usta ze zdziwienia i umierając pod każdym dotykiem i zapachem mojego ciała. Przyznaj, Apolinary, takie zespolenie nie może być kłamstwem, nawet, kiedy nie jest miłością, w co – śmiem rzec – wątpię. Cóż, kiedy żona nie jest brana w objęcia, znajduje zastępstwo?! Fluidy, Apolinary, tu jest klucz.
– Twoi pacjenci, Lukrecjo, mają zapewne takie dylematy?
– Apolinary, pomyśl, czyj to jest fałsz? Jak sądzisz? Nimfomanki i prostytutki wiedzą o wiele więcej od ciebie, a to ty je oskarżasz.
Prokurator odłożył swoją fajkę na stolik kawowy, spoglądając wymownie w mój dekolt.
– Wiesz, że ta zamiana ról powie mi prawdę, o którą się potykam jak o kłamstwo? Mów, bo chyba jednak nie znam natury kobiecej. Przynajmniej wystarczająco.
– Wiem. Spomiędzy jednego a drugiego oskarżonego może wydobyć prawdę, nigdy kłamstwo, bo ono zawsze stoi po dwóch stronach.
– To są prawdy subiektywne Lukrecjo. Stąd adwokaci, którzy prędzej skoczą sobie do gardeł, niż się pogodzą, chyba, że oskarżony na to pójdzie.
Oparłam się o twoje ramię, kiedy ty czule gładziłeś moje włosy. Z kobiecą naturą jest jak z kwiatami. Kiedyś przechodziłeś obok kwiaciarni, nie czując nawet ich zapachu, tylko zapach twojego wyobrażenia o mnie. Ach? Czy nie o to chodziło? Nie wiesz, jak to możliwe, a ja nie zdradzę ci tej tajemnicy. Ona jest w tobie, i to ty w całej swej nieświadomości skrywasz ją przed światem. Pragniesz jednej z tysiąca róż. To, co wydarzyło się przed laty, mogło wydarzyć się również teraz. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, która nas połączyła, ale twój dotyk uświadomił mi, że żyję, chociaż tego nie pragnę, i pozbywając się ciała, jestem wolna od uczuć, jak zapach benzoesu, tak żywiczny i wonny. Może to jednak miłość zabija? Dostrzegam błędy, których nie chcę popełniać, ale wciąż popełniam, bo są jakąś częścią mnie samej. Więc nie wiem, czyja to wina, i muszę spytać Boga podczas najbliższej modlitwy.
– Masz coś na swoją obronę, Lukrecjo? – twoje tęczówki wydawały się wibrować.
– Nie. Nie mam nic. Wyobraź sobie, że to Bóg stworzył kobietę, której pragnął mężczyzna. Więc ostatecznie to on ponosi za swoje dzieło jakąś odpowiedzialność, prawda?
– Dobra linia obrony – odparłeś. – No, no! Całkiem, całkiem.
Apolinary prowadził ze mną rozmowy, mające uświadomić mu nawiasowo zawartą myśl, pomiędzy oskarżonym a powodem.
– Pamiętasz, prokuratorze? To ja pierwsza wysunęłam swoje długie opalone nogi ku tobie. I zrobiłam to z całą świadomością kobiety dojrzałej. Zapaliłeś nagle papierosa. Co cię tak zdenerwowało? Nigdy nie palisz, a jeśli już, to okazyjnie.
– Sam nie wiem.
Apolinary oczywiście kłamał, wiedząc, że to kwestia uczuć.
– Wiem! – postawił zarzuty, których się spodziewałam. – To ty, ty jesteś wszystkiemu winna! Bo jesteś kobietą wyzwoloną!
Uśmiechnęłam się do siebie, jak do własnego lustra weneckiego, bo cóż mogłam więcej zrobić? Apolinary zdawał sobie sprawę, że wysuwa niektóre wnioski bezpodstawnie.
– To znajdź sobie mężczyznę! Znowu wysuwasz zarzuty pod adresem tego, czego najbardziej pragniesz? Ten papieros, czasem fajka – ech. Dlatego tylko ty jesteś winien. Nie oskarża się kobiety o to, że pachnie albo o to, że ma ładne nogi, prokuratorze. Twój grzech ma być moim?! Jeżeli mnie oskarżasz, powinieneś szukać kobiety uległej. Dostrzegam u ciebie niestety człowieczeństwo. I to w najgorszym wydaniu. Nie jestem kochana. I ty mi coś zarzucasz?
– Pozwolisz jednak, że pozostanę przy swojej marnej profesji i oskarżę cię, jako kobietę?
Ta gra nas podniecała i bawiła jednocześnie. Spojrzałam na prokuratora wyniośle i obrazoburczo.
– Jesteś jak matka i prostytutka w jednej osobie! – prokurator spojrzał na mnie wyjątkowo groźnie, spod brwi, które wyglądały prawie tak samo złowieszczo. Pomyślałam, że za chwilę wystrzeli spodnich błyskawice w moją stronę i będę musiała się pochylić, ale nie uklęknę, kiedy nie mam przed sobą Boga.
– A więc to tak? Mam z tobą nie sypiać? Czy może jestem tą drugą?! Chronisz mnie w ten sposób przed samym sobą? A może uważasz, że wszystkie niekochane kobiety powinny się obawiać mężczyzn? Masz rację, prokuratorze, stawiając mi tym razem zarzut fałszerstwa, które sam popełniasz! Nie mogę być pierwszą osobą w osobie drugiej. Tylko, że to ty jesteś temu winien! Przyznaj, kim dla ciebie jestem?
Smutny śmiech Lukrecji brzmiał prawie tragicznie. Nagle na twarzy Apolinarego pojawił się ironiczny uśmiech... Na jego bezlitosnej twarzy, którą Lukrecja ujrzała w całej okazałości.
– Chyba się mylę, albo chcę się mylić? Twoje uczucie nie jest ludzkie, Apolinary.
Znowu tajemniczo się uśmiechał.
– Więc nie mogę czuć, nie mogę pragnąć, czy nie mogę się równać z twoim ego, zbyt wielkim i samczym EGO? Chcesz rozporządzać moim ciałem bez szacunku?! – wykrzyczałam tak głośno, że prokurator spojrzał na mnie pytająco.
– Dlaczego krzyczysz Lukrecjo?
Prokurator opuścił nagle szerokie ramiona, prawie się pod nimi chowając.
– Ty, jako kobieta masz rację. Boże, co ja bym bez ciebie zrobił? Oskarżył te niewinne istoty o coś, czego pragną mężczyźni, co często wymuszają, albo o to, za co są gotowi zapłacić prawie każdą sumę.
– Czasem to cena małżeństwa, prokuratorze.
Apolinary wyglądał na zawiedzionego własną płcią.
– Tak, przyznaję. Mężczyźni najpierw wybierają, później rzucają, a jeszcze później oskarżają.
– Czy pieniądze za coś, czego pragniemy, się nie liczą? Niezbędnym dodatkiem do ubioru, niczym kwiatek w butonierce, kiedyś stawały się kurtyzany, nałożnice i prostytutki. Nazwa mało istotna, jak one same, prawda?
– Które, zauważ Lukrecjo, decydowały same o sobie. Więc nie chodzi o pragnienie mężczyzn, tylko o niezależność kobiet?
– Pieniądze to jednak środek do celu. A uczucia kobiet znacznie różnią się od uczuć mężczyzn. Kobiety wywalczyły feminizm nie po to, aby oskarżać siebie o to, co robią.
– Na to wygląda. Usprawiedliwianie zachcianek mężczyzn to paradoks, z którego chętnie korzystamy, przyznaję. – Apolinary znowu uśmiechał się jedną stroną swoich ust.
– Wiem, jesteście uprzywilejowani pod każdym względem, zwłaszcza płci. Kwestie etyki pozostawiam tobie, Apolinary.
Nagle jeden zapalony papieros wyprowadził mnie z równowagi, mnie – kobietę tolerancyjną.
– I może spróbuj rzucić te papierosy! Jesteś nierozwojowy? No, co tak na mnie patrzysz? Co robisz? Jeżeli tylko sam sobie, to.... Ale nie komuś, kto na to nie zasługuje. Nie bierzesz pod uwagę biernych palaczy?
– Wysoka sędzino, nie mam nic więcej do powiedzenia! To jest mój nałóg. A jak wiesz, z nałogiem walczą tylko religijni fanatycy, do których ja nie należę. W żadnym państwie nie ma prawa legalizacji zakazów tego, co złe, dlatego święty może stać się diabłem, jeśli pozwoli sobie na tego typu używkę i zda się na prawo wiary, polegające na wyrzekaniu się tego, co prowadzi do nałogów. To dobrze czy źle twoim zdaniem? – łuki brwiowe prokuratora triumfalnie uniosły się w górę, a jego czoło składało się z siatki zmarszczek mimicznych.
– To źle. Tym razem wyrzucę te papierosy na ulicę!
– Ach tak? Nie mogę poczuć wolności, dymu czy spalenizny? Bo tobie się to nie podoba? – ten sarkazm mnie przerastał.
– Tak, zabraniam ci, przynajmniej ze względu na dzieci. A na ulicy też obowiązują pewne prawidła, prokuratorze. Musisz liczyć się z innymi normami, czy zasadami. Tylko notoryczni przestępcy niczego nie biorą pod uwagę.
– Dobrze, więc będę palił tylko w miejscu dozwolonym, jeżeli wysoki sąd na to pozwoli? – Apolinary wyglądał w tej chwili co najmniej zabawnie, gasząc papierosa w kryształowej popielniczce. – I zgadzam się z tobą moja droga, ale muszę się poważnie nad tym zastanowić. Ja także mam swoje zasady.
Twój humor, Apolinary, był przerażająco wisielczy.
Apolinary nerwowo poprawił okulary na swoim rzymskim nosie.
– Chwileczkę, a gdyby okazało się, że rzuciłem nałóg?
– To wpuszczę cię do domu. Do mojego domu.
– Naprawdę??? Tylko, że być może ja do niego nie wejdę. Taki mam kaprys, małą fanaberię, ponieważ wysoki sąd ogranicza moją wolność – prokurator był sardoniczny.
– Ach tak? Więc proszę bardzo! Pal, ale zapamiętaj sobie, że anioły nie lubią palaczy. Bierność oznacza potępienie lub przyzwolenie, ale tylko silniejszy wygrywa.
Byłeś tylko o krok od powiedzenia: A nie mówiłem? Nie mówiłem, że jesteś jednak aniołem?
– Kobieta nigdy nie może równać się z mężczyzną, i nie może mu zabraniać? W zasadzie chyba niczego?
– Wiem Lukrecjo, nie może... – Apolinary znacząco przytaknął. – Z pewnością.
– Mówisz to per procura wszystkim kobietom?
– Tak, w czym jesteś niezwykle pomocna.
Usiadłam i spojrzałam w twoje oczy. Znowu je niebezpiecznie zwężałeś. Znam twoje myśli prokuratorze i zdaję sobie sprawę, że nie mogę ci czegokolwiek zabronić. Jesteś dorosłym mężczyzną, być albo nie być, chcieć albo nie chcieć jest ci znane. Jaka jest więc w twoim wyborze rola kobiety? Moja zgoda i twoja rodzi pewne owoce.
– Jaka jest więc rola kobiety? – prokurator czekał na wyjaśnienia.
– Rolą kobiety jest trwanie, niekoniecznie przy mężczyźnie, ale koniecznie przy dziecku, chyba, że go nie ma. Porównując mnie do kogoś, kim nie jestem, przypomniałeś mi coś, na co zwróciłam szczególną uwagę. Kupujesz biżuterię każdej kochance, z którą idziesz do łóżka, Apolinary. Ja nawet jej nie noszę od serca, czasem dla ozdoby mojego stroju. Aby się nie zagubić w tym trójkącie, mogę nosić ją jako nic niewarty szczegół lub przywiązywać do niej ogromnej wagi. Zdajesz sobie sprawę ze swojego czynu, zakładając mi na rękę bransoletkę wysadzaną diamentami? Czego tak naprawdę oczekujesz? Że pobiegnę z tobą za rękę tam, gdzie mnie zaprowadzisz? Nie. Przypuszczam nawet, że w takiej chwili nie jesteś mężczyzną, ale prawdziwym bałwanem, który topi się pod każdym cieplejszym kobiecym gestem. Może nawet zimnym bałwanem, który zniknie wraz z nadejściem wiosny, która rozkwitnie jak moja miłość wraz z pojawieniem się pierwszych pąków. Kto wie, prokuratorze? A jeśli tak, to czy naprawdę wystarczy ci przykleić do jednej z tych trzech śnieżnych kul oczy z węgla i marchewkowy nos? To ty mężczyzno z krwi i kości klękasz z pierścionkiem zaręczynowym przede mną, więc ta osobliwa biżuteria pozostanie na kobiecym palcu; i znowu role są odwrócone, nie sądzisz, nie-boska istoto? – ha, ha, ha, ha, ha. – Czy złoto oznacza, że jesteś złem koniecznym, które musisz przetopić dla swojego dobra? Nie, Apolinary, to nie może być prawdą. Bóg nie na darmo odwraca role – istnieje zatem dobro i zło w pojęciu ludzkim. W innym – społecznym wymiarze?
Lukrecja, wpatrzona w twarz prokuratora, tym razem wyrażała dezaprobatę dla zachowań mężczyzn, którzy jej zdaniem przestali rozumieć kobiety.
– Mam nadzieję, że pamiętasz zarzut pewnej nimfomanki, która ujęła waszą rozpustę co najmniej zabawnie. Cytuję: "Strzeż się siebie hipokryto". I oskarżyła cię o coś, czego sama pragnęła. Zresztą ty ją też. I nie chodziło o pieniądze. Ten tragikomiczny paragraf uświadomił mi, że każda sprawa nie jest przypadkiem, tylko wnioskiem. Ja przyglądałam się z boku, nie oskarżając ciebie ani jej, albo oskarżając was dwoje. Ostatecznie mogłabym odejść!
– Przedtem jednak dobrze się bawiła, moim kosztem! Oczywiście zdaję sobie sprawę Lukrecjo, że udawała, chcąc coś zyskać.
– I moim, z tobą w roli głównej. Nie żyjesz sam na tym świecie i nie jesteś kimś, na kim koniecznie mi zależy, ponieważ nawet nie toleruję dymu papierosowego, więc to nie ja błagam o twoje towarzystwo, Apolinary.
Znowu uniosłeś prawą brew.
– Jesteś sardoniczna, Lukrecjo.
– Zdaję sobie z tego sprawę.
– Wychodzę na wino. Nie dzwoń do mnie, bo i tak nie odbiorę.
– Nie zrobię tego – Apolinary był niewzruszony, kiedy dodałam – jestem twarda jak kamień, którym uderzam o ciebie jak o chodzący głaz.
Zerknął tylko z ukosa i wyszedł, niepotrzebnie trzaskając drzwiami. Nagle wrócił.
– Kobieta, która ustala reguły, ma twardy orzech do zgryzienia! Musi się liczyć z zarzutami.
To twardziel. Pomyślałam, że się ugnie, znowu stojąc przed lustrem w stylu rokoko. Ale nie, jak zwykle jest zawzięty. Wypali papierosa, zgasi go, depcząc niedopałek, i zatrze wszystkie ślady. Oprócz zapachu dymu.
Prawda, bez której nie potrafisz żyć i dla której umierasz – to ja. Krzyczałam w ciszy, która powoli obezwładniała moje wątłe ciało. Jakość życia, która nie pozwala ci dostrzegać jego piękna, to swoisty paradoks, ponieważ osiągnąłeś go dzięki swojej mrówczej pracy, poświęcając jej zbyt wiele minut, godzin, a nawet dni. Ukojenie znajdujesz w wyobraźni poruszanej za pomocą martwej natury. Bezbrzeżna przestrzeń to jednak luksus, na który możesz sobie pozwolić. Jedynym ograniczeniem jest prawda zarysowana w kącikach twoich wąskich ust. Smutny jest ten dzisiejszy poranek. Zdałam sobie nagle sprawę z miłości, dla której nie warto poświęcać swojego życia. A to, że nawet Bóg mnie potępi, nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Czuję się prokuratorze jak kula u twojej nogi. Całe szczęście, że nie przywiązana albo przyklejona, bo wtedy musiałabym i tobie współczuć. A współczucia nie pragnie nawet kaleka. Nie jestem twoją znienawidzoną żoną, Apolinary. Dlatego mimo wszystko cieszę się, że poznałam twoje prawdziwe oblicze i tylko od czasu do czasu wypijam z tobą kawę, mocną i czarną jak noc, dzieląc się rozmyślaniem nad istotą życia. Jesteś jego współtwórcą, cokolwiek to znaczy. Nie robisz sobie nic z nieszczęścia, jakim jest przypadkowe spotkanie dwóch ludzi, połączonych w jeden paragraf. Nie masz najmniejszego zamiaru ich rozdzielać, rozpoławiać czy osądzać, jak jednojajowych bliźniaków, którzy są na pozór tacy sami, tylko rodzą się w pewnym odstępie czasu. Co dwie głowy, to nie jedna, Lukrecjo. Od zawsze ujmowałeś sedno spraw zgodnie z łączącymi je paragrafami, co w głębi siebie podziwiam. Oczy są zwierciadłem duszy, dlatego nie lubię, kiedy patrzysz na mnie przez okulary. Nie dostrzegam tego, co mówisz. Słyszę, ale to ja jestem niewidoma, dobrze o tym wiesz Apolinary. Kto wymyślił okulary? Zdrowotny morderca, który w swej zachłanności życia chciał zobaczyć to, co ma tuż przed nosem, czy to, co wydarzy się w określonej odległości, a wszelkie koleje losu i tak go nie obchodzą. Tylko być może na niego uparcie i niecierpliwie czekają posłańcy losu. Siedziałeś w swoim pokoiku o zapachu pożółkłych kartek, składających się na tomy, i wyblakłych już czcionek. Nachyliłeś się ku mnie blisko, zbyt, znowu ujmując okulary w swoje wypielęgnowane dłonie. I prawie poczułam zapach migdałów – duszący i ciepły, rozszerzający nozdrza i wdzierający się wprost do duszy. Nie zdradzam się z tym uczuciem, ale napawam się nim od czasu do czasu, nachylając się nad tobą. Za każdym razem wdycham go jak powietrze, bez którego nie potrafię już żyć. To ty dajesz mi namiastkę wolności. Wracam do ciebie jak do raju utraconego. Raju, który równy jest okruchom dnia zbieranym z talerza tuż po śniadaniu lub po kolacji, zbyt ostrożnie, tak, aby się nie rozsypały. One są jak twoje nerwy, prokuratorze. Upuszczając talerz, wprost na podłogę, możesz zbliżyć się do nieba. Zatem wybieraj! Z każdym dniem jesteś bliżej mnie, jak narastająca tęsknota. Nie utrać jej przypadkiem, bo to właśnie ona nie pozwoli ci na swobodny ruch. A może jednak pozwolisz sobie na pozostanie w pustej kancelarii albo w pustym łóżku? Myślisz, że okruchy z twojego talerza wyparują jak kamfora, kiedy wrócisz do domu? Znam cię, nie zrobisz tego, wyrzucisz je do kosza, bo zbyt sobie cenisz komfortowe poczucie kontroli nad tym, co robisz, nad czystością swojego ducha, jak pościelą w sypialni.
Twoje wykrojone w kształt migdałów oczy robią na mnie o wiele większe wrażenie niż ten słodko-gorzki zapach. Rozszerzone zdziwieniem przypominają mi wystraszonego kota, który jednak potrafi godzinami czekać na swoją uciekającą mysz. Gładząc prawie pieszczotliwie swoje dłonie, oglądasz je wnikliwie, jak gdyby stanowiły jakąś zagadkę. Tylko dlaczego swoje, a nie moje? Oto pytanie na miarę krawca. Chyba nie jesteś ze mną szczery, ukrywając w dłoniach uczucia skierowane w zupełnie inną stronę. Pamiętaj o mojej profesji. O moim psychologicznym pojmowaniu pewnych zależności.
Apolinary, gdybyś wiedział, ile jesteś wart dla mojej zbłąkanej duszy, ale nie wiesz... Nie w tym momencie. Nie dzisiaj. – Odruchowo spojrzałam na zepsuty zegar stojący w kuchni. Czasem zaglądasz ciekawie w tę przestrzeń, jak w czarną dziurę. Pomiędzy pokojem, a korytarzem tkwi droga, którą próbujesz przemierzać. Ile kroków musisz wykonać, aby przejść to, co przejść musisz, pozostawiając na posadzce ślad swoich stóp? Kiedyś policzyłam i okazało się, że prawie dziesięć. Spoglądasz w moje oczy, na wskroś przenikając me ciało, i mą znękaną duszę. Co chcesz w nich zobaczyć? Zamykam często powieki pod ciężarem tego nieznośnego uczucia. Muskając mnie swoją dłonią po policzku, prawie zarysowałeś na nim palcem jakiś znak, jak rysę. Chciałeś mi przez to powiedzieć, że mogę wyglądać jak szklana, porysowana tafla? Po chwili, przykładając opuszek palca do moich ust, uciszyłeś mnie na tyle skutecznie, że zabrakło mi słów, które jak rwący potok mogłyby cię zaskoczyć. Ale to ty jesteś mistrzem tej karykatury, kiedy to razem pijemy naprędce zaparzoną czarną mocną espresso. Dobrze przynajmniej, że nie jestem uwięziona za kratami. Tam nie przełknęłabym ani jednej kropli kawy.
– Rozpalasz mnie – szepnąłeś mi do ucha.
Tak gorącego oddechu nigdy wcześniej nie czułam. Nagle zmiękły mi kolana i poczułam się jak szmaciana lalka niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu oporu.
Prokurator spojrzał na mnie spod ciemnych krótkich rzęs, wzrokiem pytając o ciąg dalszy tej wędrówki. W kąciku jego ust błąkało się niedowierzanie. I niby przypadkowo znowu musnąłeś moje palce o swoje. Dreszcz przepłynął mi przez wytężone ciało. Moja długa spódnica z koła zatańczyła w półobrocie. Wstając z krzesła, wykonałam ruch, którym mogłaby się poszczycić najlepsza baletnica. Odwróciłam twoją uwagę, ale nerw wciąż przebiegał po moim policzku i był na tyle widoczny, na ile to było możliwe. Tymczasem w uchu znowu pojawił się znajomy szept.
– Jesteś jak ułuda, często widuję cię w moim śnie. Mógłbym się z tobą kochać bez końca, ale nigdy ci tego nie powiem, Lukrecjo. Nigdy, obiecuję to sobie, ze względu na swoje uczucia.
Powiedział przy najbliższej okazji. Spojrzeniem wciąż pytał o drogę, a jego dłonie rozgrzewały moje serce. Dziś tylko cisza pozwala mi na wspomnienia.
Prokurator ujął wytwornie filiżankę w odwrócone kwiaty z mojej bawarskiej kolekcji.
– Gorąco tu.
– Wiem. Czuję.
Ponownie usiadłam obok niego na krześle, opierając się o wysoki zagłówek.
– Jesteś obdarta z wszelkiej refleksji, moja miła.
– To zarzut?
– Bynajmniej. Nic nie mówisz. Kiedyś wszystko miałaś pod kontrolą, a teraz zrzucasz maski.
– To teza?
– Nie, tak uważam.
– Nie odpowiem na ten zarzut per procura. Zastanów się dlaczego.
– Znowu mnie nie rozumiesz, mój drogi.
– Na pewno cię rozumiem, tylko żądasz ode mnie rzeczy niemożliwych.
– Dlaczegóż to?
– Dlategó-ż – zrozumiałeś? – syknęłam jak prawdziwa jadowita żmija.
– Nie, tego nie można zrozumieć!
– To nie! W końcu człowiek, który umiera powoli i samotnie we własnym łóżku, przestaje cokolwiek czuć. I nic już chyba nie musi rozumieć! A maskę zakładam w pracy, tak samo jak fartuch!
– O tak, na pewno. – Apolinary znał moją empatię. Wiedział też, jak cierpią moi pacjenci. – Niewątpliwie, muszę się z tobą zgodzić. No cóż, ja wychodzę!
– Pozdrów matkę ode mnie, będzie jej to potrzebne.
Myślał o prawdzie i zdał sobie sprawę, że przeraziła go fascynacja złem, i bólem. Ja z tego samego powodu cierpiałam. Skąd to uczucie? Z zewnątrz – od wewnątrz? Nie wiedział. A może wiedział, tylko skrzętnie je schował w jakieś zakamarki. Coś go gryzło. Coś, czego nie zdołał później już przed nikim ukryć. Próbował uciec od wszystkich odpowiedzi, a to poważny błąd. Od moich niebieskich oczu. Od zapachu moich malinowych ust. Chciał odgonić wszystko, co o mnie wiedział, jak brzęczącą w swojej głowie muchę, i nie mógł. On – prawdziwy tytan wiedzy ujętej w paragrafach. Pomiędzy jego jednym, a drugim oddechem czy spojrzeniem wszystko znikało jak bańka mydlana, chociaż wydobywał na światło dzienne zazwyczaj to, czego inni nigdy nie dostrzegali. Nasze relacje porównałabym do wielkiej wskazówki zegara, który wciąż tkwi w obrocie i wszystko zdaje się nieskończonością.
– Wiesz, Lukrecjo, twój urok jest męczący. Nie mógłbym się skupić w twojej obecności na swojej pracy.
– A to dlaczego?
– Przecież powiedziałem.
Złapałam się na spojrzeniu w lustro w stylu rokoko. – A co we mnie widzisz?
– Sam nie wiem. Kolor oczu i kształt twoich ust.
– I to ci wystarczy za wszystko? Ja nawet nie jestem piękna.
– I to jest twoim największym atutem! – Apolinary prawie wykrzyknął.
Uniosłam brwi i spojrzałam na niego jak mała dziewczynka.
– Jesteś urodziwa, a uroda to coś, w czym można się zakochać. A twoje nadzwyczaj słodkie usta są wykrojone w kształt małego serduszka.
– Ach, naprawdę? Nie wiedziałam.
– Mnóstwo ludzi jest pięknych, ale nie dla mnie.
– Nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz. Uciekasz przed miłością, prawiąc mi komplementy Apolinary?
– Tak, kiedyś, kiedy będę miał czas, to się nad tą miłością zastanowię.
– Wiem, wiem. Pewnie pomiędzy jedną a drugą filiżanką kawy. Poczekam kilka miesięcy, może lat, a potem zobaczę – ha, ha, ha, ha. – Zbyt wiele kobiet krąży wokół twojej skromnej osoby, Apolinary.
Znowu uśmiechnął się ironicznie.
– Pocałuj mnie.
Prokurator spoglądał wyzywająco i kusząco swoimi oczyma w kształcie migdałów. Zarumieniłam się. Sama nie wiem dlaczego, znając już jego karminowe, zacięte usta. Położył głowę na moich kolanach. Nachyliłam się nad nim, muskając jego wargi. Mój pocałunek był chłodny, a dotyk go zmroził i gwałtownie odskoczył.
– Co to za pocałunek? Zbyt krótki, zbyt delikatny i...
– I jaki?
– I taki, jakby to ująć? Nazbyt infantylny.
Wydawało mi się, że kpi sobie ze mnie.
– Może dlatego, że to ty mnie powinieneś całować?
Usiadł i przyglądając mi się badawczo, odpowiedział:
– Tak, w zasadzie tak.
Miałam rację, bo to moje usta były dla niego najwyższej próby afrodyzjakiem. Poczułam irracjonalny strach. Mój oddech stał się głębszy, krótszy i prawie urywany. O mało co nie zemdlałam. Jego język musnął moją górną wargę, prześlizgując się na dolną, którą rozchyliłam na moment, który prokurator natychmiast wykorzystał. Wsunął mi swój język w rozchylone usta, a kiedy wdarł się we mnie, przez chwilę nic nie czułam, nie miałam kontroli nad sobą. Byłam oszołomiona. Po tej krótkiej chwili jednak rozkosz wydała mi się na tyle słodka, że mogłabym nawet umrzeć w jego objęciach. Zawirowało w mej głowie, bo nasze języki splatały się niebezpiecznie. Poczułam jego męską siłę, jak falę uderzającą o brzeg. Odchylając się do tyłu, spowodowałam jego natarcie.
– Tkwimy w tym po uszy – szepnął, zsuwając moją kwiecistą sukienkę na podłogę.
To, co wydarzyło się później, było największą i najniebezpieczniejszą grą fantasy, filmem krótkometrażowym, acz w poruszającym wydaniu.
– Nie, znowu to robisz – próbowałam wyswobodzić się z jego objęć.
– Coooooo? – wymruczał jak kot.
– Jak to co?! Próbujesz mnie zniewolić! Namówić na coś, na co w tej chwili nie mam ochoty!
– Tak? Tego nie zauważyłem.
Mój opór wydawał się słaby jak wiatr, w tym momencie byłam tylko źdźbłem trawy. Apolinary jednak znowu unosił swoje brwi.
– Jesteś małostkowa i drobnomieszczańska.
– Wystarczy drobnomieszczańska.
– Twoja droga, prokuratorze, jest zawiła. Zupełnie nie mogę zrozumieć, jakim cudem tu trafiłam? – uniosłam zdziwiony wzrok w zdumieniu.
– Na pewno przyleciałaś na swojej miotle – prokurator nieznacznie się uśmiechnął. – Nie kłam, Lukrecjo.
– To jest realne. Nie tak dawno zamiatałam podwórko, obserwując unoszący się śnieg. Posądzasz mnie o czary?
– Tak, patrząc na ciebie czarodziejko prawie jestem gotów to zrobić. Ogranicza mnie tylko prawo. I to, że wybieram sam.
Apolinary wstał i spojrzał na mnie z ukosa. Znowu robił miny, których nie znoszę.
– Nie rób takich min! Wyglądasz jak kaczka albo pelikan.
– Ależ ty jesteś prawdziwa w tych swoich ocenach! Jak nikt, dosłownie nikt, potrafisz zamienić mój gniew w żałosny śmiech! – ha, ha, ha, ha, ha. – A złość szkodzi wszystkim! Dobrze wiesz.
Rzeczywiście, śmiech prokuratora miał smak goryczy.
– No cóż, to ty mnie tego nauczyłeś! – znów usiadłam na krześle. Założyłam nogę na nogę, maczając ciastko w gorącej kawie. Tym razem zastanawiałam się, jak powiedzieć prokuratorowi, że tak naprawdę do siebie nie pasujemy, albo pasujemy, ale nic nam razem nie wychodzi.
– Dzisiaj mnie nie będzie cały dzień. To ciężar mojego bytu, sama wiesz. Praca.
– Daruj sobie! Myślisz, że bez ciebie nie wytrzymam?
– Tak sadzę.
– To twój zawodowy nawyk, a ja pofrunę do mojego pałacu, jeśli pozwolisz. Mała sprzeczka nikomu nie zaszkodziła, wręcz przeciwnie.
– Nie dąsaj się, Lukrecjo– Apolinary odetchnął z ulgą.
To, że ten dzień był tak samo ponury jak mina prokuratora, nie wzbudziło we mnie żadnych uczuć. Czułam się z nich wyprana jak serwetka. Odliczałam minuty do wieczornego spektaklu.