Wstęp
Wstęp
Już jako uczeń szkoły podstawowej, zamiast pilnie się uczyć, namiętnie
czytałem horrory. Zawsze siadałem w ostatniej ławce i trzymając książkę
pod blatem, odpływałem wraz z bohaterami przesiąkniętych posoką
historii. Dziś myślę, że nauczyciele mogli podejrzewać u mnie początki
depresji, gdyż w tak niekomfortowych warunkach tylko z pochyloną głową
dało się cokolwiek dojrzeć, chyba jednak nie przeszkadzało im to za
bardzo.
Tak oto dzień w dzień wypaczałem swój młody umysł, dokarmiając go
regularnymi dawkami makabry. Stanowię jednak dowód na to, że nie każdy
młody człowiek, którego do reszty pochłania podobna literatura, zostaje
psychopatycznym mordercą lub osiedlowym sadystą, podpalającym dla
rozrywki dachowce.
Na początku lat dziewięćdziesiątych pod polskie strzechy trafili
znakomici twórcy grozy, tacy jak Stephen King, Clive Barker czy Graham
Masterton. Dziś, wchodząc do księgarni, widzimy na półkach coraz więcej
horrorów, a na ich okładkach coraz więcej rodzimych nazwisk. Jak widać,
czytanie w ostatniej ławce opowieści o żądnych krwi samochodach,
pałających żądzą mordu krabach czy indiańskich demonach przyniosło
konkretny plon.
Anima vilis to moja druga książka, a konkretnie - drugi zbiór
opowiadań. O ile przy tworzeniu pierwszego zbioru czułem się chwilami
jak żołnierz stąpający po polu minowym, o tyle pisanie zawartych tu
historii było dla mnie naprawdę dobrą zabawą - mam nadzieję, że równie
dobrą, co ich czytanie.
Obok wiedźm i leśnych demonów natkniecie się tu na kosmitów, żądnego
krwi Świętego Mikołaja, a nawet będziecie świadkami apokalipsy. Pojawi
się też Stasiek - postać znana z opowiadań Było sobie życie (z mojego
pierwszego zbioru) i Przesiadka.
Zanim zaproszę do lektury - jeszcze krótka wskazówka: opowiadania Anima
vilis, Przeznaczenie znajdzie drogę, Biwak i Losu dopełnienie są
ze sobą, mniej lub bardziej, fabularnie splecione, dlatego warto je
czytać w tej właśnie kolejności.
Życzę bezsennych, mrocznych nocy, podczas których wraz z moimi
bohaterami udacie się do krainy, gdzie las nie jest zwykłym lasem,
ludzie - zwykłymi ludźmi i lepiej mieć się na baczności przed tym, co
wydaje się przyjazne...
Rozdział I
I
Sześcioletnia Martynka leżała w swoim łóżeczku, opatulona pościelą w kolorowe motylki. Nie mogła zasnąć. Nie pomagała nawet lampka, włączona
specjalnie, by odgonić potwory. Dziewczynka usiadła i z naburmuszoną
miną zaczęła uważnie rozglądać się po pokoju. Patrzyła, szukała, lecz
nigdzie nie było żadnych owieczek. A przecież tato zawsze mówił, że gdy
nie można usnąć, najlepiej liczyć owce.
Ach, ci dorośli. I jak im wierzyć? Sami nie wiedzą, co mówią, a potem
twierdzą, że to ona ma wybujałą wyobraźnię - pomyślała dziewczynka.
Martynka zsunęła się z łóżka, podeszła do półki i wzięła z niej swego
ukochanego misia Maurycego.
- Co, Mauryś? Ty też nie możesz spać?
Gdy lampka rzuciła światło na pluszowy pyszczek Maurycego, miś błysnął
porozumiewawczo szklanym okiem.
- No to chodź do mnie - zaproponowała, zabierając pluszaka do łóżka.
Martynce bardzo podobało się imię misia, choć Justynka z parteru mówiła,
że Maurcy to imię dla kota. Kiedyś przyjechała do nich w odwiedziny
ciocia Andżelika. Gdy dziewczynka przedstawiła jej Maurycego, ta
gwałtownie zbladła, a potem zaniosła się płaczem. Mama opowiadała
później, że ta ciocia miała kiedyś siostrę bliźniaczkę, jakby drugą,
dokładnie taką samą ciocię, i ta siostra umarła. Powiedziała też, że
taki jeden Maurycy był dla tej siostry bardzo niedobry - to dlatego
ciocia Andżelika tak się rozpłakała. Martynka nie całkiem rozumiała tę
historię, ale pomyślała, że ciotki bywają naprawdę dziwne. Postanowiła
też, że jak ta ciocia znowu ich kiedyś odwiedzi, to powie jej, że miś
nazywa się Adaś, żeby już więcej nie musiała płakać. Ale naprawdę
Maurycy pozostanie oczywiście Maurycym.
- Mamusia powtarzała, co prawda, że kłamać jest be - westchnęła ciężko
dziewczynka, spoglądając na wiszący nad łóżeczkiem obrazek z brodatym
panem, któremu świeciła się głowa - ale ja, proszę Pana Jezuska,
naprawdę nie mogę inaczej.
Pan Jezusek milczał, więc Martynka uznała, że chyba nie będzie miał nic
przeciwko temu, aby w tak wyjątkowych sytuacjach troszeczkę skłamała.
Tak tylko ciutkę. Ociupinkę.
- Wiesz, Mauryś, chyba muszę poważnie porozmawiać z rodzicami -
powiedziała dziewczynka, zaglądając głęboko w nieruchome misiowe
paciorki. - Justynka z parteru ma już taką małą siostrzyczkę, może się z nią bawić i przebierać. No i wiesz... ja też chciałabym mieć taką
siostrzyczkę. Rodzice muszą ją wreszcie zamówić u pana bociana!
Masz rację, Martynko, musimy z nimi o tym bardzo poważnie porozmawiać -
w wyobraźni dziewczynki zawtórował pluszowy głosik misia, który wbijał w dziewczynkę nieruchome, szklane spojrzenie.
- Fajnie, że też tak myślisz - odparła. - Dobrze mieć w kimś
zrozumienie. To teraz spróbujemy się ululać.
Położyła misia na poduszce obok swojej główki i troskliwie okryła
kołdrą. Leżeli tak razem, patrząc w milczeniu w sufit. Martynka wciąż
szukała owieczek do liczenia, gdy nagle jej wzrok padł na dostojnie
przemierzającego biały bezkres pająka.
- O! Patrz, Maurycku, jaki sześcionóg idzie na spacerek!
Aj! Martynko, to nie sześcionóg, tylko ośmionóg. Ma przecież osiem
nóżek! - pouczył ją miś.
- No dobrze, niech będzie ośmionóg. Myślisz, że tak łatwo policzyć z takiej odległości? - usprawiedliwiła się Martynka, skupiając się
jednocześnie na śledzeniu dalszych poczynań niczego nieświadomego
pająka, który w tej chwili dziarsko zmierzał ku firance, by już za
moment całkowicie za nią zniknąć.
- Co, misiu, nadal nie możemy zasnąć? - Martynka zagadywała pluszowego
przyjaciela. - To ja może zgaszę to światło na potwory. Po ciemku
łatwiej zaśniemy. Tylko obiecaj, że jakby co, to mnie obronisz. -
Zrobiła poważną minę. - Dobrze? - Wyciągnęła rączkę, wahając się jeszcze
przez moment, po czym wyłączyła lampkę.
Przez krótką chwilę otaczała ich aksamitna ciemność, lecz już po kilku
sekundach oczy dziewczynki przyzwyczaiły się do nowych warunków i okazało się, że tak naprawdę w pokoju panuje przyjemny półmrok.
Przez okno leniwie sączyło się słabiutkie światło ulicznych latarni, a i zimowe niebo było dość jasne, jak na środek nocy.
Dziewczynka obróciła się na bok - ale tak, by być plecami do ściany, i przytuliła mocno do misia, niczym do tarczy mającej ochronić ją przed
potworami. Zawsze tak się kładła, tak czuła się bezpieczniej. W końcu
nikt nie chciałby mieć za plecami groźnego stwora.
Chociaż pierwszy raz w życiu miała zasypiać po ciemku, czuła, jak powoli
ogarnia ją spokój. Przyjemna, miękka pościel otulała ją szczelnie, a bródkę łaskotał milutki plusz misia. Robiło się coraz cieplej, coraz
bardziej błogo. Myśli zaczęły leniwie dryfować. Była już o krok od
otwartych na oścież wrót do krainy sennych baśni, gdy ze świata jawy
dobiegł ją przeraźliwy dźwięk. Coś za oknem głośno charczało!
Martynka zerwała się i odwróciła w kierunku, z którego dobiegał okropny
odgłos. Z niedowierzania przetarła zaspane oczy drobnymi piąstkami. Za
oknem unosił się w powietrzu zaprzęg, a w nim siedziała duża brodata
postać w czerwonych szatach.
- O ja, Mikołaj! - wykrzyknęła zachwycona dziewczynka i już miała się
rzucić do okna, by je otworzyć i wpuścić poczciwego gościa wraz ze
wszystkimi prezentami, które z pewnością dla niej miał, gdy spostrzegła
coś jeszcze - coś, co zmroziło jej krew w żyłach.
Sanie zaprzęgnięte były w renifery... Ale to nie były renifery! Może
trochę je przypominały, ale ich łby... nie były łbami reniferów, tylko
wielkich psów! Jedno ze stworzeń odwróciło nagle głowę w stronę
Martynki, spoglądając jej prosto w oczy. Miało pysk jej pieska Maksia!
Lecz nie taki, jaki zawsze znała i kochała, ale przerażający -
błyszczące, pokryte bielmem ślepia, wykrzywiony, nienawistny grymas i ściekająca z pyska śluzowata maź. A do tego ciało potężnego renifera!
Martynka struchlała. Tymczasem Mikołaj, bez najcichszego nawet
zgrzytnięcia, otworzył okno jej pokoju i złapał za brzeg parapetu.
Ujrzała łykowatą, kościstą łapę, uzbrojoną w długie na kilka
centymetrów, brudne i poskręcane pazury. Dziewczynka chciała krzyczeć o pomoc, ale głos utkwił jej w gardle, a z ust wydobył się tylko bardzo
cichy dźwięk - ni to szept, ni to pisk.
Zjawa tymczasem jednym ciężkim susem wskoczyła do pokoju i odwróciła się
w kierunku łóżeczka, na którym siedziała roztrzęsiona Martynka. Spod
czerwonego kaptura było widać tylko przepastną, przerażającą czerń.
- Maurycy... - wyszeptała dziewczynka, szukając po omacku misia na
pościelowej łące, na której nawet motyle zastygły w bezruchu.
Odpowiedziała jej jednak grobowa cisza - zupełnie jakby i czas zatrzymał
się przerażony.
Wzdłuż kręgosłupa Martynki trupim chłodem ześlizgnęły się ciarki,
mięśnie zastygły, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu, a serduszko, jak
małe oszalałe zwierzątko, rzucało się, jakby chciało uciec z jej drobnej
piersi. Z odrętwienia wyrwało ją dopiero głośne, chrapliwe warknięcie
renifera z psią głową. Krzyknęła, odskakując do tyłu, aż pod samą
ścianę. Wciskała się w nią najmocniej, jak się tylko dało. Zapomniała
nawet o Maurycym, który leżał teraz gdzieś obok, okopany w kolorowej
pościeli, zamiast bronić swój towarzyszki. Martynka z każdym krokiem,
który mroczny przybysz stawiał w kierunku jej łóżeczka, boleśniej
zdawała sobie sprawę z tego, że miś jej nie obroni.
Dziewczynce zabrakło tchu, rączki ścisnęły pościel tak mocno, że aż
wszystkie kostki zbielały. Zjawa pochyliła się i dziewczynka poczuła
ohydny smród, przywołujący na myśl rozkładające się zwłoki. Sękate ręce
chwyciły za kaptur i zrzuciły go na garbate plecy. Na stopy dziewczynki
posypały się kawałki pokruszonych paznokci. Głowę Mikołaja rozświetlała
dochodząca zza okna nikła łuna ulicznej latarni. Widok był tak okropny,
że dziewczynką wstrząsnął niemy dreszcz. Tuż przed jej drobną twarzyczką
tkwiła szara, pomarszczona twarz starca. Skóra odchodziła z niej
płatami, a jeden z policzków raził czernią pokrytej ropą dziury. W uchylonych lekko ustach zjawy kłębiło się tłuste białe robactwo.
Martynkę przeszywało zimne, ostre spojrzenie czarnych jak smoła źrenic.
W pewnym momencie dziewczynka z przerażeniem rozpoznała te oczy, po
chwili osuwając się w bezdenną ciemność. Spadała. Coraz szybciej i szybciej. Wreszcie jakaś niewidzialna siła z impetem pchnęła ją ku górze
i zaczęło się robić coraz jaśniej. Martynka zdała sobie sprawę, że
siedzi na czymś miękkim, a przez jej zamknięte powieki przebija
jasnopomarańczowe światło. Zdezorientowana, z sercem ciągle bijącym jak
młot, ostrożnie otworzyła oczy. Siedziała na własnym łóżeczku z pościelą
w motylki. Lampka na potwory świeciła, oblewając pokój ciepłym blaskiem.
Nie było żadnego Mikołaja! To był sen - tylko straszny sen!
W oddali na szafce siedział Maurycy, wpatrując się swymi martwymi
paciorkami gdzieś w nieprzeniknioną dal. Powinna czuć się bezpiecznie.
Powinna się uspokoić. Była u siebie, a straszny Mikołaj okazał się
przecież tylko senną marą. Mimo wszystko czuła, że coś jest nie tak.
Miała wrażenie, że ktoś jest w pokoju. Chociaż nikogo nie widziała, była
pewna, że ktoś ją obserwuje. Zrobiło jej się zimno.
Jak ktoś jest niewidzialny, to nie może mieć dobrych zamiarów. Gdyby był
dobry, nie miałby powodu udawać, że go nie ma - pomyślała zaniepokojona
i spojrzała na święty obrazek wiszący nad łóżkiem.
- Panie Jezusku, proszę, wygoń tego kogoś, dobrze? - wyszeptała
żarliwie.
Ale Pan Jezusek milczał niewzruszony i najwyraźniej nie miał zamiaru
wysłuchać jej prośby.
- Proszę, nie pozwól mnie skrzywdzić.
Zaczęła się modlić, tak jak uczyła ją mamusia, i nie zauważyła nawet,
jak z jej ust wraz ze słowami gorącej modlitwy zaczęła wydobywać się
para. Zacisnęła mocno powieki i szeptała dalej. Tylko to może ją teraz
ocalić. Mamunia zawsze powtarzała, że najlepszą bronią na nocne potwory
jest właśnie modlitwa. I nie chodziło o byle jakie potwory, jak te z telewizora, pokrzykujące jeden przez drugiego na skraju muszli
klozetowej. O nie, takich stworów Martynka się nie bała. Przerażały ją
takie, których nie można zobaczyć, a wiadomo, że są, i takie jak ten,
który przyszedł do niej w tym niedobrym śnie. Dziewczynka wiedziała, kim
był Mikołaj, choć wolałaby tego nie wiedzieć. Bała się też reniferów z psimi łbami, a już najbardziej przeraził ją ten z głową Maksia.
Dziewczynka poczuła bolesne ukłucie gdzieś w środku. Czyżby to była kara
za to, co zrobiła?
Rozdział II
II
To było prawie cztery lata temu. Po wylaniu morza łez, wielu krzykach i buntowniczym tupaniu nogami wreszcie udało się Martynce osiągnąć swój
cel. Rodzice obiecali, że kupią jej upragnionego pieska.
W końcu skoro Justynka z parteru może mieć pieska, to dlaczego ona,
Martynka, miałaby nie mieć swojego? Mamusia dość szybko się zgodziła,
tatko był bardziej oporny, ale w końcu ujęła go przymilaniem skropionym
krokodylimi łzami. I stało się - w urodzinowym prezencie Martynka
dostała słodkiego kundelka o wiecznie wilgotnym nosku. Był cały puchaty,
zupełnie jak jej Maurycy! A jak rozkosznie fikał po mieszkaniu! Przez
pierwszy miesiąc świata poza Maksiem nie widziała. Wychodzili razem na
spacerki - oczywiście w asyście taty, który za tymi spacerkami
najwyraźniej nie przepadał, zwykle szybko namawiając dziewczynkę i jej
czworonożnego pupila do powrotu do domu. Niestety, obowiązek ten
spoczywał na tacie, ponieważ zawsze, gdy tylko zbliżała się pora
spaceru, mamę albo bolała głowa, albo miała do załatwienia COŚ PILNEGO.
Ponieważ Martynka zauważyła, że spacery z Maksiem nie sprawiają tacie
tyle przyjemności, co jej, wymyśliła, jak mu te wyprawy umilić.
Wiedziała, że tatko lubi czytać gazety, więc za każdym razem, gdy
przychodziła pora spaceru, namawiała go, by zabrał ze sobą coś do
czytania. I tym oto fortelem zawsze udawało jej się wydłużyć
pięciominutowe wyjście do półgodzinnego spaceru. Tatko siadywał wtedy na
ławce, rozkładał gazetę, a ona i Maksio mogli hasać do woli. Kilka razy
hasali nawet razem z Justynką z parteru i jej pieskiem Furbim, lecz
ponieważ Justynka cały czas wymądrzała się, że jej Furbi jest "bardziej
kochanieńszy", "lepsiejszy" i "bardziej ładniusiutki" od Maksia,
Martynka postanowiła, że na tych kilku razach wspólne hasanie należy
zakończyć. Poza tym dziewczynka była przekonana, że to Maksio jest
najwspanialszym, najładniejszym i najmądrzejszym psem na świecie.
Naprawdę wyjątkowym! Ale z czasem okazało się, że nic, co dobre, nie
trwa wiecznie.
Po trzech i pół roku mały Maksio wyrósł na Maksa, całkiem sporego psa.
Martynka, która dorastała razem z nim, uznała wtedy, że skoro jest już
taki duży, to musi go nauczyć aportować. I wtedy właśnie zaczęły się
pierwsze problemy. Pewnego dnia na wspólnym spacerze dziewczynka
pomachała psu przed nosem patykiem i rzuciła nim z całych sił, jak
najdalej, krzycząc: Aport, aport! Maks tylko wystawił jęzor i przekrzywił łeb. Wpatrywał się w nią z durnym wyrazem pyska, jakby się
nagle mocno cofnął w rozwoju. Nie spodobało się to dziewczynce.
Zmarszczyła brwi, oparła ręce o boki i rzuciła pupilowi groźne
spojrzenie. Zdezorientowany Maks szczeknął dwa razy, jakby się
wystraszył, że jego pani coś się stało.
- Aport! - krzyknęła głośniej, pokazując palcem przed siebie.
W tym momencie Maks podskoczył i złapał zębami za rękaw jej bluzy,
uznając to za świetną zabawę. Nie chciał puścić, szarpiąc tak długo, aż
Martynka musiała zawołać tatę. Ten uderzył psa dwa razy smyczą po zadku,
dając mu wyraźnie do zrozumienia, że to nie przelewki. Maks pokornie
podkulił ogon i zaczął skamleć, w ten sposób kończąc pierwszą lekcję
dorosłej tresury.
Przy kolejnej próbie sytuacja praktycznie się powtórzyła, z tym tylko
wyjątkiem, że Maks wiedział już, czym grozi zabawa w polowanie na rękaw,
i uznał najwidoczniej, że jego pani musi chodzić o coś zupełnie innego.
Gdy podążając wzrokiem za palcem Martynki, ujrzał w oddali innego psa,
doszedł do wniosku, że pani chce, by ją przed nim bronił. Posłusznie
ruszył więc do ataku, groźnie poszczekując i szczerząc kły.
Martynka była kompletnie zdezorientowana, gdy zobaczyła, że Maks,
zamiast biec po rzucony kijek, galopuje w kierunku Furbiego i rzuca mu
się do gardła. Na trawniku powstała potworna ujadająco-
-skamląco-popiskująca kotłowanina. Po kilku sekundach do kotłowaniny
dobiegła Martynka, a w krok za nią, cała bordowa na twarzy, Justynka z parteru z okrzykiem:
- Zabieraj tego pchlarza od Furbiego!
- Pchlarza?! - Martynka nagle zapomniała, że przybiegła tu ratować
Maksia, i rzuciła się na Justynkę, okładając ją gdzie popadnie. Po
chwili obok ujadającej kotłowaniny psów pojawiła się druga,
piszcząco-krzycząca, wzniecająca prawdziwe tumany kurzu.
I tak próba szkolenia Maksia spełzła na niczym. Martynce dostało się od
rodziców i musiała przeprosić Justynkę z parteru, choć wcale nie miała
na to ochoty. Cięgle była zła za to, że ktoś obraził jej pieska, nawet
jeśli nie był już taki mądry jak kiedyś.
Po tamtym wydarzeniu Maks już nigdy nie nauczył się aportować, a na
dodatek coraz częściej działał Martynce na nerwy. Z biegiem czasu
zaczęło mu śmierdzieć z pyska, więc gdy siadał i wpatrywał się w nią,
jak dawniej, posapując z wywalonym na wierzch językiem, dziewczynce
robiło się niedobrze i musiała go przeganiać. Jak na złość Maks musiał
uznać to za nowy rodzaj zabawy, bo już po chwili znowu przy niej
siedział. To już nie był ten sam piesek, którego pokochała dziewczynka.
Coraz mniej miała też ochotę na wspólne spacery. Teraz zajmował się tym
już sam tato Martynki - tym bardziej że od kilku tygodni Maks zaczął
domagać się spacerów o wpół do szóstej rano, kiedy dziewczynka jeszcze
smacznie spała.
Ale najgorsze były nocne napady Maksia. Z początkiem maja pies, zupełnie
bez powodu, budził się w środku nocy, popiskując, warcząc i szczekając
niecierpliwie. A na początku czerwca Maksia już nie było...
Dwa dni przed tym, jak zniknął, przelała się czara goryczy. Maks
brutalnie zagryzł Agatkę!
Pogryzł jej nóżki. Pogryzł rączki. Zerwał zębami i poszarpał w strzępy
całe ubranko. Pogryzł brzuszek, a na końcu odgryzł głowę. Martynka była
zrozpaczona i wściekła. Jej pies! Jak mógł zrobić coś tak okrutnego!
Wiedziała, że Agatka tego nie przeżyje. Wiedziała, że nie da się jej
uratować.
- Ty durny pchlarzu! - krzyczała głośno, a po jej policzkach ciekły łzy.
Wiedziała, że do końca życia nie daruje mu tej strasznej zbrodni.
Pies kulił się wystraszony pod gromami, jakimi ciskała w niego pani.
Pierwszy raz w jego krótkim życiu dziewczynka go uderzyła. Nie wiedział,
co się dzieje, czuł jednak, że zrobił coś naprawdę okropnego.
Martynka wyszarpała szczątki Agatki z psich szczęk i wycedziła
lodowatym, przesyconym jadem i łamiącym się głosem: - Ty durniu!
Nienawidzę cię! Wynoś się stąd! Już nie jesteś moim psem! - Odwróciła
się i wybiegła z pokoju, tuląc do piersi zniszczoną lalkę. Cały dzień
siedziała w swoim pokoju, płacząc tak bardzo, że nawet rodzice nie
potrafili jej uspokoić.
Później nadszedł piątek, trzeciego czerwca. Martynka, chociaż dopiero
kończyła przedszkole, zapamiętała tę datę bardzo dobrze. Tatko odebrał
ją wtedy ze świetlicy. Był dziwnie milczący. Nie pytał, jak co dzień, co
się działo, co rysowała, w co się bawiła albo co jadła na obiadek. Nie
pytał o nic.
Gdy już znaleźli się w domu, tato posadził Martynkę na łóżeczku,
przykucnął naprzeciwko niej i ze strapioną miną spojrzał jej głęboko w oczy.
- Córeczko, Maksiu wybrał się w daleką podróż... - zaczął niepewnie.
- A dokąd, tatku?
- Postanowił pojechać do Pieskowa, to taka kraina piesków. On ma
tam rodzinę i pojechał ją odwiedzić. Całkiem możliwe, że tam zamieszka -
zawiesił na chwilę głos. - Prosił, by cię pozdrowić.
- Aha, rozumiem - odparła Martynka, choć tak naprawdę nic z tego nie
rozumiała. Czuła jednak, że tatko nie mówi jej całej prawdy. Maksio
opuścił dom, bo powiedziała mu, że go nienawidzi, bo kazała mu się
wynosić. To przez nią odszedł, to wszystko jej wina!
Wiele razy od tamtego letniego dnia dziewczynka wspominała swojego
pieska i za każdym razem łzy cisnęły jej się do oczu. Tak bardzo chciała
go przytulić i przeprosić, powiedzieć, że wcale tak nie myślała, że
powiedziała tak tylko w złości. Pal sześć lalkę i nocne szczekania,
byleby tylko wrócił! Ale Martynka wiedziała, że Maks nie wróci.
Wiedziała, że już nigdy go nie zobaczy. Od tego czasu zawsze, gdy
klęczała przed świętym obrazkiem i odmawiała wieczorną modlitwę, na jej
końcu dodawała prośbę: I żeby Maksiowi było dobrze, gdziekolwiek teraz
jest.
Rozdział III
III
Ten cholerny kundel tym razem przegiął pałę! Zdecydowanie! Adamowi od
samego początku nie podobał się pomysł z kupnem psa, ale widząc łzy w oczach córki, zmiękł - zdarzyła mu się chwila słabości i obiecał
Martynce, że dostanie wymarzonego czworonoga.
I kupił. I pluł sobie codziennie w brodę, bo od tamtego czasu nie było
ani chwili spokoju. Adam zawsze był typem domownika, a tu trzeba było
dzień w dzień wychodzić z kundlem na spacery. Niejeden raz ten zapchlony
sierściuch rzucał się na inne psy i Adam, zamiast w spokoju czytać
gazetę, musiał interweniować. Im kundel był starszy, tym więcej stwarzał
problemów. Potrafił na przykład szczekać pół nocy, zupełnie bez powodu,
jakby się szaleju objadł!
Adam nigdy nie zapomni wielkiego wstydu, którego doświadczył podczas
obiadu z okazji urodzin jego żony Emilii. Na przyjęcie przyszło wielu
gości. Rodzina, przyjaciele, nawet szefostwo. Nikt nie zauważył, że
kundel wlazł pod stół. Zresztą, pół biedy, gdyby sobie tylko spokojnie
leżał. Ale nie, na tym się nie skończyło.
W trakcie drugiego dania, gdy Adam szykował się do wzniesienia
uroczystego toastu, poczuł upiorny smród wydobywający się spod stołu.
Niestety nie tylko Adam go poczuł. Na policzkach rozlał mu się palący
żar. Czuł, że goście są skonsternowani i ledwie powstrzymują się, by
czym prędzej nie wybiec na balkon.
Czuł na sobie te wszystkie oczy, wpatrzone w niego za zdumieniem - skoro
się czerwieni, wszyscy oni musieli pomyśleć...
Boże, co za wstyd!
Niektórzy goście zamarli w bezruchu, z widelcem zawieszonym w połowie
drogi, gdzieś między talerzem a ustami. Inni zmusili się, by przełknąć
jedzenie, które nagle utknęło im w gardle, a które jeszcze przed chwilą
pałaszowali w niemym, niemal orgazmicznym zachwycie.
Adam oczywiście wiedział, kto ponosi winę za tę towarzyską katastrofę -
ten cholerny kundel! Szczekliwa kreatura!
Schylił się i zajrzał pod stół. Chciał złapać gnidę za sierść i wywlec
skamlącego gnoja - pokazać wszystkim, kto jest odpowiedzialny za to, co
się stało, ale jedyne, co zobaczył, to las nóg i psi ogon znikający za
opadającym obrusem.
Ta zapchlona kreatura niepostrzeżenie wymknęła się spod stołu! Ale
jeszcze nie było za późno! Adam wyprostował się gwałtownie i jednocześnie z hukiem przygrzmocił głową w blat stołu. Rozległ się
odgłos przewracanej butelki i chlupot płynu. Ktoś krzyknął.
Gdy wreszcie wynurzył się spod fałd obrusu, zobaczył, jak starsza pani -
szefowa Emilii, bardzo szanowana i poważna jejmość - trzyma się ze
wzburzeniem za głowę, wlepiając wytrzeszczone oczy w szkarłatną plamę
wina rozlewającą się w zastraszającym tempie po śnieżnobiałej
wieczorowej sukni. Kątem oka dostrzegł tylko, jak ogon Maksa znika za
uchylonymi drzwiami jadalni.
Takiego wstydu, jak podczas tamtego pamiętnego przyjęcia, Adam chyba
jeszcze nigdy się nie najadł. Od tamtego czasu na poważnie zaczął
rozważać pomysł pozbycia się tej czworonożnej kreatury i jedyne, co go
powstrzymywało, to uczucia jego ukochanej córeczki, której zniknięcie
Maksia z pewnością sprawiłoby ból. I prawie już pogodził się z myślą, że
on i kundel są skazani na koegzystencję pod jednym dachem, gdyby nie
wydarzyła się rzecz niespodziewana. Sierściuch zagryzł Agatkę! Wtedy
Adam pierwszy raz usłyszał, jak Martynka krzyczy na psa. I choć z ust
jego małej, słodkiej córeczki wypływały okrutne i nienawistne słowa, w tej sytuacji były one prawdziwym balsamem dla duszy Adama, otwierając na
oścież furtkę do realizacji jego planu.
Przypomniało mu się, że kiedyś, jeszcze na studiach, kolega przy piwie
opowiedział makabryczną historyjkę o pewnej staruszce i jej pupilku
Franciszku - wyrośniętym rottweilerze, którego traktowała jak małego,
niewinnego psiaczka. Pewnego razu Franciszkowi coś odpieprzyło i bez
pardonu zagryzł swoją panią. Gdy po kilku dniach znaleziono zwłoki, ze
staruszki pozostał już tylko szkielet. Psisko tak się objadło, że gdy
policjanci wyważali drzwi, nie było się w stanie ruszyć.
A teraz Maks zagryzł Agatkę. Skąd u tego kundla taka nieuzasadniona
agresja? Jaka jest gwarancja, że następna nie będzie Martynka? Może od
lalek się zaczyna? Adam nie miał najmniejszego zamiaru poszerzyć
szeregów Klubu Zrozpaczonych Rodziców Zagryzionych Dzieci, nie miał
zamiaru łamiącym się głosem mówić do martwego oka kamery: Nie rozumiem!
On przecież tylko lalki rozszarpywał! To taka poczciwa psina była...
Dwa dni później, gdy Emilia wyszła do pracy, po drodze odprowadzając
Martynkę do przedszkola, Adam postanowił wprowadzić w życie swój plan.
Oczywiście trzeba go wywieźć jak najdalej - w końcu nie raz słyszał
historie o psach, które przebyły wiele kilometrów, by w końcu bezbłędnie
trafić do domu.
"Powrót mściciela II" - przed oczyma Adamowej wyobraźni pojawił się
stojący na tylnych łapach Maks, w przednich zaś trzymając dymiącą
pepeszę. Łeb miał przewiązany czerwoną chustą, na oczach okulary
przeciwsłoneczne, a z pyska luźno zwisał dopalający się pet.
- O nie, kolego, tym razem tak dobrze nie będzie - mruknął rozbawiony
Adam do własnych wizji.
Maks zaskamlał, patrząc na niego smutnym wzrokiem.
- To na mnie nie działa. Przegiąłeś, i dobrze o tym wiesz! A zresztą, po
co ja do ciebie gadam? - wymamrotał Adam, szykując pospiesznie kanapkę i starając się unikać zbolałego psiego spojrzenia.
Rozdział IV
IV
Najpierw Dziewczynka nakrzyczała na niego, a nawet go uderzyła, a teraz
Pan jest jakiś dziwny. Maks od szczeniaka wiedział, że duży człowiek za
nim nie przepada, ale tym razem było to bardzo wyraźne - niemal czuł
zapach tej niechęci.
Pan zapiął mu na szyi smycz, która zawsze ograniczała jego swobodę,
potem założył na siebie drugą skórę i wyszli z domu. Już po chwili byli
na dworze. Oczywiście Maks od razu poczuł potrzebę oznaczenia swojego
terenu, ale Pan pospiesznie szarpał za smycz. Maks nie potrafił
zrozumieć, czemu czasami mu to robią. Tak bardzo chciał pobiegać.
Chciał, by choć na chwilę puszczono go na trawę. Ale Pan go nie uwolnił,
wręcz przeciwnie, zaczął ciągnąć w przeciwnym kierunku. Po chwili
siedzieli w samochodzie, który kojarzył się Maksowi głównie z palącym
nozdrza dymem, nieprzyjemnym, duszącym zapachem i jednostajnym,
drażniącym słuch warczeniem. Nie lubił samochodów - czasami goniły go,
warcząc głośno. Ale teraz nie miał wyboru. Pan chciał, by wsiedli do
samochodu, i musiał mu się podporządkować. Maksa ogarnęły jednak złe
przeczucia. Zaskamlał cichutko, ale Pan nie zwracał na niego uwagi.
Zmęczony, zdezorientowany pies położył się i oparłszy łeb o łapy, usnął,
kołysany miarowym stukotem.
Śniło mu się, że jest w domu, lecz dziwny to był dom. Maks szukał
Dziewczynki, ale nigdzie jej nie było. Niby wszystko było na swoim
miejscu, nawet błyszcząca miska, w której każdego ranka znajdował pyszne
jedzonko, ale jego Pani gdzieś zniknęła - nie wyczuwał nawet jej
zapachu. A to bardzo dziwne - przecież nawet jak wychodziła tylko na
chwilę, zawsze czuł jej obecność, wszystko wkoło pachniało Dziewczynką.
Maks zapiszczał, wyraźnie zaniepokojony. Poczłapał w kierunku drzwi i schylił się, by wywąchać jakikolwiek zapach z mieszkania. Pociągnął
kilka razy nosem, ale nie było ani Dziewczynki, ani Pani, ani nawet
Pana... bardzo dziwne.
Zaszczekał. Cisza. Nic się nie wydarzyło. Stanął więc na tylnych łapach
i zaczął drapać pazurami drzwi. Zawył. Spodziewał się, że to coś da. I w końcu coś się wydarzyło, lecz nie to, czego się spodziewał.
Usłyszał hałas dobiegający zza okna. Odwrócił się, na wszelki wypadek
szczerząc zęby. W powietrzu unosił się dziwny pojazd, Maks nigdy
wcześniej takiego nie widział, zaprzęgnięty w dwa ogromne, czworonożne,
galopujące stwory. W środku siedział człowiek ubrany w czerwoną skórę.
Maks coraz szerzej otwierał ślepia w bezgranicznym zdziwieniu. W pewnym
momencie jeden ze stworów spojrzał w jego kierunku - miał srogą twarz
Pana. Maks wiedział, że Pan za nim nie przepada, ale wiedział też, że
jest niegroźny a na dodatek prawdziwy Pan miał całkiem miłą twarz. Twarz
stwora była natomiast przerażająca. Groźna! W dodatku szczerzył się do
niego w złośliwej parodii uśmiechu, pokazując szpiczaste, ostre jak igły
zęby. Brwi miał zmarszczone, a oczy przepełnione zajadłą nienawiścią.
Pojazd zniżył lot, coraz bardziej zbliżając się do okna pokoju. Maks
zapiszczał żałośnie i położył się na podłodze, wyciągając przednie łapy
przed siebie. Bał się, jednak nie spuszczał przerażonych oczu ze
zjawiska. Człowiek w czerwieni wstał. Wzdrygnął się, jakby strząsając z siebie wodę, i krzyknął:
- Ho, ho, ho! Ho, ho, ho!
Odwrócił się, wydając z siebie skrzekliwy rechot, i Maks mógł ujrzeć
miejsce, gdzie spodziewał się zobaczyć ludzką twarz. Lecz twarzy nie
było - skrywał ją fałd czerwonej skóry, a pod nim była tylko czerń, z której wyrastała długa biała sierść.
Maks cały dygotał. Chciał uciekać. Był sparaliżowany strachem, jakiego
jeszcze w życiu nie zaznał. Nie mógł ruszyć łapą, nie umiał zaszczekać.
Pozostało mu tylko czekać na to, co się wydarzy.
Okno otworzyło się bezgłośnie i przybysz wskoczył przez nie do pokoju.
Zsunął z głowy fałd czerwonej skóry i Maks ujrzał skrywane oblicze. Znał
tę starą twarz, skądś ją znał - kiedyś już widział tego człowieka! I wiedział, że z całą pewnością nie jest to dobry człowiek. Nie sposób
zapomnieć widoku zimnych jak lód oczu z czarnymi źrenicami smoły. Nawet
zapach - mimo że był teraz dużo intensywniejszy niż kiedyś i przemieszany z odorem śmierci - utwierdzał Maksa w przekonaniu, że się
nie myli.
Odór śmierci. Maks kiedyś podbiegł do leżącego na ziemi jeża. Śmierdział
dokładnie tak samo, a w małym kolczastym ciałku ucztowały białe robaki.
Zły człowiek wydzielał taki właśnie zapach jeża, ale jednak żył, co
udowadniał wzniecanymi co rusz tubalnymi okrzykami: "Ho, ho, ho!".
Maks zadrżał. Chciał skoczyć i zagryźć to coś, lecz łapy miał jak
skamienałe. Zapewne gdyby w pokoju była Dziewczynka, przemógłby się i ją
obronił. Lecz teraz był tu całkiem sam. Przybysz zrzucił z pleców na
środek pokoju wielki wór i zaczął w nim grzebać. W powietrze wzbił się
kurz, drażniąc nozdrza psa zapachem stęchlizny. Po chwili z czeluści
worka człowiek w czerwieni wyciągnął coś, co przypominało kości! Na
każdej była zawiązana pętelka z czerwonego materiału. Maks już kilka
razy widział takie pętelki i zawsze kojarzyły mu się one z czymś miłym,
z zapowiedzią czegoś dobrego. Tym razem jednak miał wrażenie, że nie
będzie to miły podarek - mimo że najwyraźniej były to kości.
Starzec rzucił mu gnaty pod nos i szczerząc przegniłe zęby, zakrzyknął
radośnie na odchodne:
- Ho, ho, ho! - po czym wrócił do swego pojazdu i już po chwili za oknem
znów było widać tylko sąsiedni blok - legowisko wielu ludzi.
Ciągle jeszcze dygoczący Maks obwąchał kości i zaskamlał żałośnie. Ich
zapach napełnił rozpaczą jego psie serce. Kości miały zapach Dziewczynki
i śmierci!
To były kości Dziewczynki... I wtedy się przebudził.
Otworzył oczy i ujrzał Pana, który zachęcał go, by wysiadł z powarkującego miarowo samochodu. Maks wyskoczył na zewnątrz, wciąż
jeszcze na wpół otępiały, i poczłapał wiernie za nogami dużego
człowieka. Po kilkunastu metrach przebudził się na tyle, by rozejrzeć
się dookoła. Otaczały ich drzewa, mnóstwo drzew - nigdy nie był w takim
miejscu, nigdy nie widział ich aż tylu. Delikatny niepokój połaskotał go
po podbrzuszu.
Dlaczego nie zna tego miejsca? Dokąd Pan go prowadzi? Gdzie jest
Dziewczynka?
Do psich nozdrzy docierały dziwne zapachy - większości z nich nie znał.
Przymknął oczy i skupił się, usiłując wychwycić coś znajomego.
Nagle Pan się zatrzymał. Maks wpatrywał się czujnie w jego nieruchome
nogi. Duży człowiek robił coś przy drzewie, przy którym stanęli. Gdy
skończył, odwrócił się i zaczął iść tam, skąd przed chwilą przyszli.
Maks posłusznie też się odwrócił. Czekał, aż Pan go zawoła, ale nic
takiego nie nastąpiło. Ruszył więc za nogami, lecz po chwili coś go
szarpnęło, uciskając boleśnie szyję. To była smycz. Ale dlaczego nie
daje mu iść, skoro Pan jest tam, a Maks tutaj? Przecież to Pan zawsze
trzymał jej drugi koniec! Serce przez chwilę zamarło mu w bezruchu, a złe przeczucia spłynęły nań jak strumień lodowatej wody.
Skoro to nie Pan trzyma smycz, to kto?
Maks odwrócił się i z przerażeniem stwierdził, że to drzewo nie chce go
puścić. Ale jak to możliwe?! Przecież drzewa nie są groźne - do tej pory
nigdy czegoś takiego nie robiły! Odwrócił się. Pan był już ledwie
widoczny. Maks zaszczekał rozpaczliwie, by dać znać, że źle się dzieje,
ale Pan szedł dalej przed siebie. A przecież na pewno go słyszał.
Przecież szczekał tak głośno... Maks szarpał się, usiłując wyrwać się
drzewu, lecz nic to nie dało. Im gwałtowniej szarpał, tym mocniej obroża
wpijała się w szyję. Tym boleśniej przyduszała. Podjął jeszcze wiele
rozpaczliwych prób, nim zdał sobie sprawę, że jest w beznadziejnej
sytuacji. Zrezygnowany, położył się na zimnej, wilgotnej ziemi i zapłakał.
Dlaczego go tu zostawiono? Dlaczego Pan po niego nie wraca? Czemu nie
czuje już jego zapachu? Tak bardzo chciał do Dziewczynki! Do domu!
Maks nie miał pojęcia, że Pan, gdy wrócił do domu, powiedział
Dziewczynce, że jej ukochany piesek wybrał się do Pieskowa. Nie wiedział
też, że duży człowiek powiedział Pani, że Maks zerwał się ze smyczy,
wbiegł na ulicę i został śmiertelnie potrącony przez samochód. Wiedział
tylko jedno - Pan go opuścił. Porzucił! Pan nigdy go nie lubił i zrobił
to specjalnie. Dziewczynka by mu na to nigdy nie pozwoliła! Bo
Dziewczynka uderzyła Maksa, ale przecież nie przestała go kochać. Czuł
to. Wiedział, że musi zrobić wszystko, by do niej wrócić. A co najgorsze
- przeczuwał, że Dziewczynka jest w niebezpieczeństwie. Śmiertelnym
niebezpieczeństwie!
Zmobilizowany tą myślą, wstał i zaczął biegać wokół drzewa - miał
nadzieję, że może w ten sposób uda mu się uwolnić. Skończyło się jednak
na kolejnym silnym szarpnięciu. Tym razem smycz przetarła sierść i zaczęła się wrzynać w skórę. Zapiszczał, gdy przy kolejnej próbie
szorstki materiał ją przeciął. Bolało, bardzo bolało. Za bardzo, by
szarpać dalej... Ze smutnych psich oczu toczyły się łzy bezradności.
Zapadł zmrok. Wraz z ciemnością przypłynęły wspomnienia. Maksowi
przypomniało się, jak na łące, niedaleko domu, podskakiwał radośnie,
usiłując capnąć zębami coś białego, co zwinnie fruwało we wszystkich
możliwych kierunkach, bez problemu unikając jego szczęk. Dziewczynkę
strasznie to śmieszyło. Wołała: "Maksio, wariacie jeden, zostaw tego
biednego motylka!". Tak żywo pamiętał te wszystkie dźwięki i zapachy.
Cieszył się wtedy, bo wiedział, że rozwesela Dziewczynkę. Na dodatek
słońce przyjemnie przygrzewało, nozdrza napełniały się słodkawym
aromatem łąki... A teraz robiło się coraz zimniej. W ciemnościach
rozlegały się tajemnicze - niewróżące niczego dobrego - dźwięki, jakieś
chroboty, popiskiwania, wycia.
Maks zwinął się w kłębek. Dzięki temu zrobiło mu się trochę cieplej i poczuł się bezpieczniej. Zaburczało mu w brzuchu. Przełknął ślinę na
wspomnienie o tym, jak przychodził do pomieszczenia, gdzie Pani
przygotowywała te wszystkie pyszności. To było cudowne miejsce -
mieszały się tam przeróżne zapachy, a co jeden to przyjemniejszy.
Dziewczynka często przynosiła mu stamtąd gorące, pyszne jedzonko.
Czasami zdarzało się też, że jak usiadł i podnosząc łapy, prosząco
skamlał, to Pani rzucała mu kawałek czegoś smacznego do pyska. Czasami
nawet rozkosznie się bawili, wzbudzając tym zachwyt Dziewczynki. Pani
udawała, że chce mu coś dać, i w ostatniej chwili podrywała rękę do
góry, a on odbijał się na tylnych łapach, podskakiwał i udawał, że
próbuje pochwycić kęs zębami. Udawał, bo gdyby chciał, to bez problemu
wybiłby się mocniej i złapał zdobycz. Wolał jednak sprawić Dziewczynce
przyjemność - tym bardziej że był pewny, że i tak, prędzej czy później,
dostanie swą nagrodę.
Rozbudzony głód coraz dotkliwiej dawał się we znaki, wywołując tępy ból
w okolicy podbrzusza. Maks zwinął się jeszcze mocniej, jakby mogło mu to
pomóc. Leżał tak, cierpiąc, i wspominał, aż w końcu litościwie zmorzył
go sen.
Gdy Maks z trudem otworzył opuchnięte ślepia, wiedział już, co musi
zrobić. Trzeba przegryźć smycz! Wczoraj był tak przepełniony strachem i rozpaczą, że przez myśl mu nie przeszło takie rozwiązanie, ale teraz...
teraz to co innego. Do tej pory sznur u szyi był nietykalny - ani mu się
śniło wbijać w niego zęby. To by było tak, jakby się zbuntował przeciwko
Dziewczynce, Panu, Pani - przeciwko człowiekowi! Ale teraz? Teraz
sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej!
Teraz to jego być albo nie być!
Smycz to znienawidzone, śmierdzące skórą słowo. Teraz usiłował ją
przegryźć, ale ta owinęła się mocno wokół drzewa, niczym wąż dusiciel;
przylgnęła do kory i Maks nie był w stanie się do niej dobrać.
Pan zostawił smycz, by mnie pilnowała - przemknęło mu przez myśl. Zaczął
się cofać, warcząc nienawistnie. Nagle coś zakłuło go w łapę. Odruchowo
podniósł ją - na ziemi leżała szyszka. Szyszki wydzielały przyjemny
zapach, ale Maks nie przepadał za nimi, odkąd jedna taka spadła mu na
głowę. Warknął na szyszkę, która zastygła w bezruchu - pewnie ze strachu
udawała nieżywą - i po chwili stracił nią zainteresowanie. Szyszki są
groźne tylko wtedy, gdy tkwią na drzewach, bo zawsze mogą z nich spaść.
Gdzieś w oddali rozległa się seria szybkich stuknięć. Maks odskoczył do
tyłu jak oparzony i już po chwili tego żałował. Smycz naprężyła się i poczuł na szyi palący ból. Zakwilił i zrobił kroczek w kierunku agresora
- okazała się ona groźniejszym przeciwnikiem, niż mu się wydawało.
Dopóki była kontrolowana przez ludzi, dopóty była posłuszna, ale teraz...
teraz przemieniła się w żądną krwi bestię. Chciał ją nastraszyć, lecz w pół szczeknięcia zrezygnował z tego pomysłu; ból się nasilił. Postanowił
zmienić taktykę.
Położył się ostrożnie na ziemi, by przemyśleć swoją sytuację. Smycz,
uczepiona jego szyi jak pijawka, zrobiła dokładnie to samo. Wtedy rzucił
się na nią. Chwycił zębami z całą siłą. Był wściekły. I udało się!
Zaczął ją gryźć. Mocno, coraz mocniej. Zaciskał szczęki aż do bólu.
Trzymając przeciwnika w stalowym uścisku kłów, ciągnął go i szarpał.
Momentami ból był nie do zniesienia, ale Maks skupił się tylko na walce.
Na cierpienie przyjdzie pora po zwycięstwie. Zacisnął powieki i szarpał
co sił. Był w takim amoku, że nie słyszał ostrzegawczych trzaśnięć. Po
chwili zatoczył się do tyłu. Stracił równowagę i z impetem klapnął na
zadek, szczęśliwy, że nie czaiła się tu na niego żadna szyszka. Siedział
tak przez moment, kompletnie otumaniony, z żałośnie zwisającym
strzępkiem w zębach. Dopiero po chwili dotarło do niego, że zwyciężył.
Lecz nie miał już sił, by się tym cieszyć. Sapiąc z wyczerpania,
wypuścił z zębów resztki powrozu. Najchętniej położyłby się teraz i usnął, ale nie mógł sobie na to pozwolić - zwłaszcza jeśli chciał
jeszcze kiedykolwiek ujrzeć Dziewczynkę. Kroczek po kroczku, obwąchując
uważnie podłoże, ruszył w drogę.
Gdy dotarł do miejsca, gdzie stał samochód, zapach Pana był już ledwie
wyczuwalny i po kilku krokach urwał się tak nagle, jak nagle zwykło się
kończyć śniadanie. Na tę myśl Maksowi zaburczało w brzuchu, ale skupił
się na szukaniu tropu. Nic jednak nie znalazł. Ruszył dalej, wywąchując
znajomy smrodek spalin. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że
wkrótce dotarł do miejsca, gdzie było mnóstwo zapachów spalin, a każdy
należał do innego samochodu. Był to dziwaczny pas bardzo twardej,
czarnej ziemi, na której nie rosły drzewa. Maks pochylił łeb, zamknął
oczy i bardzo powoli zaczął wciągać mieszaninę woni. Mikroskopijne
cząsteczki przemierzały jego nozdrza, podrażniając je coraz silniej. Nie
zwracał uwagi na tę drobną niedogodność, wręcz przeciwnie, starał się
skupić na rozróżnieniu poszczególnych zapachów. Dla Maksa zapachy były
niczym barwy dla człowieka - ich paleta była niemalże nieskończona.
W końcu trafił na zapach, którego szukał. Poczuł niewypowiedzianą ulgę.
Mimo że to Pan go porzucił, mimo całej tej antypatii, jaką do niego
czuł, był on w końcu przywódcą ich stada. Złym przywódcą, okrutnym dla
Maksa, ale jednak przywódcą - co oznaczało teraz tylko tyle, że idąc
jego tropem, dotrze do Dziewczynki i uchroni ją przed strasznym
człowiekiem w czerwieni. Mimo zmęczenia i głodu Maks poczuł radość.
Zapewne nie cieszyłby się tak bardzo, gdyby wiedział, ile drogi jeszcze
przed nim i co go na niej czeka...
Rozdział V
V
Lato tego roku było wyjątkowo paskudne. Słońce całymi dniami kryło się
za ubitą pianą gęstych chmur i tylko sporadycznie, jakby z trwożliwą
nieśmiałością wystawiało swą złocistą grzywę. Niebo często zaciągało się
siną poświatą, zalewając świat zimnym deszczem. Chłodny wiatr dorzucał
swoje trzy grosze, dręcząc przemoczonych do suchej nitki ludzi
przeszywającymi powiewami.
Maks wędrował już od dwóch dni. Cały czas ze spuszczonym łbem, uważnie
wciągając w nozdrza i analizując każdy zapach. Z godziny na godzinę
czuł, jak opuszczają go siły, coraz częściej musiał przystawać, by
odpocząć. Doskwierający głód palił go w żołądku tępym płomieniem. Był
niewyspany; chociaż raz czy dwa udało mu się przymknąć oczy, w snach
nieustannie dręczył go cuchnący śmiercią człowiek w czerwieni. Miał
zamiar skrzywdzić Dziewczynkę. Ze swoim hałaśliwym okrzykiem siadał
przed Maksem i patrzył, dopóki pies się nie obudził. Maks, chociaż
bardzo chciał obronić Martynkę, nie był w stanie przegonić złego
człowieka - we śnie był tak sparaliżowany strachem, że nie mógł nawet
ruszyć łapą. Budził się z ulgą, choć był jeszcze bardziej zmęczony.
Ten sam Maks, którym jeszcze kilka miesięcy temu Martynka tak się
zachwycała, dziś z trudem stał na nogach, chwiejąc się z wycieńczenia.
Wychudzony, z ubłoconą sierścią i mętnym, półprzytomnym wzrokiem, był
teraz jedynie marną pozostałością po tamtym wesołym psiaku.
Maks przyglądał się stworzeniu, które kiedyś latało, wydając skrzeczące
odgłosy. Teraz leżało nieruchome - martwe - u jego łap, kusząc coraz
bardziej. To coś śmierdziało jak zły człowiek w czerwieni ze snu -
ciężką, wilgotną zgnilizną, lecz Maks czuł, że zaraz oszaleje, jeśli nie
wypełni czymś, czymkolwiek, boleśnie pulsującego, od kilku dni pustego
żołądka. Domyślał się, że coś, co cuchnie tak niemiłosiernie, raczej nie
nadaje się do zjedzenia, jednak głód przyćmił jego psią logikę,
brutalnie ukręcił łeb zwierzęcemu instynktowi. Maks zanurzył pysk w mokrej trawie i łapczywie wgryzł się w lodowate i oślizgłe zwłoki
ptaszyska. Wyszarpał z truchła pierwszy ochłap mięsa, który oderwał się
od zwłok z nieprzyjemnym mlaśnięciem, i niemal nie gryząc, pośpiesznie
go przełknął. Na chwilę zgniła kula utknęła mu w przełyku. Był pewien,
że zaraz zwymiotuje, jednak mięso zaczęło się powoli przemieszczać w kierunku żołądka. Czuł lodowatą kulę wnikającą coraz głębiej i głębiej.
Wstrząsnęły nim pierwsze torsje, a jednocześnie pobudzony żołądek
zachłannie domagał się kolejnej dawki paskudztwa. Maks wyrwał kolejny
ochłap - tym razem pełen tłustych, wijących się larw. Zjadł wszystko, do
końca. Zaspokoił pragnienie mętną wodą zalegającą w przydrożnym rowie i ruszył w dalszą drogę.
Nie uszedł zbyt daleko, gdy wstrząsnął nim atak dotkliwego bólu. Łapy
odmówiły mu posłuszeństwa i bez sił padł na bok. Stoczył się do rowu i szarpany drgawkami odpłynął niezauważalnie do innej - sennej
rzeczywistości.
Zły człowiek w czerwieni podniósł Dziewczynkę za szyję i przygwoździł do
ściany. Dusiła się! Jego Pani się dusiła! Maks rzucił się na stwora i,
oszalały z rozpaczy, zaczął szarpać zębami czerwoną sierść, cuchnącą
wilgotną ziemią. Martynka z całej siły, jak w amoku, uderzała stópkami o ścianę, lecz nie była w stanie się uwolnić. Dłoń stwora trzymała ją w stalowym uścisku jak imadło. Szpony wbijały się w delikatną szyję, aż
wypłynęła spod nich krew. Metaliczny zapach wyciekającego życia dodał
Maksowi sił i odwagi - pies szarpał stwora w szaleńczej furii. Wbił
ostre zęby jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Lecz na napastniku
najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia - trwał w bezruchu,
szczerząc nadgniłe zęby, i coraz mocniej przyduszał swoją ofiarę. Nagle
Dziewczynka przestała się szamotać. Zwiotczała jak szmaciana lalka.
Widząc to, Maks zaskamlał, puścił futro stwora i zdesperowany postanowił
wgryźć mu się w twarz. Warcząc groźnie, cofnął się, napiął wszystkie
mięśnie i z całej siły wybił się w powietrze.
Dręczony sennymi rojeniami, Maks nie wiedział, że w rzeczywistości
zatacza się po poboczu drogi, warcząc jak oszalały na swoją
nierzeczywistą zmorę i tocząc pianę z pyska. Zanim zdążył wyrwać się z głębokiego koszmaru, wpadł prosto pod koła nadjeżdżającego drogą
samochodu.
Kierowca w ostatniej chwili nacisnął hamulec, jednak pies odbił się z trzaskiem od blachy i wylądował bezwładnie przy zakurzonej drodze.
Maks ocknął się cały obolały, z pyskiem częściowo zanurzonym we własnych
wymiocinach. Mimo że ciepłe promienie słońca osuszyły już jego sierść,
cały trząsł się z zimna. Choć członki odmawiały mu posłuszeństwa, powoli
zmusił się, by wstać. Z każdym ruchem, w każdej części jego psiego ciała
coraz dotkliwiej pulsował ból. Tylna łapa zwisała, dziwnie wiotka i wykręcona nienaturalnie. Z nosa sączył się śluz, praktycznie
uniemożliwiając szukanie tropu, ale intuicja podpowiadała Maksowi, że
idzie w dobrym kierunku.
Przewędrował przez parę wsi, kilka razy zbaczając z trasy, gdy źli
ludzie próbowali go pogonić. Lecz za każdym razem, gdy upewnił się, że
jest już bezpiecznie, wracał ku tej niesamowicie twardej, czarnej ziemi,
na której nic nie rosło. Czuł, że ta dziwna ziemia w końcu doprowadzi go
do Dziewczynki.
Wreszcie Maks dotarł do okolicy, którą całkiem dobrze znał. Nad krzakami
w oddali górowały dumnie ogromne białe budynki, w których ludzkie stada
miały swoje legowiska. Był skrajnie osłabiony; co kilka kroków upadał i musiał leżeć przez chwilę, czekając, aż fala bólu odejdzie, by mógł się
ponownie podźwignąć. Ciągle było mu na przemian zimno i gorąco,
doskwierało pragnienie, ale uparcie brnął przed siebie, raz po raz
szurając unieruchomioną łapą o ziemię.
Musiał być już blisko rzeczki. Nie widział jej, przedzierając się przez
gęste krzaki, ale słyszał charakterystyczny szum wody. Czasem chodzili
tu z Panem i Dziewczynką na spacery; niekiedy nawet Pani go tu
zabierała. Ostre kolce krzaków orały sierść Maksa, wrzynały się w skórę,
lecz nie były w stanie go zatrzymać - świadomość, że jest tak blisko
domu, tak blisko Dziewczynki, była dla niego jak zastrzyk energii.
Pozwalała przezwyciężyć wszelkie przeszkody. Gdy krzaki nieco się
przerzedziły, oczom Maksa, już całkiem wyraźnie, ukazały się strzeliste
ludzkie legowiska, a pośród nich to, w którym mieszkał razem z Dziewczynką.
Dom.
Organizm Maksa odmówił posłuszeństwa i pies padł bezwładnie na ziemię.
Ostatkiem sił wydobył z siebie rozpaczliwie wycie, po czym, do cna
wyczerpany, smętnie opuścił łeb na łapy. Gdyby ktoś obserwował go,
stojąc z boku, mógłby pomyśleć, że rozleniwiona psina zażywa właśnie
kąpieli słonecznej - tymczasem Maks konał. Bezradnie wpatrywał się w budynek, w którym mieszkała Dziewczynka. Jego oddech był coraz płytszy.
W piersi czuł bolesny ucisk, wokół robiło się coraz ciemniej i ciemniej,
i ciemniej... Maks zgasł łagodnie, utulony do snu ciepłymi promieniami
słońca.